Poul Anderson

Szach Mongołom


1

<p>1</p>

Mimo swojego imienia i nazwiska Jack Sandoval nie miał w sobie nic z Anglosasa. Wydawało się też, że nie powinien stać w drelichowych spodniach i pstrokatej koszulce koło okna wychodzącego na Manhattan w mieszkaniu Manse’a Everarda. Wprawdzie samodzielny agent od dawna przywykł do anachronizmów, ale zawsze odnosił wrażenie, że jego gościowi, wiecznie zasępionemu mężczyźnie o orlich rysach twarzy, brakuje wojennych barw, konia i karabinu, który można by wycelować w jakąś niecną bladą twarz.

— No dobrze — powiedział. — Chińczycy odkryli Amerykę. To interesujące, ale do czego są ci potrzebne moje usługi?

— Niech mnie diabli wezmą, jeśli wiem — odparł Sandoval. Stojąc na skórze białego niedźwiedzia, którą niegdyś podarował Everardowi Bjarni Herjulfsson, odwrócił się żeby wyjrzeć przez okno. Drapacze chmur rysowały się wyraźnie na tle jasnego nieba; na tej wysokości miało się wrażenie, że uliczny gwar dociera z daleka. Sandoval zaciskał i rozprostowywał palce założonych do tyłu dłoni.

— Kazano mi skontaktować się z jakimś samodzielnym agentem, wyruszyć razem z nim w przeszłość i zastosować odpowiednie środki — dodał po chwili milczenia. — Znam cię najlepiej, więc… — urwał.

— Czy nie powinieneś raczej zabrać ze sobą innego Indianina? — zapytał Manse. — Będę chyba nie na miejscu w trzynastowiecznej Ameryce.

— Tym lepiej. To wywrze większe wrażenie i wyda się bardziej tajemnicze… Zresztą to zadanie nie będzie zbyt trudne.

— Naprawdę? — odparł Eyerard.

Wyjął z kieszeni znoszonej marynarki fajkę oraz woreczek z tytoniem i nabił ją szybkimi nerwowymi ruchami. Po wstąpieniu do policji temporalnej najtrudniej przyszło mu oswoić się z tym, że do realizacji ważnych zadań nie jest konieczna typowa dla dwudziestego wieku rozbudowana organizacja. Dawne kultury — na przykład antycznej Grecji czy średniowiecznej Japonii — były zorientowane na wszechstronny rozwój jednostki. Podobnie jeden absolwent Akademii Patrolu Czasu (naturalnie wyposażony w narzędzia i broń z przyszłości) mógł zastąpić całą brygadę.

Była to zresztą w równym stopniu kwestia potrzeb jak i estetyki. Patrol zatrudniał niewielki personel w porównaniu ze skalą zadań.

— Odnoszę wrażenie — powiedział powoli Everard — że nie chodzi tu o zwykłe skorygowanie interferencji ekstratemporalnej.

— Właśnie — potwierdził ochrypłym głosem Sandoval. — Kiedy zameldowałem o moim odkryciu, biuro środowiska juanskiego przeprowadziło drobiazgowe śledztwo. Nie mogło być mowy o podróżnikach w czasie. Chan Kubilaj[1] sam to wymyślił. Wprawdzie mogły go zainspirować opowieści Marco Polo o morskich podróżach Wenecjan i Arabów, ale to była prawdziwa historia, nawet jeśli Marco Polo o tym nie wspomina w swojej książce.

— Chińczycy mieli niebagatelne tradycje morskie — myślał głośno Manse. — To zupełnie naturalne. Gdzie zatem interweniujemy?

Zapalił fajkę i zaciągnął się głęboko. Ponieważ Sandoval nadal milczał, zapytał:

— Jak odnalazłeś tę wyprawę? Przecież nie w kraju Nawahów, prawda?

— Do diabła, nie ograniczam się do badania mojego plemienia! — burknął Sandoval. — W Patrolu pracuje za mało Indian, a trudno jest badać ludzi innych ras. Badałem migracje Atabasków. (Jack Sandoval, podobnie jak Keith Denison, był specjalistą odtwarzającym dzieje ludów, które nigdy ich nie spisały, żeby Patrol wiedział, jakie wydarzenia powinien chronić).

— Pracowałem po wschodniej stronie Gór Kaskadowych, w pobliżu Crater Lake — ciągnął. — To kraina Lutuami, ale miałem powody do przypuszczeń, że zawędrowało tam pewne plemię Atabasków, którego ślad zgubiłem. Tubylcy mówili o tajemniczych cudzoziemcach przybyłych z północy. Poleciałem tam, żeby rzucić na nich okiem i natknąłem się na mongolskich jeźdźców. Wróciłem po ich śladach i znalazłem ich obóz nad rzeką Czehalis, gdzie inni Mongołowie pomagali chińskim marynarzom pilnować statków. Wskoczyłem na chronocykl i szybko udałem się do centrali, żeby o tym zameldować.

Eyerard usiadł i długo patrzył na swojego rozmówcę.

— Czy po chińskiej stronie przeprowadzono dokładne śledztwo? — zapytał. — Czy jesteś absolutnie pewien, że nie nastąpiła interferencja ekstratemporalna? To mogła być jedna z pomyłek, których konsekwencje dają o sobie znać dopiero po dziesiątkach lat.

— I mnie przyszło to na myśl, kiedy powierzono mi tę misję. — Sandoval skinął głową. — Nawet udałem się prosto do centrali juańskiego środowiska w Chanbałyku, czyli w Pekinie. Powiedziano mi, że zbadano czas aż do epoki Czyngis — chana, a przestrzeń aż po Indonezję. Wszystko było w porządku, podobnie jak Normanowie i Winland[2]. Po prostu nie nadano temu takiego rozgłosu. Wedle informacji, jakimi dysponował dwór cesarski, ekspedycja ta została wysłana i nigdy nie powróciła, a Kubilaj uznał, że nie warto wysyłać następnej. Raport o niej leżał w cesarskim archiwum, ale został zniszczony podczas rewolty Mingów, którzy wypędzili Mongołów. Historiografia pominęła milczeniem to wydarzenie.

Everard nadal miał zamyślone spojrzenie. Zazwyczaj lubił swoją pracę, lecz w tym przypadku wyczuwał coś nienaturalnego.

— Oczywiście ta ekspedycja zakończyła się niepowodzeniem — powiedział. — Na pewno chcielibyśmy wiedzieć, jak to się stało. Czemu jednak potrzebujesz pomocy samodzielnego agenta, żeby ją szpiegować?

Sandoval odwrócił się od okna. Manse znów pomyślał, że Nawaho nie pasuje do tego miejsca. Urodził się w roku 1930, walczył w Korei i jako były żołnierz zdążył ukończyć college, zanim skontaktował się z nim Patrol, a mimo to jakoś nie pasował do dwudziestego wieku.

„Lecz czy to nie dotyczy nas wszystkich? Czy jakiś człowiek zdołałby udźwignąć ciężar wiedzy o przyszłym losie swojego narodu?”

— Przecież wcale nie mam jej szpiegować! — wykrzyknął Sandoval. — Kiedy złożyłem meldunek, rozkazy przyszły prosto z centrali danelliańskiej. Nie było żadnych wyjaśnień ani usprawiedliwień, tylko suchy rozkaz: zaaranżować tę katastrofę, zmienić historię!


2

<p>2</p>

Rok Pański tysiąc dwieście osiemdziesiąty.

Chan Kubilaj władał znacznymi połaciami Azji; marzył o światowym imperium i przyjmował na dworze z honorami każdego gościa, który przywoził nową wiedzę czy nową filozofię. Młody kupiec wenecki Marco Polo cieszył się jego szczególnymi łaskami, lecz nie wszystkie ludy pragnęły być rządzone przez mongolskich władców. Konspiracyjne rewolucyjne sprzysiężenia powstawały w kilku podbitych królestwach tworzących Kathaj[3]. Japonia, w której faktyczną władzę sprawował potężny ród Hojo, już odparła jedną inwazję. Poza tym Mongołowie byli zjednoczeni tylko w teorii. Ruscy książęta stali się poborcami podatków dla Złotej Ordy; wielki chan Abaka rządził w Bagdadzie.

Widmowy kalifat abasydzki schronił się w Kairze; w Delhi rządziła dynastia Gurydów; Mikołaj III był papieżem, a Rudolf Habsburg cesarzem niemieckim; gwelfowie i gibelinowie rozdzierali między siebie Włochy; we Francji panował Filip III zwany Śmiałym, w Anglii zaś Edward I. Wśród ich współczesnych byli Dante Alighieri, Jan Duns Szkot, Roger Bacon i Tomasz Rymotwórca.

Natomiast w Ameryce Północnej Manse Everard i Jack Sandoval, zatrzymawszy konie, spoglądali w dół z wierzchołka długiego wzgórza.

— Po raz pierwszy zobaczyłem ich w ubiegłym tygodniu — powiedział Indianin. — Przebyli spory kawałek. Przy tej szybkości znajdą się w Meksyku za dwa miesiące, nawet biorąc pod uwagę trudny teren, który będą musieli przebyć.

— Ale jak na Mongołów wędrują niespiesznie — odparł na to Everard.

Podniósł lornetkę do oczu. Cała okolica była pokryta wiosenną zielenią. Nawet najwyższe i najstarsze buki przystroiły się w drżące na wietrze młode listki. Sosny szumiały na wiejącym od gór silnym i zimnym wietrze, który niósł woń topniejącego śniegu. Stada powracających ptaków były tak liczne, że przesłaniały słońce. W oddali na zachodzie niebiesko — białe szczyty Gór Kaskadowych zdawały się unosić nad ziemią, na wschodzie zaś u podnóża wzgórz rozciągały się lasy i łąki, a za horyzontem otwierała się ogromna preria, gdzie kopyta bizonów dudniły jak wiosenne grzmoty.

Everard skierował lornetkę na mongolską ekspedycję, która posuwała się w wężowym szyku po otwartym terenie, trzymając się brzegu niewielkiej rzeczki. Około osiemdziesięciu jeźdźców dosiadało kosmatych azjatyckich kucyków kasztanowatej maści, krótkonogich i z wydłużonymi łbami. Prowadzili ze sobą juczne konie i luzaki. Rozpoznał też kilku tubylczych przewodników tak po niezgrabnej postawie w siodłach, jak po stroju i rysach twarzy. Skupił jednak całą uwagę na nowo przybyłych.

— Dużo źrebnych klaczy objuczonych tobołami — zauważył na poły pod nosem. — Przypuszczam, że zabrali na statki tyle koni, ile mogli, wypuszczając je, żeby zażyły ruchu i mogły się paść na każdym postoju. Teraz w drodze hodują nowe. Ich kucyki są bardzo wytrzymałe i na pewno zniosą trudy takiej podróży.

— Oddział pilnujący statków także hoduje konie — poinformował go Indianin. — Tyle zauważyłem.

— Co jeszcze o nich wiesz?

— Nie więcej, niż ci powiedziałem, to znaczy niewiele więcej, niż sam zobaczyłeś. A tamten raport leżał jakiś czas w archiwum Kubilaja. Przypominasz sobie, że zapisano w nim tylko tyle, iż cztery statki pod wodzą nojona Toktaja i uczonego Li Tai-Tsunga zostały wysłane w celu zbadania wysp leżących za Japonią.

Everard skinął z roztargnieniem głową. Nie widział sensu, żeby tkwić w tym miejscu i po raz setny powtarzać znane od dawna skąpe informacje. To tylko opóźniało działanie.

Sandoval odchrząknął.

— Nadal mam wątpliwości, czy obaj powinniśmy tam pojechać — oświadczył. — Czemu nie miałbyś pozostać tutaj w odwodzie na wypadek, gdyby stali się zbyt niebezpieczni?

— Kompleks bohatera, co? — odparł Manse. — Nie, lepiej zrobimy, jadąc razem. Tak czy owak, nie spodziewam się kłopotów. Jeszcze nie. Tamci chłopcy są zbyt inteligentni, żeby bez powodu szukać wrogów. Pozostają w dobrych stosunkach z Indianami, nieprawdaż? Na pewno będą się zastanawiać, ilu nas jest… Mimo to napiłbym się przed akcją.

— Tak. I po niej również!

Obaj sięgnęli do sakw przy siodłach, wyjęli dwulitrowe manierki i podnieśli je do ust. Rozgrzany szkocką whisky Everard cmoknięciem ponaglił konia i obaj agenci zjechali ze zbocza.

Głośny gwizd przeszył powietrze. Zauważono ich. Manse nadal jechał w tym samym tempie w stronę czoła mongolskiej kolumny. Dwaj jeźdźcy z eskorty ulokowali się po bokach, nałożywszy strzały na cięciwy krótkich mocnych łuków, ale nie interweniowali.

,.Prawdopodobnie wyglądamy niegroźnie” — pomyślał Everard.

Podobnie jak Sandoval miał na sobie dwudziestowieczną kurtkę myśliwską i kapelusz dla osłony przed wiatrem i deszczem, ale nie wyglądał tak elegancko jak Indianin, który ubierał się u najlepszych krawców. Dla zachowania pozorów mieli przypasane sztylety, a na wszelki wypadek ukryli pod ubraniami pistolety maszynowe Mausera i paralizatory z trzydziestego stulecia.

Zdyscyplinowani członkowie ekspedycji jak jeden mąż ściągnęli wodze i zatrzymali się. Everard, zbliżając się, przyglądał się im uważnie. Na godzinę lub dwie przed wyprawą zdobył pod hipnoedukatorem dość rozległą wiedzę o języku, historii, technice i moralności Mongołów, Chińczyków, a nawet miejscowych Indian, ale nigdy nie widział z bliska żadnego przedstawiciela którejś z tych nacji.

Nie przypadli mu do gustu ci krępi krzywonodzy mężczyźni z capimi bródkami i szerokimi twarzami błyszczącymi od tłuszczu w promieniach słońca. Wszyscy byli jednak dobrze wyposażeni: nosili buty i spodnie, skórzane pancerze ozdobione ornamentami z laki i stożkowate stalowe hełmy zakończone szpicem lub piórami. Ich uzbrojenie stanowiły zakrzywione szable, noże, włócznie i łuki. W pobliżu czoła kolumny jeden z jeźdźców trzymał buńczuk z ogonów tybetańskich jaków, przeplatanych złotymi nićmi. Wąskimi oczami beznamiętnie przyglądali się nadjeżdżającym agentom Patrolu.

Everard bez trudu rozpoznał mongolskiego dowódcę. Nojon jechał na wozie i nosił postrzępiony jedwabny płaszcz. Był nieco wyższy i miał bardziej surowy wyraz twarzy niż jego podwładni. Miał też rudawą bródkę i niemal rzymski nos. Siedzący obok niego indiański przewodnik otworzył szeroko usta i skulił się w kącie, ale Toktaj ani drgnął, mierząc przybyszów spojrzeniem drapieżcy.

— Witajcie! — zawołał, kiedy dwaj nieznajomi znaleźli się dość blisko, by mogli go usłyszeć. — Jaki duch was sprowadza? — Mówił ze strasznym akcentem w dialekcie lutuamskim, który później miał się stać językiem klamackim.

— Witaj Toktaju, synu Batu — odparł Everard płynnie po mongolsku. — Z woli Tengriego[4] przybywamy w pokoju.

Ta replika była zręczna. Agent zauważył, że Mongołowie dotknęli amuletów lub nakreślili w powietrzu znaki chroniące przed urokiem. Jednakże mężczyzna jadący po lewej stronie nojona szybko przyszedł do siebie.

— Ach! — powiedział. — Więc ludzie z krajów Zachodu również dotarli na tę ziemię. Nie wiedzieliśmy o tym.

Manse spojrzał na niego. Był wyższy od Mongołów, miał prawie białą skórę, drobne rysy twarzy i wypielęgnowane dłonie. Chociaż nosił taki sam strój jak większość jeźdźców, nie był uzbrojony. Wydawał się starszy od Toktaja, mógł mieć około pięćdziesięciu lat, Amerykanin ukłonił się w siodle i przeszedł na dialekt północnych Chin.

— Czcigodny Li Tai-Tsungu, nic nie znacząca osoba bardzo żałuje, że nie może się zgodzić z twoimi słowami, ale ja i mój towarzysz przybywamy z wielkiego królestwa leżącego na południu.

— Dotarły do nas niejasne pogłoski — odpowiedział uczony, nie mogąc opanować podniecenia. — Nawet tak daleko na północy ludzie mówią o wspaniałym i bogatym kraju. Szukamy go, aby zanieść pozdrowienia waszemu chanowi od chana chanów, Kubilaja, syna Tuli, który był synem Czyngisa. Cały świat leży u stóp Kubilaja.

— Znamy sławę chana chanów — odrzekł Everard — tak jak znamy kalifa, papieża, cesarza i innych pomniejszych władców. — Musiał dobierać słowa tak, żeby nie obrazić władcy Kathaju, ale jednocześnie subtelnie wskazać jego właściwe miejsce. — Niewiele jednak o nas wiadomo, albowiem nasz pan nie interesuje się zewnętrznym światem ani też nie zachęca swoich poddanych do badania go. Pozwól, że przedstawię moją nędzną osobę. Nazywam się Everard i nie jestem, jak można by podejrzewać, ani Rosjaninem, ani mieszkańcem Zachodu. Jestem strażnikiem granicznym. Niech się sami domyśla, co to miało znaczyć.

— Nie przybyłeś z silną eskortą — powiedział sucho Toktaj.

— Nie, gdyż nie było to konieczne — odparł gładko Everard.

— I jesteś daleko od ojczyzny — wtrącił Li.

— Nie dalej niż bylibyście, czcigodni mężowie, na pograniczu Kirgizji.

Toktaj zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Spoglądał zimno i nieufnie.

— Chodźmy — powiedział. — Witajcie jako ambasadorzy. Rozbijemy obóz i wysłuchamy słów waszego króla.


3

<p>3</p>

Chylące się ku zachodowi słońce nadawało ośnieżonym szczytom barwę starego srebra. Genie w dolinie wydłużyły się, w lesie pociemniało, ale rozległa łąka wydawała się jaśniejsza niż wcześniej. W wieczornej ciszy było wyraźnie słychać wszystkie dźwięki: szum i plusk rzeki, uderzenia siekiery, stąpanie koni pasących się w wysokiej trawie. W powietrzu rozchodził się dym z ogniska.

Mongołowie byli najwyraźniej zbici z tropu zarówno z powodu nieoczekiwanego spotkania, jak i przedwczesnego postoju. Obserwowali Everarda i Sandovala z obojętnymi minami, odmawiając cicho modlitwy najróżniejszych wyznań, głównie pogańskie, ale również buddyjskie, muzułmańskie i nestoriańskie. Nie przeszkadzało im to wcale w rozbijaniu obozu, rozstawianiu straży, oporządzaniu zwierząt i przygotowywaniu posiłku. Manse uznał jednak, że są bardziej milczący niż zazwyczaj. Podczas seansu pod hipnoedukatorem dowiedział się, że Mongołów uważano za ludzi rozmownych i wesołych.

Siedział po turecku w namiocie obok Sandovala, Toktaja i Li Tai-Tsunga. Dywany izolowały ich od ziemi, a na przenośnym piecyku grzał się kociołek z herbatą. Mongołowie rozbili tylko ten namiot, prawdopodobnie jedyny, jaki ze sobą zabrali. Zarezerwowali go na specjalne okazje, takie jak ta. Nojon własnoręcznie nalał Everardowi kumysu, który wypił łyk, głośno siorbiąc wedle reguł etykiety, i podał czarkę sąsiadowi. W życiu pijał już gorsze napitki niż sfermentowane kobyle mleko, ale ucieszył się, kiedy później gospodarze zwrócili się w stronę naczynia z aromatyczną herbatą.

Następnie mongolski dowódca przemówił do rzekomych posłów. Nie umiał mówić równie gładko jak jego sekretarz. Instynktownie się wzdragał: kim są ci cudzoziemcy, którzy ośmielili się zbliżyć do wysłannika chana chanów, nie pełzając po ziemi? Mimo to powiedział dwornie:

— A teraz niechaj nasi goście powiedzą, czego pragnie ich król. Czy nie zechcieliby jednak najpierw wymienić jego imienia?

— Jego imienia nie wolno wymawiać — odparł Everard. — O jego królestwie słyszałeś tylko pogłoski. Możesz sobie wyobrazić jego potęgę, biorąc pod uwagę fakt, że wysłał tak daleko jedynie nas dwóch i że każdy z nas potrzebował tylko jednego konia.

Toktaj chrząknął i rzekł:

— Macie piękne rumaki, chociaż zastanawiam się, jak by się spisywały w stepie. Czy przebyliście długą drogę, żeby tu przybyć?

— Zajęło nam to nie więcej niż jeden dzień, nojonie. Mamy pewne środki…

Manse wyjął z kieszeni dwie niewielkie paczuszki owinięte w kolorowy papier.

— Nasz pan polecił nam wręczyć ten dar przybyszom z Kathaju w dowód szacunku.

Kiedy dwaj Azjaci odwijali papier, Sandoval szepnął Everardowi do ucha:

— Przyjrzyj się ich minom, Manse. Popełniliśmy gafę.

— Jak to?

— Celofan i podarunek wywarły wrażenie na barbarzyńcy takim jak Toktaj, ale zwróć uwagę na Li. Jego cywilizacja uczyniła z kaligrafii sztukę, kiedy nasi przodkowie malowali się jeszcze na niebiesko. Właśnie wyrobił sobie fatalną opinię o naszym smaku.

Everard wzruszył nieznacznie ramionami.

— Przecież ma rację, czyż nie?

Ich rozmowa nie umknęła uwadze pozostałych. Toktaj rzucił im zimne spojrzenie, lecz skoncentrował uwagę na otrzymanej w podarunku elektrycznej latarce, której działanie trzeba mu było wytłumaczyć. Nie obyło się bez okrzyków zdumienia. Na początku Mongoł lękał się jej trochę i nawet wymamrotał jakieś zaklęcie, ale później przypomniał sobie, że Mongoł nie powinien bać się niczego oprócz pioruna. Szybko się opanował i cieszył się z prezentu jak dziecko z nowej zabawki. Najlepszym darem dla uczonego konfucjanisty, jakim był Li, wydawała się książka z serii „Rodzina ludzka”, której różnorodność i technika ilustracji mogły go zaskoczyć. Chińczyk podziękował wylewnie, lecz Manse powątpiewał, czy go to naprawdę zadziwiło. Każdy agent Patrolu prędko się uczył, że ludzi o wyrafinowanych gustach można spotkać w każdej kulturze.

Teraz im z kolei wręczono dary: piękny chiński miecz i wiązkę skór wydry morskiej z wybrzeża Pacyfiku. Dopiero po pewnym czasie wrócili w rozmowie do polityki. Wówczas Sandoval zdołał uzyskać informacje od Mongołów, zanim sam ich udzielił.

— Skoro wiecie tak dużo — zaczął Toktaj — musicie również wiedzieć, że przed kilku laty nie udała się nam inwazja na Japonię.

— Niebo miało inne plany — odparł Li ze zręcznością dworaka.

— Bzdury! — burknął Toktaj. — Miałeś na myśli ludzką głupotę. Było nas niewielu, zbyt mało wiedzieliśmy i popłynęliśmy za daleko po wzburzonym morzu. Ale co z tego? Kiedyś tam wrócimy.

Everard wiedział, że to zrobią. Pomyślał ze smutkiem, że sztorm zniszczy ich flotę i że utonie mnóstwo młodych mężczyzn. Pozwolił jednak Toktajowi mówić.

— Chan chanów zrozumiał, że powinniśmy dowiedzieć się więcej o tych wyspach. Może należało założyć bazę gdzieś na północ od Hokkaido? Poza tym od dawna słyszeliśmy opowieści o ziemiach leżących dalej na wschód. Widywali je od czasu do czasu rybacy, których wiatry zepchnęły z kursu, a kupcy syberyjscy mówili o cieśninie i o znajdującym się zadnią kraju. Chan chanów zgromadził cztery statki z chińską załogą, polecił mi zabrać stu mongolskich wojowników i odkryć tamte ziemie.

Manse skinął głową. Słowa nojona go nie zaskoczyły. Chińczycy pływali na dżonkach od setek lat, a niektóre z nich mogły zabrać nawet do tysiąca ludzi. Wprawdzie nie były jeszcze tak zdatne do żeglugi, jakie stały się później pod wpływem Portugalczyków i ich właścicieli nie nęcił żaden ocean ani tym bardziej zimne północne morza, ale mimo to istnieli nieliczni chińscy żeglarze, którzy nauczyli się handlu od Koreańczyków i Tajwańczyków, jeśli nie od swoich ojców. Musieli co nieco wiedzieć o Wyspach Kurylskich.

— Popłynęliśmy wzdłuż dwóch archipelagów — ciągnął nojon. — Okazały się dość niegościnne, ale mogliśmy się zatrzymać, wypuścić konie i wypytać tubylców. Tengri wie, jak trudna może być ta druga czynność, jeśli czasami trzeba dokonywać tłumaczenia na sześć języków! W końcu przekonaliśmy się, że istnieją dwa kontynenty: Syberia i jeszcze jeden, które tak bardzo zbliżają się do siebie na północy, że można przepłynąć dzielącą je cieśninę w skórzanej łódce albo przejść zimą po lodzie. Wreszcie dotarliśmy do nowego kontynentu. To wielka, porośnięta lasami kraina obfitująca w zwierzynę łowną i foki, ale zbyt często padają tam deszcze. Nasze statki trzymały się dobrze, więc popłynęliśmy mniej więcej wzdłuż brzegu.

Everard wyobraził sobie mapę. Jeżeli popłynąć wzdłuż Kuryli, a później Aleutów, można nie oddalać się od lądu. Uniknąwszy katastrofy, płaskodenne dżonki mogły zakotwiczyć nawet przy skalistych wybrzeżach tych wysp. W dodatku niósł je prąd Kuro Siwo, tak że zakreśliły prawie koło. Toktaj odkrył Alaskę, zanim w pełni zdał sobie z tego sprawę. Ponieważ okolice stawały się coraz bardziej gościnne w miarę, jak statki płynęły na południe, minął Pudget Sound i dotarł do rzeki Czehalis. Może Indianie ostrzegli go, że położone dalej ujście Columbii jest niebezpieczne, a później pomogli mu przeprawić na tratwach jeźdźców i konie przez nurty rzeki.

— Pod koniec roku rozbiliśmy obóz — kontynuował Toktaj. — Tutejsze plemiona są zacofane i bojaźliwe, lecz przyjazne. Tybylcy dawali nam żywność i kobiety i pomagali, kiedy o to prosiliśmy. W zamian za to nasi żeglarze nauczyli ich nowych metod połowu ryb i budowy statków. Przezimowaliśmy tam, poznaliśmy kilka języków i dokonaliśmy wypadu w głąb lądu. Wszędzie opowiadano nam o ogromnych lasach i równinach, gdzie ziemia jest czarna od stad dzikiego bydła. Zobaczyliśmy dostatecznie dużo, żeby uwierzyć w prawdziwość tych opowieści. Nigdy nie widziałem bogatszej krainy. — Jego oczy zabłysły jak u tygrysa. — I żyje tu tak mało mieszkańców, którzy nie znają nawet żelaza!

— Nojonie! — mruknął ostrzegawczo Li, ledwie dostrzegalnym ruchem głowy wskazując „ambasadorów”, i Toktaj zamilkł.

Wówczas Chińczyk zwrócił się do Everarda:

— Słyszeliśmy również opowieści o złotym królestwie leżącym na południu. Uznaliśmy, że naszym obowiązkiem jest to sprawdzić, badając po drodze dzielące nas od niego tereny. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieli zaszczyt spotkać wasze dostojności.

— Cały zaszczyt po naszej stronie — mruknął z zadowoleniem Manse, po czym przybrał najpoważniejszą minę i oświadczył: — Władca Złotego Cesarstwa, którego imienia nie można wymawiać, wysłał nas z posłaniem przyjaźni. Byłby niepocieszony, gdyby spotkało was nieszczęście. Przybyliśmy tu, żeby was ostrzec.

— Co takiego?! — Toktaj usiadł prosto. Sięgnął muskularną ręką po miecz, którego nie miał przy sobie ze względu na etykietę. — O co tu chodzi, do diabła?!

— Właśnie o diabła, nojonie. Chociaż ta kraina wydaje ci się gościnna, w rzeczywistości spoczywa na niej klątwa. Opowiedz o tym, mój bracie.

Sandoval, który umiał mówić bardziej przekonująco, zabrał głos. Przygotował swoją bajeczkę w taki sposób, żeby wykorzystać siłę oddziaływania przesądów, których na poły cywilizowani Mongołowie jeszcze się nie wyzbyli, i zarazem nie obudzić sceptycyzmu u Chińczyka. Wyjaśnił, że w rzeczywistości istnieją dwa wielkie południowe królestwa. Ich leży bardziej na południe. Rywalizujące z nim mocarstwo znajduje się bliżej, jest nieco przesunięte na wschód i posiada twierdzę na równinie. Oba państwa władają potężnymi mocami, które można nazwać albo czarami, albo wyrafinowaną techniką. Położone bliżej państwo złych ludzi uważa całe to terytorium za własne i nie ścierpi obecności żadnej obcej ekspedycji. Jego zwiadowcy na pewno wkrótce odkryją Mongołów i zabiją ich za pomocą piorunów. Życzliwie nastawione królestwo dobrych ludzi nie jest w stanie ich obronić, wysłał więc posłów, żeby ostrzegli podróżników i poradzili im wrócić do ojczyzny.

— Dlaczego tubylcy nic nie mówili o tych monarchach? — zapytał chytrze Lr.

— A czy wszystkie małe plemiona w birmańskiej dżungli słyszały o chanie chanów? — odparował Sandoval.

— Jestem cudzoziemcem i ignorantem — odparł na to Chińczyk. — Wybaczcie mi, jeśli nie zrozumiałem waszych słów o broni, której nikt i nic nie może się oprzeć.

Jeśli sienie mylę, nigdy dotąd nie nazwano mnie kłamcą w tak uprzejmy sposób” — pomyślał Everard, ale nie dał nic po sobie poznać i powiedział:

— Chętnie ją wam zademonstruję, jeśli nojon ma zwierzę, które można zabić.

Toktaj zastanowił się. Jego oblicze było nieruchome, jak gdyby zostało wykute w kamieniu, ale lśniło od potu. Klasnął w ręce i wydał rozkaz strażnikowi, który stawił się na wezwanie. Później rozmowa ucichła i zapanowała złowroga cisza.

Po godzinie, która wydawała się trwać wieczność, pojawił się jeden z wojowników. Zameldował, że dwóch jeźdźców złapało daniela. Czy takie zwierzę odpowiada nojonowi? Tak. Toktaj pierwszy wyszedł z namiotu i utorował drogę przez gęsty tłum szepczących żołnierzy. Everard poszedł za nim, żałując, że musi urządzić ten pokaz. Przymocował kolbę do swojego mauzera.

— Czy chcesz to zrobić? — spytał Sandoval.

— Na Boga, nie.

Daniela, a właściwie łanię wkrótce przywiedziono do obozu. Stała nad rzeka, drżąc na całym ciele; gruby sznur z końskiego włosia zaciskał się na jej szyi. Słońce muskające szczyty gór na zachodzie nadawało jej sierści brązowy kolor. Wielkie łagodne oczy zwierzęcia spoglądały z wyrzutem na Everarda. Manse dał znak żołnierzom, żeby się cofnęli, i wycelował. Łanię zabiła już pierwsza kula, ale Manse nie przestał strzelać, póki nie porozrywał jej ciała na krwawe strzępy.

Kiedy opuścił broń, odniósł wrażenie, że powietrze wokół niego zgęstniało. Spojrzał na krępych krzywonogich wojowników o płaskich stężałych twarzach, którzy ze wszystkich sił starali się zapanować nad sobą. W jego nozdrza bił charakterystyczny zapach: silna woń potu, koni i dymu. Czuł się równie nieludzki, jaki musiał się im wydawać.

— To jest najmniej groźna broń, której się tutaj używa — powiedział. — Dusza wyrwana w ten sposób z ciała nie znajdzie drogi do świata zmarłych.

Odwrócił się na pięcie. Sandoval poszedł za nim. Ich konie były przywiązane do palików, a ekwipunek złożony w pobliżu. Osiodłali wierzchowce w milczeniu, wskoczyli na siodła i pojechali w stronę lasu.


4

<p>4</p>

Podmuch wiatru podsycił ogień. Rozpalone umiejętną ręką prawdziwego trapera niewielkie ognisko rozproszyło na chwilę mrok, w którym byli pogrążeni dwaj mężczyźni, oświetlając ich czoła, nosy, policzki i oczy. Później przygasło; czerwono-niebieskie języczki ognia zatrzeszczały pod rozżarzonymi do białości węglami i noc ponownie pochłonęła siedzących przy ognisku ludzi.

Everardowi to nie przeszkadzało. Podniósł do ust fajkę, która przez chwilę obracał w ręku, przygryzł ustnik i zaciągnął się głęboko, lecz znalazł w tym niewielką pociechę. Kiedy przemówił, nocny wiatr szeleszczący w koronach drzew niemal zagłuszył jego głos; tego Everard również nie żałował.

Nie opodal znajdowały się ich śpiwory, konie i pojazd czasu — antygrawitacyjne sanie połączone z chronocyklem — który ich tu przywiózł. Okolica była pusta; gdzieś w oddali płonęły inne rozpalone przez ludzi ogniska, równie małe i samotne jak gwiazdy we wszechświecie. Rozległo się dalekie, przeciągłe wycie wilka.

— Przypuszczam — rzekł Everard — że każdy gliniarz od czasu do czasu czuje się jak ostatni łajdak. Dotychczas byłeś tylko obserwatorem, Jack. Czasem wykonanie trudnego zadania wymaga przezwyciężenia wewnętrznych oporów.

— Taak. — Sandoval był jeszcze bardziej milczący niż jego przyjaciel. Po kolacji prawie nie ruszył się z miejsca.

— A teraz to. Cokolwiek musisz zrobić, żeby usunąć interferencję temporalną, możesz przynajmniej myśleć, że kierujesz historię na pierwotne tory. — Manse zaciągnął się głęboko. — Nie przypominaj mi, że słowo „pierwotne” nic nie znaczy w tym kontekście. To słowo, które pociesza.

— Tak, oczywiście.

— Ale kiedy nasi szefowie, nasi drodzy danelliańscy nadludzie każą nam interweniować… Wiemy, że wyprawa Toktaja nigdy nie wróciła do Kathaju. Dlaczego mielibyśmy się w to mieszać? Jeżeli natknęliby się na wrogo usposobionych Indian albo na coś innego i zostali wymordowani, to wcale by mnie to nie obeszło, a w każdym razie nie więcej niż jakiekolwiek inne wydarzenie w tej przeklętej rzeźni, którą nazywa się historią ludzkości.

— Wiesz, że nie musimy ich zabijać. Wystarczy ich zmusić do odwrotu. Możliwe, że twój popołudniowy pokaz zrobi swoje.

— Taak. Zmusić do powrotu… i co dalej? Prawdopodobnie zginą na morzu. Nie będą mieli łatwej podróży — burze, mgła, przeciwne prądy, rafy — płynąc na tych prymitywnych statkach, które miały poruszać się po rzekach. A zmusimy ich do powrotu właśnie o tej porze roku! Gdybyśmy się nie wtrącili, wyruszyliby później, warunki atmosferyczne byłyby inne… Dlaczego mielibyśmy wziąć na siebie winę?

— Mogliby nawet wrócić — mruknął Indianin.

— Co? — Everard drgnął.

— Wywnioskowałem to ze słów Toktaja. Jestem pewien, że chce wrócić konno, a nie na statkach. Tak jak przypuszcza, Cieśninę Beringa można łatwo przebyć. Aleuci czynią to stale. Obawiam się, że nie wystarczy ich po prostu oszczędzić!

— Przecież nie wrócą do Kathaju! Wiemy o tym!

— Przypuśćmy, że to im się uda. — Sandoval zaczął mówić nieco głośniej i znacznie szybciej niż zwykle. — Zastanówmy się przez chwilę. Załóżmy, że Toktaj pojedzie dalej na północny wschód. Nie wydaje mi się, żeby cokolwiek mogło go zatrzymać. Jego ludzie potrafią wyżywić się tym, co znajdą po drodze, nawet na pustyni, znacznie lepiej niż Coronado[5] albo inny odkrywca. Nie musi wędrować bardzo daleko, żeby dotrzeć do ludów późnego neolitu, rolniczych plemion Pueblo. To ośmieli go jeszcze bardziej. Przybędzie do Meksyku przed sierpniem, a Meksyk jest teraz równie wspaniały jak był, a raczej będzie, w czasach Korteza. Wyda mu się nawet bardziej kuszący, ponieważ Aztekowie walczą z Toltekami o supremację, a pozostałe plemiona gotowe są poprzeć każdego przeciwko tamtej dwójce. Hiszpańskie działa nic w tej sytuacji nie zmieniły, a raczej nie zmienią, jak sobie przypominasz, jeśli czytałeś Diaza[6]. Indywidualnie Mongołowie przewyższają Indian, tak samo jak później Hiszpanie… Nie znaczy to, że wyobrażam sobie, iż Toktaj od razu rzuciłby się do ataku. Na pewno byłby bardzo uprzejmy, spędziłby tam zimę i wypytał o wszystko. W następnym roku wyruszyłby na północ, wrócił do Kathaju i zameldował Kubilajowi, że najbogatszy, najbardziej nafaszerowany złotem kraj na świecie tylko czeka na zdobywcę.

— A inni Indianie? — zapytał Everard. — Wiem o nich bardzo mało.

— Nowe imperium Majów jest u szczytu potęgi. To będzie twardy orzech do zgryzienia, ale myślę, że wart zachodu. Przypuszczam, że jeśli Mongołowie zadomowią się w Meksyku, nic ich nie powstrzyma. W Peru kwitnie w tej chwili wyższa kultura, ale panuje gorsza organizacja niż w czasach Pizarra. A plemiona Keczua i Ajmara, zwane później Inkami, są niemal równie silne. Poza tym weź pod uwagę ziemię! Czy wyobrażasz sobie, co jedno plemię mongolskie uczyniłoby z Wielkiej Prerii?

— Nie sądzę, by wyemigrowały całe ordy — odparł Manse. W głosie Sandovala wyczuwał coś, co budziło w nim niepokój i sprzeciw. — Musieliby przebyć zbyt wielkie obszary Syberii i Alaski.

— Nie takie przeszkody pokonywano. Nie twierdzę, że od razu rozprzestrzeniliby się po całej Ameryce. Masowa migracja mogłaby trwać kilka stuleci, jak to było z Europejczykami. Potrafię sobie wyobrazić klany i plemiona osiedlające się w ciągu kilku lat na zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej. Meksyk i Jukatan zostałyby zaanektowane albo, co bardziej prawdopodobne, stałyby się chanatami. Plemiona pasterskie przesuwałyby się na wschód w miarę wzrostu ich liczebności i napływu nowych imigrantów. Przypomnij sobie, że dynastia juańska zostanie obalona za niecałe sto lat, co będzie stanowiło dla Mongołów dodatkowy bodziec do opuszczenia Azji. Chińczycy również tu przybędą, żeby uprawiać ziemię i mieć swój udział w wydobywaniu złota.

— Pozwól sobie powiedzieć — wtrącił cicho Everard — że nigdy nie przypuszczałem, iż właśnie ty będziesz chciał przyspieszyć podbój Ameryki.

— To byłby inny podbój — odparł Sandoval. — Nie obchodzą mnie Aztecy. Jeśli lepiej ich poznasz, zgodzisz się ze mną, że Kortez wyświadczył Meksykowi przysługę. Na pewno inne, spokojniejsze plemiona znajdą się w ciężkiej sytuacji i potrwa to jakiś czas. A przecież Mongołowie, nie są takimi barbarzyńcami jak Aztecy. Co o tym sądzisz? Nasze zachodnie wykształcenie umacnia w nas uprzedzenia w stosunku do nich. Zapominamy o masakrach i innych zbrodniach, których Europejczycy dopuścili się w tej samej epoce.

— Mongołów można przyrównać do starożytnych Rzymian. Tak samo jak oni wysiedlają stawiające opór ludy, ale szanują prawa tych narodów, które się poddały. Zapewniają im taką samą zbrojna opiekę i kompetentne rządy. Mongołowie mają taki sam jak Rzymianie charakter narodowy — są przyziemni i mało nowatorscy, lecz spoglądają z niejakim lękiem i zazdrością na ludy prawdziwie cywilizowane. Pax Mongolica obejmuje większe obszary i skupia więcej ludów, niż kiedykolwiek wyobrażano sobie w tym nędznym rzymskim imperium. Natomiast jeśli idzie o Indian, to przypomnij sobie, że Mongołowie są pasterzami. Nie powstanie tutaj antagonizm między myśliwymi a rolnikami, który sprawił, że biali ludzie wytępili Indian. Poza tym Mongołom obce są przesądy rasowe i po krótkiej walce Nawahowie, Czirokezi, Seminole, Algonkinowie, Czipejowie, Dakota i Siuksowie poddadzą się bez urazy i staną się ich sojusznikami. Dlaczego mieliby tego nie zrobić? Otrzymają konie, barany, bydło rogate, tkaniny i wyroby metalowe. Górując liczebnie nad najeźdźcami, będą mogli rokować z nimi niemal jak z sobie równymi, a nie jak z białymi farmerami w epoce maszyn parowych i elektryczności. Ponadto, jak już powiedziałem, przybędą tutaj Chińczycy, stając się zaczynem dla całej tej mieszanki, cywilizując i rozwijając umysły… Na Boga, Manse, kiedy przypłynie tu Krzysztof Kolumb, spotka wielkiego chana Mongołów! Sachem-chana najpotężniejszego narodu na świecie! — Sandoval urwał.

Everard wsłuchiwał się w ponure skrzypienie gałęzi na wietrze. Długo wpatrywał się w mrok, zanim powiedział:

— To możliwe. Oczywiście musielibyśmy pozostać w tej epoce dopóty, dopóki nie minąłby decydujący moment Nasz świat przestałby istnieć. Nigdy by nie zaistniał.

— Ostatecznie nie był to taki zły świat — powiedział Sandoval jak we śnie.

— Mógłbyś pomyśleć o swoich… och… rodzicach. Oni także nigdy by nie ujrzeli światła dziennego.

— Mieszkali w nędznej chacie. Pamiętam, że raz widziałem mojego ojca płaczącego, gdyż nie mógł kupić butów na zimę. Moja matka umarła na gruźlicę.

Everard siedział nieruchomo. To Sandoval poruszył się pierwszy i zerwał na równe nogi, śmiejąc się chrapliwie.

— Co ja nagadałem! To tylko bujda, Manse. Kładźmy się. Czy . mam pierwszy pełnić wartę?

Samodzielny agent zgodził się, ale długo nie mógł zasnąć.


5

<p>5</p>

Chronocykl skoczył dwa dni do przodu i poszybował wysoko na niebie, niewidoczny gołym okiem. Powietrze wokół niego było rzadkie i zimne. Everard zadrżał, nastawiając teleskop elektroniczny. Nawet przy maksymalnym powiększeniu samotna karawana wyglądała jak szereg punkcików przesuwających się po bezmiernej zielonej płaszczyźnie. Ale nikt inny na półkuli zachodniej nie mógł jechać konno.

Manse odwrócił się na siodełku do swego towarzysza.

— Co teraz zrobimy?

Szeroka twarz Indianina była nieprzenikniona.

— No, jeśli nasz pokaz nie odniósł skutku…

— Oczywiście, że odniósł! Przysiągłbym, że jadą na południe dwa razy szybciej niż poprzednio. Dlaczego?

— Musiałbym wiedzieć o nich więcej, żebym mógł ci dać trafną odpowiedź, Manse. W gruncie rzeczy jednak może chodzić tylko o to, że rzuciliśmy wyzwanie ich odwadze. W ich kulturze odwaga i brawura to jedyne liczące się cnoty… nie mogli więc zrobić nic innego, jak tylko kontynuować wędrówkę. Gdyby przelękli się zwykłej groźby, nigdy by sobie tego nie darowali.

— Przecież Mongołowie nie są idiotami! Nie dokonali wszystkich swoich podbojów dzięki brutalnej sile, ale dlatego, że lepiej niż ich przeciwnicy znali się na sztuce wojennej. Toktaj powinien był się wycofać, zameldować swojemu władcy o tym, co zobaczył, i zorganizować większą ekspedycję.

— Mogą to zrobić żołnierze, których zostawił przy statkach — przypomniał mu Sandoval. — Teraz, kiedy o tym myślę, zdaję sobie sprawę, jak bardzo nie doceniliśmy Toktaja. Musiał ustalić jakiś termin, prawdopodobnie w przyszłym roku. Gdyby nie wrócił, statki mają odpłynąć do Kathaju, a jeśli znajdzie coś interesującego, na przykład nas, może wysłać Indianina z listem do bazy.

Manse skinął głową. Przyszło mu na myśl, że wciągnięto go do tej wyprawy, nie dawszy mu nawet chwili na poczynienie przygotowań. Stąd ten pożałowania godny rezultat. W jakim jednak stopniu przyczyniła się do tego podświadoma niechęć Jacka Sandovala? Po chwili milczenia powiedział:

— Mogli dostrzec w nas coś podejrzanego. Mongołowie zawsze potrafili prowadzić wojnę psychologiczną.

— Możliwe. I co teraz zrobimy?

„Runąć na nich z góry, puścić kilka serii z działka energetycznego z czterdziestego pierwszego wieku zamontowanego na naszym chronocyklu i koniec… Nie, na Boga, nigdy nie zrobię czegoś podobnego. Mogliby mnie za to posłać na planetę kamą. Istnieją granice, których nie można przekroczyć”.

— Urządzimy pokaz, który zrobi wrażenie — zaproponował Everard.

— A jeśli i to zawiedzie?

— Zamknij się! Nie kracz!

— Właśnie się zastanawiałem. — Wiatr porywał słowa Sandovala. — A może w ogóle nie dopuścić do tej wyprawy? Cofnąć się w czasie o kilka lat i przekonać chana Kubilaja, że nie warto wysyłać ludzi na wschód? Wtedy to wszystko nigdy by się nie wydarzyło.

— Dobrze wiesz, że przepisy zabraniają nam wprowadzania zmian do historii.

— W takim razie co tutaj robimy?

— Wykonujemy specjalny rozkaz centrali. Możliwe, że ma to na celu skorygowanie jakiejś innej interferencji. Skąd mam to wiedzieć? Jestem tylko szczeblem w drabinie ewolucji. Ludzie żyjący milion lat po mnie posiadają zdolności, o jakich mi się nawet nie śniło.

— Ani mnie — mruknął Indianin. Everard zacisnął usta i po chwili rzekł:

— Obaj wiemy, że dwór Kubilaja, najpotężniejszego człowieka na świecie, ma decydujące znaczenie i jest ważniejszy niż wszystko tutaj w Ameryce. Skoro już wciągnąłeś mnie do tej cholernej roboty, pokażę ci teraz, że w razie potrzeby ja tutaj dowodzę. Kazano nam zniechęcić’ tych ludzi do dalszej eksploracji. Nie obchodzi nas, co się później z nimi stanie. Przypuśćmy, że nigdy nie wrócą do swojego kraju. Nie przyczynimy się do tego bezpośrednio, tak jak nie można stać się mordercą, jeśli zaprosi się jakiegoś człowieka na obiad, a on zginie po drodze w wypadku.

— Przestali marudzić i bierzmy się do roboty. — uciął Sandoval. Manse skierował chronocykl naprzód.

— Czy widzisz to wzgórze? — zapytał po chwili. — To miejsce Jeży na szlaku Toktaja, ale sądzę, że dzisiaj wieczorem rozbije on obóz kilka kilometrów przed nim, na tej łączce nad rzeką. Stamtąd będzie mógł je zobaczyć. Zainstalujemy się tam.

— I wystrzelimy sztuczne ognie? Będą musiały bardzo się różnić od zwykłych fajerwerków. Ci Kathajanie świetnie się znają na prochu strzelniczym. Używają nawet małych rakiet do celów wojskowych.

— Wiem o małych rakietach, ale kiedy gromadziłem sprzęt na tę wyprawę, zabrałem rozmaite aparaty na wypadek, gdyby pierwsza próba okazała się nieudana.

Na szczycie wzgórza rósł rzadki sosnowy zagajnik. Everard posadził chronocykl między drzewami i zaczął wyładowywać skrzynie z obszernych pojemników. Sandoval pomagał mu bez słowa.

Wytresowane przez ludzi z Patrolu konie spokojnie wyszły z przegród, w których podróżowały, i zaczęły się paść na zboczu. Po pewnym czasie Indianin przerwał milczenie.

— Nie mam o tym zielonego pojęcia. Co szykujesz?

Manse poklepał niewielki aparat, który już do połowy zmontował, i rzekł:

— To element systemu kontroli pogody działającego w mroźnych wiekach w odległej przyszłości, tak zwany dystrybutor potencjałów. Może wytwarzać najstraszniejsze błyskawice i odpowiednio głośne grzmoty.

— Aha!… słaby punkt Mongołów. — Nagle Sandoval uśmiechnął się szeroko. — Na pewno zwyciężysz. Możemy odpocząć i nacieszyć się tym widowiskiem.

— Przygotuj dla nas kolację, dobrze? Ja tymczasem skończę montować te rzeczy. Oczywiście bez ognia. Nie chcemy żadnego dymu, który można normalnie wytłumaczyć… Ach, tak! Mam również projektor miraży. Gdybyś zechciał się przebrać i naciągnąć kaptur lub coś innego w odpowiedniej chwili, tak żeby nie można było cię rozpoznać, wyświetliłbym twoją podobiznę wielką na prawie półtora kilometra i prawie równie brzydką jak w rzeczywistości.

— Co byś powiedział na nagłośnienie? Pieśni Nawahów mogą napędzić niezłego stracha, kiedy nie wiadomo, czy wyrażają triumf czy przerażenie.

— Otóż i oni!

Dzień przygasał. Pod sosnami pociemniało; powietrze było zimne i przesycone ostrą wonią. Pożerając kanapkę, Everard przyglądał się przez lornetkę mongolskiej straży przedniej, która zgodnie z jego przypuszczeniami wybrała na miejsce postoju łączkę nad rzeką. Potem nadjechali inni Mongołowie, przywożąc upolowaną po drodze zwierzynę i zabrali się za przygotowywanie posiłku. Reszta oddziału pokazała się o zachodzie słońca. Żołnierze zsiedli z koni, zajęli miejsca zgodnie z ustalonym wcześniej porządkiem i zaczęli jeść. Toktaj jechał forsownie, nie tracąc ani minuty dnia. O zmroku Manse obserwował wysunięte posterunki konnych wartowników uzbrojonych w łuki. Tracił ducha, chociaż starał się do tego nie dopuścić. Bądź co bądź przeciwstawiał się ludziom, którzy wstrząsnęli światem.

Pierwsze gwiazdy zabłysły nad ośnieżonymi szczytami. Trzeba było zacząć.

— Czy uwiązałeś nasze konie, Jack? Mogą wpaść w panikę. Jestem prawie pewny, że tak się stanie z mongolskimi kucami! Świetnie, zaczynajmy.

Najpierw między niebem a ziemią błysnęło niebieskie światełko. Później pojawiły się błyskawice, następujące po sobie bez przerwy ogniste, rozszczepione języki, powalając drzewa jednym uderzeniem, aż zbocza wzgórza zadrżały od grzmotów. Następnie Everard wypuścił ogniste kule, płomienne sfery, które wirowały i podskakiwały w powietrzu, ciągnąc za sobą ogony z iskier. Przecinały powietrze jak meteory, wybuchały nad obozem i wkrótce niebo zaczęło sprawiać wrażenie rozgrzanego do białości.

Ogłuszony i na poły oślepiony Everard zdołał stworzyć ekran z fluorescencyjnej jonizacji. Wielkie wstęgi falowały niczym zorza polarna, czerwone jak krew i białe niczym kość, sycząc pod wpływem powtarzających się uderzeń piorunów. Sandoval postąpił kilka kroków da przodu. Miał na sobie tylko spodnie i za pomocą gliny pokrył ciało rytualnymi wzorami. Nie włożył maski, lecz umazał twarz ziemią i wykrzywił ją w dzikim grymasie, tak że jego towarzysz z trudem go rozpoznał. Maszyna zanalizowała jego postać i zmieniła szczegóły. Trójwymiarowy obraz na ekranie z zorzy polarnej był wyższy niż wzgórze. Poruszał się jak gdyby w groteskowym tańcu, przemieszczając się z jednego krańca widnokręgu do drugiego, a później wzniósł się wyżej, czemu towarzyszyły dźwięki głośniejsze od grzmotów.

Manse skulił się skąpany w trupiobladym świetle, zacisnąwszy palce na tablicy rozdzielczej. Ogarnął go paniczny prymitywny strach; taniec na niebie obudził w nim dawno zapomniane uczucia.

„Boże! Jeśli to nie zmusi ich do odwrotu…”

Oprzytomniał i spojrzał na zegarek. Pół godziny… Trzeba dać im jeszcze kwadrans, stopniowo zmniejszając liczbę efektów… Na pewno zostaną w obozie do świtu i nie będą błąkać się w mroku; są dostatecznie zdyscyplinowani. Trzeba przycichnąć na kilka godzin, a później ostatecznie ich przerazić wytwarzając piorun, który roztrzaska drzewo tuż koło nich… Everard dał znak Sandovalowi, żeby się wycofał. Indianin usiadł, dysząc tak głośno, jak gdyby włożył w swoje popisy dużo więcej wysiłku niż mogło się zdawać.

Kiedy hałas ucichł, Manse powiedział:

— Wspaniałe przedstawienie, Jack. — Jego głos brzmiał w uszach Sandovala nieco metalicznie i obco.

— Nie robiłem czegoś takiego od lat — mruknął Sandoval. Zapalił zapałkę, której trzask zmącił głęboką ciszę. Mały płomyk oświetlił zaciśnięte usta. Później Indianin zgasił ją i tylko koniec jego papierosa żarzył się w mroku.

— Nikt ze znajomych w rezerwacie nie brał poważnie tych tańców — podjął po chwili. — Kilku starców uważało, że my, młodzi, powinniśmy się ich nauczyć. Pragnęli zachować dawne obyczaje i przypomnieć nam, że nadal jesteśmy jednym ludem. My jednak chcieliśmy zarobić trochę, tańcząc dla turystów.

Zapadło długie milczenie. Everard wyłączył projektor i w gęstym mroku papieros Sandovała przygasał i rozżarzał się jak maleńka czerwona gwiazda Algol.

— Dla turystów! — powtórzył w końcu Indianin. Po kilku minutach dodał: — Dziś wieczorem mój taniec miał pewien cel i coś oznaczał. Nigdy nie czułem się tak jak wtedy.

Everard nie odpowiedział.

Milczał dopóty, dopóki nie usłyszał głośnego rżenia konia, który szarpał się na uwięzi podczas „występu” Sandovala i wciąż był niespokojny.

Manse podniósł głowę, lecz daremnie wpatrywał się w mrok.

— Czy coś słyszałeś, Jack?

Nagle padła na niego smuga światła z elektrycznej latarki. Oślepiony wpatrywał się w nią przez sekundę, a później zerwał się na równe nogi. Zaklął, sięgając po paralizator. Jakiś cień wybiegł zza drzew i uderzył go w żebra. Cofnął się chwiejnie i, nie celując, strzelił.

Latarka jeszcze raz zakreśliła łuk. Everard dostrzegł przelotnie Sandovala. Indianin nie miał przy sobie broni. Uchylił się przed ciosem mongolskiego miecza. Wtedy napastnik rzucił się na niego i Sandoval mógł wykorzystać w praktyce znajomość dżudo, które poznał w Akademii Patrolu. Przyklęknął na jedno kolano. Mongoł ponownie zamachnął się mieczem, chybił i straciwszy równowagę, uderzył brzuchem w muskularne ramię agenta, który wstał po ciosie. Wyrżnął przeciwnika pięścią w podbródek. Głowa w hełmie odskoczyła, a wówczas Sandoval kantem dłoni uderzył Mongoła w grdykę, wyrwał mu miecz z ręki i odwrócił się w samą porę, by odparować cios z tyłu.

Czyjś głos wzbił się ponad wrzawę. Ktoś wydawał rozkazy szczekliwym głosem. Everard się cofnął. Powalił jednego napastnika serią z paralizatora, ale inni odgrodzili go od chronocykla. Odwrócił się by stawić im czoło. Rzucone zręczną ręką lasso zacisnęło się wokół jego ramion. Zwaliło się na niego czterech mężczyzn. Kątem oka spostrzegł, że pół tuzina włóczni uderzyło tępymi końcami w głowę Sandovala. Później już tylko starał się uwolnić. Dwukrotnie udało mu się wstać, lecz zgubił w walce pistolet, a jakiś Mongoł wyrwał mauzera z olstra — ci mali Azjaci byli mistrzami walki w stylu yawara. Rzucili go na ziemię i bili pięściami, kopali i uderzali rękojeściami sztyletów. Nie stracił zupełnie przytomności, ale w końcu przestał się przejmować swoim losem.


6

<p>6</p>

Toktaj zwinął obóz przed świtem i o wschodzie słońca jego oddział jechał już między zagajnikami rosnącymi na dnie dużej doliny. Teren stawał się płaski i suchy; po prawej stronie góry coraz bardziej się oddalały, a kilka jeszcze widocznych ośnieżonych szczytów majaczyło na tle bladego nieba.

Wytrzymałe azjatyckie koniki kłusowały raźnie — w głębokiej ciszy słychać było tylko przytłumiony tętent kopyt, skrzypienie i brzęk uprzęży. Patrząc za siebie, Everard postrzegał mongolską kolumnę jako zwartą masę; włócznie unosiły się i opadały, proporczyki, pióropusze i płaszcze powiewały na wietrze, a niżej błyszczały w słońcu hełmy. Tu i tam widać było brunatne twarze o skośnych oczach oraz groteskowo pomalowane zbroje. Wszyscy milczeli i Manse nie mógł nic wyczytać z kamiennych twarzy wojowników.

Miał wrażenie, że jego mózg zasypały lotne piaski. Mongołowie nie skrępowali Amerykaninowi rąk, ale przywiązali jego stopy do strzemion i sznury ocierały mu ciało. W dodatku rozebrali go do naga — co było niezbędnym środkiem ostrożności, gdyż nie mogli wiedzieć, jakie rzeczy ma zaszyte w ubraniu — a mongolski strój, który dali mu w zamian, okazał się tak ciasny, że musieli rozciąć szwy tuniki, nim zdołał ją włożyć.

Projektor i chronocykl pozostały na wzgórzu. Toktaj nie chciał ryzykować, zabierając te niebezpieczne urządzenia. Musiał krzykiem i groźbami nakłaniać swoich wojowników, żeby zabrali obce konie z siodłami i derkami, ale bez jeźdźców.

Rozległ się szybszy tętent Jeden z łuczników pilnujących Everarda mruknął i odjechał nieco na bok. Li Tai-Tsung zbliżył się do Amerykanina.

— No więc? — zapytał Manse, patrząc ponuro na Chińczyka.

— Obawiam się, że twój przyjaciel już się nie obudzi — odparł uczony. — Ułożyłem go wygodniej.

„Ale leży nieprzytomny na prowizorycznych noszach między dwoma kucami… Tak, to wstrząs mózgu po pobiciu. W szpitalu Patrolu prędko by go postawili na nogi, ale najbliższe biuro jest w Pekinie i trudno sobie wyobrazić, że Toktaj pozwoli mi wrócić do chronocykla i użyć radionadajnika. Jack Sandoval umrze tutaj sześćset pięćdziesiąt lat przed swoimi narodzinami”.

Everard spojrzał w ciemne i zimne oczy; wyrażały zaciekawienie i nie było w nich widać wrogości, ale wydawały mu się obce. Wiedział, że jego wysiłki na nic by się nie zdały. Argumenty logiczne w jego cywilizacji nie miały mocy przekonywania w tej epoce, ale musiał przynajmniej spróbować.

— Czy mógłbyś dać Toktajowi do zrozumienia, jakie nieszczęścia ściągnie na siebie i swój lud, trwając w uporze?

Li pogładził rozdwojoną bródkę.

— Zdaję sobie sprawę, czcigodny cudzoziemcze, że twój lud opanował nie znane u nas sztuki — powiedział. — Ale co z tego? Barbarzyńcy… — urwał i zerknął na mongolskich strażników, ale ci najwyraźniej nie rozumieli dialektu sung, którym się posługiwał, więc mówił dalej: — …podbili wiele krajów zamieszkanych przez ludy przewyższające ich pod każdym względem z wyjątkiem sztuki wojennej. Teraz już wiesz, że, ach, zniekształciłeś prawdę, mówiąc o wrogim imperium leżącym w pobliżu tych ziem. Dlaczego twój władca starałby się nas zmusić do ucieczki za pomocą gróźb, gdyby się nas nie obawiał?

Everard odpowiedział bardzo ostrożnie:

— Nasz wielki cesarz nie lubi przelewu krwi. Jeśli go jednak do tego zmusicie…

— Proszę. — Li wyglądał na zasmuconego. Machnął szczupłą ręką tak, jak gdyby odpędzał owada. — Mów, co chcesz Toktajowi, a ja nie będę się wtrącał. Nie zasmuci mnie powrót do domu, gdyż przybyłem tu tylko z rozkazu cesarza. Gdy jednak rozmawiamy w cztery oczy, nie udawajmy mniej inteligentnych, niż jesteśmy naprawdę. Czy nie widzisz, szlachetny panie, że niczym nie możesz zagrozić tym ludziom? Gardzą śmiercią. Nawet najbardziej wymyślne tortury zakończą się tylko ich śmiercią, a najstraszliwsze okaleczenie ciała nie złamie człowieka, który jest gotów przegryźć swój język i umrzeć. Toktaj oczyma duszy widzi wieczną hańbę, którą się okryje, jeśli zawróci po tak długiej podróży, i wielką szansę zdobycia wiecznej chwały i bogactw, jeśli pojedzie dalej.

Manse westchnął. Poniżające pojmanie go rzeczywiście stało się punktem zwrotnym. Niewiele brakowało, a Mongołowie umknęliby przed błyskawicami i grzmotami. Wielu z nich, jęcząc, padło na ziemie (teraz będą szczególnie agresywni, żeby zatrzeć w pamięci wspomnienie o tym). Toktaj zaatakował źródło niebiańskiego ognia, kierując się w równym stopniu przerażeniem jak brawurą; kilku wojowników pokonało strach, uspokoiło konie i ruszyło za nim. Li ponosił za to częściową odpowiedzialność: jako erudyta i sceptyk znający różne magiczne sztuczki i pirotechniczne widowiska poradził Toktajowi, by zaatakował, zanim jakiś piorun porazi jego żołnierzy.

„Prawda jest taka, że nie doceniliśmy tych ludzi. Powinniśmy byli wziąć ze sobą specjalistę, który orientowałby się w niuansach ich kultury. Zamiast tego uznaliśmy, że wystarczy nabić sobie głowę faktami. I co teraz? Może w końcu przybędzie wysłana przez Patrol ekspedycja ratunkowa, ale Jack umrze za dzień lub dwa…” — Everard spojrzał na kamienną twarz wojownika jadącego po lewej stronie. — „Ja zapewne także; oni nadal mają rozstrojone nerwy. Mogę spodziewać się po nich tylko tego, że skręcą mi kark”.

A gdyby nawet (co było wielce wątpliwe) przeżył i inna jednostka Patrolu wybawiła go z tego kłopotliwego położenia, byłoby mu trudno spojrzeć kolegom w oczy. Uważano bowiem, że cieszący się specjalnymi przywilejami samodzielny agent powinien dać sobie radę w każdej sytuacji bez pomocy. Nie powinien narażać życia innych, równie jak on cennych pracowników policji temporalnej.

— Dlatego szczerze ci radzę, żebyś nie próbował innych podstępów.

— Co takiego?! — zawołał Manse, zwracając się znów do Li.

— Czy rozumiesz, że nasi tubylczy przewodnicy uciekli? — wyjaśnił Chińczyk — i że ich zastępujesz? Mamy nadzieję, że wkrótce spotkamy inne plemiona i nawiążemy z nimi kontakt…

Everard skinął głową. Czuł pulsujący ból w skroniach, a ostre stolice raziło go w oczy. Nie dziwiła go szybka podroż Mongołów przez regiony, gdzie żyły dziesiątki plemion posługujących się różnymi dialektami. Wystarczy kilka godzin, żeby od biedy opanować trochę podstawowych słów i gestów, a później można całymi dniami i tygodniami uczyć” się języka od wynajętych ludzi.

— …i zwerbujemy przewodników na poszczególne etapy, tak jak dotąd postępowaliśmy — ciągnął Li. — Jeśli będziesz nam udzielał fałszywych wskazówek, wkrótce wyjdzie to na jaw. Toktaj ukarze cię za to w bardzo niecywilizowany sposób. Wiedz jednak, że zostaniesz hojnie wynagrodzony za wierną służbę. Możesz nawet mieć nadzieję, że w jakiś czas po podboju otrzymasz wysokie stanowisko w zarządzie prowincji.

Everard siedział nieruchomo w siodle. Ta rzucona mimochodem przechwałka wstrząsnęła nim.

Liczył na to, że Patrol przyśle inną jednostkę. Oczywiście coś uniemożliwi Toktajowi powrót do Kathaju. Czy jednak na pewno? Dlaczego w ogóle kazano im interweniować, skoro nie występowała — w paradoksalny sposób, którego nie potrafił pojąć za pomocą dwudziestowiecznej logiki — żadna niestabilność, słabość kontinuum właśnie w tym miejscu?

Do wszystkich diabłów! Może ta mongolska ekspedycja się powiedzie! Może ten przyszły chanat amerykański, o którym nie śmiał marzyć Sandoval… naprawdę powstanie?

W czasoprzestrzeni istnieją pętle i nieciągłości. Linie wszechświata mogą się uginać i dzielić, tak że pewne rzeczy i wydarzenia pojawiają się bez przyczyny. Są to nieznaczne odchylenia, szybko ustępujące i prędko zapominane. Właśnie w taki sposób Manse Everard, uwięziony w przeszłości z martwym Jackiem Sandovalem, przybył z nie istniejącej przyszłości jako agent Patrolu Czasu, który nigdy nie powstał.


7

<p>7</p>

O zachodzie słońca mongolska ekspedycja, posuwająca się naprzód z zawrotną szybkością, znalazła się na terenach porośniętych bylicą i kaktusami. Strome wzgórza były brunatne; drobny pył unosił się spod końskich kopyt jak dym. Coraz rzadziej rosnące srebrzystozielone krzewy napełniały powietrze słodką wonią.

Everard pomógł położyć Sandovala na ziemi. Indianin miał zamknięte oczy, zapadnięte i rozpalone policzki. Od czasu do czasu rzucał się w gorączce i mruczał coś bez związku. Manse wycisnął wodę ze zmoczonej chusteczki na spieczone wargi przyjaciela, ale nic więcej nie mógł dla niego uczynić.

Mongołowie rozbili obóz w lepszym nastroju niż ostatnim razem. Pokonali dwóch wielkich czarowników, nie naraziwszy się na inne ataki, i zaczynali sobie uświadamiać rozmiary swojego zwycięstwa. Wykonywali swoje prace żywo rozprawiając, a po skromnym posiłku wyciągnęli skórzane bukłaki z kumysem.

Manse pozostał z Sandovalem w pobliżu centrum obozu. Pilnowali ich dwaj strażnicy, którzy siedzieli kilka metrów od nich z napiętymi łukami, lecz nic nie mówili. Czasem jeden z nich wstawał i dorzucał drew do niewielkiego ogniska. Niebawem ich towarzysze również zamilkli. Zmęczenie dawało się we znaki nawet tak wytrzymałym wojownikom jak oni, zawinęli się więc w koce i zasnęli, a gwiazdy coraz bardziej rozpalały się na nieboskłonie. Jakiś kojot zaszczekał kilka kilometrów od obozowiska. Everard przykrył Sandovala, by go ochronić przed chłodem; w płomieniach niewielkiego ogniska widać było szron osadzony na liściach bylicy. Sam owinął się otrzymanym od Mongołów płaszczem i pomyślał, że mogli przynajmniej oddać mu fajkę.

Usłyszał kroki na twardej ziemi. Strażnicy szybko nałożyli strzały na cięciwy. Toktaj wszedł w krąg światła rzucanego przez ognisko; ubrany był w płaszcz, ale miał odkrytą głowę. Żołnierze skłonili się nisko i wycofali w mrok.

Toktaj przystanął. Everard podniósł na niego oczy, a później je opuścił. Nojon długo wpatrywał się w Sandovala. Wreszcie powiedział niemal łagodnie:

— Nie przypuszczam, by twój przyjaciel dożył do następnego zachodu słońca.

Manse mruknął coś w odpowiedzi.

— Czy masz jakieś lekarstwa, które mogłyby mu pomóc? — zapytał Mongoł. — W twoich sakwach jest trochę dziwnych rzeczy.

— Mam lekarstwo przeciwko zakażeniu i inne przeciw bólowi — odparł machinalnie Amerykanin. — Ale człowiek z pękniętą czaszką musi zostać zabrany do dobrego lekarza.

Toktaj usiadł i wyciągnął ręce w stronę ognia.

— Żałuję, że nie mamy ze sobą chirurga.

— Mógłbyś pozwolić nam odejść — powiedział Manse bez krzty nadziei. — Mój wóz, który pozostał w miejscu ostatniego obozowiska, zawiózłby go na czas tam, gdzie otrzymałby pomoc.

— Wiesz, że nie mogę tego zrobić! — parsknął śmiechem nojon. Przestał się litować nad umierającym. — Przecież to ty, Eburardzie, jesteś sprawcą tego wszystkiego.

Ponieważ była to prawda, agent Patrolu nie odpowiedział.

— Nie żywię do ciebie urazy — ciągnął Toktaj — a nawet chciałbym zostać twoim przyjacielem. Gdyby tak nie było, zatrzymałbym się na kilka dni i wycisnął z ciebie wszystko, co wiesz.

Everard wybuchnął:

— Spróbuj!

— Sądzę, że udałoby mi się to z człowiekiem, który musi zabierać ze sobą leki przeciwko bólowi — odparł Mongoł z okrutnym uśmiechem. — Ale możesz mi się przydać jako zakładnik. Poza tym cenię twoją odwagę. Powiem ci nawet, co o tym wszystkim myślę. Przypuszczam, że wcale nie pochodzisz z tego bogatego południowego kraju. Wydaje mi się, że jesteś awanturnikiem i należysz do niewielkiej grupy szamanów. Macie władzę nad królem tej krainy albo zamierzacie ją zdobyć i dlatego nie chcecie, by wtrącali się obcy. — Splunął w płomienie i dodał: — Stare opowieści mówią o takich przypadkach i zawsze jakiś bohater zwycięża w nich czarownika. Dlaczego nie ja? Everard westchnął i rzekł:

— Dowiesz się, dlaczego nie, nojonie. — Zastanowił się, czy jest szansa, by ta zapowiedź się sprawdziła.

— A czy teraz nie mógłbyś choć trochę uchylić rąbka tajemnicy? — Toktaj klepnął go po plecach. — Nie ma między nami krwi. Bądźmy przyjaciółmi.

Everard wskazał kciukiem na Sandovala.

— Och, to wielka szkoda, lecz on uparcie stawiał opór oficerowi chana chanów — powiedział nojon. — No, napijmy się, Eburardzie. Poślę człowieka po bukłak.

Samodzielny agent skrzywił się.

— Nie sądź, że zdołasz mnie w ten sposób ułagodzić!

— Och, więc twój lud nie lubi kumysu? Przykro mi, ale nie mamy nic innego. Już dawno wypiliśmy nasze wino.

— Mógłbyś mi zwrócić moją whisky! — Everard ponownie spojrzał na Sandovala, a później zapatrzył się w mrok i poczuł, że zimno przenika go do szpiku kości.

— Hę?

— To napój z naszego kraju. Mieliśmy go trochę w sakwach.

— No cóż… — Toktaj zawahał się. — Dobrze, chodźmy, poszukajmy go.

Strażnicy poszli za swoim dowódcą i jego więźniem do stosu bagaży, którego pilnowali ich towarzysze broni. Jeden z wartowników zapalił pochodnię, żeby Everard mógł lepiej widzieć. Amerykanin poczuł, że sztywnieją mu mięśnie pleców, gdyż właśnie w jego plecy Mongołowie wycelowali strzały. Cięciwy ich łuków były tak mocno napięte, że w każdej chwili mogły pęknąć. Everard przykucnął jednak i zaczął przeszukiwać sakwy, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Kiedy znalazł zapas szkockiej whisky, wrócił na swoje miejsce.

Toktaj usiadł naprzeciwko niego, po drugiej stronie ogniska.

Patrzył, jak Amerykanin nalewa sobie porcję napoju do zakrętki i wypija ją jednym haustem.

— Dziwnie pachnie — zauważył.

— Spróbuj — powiedział Manse, podając mu manierkę.

Kierował się impulsem; była to zwyczajna reakcja na osamotnienie. Toktaj nie był z gruntu zły. W każdym razie na pewno nie wedle uznawanych przez niego kryteriów moralności. Siedząc obok umierającego kolegi, można mieć ochotę wypić z samym diabłem, żeby tylko zapomnieć o rzeczywistości. Mongoł z powątpiewaniem powąchał trunek, spojrzał na Everarda, zawahał się, po czym odważnie przycisnął naczynie do ust.

— Uuuch!

Amerykanin zerwał się, żeby chwycić manierkę, zanim wyleje się z niej więcej płynu. Toktaj odkaszlnął i splunął. Jeden ze strażników nałożył strzałę na cięciwę, a drugi przyskoczył do Everarda i chwycił go za ramię, wyciągając miecz.

— To nie trucizna! — zawołał agent. — To jest tylko za mocne dla niego! Spójrzcie, wypiję jeszcze trochę!

Nojon uspokoił gestem strażników i spiorunował wzrokiem jeńca. Oczy mu łzawiły.

— Z czego to robicie? — wykrztusił. — Ze smoczej krwi?

— Z jęczmienia — odparł krótko Manse. Nie miał ochoty wyjaśniać procesu destylacji. Nalał sobie jeszcze jedną porcję: — Idź i napij się swego kobylego mleka.

Toktaj mlasnął.

— To rozgrzewa, prawda? Jak pieprz. — Wyciągnął brudną rękę. — Daj mi jeszcze trochę.

Everard siedział nieruchomo przez kilka sekund.

— No więc? — warknął nojon.

Agent pokręcił głową i rzekł:

— Powiedziałem ci, że to za mocne dla Mongołów.

— Co takiego?! Ty wymoczkowaty turecki synu…

— Sam tego chciałeś. Ostrzegam cię życzliwie i biorę twoich ludzi na świadków, że jutro będziesz bardzo chory.

Toktaj łyknął porządnie, beknął i oddał manierkę.

— Bzdura! Po prostu za pierwszym razem nie byłem na to przygotowany. Pij.

Everard pił powoli. Nojon zaczął się niecierpliwić.

— Pospiesz się! Nie, daj mi drugą manierkę.

— Dobrze, ty tu wydajesz rozkazy. Uprzedzam cię lojalnie: nie próbuj dotrzymywać mi kroku. To ci się nie uda.

— Co chcesz przez to powiedzieć?! Podczas jednej pijatyki w Karakorum pokonałem dwudziestu kompanów, którzy upili się do nieprzytomności. I nie byli to żadni zbabiali Chińczycy, lecz sami Mongołowie. — Toktaj dolał sobie dobre pół decylitra alkoholu.

Manse sączył whisky. Czuł tylko palenie w gardle, gdyż był zbyt spięty, by poddać się działaniu trunku. Nagle dostrzegł wyjście z tej na pozór beznadziejnej sytuacji.

— Noc jest diabelnie zimna — powiedział, podając manierkę najbliższemu strażnikowi. — Wypijcie trochę, chłopcy, na rozgrzewkę.

Toktaj podniósł głowę i powiódł dookoła ogłupiałym wzrokiem. — To dobry trunek — zaprotestował. — Za dobry dla… — Pomyślał i nie dokończył zdania. Chociaż w imperium mongolskim okrucieństwo było na porządku dziennym, to jednak oficerowie dzielili się wszystkim z najniższymi stopniem żołnierzami.

Wojownik spojrzał z wyrzutem na swojego zwierzchnika, złapał manierkę i ją przechylił.

— Uważaj, pij powoli — ostrzegł go Amerykanin. — Uderza do głowy.

— Nic mi nie uderza do głowy. — Nojon nalał sobie jeszcze jedną porcję trunku. — Jestem trzeźwy jak bonza[7]. — Pomachał palcem. — Oto co znaczy być Mongołem. Jestem za twardy, żeby się upić.

— Przechwalasz się czy skarżysz? — zapytał Manse. Pierwszy wojownik cmoknął, przyjął czujną postawę i podał naczynie swemu koledze. Toktaj ponownie podniósł do ust drugą manierkę.

— Aaach! — Wytrzeszczył oczy. — To było wspaniałe, ale teraz lepiej chodźmy spać. — Zwrócił się do żołnierzy: — Oddajcie mu jego trunek.

Everard poczuł ucisk w gardle, lecz zdołał się złośliwie uśmiechnąć.

— Tak, dziękuję, przyda mi się jeszcze trochę — powiedział. — Cieszy mnie, że zdajesz sobie sprawę, iż więcej nie zniesiesz.

— Co masz na myśli?! — Toktaj spiorunował go wzrokiem. — Mongoł nigdy nie ma dosyć. — Pociągnął jeszcze jeden łyk. Pierwszy strażnik wziął drugą manierkę i łyknął z niej pospiesznie.

Samodzielny agent wstrzymał oddech. Jego plan miał szanse powodzenia.

Toktaj był przyzwyczajony do pijatyk. Zarówno on sam, jak i jego ludzie mogli pić bez obawy kumys, wino, miód pitny, kwas czyli cienkie piwo zwane błędnie winem ryżowym — każdy trunek znany w tej epoce. Kiedy mieli dosyć, przerywali picie, życzyli sobie nawzajem dobrej nocy i nie chwiejąc się szli spać. Sęk w tym, że w wyniku fermentacji nie można uzyskać napoju o zawartości alkoholu większej niż 24% ze względu na zanieczyszczenia. Dlatego większość trunków wytwarzanych w trzynastym wieku nie zawierała nawet 5% alkoholu i w dodatku były one dość gęste.

Zupełnie inaczej ma się rzecz ze szkocką whisky. Każdy, kto spróbuje ją pić jak piwo lub wino, znajdzie się w tarapatach. Rozsądek wyparuje zeń w oka mgnieniu, a on sam szybko straci przytomność.

Manse wyciągnął rękę, by odebrać naczynie jednemu ze strażników.

— Daj mi to — powiedział. — Inaczej sam wszystko wypijesz!

Wojownik roześmiał się szyderczo i pociągnął spory łyk, po czym podał manierkę koledze. Everard wstał i niezdarnie próbował ją odebrać. Któryś z żołnierzy odepchnął go, wymierzając mu cios w żołądek. Więzień upadł na plecy, a Mongołowie wybuchnęli śmiechem, podtrzymując się nawzajem. Tak dobry żart trzeba było opić.

Tylko Manse zauważył, że Toktaj osunął się na ziemię. Nojon, który siedział dotąd po turecku, przewrócił się na bok. Ognisko dawało dostatecznie dużo światła, żeby Everard mógł zobaczyć głupawy uśmiech na jego twarzy. Samodzielny agent przykucnął, czekając w napięciu na dalszy rozwój wypadków.

Po kilku minutach przyszła kolej na jednego ze strażników. Żołnierz zachwiał się, uklęknął, podparł się rękami i zwymiotował kolację. Drugi odwrócił się, mrugając w oszołomieniu oczami i niezdarnie szukając miecza.

— O co eh… odzi? — wybełkotał. — Coś ty zro… bił? Tru… cizna?

Everard wstał.

Przeskoczył przez ognisko i rzucił się na Toktaja, zanim zauważył to drugi żołnierz. Mongoł, krzycząc i potykając się, postąpił kilka kroków do przodu. Manse znalazł miecz nojona, wyciągnął go z pochwy i odskoczył. Pijany wojownik uniósł miecz. Everard nie chciał zabijać człowieka, który był prawie bezbronny. Podszedł więc do niego, uderzeniem miecza odsunął jego brzeszczot i uderzył go pięścią. Mongoł osunął się na kolana, zwymiotował i zasnął pijany jak bela.

Samodzielny agent rzucił się do ucieczki.

Żołnierze biegali w ciemnościach nawołując się. Manse usłyszał tętent kopyt; nadjeżdżał jeden z wartowników, by sprawdzić, co się dzieje. Ktoś wyjął głownię z dogasającego ogniska i zaczął nią wymachiwać, aż zapłonęła jaśniej. Everard padł plackiem na ziemię.

Minął go jakiś wojownik biegnący na oślep przez zarośla. Usłyszał za sobą głośny wrzask i stek przekleństw, co świadczyło o tym, że ktoś znalazł pijanego nojona.

Manse ponownie się podniósł i zaczął biec.

Mongołowie jak zwykle spętali konie i zostawili je pod strażą. Wyglądały jak wielka czarna plama na tle szarobiałej równiny rozciągającej się pod rozgwieżdżonym niebem. Everard zobaczył, że jeden z wartowników ruszył galopem w jego stronę — Dał się słyszeć szczekliwy głos:

— Co się dzieje?

— Atak na obóz! — wrzasnął jak mógł najgłośniej Everard.

Starał się tylko zyskać na czasie w obawie, że wojownik go rozpozna i przeszyje strzałą. Przykucnął. W oczach żołnierzy był skuloną, owiniętą płaszczem postacią. Mongoł zatrzymał konia, podnosząc obłok kurzu. Samodzielny agent skoczył do przodu.

Chwycił konia za wodze, zanim został rozpoznany. Wartownik wrzasnął, wyciągnął miecz i z całej siły nim uderzył. Everard znajdował się jednak po jego lewej stronie. Bez trudu odparował niezręczny cios i poczuł, jak ostrze jego miecza zagłębia się w ciele. Przerażony koń stanął dęba. Jeździec spadł z siodła, poturlał się po ziemi i poderwał z rykiem. Manse już włożył stopę w szerokie strzemię. Żołnierz, kulejąc, zrobił krok w jego stronę; w mroku krew płynąca z rany na nodze wydawała się czarna. Everard wsiadł na konia i uderzył go płazem miecza po zadzie.

Skierował się ku końskiemu stadu. Nadjechał inny wartownik, żeby zagrodzić mu drogę. Amerykanin pochylił się nisko w siodle. Nad jego głową świsnęła strzała. Ukradziony kucyk pochylił łeb i zgiął przednie nogi, by pozbyć się brzemienia, do którego nie był przyzwyczajony. Everard potrzebował minuty, by odzyskać nad nim kontrolę. W tym czasie łucznik mógłby go bez trudu pojmać, gdyby podszedł i ściągnął go z konia. Mongoł jednak z przyzwyczajenia minął go galopem i wypuścił następną strzałę. Chybił w ciemności. Zanim zdołał zawrócić, Manse przepadł w nocnym mroku.

Agent rozwinął lasso przytroczone do siodła i wjechał między płochliwe koniki. Schwytał najbliższego wierzchowca, który na szczęście poddał się bez oporu. Później Everard nachylił się, przeciął mieczem końskie pęta i odjechał, prowadząc luzaka. Wynurzył się po drugiej stronie stada i skierował na północ.

„Będą mnie ścigać długo i zawzięcie — pomyślał. — Koniecznie muszę zatrzeć ślady, gdyż inaczej znów mnie złapią. Jeśli dobrze pamiętam mapę tych okolic, to pola lawy znajdują się na północnym wschodzie.”

Obejrzał się za siebie. Nikt go jeszcze nie ścigał. Będą potrzebowali trochę czasu, żeby się pozbierać. A jednak…

Za jego plecami zajaśniały cienkie błyskawice. Rozległ się grzmot. Samodzielnego agenta przeszył dreszcz, którego nie wywołał nocny chłód. Ściągnął wodze. Już nie musiał się spieszyć. To na pewno Manse Everard…

…który wrócił do chronocykla, pojechał nim na południe i cofnął się w czasie do tej właśnie chwili.

„Upiekło mi się” — pomyślał Manse. Przepisy Patrolu Czasu zabraniały uciekania się do takich wybiegów. Było to bardzo niebezpieczne, gdyż groziło zamknięciem pętli kauzalnej albo pomieszaniem przeszłości i przyszłości.

„Ale tym razem nikt nie weźmie mi tego za złe. Nie spotka mnie nawet reprymenda, ponieważ zrobiłem to, by ocalić Jacka Sandovala, a nie siebie. Ja już się uwolniłem. Mógłbym zgubić Mongołów w górach, które znam, w przeciwieństwie do nich. Skok w czasie miał na celu wyłącznie uratowanie mojego przyjaciela. A poza tym (dodał w przypływie goryczy) czymże była nasza misja, jeśli nie interwencją przyszłości pragnącej zbudować swoją przeszłość? Bez naszego przeciwdziałania Mongołowie mogliby podbić Amerykę, a wtedy nikt z nas by nie istniał”.

Ogromny czarny nieboskłon rzadko kiedy bywał równie rozgwieżdżony. Wielka Niedźwiedzica świeciła nad oszronioną ziemią; głęboką ciszę mącił tylko tętent końskich kopyt Everard nigdy nie czuł się taki samotny.

— Co ja robię w tak zamierzchłej przeszłości? — zapytał siebie na głos.

Odpowiedział sobie w myśli, a później z lżejszym sercem poddał się rytmowi kroków konia i mknął przez noc, nie licząc kilometrów. Chciał z tym skończyć, ale czekające go zadanie okazało się nie tak trudne, jak się obawiał.

Toktaj i Li Tai-Tsung nigdy nie wrócili do Kathaju. Nie zginęli na morzu, gdyż pewien czarownik zstąpił z nieba i miotając pioruny, zabił ich konie, a także roztrzaskał i spalił ich statki zakotwiczone u ujścia rzeki. Żaden chiński żeglarz nie zdecyduje się wypłynąć na te niebezpieczne wody w niezgrabnych, mało zwrotnych łodziach, które dałoby się tutaj zbudować; żaden Mongoł nie uwierzy, by dało się dotrzeć do ojczyzny pieszo. Ekspedycja pozostanie na odkrytym przez nią kontynencie, Mongołowie ożenią się z Indiankami i spędzą resztę życia wśród Indian. Chinookowie, Tlintigowie i Nutkowie — plemiona z północno-zachodnich wybrzeży Ameryki z ich wielkimi, mogącymi pływać po morzu łodziami, z namiotami, wyrobami z miedzi, futrami i tkaninami… No cóż, mongolski nojon, a nawet konfucjański uczony mogli spędzić resztę życia mniej szczęśliwie i pożytecznie, aniżeli dając początek nowej rasie.

Everard przyznał sobie rację. Tyle o tamtej sprawie. Znacznie trudniej niż powściągnąć krwiożercze ambicje Toktaja przyszło mu pogodzić się z prawdą o Patrolu Czasu, który zastępował mu naród, rodzinę i stanowił rację jego istnienia. Dalecy danelliańscy nadludzie wcale nie byli jakimiś szczególnymi idealistami. Nie chronili bezinteresownie kierowanej być może przez boską rękę historii, która do nich prowadziła. Interweniowali to tu, to tam, żeby stworzyć swoją przeszłość… Nie pytaj, czy kiedykolwiek istniał „pierwotny” plan stworzenia. Nie pozwalaj swojemu umysłowi na intelektualne igraszki. Spójrz na pełną kolein drogę, którą ludzkość musiała przebyć, i powiedz sobie, że w pewnych miejscach droga ta mogła być lepsza, lecz w innych znacznie gorsza.

— Możliwe, że w tej grze gra się podrabianymi kośćmi — rzekł Everard — ale nie ma innej.

Masny głos wydał mu się tak donośny i nie na miejscu w tej ogromnej, pokrytej szronem krainie, że nic więcej nie powiedział. Ponaglił konia cmoknięciem i pojechał trochę szybciej na północ.