Poul Anderson

Pieśń pasterza


Trzy kobiety: jedna martwa, jedna żywa, jedna jak tamte obie i jak żadna z nich — nigdy nie będzie żyła i nigdy nie umrze, będąc nieśmiertelna w SUM-ie.

Na wzgórzu ponad tą doliną, przez którą biegnie droga, oczekuję na Jej przejście. Mróz w tym roku nadszedł wcześnie i trawy już zbladły. Stok wzgórza porośnięty jest drzewami jabłoni i jeżynami, z których ludzie pospołu z ptakami zebrali już owoce, pozostawiając tylko nagie łodygi. Jabłonie są bardzo stare, rozrzucone bezładnie po stoku i równie bezładnie powykrzywiane — pozostałość po sadzie, pielęgnowanym przez pokolenia, o których teraz już nikt, poza SUM-em, nie pamięta (widzę fragmenty muru tu i ówdzie wystające ponad gąszcz jeżyn). Już niewiele owoców na nich pozostało. Po skórze przebiega mi dreszcz, powiew wiatru strząsa jabłko. Słyszę, jak uderza w ziemię — jeszcze jedno tyknięcie jakiegoś odwiecznego zegara. Krzewy coś szepczą do wiatru.

Inne wzgórza wokół mnie pokryte są lasem i płoną szkarłatem, miedzią i brązem. Niebo jest ogromne, słońce blednie, chyląc się ku zachodowi. Dolina wypełnia się głębszym i ciemniejszym błękitem, mgiełką, której lekka dymność dotyka moich nozdrzy. Jest babie lato, stos pogrzebowy roku.

Były też inne pory. Były inne życia, przed moim i jej. I wtedy ludzie mieli słowa, którymi mogli śpiewać. Ciągle jeszcze dopuszczamy do siebie muzykę, a ja spędziłem dużo czasu na oplataniu melodiami słów na nowo odkrytych. „W czas majowy, dyszący zielenią…” Zdjąłem z pleców harfę i nastroiłem ją. Zaśpiewałem dla niej, prosto w jesień i gasnący dzień.

Przyszłaś. a z tobą słońce. Radośnie śmieją się liście. Dziewanny z miłości drżące. W zieleni lśnią złociście.

Stopy, opadając, poruszają trawę dość delikatnie i kobieta mówi z udawanym śmiechem:

— No cóż, dziękuję.

Kiedyś, tak krótko po śmierci mojej dziewczyny, że ciągle byłem oszołomiony, stałem w mieszkaniu, które należało do nas. To było na sto pierwszym piętrze najbardziej atrakcyjnego budynku. Po zmierzchu miasto jarzyło się dla nas, mrugało i lśniło, rozwijało jak sztandary ogromne połacie jasności. Nic poza SUM-em nie było w stanie kontrolować miliona samochodów powietrznych, tańczących między wieżami jak roje świetlików, utrzymywać w ruchu całego miasta, od siłowni atomowych, przez automatyczne fabryki, sieci dystrybucji energii i dóbr, systemy oczyszczania i urządzenia naprawcze, po usługi, oświatę, kulturę i prawo — wiązać wszystko w jeden gigantyczny, nieśmiertelny organizm. Chlubiliśmy się faktem, że należymy do tego miasta, tak samo jak tym, że należymy do siebie.

Jednak w ten wieczór kazałem kuchni wyrzucić do śmietnika obiad, który dla mnie przygotowała. Rozgniotłem obcasem podane przez automat medyczny chemiczne środki pocieszające i kopnąłem odkurzacz, gdy zbierał ich okruchy. Rozkazałem światłom, by się nie zapalały, nigdzie, w całym mieszkaniu. Stałem przy ścianie widokowej, patrząc na megalopolis i widziałem tandetę i krzykliwość. Obracałem w dłoniach glinianą figurkę, którą ona ulepiła. Obracałem ją, obracałem, obracałem.

Zapomniałem tylko drzwiom zakazać wpuszczania gości. Poznały tę kobietę i otworzyły się dla niej. Przyszła z uprzejmości, zamierzając wyrwać mnie z nastroju, który wydawał jej się nienaturalny. Usłyszałem, jak wchodzi i obejrzałem się, próbując przebić wzrokiem ciemność. Była niemal tego samego wzrostu co moja dziewczyna i jej włosy były przypadkowo upięte tak samo, jak ona lubiła to robić — figurka wypadła mi z dłoni i roztrzaskała się, gdyż przez moment myślałem, że ona to tamta. Od tej pory musiałem ze sobą walczyć, żeby nie czuć do Thrakii nienawiści.

Teraz, nawet bez światła zachodzącego słońca, nie pomyliłbym się w taki sposób. Nic, poza srebrzystą bransoletą na jej lewym przegubie, nie przypomina naszej wspólnej przeszłości. Ma na sobie traperskie ubranie: wysokie buty, spódniczkę z prawdziwego futra i pas z prawdziwej skóry, nóż na biodrze i strzelbę przerzuconą przez ramię. Jej włosy są splątane, skóra brązowa od spędzonych na otwartej przestrzeni tygodni. Pod fantastycznymi, wielokolorowymi zygzakami, którymi pomalowała swoje ciało, widać zadrapania i brud. Nosi naszyjnik z ptasich czaszek.

Ta, która jest martwa, była na swój sposób dzieckiem drzew i przestrzeni w znacznie większym stopniu niż naśladowcy Thrakii. Gdy miasta nam się przejadły i wyszliśmy z nich, nie musiała wyzbywać się ubrania ani czystości, rozsądku ani delikatności, żeby pod gołym niebem czuć się jak w domu. Z tej właśnie cechy zaczerpnąłem wiele imion, którymi ją nazywałem, takich jak Leśne Źrebię czy Łania, czy, znalezione w czasie grzebania w starych księgach. Driada i Elf. (Lubiła, gdy wybierałem jej imiona, i ta przyjemność nie miała końca, gdyż ona była nienasycona).

Pozwalam strunom wydźwięczeć się w ciszę. Odwracając się, mówię do Thrakii:

— Nie śpiewałem dla ciebie. Ani dla nikogo. Zostaw mnie w spokoju. Thrakia wzdycha głęboko. Wiatr rozwiewa jej włosy i przynosi mi jej zapach: nie kobiecej słodyczy, ale strachu. Zaciska pięści i mówi:

— Jesteś pomylony.

— Stąd wzięłaś tak pełne treści słowo? — szydzę, gdyż mój własny ból i, prawdę mówiąc, strach musi się wyzwolić, uderzyć w coś, a proszę, ona tu stoi. — Już cię nie zadowala “niezrównoważony” czy “nieopanowany”?

— Nauczyłam się od ciebie — mówi wyzywająco — z twych przeklętych starożytnych pieśni. Masz następne słowo, „przeklęty”. Jakże ono do ciebie pasuje! Kiedy masz zamiar przestać zachowywać się jak chory?

— I oddać się do kliniki, i pozwolić ładnie i higienicznie wyprać sobie mózg. Nieprędko, kochanie. — Używam tego ostatniego słowa z premedytacją. Ale ona nie może wiedzieć, jaki żal i smutek ono dla mnie niesie, dla mnie, który pamiętam, że to również mogło być imię mojej dziewczyny. Oficjalna gramatyka i wymowa języka dzięki elektronicznym nagraniom i neuronicznemu nauczaniu jest równie stała i zamrożona, jak każdy inny element naszej cywilizacji. Lecz znaczenia zmieniają się, przesuwają i ślizgają jak węże.

Wzruszam ramionami i najbardziej suchym, najbardziej miejsko-technicznym głosem, na jaki mnie stać, mówię:

— W rzeczywistości jestem jednostką praktyczną, bez żadnych patologicznych skłonności. Zamiast uciekać od swych problemów — przez narkotyki czy neurokorektę, czy, jak ty, przez zabawę w dzikusa — jestem właśnie w przededniu realizacji bardzo konkretnego planu, polegającego na odzyskaniu osoby, która czyniła mnie szczęśliwym.

— Przeszkadzając Jej w powrocie do domu?

— Gdy Ciemna Królowa przebywa na ziemi, każdy ma prawo składać do niej prośby.

— Ale odpowiedni czas już minął…

— Nie określa tego żadne prawo. Tylko zwyczaj. Ludzie boją się z nią spotkać poza tłumem, miastem, jaskrawymi światłami. Nie przyznają się do tego, ale tak jest. Przyszedłem tutaj dokładnie po to, aby nie być fragmentem kolejki. Nie chcę mówić do magnetofonu, żeby potem moje słowa poddawane były komputerowej analizie. Jak mógłbym mieć pewność, że Ona słuchała? Chcę sam się z Nią spotkać, ja, niepowtarzalna istota, chcę patrzeć w Jej oczy, gdy wypowiem swą modlitwę. Thrakia zduszonym głosem mówi:

— Będzie się gniewać.

— Czy Ona jest jeszcze zdolna do gniewu?

— Ja… ja nie wiem. Jednak to, o co chcesz prosić, jest tak nieprawdopodobne. Tak absurdalne. SUM ma ci oddać twoją dziewczynę. Wiesz przecież, że On nigdy nie robi wyjątków.

— A czy Ona sama nie jest wyjątkiem?

— To co innego. Jesteś nierozsądny. SUM musi mieć jakiegoś… bezpośredniego łącznika z ludźmi. Potrzebuje informacji kulturowych i emocjonalnych tak samo jak statystyki. Jak bez tego mógłby racjonalnie rządzić? I spośród wszystkich ludzi, z całego świata wybrał właśnie Ją. A kim była twoja dziewczyna? Nikim!

— Dla mnie była wszystkim.

— Dla ciebie… — Thrakia zagryza wargę. Jej ręka sięga ku mnie, dłoń zaciska się na mym nagim ramieniu. Twardy, gorący uścisk, brudne paznokcie wpijają się w skórę. Gdy nie reaguję, otwiera dłoń i wbija wzrok w ziemię. Wielkie “V” odlatujących dzikich gęsi przemierza niebo nad nami. Ich krzyki przebijają się ostro przez szum wiatru, narastający w lesie.

— No dobrze — mówi — ty jesteś wyjątkowy. Zawsze byłeś. Wyruszyłeś w przestrzeń z Wielkim Kapitanem i wróciłeś. Być może jesteś jedynym żyjącym człowiekiem, który rozumie starożytnych. Więc może Ona cię wysłucha. Ale SUM nie. On nie może obdarowywać wskrzeszeniami. Jeżeli raz to zostanie zrobione, jeden jedyny raz, czy nie będzie musiało być powtarzane dla każdego? Martwi przytłoczą żywych.

— Niekoniecznie — mówię. — Ja w każdym razie zamierzam spróbować.

— Dlaczego nie możesz poczekać do dnia obiecanego? Wtedy SUM z pewnością odtworzy was dwoje w tym samym pokoleniu.

— Musiałbym to życie, przynajmniej to, przeżyć bez niej — mówię i odwracam wzrok. Patrzę w dół, na drogę lśniącą poprzez cienie wzdłuż całej doliny jak wąż śmierci. — Poza tym skąd wiesz, że w ogóle będą jakiekolwiek wskrzeszenia? Mamy tylko obietnicę. Nawet mniej. Ogłoszony program.

Thrakia łapie gwałtownie powietrze, odskakuje ode mnie, podnosi ręce, jakby chciała odbić cios. Jej bransoleta rozbłyskuje światłem prosto w moje oczy. Poznaję początkową fazę egzorcyzmu. Thrakia nie zna rytuału — wszelkie “przesądy” już dawno zostały starannie wyskrobane z naszego metalowo-energetycznego świata. Ale nawet jeśli nie potrafi znaleźć odpowiedniego słowa, odpowiedniej formy, to na pewno odżegnuje się od bluźnierstwa.

Mówię więc zmęczonym głosem, nie chcąc żadnych kłótni, pragnąc tylko czekać tutaj w samotności:

— Nieważne. Może się zdarzyć jakiś kataklizm, na przykład uderzy w nas wielki asteroid. Zmiecie cały system, zanim warunki dojrzeją do tego, by wskrzeszenia mogły być rozpoczęte.

— To jest niemożliwe — jest doprowadzona niemal do wściekłości. — Homeostaty, systemy naprawcze…

— Dobrze, nazwij to skrajnie nieprawdopodobnym, teoretycznie tylko możliwym przypadkiem. I załóżmy również, że ja jestem takim egoistą, iż chcę powrotu Skrzydła Jaskółki teraz, w tym życiu, i nic mnie nie obchodzi, czy to jest w porządku wobec reszty was.

Was też nikt inny nie obchodzi, myślę. Nikogo z was. Wy nie rozpaczacie. Jedyną rzeczą, którą chcecie ochronić, jest wasza własna, najcenniejsza w świecie świadomość. Nikt nie jest wam tak bliski, żeby się naprawdę liczył. Czy uwierzylibyście mi, gdybym wam powiedział, że jestem gotów ofiarować SUM-owi moją własną śmierć w zamian za uwolnienie Kwiatka W Słońcu?

Nie wypowiadam tej myśli. To by było okrutne. Nie powtarzam również tego, co jest jeszcze okrutniejsze: moich obaw, że SUM kłamie, że umarli nigdy nie zostaną zwróceni. Gdyż (ja nie jestem Wszechkontrolującym, nie myślę próżnią i negatywnymi poziomami energii, lecz zwyczajnymi, powstałymi na ziemi molekułami — potrafię jednak rozumować beznamiętnie, bo wyzbyłem się iluzji) zastanówcie się… Celem tej gry jest zachowanie społeczeństwa stabilnego, praworządnego i zdrowego. To wymaga zaspokojenia nie tylko potrzeb cielesnych, ale również tych, które mają znaczenie symboliczne lub wynikają z przyrodzonych instynktów. I dlatego dzieciom musi być wolno przychodzić na świat. Minimalna ich liczba na pokolenie jest równa maksymalnej: jest to liczba, która utrzyma populację na stałym poziomie.

Pożądane jest również usunięcie z umysłów ludzi strachu przed śmiercią. Stąd przyrzeczenie: w czasie, który będzie odpowiedni ze względów społecznych, SUM zacznie nas odtwarzać, wraz ze wszystkimi naszymi wspomnieniami, ale w rozkwicie młodości. I to może być robione wielokrotnie, życie za życiem, przez tysiąclecia. Więc śmierć jest w rzeczywistości tylko snem.

…W tym śnie śmiertelnym, co się może jawić… Nie. Ja nie odważę się na tym polegać. Zadaję więc tylko jedno małe pytanie, moje własne:

Kiedy i w jaki sposób, według oczekiwań SUM-a, warunki (przy stabilnym społeczeństwie, pamiętajcie) miałyby się stać tak różne od dzisiejszych, żeby narodzeni na nowo mogli być, w swych milionowych masach, bezpiecznie powitani wśród żywych?

Nie widzę powodu, dla którego SUM nie miałby nam kłamać. My również jesteśmy tylko przedmiotami w świecie, którym On manipuluje.

— Już przedtem się o to kłóciliśmy, Thrakia — wzdycham. — Często. Dlatego tak się tym martwisz?

— Sama chciałabym to wiedzieć — odpowiada cicho. Mówi dalej na wpół do siebie: — Oczywiście chcę z tobą kopulować. Musisz być dobry, sądząc z tego, jak ta dziewczyna wodziła za tobą oczami, jak się uśmiechała, dotykając twojej dłoni, jak… Ale przecież nie możesz być lepszy niż wszyscy inni. To niedorzeczne. Istnieje tylko określona liczba możliwych sposobów. Więc dlaczego boli mnie to, że otulasz się milczeniem i odchodzisz samotnie? Może właśnie przez to stajesz się dla mnie wyzwaniem?

— Za dużo myślisz — mówię. — Nawet tutaj. Grasz człowieka pierwotnego. Odwiedzasz dzikie obszary, żeby “zaspokoić wrodzone atawistyczne impulsy”… jednak nie potrafisz wyzbyć się tego komputera, który w tobie siedzi, i po prostu czuć, po prostu istnieć.

Najeża się. Dotknąłem czułej struny. Patrząc obok niej, wzdłuż rzędów płomiennych klonów i sumaków, miedzianych wiązów i wielkich, ciemnych dębów, widzę wychodzące spod drzew sylwetki. To wyłącznie kobiety, jej naśladowczynie, tak samo zaniedbane jak ona. Jedna z nich przepasana jest sznurem martwych kaczek, których krew spłynęła po jej udzie i zaschła na czarno. Ten ruch, z jego nie ujętą jeszcze w słowa mistyką, jest dziełem Thrakii. Twierdzi ona, że nie tylko mężczyźni powinni porzucać łatwe życie i przyjemności miast i stawać się znowu, na kilka tygodni w ciągu każdego roku, mięsożercami, podobnymi tym, którzy dali początek naszemu gatunkowi. Również kobiety winny tego szukać, aby tym głębiej doceniać cywilizację, kiedy do niej wrócą.

Przez chwilę czuję się nieswojo. Nie jesteśmy w parku, wśród wytyczonych ścieżek i obozowisk z pełną obsługą. Jesteśmy w dziczy. Niewielu tu przychodzi mężczyzn, a jeszcze mniej kobiet, gdyż ten region leży, dosłownie, poza prawem. Żaden popełniony tu czyn nie podlega karze. Powiedziano nam, że to pomaga w zespoleniu społeczeństwa, gdyż najbardziej gwałtowni spośród nas mogą się w ten sposób wyładować. Spędziłem jednak dużo czasu na tym dzikim obszarze, od kiedy moja Jutrzenka odeszła — sam nie szukając niczego poza samotnością — i oczami, które czytały antropologię i historię, obserwowałem, co się tu dzieje. Powstają obyczaje, rozwijają się struktury. Ceremonie i organizacje plemienne, krwiożerczość i okrucieństwo, zachowania, które gdzie indziej nazwane by zostały nienaturalnymi — wszystko to z każdym rokiem staje się coraz bardziej wymyślne i coraz chętniej widziane. A potem ludzie, którzy w tym uczestniczą, wracają do swych domów w miastach i szczerze wierzą, że korzystali ze świeżego powietrza, ćwiczeń fizycznych i z dobrej, rozładowującej napięcia zabawy.

Wystarczy Thrakię dostatecznie zdenerwować, a może wezwać na pomoc noże.

Dlatego zmuszam się do położenia rąk na jej ramionach, spoglądam w jej udręczone oczy i mówię jak najłagodniej:

— Przepraszam. Wiem, że chcesz dobrze. Boisz się, że Ona wpadnie w złość i sprowadzi nieszczęście na twoich ludzi. Thrakia przełyka ślinę.

— Nie — szepcze. — To by było nielogiczne. Ale boję się tego, co może się stać z tobą. A potem… — Nagle przytula się do mnie. Przez tunikę czuję nacisk jej ramion, piersi, brzucha, czuję zapach łąk w jej włosach i piżmo w jej ustach.

— Odejdziesz! — zawodzi. — I kto będzie dla nas śpiewał?

— Och, planeta roi się od pieśniarzy — zająkuję się.

— Ty jesteś kimś więcej — mówi. — Dużo, dużo więcej. Nie lubię tego, co śpiewasz, tak naprawdę — i tego, co śpiewałeś od śmierci tej głupiej dziewczyny, takie to bezsensowne, okropne! — jednak, sama nie wiem dlaczego, ale ja chcę, żebyś wzbudzał we mnie niepokój.

Niezdarnie poklepuję ją po plecach. Słońce stoi teraz tuż nad wierzchołkami drzew. Jego promienie przecinają nie kończącymi się smugami niespokojne, marznące powietrze. Drżę z chłodu w mej tunice i chodakach i zastanawiam się, co robić.

Ratuje mnie dźwięk. Rozlega się z końca leżącej pod nami doliny. z miejsca, gdzie dwie skalne ściany zasłaniają dalszy widok. Huczy w naszych uszach i drżeniem ziemi przenika do kości. Słyszeliśmy go w miastach i wtedy byliśmy zadowoleni, że wokół siebie mamy ściany, światła i tłumy ludzi. Teraz jesteśmy z nim sam na sam, z hałasem Jej rydwanu.

Kobiety krzyczą, słyszę ich piskliwe głosy, zagłuszane przez wiatr i zbliżający się łoskot, i uderzenia mego pulsu. Znikają w lesie. Odszukają swe obozowisko, ubiorą się ciepło, zapalą ogromne ogniska. Połkną swe ekstatyki, a potem… krążą niepokojące pogłoski na temat tego, co będą potem robiły.

Thrakia chwyta mój lewy przegub, tuż nad bransoletą duszy, i ciągnie.

— Harfiarzu, chodź ze mną! — błaga. Wyrywam się i zbiegam w dół zbocza, ku drodze. Przez chwilę ściga mnie krzyk.

Światło ciągle rozjaśnia niebo i szczyty wzgórz, jednak ja, schodząc w wąską dolinę, zanurzam się w ciemność, gęstniejącą coraz bardziej. Ledwo widoczne pędy jeżyn wyginają się, gdy je rozgarniam, i zahaczają mnie kolcami. Od czasu do czasu czuję drapanie po nogach, szarpnięcie, gdy kolec zaczepia o ubranie, czuję chłód, którym oddycham, lecz wszystko to jest przytłumione. Mój postrzegany-zewnętrzny-świat jest przytłoczony przez dudnienie Jej rydwanu i krwi w moich żyłach. Mój wewnętrzny wszechświat to strach, tak, ale również uniesienie, alkoholowe upojenie, które wyostrza zamiast przytłumiać zmysły, zapomnienie narkotyczne, otwierające umysł w równym stopniu jak emocje. Wyszedłem poza siebie, jestem ucieleśnionym dążeniem. I nie z potrzeby ukojenia, ale żeby wypowiedzieć to, co jest, powracam do słów, których twórca już od wieków jest tylko pyłem, i użyczam im mojej muzyki:

Złote me serce i świat jest złoty I szczyt się w słońcu złoci. A wzgórze cicho zmierzchem oddycha Pierwszą obawą nocy. Aż tajemnica w głuchej dolinie Pęknie jak grom złowrogo. I wiatr zawieje, i blask ściemnieje I noc napełni trwogą. A wtedy o zmroku pod niebem wysoko W języku mi nie znanym Wiadomość usłyszę od twych towarzyszy Już dawno zapomnianych. I pieśń się poniesie po wzgórzach, po lesie Głucha, niepocieszona. I ziemia, i niebo dowiedzą się tego, Że mój przyjaciel skonał.

Jednak dotarłem już na dno doliny i Ona stała się widoczna. Jej rydwan nie jest oświetlony, gdyż radarowe oczy i bezwładnościowe naprowadzacze nie potrzebują reflektorów ani słońca czy gwiazd. Nie mająca kół stalowa łza jedzie, unoszona swym własnym rykiem i strumieniem powietrza. Szybkość nie jest wielka, znacznie mniejsza niż ta, z jaką zwykły jeździć nasze, śmiertelników, pojazdy. Ludzie mówią, że Ciemna Królowa podróżuje tak wolno, żeby móc postrzegać swymi własnymi zmysłami i dzięki temu być lepiej przygotowana do udzielania rad SUM-owi. Jednak teraz Jej doroczny objazd dobiegł końca. Jedzie do swego domu i aż do wiosny będzie mieszkała z Tym, który jest naszym panem. Dlaczego więc również tej nocy się nie śpieszy?

Ponieważ śmierć nigdy nie musi się śpieszyć? Zastanawiam się. I gdy wychodzę na środek drogi, nieodparcie narastają we mnie wersy z jeszcze bardziej odległej przeszłości. Uderzam struny harfy i wyśpiewuję ponad huk nadjeżdżającego pojazdu:

Ja, com był w zdrowiu i radości, Od wielkiej cierpię dziś słabości, Przypadki mną targają złe. Timor mortis conturbat me.

Pojazd wykrywa mnie i wyje ostrzegawczo. Stoję, jak stałem. Może mnie ominąć, droga jest szeroka — nawet gdyby nie była, to i tak gładka nawierzchnia nie jest mu potrzebna. Jednak mam nadzieję, wierzę, że Ona będzie świadoma przeszkody na Jej drodze, i nastroi swe przeróżne wzmacniacze, i stwierdzi, że dostatecznie odbiegam od normy, żeby się zatrzymać. Kto w świecie rządzonym przez SUM-a — kto, nawet spośród zwiadowców, których On wysłał w przestrzeń w swym nie znającym zaspokojenia głodzie informacji — kto stałby w zimnym zmierzchu dzikich pustkowi i krzyczał do wtóru powarkującej harfy:

Na nic wesela nam gloryja, Cały ten świat jeno przemija, Wróg czyha na me ciało mdłe. Timor mortis conturbat me. Niepewna dola człecza wcale, Zdrowie i ból, i śmiech, i żale, To by tańcował, to mu źle. Timor mortis conturbal me. Niestale życia są koleje I jako wierzbą wiatr nim chwieje, Marności pędzi on i dmie. Timor mortis conturbat me.

Pojazd podjeżdża do mnie i opada na ziemię. Pozwalam, by dźwięki mych strun ucichły, uniesione wiatrem. Niebo ponad nami i na zachodzie jest szaropurpurowe; na wschodzie już pociemniało i przebija przez nie kilka wczesnych gwiazd. Tutaj, na dnie doliny, gęsto zalegają cienie, nie pozwalając mi wyraźnie widzieć.

Osłona kabiny odsuwa się do tyłu. Ona stoi w swym rydwanie, wyprostowana, niewyraźnie rysując się nade mną. Jej suknia i płaszcz są czarne i trzepoczą jak skrzydła zaniepokojonego ptaka. Jej twarz jest jasną plamą pod kapturem. Już wcześniej widywałem tę twarz — w pełnym świetle i na nie wiadomo ilu tysiącach fotografii. Jednak teraz, w tej chwili, nie mogę przywołać jej z pamięci, obraz jest niedokładny. Mówię sobie — ostro rzeźbiony profil i blade usta, kruczoczarne włosy i podłużne, zielone oczy — ale to są tylko słowa, nic więcej.

— Co ty wyprawiasz? — Ma piękny, niski głos. Czy jest w nim, och, jakże rzadkie od czasu, gdy SUM wziął ją do siebie — czy jest w nim poruszenie, niemal niezauważalne? — Co ty śpiewałeś, co to było?

Jestem unoszony coraz wyżej i wyżej przez wezbrany we mnie strumień i moja odpowiedź jest mocna, tak mocna, że rezonuje mi czaszka.

— Pani Nasza, mam prośbę.

— Dlaczego nie przyszedłeś z nią przed me oblicze, gdy przebywałam wśród ludzi? Dzisiaj zdążam do domu. Musisz zaczekać, aż z nowym rokiem znów wyruszę w drogę.

— Pani Nasza, ani Ty, ani ja nie życzylibyśmy sobie, aby czyjeś uszy słyszały to, co mam do powiedzenia.

Przygląda mi się przez długą chwilę. Czy rzeczywiście również w Niej wyczuwam strach? (Oczywiście nie mnie się boi. Jej rydwan jest uzbrojony i opancerzony i gdybym uciekł się do gwałtu, zareagowałby z szybkością maszyny, by Ją chronić. A gdybym jakoś, co nieprawdopodobne, zabił Ją lub zranił ponad możliwości leczenia chemo-chirurgicznego, to Ona jest jedynym ze wszystkich stworzeń, które nie musi bać się śmierci. Gdy my umieramy, nasze zwyczajne bransolety krzyczą falami radiowymi o dostatecznej mocy, by zostały one usłyszane w co najmniej kilku stacjach fanatycznych. I rzadko się zdarza, aby pod ich osłoną dusza została uszkodzona w czasie czekania, aż zjawią się Skrzydlate Koła i uniosą ją do SUM-a. Z pewnością diadem Ciemnej Królowej jest lepiej zabezpieczony i może wysłać wezwanie dalej niż bransoleta któregokolwiek ze śmiertelników. I nie ulega żadnej wątpliwości, że Ona zostanie odtworzona. Już bywała w przeszłości, niejednokrotnie — śmierć i odrodzenie po upływie każdych siedmiu lat powodują, że służy SUM-owi wiecznie młoda. Nigdy nie byłem w stanie dowiedzieć się, kiedy Ona urodziła się po raz pierwszy).

Być może to strach przed tym. co śpiewałem i co mogę powiedzieć?

Wreszcie odzywa się — ledwie słyszę przez powiewy i trzaski wśród drzew.

— Więc daj mi Pierścień.

Obok Niej pojawia się karłowaty robot, który zwykle tkwi przy Jej tronie, gdy Ona siedzi wśród ludzi. Wyciąga ku mnie masywne, matowo-srebrne koło. Wkładam w nie lewe ramię, tak że moja dusza jest całkowicie otoczona. Tabliczka na górnej powierzchni Pierścienia, która tak bardzo przypomina brylant, odchyla się ode mnie i nie mogę przeczytać tego, co jest na niej wyświetlane. Jednak gdy Ona pochyla się. by spojrzeć, blada poświata wydobywa z mroku rysy Jej twarzy.

Oczywiście, mówię sobie, prawdziwa dusza nie jest badana. Zajęłoby to zbyt dużo czasu. Prawdopodobnie bransoleta ma wbudowany kod identyfikacyjny. Pierścień przekazuje go do odpowiedniej części SUM-a, który natychmiast wysyła w odpowiedzi to, co jest pod tym kodem zarejestrowane. Mam nadzieję, że nie kryje się w tym nic więcej. SUM nie uważał za stosowne nam powiedzieć.

— Jakim imieniem nazywasz siebie w tej chwili? — pyta Ona. Przez wezbrany we mnie strumień przepływa nurt goryczy.

— Pani Nasza, dlaczego miałoby cię to interesować? Czy moim właściwym imieniem nie jest numer, który otrzymałem, gdy zezwolono mi się urodzić?

Znowu spływa na Nią spokój.

— Jeżeli mam właściwie oceniać twoje słowa, muszę wiedzieć o tobie więcej niż tylko to, co wynika z tych kilku oficjalnych danych. Imię wskazuje nastrój.

Ja także czuję się znowu niewzruszony, mój strumień płynie tak gładko i silnie, że mógłbym nie wiedzieć, iż byłem w ruchu, gdybym nie obserwował, jak czas zanika poza mną.

— Pani Nasza, nie mogę Ci dać uczciwej odpowiedzi. W ciągu tego ostatniego roku nie przejmowałem się imionami ani w ogóle niemal niczym. Ale niektórzy ludzie, znający mnie z dawniejszych czasów, nazywają mnie Harfiarzem.

— Co robisz poza graniem tej ponurej muzyki?

— Obecnie, Pani Nasza, już nic. Mam pieniądze na to, żeby przeżyć swoje życie, jeżeli będę oszczędnie jadał i nie będę utrzymywał domu. Często jestem karmiony i goszczony w zamian za moje pieśni.

— To, co śpiewasz, jest niepodobne do wszystkiego, co słyszałam od czasu… — I znowu, na krótko, ten spokój, spokój robota, jest zachwiany. — Od czasu poprzedzającego stabilizację świata. Nie powinieneś budzić umarłych symboli, Harfiarzu. One wędrują po ścieżkach ludzkich snów.

— Czy to źle?

— Tak. Sny stają się koszmarami. Pamiętaj: zanim SUM wprowadził ład, logikę i porządek, rodzaj ludzki, wszyscy, którzy kiedykolwiek żyli, byli szaleni.

— A więc dobrze — mówię — przestanę, odstąpię od tego, jeżeli moja zmarła zostanie dla mnie obudzona.

Ona sztywnieje. Tabliczka gaśnie. Cofam moje ramię i Pierścień zostaje zabrany przez Jej sługę. I na dnie tej tonącej w cieniach doliny, pod mrugającymi gwiazdami Ona znowu jest bez twarzy. Jej głos jest równie zimny jak otaczające nas powietrze:

— Nikt nie może zostać przywrócony do życia, dopóki nie nadejdzie Czas Zmartwychwstania.

Nie mówię: “A co z Tobą?”, gdyż byłaby to złośliwość. Co Ona myślała, jak szlochała, gdy SUM wybrał Ją spośród wszystkich młodych świata? Co musiała wycierpieć przez swe stulecia? Nie śmiem sobie tego wyobrazić.

Zamiast tego uderzam struny harfy i śpiewam, tym razem spokojnie:

Rzuć na nią róże, płatki róży, Gałęzi świerczyn nie kładź tu. Bo w niej jest cisza, kres podróży. O, chciałbym znać ten bezkres snu.

Ciemna Królowa krzyczy:

— Co ty wyprawiasz? Czy naprawdę jesteś szalony? Przeskakuję od razu do ostatniej strofy.

Duchowi, mimo bujnych mocy, Tchu brakło wciąż, trzepotał w snach; Lecz oto dziś w głębinach nocy Dziedziczy śmierci wielki gmach.

Wiem, dlaczego moje pieśni uderzają tak mocno: ponieważ niosą w sobie lęki i pasje, do których w świecie rządzonym przez SUM-a nikt nie przywykł, o których większość z nas nie wie, że w ogóle mogą istnieć. Nie ośmielałem się mieć nadziei, że Ona mogłaby być nimi tak poruszona, jak to teraz widzę. Czyż nie żyła z ciemnością i strachem, jakich nawet starożytni nie mogliby sobie wyobrazić? Woła:

— Kto umarł?

— Miała wiele imion. Żadne nie było dostatecznie piękne. Jednak mogę podać jej numer.

— Twoja córka? Ja… czasami jestem pytana, czy zmarłe dziecko nie mogłoby być przywrócone życiu. Już niezbyt często, teraz, gdy dzieci tak szybko oddawane są do żłobków. Jednak od czasu do czasu to się zdarza. Mówię wtedy matce, że może mieć nowe. Jeśli kiedykolwiek zaczęlibyśmy odtwarzać zmarłe dzieci, na jakim poziomie wieku mielibyśmy się zatrzymać?

— Nie, to była moja kobieta.

— Niemożliwe! — Stara się, aby ton jej głosu nie był nieuprzejmy, lecz za to jest w nim niemal wściekłość. — Bez trudu znajdziesz sobie inną. Jesteś przystojny, a twoja psychika jest, jest… nadzwyczajna. Pali jak Lucyfer.

— To Ty pamiętasz imię “Lucyfer”, Pani Nasza? — uderzam. — Więc rzeczywiście jesteś stara. Tak stara, że musisz również pamiętać, iż mężczyzna może pragnąć tylko jednej kobiety, jej jednej ponad cały świat i niebiosa.

Próbuje bronić się szyderstwem:

— Czy to było odwzajemnione, Harfiarzu? Wiem o ludziach więcej niż ty i z pewnością jestem ostatnią kobietą, która żyje w czystości.

— Teraz, gdy ona odeszła, tak, Pani, być może jesteś. Jednak my… Czy wiesz, jak ona umarła? Poszliśmy na dzikie obszary. Zobaczył ją mężczyzna, samą, gdyż ja udałem się na poszukiwanie kamieni szlachetnych, by miała z nich naszyjnik. Zrobił jej propozycję. Omówiła. Zagroził jej użyciem Siły. Uciekła. To była pustynna kraina, kraina żmij, a ona była boso. Jedna z nich ją ukąsiła. Znalazłem ją dopiero kilka godzin później. Do tej pory jad i palące słońce… Umarła wkrótce po tym, jak mi powiedziała, co się stało i że mnie kocha. Nie mogłem dostarczyć jej ciała do chemochirurgii dostatecznie szybko, by możliwe było normalne ożywienie. Musiałem pozwolić, aby ją spalili i zabrali jej duszę do SUM-a.

— Jakim prawem żądasz jej z powrotem, jeżeli nikt inny nie może otrzymać swoich zmarłych?

— Prawem mojej miłości do niej i jej miłości do mnie. Jesteśmy sobie bardziej niezbędni niż słońce czy księżyc. Nie sądzę, abyś znalazła dwoje innych ludzi, Pani, z którymi jest jak z nami. A czyż każdy nie ma prawa żądać tego, co mu jest niezbędne do życia? Jak inaczej społeczeństwo może zostać utrzymane w całości?

— Jesteś nieprawdopodobny — mówi słabo. — Pozwól mi odejść.

— Nie, Pani, mówię tylko prawdę. Ale zwykłe, ubogie słowa nie służą mi dobrze. Zaśpiewam Ci, może wtedy zrozumiesz. — I znowu uderzam struny harfy, lecz to, co śpiewam, jest bardziej dla niej niż dla Niej.

Gdybym pomyślał, że umrzeć możesz, Nie płakałbym po tobie, Lecz zapomniałem, w szczęśliwej porze, Że ludzki kres w żałobie. Nie przyszło mi do głowy wcale, Że gdzieś u kresu drogi Ujrzę na twarzy twej owalu Ostatni uśmiech błogi.

— Nie mogę… — zająkuje się. — Nie wiedziałam, że… takie uczucia… tak silne… że jeszcze istnieją.

— Teraz już. Pani Nasza, wiesz. Czy nie jest to ważna informacja dla SUM-a?

— Tak. Jeśli jest prawdziwa. — Nagle pochyla się ku mnie. Widzę, jak drży w ciemności, pod swym łopoczącym płaszczem, i słyszę, jak Jej zęby dzwonią z zimna. — Już dłużej nie mogę tu zostać. Ale jedź ze mną. Śpiewaj dla mnie. Myślę, że potrafię to wytrzymać.

Nie oczekiwałem aż tak wiele. Lecz mój los zależy ode mnie. Wsiadam na rydwan. Pokrywa zatrzaskuje się szczelnie i ruszamy.

Otacza nas główna kabina. Za jej tylnymi drzwiami muszą znajdować się pomieszczenia, w których Ona mieszka na ziemi — to jest naprawdę duży pojazd. Jednak tutaj znajduje się niewiele oprócz zakrzywionych, wyłożonych boazerią ścian. Boazeria jest z prawdziwego drewna o różnych, przyjemnych dla oka słojach: a więc Ona także potrzebuje co pewien czas ucieczki od naszej mechanicznej egzystencji? Umeblowanie jest skromne i proste. Jedyny dźwięk to odgłos naszej jazdy, dla nas stłumiony do pomruku. A ponieważ fotowzmacniacze czujników nie są włączone, ekrany pokazują tylko noc. Ciśniemy się do promiennika, dłonie wyciągnięte w stronę jego żaru. Nasze ramiona ocierają się, nasze nagie ręce, Jej skóra jest delikatna i Jej włosy opadają luźno na odrzucony do tyłu kaptur, pachnąc latem, które umarło. Więc Ona ciągle jest człowiekiem?

Po chwili bez wymiaru mówi, ciągle jeszcze na mnie nie patrząc:

— Ta rzecz, którą śpiewałeś tam na drodze, gdy się zbliżałam — nie pamiętam jej. Nawet z lat, które były, zanim stałam się tym, czym jestem.

— Ta pieśń jest starsza niż SUM — odpowiadam — i zawarta w niej prawda będzie żyła dłużej niż On.

— Prawda? — widzę, jak tężeje. — Zaśpiewaj mi resztę. Moje palce nie są już zbyt sztywne, żeby wydobyć akordy.

Śmierć zła jednako wszystkich traci, Giną książęta i prałaci. Każdego równo kosa tnie. Timor mortis conturbat me. Takoż rycerza się nie boi, Choć tarczę ma i stąpa w zbroi, Zwycięża ona, kogo tknie. Timor mortis conturbat me. Takoż ów tyran bezlitosny Dzieciątka ścina w pąku wiosny. Maleńkie bardzo, tuż po krzcie. Timor mortis conturbat me. Walczącym w polu leż zabieży l wodza trafi, choć on w wieży. Dama w łożnicy takoż mrze. (Tu muszę zamilknąć na chwilę). Timormortis conturbat me. I astrologus wraz z magikiem, Teolog, logik z retorykiem Rozumem swym nie wykpi się. Timor mortis conturbat me.

Przerywa mi, przyciskając dłonie do uszu i niemal krzycząc:

— Nie!

Ja, który stałem się bezlitosny, prześladuję Ją:

— Teraz już rozumiesz, prawda? Ty również nie jesteś wieczna. SUM nie jest. Ani Ziemia, ani Słońce, ni gwiazdy. Chowaliśmy się przed prawdą. Każdy z nas. Ja również, aż straciłem jedyną rzecz, która sprawiała, że wszystko miało sens. Potem już nie zostało mi nic do stracenia, mogłem więc spojrzeć świeżymi oczyma. A tym, co zobaczyłem, była śmierć.

— Wynoś się! Daj mi spokój!

— Nie dam spokoju całemu światu. Królowo, aż ją odzyskam. Oddaj mi ją, a znów uwierzę w SUM-a. Będę Go sławił, aż ludzie zatańczą z radości, słysząc Jego imię.

Patrzy na mnie wyzywająco oczyma dzikiego kota.

— Sądzisz, że to ma dla Niego jakieś znaczenie?

— No cóż — wzruszam ramionami — pieśni mogą być użyteczne. Mogą pomóc we wcześniejszym osiągnięciu wielkiego celu. Jakikolwiek on jest. „Optymalizacja sumy ludzkich działań” — taki chyba był program? Nie wiem, czy ciągle taki jest. SUM rozbudowywał się przez tak długi czas. Wątpię, czy Ty sama rozumiesz Jego cele, Pani Nasza.

— Nie mów o Nim, jakby był żywy — odpowiada mi szorstko. — To jest kompleks obliczeniowo-wykonawczy. Nic więcej.

— Jesteś pewna?

— Ja… tak. On myśli szerzej i głębiej, niż kiedykolwiek myślał czy mógł myśleć człowiek. Ale nie jest żywy, nie jest świadomy, nie posiada jaźni. To jedna z przyczyn, dla których zdecydował, że mnie potrzebuje.

— Jakkolwiek to jest, Pani — mówię — ostateczny rezultat, bez względu na to, co on w końcu z nami zrobi, jest jeszcze bardzo odległy. Teraz, obecnie, myślę o tym, martwię się, złości mnie, że straciliśmy zdolność samookreślenia. Lecz jest tak dlatego, że pozostały mi tylko takie abstrakcje. Oddaj mi moją Lekkostopą i ona, a nie odległa przyszłość, będzie przedmiotem mojej troski. Będę wdzięczny, szczerze wdzięczny, i wy dwoje będziecie to wiedzieć z pieśni, które będę śpiewał. A one, jak już powiedziałem, mogą być Jemu pomocne.

— Jesteś niewiarygodnie bezczelny — mówi głosem bez siły.

— Nie, Pani, tylko zdesperowany — odpowiadam.

Cień uśmiechu dotyka Jej ust. Odchyla się, oczy przysłonięte, i mruczy:

— Dobrze, wezmę cię tam. To, co się później stanie, zdajesz sobie z tego sprawę, nie zależy już ode mnie. Moje obserwacje, moje rekomendacje są tylko kilkoma czynnikami, które należy uwzględnić, kilkoma spośród milionów. No nic… mamy przed sobą długą drogę tej nocy. Podaj mi informacje, które twoim zdaniem mogą ci pomóc, Harfiarzu.

Nie kończę “Elegii”. Również w żaden inny sposób nie trzymam się żałobnego nastroju. Zamiast tego odwołuję się do tych, którzy opiewali radość (nie zabawę, nie krótkie zapomnienia, ale radość) z tego, że mężczyzna i kobieta mogli kiedyś wzajemnie się posiadać.

Ja również, wiedząc, dokąd się udajemy, potrzebuję takiej otuchy. A noc się pogłębia i mile zostają za nami. Wreszcie jesteśmy poza terenami zamieszkanymi, poza obszarami dziczy, w krainie, w której nigdy nie gości życie. Przy świetle bladego księżyca i zanikających gwiazd widzę równinę z betonu i stali, rakiety i wyrzutnie energii przycupnięte jak bestie, wszystkie wymykające się zmysłom nerwy-ścięgna-tętnice, z pomocą których SUM ogarnia świat i wydaje mu rozkazy. I mimo całego ruchu, mimo sił, które kipią, panuje tu martwy spokój. Wydaje się, że sam wiatr zamarzł na śmierć. Szron powleka szarością stalowe kształty. Przed nami zaczyna się pojawiać wielokondygnacyjny i potężny jak góra pałac SUM-a.

Ta, która jedzie ze mną, żadnym znakiem nie zdradza, że zauważyła, iż pieśni zamarły mi na ustach. Ludzkie uczucia, które okazała, teraz już zniknęły. Jej twarz jest zimna i niedostępna, w Jej głosie pobrzmiewa metal. Patrzy prosto przed siebie. Jednak jeszcze przez chwilę do mnie mówi:

— Czy rozumiesz, co się wydarzy? Przez następne pół roku Ja będę połączona z SUM-em, stanę się Jego częścią, jeszcze jednym komponentem. Przypuszczam, że będziesz mnie widział, ale będzie to tylko moje ciało. Mówił do ciebie będzie SUM.

— Wiem. — Muszę wyciskać słowa z gardła. Moje przybycie tutaj. tak daleko, jest triumfem większym, niż jakikolwiek człowiek osiągnął przede mną. I jestem tutaj, aby toczyć walkę o moją Tancerkę Na Księżycowych Promieniach. Jednak mimo tego moje serce drży i dudni mi w czaszce, i mój pot cuchnie.

Udaje mi się dodać:

— Jego częścią będziesz Ty, Pani Nasza. To mi daje nadzieję. Na chwilę Ona odwraca się do mnie i kładzie dłoń na mojej, i coś czyni.

Ją tak młodą i czystą, że niemal zapominam dziewczynę, która umarła.

I szepcze:

— Gdybyś wiedział, jak wielką ja mam nadzieję. Chwila przeminęła i znów jestem sam pośród maszyn. Musimy zatrzymać się przed bramą zamku. Ściany majaczą nad nami pionową płaszczyzną. Wysokie, tak wysokie, że wydaje się, jakby waliły się na mnie na tle gwiazd maszerujących na zachód. Czarne, tak czarne, że nie tylko połykają każdy promień światła, ale promieniują ślepotą. Żądanie wyjaśnienia i odpowiedź drżą na elektronicznych falach, niedostępnych dla moich zmysłów. Jego zewnętrzne, pełniące straż części wyczuły obecność śmiertelnika na pokładzie pojazdu. Wyrzutnia rakiet obraca się błyskawicznie, aby wycelować we mnie tkwiące w niej trzy węże. Jednak Ciemna Królowa odpowiada — nie zadaje sobie trudu, by rozkazywać — i zamek otwiera dla nas swoją paszczę.

Zjeżdżamy w dół. W pewnym momencie, jak mi się wydaje, przekraczamy rzekę. Słyszę szum nurtu i echo w pustej przestrzeni i na wizjerach widzę rozpryśnięte, połyskujące krople, odcinające się od mroku. Znikają niemal natychmiast: być może to ciekły tlen, utrzymujący temperaturę pewnych Jego części w pobliżu absolutnego zera?

Dużo później zatrzymujemy się i pokrywa odsuwa się do tyłu. Wstaję wraz z Nią. Jesteśmy w pokoju lub jaskini, w którym niczego nie mogę zobaczyć, gdyż nie ma tu światła z wyjątkiem bladej, błękitnej fosforescencji, wydobywającej się z każdego stałego obiektu, również z Jej skóry i z mojej. Oceniam jednak, że to pomieszczenie jest ogromne, gdyż odgłos pracujących maszyn jest bardzo odległy, jakby słyszany przez sen, a nasze głosy są połykane przez przestrzeń. Powietrze jest przepompowywane, ani zimne, ani gorące, zupełnie bez zapachu — martwy wiatr.

Schodzimy na podłogę. Ona stoi przede mną z rękoma skrzyżowanymi na piersi, z oczyma na wpół zamkniętymi pod osłoną kaptura, nie patrząc na mnie ani nie odwracając ode mnie wzroku.

— Rób, co ci zostanie powiedziane, Harfiarzu — mówi głosem, który nigdy nie drżał — i dokładnie tak, jak ci zostanie powiedziane.

Odwraca się i odchodzi równym, spokojnym krokiem. Patrzę za Nią, aż nie mogę już odróżnić płynącego z Niej światła od bezkształtnych wirów wewnątrz mych własnych oczu.

Kleszcze szarpią moją tunikę. Spoglądam w dół i jestem zaskoczony widząc, że karłowaty robot przez cały ten czas na mnie czekał. Jak długo to trwało, nie wiem.

Przysadzisty, metalowy kształt wiedzie mnie w inną stronę. Rozlewa się po mnie zmęczenie. Moje stopy potykają się, usta pieką, na powiekach wiszą ciężarki i w każdym z mięśni tkwi jego własny ból. Od czasu do czasu czuję ukłucie strachu, lecz też stępione. Jestem wdzięczny, gdy robot wskazuje: “Połóż się tutaj”.

Pudło dobrze do mnie pasuje. Pozwalam, aby podłączono mi różne przewody, by wbito we mnie połączone z rurkami igły. Niewielką zwracam uwagę na tłoczące się wokół mnie, mruczące maszyny. Robot odchodzi. Tonę w błogosławionej ciemności.

Budzę się z odnowionym ciałem. Między moim przodomózgowiem a starymi, zwierzęcymi częściami jakby wyrosła skorupa. Czuję odległe przerażenie i z daleka słyszę krzyki i miotanie się moich instynktów, lecz świadomość jest chłodna, spokojna, logiczna. Mam również uczucie, że spałem przez tygodnie, miesiące, że w tym czasie liście zostały zdmuchnięte i na leżący w górze świat spadł śnieg. Ale to może być nieprawda i zupełnie nie ma to znaczenia. Właśnie mam być poddany osądowi SUM-a.

Niewielki, pozbawiony twarzy robot prowadzi mnie przez pełne szmerów czarne korytarze, w których wieją martwe wiatry. Odpinam moją harfę, mego jedynego przyjaciela i jedyny oręż, i przytulam ją do siebie. A więc spokój umysłu, który został dla mnie zarządzony, nie może być całkowity. Stwierdzam, że prawdopodobnie On po prostu nie chce być niepokojony przez rozterki i boleść. (Nie, nieprawda, nic tak człowieczego. On nie ma chęci, pod potęgą logiki kryje się nicość).

Wreszcie ściana otwiera się dla nas i wchodzimy do pokoju, w którym Ona siedzi na tronie. Świecenie metalu i skóry nie jest tutaj tak wyraźne, gdyż jest tu światło — biała nieokreślona poświata bez wyraźnego źródła. Biały jest również zduszony odgłos pracy maszyn, które otaczają Jej tron. Białe są Jej szaty i twarz. Odwracam wzrok od rojowiska oczu czujników, patrzących bez mrugnięcia i spoglądam w Jej oczy, ale Ona zdaje się mnie nie poznawać. Czy w ogóle mnie widzi? SUM sięgnął niewidzialnymi palcami elektromagnetycznych wzbudzeń i zabrał Ją z powrotem do siebie. Nie pocę się ani nie drżę — nie mogę — ale układam ramiona, uderzam jeden jękliwy akord i czekam, aż On przemówi.

Mówi z jakiegoś niewidzialnego miejsca. Poznaję głos, który wybrał, by się nim posługiwać: mój własny. Brzmienie, modulacje są prawdziwe, normalne, takie, jakich sam bym używał rozmawiając jak jeden rozsądny człowiek z drugim. Czemu nie? Licząc i kalkulując, co ze mną zrobić, i odpowiednio do tego się programując, SUM musiał użyć tak wielu miliardów bitów informacji, że odpowiedni akcent jest nieistotnym podproblemem.

Nie… tu znowu się mylę… SUM nie robi niczego z założeniem, że równie dobrze może to zrobić, jak i nie. Ta rozmowa ze mną samym ma na mnie w jakiś sposób wpłynąć. Nie wiem tylko w jaki.

— No cóż — odzywa się miło — zrobiłeś niezły kawałek drogi, prawda? Cieszę się. Witaj.

Moje instynkty szczerzą kły, słysząc tak ludzkie słowa, wypowiedziane przez coś, co nie czuje i nie żyje. Mój rozum rozważa odpowiedzenie ironicznym: „Dziękuję”, decyduje, że nie i każe mi milczeć.

— Widzisz — ciągnie SUM po chwili — jesteś jedyny w swoim rodzaju. Wybacz mi, jeśli będę mówił nieco zbyt otwarcie. Twoja seksualna monomania jest jednym z przejawów atawistycznej, podatnej na przesądy osobowości. A jednak, w odróżnieniu od klasycznych przypadków nieprzystosowania, jesteś zarówno dostatecznie silny, jak i wystarczająco trzeźwo myślący, aby radzić sobie ze światem. Szansa spotkania się z tobą, analizowania cię, gdy odpoczywałeś, pozwoliła mi wyrobić sobie nowe spojrzenie na ludzką psychofizjologię. A to może prowadzić do ulepszonych technik sterowania nią i jej rozwijania.

— Jeśli tak jest — odpowiadam — to daj mi moją nagrodę.

— Daj spokój — mówi łagodnie — ty najlepiej powinieneś wiedzieć. że nie jestem wszechmocny. Zostałem zbudowany, aby pomóc w zarządzaniu cywilizacją, która stała się zbyt złożona. Stopniowo, w miarę postępów programu mojej samorozbudowy, przejmowałem coraz więcej i więcej funkcji decyzyjnych. One były mi przekazywane. Ludzie byli szczęśliwi, mogąc uwolnić się od odpowiedzialności. Jednocześnie sami mogli się przekonać, o ile lepiej od jakiegokolwiek śmiertelnika ja wszystkim kieruję. Jednak aż po dzień dzisiejszy mój autorytet zależy od mającego podstawowe znaczenie porozumienia. Jeżeli zacząłbym się bawić w faworyzowanie kogokolwiek, na przykład odtworzyłbym twoją dziewczynę, wtedy, no cóż, miałbym kłopoty.

— To porozumienie opiera się bardziej na mistycznym lęku niż na rozumie — mówię. — Ty nie zniosłeś religii, po prostu utożsamiłeś bogów ze sobą. Jeśli zdecydujesz się uczynić cud dla mnie. Twego proroka-pieśniarza — a będę Twoim prorokiem, jeżeli to zrobisz — wzmocni to tylko wiarę wszystkich innych.

— Ty tak uważasz. Ale twoje opinie nie opierają się na dokładnych informacjach. Historyczne i antropologiczne zapisy dotyczące poprzedzającej mnie przeszłości są bardzo nieliczne. Już je wycofałem z programów nauczania. W końcu, gdy kultura dojrzeje do takiego posunięcia, każę je ostatecznie zniszczyć. Są zbyt bałamutne. Spójrz tylko, co zrobiły z tobą.

Szczerze się do oczu czujników.

— Zamiast nich — mówię — ludzie będą zachęcani do myślenia, że zanim powstał świat, był SUM. W porządku. Wszystko mi jedno, jeżeli dostanę z powrotem moją dziewczynę. Uczyń dla mnie cud, a zapewniam Cię, że dobrze się odpłacę.

— Ale ja nie czynię cudów. Nie w tym znaczeniu, jakiego ty używasz. Wiesz przecież, jak działa dusza. Metalowa bransoleta zawiera w sobie pseudowirusa, zestaw ogromnych molekuł proteinowych, połączonych bezpośrednio z krwiobiegiem i systemem nerwowym. One zapisują w sobie układ chromosomów, pracę złączy nerwowych, stałe zmiany w organizmie, wszystko. W chwili śmierci właściciela bransoleta jest odłączona. Skrzydlate Koła przynoszą ją tutaj i zawarta w niej informacja jest przekazywana do jednej z komórek mojej pamięci. Owszem, mogę użyć tej informacji do sterowania wzrostem nowego ciała w inkubatorach: młodego ciała, w które wprowadzone są wszystkie poprzednie nawyki i wspomnienia. Ale ty nie rozumiesz, Harfiarzu, jak skomplikowany jest to proces. Co siedem lat poświęcam całe tygodnie i każde dostępne urządzenie biochemiczne, aby odtworzyć mego ludzkiego łącznika. Ten proces również nie jest doskonały. Wzory ulegają uszkodzeniom podczas składowania. Można by powiedzieć, że to ciało, które widzisz przed sobą, pamięta każdą śmierć. A to były krótkie okresy niebytu. A dłuższe… człowieku, użyj swego rozsądku. Wyobraź sobie. Mogę to zrobić. I tarcza między rozumem a uczuciami zaczyna pękać. Kiedyś śpiewałem o mej ukochanej zmarłej:

Nie ma w niej życia, nie ma siły, Nie słyszy ani widzi. Losy jej ziemski krąg zatoczyły Wspólny dla skał i ludzi.

Spokój, wreszcie spokój. Ale jeśli przechowywane w pamięci informacje nie są w bezruchu, lecz krążą: jeżeli jakaś pozostałość jej psychiki musi migotać i przemykać się gdzieś wśród tych ponurych jaskiń z rur, drutu i kosmicznego zimna, samotna, nie pamiętająca, nieświadoma niczego poza tym, że straciła życie… Nie!

Uderzam w harfę i krzyczę tak, że ściany wokół mnie dźwięczą:

— Oddaj ją! Albo Cię zabiję!

SUM uznaje za stosowne zachichotać. I, co jest straszne, ten śmiech znajduje na moment odbicie na ustach Ciemnej Królowej, mimo iż dotychczas nawet nie drgnęła.

— I jak to zamierzasz zrobić? — pyta mnie.

Wiem, że On wie, co mam na myśli, więc kontruję:

— A jak Ty zamierzasz mnie powstrzymać?

— Nie ma takiej potrzeby. Będziesz uznany za przykrego nudziarza. W końcu ktoś stwierdzi, że powinieneś zostać poddany leczeniu psychiatrycznemu. Zwrócą się z pytaniem do mojej końcówki diagnostycznej, a ja poradzę usunięcie pewnych części twego mózgu.

— Z drugiej strony, ponieważ już zdążyłeś przeczesać mój umysł i ponieważ wiesz, jak mocno oddziaływałem na ludzi moimi pieśniami — nawet na Tę, która tutaj siedzi, nawet na Nią — czy nie wolałbyś raczej, abym pracował dla Ciebie? Słowami takimi jak: “O, nacieszcie swe zmysły obrazem łaski Pana; błogosławieni, którzy w Nim ufają. I żyjcie w bojaźni Pana, wy, którzy jesteście jego ludem, gdyż zaspokojone będą potrzeby pokornych” — mogę z Ciebie zrobić Boga.

— W pewnym sensie już jestem Bogiem.

— A w innym sensie nie. Jeszcze nie. — Już dłużej nie mogę wytrzymać. — Dlaczego się kłócimy? Przecież podjąłeś decyzję, zanim jeszcze się obudziłem. Powiedz, jaka ona jest, i pozwól mi odejść!

Dziwnie starannie ważąc słowa SUM odpowiada:

— Ciągle jeszcze cię badam. Nie przyniesie mi to szkody, jeśli przyznam, że moja wiedza na temat ludzkiej psychiki jest wciąż niedoskonała. Pewne obszary nie poddają się przeliczeniom. Nie wiem tak dokładnie, jak chcę, co zrobisz, Harfiarzu. Jeśli do tej niepewności dodałbym potencjalnie niebezpieczny precedens…

— Więc mnie zabij.

— Pozwól memu duchowi wędrować wiecznie z jej duchem, snuć się po Twych kriogenicznych snach.

— Nie, to również jest niewskazane. Zrobiłeś się zbyt wyróżniający i kontrowersyjny. Do tej pory już za dużo osób wie, że odjechałeś z Ciemną Królową. — Czy to możliwe, aby gdzieś za zasłoną stali i energii nie istniejąca dłoń pocierała w zakłopotaniu widmową twarz? W ciszy moje serce rozlega się łomotem.

Nagle wstrząsa mną Jego decyzja:

— Wyliczone prawdopodobieństwa przemawiają na korzyść tego, byś dotrzymując swoich obietnic, stał się dla mnie użyteczny. Tak więc twoja prośba zostanie spełniona. Jednakże…

Opadam na kolana. Moje czoło uderza w podłogę, aż oczy przesłania mi krwawa kurtyna. Przez wycie wichrów słyszę:

— …test musi być nadal kontynuowany. Twoja wiara we mnie nie jest całkowita. W rzeczywistości jesteś nastawiony bardzo sceptycznie do lego, co nazywasz moją dobrocią. Bez dodatkowego dowodu, że jesteś gotów mi zaufać, nie mogę pozwolić ci stać się jednostką tak wyjątkową, jaką byłbyś, dostając ode mnie z powrotem swoją zmarłą. Rozumiesz?

Pytanie nie wygląda na retoryczne.

— Tak — szlocham.

— A więc dobrze — mówi mój kulturalny, niemal przyjacielski głos — wyliczyłem, że zachowasz się mniej więcej w taki sposób, jak to zrobiłeś, i odpowiednio się przygotowałem. Ciało twojej kobiety zostało odtworzone w czasie, gdy ty byłeś badany. Informacje, które składają się na jej osobowość, są obecnie wprowadzane do jej neuronów. Będzie gotowa do opuszczenia tego miejsca tak szybko jak ty.

Jednak, powtarzam, musi zostać przeprowadzona próba. Jest ona konieczna również ze względu na wpływ, jaki będzie na ciebie miała. Jeżeli masz być moim prorokiem, będziesz musiał dość ściśle ze mną współpracować. Będziesz musiał poddać się dość znacznej zmianie uwarunkowań i dzisiaj ten proces zaczynamy. Czy chcesz tego?

— Tak, tak, tak, co mam zrobić?

— Tylko jedno: idź za robotem, który cię stąd wyprowadzi. W pewnym momencie ona, twoja kobieta, dołączy do ciebie. Będzie uwarunkowana, by stąpać tak cicho, żebyś nie mógł jej usłyszeć. Nie oglądaj się za siebie. Ani razu. dopóki nie znajdziesz się w górnym świecie. Jedno spojrzenie w tył będzie aktem nieposłuszeństwa wobec mnie, informacja wskazująca że nie można ci naprawdę ufać… i to będzie koniec wszystkiego. Zrozumiałeś?

— I to wszystko? — płaczę. — Nic więcej?

— To okaże się trudniejsze, niż myślisz — mówi mi SUM. Mój głos cichnie, jakby odpływał w nieskończoną da  — Żegnaj, czcicielu.

Robot podnosi mnie na nogi. Wyciągam ramiona ku Ciemnej Królowej. Mimo że na wpół oślepiony łzami, widzę jednak, że Ona mnie nie dostrzega.

— Do widzenia — mamroczę i pozwalam odprowadzić się robotowi.

Długi jest nasz marsz przez te mile mroku. Z początku jestem zbyt wzburzony, a potem zbyt otępiały, aby wiedzieć, gdzie i jak idziemy. Lecz jeszcze później, powoli. zaczynam być świadomy mojej skóry i ubrania i metalu robota, połyskującego błękitem w ciemności. Dźwięki i zapachy są przytłumione, z rzadka mijają nas inne maszyny, obojętne na naszą obecność. (Jaką pracę SUM ma dla nich?) Tak starannie unikam patrzenia do tyłu. że zaczyna mi sztywnieć szyja.

Jednak chyba nie jest zabronione, bym przeniósł moją harfę nad ramieniem, by wybrzdąkać kilka melodii dla dodania sobie odwagi. i spojrzał przy tym. czy przypadkiem w jej wypolerowanym drewnie nie odbija się podążający za mną jaśniejszy cień?

Nic. No cóż, jej powtórne narodziny muszą trochę potrwać — o SUM-ie. obchodź się z nią ostrożnie! — a potem musi być jeszcze przeprowadzona przez wiele tuneli, zanim nastąpi jej spotkanie z moimi plecami. Bądź cierpliwy, Harfiarzu.

Śpiewaj. Powitaj ją w domu. Nie. te puste przestrzenie połykają każdą muzykę: i ona wciąż jeszcze jest w tym śmiertelnym odrętwieniu, z którego tylko słońce i mój pocałunek mogą ją obudzić. Oczywiście, jeśli już do mnie dołączyła. Nasłuchuję odgłosów stąpania innego niż moje własne.

Z pewnością już niewiele nam zostało do przejścia. Pytam robota, ale oczywiście nie uzyskuję odpowiedzi. Spróbuję to ocenić. Wiem mniej więcej, z jaką szybkością rydwan zjeżdżał w dół… Kłopot w tym. że tutaj nie istnieje czas. Nie mam tu słońca ani gwiazd ani zegara innego niż uderzenia mego serca, a ich rachunek już straciłem. Mimo wszystko już wkrótce musimy dotrzeć do celu. Czemu miałoby służyć prowadzenie mnie bez końca po tych labiryntach?

No cóż, jeśli do bramy wyjściowej dotrę zupełnie wyczerpany, nie będę robił nadmiernych kłopotów, kiedy odkryję, że Róża Na Dłoni za mną nie idzie.

Nie, to niedorzeczność. Jeżeli SUM nie chciałby spełnić mojej prośby, po prostu mógł to powiedzieć. Nie mam dostatecznej siły, aby spowodować fizyczne zniszczenie jakichś Jego części.

Oczywiście, może mieć wobec mnie jakieś plany. Mówił przecież o zmianie uwarunkowań. Seria szoków, osiągających szczyt w tym ostatnim, mogłaby mnie uczynić podatnym na każdy rodzaj kastracji. jakiego zamierza dokonać.

A może On zmienił zdanie. Dlaczego nie? Był zupełnie szczery, mówiąc o pewnym stopniu niepewności, wiążącym się z ludzką psychiką. Mógł ponownie dokonać oceny prawdopodobieństw i zdecydować: lepiej nie zaspokajać moich pragnień.

Albo mógł próbować i Mu się nie udało. Przyznał, że proces przechowywania informacji jest niedoskonały. Nie mogę spodziewać się takiej samej Radosnej, jaką znałem: już zawsze będzie trochę nawiedzona. W najlepszym razie. Ale przypuśćmy, że inkubator zrodził ciało. w którym za oczami nie mieszka świadomość? Albo potwora? Przypuśćmy, że teraz, w tej chwili, idzie za mną na wpół przegniły trup?

Nie! Przestań! SUM wiedziałby o tym i dokonałby odpowiednich poprawek.

Czy na pewno? Czyby mógł?

Jestem świadomy, jak bardzo to przejście przez noc, podczas którego ani razu nie oglądam się, by zobaczyć, co podąża za mną, jak bardzo jest ono aktem poddania się i wyznaniem. Mówię, całą swą istotą, że SUM jest wszechpotężny, wszechmądry, wszechdobry. SUM-owi ofiarowuję miłość, którą przyszedłem odzyskać. Och, On wejrzał we mnie głębiej, niż sam to zrobiłem.

Ale ja nie zawiodę.

A SUM? Jeżeli rzeczywiście nastąpił jakiś przerażający błąd… nie dopuść, abym dowiedział się o tym pod niebem. I jej, mojej jedynej, oszczędź tego. Gdyż co wtedy zrobimy? Czy mógłbym poprowadzić ją tutaj z powrotem, zapukać w żelazne wrota i krzyczeć: „Panie, dałeś mi rzecz niezdolną istnieć. Zniszcz ją i zacznij od nowa”? Na czym taki błąd może polegać? Coś tak nieuchwytnego, tak głęboko ukrytego, że nie pokaże się w żaden sposób oprócz powolnego, opornego odkrywania przeze mnie, że trzymam w ramionach żywego trupa? Czy nie bardziej sensowne byłoby spojrzenie — upewnienie się, dopóki ona jest jeszcze otumaniona śmiercią — użycie całej potęgi SUM-a, by poprawić, co może być wykrzywione?

Nie, SUM chce, abym wierzył, że On nie popełnia błędów. Zgodziłem się na tę cenę. I na wiele więcej… nie wiem jak wiele, nie śmiem sobie wyobrazić, ale zwrot „zmiana uwarunkowań” jest ohydny… A czy moja kobieta nie ma w tym wszystkim żadnych praw? Nie powinniśmy jej chociaż spytać, czy chce być żoną proroka? A my, czy nie powinniśmy, ręka w rękę, spytać SUM-a, czym dla niej jest cena jej życia?

To było stąpnięcie? Niemal się okręcam. Powstrzymuję się i przystaję, drżąc cały, jej imiona wyrywają się z mych ust. Robot popędza mnie naprzód.

Wyobraźnia. To nie była jej stopa. Jestem sam. Zawsze będę sam.

Korytarze wznoszą się ku górze. Przynajmniej tak mi się wydaje. Jestem zbyt zmęczony, by dokładnie wyczuwać pochyłości. Przechodzimy nad huczącą rzeką i strumień mrozu, wiejący wokół mostu ku górze, wgryza się we mnie aż do kości, a ja nie mogę odwrócić się, aby ofiarować moje ubranie nagiej, dopiero narodzonej kobiecie. Chwiejnie kroczę przez nie kończące się komnaty, w których maszyny wykonują jakieś bezsensowne prace. Ona ich dotychczas nie widziała. W jakim koszmarze się znalazła… I dlaczego ja, który jej gasnącym zmysłom wyszlochiwałem, że ją kocham, dlaczego nie patrzę na nią, dlaczego do niej nie przemawiam?

No cóż, mógłbym do niej mówić. Mógłbym zapewnić zagubioną, niemą, umarłą, że przyszedłem wyprowadzić ją ku promieniom słońca. Mógłbym, prawda? Pytam robota. Nie odpowiada. Nie mogę sobie przypomnieć, czy wolno mi do niej mówić. Jeżeli w ogóle była o tym mowa. Potykam się.

Uderzam w mur i padam potłuczony. Szczypce robota zamykają się na mym ramieniu. Drugie ramię unosi się wskazujące. Widzę przejście przez kamień, bardzo długie i wąskie. Będę musiał się przez nie czołgać. A na jego końcu, na jego końcu szeroko otwierają się drzwi. Prawdziwy, kochany ziemski zmrok wlewa się przez te ciemności. Jestem oślepiony i ogłuszony.

Czy słyszę jej krzyk? Czy to ostatnia próba, czy tylko zwodzi mnie mój chory, wstrząśnięty do głębi umysł? A może istnieje przeznaczenie, które manipuluje — tak jak SUM nami — gwiazdami i SUM-em? Nie wiem. Wiem tylko, że się odwróciłem i ona tam stała. Jej włosy spływały, długie, rozpuszczone, wokół zapamiętanej twarzy, z której właśnie cofało się odrętwienie, na której właśnie obudziły się rozpoznanie i miłość do mnie — spływały wzdłuż ciała, które wyciągnęło ramiona, zrobiło jeden krok ku mnie i zostało zatrzymane.

Wielki, ponury robot za jej plecami przyciąga ją do siebie. Myślę, że to przeszywa jej mózg błyskawicą. Upada. Robot unosi ją ode mnie.

Przewodnik nie zwraca uwagi na mój krzyk. Nie powstrzymywany, przepycha mnie przez przejście. Drzwi uderzają w moją twarz. Stoję przed murem, który jest jak góra. Suchy śnieg ściele się na betonie. Niebo krwawi świtem; gwiazdy ciągle błyszczą na zachodzie, łukowe lampy wiszą tu i ówdzie nad szarzejącą równiną maszyn.

Jestem zupełnie otępiały. Staję się niemal spokojny. Co jeszcze zostało, co warte jest uczuć? Drzwi są żelazne, mur jest z kamieni, wtopionych w bazaltową masę. Odchodzę na pewną odległość, odwracam się, pochylam głowę i szarżuję. Niech mój mózg rozsmaruje się na Jego bramie — ślady po nim będą moim hieroglifem nienawiści.

Coś mnie chwyta od tyłu. Siła, która ma mnie zatrzymać, musi być miażdżąco wielka. Puszczony, upadam na beton przed maszyną ze skrzydłami i pazurami. Z jej wnętrza mój głos mówi:

— Nie tutaj. Odniosę cię w bezpieczne miejsce.

— I co więcej możesz dla mnie zrobić? — charczę.

— Uwolnić cię. Nie będziesz ograniczony ani niepokojony żadnymi moimi rozkazami.

— Dlaczego?

— Najwyraźniej masz zamiar mianować się moim śmiertelnym wrogiem. To sytuacja bez precedensu, cenna możliwość zdobycia nowych informacji.

— Mówisz mi to, ostrzegasz mnie, z rozmysłem?

— Oczywiście. Obliczenia wykazały, że te słowa zmuszą cię do maksymalnego wysiłku.

— Nie dasz mi jej raz jeszcze? Nie chcesz mojej miłości?

— Nie w obecnych okolicznościach. Zbyt wymykają się kontroli. Jednak twoja nienawiść może, jak już powiedziałem, być przydatnym narzędziem eksperymentu.

— Zniszczę Cię — mówię.

Już nie raczy się odzywać. Jego maszyna podnosi mnie i odlatuje. Zostawiono mnie na obrzeżach małego miasta na południu. A potem wariuję.

Niewiele wiem na temat tego, co się dzieje tej zimy, niespecjalnie też mnie to obchodzi. Zamiecie w mej głowie szaleją zbyt głośno. Chodzę ścieżkami ziemi, wśród majestatycznych wież, pod starannie pielęgnowanymi drzewami, po wypieszczonych ogrodach i przytulnych, milutkich osiedlach. Jestem nie umyty, nie uczesany, nie ogolony. Moje łachmany łopoczą wokół mnie, kości niemal przebijają skórę. Ludzie nie lubią napotykać wzroku tych oczu, tak głęboko zapadniętych w czaszkę i być może z tego powodu dają mi jeść. Śpiewam dla nich.

Przed czarownicą, co na strzępy Rozrywa żywot wszelki, I duchem, co stoi nad tym, co się boi, Niech Bóg cię strzeże wielki. Ażebyś pięciu zdrowych zmysłów Nie został pozbawiony, I z kraju daleko nie musiał uciekać Wędrując w obce strony.

Takie słowa niepokoją ich, nie należą do. ich chromowanego świata. Często więc jestem przepędzany z przekleństwami, czasami muszę uciekać przed tymi, którzy aresztowaliby mnie i wyczyścili mój mózg do połysku. Jakiś boczny zaułek jest dobrym miejscem na ukrycie się, jeżeli uda mi się trafić na taki w najstarszej części miasta — przycupuję tam i wydzieram się wraz z kotami. Las również jest dobry. Moi prześladowcy nie lubią wchodzić do miejsc, w których kryje się coś dzikiego.

Ale niektórzy czują inaczej. Odwiedzali parki, rezerwaty, obszary prawdziwej dziczy. Ich cel był nadświadomy — wymierzone, zaplanowane barbarzyństwo. I zegar, aby im powiedział, kiedy mają wracać do domów. Jednak oni przynajmniej nie obawiają się ciszy i pozbawionych światła nocy. Wraz z powrotem wiosny niektórzy z nich zaczynają za mną podążać. Są po prostu ciekawi, z początku. Ale powoli, miesiąc po miesiącu, mój obłęd zaczyna przemawiać do czegoś, co w nich tkwi.

Fantazji mej szalonej Dzisiaj popuszczam wodze. I lancą płonącą powietrze roztrącam Po dzikiej pędząc drodze. Król duchów mnie i cienie Na turniej wyzwał srogi I koń mój wylała na sam koniec świata, A ja nie czuję drogi.

Siadają u mych stóp i słuchają, jak śpiewam. Tańczą szaleńczo przy dźwiękach mojej harfy. Dziewczęta nachylają się ku mnie, mówią, jak bardzo je fascynuję, zapraszają do kopulacji. Odrzucam te propozycje. a gdy im mówię dlaczego, są zdziwione, może trochę przestraszone, ale często starają się zrozumieć.

Mój zdrowy rozsądek odnawia się we mnie wraz z rozkwitem kwiatów głogu. Kąpię się, daję sobie przystrzyc włosy i brodę, znajdując czysty ubiór i staram się jeść tyle, ile wymaga moje ciało. Coraz rzadziej i rzadziej wywrzaskuję się przed każdym, kto chce słuchać. Coraz częściej szukam samotności i spokoju pod ogromną czaszą gwiazd, i myślę.

Czym jest człowiek? Po co istnieje? Wyprawiliśmy tym pytaniom pogrzeby, przysięgaliśmy, że są martwe — że właściwie nigdy naprawdę nie istniały, gdyż nie niosą w sobie empirycznych znaczeń. I drżeliśmy ze strachu, że mogą zrzucić głazy, które na nie zwaliliśmy, mogą powstać i znów krążyć nocami po świecie. Ja, w samotności, wzywam je do siebie. Nie mogą skrzywdzić swych towarzyszy — innych zmarłych, a do ich szeregów teraz siebie zaliczam.

Śpiewam dla tej, która odeszła. Młodzi ludzie słuchają i zdumiewają się. Czasami płaczą.

Nie bój się więcej skwaru słońca, Ni srogiej zimy śnieżnych burz, Dobiegł twój ziemski trud do końca, Zapłatę wziąłeś z sobą już. Złota młódź, dziewcząt złotych tyle Sczeźnie — jak kominiarze — w pyle…

— Ale to nie jest tak! — protestują. — Umrzemy i będziemy spali przez chwilę, a potem wiecznie już żyć będziemy w SUM-ie. Odpowiadam najłagodniej jak to możliwe:

— Nie. Pamiętajcie, że ja tam poszedłem. Więc wiem, że się mylicie. A nawet jeśli mówicie prawdę, nie jest to prawdą, która prawdą być powinna.

— Co?

— Czy nie widzicie, że nie jest prawdą, iż maszyna powinna być panem człowieka. Nie jest prawdą, że powinniśmy wegetować przez całe nasze życie, czując strach, że je w końcu stracimy. Nie jesteście trybami i macie lepsze cele niż tylko pomaganie maszynie, by jej praca przebiegała gładko.

Odprawiam ich i odchodzę, znowu samotny, do doliny, w której dźwięczy rzeka, lub na jakiś posępny górski szczyt. Nie jest mi dane żadne objawienie. Wspinam się, dążę ku prawdzie.

A ona mówi, że SUM musi zostać zniszczony, nie z zemsty, nie z nienawiści, nie ze strachu, po prostu dlatego, że ludzki duch nie może istnieć w tej samej rzeczywistości co On.

Ale co, w takim razie, jest naszą właściwą rzeczywistością? I jak mamy do niej dotrzeć?

Wracam z moimi pieśniami na równiny. Wieści o mnie rozeszły się już szeroko. Wielki tłum ludzi podąża za mną drogą, odprowadza mnie, aż droga zmienia się w ulicę.

— Ciemna Królowa wkrótce przybędzie w te strony — mówią mi. — Zaczekaj tu do tego czasu. Niech Ona odpowie na te pytania, które nam podsuwasz, a które sprawiają, że tak źle sypiamy.

— Pozwólcie mi odejść, bym mógł się przygotować — mówię. Wchodzę na długie, wysokie schody. Ludzie, otępiali z lęku, patrzą za mną, aż znikam. Tych kilkoro, którzy byli w budynku, pospiesznie wychodzi. Spaceruję po sklepionych korytarzach, przez wyciszone, pełne stołów pokoje o wysokich sufitach, między półkami ciężkimi od rzędów książek. Promienie słoneczne przeświecają przez zakurzone okna.

Ostatnio prześladuje mnie niejasne przypomnienie: kiedyś, nie wiem kiedy, ten mój ostatni rok już się zdarzył. Może w tej bibliotece odnajdę opowieść, którą kiedyś przeczytałem — przypadkowo, jak przypuszczam, podczas mego nienormalnego dzieciństwa. Człowiek jest starszy od SUM-a: mądrzejszy, przysięgam — jego mity zawierają więcej prawd niż Jego matematyka. Spędzam na poszukiwaniach trzy dni i większą część trzech nocy. Niewiele jest tu dźwięków oprócz szelestu kartek między moimi palcami. Ludzie składają przed drzwiami ofiary z jedzenia i napojów. Powtarzają sobie, że robią to z litości albo z ciekawości, lub też aby uniknąć przykrych następstw, gdybym umarł w taki niecodzienny sposób. Lecz ja wiem lepiej.

Pod koniec tych trzech dni nie jestem dużo dalej niż na ich początku. Mam zbyt wiele materiału — ciągle schodzę na boczne ścieżki piękna i urzeczeń. (SUM maje zamiar wyeliminować). Moje wykształcenie było takie, jak wszystkich innych — nauki ścisłe, racjonalność, dobre, zdrowe wychowanie. (SUM układa programy szkolne, a maszyny nauczające mają z Nim bezpośrednie połączenia). No cóż, mogę teraz wykorzystać część z tego wypaczonego treningu. Moje lektury dostarczyły mi wystarczających odpowiedzi, bym mógł przygotować program szukający. Siadam przed konsolą odbioru informacji i tańczę palcami po jej klawiszach. Wydobywają z siebie klekoczącą muzykę.

Strumienie elektronów są szybkimi myśliwymi. Po kilku sekundach ekran rozświetla się słowami i czytam, kim jestem.

Na szczęście potrafię szybko czytać. Zanim mogę nacisnąć oczyszczający pamięć klawisz, przepływające przed mymi oczyma słowa zostają wymazane. Przez moment na ekranie migocze bezkształt, a potem pojawia się:

NIE UWZGLĘDNIŁEM WSPÓŁZALEŻNOŚCI TYCH DANYCH Z DOTYCZĄCYMI CIEBIE FAKTAMI. TO WPROWADZA DO OBLICZEŃ NOWĄ I NIEOKREŚLONĄ WIELKOŚĆ.

Nirwana, która na mnie spłynęła (tak. znalazłem to słowo między kartami starych ksiąg, i także to, jak jest ono złowieszcze), nie jest pasywnością, to strumień pełniejszy i silniejszy niż ten, który mnie unosił ku Ciemnej Królowej wieki temu na dzikich obszarach. Mówię tak zimno, jak to tylko możliwe:

— Interesujący zbieg okoliczności. Jeśli to jest zbieg okoliczności. — Z pewnością są tu gdzieś rozmieszczone receptory dźwiękowe.

ALBO TAK, ALBO JEST TO NIEUCHRONNE NASTĘPSTWO LOGIKI DZIEJÓW.

Obraz powstający we mnie jest tak oślepiająco jasny, że nie mogę się powstrzymać od powiedzenia:

— Może to przeznaczenie, SUM?

BEZ SENSU. BEZ SENSU. BEZ SENSU.

— Dlaczego powtarzasz się w ten sposób? Powiedzenie tego raz by wystarczyło. Trzykrotne powtórzenie wygląda na magiczne zaklęcie. Czy Ty przypadkiem masz może nadzieję, że Twoje słowa sprawią, iż przestanę istnieć?

NIE MAM TAKIEJ NADZIEI. TY JESTEŚ EKSPERYMENTEM. JEŻELI MOJE WYLICZENIA WYKAŻĄ ZNACZNE PRAWDOPODOBIEŃSTWO TEGO, ŻE MOŻESZ BYĆ PRZYCZYNĄ POWAŻNYCH ZABURZEŃ, SPOWODUJĘ TWOJE UNICESTWIENIE.

Uśmiecham się.

— SUM — mówię — to ja mam zamiar Ciebie unicestwić.

Pochylam się i wyłączam ekran. Wychodzę w nadciągający wieczór.

Jeszcze nie wszystko, co mam powiedzieć i zrobić, jest dla mnie jasne. Jednak wiem już dostatecznie dużo, aby od razu przemówić do tych, którzy na mnie czekali. Gdy mówię, ulicą nadchodzą inni, słyszą i zatrzymują się, by słuchać. Wkrótce są ich już setki.

Nie mam dla nich nowych, wszechogarniających prawd: nic, czego bym już przedtem, chociaż nieskładnie i wyrywkowo, im nie powiedział. Nic, czego by sami nie czuli w najgłębiej skrytych zakamarkach swoich jaźni. Dziś jednak, wiedząc, kim jestem, przez to — po co jestem, mogę to wszystko ubrać w słowa. Przemawiam spokojnie, od czasu do czasu pomagając sobie jakąś zapomnianą pieśnią, podkreślającą to, co mam na myśli. Mówię im, jak schorzałe i nędzne jest ich życie; jak sami siebie wpędzili w niewolę; jak poddali się nawet nie świadomemu rozumowi, ale nie znającej uczuć, martwej rzeczy, której początek dali ich przodkowie; że ta rzecz nie jest centrum wszelkiego bytu, ale zaledwie kawałkami metalu i wiązkami energii, kilkoma smutnymi, głupimi wzorami, dryfującymi w bezkresnej czasoprzestrzeni. Nie pokładajcie wiary w SUM-ie, mówię im. SUM jest skazany na zagładę, tak jak wy i ja. Poszukujcie tajemnicy. Czymże jest cały kosmos, jeśli nie tajemnicą? Żyjcie odważnie, dopnijcie swego lub umrzyjcie, a będziecie czymś więcej niż każda maszyna. Być może będziecie Bogiem.

Narasta wśród nich zamieszanie. Wykrzykują odpowiedzi, niektóre są zwierzęcym wyciem. Kilku jest za mną, większość przeciwko. To bez znaczenia. Dotarłem do ich wnętrza, moja muzyka jest grana na strunach ich nerwów i to jest mój jedyny cel.

Słońce chowa się za budynkami. Mrok gęstnieje. Miasto pozostaje nie oświetlone. Wkrótce zdaję sobie sprawę dlaczego. Ona nadjeżdża, Ciemna Królowa, chcą, żebym z nią rozmawiał. Z daleka słyszymy grzmoty Jej rydwanu. Ludzie jęczą z przerażenia. Tego również dotychczas nie robili. Ukrywali przed Nią i przed sobą swe uczucia, przyjmując Ją ogromnie uroczystymi ceremoniami. Teraz uciekliby, gdyby starczyło im odwagi. Podniosłem ich maski.

Rydwan zatrzymuje się na ulicy. Ona schodzi, wysoka i ocieniona kapturem. Ludzie rozstępują się przed Nią jak woda przed rekinem.

Wchodzi na schody i staje przede mną. Przez krótką chwilę widzę, że Jej usta wcale nie są spokojne, a oczy błyszczą łzami. Szepcze, zbyt cicho, aby ktokolwiek inny mógł usłyszeć:

— Och, Harfiarzu, tak mi przykro.

— Przyłącz się do mnie — zapraszam. — Pomóż mi wyzwolić świat.

— Nie. Nie mogę. Zbyt długo byłam z Nim. — Prostuje się. Spływa na Nią majestat. Jej głos nabiera siły, aby być słyszalnym dla każdego. Małe roboty telewizyjne przemykają w pobliżu jak nietoperze. Cała planeta ma być świadkiem mojej porażki.

— Czym jest ta wolność, o której tyle mówisz? — pyta.

— Czuć — odpowiadam. — Ryzykować. Zachwycać się. Stać się znowu człowiekiem.

— Stać się znowu bestią, chcesz powiedzieć. Zniszczyłbyś maszyny, które utrzymują nas przy życiu?

— Tak. Musimy to zrobić. Kiedyś były one dobre i użyteczne, ale pozwoliliśmy, aby rozrosły się na nas jak rak. I teraz już nic poza zniszczeniem i nowym początkiem nie może nas ocalić.

— Czy wziąłeś pod uwagę chaos, jaki potem nastąpi?

— Tak. On również jest konieczny. Nie będziemy ludźmi, jeśli nie posiądziemy prawa do zaznawania cierpień. W cierpieniu jest oświecenie. Przez cierpienie wychodzimy poza granice siebie samych, poza ziemie i gwiazdy, poza czas i przestrzeń, ku Tajemnicy.

— A więc utrzymujesz, że poza poznawalnym wszechświatem istnieje coś, co nie poddaje się definicjom, coś ostatecznego i nieuchwytnego? — Uśmiecha się ku oczom nietoperzy. Każdy z nas został w dzieciństwie nauczony śmiać się, słysząc takie uwagi. — Daj mi proszę chociaż mały dowód.

— Nie — mówię. — To Ty mi udowodnij, ponad wszelką wątpliwość, że to coś, czego nie potrafimy uchwycić słowami i równaniami, nie istnieje. Udowodnij mi również, że nie mam prawa tego poszukiwać. — Ciężar dostarczenia dowodów spoczywa na was dwojgu, gdyż zbyt często nam kłamaliście. W imię racjonalnego myślenia wskrzesiliście mit. Aby nas lepiej kontrolować! W imię wyzwolenia zakuliście w kajdany nasze wewnętrzne życie i wykastrowaliście nasze dusze. W imię służenia nam spętaliście nas i ogrodziliście. W imię osiągnięć trzymaliście nas w zagrodach ciaśniejszych niż ma każda świnia. W imię dobroczynności wprowadziliście ból i strach i najciemniejszą z ciemności. — Odwracam się ku ludziom. — Poszedłem tam. Zstąpiłem w podziemia. Ja wiem!

— Dowiedział się, że SUM nie nastręczy mu okazji do zaspokojenia jego specjalnych żądań, nie kosztem wszystkich innych — krzyczy Ciemna Królowa. Czy słyszę echo histerii w Jej głosie? — I w związku z tym twierdzi, że SUM jest okrutny.

— Widziałem moją zmarłą — mówię im. — Ona już się nie odrodzi. Wasi zmarli również nie ani wy. Nigdy. SUM nie wskrzesi ich, nie potrafi. W Jego domu rzeczywiście mieszka śmierć. Życia i odrodzenia musimy szukać gdzie indziej, pomiędzy tajemnicami.

Ona śmieje się głośno i wskazuje moją bransoletę, połyskującą delikatnie w gęstniejącym, szarobłękitnym zmierzchu. Czy musi cokolwiek dodawać?

— Czy ktoś może dać mi nóż i siekierę? — pytam.

Tłum faluje i szepcze. Czuję ich strach. Lampy uliczne zapalają się, jakby mogły rozproszyć coś więcej niż tylko ten fragment nocy, który na nas spływa. Zakładam ręce na piersiach i czekam. Ciemna Królowa coś do mnie mówi. Ignoruję Ją.

Narzędzia wędrują z ręki do ręki. Ten, który wnosi je po schodach, nadchodzi jak płomień. Klęka przede mną i unosi to, czego zażądałem. To są dobre narzędzia — szeroki myśliwski nóż i siekiera o podwójnym ostrzu i długim trzonku.

Przed całym światem biorę nóż w prawą dłoń i tnę pod bransoletą na mym lewym ramieniu. Połączenia z wnętrzem mego całego ciała są przecięte. Tryska krew, nieprawdopodobnie lśniąca w świetle lamp. Nie czuję bólu, jestem natchniony.

Ciemna Królowa krzyczy.

— Ty naprawdę tak myślisz! Harfiarzu, Harfiarzu!

— Nie ma życia w SUM-ie — mówię. Wyjmuję rękę z bransolety i rzucam ją na ziemię. Dźwięczy upadając.

Głos ze spiżu: “Aresztować tego maniaka. Jest śmiertelnie niebezpieczny”.

Roboty obserwacyjne, które stały na obrzeżach tłumu, próbują się przezeń przepchnąć. Napotykają opór. Na tych, którzy usiłują im pomóc, spadają pięści i paznokcie.

Podnoszę siekierę i uderzam. Bransoleta rozpada się. Organiczna substancja w jej wnętrzu, głodna wydzielin mego ciała, wystawiona na działanie nocnego powietrza, więdnie i umiera.

Unoszę w górę narzędzia, siekierę w prawej ręce, nóż w krwawiącej lewej.

— Szukam wieczności tam, gdzie można ją znaleźć — krzyczę. — Kto idzie ze mną?

Tuzin lub więcej osób wyrywa się ze skłębionego tłumu, który już sięga po broń i domaga się krwi. Otaczają mnie swymi ciałami. Ich oczy są oczami proroków. Spiesznie szukamy jakiejś kryjówki, gdyż już się pojawił robot bojowy, a i na następne nie trzeba będzie długo czekać. Wielka maszyna podjeżdża, by stanąć na straży Naszej Pani. I tak widzę Ją po raz ostatni.

Ci, którzy idą za mną, nie robią mi wyrzutów, że stracili przeze mnie wszystko, co posiadali. Oni są moi. We mnie widzą bóstwo, które nie może się mylić.

Toczy się już otwarta wojna między mną i SUM-em. Moi przyjaciele są nieliczni, wrogowie potężni i jest ich wielu. Wędruję po świecie jak uciekinier. Ale zawsze śpiewam. I zawsze znajduję kogoś, kto chce słuchać, kto się do nas przyłącza, obejmując śmierć i cierpienie jak kochanek.

Nożem i siekierą biorę ich dusze. Potem odprawiamy dla nich rytuał odrodzenia. Niektórzy stają się wyjętymi spod prawa misjonarzami, większość wkłada fałszywe bransolety i wraca do domów, aby szeptać moje słowo. Dla mnie to bez znaczenia. Nie muszę się spieszyć, gdyż moja jest wieczność.

Moje słowo jest tym, co trwa mimo czasu. Moi wrogowie twierdzą, że przywołuję z powrotem starożytne bestialstwa i obłędy; że nic dla mnie nie znaczy, iż wojna, głód i epidemie znowu będą nękać ziemię. Jestem zadowolony z tych oskarżeń. Ich język wskazuje, że również w nich udało się obudzić gniew. A to uczucie należy do nas, tak samo jak wszystkie inne. Może nawet bardziej niż inne, teraz, w jesieni ludzkości. Potrzebna nam burza, by uderzyć w SUM-a i wszystko, co On reprezentuje. A potem nastąpi zima barbarzyństwa.

A jeszcze później wiosna nowej i (być może) bardziej ludzkiej cywilizacji. Moi przyjaciele zdają się wierzyć, że nastąpi to jeszcze za ich życia: pokój, braterstwo, oświecenie umysłów, oczyszczenie. Ja wiem, że tak nie będzie. Byłem w głębinach. Pełnia człowieczeństwa, którą ja przywracam, niesie w sobie własne demony.

Gdy pewnego dnia Pożeracz bogów powróci, Wilk zerwie łańcuchy, Jeźdźcy wyruszą w pole, Wiek dobiegnie końca, Bestia się odrodzi…

wtedy SUM będzie zniszczony. I ty, silna i jasna, będziesz mogła wrócić do Ziemi i deszczu.

Będę na ciebie czekał.

Moja samotność dobiegła końca. Jutrzenko. Pozostało tylko jedno zadanie. Bóg musi umrzeć, aby jego uczniowie mogli wierzyć, że powstał z martwych i żyje wiecznie. Wtedy pójdą na podbój świata.

Są tacy, którzy mówią, że ich obraziłem i wzgardziłem nimi. Oni również, unoszeni falą, którą wywołałem, wydarli z siebie mechaniczne dusze i w muzyce i ekstazie szukają sensu swego bytu. Lecz ich wyznaniem jest prymityw. Zaprowadziło ich to na dzikie obszary, gdzie zastawiają pułapki na wysłane przeciw nim roboty i odprawiają okrutne obrzędy. Wierzą, że świat w końcu należeć będzie do kobiet. Mimo tego ich wysłanniczki przekazały mi propozycję mistycznego małżeństwa. Odmówiłem. Mój ślub odbył się dawno temu i powtórnie będzie odprawiony, gdy ten cykl świata zostanie zamknięty.

A więc mnie nienawidzą. Powiedziałem jednak, że przyjdę i przemówię do nich.

Opuszczam drogę biegnącą dnem doliny i śpiewając wchodzę na zbocze wzgórza. Tym nielicznym, którym pozwoliłem przyjść ze mną aż tutaj, powiedziałem, aby oczekiwali mego powrotu. Drżą w promieniach zachodzącego słońca; dopiero trzy dni minęły od zrównania wiosennego. Ja nie czuję zimna. Kroczę, wypełniony radością, między jeżynami i starymi, krzywymi jabłonkami. Moje nagie stopy zostawiają trochę krwi na śniegu, to dobrze. Grzbiety wzgórz wokół są ciemne od lasów, czekających jak szkielety umarłych, aby znowu zostały w nie tchnięte liście. Na wschodzie, gdzie stoi gwiazda wieczorna, niebo jest purpurowe. Na tle błękitu nade mną przelatuje klucz dzikich gęsi, wcześniej wracających do domu. Ich odległy krzyk spływa w dół, do mnie. Na zachodzie, przede mną i w górze, tli się czerwień. Czarne na jej tle stoją kobiety.