Poul Anderson

Mariusz


Znowu lał deszcz. W ostrym powietrzu czuć było przedsmak nadchodzącej zimy. Latarnie uliczne ciągle jeszcze nie działały i wczesny zmierzch wciskał się miedzy zrujnowane mury, zacierając sylwetki obdartych, zamieszkujących wygrzebane jaskinie, ludzi. Etienne Fourre, przywódca francuskiej Resistance, a co za tym idzie, przedstawiciel Francji w Najwyższej Radzie Zjednoczonej Europy wyrżnął palcem u nogi w wystający brukowiec. Ostry ból przeniknął całą stopa. Fourre zaklął. Otaczająca go pięćdziesięcioosobowa obstawa — kudłaci mężczyźni odziani w dziwaczne łachmany skompletowane z części umundurowania co najmniej tuzina armii, wśród których jedynym rodzimym elementem była wyszyta ręcznie trójkolorowa kokarda, drgnęli w napięciu. Była to reakcja odruchowa — wyrobili ją w sobie od dawna. Tak samo jeży się wilk, gdy usłyszy jakiś nieoczekiwany szmer.

— Eh, bien — mruknął Fourre — przypuszczam, że Rouget de Lisle komponując Marsylianka potknął się o taki sam kamień. Jednooki Astier wzruszył ramionami. W panujących ciemnościach gest ten był ledwie widoczny.

— Kiedy przypłynie nowy transport ziarna? — spytał.

Przy akompaniamencie grających marsza z głodu kiszek trudno było myśleć o czymkolwiek poza jedzeniem, a w czasie tych beznadziejnych lat Wyzwoliciele zdążyli wyzbyć się resztek etykiety wojskowej.

— O ile na barki nie napadną piraci, myślę, że jutro, może pojutrze — odparł Fourre. — Ale nie wierze, by piraci podeszli tak blisko Strasburga.

Spróbował uśmiechnąć się.

— Bądź dobrej myśli, mój stary. Następny rok przyniesie nam obfite plony. Amerykanie wysyłają nam nowy środek przeciwko zarazie zbożowej.

— Ciągle ten przyszły rok — mruknął Astier. — Czemu nie przyślą nam czegoś do jedzenia już dziś?

— Sami ucierpieli od zarazy. To wszystko, co mogą dla nas zrobić. Gdyby nie oni, wciąż jeszcze siedzielibyśmy po lasach.

— Niewiele nam przyszło z tego zwycięstwa.

— Dzięki Profesorowi Valtiemu wcale nie tak mało. Nie sądzę, by którekolwiek z państw walczących po naszej stronie wygrało w pojedynka, bez innych.

— Jeśli nazywasz to zwycięstwem… — ponury głos Altiego umilkł i zapadła cisza.

Przechodzili właśnie obok zburzonej katedry, w ruinach której zwykły kryć się bandy bezdomnych dzieci. Te małe dzikusy napadały czasem nawet na uzbrojonych ludzi, atakując ich zardzewiałymi bagnetami i wyszczerbionymi butelkami z obtłuczonym denkiem. Jednak pięćdziesięciu żołnierzy stanowiło siłę zdecydowanie zbyt pokaźną. Fourremu zdawało się, że słyszy jak coś przemyka się miedzy kamieniami — jednak mogły to być tylko szczury. W najśmielszych nawet domysłach nie spodziewał się, że może istnieć tyle szczurów.

Drobny ponury deszcz siekł mu Marz i Fourre nieomal fizycznie czuł, jak ciąży mu nasiąknięta wodą broda. Świtało. Brzask przychodził jak posłanie z terenów, pogrążonych w chaosie i rzeziach.

„Ale my się odbudowujemy” — pomyślał, jakby broniąc się przed samym sobą.

Z tygodnia na tydzień władza Rady Strasburskiej rozciągała swe opiekuńcze skrzydła nad coraz to nowymi połaciami krajów zrujnowanej Europy. W ciągu dziesięciu łat, być może nawet już za piać (automatyzacja była tak niesamowicie wydajna, byle tylko na początek udało się zdobyć maszyny) ludzie staną się z powrotem pokój miłującymi farmerami i sklepikarzami, a ich kultura czymś żywym i godnym uwagi. Jeżeli reprezentujący różne nacje Członkowie Rady będą podejmować właściwe decyzje. A nie podejmują. Valti przekonał wreszcie o tym Fourrego. Dlatego teraz on, Fourre szedł w strugach deszczu, otulając się starą peleryną, a ludzie w barakach oceniali chłodno, ilu im ruchów potrzeba, by dopaść ustawionej w kozły broni… Musieli bowiem pokonać tego, który odmawiał zgody.

Zauważył ironicznie, że aby wprowadzić w życie prawidła nowej matematyki, którą na całym świecie było w stanie pojąć ledwie para tysięcy umysłów, należało odwołać się do feudalnej zasady osobistej wierności wobec wodza. Ale nie można przecież spodziewać się, że normandzki chłop Astier, czy Renault, apasz paryski, poświecą te kilka wolnych chwil, jakie uda im się znaleźć w ciągu roku, by studiować równania socjologii symbolicznej. Trzeba im po prostu powiedzieć „chodźcie”, a pójdą, bo darzą cię miłością.

Kroki odbijały się głuchym echem w pustych ulicach. Światu, temu właśnie światu obca była wszelka logika. To, że wiejskiemu aptekarzowi Etienne Fourremu udało się przeżyć, było dziełem przypadku i ten przypadek sprawił, że stał się on de facto przywódcą Francji. Mógł sobie jedynie życzyć, aby los dotknął jego, a oszczędził Jeanette — ale w końcu żyło jego dwóch synów i pewnego dnia, o ile nie wchłonęli zbyt wielkiej dawki promieniowania, doczeka się wnuków. Stanowczo, Bóg nie jest aż tak mściwy.

— Jesteśmy. To tam, przed nami — powiedział Astier.

Fourre nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć. Powszechny, ludzki nawyk mówienia bez przerwy był mu obcy.

Strasburg stał się siedzibą Rady tak z powodu swojego położenia, jak i dlatego, że niezbyt ucierpiał. Osiemnaście miesięcy temu rozegrała się tu zwykła, konwencjonalna bitwa, podczas której użyto jedynie broni chemicznej. Uniwersytet wyszedł z niej prawie nietknięty, on też przekształcony został w kwatera główną Jacquesa Reinacha: Jego ludzie snuli się tu na posterunkach (swoją drogą ciekawe, co pomyślałby Goethe, gdyby wrócił do krainy swych lat studenckich). Teraz byli tu właśnie tacy ludzie — ludzie trzymający wypucowane karabiny w pokrytych zastarzałym brudem rękach. Oni byli cywilizacją. To właśnie im podobni mieli przywrócić prawo i falujące na wietrze łany zbóż. Kiedyś… być może…

Pierwszego posterunku strzegło gniazdo karabinów maszynowych. Oficer dyżurny rozpoznał Fourrego i zasalutował mu niedbale. (Tak, już sam fakt, że Reinach zdołał narzucić tej bandzie chociaż tyle dyscypliny, mówił wiele o zaletach jego charakteru).

— Pańska straż musi zaczekać tutaj, generale — powiedział oficer na wpół przepraszająco. Nowe przepisy.

— Wiem — odparł Fourre.

Musiał jednak uciszać gniewne pomruki swojej obstawy, bowiem jego ludzie nie wiedzieli.

— Jestem umówiony z Głównodowodzącym.

— Tak, generale. Proszę trzymać się oświetlonych przejść. W przeciwnym razie mogą wziąć pana za rabusia i zastrzelić. Fourre kiwnął głową i ruszył naprzód pomiędzy budynkami.

Marzył o tym, by wydostać się wreszcie z tego deszczu, mimo to szedł wolno, chcąc opóźnić moment spotkania. Jacques Reinach był nie tylko jego krajanem, ale i przyjacielem. Z takim, powiedzmy, Helgensenem ze Związku Nordyckiego, Włochem Tottim, czy Rojańskim z Polski, łączyły go nieporównanie słabsze wrazi, a Niemca Auerbacha po prostu nienawidził.

Budowla mieszcząca najważniejsze biura majaczyła w ciemnościach, ledwie kilką oświetlonych okien rzucało słaby blask na Fourrego. Reinach, słusznie zresztą, zainstalował tam generator elektryczny, często bowiem zdarzało się, że mimo skrajnego wyczerpania, on sam i jego przemęczony personel zmuszeni byli pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Strażnik przepuścił go do wartowni, gdzie z pół tuzina mężczyzn zajętych było dłubaniem w zębach i grą w kości. Stawką były naboje. Zniszczona gruźlicą sekretarka pokasływała nad stertą fiszek sporządzonych ze starych kwitów z pralni, ulotek i wszelkich innych skrawków papieru, jakie znalazły się akurat pod ręką. Wszyscy podnieśli się, a Fourre wyjaśnił, że przybył, by spotkać się z Głównodowodzącym, prezesem Rady.

— Tak, panie generale.

Oficer nie skończył nawet dwudziestki. Jego twarz, której nie zdążył jeszcze pokryć zarost, była pomarszczona jak twarz starca. Jego francuszczyzna była fatalna.

— Proszę zostawić broń i wejść.

Fourre odpiął pistolet i pomyślał, że to ostatnie żądanie, by rozbrajać dowódców przed spotkaniem z Prezesem Reinachem, doprowadziło do pasji Alvareza i popchnęło go do spisku. Z drugiej strony, rozkaz ten nie był bezzasadny. Reinach musiał wiedzieć o narastającej opozycji, a każdy był aż zanadto skory do rozstrzygania wszelkich sporów siłą. Poza tym… Alvarez nie był filozofem, lecz szefem ochotników hiszpańskich, wykorzystywano taki materiał ludzki, jaki był osiągalny.

Oficer zrewidował go — było to zupełnie nowe poniżenie, które dopiekło Fourremu do żywego. Zdławił gniew, myśląc jak dalece trafne okazały się przepowiednie Valtiego. Potem dalej, ciemnym cuchnącym pleśnią korytarzem, aż do wejścia, przy którym stał kolejny wartownik. Fourre skinął mu głową i otworzył drzwi.

— Dobry wieczór, Etienne. Czym mogę ci służyć?

Wysoki blondyn spojrzał na niego zza biurka i uśmiechnął się. Był to zadziwiająco nieśmiały, niemal młodzieńczy uśmiech. Coś boleśnie skurczyło się w Fourrem.

Przed wojną gabinet należał do jakiegoś profesora. Książki wypełniające całą powierzchnie ściany pokrywała gruba warstwa kurzu. Tak… powinni troszczyć się o książki, nawet gdyby miało to oznaczać mniej czasu poświeconego na walkę z głodem, zarazą i bandytyzmem. W głębi widać było zamknięte okno; ciemne strugi deszczu spływały po jakimś cudem ocalałej szybie.

Fourre usiadł. Fotel zatrzeszczał pod ciężarem jego wychudzonego, ale grubokościstego ciała.

— Nie domyślasz się, Jacques? — spytał.

Przystojna twarz Alzatczyka, jedna z nielicznych ogolonych twarzy na świecie, zwróciła się ku niemu badawczo.

— Nie byłem pewien, czy i ty jesteś przeciwko mnie — powiedział Reinach. — Helgesen, Totti, Alexios… tak… ta banda… ale ty? Przez wiele lat byliśmy przyjaciółmi, Etienne. Nie spodziewałem się, że wystąpisz przeciwko mnie.

— Nie przeciwko tobie — Fourre westchnął i poczuł, że ma ogromną chęć na papierosa, ale tytoń był pieśnią odległej przeszłości. — Nigdy przeciwko tobie, Jacques, tylko przeciwko twojej polityce. Jestem tu, by wyrazić opinie nas wszystkich…

— Niezupełnie wszystkich — przerwał mu Reinach. Jego głos był spokojny, beznamiętny. — Teraz widzę jasno jak zręcznie usunąłeś z miasta moich wiernych sprzymierzeńców. Brevoort wysłany, by nawiązać kontakty z rządem rewolucyjnym; Ferenczi zakopany w Genui, gdzie gromadzi okręty dla naszej floty handlowej; Janoskowi rozkazano dowodzić ekspedycją karną przeciwko bandom w Szlezwiku. Tak, tak… przygotowaliście to nadzwyczaj starannie. Ale jak myślisz, co oni powiedzą po powrocie?

— Zaakceptują fakt accompli — odparł Fourre. — To pokolenie ma wojny powyżej dziurek w nosie. Ale powiedziałem ci już, że jestem tu, by ci przekazać zdanie moich towarzyszy. Mieliśmy nadzieje, że przynajmniej wysłuchasz naszych argumentów.

— Jeśli to w ogóle są jakieś argumenty. — Reinach przeciągnął się w fotelu jak kot. Jego dłoń spoczywała na kaburze rewolweru. Zresztą przedyskutowaliśmy je na zebraniu Rady i jeśli teraz wracasz do tego, to…

— … to dlatego, że musze. — Fourre siadł, utkwiwszy spojrzenie w pokiereszowane, kościste dłonie, które splótł na kolanach. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, Jacques, że prezes Rady musi sprawować najwyższą władze w czasie stanu wyjątkowego. Zgadzamy się przyznać ci głos rozstrzygający. Ale nie jędyny!!

Błysk wściekłości mignął w błękitnych oczach Reinacha.

— Czy już nie dość mnie oczerniano? — spytał. — Oni uważają, że chce zrobić z siebie dyktatora! Etienne, jak sądzisz, dlaczego po drugiej wojnie światowej wybrałem karierę wojskową, podczas gdy ty wystąpiłeś z armii i stałeś się skromnym cywilem? W żadnym wypadku dlatego, bym czuł specjalne upodobanie do wojska. Przewidziałem za to, że nasz kraj będzie znów w niebezpieczeństwie, jeszcze za mego życia i chciałem po prostu być na to przygotowany. Czy mówię jak… jak jakiś nowy Hitler?

— Oczywiście, że nie, mój drogi. Postąpiłeś za przykładem de Gaulle’a, to wszystko. I gdy zdecydowaliśmy, że będziesz dowodził naszymi zjednoczonymi siłami zbrojnymi, nie mogliśmy dokonać lepszego wyboru. Bez ciebie — i Valtiego — wciąż jeszcze trwałyby walki. My… ja… myślimy o tobie jak o naszym zbawcy, jesteśmy ci wdzięczni tak, jak może być wdzięczny tylko chłop, któremu zwrócono zagrabiony wcześniej kawałek ziemi. Ale ty popełniasz błąd.

— Każdy popełnia błędy — Reinach uśmiechnął się — ja również widzę swoje własne. Na przykład kompletnie spartoliłem sprawę ostatecznego załatwienia się z tymi…

Fourre uparcie potrząsnął głową.

— Nie rozumiesz, Jacques. Nie o takie biedy mi chodzi. Twój podstawowy błąd polega na tym, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, że mamy pokój. Wojna się skończyła.

Reinach kpiąco uniósł brwi.

— Ani jedna barka nie płynie Renem, nie odbudowaliśmy. ani kilometra trakcji kolejowej, musimy za to zwalczać bandytów, lokalnych watażków i wpółszalonych fanatyków najrozmaitszego autoramentu. To są te twoje pokojowe czasy?

— Widzisz, to kwestia odmiennych założeń — odparł Fourre. Ludzie są zwierzętami tego rodzaju, że najważniejszą dla nich sprawą jest rezultat, a nie prowadzące doń środki. Wojna jest moralnie nieskomplikowana — masz jeden ce narzucić swą wole wrogowi, nie skapitulować przed słabszym. Ale spójrz choćby na instytucję policji. Policjant strzeże całego społeczeństwa, którego integralną częścią są również kryminaliści. A polityk? Musi uciekać się do kompromisów nawet z niewielkimi stronnictwami, nawet z ludźmi, których osobiście lekceważy, czy którymi gardzi. Ty, Jacques, myślisz jak żołnierz — a my nie chcemy, by dalej rządzili nami żołnierze.

— Cytujesz tego zgrzybiałego głupca Valtiego — warknął Reinach.

-Gdyby nie profesor Valti i jego logika socjosymboliczna, użyta przy planowaniu naszej strategii, wojna ciągnęłaby się do dziś. W owym czasie nie mieliśmy żadnej szansy na to, by wyzwolił nas ktoś z zewnątrz. Po pierwszym starciu nuklearnym Anglosasi nie mieli prawie żadnych rezerw. Inwazja na Europę była niepodobieństwem. Musieliśmy wyzwolić się sami, mając do dyspozycji naszych łachmaniarzy, bataliony rowerowe i samoloty, składane do kupy ze stosów starych wraków. Gdyby nie plany Valtiego i by być sprawiedliwym — gdyby nie twoja ich realizacja, nigdy byśmy tego nie dokonali.

Fourre znów potrząsnął głową. Jacques w żadnym wypadku nie mógł wyprowadzić go z równowagi.

— Myślę, że daje to profesorowi prawo do szacunku — skończył.

— Dobrze… niech ci będzie… — Reinach zaczął mówić gwałtownie, podniesionym głosem. — Ale teraz to starzec! Starzec bełkoczący coś o przyszłości i trendach długofalowych… Czy najemy się przyszłością? Ludzie giną z głodu, od chorób i anarchii! Teraz!!!

— Valti przekonał mnie — odparł Fourre. — Jeszcze rok temu myślałem identycznie, lecz on wykształcił mnie w podstawach swej nauki i wskazał mi ku czemu zamierzamy. Eino Valti to stary człowiek, ale pod tą łysą czaszką kryje się pierwszorzędny umysł.

Reinach wyraźnie się odprężył. Jego twarz przybrała wyraz życzliwej wyrozumiałości.

— Bardzo dobrze, Etienne, ku czemu zatem zmierzamy?

Fourre zdawał się patrzyć na wylot przez niego, wprost w ciemności nocy.

— Ku wojnie — wyjaśnił miękko — nowej wojnie jądrowej za jakieś pięćdziesiąt lat. I nie ma żadnej pewności, czy rodzaj ludzki w ogóle ją przetrwa.

Deszcz, znów gęsty, walił w okiennice. W opustoszałych uliczkach wył wiatr. Fourre spojrzał na zegarek. Zostało niewiele czasu. Musnął palcami zawieszony na szyi gwizdek policyjny. Reinach wzdrygnął się, lecz po chwili znów złagodniał.

— Gdybym sądził, że tak jest w istocie — odparł — podałbym się do dymisji w tej chwili.

— Wiem — wymamrotał Fourre — dlatego właśnie moja rola tak mi ciąży.

— Ale wcale tak nie jest! — Reinach machnął ręką, jakby chciał odpędzić od siebie koszmarną zjawę. — Ludzkość odebrała tak koszmarną lekcję, że…

— Ludzie, jako zbiorowość, nigdy niczego się nie uczą — przerwał Fourre. — Czy Niemcy wyciągnęły jakieś wnioski z Wojny Stuletniej albo my z Hiroszimy? Jedyną metodą zapobieżenia przyszłej wojnie jest ustanowienie pokojowej władzy o zasięgu ogólnoświatowym. Należy odbudować ONZ i wyposażyć ją w realną siłę…

— Doskonale, doskonale — niecierpliwie odezwał się Reinach. To zrozumiałe. Wytłumacz mi tylko, w czym to ja się mylę?

— W bardzo wielu rzeczach, Jacques. Słyszałeś o nich w Radzie. Naprawdę muszę powtarzać te długą listę?

Głowa Fourrego obróciła się z wolna, jakby z wysiłkiem pokonując opór nieposłusznych kręgów szyjnych; jego oczy wbiły się nieruchomo w mężczyznę po drugiej stronie biurka.

— Improwizacja w czasie wojny — kontynuował — to zupełnie inny problem. Ale ty działasz bez zastanowienia w czasie pokoju. Przeforsowałeś decyzje o wysłaniu zaledwie dwóch osób, które miałyby reprezentować nasz sojusz na konferencji w Rio. Czemu? Bo nie mamy środków transportu, wykwalifikowanych urzędników, papieru, ba, nawet przyzwoitych ubrań! Tę sprawę należało starannie rozważyć. Być może traktowanie Europy jako całości jest słuszne, być może nie; prawdopodobnie spowodowałoby to wzrost tendencji nacjonalistycznych, nie o to zresztą chodzi. Ty natomiast podjąłeś decyzje dosłownie w chwili, gdy pojawił się sam problem i zakazałeś jakiejkolwiek dyskusji.

— Oczywiście — odparł szorstko Reinach. — Jeśli sobie przypominasz, było to tego dnia, w którym dowiedzieliśmy się o neofaszystowskim zamachu stanu na Korsyce.

— Korsyka istotnie nie mogła dłużej czekać. Tak… byłoby ją znacznie trudniej odbić, gdybyśmy nie zaatakowali od razu. Ale sprawa naszych przedstawicieli w ONZ może zadecydować o całej przyszłości naszego…

— Wiem, wiem! To Valti i jego teoria „opcji kluczowych”. Eeee…

— Ta teoria sprawdza się, mój stary!

— Do pewnego stopnia. Przyznaje, Etienne, jestem człowiekiem praktycznym. — Reinach pochylił się nad blatem biurka i wsparł podbródek na dłoniach. — Czy nie uważasz, że czasy wymagają zdrowego rozsądku? Kiedy wokół szaleje piekło, nie ma czasu, by zawracać sobie głowę filozofiami lub… lub próbować wyborów do parlamentu, co jak rozumiem, jest kolejnym zaniedbaniem, jakie zarzuca mi Valti.

— Tak właśnie — odparł Fourre . — Czy lubisz róże? — dodał.

— Co?… Dlaczego?… Tak. — Reinach zamrugał w osłupieniu. — W każdym razie lubże się im przyglądać. — Przez jego twarz przemknął cień zadumy. — Skoro już o tym wspomniałeś, to wiele lat minęło od momentu, gdy po raz ostatni widziałem różę.

— Ale nienawidzisz pracy w ogrodzie! Pamiętam to dobrze z dawnych dni.

Dziwna czułość mężczyzny w stosunku do mężczyzny, uczucie, którego nikt jeszcze do końca nie wytłumaczył, boleśnie targnęła Fourrem. Odepchnął ją od siebie, nie śmiać postąpić inaczej i dodał bezosobowo:

— Lubisz także rządy demokratyczne, ale nigdy nie interesowała cię czarna robota, jakiej wymaga ich wprowadzenie. Teraz właśnie nadszedł czas, by posiać ziarno. Jeśli tego nie uczynimy, zrobi się za późno i rządy twardej ręki staną się nawykiem nie do wykorzenienia.

— Tak, ale teraz trzeba także przeżyć. Po prostu pozostać przy życiu. Nic więcej.

— Jacques, nigdy nie oskarżałem cię o nieczułość. Przeciwnie, jesteś sentymentalny; gdy zobaczysz dziecko opuchłe z głodu lub dom oznaczony krzyżem mówiącym, że przeszła przezeń zaraza, Czarna Śmierć, przepełnia cię litość i tracisz zdolność myślenia. To my… Valti, ja i inni… my jesteśmy beznamiętni, gotowi teraz poświecić kilka tysięcy istnień ludzkich więcej, pozbawiając ich tego, co niezbędne, po to, by uratować całą ludzkość za lat pięćdziesiąt.

— Być może masz racje — odparł Reinach. — Mam na myśli to, co powiedziałeś o swoim braku uczuć ludzkich — mówił to tak cicho, że głos jego gubił się w szumie padającego deszczu.

Fourre znów zerknął ukradkiem na zegarek. Wszystko to trwało dłużej niż pierwotnie przewidywał.

— Bezpośrednią przyczyną wszystkiego, co dzieje się tej nocy, jest sprawa Pappasa — wyrzucił z siebie pospiesznie, kalecząc słowa…

— Tak też myślałem — przyznał Reinach spokojnie. — I ja go nie znoszę. Wiem równie dobrze jak ty, że to zbrodniczy łajdak, którego nienawidzą nawet właśni żołnierze. Ale, do jasnej cholery! Człowieku, czy ty wiesz, że szczury robią rzeczy znacznie gorsze niż wyżeranie naszej żywności i oczu naszym śpiącym dzieciom?! Nie zdajesz sobie sprawy, że to one roznoszą zarażę?!… A Pappas zaofiarował nam usługi jedynej zdolnej do działania kompanii deratyzacyjnej w całej Europie! W zamian za to nie żąda niczego, poza uznaniem istnienia Wolnej Macedonii i zapewnieniem mu miejsca w Radzie.

— To zbyt wysoka cena — sprzeciwił się Fourre. — Za dwa lub trzy lata sami poradzimy sobie ze szczurami.

— A zanim to nastąpi?

— Musimy mieć nadzieję, że nikt z tych, których kochamy nie zachoruje.

Reinach uśmiechnął się smutno.

— To nie jest wyjście. Nie mogę się na to zgodzić. Jeżeli kompania Pappasa pomoże nam, przyspieszy to odbudowę przynajmniej o rok, uratuje tysiące istnień ludzkich.

— Po to, by zniszczyć ich miliony w przyszłości.

— A, daj spokój! Malutka prowincja w rodzaju Macedonii.

— Nie! Jeden bardzo wielki precedens!!! Nie możemy po prostu przyznać jakiemuś podrzędnemu kacykowi prawa do tego, co zrabował. Wtedy zgodzilibyśmy się na — Fourre uniósł pobrudzoną dłoń i zaczął wyliczać na palcach — na prawo istnienia dyktatur, a takie, o ile zaistnieją, oznaczają wojnę, wojnę i jeszcze raz wojnę; na przestarzałą i zgubną w skutkach zasadę nieograniczonej suwerenności narodowej; na obrażę zaprzyjaźnionej Grecji, która odpłaciłaby nam pięknym za nadobne; na nieuniknione reperkusje polityczne w rejonie Bliskiego Wschodu — i tak wystarczająco niespokojnego; w konsekwencji na wojnę z Arabami, bowiem musimy mieć ropę naftową; na miejsce w Radzie dla zdolnego i bezwzględnego łajdaka, który, bądźmy szczerzy, Jacques, może myśleć o wykończeniu ciebie; na… Nie!

— Teoretyzujesz na temat jutra. Szczury są dziś i tu! W takim razie czego domagasz się ode mnie?

— Odrzuć te propozycje. Poślij tam mnie z jedną brygadą. Możemy wykopać tego Pappasa do wszystkich diabłów… chyba, że pozwolimy mu zanadto urosnąć w siłę!

Reinach dobrodusznie potrząsnął głową.

— I kto tu jest podżegaczem wojennym? — zapytał.

— Nigdy nie zaprzeczałem, że mamy przed sobą jeszcze długą walkę — w głosie Fourrego zabrzmiał smutek. W życiu swym widział zbyt wielu ludzi, którzy jęcząc tarzali się po ziemi z wyprutymi flakami. — Chcę tylko mieć pewność, że posłuży ona do osiągnięcia celu ostatecznego, do tego, by świat nigdy więcej nie zaznał wojny. Żeby moje wnuki i prawnuki nigdy więcej nie musiały chwytać za broń.

— A równania Valtiego pokazują ci, w jaki sposób to Osiągniesz? — cicho spytał Reinach.

— Tak. Uczą jak do maksimum zwiększyć prawdopodobieństwo pożądanego rezultatu.

— Wybacz, Etienne. — Reinach pokręcił głową. — Po prostu w to nie wierze. Sprowadzić społeczeństwo ludzkie do… jak to się nazywa…? Aha… jakiegoś tam pola potencjalnego i dokonywać w jego obrębie działań z zakresu logiki symbolicznej… To dla mnie zbyt odległe, abstrakcyjne… Ja istnieję realnie, w konkretnej powłoce cielesnej, czy raczej tym, co z niej zostało przy naszej diecie, a nie w stertach gryzmołów stworzonych przez jakąś bandę długowłosych teoretyków.

— Podobna banda odkryła energię jądrową — zareplikował Fourre. — To prawda, że nauka, którą stworzył Valti jest młoda. _ Ale w ramach przyjętych założeń jej twierdzenia sprawdzają się. Gdybyś tylko zechciał zająć się nią…

— Mam zbyt wiele innych spraw na głowie. — Reinach wzruszył ramionami. Nagle jego twarz skamieniała. — Straciliśmy już znacznie wiece] czasu niż mogłem sobie na to pozwolić. Czego konkretnie chcą ode mnie wszyscy ci twoi wojskowi?

Fourre odpowiedział w sposób, jaki musiał przypaść do gustu jego przyjacielowi — twardo i bek ogródek, jakby wymierzał cios `` pięścią miedzy oczy.

— Żądamy byś ustąpił. Oczywiście, zachowasz miejsce w Radzie, ale jej przewodniczącym zostanie Vatti i rozpocznie wcielanie w życie reform, których się domagamy. Mamy zamiar formalnie potwierdzić, że wiosną zostanie zwołana Konstytuanta, a obecny gabinet poda się do dymisji najdalej za rok.

Pochylił głowę i spojrzał na zegarek. Zostało mu jeszcze półtorej minuty.

— Nie! — odpowiedział Reinach.

— Ale…

— Milcz! — Alzatczyk uniósł się z fotela. — Lampa rzucała jego nadnaturalnej wielkości, groteskowy wręcz cień na rzędy zakurzonych tomów. — Czy przypuszczałeś, że jestem ślepy na to, co dzieje się wokół mnie? Jak ci się wydaje, dlaczego wpuszczam do siebie tylko po jednej osobie, a i to jeszcze każe ją rozbrajać? Niech szlag trafi twoich pułkowników! Prości ludzie znają mnie dobrze, wiedzą, że to ja pierwszy stanąłem w ich obronie — i do diabła z twoimi mglistymi wizjami przyszłości. Przyszłości stawimy czoła wtedy, kiedy nadejdzie!

— Ludzkość robiła tak zawsze — tłumaczył mu błagalnie Fourre. — I dlatego nasz gatunek jak ślepiec zmierza od jednej katastrofy ku drugiej. Być może mamy ostatnią szansę, by przerwać ten zaklęty krąg!

Reinach nerwowym krokiem przemierzał w te i z powrotem przestrzeń dzielącą okno od biurka.

— Czy tobie się wydaje, że lubię te parszywą robotę — odparował. — Dzieje się tak dlatego, że nikt inny nie jest w stanie jej sprostać.

— No tak, stałeś się niezastąpiony — szepnął Fourre. — Miałem nadzieje, że uda ci się tego uniknąć.

— Wracaj, Etienne… — Reinach zatrzymał się. Znów był wcieleniem uprzejmości. — Wracaj i powiedz im wszystkim, że osobiście nic do nich nie mam. Mieliście prawo przedstawić wasze żądania. No i w porządku — przedstawiliście je i… odmówiono wam. Reinach w zamyśleniu skinął głową. — Zresztą myślę, że możliwy jest szereg zmian w naszej organizacji… Nie zamierzam być dyktatorem, ale..


GODZINA ZERO.

Fourre poczuł się bardzo, bardzo zmęczony. Odmówiono mu, nie mógł zatem zadąć w gwizdek na znak powstrzymania rebelii. Z tą chwilą dalszy przebieg wypadków przestawał zależeć od niego.

— Usiądź — powiedział — usiądź, Mariuszu. Pogadamy chwile o starych, dobrych czasach.

Reinach spojrzał na niego zdziwiony.

— Mariuszu? Co to ma znaczyć?

— Ot… taki sobie przykład z historii starożytnej. Słyszałem go od Valtiego…

Fourre przyjrzał się uważnie podłodze. Tuż obok jego lewej stopy majaczył potrzaskany legar. Potrzaskany i w każdej chwili grożący zawaleniem — rozchwiany szczątek cywilizacji… „W jaki sposób ten sam gatunek mógł stworzyć katedrę w Charires i bombę wodorową?” — przemknęło mu przez myśl. Mówił z wyraźnym wysiłkiem:

— … W II wieku przed Chrystusem z północy runęli Cymbrowie i ich sojusznicy, teutońscy barbarzyńcy. Przez kilkadziesiąt lat grasowali po Europie siejąc mord i pożogę. Armię rzymską, wysłaną by ich powstrzymać, roznieśli w strzępy. W końcu wkroczyli do Italii. Wydawało się, że nic nie zdoła ich powstrzymać, póki nie opanują samego Rzymu. Lecz jednemu z dowódców, Mariuszowi, udało się zgromadzić nową armię. Stawił czoła barbarzyńcom i unicestwił ich.

— No wiesz? Dziękuje ci… — Reinach usiadł, zbity z tropu. Ale…

— Daj spokój… — Wargi Fourrego skrzywiły się w uśmiechu. Pogadajmy sobie jeszcze kilka minut. Pamiętasz te noc, tuż po zakończeniu II wojny? Byliśmy chłopakami, tuż po partyzantce… Wałęsaliśmy się po uliczkach Paryża i piliśmy na cześć wschodzącego słońca z Sacre Coeur.

— Tak! A jakże! To była szalona noc! — Reinach roześmiał się, Wydaje mi się, że było to wieki temu… Jak miała na imię ta twoja dziewczyna? Nie mogę sobie przypomnieć…

— Maria. A twoja Simone. Śliczna mała laleczka Simone. Ciekaw jestem, co się z nią stało?

— Nie wiem. Ostatnie słowo, jakie od niej usłyszałem brzmiało „Nie”. Pamiętasz, jaki zakłopotany był kelner, kiedy…

Suchy trzask wystrzału przedarł się przez szum ulewy. W ślad za nim gniewnie zaterkotał karabin maszynowy: Jednym tygrysim susem Reinach znalazł się przy oknie, kryjąc się za jego framugą. W ręce trzymał rewolwer. Fourre nie ruszał się z miejsca.

Strzelanina przybliżała się i stawała coraz głośniejsza. Reinach odwrócił się,. Wylot lufy jego rewolweru spoglądał pusto na Fourrego.

— Słucham, Jacques.

— Bunt?!!!

— Musieliśmy. — Fourre ze zdziwieniem odkrył, że znów może spoglądać Reinachowi prosto w oczy. — Sytuacja stała się krytyczna. Gdybyś ustąpił… Gdybyś chociaż zechciał przedyskutować te sprawę… dałbym wtedy sygnał gwizdkiem i nic by nie nastąpiło. Teraz zaszliśmy już za daleko — chyba, że poddałbyś się, jeśli tak nasza propozycja pozostaje w mocy. Chcielibyśmy widzieć w tobie współpracownika.

Gdzieś w pobliżu eksplodował granat.

— Ty…

— Strzelaj. To i tak nie ma już znaczenia.

— Nie! — Muszka rewolweru opadła.

— Nie, dopóki… Zostań tam, gdzie jesteś! Nie ruszaj się! — Reinach przetafl czoło ręką i wzdrygnął się. — Przecież wiesz, jak dobrze strzeżone jest to miejsce. Wiesz, że ci ludzie są po mojej stronie.

— Myślę, że nie. Uwielbiają cię, ale są zmęczeni i głodni. A gdyby nawet, to zaplanowaliśmy całą akcje na noc. Do rana wszystko będzie skończone. — Fourre mówił jak nienaoliwiony automat. Koszary właśnie zostały zdobyte. Te dalsze odgłosy oznaczają, że przechwyciliśmy artylerie. Uniwersytet jest otoczony i nie wytrzyma szturmu.

— Ten budynek wytrzyma!

— A wiec nie chcesz zrezygnować, Jacques.

— Gdybym chciał, nie byłoby mnie tu dzisiaj.

Okno otworzyło się z trzaskiem. Reinach odwrócił się, jednak człowiek, który wskakiwał do środka strzelił pierwszy. Do pokoju wpadł stojący przed drzwiami wartownik. Broń trzymał w pogotowiu, lecz nim zdążył jej użyć, już nie żył. Ciemno ubrane sylwetki o zamaskowanych twarzach wspinały się na-parapet.

Fourre ukląkł obok Reinacha. — „Kula w głowę, przynajmniej szybko” — pomyślał. Czuł, że ma ochotę zapłakać. Zapomniał jednak jak się to robi.

Rosły mężczyzna, który zastrzelił Reinacha, zostawił swoich komandosów i razem z Fourrem pochylił się nad ciałem zabitego.

— Przykro mi, generale — wyszeptał. Słowa te z trudem przechodziły mu przez gardło, zwłaszcza że zdawał sobie sprawę do kogo je mówi.

— To nie twoja wina… — głos Fourrego się załamał.

— Skradaliśmy się w cieniu, tuż pod ścianą. Dałem susa przez okno. Nie było jak wycelować… Nie miałem pojęcia, kto to, dopóki… .

— Powiedziałem, w porządku. Obejmij dowództwo nad oddziałem i oczyśćcie budynek. Gdy go opanujemy, reszta natychmiast się podda.

Olbrzym skłonił się i wyszedł na korytarz.

Fourre powstał, skulony u boku Jacquesa Reinacha. Seria kul zabebniła po zewnętrznej stronie muru. Dosłyszał ją jakby przez mgłę. Zastanawiał się coraz poważniej, czy przypadkiem, to, co się stało nie było najlepszym ze wszystkich możliwych rozwiązań. Teraz będą mogli zapewnić swojemu przywódcy pogrzeb z pełnymi honorami wojskowymi, nieco później wzniesie się pomnik człowiekowi, który uratował Europę i… Ale przekupienie upiora może okazać się niełatwe.

„Jednak musze spróbować” — pomyślał.

— Nie opowiedziałem ci całej historii, Jacques — zaczął. Gdy skrajem skafandra ocierał krew z rany przyjaciela, wydawało mu się, że jego ręce należą do kogoś innego. — Myślę, że powinienem — ciągnął obcym głosem. — Może byś wtedy zrozumiał… może zresztą nie… Wiesz, Mariusz zajął się potem polityką. Stała za nim chwała jego zwycięstw, był najpotężniejszą postacią w Rzymie. Intencje miał jak najszlachetniejsze, tyle że na sprawach rządzenia nie znał się zupełnie. Nastąpił obłędny festyn przekupstwa, mordów politycznych, wojen domowych — pięćdziesiąt lat tego wszystkiego — i ostateczny upadek republiki. Cezar dał po prostu tylko swoje imię temu, co już się dokonało. Chciałbym wierzyć, że zaoszczędziłem Jacquesowi Reinachowi miana Mariusza.

Deszcz zacinał ostro przez wybite okno. Fourre wstał i przymknął podkrążone oczy. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek uda mu się zamknąć także oczy swemu sumieniu…