Marion Lennox

Nie bój się uczuć


ROZDZIAŁ PIERWSZY

<p>ROZDZIAŁ PIERWSZY</p>

Minęły już tezy godziny, a nie pojawił się jeszcze żaden krokodyl. Turyści byli niezadowoleni i rzucali niechętne spojrzenia na Rose O’Meara. Wynajęli ją, żeby w trzęsawiskach rzecznych zobaczyć gada i tylko jego widok mógł zmienić ich nastrój.

Niewielka łódź Rose wpływała w kolejne odnogi rzeczne, a właścicielka bacznie rozglądała się po brzegach i jednocześnie opowiadała o życiu zwierząt na namorzynowych mokradłach. Pokazywała różne rodzaje błotnych krabów, kilka razy wyłączała silnik, aby jego warkot nie zakłócał ptasiego śpiewu. Wysoki, słodki krzyk kacyka wart był podróży w górę rzeki, a czasami Rose wręcz myślała, iż wart jest niemal rezygnacji z kariery zawodowej.

Turyści na ogół zgadzali się z nią, ale obecna grupa natarczywie domagała się krokodyla. Zbliżali się do ostatniego zakola i Rose ciężko westchnęła. Będzie musiała zaproponować im zwrot opłaty za rejs, co oznacza utratę tygodniowego zysku.

Ostatecznie jednak Wielka Berta jej nie zawiodła. Olbrzymi krokodyl do połowy skrył się w korzeniach drzew tropikalnych i wygrzewał w błocie, z daleka bardzo podobny do nieszkodliwego pniaka. Rose podpłynęła trochę bliżej, a wśród turystów wreszcie zapanowało podniecenie.

– Czy on pożera ludzi? – dopytywał się ze zgrozą mały chłopczyk, któremu bardzo podobała się pani kapitan. Ktoś na przystani nazwał ją „panią doktor”, co było zabawne w przypadku „łowczyni” krokodyli, potem jednak, gdy „pani doktor” wyciągnęła chłopcu ze stopy wielką drzazgę i nic nie zabolało, mały pomyślał, że może stąd ten przydomek.

Jego zdaniem, właścicielka łodzi była bardzo ładna. Miała gęste, ciemno-rude włosy i błyszczące, zielone oczy, aczkolwiek wyglądała na nieco zaniedbaną.

– Jest bardzo wielki – powiedziała Rose i aby zaspokoić dziecięcą potrzebę emocji, dodała: – Na twoim miejscu nie wystawiałabym palców za burtę.

– A skąd pani wie, że to ludożerca? – napastliwie zapytała starsza dama, która przez cały czas podróży najgłośniej dawała wyraz swoim pretensjom.

– Najlepiej chyba sprawdzić – oznajmiła Rose z wymuszonym uśmiechem. – Gdyby ktoś z państwa chciał zgłosić się na ochotnika…

Turyści wybuchnęli chóralnym śmiechem i nastrój całkowicie się zmienił. Uczestnicy wycieczki uznali na koniec, że nie był to stracony czas. Dzięki Bogu, myślała ponuro Rose. W końcu obwoziłam ich godzinę dłużej niż zwykle, na co poszło mnóstwo paliwa. A przy stanie jej interesów…

W drodze powrotnej już na wirażu rzeki zobaczyła, że jej miejsce na przystani jest zajęte. To była kropla, która przepełniła czarę. Rose dopłynęła do burty wielkiego jachtu i zawołała na cały głos:

– Hej! Jest tam kto? Zajęliście moje miejsce.

Nikt nie odpowiedział. Lśniący bielą i niebieskością jacht kołysał się lekko na cumie i dopiero teraz Rose dostrzegła starannie wymalowany napis: „Wodne ambulatorium”.

Ambulatorium? Co tu się…

– Czy wysadzi nas pani wreszcie? – dopytywała się zirytowana dama. – Jesteśmy już ponad godzinę spóźnieni.

W tej sytuacji Rose mogła jedynie wysadzić pasażerów przy drugiej przystani, co zdecydowanie nie przypadło im do gustu. Kiedy przeprosiła już po raz dziesiąty i po raz kolejny zdecydowanie odmówiła zwrócenia pieniędzy pani Henry – która zapłaciła, owszem, za przejażdżkę, ale nie za półkilometrowy marsz do miasta – była na granicy histerii. Pożegnawszy się z turystami, zdecydowanym krokiem ruszyła ku górnej przystani, aby powiedzieć właścicielowi jachtu, co o nim myśli.

Ten jacht, który zajął jej miejsce, był dziesięć razy większy i milion dolarów droższy od jej łodzi. Sama kabina jest większa od mojego domu, pomyślała Rose z goryczą. Ogromne okna były przyciemnione, aby nie pozwolić gapiom na zaglądanie do środka. „Wodne ambulatorium”, przypomniała sobie ze złością.

Wejście na pomost – pomost opłacany przez Rose – blokował szlaban i tablica z napisem: „Porady medyczne na pokładzie jachtu od poniedziałku do piątku. Proszę o wcześniejsze zgłaszanie wizyt. Dr med. Ryan Connell, AKTM”. I numer telefonu oraz godziny przyjęć.

AKTM – czyli członek Australijskiego Królewskiego Towarzystwa Medycznego. Proszę, proszę. Rose przemknęła pod barierką i wkroczyła na pokład „Mandali”.

Nigdy jeszcze nie była na tak wielkiej łodzi. Luksusowe jachty zawijały niekiedy do Kora Bay, ale ich właściciele nie zadawali się z osobami takimi jak Rose, która patrzyła teraz zazdrośnie na olinowanie i mosiężne skuwki. Gdyby mogła sobie na takie pozwolić… Ale jej „Krokodylek” urządzony został z myślą o oszczędności, ale to słowo było chyba nie znane właścicielom jachtu.

Wydawało się, że na pokładzie nie ma nikogo, co zdziwiło Rose, która uważała, że jacht tej wielkości musi mieć stałą załogę. Co więcej, spodziewała się, że kiedy przekroczy barierkę, znienacka wynurzą się uzbrojeni po zęby strażnicy. Poczuła się nawet odrobinę rozczarowana, kiedy ich nie zobaczyła, gdyż w obecnym stanie ducha mogłaby dać sobie radę z dwoma zapaśnikami sumo na raz.

Pośrodku pokładu zobaczyła drzwi do kabiny: wielkie dwa skrzydła z pięknego mahoniu. Ani myślała kłonić głowę przed przepychem, stanowczym krokiem podeszła więc do drzwi, a chociaż zobaczyła na ich framudze złoty przycisk i prośbę o dzwonienie, dwa razy z rozmachem walnęła pięścią.

– Ambulatorium jest zamknięte do poniedziałku, chyba że chodzi o nagły wypadek. Jeśli wyłamie pani drzwi, trzeba będzie za nie zapłacić.

Rose podskoczyła i odwróciła się gwałtownie, spodziewając się ujrzeć istotnie zawodnika sumo. Tymczasem stał przed nią wysoki i szczupły mężczyzna, najwyraźniej równie rozzłoszczony jak ona sama.

– Jacht jest własnością prywatną i udostępniany jest tylko we wskazanych godzinach. Chyba że się coś wydarzyło.

Rose za wszelką cenę starała się uspokoić, a jednocześnie przypatrywała się nieznajomemu. Był o jakieś dziesięć lat od niej starszy – sama miała dwadzieścia sześć lat – opalony niemal tak samo jak ona, a w ciemnych włosach widać było pasemka siwizny. Jego oczy, zmrużone teraz z powodu ostrego słońca, błyszczały złością.

Był kiedyś przystojny, pomyślała Rose bezwiednie, nadal lustrując postać nieznajomego. Na lewym policzku i czole widniała duża blizna po oparzeniu, lekko deformująca powiekę, co całej twarzy nadawało dość niesamowity wyraz. Podobnie pokancerowana była lewa dłoń. Kiedy nieznajomy pochwycił wzrok Rose, parsknął z irytacją i włożył rękę do kieszeni spodni.

– Czy może mi pani wyjaśnić, co panią tutaj sprowadza?

– Przyszłam poprosić, żeby opuścił pan moje miejsce.

Rose usiłowała się wyprostować, chociaż mając metr siedemdziesiąt trudno dorównać komuś, kto jest dobre kilkanaście centymetrów wyższy. Włożyła obie ręce do kieszeni szortów i obrzuciła mężczyznę najbardziej twardym ze swych spojrzeń.

Złość nieznajomego osłabła i na twarzy pojawił się wyraz rozbawienia.

– Pani miejsce? – powtórzył, jakby nie rozumiejąc.

– Zajął pan moje miejsce, za które słono zapłaciłam. A tylko dlatego, że pana łódź jest większa od mojej…

– Pani ma łódź? – zapytał z niedowierzaniem nieznajomy.

– A dlaczegóżby nie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Zapadła dłuższa cisza, podczas której wzrok mężczyzny ześliznął się z włosów i twarzy na odsłonięte nogi Rose, a potem powędrował wzwyż po zaplamionych szortach i pomiętej koszulce z napisem: „O’Meara. Wyprawy na krokodyle”.

Rose poczuła rumieńce na policzkach. Wtargnęła na jacht jako osoba dochodząca swoich praw, zupełnie niezależnych od płci, teraz jednak wzrok mężczyzny przypomniał jej, że jest kobietą w każdym calu, co zupełnie jej się nie podobało.

– Tak, mam łódź i właśnie tutaj powinna cumować. Nie ma pan najmniejszego prawa…

– Ależ wprost przeciwnie – przerwał jej. – Mam prawo. – Zdrową ręką sięgnął do kieszonki koszuli i wyciągnął złożony kawałek papieru. – Mam prawo do wszystkich czterech miejsc przy tej przystani, W Kora Bay nie przyjmuje ani jeden lekarz, więc zarząd portu zgodził się, żebym udzielał tutaj porad. Wniosłem wszystkie konieczne opłaty.

– Ja też zapłaciłam… – wykrzyknęła Rose z oburzeniem, ale już w trakcie wypowiadania tych słów zrozumiała, co się stało. Zarząd portu… Zacisnęła pięści ze złością i przez zaciśnięte zęby mruknęła: – Roger!

– Przepraszam? – Nieznajomy był najwyraźniej stropiony.

To na pewno sprawka Rogera, ale jak śmiał? Zrobiła dwa gniewne kroki w kierunku trapu, który z pokładu prowadził na pomost, ale mężczyzna był szybszy. Poczuła na ramieniu mocną dłoń i chcąc nie chcąc stanęła.

– Proszę mnie puścić – poprosiła i oswobodziła ramię. To wina Rogera Baina, szefa portu, który marzył tylko o tym, żeby nareszcie mieć tutaj punkt medyczny, inaczej bowiem, jego zdaniem, najpoważniejsze biura turystyczne będą ich uparcie omijać. „Wodne ambulatorium”! Roger był gotów na wszystko dla takiego celu.

– Proszę mnie puścić – syknęła, czując, jak dłoń mężczyzny ponownie zaciska się na jej ramieniu.

– Jeśli pozwolę pani teraz odejść, może pani popełnić morderstwo.

– Morderstwo mogę popełnić, jeśli będę zmuszona tu zostać..

– Doprawdy? – Nieznajomy puścił jej ramię, ale nadal blokował dojście do trapu. – Pistolety na dwadzieścia kroków czy też zadusi mnie pani gołymi rękami? – zapytał kpiąco.

– Proszę mnie puścić – powtórzyła.

Potrząsnął powoli głową, a w jego oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. Ona zaś… Ona zaśnie mogła oderwać wzroku od tych oczu, bezsilna niczym ćma na widok światła lampy.

Po chwili otrząsnęła się i powiedziała chłodno:

– Wdarłam się na pański jacht. – Jej głos brzmiał niepewnie. – Pan ma mi to za złe, a ja też nie chcę przedłużać tej wizyty, więc proszę pozwolić mi odejść.

– Jak się pani nazywa?

– Nie mam zamiaru…

– Nie odejdzie pani stąd, póki się nie dowiem, jak się pani nazywa.

– Nic to pana…

– Znalazła się pani na moim jachcie, a tu obowiązują moje reguły. Więc?

Głęboko odetchnęła i powiedziała z ociąganiem:

– Rose O’Meara.

Zerknął na jej koszulkę i wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu.

– A, tak. Powinienem się był domyślić. – Wyciągnął do niej prawą rękę i dodał: – Ryan Connell.

Ryan Connell. Lekarz z AKTM. Oczywiście.

– Powinnam może powiedzieć, że miło mi pana poznać – wycedziła przez zaciśnięte zęby – ale po co mam kłamać. A teraz wybaczy pan, ale muszę załatwić jeszcze kilka spraw.

– Rozumiem. Musi pani kogoś zabić.

– Nie mam zamiaru nikogo zabijać.

– Obiecuje pani?

Przyjrzała mu się zaskoczona. Pytanie zabrzmiało dziwnie serio. Patrzył na nią intensywnie i badawczo, jakby chciał dotrzeć do najgłębszych zakamarków jej duszy.

Poczuła się nieswojo i wzruszyła niecierpliwie ramionami. Doszła do wniosku, że ma przed sobą typowego, aroganckiego, bogatego lekarza, z którym rozmowa jest stratą czasu. To Roger Bain pozbawił ją miejsca na przystani i to z Rogerem Bainem musi porozmawiać. Im szybciej, tym lepiej.

– Obiecuję. A teraz mogę już iść?

Zmarszczył brwi, a Rose odniosła wrażenie, że mężczyzna wcale nie chce się z nią rozstać. W jego oczach jak gdyby mignął wyraz samotności, tak trudnej do pogodzenia z całą postawą. Ale… Ale był bogaty i miał swoją dochodową praktykę, ona zaś miała długi i jeśli nie uda jej się załatwić sprawy z Rogerem, wzbogaci kolumnę bankructw w roczniku statystycznym.

– Idzie pani do Rogera Baina?

– Chyba nie powinno to pana obchodzić.

– Proszę odpowiedzieć.

Przez chwilę szukała właściwych słów, aż w końcu zaczęła sarkastycznie:

– Tak, szanowny panie. Zupełnie jednak nie… Przerwał jej okrzyk z końca przystani. W ich kierunku biegł mężczyzna i wymachiwał rękami.

– Pani doktor!

Rose ze zdumienie rozpoznała Leo Cartera, miejscowego rybaka. Leo nigdy nie biegł, jeśli mógł iść powoli, i nigdy nie szedł, jeśli mógł usiąść. Widocznie stało się coś ważnego.

– Pani doktor! – wykrzyknął ponownie. – Szybko! Zanim Ryan Connell zdążył zareagować, Rose przemknęła po trapie i pobiegła na spotkanie rybaka.

Spotkali się w połowie drogi. Leo chwycił ją za rękę, zawrócił i pociągnął za sobą.

– Dzieciak – wysapał. – Daję słowo, spuściłem go z oka tylko na chwilę.

– Lenny?

Tak miał na imię czteroletni syn Lea.

– Uhm… Nie zauważyłem… On… nie oddycha. Był w wodzie niecałą minutę. Anim się spostrzegł, kiedy wpadł…

Rose nie słuchała już dalej i puściła się biegiem w kierunku kutra Lea.

Chłopiec leżał bezwładnie na pokładzie, a nad nim klęczała matka, która rozpaczliwie usiłowała wtłaczać powietrze ze swych płuc w usta synka, ale roztrzęsiona i zapłakana robiła to bardzo nieudolnie.

– Za późno, Rose – zaszlochała na widok lekarki. – On… Boże, Boże… on nie żyje.

Rose bez słowa zeskoczyła na pokład i chwyciła chłopca w ramiona. Jedną ręką przytrzymała jego bezsilne ciałko, a drugą zaczęła coś robić w ustach, z których po chwili chlusnął strumień morskiej wody.

– Rose! Czy…

Nie było czasu na rozmowy. Rose ułożyła Lenny’ego na pokładzie, otoczyła ustami wargi chłopca i zrobiła głęboki wdech. Poczuła, że ktoś nachyla się nad nią i kątem oka dostrzegła, jak męskie palce chwytają za przegub dziecka.

– Nie ma pulsu – rozległ się znany jej już, stanowczy głos, – Proszę nie przerywać sztucznego oddychania; ja zajmę się masażem serca.

Ryan Connell.

Rose ze wszystkich sił próbowała ożywić zamarłe dziecięce płuca. Lenny, proszę, błagała chłopca niemo. Mały urwis był jedynakiem i gdyby rodzice mieli go utracić…

Wzdragała się przed dokończeniem tej myśli. Słyszała, jak koło niej Ryan Connell rzuca krótkie pytania, a jednocześnie rytmicznie uciska drobną pierś.

– Jak długo był w wodzie?

– Nie… Nie wiem dokładnie – wykrztusił Leo. – Ale nie dłużej niż dwie, trzy minuty.

Nawet okaleczona ręka Ryana pozostała dostatecznie silna, aby podołać koniecznej pracy. Rose wytrwale przekazywała swój oddech Lenny’emu. Proszę, błagam, proszę…

I wtedy drobne wargi delikatnie drgnęły pod jej ustami. To mogło być złudzenie, kątem oka zerknęła więc na Ryana, który znowu sięgnął do przegubu chłopca i twarz mu się lekko rozjaśniła.

– Jest puls – oznajmił zwięźle.

Ucisk męskich rąk odrobinę zelżał. Rose zrobiła jeszcze jeden wydech, a usta chłopca wyraźnie się poruszyły. Zduszony, chrapliwy oddech. I następny.

– Lenny, kochanie… – Jenny Carter porwała syna w objęcia. – Moje dzieciątko…

– Niech leży na boku – ostrzegła Rose – inaczej może się udławić wymiocinami. Trzeba go przenieść do naszego ambulatorium.

– Na jachcie mam potrzebne urządzenia – sprzeciwił się Ryan, a widząc, że Rose chce protestować, zapytał: – Czy jest tam aparat rentgenowski?

– Nie.

– To nie ma o czym mówić. – Ryan wyprostował się. – Zanieście go na mój jacht. Muszę sprawdzić płuca.

I nagle Rose poczuła się zbyteczna. Leo Carter uniósł syna i ruszył za lekarzem, ale zdążył jeszcze rzucić Rose niepewne spojrzenie.

– Doktor Connell zaopiekuje się wami.

– Rose, ja. – Nie wiem, jak…

– Nie dziękuj, idź. Ja już jestem niepotrzebna.

Bliska płaczu, patrzyła za oddalającą się grupką. Powinna się cieszyć, że w Kora Bay znalazł się wreszcie lekarz z prawdziwego zdarzenia. Rose skończyła wprawdzie studia medyczne, ale nie miała prawa praktykować. Wzywano ją do nagłych wypadków, ale tylko dlatego, że w całym miasteczku tylko ona się znała na medycynie. Teraz jednak nie będzie już takiej potrzeby.

– Jesteś potrzebna dziadkowi – powiedziała na głos, przypominając sobie, co kazało jej wrócić do Kora Bay. Tyle że pomoc dziadkowi oznaczała pożegnanie z medycyną.

Trudno; jej obecne życie to krokodyle i starzec. Nie wiadomo, jak długo to potrwa. Tak czy owak, nic nie będzie z całego interesu, jeśli nie załatwi sprawy przystani. Roger Bain…

Gabinet Rogera Baina znajdował się na piętrze administracji portu. Rogera można tam było zastać zawsze, a plotka głosiła, że w domu czekają na niego gadatliwa żona i dwójka straszliwych bachorów. Dlatego wolał biuro.

Sekretarka wstała na widok rozwścieczonej petentki i obdarzyła ją promiennym uśmiechem.

– Co u ciebie, Rose? Słyszałaś już?

– Że mamy w mieście lekarza? Tak, słyszałem. Zajął moje miejsce na przystani.

– Ach, tak, to prawda. Ale nie mieliśmy wyboru.

– Chcę się widzieć z Rogerem.

– Jest chyba zajęty. Gdybyś poczekała chwilę…

– Sama zobaczę, czy jest zajęty – oświadczyła Rose i mimo protestów sekretarki wtargnęła do gabinetu.

Roger Bain z kijem golfowym w dłoni zastygł właśnie w pozie zawodnika, który przymierza się do decydującego uderzenia. Na odgłos otwieranych drzwi spojrzał na intruza, zmarszczył brwi, ale nie zmienił pozycji.

– Ach, pani O’Meara. Jestem teraz zajęty. Jeśli chce pani ze mną porozmawiać, proszę ustalić termin z panną Graham.

– Bardzo przepraszam, panie Bain – Rose usłyszała za plecami stropiony głos – ale ja mówiłam… Rose, widzisz sama… – Sekretarka bezradnie zamilkła.

Rose ani myślała kapitulować. Skrzyżowała ręce na piersiach i stanęła na grubym dywanie.

Roger wykonał płynne uderzenie kijkiem, uśmiechnął się z zadowoleniem i przeciągnął dłonią po przylizanych włosach. Dopiero teraz obdarzył Rose uważniejszym spojrzeniem.

– Pani O’Meara, z przykrością muszę zauważyć, że pani strój nie bardzo nadaje się na urzędową wizytę. Jeśli pobrudzi mi pani dywan, przyślę rachunek za czyszczenie.

– Jestem ubrana do pracy, bo widzi pan, niektórzy ludzie w Kora Bay naprawdę pracują, jeśli im się nie przeszkadza. – Z kieszeni szortów wyjęła kartkę papieru. – To jest, panie Bain, rachunek. Rachunek za miejsce numer cztery przy przystani na najbliższe dwa miesiące. I dlatego pytam: co tu się dzieje?

– Miejsce pani cumowania zostało przeniesione – oznajmił Roger Bain z ciężkim westchnieniem, jak gdyby niepojętnemu dziecku usiłował wytłumaczyć rzecz całkiem oczywistą. Podszedł do biurka, zagłębił się w fotel i zlustrował Rose znużonym spojrzeniem. – Dostała pani, zdaje się, miejsce przy dolnej przystani. Mam rację, panno Graham?

Panna Graham przytaknęła z zapałem.

– Tak, Rose, kochanie. Wpisałam cię…

– Dobrze wiecie, że dolna przystań mi na nic. Za daleko stamtąd do miasta, poza tym ciężko z niej wsiadać. Moi turyści nie będą chcieli podciągać się na pomost, który sterczy metr wyżej.

– Tylko pół metra przy przypływie – wtrąciła panna Graham, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.

Rose podeszła do biurka i uderzyła dłonią w blat.

– Nie macie prawa. Oto mój rachunek – oznajmiła i wyciągnęła rękę z kwitem.

Roger nachylił się, wyjął kartkę z dłoni Rose, odwrócił ją na drugą stronę i zaczął czytać:

– „W uzasadnionych przypadkach kierownictwo portu ma prawo zmienić przyznaną lokalizację”. Niech pani zobaczy sama – powiedział i zwrócił Rose dokument. – Zmieniliśmy lokalizację.

– Ale…

– Stanowisko czwarte wymaga konserwacji, którą zaczniemy jutro. Doktorowi Connellowi wystarczą pozostałe stanowiska.

Rose zacisnęła pięści w geście bezradnej wściekłości. Stała na przegranej pozycji i miała tego świadomość.

– Pan dobrze wie, że to mnie zrujnuje – powiedziała głucho. – Turyści prawie nie odwiedzają dolnej przystani. Najlepszą reklamą jest dla mnie moja łódź, a tam jej po prostu nikt nie zobaczy.

– Pani O’Meara – przemówił z namaszczeniem Roger Bain – chcę uczynić z Kora Bay prawdziwą miejscowość turystyczną, a nigdy mi się to nie uda, jeśli nie będę miał na miejscu wykwalifikowanego – słowo to wypowiedział ze szczególnym naciskiem – lekarza. Propozycja doktora Connella odpowiada moim pragnieniom i nie zamierzam rezygnować z niej tylko dlatego, że pani turyści nie lubią spacerować. A poza tym – dodał zjadliwie – tyle osób troszczy się u nas o turystów, że chyba brak pani usług nie zostanie jakoś specjalnie odczuty. Właściciele portu organizują wspaniałe wycieczki śladem krokodyli.

– Żądając za to dziesięć razy więcej niż ja.

– Turyści z chęcią zapłacą za wyższą jakość usług, podobnie jak teraz za porady doktora Connella, Trudno żeby wystarczała im pomoc niewyszkolonej lekarki, która w nadgodzinach zajmuje się pokazywaniem krokodyli.

– Mam skończone studia.

– To dlaczego nie jest pani zarejestrowana? No a teraz, panno Graham, czy zechciałaby pani odprowadzić panią O’Meara do wyjścia?

– Sama widzisz, Rose. – We wzroku panny Graham widać było błaganie. – Musisz już iść…

– Ale dlaczego?

Chłodne, ironiczne pytanie sprawiło, że cała trójka w popłochu odwróciła się do drzwi, w których stał doktor Ryan Connell.

Na twarzy Rogera Baina w jednej chwili wykwitł promienny uśmiech.

– Ach, pan doktor Connell! Wszystko w porządku?

– Nie – odparł zapytany. – Zdawało mi się, że aż do poniedziałku mam czas na spokojne przygotowania, tymczasem najpierw złożono mi nie zapowiedzianą wizytę, a potem musiałem udzielić pomocy.

Roger Bain rzucił Rose pełne złości spojrzenie.

– Proszę wyjść albo będę musiał zawołać strażników. Umowa z panią o pomoc w nagłych wypadkach obowiązuje do poniedziałku, ale ani chwili dłużej. A jeśli się dowiem, że w jakikolwiek sposób przeszkadza pani doktorowi Connellowi, odbiorę pani prawo do cumowania także przy dolnej przystani.

– Pani jest lekarką? – zainteresował się Connell.

– Pani O’Meara ma pewne wykształcenie medyczne – pospieszył z wyjaśnieniem Bain – ale nie ma prawa wykonywania praktyki lekarskiej.

Rose zagryzła wargi. Trudno polemizować z faktami.

– W porządku, niech pan robi, jak pan uważa – zwróciła się do Baina. – Dobrze pan wie, że dolna przystań na nic mi się nie przyda.

Niech diabli wezmą Rogera Baina, doktora Connella i jego cholerne pieniądze, pomyślała i przetarła oczy dłonią, aby ukryć Izy. Na jej twarzy pozostała czarna smuga.

– Proszę zaczekać. – Doktor Connell zatrzymał ją w progu i wyjął z jej drżących palców rachunek, po czym spojrzał na Rogera Baina. – Jeśli dobrze zrozumiałem, pani O’Meara ma prawo cumować przy mojej przystani.

– Skądże – gorączkowo zaprotestował Bain. – Wszystko polega na nieporozumieniu…

– Chyba i ja nie wszystko rozumiem. – W pokoju zapadła martwa cisza, którą po dłuższej chwili przerwał ostry głos Connella. – Proszę mi wyjaśnić, dlaczego pani O’Meara ma rachunek za stanowisko przy pomoście, które ja wynająłem?

– Panie doktorze – Bain był wyraźnie zakłopotany – zapewniliśmy panu cztery stanowiska, ale teraz pani O’Meara usiłuje dostać jedno z nich i…

– Jak to „usiłuje”, skoro już zapłaciła? Bain wbił wzrok w podłogę.

– Tak, zapłaciła, ale…

– Zatem należy jej się miejsce?

– Pań przecież potrzebuje całego pomostu.

– Potrzebowałem i potrzebuję – przyznał właściciel jachtu – ale nie chcę wchodzić w czyjeś słusznie nabyte prawa. – Ryan obrzucił Rose przelotnym spojrzeniem. – Przesunę „Mandalę” tak, żeby nie blokowała czwartego stanowiska. Pani O’Meara, może tam pani umieścić swoją łódź.

– Dzię… – zająknęła się Rose. – Dziękuję panu.

– Niestety – odparł chłodno Ryan – nie mogę się odwzajemnić stwierdzeniem, że robię to z przyjemnością. Mam nadzieję, że zadba pani o to, aby pani poczynania nie kolidowały z moimi.

Rose poczuła, jak wzbiera w niej złość. Miała formalne i moralne prawo do miejsca przy pierwszej przystani i nie potrzebowała niczyjej łaski, gdyż pieniądze są pieniędzmi.

– Postaram się. Ale mam nadzieję, że i pan zrobi wszystko, żeby mi nie przeszkadzać.


ROZDZIAŁ DRUGI

<p>ROZDZIAŁ DRUGI</p>

Rose dotarła do domu dopiero o zmierzchu. Zajrzała do Lindy Donovan, aby zobaczyć, jak z jej astmą, kupiła kraby na kolację dla dziadka i umówiła się na kolejną nieprzyjemną rozmowę z dyrektorem banku.

Ganek był obrośnięty dzikim winem, które w tropikalnym klimacie rozrastało się w tempie kilku centymetrów dziennie. Rose pomyślała ze znużeniem, że będzie musiała znaleźć czas, żeby je przyciąć.

– Wkrótce – powiedziała do siebie, chociaż było to jedno z najbardziej nienawistnych jej słów. Wkrótce trzeba będzie odmalować łódź i wyremontować spracowany silnik. Wkrótce będzie musiała zasiąść do książek i czasopism, gdyż zaczynała tracić kontakt z medycyną. Wkrótce trzeba się będzie zająć ogrodem. Wkrótce spłaci wystarczającą część pożyczki, by ograniczyć się do jednego rejsu dziennie, a resztę czasu poświecić nauce i dziadkowi.

– Gdybym była Ryanem Connellem, wynajęłabym służbę – mruknęła zgryźliwie, ale sama myśl o nim przyprawiła ją o rumieńce gniewu.

Właściwie dlaczego? Zachował się przecież przyzwoicie, dzięki czemu, pomimo zakusów Rogera Baina, dalej mogła zarabiać na życie. Tyle że wcale nie chciała zawdzięczać niczego Ryanowi Connellowi – szczególnie że jego przyjazd odsuwał ją od opieki nad chorymi i jeszcze silniej podkreślał iluzoryczność marzeń o wizytówce „Dr Rose O’Meara” na drzwiach.

Rose zmarszczyła brwi: w domu było zupełnie cicho, chociaż zawsze od progu witały ją dźwięki dziennika telewizyjnego.

– Dziadku? – zawołała. – Mam kraby na kolację. Odpowiedziała jej cisza.

W nagłym przypływie paniki zapomniała o Ryanie Connellu i zaniedbanej karierze lekarskiej. Cisnęła zakupy na stół kuchenny i przebiegła przez dom, nieustannie powtarzając:

– Dziadku! Dziadku!

Wszędzie panowała cisza, a ją tknęło najgorsze przeczucie…

Gdy wbiegła na werandę, zobaczyła starca, którego ciało miękko leżało w fotelu. Nie widzące oczy wpatrywały się w rozlewisko morza i horyzont. Dziadek odszedł ze świata tak cicho i spokojnie, jak dotąd przezeń kroczył. Nie żył już od kilku godzin.

Rose powoli podeszła do fotela, osunęła się na klęczki i schowała starcze, martwe dłonie pod koc, który spoczywał na kolanach, a potem zakryła powiekami oślepłe na zawsze oczy.

– Żegnaj – wyszeptała cicho i delikatnie ucałowała zimny policzek. A potem całym jej ciałem wstrząsnął szloch.

Dużo czasu upłynęło, zanim podniosła się na zdrętwiałe nogi, mając w głowie zupełną pustkę. I co dalej? Jeszcze nigdy nie czuła się tak rozpaczliwie samotna.

Była zupełnie mała, gdy rodzice zginęli w wypadku. Następne lata spędziła pod opieką dziadka, który uparł się, że po szkole średniej musi dalej się uczyć. Z ciężkim sercem zostawiła Kora Bay i udała się na studia medyczne do miejscowości odległej o sześćset kilometrów.

Po sześciu latach, kiedy zdążyła już gorąco pokochać medycynę, lekarz odwiedzający Kora Bay poinformował ją listownie o poważnej chorobie dziadka. Rose miała za sobą wszystkie egzaminy i teraz potrzebowała już tylko rocznego stażu, aby otrzymać dyplom. I jedno i drugie musiało poczekać: była potrzebna gdzie indziej.

Bez stażu nie mogła rozpocząć praktyki lekarskiej; w Kora Bay została tymczasowo zatrudniona, aby udzielać pierwszej pomocy i chociaż miejscowi zwracali się do niej „pani doktor”, wszyscy wiedzieli, że nie ma tytułu lekarza.

Dorabiała rejsami na „Krokodylku”, szczególnie kiedy okazało się, że dziadka może bezpiecznie umieszczać na rufie. Dopiero przez ostatnie kilka tygodni musiała zostawiać go w domu – zrobił się bardzo słaby i apatyczny.

Właśnie mijały dwa ciężkie lata od czasu jej powrotu do Kora Bay. Nie mogła uwierzyć, kiedy zobaczyła długi dziadka: przez cały rok nie wnoszona opłata za miejsce na przystani i żadnych dochodów, gdyż starzec sam nie mógł już prowadzić łodzi.

– Sprzedaj łajbę – upierał się dziadek, ale łódź była jedynym źródłem zarobku, jeśli Rose miała tu pozostać. Stary, chory człowiek był najbliższą jej osobą, zacisnęła więc zęby i za wszelką cenę próbowała wygrzebać się z tarapatów. Po dwóch latach zaciekłych wysiłków nadal była na skraju bankructwa.

A teraz dziadek nie żył. Zniknął ciężar, który tak długo spoczywał na jej barkach, a przecież nie odczuwała żadnej ulgi.

– Mogę teraz sprzedać łódź i dom – szepnęła – i spłacić dług.

A co potem? Staż, dyplom – wszystko to nagle utraci, ło dawny czar. Wydała się sobie stara i zmęczona, o wiele, wiele starsza od studentki, którą była dwa lata wcześniej. Trzeba wynosić się stąd, pomyślała. Nawet po uzyskaniu dyplomu nie miała po co wracać: wakujące miejsce zajął doktor Connell.

Zadzwoniła do Stevena Prosta, lekarza z sąsiedniego miasteczka.

– Możesz zacząć przygotowania do pogrzebu – powiedział. – Moje oględziny nie są konieczne.

Ostatnimi czasy Steven powierzał jej coraz więcej medycznych spraw i nawet zostawiał nie wypisane, poświadczone już recepty. A teraz miała stracić to wszystko, tak jak straciła dziadka. Kończył się następny rozdział jej życia.

Tej nocy spała bardzo źle: z trudem zasnęła, a potem dręczyły ją koszmary. Wstała wcześnie i wyszła na werandę, żeby zobaczyć wschód słońca.

Nie powinna może iść dziś do pracy, z drugiej jednak strony nie mogła sobie pozwolić na bezczynność, zwłaszcza że w perspektywie ma pogrzeb. Rejsy muszą odbywać się ciągle, jeśli chce mieć nadzieję na sprzedanie łodzi, a poza tym na ósmą zamówiła się grupka turystów. Rose zerknęła niecierpliwie na zegarek; chciała rzucić się w wir zajęć i znaleźć daleko od domu oraz bolesnych wspomnień.

A mimo wszystko nie zdążyła na czas. O wpół do ósmej zadzwoniła kobieta z zakładu pogrzebowego, ustalenie zaś szczegółów ceremonii zabrało nadspodziewanie wiele czasu. W efekcie, kiedy Rose zajeżdżała rowerem na miejsce, była zgrzana, czerwona i piętnaście minut spóźniona.

Jeszcze poprzedniego wieczoru zacumowała „Krokodylka” na czwartym stanowisku, turyści musieli więc minąć po drodze należącą do Connella „Mandalę”. Przypinając rower do słupka, Rose zerknęła na pomost i serce jej zamarło. Ryan Connell stał z założonymi rękami przy burcie jachtu i z wściekłością spoglądał na gapiów, którzy chwile oczekiwania zabijali oglądaniem luksusowej łodzi.

Rose nie miała ochoty na kłótnie, tej jednak nie dało się uniknąć. Ze zwieszoną głową powlokła się w kierunku swej łodzi.

– Proszę, proszę – usłyszała drwiący głos Ryana – w końcu raczyła się pani zjawić.

Nie mniej poirytowani okazali się pasażerowie. Z grupki czekających wyrwał się grubas z wyraźnym nadciśnieniem i wielkim jak spodek zegarkiem, który podsunął jej pod nos.

– Dwadzieścia minut spóźnienia – wyskandował głosem pełnym oburzenia. – Ja i moja żona opłaciliśmy dzisiaj jeszcze jeden rejs, więc jeśli się spóźnimy, będzie nam pani musiała pokryć straty.

– Bardzo przepraszam… Spóźniłam sicz nie swojej winy. O której musicie państwo być z powrotem?

– Wpół do pierwszej.

– Proszę się nie martwić, będziemy na czas.

– To pewnie mniej zobaczymy za te same pieniądze – prychnął grubas.

– Proszę wsiadać, nie traćmy więcej czasu – zachęcała Rose turystów, a jednocześnie musiała użyć wszystkich sił, żeby nie wybuchnąć płaczem i nie czmychnąć gdzie pieprz rośnie. Gdy wszyscy znaleźli się już na pokładzie, poszła zwolnić dziobową cumę, tu zaś czekał na rufie swej „Mandali” doktor Ryan Connell.

– Mam nadzieję, że to się nie powtórzy – oznajmił cierpko. – Pani klienci najwyraźniej uznali mój jacht za jeszcze jedną atrakcję turystyczną. Roy, mój sekretarz, ma ważniejsze sprawy na głowie niż pełnić rolę wartownika. A pani miała odbić od przystani o ósmej.

Znienacka całe jej przygnębienie i zmęczenie przemieniły się w zimną furię.

~ Tak, rzeczywiście się spóźniłam, ale musiałam załatwić sprawy, o których pan nie ma najmniejszego pojęcia. Doktorze Connell, czy pan w ogóle wie, co to znaczy praca? Stoi pan sobie na tym swoim jachcie za milion dolarów i się ranie czepia, a od poniedziałku zacznie pan zdzierać z ludzi skórę, narzekając z pewnością, jak strasznie pan haruje, podczas gdy ja całą tę pracę musiałam łączyć z tysiącem innych obowiązków. – Odetchnęła głęboko i poczuła, że musi kończyć tę przemowę, gdyż za chwilę wpadnie w histerię. – W każdym razie przepraszam. Zaraz przestanę pana drażnić swoim widokiem.

tymczasem i „Krokodylek” był dziś przeciwko niej. Gdy przekręciła kluczyk startera, silnik zakasłał i zgasł. Spróbowała jeszcze raz, z tym samym skutkiem.

Za jej plecami zapanowała złowieszcza cisza. Turyści czekali w napięciu. Nachyliła się i podniosła pokrywę silnika, a w tej samej chwili jak na komendę rozległy się gniewne komentarze.

– Co tam się dzieje?

– Straciliśmy już półgodziny…

– A mówiłam, lepiej zapłacić więcej, ale za to jechać z prawdziwym fachowcem…

Rose przygryzła wargi.

– Panie i panowie, zaraz wszystko będzie w porządku. Proszę jeszcze o chwilkę cierpliwości…

– W czym teraz problem?

To był głos Ryana Connella, który stał na pomoście i spoglądał w dół na „Krokodylka”.

– Na pewno styki… – mruknęła.

– A wie pani chociaż, gdzie ich szukać?

Spokojnie, nie zwracaj na niego uwagi, powtarzała sobie, oczyszczając śrubokrętem końce styków. Teraz potrzebowała ścierki, ale nie miała jej pod ręką, wzruszyła więc ramionami i przetarła metalowe końce rąbkiem koszulki.

– Pięknie! – usłyszała zgryźliwy komentarz. – To stąd ten pani elegancki strój.

Na pokładzie „Krokodylka” ucichły wszystkie głosy. Podróżni najwyraźniej wyczuwali nadciągającą burzę i z góry się na nią cieszyli. Tym razem jednak czekało ich rozczarowanie. Rose raz jeszcze udało się zapanować nad sobą; przekręciła kluczyk, silnik zaskoczył, ona zaś ruszyła w kierunku rufy, żeby zwolnić tylną cumę. Okazało się, że ktoś ją uprzedził. Doktor Connell poluzował linę i miękko wskoczył na pokład łodzi.

– Dziękuję, ale sama dałabym sobie radę – prychnęła Rose, zła, że musi znowu przybić do. pomostu, aby wysadzić tamtego.

– Ile kosztuje bilet? – zapytał Connell.

– Nie ma już wolnych miejsc.

– Doprawdy? – zapytał z niedowierzaniem i przyjrzał się tablicy rejestracyjnej. – Siedemnaście miejsc pasażerskich – przeczytał na głos, a potem odwrócił się, policzył siedzących i oznajmił: – Tymczasem razem z panią jest na pokładzie piętnaście osób.

– Ja…

– Nie chce pani zarobić ani centa więcej? – Uśmiechnął się ironicznie. – W porządku, proszę mnie zatem uznać za członka załogi. Przydam się, jeśli trzeba będzie popchać na mieliźnie.

Rose nie potrafiła powstrzymać uśmiechu na samą myśl, że ktoś miałby popychać łódź w rzece, w której roiło się od krokodyli. A gdyby już miało do tego dojść, najlepiej by było, gdyby zrobili to razem Connell i Bain.

– Trudno, nie będę zawracać – powiedziała Rose i głośno zwróciła się do pasażerów: – Wszyscy państwo słyszeliście: obiecał, że nas popcha, kiedy zajdzie taka potrzeba.

Pierwsze dwie godziny wycieczki upłynęły w spokoju; być może obecność Ryana wpłynęła kojąco na turystów, być może podziałał tak piękny, słoneczny poranek.

Tyle że i tym razem krokodyli nie było ani na lekarstwo, więc po kilkudziesięciu minutach pojawiły się głosy rozczarowania i pretensje. Gdzie się podziały te złośliwce? Najpewniejsze miejsca okazały się dziś puste. Rose zmarszczyła brwi: dopiero październik, więc kilka gadów powinno być na widoku. Widocznie krokodyle były jednak innego zdania.

Rose podała turystom przygotowane jeszcze w domu drinki i ciasteczka, sama zaś rozpaczliwie rozglądała się po mokradłach.

– Jak pani mówiła? – odezwał się zaczepnie tłuścioch, który dał się jej we znaki już na przystani. – O której będziemy z powrotem?

– Około dwunastej.

– Jest już jedenasta, a krokodyli ani widu, ani słychu.

– Czasami tak bywa, że się pochowają, a wtedy…

– Bardzo przepraszam – przerwał jej wojowniczo grubas. – W reklamie rejsu było powiedziane, że zobaczymy krokodyle. Znam swoje prawa. Nie będzie krokodyli, zwraca nam pani pieniądze.

– Robię wszystko, co…

– Mnie zupełnie nie interesuje, co pani robi. Chcę zobaczyć krokodyle!

– Tam jest jeden.

Grubas zamilkł z otwartymi ustami, a Ryan Connell przemówił po raz pierwszy od chwili, kiedy zasiadł w fotelu obok niej i ze znudzonym wyrazem twarzy wpatrywał się w odległy błotnisty brzeg.

– Nie bardzo rozumiem, o co ta kłótnia. Ja zdążyłem zobaczyć już trzy gady.

– Trzy?

Rose nie mogła uwierzyć własnym uszom. Potrafiła bardzo sprawnie wypatrywać krokodyle, mogła więc od biedy przegapić jednego, ale aż trzy?

– Trzy – potwierdził ze spokojem Connell. – Mogło ich być więcej, ale specjalnie się nie rozglądałem. – Machnął leniwie w kierunku brzegu. – Tamten jest naprawdę duży, to z pewnością samiec. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to z tyłu, pod zeschłym namorzynem, można zobaczyć samicę, chociaż z tej odległości wygląda po prostu jak pień.

– Gdzie? – dopytywała się Rose.

– Doprawdy, nie widzi pani nawet samca, pani O’Meara? Niech pani podpłynie trochę bliżej.

Rose posłuchała, ale z powodu płycizn nie mogła nazbyt oddalić się od środka rzeki. Tak czy owak, we wskazanym kierunku mogła dostrzec tylko wielki pień.

– Nie widzę żadnego krokodyla – oznajmił wojowniczy grubas.

– Ani ja – poparła go Rose.

– No proszę – powiedział ironicznie Connell i splótł ręce na piersiach. – Nawet nasza przewodniczka dała się nabrać. Kawał spryciarza z tego gada, trzeba przyznać. Leży, ani drgnie i bardzo łatwo wziąć go za pień. Trzeba dobrych oczu, żeby go rozpoznać.

– To tylko drzewo – sprzeciwiła się Rose.

– Doprawdy? – zapytał przeciągle Connell. – Widzę, że niełatwo pani przyznać się do pomyłki. A może byśmy tak spróbowali? Proszę bardzo, niech pani skoczy, podpłynie do tego pniaka i go szturchnie, co?

– Niech pan nie gada głupstw – żachnęła się Rose. Na brzegu może i nie ma krokodyli, ale w wodzie…

– No proszę, stanęło na moim – zaśmiał się lekarz, a potem zwrócił się do turystów: – No jak, ma ktoś z państwa oczy na tyle dobre, żeby odróżnić krokodyla od pniaka?

– Ruszył się! – zawołała triumfalnie starsza pani. – Oczy mi jeszcze zostały dobre. Ale wielki!

– A ja widzę samicę – zawtórowała inna turystka. – Z tyłu,… z tyłu jest chyba ich kryjówka.

Zaczepny grubas także przyjrzał się brzegowi, a potem odwrócił wzrok do Rose i wykrzywił ironicznie wargi.

– A jakże, pewnie że mają tam kryjówkę. Też mi przewodniczka, która z tak bliska nie potrafi zobaczyć krokodyla.

Rose osłupiała. Dookoła pstrykały aparaty fotograficzne, terkotały kamery wideo, wszyscy w gnijącej kłodzie widzieli jak najprawdziwszego krokodyla. Już otwierała usta, żeby zaprotestować, ale szybko się zreflektowała i spojrzała w oczy Ryanowi.

– No i co, teraz już pani widzi?

Nikt w tej chwili nie zwracał na nich najmniejszej uwagi.

– Byłabym głupia, gdybym nie zobaczyła.

– Bardzo rozsądnie – mruknął, a w jego oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. – Jeśli chce pani dalej prowadzić swój turystyczny interes, będzie pani musiała popracować trochę nad swoją spostrzegawczością.

– Albo będę pana brała z sobą. Przy takim sokolim wzroku potrafiłby pan chyba wyśledzić niedźwiedzia polarnego.

– Od rana widziałem już cztery – odparł z niewinnym uśmiechem. – Niezbyt duże, ale to chyba jeszcze nie ich pora.

Rose z trudem stłumiła śmiech, gdyż któryś z turystów zwrócił się do niej z pytaniem i uznała, że powinna mu odpowiedzieć z poważną miną. Niechże sobie myślą, co chcą, byleby byli zadowoleni. Zrobiono ostatnie zdjęcia, „Krokodylek” ożył i ruszył w drogę powrotną do przystani.

Tam Ryan Connell zgrabnie wyskoczył na pomost i umocował obie cumy. Zanim Rose zdążyła się pożegnać ze wszystkimi turystami, lekarz zniknął już gdzieś we wnętrzu „Mandali”.

Z trudem mogła określić swoje uczucia. Ryan ConneSI uratował wprawdzie rejs od fiaska, ale nie była mu za to wdzięczna. Co wobec tego czuła? Wrogość? Złość? Zmieszanie? O, to może jest dobre słowo. Ten człowiek wprawiał ją w zakłopotanie. Ilekroć na nią spojrzał, tylekroć nawiedzały ją złość, poczucie samotności, strach i… i tysiące innych i uczuć, z trudem dających się posegregować i nazwać. i W punkcie pierwszej pomocy czekała na nią czwórka pacjentów: dość proste przypadki. Dwa oparzenia słoneczne, skaleczenie nożem i zainfekowane ucho. Zbierała się już do i wyjścia, kiedy pojawił się Ray Leishman z córeczką. Zgięta ‘ w pół Cathy trzymała się za brzuch i pojękiwała.

– Znowu to samo, pani doktor – powiedział z lękiem ojciec.

Rose poczuła, jak serce jej zamiera. Dziewczynka cierpiała na przepuklinę, którą najlepiej byłoby zoperować. Dwa miesiące temu Rose zdołała zaradzić bólom, ale stanowczo nakazała wizytę u chirurga.

– Czy córkę widział specjalista? – zapytała.

– Wszystko było w porządku – tłumaczył niepewnie ojciec. – Więc myślałem, że nie warto…

– Co to znaczy „nie warto”? Tu chodzi o zdrowie dziecka! Rose ułożyła dziewczynkę na kozetce i zaczęła badać mały brzuszek. Poprzednim razem udało jej się umieścić jelito na miejscu, ale czy i teraz da radę?

– Nie! – zaszlochała Cathy. – To boli.

– Wiem, dziecko, że boli, ale postaram się zrobić to szybko. Weź tatę za rękę, nie oddychaj przez chwilę, a ja zobaczę, co można zrobić.

Tym razem jelito wysunęło się jeszcze dalej, ale pod naciskiem cofnęło się na miejsce. Rose odetchnęła z ulgą. W przeciwnym wypadku byłaby bezsilna.

– Udało się – oznajmiła ojcu – ale teraz trzeba przewieźć Cathy do Batarry. – W Batarrze, sto kilometrów na południe, mieszkał najbliższy chirurg. – Trzeba natychmiast operować tę przepuklinę. Dwa razy się udało, ale nie wolno więcej ryzykować.

– Dobrze, ale nie dzisiaj. Zamówię wizytę. Dziś muszę być w pracy, a moja żona nie siada za kierownicą.

– Nie ma mowy – sprzeciwiła się Rose. – Dzwonię do Batarry, żeby czekali na was. I proszę się pospieszyć.

Lunch – krakersy i kawa z termosu – zjadła koło swojej łodzi. Ten chirurg z Batarry, myślała, jest dość stary i ręka już chyba trochę go nie słucha. Ale… ale nie ma innego wyboru. Natychmiastowa interwencja jest konieczna. O kilkanaście metrów od niej, za matowymi oknami luksusowego jachtu, skrył się doktor Ryan Connell i może nawet w tej chwili jej się przygląda.

– Popijając szampanem czarny kawior – mruknęła do siebie. – Obym już nigdy nie musiała zamienić z nim ani słowa.


ROZDZIAŁ TRZECI

<p>ROZDZIAŁ TRZECI</p>

Nie zamieniła z nim ani słowa przez następne cztery godziny. Rejs popołudniowy przebiegł gładko, ponieważ krokodyle łaskawie ukazywały się turystom, Kiedy wszyscy wysiedli, Rose zmyła pokład, a potem spędziła kilkadziesiąt minut nad silnikiem. Nikt na nią nie czekał w domu, nie było gdzie się spieszyć.

– Jutro masz wolny dzień – szepnęła do łodzi, chowając pod fotele tablicę informacyjną, zamiast wystawić ją na pomoście. – Zasłużyłaś sobie na to. – Gdy odwróciła się, stwierdziła, że z desek pomostu przygląda się jej Ryan Connell.

– Wystarczająco już brudna?

Rose, cała w plamach z oleju silnikowego, spłonęła rumieńcem.

– Gdzie ciężka praca, tam i brud; nie mam się czego wstydzić.

– Mam nadzieję, że dzisiaj nie zasłużyłem sobie na opinię bezczynnego bogacza. Wytropiłem krokodyla!

Rose nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– Wyobrażam sobie twarze moich turystów, kiedy na zdjęciach zobaczą, że z ogona ich „krokodyla” wyrastają gałązki. – Zawahała się na moment. – Nie zdążyłam podziękować. To było… bardzo miłe z pana strony.

Przyglądał się jej z zagadkowym wyrazem twarzy.

– Zazwyczaj nie staram się być przesadnie miły.

– Doprawdy?

– Tak – powiedział z ociąganiem. – Skończyła już pani na dzisiaj?

Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wejść na pomost, ale żachnęła się z irytacją. Dlaczego przy tym człowieku czuje się tak nieswojo?

– Dziękuję, dam sobie radę.

– Nie wątpię – mruknął i cofnął się o krok. – Niech mi pani powie – przez chwilę jakby szukał właściwych słów – czy w domu jakiś mężczyzna przygotowuje właśnie dla pani kolację i ustawia pantofle przy łóżku?

W pierwszej chwili Rose chciała powiedzieć coś żartobliwego i kąśliwego, ale kiedy przypomniała sobie, że dom czeka na nią pusty, natychmiast spochmurniała. Ryan Connell dostrzegł to.

– Przepraszam, jeśli powiedziałem coś niewłaściwego – powiedział speszony. – Chodziło mi…

– Nie, wszystko w porządku – ucięła Rose.

– W takim razie… – Widać było, że Ryan Connell stara się o beztroski ton. – Mój sekretarz ma wolne popołudnie, więc moglibyśmy zjeść u mnie kolację.

– Co takiego? – zapytała głosem ochrypłym ze zdumienia.

– Ja miałabym z panem zjeść kolację? Chyba pan żartuje.

– Kiedy już lepiej mnie pani pozna, zobaczy pani, że bardzo rzadko żartuję.

– Ani mi się śni poznawać pana lepiej, doktorze Connell.

– Mam na imię Ryan.

– Doktorze Connell, żyjemy w innych światach i nic nas nie łączy. – Zerknęła na swoje gołe nogi, pokryte plamami oleju. – Ma pan z pewnością na jachcie drogie meble i nie chciałabym ich pobrudzić.

– Może aż tak bardzo mi na tym nie zależy.

Zerknęła podejrzliwie na jego twarz, ale nie dostrzegła w niej śladu drwiny.

– Jeśli dobrze zrozumiałem – ciągnął Ryan – przez ostatnie dwa lata udzielała pani w Kora Bay porad lekarskich, więc mój przyjazd odbiera pani zajęcie.

– Pan ma kwalifikacje, a ja nie. Koniec, kropka.

– Tak czy owak, zapraszam panią na kolację.

– Nie dzisiaj – odrzekła, ale w jej głosie mniej już było stanowczości. Usiłowała ominąć Ryana, ale on chwycił ją za rękę. – Proszę mnie puścić. Chcę wrócić do domu i wziąć kąpiel.

– A więc jedyną przeszkodą jest ten olej?

– Powiedzmy.

– Może uda mi się pomóc. – Zanim Rose zdążyła się zorientować, silne ręce porwały ją w powietrze. – Mam dobry środek na takie uparte plamy.

– Co pan sobie… Proszę mnie puścić… Natych…

– Słowa protestu uwięzły Rose w gardle, gdy zobaczyła, że z drugiego końca pomostu z zaciekawieniem i rozbawieniem przypatruje im się grupka turystów.

– Za chwilę panią uwolnię – obiecał Ryan, który najwyraźniej nic sobie nie robił z takich protestów. Byli już na pokładzie „Mandali”; szerokie, mahoniowe drzwi do kabiny były otwarte na oścież.

Rose tymczasem oniemiała ze zdumienia i ze złości. Przez dwadzieścia sześć lat życia nigdy jeszcze nie została potraktowana tak obcesowo. I to przez kogo? Przez jakiegoś szaleńca, który porywa ją do swojej twierdzy.

Właśnie: do twierdzy! Powinna więc się wyrywać, krzyczeć na całe gardło, zaalarmować wszystkich turystów w promieniu kilometra, a przecież nie robiła tego. Dlaczego? Co zasznurowało jej usta? Dlaczego poddała się uściskowi tych opiekuńczych ramion, które niosą ją do…

Do łazienki. Ryan Connell długimi krokami przemierzył pomieszczenie, które służyło do rejestracji chorych, i nogą popchnął drzwi.

Rose nigdy jeszcze nie widziała czegoś podobnego.

Ściany, sufit i podłogę olśniewająco białej łazienki wyłożono pięknie wyszlifowaną włoską glazurą. Nigdzie nie widać było luster, ale na dobrą sprawę w zupełności zastępowały je kafelki. Pośrodku, wpuszczona w podłogę, znajdowała się ogromna wanna: w istocie malutki basenik wypełniony parującą wodą, która czekała na ukojenie zmęczonego ciała. Ryan Connell ramieniem przycisnął jakiś guzik przy drzwiach, a woda w kąpieli zafalowała z bulgotem.

Dopiero teraz Rose zaczęła się rozpaczliwie szarpać i wyrywać.

– Proszę mnie puścić! – zawołała i ręką ściśniętą w pięść uderzyła go w ramię. – Co pan sobie wyobraża?

– Chciała się pani wykąpać. Proszę, nie trzeba daleko chodzić.

– Nie mogę… Nie mam ubrania na zmianę… Zostawię na pańskiej wannie grubą warstwę oleju. Muszę wracać do domu.

– Najpierw problem numer jeden – mruknął Connell i przycisnął stopą duży, żółtawy guzik koło wanny, która natychmiast zaczęła się napełniać pienistym płynem. – To znakomite mydło nie zostawi kropelki oleju nie tylko na pani, ale i na ściankach wanny. – Ryan Connell wskazał brodą stos białych materiałów w koszu pod ścianą. – A teraz problem numer dwa. Tutaj są ręczniki i szlafroki kąpielowe. Ponieważ w tej chwili pani ubranie jest równie brudne jak pani, więc radzę wykąpać się w nim, a potem zdjąć i powiesić na zewnątrz. Wyschnie, zanim zdążymy zjeść kolację.

– Nie mam zamiaru…

– Kąpać się w ubraniu? – zapytał z uśmiechem Connell.

– Doskonale panią rozumiem, znacznie lepiej kąpać się nago. Sądzę jednak, że w obecnej sytuacji poczuje się pani bezpieczniej, mając na sobie jedną czy dwie warstwy ochronne. Może… – na chwilę zawiesił głos – może tak będzie bezpieczniej dla wszystkich, – Jak pan śmie?! Proszę mnie puścić, i to natychmiast!

– Na pewno?

– Na pewno!

Ryan Connell postąpił o krok do przodu, a Rose natychmiast zrozumiała, co teraz nastąpi. Było już jednak za późno. Za późno na protesty, obronę i na wiele innych rzeczy. Jednym płynnym ruchem została opuszczona w pienistą kąpiel.

Pierwszym odczuciem była kojąca przyjemność. Rose pogrążyła się w czułym, puszystym objęciu piany. Kiedy się wyprostowała, stała po piersi w wodzie, a wędrujące po skórze bąbelki pieściły zmęczone ciało. Popatrzyła na stojącego nad nią mężczyznę i przymknęła oczy. To niemożliwe. To sen. To nie dzieje się naprawdę.

I nagłe zdała sobie sprawę z tego, że znalazła się na łasce i niełasce prawie nie znanego jej mężczyzny. Mógł zrobić z nią, co chciał. Wątpliwe, by ktokolwiek na przystani usłyszał krzyki dochodzące głęboko z wnętrza jachtu. Spojrzała na niego, a w jej oczach zamigotał strach.

– Pani O’Meara – powiedział miękko. – Chcę panią tylko doprowadzić do porządku i nakarmić. Gdyby tylko pani wiedziała, jak pani teraz wygląda… Natychmiast się czuje, że ktoś musi się panią zaopiekować.

– Bardzo pan łaskaw, ale sama najlepiej o siebie zadbam. Spod ręki rozzłoszczonej Rose prysnęła piana.

– W porządku. – Ryan Connell odskoczył o krok. – Dzisiaj jednak ja muszę się panią zająć. Jeśli na przyszłość zamierza pani ograniczyć lunch do paczki krakersów, to proszę nie robić tego pod oknami mojego jachtu. Trudno mi znieść widok głodującego stworzonka… Szczególnie tak uroczego jak pani.

– Doktorze Connell… – zaczęła podniesionym głosem Rose.

– Już mnie nie ma – przerwał jej. – Na drzwiach jest zasuwa, ale zapewniam, że nikt nie będzie pani niepokoił. Kolacja czeka, kiedy tylko będzie pani gotowa.

Ledwie za wychodzącym zamknęły się drzwi, Rose wyskoczyła z wanny i przekręciła zamek. Usłyszawszy metaliczny trzask, oparła się z ulgą o framugę. Była sama, a on nie mógł teraz wejść. Wprawdzie i ona nie mogła spokojnie pójść do domu, na razie jednak najważniejsze było to, że od doktora Ryana Connella oddziela ją zapora drzwi.

Popatrzyła na siebie. Szorty i mało reprezentacyjna koszulka były mokre i pokryte pianą. Owszem, może się opierać, krzyczeć, ale tylko po to, żeby przemoknięta i na pół brudna powlec się do smutnego domu. A tu czekała na nią wspaniała, odprężająca kąpiel, jakiej nigdy jeszcze w życiu nie zaznała. I… kolacja z doktorem Connellem.

Decyzja zapadła nagle. Doktor Ryan Connell stanął nie proszony na jej drodze, a ona ma prawo z tego skorzystać. Jest dostatecznie bogaty, żeby zaspokoić niewinny kaprys. Kolacja, oczywiście, nie, ale kąpiel? Chciała sobie dzisiaj pozwolić na kaprys, który na chwilę przesłoniłby wszystkie zmartwienia i kłopoty. Zdecydowanymi ruchami pozbyła się ubrania i weszła do wody.

Spędziła w wannie ponad godzinę. Woda utrzymywała stałą temperaturę, a okazało się, że w jednym miejscu obudowa wanny uformowana jest w kształt siedzenia, pozwalającego wygodnie usiąść i oprzeć głowę o kafelki. Rose przymknęła oczy i zapadła w półsen, w którym rozpłynęły się myśli o dziadku, kłopotach finansowych i o natrętnym doktorze Connellu…

Kiedy się ocknęła, opuszki palców miała pomarszczone jak suszone śliwki, ale nie widać już było na nich nawet najdrobniejszej plamki. Szybko uprała szorty oraz koszulkę, a potem z ociąganiem wyszła z wanny. Jednym ręcznikiem wytarła całe ciało, drugim podsuszyła włosy, a następnie owinęła się w gruby szlafrok. Wzięła głęboki oddech. Trzeba stawić wreszcie czoło światu, kredytom bankowym, pustemu domowi, ale… Ale najpierw trzeba stawić czoło Ryanowi Connellowi.

Najlepiej byłoby włożyć na siebie mokre ciuchy, otworzyć drzwi, powiedzieć dumnie: „Dziękuję za kąpiel i przepraszam za tych kilka kropel na dywanie”, a potem dumnym krokiem ruszyć do mahoniowych drzwi. Do pustego świata.

Przyglądała się w zamyśleniu swoim stopom. Nie polakierowane paznokcie. Tak, z pewnością w niczym nie przypomina kobiet, pośród których Connell się obraca. Wzbudzam w nim współczucie, pomyślała, łaskawe współczucie bogacza dla nędzarki. Znowu poczuła złość i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi łazienki.

Ryan rozmawiał właśnie przez telefon w pokoju za salką recepcyjną. Wystarczyło tylko rozsunąć drewniane drzwi, a biurowe pomieszczenie rozszerzało się w elegancki salon.

Uśmiechnął się na widok zdumienia w jej oczach, wskazał ręką butelkę, która mroziła się w wiaderku, i stojący obok kieliszek, a sam dalej mówił do słuchawki.

– Skoro płuca są już wolne, nie ma powodu, żeby chłopak zostawał w Cairns. W domu znacznie szybciej dojdzie do siebie. – Po drugiej stronie padło jakieś pytanie, na które odpowiedział: – Tak, w Kora Bay jest już lekarz i od tej chwili sami możemy przeprowadzać wszystkie rutynowe badania oraz zabiegi.

Rose stanęła w pąsach. „Od tej chwili”. Od tej chwili nie jest już potrzebna w Kora Bay. Nie jest potrzebna w domku dziadka. Podeszła do stolika, wyjęła z lodu butelkę i przyjrzała się jej nieufnie. Szampan, tak jak przypuszczała. Starannie odstawiła luksusowy trunek na miejsce, a potem usiadła na skraju kanapy, możliwie jak najdalej od Jego Wielmożności Doktora Ryana Connella. Czuła się jak uczennica, która przez pomyłkę weszła do nie swojej klasy.

Dwie minuty później właściciel „Mandali” odłożył słuchawkę i przyjrzał się gościowi. Z głową wtuloną w ramiona, z podkrążonymi oczami i dłońmi zaciśniętymi w pięści, Rose wydawała się zagubiona i wystraszona. Ryan Connell podszedł do stolika, aby uzupełnić swój kieliszek.

– Nie pije pani?

– Nie, a przynajmniej…

– Nie ze mną, rozumiem. – Pokiwał głową i przeszedł przez pokój. Rose zerwała się i ciaśniej oplotła połami szlafroka. Był gruby i miły, ale pod spojrzeniem Connella, które niezmiennie przypominało jej, że jest kobietą, czuła się naga.

– Powtarzam, że nie żywię wobec pani żadnych niebezpiecznych zamiarów. – Przez chwilę patrzył w jej wielkie, zielone oczy, a potem spytał: – Zgadła pani, o kim rozmawiałem?

– Uhm – mruknęła. – O Lennym Carterze.

– Tak. Miał jeszcze trochę wody w płucach, wysłałem go więc do Cairns. Przed chwilą zadzwonili, że wszystko już w porządku.

– Wspaniale.

– Dzięki pani – powiedział, a kiedy pokręciła głową, dodał: – Z prośbą o pomoc odruchowo zwrócili się do pani.

Gdyby zaczęli dopiero szukać lekarza, to zanim dowiedzieliby się o mnie, chłopak już by nie żył. Tak więc uratowanie mu życia to pani zasługa.

– Przynajmniej na ostatek mam jakąś zasługę – mruknęła z goryczą.

– A jakie ma pani wykształcenie medyczne? Jeśli jest pani dyplomowaną pielęgniarką, mogę panią zatrudnić u siebie.

– Mówiłam już panu, że nie mam odpowiednich kwalifikacji.

– To dlaczego zatrudniono panią w punkcie pierwszej pomocy? Zaczęła pani studia medyczne?

Rose stanęła w oknie i milczała przez moment.

– Skończyłam studia – oznajmiła przyciemnionej szybie.

– Tutaj, w Australii?

– W Brisbane.

Poczuła, jak Connell staje za nią, ujmuje za ramiona i odwraca do siebie.

– Więc po co, u diabła, bawi się pani w pływanie z wycieczkami, zamiast prowadzić praktykę lekarską? Jaki w tym sens?

– Mówiłam już, że nie mam tytułu lekarza. Nie odbyłam stażu.

– Zaraz, chwileczkę… – powiedział Ryan, zmarszczywszy brwi. – Więc zdała pani wszystkie egzaminy i tylko nie odbyła pani stażu, tak?

– Nie, to znaczy… – Rose odsunęła od siebie jego ręce – to znaczy, może zrobię go teraz.

– Dlaczego dopiero teraz?

– Bo nie jestem już tutaj potrzebna. Będą mieć pana.

– Rozumiem – powiedział, chociaż z jego oczu nie wynikało, żeby cokolwiek pojmował. – Przed samą metą zrezygnowała pani ze studiów, żeby jako niewykwalifikowana siła zatrudnić się w punkcie medycznym w Kora Bay?

Rose wiedziała, jak nieprawdopodobnie brzmi jej wyjaśnienie, z drugiej jednak strony nie miała sił, żeby wszystko tłumaczyć do końca. Nie chciała dziś mówić o dziadku, chorobie i śmierci. Nie dziś, nie tutaj.

– Tak – mruknęła półgłosem. – A poza tym… lubię krokodyle.

– I pewnie turystów – rzucił ironicznie, a ona zaczerwieniła się.

– Nie wiem, co pan dokładnie ma na myśli, ale w Kora Bay trzeba lubić turystów, żeby zarobić na chleb. Całe miasteczko z nich żyje. – Znowu usiadła na kanapie. – A jak się pan tutaj znalazł?

– Mój jacht to pływające ambulatorium, które przenosi się z jednej miejscowości wypoczynkowej do drugiej, w zależności od potrzeby. Skontaktował się ze mną ten wasz Roger Bain i spytał, czy nie zatrzymałbym się tutaj na dłużej. Zawarliśmy umowę na pół roku, a potem zobaczymy.

– Ale… – Z doświadczeń Rose wynikało, że w taki sposób radzą sobie lekarze, którzy nie mogą znaleźć stałej klienteli i dlatego nigdy nie opływają w przesadne dostatki. – Ale…

– Chodzi pani o to, skąd miałem pieniądze na kupno „Mandoli”?

– Nie… – bąknęła Rose, speszona bezpośredniością pytania. – To znaczy, tak, – Przez osiem lat miałem gabinet w Brisbane.

– Więc czemu pan to rzucił?

– To już moja sprawa – powiedział głosem, który ucinał dyskusję. – A teraz, pani doktor…

– Nie jestem…

– Skoro przebyła pani sześcioletnie studia, ma pani prawo mienić się lekarką. Tak czy owak, dajmy już pokój wypytywaniu się nawzajem, gdyż teraz musi się pani zająć swoimi włosami. – Podszedł do kanapy, rozwiązał ręcznik, którym Rose owinęła głowę, i przeciągnął palcami po jej splątanych włosach. – Na pewno nie ma pani grzebienia. Chyba powinna pani nosić torebkę.

– Włosy są już w porządku. Niepotrzebny mi grzebień. Bez słowa zniknął w łazience i po chwili powrócił z niej ze szczotką w jednej, a grzebieniem w drugiej dłoni. Rose w popłochu zerwała się na równe nogi.

– Nie, nie – zaprotestowała gwałtownie. – Nic im się nie stanie, jeśli tak wyschną. I tak potargają się jutro na łodzi.

– To tłumaczy pewną niesforność pani fryzury – pokiwał głową Ryan Connell. – Pani doktor, zechce pani usiąść, czy woli być pani posadzona?

– Posadzona?

– Tak, posadzona. Podniesiona do góry i usadzona na swej niezwykle skądinąd kształtnej pupie, jeśli nie obrazi się pani za to określenie. Wybór należy do pani.

Rose spojrzała mu w oczy i zrozumiała, że ma do wyboru tylko dwie możliwości, skorzystała więc z pierwszej i usiadła, mnożąc zarazem w myśli określenia typu: zarozumiały bogacz, męski szowinista, arogant…

Ów potok wyzwisk raptownie się urwał, kiedy tylko ręce Ryana Connella dotknęły jej głowy. Miała wrażenie, że włosy ożyły, że każdy obdarzony jest nerwem, a wszystkie te nerwy przesyłają ekscytujące informacje do reszty ciała, które… Poruszyła się niespokojnie, nie wiedząc, jak nazwać to dziwne, zdumiewające uczucie.

Od dawna to ona musiała opiekować się innymi. Nie miała pieniędzy, żeby myśleć o swoich sprawach, nie było nikogo, z kim mogłaby dzielić swoje kłopoty i trudności. Teraz jednak na krótką chwilę poczuła się kobietą, którą ktoś kocha, o którą ktoś się troszczy i która jest dla tego kogoś najcenniejszym skarbem. To tylko sen, to tylko marzenie, mitygowała w duchu samą siebie, ale jakże błogi, dopóki trwa…

Siedziała więc z przymkniętymi oczami, a tymczasem Ryan umiejętnie rozczesywał jej włosy, by potem zacząć je szczotkować. Kiedy przestał, Rose w panice pomyślała, że zaraz się rozpłacze.

– Wiązać je gumką to przestępstwo – odezwał się Ryan, a jego głos zabrzmiał tak, jak gdyby i jemu udzieliło się coś z emocji Rose. Spojrzała w górę, ale napotkawszy jego oczy, spiesznie umknęła wzrokiem. Co się z nią dzieje? Dlaczego zdradza ją własne ciało? Dlaczego nie może wytrzymać spojrzenia mężczyzny, wobec którego żywi mieszane uczucia?

– Gdzie pani ubranie? – spytał dziwnie obcesowo.

– W łazience.

– Lepiej powiesić je na dworze, żeby wyschło.

– Sama to zrobię.

Rose zerwała się gwałtownie, ale stopa uwięzła w pole długiego szlafroka, zachwiała się więc i byłaby upadła, gdyby nie chwyciło jej silne ramię.

– Teraz rozumiem, dlaczego nie pije pani szampana – mruknął Ryan.

Przez bardzo długi moment Rose nie mogła wykrztusić z siebie słowa. Ich ciała niemal się stykały, a między nimi przeskakiwały dziwne iskry. Powinna… Z trudem cofnęła się o krok, ale ręce Ryana pozostały na jej ramionach, jakby nie mogły się z nimi rozstać.

– Chyba już pójdę – powiedziała cicho.

– Zostanie pani na kolacji – rzekł stanowczo. Był tym pewniejszy, im bardziej ona była niezdecydowana. – Chyba że w domu czeka na panią w piecyku smaczny, aromatyczny posiłek.

– Nie.

– Więc nie ma o czym mówić.

Odwrócił się i zniknął w drzwiach łazienki, skąd zaraz wyszedł, trzymając w ręku szorty, koszulkę, ale także… stanik i majtki. Rose podskoczyła jak oparzona i chwyciła swoje ubranie.

– Ja rozwieszę.

– Może nie na widoku. Muszę dbać o swoją opinię – uśmiechnął się Ryan.

– Nie sądzę, żeby jeden stary biustonosz bardzo nadszarpnął pańską opinię.

– Pani ma chyba o mnie nie najlepsze zdanie, prawda, pani doktor?

Rose uśmiechnęła się pomimo zmieszania.

– Nie zamierzam dzielić się z panem moimi opiniami, zanim nie zostanę nakarmiona. Bo widzi pan – odetchnęła głęboko – chyba rzeczywiście jestem trochę głodna.

Podniósł do góry ręce w obronnym geście i uśmiechnął się przekornie.

– Umowa stoi. Ja ruszam do kuchni, a po kolacji kolej na panią.

Kolacja musiała jednak poczekać. Oboje zastygli w pół ruchu, gdyż z przystani dobiegł rozpaczliwy głos:

– Czy jest tu lekarz? Błagam, szybko!


ROZDZIAŁ CZWARTY

<p>ROZDZIAŁ CZWARTY</p>

– To chyba o mnie chodzi – skrzywił się Ryan.

– Do poniedziałku jeszcze pracuję – sprzeciwiła się Rose, ale powstrzymał ją ironiczny uśmiech gospodarza.

– Chyba nie jest pani odpowiednio ubrana – mruknął i wyszedł na pokład, ale ponieważ nie zamknął za sobą drzwi, Rose słyszała każde słowo.

– Doktor Connell?

Rose poznała po głosie Raya Leishmana.

– Tak, to ja.

– Nie możemy znaleźć doktor O’Meary – wykrztusił Ray – a Cathy… To moja córeczka… Bardzo z nią źle.

Niewiele myśląc, Rose ciaśniej owinęła się szlafrokiem i wybiegła na pokład. W każdej innej sytuacji Leishraan z pewnością byłby zaskoczony obecnością pani doktor w tak nieoczekiwanym miejscu i tak nieoczekiwanym stroju, ale teraz jedyną jego reakcją była ulga.

– Och, Rose… Szukałem cię wszędzie… Cathy…

– Nie zawiozłeś jej do Batarry?

– Powinienem był to zrobić, ale miałem tyle zajęć… Zadzwoniłem tylko i umówiłem się na jutro.

– A tymczasem jej stan się pogorszył, tak?

– Wiem, wiem, ostrzegałaś mnie, ale wydawało się, że za każdym razem idzie ci to tak zgrabnie, więc pomyślałem… A teraz ona ani drgnie. Chodź szybko i pomóż jej, dobrze?

Rose z rozpaczą pomyślała, ile szczęścia miała za dwoma poprzednimi razami. Ale jeśli teraz jelito zaczyna obumierać… Wolała nie kończyć tej myśli. Najspokojniej jak potrafiła, wyjaśniła wszystko Rayowi, choć różne myśli kłębiły jej się w głowie. Droga do Batarry była długa – ponad dwie godziny – i nierówna, a dziecko jest najprawdopodobniej w szoku.

– Trzeba będzie chyba operować tutaj – oznajmił poważnie Ryan, a Rose odwróciła się gwałtownie i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Tutaj? Przecież to niemożliwe! Trzeba ją jak najszybciej zawieźć do Batarry.

– Operacja na pokładzie jest najzupełniej możliwa – rzucił Ryan głosem nie znoszącym sprzeciwu. – A do Batarry i tak trzeba tę małą zawieźć, gdyż potem będzie potrzebowała intensywnej opieki, a tego już nie mogę zapewnić jej na jachcie. Możemy ją zoperować w drodze do Batarry. Rejs zniesie znacznie lepiej niż podróż szosą. Tyle że muszę mieć na pokładzie Roya. Miał zjeść kolację w pubie.

– Roy?

– To mój sekretarz i sternik. Gdzie dziecko? – zwrócił się do Leishmana.

– W samochodzie na parkingu.

– Niech pan ją ostrożnie przywiezie tutaj, a ja zadzwonię po Roya, żeby pomógł ją wnieść.

Tym razem nie było już mowy o przepchnięciu jelita do środka przez otwór w przeponie. Rose ze ściśniętym gardłem patrzyła na wypukłość, która pojawiła się na brzuchu Cathy. Ryan delikatnie zbadał nabrzmiałe miejsce i pokręcił głową.

– Nie mamy czasu do stracenia. Jeszcze trochę, a jelito zacznie obumierać. Nie chciałbym ryzykować resekcji w przypadku dziecka w tak ciężkim stanie. No cóż, pani doktor…

– Ale…

Spojrzał na nią ostro.

– Proszę podać środek usypiający.

– Ja… Ja robiłam to tylko raz, i to pod kontrolą profesora.

– Zrobi to pani drugi raz, tym razem pod moją kontrolą.

– Ale rada lekarska…

– Radę lekarską proszę zostawić mnie. Zaczynajmy.

Rose wspominała później, że z jednej strony była to najdziwniejsza operacja, w jakiej dotąd uczestniczyła, a z drugiej – zdumiewająco normalna. Ryan zaprowadził ją do małej sali operacyjnej i chociaż ta najwyraźniej przygotowana była z myślą o drobnych zabiegach – takich jak na przykład czyszczenie i zszywanie ran – można w niej było również przeprowadzać poważniejsze operacje.

Rose przypominała sobie na głos procedurę anestezjologiczną, podczas gdy Ryan starannie przygotował narzędzia, a potem je odkaził.

– Dobrze, da pani sobie radę – powiedział wreszcie. – Zaczynamy.

I tak, podczas gdy rodzice Cathy czekali w luksusowej poczekalni, zaś Roy, mężczyzna w średnim wieku, który wezwany przez Ryana zjawił się wraz z nimi na pokładzie, kierował „Mandalę” do portu w Batarrze, Ryan Connell przeprowadził swą pierwszą operację jako lekarz w Kora Bay.

W czasach studenckich Rose przyglądała się wielu operacjom i mogła teraz stwierdzić, iż Cathy miała szczęście, że trafiła w ręce tego właśnie chirurga.

Odsłoniwszy jamę brzuszną, Roy natychmiast poszerzył otwór, aby zmniejszyć nacisk przepony na jelito. Rose patrzyła zrozpaczona na purpurową masę i zastanawiała się, czy nie jest już za późno. Jeśli jelito zaczęło obumierać, trzeba przystąpić do amputacji. Ryan zaczął je przemywać przygotowanym roztworem soli fizjologicznej, a Rose skupiła się na swoich obowiązkach. Dzięki wydobytym z pamięci wiadomościom z dziecięcej anestezjologii udało jej się tak dawkować środek nasenny, aby zapewnić dziecku sen, a zarazem nie obciążać nadmiernie jego osłabionego organizmu.

Kątem oka podziwiała zręczność Connella. Jego obie dłonie poruszały się tak sprawnie i pewnie, że dopiero po jakimś czasie przypomniała sobie ze zdziwieniem, iż jedną z nich pokrywa duża blizna. Ze zdumieniem też uprzytomniła sobie, ile osób pomagało chirurgom, których obserwowała podczas studiów… Anestezjolog dziecięcy, drugi chirurg, trzy lub cztery wykwalifikowane pielęgniarki. A tutaj tylko ona do pomocy, i jeszcze na dodatek lekko kołyszący się pokład…

Ryan wszystko sobie wcześniej precyzyjnie przygotował i nie zapomniał o niczym. Jego dłonie poruszały się błyskawicznie, zawsze nieomylnie chwytając za potrzebny instrument. Co więcej – znajdował czas, by chwilami zerknąć na Rose i dodać jej otuchy lekkim kiwnięciem głowy.

– Chyba… chyba się udało – usłyszała miękki głos. Spojrzała w otwartą ranę i natychmiast zobaczyła różnicę. Zamiast groźnej purpury, zagrożony fragment jelita nabrał teraz zdrowej, różowej barwy.

– Mój Boże – cicho westchnęła Rose. Nawet w najlepszym australijskim szpitalu dziecięcym operacja nie zostałaby przeprowadzona bardziej sprawnie i gładko. Zerknęła na wskaźniki: wszystko w porządku. Dziecko będzie żyć, a przy tym udało się uniknąć resekcji części jelita.

– No cóż, pani doktor, możemy zacząć ją budzić – dotarły do niej słowa Ryana.

Kończył zaszywać ranę, a ponieważ opatrunek był już prostą czynnością, mógłby ją zostawić Rose, by samemu zająć się bardziej skomplikowanym procesem wyprowadzania pacjentki z narkozy. Nie zrobił tego jednak, co Rose uznała za dowód zaufania.

Na nabrzeżu w Batarrze czekał już na nich ambulans, który zabrał do szpitala Cathy, jej rodziców i Ryana. Rose została na jachcie w towarzystwie Roya, który okazał się spokojnym, nieśmiałym człowiekiem. Z lekka utykał na nogę.

Zabierała się właśnie do sprzątania sali operacyjnej, kiedy kuśtykając wszedł do niej Roy z dobrze znanym Rose zawiniątkiem pod pachą.

– Proszę zostawić, robiłem to już wiele razy. Te rzeczy… Wydaje mi się, że to pani ubrania. Wisiały na pokładzie, kiedy wyruszaliśmy z Kora Bay.

Zakłopotana Rose wzięła swoje trochę jeszcze wilgotne rzeczy i czmychnęła do łazienki. Kiedy się myła i ubierała, Roy sprzątnął salkę operacyjną, a potem udał się do salonu. Gdy Rose tam weszła, powiedział:

– Przygotowałem pani sok owocowy. Pomyślałem, że pewnie chce się pani pić.

Rose z wdzięcznością wyciągnęła rękę po napój i niepewnie bąknęła:

– Pewnie się pan dziwi, dlaczego…

Nie bardzo wiedziała, co dalej powiedzieć. Jak ma mu wytłumaczyć fakt pobytu na tym jachcie i to, że jej bielizna suszyła się na pokładzie?

– Myślę tylko, jak dobrze się złożyło, że znalazła się pani tutaj. Gdy trzeba było, pomagałem czasem doktorowi, ale nie potrafiłbym zająć się tym, co pani.

– A więc pracuje pan już jakiś czas z doktorem Connellem? – spytała zaintrygowana.

– Można tak powiedzieć – odparł sucho. – Chociaż na jachcie tylko przez ostatnie kilka lat, bo przedtem pracowałem na farmie.

– To on ma farmę?

– Miał. – Roy także sobie przyrządził napój. – Należała do jego wuja. Wielki szmat ziemi o dobre trzysta kilometrów od Brisbane. Doktor tam pracował, a na weekendy przylatywał na famie.

Rose zmarszczyła brwi.

– A dlaczego w ogóle opuścił Brisbane?

Roy popatrzył na nią w zamyśleniu i widać było, że waha się, czy odpowiedzieć na pytanie. Wreszcie uśmiechnął się lekko i skinął głową, jak gdyby rozstrzygnął właśnie jakiś bardzo ważny problem.

– Spaliły się zabudowania na farmie – powiedział ponuro. – Doktor wtedy się poparzył, ale ja – Roy wskazał brodą niesprawną nogę – nabawiłem się tego wcześniej. Potem… potem, kiedy zamknął gabinet w Brisbane i przeniósł się na jacht, myślałem, że w ogóle już nie będzie leczył, ale bardzo szybko miał dość bezczynności. Zawinęliśmy kiedyś do miasteczka, gdzie było dziecko ukąszone przez węża, a jedyny lekarz w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów właśnie wziął sobie urlop. Pan doktor uratował dziewczynkę, zmienił trochę wyposażenie jachtu i zaczął prowadzić pływające ambulatorium. – Roy pociągnął łyk i mówił dalej: – Chyba jednak ma już dość tego przenoszenia się z miejsca na miejsce. Może tutaj, w Kora Bay, zatrzymamy się na dłużej.

– Rozumiem.

Wiele jeszcze było rzeczy związanych z Ryanem Connellem, których Rose nie rozumiała, nie śmiała się jednak dopytywać.

– A Kora Bay – zagadnął Roy, nie spuszczając oczu z twarzy Rose – czy to przyjemna miejscowość?

– Och, tak – odparła i zaczęła z zapałem opowiadać o miejscu, z którym wiązało ją tak wiele wspomnień.

Kiedy na pokładzie pojawił się Ryan, Roy natychmiast wstał.

– Płyniemy do Kora Bay, prawda? – spytał, a Connell skinął głową.

– Jak najszybciej. Nie ma tam w tej chwili żadnego lekarza.

– Kora Bay bardzo długo obywała się bez lekarza – mruknęła cicho Rose. – Do czasu pana przyjazdu.

– Nieprawda – sprzeciwił się Ryan. – Nie ma pani może urzędowych uprawnień, ale jest pani bardzo dobrą lekarką. Powinna się pani zająć swoim zawodem, a nie tracić czas na obwożenie leniwych turystów.

Nie będę już więcej tracić czasu, pomyślała Rose, ale wyraz jej twarzy musiał się zmienić, gdyż Ryan spytał zmieszany:

– Czy powiedziałem coś nieodpowiedniego?

– Naprawdę lubię krokodyle – oznajmiła szorstko – ale jeśli pan pozwoli, wolałabym więcej o tym nie mówić.

Popatrzył na nią przeciągle, a potem mruknął:

– Jak pani woli.

– Z Cathy wszystko w porządku?

– Dostała antybiotyki i. na dobrą opiekę. Wyjdzie z tego.

– Dzięki panu.

– Nie dałbym sobie rady bez pani. – Ryan przyjrzał się jej i spytał z uśmiechem: – Ubranie ciągle mokre?

Rose poczerwieniała.

– Nie, już suche.

– Głodna? Odetchnęła głęboko.

– Tak, nawet bardzo.

– Ciekawe, bo ja też. Kolacja nadal na nas czeka.

Posiłek nie zmienił opinii Rose o wystawności życia prowadzonego przez Ryana Connella. Kiedy przed kąpielą oznajmił, że kolacja gotowa, Rose oczekiwała talerza z wędlinami, jakiejś sałatki, może dwóch. Być może jednak doktor Connell nie znał pojęcia skromnego posiłku.

Podano owoce morza: na początek sałatkę z małży, a potem ostrygi z wyszukanym sosem, w którym Rose wyczuła smak estragonu i bazylii. Ryan pił wino, ona pozostała przy soku owocowym. Mówili niewiele. Rose nie bardzo wiedziała, jaki temat podjąć, Ryan zadowalał się patrzeniem na swą towarzyszkę.

Ale nie było to wcale bezceremonialne gapienie się. Jego oczy widziały wszystko. Ilekroć potrzebowała jakiegoś dodatku czy sztućca, ten natychmiast zjawiał się w jej zasięgu. Mimo jego wysiłków nie potrafiła się jednak odprężyć. Gdyby ten wzrok nie był taki… taki…

Rose nie potrafiła powiedzieć samej sobie, jaki. Skończyli przystawki i Ryan zaczął uwijać się w kuchni, a ona przypatrywała się mu w milczeniu. Wydawał się równie samotny jak ona, a jednocześnie o wiele bardziej pewny siebie. Zastanowiły ją blizny na twarzy i ręce: czy były to pozostałości po pożarze farmy? Nie miała odwagi o to zapytać. W Ryanie Connellu było coś, co ją onieśmielało. W końcu dla niego, myślała, to tylko dobry uczynek: ugościć smaczną kolacją biedną, niedoszłą lekarkę. Potem znowu nic ich nie będzie łączyło. Po co się więc dopytywać o rany, po co się dopytywać o cokolwiek, po co robić krok, który i tak nie pokona przepaści między nimi?

Zawijali właśnie do Kora Bay, kiedy Ryan pojawił się z głównym daniem. Za oknami widać było Roya, który cumował jacht, a potem zajrzał przez drzwi.

– To ja już znikam – oznajmił. – Prześpię się w pubie.

– Uśmiechnął się do Rose. – Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy.

– Roy to właściwie szczur lądowy – powiedział Ryan, podchodząc do stołu z dwoma wielkimi talerzami w dłoniach.

– Kiedy tylko ma możliwość, ucieka z jachtu.

Rose spojrzała na postawione przed nią danie i uśmiech zamarł jej na wargach.

– Kraby błotne – pospieszył z wyjaśnieniem Ryan. – W tych okolicach są prawdziwym przysmakiem. Zrobiłem je w sosie chili, mam nadzieję, że lubisz… że lubi pani pikantne potrawy.

Rose wpatrywała się w talerz i czuła, jak wraca do niej świat, o którym na chwilę zapomniała. Wzięła do ust kęs wspaniałego mięsa, ale odniosła wrażenie, że zaraz się udławi.

Kraby błotne… Kraby w sosie chili były ulubionym daniem dziadka i dzień przed jego śmiercią Rose obiecała mu je na kolację. Skorupiaki, które kupiła, nadal leżały w lodówce.

Ryan przypatrywał się jej uważnie.

– Nie lubi pani krabów?

– Nie, lubię, lubię – odrzekła Rose i poczuła, że nie potrafi powstrzymać łez – tylko dzisiaj… dzisiaj jakoś nie mogę.

Gwałtownie odsunęła krzesło i wstała od stołu.

– Bardzo przepraszam – szepnęła łamiącym się głosem.

– Naprawdę przepraszam, doktorze Connell. Był pan dla mnie bardzo miły, ale… Ale powinnam już sobie iść.

We wzroku Ryana widać było nieme pytanie, ona tymczasem nie potrafiła opędzić się od smutnych myśli. Jak mogła pozwolić sobie na chwilę radości? Jak mogła zapomnieć o dziadku? Zrobiła chwiejny krok w kierunku drzwi, ale powstrzymała ją dłoń Ryana.

– Coś nie jest w porządku – powiedział z pretensją w głosie – chociaż nie wiem co. Może jednak usłyszałbym od pani jakieś wyjaśnienie? Rose pokręciła głową.

– Przepraszam, ale nie mogę.

Dobrze wiedziała, że gdyby zaczęła teraz opowiadać o dziadku, załamałaby się zupełnie i ostatecznie rozpłakałaby się w ramionach Ryana, czego strasznie w tej chwili pragnęła. Na to jednak nie pozwalała jej duma.

– Powiedzmy, że mam alergię na kraby – wyjąkała z trudem. – Albo że na ich widok odzyskuję zdrowy rozsądek.

– Delikatnie odsunęła rękę Ryana. – Dziękuję za kąpiel i za kolację. I za Cathy. Dobranoc.

Spoglądał na nią zamyślony, a potem skrzywił usta.

– Pomyślała pani, że musi być lojalna wobec swojego chłopaka, prawda?

Po raz nie wiadomo który Rose poczuła rumieńce na policzkach.

– Prawda – bąknęła. Tak będzie lepiej. Niechże da sobie z nią spokój, a ona będzie mogła nareszcie opuścić jacht. – Z moim chłopakiem jemy zawsze kraby, zanim zaczniemy się kochać. To taki stary zwyczaj w Kora Bay.

Jeśli jednak myślała, że uda jej się w ten sposób zrazić Ryana, to się myliła. Zagrodził jej drogę i chwycił mocno za rękę.

– Mówiłem już, że nie zalecam się do pani. Zaprosiłem panią na kolację, bo żal mi było patrzeć, jak…

– Nie chcę żadnego współczucia i nie chcę pańskich krabów – powiedziała ze złością.

– Bo co, nie może ich pani spróbować, żeby zaraz potem nie mieć ochoty na miłość? O co tu chodzi?

– Oczywiście, że mogę… – zaczęła Rose, ale natychmiast zorientowała się, że nie powinna dalej rozwijać tej kwestii.

– Dobranoc, doktorze Connell.

– Chwileczkę. – Rose na próżno usiłowała oswobodzić rękę ze stalowego uścisku. – Tak czy owak, spróbowała już pani kraba, a ja nie chciałbym łamać prastarych obyczajów Kora Bay, Taką już mam zasadę, żeby, jeśli jest to możliwe, nie łamać tradycji.

Znienacka nachylił się i… Dotknięcie jego warg podziałało na Rose jak czarodziejska różdżka. Jej ciało znieruchomiało, a usta rozchyliły się. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Tymczasem w miejsce paraliżu pojawił się płomień. Pocałunek domagał się odpowiedzi, do której była gotowa, ożywiał jej wargi, serce, ożywiał ją całą. Powinna walczyć, powinna uciekać… ale nie potrafiła. Całe ciało przepełniło ciepło, które sprawiło, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa, a wola okazała się bezsilna.

To przydarza się komuś innemu. To ktoś inny jest całowany. To ktoś inny wsunął palce w rude, lekko spłowiałe od słońca włosy. Ktoś inny odpowiadał na dotknięcie warg, ktoś inny jęknął cicho, ktoś inny tulił się do ciała mężczyzny, czyjeś inne uda zaczęły się rozchylać…

Każdy pocałunek kiedyś się jednak kończy, więc gdy Ryan odchylił głowę do tyłu i spojrzał na nią ciepło, tamta inna osoba zniknęła, a jej miejsce zajęła Rose, przed chwilą bliska zapomnienia, a teraz zawstydzona.

Z twarzą pełną cierpienia i oczami pełnymi łez wyrwała się szlochając z objęć Ryana i wybiegła na pokład.


ROZDZIAŁ PIĄTY

<p>ROZDZIAŁ PIĄTY</p>

Następnego ranka Rose długo nie wstawała z łóżka. Pod wpływem przeżyć ostatnich dwóch dni czuła się bardziej znużona niż kiedykolwiek w życiu. Sen wprawdzie pierzchnął wraz z nadejściem świtu, ale przymknięte powieki stanowiły chwilowe odcięcie się od całego świata.

Pogrzeb miał się odbyć o dziesiątej; w południe będzie już po wszystkim, pomyślała. Wspomnienia poprzedniego wieczoru nakładały się na żałobne myśli. Zbyt wiele wydarzyło się ostatnio, i na dodatek zbyt szybko. Gdyby spotkała Ryana Connella przy jakiejś innej okazji, nigdy by go do siebie tak blisko nie dopuściła. Po raz pierwszy reagowała na towarzystwo mężczyzny w odmienny niż dotychczas sposób, nie wiedziała jednak, czy nie przyczynia się do tego jej obecny stan ducha, żal po utracie najbliższej osoby i poczucie osamotnienia.

– To ten mój nastrój – oznajmiła sufitowi. – Nic więcej. Pan Ryan Connell nic dla mnie nie znaczy. Po prostu pocałował mnie w chwili, gdy najbardziej potrzebowałam czyjejś czułości, a jeśli i ja go pocałowałam, to ze strachu przed samotnością.

Sama jednak świetnie wiedziała, że to nieprawda, a świadomość ta napawała ją trwogą. Na bliskość Ryana Connella jej dusza i ciało odpowiedziały spazmem rozkoszy i pożądania. Skrzywiła się, nieco zawstydzona. Gdyby tamten pocałunek potrwał odrobinę dłużej… Wyjęła poduszkę spod głowy i schowała w niej twarz, mając nadzieję, że uda się jej zdusić wspomnienie tamtych ust i obejmujących ją ramion. Ono jednak uparcie trwało, jak gdyby utkwiło w najgłębszych zakamarkach jej duszy. I nagle wybuchnęła płaczem.

– Dziadku, dziadku – chlipała cicho. – Proszę, powiedz mi, co mam zrobić?

Tak naprawdę nie było to pytanie, dobrze bowiem wiedziała, jak zabrzmiałaby odpowiedź.

„On nie jest dla ciebie, kochanie. To wielkie panisko z miasta. Ma pieniądze, ma władzę, może mieć kobiet bez liku, i między nimi przebierać. Jak myślisz, czego taki człowiek może chcieć od dziewczyny takiej jak ty? Miej swój honor, trzymaj się od niego z daleka”.

– Tak zrobię, dziadku, właśnie tak zrobię – przyrzekła niewyraźnym cieniom za oknem. Podjęła decyzję, ale zamiast spokoju czuła gorycz i żal.

Wstała o dziewiątej i szybko się ubrała. Włożyła na siebie kostium, który kupiła na wyprzedaży i który służył jej podczas wszystkich uroczystości ślubnych i pogrzebowych. Zmarszczyła brwi, widząc, jaki jest już znoszony i niemodny, w tej samej chwili jednak pomyślała, że dziadek i tak najchętniej zobaczyłby ją w szortach i na bosaka. Zawsze kręcił nosem na jej spódnice i sukienki. „Spodnie to najpraktyczniejsza rzecz”, powtarzał. „Co ci po tych kieckach na łódce? Jedną ręką ciągle będziesz musiała je przytrzymywać”. Chociaż jednak dziadek by tego chciał, mieszkańcy miasteczka zgorszyliby się, widząc ją na cmentarzu w sportowym stroju.

Czesała właśnie włosy, których dzisiaj nie miała zamiaru związywać, ponieważ dziadek lubił ich widok na wietrze, gdy usłyszała, że pod dom podjeżdża samochód. Podeszła do drzwi, pewna, że to przedsiębiorca pogrzebowy, który obiecał zabrać ją do auta mającego jechać tuż za karawanem, tymczasem na ganku zobaczyła rozwścieczonego Ryana Connella.

– Czy wie pani może, która godzina? – zapytał ze złowieszczą uprzejmością.

– Tttak – wyjąkała. – Jest… – zerknęła na zegarek – prawie dziesiąta.

– Prawie dziesiąta – powtórzył i pokiwał głową. – Prawie dziesiąta, ale pani dopiero raczyła się obudzić, tak?

– Chyba nie powinno to pana obchodzić, kiedy się kładę, a kiedy wstaję – odparła niechętnie. – Można wiedzieć, co pana do mnie sprowadza?

– Odbieram pani prawa do cumowania przy moim pomoście – rzucił ostro. – Powiedziałem, że mogę się zgodzić na zacumowanie pani łodzi, jeśli turyści nie będą wchodzić mi w paradę, tymczasem już drugi raz cała ich gromada tłoczy się u burty „Mandałi”, bo pani nie chciało się w porę wstać.

– To nie tak… – zaczęła Rose, ale nie pozwolił jej dokończyć.

– No proszę, „to nie tak”, tymczasem dwa kolejne ranki spóźnia się pani do pracy, a ja muszę opędzać się od ciekawskich. A może… – Ryan zmarszczył brwi – może dzisiaj postanowiła pani trochę zaszaleć i stąd ten odświętny strój?

Rose poczuła wzbierającą w niej złość, ale odpowiedziała obojętnie:

– Nie umawiałam się na dzisiaj z żadnymi turystami, a poza tym wczoraj wieczorem zdjęłam z pomostu tablicę informacyjną, nikt więc nie może tam na mnie czekać.

– Iście profesjonalne podejście – skrzywił się kpiąco. – Prowadzimy sobie wycieczki, kiedy chcemy. – Rose otwierała już usta, żeby się odciąć, lecz nie dopuścił jej do głosu. – Sądziłem, że po… emocjach wczorajszego wieczoru zapomniała pani o tablicy, więc sam ją wystawiłem.

– No proszę, cóż za uprzejmość. Najpierw wtrąca się pan do moich spraw, a potem przyjeżdża tutaj ze skargami, że panu przeszkadzam.

– Zrobiłem to tylko dla pani dobra. Dzisiaj mamy piątek i sądzę, że to jeden z dni, kiedy turystów jest najwięcej. I żeby wtedy właśnie brać sobie urlop…

– To nie pana sprawa, doktorze, kiedy pracuję, a kiedy biorę urlop. Pan nic nie ma do mnie i ja nic nie mam do pana. Proszę wracać na swój elegancki jacht, do swojej oryginalnej praktyki lekarskiej i do swoich wystawnych kolacyjek.

– Z pewnością to zrobię, bylebym tylko miał spokój. Tymczasem z panią od początku są same kłopoty.

– Ze mną?! – Rose nie posiadała się z oburzenia. – Jeszcze pan…

– Doktor O’Meara? – Żadne z nich nie spostrzegło, kiedy do pokoju wszedł przedsiębiorca pogrzebowy, który z rękami założonymi do tyłu i z lekko pochyloną głową stał teraz o kilka kroków od nich, usiłując zwrócić na siebie uwagę.

– Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, pani doktor, ale dochodzi już dziesiąta i musimy jechać.

Rose, która była nadal zła i oburzona, musiała mieć dziwny wyraz twarzy, gdyż przedsiębiorca z profesjonalną uprzejmością uścisnął rękę Ryana i pospieszył z wyjaśnieniami:

– Nazywam się Henry Blake i prowadzę zakład pogrzebowy. Bardzo się cieszę, że pani doktor nie będzie sama podczas tej smutnej ceremonii. Bardzo się martwiłem, że nikt nie będzie jej towarzyszył przy składaniu ciała dziadka do grobu.

Ryan spojrzał zdumiony na Rose.

– Co to wszystko znaczy? – spytał.

Rose sztywno podeszła do czarnego samochodu.

– Pan Connell nie przybył tutaj, żeby dotrzymać rai towarzystwa. Bardzo dziękuję, panie Blake. Możemy jechać.

– Pani dziadek…? – dobiegł ją głos Ryana.

Przedsiębiorca pogrzebowy dostrzegł szok na twarzy mężczyzny i postanowił tak rozwiązać całą sytuację, żeby wszyscy byli zadowoleni. Nieznajomego uznał za osobę bliską pani doktor, najpewniej za jej kochanka, sądząc po ożywionej rozmowie, jaką przed chwilą prowadzili. Nawet jeśli nie miał racji, wolał, żeby nieutulona w żalu wnuczka nie siedziała samotnie w jego samochodzie, a później nie znosiła samotnie ciężaru pogrzebu. Gdyby na przykład miała zasłabnąć, powinien być w pobliżu ktoś, kto się nią zajmie.

– Dziadek pani doktor zmarł przedwczoraj – poinformował lekarza. – Byli dla siebie najbliższymi osobami, mieszkali razem, a teraz…

Rose odwróciła się, żeby jak najprędzej przerwać to odsłanianie jej sekretów. Chciała nakazać Henry’emu Blake’owi, żeby jak najprędzej ruszał, tymczasem napotkała wzrok Ryana i w obawie, że utraci kontrolę nad sobą, zaczęła szybko mówić:

– Przepraszam za dzisiejszy kłopot, doktorze Connell, to się już więcej naprawdę nie powtórzy. Tylko że w tej sytuacji… – Urwała i poczuła, że z oczu płyną jej łzy.

– Do diabła! – wykrzyknął Ryan, choć był bardziej zły na siebie niż na kogokolwiek innego. – Dlaczego nic mi pani nie powiedziała? Przecież mógłbym…

– Niewiele mógł pan zrobić – rzekła smutno Rose. – Wczoraj na chwilę pomógł mi pan zapomnieć o wszystkim i jestem za to wdzięczna. Ale teraz muszę już jechać, doktorze Connell.

– Czy mogę jechać z panią? – Ryan podszedł do niej i łagodnie wziął ją w objęcia. – Rose, czemu mi nie powiedziałaś? – Delikatnie ujął jej podbródek i uniósł go do góry. Zobaczyła wpatrzone w siebie, pełne powagi oczy. – Naprawdę.

Ktoś powinien być dzisiaj przy tobie, a skoro nie ma nikogo innego… – Ryan potrząsnął głową i rzucił w kierunku Blake’a: – Jedziemy, Rose niepewnie zaprotestowała.

– Nie, pan nie… Nie jesteś…

– Nie jestem odpowiednio ubrany? – Ryan spojrzał ponuro na swoje wyprasowane jasne spodnie i białą koszulę.

– Chyba rzeczywiście.

– Proszę się nie martwić – zapewnił przedsiębiorca pogrzebowy, zadowolony, że cała sytuacja zaczyna się klarować.

– Niewielu mężczyzn w tych stronach ma ciemne garnitury, a jeszcze rzadziej wkładają je w dni, które zapowiadają się tak upalnie jak dzisiejszy. Nie będzie się pan wyróżniał.

– Czy mogę, Rose?

Wpatrywała się w niego w napięciu. Kiedy rano leżała w łóżku, a później się ubierała, dręczyło ją dziwne uczucie lęku. Razem z dziadkiem trzymali się na uboczu życia miasteczka, które w zamian podejrzliwie traktowało starego odludka i jego ekstrawagancką wnuczkę. Wykorzystywali jej wiedzę medyczną, gdy tego potrzebowali, ale żywili wobec niej mieszane uczucia. Nie znaczyło to jednak, że na pogrzebie zjawi się niewiele osób. Mieszkańcy Kora Bay nigdy nie przepuszczali takich okazji. Rose przypuszczała zatem, że przyjdzie jej zetknąć się z odrobiną prawdziwego współczucia i mnóstwem fałszywego wścibstwa. Gdyby miała przy sobie kogoś, na kim mogłaby się wesprzeć, kto uchroniłby ją od niedyskretnych pytań… Kogoś? Nie. Właśnie Ryana, Ryana, przy którym poczuje się mniej osamotniona i wystawiona na żer ciekawskich spojrzeń. Wszystkie myśli musiały być wypisane na jej twarzy, gdyż Ryan bez słów odgadł odpowiedź.

– Więc jedźmy. Najwyższa pora.

Przez cały czas ceremonii trzymał ją za rękę. Siedzieli w pierwszym rzędzie i słuchali przemówienia pastora, który w prostych słowach opowiadał o życiu Toma O’Meary.

Rose słuchała tych słów z dumą i wzruszeniem. Przestała płakać. Żywot dziadka się dopełnił, i dobrze o tym wiedziała. Serce słabło z każdym dniem, a tętniak aorty czynił stan chorego beznadziejnym. Żal nad utratą bliskiego człowieka jest uczuciem egoistycznym, bo w istocie oznacza strach przed samotnością. Teraz jednak, gdy palce Ryana ściskały jej dłoń, nie czuła się już tak beznadziejnie opuszczona.

Potem przy grobie odbierała kondolencje z opanowaniem i spokojem, na jakie nie byłoby jej stać, gdyby nie obecność Ryana. Najprawdopodobniej to z jego powodu nikomu nie przeszły przez usta obłudne ubolewania nad stanem interesów Rose oraz jej medyczną przyszłością. No i, oczywiście, mnóstwo było nie zadanych pytań o to, co łączy ją i doktora Ryana Connella, ale tym Rose na razie się nie przejmowała, ciesząc się z samej obecności kogoś życzliwego i pomocnego.

Zgodnie z tradycją, po uroczystości powinna się odbyć wystawna stypa, Rose jednak poprzestała na skromnym poczęstunku. Sama niczego nie tknęła; krążyła jedynie po bocznej salce domu pogrzebowego i odpowiadała na zdawkowe pytania, a także przypatrywała się gościom, którzy zjawili się tu z czystej ciekawości, a pewnie i z racji darmowych smakołyków, bo co najmniej jednej trzeciej biesiadników nie widziała jeszcze na oczy. W pewnej chwili szepnęła do Ryana:

– Możesz mnie teraz zostawić. Już dam sobie radę.

– Nie wygłupiaj się – odparł szorstko, starając się natychmiast złagodzić słowa miłym uśmiechem.

Kiedy wszystko zniknęło z półmisków, goście jeden po drugim zaczęli wychodzić, aż wreszcie Ryan i Rose zostali sami.

– I co dalej, Rose? – zapytał cicho.

Spuściła oczy. Od chwili gdy wsiedli do samochodu Blake’a, Ryan zwracał się do niej po imieniu, co nastąpiło tak naturalnie, że przystała na to bez sprzeciwu.

– Wrócę do domu. Spacer chyba dobrze mi zrobi. – Podniosła wzrok i usiłowała powstrzymać łzy. – Dziękuję… Bardzo mi… pomogłeś.

Ryan wpatrywał się w nią z uwagą.

– Lubię być pomocny. A co z popołudniem, pani doktor? Czy zamierzasz obwieźć po rzece następnych turystów?

Rose pokręciła głową i usiłowała się uśmiechnąć.

– Dzisiaj poszłoby mi chyba jeszcze gorzej z wyszukiwaniem krokodyli.

– W takim razie – oznajmił – obejrzymy rafy koralowe.

– Co takiego?

– Nigdy nie słyszałaś o rafach koralowych? – spytał żartobliwie. – Słyszałem, że stąd jest do nich kwadrans drogi.

Rose poczuła w głowie pustkę.

– Chyba tak – odrzekła niepewnie. – Zdaje się.

– No to jedźmy. Jeśli będziemy potrzebni, wezwą nas przez radio.

– Doktorze Connell… – zaczęła.

– Mam na imię Ryan – przerwał jej z irytacją.

– Ryanie – powtórzyła i wzięła głęboki oddech. – Bardzo wiele już dla mnie dzisiaj zrobiłeś i nie musisz zmuszać się do niczego więcej. Naprawdę poradzę sobie już sama.

– Mówiłem ci już, że bardzo rzadko robię coś z przymusu. Mam wprawdzie mapy okolicy, ale miejscowi mówią, że dno jest bardzo zdradzieckie i dlatego lepiej, żebym popłynął do raf z kimś, kto zna te wody. A wydaje mi się, że znasz tutejsze skały jak własną kieszeń, prawda?

Rose uśmiechnęła się melancholijnie: wiele godzin i dni spędziła z dziadkiem pośród raf koralowych, które okalały Kora Bay.

– A więc załatwione. I żadnych sprzeciwów. Najpierw ja wyświadczyłem ci przysługę, a teraz proszę o przysługę z twojej strony: bądź przewodniczką po okolicznych morskich skałach. Zgoda?

– Ale…

– Zgoda? – powtórzył z naciskiem, a ona skinęła głową. Łatwiej przyszłoby jej chyba wzbić się w powietrze niż sprzeciwić się temu mężczyźnie.

Do wewnętrznego łańcucha raf jacht dotarł rzeczywiście w niecałe piętnaście minut, ale Ryan wcale nie potrzebował pomocy Rose. Przez zdradliwe wody prowadził „Mandalę” tak pewnie i lekko, jakby znał je od lat. Rose pozostało tylko wyciągnąć się na leżaku i cieszyć pieszczotą wiatru i słońca.

Spod zmrużonych powiek przypatrywała się Ryanowi. Czujny, uważny, stał za sterem z rozwianymi włosami, a wyglądał tak naturalnie, że można by pomyśleć, iż żeglowanie jest jego jedynym zajęciem od najmłodszych lat.

Dlaczego tak się o nią dzisiaj zatroszczył? Powiedział, że niczego nie robi z przymusu, co zatem nim powodowało? Uczynność, współczucie – być może, z drugiej jednak strony dlaczego lekarza, który bardziej niż inni ludzie musi oswoić się z myślą o śmierci, miałby tak poruszyć fakt, iż ktoś utracił bliską osobę? Nie potrafiła rozwikłać tej łamigłówki i pewna mogła być tylko swojej wdzięczności.

Wdzięczności? Zmarszczyła brwi. Patrzyła na włosy Ryana rozwiane na wietrze, na jego okaleczoną dłoń, którą przytrzymywał mapę, na uśmiech, którym przelotnie ją obdarzył, a pod wpływem którego rozlała się po jej ciele fala ciepła. Nie, wdzięczność nie jest właściwym określeniem jej odczuć…

– Według moich wyliczeń powinniśmy być w pobliżu Marley Reef – zawołał. – Mam rację, pani przewodniczko?

W jego głosie było tyle serdeczności, że jeszcze raz zastanowiła się, dlaczego on to wszystko robi. Mniejsza z tym, pomyślała. Nie ma sensu więcej o tym myśleć. Lepiej po prostu rozkoszować się tymi kilkoma ostatnimi chwilami wytchnienia od rachunków bankowych, krokodyli, machinalnie powtarzanych objaśnień dla turystów i wszystkich tych rzeczy, które „wkrótce” trzeba będzie zrobić. Wstała z leżaka i podeszła do steru.

– Jesteśmy tutaj – wskazała palcem punkt na mapie – na pomocnym skraju Marley. Świetne miejsce do nurkowania, gdybyś chciał spróbować. Niedaleko stąd jest mała platforma, do której jedna z agencji przywozi turystów. W piątki nie organizują rejsów, więc możemy przycumować tam twój jacht.

– Wspaniale – uśmiechnął się szeroko. – Z chęcią trochę popływam pod wodą. A ty?

Rose spojrzała z żalem na swoje ubranie. Tak przyjemnie byłoby zanurzyć się w czarowny, podwodny świat… Pokręciła głową, ale zanim zdążyła otworzyć usta, Ryan uprzedził jej słowa.

– W kabinie jest kilka kompletów do nurkowania. Mam nadzieję, że potrafisz posługiwać się aparatem tlenowym?

– Oczywiście – obruszyła się.

– Nie widzę więc przeszkód – powiedział stanowczo i zaczai pogwizdywać pod nosem. – Gdzie ta platforma?

Czekało ich kilka cudownych godzin. Wystarczyło, by Rose zanurzyła się w krystalicznie czystą wodę, a natychmiast poczuła, jak ulatuje z niej ból, gorycz i zmęczenie ostatnich dni. Podmorska kraina była zupełnie innym światem; nie zakłócały go troski, które zostały na powierzchni.

No i był z nią Ryan. Od czasu choroby dziadka Rose nurkowała rzadko i w samotności, zupełnie już więc zapomniała, jaka to radość pokazywać komuś innemu cuda koralowych jaskiń, przedziwnych ryb i roślin o niezwykłych kształtach. Płynęli wolno, bez wysiłku, a Rose powierzała swe ciało wodzie i tylko od czasu do czasu chwytała dłoń Ryana, aby pokazać mu jakiś kolejny podwodny okaz. Czuła się tak, jakby rafa i całe podwodne królestwo należały tylko do nich.

Kiedy skończył się tlen w butlach, zostawili je na pokładzie jachtu i zaczęli pływać pod powierzchnią wody, uzbroiwszy się w okulary i rurki do oddychania. Rose, zatopiona w myślach, czasami zapominała o obecności towarzysza, ale ilekroć dostrzegała go w pobliżu, natychmiast orientowała się, że w istocie ciągle jest obecny gdzieś na krańcach jej świadomości, dzięki czemu ani na chwilę nie ogarniał jej smutek samotności. To tylko chwilowa iluzja, powtarzała sobie, ale dzięki niej łatwiej mi będzie powrócić do twardej rzeczywistości.

Wreszcie miała już dosyć pływania. Wydostała się na platformę do nurkowania i położyła na słońcu, podczas gdy Ryan pozostał w wodzie. Gdy nie mogła już wytrzymać skwaru, schroniła się pod płócienny daszek na pokładzie i nie wiadomo kiedy zasnęła.

Nagle ocknęła się i zobaczyła, że Ryan, który zdążył już się przebrać, stoi nad nią, trzymając w rękach dwie oszronione od zimna szklanki z napojami. Postukiwały w nich kostki lodu.

– Gdzie… co… – zaczęła, nie mogąc zebrać myśli.

– Pozwoliłbym ci spać aż do wieczora – powiedział z uśmiechem – ale teraz nieodzownie potrzebny mi pilot. W dzień mogłem sobie poradzić, ale o zmierzchu nie pójdzie tak łatwo.

– A masz echosondę? – upewniła się Rose.

– Mam. – Podał jej drinka i przysiadł na składanym, płóciennym fotelu. – Może uchroniłaby mnie przed pójściem na dno, ale nawet z nią czułbym się samotny.

– Poprowadzę cię z powrotem jak po sznurku – zapewniła. – Robiłam to już setki razy.

– Z dziadkiem?

– Z dziadkiem – potwierdziła, a po jej twarzy przemknął cień.

– To szczęście, że miałaś kogoś takiego jak on – powiedział półgłosem, wpatrzony w roziskrzoną toń morską.

Jego okaleczona twarz nabrała teraz ponurego wyrazu, jakby pod wpływem wspomnień, od których wolałby uciec. Przez chwilę wydawał się bardziej nawet opuszczony niż ona; silny mężczyzna, który zdecydował się na samotność. Może różne są rodzaje samotności, przemknęło jej przez głowę: taka jak jej, narzucona przez śmierć rodziców, a teraz dziadka, i taka jak jego – bardziej z wyboru niż z konieczności.

– A gdzie twój sekretarz?

Rose uświadomiła sobie nagle, że przez cały dzień nie widziała Roya.

– Ma wolny dzień, podobnie jak ja. Nieczęsto to się zdarza, a od poniedziałku czeka nas ciężka praca.

– Chyba nie aż tak ciężka – powiedziała w zamyśleniu. – Pacjenci najczęściej jeżdżą do Batarry.

– Nikt im nie powiedział, że masz kwalifikacje lekarza. Nie wracajmy więcej do tego – uprzedził jej sprzeciw. – Mam pewne plany związane z Kora Bay.

– Plany? – zapytała sennym głosem, czując błogie rozleniwienie.

– Potrzebny jest tu szpital.

– Szpital?! – zawołała zdumiona, czując, jak błogie uczucie senności odpływa. – To niemożliwe!

– A dlaczego? – Uśmiechnął się i pociągnął długi łyk.

– Doktor O’Meara, czy nie zauważyła pani jeszcze, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych?

– Proszę, proszę. Może zaprzęgnie pan do budowy jakieś czarodziejskie duszki, doktorze Connell, i szpital już w poniedziałek otworzy swoje podwoje?

– Nie upierałbym się co do poniedziałku. Raczej we wtorek.

– Rozumiem, wtorek, ni mniej, ni więcej.

– Na wzgórzu, na skraju miasta, widziałem duży stary dom.

– Kiedyś należał do Brandshawów – poinformowała Rose – ale od dawna stoi pusty.

– Długo to już nie potrwa. W poniedziałek ekipa budowlana zaczyna remont, żeby dostosować wnętrze do szpitalnych wymogów.

– Ale… – Rose nie mogła znaleźć słów. – Przecież pieniądze, umowa, zgoda władz miasta…

– Uwierz mi, dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.

– To będzie kosztować tysiące dolarów!

– Przez ostatnie dwa dni posiedziałem trochę nad rachunkami i z grubsza znam już koszt. Dam sobie radę.

– A „Mandala”? Czy dalej będzie twoim gabinetem?

– Nie. Będę mógł jej używać do nagłych wypadków w okolicznych nadmorskich miejscowościach, ale w istocie znowu stanie się, jak dawniej, jachtem wypoczynkowym.

Rose milczała, gdyż nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Szpital… Jakże go brakowało w Kora Bay. Oby się tylko wszystko udało.

– W związku ze szpitalem natychmiast wyłania się dalszy problem – ciągnął Ryan i patrzył uważnie w oczy Rose. – Roger Bain poinformował mnie, że w mieście są cztery wykwalifikowane pielęgniarki, a w okolicy jeszcze kilka, i wszystkie chętnie podjęłyby się pracy w klinice, natomiast nie mogę pozostać jedynym lekarzem i dlatego chciałbym cię zatrudnić na stałe.

– Wykluczone – odparła lakonicznie.

– Dlaczego?

– Dobrze wiesz.

Rose, poruszona do głębi, zerwała się na równe nogi, ale zapewne pod wpływem słońca zachwiała się i rozpaczliwie chwyciła za poręcz. Ryan natychmiast był przy niej.

– Wcale nie wiem, więc może mi wyjaśnisz.

– Przestań się ze mnie naigrawać – wybuchnęła, bliska płaczu. – Nie mam dyplomu, przecież ci mówiłam… Praca w Kora Bay to moje marzenie, ale najpierw muszę odbyć staż, więc… Gdybyś za jakieś dwanaście miesięcy miał jeszcze wolne miejsce, to może wtedy…

– Otóż nie, pani doktor – usłyszała stanowczy głos. – Teraz!

– Nie mogę! Nie wolno mi! Wystarczyłoby, żeby rada lekarska dowiedziała się, że wczoraj pełniłam obowiązki anestezjologa, a już miałabym kłopoty.

– Mylisz się, Rose. Kiedy wczoraj odwiozłem Cathy do szpitala w Batarrze, miałem okazję porozmawiać ze Stevenem Prostem, a także tamtejszym chirurgiem, Timem Drakiem. Obaj wyrażali się o tobie w samych superlatywach, obaj też gotowi są wystąpić do rady z wnioskiem, żeby twoją dwuletnią działalność w Kora Bay uznać za równoważną jednorocznemu tradycyjnemu stażowi.

Rose nie wierzyła własnym uszom.

– Zrobiliby to? Dla mnie?

– Dla ciebie i dla miasteczka. Steven ma już dość swoich cotygodniowych wypraw do Kora Bay i jest zachwycony moim planem. Poza tym i on, i Drakę uważają, że miasteczko nie może sobie pozwolić na utratę tak dobrej lekarki, zrobią więc wszystko, żeby temu zapobiec.

W sercu Rose pojawiła się nieśmiała nadzieja. Oczy doktora Connella spoglądały na nią z taką powagą, że… Dostanie uprawnienia!

– Będziesz musiała stanąć przed obliczem rady – przyznał Ryan. – Ale posłuchaj. Około sześciu tygodni potrwa urządzanie szpitala, więc przez ten czas możesz sobie dalej prowadzić swoje ukochane wyprawy na krokodyle, bo i tak wszystkie poważne przypadki trzeba będzie odsyłać do Batarry. Kiedy wszystko już będzie gotowe, pojedziemy razem do Brisbane, ja zarejestruję szpital, a ty dopełnisz wszystkich formalności w swojej sprawie. Pytam więc jeszcze raz: doktor O’Meara, czy przyjmuje pani moją propozycję?

Rose wybuchnęła płaczem. Ryan trzymał ją w objęciach do chwili, gdy nieco się uspokoiła. Rozumiał, że napięcie ostatnich dni musi rozpłynąć się we łzach, cierpliwie więc czekał, aż jej ciałem przestanie wstrząsać szloch.

– Rozumiem, że udzieliłaś już odpowiedzi, ale wolałbym to usłyszeć z twoich ust – powiedział wreszcie.

– Zgadzam się – szepnęła.

– To świetnie. Nie mógłbym wymarzyć sobie lepszej wspólniczki.

– Jaka tam ze mnie wspólniczka! To ty będziesz musiał za wszystko płacić. Ja nie mam nic, a nawet mniej niż nic, jeśli uwzględnić nie spłacony kredyt.

– O interesach porozmawiamy innym razem. Dzisiaj Steven przyjmuje pacjentów w Kora Bay, mamy więc wolne. A ja tak rzadko mogę sobie pozwolić na dzień tylko dla siebie.

– Chyba się przebiorę – powiedziała niepewnie. – Pora już wracać.

– Masz jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy?

– Nie – potrząsnęła głową – ale…

– Może raz dałabyś sobie spokój z tymi wszystkimi „ale”. Zjemy na pokładzie „Mandali”, jeśli potrafisz potem doprowadzić nas do przystani po ciemku. Kiedy spałaś, przygotowałem małe co nieco. Żadnych krabów – zapewnił pospiesznie na widok chmury na jej twarzy.

– Przepraszam – bąknęła. – Wczoraj wieczorem zachowałam się okropnie.

– Dzisiaj będziesz miała okazję się poprawić – oznajmił i podał jej ręcznik. – Pamiętasz chyba, gdzie jest łazienka?

– Dzisiaj nie potrzebuję kąpieli, doktorze Connell.

– Ryan. Nie zapominaj, że jesteśmy wspólnikami. Rób, jak uważasz, Rose, ale ja na twoim miejscu opłukałbym się trochę z soli. Wolę słodycze. – Kiedy jej oczy zapłonęły oburzeniem, spiesznie dodał: – To oczywiście tylko żart.

Na jego twarzy malował się wyraz rozbawienia.


ROZDZIAŁ SZÓSTY

<p>ROZDZIAŁ SZÓSTY</p>

Kiedy Rose wróciła spod prysznica, który znajdował się obok wspaniałej wanny, na stole stały już półmiski ze stekami i sałatką oraz dwa talerze, a Ryan zajęty był otwieraniem butelki wina.

– Tylko po jednym kieliszku – powiedział, widząc jej zdziwione spojrzenie. – Po drodze czeka nas jeszcze kilka zdradliwych raf.

– Chyba nie jestem głodna i dziękuję za wino.

Tylko tego było jej potrzeba. Wino i ten uśmiech Ryana… Położył jej palec na ustach, a drugą ręką podał kieliszek ze schłodzonym białym winem.

– I znowu nie masz racji. Na moje wyczucie, od dobrych paru dni nie zjadłaś niczego konkretnego. Wczoraj uciekłaś, zanim udało mi się nakłonić cię do zjedzenia czegoś więcej niż kęs kraba, ale dzisiaj nie masz gdzie czmychnąć. – I znowu ten zniewalający uśmiech. – Dlatego koniec ze wszystkimi „ale” i „nie”. Po prostu bierz się do jedzenia i wypij wino. Nie domagam się niczego więcej. – Uśmiechnął się, jak pomyślała, smętnie. – Niczego. – Usiadł pierwszy i uniósł kieliszek z winem. – Jedz.

Ku swojemu zdziwieniu, Rose z apetytem pochłonęła znakomicie przyrządzony stek i wyborną sałatkę. Na deser Ryan podał jej pokrojone owoce mango z mrożonym kremem. Od dawna nie jadła niczego tak pysznego.

Wypiła tylko jeden kieliszek wina, ale nawet ta mała ilość najwyraźniej na nią podziałała. To z pewnością wino, myślała. Cóż bowiem innego mogłoby spowodować, że takiego dnia jak dzisiejszy odczuwała wewnętrzne ciepło i wszechogarniającą radość? Chociaż… Pochowała dziś wprawdzie dziadka, ale dziś także otrzymała propozycję pracy w zawodzie. Starzec musiał dokonać wielu wyrzeczeń, aby mogła realizować swe marzenia, a teraz Ryan Connell, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, marzenia te ziścił.

Ze stołu zniknęły półmiski oraz talerze, a na ich miejscu zjawiła się kawa. Popijali ją w milczeniu, urzeczeni falowaniem morza i pięknem zachodzącego słońca.

– Teraz już rzeczywiście czas wracać – oznajmił Ryan, chociaż Rose wydało się, że w jego głosie słyszy wahanie. – Musimy wrócić do swoich zajęć, Steven już chyba pojechał do siebie.

Rose skinęła głową, także z pewnym ociąganiem. Kiedyś, chyba całe wieki temu, bała się tego mężczyzny, ale teraz była już pewna, że wcale nie chce jej wykorzystać. Przypomniała sobie jego smutny uśmiech, kiedy oznajmił, że nie żąda niczego prócz wspólnego posiłku. Może jego blizny są nie tylko fizyczne? W końcu to on nalega teraz na powrót. Gdyby zależało to od niej…

Wino, zdradzieckie wino, upewniała w popłochu samą siebie, kiedy zorientowała się, w jakim kierunku biegną jej myśli, wszystkie skoncentrowane na nim. Oto idzie w jej stronę, wyciąga do niej ręce i pomaga wstać z krzesła.

Ich ręce zetknęły się, ona zaś chłonęła ów czarodziejski dotyk i patrzyła na jego duże dłonie, na okaleczone palce, po czym usłyszała własne słowa:

– Co ci się stało w rękę? To oparzenia?

Poczuła, że chce cofnąć dłonie, ale przytrzymała je w mocnym uścisku.

– Przykro mi, że tak cię odstręczają – powiedział głucho, a ona spojrzała na niego ze zdumieniem.

– Jak możesz tak myśleć? – zapytała, pochyliła się i ucałowała jego palce. – Nic w tobie mnie nie odstręcza.

Przez długi moment Ryan Connell stał nieruchomo, wpatrzony w kasztanowe włosy, które delikatnie spływały po jego dłoniach. Potem ujął jej twarz, popatrzył prosto w oczy i powiedział:

– Widzisz, Rose… Nie wiesz wszystkiego.

– To powiedz mi o wszystkim. Pokręcił głową.

– Nie mogę… Nie chcę. Uwierz mi, Rose…

Słowa zatonęły w długim westchnieniu, potem Ryan raz jeszcze szeptem powtórzył jej imię, aż wreszcie, bardzo powoli, zbliżył do niej twarz i pocałował ją w usta.

Rose przyjęła pocałunek z radością, objęła dłońmi jego twarz. Pod ich stopami łagodnie kołysał się pokład, a ich pocałunek trwał i trwał, jakby zapowiedź wielkiej miłości, jakby mieli się stać kochankami.

Słowo to przemknęło jej przez myśl, ale tym razem wcale się nie zawstydziła; w tej chwili naprawdę byli parą kochających się ludzi.

Ręce Ryana obejmowały ją w talii i mocno przygarniały; czuła jego podniecenie, co tylko rozpalało jej pożądanie. Chciała być z nim, a on chciał być z nią.

Na jak długo? – zakołatało jej w głowie, lecz zdecydowała się o tym nie myśleć, przerażona możliwością powrotu do pustego, nieprzytulnego teraz domu.

Nigdy dotąd nie zaznała tak gwałtownego pragnienia, by być z mężczyzną. Jej ciało drżało i prężyło się, w udach płonął jakiś niewiarygodny ogień. I znowu Rose O’Meara gdzieś się oddaliła, a jej miejsca zajęła inna, dziwna, na poły nie znana jej osoba.

Nagle usta muskające jej szyję znieruchomiały, a do uszu dotarł szept:

– Rose? Rose, naprawdę tego chcesz? Gwałtownie przytuliła się do niego.

– Tak, Ryan, tak.

Odsunął ją odrobinę od siebie.

– Rose, posłuchaj, zadbam, żeby było bezpiecznie, ale czy naprawdę chcesz? Nie chciałbym, żebyś pomyślała, że cię uwiodłem… Rose… Mój Boże, przysięgałem, że nigdy już nie będę z kobietą…

Rose tymczasem przymknęła oczy, pokręciła głową i powiedziała z łagodnym uśmiechem:

– To nie ty mnie bierzesz, Ryan, to ja biorę ciebie. Dziś ja cię uwodzę.

Milczał przez chwilę, jakby ważąc słowa, po czym szepnął nieswoim głosem:

– Rose, nie mogę ci niczego obiecywać. Nie mogę się z nikim wiązać. Musisz o tym pamiętać.

Jej palce przebiegały po ciele Ryana, rozkoszując się drżeniem, w które je wprawiały.

– Jest tylko ta chwila – szepnęła. – Teraz chcę tylko ciebie. Teraz i tutaj.

Twarz Ryana rozjaśniła się uśmiechem, nieskończenie łagodnym i czułym. Powoli zaczął rozpinać jej bluzkę, jak gdyby był to akt czci i uwielbienia, a następnie sięgnął do spódniczki. Po chwili stała na pokładzie naga i swobodna. Stwierdziła, że nigdy jeszcze nie czuła się tak cudownie. Podniosła ręce nad głowę i przeciągnęła się w geście tak naturalnym i zniewalającym, że Ryan wpatrywał się w nią jak urzeczony.

Wolna i swobodna. Chłodny, wieczorny wiatr całował jej skórę, całe ciało jednak wołało o więcej…

– Nie mogłem patrzeć na to twoje ubranie przez cały dzień – wyznał cicho. – Nie uwierzysz, z jakim trudem udało mi się opanować, kiedy ponownie włożyłaś je na siebie. Takie układne, schludne kostiumy nie pasują do mojej Rose: dzikiej i nieokiełznanej. – Pokręcił powoli głową. – Jeszcze nigdy nie spotkałem kobiety tak nieskrępowanej jak ty… I tak pięknej.

Jego palce muskały jej skórę, Rose zaś czuła coraz silniejsze podniecenie. Do jej uszu dobiegł szept:

– Ależ ja ciebie pragnąłem! Jeszcze trochę, a oszalałbym, ty czarodziejko, ty cudowna uwodzicielko.

A potem poczuła, że płynie w powietrzu. Tym razem jednak Ryan nie niósł jej do łazienki, lecz do obszernej sypialni, gdzie stało duże, oczekujące ich łóżko.

Dotyk lnianej pościeli wzmógł jej pożądanie, wyciągnęła więc ręce, aby przytulić Ryana do siebie, on jednak zręcznie umknął jej uściskowi, by się rozebrać. Rose miała za sobą tylko pospieszne, ukradkowe romanse studenckie i nigdy jeszcze nie spoglądała z tak bliska i z taką prostotą na męską nagość, wiedziała jednak, że nie ma w tym niczego złego ani niemoralnego.

– Moja kochana Rose – wyszeptał czule i nachylił się nad nią. Przyciągnęła go do siebie i z radości zapłakała, czując, jak ich spragnione ciała ciasno się z sobą splatają. – Rose… moja cudowna, dzika kobieta.

– Nie może być złe to, co jest tak piękne – szepnęła niemal niedosłyszalnie, bardziej do siebie niż do niego.

Moraliści z Kora Bay kiwaliby z oburzeniem głowami i mieliby temat do rozmów na najbliższy rok, ale ona pragnęła w tej chwili Ryana jak nikogo i niczego na świecie. Być może nie będzie w stanie zatrzymać go przy sobie na dłużej, ale ta noc należała do niej i na tę noc odbierała go światu. Odbierała, aby dać mu siebie, gdyż całkowicie do niego należała. W ogromnym wszechświecie byli tylko oni, gdzie zaś jest dwoje ludzi, tam nie ma samotności. Jest tylko ta chwila. I ta para ciał. I jedno uczucie. Jeszcze nigdy nie doświadczyła takiej bliskości z drugą osobą.

Ale wtedy Ryan poruszył się i zrozumiała, że możliwa jest bliskość nieporównanie większa, taka, o której nawet nie śniła, bliskość, od której cały świat stawał w płomieniach rozkoszy. Rose chciała krzyczeć ze szczęścia, z błogości bliskiej bólu, kiedy on wnikał w nią tak gwałtownie, jak gdyby chciał obalić przegrodę, która czyniła z nich dwie osoby, aż wreszcie wszystko wybuchło w tysiącu świetlistych rac, które powoli przygasały w jedną świetlistą łunę.

Rose zaś wiedziała, że w jej życiu nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

Rankiem obudziło ją dotknięcie promieni słonecznych. Leżała bez ruchu i szeptała do siebie:

– Niech nie opuszcza mnie to ciepło, to szczęście, ten cud…

Ryan spał przytulony do niej. Przez długi czas trwała tak w błogim zawieszeniu, ale potem zaczęły dręczyć ją niespokojne myśli.

Może to było jednak szaleństwo? Co będzie, jeśli ta noc zniszczy szanse na współpracę z Ryanem? Miał pieniądze, przeszłość, o której nic nie wiedziała, a która pozostawiła na jego ciele niepokojące ślady, miał swój własny, elegancki świat, do którego nigdy nie należała. Cóż miałoby ich związać z sobą na dłużej?

Znienacka stanęło jej w pamięci wydarzenie ze szkolnych czasów. Na samym początku szkoły średniej kolega zaprosił ją do kina; kiedy wracali, rozpadał się deszcz, wpadli więc na chwilę do niego po parasol. W holu pokazała się matka i poprosiła syna na chwilę do pokoju. Przez otwarte drzwi, chyba nie przypadkiem uchylone, dobiegły ją słowa:

– Roger, w Kora Bay jest dosyć miłych dziewcząt, żebyś nie musiał pokazywać się na ulicy z tą O’Meara. Spójrz tylko na nią; zniszczone buty, znoszone sukienki, a poza tym nie jestem pewna, czy się codziennie myje. Mieszka sama z tym starym dziwakiem, który nie wiem czego jej może nauczyć prócz szwendania się wokół raf na łodzi… Chciałabym mieć synową, która umie się ubrać, zachowuje jak dama i potrafi używać widelca.

Rose nie usłyszała, co odpowiedział jej niedoszły chłopak. W pierwszej chwili chciała wpaść do pokoju i wykrzyczeć na całe gardło, że to właśnie dziadek od najmłodszych lat wpajał jej zasady higieny, uczył zasad grzeczności i uprzejmości oraz mówił o konieczności osiągnięcia w życiu czegoś więcej niż się jemu udało, ale czuła, że usta ma jak zasznurowane. Odwróciła się więc tylko na pięcie i biegiem ruszyła do domu.

Nie miała potem przez całą szkołę żadnej sympatii. Kilka przelotnych znajomości w Brisbane pozostawiło w niej uczucie niesmaku na tyle silne, że jej zmysły aż do wczoraj zasnęły. Przez ostatnie dwa lata troszczyła się tylko o dziadka i coraz bardziej pogrążała w myślach o czekającej ją samotności.

Ale teraz nie była już samotna. Teraz, chociażby miało to trwać tylko chwilę, by potem świat wrócił w stare koleiny, mogła udawać, że jest kochana przez Ryana Connella…

„Kochana”! Słowo to nagle ją oślepiło. Czyżby to ona go kochała? Spojrzała z niedowierzaniem na rękę Ryana, spoczywającą na jej piersiach, na rozluźnione palce z wyraźnymi śladami poparzeń. Nic o nim nie wiedziała, prawie zupełnie nic, jak więc mogła się zakochać?

Tak czy owak, kochała go. Stało się to nie wiadomo kiedy, gdy jednak oddała mu swe ciało, oddała także serce. W pełni i po prostu. Na razie było cudownie. Cierpienie przyjdzie później.

– Trudno – szepnęła – nic na to nie poradzę. Gdy przyjdzie czas na ból, spróbuję go przyjąć, tak jak teraz miłość.

Poruszyła się lekko, a uścisk Ryana natychmiast się wzmocnił.

– Dokąd idziesz? – zapytał sennie.

Na dźwięk jego głosu pierzchnęły wszystkie złe myśli. Rose przewróciła się na bok, zarzuciła ręce na szyję Ryana i pocałowała go mocno w usta, a potem jednym zwinnym ruchem wymknęła się z łóżka i stanęła – naga, nieskrępowana, naturalna – w otwartych drzwiach.

– Idę popływać – oznajmiła. – Tylko miejskie niedorajdy mogą w taki ranek przewracać się w łóżku.

Widząc gwałtowne poruszenie w łóżku, szybko wyskoczyła na pokład. Gdy Ryan stanął na progu kabiny, zobaczył już tylko błysk ciała, które wzbiło się w powietrze i opadło w wodę. Nie poszedł w jej ślady i tylko stojąc przy barierce, przypatrywał się, jak jej smukła sylwetka lekko pruje delikatne fale. Popłynęła do odległej o dobre trzysta metrów rafy. Gdy znalazła się na niej, spojrzała za siebie, pewna, że niedaleko zobaczy swego kochanka, tymczasem nie widać go było nie tylko w wodzie, ale i na pokładzie.

Nagle poczuła się głupio: cała poranna lekkość i entuzjazm zniknęły gdzieś bez śladu. Bez zapału opuściła się do wody i popłynęła z powrotem.

Ryan, ogolony już i ubrany, czekał na nią na platformie płetwonurków. Podał jej rękę. Bez słowa przyjęła podany ręcznik i w nagłym przypływie skrępowania starannie się nim owinęła.

– Musimy wracać do Kora Bay – powiedział oschle.

– Tttak… Dobrze.

Coś się zmieniło w jego głosie, w jego oczach, jakby nagle ocknął się ze snu. Rozpaczliwie szukała jego spojrzenia.

– Do diabła – żachnął się, odwracając wzrok, – Przestań patrzeć na mnie jak zbity psiak.

Wyprostowała się dumnie i mocniej otuliła ręcznikiem.

– Idę się ubrać.

Poczuła, że jego ręka zatrzymuje ją i odwraca.

– Rose, ta noc…

– Wiem. Żałujesz tego, co się stało, ale nie masz powodu.

– Mój Boże, gdybym wiedział, że to twój pierwszy raz…

– Tobyś mnie nie tknął – szepnęła. – Ta noc… Bardzo cię chciałam, bo jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak samotna. Nie musisz robić sobie żadnych wyrzutów… Ta noc nie znaczy aż tak wiele.

– Chciałbym ci wierzyć – mruknął i zmarszczył brwi.

– To prawda – skłamała. – A teraz puść mnie do łazienki.

Była u wejścia do kabiny, kiedy raz jeszcze usłyszała swoje imię i odwróciła się.

– Tak?

– Rose, będziemy utrzymywać kontakty czysto zawodowe.

– Rozumiem.

– Mam nadzieję. Ale chciałbym, żebyś wiedziała, że trudno mi nawiązać następny związek z kobietą.

Rose odwróciła się i rzuciła przez ramię:

– Powiedziałam ci już, żebyś się nie martwił. Mnie nie tak łatwo poderwać; nie myśl, że gdybym sama tego nie chciała, wystarczyłoby, żebyś tylko kiwnął palcem. Mam swoje życie i ty zajmujesz w nim określone miejsce, jeśli w ogóle będzie nas coś jeszcze łączyło. Powiadasz: interesy. Może, zobaczymy. Teraz idę się przebrać, a ty włącz wreszcie silnik, bo inaczej nigdy nie dotrzemy do Kora Bay.


ROZDZIAŁ SIÓDMY

<p>ROZDZIAŁ SIÓDMY</p>

„Mandala” zacumowała na przystani kilka minut po ósmej. Rose siedziała na dziobie jachtu, ubrana w znienawidzony, odświętny kostium.

Tak się to wszystko kończy, powtarzała sobie wielokrotnie. Po euforii nocy – ponury poranek. Na chwilę oderwała się od smutnej rzeczywistości, ale teraz do niej wracała. Tyle że nie wszystko było dokładnie takie samo. Czekał ją pusty dom, czekały ją bezsenne noce, ale czekała na nią także perspektywa praktyki lekarskiej. Dzięki Ryanowi…

Obejrzała się i spojrzała na mężczyznę za sterem. Stał nieruchomo, z twarzą bez wyrazu, a chociaż uśmiechnął się do niej, było to zaledwie uprzejme skrzywienie warg. Nic o nim nie wiedziała, z wyjątkiem tego, że się w nim zakochała. Tyle że wspólna noc coraz bardziej zapadała w przeszłość i podobnie powinna odejść miłość. To była piękna, lecz szalona chwila, nietrwała i ulotna.

Ryan do niczego się wprawdzie nie zobowiązywał, ale rozbudził w niej uśpioną dotychczas sferę osobowości, na chwilę odegnał zmorę samotności i podtrzymał nadzieję na karierę lekarską. Powinna mu być wdzięczna, tymczasem nie wdzięczność czuła, lecz jej serce przepełniała… miłość.

Postanowiła, że przez kilka następnych dni zajmie się wycieczkami po rzece, będzie się trzymała z dala od Ryana, a kiedy nadejdzie czas wspólnej pracy, może już odzyska równowagę ducha i zdrowy rozsądek.

Roy czekał na nich na pomoście, najpewniej uprzedzony przez Ryana drogą radiową. Chwycił rzucone liny, a przywiązując je do pachołków, wołał w kierunku Rose:

– Dzień dobry, pani doktor. Dziesięć minut temu była dziewczyna z informacji turystycznej, żeby się upewnić, czy „Krokodylek” dzisiaj wypływa. Zdaje się, że ma pani jakichś chętnych. Mówiła też, że parę osób czeka w punkcie pierwszej pomocy.

– Tak, tak, jeśli są chętni – mówiła pospiesznie Rose, jakby się usprawiedliwiając – to oczywiście, że z nimi popłynę, ale trochę później, bo najpierw muszę się zająć pacjentami.

– Spojrzała na Ryana, który właśnie zbliżał się do nich.

– Dzięki za… wyprawę do raf – bąknęła nieporadnie. – Było bardzo… miło.

– Mnie też było bardzo miło – odrzekł Ryan z delikatną ironią w głosie. Ogarnął ją spojrzeniem, a potem spytał: – Pomóc ci może przy zabiegach?

– Nie, nie. Na pewno nie ma nic poważnego. Sam mówiłeś, że chciałbyś mieć wolne do poniedziałku, a ja już i tak zabrałam ci wiele czasu.

– To dobry strój do przyjmowania pacjentów, ale trochę za mało upaprany smarem jak na polowanie na krokodyle. Pod przystanią zaparkowałem wynajęty samochód. Może podwieźć cię do domu?

– Nie. – Podniosła do góry rękę, jak gdyby chcąc się przed nim obronić. – Wszystkie potrzebne rzeczy mam w punkcie sanitarnym.

– To może przyjdziesz wieczorem na kolację? – powiedział Ryan, a na widok spłoszonego wzroku Rose dodał: – Musimy omówić parę spraw, a poza tym ja i Roy będziemy zadowoleni, kiedy ktoś nam będzie towarzyszył. Prawda, Roy?

Roy pokiwał głową z entuzjazmem.

– To jak? – nalegał Ryan.

Rose wbiła wzrok w ziemię i pokręciła głową. Jak on może tak zwyczajnie zapraszać ją na kolację po tym wszystkim, co między nimi zaszło? Przez ten okres, który dzieli ich od podjęcia wspólnej pracy w szpitalu, musi wykuć sobie zbroję ochronną, gdyż teraz jest zupełnie bezbronna, – Nie mogę – odparła. – Muszę coś załatwić.

– W razie jakichś kłopotów, daj mi znać. Z chęcią pomogę – oświadczył Ryan.

Układny dobry znajomy, pomyślała Rose. Było to dla niej jednocześnie za dużo i za mało.

– Będę pamiętać o tej propozycji – powiedziała cicho. – A na razie żegnam, doktorze Connell. Do widzenia.

Poczekalnia była zatłoczona i Rose w duchu ciężko westchnęła. Większość pacjentek stanowiły kobiety, którym prawdę powiedziawszy nic poważnego nie dolegało i wcale nie musiały przychodzić po poradę. Rose szybko zorientowała się, że przyszły tu po prostu poplotkować.

Bardzo przystojny ten nowy lekarz, prawda? Ma wprawdzie nieładne blizny, ale dzięki temu jest nawet bardziej… interesujący. Rose bardzo szybko się z nim zaprzyjaźniła, więc czy może znała go wcześniej? A skąd są te blizny? Nie wie? Niemożliwe, przecież oboje wyglądają jak para dobrych znajomych! Bardzo dobrze, że miała go przy sobie podczas pogrzebu; dziadek byłby zachwycony, widząc u jej boku tak przystojnego mężczyznę. I zaraz po ceremonii zabrał ją na pokład „Mandali”, a do portu wrócili dopiero dziś rano. No cóż…

Po wyjściu ostatniej „pacjentki” Rose czuła taką wściekłość, że miała ochotę natychmiast wsiąść do autobusu do Brisbane i raz na zawsze zostawić za sobą Kora Bay, jej rozplotkowanych mieszkańców i wszystko, co łączyło się z tym miasteczkiem.

Pierwsza wycieczka na krokodyle rozpoczęła się zatem ze sporym opóźnieniem, podobnie było z popołudniową. Na dodatek jej umysł pracował na zwolnionych obrotach. Nie mogła się uwolnić od uporczywych wspomnień wczorajszej nocy, które jakby sprzysięgły się, że nie opuszczą jej podczas całego dnia. Na szczęście krokodyle tym razem okazały się łaskawe, tak że nawet bez pomocy Rose turyści pokazywali je sobie, pokrzykując radośnie i filmując z zapamiętaniem.

Kiedy przybijała do pomostu, na „Mandali” nie widać było żywego ducha. Pospiesznie zjadła kilka krakersów i wypłynęła na rzekę z następną grupą turystów.

Także wieczorem jacht Ryana był pusty, a w punkcie medycznym czekała na Rose równie pokaźna gromadka pacjentek spragnionych głównie rozmowy, W odruchu rozpaczy chciała już od progu zaaplikować każdej ciekawskiej serię bolesnych zastrzyków. Wreszcie jednak wszystko się skończyło i teraz czekała ją jedynie smutna droga do domu. Na postoju czekało co prawda kilka taksówek, lecz Rose, mimo że nie miała najmniejszej ochoty na długi marsz, nie mogła sobie pozwolić na tego rodzaju luksusy. Wkrótce trzeba będzie porozmawiać z agentem o sprzedaży łodzi.

Domek wydał się jej jeszcze bardziej zarośnięty niż przed dwoma dniami. Z ciężkim westchnieniem otworzyła drzwi i na podłodze w holu zobaczyła stos kopert. Sądząc po przezroczystych okienkach, w większości były to rachunki. Cisza w domu była przytłaczająca. Nikt nie witał jej okrzykiem, nikt nie wyciągał do niej rąk, aby przytulić na powitanie.

Rachunki mogą poczekać. Bardziej z rozsądku niż z głodu Rose przyrządziła sobie kilka grzanek, potem zaparzyła kawę i dopiero wtedy udała się na werandę, żeby obejrzeć korespondencję.

Z pewnym wahaniem usiadła w bujanym fotelu; wiedziała, że jeśli przełamie pierwsze opory, zaprzyjaźni się w końcu z fotelem tak ukochanym przez dziadka. Otworzyła pierwszą kopertę, ale już po kilku słowach ręka sięgająca po filiżankę z kawą zastygła w powietrzu.


Szanowna Pani!

Jak dobrze Pani zapewne wiadomo, Zarząd Portu w Kora Bay chce ograniczyć działalność małych, nieprofesjonalnych firm turystycznych, chociaż na szczególne względy liczyć mogli dawni mieszkańcy, do których zaliczał się Pani dziadek, pan Tim O’Meara.

Umowa na prowadzenie rejsów wycieczkowych opiewa na jego i tylko jego nazwisko. W zaistniałej sytuacji, po śmierci kontrahenta, nie planuje się przedłużenia umowy i w związku z tym oczekuję, że natychmiast zawiesi Pani swoją działalność. Do niniejszego listu dołączam czek na kwotę stanowiącą równowartość tej części opłaty za cumowanie łodzi przy pomoście, która nie zostanie wykorzystana w związku z wygaśnięciem umowy.

Chcę również zauważyć] że z racji podjęcia w KoraBay praktyki lekarskiej przez doktora Ryana Connella, Pani zatrudnienie w punkcie medycznym wygasa w najbliższy poniedziałek Proszę przyjąć wyrazy szczerego współczucia z racji śmierci Pani dziadka.

Łączę wyrazy szacunku,

Roger Bain.


Rose zastygła w bezruchu. Przez dobre dziesięć minut wpatrywała się w kartkę papieru, a zapomniana kawa stygła na blacie stolika.

Dobrze wiedziała, że nie warto szperać w papierach.

Wkrótce po powrocie do Kora Bay chciała przepisać umowę na siebie, skoro dziadek nie mógł realizować jej postanowień, ale Roger Bain oświadczył, że nie warto sporządzać od nowa dokumentów w sytuacji, gdy chodzi tylko o formalność. Teraz ta „formalność” przybrała postać bardzo określonych konsekwencji.

A zatem… A zatem koniec z rejsami. Może sprzedać łódź, ale nie firmę, której właśnie została pozbawiona. Nie miała też żadnych złudzeń, ile może dostać za łódź, jeśli w ogóle uda się ją sprzedać. Zerknęła na czek. Suma była żałośnie niska. Nie wystarczy jej na życie do czasu rozpoczęcia pracy w szpitalu.

– Muszę znaleźć jakąś pracę – szepnęła. – Muszę jakoś przetrwać tych… ile? Sześć tygodni? Tak chyba mówił Ryan.

Sześć tygodni, może więcej. Rose sądziła, że przekształcenie starej rudery w budynek szpitalny zajmie raczej sześć miesięcy. A jeszcze opłaty za pogrzeb. A jeszcze rachunki w kopertach, które czekają na stoliku.

Po raz kolejny zerknęła na list. „Oczekuję, że natychmiast zawiesi Pani swoją działalność. „ Dobrze wiedziała, jak Roger to sobie umyślił. Nazajutrz była niedziela i Bain z najwyższą rozkoszą pewnie wyobrażał sobie, jak na oczach zgromadzonego tłumu służba portowa odholowuje „Krokodylka” z zajmowanego bezprawnie miejsca przy pomoście. Przynajmniej tę przyjemność mu odbierze.

Poza obrębem portu znajdowała się stara przystań, podupadła już i używana tylko przez świątecznych wędkarzy. Rose mogłaby jeszcze dzisiaj przeprowadzić tam swą łódź, tylko co potem? Może porozmawiać z Ryanem?

– Pan Ryan Connell nie ma z tym nic wspólnego – oznajmiła deskom werandy. – Nie potrzebuję jego łaski.

Spojrzała na sumę wypisaną na czeku, która nie wystarczała nawet na pokrycie kosztów pogrzebu, i poczuła się najsamotniejszą osobą na świecie. Miała tylko Ryana, a to znaczyło, że nie miała nikogo.

– Żadnych próśb – mruknęła przez zaciśnięte zęby. Może najlepiej po prostu stąd wyjechać? Jest październik, pora, kiedy w Brisbane zaczynają się staże. Przy odrobinie szczęścia mogłaby już za kilka dni mieć pracę w szpitalu.

Podniosła się i weszła do domu. Niewiele da się zrobić, ale może przynajmniej przeprowadzić łódź. Powinna czuć z tego powodu żal, ale nie czuła nic. Dziś rano przez moment wierzyła, że jej marzenia się spełnią, teraz zaś pozostała jej tylko drętwa obojętność.

Było już prawie ciemno, kiedy dotarła rowerem na przystań. Kawiarniane ogródki przy nadmorskim bulwarze zapełniały się powoli roześmianymi turystami, którzy przychodzili tu na wieczorny posiłek.

Zapowiadał się piękny wieczór; księżyc był w pełni i od strony zatoki wiał lekki wiatr; w powietrzu unosiły się zapachy morza i nadmorskiej roślinności. W każdy inny dzień wchłaniałaby te aromaty i radowała się pięknem chwili, ale ten wieczór był inny.

Szkoda, że nie mogę wyjechać już jutro, pomyślała. Albo dzisiaj, natychmiast. Myśl o jutrzejszej rozmowie z urzędnikiem w banku, agentem nieruchomości i pośrednikiem w sprzedaży łodzi przyprawiała ją o mdłości.

Na pokładzie „Mandali” było ciemno i przynajmniej to stanowiło jakąś ulgę. Nie potrafiłaby teraz odpowiadać na pytania Ryana, a Roger Bain z całą pewnością rozwieje wszystkie wątpliwości, jakie zrodzić się mogą w duszy doktora Connella, gdy zobaczy, że przy pomoście nie ma jej „Krokodylka”. A czy w ogóle będzie miał jakieś wątpliwości? Czy w ogóle cokolwiek zauważy?

Z pewnością zupełnie się tym nie zainteresuje, zapewniła samą siebie, zdejmując tablicę informującą o rejsach i wnosząc ją na pokład „Krokodylka”, A zresztą, co to ma za znaczenie? Wróciła po rower; przyda jej się w drodze powrotnej ze starej przystani do domu.

– Wybierasz się rowerem na rafy? – usłyszała spokojny głos.

Podskoczyła jak oparzona; na ciemnym pokładzie „Mandali” stał z pewnością Ryan, choć w mroku widziała jedynie jego sylwetkę. Trudno było jednak nie poznać jego głosu.

Stała przez dobrą minutę, usiłując znaleźć jakieś wiarygodne wyjaśnienie. W końcu jednak po prostu pokręciła głową i wniosła rower na łódź. Chciała włączyć silnik, ale ku jej zdziwieniu i rozpaczy ręce trzęsły się jej tak, że kluczyk wypadł z nich na podłogę. Schyliła się, ale Ryan był szybszy. Wyprostowali się oboje, on zaś podniósł do góry rękę z metalową blaszką i zapytał:

– Czy to o te właśnie nie cierpiące zwłoki sprawy chodziło? Rejs przy świetle księżyca z rowerem dla towarzystwa?

– Tak – odparła Rose, przygryzając wargi. – Z rowerem dla towarzystwa. A teraz proszę o klucz.

Wpatrywał się w nią z namysłem.

– Ale po co rower? – zapytał w końcu.

– Mniejsza z tym. – Znowu była bliska płaczu. – Doktorze Connell, proszę…

– Co się znowu stało? – Ryan stanął o krok od niej i mocno nią potrząsnął. – Rose, proszę, powiedz mi.

– Nie, nie. – Bezskutecznie usiłowała się mu wyrwać. – Nie nazywaj mnie Rose. My już nie… Proszę mnie puścić, bardzo się spieszę.

– A co takiego pilnego masz do załatwienia o tej porze?

– To nie pana sprawa, doktorze Connell. Starał się pan być bardzo miły… – Łzy nie pozwoliły jej dokończyć zdania.

– Starał się? – zapytał z niedowierzaniem, zaciskając palce na jej ramionach. – Ile razy mam ci powtarzać, że niczego nie robię z przymusu?

– Tak? To dlaczego to wszystko? – Rose nie panowała już nad sobą, – Najpierw piękne obietnice, czułości, a potem… Tak jak gdybyśmy byli tylko znajomymi z biura. Ale tamta noc zdarzyła się tylko dlatego, że czułam się strasznie samotna, inaczej nie pozwoliłabym się nawet dotknąć! A może… A może na tym właśnie polega pańska sztuka uwodzenia, doktorze Connell? Wykorzystuje pan u kobiet chwile rozpaczy i przygnębienia?

Zapadła tak długa chwila milczenia, że Rose zaczęła dygotać. Oparła się o barierkę, żeby nie upaść, niewiele to jednak pomogło. Przez łzy słabo – widziała Ryana, czuła jednak, że on aż się trzęsie ze złości. Na oślep wyciągnęła rękę i poczuła zimny dotyk klucza. Odwróciła się, jakimś cudem udało jej się trafić do stacyjki i niemal natychmiast zaterkotał silnik.

– Jeśli to już wszystko, doktorze Connell, to proszę zejść z mojej łodzi – rzuciła przez ramię.

Ryan dalej stał w milczeniu, ona zaś miała ochotę uciec na drugi koniec świata. Przypomniała sobie nagle, że przecież nie zdjęła jeszcze cum, więc będzie musiała przejść koło niego, znowu poczuć jego bliskość, dostrzec plamę blizny na twarzy, blask oczu…

Gwałtownie odwróciła się, przemknęła szybko koło Ryana i wskoczyła na pomost.

– Idź! – zawołała z rozpaczą. – Dziękuję panu za wczorajszy wieczór, ale wszystko skończone. Przemyślałam pańską ofertę pracy i rezygnuję z niej. Koniec marzeń, muszę znowu być dorosła. A teraz daj mi spokój i zostaw mnie wreszcie samą…

– Wcale nie chcesz, żeby zostawić cię samą – powiedział Ryan, podnosząc głos, aby przekrzyczeć hałas silnika.

– Dość już! – Rose zakryła uszy rękami. – Dosyć! Jeśli kochaliśmy się wczoraj, to tylko dlatego…

Urwała w pół słowa, gdyż nagle spostrzegła, że nie jest na pomoście sama. Kilku turystów opuściło kawiarnię i zatrzymało się tuż obok.

– To prywatna przystań! – zawołała Rose.

– Nie przejmuj się nami, kochanie – odrzekł starszy mężczyzna i mocniej przyciągnął do siebie swą towarzyszkę. – Ja i moja żona mamy trzy córki i przyzwyczailiśmy się do kłótni między zakochanymi. Moja żona właśnie mówiła, że ma wrażenie, jak byśmy wrócili do domu…

Twarz Rose spłonęła rumieńcem. Odwróciła się w stronę Ryana i powiedziała cicho:

– Robi pan ze mnie publiczne pośmiewisko. Proszę natychmiast zejść z mojej łodzi!

– Pośmiewisko? – zaoponował Ryan. – Czy to ja krzyczę histerycznie na cały port, czy to ja urządzam sceny?

– Mówię po raz ostatni! Proszę zejść z mojej łodzi!

– Na pana miejscu posłuchałbym, młody człowieku – doradził z pomostu turysta – inaczej bowiem ta młoda dama dostanie apopleksji.

– Ta pani udziela tutaj pierwszej pomocy – odezwał się następny głos – a ten pan to nowy lekarz. Czyż nie piękna z nich para?

Grono słuchaczy się powiększało. Rozwścieczona Rose dostrzegła, że Ryan leciutko się uśmiechnął, porozumiewawczo mrugnął do leciwego doradcy, a potem jednym susem znalazł się na pomoście i wyjął jej z rąk cumę.

– Proszę wsiadać, pani doktor. Proszę wsiadać, pojeździć sobie trochę na rowerze przy blasku księżyca, a kiedy pani wróci, dokończymy rozmowę.

– Nie ma czego kończyć – żachnęła się Rose.

– Niechże się pani wreszcie zajmie sterem. Ja tymczasem zwolnię linę dziobową.

– Dziękuję – powiedziała cicho i powoli zeszła na pokład. Za chwilę odbije od brzegu, zostawi za sobą przystań, „Mandalę”, wszystkie wspomnienia i Ryaa Connell będzie już odtąd tylko słodko-gorzkim snem.


ROZDZIAŁ ÓSMY

<p>ROZDZIAŁ ÓSMY</p>

Poranne przyjęcia w punkcie medycznym, jak zwykle w niedzielę, nie zabrały Rose dużo czasu. Takiego dnia ludziom nie chciało się nie tylko chorować, ale i plotkować. Nazajutrz zaś wszystkie obowiązki przejmie Ryan. Gabinet na „Mandali” był znacznie lepiej wyposażony niż jej punkt, a kiedy jeszcze na wzgórzu pod miastem otworzy swe podwoje szpital… Cóż, nikt chyba nie zatęskni za Rose, łącznie z Ryanem Connellem. Bez trudu znajdzie sobie do pomocy innego lekarza, a miasteczko wkrótce zacznie czerpać korzyści z nowo powstałej kliniki. Tylko brak stałej, fachowej opieki lekarskiej stał dotąd na przeszkodzie temu, by Kora Bay wykorzystała wszystkie atuty swego wspaniałego położenia. A Roger Bain zatroszczy się już o właściwą reklamę…

Nie mając dziś na głowie turystów, Rose odwiedziła bank, prawnika i agenta nieruchomości, w Kora Bay bowiem, miejscowości mającej status letniska, firmy takie funkcjonowały także podczas weekendów. Rose miała nadzieję, że uda się jej załatwić wszystko w jedno popołudnie. Każdy następny spędzony tutaj dzień byłby dla niej udręką.

Sama przed sobą musiała przyznać, że nie chodzi jej tylko o Kora Bay. Jak najprędzej chciała się też oddalić od Ryana Connella, gdyż jego obecność sprawiała, że przestawała nad sobą panować, nie potrafiąc przeciwstawić się tej drugiej, dziwnej istocie, która – jak się okazało – skrycie w niej mieszkała.

Cóż to za idiotyzm, myślała, zmierzając do kancelarii prawnika. Kto to widział, żeby wpadać w taką furię jak wczoraj? Zachowała się jak dziewczątko, które przeżywa pierwszy zawód miłosny. Zadurzyła się jak nastolatka, zaślepiona zmysłowym magnetyzmem, którym promieniował ten człowiek. I pomyśleć, że wiedziała o nim tylko tyle, iż jest sprawnym lekarzem. Nic więcej!

– W każdym porcie ma na pewno jedną żonę i trzy narzeczone – rzuciła z przekąsem, ale mimowolnie słowa te wypowiedziała chyba głośno, albowiem porządkująca towar przed sklepem sprzedawczyni wyprostowała się i spojrzała na nią ze zdziwieniem. Trudno, i tak wszyscy w Kora Bay uważają ją za wariatkę. Szacowne matrony ostatecznie zwyciężyły. Rose O’Meara musi skapitulować.

Gdy pod wieczór wracała do domu, musiała przyznać, że dzień, chociaż smutny, był zarazem pomyślny. Prawnik zadba o wypełnienie testamentu dziadka, agent zajmie się sprzedażą domku i „Krokodylka”, którym do tego czasu obiecał się zaopiekować jeden z miejscowych rybaków. Zdołała także wynająć chłopca do opieki nad ogródkiem wokół domu, a w końcu zamknęła punkt medyczny i oddała klucze w administracji portu. Teraz pozostawało już tylko się spakować i ruszać do Brisbane.

Spakować się… W domu Rose chodziła z kąta w kąt i nie wiedziała, od czego zacząć. Gdziekolwiek spojrzała, wszędzie napotykała pamiątki z przeszłości. Ściągnęła z szafy walizkę, wytarła ją z kurzu, otworzyła i… zesztywniała na odgłos pukania do drzwi.

– To pewnie chłopak do ogródka – mruknęła. Umówiła się z nim, że wpadnie jeszcze dzisiaj i zobaczy, co trzeba zrobić.

Kiedy otworzyła drzwi, w pierwszym odruchu chciała zatrzasnąć je z powrotem. Za progiem stał Ryan Connell.

– Skończyłaś pakowanie? – spytał uprzejmie. Rose na wszelki wypadek oparła się o framugę.

– Co… Nie rozumiem.

– Skończyłaś pakowanie? Jedziesz do Brisbane?

– Nie… Tak. Skąd wiesz? Skąd… pan wie?

– Zaniepokoiłem się, kiedy twoja łódź nie wróciła wczoraj do przystani. Potem przypomniałem sobie o rowerze, bo tak naprawdę nie bardzo wierzyłem, że chcesz tylko pojeździć sobie po rafach. Wsiadłem więc w samochód i objechałem zatokę, aż wreszcie odnalazłem twoją łódź przy starej przystani. Nie trzeba wielkiej inteligencji, żeby odgadnąć, że za twoim zniknięciem stoi Roger Bain. Dziś rano poszedłem do niego…

– Roger Bain nic nie wie o moim wyjeździe do Brisbane. Nie zważając na gest protestu, Ryan minął ją w progu i wszedł do środka.

– Wystarczyło mi to, co powiedział. Więc tak po prostu pozbawił cię pracy, hę? – Ryan wyjrzał przez okno wychodzące na ocean i gwizdnął z podziwu. – Piękny widok.

– Nikt pana nie zapraszał do środka. Proszę wyjść!

– Ani mi się śni – oznajmił Ryan. – Rose, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co cię czeka w Brisbane?

Poczuła się nagle zbita z tropu.

– Poszukam pracy. Chyba nie będzie z tym kłopotów?

– Wydaje ci się, że tak prosto z ulicy wejdziesz do jakiegoś szpitala, a oni będą tam na ciebie czekać?

– To znajdę sobie inne zajęcie – mruknęła Rose. – Tutaj nie mam już czego szukać.

– Tutaj możesz się zająć medycyną.

– Dopiero za sześć tygodni, a nie zdziwiłabym się, gdyby za sześć miesięcy.

– Głupstwa gadasz – obruszył się i chwycił ją za nadgarstek. – Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?

Rose usiłowała wyszarpnąć dłoń, ale Ryan ścisnął jej rękę mocniej.

– Co tu jest do mówienia? – szepnęła. – Sam zgadłeś, że jadę do Brisbane i że muszę tam znaleźć pracę. Tutaj nikt mnie nie zatrudni. Nie mam wyboru.

– Nie masz już ani centa?

– To nie twoja sprawa.

– Rose, dobrze wiesz, że poruszę niebo i ziemię, a się dowiem. Lepiej sama mi powiedz.

Westchnęła ciężko. W saloniku na samym wierzchu leżały jej rachunki i za późno było, żeby je schować.

– Bank udzielił mi pożyczki na dwieście dolarów, które pokryją koszty pogrzebu, a resztę będę miała na podróż. Pieniądze ze sprzedaży domku pójdą na spłacenie dotychczasowych kredytów i procentów.

– Aż tak źle?

– Musiałam pielęgnować dziadka.

– Trzeba go było umieścić w domu starców.

– Nie! – Bardziej krzyknęła to niż powiedziała. Patrzył na nią przez długą chwilę, potem pokiwał głową i zapytał:

– I co zamierzasz zrobić?

– Dobrze wiesz. Jadę do Brisbane.

– Nie ma mowy. Umrzesz tam z głodu. Sto dolarów, czy ile tam ci zostanie, starczy raptem na bilet autobusowy i kilka noclegów.

– Ale…

– Wiem, wiem – powiedział zmęczonym głosem. – Musisz mieć pracę. A więc będziesz ją miała, lecz tutaj.

– Słuchaj…

Ryan podniósł do góry rękę.

– Nie robię tego z łaski ani w ramach przeprosin za tamtą noc, choć naprawdę bardzo mi z tego powodu przykro. Chyba oboje wtedy zwariowaliśmy. Rose, musisz pogodzić się z tym, że nie mogę się wiązać z żadną kobietą. Po prostu nie mogę.

– Rozumiem. Nie rób sobie wyrzutów.

– A teraz postaraj się, żeby chociaż przez chwilę twoja duma nie zagłuszała zdrowego rozsądku. Jak mówiłem, widziałem się dzisiaj z Rogerem Bainem i powiedziałem mu parę słów do słuchu, ale to zupełnie inna sprawa. Najważniejsze jest to, że chcę jak najszybciej uruchomić szpital i potrzebuję kogoś do pomocy. Ja zajmę się stroną medyczną, a ty weźmiesz na siebie wszystkie problemy organizacyjne.

– Ale…

– Choć raz daj sobie spokój z tym swoim „ale” i zechciej mnie wysłuchać. Będziesz musiała pojechać do Batarry i innych miejscowości, w których są szpitale, żeby się wszystkiemu przyjrzeć. Zajmiesz się także skompletowaniem personelu. Roy i tak będzie miał dużo rzeczy na głowie, a poza tym znasz tu ludzi i dlatego z wieloma sprawami poradzisz sobie lepiej niż on.

– Ty… chcesz dać mi pracę?

– Tak. A kiedy będziemy mieli odpowiednią liczbę pacjentów, podejmiesz praktykę lekarską. To nie jest jałmużna, pani doktor, lecz umowa. Myślę, że powinnaś się zgodzić.

Rose zamyśliła się. Nie ulegało wątpliwości, że Ryan nie ofiarowuje jej jałmużny. To szaleństwo, mówiło jej serce, lecz rozum na to odpowiadał, że w tym wszystkim jest sens. Cudownie będzie zająć się wyposażeniem szpitala od podstaw.

A Ryan rzeczywiście będzie miał teraz mnóstwo roboty. Po zamknięciu punktu medycznego w miasteczku zwalą się na niego wszystkie przypadki – od wrośniętego paznokcia po bezsenność – i niewątpliwie będzie potrzebował kogoś do pomocy, zwłaszcza że, jak podejrzewała, ludzie wkrótce w ogóle przestaną jeździć do Batarry.

Dobrze, zostanie tutaj i będzie mu pomagać. Ale czy może mieć nadzieję, że znowu pojawi się między nimi jakaś iskra? Co musiałoby się stać, aby jej gorycz przemieniła się w spokój?

Dosyć, przestań o tym myśleć, ofuknęła samą siebie. Wyjazd był już jednak niemożliwy. Nie teraz, nie teraz, kiedy zatliła się w niej iskierka nadziei.

– Zgadzam się – szepnęła. – I dziękuję.

– Nie masz za co dziękować – rzucił szorstko. – Przez najbliższe tygodnie napracujesz się więcej niż przez całe życie.

Pracy było istotnie mnóstwo, ale Rose czuła się w swoim żywiole.

Przez następne kilka tygodni wizja Ryana Connella przeradzała siew rzeczywistość, a Rose O’Meara stanowiła jedną z głównych sił napędowych tego dzieła.

Stary dom na wzgórzu był znakomitym miejscem na szpital. Z okien rozpościerał się tak piękny widok na miasteczko i morze, że do życia musiał zachęcić nawet obłożnie chorych.

Na razie jednak była to jego jedyna zaleta. W pokojach panował brud, tapeta odklejała się płatami od ścian, które gdzieniegdzie zdobiła pleśń. To było pole do popisu dla Rose.

Remont budynku był rzeczą najłatwiejszą. Kora Bay stanowiła społeczność biedną i nietrudno było o robotników. Rose przerażały jednak koszta i początkowo konsultowała z Ryanem każdy wydatek. Czwartego dnia jednak nie wytrzymał i krzyknął do słuchawki:

– Zatrudniłem cię między innymi po to, żebym był pewien, że nie wyrzucam pieniędzy w błoto. Sama decyduj i przestań mi zawracać głowę drobiazgami.

Rose wertowała więc katalogi i rozstrzygała zgodnie z głosem swojego sumienia. Decyzji trzeba było podejmować mnóstwo; wybrać tapety, dywany, zasłony, łóżka, szafki, a do tego sprzęt ambulatoryjny.

W ciągu dwóch tygodni wnętrze budynku zmieniło się nie do poznania. Rose harowała od rana do wieczora; niemal zupełnie nie widywała Ryana. W razie potrzeby porozumiewali się telefonicznie albo przez Roya.

– Ależ wy jesteście podobni do siebie – oznajmił Roy któregoś wieczoru. – Tak jak ty z chęcią byś stąd w ogóle nie wychodziła, tak on każdemu pacjentowi gotów poświęcić pół dnia.

– Mógłby jednak wpaść na chwilę, żeby zobaczyć, jak wszystko wygląda.

– Zaufał ci chyba bez reszty – powiedział z promiennym uśmiechem Roy.

Było to zarazem i miłe, i ogromnie zobowiązujące. Rose westchnęła i zaczęła się zastanawiać nad urządzeniem pokoju lekarskiego. Wieczorem w Batarrze występował cyrk; Roy wybierał się na pokaz, Rose odmówiła pomimo nalegań.

Z planami w ręku udała się do pomieszczenia, gdzie miała być sala operacyjna. Rozłożyła papiery na podłodze, uklękła nad nimi i właśnie zastanawiała się nad rozmieszczeniem świateł, gdy usłyszała od drzwi:

– Nie płacę za nadgodziny! Rose podskoczyła z przerażenia.

– Boże, ależ mnie wystraszyłeś!

– Myślałem, że będziesz w cyrku.

– Chciałam w spokoju zastanowić się nad detalami – wyjaśniła, zarazem jednak pomyślała, że przyszedł tu, bo nie spodziewał się jej zastać.

On jednak nie sprawiał wrażenia zmartwionego.

– Zapomniałaś zamówić krzesła?

– Też coś – odparła urażona Rose. – Będą po dwa w każdym pokoju, kilkanaście na werandzie, fotele do pokoju pielęgniarek, ach, no i oczywiście krzesła do jadalni. Dostawa będzie pojutrze.

– Więc na razie przesiadujesz sobie na linoleum.

– Uwielbiam tę pracę – powiedziała Rose i uśmiechnęła się żartobliwie, po raz pierwszy od dawna nie odczuwając skrępowania w towarzystwie Ryana. – Może nawet bardziej niż wyprawy na krokodyle.

– Serio?

– Uhm. – Kiwnęła głową z entuzjazmem. – Urządzanie szpitala od podstaw to jak… cudowny sen.

Ryan stał w milczeniu i tylko po jego wargach błąkał się cień uśmiechu.

Rose pozbierała papiery i wstała.

– Muszę zamówić lampy nad stół operacyjny, więc chciałam się zorientować, gdzie najlepiej będzie go umieścić.

– Pokaż.

Podała mu arkusze z rysunkami i po raz pierwszy od dawna spojrzeli sobie w oczy.

– Wyglądasz na zmęczonego – powiedziała.

– Jestem zmęczony. W ogóle sobie nie wyobrażam, jak ty mogłaś przyjmować tych wszystkich ludzi i jeszcze wozić po rzece turystów.

– Nie musiałam przyjmować „tych wszystkich” ludzi – oświadczyła. – U mnie zjawiano się tylko z drobnymi kłopotami, a z poważniejszymi jechano do Batarry.

– To teraz zmienił się kierunek wędrówek – westchnął Ryan. – Dzisiaj musiał stamtąd przyjechać chyba cały autobus. Miałem wszystko: od drzazgi pod paznokciem po wczesną ciążę.

– Ludzie sprawdzają nowego lekarza – uśmiechnęła się Rose. – Można się było tego spodziewać.

Pokiwał w milczeniu głową i studiował plany.

– Gdzie chcesz ustawić stół?

Rose pokazała wybrane przez siebie miejsce.

– Przesuń odrobinę bliżej okna, a tutaj umieść umywalkę.

– Tak jest, panie ordynatorze. Spojrzał na nią spod oka i skrzywił się.

– Przepraszam, Rose, ale jestem trochę…

– … zmęczony?

– Waśnie.

Kiwnęła głową, myśląc, że bardzo chciałaby mu pomóc. Może mogłaby od czasu do czasu dyżurować wieczorem przy telefonie? Odkąd Ryan rozpoczął swoją praktykę na jachcie, dzwoniono do niego niemal o każdej porze i było to po nim widać. Jeśli dalej tak pójdzie, Kora Bay straci swojego nowego lekarza, zanim szpital zostanie otwarty.

– Musimy się zająć twoim dyplomem – odezwał się, jakby czytając w jej myślach. – Jak myślisz, będziemy gotowi ze wszystkim za dwa tygodnie?

Zastanowiła się przez chwilę, a potem pokiwała głową. To, co udało się zrobić przez ostatnie czternaście dni, wyglądało na prawdziwy cud.

– Świetnie. Poszukam zastępcy i pojedziemy na kilka dni do Brisbane.

Rose wstrzymała oddech. Podróż do Brisbane, razem z Ryanem Connellem.

Oboje drgnęli, słysząc dzwonek telefonu, po czym Ryan schylił się do aparatu stojącego na podłodze.

– Szpital Kora Bay – powiedział oschle, a Rose uśmiechnęła się na samo brzmienie tych słów. – Jak długo? – zawołał po chwili. – Dwadzieścia cztery godziny? I nikogo wcześniej pan nie wzywał? Nawet położnej?

Rose zobaczyła, że jego palce ściskające słuchawkę pobladły.

– Gdzie pan mieszka? Jak to daleko od górnej przystani? Dziesięć minut? Proszę jak najprędzej przywieźć tam żonę, będziemy na pana czekać… Nie, szpital jeszcze nie działa. Odpowiedni sprzęt na razie jest tylko na pokładzie „Mandali”.

Rozmówca miał chyba jakieś wątpliwości, które Ryan krótko uciął.

– Jeśli doszło do krwotoku, to nie ma już czasu na jazdę do Batarry! Proszę jak najszybciej zjawić się na przystani!

– O kogo chodzi? – spytała Rose, kiedy Ryan z trzaskiem odłożył słuchawkę.

– Elizabeth Sullivan.

– Była u mnie dwa tygodnie temu i kazałam jej jechać do matki do Batarry.

– On mówi, że zależało im na porodzie w domu.

– O Boże! Pytała mnie, czy nie pomogłabym odebrać dziecka, ale tłumaczyłam jej, że ryzyko jest zbyt wielkie: to pierwsze dziecko, ja nie mam doświadczenia położniczego, a najbliższy szpital jest o dwie godziny drogi. Wydawało mi się, że zgadza się ze mną.

– Tak czy owak – mruknął Ryan – bóle zaczęły się dobę temu, a teraz przyszedł krwotok.

Rose przymknęła oczy. Jeśli przyjdzie w takich warunkach robić cesarskie cięcie… Do takiej operacji potrzebni są trzej lekarze, a przynajmniej dwaj lekarze i doświadczona pielęgniarka. Anestezjolog, chirurg oraz położna do przyjęcia dziecka i ewentualnej reanimacji.

– Mogłabyś ściągnąć tutaj którąś z pielęgniarek?

– Spróbuję, ale obawiam się, że wiele osób ogląda popisy cyrku w Batarrze.

– Kogoś musisz znaleźć. Trzymaj. Ryan podał jej aparat.

Nie mieli szczęścia. Pod żadnym z numerów nikt nie odpowiadał, a oni nie mieli czasu do stracenia. Pobiegli do samochodu Ryana, a kiedy zatrzymywali się nie opodal pomostu, z drugiej strony nadjechała sfatygowana turgonetka z Waynem Sullivanem za kierownicą. Na siedzeniu obok kuliła się z bólu jego żona.

Rose pobiegła po nosze i już po chwili pacjentka została wniesiona na pokład.

Wstępne oględziny potwierdziły ich najgorsze przypuszczenia. Rose przytknęła stetoskop do wzdętego brzucha i z niepokojem spojrzała na Ryana, który zajął się badaniem ginekologicznym.

– Ślady smółki, ale brak rozwarcia szyjki. Serce?

– Rytm nierówny – odparła Rose, której serce także biło niespokojnie. Oto spełniał się koszmarny sen każdego lekarza, który zdany był tylko na własne siły. – I słaby.

– Operujemy! – zdecydował Ryan i nachylił się nad ciężarną. – Elizabeth…

Jedyną odpowiedzią był głuchy jęk.

– Elizabeth, twoje dziecko nie jest w stanie urodzić się w sposób naturalny. Zanika rytm serca. Musimy zrobić cesarskie cięcie.

– Nie! – Elizabeth gwałtownie pokręciła głową.

– Zawołaj Wayne’a – mruknął Ryan do Rose i znowu zwrócił się do pacjentki: – Elizabeth, to jedyna szansa uratowania dziecku życia. Nie mamy wyboru.

– Musimy się zgodzić, Liz – zawołał od drzwi Wayne, który najwidoczniej wszystko słyszał w poczekalni. – Kochanie, dość już się wycierpiałaś.

– Nie chcę cesarskiego cięcia – zaszlochała kobieta.

– Niech wszystko będzie naturalnie. Mówiłam ci, żebyś mnie tu nie przywoził, mówiłam…

– Elizabeth, posłuchaj – rozkazał Ryan. Włożył słuchawki stetoskopu do jej uszu i lekko ją uniósł, tak by płaski koniec mógł sięgnąć do jej brzucha. Twarz miała spoconą i wykrzywioną bólem, ale słuchała. – To serce twojego dziecka, ale bije coraz słabiej. Musimy je ratować.

– Wayne, nie pozwól im mnie ciąć – błagała pacjentka.

– Nie pozwól, proszę…

– Pani Sullivan, niechże pani przestanie się wreszcie zachowywać jak rozhisteryzowana dziewczynka! – przerwał jej ostro Ryan. – Chce pani mieć dziecko czy nie?

Zapadła cisza, a potem Elizabeth wyszeptała:

– Chcę.

– To musimy natychmiast operować.

– Boję się.

– Nie ma się czego bać. Doktor O’Meara jest doświadczonym anestezjologiem, a ja przeprowadziłem takich operacji bez liku.

– Uśpicie mnie?

– Tak – odparł Ryan, a na jego twarzy pojawił się grymas. Gdyby mogli zrobić cesarskie cięcie przy miejscowym znieczuleniu, pacjentka pozostałaby przytomna, a Rose, zwolniona z obowiązku czuwania nad jej oddechem, mogłaby zająć się dzieckiem. Tyle że miejscowe znieczulenie wymagało współpracy ze strony operowanej, a na to najwyraźniej nie mogli liczyć.

– Dobrze. Zaczynamy – powiedział Ryan.

– Czy mam czekać w poczekalni? – zapytał przestraszony Wayne, ale Ryan pokręcił głową.

– Będziemy cię potrzebować. Umyj dokładnie ręce, tam masz rękawice, a zanim zaczniemy, udzielę ci krótkiego kursu, jak obchodzić się z nowo narodzonym dzieckiem, – Przeczytałem parę książek.

– To dobrze – rzucił Ryan ponuro. – Zaraz się okaże, ile były warte.

Rozhisteryzowana Elizabeth zasnęła płytko i Rose musiała jej poświęcić całą swoją uwagę. Ryan sprawnie przeprowadził cięcie, dziecko było jednak bezwładne, a skóra miała odcień niebieskawy. Lekarz podał malutkie ciałko Wayne’owi.

– Oczyść jego drogi oddechowe, jak ci pokazywałem, a potem pomóż mu oddychać.

Ryan musiał zająć się pacjentką, gdyż rana obficie krwawiła. Rose najchętniej rzuciłaby się na pomoc Wayne ‘owi, nie mogła jednak odejść od stołu operacyjnego, albowiem życie Elizabeth było w niebezpieczeństwie. Gdy po zatamowaniu krwotoku i zaszyciu rany Ryan mógł zająć się dzieckiem, wszyscy wiedzieli, że jest już za późno.

– O Boże – łkał Wayne, patrząc na martwe ciałko swego synka. – Jak ja jej to powiem, nie wiem, nie wiem…

Nie musieli nic mówić. Elizabeth powoli otworzyła oczy, a jej wzrok natychmiast spoczął na mężu i noworodku.

– Nie żyje, prawda? – spytała cicho.

– Nie żyje – łagodnie potwierdził Ryan. – Bardzo mi przykro, Elizabeth, ale jego serduszko nie dało rady.

Kobieta z trudem uniosła ręce.

– Dajcie go mnie.

Wayne podszedł do stołu i ułożył martwe dziecko obok matki, która ostrożnie dotknęła jego twarzyczki, a potem spojrzała na Ryana.

– To wy go zabiliście – powiedziała głucho. – Wiedziałam, że tak będzie. Wszyscy lekarze są tacy sami. Nienawidzę was.

Rose napełniła strzykawkę i spojrzała pytająco na Ryana, który nieznacznie skinął głową i wyszedł. Wbiła igłę, zanim pacjentka zdążyła zaprotestować: ergometryna i środek znieczulający.

– Elizabeth, zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.

– Zostawcie mnie w spokoju – jęknęła Elizabeth. – Zostawcie mnie samą.

Ryan stał na pokładzie w kitlu i rękawiczkach, które nagle ściągnął i cisnął na deski, jak gdyby tym gestem odżegnywał się od medycyny i tego, co przed chwilą stało się na sali operacyjnej.

– Ryan – szepnęła Rose i leciutko dotknęła jego ramienia. – Ryan, nic więcej nie mogliśmy zrobić. Było już za późno.

– Do końca życia będzie nas przeklinała.

– Tak – zgodziła się Rose. – Ale inaczej musiałaby obwinie siebie, a tego mogłaby nie znieść. Więc lepiej niech to spadnie na nas.

– Do diabła! – powiedział z goryczą. – To dlatego rzuciłem miasto. Bogaci pacjenci ze swoimi fochami… Myślałem, że tutaj będę mógł zrobić coś dobrego. Odpokutować.

– Odpokutować? – zapytała Rose, ale on jej nie słuchał.

– Więc jestem. tutaj, chcąc nieść ludziom pomoc, a tymczasem całymi dniami muszę się zajmować niestrawnością albo jakimiś urojonymi chorobami, podczas gdy jedyna pacjentka, która mnie naprawdę potrzebowała, nie może na mnie patrzeć. No i to martwe dziecko.

– To był ich wybór.

– Głupi wybór, ale nie można przed tym uciec. Ludzie podejmują idiotyczne, zbrodnicze decyzje, szastają życiem…

– Zawsze tak było – cicho powiedziała Rose. – Nic na to nie poradzimy.

– Trochę można zrobić – sprzeciwił się Ryan. – Kompetentna pielęgniarka, która wiedziałaby, jak sobie poradzić z oddechem, mogłaby uratować dziecko.

– Nie wiem, Ryan. – Rose rozłożyła bezradnie ręce. – Nikt tego nie wie.

– Z całą pewnością jednak wiem, że gdybym mógł natychmiast udać się do szpitala z wykwalifikowanym personelem, dziecko miałoby znacznie większą szansę. I dlatego… dlatego w poniedziałek jedziemy do Brisbane.

– Ale… – zająknęła się Rose – ale nie możemy zostawić Kora Bay bez pomocy lekarskiej.

– Znajdę kogoś na ten czas – oznajmił Ryan. – W tej chwili najważniejsze jest to, panno Rose, żeby tutaj wszystko było gotowe do poniedziałku.

Sześć dni… Rose w pierwszej chwili chciała pokręcić głową, ale potem przypomniała sobie bezbronne, martwe ciałko niemowlęcia. Zwłoka byłaby zbrodnią.

– Będę gotowa – powiedziała cicho.

Ryan w milczeniu odwiózł ją do domu. Widać było, jak bardzo cierpi, a ona nie mogła mu pomóc. Powiedziała dobranoc, on kiwnął głową na pożegnanie i ruszył z powrotem.

Długo nie mogła potem zasnąć. Przewracała się z boku na bok, aż w końcu dała spokój bezskutecznym zmaganiom, wstała z łóżka i poszła na plażę.

W dzieciństwie plaża była jej miejscem zabaw, sekretnym schowkiem i świątynią. Usiadła na piasku i wpatrywała się w łagodne, posrebrzone księżycem fale, myśląc o Ryanie. Gdzie jest, co robi? Przechadza się z jednego końca „MandaIi” na drugi? Wpatruje siew ten sam księżyc? Chciałaby być teraz razem z nim, chciałaby ukoić to cierpienie, które dojrzała w jego oczach.

Udręczona myślami, Rose wreszcie wstała i wróciła do domu. Zatrzymała się na chwilę na werandzie i spojrzała w rozgwieżdżone niebo. W poniedziałek do Brisbane… A potem? Znowu Kora Bay, ukochany domek i ukochana plaża – na zawsze. Ta myśl wcale jej jednak nie ucieszyła. Kora Bay sama w sobie nie jest już jej domem. Nie wyobrażała sobie domu bez Ryana.


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

<p>ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY</p>

Roy zajechał pod domek Rose w poniedziałek wczesnym rankiem. Czekała na niego z torbą w ręku.

– Piękny ranek – powiedział, gdy wsiadła. – Powinniśmy mieć wspaniałą podróż.

– Uhm – mruknęła i nagle z rozterką zerknęła na swoje szorty. Skoro tyle czasu spędzą na wodzie, powinny być odpowiednim strojem, ale teraz nie była już tego taka pewna. – Może powinnam była włożyć coś bardziej…

– Wyglądasz wspaniale – rzekł z przekonaniem Roy. – To lepsze niż te eleganckie stroje sportowe. Kiedyś była na naszym jachcie kobieta ubrana w białą marynarkę, no i upaprała się gdzieś smarem. Myślałem, że to już koniec świata.

– No tak – uśmiechnęła się Rose. – Na moich szortach nikt by nie zauważył żadnej plamy. A czy… czy Ryan często przyjmuje gości?

– Kiedyś tak – mruknął Roy. – A przynajmniej do czasu pożaru. A może zresztą to nie tyle Ryan, co Sarah… – ciągnął z namysłem. – Tak, żona Ryana bardzo lubiła przyjęcia, gości i zabawę. Czasami myślałem, że Ryan zgadza się na to wszystko tylko dla niej.

– Żona Ryana – szepnęła Rose. – Nie wiedziałam, że jest żonaty, – Nie jest – zaprzeczył Roy i rzucił jej spojrzenie pełne sympatii. – Już nie jest. Rozwód odbył się pół roku temu. I bardzo dobrze, na mój rozum.

– Nie lubiłeś jej? – Rose nie mogła powstrzymać się od pytania.

– Z początku lubiłem, jak zresztą wszyscy – odparł z lekkim ociąganiem. – Sarah potrafiłaby oczarować najjadowitszą kobrę, gdyby tylko chciała. Kiedy się już pobrali, nie widziała powodu, żeby dalej mnie czarować, zobaczyłem więc chyba tę jej twarz, której nie pokazywała Ryanowi. Do czasu pożaru…

– Pożaru?

Byli już blisko przystani i Roy pokręcił głową.

– To moja najgorsza wada, że nie potrafię utrzymać języka za zębami. Może kiedyś opowiem ci o pożarze, ale… – mrugnął porozumiewawczo – ale jeszcze nie teraz. – Zrobił gest w kierunku Ryana, który stał na skraju pokładu. – Trzeba się spieszyć.

Jacht płynął szybko na południe. Ryan stał za kołem sterowym skupiony tak, jakby mógł w ten sposób przybliżyć Brisbane. Odzywał się z rzadka, Rose zagłębiła się więc w lekturze podręczników medycznych, które zabrała ze sobą na wszelki wypadek.

Roy okazał się bardziej rozmowny.

– Kawy? – spytał w pewnej chwili, a chociaż była jego kolejka za sterem, włączył autopilota i po chwili wrócił z dwoma kubkami. – Och! – jęknął, rzuciwszy okiem na przeglądaną właśnie przez Rose pracę o leczeniu powikłań cukrzycowych. – Tak właśnie się wygląda, jak się na to zachoruje?

– Jeśli zaniedba się leczenie – odparła Rose, a dostrzegłszy obrzydzenie na twarzy Roya, dodała: – Ale i wtedy nie zawsze.

– Okropny widok.

– Pierwsza książka położnicza, którą przeczytałam – powiedziała Rose – na całe życie wybiła mi z głowy tę specjalizację. Pierwszych dwadzieścia stron poświęconych było normalnej ciąży, a następnych siedemset – patologiom. Byłam pewna, że co drugie dziecko, które bym przyjęła, miałoby dwie głowy albo żadnej. – Na chwilę zamyśliła się, a potem westchnęła: – Na szczęście życie jest o wiele bardziej normalne, niż można by sądzić na podstawie książek medycznych. Dzięki za kawę.

Roy z uśmiechem powrócił za ster.

– Nie ma za co. To prawdziwe szczęście, kiedy ma się do kogo otworzyć usta. Czasami strasznie mi doskwiera samotność. Bardziej nawet niż w Bindenalong.

– Bindenalong?

Roy zerknął przez ramię, ale Ryan zaszył się gdzieś w kabinie.

– Na farmie Connellów.

– Ryan dostał ją w spadku? – zainteresowała się Rose.

– Uhm, chociaż zupełnie nieoczekiwanie, trzeba przyznać. Należała do jego wuja, który zginął w wypadku samochodowym. Ryan dojeżdżał tam z Brisbane i zajął się doprowadzeniem wszystkiego do porządku. Nie było łatwo pogodzić tego z pracą, więc później najął sobie… – Roy nagle przerwał w pół zdania, pochylił się nad mapą i zapytał: – Nie powinniśmy trochę odpłynąć od brzegu? Jakoś płytko tutaj.

Rose nie sprzeciwiła się zmianie tematu.

– Nie grozi nam mielizna, no i mniej tutaj wieje.

– Słucham i jestem posłuszny – skłonił się Roy. – Mówiąc szczerze, nawet po tych kilku latach nie przywykłem jeszcze do morza.

– A co robiłeś przedtem?

– W Bindenalong pilnowałem pastwisk, aż jeden z koniokradów przestrzelił mi nogę. Nie nadawała się już do użytku, przeniosłem się więc do miasta, gdzie skończyłem kurs księgowości.

– A co z nogą?

– Marnie… Naruszona goleń, z rzepki pozostały tylko odpryski. Mam cholerne szczęście, że jej w ogóle nie straciłem. W kolanie mam teraz piękną, metalową płytkę, która do szału doprowadza facetów od wykrywaczy metalu na lotnisku.

– Musiał cię operować dobry chirurg – pokręciła głową Rose.

– Uhm – przytaknął Roy. – Dzięki Ryanowi. Zapłaci! za wszystko, a kiedy skończyłem ten kurs, odszukał mnie i zaproponował pracę.

– Ryan cię odszukał?

– Tak. Straciłem go z oczu na całe miesiące. Ta historia z koniokradami zdarzyła się tuż przed pożarem, a potem Ryan miał prawdziwe urwanie głowy. Zatroszczył się o to, żeby mi nie zabrakło pieniędzy, a kiedy już mógł, skontaktował się ze mną.

– Roy! Pozwól no na chwilę! – W drzwiach stał Ryan.

– Pani kapitan, przejmie pani stery? – zapytał Roy i zniknął w kabinie.

Rose przez chwilę wyobrażała sobie, że to nie Brisbane jest ich celem, lecz Afryka lub Hawaje. Uciekała myślą od przyszłości, gdyż nie było w niej Ryana Connella. To z nim łączyły się teraz wszystkie jej myśli: o Kora Bay, o medycynie, o życiu.

Zawinęli do Brisbane nazajutrz wczesnym rankiem i już kiedy podchodzili do nabrzeża, Rose poczuła niepokój. Wszyscy tutaj znali Ryana; pozdrowienia i okrzyki sypały się niemal ze wszystkich mijanych jachtów.

– Ej, Ryan! – Mężczyzna w wieku Connella wyskoczył na pomost z pokładu swojego jachtu i ruszył im na spotkanie. – Jak się masz, Roy. – Nieznajomy krytycznym wzrokiem obrzucił Rose, która wiązała cumę do pachołka. – Zawsze mówiłem, że potrzebna wam większa załoga.

– Rose, to doktor Ed Matherson. Ed, to Rose O’Meara, która jest naszą pasażerką.

– No, no – powiedział Ed, jeszcze raz dokładnie przestudiowawszy sylwetkę Rose. – Pasażerka, czemu nie. – Na widok ściągniętych brwi Ryana dodał spiesznie: – Na pewno zjawisz się niedługo w szpitalu i będziesz chciał widzieć się z Vincentem. Uprzedzę go. Aha, Sarah jest w mieście.

– Sarah? – Wzrok Ryana stał się teraz na dodatek lodowaty. – Dzięki za informację, Ed. A teraz muszę cię przeprosić.

Z tymi słowami Ryan odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.

– Maniery nieskazitelne jak zawsze – zauważył złośliwie Ed i zwrócił się do Roya: – Nie rozumiem, jak możesz z nim wytrzymać. – Po czym usiadł z nogami zwieszonymi z pomostu i znowu zapatrzył się na Rose. – A gdzie to Ryan zdobył taką miłą pasażerkę? – zapytał na pół kpiąco, na pół zalotnie.

– Rose, pozwól na chwilę – dobiegł z wnętrza jachtu głos Ryana, a Rose chętnie posłuchała, gdyż nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z Edem.

Ryan stał za barem, a jego palce tak mocno zacisnęły się na szklance z sokiem, jak gdyby chciały ją zgnieść.

– Jesteś gotowa? To idziemy po zakupy! Przecież nie będziesz wszędzie paradowała w tych cholernych szortach!

– Mam także spódnicę – powiedziała z godnością, ale czuła, że wypadło to nie najlepiej, zaraz więc dorzuciła: – Jeśli tak się mnie wstydzisz, to…

– Nie chodzi o mnie! – Ryan odstawił szklankę z taką irytacją, że sok wylał się na blat. – Ed Matherson to przykład typów, z jakimi przyjdzie ci teraz się zetknąć. Rada lekarska to nobliwi jegomoście, na których musisz zrobić wrażenie osoby poważnej i sumiennej. A w tym celu musimy cię odpowiednio ubrać.

– Taki kawał płynęliśmy, żebyś zrobił ze mnie damę? – zawołała z oburzeniem.

– Nie znasz żadnych innych możliwości, tylko szorty albo od razu dama? – zapytał Ryan i rozłożył ręce w bezradnym geście. – Posłuchaj, ludzie, od których zależy rejestracja szpitala, urządzają dziś wieczorem przyjęcie. Musimy na nim wystąpić jako para godnych zaufania specjalistów. Założę się, że wzięłaś ze sobą kostium, który miałaś na pogrzebie.

– Taaak… To bardzo ładny kostium.

– Nosiło się takie jakieś dziesięć lat temu.

– Nie mam zamiaru kupować niczego, co miałabym włożyć na siebie tylko jeden raz…

– Ja płacę.

– Nie ma mowy!

– Spróbuj mi przeszkodzić. Rose zatrzęsła się z gniewu.

– Nie jestem twoją utrzymanką, Ryan, cokolwiek sobie myśli ten twój przyjaciel, Matherson. Nie potrzebuję żadnej łaski.

– Nie chodzi o łaskę. Zatrudniłem cię u siebie i dlatego chcę, żebyś odpowiednio wyglądała.

– To teraz ty mnie posłuchaj – syknęła Rose. – Tego wszystkiego już za wiele. Dziękuję za podróż, ale teraz się rozstaniemy, bo nie zniosę, żebyś… Wzrok Ryana nieco złagodniał.

– Na miłość boską, Rose, mam dość pieniędzy, żeby nie odczuć wydatku na jedną czy dwie suknie.

– Ty może nie odczujesz, ale ja na pewno tak. Nie jestem z nikim związana, jestem wolna i zawsze będę wolna.

– Wiem – powiedział ściszonym głosem. – Dobrze o tym wiem. Moja mała dzikuska…

– Nie jestem twoja! – wykrzyknęła, nie troszcząc się o to, że usłyszy ktoś na zewnątrz. – Zapamiętaj to sobie! Nie chcę mieć z tobą więcej do czynienia! Tak, przyjęłam twoją pomoc, ale nie mogę tego robić za cenę…

– Honoru? – podpowiedział Ryan. – Uwierz mi, że to ci nie grozi. Nie robię niczego ze współczucia. Bardzo mi zależy na tym, żebyś pracowała ze mną. Sam nie dam sobie rady i chcę, żebyś była moją wspólniczką. Jeśli… jeśli to, co wydam teraz na twoje stroje, zechcesz potraktować jako pożyczkę, proszę bardzo, ale dopóki jesteśmy tutaj, rób to, o co cię proszę. Znam Brisbane od podszewki. Nawet kiedy chodzi tylko o pozory, musimy się do nich dostosować, bo w rękach tych ludzi leży nasza przyszłość. Zgoda?

Rose przez chwilę milczała naburmuszona, ale wreszcie kiwnęła głową.

Zaraz po wyjściu z portu wsiedli do taksówki, a kiedy ta zatrzymała się przy luksusowym wejściu, nad którym widniał napis „Caroline’s”, Rose spojrzała na gruby dywan, prowadzący od krawężnika do przeszklonych drzwi, a potem chwyciła Ryana kurczowo za ramię i syknęła:

– Ja tam nie wejdę! Wyglądam jak…

– Wyglądasz świetnie – uspokoił ją Ryan. – Wyglądasz jak piękna kobieta, która chce kupić kilka fatałaszków. Masz na sobie szorty, bo tak ci wygodnie, i niech wszyscy myślą, że to oni włożyli niewłaściwy strój.

W drzwiach pojawiła się elegancka kobieta i zdecydowanym krokiem ruszyła w ich kierunku.

– Ryan! Witaj! Ile to już czasu cię nie widziałam, chyba od… – urwała, jakby dopiero teraz zauważyła obecność Rose. – Dzień dobry pani, jestem szczęśliwa, że zechcieliście nas odwiedzić. Proszę do środka.

Rose musiała przyznać, że jeśli nawet nieznajoma dostrzegła coś niestosownego w jej stroju, najmniejszym drgnięciem twarzy nie dała tego po sobie poznać.

– Rose, to pani Caroline Vincent; Caroline, to doktor Rose O’Meara z Kora Bay, gdzie teraz się zatrzymałem. W ostatniej chwili zdecydowała się popłynąć ze mną, a teraz nie chciała ruszyć się z „Mandali”, gdyż nie jest odpowiednio ubrana. Dlatego przyjechaliśmy do ciebie.

Rose poczuła na sobie badawczy wzrok pani Vincent, która w chwilę potem uśmiechnęła się promiennie.

– To będzie dla mnie prawdziwa rozkosz doradzić pani. Coś na jedną czy na więcej okazji?

Rose otwierała już usta, aby odpowiedzieć, ale Ryan ją uprzedził.

– Otóż to, Caroline. Po południu mamy spotkanie w interesach, a wieczorem małe przyjęcie. Rose – Ryan ostrzegawczo uniósł palec – żadnych protestów! Nie pozwoliłem ci wrócić do domu po stroje, więc teraz ja płacę! – I znowu zwrócił się do pani Vincent: – Caroline, zatroszcz się o to, żebym był dumny z mojej towarzyszki.

– A jeszcze nie jesteś? – Właścicielka sklepu uśmiechnęła się do Rose. – Od czego zaczynamy, moja droga? – Ujęła Rose pod rękę, a na odchodnym rzuciła Ryanowi: – Na stoliku przy barku masz najnowsze czasopisma. Zamów sobie kawę i uzbrój się w cierpliwość.

W Kora Bay były sklepy z drogimi ubiorami, ale wszystkie nawet nie umywały się do kreacji, które zaczęła wydobywać Caroline, – Przymierz tę – powiedziała, wyciągając w kierunku Rose prostą sukienkę z błękitnego jedwabiu. Rose zerknęła na metkę, ale nie znalazła na niej ceny. Caroline dostrzegła jej spłoszony wzrok, dotknęła uspokajająco dłoni i oznajmiła z uśmiechem: – Dla Ryana liczy się tylko jakość. Miałabym się z pyszna, gdybym pokazała ci coś, co nie jest w najlepszym gatunku. Ach – westchnęła żartobliwie – ile bym dała, żeby Ryan chociaż raz spojrzał na mnie tak, jak patrzy na ciebie…

Rose wbiła wzrok w miękki materiał, gdyż nie wiedziała, co odpowiedzieć. A gdy po chwili sukienka miękko ułożyła się na jej ciele, patrzyła w lustro w osłupieniu, gdyż ze szklanej tafli odpowiadała jej spojrzeniem osoba tylko na pół znana: pewna swojej kobiecości, lekko zalotna, odrobinkę wyzywająca. Sukienka była na górze dopasowana, miała duży dekolt i wąskie rękawy, a od pasa opadała niemal do kostek falą delikatnych falbanek.

– Tak, tak, kochana! – z entuzjazmem wykrzyknęła Caroline. – Uszyta jakby wprost dla ciebie.

Podobnie można było powiedzieć, kiedy przyszła pora na eleganckie, włoskie pantofle.

– Świetnie. A teraz spotkanie w interesach. – Caroline zakrzątnęła się przy stelażach i szafkach, by po chwili powrócić z lnianym kostiumem i jedwabną bluzką w kolorze brzoskwini. Gdy Rose przebrała się, Caroline ogarnęła jej postać aprobującym wzrokiem i mruknęła: – Na te nudne, oficjalne spotkania lepiej chyba będzie, jeśli włosy zwiążesz z tyłu, chociaż naprawdę szkoda tego naturalnego piękna.

– Niech włosy zostaną tak, jak są. – Z tyłu rozległ się głos Ryana, który niepostrzeżenie zbliżył się do nich. Czas jakiś wpatrywał się w Rose, a potem powiedział: – Przez chwilę myślałem… – ale nagle przerwał, jak gdyby się zagalopował, i rzucił szorstko: – To już wszystko?

– Mamy jeszcze przepiękną suknię koktajlową. Mówię ci, wspaniała. No i trzeba jeszcze tylko dobrać jakieś buty do tego kostiumu.

– Dobrze. Pospieszcie się.

Ryan niecierpliwie spojrzał na zegarek. Rose poczuła, jak odpływa cała radość i nieśmiałe nadzieje, które zrodziły się, gdy spoglądała w lustro. W głowie przemknęła jej myśl o Kopciuszku i królewiczu, która teraz wydała się jej tak żałosna i naiwna, że zarumieniła się ze wstydu.

– Już, zaraz… – mruknęła i zaczęła zdejmować kostium, lecz Caroline ją powstrzymała. – Skoro niedługo macie spotkanie, nie ma sensu się przebierać. – Caroline spojrzała na Ryana i zapytała z wahaniem: – Czy… zajrzysz do Allana?

– Może – odparł niezobowiązująco.

– Bardzo się ucieszy z twojej wizyty. Wiem, że to niełatwe, ale ostatnio mało kto go odwiedza. W zeszłym tygodniu miał znowu operację kolana. Lekarze mówią, że może teraz zacznie chodzić…

Vincent… Allan Vincent. Rose wodziła wzrokiem od Caroline do Ryana, ale żadne z nich nie pospieszyło z wyjaśnieniem. Po chwili właścicielka sklepu znowu na nią spojrzała.

– Ryanie, czyż naprawdę trzeba ci przypominać, że nie wystarczy podziwiać kobiety, ale trzeba też im mówić, jak pięknie wyglądają? Czy Rose nie wygląda wspaniale?

Ryan spojrzał na Rose wzrokiem dziwnie nieobecnym.

– Tak – mruknął. – Ona zawsze wygląda wspaniale.


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

<p>ROZDZIAŁ DZIESIĄTY</p>

– Kim jest Allan Vincent? – spytała Rose, gdy znaleźli się już w taksówce. Nie chciała rozmawiać o strojach, a jeszcze mniej o spotkaniu z autorytetami medycznymi.

– Był kiedyś u mnie zarządcą – mruknął Ryan. – To brat Caroline.

– Jest chory?

– Został poparzony w tym samym pożarze co ja, ale jego obrażenia były znacznie poważniejsze, a na dodatek nogę przygniotła mu spadająca belka. Odwiedzisz go razem ze mną w szpitalu?

– Oczywiście.

Zastali Allana Vincenta w jasnej, przestronnej, znakomicie wyposażonej sali gimnastycznej na parterze ekskluzywnego, prywatnego szpitala. Allan gimnastykował się właśnie na długich, równoległych prętach aluminiowych, licząc w takt cichej muzyki płynącej z głośników pod sufitem. Poderwał głowę do góry, kiedy usłyszał odgłos otwieranych drzwi.

Jego twarz wyglądała na świeżo poranioną; wyraźnie zaznaczały się na niej krawędzie wszystkich miejsc, gdzie dokonano przeszczepu skóry. Blizny muszą się zaleczyć, zanim chirurg plastyczny będzie mógł zrobić następny krok, a widać było, że Allana czeka jeszcze niejedna wizyta w sali operacyjnej. Wygląd ran wskazywał jednak na to, że brat Caroline miał szczęście, iż w ogóle przeżył.

– Cześć, Allan – powiedział chłodno Ryan, a Rose była zdziwiona brakiem cieplejszego tonu w jego głosie.

– Cześć, Ryan! – Twarz Allana wykrzywiła się dziwacznie w uśmiechu.

W bocznych drzwiach pojawiła się młoda kobieta w białym fartuchu z identyfikatorem w klapie: „Lyn Spender, fizjoterapeutka”. Pchała przed sobą fotel na kółkach.

– No cóż, panie Vincent, skoro ma pan gości, to na razie damy sobie spokój z ćwiczeniami. – Uśmiechnęła się do Ryana z wyraźną sympatią. – To już dzisiaj drugie podejście.

– Poganiaczka niewolników – mruknął Allan, ale czułość w jego głosie świadczyła o tym, że jest z pielęgniarką zaprzyjaźniony. – Na dzisiaj koniec. Mam już dość.

– Trzeba cierpliwości.

– A jakże, cierpliwości, żeby w ogóle żyć. – Allan ciężko usiadł na fotelu, a pielęgniarka dyskretnie zniknęła. – A to kto? Następczyni Sarah? – spytał, wskazując gestem Rose.

– Miałbyś mi to za złe? – zapytał wyzywająco Ryan, a Rose zmarszczyła brwi w zdumieniu. O co w tym wszystkim chodzi?

Nie spuszczając z niej oczu, Allan umieścił rękami stopy na podnóżkach fotela i mruknął:

– Nie. Dobrze wiesz, że nie.

– Tak, wiem. – Głos Ryana złagodniał. – Zdaje się, że ostatnio masz szczęście. Gdzie spojrzysz, wszędzie lekarze. To jest doktor Rose O’Meara.

– Lekarka? – powiedział przeciągle Allan. – Może by się tu zatrudniła? Jeśli będę musiał dłużej zadawać się z Edem Mathersonem, chyba go uduszę. – Skrzywił się nagle.

– Boli? – spytał Ryan.

– Jak jasna cholera. Czasami myślę, że najlepiej by było przesiedzieć resztę życia w fotelu. Złamania się zrosły, przeszczepy się przyjęły, ale wtedy okazało się, że trzeba operować blizny. Gdyby ktoś powiedział mi o tym wcześniej…

– Człowiek uczy się do końca życia – mruknął Ryan, a po chwili dodał: – Ale chyba nie wszyscy tutaj są tacy źli jak Ed? Ta twoja poganiaczka niewolników robi dobre wrażenie.

– A, Lyn… Tak, Lyn jest w porządku.

– Tylko w porządku?

Głos Ryana był żartobliwy, lecz Allan wyraźnie się zirytował.

– W porządku i tyle.

Ryan kiwnął głową, co można było uznać za przeprosiny.

– Co zamierzasz robić po wyjściu ze szpitala?

– Nie myślałem o tym.

– Bzdura. Oczywiście, że myślałeś. Allan spuścił wzrok.

– No, dobra, myślałem…

– I co?

– Wszystko zależy od mojej siostry – warknął ze złością. – Ona ma dom, pieniądze, wszystko… A ja? Kto mnie zatrudni w takim stanie?

– Ja.

– Ty???

– Obecny zarządca Bindenalong jest beznadziejny. Ludzie go nie lubią i ciągle wspominają ciebie. Zamiast na koniu, będziesz wszystko objeżdżał motocyklem. To jak, wracasz pod koniec roku?

– Ale… – zająknął się Allan i zerknął na Rose. – Ale Sarah…

– Może by tak wreszcie zapomnieć o Sarah? – powiedział z goryczą Ryan. – Tak czy owak, to poważna propozycja.

Allan spojrzał w kierunku drzwi, za którymi zniknęła Lyn.

Nietrudno było zgadnąć, o czym myśli. Nagle jego twarz stężała.

– Oto i ukochany doktorek – mruknął gniewnie.

– Powiedzieli mi, że jesteś tutaj – oznajmił w progu Ed Matherson. Wszedł do środka, zatrzymał spojrzenie na Rose i powiedział powoli: – No, no! Widzę, że…

– Widzisz znacznie mniej, niż ci się wydaje – oznajmił oschle Ryan. – Właśnie wychodzimy, – Rozumiem, odwaliłeś już swoją comiesięczną wizytę – uśmiechnął się Ed z sarkazmem. – Cieszysz się z pewnością, Allan, prawda?

– Jeszcze bardziej z pana wizyty – burknął zapytany.

– Panno Spender, chyba już czas odwieźć pana Vincenta na oddział – zawołał Ed, a potem zerknął na Ryana. – Może byśmy napili się czegoś w moim gabinecie? A może byście – jego spojrzenie znowu objęło Rose – zostali na obiedzie?

– Nie, nie, wpadłem tylko zobaczyć się z Allanem. Mamy jeszcze mnóstwo spraw. – Odwrócił się do chorego i uścisnął mu rękę. – Do zobaczenia – powiedział. – Bądź miły dla panny Spender.

– Nadęty bufon! – wybuchnął Ryan w taksówce. – Tyle zła robi swoją pozą… Traktuje pacjenta jak dziecko tylko dlatego, że tamten nie jest w stanie chodzić. Zastępca ordynatora… Całe szczęście, że Allan niedługo opuści ten szpital.

– Bardzo się ucieszył z twojej propozycji – powiedziała Rose.

– Przyszło mi to do głowy dopiero teraz, kiedy go zobaczyłem. Nie chcę więcej mówić na ten temat – uciął Ryan.

Lunch zjedli w spokojnej, przytulnej restauracji, gdzie Ryan był dobrze znanym gościem. Rose czuła się coraz bardziej nieswojo. Wizja wystąpienia przed radą ciążyła nad nią jak chmura burzowa, i jeszcze te stroje… Wystrojony Kopciuszek, na którego królewicz ledwie chce spojrzeć.

– Dlaczego nie jesz? – zainteresował się Ryan.

– Nie jestem głodna.

– To nie będzie takie straszne.

– Nie? – Rose zaczerpnęła powietrza. – Może dla ciebie. Może dla ciebie to jest rzecz normalna, te spotkania, przyjęcia, wykwintne ubrania. Ale ja jestem inna. Ryan, to nie jest mój świat. Obawiam się, że nie wyduszę z siebie ani słowa.

– Świetnie sobie dajesz radę, kiedy jesteś zła.

– Jestem wściekła. Powinnam czuć się wdzięczna, a tymczasem mam wrażenie, że wystroiłeś mnie jak lalkę Barbie.

– Nie wiem, czy to wystarczający komplement, ale nie wyglądasz jak Barbie – powiedział Ryan, a potem, jakby wiedziony nieodpartym impulsem, lekko musnął palcami pierś Rose. – Z pewnością nie jak Barbie.

Rose miała uczucie, że w eleganckim przebraniu występuje ktoś inny, co pozwoliło jej wydarzenia tego dnia oglądać jakby z oddali.

Posiedzenie rady odbyło się w wielkim szpitalu miejskim. Kilku lekarzy wystąpiło w garniturach, większość jednak przyszła wprost z oddziałów, w białych fartuchach i ze stetoskopami w kieszeni. Dzięki temu w sali egzaminacyjnej zapanowała swojska atmosfera.

Wszyscy znali i najwyraźniej szanowali Ryana, chociaż, jak Rose szybko zauważyła, byli zdziwieni, że zaszył się w takiej dziurze jak Kora Bay.

Na początku Ryan jasno i zwięźle przedstawił sprawę Rose, która następnie odpowiadała na pytania tak szybko i pewnie, że – jak czuła – wywarła na zebranych bardzo dobre wrażenie. Poproszono ją, żeby wyszła z sali, aby rada mogła ustalić swoje stanowisko. Po niedługim czasie wezwano ją do środka.

– Pani decyzja – oznajmił przewodniczący – nie była może typowa, lecz ze wszech miar godna pochwały. Gdyby więcej młodych ludzi tak odpowiedzialnie traktowało swych rodziców i dziadków, praca lekarzy stałaby się na pewno znacznie łatwiejsza. Opinie osób, które znają pani działalność w Kora Bay, a także odpowiedzi na pytania rady pozwalają nam z czystym sumieniem dać pani prawo wykonywania zawodu.

I tak, jednym pociągnięciem pióra, przewodniczący rady dokonał ogromnej zmiany w życiu Rose O’Meary.

Ryan zebrał wszystkie dokumenty, ukłonił się członkom rady i pociągnął lekko zszokowaną Rose do drzwi. Na zewnątrz dwornym gestem wręczył jej papiery.

– Proszę bardzo, pani doktor.

– Czy ja śnię?

– Nie, to rzeczywistość. Tylko ich nie zgub.

– Przenigdy!

Znajdowali się już w holu szpitalnym. Kilku sanitariuszy i lekarzy biegło ku wyjściu, pod które podjeżdżała właśnie na sygnale karetka. Rose patrzyła na powiewające kitle i myślała, że to jest jej świat, a nie ten, w którym przed każdym przyjęciem odwiedza się luksusowe sklepy.

Kierowca taksówki, który dostrzegł gest Ryana, zawrócił gwałtownie i z piskiem opon zatrzymał się przy krawężniku.

– Ryanie, jestem ci taka wdzięczna…

– Możesz spłacić dług wdzięczności, wywierając dobre wrażenie na dzisiejszym przyjęciu. Teraz muszę załatwić formalności związane ze szpitalem. Taksówka zawiezie cię do portu, a ja będę na „Mandali” o wpół do siódmej, żeby zabrać cię na przyjęcie.

Kiedy weszła na pokład, Roy cicho gwizdnął.

– Ładnie wyglądasz. No i jak poszło?

– Dostałam uprawnienia.

– To czemu jesteś taka ponura? Myślałem, że będziesz tańczyć z radości.

– Chyba jestem szczęśliwa – powiedziała cicho, wpatrując się w gładką skórę pantofli, które przed chwilą zdjęła.

– Ale nie jesteś pewna?

– Nie. – Zerknęła w pełne sympatii oczy Roya i poczuła, że musi wyrzucić to z siebie. – Ryan kupił mi to wszystko, buty, kostium, sukienkę, a ja czuję się strasznie. I jeszcze wszyscy ci ludzie. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.

– Nie było aż tak źle, skoro dali ci uprawnienia. Mów, co chcesz, a ja dobrze wiem, że ciebie nie tak łatwo zbić z tropu.

– Może – szepnęła. – Tylko widzisz, ja do tego świata zupełnie nie pasuję.

– Przecież nie musisz. A może myślisz, że komuś na tym zależy, żebyś pasowała?

– Nie… nie wiem, o co ci chodzi – wyjąkała.

– Posłuchaj… – Roy spojrzał na nią z namysłem. – Nie mam zwyczaju wtrącać się w cudze sprawy, ale coś mi się wydaje, że jesteś zakochana.

– Roy, co ty mówisz…? – Rose usiadła na dużej kanapie i skryła twarz w dłoniach. – To wszystko jest zwariowane.

– Zakochanym tak się czasem wydaje. Więc jak, mam rację? – dopytywał się Roy.

– Nie… Tak – wykrztusiła Rose. – Tak, ale jemu zależy na tym, żeby nasze kontakty były czysto zawodowe. Robi dla mnie mnóstwo rzeczy, ale jest we wszystkim taki oficjalny… Nie ma w nira w ogóle ciepła. – Rose wytarła z policzków łzy i dodała: – W tym, co robi, nie ma miłości, bo on mnie nie kocha i nie może pokochać.

– Dlaczego?

– Bo nie! – wykrzyknęła z pasją. – Bo nie należę do jego sfery! Bo jestem biedną, małą Rose O’Meara, która przez dwa lata zarabiała na życie pokazując krokodyle na rzece. Bo jedyne moje porządne stroje to te, które on mi kupił. On czuje do mnie tylko litość.

– A moim zdaniem Ryan sam jest zdumiony tym, co czuje – powiedział Roy. – Znam go już długo, ale po raz pierwszy widzę, żeby tak się zachowywał. Nawet z Sarah…

– Opowiedz mi coś o niej, Roy - poprosiła. – Czy bardzo ją kochał?

– Tak chyba mu się zdawało. – Roy podszedł do barku i zaczął przyrządzać drinki, – Mówiłem ci już, że nie lubię mieszać się do cudzych spraw, ale zbyt wiele zawdzięczam Ryanowi, żeby… Widzisz, jestem przekonany, że poznanie ciebie było najlepszą rzeczą, jaka mu się przytrafiła od lat, i nie chciałbym, żeby z powodu jakichś niedomówień wszystko się rozsypało.

Podał jej szklankę, sam zaś usiadł na stołku barowym i popadł w zadumę.

– Ryan miał trudne dzieciństwo – zaczął w końcu. – Bardzo wcześnie został sierotą, a wuj zupełnie się nim nie interesował. Przez całe studia musiał harować jak wół, ale udało mu się. Zdał egzaminy, odbył staż i otworzył praktykę. Wtedy niespodziewanie odziedziczył Bindenalong. Z dnia na dzień stał się bardzo bogaty.

– Miał już wtedy żonę?

– Nie. Sarah poznał dopiero po otrzymaniu spadku, czy raczej to ona zatroszczyła się o to, żeby go poznać. Nagle zaczął być rozchwytywany w towarzystwie. Rose w milczeniu pokiwała głową.

– Był młody, strasznie zapracowany i bardzo samotny – ciągnął Roy. – A Sarah niejednemu mężczyźnie zawróciła w głowie.

– Była piękna?

– Była i jest. Takie kobiety jak ona są piękne do śmierci. Ryan nawet się nie zorientował, kiedy wziął z nią ślub. Ale prawdziwa zabawa zaczęła się potem. Sarah wydawała jego pieniądze w szaleńczym tempie, a w Bindenalong trwało jedno nieprzerwane przyjęcie. Ryan kazał nawet zbudować pas startowy i kiedy jedne samoloty z towarzystwem startowały, drugie lądowały.

– No i…?

– Z początku wydawało się, że jest im ze sobą bardzo dobrze, ale moim zdaniem tylko dlatego, że Ryan był bardzo zapracowany i niewiele do niego docierało. Później jednak Sarah, która chciała, żeby oboje odgrywali rolę wielkich państwa, zaczęła go namawiać do rzucenia medycyny, na co Ryan absolutnie nie chciał się zgodzić. Jej tymczasem imponowało to, że ma za męża lekarza, natomiast denerwował ją fakt, że mąż tyle pracuje. Coraz częściej więc Ryan pojawiał się na swojej farmie tylko na weekendy, a ona przyjeżdżała do Brisbane tylko po zakupy. No a potem wybuchł ten pożar.

– Jak?

– Znam to wszystko tylko z opowiadań – powiedział z ociąganiem Roy. – Leżałem wtedy w szpitalu, ale odwiedzili mnie chłopcy z farmy i… – Znowu milczał przez chwilę. – Po moim wypadku Ryan przyjął do pracy na farmie młodszego brata jednej ze swych znajomych, Allana Vincenta. Chłopak był młody, pełen zapału, a na dodatek przystojny i dość naiwny. Podobno Sarah zalecała się do niego, kiedy Ryan był w Brisbane. Tego dnia, kiedy wybuchł pożar, było ich w domu tylko troje: gospodyni, Sarah i Allan.

Roy wbił wzrok w blat, jak gdyby chciał z niego wyczytać dalszy ciąg opowieści.

– Był czwartek i nikt się nie spodziewał Ryana. Tymczasem w budynku, gdzie miał gabinet, zepsuła się winda, odwołał więc wszystkie piątkowe wizyty i postanowił dzień wcześniej zjawić siew Bindenalong. Nie był to problem, gdyż miał licencję pilota i mały samolot. Przyleciał koło północy, gdy dom właśnie stawał w płomieniach.

– Jak to się stało?

– Nie wiadomo nic pewnego, w każdym razie Ada, gospodyni, mówi, że Sarah koniecznie chciała zjeść z Allanem kolację przy świecach, które kazała rozstawić po całej jadalni. Wlewała w Allana mnóstwo wina i Ada zaczęła się niepokoić, bo kto jak kto, ale ona naprawdę potrafiła wyczuć kłopoty na kilometr. Ja wiem, to tylko takie przypuszczenie, ale zbudził ją właśnie zapach dymu. Stara część domu, cała z drewna, płonęła jak zapałka. Kiedy Ada wybiegła na dwór, w ogrodzie była już Sarah, która krzyczała, że Allan został w środku. A potem nagle pojawił się Ryan i dwóch robotników.

– Więc Ryan pobiegł ratować Allana? – zapytała Rose.

– Teraz zaczyna się najgorsze – mruknął Roy. – Do starej części domu dobudowano nową, z cegły, w której były dwie sypialnie: gospodyni i zarządcy. Sarah wpadła w histerię i trudno z niej było cokolwiek wydobyć, a Ada dostała ataku astmy i dopiero po chwili powiedziała, że Allan trochę popił i mógł się nie zbudzić. Ryan z dwoma robotnikami stracili dziesięć minut na przeszukiwaniu nowej części. Wyszli z pustymi rękami, ale Adzie tymczasem zaczęło coś świtać. Rozumiesz, to nie było łatwe: sama ledwo oddychała, a kiedy wykrztusiła pierwsze słowa, Sarah zaczęła na nią wrzeszczeć, że chyba pomieszało się jej w głowie, że to od dymu, że nieprawda… Tak czy owak, Ada zasugerowała, żeby poszukać w sypialni Sarah. Tyle że teraz cała drewniana część była jednym żywym ogniem.

– Ale Ryan…

– Wszyscy starali się go powstrzymać, ale się wyrwał i skoczył do środka. Nie wiem, jak mu się to udało, ale wydostał chłopaka, chociaż w chwili kiedy wyciągał go przez okno, na tamtego zwaliła się wielka belka sufitowa… Obaj wyglądali okropnie, ale Allan… A wystarczyło, żeby Sarah powiedziała prawdę dziesięć minut wcześniej! Ale nie, wolała, żeby Allan umarł, niż miałaby się przyznać.

– O Boże!

– Ale to jeszcze nie koniec. Ryan całymi tygodniami leżał w szpitalu i rozmyślał nad wszystkim, a Sarah się u niego nie pokazywała. Twierdziła, że nawdychała się dymu i jest bardzo słaba. Wreszcie Ryan napisał w liście, że nie ma do niej pretensji, bo na pewno czuła się samotna, trudno, zdarza się, w każdym razie Allan bardzo jej teraz potrzebuje, więc on, Ryan, bez żadnych trudności udzieli jej rozwodu, żeby tylko zaopiekowała się chłopakiem. O liście wiem coś dlatego, że Ryan sam nie mógł go napisać, bo miał obandażowane ręce, podyktował więc wszystko pielęgniarce. Jak się domyślasz, pięć minut później wiedział o tym cały szpital.

– I co?

– I nic. Sarah ani myślała opiekować się Allanem, do Ryana natomiast przyszła i poprosiła o przebaczenie – ale nie za to, że omal nie zabiła chłopaka, lecz za to, że się „zapomniała”. Powiedziała, że żal jej Allana, ale nie może z nim być, bo przeraża ją jego wygląd, a co do Ryana, to lekarze są dobrej myśli i ona oczywiście go kocha, i nigdy już go nie zdradzi… I tak dalej. Tego Ryan już nie wytrzymał. Usiadł na łóżku i pokazał jej drzwi. Zapadła martwa cisza.

– Sarah postanowiła zatroszczyć się o swoją przyszłość i zatrudniła najlepszych adwokatów – ciągnął ponuro Roy.

– Naciągnęła Ryana strasznie, ale zapłacił wszystko bez szemrania, żeby tylko pozbyć się jej raz na zawsze. Ciągle odgrywa rolę wielkiej damy w towarzystwie, ale Ryan… Nigdy już nie pojawił się w Bindenalong i nic mi nie wiadomo, żeby kiedykolwiek potem spojrzał uważniej na jakąś kobietę. Do czasu, kiedy poznał ciebie…

– Och, Ryan… – westchnęła Rose.

– Może nie mów mu, że ci to wszystko opowiedziałem – poprosił z wahaniem. – Nie za to mi płaci.


ROZDZIAŁ JEDENASTY

<p>ROZDZIAŁ JEDENASTY</p>

Ryan zjawił się dwie godziny później.

Rose właśnie wzięła prysznic i teraz stała przed lustrem, ubrana w nową suknię. Starała się przyzwyczaić do widoku nie znanej jej Rose. Ryan zamienił kilka słów z Royem, po czym poszedł się umyć i przebrać. Po chwili zastukał do jej drzwi.

– Gotowa?

Rose stanęła w progu.

Roy wydał z siebie przeciągły gwizd i natychmiast z przestrachem spojrzał na szefa. Kiedy Rose nieśmiało podniosła oczy, zobaczyła, że Ryan znieruchomiał ze szklanką uniesioną do ust, a jego oczy przybrały kamienny wyraz. Przez chwilę miała wrażenie, że sama też znalazła się na nieruchomej fotografii, ale potem obraz ożył. Ryan odstawił szklankę i głosem jakby pełnym pretensji zapytał:

– No to jak, pani doktor, idziemy?

Rose zaczerpnęła powietrza i skinęła głową. Ryan miał na sobie ciemny wieczorowy garnitur i wyglądał wspaniale. Wyglądał także na człowieka samotnego i silnego, który niczego od nikogo nie chce. Poczuła, jak ściska się jej serce.

– Jestem gotowa – szepnęła.

– Zamówiłem taksówkę. Bawcie się dobrze – powiedział z ożywieniem Roy i uśmiechem usiłował dodać Rose otuchy. Ona tymczasem nie mogła się uwolnić od wrażenia, że jest postacią z przerobionej bajki, w której królewicz z konieczności zabiera Kopciuszka na bal i z niecierpliwością wyczekuje chwili, gdy będzie mógł się pozbyć kłopotu.

Wieczór ciągnął się w nieskończoność. Ledwie znaleźli się w sali bankietowej, Ryan zniknął gdzieś w tłumie i Rose sama musiała stawić czoło dziesiątkom pytań. Ci, którzy kilka godzin temu byli jej egzaminatorami, teraz rozmawiali z nią na inne tematy. Rose opowiadała o Kora Bay z udanym ożywieniem, usiłowała śmiać się z dowcipów, miała jednak wrażenie, że jedna część jej serca jest martwa.

Która? Ta, która kochała Ryana.

– Doprawdy? Chce się pani pogrzebać za życia w Kora Bay?

Odwróciła się i zobaczyła przed sobą przewodniczącego komisji, w której gestii leżała rejestracja szpitala.

– Ja nigdy bym tego tak nie nazwała – odparła z przekonaniem. – Kora Bay to jedna z najładniejszych miejscowości północnego Queenslandu i w pełni zasługuje na to, żeby mieć własny szpital.

– W Batarrze jest dobry szpital.

– To prawda – zgodziła się Rose – ale jechać do niego trzeba dwie godziny, a nie zawsze można czekać. Niedawno musieliśmy, na przykład, dwukrotnie operować na jachcie należącym do doktora Connelia. Za pierwszym razem była to dziewczynka z zaawansowaną przepukliną…

I sama nie wiedząc kiedy, Rose opowiedziała o obu przypadkach, udanym i nieudanym. Zorientowała się szybko, że coraz więcej osób zaczyna słuchać jej słów, zdołała jednak pokonać chwilowe zdenerwowanie i opowiedziała swą historię do końca.

– No cóż, doktor O’Meara – westchnął przewodniczący – wzmocniła pani argumenty wytoczone przez doktora Connella. Zazdroszczę mu wspólniczki, która z takim zapałem broni wspólnej sprawy. Za tydzień przyjedziemy do was na inspekcję, ale z góry już zgaduję, że nasza decyzja będzie pozytywna.

– Dziękuję… Dziękujemy – wybąkała Rose i w tej samej chwili zobaczyła, że Ryan przerywa prowadzoną rozmowę i zmierza w ich kierunku.

– Czy to znaczy, że mamy już szpital? – zapytał, a przewodniczący wybuchnął śmiechem.

– Ryanie, jesteś niecierpliwy jak zawsze. Oficjalnie niczego nie wolno mi orzekać, zanim nie dokonamy kontroli, a komisja nie podejmie wspólnej decyzji, nieoficjalnie jednak i zupełnie prywatnie przyznam, że nie mam żadnych wątpliwości. Ile pieniędzy już zainwestowałeś? Sporo, hę? Nie robiłbyś tego, gdybyś nie był pewien naszej opinii.

– To prawda – przyznał Ryan z uśmiechem.

– Skoro zaś wyciągnąłeś mnie na prywatne wyznania, to powiem jeszcze jedno. Przez cały czas zachodziłem w głowę, dlaczego taki lekarz jak ty chce się zaszyć w takiej dziurze jak Kora Bay. – Tu zerknął na Rose. – Ale teraz chyba już rozumiem.

Rose nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Ryan uśmiechnął się uprzejmie, wziął ją pod rękę i powiedział:

– Miło mi to usłyszeć. A teraz, jeśli pan pozwoli…

– Oczywiście! – wykrzyknął przewodniczący i z wyraźną aprobatą patrzył na stojącą przed nim parę.

– Może już pójdziemy? – spytał Ryan. – Chyba że dobrze się bawisz…

Rose otwierała właśnie usta, by odpowiedzieć, gdy jej uwagę przykuło zamieszanie przy drzwiach, w których stanęła jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie zdarzyło się jej kiedykolwiek widzieć. Była wysoka i szczupła, miała gęste, jasne włosy spływające aż do połowy pleców i skórę o cudownej, brzoskwiniowej karnacji. Ubrana była w krótką sukienkę z białego jedwabiu, która więcej uwydatniała niż skrywała. Jej niebieskie oczy ze zdziwieniem obiegły zgromadzenie i zatrzymały się na przewodniczącym. Kobieta opierała się na ramieniu Eda Mathersona.

– Charles! – zawołała, modulując głos. – Tak mi przykro, że lekarskie bractwo zupełnie o mnie zapomina, dziś jednak dzięki Edowi…

Nagle dojrzała Ryana i zamilkła, by po chwili wykrztusić:

– Ryan? Nnnie…

– Nie spodziewałaś się, że mnie tu zobaczysz – dokończył Ryan i popatrzył przeciągle na Eda, na którego twarz wypełzł złośliwy uśmieszek. – Ale jak sama widzisz, pomyliłaś się. Czy widok moich blizn nie wystawia na zbyt ciężką próbę twojej wrażliwej duszy? Nie przejmuj się, Sarah, już i tak wychodziłem. Rose? – Spojrzał na nią pytająco i wyciągnął rękę.

Tymczasem Rose na ułamek sekundy zawahała się i to wystarczyło. Dłoń Ryana cofnęła się.

– Jak uważasz – mruknął. – Przed wejściem będzie na ciebie czekał samochód. To Sarah, jak już zdążyłaś się zorientować. Może powinnyście się poznać. Dobranoc.

W sali zapadła nagle grobowa cisza i wszystkie oczy spoczęły na Rose. Ona zaś chciała pobiec za Ryanem i zatrzymać go, a tymczasem nogi jakby wrosły jej w ziemię. Nagle poczuła, że w sukurs przychodzi jej tą druga Rose, której dotąd nie znała, ta, która dobrze się czuje w eleganckich strojach i którą dostrzegła w lustrze u Caroline.

– A więc to pani jest Sarah? – powiedziała i wyciągnęła rękę.

– A pani kim właściwie jest? – prychnęła Sarah ze złością.

– Jestem wspólniczką Ryana – oznajmiła Rose. A zerknąwszy na Mathersona, dodała: – I jak Ed na pewno nie omieszkał panią poinformować, także jego przyjaciółką.

– Trudno mi w to uwierzyć. Niechby mnie ktoś spróbował tak potraktować!

– Może miał powód – wolno i dobitnie powiedziała Rose. – Może przypomniała mu pani bardzo wyraźnie o tym, że ma blizny, że został zdradzony i że na historię waszego związku kładzie się cieniem kalectwo młodego chłopaka. Proszę mi wybaczyć – dodała, zwracając się do przewodniczącego – ale na mnie już czas.

– Oczywiście – odrzekł mężczyzna, a w jego oczach widać było niekłamaną sympatię. – Proszę iść za nim. Dzisiaj zobaczyliśmy Ryana po raz pierwszy od czasu wypadku i wszyscy ogromnie się cieszymy, że wrócił do zawodu, nawet jeśli będzie teraz daleko od nas. To wszystko dzięki pani, moja kochana. Aha, i jeszcze jedno.

– Tak? – Rose zatrzymała się w drzwiach. Przewodniczący podszedł i mocno uścisnął jej dłoń.

– Powodzenia w nowym miejscu pracy. Szczęścia we wszystkim. We wszystkim.

Zgodnie z zapowiedzią Ryana, przed wejściem czekała taksówka, ale Rose pokręciła tylko głową, gdy kierowca uchylił drzwi.

– Nie, nie, wolę się przespacerować.

Jest wolna. Nic już nie trzyma jej w Brisbane, do Kora Bay też nie musi wracać z Ryanem. Jeśli złapie autobus, jutro pod wieczór znajdzie się w domu. Spojrzała na sukienkę i skrzywiła się lekko. Nie jest to najlepszy strój na całodobową podróż, ale nie dbała o swój wygląd ani o to, co myślą o niej ludzie.

Natychmiast jednak zrozumiała, że to nieprawda. Bardzo zależało jej na tym, co myśli o niej Ryan, i to tak bardzo, że powinna wrócić na jacht i po raz ostatni spróbować mu pokazać, iż nie jest pod żadnym względem podobna do Sarah.

Dzisiejszego ranka uświadomiła sobie, że kocha go i że jest to miłość beznadziejna. Nazwała siebie Kopciuszkiem, a Ryana królewiczem, który żyje w innym świecie i ani na chwilę nie spojrzy na nią z uczuciem. Teraz… teraz rozumiała ból, na który wystawiła go kobieta o zimnym sercu.

– Potrafiłabym pokazać mu, czym naprawdę jest miłość – szepnęła. – Gdybym tylko miała szansę… A jaką będę miała szansę, jeśli wrócę do Kora Bay autobusem? – zapytała głośniej. – Muszę wrócić na jacht.

Na pokładzie „Mandali” nie widać było żadnego światła. Rose zapomniała, że Roy także bawi się gdzieś w mieście; pewnie przyjdzie jej spędzić noc na pokładzie. Bez specjalnej nadziei nacisnęła klamkę, ale ku jej zdziwieniu drzwi ustąpiły.

Ryan siedział przy barze, odwrócony plecami do wejścia. Nie zapalając światła, Rose odezwała się:

– Ryan?

Odwrócił się i z trzaskiem odstawił drinka na blat.

– Nie słyszałem samochodu – powiedział szorstko.

– Przyszłam na piechotę.

Stała i zastanawiała się, jak dotrzeć do tego mężczyzny, który nigdy jeszcze nie wydawał się tak samotny.

– Pewnie powinienem przeprosić, że zostawiłem cię samą – mruknął Ryan.

– Rozumiem, dlaczego tak się stało.

– Doprawdy? – Roześmiał się ponuro. – Kładź się spać, Rose.

– Nie… Jeszcze chwileczkę.

Zapadło długie milczenie. Rose powoli zaczynała rozumieć, co ma zrobić. Ryan nie jest już w stanie zaofiarować nikomu miłości; zrobił to raz, ale ten dar okrutnie mu zwrócono. Teraz ona musi zrobić pierwszy krok. Szanowała siebie, ale wiedziała też, że to nie ją zraniono tak dotkliwie, żeby teraz drżała na samą myśl o następnym bólu. Zamknęła oczy, zebrała w sobie całą odwagę, na jaką było ją stać, i podeszła do Ryana.

– Pójdę, ale zanim to zrobię, chcę ci coś powiedzieć. Tyle mi dałeś…

– Dobrze już – przerwał jej szorstko. – Cieszę się, że mogłem komuś pomóc.

Jego głos był tak obojętny, że Rose przez chwilę chciała się poddać i zrezygnować z próby przedarcia się przez niewidoczną barierę. Spróbowała jednak jeszcze raz, chociaż wszystko w niej wołało, żeby przestać, nie narażać się na drwinę, upokorzenie…

– Ryan – zaczęła, kładąc dłoń na jego ramieniu – chcę, żebyś wiedział, że cię kocham. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, nie wiem, czy to mądre, czy głupie, ale wiem, że bardzo cię kocham. Rozumiem, że nie możesz odwzajemnić mojej miłości, ale ją masz i nic na to nie mogę poradzić. Kocham cię i będę cię kochać do końca życia.

Lekkim ruchem ramienia strącił jej rękę, zsunął się ze stołka i spojrzał jej w twarz.

– Przede wszystkim nie wiesz, co mówisz.

– O, nie – pokręciła głową z goryczą – wiem aż za dobrze. Tak czy owak, chciałam, żebyś był pewny, że…

– Że gdybym tylko chciał… Gdybym chciał ciebie…

– Tak. – Rose zerknęła w jego twarz, ale w mroku nie mogła rozpoznać jej wyrazu. – Gdybyś kiedykolwiek chciał…

– Jak możesz, Rose! – Słowa te zostały wypowiedziane z taką pasją, że odruchowo zasłoniła się przed nimi. – Gdzie twoja duma? Gdzie szacunek do siebie?

– Nie ma ich – szepnęła Rose. – Utraciłam je w chwili, kiedy cię poznałam.

– Niech to wszyscy diabli!

Ryan odwrócił się gwałtownie, podszedł do iluminatora i zastygł przy nim, wpatrzony w portowe światła.

– Współczujesz mi – dobiegły ją ciche słowa.

– Co? Dlaczego miałabym ci współczuć?

– Niełatwo mi o tym mówić, ale przecież nie można mnie uznać za pociągającego mężczyznę.

– Co? – Rose nie dowierzała własnym uszom. – Czyżbyś myślał o bliznach? Przecież… Wystarczy, żebyś na mnie spojrzał, a natychmiast miękną mi kolana. – Podeszła i przytuliła się do jego pleców. – Ryan, twoje blizny to ty, a ja kocham ciebie całego.

– Rose, nie, nie… – Z jego ust wydobył się jęk pełen cierpienia.

– Dlaczego?

– Dlaczego? Dlatego, że pragnę cię do szaleństwa, że ciągle myślę o tobie, ale wiem, że pod spodem, pod tym całym swoim niewinnym wyglądem, jesteś taka sama jak inne.

– Jak Sarah?

– Jak Sarah.

Nic już więcej nie było do powiedzenia.

– Skoro tak sądzisz, to rzeczywiście lepiej sobie pójdę.

Autobus odchodził o trzeciej nad ranem. Niewiele czasu potrzeba jej było na to, żeby się przebrać w szorty i bluzkę, a eleganckie stroje, starannie złożone, zostawić na łóżku. Ani one nie pasowały do niej, ani ona do nich. Na moment zatrzymała się za progiem kabiny. Gdzie jest Ryan? Śpi w swojej kajucie? Śni o Sarah? A może… o niej?

Mniejsza z tym. Od tej chwili znowu należy tylko do siebie. Gdy Ryan Connell zjawi się w Kora Bay, Rose będzie już po uszy pogrążona w pracy. Ułożą między sobą stosunki zawodowe i wszystko jakoś się potoczy. Jakoś…


ROZDZIAŁ DWUNASTY

<p>ROZDZIAŁ DWUNASTY</p>

Ryan Connell zjawił się w Kora Bay po dwóch tygodniach, gdy zaczynano już wątpić, czy w ogóle przyjedzie.

Szpital był gotów. Na pracę czekały wybrane przez Rose pielęgniarki, a także Ted Bryant, młody, pełen pasji lekarz, którego Ryan zatrudnił na okres swojej nieobecności.

– Czy myślisz, że jeśli nie wróci, znajdzie się tu dla mnie etat? – dopytywał się Bryant.

– Na pewno wróci – odparła Rose. – Jest właścicielem szpitala.

– Z czego nie wynika, że będzie tu pracował. Szpital mógłby zacząć przyjmować pacjentów już jutro i od ręki można go sprzedać.

– Żadne z nas nie mogłoby go kupić, więc może jednak lepiej, żeby doktor Connell wrócił. – Rose przez chwilę wpatrywała się w pusty, lśniący korytarz. – Komisja przyjedzie w poniedziałek i przypuszczam, że w najgorszym razie Ryan pokaże się wraz z nimi.

Komisja przyjechała zapowiedzianego dnia, ale o Ryanie nie było żadnych wiadomości.

– Doktor Connell wypełnił potrzebne formularze – oznajmił przewodniczący komisji – więc teraz proszę nam tylko wszystko pokazać.

Zgodnie z oczekiwaniami obojga młodych lekarzy przegląd wypadł bardzo dobrze. Członkowie komisji złożyli Rose gratulacje i życzyli powodzenia.

Któregoś dnia późnym wieczorem „Mandala” zawinęła wreszcie do portu. Rose dowiedziała się o tym od pacjenta, któremu rano usuwała z oka ciało obce.

– Pewnie przyjechał, żeby sprawdzić, jak tu wszystko się kręci – mówił szczupły, nerwowy właściciel hoteliku. – Nie będzie długo siedział; zabierze siew jakieś szykowne miejsce, a ze szpitala będzie miał niezły dochodzik. Porządny chłopak, ten Ted Bryant. Kora Bay ma teraz dwoje dobrych lekarzy.

Uśmiech Rose był wymuszony.

– No, oko jest już czyste, ale podrażnione, więc będzie jeszcze pobolewać przez kilka dni. Ma pan szczęście, że nie doszło do uszkodzenia rogówki. Przepiszę panu krople, które proszę zapuszczać do oka trzy raz dziennie. I proszę rąbać drzewo w okularach ochronnych.

– Dobrze, pani doktor.

Wydawało się, że Ryan powrócił, aby pożegnać się z nimi na dobre. Kiedy dobiegł końca dyżur Rose, recepcjonistka zjawiła się z informacją, że doktor Connell pragnie porozmawiać w swoim gabinecie z nią i Tedem Bryantem. A więc nie chce się widzieć ze mną na osobności, pomyślała Rose z goryczą i wstała zza biurka. Niechże ma to już wreszcie za sobą.

Ryan był wyraźnie zmęczony. Cokolwiek robił przez ostatnie dwa tygodnie, z pewnością niedużo spał. Przy oczach pojawiło się kilka nowych zmarszczek, bruzdy wokół ust odrobinę się pogłębiły i Rose odruchowo zapragnęła wygładzić je, ale zdołała nad sobą zapanować. W fotelu pod ścianą siedział już Bryant.

– Witam w domu – powiedziała od progu.

– Dziękuję – odrzekł Ryan, odwracając się od okna – ale wpadłem tylko na chwilę. Właśnie powiedziałem Tedowi, że jeśli chce, może pracować tu na stałe.

– Pewnie, że chcę! – zawołał lekarz. – Damy sobie radę, prawda, Rose?

– Prawda – mruknęła Rose. Bryant był młody, zdolny, sympatyczny, tyle że… Tyle że nie był Ryanem.

– A ty co będziesz robił?

– To co przedtem. Popłyniemy „Mandalą” wzdłuż wybrzeża. Przedtem jednak chciałbym razem z wami spotkać się z prawnikiem, żeby dopełnić wszystkich formalności związanych z przyjęciem was do pracy. Reguły współpracy musicie ustalić między sobą. A więc jutro o dziewiątej, dobrze?

– Świetnie – odparł Ted. – A teraz wybaczcie, mam jeszcze pacjenta. – Z tymi słowami podniósł się i wyszedł.

Zostali tylko we dwoje.

– Tchórz – powiedziała spokojnie Rose.

– Przepraszam cię, naprawdę, bardzo przepraszam – mówił Ryan ze wzrokiem wbitym w blat. – Na chwilę straciłem głowę i dopuściłem cię do siebie zbyt blisko.

– I nie chcesz, żeby to się powtórzyło.

– Nie chcę.

– Nigdy?

– Nigdy.

Tym razem patrzył jej prosto w oczy.

– Kilka dni temu odwiedził mnie Wayne Sullivan, ojciec tego nieżywego dziecka. Przyszedł, żeby nam podziękować za wysiłek. – Odetchnęła głęboko. – To wszystko, co jest w naszej mocy: próbować.

– Ale są też i próby daremne – odparł głucho Ryan. – Dziecko tak czy owak nie żyje.

– Więc nigdy już nie będziemy próbować? Cóż to za obłąkana logika?

– To jedyna sensowna logika. Daj już spokój, Rose.

– Dać spokój tobie?

– Tak.

W taki oto sposób sprawa jej przyszłości została przesądzona, i to właściwie zgodnie z jej marzeniami: jest lekarką i ma pracować w szpitalu w Kora Bay. Dlaczego więc nie czuła się szczęśliwa? Wyszła z gabinetu Ryana przygnębiona i z ciężkim sercem zabrała się do pracy.

Formalności prawne załatwili bardzo szybko, adwokat jednak był zdumiony niską opłatą za dzierżawę szpitala, jaką zadowolił się Ryao. Ten pokręcił głową i powiedział:

– Pracować tu będzie dwoje młodych lekarzy, na których nie można nakładać zbyt dużych obciążeń. Mówiąc szczerze, bardziej zależy mi na ich entuzjazmie niż na pieniądzach.

Ted otwierał już usta, żeby dać wyraz swojemu entuzjazmowi, ale w tej samej chwili w drzwiach gabinetu stanęła pielęgniarka.

– Przed chwilą przywieziono panią Carlyon. Jest w trzydziestym piątym tygodniu ciąży i ma spuchnięte przeguby i kostki. Właściwie to puchnie w oczach. I ma strasznie wysokie ciśnienie.

May Carlyon. Rose ją znała. May jeździła do Batarry na badania prenatalne.

– Trzeba zbadać mocz.

– Wzięłam już próbkę.

– Czy jest sama?

– Zostawiłam ją, żeby was zawiadomić.

Rose ruszyła pędem korytarzem. Eklampsja, czyli zatrucie ciążowe. A wtedy po pierwsze nie wolno zostawiać pacjentki samej. Po drugie, nie wolno biegać po korytarzach szpitalnych, ale tym razem to pierwsze było ważniejsze.

May leżała na kozetce, niepewna i przerażona.

– Przepraszam za kłopot – zaczęła się tłumaczyć, gdy Rose wpadła do sali. – Miałam jechać do Stevena Prosta w Batarrze, ale to nastąpiło tak szybko… Wczoraj wieczorem kostki odrobinę tylko były napuchnięte, ale rano zbudziłam się z okropnym bólem głowy i strasznie raziło mnie światło. Poprosiłam więc Sama, żeby w drodze do pracy podrzucił mnie tutaj.

– Bardzo dobrze zrobiłaś – powiedziała Rose, nachylając się nad pacjentką, a za plecami usłyszała Teda:

– Ja obejrzę wyniki analizy moczu, a ty zbadaj dziecko. Oboje dobrze wiedzieli, jakie to w tej chwili ważne. Rose z ulgą stwierdziła, że niezależnie od choroby matki serduszko płodu bije normalnie. Ale trzydziesty piąty tydzień… Za wcześnie. Zostawiła May z pielęgniarką i podeszła do Teda.

– Mnóstwo białka – mruknął ponuro. – Do diabła, Rose, przy takim ciśnieniu w każdej chwili może dostać konwulsji. Co robić?

Stanęli przed rozpaczliwym dylematem. Donoszenie dziecka nie wchodziło w grę. W każdej chwili zatrucie ciążowe mogło gwałtownie się pogorszyć, trzeba zatem zakończyć ciążę. Narodziny z kolei oznaczały raptowne pogorszenie stanu matki, która już i tak była bardzo poważnie chora.

– Musimy obniżyć ciśnienie krwi – rozmyślał na głos Tom – bo w tym stanie nie wytrzyma porodu. Z drugiej strony, zakażenie już niedługo zaatakuje dziecko. Problem więc w tym, jak długo możemy czekać. Bo z całą pewnością nie aż do chwili, kiedy ciśnienie osiągnie znowu bezpieczny poziom.

– Może lepiej wysłać ją do Batarry – powiedziała niepewnie Rose. – Była pod opieką Stevena. No i mają tam chirurga.

– Dwie godziny w ambulansie to śmierć. Ułożymy ją w zaciemnionym pokoju, podamy hydrallazinę i bez przerwy będziemy obserwować stan dziecka. Przy pierwszych niepokojących objawach wywołujemy poród.

– Poród?! – Rose z przerażeniem pomyślała o katastrofie sprzed kilku tygodni.

– Mamy do pomocy wykwalifikowane pielęgniarki – powiedział z przekonaniem Ted – a poza tym ciągle jeszcze jest na miejscu Ryan Connell. Z trzema lekarzami i sprawnym personelem damy sobie radę. Robiłem już parę cesarskich cięć, a Connell?

– Jest bardzo dobry – odparła Rose. – Ale czy zechce?

– Na pewno. Nawet gdybym miał go własnoręcznie przywlec na salę operacyjną.

Dwie godziny później operowali. Ciśnienie krwi pacjentki spadło, ale zarazem pogorszył się stan płodu. Nie mieli wyboru. I znowu Rose pełniła funkcję anestezjologa, a Ryan Connell przeprowadzał cesarskie cięcie, ale poza tym wszystko wyglądało inaczej. Za sobą mieli nie bladego ojca, z przerażeniem myślącego o tym, jak zająć się ledwie narodzonym dzieckiem, lecz pielęgniarki i Teda Bryanta. Rose dała Ryanowi znać, gdy May była już uśpiona, on zaś biegle dokonał cięcia.

Wszystko rozegrało się w kilka chwil. Dziecko jakby czekało na przyjście na świat. Było niedotlenione, ale chyba się nie spóźnili. Chyba… Rose z rozpaczą modliła się o nowe życie; kolejna tragedia byłaby nie do zniesienia.

Ted wziął dziecko z rąk Ryana, który nachylił się znowu nad May. Drogi oddechowe noworodka zostały szybko oczyszczone i w sali rozległ się słaby płacz, który z każdą chwilą stawał się donośniejszy: mała istotka protestowała przeciwko wyrwaniu jej z ciepłego kokonu. Świat najwyraźniej nie przypadł do gustu najmłodszej przedstawicielce rodu Carlyonów.

– Przeżyje – z przekonaniem obwieścił Ted, ale zaraz spoważniał i dodał: – Oby tak samo poszło z matką.

Czekały ich jeszcze trudne godziny. Osłabiona narkozą i nadal zbyt wysokim ciśnieniem May w każdej chwili mogła dostać zapaści.

– Zostanę przy niej – powiedziała Rose. – Zajmiesz się całą resztą, Ted?

– Jasne. Serdeczne dzięki, doktorze Connell. Dzięki panu wszystko zakończyło się szczęśliwie.

– Nie chwali się dnia przed zachodem słońca – mruknął Ryan znad zlewu, a wycierając ręce, dodał: – Będę na jachcie, gdybyście mnie potrzebowali.

– Kiedy wypływasz? – rzuciła Rose znad aparatury.

– Jutro rano.

– Ryan?

– Tak? – Zatrzymał się w drodze do drzwi.

– Spróbowaliśmy – powiedziała miękko. – I dziecko jest zdrowe. Przy odrobinie szczęścia matka też wyjdzie z tego cało. Szczęśliwe zakończenie, doktorze Connell.

Ich oczy spotkały się; Ryan pierwszy uciekł wzrokiem.

– W życiu szczęśliwe zakończenia zdarzają się rzadko – oświadczył półgłosem i wyszedł.

Rose pozostała na oddziale przez cały dzień, niemal na chwilę nie odstępując pacjentki. May ocknęła się raz, zobaczyła dziecko, ze znużeniem uśmiechnęła się do męża, którego wezwano z pracy, i znowu zapadła w niespokojny sen. Rose była pełna optymizmu: im więcej czasu upływało od operacji, tym większa szansa na sukces. Ciśnienie powolutku opadało, co też rokowało pomyślnie.

Ted zajrzał do niej kilka razy, a pod wieczór pojawił się w drzwiach w towarzystwie Ryana. Przez króciutką chwilę Rose wpatrywała się z nadzieją w ukochaną twarz, ale widząc na niej chłodną maskę zawodowej uprzejmości, nachyliła się nad May. Przecież i tak wszystko zostało już powiedziane i wszystko się skończyło.

– Chyba się udało – powiedziała cicho.

Kiedy Ryan badał młodą matkę, jej powieki drgnęły i z trudem się uniosły.

– Wszystko będzie w porządku, pani Carlyon. Niech pani śpi spokojnie i korzysta z tego, że córeczka daje się na razie we znaki pielęgniarkom. Następna taka okazja może się pani trafić dopiero za kilka lat.

May niemal natychmiast zasnęła, a Ryan zwrócił się do Rose:

– Ledwo trzymasz się na nogach. Ty też się połóż. W nocy wyręczy cię pielęgniarka.

Rose w milczeniu pokiwała głową, powoli podniosła się i wyszła.

Następnego ranka przy łóżku May zastała Teda.

– Wszystko w porządku – oznajmił na jej widok. – Przed chwilą zakończył obchód nasz dobroczyńca. Gdybyś przyszła pięć minut wcześniej, minęlibyście się w drzwiach.

– Odpływa?

– Chyba dopiero jutro, ale nie jestem pewien – powiedział Ted i odwrócił się do May. – Dzień dobry, pani Carlyon. Córeczka dopytywała się o panią.

May uśmiechnęła się, a do oczu napłynęły jej łzy.

– To jak we śnie… Mamy córeczkę…

– Wszyscy lubią szczęśliwe zakończenia – oświadczył rozpromieniony Ted i spojrzał w kierunku powoli uchylających się drzwi. – A oto i szczęśliwy ojciec!

John Carlyon przestępował z nogi na nogę i nie wiedział, co począć z rękami.

– Kiedy będę mógł je obie zabrać do domu?

– Nie wcześniej niż za tydzień – odpowiedział stanowczo Ted. – Dziewczynka jest bardzo słabiutka, a ciśnienie krwi pana żony nie wróciło jeszcze do normy. Ale, ale! – Ted zwrócił się do Rose. – Co pani tutaj robi, pani doktor? Dzisiaj ja mam dyżur i proszę natychmiast iść do domu albo na spacer. Mamy cudowny dzień.

Rose wyprężyła się żartobliwie, zrobiła zwrot do tyłu i wyszła z pokoju May. Po opuszczeniu szpitala ujrzała zbliżającego się do niej Ryana.

– No, proszę – powiedział, spoglądając na zegarek. – Punktualna aż do przesady.

– Punktualna? – obruszyła się Rose. – Z nikim się nie umawiałam.

– Doktor Bryant nic pani nie powiedział, pani doktor? Ma pani dzisiaj spotkanie ze mną.

Rose pokręciła głową.

– Nie, Ryanie. Nigdzie z tobą nie pójdę.

– Popłyniesz.

– Ale…

– Trzeba wreszcie położyć kres tym wszystkim „ale”. Położyć raz na zawsze, moja droga Rose.

Ryan nie odzywał się przez najbliższe pół godziny. Przez ten czas dojechali do przystani i z samochodu przesiedli się na jacht, gdzie Ryan natychmiast zajął się zdejmowaniem cum i uruchamianiem silnika.

Rose w milczeniu patrzyła, jak biorą kurs na rafy. W jej duszy rozpacz walczyła o lepsze z szaleńczą nadzieją. Ze wszystkich sił powstrzymywała się od spojrzenia w twarz Ryanowi; oczy zachodziły jej łzami od uporczywego patrzenia na ocean, a w głowie kołatała jedna i ta sama myś „Proszę, proszę, proszę… „

Ryan zarzucił wreszcie kotwicę w miejscu, gdzie rafy otaczały łukiem płytką zatoczkę. Chociaż Rose przez cały czas patrzyła przed siebie, nie potrafiłaby powiedzieć, gdzie się znaleźli.

– No, cóż – powiedział Ryan, zatrzymując się przed nią. – Pomyślałem, że porwę moją łowczynię krokodyli, żebym i ja mógł na nie zapolować. Powiedzmy, ostatnia przygoda, zanim wyjadę.

Zanim wyjadę…

– Tutaj nie ma krokodyli – szepnęła. – Krokodyle nie wypływają w morze.

– Nie ma? – Głos Ryana był pełen rozczarowania.

– Nie.

– Co za szkoda. To czego się szuka w rafach koralowych? Aha, już wiem, zatopionych skarbów!

– Ryanie…

– Chodź, przestań się droczyć. Będziemy nurkować w poszukiwaniu skarbów.

Nurkowanie było znacznie lepsze niż siedzenie na pokładzie i prowadzenie idiotycznych rozmów. Wszystko było od tego lepsze. Podniosła się, omijając spojrzenie szarych oczu.

Poprzednim razem, kiedy nurkowali, prowadziła Rose, dzisiaj było na odwrót. To on pomógł jej włożyć kombinezon, pomógł spuścić się do wody, a potem poprowadził za rękę w koralowe ogrody.

Te jednak straciły gdzieś swój czar i po raz pierwszy w życiu Rose zabrała pod wodę ciężar swojego smutku. Nie wiedziała, co zaplanował Ryan, wiedziała natomiast, że każde kolejne spotkanie z nim pogłębia jej ból. Z zamyślenia wyrwał ją nagły ruch Ryana.

Znalazł coś i teraz przywoływał ją ruchami ręki. Podpłynęła i zobaczyła ogromną muszlę, spod której właśnie wydobywał małe pudełeczko o wieczku pokrytym solą.

Zdumiona wzięła do ręki skrzyneczkę, która – sądząc z wyglądu – musiała spoczywać w wodzie od lat. Zrobiona była z brązu, a z obu stron miała owalne uchwyty.

Ryan niecierpliwie ujął Rose za rękę i pociągnął w górę, na powierzchnię, najwyraźniej podekscytowany znaleziskiem. Na pokładzie pospiesznie pozbył się kombinezonu i to samo pomógł zrobić Rose. Tajemnicze pudełko leżało między nimi. Rose nie potrafiła oprzeć się ciekawości.

– Spróbuj otworzyć – powiedział Ryan.

– Ty to znalazłeś, więc ty powinieneś zobaczyć, co jest w środku.

Rose pochyliła się nad pudełeczkiem i przyglądała się mu z bliska, ale Ryan, który stał obok w samych kąpielówkach, zaprotestował:

– Nimfy morskie zawsze mają pierwszeństwo, jeśli chodzi o morskie skarby. Inaczej…

– Inaczej co? – spytała cicho Rose.

– Nie wiesz? – spytał, klękając obok. – Jeśli ktoś im tego zabroni, rzucają na tego kogoś zaklęcie. Dlatego mówię: otwórz.

Rose popatrzyła na niego niepewnie, ale natychmiast spuściła oczy, kiedy napotkała palące spojrzenie.

– Na pewno nie da się otworzyć po tak długim leżeniu na dnie. Szkoda to zniszczyć, lepiej oddać w ręce jubilera czy chociażby ślusarza, bo…

Urwała, gdyż pudełko otworzyło się jakby pod samym dotknięciem jej palców i ukazało swą zawartość. W środku wyłożonym szkarłatnym atłasem znajdowała się tylko jedna rzecz: wspaniały pierścionek z diamentem, lśniący tysiącem roztańczonych iskierek. Rose nie zdołała powstrzymać okrzyku. To nie był skarb od wielu lat powierzony morzu, gdyż znalazł siew nim pewnie nie później niż wczoraj…

Wczoraj! Rose w popłochu zerknęła na Ryana, który klęczał obok niej, ten zaś wpatrzony był nie w klejnot, lecz w nią.

– Sam go tu schowałeś – szepnęła oskarżycielsko. – Nie ma takich skarbów w morzu.

– Miałem z tym trochę roboty – przyznał poważnie. – Musiałem tu dzisiaj przypłynąć wcześnie rano z jednym z rybaków, bo Roy wziął sobie wolne na kilka dni, a nie chciałem nurkować bez nikogo na pokładzie. Kiedy starowina zobaczył, co zabieram ze sobą pod wodę, musiał pomyśleć, że zbzikowałem.

– Ale dlaczego? Po co?

– Dlatego, że chcę się z tobą ożenić – powiedział miękko i płynnym ruchem włożył jej pierścionek na palec. – Pomyliłem się, Rose. Chciałem cię traktować jak każdą inną kobietę, a tymczasem ty jesteś zupełnie wyjątkowa. Nie znałem nikogo takiego. Kupiłem ci piękne stroje, a ty obojętnie zostawiłaś je, żeby powrócić do swoich wyplamionych szortów i ukochanej medycyny. Przypłynąłem do Kora Bay, żeby ostatecznie pożegnać się z tobą i z tym miejscem, a tymczasem sprawiłaś cud: dodałaś mi odwagi, żeby spróbować jeszcze raz i – wygrać. Tak więc teraz mam odwagę powiedzieć ci, że cię kocham, moja morska nimfo. Pokochałem cię właściwie od pierwszego wejrzenia. Rzuciłaś na mnie czar i nie potrafisz już go zdjąć.

Sięgnął po jej dłoń, na której skrzył się brylant, zamknął ją w swoich rękach i dodał cicho:

– Skoro więc już i tak jestem na klęczkach, chciałbym cię zapytać… chciałbym spytać, czy wyjdziesz za mnie?

– Ale… – Rose nie potrafiła wykrztusić nic więcej. Po jej policzkach potoczyły się łzy.

– Tylko bez żadnych „ale”! – Ryan podniósł ostrzegawczo palec, a kiedy Rose milczała, mówił dalej: – Dzisiaj rano wszystko sobie dokładnie przemyślałem. Chciałbym tu zostać, a widząc entuzjazm Teda, mogę śmiało powiedzieć, że chociaż niedawno jeszcze Kora Bay oficjalnie nie miała żadnego lekarza, teraz będzie miała ich trzech. A to oznacza, że ja i ty będziemy mieli trochę czasu dla siebie. Niewykluczone, że czasami będziesz mogła nawet pokazać turystom krokodyle. A ja… Ja będę miał ciebie. Więc jak, Rose, moja droga? Rose nie wierzyła własnemu szczęściu. To sen. Za chwilę się zbudzi. I wszystko będzie okropniejsze niż dotąd.

– Kochałeś się ze mną. Tutaj, na tym jachcie. A rano… Rano było po wszystkim. Uznałeś, że nie możesz mi zaufać.

Zapadła długa cisza. Nad powierzchnią morza przemknęła mewa, a w wodzie odbił się na krótko jej kształt.

– To prawda – przyznał wreszcie. Wstał i przyciągnął ją do siebie. Rose nie śmiała odetchnąć. Cały świat jakby zastygł w oczekiwaniu. – To prawda. Tyle że był to strach, przez który o mały włos nie utraciłem tego, co jest najcenniejsze na świecie: ciebie, moja kochana. Nie wiem, czy potrafisz sobie wyobrazić, jak po pożarze znienawidziłem Bindenalong. Stało się dla mnie symbolem klęski, zdrady i niemal morderstwa, a zarazem było moją przeszłością, jedynym łącznikiem z rodziną, której prawie nie znałem. Poleciałem tam w zeszłym tygodniu, żeby przygotować wszystko na przybycie Allana. Obszedłem wszystkie kąty i zewsząd wyłaniały się cienie.

– To sprzedaj farmę – szepnęła Rose, ale Ryan pokręcił głową.

– Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że nigdy nie będę mógł sprzedać tego miejsca, ale też nigdy nie będę mógł tam zamieszkać. Dzisiaj jednak przyszło mi do głowy… że może byśmy zbudowali tam nowy dom, nasz dom, dokąd będziemy uciekać po pracy w Kora Bay? Gdzie nauczymy nasze dzieci, aby pokochały i Bindenalong, i Kora Bay. Gdzie w każdym kącie przycupną wspomnienia cudownych chwil.

– Och, Ryan…

– A ty zachowasz swoją Kora Bay, która tyle dla ciebie znaczy. Kora Bay i rzekę, i krokodyle…

Rose, pełna szczęścia, śmiała się przez łzy. Jej prośby zostały wysłuchane i spełnione. Sięgnęła po okaleczoną dłoń Ryana i przycisnęła ją do policzka.

– Dobrze wiesz, że nie najlepiej radzę sobie z krokodylami. Nie potrafię ich odróżnić od pni.

– I to jeszcze jeden powód, dla którego musisz mnie poślubić – powiedział stanowczo Ryan, ale w jego głosie słychać było rozbawienie. – Posłuchaj mnie: teraz już wiem, że to miłość, która przetrwa niejeden ranek, niejeden wieczór i niejedną burzę. Bałem się do tego przed sobą przyznać, ale to miłość aż do śmierci. Przysięgam ci, że odtąd aż do końca życia będę znajdował krokodyle dla mojej pani doktor, łowczyni miłości. Albo niedźwiedzie polarne. Albo słonie. Cokolwiek zechcesz, Rose… Jesteś najcudowniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem i teraz nie wyobrażam już sobie życia bez ciebie. Proszę, błagam, powiedz, że wyjdziesz za mnie!

Rose przez łzy ledwie widziała twarz ukochanego. Serce znowu biło mocno i miarowo, a każde uderzenie mówiło jej, że jest kochana. Jest i będzie.

– Tak – szepnęła. – Wyjdę za ciebie i pozostanę na zawsze z tobą, mój drogi…


Marion Lennox

<p>Marion Lennox</p>
***