/ Language: Polski / Genre:prose_contemporary

Martyna

Janusz Wiśniewski

„Martyna” to historia młodych kobiet – nie tylko tytułowej Martyny, które uwikłane w codzienność poszukują własnej drogi do samorealizacji, często dokonując dramatycznych wyborów. Ich losy, a także ich miłości to często tylko pretekst, aby opowiedzieć prawdę o polskiej współczesnej codzienności. Opowiedzieć ją szczerze, otwarcie, bez tematów tabu. Pójść w jej poszukiwaniu z tymi kobietami do kościoła, ale także wejść do ich łóżek.

Janusz Leon Wiśniewski

Martyna

Przedmowa

Tak naprawdę „Martyna” to nic innego jak literacki zapis rozmowy.

O rzeczach ważnych i najważniejszych. Takich jak miłość, uczciwość, godność, odpowiedzialność lub prawo do szczęścia. To także rozmowa o konieczności wyboru między obietnicą spełnienia „tu i teraz” a strachem przed konsekwencjami odrzucenia w przyszłości.

„Martyna” to historia młodych kobiet – nie tylko tytułowej Martyny – które uwikłane w codzienność poszukują własnej drogi do samorealizacji, często dokonując dramatycznych wyborów. Ich listy, a także ich miłości to często tylko pretekst, aby opowiedzieć prawdę o polskiej współczesnej codzienności. Opowiedzieć ją szczerze, otwarcie, bez tematów tabu. Pójść w jej poszukiwaniu z tymi kobietami do kościoła, ale także wejść do ich łóżek.

Nigdy nie udałoby mi się opowiedzieć prawdziwie tej współczesności, gdyby nie ludzie, którzy pisali ze mną tę książkę. Mam na myśli nie tylko współautorów, Renatę Palka – Smagorzewską i Mariusza Makowskiego. I chociaż ich udział w tym literackim przedsięwzięciu jest niewątpliwie na większy, trudno mi pominąć wszystkich, którzy swoimi historiami także współtworzyli – interaktywnie w sieci – tę książkę. Miałem dużo szczęścia. Wokół „projektu Martyna” zebrało się grono wrażliwych ludzi. Pisanie dla nich i z nimi, które zaczęło się jako obowiązek, przerodziło się w pewny sensie w wyzwanie. Jeśli czytają i oceniają to tacy ludzie jak „grupa przyjaciół z Martyny”, to zmusza to do największego wysiłku, i dużej odwagi. Bo przyjaciół nie chce się zawieść. „Projekt Martyna” okazał się – moim zdaniem – nie tylko literackim sukcesem. Nie wiem, co powiedzieliby o ty socjologowie, ale dla mnie jest to fenomen socjologiczny. Zawiązać i utrzymać przyjaźnie ludzi, którzy zebrali się jako przypadkowa grupa, aby czytać i pisać wspólnie książkę, jest dla mnie fenomenem. Okazało się, że wbrew alarmującym i mrocznym statystykom dotyczącym upadku czytelnictwa w Polsce książka nie straciła swojej magii. Ludzie czytają i często także znajdują w sobie odwagi aby pisać. Bo pisanie zawsze wymaga odwagi. Poddać ocenie innych swoje teksty, napisać je lub wyciągnąć z ukrycia, „z szuflady” to odwaga poddania się ocenie innych. Mam nadzieję, że „Martyna” dowiodła, iż warto zdobyć się na taką odwagę.

Janusz Leon Wiśniewski,

2003, Frankfurt nad Menem

Część pierwsza

Do dzisiaj nie wie, dlaczego wrócił tamtego wieczoru. Wszedł cicho, bez słowa zsunął na podłogę książki leżące za nią na wersalce, usiadł za jej plecami, podniósł włosy z karku i zaczął dotykać ustami szyi. Siedziała bez ruchu, wpatrując się w odbicie jego głowy w szkle monitora stojącego na stoliku naprzeciwko. Ręce, aby jej choćby przypadkiem nie dotknąć, oparł obok ud; oddychał niespokojnie, ogrzewając wydychanym powietrzem miejsca, które całował. Zesztywniała jak ktoś, kto oczekuje ciosu. Dłonie zacisnęła w pięści. Zbliżył usta do jej ucha, zamknął kolczyk z kawałkiem ciała pomiędzy wargami. Drżał.

Martynko moja – wyszeptał.

Wyprostował się. Poprawił jej włosy, pocałował sweter na ramieniu. Wstał i wyszedł. Siedziała dalej bez ruchu. W pewnym momencie podniosła rękę, dotknęła ucha, które on miał przed chwilą w ustach, i przesunęła palce do warg.

Andrzej…

Od pierwszej chwili byt dla niej, gdy go potrzebowała. I zawsze znikał, gdy czuła do niego wdzięczność. Już tam, na dworcu, dwa lata temu, gdy przybiegła w ostatniej chwili na autobus do Szczytna i kierowca powiedział jej drwiąco, że „to nie autobus na działki” i że „już jutro jest następny”. Miała łzy w oczach, bo „jutro” to było o całą wieczność za późno. Bo to dzisiaj ojciec czeka na nią w domu pełnym jej zdjęć. Bo zrobił dla niej jej ulubioną zupę grzybową; opowiadał od kilku dni psu, że przyjeżdża do nich Martynka; będzie stał na progu dwie godziny przed czasem i czekał, aby wnieść walizki, których nigdy nie miała; pomalował jej pokój, przesunął łóżko do okna i zmienił firanki na krótsze, żeby zaraz po przebudzeniu mogła spojrzeć na jezioro.

Proszę pana, ja mogę siedzieć na podłodze, mogę stać… ja muszę dojechać dzisiaj do Szczytna, proszę…

W tym momencie chłopak w zielonej kurtce stanął przy kierowcy i, podając mu swój bilet, powiedział:

To może ja pojadę dzisiaj na działki, a pan weźmie tę panią. Niech pan otworzy bagażnik, żebym mógł zabrać bagaż. Kierowca spojrzał na niego rozdrażniony i, nie wyjmując papierosa z ust, podniesionym głosem skomentował:

Panie, trzeba wiedzieć, co się chce. Ja muszę teraz przewalać cały bagaż, żeby wyciągnąć pana towar. Cholera, dżentelmen się znalazł… Chłopak odwrócił się plecami do kierowcy i, patrząc jej w oczy, powiedział cicho:

Nie zwracaj na niego uwagi. Masz miejsce przy środkowym wejściu. Ja mogę pojechać jutro. Na mnie nikt nie czeka.

Ale… Dlaczego? Ile kosztował bilet? Proszę, powiedz. Zaczekaj!

Nie słuchał. Odwrócił się i odszedł.

Spotkała go dwa miesiące później. Zupełnie przypadkowo. Ojciec dał jej pieniądze na komputer. Dwa razy więcej niż potrzebowała. Odkąd wyprowadziła się z domu – jeszcze na długo przed rozwodem rodziców – miała uczucie, że chciał wynagrodzić jej to, że nie ma go pod tym samym adresem. Że ją „zostawił”. Jak gdyby chciał zmazać winę, której tak naprawdę wcale nie było. Nigdy nie uważała, że ją zostawił. Był dla niej zawsze. Pod „tym samym adresem” i pod wszystkimi innymi. Jeśli wyjeżdżał na dłużej niż jeden dzień, natychmiast dzwonił, aby podać jej numer telefonu, pod którym będzie osiągalny.

Czasami rozmawiała o tym z Magdą, przyjaciółką ze stancji. Starsza od niej o sześć lat, „emerytowana studentka”, jak się czasami nazywała, rozpoczęta studia, gdy jej rówieśnicy je kończyli. Magda tak naprawdę nie miała ojca. Umarł przed jej urodzeniem i znała go tylko z fotografii. I ta Magda, której stówo „wzruszenie” było tak obce jak plaża Eskimosom, potrafiła zamilknąć i słuchać, patrząc jej w oczy. Magda uwielbiała ojca Martyny. Jego wizyta na stancji była zawsze wydarzeniem. Magda potrafiła bez wahania zmienić wszystkie plany, odwołać nawet randkę, aby tylko móc usiąść z nimi przy świecach i słuchać, jak on opowiada. Pewnego razu, gdy zostały wieczorem same po jednej z takich wizyt, Magda wyciągnęła z metalowej kasety, którą trzymała w nocnej szafce, zapisaną drobnym pismem kartkę. Napełniła winem szklankę po herbacie, wypita duszkiem, usiadła na podłodze i zaczęta czytać. Nie, wcale nie czytała. Zamknęła oczy i recytowała. List, który ojciec napisał do niej przed jej urodzeniem. List do nienarodzonego jeszcze dziecka, na które czeka i za którym tęskni. Spały razem tej nocy. Tak naprawdę zaprzyjaźniły się właśnie wtedy, wtulone w siebie.

Dwa miesiące po wizycie w Szczytnie wzięła pieniądze, które dostała od ojca, i weszła w sobotni wieczór do pierwszego sklepu, na którego wystawie stały komputery. Przechodziła powoli wzdłuż półek, czytając opisy stojące przy szarych metalowych skrzynkach. Nie rozumiała zbyt wiele; tak naprawdę podobał się jej tylko jeden. Był zupełnie inny. Wyglądał jak futurystyczny telewizor z fioletowego pleksiglasu. Po prostu śliczny. Chciała taki mieć, nawet jeśli nie byt komputerem. Nachyliła się, aby zobaczyć cenę, i w tym momencie usłyszała cichy głos:

Czy nad jeziorami była mgła, kiedy byłaś w Szczytnie?

Odwróciła się gwałtownie. Stał za nią, uśmiechając się przyjaźnie. W zielonym fartuchu, z plakietką sprzedawcy na prawej piersi i ołówkiem za uchem. Wydał się jej o wiele wyższy niż wtedy, przy tym autobusie. Ciemne włosy, zaczesane do góry odsłaniały szeroką bliznę na czole. Dłonią dotykał nerwowo prawego ucha i wydawał się zawstydzony, choć to on ją zagadnął. Uśmiechnęła się.

Wieczorem była tylko nad Małym, ale rano była i nad Małym, i nad Dużym. Gdy przechodziłam mostkiem, znikłam we mgle.

Byłem tam w zeszłym tygodniu. Było dokładnie tak samo.

Tak poznała Andrzeja.

Studiował telekomunikację na politechnice. Przyjechał, tak jak ona, ze Szczytna, znał najbardziej wzruszające wiersze Poświatowskiej na pamięć, wiedział wszystko o komputerach i byt „przystojny do bólu ud”, jak określiła to Magda. Kiedy pierwszy raz przyprowadziła go na stancję, Magda bezwstydnie go uwodziła, a jak tylko zamknął drzwi wychodząc, powiedziała podekscytowana:

Słuchaj, jak na niego patrzyłam, to mi się stringi z tyłu do przodu przesuwały i robiłam się wilgotna. Gdzie ty go znalazłaś?!

Podeszła do okna i, patrząc za Andrzejem idącym do przystanku autobusowego, zapytała poważnym głosem:

Martyna, słuchaj, chcesz go mieć?

Wtedy jeszcze nie wiedziała, czy chce. I tego wieczoru, gdy wrócił i całował jej szyję, także nie. Chociaż chciała go mieć – na chwilę. Tak, żeby zdjął jej sweter i dotykał pleców ustami, i chociaż raz musnął piersi. I żeby wychodząc do domu natychmiast o tym zapomniał. Ale on nie zapomniałby tego nigdy i dlatego też nie zdjął jej swetra. A tak bardzo chciała, żeby to zrobił. I to pragnienie wynikało głównie z podziwu. To idiotyczne – myślała – czy można kogoś pragnąć „na chwilę”, i to tylko z podziwu?

Wstała z wersalki, podeszła do ławy zastawionej przepełnionymi popielniczkami, szklankami z resztkami herbaty i kieliszkami po winie. Schyliła się, szukając butelki, w której byłoby jeszcze cokolwiek. Piwo, wino. Obojętne. Potrzebowała etanolu. Uruchomiła komputer i włączyła modem. Chciała rozmawiać. Z kimkolwiek. To zawsze pomagało. Nawet jeśli była to rozmowa z sobą. Kiedyś pisała pamiętnik. W niebieskich zeszytach obłożonych dla kamuflażu w okładki z napisem „Zadania z fizyki”; chowała je między sprężynami a materacem łóżka. Zupełny bezsens. Nikt przecież nie chowa „Zadań z fizyki” w łóżku.

Ale to było dawno. Wtedy ciągle było tak… tak bezpiecznie. Tak cudownie bezpiecznie, kiedy zawstydzona przyłapywała rodziców w kuchni, gdy całowali się, myśląc, że ona już dawno śpi. Teraz nie chcą nawet wejść razem do kuchni.

Kiedyś Magda zawołała ją do komputera. Czytała na głos, poruszona, publikowany w Internecie pamiętnik jakiejś alkoholiczki. szczegółowo, dzień po dniu opisującej walkę z uzależnieniem. Tak dowiedziała się o blogu. Dwa tygodnie później założyła własny. Zeszyty spod sprężyn dane do przeczytania całej elektronicznej wiosce. Po co czekać, aż ktoś w końcu znajdzie – na co tak naprawdę liczy każda mała dziewczynka – ten pamiętnik. Można go przecież samemu podrzucić światu.

Dzisiaj, po wieczorze pełnym ludzi, winie, cieple oddechu Andrzeja na jej szyi i jego nagłym wyjściu, czuła się osamotniona. Opuszczona. Blog pomagał na to. Szczególnie gdy nie było w pobliżu Magdy Na blogu można było wyrzucić z siebie cały zgiełk rozterek, myśli i wątpliwości. Wyspowiadać się, wymyślić sobie pokutę i nie musieć przyrzekać poprawy, trochę usprawiedliwić, trochę się pożalić, ale przede wszystkim przekonać się, że to nieprawda, iż ona jest z Księżyca, a cala reszta z Jupitera. Zaczęła pisać.

12.10.2002

(Nie) odwzajemnienie

Mam wrażenie, że zatrzaskuję przed nosem drzwi komuś, kto przyniósł torby z moimi zakupami i kogo sama zaprosiłam, aby je ze mną zrobił. Był stoicko cierpliwy, doradzał, odradzał, wystawał przed przymierzalniami, stał ze mną we wszystkich kolejkach do kasy we wszystkich sklepach tego miasta, oglądał ze mną wszystkie książki we wszystkich księgarniach, potem niósł wszystkie ciężkie torby, a gdy podeszliśmy pod drzwi mojego mieszkania, wzięłam te torby od niego i zatrzasnęłam drzwi przed nosem. Już nie był mi potrzebny. I nawet mu nie podziękowałam, głównie ze strachu, że moją wdzięczność mógłby pomylić z przyzwoleniem i mieć nadzieję na następne zakupy. Tak się teraz czuję. Wrednie, okropnie. Cuchnę na odległość egoizmem i obłudą, l przy tym wszystkim wiem, że on dołożył do tych toreb swoje serce i teraz bez niego jedzie autobusem do domu. Ale jutro będzie miał nowe. Po to, aby mi je dać, gdybym kiedyś po zakupach zechciała wpuścić go do środka.

Nieodwzajemnienie

Nie potrafię sobie z nim poradzić. Z tym nieodwzajemnieniem. Pewnie dlatego, że zapraszam go na te zakupy, robiąc nadzieję. Ale to akurat jest uczciwe. Odwzajemnione. Bo ja też robię sobie nadzieję. Na to, że go pokocham. Zapragnę. Zatęsknię. Że któregoś dnia, stojąc w przymierzalni, stwierdzę, że chcę, aby on wszedł tam za mną i powiedział mi, czy ten stanik jest dobry i czy taki właśnie najbardziej chciałby ze mnie zdjąć. Że wypłaczę się z tego grzesznego zadurzenia, także zupełnie nieodwzajemnionego, w mężczyźnie, który darowuje mi czasami w pośpiechu pięć minut, chodzi na zakupy z zupełnie inną kobietą i także robi mi nadzieję.

Sceny z życia stancyjnego

Magda, pseudo Madame, moja przyjaciółka ze stancji z przerażeniem ostatnio stwierdziła, że nasz adres jest dla wielu w „zakładzie” (tak Magda nazywa uniwersytet) adresem „bezpłatnego centrum pomocy upośledzonym językowo”, l że to jest wprawdzie lepiej, niż bycie kojarzonym z adresem agencji towarzyskiej, ale mimo to jest rozczarowana, bo myślała, że ci wszyscy faceci przychodzą do nas, aby się „napatrzeć, podniecić i przeżyć coś chemicznego”, a oni tymczasem przychodzą tak naprawdę na korepetycje i na dodatek wypijają nasze wino.

Oczywiście Magda przesadza, ale coś w tym jest. Ja studiuję anglistykę. Magda romanistykę, a Teo, Hiszpan, który mieszka dwa piętra pod nami, tak naprawdę, gdy tylko nie jest u swojej Ani, którą kocha, odkąd zobaczył ją na plaży w Loret de Mar, wychodzi od nas dopiero gdy na pytanie, czy ma sobie już pójść, Magda, trzepocząc rzęsami i oblizując prowokująco językiem wargi, mówi: – Si, quiero. To znaczy: – Tak, chcę – i znane jest hiszpańskich ceremonii ślubnych.

Teo śmieje się wtedy serdecznie i wychodzi. Teo jest przykładem mężczyzny, który zostawił bez wahania cały swój wygodny i dekadencki dobrobyt, jakiego doświadczał, Jako syn bogatego wydawcy, w Madrycie, i przyjechał do Polski za miłością swojego życia. Zatrudnił się w prywatnej szkole językowej za psie pieniądze, zamieszkał w wynajętym pokoju i uczy się polskiego, aby w przyszłości móc po polsku opowiadać bajki na dobranoc swoim dzieciom. Zarówno Magda, jak i ja mamy na studiach hiszpański jako drugi język, więc często tłumaczymy Teo nasze rozmowy z gośćmi. Gdy nie wystarczy nam hiszpański, przechodzę z Teo na angielski. Ponadto Magda perwersyjnie kokietuje nowych gości, odbierając telefony po francusku, nawet od dziadka, który wynajmuje nam te dwa po koje na poddaszu, i nie dosłyszy polskiego, nie mówiąc o znajomości francuskiego. Poza tym na standardowe pytanie, co studiuje, odpowiada, że „bardzo lubi po francusku”, więc romanistykę. Zwłaszcza, dodaje, przydaje się to w barze hotelu Mercure, gdzie, aby móc zapłacić swoją część czynszu i utrzymać się na powierzchni, jest barmanką i gdzie tak naprawdę ma „najważniejsze wykłady w swoim życiu. I ćwiczenia czasami także”.

Mężczyźni

Ostatnio rozmawiałyśmy z Magdą o Teo. Dla mnie jest on zjawiskowy w tej swojej determinacji, aby pójść na całość za swoim uczuciem. Jest wierny sobie, romantyczny, czuły, dobry i w tym uznaniu miłości za coś świętego i najważniejszego przypomina mi bohaterów książek Remarque'a. Magda uważa, że Teo jest po prostu non stop na rauszu, na jakiejś chemii, i że to wszystko przez te blond włosy Ani, jej duże, ciężkie i sterczące piersi, i że to mu minie prędzej niż ważność paszportu. Przyspawają się do siebie obrączkami i gdy skończy się im ta chemia, będą szukali piłki do metalu.

Nie wiem, skąd ten sarkazm u Magdy. Ona nie wierzy w miłość. Nawet tę do Boga. Uważa, że ludzie religijni to ci niepogodzeni z koniecznością odejścia z tego świata i pełni lęku przed karą za grzechy. Dlatego udają uwielbienie dla Sądu Najwyższego już za życia. Kłócę się z nią o to nieustannie. Ale nieskutecznie. Ona uważa, że nie ma takich mężczyzn, dla których zechciałaby zmienić makijaż, a co dopiero kraj. I że Teo to naćpany miłością przystojny kosmita, l że zupełnie nie pasuje do tych czasów. Bo teraz są nie tylko dobre czasy na preparaty typu wash'n'go, ale także na męskie preparaty typu fuck'n'go. Wie to zarówno od „proli z kasą” ze swojego baru, jak i od „mądrali bez kasy” z uniwersyteckiego pubu. A ona się po prostu dostosowuje do świata. I do preparatów także.

Ale to nie jest prawdziwa Magda. Gdy nie „fazuje”, jest wrażliwa i wsysa jak gąbka wszystkie nieszczęścia tego świata, i pochyla się nad każdym chudym kotem. Całkowicie wyzbyta cynizmu, którego używa tak, jak Diogenes używał swojej beczki.

Potem doszłyśmy do wspólnego wniosku, że kręci nas u facetów głównie mądrość, bo tylko mądry facet potrafi być interesujący, nawet gdy utyje i wyłysieje. Najgorzej gdy ma bardziej pomarszczony brzuch niż mózg. Jest wtedy jeszcze gorszy niż te panienki, które przychodzą czasami do klubów studenckich, aby pokazać nową biżuterię w pępku i opaleniznę z solarium. One są o tyle mądrzejsze, że nie udają, że chodzi im o coś innego.

Poza tym mężczyzna powinien mieć pewien minimalny poziom czułości. Tyle, żeby chciało się z nim popłakać w ciemnym kinie. Albo chociaż chcieć nazwać wszystkie kolory mijanych na spacerze kwiatów lub kupować czekoladowe bzdety na Wielkanoc. Albo słuchać Mozarta.

Gdy to mówiłam, Magda wychodziła powoli ze swojej beczki, cały czas potakując głową. A na końcu powiedziała:

Wiesz co, Martyna, weź ty kiedyś idź w tym swoim Szczytnie nad jedno z tych jezior i złap sobie złotą rybkę. Przekonasz się, że nawet ona nie załatwi ci takiego faceta.

Czy kiedyś polski dziekanat wejdzie do zjednoczonej Europy?

Jeśli rację ma Reymont, który napisał, że siłę człowieka mierzy się liczbą jego nieprzyjaciół, to panie z dziekanatu są supermocarstwem. Mój ojciec uważa, że nie wiem, co mówię, bo nie muszę jeszcze chodzić do Urzędu Skarbowego.

Byłam wczoraj w supermocarstwie. Przyszłam bez wizy, to znaczy dokładnie wtedy, gdy panie z dziekanatu miały poranną kawę i granice miały być zamknięte. Musiałam przyjść. W nagrodę za esej o twórczości Oskara Wilde'a, który napisałam na konkurs rozpisany przez British CounciI, dostałam trzymiesięczne stypendium na Wydziale Filologicznym University of Kent w Canterbury w Anglii. Sam dziekan mi gratulował. l rektor także, a Magda opowiadała o tym na mieście jak o najważniejszym wydarzeniu kulturalnym w Polsce od czasu Nobla Szymborskiej. Tylko panie z dziekanatu nic o tym nie wiedziały. Miałam tylko wydostać niepozorne zaświadczenie o zgodzie mojego uniwersytetu na wyjazd. Miało być po angielsku i miały być wszystkie potrzebne pieczątki.

Najpierw, stojąc za drewnianą ladą przez 15 minut, dowiedziałam się o najważniejszych wątkach trzech polskich seriali aktualnie emitowanych w telewizji. Potem panie przeszły płynnie na reality show. Dowiedziałam się, że w „Barze” Ewelina wyraża się „jak dziwka”, że naprawdę ładna jest tylko niejaka Dobrosława i że „one swoich córek nigdy i w ogóle”. Gdy przeszły do omawiania długości spódnicy nowej asystentki rektora, zaczęłam chrząkać. Nic to nie zmieniło. Nie byłam nawet powietrzem. Co najwyżej próżnią, l to bez wizy. Uratował mnie dziekan, który wyszedł nieoczekiwanie ze swojego gabinetu. Zobaczywszy mnie uśmiechnął się i wykrzyknął:

O, nasza literatka.

I wyszedł.

Panie odwróciły się jak na komendę. Jedna nawet poczuła się zobowiązana zapytać, czego chcę. Chciałam o wiele za dużo. Pani powiedziała, że mam napisać podanie do dziekana. Przynieść zaświadczenie z British CounciI i opinię opiekuna roku. Przetłumaczyć zgodę na wyjazd na angielski i przyjść we wtorek lub w czwartek. Ale nie w następny czwartek, bo mają obronę doktoratu. Po czym bezceremonialnie wróciła do rozmowy o spódnicy asystentki. Byłam znowu próżnią.

Wyłączyła komputer. Wcale nie czuła się lepiej. Wzięta szklankę z winem, włączyła Grechutę, usiadła na wersalce i otulona kocem oparta się o poduszki. Myślała o Andrzeju.

Umówili się z potową grupy u niej w domu na cały wieczór, aby przygotować się do seminarium u Bon Jovi. Tak nazywali młodego Amerykanina, prowadzącego wykłady z literatury amerykańskiej. Anglistyka zatrudniała kilku takich nawiedzonych wędrowców, którzy porzucali swoje wygodne życie w Stanach, w Australii, w Zjednoczonym Królestwie lub Irlandii i przyjeżdżali do Polski, aby „podjąć nowy oryginalny projekt” ich życia, jak to nazywali. Mieszkali w blokach, jedli w stołówkach, spali z polskimi kobietami i zakochiwali się w polskiej mentalności. Bon Jovi nie sprawiał wrażenia, że wie coś o tym projekcie. Może nie wiedział nawet, że jest w Polsce. Ktoś z jej grupy powiedział kiedyś, że Jovi tak naprawdę olewa, gdzie mieszka, ważne, aby była tam biblioteka. Ze swoją chłopięcą czupryną wyglądał lepiej niż prawdziwy Bon Jovi – grał nawet na gitarze – i sprawiał wrażenie, że obudzony w środku nocy zacznie rozważać analogie między literaturą Faulknera a filozofią Junga. Magda, skuszona opowiadaniami o nim, wybrała się kiedyś na jeden z jego wykładów, który tak naprawdę był rozmową z salą. Siedziała oniemiała, a po wykładzie, gdy jechały autobusem do domu, powiedziała, śmiejąc się lubieżnie:

Słuchaj Martyna, krótko mówiąc, chciałabym ssać jego mózg. To znaczy, jego mózg także.

Seminarium Jovi było jak wyzwanie, dlatego wieczorem przyszli do niej na stancję bez wyjątku wszyscy. Magda odmeldowała się na ca – tą noc, zostawiając pokój do dyspozycji.

Andrzej zjawił się przypadkiem. Odkąd fioletowy futurystyczny telewizor ze sklepu, w którym dorabiał do stypendium jako sprzedawca, okazał się „najbardziej seksownym komputerem od czasu wynalezienia liczydła”, Andrzej przejął opiekę nad nim i regularnie przychodził coś „instalować” lub „aktualizować”. Dzięki niemu jej iMac miał najpełniejsze oprogramowanie w mieście. Zupełnie nie interesowało ją to, co on robi. Wystarczyło w zupełności, gdy zapraszał ją po wszystkim do komputera i opowiadał podniecony o tym, gdzie ma kliknąć, co otworzyć i co może „uruchomić w tle”.

Tego wieczoru coś jak zwykle „aktualizował” w drugim pokoju, podczas gdy oni przygotowywali referat na temat „Ewolucji pojęcia duszy w literaturze amerykańskiej”. Czasami przechodził przez ich pokój, aby zabrać coś z plecaka, który zostawił w przedpokoju. Nie mogła nie zauważyć, jak patrzyły na niego koleżanki z grupy, zgodnie poprawiające włosy, gdy tylko wchodził do pokoju. Pili wino, żartowali. Ale i pracowali. Zadymiony pokój i płomienie świec – tak właśnie wyobrażała sobie studia. O takich opowiadał jej ojciec.

W pewnym momencie doszli do ściany. Nikt nie potrafił zacytować czegokolwiek na temat duszy ze współczesnej literatury amerykańskiej. Wiedzieli, że Jovi im tego nie przepuści. W tym momencie z drugiego pokoju dotarł glos Andrzeja:

Moore, Thomas Moore, ten mnich z dwójką dzieci i doktoratem z muzykologii. Pisał o intymności jako spotkaniu dusz, a rozmowę traktował jako ich akt seksualny. On jest w wieku ojca Martyny.

Zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na nią.

Andrzej, chodź tutaj na chwilę! – krzyknęła.

Chcesz wina? – wstała z krzesła i podała mu kieliszek. – Powiesz coś i o nim?

Stał oparty o framugę drzwi, zawstydzony jak mały chłopiec, którego przyłapano na podsłuchiwaniu dorosłych.

Dwanaście lat był mnichem katolickim. Napisał rozprawę o duszy. O tym, że przywiązuje się do ludzi i wydarzeń, że jest jak winogrono zamieniające się w wino, że listonosz jest, jak Hermes, jej posłańcem, a Merkury, opiekun korespondencji, dba, aby słowa docierały do jej najgłębszych zakamarków. I że na duszę nie można patrzeć z punktu widzenia inżyniera.

W tym momencie cofnął się do pokoju z komputerem. Po chwili wrócił i podając jej kilka kartek papieru, powiedział:

Zassałem z sieci. Może się wam przydać…

I wtedy właśnie poczuła ten podziw, z którego powodu pozwoliłaby sobie dzisiaj zdjąć stanik – pod warunkiem, że zaraz za drzwiami zapomniałby o tym.

On jednak nie zapomniałby o tym. Dlatego przez dwa lata byt w pobliżu, ale nigdy blisko. Magda nie mogła tego pojąć. „Słuchaj – mówiła – ten facet ma wszystkie współczynniki. Zjedz z nim spaghetti, umyj rano z nim zęby przy jednej umywalce i przekonasz się, że to ten. On dotyka twojego komputera, jak gdyby dotykał twoich piersi. Sama widziałam. On cię ubóstwia, chociaż jesteście z jednej wioski”. A gdy wpadła w ten swój lubieżny nastrój po winie, potrafiła wstać z łóżka, przyjść do jej pokoju i powiedzieć: „Głupia jesteś jak sanki i na dodatek zdejmujesz z rynku naprawdę dobry towar”.

Ale Magda taka była. Jak mówił Andrzej: „wrażliwość z odkrytym brzuchem zaraz za Firewallem”. Niedostępna i niebezpieczna. Potrafiła na tydzień wyjechać z jakimś facetem w góry i słać jej SMS – y, takie jak ten: „Słuchaj, on ma algorytm w mózgu, Leśmiana w duszy i Cohe – na w sercu. I prześlicznego penisa”. Potem wracała i stwierdzała po mniej niż miesiącu, że „odciął jej skrzydła, uśpił motyle i potłukł duszę”; płakała, nie odbierała telefonów. Potem się nagie podnosiła i, jak to sama określała, zaczynała znowu „łapać karpia, czyli carpe dżem”. Bywała jej absolutnym przeciwieństwem. Tylko raz potłukła swoją duszę; motyle miała do dzisiaj.

Miał trzydzieści dziewięć lat, gdy go poznała. Wie to dokładnie, bo sama wpisywała dane z karty jego zameldowania. Miał trzydziestoletnią żonę i pięcioletnią córkę Monikę. Ich karty zameldowania także wprowadzała do komputera. Przyjechał jako wykładowca z Gdańska na Letnią Szkołę Języka do Torunia. Ona także tam była. Ich koło naukowe było współorganizatorem. Poza tym, że płacili nieźle, można było jeszcze posłuchać najlepszych językoznawców z Polski. Mieszkała w akademiku na terenie miasteczka, przy rektoracie.

Gdyby miała wierzyć w zbiegi okoliczności, to tam, w Toruniu, uwierzyłaby bez wahania. On to do dzisiaj tłumaczy inaczej, ale dla niej to były przypadki. Meldując się, przez nieuwagę zostawił okulary. Szukała go, ale zniknął w tłumie gości. Wywiesiła kartkę na tablicy ogłoszeń, a gdy nie zgłosił się do czasu zamknięcia recepcji, wzięła okulary do akademika. Krótko przed północą ktoś zapukał do drzwi. Nie było jej w pokoju. Brała akurat prysznic w łazience. Gdy wróciła, okryta krótkim ręcznikiem, z mokrymi włosami, siedział w fotelu. Zamarła na chwilę.

Strasznie panią przepraszam – zerwał się z fotela. – Nie mogę czytać, a mam jutro wykład. Powiedziano mi, że pani ma moje okulary. Bardzo przepraszam, nie powinienem wchodzić. Sądziłem, że wyszła pani na chwilę…

Stała półnaga, oparta o drzwi. Schylił głowę, starając się nie patrzeć.

I tak nie widzę pani bez okularów… Proszę mi wybaczyć.

Był taki bezradny. Rozczulający nawet. Nie czulą wstydu. Zresztą do dzisiaj nie czuje przy nim.

Proszę zaczekać. Zaraz je panu dam. Roześmiał się. Tak serdecznie, jak tylko on potrafi.

No tak… Abym lepiej widział.

Schyliła się do torby stojącej pod lawą, przy której przed chwilą siedział. Ręcznik opadł na podłogę. Zupełnie naga schyliła się, aby wyjąć jego okulary z torby On też się schylił. Podniósł ręcznik z podłogi. I wcale jej nim nie okrył. Narzucił go sobie na głowę. Stała zupełnie naga i śmiała się głośno, porażona komicznością tego widoku.

Sięgnęła po jego dłoń i wcisnęła mu te okulary. Wyszedł po omacku, z ręcznikiem na głowie. Gdy znalazł się za drzwiami, zapukał i oddał jej ręcznik.

Od tego wieczoru nagle byt wszędzie. I zawsze przekraczał jakieś granice.

Następnego dnia rano przygotowywała z Kariną, koleżanką z roku, salę do wykładu inauguracyjnego szkoły. Po raz pierwszy w życiu przeklinała, że świeci słońce i istnieje jasność. Organizatorzy przeznaczyli na wykład salę, która wprawdzie miała żaluzje, ale nie pomyśleli o tym, aby sprawdzić, czy można nimi cokolwiek zaciemnić. A ciemno być musiało, prowadzący wykład miał bowiem prezentację z PowerPointa i wyraźnie w liście do organizatorów prosił o zaciemnioną salę. Tymczasem żaluzje, nieużywane prawdopodobnie od lat, nie dawały się opuścić. Najpierw Karina przybiegła z olejem z pobliskiej stołówki. Myślały, że gdy nasmarują nim pordzewiałe mechanizmy, żaluzje puszczą. Nie puszczały. Potem zaczęły tłuc w nie żeliwną podstawą stojaka od mikrofonu, bo byt to jedyny twardy przedmiot, który znajdował się w sali. Potem w krańcowej desperacji ona wspięła się po parapecie i dosłownie uwiesiła na listwie żaluzji, Ucząc, że własnym ciężarem ściągnie ją na dół. To, co stało się w tym momencie, przypomina jej do dzisiaj scenę z kiczowatego filmu akcji. Gdyby nie ewentualny scenariusz tego, co mogło się stać, śmiałaby się sama z siebie. Listwa, na której wisiała, trzasnęła i zaczęła powoli odrywać się od reszty mechanizmu, a jej nogi obsunęły się poza wysoki parapet. Karina wrzasnęła histerycznie. W tym momencie poczuła silny uścisk na obu pośladkach i po chwili jakieś ramię objęto ją wpół, podnosząc spódnicę do góry i rozrywając zapinki tak nieszczęśliwie, że spódnica zsunęła się i opadła na podłogę przy kaloryferze.

Niech pani natychmiast puści tę listwę – usłyszała jego głos.

Puściła. Postawił ją na podłodze. Odwróciła się, on zaś odsunął się i stanął przy Karinie. Oparta o parapet, stała przed nimi w swoich czarnych koronkowych majtkach i białej koszulowej bluzce bez wyrwanych przed chwilą guzików, otwartej na całej szerokości. Karina zakryta usta obiema rękami i patrzyła na nią przerażona. On stał i przyglądał się jej rozbawiony. Gdy schyliła się po spódnicę leżącą na podłodze, powiedział:

Dzisiaj ma pani chociaż majtki na sobie.

Okazał się tym wykładowcą, dla którego Karina uderzyła się żeliwnym stojakiem w stopę, a ona wspięta pod sufit i omal nie spadła. Przyszedł sprawdzić przed wykładem, jak wygląda sala, zobaczył ją wiszącą na listwie i rzucił się na ratunek.

Wykład odbył się w innej sali. Zadzwonił do rektora i zażądał drugiej. Słuchały tego wykładu razem z Kariną. Ona przebrana w sukienkę, koleżanka w sportowych butach. Przebierając się przed wykładem poczuta, że bardzo chce mu się podobać. Nie zabrała wiele rzeczy, jadąc do Torunia, ale mimo to długo się zastanawiała, co włożyć. Gdy prasowała czarną krótką sukienkę, przypomniała sobie to, co zawsze w takich sytuacjach powtarzała jej Magda: „Jeśli kilka razy nurkujesz do szafy dla faceta, to tak naprawdę już chcesz, aby zdjął ci majtki. To na nich powinnaś się skupić i zapomnieć o reszcie”.

Pomyślała wtedy, chichocząc, że akurat w jego przypadku, zważywszy w jakich okolicznościach go nieustannie spotyka, Magda ma zupełną rację, jeśli chodzi o te majtki.

Stała przed lustrem, delikatnie rozprowadzając perfumy za uchem. Czarna sukienka z niesymetryczną górą, odsłaniającą ramiączko stanika. Czarne pończochy z koronkowym ściągaczem na udach. Szpilki, Jeszcze nowe okulary przeciwsłoneczne, które ojciec przywiózł dla niej ostatnio z Rzymu; przesunęła je z oczu na włosy, odsłaniając czoło. Wiedziała, że wygląda lepiej z odsłoniętym czołem. Andrzej nie mógł czasami oderwać od niego wzroku. Poza tym uważała, że okulary słoneczne we włosach nawet w zadymionym, ciemnym klubie dodają tajemniczości. Na usta nałożyła malinowy błyszczyk. Pierwszy raz szła na wykład w szpilkach.

Przez te szpilki nie mogła iść szybko. Gdy dotarta do auli, do której przeniesiono wykład, jakiś opasły profesor strasznym angielskim kończył powitalne przemówienie. Sala była pełna ludzi. Poszukała wzrokiem Kariny. Siedziała w pierwszym rzędzie. Gdy ją dostrzegła, wstała i kiwnęła, aby zeszła. Grubas skończy}, odczekał krótkie, anemiczne oklaski i natychmiast zaprosił do pulpitu „mistrza ceremonii”, jak to określił. Jego.

Wszedł na podium i stanął obok grubasa, który zaczął odczytywać z kartki jego biografię. Doktor habilitowany, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego i UCLA w Los Angeles, autor ośmiu książek z zakresu semantyki języka, poeta, członek redakcji uznanego czasopisma literackiego wydawanego w Irlandii, zapalony żeglarz. Po…zapalonym żeglarzu” zaczęta schodzić. Jej szpilki głośno stukały o wypolerowane stopnie schodów. Widziała kątem oka odwracające się w jej stronę głowy ludzi siedzących w fotelach. Grubas przestał czytać i także spojrzał w jej kierunku. Zanim dotarła do miejsca obok Kariny, była czerwona ze wstydu. I wtedy stało się coś niezwykłego: on zszedł z podwyższenia i nachylając się do jej ucha, wyszeptał:

Czy wszystko u pani w porządku? Nie zrobiła sobie pani nic złego, spadając z tego okna?

Nie! Naprawdę nie. Przepraszam. Nie chciałam panu przeszkadzać.

Nie przeszkadza pani. Cieszę się, że pani przyszła.

Wyprostował się i wrócił spokojnie na scenę. Grubas nie mógł ukryć konsternacji. Ona rozejrzała się dyskretnie, aby zobaczyć, gdzie siedzi jego żona. Nie było jej. W tym momencie Karina nachyliła się do niej i szepnęła:

Marty, zakręciłaś nim. Czułaś, jak pachnie!?

Nic nie czuła. Oprócz dreszczy, zaciśniętych kurczowo ud, spojrzenia na plecach wszystkich obecnych na sali i podniecenia pomieszanego z uniesieniem, wracających uporczywie z myślą, że przed chwilą stało się coś bardzo ważnego. Słyszała jego głos, ale skupić się na tym, co mówi, mogła dopiero po kwadransie.

Rzadko który wykład byt tak… nieprzewidywalny i pełen poskręcanych misternie fabuł. I to o semantyce! Być może niektóre z tych wygłaszanych przez Jovi były podobne. Jeśli jednak wykłady Jovi porównałaby do intelektualnych klipów podobnych do tych z MTV, to jego wykład – do nastrojowego koncertu. Dotychczas wydawało się jej, że nie może być nic nudniejszego niż semantyka, którą na jej uczelni prowadziła wiecznie obrażona pani profesor z Krakowa, usypiająca wszystkich na sali swoim monotonnym głosem, nie wspominając już o tym, co opowiadała, a raczej odczytywała z pisanych ręcznie, poplamionych i pomarszczonych od używania całymi latami folii.

Jeśli nawet było to subiektywne – po tym, co się stało, nie mogło być pewnie inaczej – wydawało się jej, że o semantyce języka opowiadał trochę jak o poezji, a trochę jak o powieści detektywistycznej.

Karina skupiona była na czymś zupełnie innym. Nachyliła się do niej w pewnym momencie i szepnęła do ucha:

Słuchaj, on ma głos jak Joe Cocker. Widziałaś? Ma obrączkę na prawej dłoni.

Po chwili nachyliła się jeszcze raz i dodała:

Ale może to sygnet…

To była obrączka. Wiedziała na pewno. Zauważyła ją, gdy podpisywał kartę zameldowania wczoraj, tuż po przyjeździe. Tylko że wczoraj było jej to zupełnie obojętne. Dzisiaj – teraz, w tej ciemnej sali, gdy patrzyła na niego w trakcie wykładu – z niepokojem skonstatowała, że już nie. Że jest ważne. Bardzo ważne. Miała wrażenie, że grzeszy. Czuła oczarowanie.

***

[Mariusz Makowski]

Wiedziała, że coś się zdarzy. Już wtedy w pokoju, gdy spotkały się ich oczy, a ona, mniej lub bardziej świadomie pozwoliła opaść ręcznikowi na podłogę – wiedziała. On też wiedział. Ta obrączka na jego palcu była wyrzutem i jednocześnie grzeszną, perwersyjną podnietą. Czuła, że robi coś złego, coś, czego nikt by się po niej nie spodziewał i… podobało jej się to. Nigdy jej nie zdejmował, nigdy o niej nie wspominał. Ale zawsze była. Jak zamek w drzwiach do świata, do którego ona nigdy nie będzie miała wstępu. Czasem o niej zapominała. Wyrzucała ją z pamięci w chwilach, które spędzali razem w hotelu w Toruniu, gdy budzili się razem w środku nocy, patrzyli na miasto, na gołębie śpiące na gzymsie. Świat był dla niej, całe to piękno, jego oddech na karku. Wszystko było dla niej. Przyjmowała te chwile jak dar. Istnieli tylko oni oboje i nie istniał świat. Czasem w nocy chodzili nad Wisłę. Mieszkała w Toruniu przez trzy miesiące tej szkoły i w każdym tygodniu odkrywała jakieś magiczne miejsce, które zaznaczała na mapie wiszącej na ścianie w akademiku. Pokazała mu je wszystkie, razem odkryli kolejne.

Na weekendy wracał do Gdańska. Do Niej. Wiedziała, jak ma na imię, wiedziała, jak ma na imię jego córeczka. W trakcie jednego takiego weekendu, pod koniec września, gdy on był w Gdańsku, ona pojechała do Magdy. Magda nie miała wakacji. Pracowała w tym swoim barze od „wykładów z życia”. Płakała wtedy w poduszkę na łóżku Magdy.

Czego ryczysz kretynko! Głupia jesteś i tyle. Tak jak wszystkie blond idiotki wyobrażasz sobie, że rzuci dla ciebie wszystko i będzie tylko twój? Bawi się tobą i, do cholery, on ma 39 lat. Myślisz, że jest taki wyjątkowy, bo wie, o czym marzą dwudziestodwuletnie panienki?

Ja go kocham! – krzyczała przez łzy

A on ciebie? – pytanie zawisło w nagiej ciszy pokoju.

Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiała, podświadomie przyjęta, że to oczywiste. Tak samo jak oczywista stała się od pewnego dnia intymność z nim. Po prostu któregoś wieczoru, kilka tygodni po tym pamiętnym wykładzie, przyszedł do niej wieczorem do akademika, zapukał, wszedł do pokoju i bez jednego słowa zaczął ją całować.

Nie były ważne deklaracje, nie mogła – a przede wszystkim nie chciała – myśleć o przyszłości i o niej nie myślała. Liczyły się tylko chwile, które mogli spędzić razem. Jego cudowny dotyk, którym wynajdywał i odsłaniał w niej pokłady rozkoszy, o których istnieniu nie miała pojęcia. Zapominała się w seksie z nim. Bezwstydnie i całkowicie. Była taka, jaką zawsze pragnęła być, i nie musiała mu nic mówić. Wiedział. Krzyczała, drapała go boleśnie, to znowu tuliła i obdarzała najdelikatniejszymi pieszczotami Nigdy nie usnął przed nią, spędzali całe noce na rozmowach. Tak naprawdę to on nauczył ją szeptu. Odkrywał przed nią swoje najskrytsze myśl i pragnienia. Ale także lęki. W jego oczach była jedyną kobietą na ziemi. Obdarzyła go całkowitym zaufaniem, oddała mu całą siebie nic zostawiając miejsca na nic innego. Każde jego słowo padało w najodpowiedniejszym momencie. Po tygodniu znajomości podarował jej album z reprodukcjami obrazów Tadeusza Makowskiego. Nie mógł wiedzieć, że kochała malarstwo, a obrazy Makowskiego byty jak powrót do dzieciństwa.

Wiedziałem, że ci się spodoba. Masz w sobie tę ciekawość dziecka i pociągającą wrażliwość.

Czuła, że przy nim nie musi nawet nic mówić. Wiedział. Nigdy nie wierzyła, że spotka kogoś, kto znałby ją tak dobrze. I znowu czuła zauroczenie. Jak każdego dnia, tam w Toruniu.

A potem potłukł jej duszę.

W piątek Magda wyjeżdżała do domu, a Tomasz w ten weekend przyjechał specjalnie dla niej. Mieli całe trzy dni tylko dla siebie. Martyna postanowiła, że przygotuje dla nich kolację. Taka odrobina wspólnej codzienności. Razem przemierzali olbrzymie przestrzenie hipermarketów, oboje wybrzydzali nad każdą pietruszką na straganie i śmiali się do łez.

Wyglądał komicznie z masą toreb w rękach, ale jak najprawdziwszy dżentelmen nie pozwolił jej wziąć nawet najmniejszej siatki. Weszli do pokoju, Tomasz z wyrazem ulgi postawił zakupy na podłodze. Przy -. tulił ją mocno.

Dziękuję, że pozwalasz mi wnosić zakupy do domu – szepnął jej do ucha.

Zamarła.

Dlaczego tak powiedziałeś? – odsunęła się, by spojrzeć mu w oczy.

Co?

To o zakupach.

To twoje słowa. Andrzejowi nie pozwalasz wejść do środka z siatkami.

Nigdy nie mówiłam ci o Andrzeju.

Poczuła, że cały świat zaczyna się jej walić. Zrozumiała wszystko. Jego oczy mówiły jej, że ma rację.

Czytasz mój blog, a potem udajesz, że tak świetnie mnie znasz i rozumiesz?! Czytasz w moich myślach? Kłamco! Dlaczego? Żeby zaimponować naiwnej małolacie, żeby być kimś wyjątkowym, by zaciągnąć ją do łóżka i mieć o czym opowiadać kolegom przy wódce?

To nie tak Marty, zupełnie nie tak – próbował ją objąć.

Odsunęła się gwałtownie.

Wyjdź. Proszę cię, wyjdź! Nic nie mów… Wyjdź!

Wyszedł bez słowa. Nie wrócił. Jak mógł nie wrócić!?

Nie mogła myśleć. Mogła tylko płakać. Przypomniała sobie, jak na czacie jakiś chłopak chciał jej udowodnić, że mimo iż nie jest przystojny, umie uwieść każdą kobietę. „Po prostu ich słucham i mówię im to, co chcą usłyszeć” – napisał. Oburzyła się wtedy okropnie. A przecież taka właśnie była. Chciała, by mężczyzna jej słuchał, by rozumiał ją bez słów… By mówił tylko to, co chce usłyszeć. Idiotka. Słowa są największym oszustwem, na które faceci nas nabierają. Myślałaś, że poznałaś anioła, bo mówi do ciebie te wszystkie cholernie ważne słowa? Głupia. Anioły po prostu są, nie muszą nic mówić, nie udają, że cię znają. Nie muszą. Są, gdy ich potrzebujesz i nie wyjeżdżają do żony i dziecka Anioły są tylko dla ciebie.

Tak jak Andrzej.

Przez cały czas byt, nigdy niczego nie oczekiwał, nie udawał. Kochał ją i nigdy nie dat po sobie poznać, jak musi cierpieć z powodu jej obojętności…

Na łóżko wyrzuciła całą zawartość torebki. Znalazła notes. Drżąc wybrała numer telefonu Andrzeja. W automatycznej sekretarce odezwał się kobiecy, radosny glos:

Cześć. Tu Ola i Andrzej. Są dwie możliwości: albo nas nie ma, albo nie mamy ochoty teraz z nikim rozmawiać. Zostaw wiadomość, a oddzwonimy.

***

Część druga

Minęło kilka miesięcy od tego wieczoru.

Gdyby dzisiaj miała powiedzieć, co czuła w tym czasie najczęściej, powiedziałaby, że odtrącenie. Paradoksalnie czulą, że bardziej odtrącił ją Andrzej. Ten Andrzej, którego ona odtrącała regularnie kilka razy w tygodniu. Mimo to miał być, uczyć się dla niej nowych wierszy na pamięć, opiekować się komputerem, zauważać nowe buty lub nowy kolor lakieru na paznokciach, kupować dla niej książki, przypominać, żeby zadzwoniła do ojca i całować jej szyję, ale tylko jeśli przed tym wywoła w niej podziw. A potem natychmiast zapomnieć, że mu na to pozwoliła.

Miał czekać.

Przetrwać z nią razem to jej zauroczenie z Torunia, akceptować to, że znika bez słowa pożegnania na całe weekendy i wróciwszy milczy przez pół tygodnia, zrywając się jak oszalała, gdy tylko zadzwoni telefon.

Nie poczekał na nią.

Nawet nie zauważyła, że się wycofywał. W milczeniu. Powoli. Gasła jego obecność. Jak świeca, która się wypala. Ponieważ palił się w jej życiu ogromny reflektor z Gdańska, nawet nie zauważyła tej świecy. Magda tylko raz skomentowała to, że Andrzej zniknął z jej życia:

Martyna, słuchaj, nie możesz faceta traktować jak numeru z kolejki po nerkę do przeszczepu. Musi i tak poczekać albo niech się dalej dializuje. On może nie byt zupełnie zdrowy, ale ty pomyliłaś organy On czekał raczej na przeszczep serca. Twojego. Poza tym oprócz serca on ma także prostatę.

Poza tym tęskniła. Wcale nie za intymnością czy fizycznością. Tej, oprócz miesięcy w Toruniu, i tak było mato. Bardziej za ceremoniałem bycia razem. Rozmowami, spojrzeniami, dyskretnym dotykiem i tym momentem, gdy w hotelu, w samochodzie na parkingu lub w trakcie spaceru w lesie przestawali nagle rozmawiać i zaczynali się całować i dotykać. Za napięciem takich chwil tęskniła najbardziej. Mniej za tym, co działo się potem.

Przez kilka tygodni wierzyła, że to wróci. On zadzwoni, ona da się przeprosić. I będzie jak dawniej. Dokładnie zaplanowała przebieg tej rozmowy. Zastanawiała się tylko, czy nie rozpłacze się, zanim on dojdzie do przeprosin.

Nie dzwonił. Ciągle zrywała się do telefonu i ciągle Magda powtarzała jej, że nawet pies Pawiowa przestałby się ślinić, gdyby po kilkudziesięciu dzwonkach nie dostał miski z żarciem. Martyna, weź ty go spuść wreszcie po brzytwie!

Wróciła do pamiętnika. Blog pozostał rozmową ze światem, ale nigdy o nim. O nim pisała dla siebie.

Zawsze, gdy telefon nie dzwoni, wiem, że to Ty…

Jeździła do Szczytna. Każdego piątku. Ojciec nie pytał o nic. Gotował zupę grzybową, ścielił dla niej łóżko pod oknem i rozmawiali. Rano brata Tony'ego i wychodziła nad jeziora. Po trzech tygodniach powiedział jej, że nie będzie pracował w weekendy i że Tony czeka na każdy piątek jak „ćpun na pierwszą kreskę”. Podczas którejś wizyty obok jej nakrycia na stole ojciec położył prezent. Nowy telefon komórkowy Z nowym numerem wypisanym niezdarnie przez ojca mazakiem na kartoniku przyklejonym taśmą samoprzylepną do kolorowego papieru. W niedzielę wieczorem, przed wyjazdem, podeszła do łóżka pod oknem, wyjęta z torebki swój stary telefon, wyciągnęła z niego baterię i wsunęła go pod poduszkę.

Czwartek: Napisać referat

Mam kolegę na roku, który należy do grupy ludzi szczęśliwych tylko z tego powodu, że się urodzili. Niczym się poza tym nie wyróżnia. Jest niski, gruby, ma zawsze, latem i zimą, te same brązowe, za duże buty, nosi okulary i, jak mówi Magda, ma.mniej seksu w sobie niż wieszak biurowy”. Ma na imię Remigiusz. Czasami wpada do nas na stancję, głównie po to, żeby przynieść mi notatki z wykładów. Przez ostatnie miesiące był dla mnie nie do zniesienia. Nie mogłam zrozumieć jego filozofii życia. Za każdym razem, gdy go spotykałam, kojarzył mi się z clownem na pogrzebie. Doprowadzał mnie do szału tą swoją radością życia. Był jak denerwujący dysonans. Jak anorektyczka, która przyjechała na wczasy dla „puszystych”. Budziłam się w smutku, zasypiałam w smutku i chciałam być smutna pomiędzy. Miałam taką fazę. A on byt apoteozą radości. Jak różowy goździk przypięty do garnituru nieboszczyka. l na dodatek mieliśmy razem przygotować na literaturę amerykańską referat o prozie Hemingwaya. Wolałam pisać o Nabokovie, ale spóźniłam się na zajęcia i został tylko Hemingway i Remek do rozdziału.

Nie było smutniejszego faceta niż Hemingway. Gdyby nie ten Sloppy Joe's Bar przy Duval Street, głównej ulicy Key West na Florydzie, zastrzeliłby się 10 lat wcześniej. Nie ma chyba z kolei na świecie radośniejszego faceta niż Remek.

Przez cały tydzień pisaliśmy ten referat. To znaczy on pisał, a ja tylko przytakiwałam, bo mi przez mój smutek i tak wszystko było obojętne. Któregoś dnia zaprosił mnie do stołówki na obiad (Magda opowiada o tym do teraz w swoim barze: „Do stołówki, rozumiesz gostku, do stołówki! Tutaj, w tym zakładzie, jedno piwo jest droższe niż tam cały obiad z deserem. A na deser jest kisiel, gostku. Kisiel!”) i opowiedział o sobie. Tam, w tej stołówce.

Matka urodziła go w więzieniu. Przejechał przez domy dziecka od Rzeszowa po Giżycko i od Bolesławca po Szczecin, zahaczając o Stargard Szczeciński. W Stargardzie ktoś odkrył, że zna angielski. Nauczył się go wieczorami, bo chciał zrozumieć, co śpiewa Cohen. Tłumaczył listy dla całego magistratu, dawał korepetycje za darmo dzieciom notabli. Dali mu w uznaniu stypendium. Wysłali do szkoły. Do dużego miasta. Potem wróci do Stargardu, aby je spłacić. To stypendium. To takie piękne miasto, l ma perspektywy – mówi. Może nawet dostanie mieszkanie. Dają mu pieniądze na ubranie. Ale pary w księgowości w magistracie to jego znajoma, więc w ramach tego „ubrania” rozlicza też rachunki za książki. Czy może być większy fart w życiu? Czy można budzić się rano i nie cieszyć się, że się żyje!?

Słuchałam go i się wstydziłam. Najnormalniej w świecie się wstydziłam. Swojego smutku i problemów, które nagle okazały się banalne.

Od tego obiadu w stołówce chodzimy z Remkiem do kina. Płaci zawsze on. Za wszystko. Za bilet, za popcorn i za mój przejazd autobusem do domu. Nie chcę go urazić, więc się zgadzam. l zawsze jest szczęśliwy, l przed filmem, i po filmie. Jak gdyby ktoś darował mu za 20 złotych dwie godziny pobytu w innym świecie.

Myślę, że Remek przeżywa każdy dzień swojego życia jak dziecko, które rodzice pierwszy raz wzięli do Disneylandu.

Od tego referatu z Hemingwaya jest jedynym mężczyzną – Magda twierdzi, że mam pójść najpierw do okulisty, a wracając wpaść do endokrynologa i zrobić sobie wyniki „na hormony” – któremu podałam numer mojego nowego telefonu komórkowego. Z pewnością nie wie, jak bardzo jego zachwyt życiem pomógł mi znaleźć nowy sens w moim.

Poniedziałek: Pójść się pomodlić

Magda nie ma racji.

To nieprawda, że religia jest tylko dla „pełnych panicznego lęku przed karą za grzechy po śmierci”. Powiedziałam jej to zaraz po powrocie z kościoła w poniedziałek wieczorem. Magda nie wierzy w Boga. Dlatego trzeba z nią rozmawiać o Bogu z najwyższym szacunkiem dla jej ateizmu. Tylko wtedy ma się szansę.

Miałyśmy znowu długą dyskusję, l znowu się na mnie obraziła. Ale tylko na osiemnaście minut. Magda wie to dokładnie, bo ona mierzy, jak długo wytrwa obrażona na mnie. Mówi, że im dłużej ze mną mieszka, tym bardziej skraca się ten czas.

Magda właśnie taka jest. Potrafi powiedzieć coś tak pięknego, jak „jesteś moją najlepszą przyjaciółką” w taki właśnie sposób: „Dzisiaj tylko osiemnaście minut, Martyna”, l potem mnie przytula.

Magda postrzega Kościół bardziej przez instytucję niż przez wiarę. Nie potrafi tego oddzielić. Uważa, że księża powinni być tak samo pełni czystości. Jak „ten biały okrągły wafel podawany do ust”. To właśnie przy tym „waflu” pokłóciłyśmy się. Ponieważ ja wiem, że Magda wie doskonale, jak nazywa się „ten wafel”, czuję się wtedy dotknięta. Ona z kolei myśli, że nazwanie tego „waflem” jest cool. Od zeszłego poniedziałku już tak nie myśli. Więc Magda myli Kościół z plebanią. Uważa, że pracownicy plebanii powinni być czymś zbliżonym do aniołów. A tymczasem te anioły przychodzą „po cywilnemu” do jej baru i rozglądają się po „biustach laseczek”, l to ją absolutnie „przekonująco dołuje”.

Mówiłam jej, że to są także ludzie. Że testosteron nie znika wraz z pojawieniem się powołania. Że kiedyś byli chłopcami i mieli polucję, a teraz są mężczyznami i z pewnością mają erotyczne sny. Zaczęła się śmiać. Magda nie lubi, gdy ona się śmieje, a ja nie. Nie śmiałam się. Więc opowiedziała mi dowcip:

Spotyka się dwóch księży. Jeden mówi do drugiego:

Słuchaj, przy naszym papieżu nie doczekamy chyba zniesienia celibatu.

Drugi, zasmucony, potakuje głową i odpowiada:

Nie. My chyba już nie. Ale może nasze dzieci…

I śmiałyśmy się razem. Tak jak lubi Magda.

Ja chodzę do kościoła tylko w poniedziałki. Nawet jeśli jest to tylko trzy razy w roku, to i wtedy są to trzy poniedziałki. Wieczorem. Gdy nie ma tam nikogo. Bóg jest już wtedy wypoczęty po tym całym tłumie z niedzieli. Można wtedy z Nim sobie spokojnie pogadać.

To znaczy, najpierw modlę się trochę do Niego, a potem sobie gadamy.

Tego ostatniego poniedziałku rozmawiałam z Bogiem o mężczyznach.

Jeśli nawet Bóg nie jest mężczyzną, to musi o nich dużo wiedzieć. Przecież to ich stworzył najpierw. Ale wiem także, że po ich stworzeniu czuł się niespełniony, l w tym niespełnieniu stworzył kobietę.

Więc pogadałam sobie o mężczyznach z Bogiem i teraz już wiem, że to dobrze, naprawdę dobrze, że mi mój ojciec kupił telefon komórkowy z nowym numerem.

Umrzeć na haju I na waleta

Wczoraj z DS – u na campusie karetka nie zabrała ćpuna.

Nie zabrała, bo karetki nie zabierają trupów. Przyjechał taki przerobiony mercedes ze srebrzystymi brudnymi firankami podwieszonymi na szybach.

Trup to student. Mieszkał w DS – ie na waleta.

Znaleźli go w toalecie segmentu pokoi 205/206 oraz 207/208. Miał strzykawkę w żyle. Studiował marketing. Dostawał stypendium za dobre wyniki w nauce. Był z dobrego domu. Cokolwiek to znaczy. Mógł wynająć za pieniądze rodziców całą willę w Konstancinie lub Wilanowie. Ale jeśli kupuje się regularnie „substancje”, to może zabraknąć na czynsz. Zawsze można waletować. Tak było, gdy studiował mój ojciec, i tak jest teraz. Tylko że wtedy, gdy studiował mój ojciec, „substancją” był poczciwy bimber. Teraz jest to acid, czyli kwas. Kwas można kupić wszędzie. Nawet portierki w DS – ach wiedzą, kto sprzedaje kwas. Zresztą łatwo się zorientować. Wystarczy zauważyć, kto co jakiś czas parkuje „niemiecką bryczkę z pełnym wypasem' na parkingu lub trawniku przed DS – em.

Magda znała trupa. Bywał u niej w barze. Zamawiał najbardziej kolorowe koktajle. Siedział nad nimi zawsze sam, w milczeniu. Zostawiał napiwki wyższe niż rachunek. Ostatnim razem płacąc dotknął jej dłoni. Tak zupełnie bez powodu. Nigdy nic nie mówił. Magda nawet nie wie, jaki miał głos.

Za granicą nadziei

Prezerwatywy można kupić w każdym Realu, a gdy ktoś nie lubi lub nie ufa Niemcom, w Geancie. Malinowe, truskawkowe, ekstracienkie lub z „wygodnym zbiorniczkiem na ejakulat”,. Nie ma tylko jeszcze czarnych prezerwatyw. „Bo czarny wyszczupla” – mówi Magda.

Poza tym prawie każdy niewyznaniowy ginekolog przepisze pigułki, l to takie wyznaniowe poprawne. To znaczy „nieporonne”. Mimo to studentki ciągle zachodzą w niepożądaną ciążę. Nawet w tych miastach, gdzie są Reale i Geanty, i gabinety ginekologów. Potem, gdy już trudno zakryć brzuch obszernym swetrem, jadą na wieś, skąd przyjechały, i na rodzinnym konsylium ustala się. że urodzą. Dziadek się wstydzi, ale pomoże. Babcia płacze, ale pomoże tym bardziej. Przecież ona ciągle jeszcze dobrze pamięta swoją niepożądaną. Cieszą się przy tym, że wieś się nie dowie, bo córka nie musi chodzić do kościoła w niedzielę. Jest przecież w mieście na studiach.

Anita byta na czwartym roku biologii i w czwartym miesiącu ciąży, gdy w czarnym obszernym swetrze pojechała na wieś na konsylium. Najgorsze jest to, że Bartek jest odpowiedzialny i był przed poczęciem w supermarkecie Geant. Tylko że im pękła prezerwatywa. Pękają opony, to może pęknąć i „gumka”. Anita jest oczytana, więc wiedziała o tych tabletkach na het day after. Pojechali do sąsiedniego miasta – bo w swoim Anita się wstydziła – i chodzili po aptekach. To była niedziela. W jednej pani magister spojrzała na nią jak na prostytutkę, w innej powiedziała, że „to legalna apteka i tego nie prowadzą”. W trzeciej, na dużym robotniczym osiedlu, dowiedzieli się, że muszą mieć receptę od ginekologa. Nie znali żadnego ginekologa, który przyjmuje w niedzielę. Szczególnie w tym obcym mieście. Zresztą wydal prawie wszystkie pieniądze na bilet kolejowy. Przed tą trzecią apteką Anita policzyła, że tak naprawdę to i tak musiała mieć dni niepłodne, więc wrócili na dworzec.

Dwa miesiące temu Anita urodziła. Dziewczynkę. Na imię dali jej Julia. Jest zdrowym, radosnym dzieckiem, tyle że nie ma gałek ocznych. Anita, tak twierdzi ginekolog, musiała najprawdopodobniej zetknąć się w czasie ciąży z kimś chorym na różyczkę. Często właśnie to powoduje zmiany genetyczne prowadzące do „niewykształcenia pewnych organów”. Czasami gałek ocznych. W akademiku człowiek styka się z chorymi na wszystko. Także na różyczkę.

Anita i Bartek to przyjaciele Remka. Mieszkali z nim w tym samym akademiku. Teraz Anita wróciła na wieś. Remek miał załzawione oczy, gdy mi o tym opowiadał. Przy Magdzie. U nas na stancji. Bo Remek jest ojcem chrzestnym Julii.

Gdy dziecko nie ma gałek ocznych, to rodzice mają prawo być za granicą nadziei. Tak uważa Remek. Ja też tak uważam, l zastanawiam się, co Bóg miał na myśli, dopuszczając do tego… Gdy Remek wyszedł, Magda powiedziała tylko „kurwa mać” i zamknęła się na cały dzień w swoim pokoju.

Żyła bez mężczyzn. To znaczy bez mężczyzn, którzy byliby na tyle sensowni, aby choć przez chwilę pomyślała, że mogłaby chcieć, aby ją dotknęli. Remek dotykał ją słowami i swoim optymizmem. Ale Remek byt poza granicami dotyku. Miał dla niej tylko głowę i serce.

Wszystko miało swój bieg. Swój plan. To nieprawda, że codzienność, zaczynająca się siedem razy w tygodniu myciem zębów rano i kończąca zmywaniem makijażu wieczorem, jest nudna. W tym czasie można mieć normalne życie. Ciekawe. Pełne zdarzeń. Regularne. Bez erupcji, ale także bez poparzeń i grzechu. Kolokwia, egzaminy, biblioteka, książki. Czasami wino wieczorem. Dużo muzyki.

Odkryła jazz. Getz, Metheny. Dawała korepetycje, tłumaczyła. Pisała błoga. W piątki, gdy nic nie było w planie na weekend, zasypiała w Szczytnie. Czasami zabierała tam Magdę. Nawet nie musiała jej tego wcześniej zapowiadać. Na słowo „Szczytno” Magda po prostu dzwoniła do baru i mówiła, że jej nie będzie. Ani w piątek, ani w sobotę i „niech sobie wezmą za ladę tę małą cycatą z Holidayu. Ona także odróżnia piwo od wina i ma zawsze wolne przebiegi na weekend”. I odkładała słuchawkę.

Te weekendy z Magdą w Szczytnie byty za każdym razem jakieś takie i odświętne. Trochę jak kolacje wigilijne. Magda przygotowywała z jej j ojcem kolację w kuchni. Ona nakrywała stół. Potem Magda przebierała się w sukienkę i jedli kolację. Czasami po kolacji oglądali filmy na DVD przywiezione przez Magdę. Późnym wieczorem szli na spacer nad jezioro. Tony zasypia! w łóżku Magdy. Gdy wracały autobusem do domu, Magda była zamyślona i milcząca.

Toruń wspominała jak wakacyjną miłość kolonistki lub harcerki. Opisała to w pamiętniku. Przeklęta. Opłakała. Odcierpiała. Zostały po nim jakieś wysuszone kwiaty w kartoniku, książki z jego dedykacją i kilka kartek wystanych z różnych miast na świecie. Jedyne, z czym nie mogła sobie jeszcze poradzić, to wracające wspomnienie tego, jak szukał jej niecierpliwie, aby upewnić się, że leży obok niego w nocy. I tego :szeptu ulgi i radości, gdy ją znajdował. Ale wiedziała, że i z tym sobie kiedyś poradzi.

Andrzej…

Zniknął, jak gdyby zamknęli go w więzieniu. Wprawdzie bez widzeń, ale z dostępem do Internetu. Tego nie było przecież nawet w tym hightech więzieniu na Rakowieckiej. Nie wiedziała, jak on to robił, ale zdarzało się, że gdy zostawiała komputer on – line i odchodziła na jakiś czas, to gdy wracała, miała zaktualizowane programy. I suchy „readme” plik z instrukcją, co zostało zmienione i w co ma kliknąć, aby to działało. Nic więcej. Tak jakby chciał dotrzymać danego jej słowa, że będzie opiekował się jej komputerem. Klikała i zawsze działało. „Readme” nie zawierają przeważnie żadnych czułości, ale mimo to szukała czegoś w ostatnich liniach pliku. Czegoś od niego. Chociaż zwykłego „pozdrawiam”. Nigdy nic nie znajdowała.

Wszystko miało swój spokojny bieg. Do tego wtorku. Tak naprawdę do poniedziałku wieczorem. Była już w łóżku i czytała Zeldina. Intymną historię ludzkości. Po angielsku. Prawdziwy hymn na cześć kobiet. Zadzwonił telefon. Było krótko przed północą. O tej porze dzwonił czasami on. I kochali się czasami na GSM – ie. On w Gdańsku lub w Getyndze. Ona tutaj. Ale to było dawno. Poza tym nie znał tego numeru.

To byt Remek. Powiedział jej, że cały dziekanat jej szuka. Od wczoraj. Panie z dziekanatu wywiesiły nawet plakat przy wejściu. Taki list gończy z jej nazwiskiem i imieniem. Ma natychmiast tam pojechać.

Nie mogła usnąć. Była tam już przed ósmą. Panie z dziekanatu byty podniecone. Pan profesor doktor habilitowany z Gdańska, przyjaciel pana rektora, kolega ze studiów pana dziekana dzwoni od trzech dni do dziekanatu i jej szuka. W bardzo ważnej sprawie. A one szukają jej po całym mieście. Wysyłają studentów, aby jej szukali. Wywieszają plakaty. A jej nigdzie nie ma. Tak nie może być. Bo pan profesor doktor habilitowany z Gdańska, przyjaciel pana rektora, oczarował panie z dziekanatu i one mu ją znajdą… Wytrzasną spod ziemi.

Podały jej kartkę z numerem telefonu i zajęty się piciem kawy.

Kupiła kartę telefoniczną. Nie chciała dzwonić z komórki. Kolonie się przecież dawno skończyły. Jej ręce drżały, gdy wybierała numer. Przy długim sygnale odwiesiła słuchawkę. Wyszła z dziekanatu. Musiała się uspokoić. Poszła na rynek. Usiadła w kawiarni, zamówiła kawę. Zapłaciła kelnerce, zanim ta przyniosła kawę do stolika. Wyszła. Znalazła automat w bocznej uliczce.

Martyna… – powiedziała do słuchawki.

Zapadła cisza. Czekała.

Marty, ja…, to znaczy… Marty… wybacz mi…

Doktorant jego kolegi z katedry popełnił plagiat. Skopiował pracę jego magistranta. Zmienił trochę przypisy i przedłożył to jako swoją pracę doktorską. On to natychmiast odkrył. Powiedział doktorantowi. Wtedy ten wyjął kopertę z fotografiami. Ich fotografiami. Gdy ją całuje na plaży w Sopocie, gdy trzyma jej dłonie w kawiarni w Toruniu, gdy tuli ją pod parasolem na Starówce w Gdańsku.

Normalny szantaż.

On chce iść do dziekana. Potem do swojej żony. Inaczej nie może. Gdyby zrobił inaczej, musiałby zwymiotować na siebie.

Ale przedtem chce jej o tym powiedzieć. Bo on się z tymi fotografiami utożsamia. I żadnej nie zaprzeczy. I że to są tak naprawdę piękne zdjęcia. I ona jest na tych zdjęciach po prostu… Po prostu jest. I że on się nią i tym, co było między nimi, nie da żadnemu skurwielowi szantażować.

Nigdy.

Słuchała. I nagie było jak wtedy, gdy znajdował ją obok siebie w nocy i ucieszony jak dziecko tulił do siebie. Tak samo. Tyle że tutaj, na tej ulicy Przy automacie telefonicznym.

Powiedziała tylko:

Idź do dziekana. Ja dam sobie radę. I odłożyła słuchawkę.

***

[Renata Palka – Smagorzewska]

Jej pierwszy odruch byt histeryczny. Wrócić do domu, poprosić ojca, żeby pilnował drzwi i zrzucał ze schodów każdego, kto będzie próbował się do niej dostać. Tak zresztą reagowała najczęściej w sytuacjach krytycznych. Do rangi rodzinnej epopei urosła opowieść o zbitym przez małą Martynkę kryształowym wazonie. Ostatni raz słyszała tę opowieść w czasie kolacji. Ojciec opowiadał ją Magdzie, kiedy byty w Szczytnie. Magda kroiła cebulę. Zalewała się od łez i była tak ślicznie zarumieniona od ciepła, które bito z patelni.

Wazon byt, z nie wiadomo jakich względów, przedmiotem otoczonym niezwykłą czcią. Martynka bawiła się rurą od odkurzacza. W pewnym momencie uruchomiła silnik. I stało się coś niezwykłego. Wazon rozleciał się na tysiąc okruchów podobnych do gradowych kulek. Wydał z siebie coś w rodzaju lekkiego westchnienia. Martyna schowała się do szafy. Po kilkunastu minutach tkania zasnęła w niej.

Finał byt taki, że rodzice reklamowali wazon i dostali drugi, taki sam. Eksperci orzekli, że w ten sposób kryształy rozsypują się bardzo rzadko. Jeden przypadek na dziesięć tysięcy kryształowych cacek. Jakaś niezrozumiała dla zwykłych śmiertelników wada. Pęka kryształowe serce…

I jej tak pękło. Miała wrażenie, że tak się właśnie stało…

W czasie tej krótkiej rozmowy przez telefon.

Martyniu, ależ ty jesteś egzaltowana. Nic ci nie pękło, nic nie może pękać kilkanaście razy w roku, a już na pewno nie serce – przypomniały jej się słowa babci Jadwigi, u której czasami spędzała wakacje w Borach Tucholskich.

Szła przed siebie.

Oni wiedzą… wszyscy wiedzą! To niemożliwe, że tak mogą jej się przyglądać ludzie, którzy się niczego nie domyślają. Nie chciała być sam4 chciała być teraz przy nim. Przecież się nie wyparł. Przecież z taką dziwną tkliwością powiedział, że się nie wyprze, że się utożsamia… Nie schowa się do szafy. Tym razem się już nie schowa.

Wystarczyła jej wieczorna rozmowa z Magdą. Długa, wieczorna rozmowa. Przecież już samo hasło „długa, wieczorna” ma jakąś magiczną moc. Magda przyniosła szprotki. Ogromną, papierową torbę szprotek. Nie wie, co jej odbiło. Były takie złote.

Rozumiesz Martyniu! Złote rybki po 12 zł za kilogram. Każda z nici to jedno życzenie.

Oczywiście „każda NIE ZJEDZONA!”

Siedziały na podłodze. Wrzucały szprotki do ogromnego słoika z wody i wypowiadały życzenia.

Moja maleńka. Przestań się zamartwiać! Wielka mi afera. Pan profesor całuje się ze studentką! Nawet nie wiesz, jakie ludzie robią okropieństwa innym ludziom i wcale nie mają z tego powodu takich wyrzutów sumienia. A cóż w tym takiego złego, że ludzie się kochają? Widzisz w tym jakąś obrazę moralności? Przecież nie robiliście tego na przystanku autobusowym w godzinach szczytu! – i wybuchali! śmiechem.

Dostały czkawki tego wieczoru. Tak. Magda miała takie talenty, że potrafiła podnieść z samego dna rozpaczy na jako taki poziom „tolerancji samej siebie”.

Kiedy zabrakło im wina, zapukały do Teo. Teo znał się na winach jak mało kto. Mężczyźni z dużą ilością pigmentu tak widocznie mają. Teo miał dużo pigmentu, dużo dobrego humoru, świetne przyprawy do gulaszu i umiał tańczyć flamenco. I już samo pojawienie się Hiszpana, który porzucił dla „swojej Ani” corridę, wszystkie hiszpańskie specjały klimat, i uczy się „szeleścić” i „rzęzić” (żeby móc opowiadać swoim dzieciom polskie bajki), pozwalało wierzyć, że miłość nawet w swoich najbardziej wyrafinowanych przejawach „przenosi góry”. Przyniósł wino i powiedział najśmieszniejszą polszczyzną, na jaką potrafił się zdobyć:

Pśepraszam, nie psieszkadzam, właśnie prasuje przeszczeradlo.

Temat żony profesora pozostał nietknięty. Magda zrobiła to tak, że udało jej się przegadać temat we wszystkich możliwych wariantach nie ruszając „żony”. Nawet nie pamiętała jak ma na imię. Córka Monika. Ale żona?

Zadzwoniła do Remka:

Bądź jutro rano w holu przy dziekanacie. Przynieś ze sobą „brzytwę”. Taką… no wiesz, jak dla tonącego.

Wyszła z szafy. Otrząsnęła się.

Nie będzie czekała, aż ktokolwiek przedstawi „swoją wersję”. Nie będzie go stawiała w kłopotliwej sytuacji. Ona ma własną wersję. Niosła ją przed sobą jak tarczę. Założyła buty na wyższym obcasie. Tak miarowo stukały o posadzkę. Nie miała pojęcia, że ją uprzedził. Weszła do dziekanatu. Właśnie wychodził od dziekana.

Dobrze, że cię widzę! Chciałem z tobą porozmawiać – pociągnął ją za rękę.

Szła potulnie. Na korytarzu ścisnął ją za rękę tak mocno, że aż syknęła.

Chyba oszalałaś, Marty! Co chciałaś zrobić? Wszystko wyjaśniłem. Nie pozwolę, abyś się komukolwiek musiała tłumaczyć… Nie ty… W zasadzie w ogóle nie mam zamiaru nikomu niczego tłumaczyć – przerwał, zawiesił głos.

Nikomu, poza… – urwał.

Patrzył w bok. Puścił jej rękę. Widziała, jak za jego plecami Remek daje jakieś niezrozumiałe znaki. Machał rękami, jakby gasił niewidzialny pożar albo odganiał stado much.

Dziękuję ci, nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć, chyba tylko, że nie wiem.

Nic nie wiem Odwróciła się. Podeszła do Remka:

Jeżeli mnie stąd nie wyprowadzisz w ciągu 20 sekund, nigdy więcej nie pójdę z tobą do kina.

Uśmiechnął się tylko. Magdzie zostawiła kartkę.

Moja kochana Szprotko. Jadę do domu. Chyba się to jakoś rozejdzie. Jestem pewna, że to nie jest banalny romans. Magduś, wierzę Mu jak głupia. Tak samo jak wierzę w miłość Hiszpana i w to, że szprotki są złote. Jadę naładować moją baterię. Na moją słoneczną wyspę. Nad jezioro. Całuję.

PS Gdyby mnie szukał… jakiś mężczyzna, to znaczy, że to będzie Remek… a on wie, gdzie mnie szukać.

Wyjeżdżała. Ale nie uciekała. Musiała sobie poukładać w sercu wydarzenia ostatnich dni. Pozamiatać kryształowe okruszki. Pomyślała, że powie o wszystkim ojcu. O ile on już wszystkiego nie wie. Miała wrażenie, że zawarł jakiś tajemny układ z Magdą. Że ona tu, a on tam w domu trzymają nad nią straż. Że się o nią wspornic martwią.

Ten zaciemniony autobus.

Myślała o nim. Dogonił ją wtedy, kiedy wychodziła z Remkiem z uczelni. Nie mógł pozwolić, by odeszła. Przeprosił Remka i odciągnął ją na bok. W zasadzie powiedział dokładnie to, czego się spodziewała, to co kobieta chce w takich chwilach usłyszeć:

Pojawiłaś się w moim życiu jak bajka, chcę tej bajce dopisać szczęśliwe zakończenie. Chcę, byśmy je dopisali razem. To co z tobą przeżyłem… i…

Patrzyła na niego. Paznokcie wbiła sobie w nasadę dłoni, aż do boli Mówił coś o wyjaśnieniu sytuacji, o żonie, o wspólnym dziecku. Wspólnych z nią latach. O tym, że nie jest łotrem, i potem, że jest łotrem, ponieważ cokolwiek zrobi, zostanie odebrane jako łotrostwo.

Wyjaśnił dziekanowi sprawę zdjęć. Oświadczył, że jest to osobista sytuacja dotycząca dwojga dorosłych ludzi, którzy mają zagwarantowane przez konstytucję prawo do ochrony swej prywatności.

Wyjawił sprawę plagiatu.

W takich sytuacjach jest bezkompromisowy. Jest uczciwy. Stara się być uczciwy. Nie może dłużej tak żyć, więc wyjaśni wszystko żonie. Chciałby to zrobić najdelikatniej, jak potrafi.

W tym momencie przyszło Martynie do głowy, że sposób, w jaki mężczyzna traktuje swoją żonę, jest wyrazem jego stosunku do kobiet. Tak w ogóle. Nigdy nie pamięta, aby ojciec w jej obecności czy przed kimkolwiek innym źle się wyrażał o mamie. Nigdy nie chciał zrobić jej krzywdy.

Widziała, jak Remek krąży wokół kasztanowca na placu przed uczelnią. Data mu znak, żeby odszedł.

Mimo tej całej afery i tej rozłąki czuła się bezpiecznie. Jakie to cudowne uczucie wiedzieć, że mężczyzna, z którym jest (czy ona jest z nim?; co to znaczy być z nim?), jest mądry, że znajdzie jakiś sposób na wyjście z każdej sytuacji. Zapomniała o tej historii z biegiem. Przypomniała sobie za to historię z ręcznikiem i urwaną żaluzją na sali wykładowej. To niemożliwe, by tak niebanalnie rozpoczęta historia miała mieć jakiś banalny finał. Pamięta to uczucie, kiedy stała przed nim naga. Wtedy chyba po raz pierwszy czuła, że wygląda jak kobieta. Andrzej ją onieśmielał. A przy nim zawsze chciała być naga.

Pochylił się do niej.

Wiem, o czym teraz myślisz… – przeszedł ją dreszcz.

Siedzieli w kawiarni. Poprosił ją o czas. O cierpliwość. Poprosił ją, „aby była”.

Już Pułtusk.

Jeszcze trochę i będzie w domu. Dzień, dwa. Pobędzie z ojcem. Potem nadrobi zaległości na uczelni. Remek jest na posterunku. Porozmawia sobie z ojcem tak szczerze, jak nigdy dotąd. Zgaszą światło, zapalą świece. Zrobią sobie wieczór szczerości. Mieli zaplanować tegoroczne ferie zimowe. Tak, to będzie dobry moment, żeby powiedzieć o wszystkim ojcu.

Może oboje mają sobie coś do powiedzenia?

I odnajdzie równowagę. I jakoś się wszystko ułoży.

Komórka zawibrowała w jej kieszeni. SMS – y.

Pierwszy od Remka:

„Jak wrócisz, idziemy razem na Pianistę. Ja stawiam”.

Drugi od ojca:

„Martyniu. Wiem od Magdy, że przyjeżdżasz. Tony czeka. Ja także”

***

Część trzecia

Autobus przebijał się powoli przez mgłę. Przyśpieszał na krótko tylko wtedy, gdy osłonięta po obu stronach lasem droga stawała się nagle przezroczysta jak szklany, wycięty liniami drzew tunel. Przydrożne latarnie zasnute mgłą wyglądały jak otulone watą lampki na choince. Wigilia, przecież to już tylko trzy tygodnie – pomyślała, zamykając oczy.

Wigilia…

Zawsze owijała lampki watą. Każdą po kolei. Ojciec stawiał choinkę wrogu pokoju, tuż przy tej retuszowanej fotografii dziadka i babci, mama krzątała się w kuchni, a ona nie mogła doczekać się chwili, gdy ojciec wyjdzie ogolony z łazienki, zawiąże krawat przed lustrem w przedpokoju, poprawi marynarkę, zapuka delikatnie do sypialni, w której przebierała się matka, i zapyta:

Marysiu, czy opłatek jest w kredensie?

Nie czekając wcale na odpowiedź – bo przecież opłatek zawsze tam był – podchodził do kredensu, wyjmował opłatek, odwijał go powoli z folii, kładł zawsze na tym samym porcelanowym wyszczerbionym talerzyku i stawał obok niej przed drzwiami sypialni. Po chwili wychodziła matka, ojciec całował ją w rękę, a potem obejmował i przytulał do siebie.

Z głową na jego ramieniu matka patrzyła na nią z góry i zawsze miała łzy w oczach. Każdego roku było tak samo: ona owijała watą lampki, opłatek czekał w kredensie, ojciec tulił matkę. I tak naprawdę, odkąd tylko pamięta, właśnie na ten moment najbardziej czekała. Mniej na prezenty leżące pod choinką i mniej nawet na tę drogę na Pasterkę, gdy rodzice szli przed nią, trzymając się za ręce, a ona siedziała na sankach ciągniętych przez ojca i wydawało jej się, że cały świat jej zazdrości.

Kiedy rodzice się rozstali, nadal owijała lampki watą i nadal czekała na matkę przed sypialnią. Ale nie czulą już żadnej radości. Tylko nie – i pokój, lęk przed tą kolacją z matką – w milczeniu, przy stole, na którym stały dwa puste nakrycia. To drugie zawsze stało przy krześle, na którym siadał ojciec.

Na ten wigilijny smutek nie pomagały matce ani wizyty u psychoterapeuty w Olsztynie, ani koniak, który pita ukradkiem od rana w Wigilię, jak zawsze krzątając się w kuchni, smażąc karpie i przygotowując sałatki śledziowe – po kolacji wywalane bez pardonu do wiadra na odpadki. Bo przecież u nich tylko ojciec jadał śledzie.

Potem były już tylko wigilie u babci. W Zielonce, w Borach Tucholskich. Matka wyjechała któregoś lata do Holandii. Do przyjaciółki w Amsterdamie. Martyna była już w drugiej klasie ogólniaka. Matka wróciła po trzech tygodniach. Zaprosiła do restauracji ją i ojca, i powiedziała, że zabiera ją do Amsterdamu. Że zamieszkają na razie w domu przyjaciółki, że znalazła pracę i że „nie będzie żadnych problemów ze szkolą, bo mąż przyjaciółki jest dyrektorem szkoły anglojęzycznej dla dzieci dyplomatów w Hadze i obiecał przyjąć Martynę już od września”. Ojciec milczał, gdy ona na całą restaurację krzyczała, że nigdzie nie pojedzie. Że tutaj ma przyjaciół, swój świat i nie chce mieszkać w żadnym Amsterdamie. Że nie jest meblem, który można przewieźć do nowego mieszkania, gdy ma się na to ochotę. Wybiegła z tej restauracji i, tak jak stalą, pojechała do babci do Zielonki.

Matka znalazła ją tam. Prosiła, błagała. Mówiła o swoim życiu, które musi ułożyć, póki jeszcze czas. Że nie może tego zrobić tutaj, gdzie wszystko, nawet to „cholerne jezioro przed domem” przypomina ojca. Że tylko tam, daleko może przestać wreszcie „czekać na niego” i spróbować zacząć wszystko od nowa.

Nie pojechała z matką do Holandii. Teraz, gdy o tym myśli, uważa, że była dla niej bardzo niesprawiedliwa. Ojciec mieszkał wtedy w wynajmowanym pokoju w Olsztynie, więc i tak musiała opuścić Szczytno. Tak naprawdę więc, przenosząc się do Zielonki, zostawiła swoich przyjaciół i swój świat, na który się tak nieustannie powoływała, dyskutując z matką.

Rok po wyjeździe matki ojciec wrócił do Szczytna i zamieszkał w ich domu nad jeziorem. Wróciła do Szczytna i ona, ale tęskniła za tym, co zostawiła tam, w Borach Tucholskich. Bo „swój świat”, wie to od Zielonki, nie ma wcale kodu pocztowego. Bardziej niż współrzędne geograficzne wyznaczają go ludzie, których się spotyka, zdarzenia, w których się uczestniczy, i wspomnienia, które chce się mieć. I wśród tych zdarzeń i wspomnień Wigilia jest czymś wyjątkowym. Dlatego teraz, po latach, już rozumie, że matka miała rację, uciekając do świata, w którym stół wigilijny ma tylko jedno puste nakrycie.

Czy ona… czy ona także stawia teraz drugie puste nakrycie na stole wigilijnym jakiejś rodziny? Czy ona może także, wcale nie przypadkiem, niszczy marzenia jakiejś dziewczynki na sankach?

Autobus zatrzymał się. Otworzyła oczy. Szczytno. Bez wątpienia. Tylko w Szczytnie dworzec autobusowy jest tak mały, że wygląda jak parking dla rowerów, i mieści się przy malej budce z napisem „Wyroby mięsne”. Tony rozpoznał ją za szybą autobusu. Zaczął szczekać i skakać jak oszalały, opierając się łapami o luki bagażowe autobusu.

Po tańcu radości Tony'ego przywitała się z ojcem. Pojechali do domu. Kiedy ojciec nastawiał wodę na herbatę w kuchni, ona przeszła się po domu. Zawsze tak robiła po przyjeździe. Stawiała torbę w przedpokoju i jeszcze w płaszczu lub w kurtce przemierzała całe mieszkanie. Dopiero gdy sprawdziła, że wszystko jest na swoim miejscu, czuła, że wróciła naprawdę.

Jej pokój z łóżkiem pod oknem.

Kredens w stołowym. Zielony karton z kopertami adresowanymi jej pismem, widokówki z Amsterdamu. Szafa, w której zasnęła, gdy eksplodował wybrakowany kryształ.

Pracownia ojca. Włączony komputer. Książki, czasopisma i papiery na biurku, podłodze i parapecie. Talerze z resztkami jedzenia. Monitor oklejony żółtymi karteczkami. Otwarta butelka wina. Miska z wodą dla Tony'ego obok drukarki na podłodze. Poplamiony, przedarty i sklejony taśmą dyplom doktora nauk technicznych przypięty pinezkami do ściany.

Sypialnia rodziców. Zasuszony bukiet ślubny, wiszący „głową w dół” na rurze kaloryfera. Na parapecie fotografia uśmiechniętej matki na tarasie widokowym Worid Trade Center w Nowym Jorku. Płyty CD rozrzucone na dywanie. Sterta książek na stoliku nocnym. Wyszywana ręką jej matki poduszka na zaścielonej i nietkniętej części łóżka.

Nic się nie zmieniło.

Obudziła się koło południa. Tony leżał pod kołdrą w jej nogach. Na stole znalazła śniadanie i kartkę od ojca. Wyjechał do Warszawy. Wróci późnym wieczorem.

PS Zupa grzybowa jest w tym czerwonym garnku. Dzwoniła Magda.

Przechodząc do łazienki, wcisnęła przycisk odtwarzacza CD. Dido. Jej ostatnia płyta No Angel. Niesamowite! Było jak na stancji. Magda ostatnio także słuchała prawie wyłącznie Dido. Zjadła śniadanie. Wyszła z Tonym na spacer. Wróciła i usiadła przy komputerze ojca. Chciała wejść na swojego błoga. Kliknęła. Zniknął wygaszasz ekranu. Pojawił się tekst w wordzie. Ojciec pewnie zostawił.

„Zapiszę go i wejdę na błoga” pomyślała.

W tekście byty same litery. Żadnych wzorów czy schematów. Ojciec nie pisał przecież żadnych tekstów bez wzorów lub schematów! Zaciekawiona zaczęła czytać.

O zachwycie słowem

Jedni cytują Biblię (Na początku było Słowo i Słowo było przy Bogu, i Bóg był Słowem), inni przywołują do pomocy genetykę, twierdząc że zdolność mówienia to nic innego jak tylko wynik ewolucyjnej mutacji pewnego genu na chromosomie Y oraz obecności krótkiej sekwencji genów FoxP2 na chromosomie 7. To rzekomo (badania są w fazie na tyle początkowej, iż nie można uznać ich za fundament nowej teorii) dzięki mutacji chromosomu Y i proteinie kodowanej przez FoxP2 ludzie mają podarowane przez ewolucję mózgu obszary odpowiedzialne za mowę. l jest to fascynujący podarunek. Pod względem złożoności i możliwości porównywalny do kodu DNA. Gdyby założyć, że ludzie używają w potocznym języku 10 tysięcy rzeczowników i 4 tysięcy czasowników (oglądając ostatnio telewizję, przekonuję się, że jest to zbyt optymistyczne założenie), to używając gramatyki, można połączyć te rzeczowniki i czasowniki w ponad 6,4 biliona zdań składających się z pięciu słów. Gdyby założyć, że do wypowiedzenia każdego z tych zdań potrzebowalibyśmy tylko jednej sekundy, to wypowiedzenie wszystkich zajęłoby ponad milion lat. Kobietom oczywiście kilka lat mniej. Z pewnością też wypowiedziałyby te ważniejsze zdania na początku.

To, czy w drodze od niezrozumiałych pomruków Homo erectus do poezji współczesnego Homo sapiens pomagał człowiekowi Bóg, czy tylko pewne białko, jest dla większości z nas tak naprawdę jedynie naukową ciekawostką. Faktem istotnym dla wszystkich natomiast – często zupełnie nie uświadamianym – jest to, że Człowiek jest Człowiekiem tak naprawdę dzięki mowie. Bez słów nie powstałyby te idee, które spowodowały, że między odkryciem włóczni a umieszczeniem stacji orbitalnej w kosmosie minęło zaledwie dwanaście tysięcy lat. Ale mowa niejako nosiciel bynajmniej zachwyca ludzi. Zachwycające w słowach jest to, co można dzięki nim przeżyć, l jakich przeżyć dostarczyć innym.

Po wynalazku Gutenberga z Moguncji ponad 600 lat temu słowa znalazły swoje miejsce w książkach i gazetach, l zachwyt nimi, słowami, się pomnożył. Ludzie zaczęli pisać. Używając 32 liter, można napisać nieskończenie wiele słów. Składać z nich wypowiedzenia z pracy, wyroki śmierci i akty zgonu, ale można także napisać coś tak genialnego i zmieniającego świat jak Blaszany bębenek.

Fascynacja słowem w książkach to nie fascynacja samą informacją. Gdyby zastosować matematyczny model Shannona do beletrystyki, to okazałoby się, że większość przekazu w książkach jest szumem, a nie informacją w termodynamicznym sensie teorii informacji. Ale ludzie chcą być zatopieni w tym szumie, znajdują w nim bowiem inspirację swoich fantazji i chemię własnych emocji. Kiedy czytam w czasopismach naukowych o analizie sonetów Szekspira z punktu widzenia teorii informacji, to zawsze przypomina mi się anegdota o amerykańskim fizyku nobliście, będącym sąsiadem farmera, któremu nie niosły się z nieznanych powodów kury. Pewnego dnia farmer poprosił noblistę o radę i pomoc. Noblista tydzień po wizycie na farmie zadzwonił do biednego farmera i zaczął rozmowę z nim takim zdaniem: „Bili, na początku załóżmy, że kura jest okrągła…”.

Na początku było słowo… Jeśli faktycznie Bóg jest tym programistą, to i na „początku” Internetu Biblia się nie myli. Na początku Internetu (ponad 33 lata temu) było bowiem słowo. Nawet jeśli miało być inaczej. Mało kto zna tę historię.

Wieczorem 20 października 1969 roku grupa informatyków w centrum komputerowym Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles (UCLA) miała po raz pierwszy w historii ludzkości doprowadzić do tego, aby dwa komputery zaczęły „rozmawiać” z sobą. Tym drugim komputerem był komputer w Stanford Research Institute (Stanford) w północnej Kalifornii. UCLA | miało wysłać słowo „log” (które tak naprawdę jest kodem i nic nie znaczy), a Stanford miał • potwierdzać odbiór każdej litery jej powtórzeniem.

UCLA wysłało L, Stanford potwierdził: LL. UCLA wysłało O, Stanford potwierdził: LLO. W tym momencie zostało przerwane połączenie. Cały system przestał działać. Na ekranie w Los Angeles zostało „LLO”. l to jest tak niezwykle symboliczne. Amerykanie wymawiają „Hello” bardzo często z głuchym „h”, jako „(hę) Ho”. „Witam Cię” było pierwszą wiadomością przesłaną przez Internet. l to wbrew woli nadawcy.

Na początku było słowo…

Moment!

Ojcowie nie piszą takich tekstów! Takie teksty pisze Bon Jovi, jej profesor z Gdańska lub jakiś mądrala z gazety w Warszawie. Ale nie ojciec. Coś jest nie tak. Ojciec ma pisać swoje schematy i czasami listy. A tutaj takie coś! Była zdumiona. Wydawało się jej, że kto jak kto, ale ona powinna wiedzieć przed wszystkimi, a nie dowiadywać się przez przypadek. Nawet jeśli on to pisze tylko „do szuflady”.

Napisała e – mail do Magdy.

Bonjour Madame,

Magie:

Słuchaj, wiem, że dzwoniłaś. Tony chciał odebrać telefon, ale on nie mówi jeszcze po francusku. Zbyt rzadko przyjeżdżasz ze mną do Szczytna, aby zdążył się nauczyć. Więc odebrał Daddy. Zaraz potem wyjechał na cały dzień do Warszawki, a ja spałam. Przy oknie z widokiem na jezioro. Sama wiesz, jak dobrze się śpi w Szczytnie. Nawet nie próbuj dzwonić do południa. Dziewiąta tutaj to jak środek nocy u Ciebie. Wzięłam prysznic już po południu i słuchałam Dido. Mój Daddy słucha Dido! Tak jak Ty.

Słuchaj, trafiłam na tekst.

Jest QL. Ty lubisz takie teksty. Załączam Ci. Jeśli nie wiesz, co zrobić z załącznikiem, to zadzwoń do Remka. Pomoże Ci go otworzyć. Gdyby ociągał się z przyjściem, to powiedz mu, że już nigdy nie pójdę z nim do kina. Na Pianistę także nie. Wtedy z pewnością przybiegnie. Jak myślisz, kto mógł napisać taki tekst!?

Tejkkeruj Marty

Przeszła do sypialni rodziców. Wśród płyt leżących na dywanie wyszukała walce Straussa (wiedziała, że ojciec je ma, bo podczas ostatniej wizyty przez pół sobotniego wieczoru tańczył walce z Magdą). Przyniosła czysty kieliszek do wina. Utuliła Tony'ego, który leżał przy jej nogach pod biurkiem z komputerem. Nalała wina do kieliszka. Włączyła muzykę i zaczęta pisać.

Czy miłość poddana analizie traci magię?

1. Gdyby Jezus dożył siedemdziesiątki, myślę, że nie kochałby wszystkich ludzi. Tylko niedojrzali i niedoświadczeni ludzie mogą kochać całą ludzkość. Jezusa ukrzyżowali zbyt wcześnie, aby mógł być doświadczony. Magda nawet twierdzi, że Jezus kochałby tylko Matkę Teresę, Janusza Korczaka i Maksymiliana Kolbe. Poza nimi niewielką garstkę mógłby trochę lubić. Tak twierdzi Magda. Ale Magda w sprawach religii jest nieobiektywna i z pewnością niewiarygodna.

Ale nawet jeśli nie zgadzam się z Magdą w temacie „religia”, to ustaliłyśmy wspólnie, że Jezus nie powinien kochać pewnego księdza z parafii na terenie blokowiska pewnego dużego miasta na północy Polski. Na terenie tego blokowiska jest duży, niedofinansowany i nieustannie żebrzący o pomoc Dom Małego Dziecka. Ponadto na śmietnikach tego blokowiska regularnie znajduje się zwłoki niemowląt porzuconych po porodzie przez matki. Kierowniczka Domu Małego Dziecka, starsza, wierząca w Boga kobieta, wystąpiła do miasta o zgodę na wydzielenie w Domu pokoju ze specjalnym oknem, gdzie kobiety, w dramatycznej sytuacji i rozpaczy, gotowe porzucić swoje niemowlęta na śmietniku, mogłyby je anonimowo zostawić. Podrzucić. Miasto miało to „rozważyć po znalezieniu środków”. Kierowniczka wiedziała, jak długo miasto może „rozważać”. Nie chciała czekać bezczynnie, więc zwróciła się także do parafii. Parafia odpowiedziała już najbliższej niedzieli. W trakcie kazania. Młody, arogancki, otyły i sepleniący ksiądz grzmiał z ambony o upadku moralności i „zachęcaniu przez niektóre instytucje na terenie parafii do grzechu rozpusty i zrzucania owoców tegoż na barki miłujących Boga parafian'”

Wstydziłam się za tego księdza przed Magdą.

2. Miłość bardzo często przeplata się z cierpieniem i bólem. Niektóre kobiety bolą odbite kopniakiem nerki.

K. (inicjał także zmieniony) studiuje socjologię. Jest atrakcyjną brunetką, taką, za którą gwiżdżą chłopaki na budowie. K. nienawidzi nocnych barów, głośnej muzyki i dymu papierosowego, a mimo to przychodzi regularnie do baru Magdy w Mercure. Przychodzi tam ze swoim facetem albo, jak mówi Magda, przywlekana jest przez niego. Facet ma na imię Jarek, ma szeroką poprzeczną bliznę na wygolonej głowie, wąskie oczy, wąskie usta i tatuaż z wojska na przedramieniu. Rzadko wydaje z siebie jakiś dźwięk, ale zawsze trzyma w dłoni skórzany portfel wypchany banknotami. Magda twierdzi, że jego penis ma więcej centymetrów niż IQ punktów, chyba żeby – w co Magda nie wierzy – miał penisa ponad – trzydziestocentymetrowego. K., gdy się rozczuli, twierdzi, że kocha Jarka i że jest on mężczyzną jej marzeń. Jarek chyba o tym wie, bo gdy zbyt dużo wypije, zaciąga K. do męskiej toalety, aby mu.zrzuciła z krzyża”, I K. mu „zrzuca”. Ale nie to jest według Magdy najgorsze. Ponieważ K. jest atrakcyjną młodą kobietą, często jest zaczepiana przez mężczyzn. Jarek, mimo że wygolony, nie należy do osiłków, więc nie atakuje tych mężczyzn, tylko K. Potrafi wyzwać ją od niewyżytych uniwersyteckich kurew i uderzyć. Pewnego razu K. zaprotestowała. Wybiegła z baru. Jarek pobiegł za nią. Gdy długo nie wracali, Magda wyszła zobaczyć, co się stało. K. leżała z zakrwawioną twarzą na brudnym śniegu i jęczała. Jarek najpierw ją przewrócił, a potem kopnął leżącą w nerki. Magda zadzwoniła po karetkę.

Po tym incydencie K. nie przychodziła do baru przez pół roku. Potem zaczęła się znowu pojawiać. z Jarkiem. Zapytana przez Magdę, wylękniona, rozglądając się, czy na pewno Jarek tego nie usłyszy, wyszeptała, że.on jak nie bije, to jest dobrym, szlachetnym człowiekiem”. Magda twierdzi, że zna kilka przypadków „dobrych i szlachetnych, gdy akurat nie biją”. Niektórzy z nich mają tytuły naukowe i służbowe samochody. Niektórzy mają także żony w domach. Ciekawe, w co kopią swoje żony, jeśli odbijają nerki swoim kochankom? Ale gdy nie biją, to tak naprawdę przecież „dobrzy i szlachetni mężczyźni”.

Tony dał znać o swoim istnieniu. Zaczął ją gryźć delikatnie w bosą stopę. Chciał wyjść. Skończyła pisać. Sprawdziła tylko, czy nadeszły jakieś e – maile. Była reklamówka z ofertami Merlina, gdzie często zamawia książki. Czekał na nią także e – mail od Magdy!

Martiniaue,

Nie doceniasz mnie, baby!

Jeśli ktoś potrafi zmieszać 5 gramów (sic!) żubrówki, 80 gramów soku jabłkowego i 15 gramów mineralnej bez gazu, sprzedać to Japończykowi jako kultowy francuski drink w barze w Mercure i wziąć za to jeszcze duży napiwek, to potrafi także otworzyć załącznik bez pomocy faceta. Dużo rzeczy można zrobić bez pomocy faceta, chociaż z facetem niektóre mogą być bardziej przyjemne.

Remek mimo to przybiegł na stancję, l to dzisiaj rano. Wyciągnął mnie z łóżka.

O 8 rano!!! Czujesz to?!

Tylko dlatego, że to Remek i że znam w szczegółach jego trudne dzieciństwo, nie zabiłam go tym ogromnym budzikiem, który masz od swojej babki.

Remkowi „Optymiście Tysiąclecia” wymięka optymizm. Remek się martwi, l to już przed ósmą rano. Oficjalnie przybiegł dowiedzieć się, czy dojechałaś szczęśliwie (tak jak gdyby nie mógł zadzwonić do Ciebie, right?), a nieoficjalnie chciał mnie wypuścić na temat profesora. Był przy tym zmartwiony jak matka, która oddała lekarzom swoje dziecko na operację przeszczepu szpiku kostnego. Ponoć jakimś dramatycznym gestem wysłałaś go spod kasztanowca „na drzewo” i zniknęłaś ze „starszym, nie budzącym zaufania obcym mężczyzną”. l byłaś przy tym „smutna, jak nigdy dotąd”. Oczywiście nic mu nie powiedziałam o.starszym mężczyźnie”. Jedno wszakże wiedz, Marty, mówię Ci to teraz jako doświadczona psycholka z baru: Remek przechodzi z fazy kupowania Ci biletów do kina w fazę myślenia o tym, że chciałby Cię w tym ciemnym kinie trzymać za rękę. I żebyś Ty także tego chciała. Ćwiczyłaś to już z Andrzejem komputerowcem, więc znasz możliwe scenariusze. Zastanów się nad tym i we właściwym momencie włóż Remka do zamrażalnika, bo mu wycieknie cała dopamina i radość życia mu się ulotni. A on przecież ma do spłacenia w Stargardzie to stypendium i mógłby tam potem przy okazji uszczęśliwiać jakąś kobietę.

Poza tym Remek powiedział mi, że Jedzie na pogrzeb. To dziecko bez gałek ocznych, to od tej Anity, zmarło. Okazuje się, że oprócz oczu miało niewykształcone jeszcze inne narządy, i mała Julia umarła. Gdy Remek zamilkł, to nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy płakać. Nie chcę się dalej o tym rozpisywać, bo zaczynają trząść mi się ręce i nie trafiam w klawisze.

Mam jeszcze jeden news dla Ciebie (zauważ, że nie ma Cię w city mniej niż 24 godziny, a mogłabyś swoją osobą zapełnić pół Newsweeka). Wczoraj późnym wieczorem, gdy Ty jechałaś do Szczytna, zapukał do drzwi Twój kolega „z tej samej wioski”. Akurat Teo był u mnie na dokarmianiu (zauważyłam, że u mężczyzn występuje często interesująca prawidłowość: jedzą u jednych kobiet, a zasypiają w łóżkach u zupełnie innych). Andrzej miał taką minę, gdy dowiedział się, że Ciebie nie ma, iż biedny Teo porzucił niedokończony talerz z ogórkową i wrócił w pośpiechu do siebie na piętro.

Słuchaj, piękny Andrzej (wychudł, ma podkrążone oczy, trzydniowy zarost i czarny pulower, który łatwo się zdejmuje przez głowę; wyglądał super!) przyszedł jak gdyby nigdy nic i powiedział, że „ma do zaktualizowania iMaca Martyny”. Rozglądał się po pokoju tak, jak gdyby myślał, że może jednak jesteś, tylko schowałaś się i leżysz na przykład pod kanapą.

Tak mi się go jakoś żal zrobiło, więc gdy on poszedł dłubać przy Twoim kompie, zaparzyłam • zieloną herbatę, którą on tak lubi, i którą Ty mu zawsze podawałaś, i zaniosłam mu na biurko. Biegam w wełnianych skarpetach po domu, więc nie słyszał, gdy weszłam do Twojego pokoju i stanęłam z tym kubkiem za jego plecami.

Słuchaj teraz uważnie, Marty!

On siedział przed wyłączonym komputerem i miał łzy w oczach.

Postawiłam herbatę obok klawiatury i wyszłam, udając, że nic nie zauważyłam. Ty wiesz przecież, że się gubię, tracę contenace, zaczynam mówić po francusku, a czasami nawet tracę zmysły w obecności płaczących mężczyzn. Musiałam wyjść, aby nic takiego się nie stało. Po godzinie Andrzej wyszedł z Twojego pokoju, zaniósł pusty kubek do kuchni i pożegnał się ze mną. Twój iMac jest tak samo ładny jak przed jego wizytą, więc komputerem się raczej nie martw.

A teraz ten tekst…

Drżą mi ręce, nogi. I piersi mi także drżą.

Marty, ja nie muszę wcale myśleć, kto napisał ten tekst.

Ja to wiem.

Czytałam ten tekst minimum 10 razy. I to cztery dni przed Tobą.

Może nie w tej wersji, którą mi załączyłaś, ale te wszystkie jego piękne myśli o słowie, nauce, Bogu i Internecie już tam były.

I były tam jeszcze takie słodkie błędy ortograficzne, l tymi błędami także mnie rozczulił.

Taki tekst mógł napisać tylko Piotr, tzn. Twój ojciec.

Pomyślałam, że należy mu się za to Dido do słuchania. Kazałam jednemu cieciowi z bani wypalić kopię Dido dla mnie, a jemu wysłałam Pocztexem mój oryginał. Bo Twój ojciec zasługuje na to, aby mieć tylko oryginały.

A do kartonu z płytą Dido włożyłam mu kilogram krówek. Takich ciągnących.

Czy wiesz, że on potrafi zjeść pół kilo krówek w ciągu godziny?

Wiesz?

Znalazłam też najpiękniejszy błękitny krawat w mieście – pasuje do tej jego koszuli ze spinkami, w której tańczył ze mną walce, l też dołożyłam do Dido. Żeby dzisiaj w Warszawie mógł wyglądać tak, jak chciałabym, aby wyglądał.

Czy wiesz, że jego ulubiony kolor to błękit?

Wiesz?

Przepisałam dla niego ręcznie wszystkie najpiękniejsze wiersze Riikego. l wsunęłam pod krówki. On prawie wszystkie i tak zna na pamięć.

Wiedziałaś o tym?

Kupiłam dla niego karafkę do wina, aby pił wieczorami wino, które.oddychało”. Bo czerwone wino powinno oddychać. Wiesz, jakie wino on lubi najbardziej?

Wiesz?

I gdy już to wszystko miałam w kartonie, poszłam na pocztę i kupiłam drugi karton. Wypełniłam go kulkami ze styropianem, aby na pewno dostał wszystko w całości.

Marty, ja kocham Twojego ojca.

I kocham go inaczej niż Ty.

Możesz mi to wybaczyć?

Twoja Magda

***

[Renata Palka – Sniagorzewska]

Piesku, wracamy, muszę do niej napisać; teraz, kiedy jestem taka wewnętrznie poruszona.

Martyna prawie głośno rozmawiała z psem, który jak maty pług śnieżny rozgarniał zmarzniętym nosem śnieg w alejce nad jeziorem.

Madame!

Są na świecie dwie osoby, które chciałabym widzieć szczęśliwymi, ponad wszystko.

Nie będę ukrywała, że jestem trochę zaskoczona. Widziałam zmiany, jakie zachodzą w moim ojcu. Może byłam zbyt przejęta moimi własnymi sprawami, aby wyciągnąć właściwe wnioski. Teraz już rozumiem wszystko.

To nie jest takie zupełnie proste odkrycie. Jestem młodsza od Ciebie o 6 lat Jesteś dojrzalsza o całą epokę.

Myślę trochę inaczej.

Wiem na pewno, że Ty jesteś najbardziej cudowną istotą (noszącą od wielkiego dzwonu spódnicę), a mój Daddy jest najwspanialszą istotą (noszącą od wielkiego dzwonu krawat), Prawem boskim i ludzkim, dwie tak wyjątkowe istoty mają szansę się spotkać i… pokochać Mnie się to wszystko powoli układa, w środku.

Naprawdę.

Myślę, że jak się spotkamy, to już nawet nie będę chciała Cię złego powodu zamknąć w piwnicy pełnej myszy (widzisz jak wiem, czego najbardziej nie lubisz).

Uświadomiłaś mi dziś jeszcze jedno.

Zupełnie jakbyś dokonała jakiegoś cesarskiego cięcia w mojej głowie.

Nie kocham Tomasza.

Zakochałam się w magii stów, w tym, w jaki sposób mnie dotykał i co mówił, kiedy mnie dotykał. Pociągnął mnie za sobą jak wiatr pociąga nasionka dmuchawca. Ja – bez woli… on jak żywioł.

Ujęło mnie to, że jest dojrzały, mądry, że nie mówi źle o swojej żonie, że ma odwagę… Tomasz jest fascynującym mężczyzną… aleja go nie kocham.

Może ja jeszcze nie wiem, Magie, co to znaczy „kochać”? Może właśnie po to było to wszystko… Toruń, Ty i ojciec…, żebym dostała kolejne słowa do mojej definicji miłości…

Pamiętam teraz słowa babci, która mówiła, że miłość jest wtedy, kiedy chcesz z kimś przezywać wszystkie cztery pory roku. Kiedy chcesz z kimś uciekać przed wiosenną burzą pod osypane kwieciem bzy, a latem zbierać z tym kimś jagody… i pływać w rzece. Jesienią robić razem powidła i uszczelniać okna przed wiatrem. Zimą – pomagać przetrwać katar i długie wieczory, a jak już będzie zimno, rozpalać razem w piecu.

Tak mówiła babcia, l właśnie mi przyszło do głowy, że nie umiałabym z Tomaszem robić powideł i palić w piecu, kiedy zrobi się zimno.

Twój list pozwolił mi zrozumieć, że miłość oprócz tego, że jest… powinna jeszcze być piękna. Aby mogła przetrwać, musi być szlachetna. Może być trudna, ale nie może być niewłaściwa…

Moja była niewłaściwa.

Niewłaściwy czas, niewłaściwy człowiek, niewłaściwe miejsce.

„Bycie z człowiekiem, którego się nie kocha, to jak skazanie na dożywotnie galery”… czy to Ty mi czytałaś?

Ty pokochałaś mojego ojca we właściwym czasie, we właściwym miejscu i jest to zdecydowanie właściwy mężczyzna (teraz sobie przypominam jak was poraziło, kiedy przy kolacji pochlapałaś mu niechcący koszulę majonezem… a potem wycierałaś serwetką… Stałaś tak blisko niego, a Twoje piersi owinięte tylko w tiul szarej bluzki oparty się o jego ramię). Moja słodka, ja nie wiem, jakie Tomasz lubi cukierki, w jakim krawacie Jest mu dobrze, jakiej lubi słuchać muzyki, jakie wiersze mu się podobają. Spróbowałam sobie wyobrazić nas poza tym akademicko – stołeczno – toruńskim układem.

I nie mogę.

W zasadzie gdyby nie Toruń… nie miałabym żadnych dobrych wspomnień.

Jestem mu wdzięczna za ten czas, który był nam dany.

Moja fascynacja jego mózgiem jeszcze trwa. I dobrze. Niech tak zostanie.

Przecież to nic złego zachwycić się mężczyzną. Zachwycić się w moim wieku… Przecież ja jestem właśnie w wieku „zachwytów” (nie chcę być dosadna, ale Ty jesteś już w wieku „kontemplacji”, a Daddy w wieku „kontestacji”: -).

Poza tym nie dam sobie rady z poczuciem winy.

Nie chcę brać batów od życia za ten nieszczęsny ręcznik, który opadł mi nie we właściwym momencie, nie przed właściwym mężczyzną.

(A swoją drogą Magie, nie umiem sobie wyobrazić, co zrobiłby Andrzej w takiej sytuacji). Czułam się taka kobieca. Miałam świadomość każdego swojego anatomicznego szczegółu, kiedy on na mnie patrzył.

A teraz przyszło mi na myśl, że Andrzej całował mój sweter z taką samą niemalże czułością, jak Tomasz moje uda.

Andrzej malował moje studium, znosił cierpliwie moje fochy… uciszał moje psy i głaskał moje koty.

Tomasz jest jak mentor. Wszystko już wie, wszystko już poznał. Jest jak encyklopedia. I to jeszcze encyklopedia z… Kuchnią polską do pary.

Z Andrzejem będę się uczyć abecadła.

Znasz mojego ojca tak krótko, a wiesz o nim więcej niż ja.

Zauważyłam, że jest teraz szczęśliwy. Dziękuje Ci za to Mag (ia) daleno.

Nie mam Ci nic do wybaczania. Choć w pierwszej chwili też tak pomyślałam. Teraz po głębszym zastanowieniu myślę, że nie muszę Ci nic wybaczać. Powinnam być Ci wdzięczna.

Nie próbuję sobie nawet wyobrazić, jak to jest, kiedy zdejmujesz z niego koszulę i kładziesz na nim swoje dłonie. A on odpina Twój biustonosz… i dotyka Twoich piersi.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie nic więcej… l także nie chcę sobie tego wyobrażać.

Przepraszam, że o tym piszę… ale w pewnej chwili o tym właśnie pomyślałam, kiedy zdanie „kocham twojego ojca” wydrążyło korytko w moim mózgu.

Chcę, abyście się kochali.

Nie będę się więc zastanawiać, jak to… wygląda.

Jak spotkasz się dziś z Piotrem, który przypadkowo jest również moim ojcem, to mu przekaż że dostałaś ode mnie „białą polewkę”. On będzie wiedział, o co chodzi.

Andrzej też dostał od Ojca „białą”. Rany Julek, Madziu, żeby on jeszcze zechciał podłubał w moim iMacu, jak przyjadę do Warszawy.

Wydawało mi się, że na myśl o tym, jak Tomasz mnie dotyka, doznaję najcudowniejszych

wspomnień… ale teraz na samą myśl o tym, w jaki sposób Andrzej okręcał moją szyję szalikiem, nie wspominając o tym, jak otwierał mój komputer albo wkładał dyskietkę… jestem bliska płaczu ze wzruszenia.

Mówisz, że płakał!!!???

O dzięki Ci, cudowna.

Remek…

Cóż kocham go miłością najszlachetniejszą i najbardziej stałą – bo siostrzaną. Myślę, że Remek też kocha we mnie siostrę.

Daj Boże, żeby tak było. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby czuł się przeze mnie skrzywdzony. On, „Optymista Tysiąclecia” jest w stanie wybaczyć wszystko i właśnie dlatego NIE WOLNO go krzywdzić. Porozmawiam z nim Madziu, jak będziemy wracali z kina…

Może przyjedziecie do Szczytna na kolację? Jeziora zamarzły. Pójdziemy na spacer na sam środek lodu i zobaczymy, jak wygląda miasto z widoku perkozów i kaczek? Rano w poniedziałek wrócimy razem do Warszawy.

Zrobię coś ekstra.

Bez Ciebie i ojca…jestem w stanie zrobić całkiem niezły makaron z jagodami: -)

PS Przyznaj się! Jak wrzucałyśmy szprotki do stoika, milczałaś kilka razy, nie chciałaś powiedzieć głośno swojego życzenia… Myślałaś wtedy o nim, right?

Nie musiała długo czekać na odpowiedź.

Martyniu!

Myślę o Nim od pierwszej wizyty w Szczytnie. Bałam się okropnie. Nawet nie wiesz, jakie to piekące uczucie. Jak to jest, kiedy słuchasz mężczyzny i wydaje Ci się, że on wyciąga z Twojej głowy pewne myśli jak z szuflady. Włącza muzykę i to jest właśnie to, co chciałaś usłyszeć.

Wlewa do kieliszka wino i to jest właśnie to wino, na jakie miałaś ochotę. Idzie zmienić koszulę i wraca w koszuli, o jakiej marzyłaś, żeby miał na sobie…

A jak z nim rozmawiasz, to prawie tak, jakbyś słuchała swojego najgłębszego, najbardziej przemyślanego i najlepszego głosu wewnętrznego. Taka niezwykła zgodność tego, co myślisz i czujesz z tym, co słyszysz.

Płakałam w poduszkę, żeby Cię nie budzić, i zasypiałam myśląc o Nim.

Zdarzyło nam się coś tak nierozważnego jak miłość. Mnie, starej barmance i Twojemu Ojcu.

Jakże mi teraz lekko z tym stanem, dawnym, bliskim obłąkania, kiedy wiem, że Ty mnie błogosławisz.

Każda szprotka, której darowałam, dostała ode mnie na drogę życzenia ciche i żarliwe: proszę o litość dla mojego zakochanego serca i duszy spętanej niepewnością.

Przed chwilą był Teo. Jest zrozpaczony, że ropa z tankowca Prestige zaleje plaże muszelkowe u ujścia rzeki Arusa i Ania nie zdąży ich zobaczyć. Piotr, który przypadkowo jest także Twoim ojcem, był w tym momencie u mnie i miał lekko zwichrzone włosy. Teo się wycofał, a przy wyjściu powiedział, że mam coraz ciekawszych kolegów na roku…

Wiesz, tą swoją śpieścioną polszczyzną.

Nie mówiłam Piotrowi, który przypadkiem… itd., że dostałam e – mail od Ciebie. Powiedziałam mu tylko, że Martynia zaprasza do Szczytna… „na dywanik”. Był dziwnie zdenerwowany.

Uspokoił się dopiero, jak dodałam, że „mam białą polewkę”. Zdaje się, że czarną, czyli czerninę podawano amantom, którzy mogą sobie dalej strugać wiatraczki na płocie:)

Tak. Myślę, że to niezły pomysł, abyśmy zobaczyli, co taka kaczka widzi, jak sobie pływa po Domowym Dużym. Wstawiaj makaron. O rany. Jak się cieszę!!!

Twoja… Magdalena Pietrowna: -)

Chodziła po mieszkaniu radosna. Czuła już świąteczny nastrój.

Ojciec będzie szczęśliwy. Magda pewnie przyjedzie. Pojadą razem na wypoczynek po sesji. Usiadła przy szafce z pudełkami na ozdoby choinkowe. Ma takie pudełko, w którym są te najstarsze z czasów, kiedy wierzyła, że Mikołaj z krasnoludkami robi bombki w tym czasie, kiedy nie roznosi prezentów. Już dawno nie było na nich brokatu, miały potłuczone wypustki. Grzybek, srebrna szyszka, szklane oko… Bombki, ukochane jak wspomnienia. Nie zawsze takie cudowne, takie błyszczące jak wspomnienia. Dlatego takie bliskie?

Złapała się na tym, że myśli o Tomaszu.

Jeszcze przed wyjazdem wydawało jej się, że wszystkiego jest pewna. Czy można kogoś przestać kochać… zaocznie?

Przypomniała sobie zdanie: „Twoja religia ujawnia się w tym, co robisz po wysłuchaniu kazania”.

Pomyślała: moja miłość ujawnia się wtedy, kiedy znika przedmiot pożądania.

Musi koniecznie spytać Magdę. Czy tak właśnie jest? Czy najbardziej kochała jej ojca, kiedy się rozstawali?

Jak musieli się czuć, kiedy się żegnali podając sobie dłonie, a chcieli się tak mocno przytulić, jakby można było w jednym krótkim przytuleniu dotknąć serca sercem.

Założyła bawełniany dres i zaczęła sprzątać mieszkanie. Zawsze przed świętami robili z ojcem gruntowne porządki. On wynosi} z pokoju trzy kartony makulatury. Nigdy nie pozwolił tego wyrzucić ani spalić. Piwnica była z gumy do żucia.

Potykała te kartony ojca z zadziwiającą łatwością. Tony wyciągał z kątów swoje stare gumowe zabawki i obgryzione kapcie. Sprzątali razem.

Pomiędzy warkotem odkurzacza a donośnym głosem Tiny Turner, przy której wyjątkowo skutecznie się sprząta, usłyszała dzwonek telefonu.

Jak dobrze, że jesteś… Marty… jestem zdruzgotany. Przepraszam cię, ale nie umiem tego rozwiązać. Zasupłało się jak w węźle gordyjskim. Kiedy będziesz w Warszawie?

Jutro wracam… Możesz powiedzieć, co się stało?

Nasze zdjęcia… przyszły z wczorajszą pocztą… zanim zdążyłem cokolwiek wytłumaczyć. Moja córka otworzyła kopertę. Podarta je i zamknęła się w swoim pokoju. Nie chcę o tym rozmawiać przez telefon.

Przerwała mu:

Tomku… nie zrozum mnie źle, ale ja już w ogóle nie chcę o tym rozmawiać. Przerosła mnie ta miłość. Ja już nie umiem się cieszyć… z nas. Jeśli tak ma wyglądać szczęście… Nasze szczęście było jak dżem w kiepskim pączku… prawie go nie ma. Nie chcę już, żebyś coś odkręcał, tłumaczył. Powiedz, że mi spadł ręcznik…

Marty… ty mi chcesz powiedzieć…

Nie chce, ja nie umiem powiedzieć nic innego, panie profesorze. Mój mądry, szlachetny panie profesorze. Pamiętasz to zdanie, które powiedziałeś mi, kiedy się ostatnio rozstawaliśmy: „Szczęście to nic innego jak zdrowie i kiepska pamięć”?

Bądź zdrów… i nie zapominaj tak szybko. Bądź teraz tam, gdzie jesteś najbardziej potrzebny.

Położyła słuchawkę. Cicho, bez najmniejszego odgłosu. Tony przyglądał jej się z przekrzywionym na bok łbem. Stała i osunęła się po ścianie. Z ręki wypadła jej stara bombka w kształcie włoskiego orzecha. Zbita się. Z takim dziwnym odgłosem. Jakby wcale nie była ze szkła.

Była sobota. Magda pojechała do Szczytna. Andrzej miał przyjść dopiero za kilka godzin…

Otworzyła pamiętnik. Zaczęła pisać.

Święta minęły inaczej niż od kilku lat.

Wyszywana przez mamę poduszka, która leżała na nietkniętej połowie łóżka, trafiła do szafy. Nietknięta połowa łóżka została tknięta przez moją Magie, a ja wbrew wszelkim oczekiwaniom pomyślałam tylko, że tak… jest sprawiedliwie.

Kiedy rano w pierwszy dzień świąt weszłam zabrać psa z sypialni, zobaczyłam ich razem, jak śpią. Magie trzyma rękę we włosach ojca, a on swoją na jej biodrze. Tony leżał zwinięty na ich kolanach.

To najsłodszy widok, jaki zdarzyło mi się ujrzeć na własne oczy od czasu Pasterek, na które byłam wożona na sankach.

Po sesji pojechaliśmy do Zakopanego. Magda została z ojcem w Szczytnie. Dla nich raj był

tam, gdzie mogli być razem…

W góry pojechałam z Andrzejem. A Remek ze swoją Kałużą. Kałuża (ma na nazwisko Katużyńska, żeby było zabawniej) jest na trzecim roku filmoznawstwa. Obejrzała wszystko poczynając od Ogrodnika polany, Wjazdu pociągu na stację i Narodzin narodu po Matm. Remek i Kałuża nie wychodzą z kina.

Potem piszą recenzje do różnych redakcji.

Kałuża kupuje Romkowi firmowe sweterki i bardzo dba o jego dietę. W kinie jedzą tylko wafle ryżowe.

Remek jest szczęśliwy, ponieważ Danusia jest opiekuńcza, dobra i ma poczucie humoru.

Andrzej zaproponował mi ten wyjazd po jednym z końcowych egzaminów. Przyszedł do mnie na stancję. Przyniósł mi sok marchwiowy w kartoniku, ponieważ wyglądałam jak anemia postępująca. Magda nagle wyszła do Teo. Pobiegła w samych skarpetach. Po przyprawę do gulaszu.

To był taki czas, kiedy Andrzej przychodził na kilka minut, żeby sprawdzić, czy coś się nie popsuło w iMacu, a ja się modliłam, żeby wszystko wyleciało w powietrze, i żeby on musiał ten cały sprzęt składać śrubka po śrubce.

Któregoś dnia Andrzej przykręcał haczyki do wieszaka w korytarzu, a ja czytałam mu na głos artykuł w Wysokich Obcasach. O małżonkach, którzy wieźli promem z Kopenhagi do Polski walizkę, w której znajdowało się zamrożone nasienie… w termosie z ciekłym azotem. Z tego nasienia miało się począć pozaustrojowo dziecko tych dwojga ludzi. W tej walizce wieźli szansę na własne dziecko. l chodzili z tą walizką na śniadania i na kolacje. W ogóle się z nią nie rozstawali. Wyobraziłam sobie, jak wnoszą taką dużą walizkę na wszystkie posiłki. Ta walizka, w środku poduszki i termos z ciekłym azotem. A oni z nią nawet do kawiarni, na lody.

Andrzej, pomyśl… Oni musieli wyglądać jak para złodziei, przemycających walizkę z diamentami.

Andrzej poprawiał właśnie jakąś śrubkę. Podszedł do mnie, kiedy zwijałam się ze śmiechu na wersalce. Stanął nade mną i powiedział:

Martyniu… zrobię wszystko, żebyś się tak mogła śmiać jak najczęściej. Uwielbiam, jak się śmiejesz.

Pocałował mnie. W tak naturalny i oczywisty sposób, jakby robił to zawsze. Zupełnie bez żadnego wyraźnego powodu.

Pocałował mnie tak, jak jeszcze nigdy nikt. Wydawało mi się, że stracę przytomność. Tak długo czekałam…

l teraz już za każdym razem, kiedy mnie całuje, mam takie wrażenie, że jeszcze nigdy nikt mnie tak nie całował.

Cudowny był ten wyjazd w góry. Nasz kulig. Rozmowy z góralami. Wspólne robienie sera. Wspólne palenie w piecu…

Tatry.

Andrzej i ja.

Andrzej…

Moja najwspanialsza opowieść.

***

Epilog

5 miesięcy później

Marty, słuchaj… byłam dzisiaj w kościele… – powiedziała cicho Magda siadając przy niej na kanapie.

Nie wiem, czy to ten maj, czy ja jestem na hormonach, ale gdy wracałam dzisiaj z baru i zobaczyłam te dziewczynki w komunijnych sukienkach, to miałam taki flash, no wiesz… poczułam taką wdzięczność i taki high, że chciałam komuś podziękować. A ty mi opowiadałaś o tych poniedziałkach, że chodzisz tam i sobie z Nim rozmawiasz… No to weszłam do św. Anny, no wiesz tego kościoła niedaleko Literackiej.

Martyna odłożyła książkę, wychyliła się, aby ściszyć radio, i usiadła z kolanami pod brodą opierając się plecami o ścianę. Słuchała uważnie. Magda nie patrzyła na nią. Siedziała do niej bokiem, skulona, z dłońmi na kolanach, na brzegu kanapy i wpatrywała się w podłogę. Od tej Wigilii w Szczytnie to była zupełnie inna Magda. Niedostępna, milcząca, zamyślona. Tak naprawdę nieobecna. Teo, który niezmiennie regularnie dożywiał się w ich kuchni, pewnego wieczoru zdobył się na odwagę i powiedział:

Magda, ty jesteś teraz jak młoda wdowa z Andaluzji. Tyle tylko, że one częściej się uśmiechają.

Teo miał rację. Magda praktycznie uśmiechała się tylko, gdy jechała w piątek po południu do Szczytna i gdy dzwonił Piotr. Zmieniła numer swojego telefonu komórkowego, kupiła komputer i wstawiła do swojego pokoju. Każdego dnia pracowała w barze. Gdy wracała późnym wieczorem, dzwoniła do Piotra, zamykała się w swoim pokoju i rozmawiali. Potem uczyła się do późnej nocy, rzadko wychodząc z pokoju. Pisała pracę magisterską. Załatwiła sobie indywidualny tok studiów. Zakładała, że w ten sposób skończy studia wyprzedzając wszystkich o jeden semestr.

Nie chcę tu być – mówiła – chcę być z nim w Szczytnie. Albo chociaż w Olsztynie. Wolę robić mu naleśniki niż czytać Sartre'a w oryginale. Głos Magdy wyrwał ją z zamyślenia.

I tam w tym kościele tak sobie pomyślałam, tak na głos sobie pomyślałam, że może jak ja go poproszę, ja Magdalena, na drugie Maria, żeby to trwało wiecznie, to ten twój Bóg mnie wysłucha. Bo to przecież chodzi o twojego ojca i On musi go znać… chociażby z tych twoich z Nim czatów w poniedziałki. Zresztą dzisiaj także jest poniedziałek, więc On powinien być on – line. Bo ja się tak boję, że coś się stanie i ja się obudzę, i dowiem się, że ten sen miał ktoś zupełnie inny. Myślisz, że wszyscy w takim stanie się ciągle boją? Tego, że wieczność może skończyć się pojutrze po Teleexpresie albo nawet jutro rano? A może to wszystko przez tę jego dobroć? Bo gdy myślę, że lepiej już być nie może, to on coś takiego zrobi albo coś powie, albo napisze, że znowu mi się wydaje, że można jeszcze bardziej, jeszcze dalej, jeszcze czulej. Bo widzisz, ja tak od połowy marca mam jazdę… Gdy Piotr nie dzwoni, a ja czekam i miną więcej niż trzy godziny, to ja…, to ja chcę dzwonić po szpitalach. Wszystkich w tym kraju… No wiesz, wystraszona jestem. Z tej miłości się chyba tak boję… Myślisz, że miłość i lęk zawsze rodzą się jako bliźnięta? Że to ta sama chemia? Weszłam do tego kościoła i usiadłam na takiej niskiej ławce pod amboną. Nie wiedziałam, jak zacząć, ale gdy nagle pojawiło się dwóch takich młodych w białych sukienkach i brudnych białych adidasach, aby zgasić świece, to podeszłam do tej barierki przy ołtarzu, uklękłam i go poprosiłam. Ja jeszcze nigdy nikogo o nic tak nie prosiłam. Nigdy, Marty. Naprawdę nigdy Tak ci mówię, abyś wiedziała. Gdy będziecie w jakiś następny poniedziałek rozmawiać… I powiem ci jeszcze, że ci w sukienkach wcale nie gasili tych świec, gdy ja klęczałam. Byłam dzisiaj w tej mojej czarnej skórzanej spódnicy, tej krótkiej, obcisłej, którą wkładam tylko do baru, gdy chcę mieć więcej napiwków. Gdy się na chwilę podczas tego proszenia odwróciłam, tak dla sprawdzenia, to oni wpatrywali się w mój tytek. I byli tak samo obślinieni jak ci faceci na stoikach przy barze w Mercure. Marty – odwróciła głowę w stronę Martyny i wyszeptała – czasami tak ci cholernie zazdroszczę. Tego, że on cię kocha…, tak bezwarunkowo. I że spędzisz z nim każdy maj jego życia. I że masz to wpisane na stałe w twoje CV i w każdy filofax, jaki sobie kiedyś kupisz… A ja, ja się tak boję, że to marzenie, które mi się spełnia, po prostu kiedyś umrze. A sama wiesz, że czasami śmierć marzenia jest nie mniej smutna niż prawdziwa śmierć.

Martyna wstała z kanapy. Uklękła na dywanie przed Magdą i położyła swoją głowę na jej kolanach. W tym momencie zadzwonił telefon. Podniosła się niechętnie i powoli podeszła do telefonu.

Marty?! Tu Andrzej. Wróciłem. Słuchaj, Piotr jest w mieście! Tak ja wiem, że to poniedziałek. Też się bardzo zdziwiłem. Spotkałem go przypadkowo przed dworcem. Czekaliśmy razem na taksówkę. Był jakiś bardzo dziwny. W garniturze i z kwiatami. Pytał mnie cały czas, czy wiem, gdzie jest Magda. Teraz pojechał do Mercure…

***

Mogło być tak… – cześć 1

Alternatywne zakończenia do części l

[Agnieszka Kminikowska]

No cóż. Nigdy nie przypuszczał, że z jakiejś strony internetowej dowie się, co jego dziewczyna myśli, co do niego czuje. I tak naprawdę nigdy by się nie dowiedział, gdyby tydzień temu nie usłyszał przez przypadek jej rozmowy telefonicznej.

Magdy akurat nie było w mieście, bo pojechała odetchnąć od życia naukowego do domu, i kiedy zadzwoniła w sprawie nowych ploteczek ze studenckiego podwórka, Martyna odesłała ją na swój blog, żeby nie nabijać rachunku. A że wcześniej nie chwaliła się nim przed znajomymi, podała mu namiary. W ten sposób wszedł w posiadanie owego adresu… I w sumie nie pomyślał wcześniej o zajrzeniu tam, ale wczoraj Martyna wydała mu się zupełnie zmieniona. Zaniepokoił się więc i stwierdził, że najlepiej poszukać rozwiązania tam właśnie… Tak, czuł się trochę nieswojo. Z jednej strony jak ktoś, kto wkracza z butami w życie bliskiej osoby, z drugiej jakby odkrywał tajemnicę. Tajemnicę, która na dodatek dotyczyła jego samego.

I odkrył. Jak się okazało, nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie. Ale czasu nie da się cofnąć. I faktów nie da się wymazać. I tych kilku wersów nie da się zapomnieć.

Nieodwzajemnienie, bo jak to nazwać inaczej. Dobrze nazwane.

Po prostu. I tyle. Nieodwzajemnienie.

Nie trzeba nic więcej. Żadnych słów. To mówi samo za siebie.

A dla niego związek to zawsze było zaufanie, bo miłość to zaufanie, a zaufanie to rozmowa. Rozmowa, dialog, przekroczenie siebie, jak mówił profesor od antropologii kulturowej. Niby antropologia kulturowa tak dziwnie brzmi, na początku sama nazwa przerażała, ale potem się okazało, że całkiem sympatyczne zajęcia. No i tak jak logika; prawie elementarz kierunków uniwersyteckich. Dobrze, że była na pierwszym roku, bo jeszcze zdążył się załapać… po drugim semestrze stwierdził, że humanistą zdecydowanie nie jest i… przeprowadzka na polibudę… Ale to przekraczanie siebie i wewnętrzne pęknięcie jako istota dialogu – to mu zostało. I przecież związek to przede wszystkim otwarcie się na drugą osobę…

I co? Nawet nie może się jej spytać – dlaczego nie powiedziała wprost, że go nie kocha. Bo ona czeka po prostu aż jej miłość przyjdzie… I zaprasza go na te zakupy. I on swoje serce co dzień jej na tacy łoży. I ona to serce przyjmuje. I ona się z tym sercem męczy. I ona mu swojego serca tak dać nie może. I dlatego to tak boli…

Cześć Magda – weszła do pokoju prawie bezszelestnie i nie zdejmując płaszcza usiadła na łóżku.

Cześć. Co ci jest? Wyglądasz jakbyś umarła i tylko przysłała na ziemię swój cień, by pozałatwiał resztę twoich spraw… – Magda rzuciła okiem na przyjaciółkę i od razu wiedziała, że coś jest nie tak.

Rozmawiał ze mną…

Kto? – Magda niestety bystrością umysłu nie grzeszyła i jak jej się czegoś nie powiedziało, to niedoczekanie, że się domyśli.

Andrzej. Przeczytał blog… – Martyna podniosła wzrok znad swoich butów.

Powiedział, że miłość jest albo jej nie ma.

Oczy i usta Magdy nabrały kształtu piłki.

I co mu powiedziałaś?

Że ja na razie nic nie wiem. Nie wiem, co jest, a czego nie ma… Że ostatnio chodzę wygięta w jeden wielki znak zapytania…

***

[BEATRIX CENCI]

Zakochała się natychmiast i nieodwołalnie. Nic tak na nią nie działało, jak habilitacja, okulary i obrączka. Może tylko w odwrotnej kolejności. Żonaty facet to cudza lokata w banku, ale ty z niej zgarniasz procenty. Uczucie, które nagle w nim wybucha niczym wystrzelona poduszka powietrzna, skrzyżowanie romantycznej miłości i prawie zwierzęcego pożądania, domaga się natychmiastowego spełnienia, bez względu na przeszkody. Odtąd już każdego dnia, gdy przygotowuje kolejny fascynujący wykład, pisze następny cudowny wiersz, który zapewne opublikują wkrótce „Zeszyty Literackie”, tłumaczy hermetycznego irlandzkiego poetę i skupiony stuka w klawisze laptopa, jego pomarszczony, znudzony życiem akademickim penis pręży się na myśl o jej gładkiej skórze, pieprzyku pod lewą piersią, malutkiej róży wytatuowanej tuż nad kostką. Drży, przywołując jej zapach, przypominając sobie, jak po dziecięcemu marszczy nos, jak żarłocznie oblizuje wargi. Obrączka? Polisa ubezpieczeniowa, pewność, że można żyć w uniesieniu i bez lęku, a brudne skarpetki i niezapłacone rachunki to cudzy problem. Zresztą – nie łudźmy się – przecież nie jej praca semestralna tak go oczarowała. Gdyby chciał porozmawiać o Seamusie Heaneyu, znalazłby kogoś… Chociażby Grubasa…

Podczas wykładu spojrzenie Martyny oplotło go ciasno. Tak ciasno, że jego głos spochmurniał. W ciemnej sali ich oczy rzucały snopy oślepiających iskier. Naładowane elektrycznością powietrze doprowadziło g» na brzeg ekstatycznego spazmu. Wargi mu spierzchły w oczekiwaniu rozkoszy, która tylko z nią mogła być doskonała. Nim wykład dobiegł końca, wyszła ostentacyjnie z sali, robiąc mnóstwo zamieszania i nie oglądając się za siebie.

***

[ATENA]

Pierwszy raz od epoki lodowcowej kupiła sobie krótką spódnicę w szkocką kratę i pierwszy raz od kiedy na Ziemi pojawił się człowiek, jej tyłek nie wyglądał jak wielka dębowa szafa babci. Właściwie można by nawet pokusić się o nieskromne i ryzykowne stwierdzenie, że jej niegdyś słusznych rozmiarów zadek wygląda nieźle. Pamięta jak dwa miesiące temu zakładając sukienkę na randkę z profesorem doznała szoku. Kręciła się w kółko niemiłosiernie wykręcając szyję we wszystkie strony, zupełnie jakby była na przegubach, i wytrzeszczała oczy w poszukiwaniu własnego tytka, który wcześniej stanowił wiodący element jej jestestwa. Wyginała się tak jakieś trzy kwadranse, a następnie zlana potem i z potężnymi zawrotami głowy rzuciła się na łóżko w poszukiwaniu telefonu. Po krótkiej walce z leżącymi wszędzie ubraniami wykopała słuchawkę spod prześcieradła i wystukała numer Magdy:

Jezu, Magda, nie mam tyłka! – wrzasnęła prosto do słuchawki.

Na co Magda, spokojnie i rzeczowo odpowiedziała:

Oczywiście, że masz, tylko ci się spłaszczył. Skóra ci zwisa. Trochę siłowni i będzie dobrze.

Tak więc profesor nie dostąpił wtedy zaszczytu podziwiania tylnej części Martynki. Podobnie jak i dzisiaj. Tydzień zaczął się wspaniale. I w dodatku skończyły jej się OB. W panice postanowiła przekopać szufladę z bielizną. Znalazła:

baterię do umywalki

świeczki pływające

dyktafon, który zaginął pól roku temu

kalkulator – dwie sztuki

kajdanki

termometr zaokienny

rozgałęźnik

opakowanie Tramalu

zdjęcia Cmentarza Żydowskiego (???)

roznegliżowane zdjęcia (Magdy)

wibrator (Magdy?)

OB – dwie sztuki; w kształcie pocisku artyleryjskiego.

Takie sytuacje skłaniają Martynę do zastanowienia się, czy aby na pewno jest normalna.

Jeśli nie jest, to ma to po ojcu.

Dzisiaj jadła obiad z profesorem i była w trakcie bardzo poważnej rozmowy, gdy rozdzwoniła się jej komórka, powodując utratę tacy, niesionej przez najwyraźniej znerwicowanego kelnera. Dzwonił tata. Pytał, czy poszła na wybory. Nie uspokoiła go odpowiedź twierdząca. Zapytał, na kogo głosowała, i zanim Martyna zdążyła otworzyć usta, sam sobie odpowiedział: na pewno na Ligę Polskich Rodzin.

Nie tatusiu – powiedziała Martyna. – Na Samoobronę, bo kocham Leppera.

Na co tata:

Samoobrona? Może być – i rozłączył się, zupełnie nieświadom tego, że właśnie ważyły się losy Martyny, jej przyszłość.

I tym sposobem Liga Polskich Rodzin, Samoobrona i SLD stanęły na drodze do Martynowego szczęścia, a już na pewno na drodze do łóżka. Z niemałą pomocą ukochanego tatusia. Zanim usłyszała przerywany sygnał w telefonie, tata zapytał, gdzie jest, z kim jest i co robi? Gdy powiedziała mu, że je kolację, zdziwił się lekko. Ale nie zdziwiło go, że je ją w towarzystwie.

Po co jesz? – zapytał głupawo.

„Przepraszam za to, że jem – pomyślała Martyna – od jutra przestanę także pić, pojutrze spać, a od czwartku nie będę oddychać. I na pewno od razu poczuję się lepiej”.

Kolejna utracona, być może na zawsze, szansa skonsumowania profesora. Uczta najwyraźniej musi zaczekać. Takie uproszczone i, wydawać by się mogło, płytkie myślenie o emocjach czyniło Martynę silniejszą. Wiele nauczyła się od szalonej Magdy. Ale gdy gasły światła na wielkiej scenie życia i Martyna zostawała sama, znowu była małą, zagubioną Martynką.

Tego wieczoru też odprowadził ją do akademika. Za każdym razem obydwoje myśleli, że to już będzie TEN RAZ. Właśnie ten, po którym będzie można zapalić mentolowego papierosa. Papierosa, którego profesor palił tylko PO. Choć czasami także PRZED.

Oparła się o drzwi, które przed sekundą zamknęły się za nim. Mogłaby przysiąc, że przez tandetną, paździerzową płytę słyszy jego oddech. Byt tam i czekał, aż Martyna otworzy te cholerne drzwi. Czuła jego oddech po drugiej stronie. Czuła go także na karku, tuż za uchem i we wgłębieniu dekoltu. Także dotyk jego dłoni, kiedy niby przypadkiem ocierał grzbiet swojej dłoni o jej, gdy nalewał wino do kieliszka. Stała tak dłuższą chwilę, próbując utrwalić te wrażenia. Czulą, że ta chwila zbliża się nieuchronnie. Początkowo z każdym miesiącem, tygodniem, dniem, a teraz z każdą milisekundą. Czuła, że musi to zrobić. Po prostu. Tak i już. Podeszła do telewizora, który jakimś cudem udało jej się przemycić do akademika. Nastawiła MTV Gdy z głośników popłynęła muzyka, Martyna płynęła razem z nią. TAŃCZYŁA. Robiła to zawsze, gdy czuła TO, CO CZUŁA TERAZ. Jeszcze usiłowała wmawiać sobie, że ten facet nie robi na niej żadnego wrażenia, ale gdy patrzyła w lustro, jej oczy mówiły coś zupełnie innego. Z błękitu przechodziły do ciemnego granatu, źrenice kurczyły się i rozszerzały naprzemian. To był znak, że ciało się nie myliło. Rozum jeszcze nieśmiało walczył z naturą, ale i jemu już się nie chciało. Ciało Martyny poruszało się rytmicznie. Najpierw powoli biodra szukały taktu, by następnie narzucić rytm talii i ramionom. Jej piersi unosiły się delikatnie, ponaglane niepokojąco przyspieszonym oddechem. Wargi rozchyliły się, nabrzmiałe oczekiwaniem. Rozkołysana dusza nuciła cichutko. Martyna była naga. Ze stołu wzięta tylko czarne przeciwsłoneczne okulary, które zwykła nosić z upodobaniem we włosach, bez względu na porę roku. Miały dodawać jej inteligencji. Wzięta więc je i założyła. Ukryła się za nimi. Zasłoniła nimi oczy. Nie chciała, by ktoś je teraz widział. Zbyt wiele mógł zobaczyć. Że była naga? To nic. To tylko ciało. Cała prawda jest ukryta głęboko w środku. Tańczyła. Najpierw ciało poruszało się w rytm muzyki, ale już po chwili Martyna płynęła w takt melodii, która grała w niej. I, wbrew pozorom, te obydwie melodie nie przeszkadzały jej w magicznej muzyczno – tanecznej uczcie. Uczcie dla ciała i zmysłów. Dłonie Martyny pomału przesuwały się ku dołowi, niebezpiecznie zbliżając się do… Na chwilę dłoń wróciła do ust, Martyna przez sekundę ssała palec, zwilżając go. Ręce znowu były na biodrach. Po to tylko, by za moment unieść się ku górze i zatopić we włosach. Była jak w transie. Ona już wiedziała. Tańczyła tak tylko wtedy, gdy było jej dobrze. Gdy jej dusza śpiewała, a serce niebezpiecznie drżało. Ona także teraz drżała. Nie z zimna. Ze strachu i niepokoju. Spod czarnych okularów Martyny spływały niemal niedostrzegalne łzy. Wiedziała, że tego co nieuniknione, nie zmieni już nikt. Ani jego żona z dzieckiem, ani Lepper, a tym bardziej Liga Polskich Rodzin. Pragnęła go. Nie Leppera, oczywiście. Profesor był w każdym zakamarku jej mózgu (miała nadzieję, że wciąż ma mózg), w każdej myśli. A teraz, jak nigdy dotąd, chciała, by BYŁ także w niej. Pragnęła mieć go w sobie. Czuć każdą cząsteczką ciała. Że to nie ma sensu? To nie miało już znaczenia. W uszach brzmiała muzyka, a w głowie złota myśl Magdy: carpe diem. Zatem, Martynko: carpe diem, póki czas.

Tańcz dziewczyno, tańcz do utraty tchu, do absolutnego, cudownie nieodpowiedzialnego braku rozsądku. Tańcz do pierwszych kropel potu na twarzy. Tańcz aż do zapomnienia. Aż do tego rozkosznego bólu bioder, tak jak po długim i cudownym seksie, kiedy rano wstając z łóżka, usiłujesz doczołgać się do schodów, i wchodząc na piętro trzymasz się poręczy jak liny. Wciągasz się na górę, marząc o windzie. Bo po prostu nie możesz iść inaczej. I ten ból, który jest najcudowniejszym bólem na świecie, przypomina ci o tym, co działo się w nocy, wywołując lekki rumieniec na twarzy i powodując, że twoje usta uśmiechają się. Tańcz, blondynko o niebieskich oczach. Może taniec zagłuszy głupie myśli. Głupie? Ale jakże przyjemne. Równie przyjemne co niebezpieczne. Zupełnie jak wchodzenie po schodach bez trzymanki.

***

Mogło być tak… – cześć 2

Alternatywne zakończenia do części 2

[SPLASH]

Roztrzęsiona wróciła do domu i pierwsze, co zrobiła, to usiadła do komputera i wklepała notkę na błoga. Wiedziała, że oni tam gdzieś przed ekranami swoich pecetów zrozumieją. Zawsze rozumieli. Byli tak daleko, a ona czuła, jakby byli obok i głaskali ją po głowie w najtrudniejszych chwilach. Cokolwiek napisała, już kilka godzin później znajdowała skomentowane. Mądre rady, zabawne komentarze albo po prostu ciepłe słowo zastępujące uścisk. Magda nigdy nie rozumiała, jak jej mogą wystarczać tacy przyjaciele na odległość, ale Magda po prostu nigdy nie prowadziła błoga.

Kiedyś znalazła w Internecie stronę, na której można było przygotować quiz o sobie, który można później dać innym do wypełnienia. Pomyślała, że to może być dobry sposób na sprawdzenie, jak uważnie czytają jej „wypociny”, jak sama zwykła nazywać swojego błoga. Wstyd powiedzieć, ale na niektóre pytania nawet Magda nie umiała odpowiedzieć. A oni? Wszyscy mieli powyżej sześćdziesięciu procent, a najlepsza była Empty Skies, której udało się zdobyć aż dziewięćdziesiąt. Magda w wielkich bólach zdobyła siedemdziesiąt. A pytania były proste: który z pięciu wymienionych aktorów jej się nie podoba, który zespól uwielbia itp. I to właśnie oni najlepiej wiedzieli, mimo że byli wirtualni.

Dlatego teraz to im najpierw chciała powiedzieć o tym szantażu.

Wezwano mnie dzisiaj na uczelnię. Pani w dziekanacie wcisnęła mi do ręki kartkę z numerem komórki T. i kazała do niego zadzwonić. Nogi się pode mną ugięty i w ogóle nie wiedziałam, co robię. Kupiłam kartę i zamiast udać się do budki, napiłam się kawy na rynku. Myślałam, że już dawno mi minęło to uczucie, ale widać nie do końca. W ogóle nie wiedziałam, co on może chcieć ode mnie. Przecież ostatni raz rozmawialiśmy kilka miesięcy temu i miał się więcej nie odzywać. W końcu zmusiłam się do wykręcenia jego numeru… Glos miał taki sam jak dawniej…Powiedział mi, że jakiś doktorant ukradł pracę jego magistranta…i on się o tym dowiedział… i nie mógł na to pozwolić… i powiedział, że wie, że on tę pracę ukradł, a tamten… wtedy… wyjął nasze wspólne zdjęcia… i zagroził, że powie dziekanowi… i jego żonie… l on chciał się ze mną skontaktować, by mi powiedzieć, że nie może tak żyć i sam chce im o tym powiedzieć. Nie wiem, co teraz będzie. Strasznie się boję. Znów to poczułam. Myślałam, że to minęło. Przecież to ja go wyrzuciłam ze swojego życia. A jednak on w nim pozostał… zepchnięty gdzieś w głąb mojego serca czekał na lepsze czasy… i teraz one chyba nadeszły… Teraz znów nasze drogi splótł zaskakujący los…

Pół godziny później znalazła na blogu pokrzepiające słowa od Empty Skies. Wiedziała już, że cokolwiek się stanie, nie będzie sama. Oni zawsze będą obok, służąc radą i ramieniem do wypłakania się.

Następnego dnia nie miała zajęć. Jakoś w tym semestrze udało jej się tak ułożyć plan, by wykroić jeden dzień wolny. Co prawda środę, więc nie przedłużało to weekendu, ale dawało chwilę wytchnienia w środku tygodnia. Teraz ten wolny dzień pozwolił jej przygotować się na nadchodzące wydarzenia. Kiedy w czwartek pojawiła się na wydziale, koleżanka z grupy podeszła i takim dziwnym, oficjalnym tonem powiedziała, że Martyna ma się stawić u dziekana. Na drugie piętro schodziła, jakby szła po wyrok. Zapukała.

Domyślam się, że pani Zienkiewicz? Dziękuję, że tak szybko się pani zjawiła. Zapewne zna pani powód, dla którego panią tu poprosiłem? Oczywiście, że znała… Chociaż nie do końca wiedziała, co się teraz stanie.

Otrzymałem informacje, które mają ścisły związek z pani osobą. Chodzi o pewnego profesora naszej uczelni, zresztą również mojego przyjaciela. Co pani ma do powiedzenia na ten temat? Oczywiście zdaje pani sobie sprawę, że ja nie mogę tolerować takich rzeczy na moim wydziale? Tomasz powiedział mi, że wszystko między wami skończone, mimo to nie wiem, co dalej z tym fantem powinienem zrobić. Może pani ma jakiś pomysł?

Stała jak sparaliżowana i wiedziała, że wtedy kłamała, że nie poradzi sobie sama, że dziekan wcale nie jest po jej stronie.

W jego oczach dostrzegła coś dziwnego, coś, czego w pierwszej chwili nie umiała zidentyfikować. Zapytał, czy ona pamięta, że pod koniec semestru zdaje u niego egzamin z fonetyki. A później powiedział coś, czego ona do końca życia nie zapomni, coś, co sprawiło, że chciała zapaść się pod ziemię ze wstydu, bólu, upokorzenia.

Powiedział, że skoro spalam z Tomaszem, to na pewno na ocenie z fonetyki zależy mi równie mocno. Podszedł do mnie i chciał mi położyć rękę na pośladku. Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło, ale po prostu uderzyłam go w twarz i wybiegłam. I wiecie, gdybym miała to zrobić jeszcze raz, nie zawahałabym się. Jak on nawet mógł pomyśleć, że ja… Potraktował mnie jak zwykłą dziwkę. Jakbym z Tomaszem była tylko dla wyników na studiach, jakby to wszystko nic nie znaczyło…

Biegła korytarzem, co chwilę na kogoś wpadając. Starała się tłumić Izy, chociaż wiedziała, że to nie ma sensu, bo i tak tam więcej nie wróci. Nie ma tam po co wracać. Spaliła za sobą wszystkie mosty. Gdy tylko znalazła się na tyle daleko od wydziału, że mogła spokojnie się rozpłakać, wygrzebała z torebki pomiętą kartkę z jego numerem i swoją komórkę. Nie miała siły szukać budki, poza tym potrzebowała go teraz jak nikogo innego. Wystukała numer i z niecierpliwością czekała na sygnał.

Tym razem jego glos byt zmieniony. Brzmią! jakby był chory albo porządnie zmęczony. Nie mogła wydusić z siebie stówa i po prostu zaszlochała w słuchawkę. Poznał od razu, że to ona.

Marty…? To ty? Kochanie, co się stało? Uspokój się. Proszę, powiedz mi, co się stało.

Udało jej się opanować plącz na tyle, by wydusić z siebie kilka sensownych zdań. Byt zaszokowany tak samo jak ona. Ledwo mógł w to uwierzyć. Powiedział, że jeśli da mu półtorej godziny, to on wsiądzie w samochód i przyjedzie ją utulić. Czekała w tej kawiarni co zawsze. Zdołała się trochę uspokoić. Po drodze znalazła zaciszną kafejkę, w której zostawiła część swojego bólu na ekranie komputera.

Przyjechał. Wyglądał jakoś inaczej. Nieogolony, zszarzała twarz, podkrążone oczy. Znała go na tyle, by wiedzieć, że i dla niego ostatnie dni nie były łatwe. Okazale się, że żona nie potrafiła zrozumieć. Zażądała rozwodu i wyrzuciła go z domu.

Spał w hotelu, a raczej nie spal, tylko nocował, bo od dwóch dni nie zmrużył oka. Siedzieli w tej kawiarni od kilku godzin, nie widząc świata poza sobą i nawet nie zauważyli, że od piętnastu minut byli w niej już tylko oni i właściciel, który niechętnym wzrokiem spoglądał w ich stronę i miał nadzieję, że zrozumieją, że on się spieszy, że walka bokserska trwa już od 10 minut i jeśli szybko nie zamknie, to nie zdąży nawet na ostatnią rundę. A oni tak siedzieli i rozmawiali. O wydarzeniach ostatniego dnia, ostatnich tygodni i miesięcy. W tej malej kawiarence starali się nadrobić każdą straconą sekundę, każdą chwilę, gdy nie byli razem. I ona już wtedy wiedziała, że los dal im drugą szansę, że nie może jej zmarnować. I kiedy on nieśmiało zapytał, czy nie chciałaby z nim zamieszkać, dzielić wszystkiego, co dwoje ludzi może dzielić, ona bez wahania odpowiedziała, że chce.

***

[MARIUSZ MAKOWSKI]

Znów usłyszała jego głos, zauroczenie powróciło. Wszystko, o czym zapomniała przez tych kilka miesięcy. Chwile szczęścia, które opłaciła już przepłakanymi nocami, domagały się większej zapłaty. Dlaczego?

Chciała o tym nie myśleć. Usiadła przy stoliku, zamówiła kawę. Nic się nie stało, on sobie poradzi, nie pozwoli przecież na to, by jakiś głupi szantaż zmarnował mu życie. Nie martwiła się o siebie, ona też nie zamierzała wypierać się tych zdjęć. Co się stanie z jego małżeństwem? Dziwne. Właśnie teraz po raz pierwszy zadała sobie to pytanie. Ogarnęło ją poczucie winy.

Próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie, ale jedyne co mogła zrobić, to czekać. Udawać, że nic się nie stało.

Magdę oczywiście cała sprawa niewiele obeszła. Przynajmniej robiła takie wrażenie.

Martyna, weź się obudź. Takie rzeczy zdarzają się w tanich romansach. On teraz powinien się upić, a ty otruć. Skąd on wytrzasnął tego doktoranta? Faceci są żałosni, wbij to sobie do głowy: Wiesz, co robią, gdy pewnego dnia zauważają, że te sztuczki, na które nas nabierali, przestają działać? Biorą nas na litość. Wiesz, tak mi jest bez ciebie źle, mam straszny problem i tylko ty możesz mi pomóc.

To nie tak. On niczego ode mnie nie chce. Po prostu musiał mi to powiedzieć.

Żałosne. Kogo tak naprawdę obchodzą wasze wspólne zdjęcia? Chyba tylko jego żonę. Ale to już nie twój problem. Jest przecież tak bardzo dorosły i cholernie mądry. Zdawał sobie sprawę z konsekwencji, nawet jeśli ty nie. Ten kawałek o tym, że się utożsamia z tymi zdjęciami, byt naprawdę dobry.

Wiesz co, Magda. Jako mój głos rozsądku potrafisz nieźle mnie wkurzyć.

I dlatego mnie kochasz.

Nie chciała do niego dzwonić, tłumaczyła sobie, że ta sprawa jej nie dotyczy. To nie uczucie do niej sprawiło, że teraz wyzna wszystko swojej żonie. Ale umierała z niepokoju, czuła się źle, wszystko ją drażniło. Przeanalizowała każdy możliwy wariant rozwoju sytuacji, każdy następny wydawał się gorszy od poprzedniego, nie umiała stwierdzić, czego pragnęła. A jeśli jego małżeństwo się rozpadnie i powie, że chce być ze mną? Bata się tego, a jednocześnie czuła, że nie umiałaby odmówić, gdyby ją o to poprosił. A przecież nie chciała go już kochać, była tego pewna. Przez tych kilka miesięcy prawie o nim zapomniała, już prawie nie płakała, gdy w bezsenne noce wspominała chwile z nim spędzone.

Następnego dnia po przyjściu do domu zastała Magdę siedzącą przed komputerem. Oglądała zdjęcia. Ich zdjęcia!

Jezus! Co to jest?

Strona internetowa kochanego szantażysty. Widać byt przygotowany na odpowiedź profesorka.

Magda! To są nasze zdjęcia…

Przecież widzę.

Ale to są zdjęcia, które sami sobie robiliśmy!

Zrobili sobie wtedy kilka zdjęć; pamiątka z najlepszych wakacji w życiu. Zdjęcia, które przechowywała w pamiętniku, powrót do wspomnień, które byty tylko ich. Nikomu ich nie pokazywała. A teraz były tutaj, dostępne dla całego świata, opatrzone komentarzem: „Wielce szanowny obrońca moralności i jego kolejna zdobycz, o której chętnie ci opowie za kolejkę Chivasa”.

Wyłącz to – poprosiła cicho.

Magda nic nie powiedziała, usiadła przy niej, objęła ją mocno. Nic nie mówiły. Płakały obie.

Zadzwoniła do niego rano. Chciała tylko usłyszeć, skąd się wzięły ich zdjęcia na WWW szantażysty.

Nie wiem Marty, nie wiem… Uwierz mi, nikomu ich nie pokazywałem, nikomu… – zawiesił głos, jakby sobie coś przypomniał. – Przepraszam Marty, ja nie… – odłożyła słuchawkę.

Znów to jej zrobił. Znów potłukł jej duszę, choć była pewna, że już nigdy o nim nie usłyszy Nie wiedziała nawet, dlaczego do niego zadzwoniła. Wcale nie chciała wiedzieć, w jaki sposób zdjęcia znalazły się w rękach doktoranta. Te zdjęcia miały być tylko dla nich. Oglądali je razem, gdy dzwonił do niej z daleka. Śmiali się ze swoich min, wkładali kwestie w usta przechodniów w tle. Czuła wtedy, że przy niej jest, że zawsze przy niej będzie, nawet jeśli dzwonił ze swojego domu tuż przed przyjściem żony.

Magda powiedziała, że strona zniknęła z serwera.

W piątek pojechała do Szczytna. Sama. Nie chciała z nikim rozmawiać, chciała przespać i przepłakać te dwa dni i wrócić całkowicie oczyszczona. Bez wspomnień, bez żalu, z radością w oczach. Nie była pewna, czy w ogóle jeszcze będzie miała radość w oczach. Nad jeziorami była mgła. Tony biegał szaleńczo wokół niej. Skakał za ptakami, ale nie oddalał się. Uśmiechała się, by sprawić mu przyjemność. Na mostku ktoś stał. To był Andrzej. Sam. Przystanęła, niepewna co ma zrobić. Nie widziała go od trzech miesięcy i widząc go teraz poczuta, że brakowało go jej. Może nawet nie jego fizycznej obecności, ale świadomości, że jest, że zawsze czeka. Ta świadomość dodawała jej sił i pewności siebie.

Weszła na most i uświadomiła sobie, że płacze. Chciała zawrócić, poczuła się nagle intruzem, ale usłyszał jej kroki i spojrzał na nią.

Martyna. Cześć – jego uśmiech w połączeniu z mokrymi oczami obudził w niej jakąś czułość.

Cześć, widzę, że chcesz pobyć sam. Ja właściwie też, ale… Miło cię widzieć.

Ciebie też, dziękuję. Przykro mi z powodu tych zdjęć w sieci.

Już ich nie ma.

Wiem.

Ty? – znów poczuta ten podziw…

To było po prostu świństwo. Mam nadzieję, że nie zdążyły narobić ci większych przykrości. Co się stało z tym…

Ma na imię Tomasz. Nie wiem, nie zapytałam go nawet, jak zareagowała jego żona. Chciałabym móc powiedzieć, że mnie to nie obchodzi. Nie wiem, kiedy wreszcie uwolnię się od tego dziwnego zauroczenia.

Opowiedziała mu o wszystkim. Czulą, że chce to powiedzieć. Właśnie jemu. Czulą, że jest mu to winna, że mimo iż skrzywdziła go, to on zrozumie. Właśnie dlatego, by zrozumiał, musiała powiedzieć mu wszystko.

Nie wiem, czy go kocham, czy nienawidzę. Chcę się od niego uwolnić, zapomnieć. Zranił mnie. Przyjeżdżając tutaj myślałam, że czuję się jak najnieszczęśliwsza osoba na ziemi, ale zobaczywszy ciebie zmieniłam zdanie.

Uśmiechnęli się oboje. Milczeli przez dłuższą chwilę.

Co się stało Andrzejku?

Długa historia. Masz dość swoich smutków, by wysłuchiwać jeszcze moich.

Opowiedz, proszę. Czy to ma związek z Olą?

Z nią, z tobą, najbardziej chyba ze mną samym – zamilkł na chwilę, zastanawiając się, od czego zacząć i czy w ogóle zacząć.

Odeszła. Tak po prostu. Czy można kogoś wyrzucić tak nagle ze swojego życia? Znaliśmy się od roku, zanim się spotkaliśmy. To była internetowa przyjaźń. Wielokrotnie chciałem ci o niej opowiedzieć, ale… nie było chyba ku temu okazji. A z nią mogłem o wszystkim rozmawiać i zawsze była. A ja byłem dla niej. Zaakceptowałem ten układ: prawdziwa bratnia dusza gdzieś na drugim krańcu Polski, a tutaj ty. Nie do końca realna, pozwalająca mi od czasu do czasu pobyć w pobliżu. Ola stalą się bardzo ważną osobą w moim życiu, mimo że nie wiedziałem nawet, jak wygląda. Ona wyzwalała się właśnie z toksycznego związku, w którym była, a ja… Nie wiem sam, czego chciałem. Czułem się potrzebny. Chyba po raz pierwszy w życiu czułem, że jestem dla kogoś ważny. Rozmawialiśmy o wszystkim, ale nasza znajomość nigdy nie wyszła poza przyjaźń. Byłaś ty i ona o tym wiedziała.

Ale wpadłaś w ten romans i zrozumiałem, że nigdy nie będziesz moja. Zbliżyliśmy się bardzo. Pojechałem do niej i… przepadłem. Zakochałem się. Nawet los mi sprzyjał. Ola przyjeżdżała tutaj do pracy na wakacje. Zamieszkała u mnie na stancji. Nasza przyjaźń zupełnie naturalnie przeradzała się w miłość. Oboje potrzebowaliśmy siebie nawzajem, znaliśmy swoje myśli, swoje dusze, teraz poznawaliśmy siebie. To było niezwykłe, nasze wyobrażenia tworzone na podstawie słów ubieraliśmy w rzeczywistość. Nie od razu zauważyłem, że magia gdzieś się ulotniła. Przez rok istnieliśmy dla siebie tylko poprzez słowa na ekranie i to jako przyjaciele. Nagle staliśmy się kochankami, nasza fizyczna bliskość nie pozostawiała miejsca dla wyobraźni, dzięki której narodziła się ta wirtualna magia.

Wyrzuciła mnie ze swojego życia, tak jak wyrzucasz zużyty bilet, gdy stwierdzasz, że wsiadłaś nie do tego pociągu.

Zapadła cisza. Nie krępowała ich, mimo że oboje chcieli tak wiele sobie powiedzieć…

***

[ATENA]

„Bardzo ładna” – pomyślała Martyna, patrząc na mijającą ją w drzwiach pokoju dziekana kobietę.

„Naprawdę śliczna” – dodała w duchu, przyglądając się uważniej.

Zazdrościła dojrzałym kobietom. Bardzo im zazdrościła. Tej niezwykłej pewności siebie, własnej urody, świadomej kobiecości i oszlifowanej seksualności. Właśnie takim jak ta.

„Ta” miała niewiele ponad 30 lat, a przynajmniej na tyle wyglądała.

„Ta”, która otarła się delikatnie o Martynę przeciskając się przez wąskie drzwi, pachniała w dodatku pięknie.

„Coco Chanell Mademoisele” – zanotowała Martyna – klasyczna nuta dojrzałej Chanell z leciutkim akcentem młodości.

Kobieta, która znikała w uniwersyteckim korytarzu, szła sprężystym krokiem, emanowała dojrzałą kobiecością.

Z pewnością miała świadomość, że jest piękna. Pociągająca. Podniecająca. Intrygująca.

„Fantastyczna” – myślała Martyna. Dla takich kobiet faceci porzucają własne, trochę przykurzone codziennością żony. Takie jak ta zapraszają do drogich restauracji, gdzie menu napisane jest tylko po francusku, a do dobrego tonu należy rezerwować stolik dwa miesiące wcześniej. Z takimi jak ta sączy się wino, którego butelka kosztuje prawie tyle, ile wynosi zasiłek dla bezrobotnych. Z takimi jak ta słucha się dźwięków pianina, myśląc tylko o tym, jakby tu najszybciej wziąć ją w ramiona.

„Ta” zniknęła w wyjściowych drzwiach pozostawiając za sobą arcyprzyjemny, unoszący się w powietrzu zapach sukcesu. Z zadumy wyrwał Martynę głos Magdy:

I co? Widzę, że już ją poznałaś?

Kogo?

Żonę profesora. Właśnie cię minęła.

W jednej chwili Martyna zrozumiała tamto spojrzenie. Gdy ich oczy na moment się spotkały.

Zdziwienie. Ciekawość. Smutek. Wszystko w kolorze zielonym. Ale nadziei nie było. Choć podobno bywa zielona.

Od tamtego dnia, gdy Martyna odwiesiła słuchawkę telefonu, mówiąc: „Idź do dziekana. Ja sobie poradzę”, odnosiła wrażenie, że wszystko dzieje się poza nią. Jej świadomość w tym nie uczestniczy.

Wszystko działo się jak w niemym filmie. Czarno – biale obrazy przesuwają się, a pod nimi pojawiają się napisy.

Czasami w zwolnionym tempie, kiedy indziej znowu na przyspieszonych obrotach. Zupełnie tak, jakby ktoś złośliwie bawił się pilotem od magnetowidu. Jedno naciśnięcie guzika – roześmiana Martyna na „koloniach” w Toruniu, kolejne kliknięcie – Martyna z zastygłą na słuchawce ulicznego automatu ręką.

I jeszcze ta sprawa z ojcem i Magdą. Sama już nie wiedziała, czy to tylko chora wyobraźnia, czy między nimi faktycznie coś iskrzyło. Dziwne, wręcz nieprawdopodobne: szalona Magda i jej stateczny, pełen wewnętrznego spokoju i harmonii ojciec.

Ojciec, który gotuje zupę grzybową. Czy to możliwe, żeby jej coś umknęło? Wprawdzie Magda z ogromną radością, absolutnie i natychmiast rzucała wszystko na hasło „Szczytno”, ale Martyna nigdy nie podejrzewała, że… „Życie jest jak pudełko czekoladek: nigdy nie wiesz, na co trafisz” – mawiał Forrest Gump.

Magda otworzyła i trafiła na najlepszą – cukierek truflowy.

Ciekawe, jak można skojarzyć własnego ojca z truflowym cukierkiem? We wtorek wszystko się zmieniło. Wróciła zmęczona całym tym bałaganem, tanią sensacją, jaką wywołały jej zdjęcia z profesorem. Miała chore ciało i duszę. Zerknęła na ekran monitora.

Miała wiadomość: „Leśmian – zmienionaż po rozłące?”.

Kochała Leśmiana. Znała ten wiersz. Na pamięć. Andrzej czytał go jej wieczorami, gdy przysypiała na niewygodnej kanapie.

„Modlę się o Twojego nieśmiertelność ciała” – erotyka zamknięta w religijnym wyznaniu – tak mawiał Andrzej.

Wtedy to zrozumiała. Jak bardzo się myliła. Jak można być tak krótkowzrocznym, by nie dostrzegać sygnałów, jakie wysyła nam nasze ciało? Dlaczego serce tak szczelnie zamknęło się w czterech ścianach swojego cierpienia, że nie chciało wpuścić Andrzeja nawet do przedsionka?

Dopiero dziś Martyna to odkryta. Jakie mądre to serce! Jakie sprytne! I jakież ostrożne. Ono wiedziało od początku. Że Andrzej to ta druga połówka jabłka. Ale się bało. Zranienia. I z tego strachu pozwoliło pokroić się na kawałki.

Ale to nic. Już się zbiera. Poskleja się, poskleja. Bo o serce trzeba dbać i nie kaleczyć.

Ważne jest to. co tu i teraz. A teraz już będzie wszystko dobrze.

Jeszcze ten e – mail od Andrzeja: „Martynko, wypijesz ze mną wino na swojej ulubionej łące?”.

Jasne, że wypije. I pozwoli mu delikatnie muskać wargami to miejsce tuż za uchem.

Będą jak dwie porcelany alkoholizujące się na środku łąki.

Tylko skąd wiedzieć, ze tym razem będzie mniej bolało?

Porcelana przecież jest krucha…

Poranną pocztą przyszedł list od profesora. Ściskając go w dłoni, szła powolutku na spotkanie z Andrzejem.

Treść listu już znała na pamięć. Profesor wybrał Coco Chanell.

Marty, robisz ze mną piękne rzeczy, l ja chcę, żebyś je robiła. Ale proszę, nie stawiaj mnie w centrum. Myśl o mnie tak, jakbym był częścią twojego życia. Ale proszę, nie stawiaj mnie w centrum. Ja nie umiem dać komuś całego siebie. Po prostu nie umiem. Nie potrafię. Nie mogę. Nigdy nie sprowadzałem cię na ziemię. Powiedziałem tylko jednym zdaniem, jaki jest obecny stan mojej duszy.

I proszę, uważaj na słowa. Nawet tęsknota może być nieodwzajemniona.

Nie stawiać go w centrum? A co. jeśli ja inaczej nie potrafię kochać?

Każesz dokonać mi wyboru. A jednocześnie sam już zdecydowałeś.

Mam cię kochać na raty? Od 8 rano do 4 po południu. I znowu między l a 3 nad ranem? Nie. Dziękuję. Nie wolno ci zasypiać jednej nocy u boku żony pachnącej Chanell, a kilka poranków później budzić się w moich ramionach. Mato brakowało, by prawie na nich weszła. W ostatniej chwili, chowając się przed deszczem, który właśnie zaczął padać, weszła do pobliskiej herbaciarni.

Zza szyby widziała ich dokładnie.

Kobieta krzyczała, a chłopak stał ze spuszczoną głową. Nawet nie próbował się bronić.

Krople deszczu niszczyły jej misternie ułożone przez fryzjera włosy. Tusz Diora rozpływał się razem z podkładem od Diora.

Wraz z makijażem spływały z kobiety pachnącej Coco Chanell cała złość, żal i nieprzystępność.

Andrzej nadal milczał. Nagle „ta” z pokoju dziekana wsiadła do samochodu i odjechała.

Martyna usłyszała głos Andrzeja:

Ola, zaczekaj. To nie tak. Nic nie rozumiesz…

Ola… Martynie zabrzmiało w uszach nagranie z automatycznej sekretarki: „Cześć. Tu Ola i Andrzej…”.

„Ta” zniknęła w bocznej uliczce zostawiając po sobie emocje, nad którymi trudno było zapanować.

„Zbyt wiele naraz. Nie dam rady. Nie udźwignę”.

Martyna wyrzuciła mokrą już kopertę do kosza. Zdjęta buty i szła boso po kałużach.

Celowo wybierała te największe.

Szła wolno. To przecież tylko deszcz. Spadał ciężkimi kroplami na jej włosy, a potem dźwięcznie uderzał o płytę chodnika.

To nic, że pada. To nic, że moknie.

Do spotkania z Andrzejem ma jeszcze kilka godzin. Wypije z nim wino.

Powalczy.

Deszcz oczyszcza. Dzisiaj potrzebowała tego oczyszczenia jak tlenu.

Nie podda się tak łatwo. Nie zrezygnuje.

Nie było słychać kroków na chodniku.

Nawet deszcz zamilkł.

Jedynie coś pobrzękiwało w ciszy.

Coś, jakby dźwięk stłuczonej porcelany…

***

Mogło być tak… – część 3

Alternatywne zakończenia do części 3

[AGNIESZKA J.]

Co czuję? Nie wiem. Gdybym wiedziała, nie zastanawiałabym się nad tym. Mój staruszek

potrafił pisać takie rzeczy!

Mój staruszek potrafił pewnie pisać takie rzeczy, od których mój mózg wykonałby podwójne salto w tył, gdyby tylko dane mu było zarejestrować pogawędki staruszka z Magi. Wiem, jestem wstrętna, ale w przypływie nienazwanych uczuć, zaraz po przeczytaniu e – maila od Magdy, przewertowałam wnikliwie archiwum komunikatora ojca w poszukiwaniu namacalnych dowodów ich romansu. Znalazłam szydzącą ze mnie pustkę. Nawet to potrafił. Potrafił pewnie wiele więcej. Stanęły mi zaraz przed oczami te wszystkie magdzine „wiesz?”, „wiedziałaś?” i zrobiło mi się niedobrze. Zaraz potem z premedytacją zniszczyłam płytę Dido. Nie ze złości. Uznałam, że Garou bardziej pasowałby jako podkład muzyczny do słownych, urokliwych wynurzeń mojej Magi, słowem pisanym przekazywanych mojemu ojcu. Polubiła francuski. Ciekawe czy w każdej postaci?

Cholera!

Wróciła do domu, by odbudować swój zrujnowany świat, tymczasem dopiero teraz runął na dobre. E – mail od Magdy zostawiła bez odpowiedzi, dlatego jej skrzynka pękata w szwach. Komórkę wyłączyła i schowała do szuflady Telefonu nie odbierała. Magda nie dawała za wygraną, pisała coraz bardziej rozpaczliwe e – maile, niemal tak rozpaczliwe jak wzrok ojca wodzący za snującą się po domu Martyną. A ona była jak te drzewa za oknem. Zmarznięta i ogołocona z wszelkich oznak życia. Bez czucia. Nie wiedziała. Już nic nie wiedziała. Była jedną wielką totalną niewiedzą.

Zbliżały się święta, czas nadziei, radości, pojednania. I pięknych słów wypowiadanych przy łamaniu się opłatkiem. A ona była bez czucia. I nic nie wiedziała i nie rozumiała niczego. I potrzebowała kogoś, kto jej to wszystko wyjaśni tak, by pojęła. Kogoś, kto użyje odpowiednich stów. Słów, które mają w sobie magię, które dokonają w niej przemiany, jak dokonało przemiany to słynne „LLO” na komputerze w Los Angeles po 20 października 1969 roku. Ale ojciec zamilkł. Pewnie w myśl zasady, że prawda nie potrzebuje wielu słów. Więc ona też milczała. Bo wszelkie słowa z niej uleciały, jak powietrze z dmuchanej piłki plażowej. Tylko Magda wciąż jeszcze próbowała dokonać rewolucji słownej, molestując komputer Martyny.

Stała w oknie wpatrując się w cienką warstwę lodu na jeziorze. Matka pewnie biegała po Amsterdamie kupując dla niej kolejną pocztówkę. Będzie piękna jak każda poprzednia i jak każda poprzednia zaraz po świętach wyląduje w pudełku. Miała tylko te pocztówki i trochę wspomnień o opłatku w kredensie, owiniętych watą lampkach, zapachu choinki i smażonego karpia. Poza tym miała świadomość własnej bezsilności i niewiedzy. Nic więcej.

Usłyszała delikatny dźwięk rozbitego szkła. Przy stole stał ojciec i z wielkiego, zakurzonego kartonu wyciągał bombki. Jedna z nich rozsypała się na podłodze w kolorowy pył.

Skaleczyłeś się – podeszła do niego powoli i ujęta w dłoń jego lekko krwawiący palec. – Pokaż.

To nic takiego, Marty… Do wesela się zagoi. Spojrzała jak ktoś gotowy popełnić morderstwo.

To też już ustaliliście? – z trudem siliła się, by zatrzymać cisnące się pod powiekami łzy.

Nie. O tym nie było mowy. Martynko…

Martynko, Martynko, Martynko! Tak, Martynka rozumie. Co ma nie rozumieć. W końcu sama zakochała się w starszym od siebie mężczyźnie. I nawet z nim spała, wiedząc, że jest żonaty i dzieciaty, z głupią nadzieją, że wszystko samo się ułoży. Jasne, że Martynka rozumie. Miłość. Cudowne uczucie. Każdy ma do niej prawo… nawet ty… nawet wy… – glos drżał jej coraz bardziej. – Nic Martynka nie rozumie, słyszysz? Czemu tak podle mnie oszukiwaliście, nie rozumiem! Całe życie i wszyscy. Mama, ty… Andrzej, Tomasz… Magda…

Objął ją mocno, jak małą zlęknioną dziewczynkę, a ona przylgnęła do niego całą sobą i spazmatycznie płakała. Tak jak wtedy, gdy matka oświadczyła, że odchodzi i tak jak wtedy, gdy chciała ją zabrać ze sobą do Amsterdamu, a ona, choć prawie dorosła, nie mogła pojąć, dlaczego to wszystko spotyka właśnie ją, dlaczego uczestniczy w tym właśnie ona, dlaczego każą jej wybierać, dlaczego nie może żyć jak większość normalnych dziewczyn w jej wieku, dlaczego święta stracą urok, matka nie wyjdzie z sypialni odświętnie ubrana, a ojciec jej nie przytuli.

Trzymał ją teraz w ramionach jak wtedy i jak wtedy milczał. A przecież tak pięknie potrafił mówić o słowach. Ale nie do niej.

Do niej kiedyś, dawno temu, w Zielonce powiedziała coś babcia. Miała dwanaście lat, gdy zmarła matka jej koleżanki. Osierociła piątkę dzieci. 6 grudnia, w dniu św. Mikołaja. W dniu, w którym nawet najmniejszy cukierek osładza życie, za oknem leży pierwszy śnieg, a wszystkie dziecięce twarzyczki jaśnieją uśmiechami. W takim dniu Bóg zabrał matkę piątce dzieci, które dzień wcześniej wystawiły przed drzwi wspólnego pokoju swoje buciki. I Martyna nie zrozumiała tego do dzisiaj. Ale babcia powiedziała jej wtedy: „Martynko, musimy sobie zadawać pytanie o sens życia, dlaczego jest tak, dlaczego nie inaczej, dlaczego nie rozumiem. I nie dziw się, jeśli nigdy nie będziesz spokojna i nie znajdziesz odpowiedzi. Nie możesz jej znać. Nikt jej nie zna. Ale możesz wierzyć. Każdego dnia wstaje słońce”.

Zapamiętała te słowa i przypomniała je sobie właśnie teraz, tulona przez ojca głaszczącego jej włosy. Stłumiła szloch. Na podłodze błyszczał kolorowy pył, w którym tysiącem barw odbijało się światło. Nie zrozumie. Ani tego, że matka za dwa dni będzie smażyć karpia w Amsterdamie, ani tego, dlaczego Andrzej plakat siedząc przed jej komputerem, ani tego, po co Tomasz przystał kartkę z ośnieżonych Tatr i napisał na niej jedno słowo „Pamiętam”. Nie pojmie. Teraz nie. Może pod koniec życia. A jutro wstanie słońce. I pojutrze też. A potem zajdzie i pojawi się pierwsza gwiazdka. Ojciec wyciągnie opłatek z kredensu. Położy go na wyszczerbionym talerzyku. Zapali lampki na choince. Te same, które ona co roku owijała watą. I przytuli Magdę.

Pukanie do drzwi zabrzmiało delikatnie jak odgłos stłuczonej bombki. Wyglądała tak ładnie. Zupełnie inaczej niż zwykle. Dojrzalej, piękniej. Ojciec drgnął i uśmiechnął się kącikami ust.

Martyna… – drżał jej głos. Jak dziecku, które próbuje powiedzieć, że rozsypało cukier w kuchni, a przecież wcale nie chciało. Samo się stało.

Witaj, Magi – szepnęła Martyna. – Nic nie mów. Im więcej stów, tym mniej treści przypada na każde, l nie próbujcie zrozumieć.

A na początku było słowo… „Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”.

***

[ATENA]

Minęły święta. Zaczął się nowy rok. Rok… Jedna wiosna. Jedno lato.

Jedna jesień.

Jedna zima. Jedne urodziny. Jedna Gwiazdka. Odchorowałam ten „romans”. Grypa złamała moje ciało, jak profesor połamał duszę.

Nie mogłam się na to zgodzić. Ciało mówiło TAK. Rozum mówił NIE. Można uznać to za wytarty banał, ale ja wierzę, że nie wolno budować swojego szczęścia na cudzym nieszczęściu. Zbyt wiele tez. Ciało buntowało się przeciw rozumowi dyskutując z nim długimi godzinami, czasami dopuszczając do głosu Serce.

Serce przekrzykując Rozum i Ciało mówiło: pomóżcie mi, błagam, bo za chwilę rozsypię się na maleńkie kawałeczki. I kto mnie potem poskleja?

A i ono było bezsilne.

Do twarzy mi było w Smutku. Zaprzyjaźniłam się z nim nawet. Z Tęsknotą także.

Wiedziałam teraz, że tęsknota to nie tylko przebieranie ziarnek maku. Nie tylko nasłuchiwanie jego kroków za drzwiami. Czekanie na dzwonek lub zgrzyt klucza w zamku. Bo „tęsknić” i „czekać” to prawie to samo. Pod warunkiem że czekając się tęskni, a tęskniąc czeka.

Z tęsknoty można przestać jeść. Można też umyć podłogę w całym domu szczoteczką do zębów. Można wytapetować mieszkanie. Umrzeć można. Wieczorami, w blasku świec, przy muzyce, w absolutnej ciszy przychodziło do mnie Zrozumienie.

Zatem było nas siedmioro… Ciało, Serce, Rozum, Tęsknota, Czekanie, Smutek, Zrozumienie.

I ja. Chociaż miałam do powiedzenia najmniej. I jeszcze Dusza. Ale ona się nie liczy, bo leży potłuczona cicho w kącie.

Ale to już było. I nie wróci więcej.

Nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny. Dzięki temu zrozumiałam, co czuł Andrzej.

Andrzej…

Czy mężczyźni czują inaczej? Czy ich mniej boli? Jeśli nie, to oznaczałoby, że jego serce pękło już dawno. Pierwszy raz, gdy dotykał ustami jej szyi. Gdy siedzieli na wersalce, a ona obserwowała w szkle monitora odbicie jego głowy Do dziś czuła ciepło jego oddechu, które zostawało po każdym pocałunku. Pamięta drżenie jego ciała. Ale także pamięta siebie – zastygłą w oczekiwaniu.

Teraz bardzo chciała wrócić do tych pocałunków. Na szyi, uchu i swetrze. I drugi raz serce pękło, gdy ona była na „koloniach” w Toruniu. A wtedy nawet nie zauważyła, jak gasła jego obecność. Jak świeca, która się wypala. Nie dostrzegła tego, oślepiona ogromnym neonem z Gdańska. Andrzej wiedział. Cierpiał, ale czekał. Miał nadzieję, że Martyna spojrzy kiedyś na wszystko w innym świetle.

I spojrzała. A po profesorze, wbrew jej obawom, wcale nie został w jej sercu lej jak po wybuchu bomby atomowej, lecz malutka rana, która szybko się zabliźni. Szybko, bo z Andrzejem.

Pragnęła jego pocałunków za uchem. Drżącego dotyku jego palców, gdy delikatnie przesuwał dłońmi po jej ramionach.

Bo różnica między Andrzejem a profesorem polegała na tym, że Martyna miała wrażenie, że przy tym pierwszym czuje się jak dziecko stawiające pierwsze w życiu kroki, malutkie, drobniutkie, troskliwie podtrzymywane przez wzruszoną matkę. Natomiast przy profesorze te kroki były jak w siedmiomilowych butach. Na dłuższą metę daleko nie ujdziesz. Bo po prostu się zmęczysz. A jeśli nawet się nie zmęczysz, to zbyt szybko skończy ci się droga.

Martyna chciała odkrywać ciągle nowe ścieżki. Mogła to zrobić tylko z kimś, kto okazywał jej morze cierpliwości, miłości, zrozumienia. Bez przerwy. Konsekwentnie. Niezmiennie.

Andrzej…

Z Magdą nadal co jakiś czas wrzucały szprotki do stoika. Tak na wszelki wypadek. Żeby już nic w ich życiu się nie zmieniło. Nic na gorsze, oczywiście. Ale nie prosiły ryb o nic nowego. Nie można przecież być zachłannym.

Teraz Magda bywała w Szczytnie częściej od Martyny i w ogóle zanosiło się na to, że wkrótce się przeprowadzi. Studiować może w Olsztynie, jeśli nadal będzie jej się chciało.

Nie miała do niej żalu. Bo i o co? Nie można zapanować nad sercem, nawet jeśli początkowo wydaje nam się, że tak. Magda próbowała. I próbował ojciec. Ale jak długo można oszukiwać samego siebie?

Po historycznym e – mailu Magdy do Martyny powstał kolejny.

Madame

Nie powiem, że z łatwością oddycham. Raczej chwytam łapczywie powietrze, jak astmatyk.

Bo nie jest to proste. Ale nic nie jest w życiu proste.

Zadaję sobie pytanie: o co tak naprawdę chodzi w tym naszym całym życiu?

Przy założeniu, że żyjąc tracimy życie. Może o to, by stracić go jak najmniej? Albo przeżyć jak najwięcej? Przecież trzeba pamiętać, że życie to przystanek. Tylko przystanek. Chwila. Kilka chwil, l nie wolno nam ani jednej zmarnować. Bo nigdy byśmy sobie tego nie wybaczyli.

Widzisz, ja wierzę w Boga. Ale mam trudniej, bo muszę częściej szukać usprawiedliwienia dla siebie samej. Dla innych, l często go nie znajduję, l wtedy ogarnia mnie zwątpienie, czy moja wiara jest wystarczająco mocna. Można wierzyć w różne rzeczy.

Ja teraz wierzę na przykład, że nie skrzywdzisz mojego ojca. Jeśli tak by się stało, to Cię po prostu zabiję. Mówię poważnie. Miłosierdzie tu nie będzie się liczyło.

Pewne jest natomiast to, że ojciec nie potłucze Ci duszy, nie podetnie skrzydeł i nie uśpi motyli. Gwarantuję. To jedyna rzecz, której jestem pewna. No… nie jedyna.

Przyjedź proszę. Znowu zapalimy świece. Wypijemy wino (weź jakieś od niedożywionego Teo).

Jest o czym rozmawiać. Chcę się do Ciebie przytulić. Mocno.

Andrzej…

Tylko przy nim czulą się naprawdę bezpieczna.

Będą uczyli się mówić. Jeśli on nadal będzie chciał.

Tak jak powiedział ojciec: na początku było słowo.

Literka po literce. Wyraz po wyrazie. Zdanie po zdaniu.

Aby dojść do tego najważniejszego.

Bo Miłości uczymy się całe życie.

***

[ATENA]

Śnieg prószył tak równo, jakby ktoś, tam na górze, wysypywał go z ogromnej poduchy. Przysypywał ciepłą puchową pierzyną nieco odchudzone korony drzew. Płatki spadały nieśmiało na tafle skutego lodem jeziora. Widziała to dokładnie zza okna, nawet nie wstając z łóżka. Dzięki krótszym firankom, które założył ojciec. Specjalnie po to, by zaraz po przebudzeniu mogła oglądać jezioro.

Bez względu na porę roku widok był zachwycający.

Wstała i przeciągnęła się leniwie. Ech, ty życie, życie!

Ktoś powiedział, że myślenie ma przyszłość.

Martyna nic innego nie robiła od kilku tygodni, tylko myślała.

I jakoś mimo to nie dostrzegała jeszcze swojej przyszłości. Chwilami miała wrażenie, że widzi jakiś niewyraźny zarys, ale znikał on jak fatamorgana.

Z kuchni roznosił się przyjemny zapach tostów oraz jajecznicy, które przygotowywała Magda do spółki z ojcem. Ich wspólne śniadania byty już jak rytuał. Ta sama godzina. Te same słowa. Ta sama czułość. Tylko składniki czasami inne. Na szczęście, bo inaczej nie mogłaby patrzeć na jajka. Poza tym Magda dbała o poziom cholesterolu we krwi ojca, a ojciec dbał o odpowiedni poziom czułości.

Wzruszały Martynę te codzienne rozmowy w kuchni. Rozczulała ją nieopisana radość, która bita od jej ojca, gdy patrzy} na Magdę. Jak on na nią patrzył!

Jeśli tak wygląda miłość, to Martyna chciała ją widzieć. Choćby miała ją tylko oglądać z daleka.

Reflektor z Gdańska zgasł. Tak nagle jak się zaświecił. Martyna świadomie go wyłączyła. Tak było bezpiecznie. Inaczej mogłoby się coś zapalić od krótkiego spięcia. A tak tylko się troszkę przykopciło. Serce się osmaliło. Wprawdzie trudno je było z początku doszorować, ale się udało.

Szorowała je razem z ojcem, Magdą, Tonym i złotymi szprotkami.

Szorowała z Romkiem i Teo, któremu przy tej okazji sprawdzała ilość pigmentu, czyniąc to na podstawie jakości przynoszonego przez Teo wina.

Jeśli wino było przednie, oznaczało to, że Teo nadal ma sporo pigmentu, tak jak większość południowców.

Doprali jej serce.

Ale ostateczny, właściwy kolor odzyskało pewnego piątku.

Martyna, łap – usłyszała znajomy glos za plecami.

Odwróciła się i instynktownie wyciągnęła przed siebie ręce. W samą porę. Inaczej ogromny bukiet z polnych kwiatów przytachany przez Remka wylądowałby w śnieżnej zaspie. Jak kwiatek przy kożuchu.

Co ty Remek, zwariowałeś? Kwiatami we mnie rzucasz?

A czym mam rzucać? Śniegowymi kulkami? Absolutnie nie nadają się na tę okazję.

O, więc jest okazja. Powiedz…

Martyno, kobieto, przyszła anglistko. Niebieskooka blondynko, łamaczko męskich serc…

Remik, jeszcze jedno słowo i zmuszona będę użyć brzytwy. Mów natychmiast – spojrzała na niego uważniej i spostrzegła lekki rumieniec. „Boże, chyba nie będzie mi się oświadczał” – przemknęło jej przez głowę.

Chłopie, poważna sprawa. Ty się czerwienisz.

Martynko, nie wiem, jak mam ci to powiedzieć…

Normalnie. Literka po literce. Może być po angielsku, byleby pełnym zdaniem.

Widzisz Martynko… Ja już nie będę chodził z tobą do kina.

Rozumiem, zwłaszcza po akcencie na „z tobą”. Remek, wariacie, to cudowna wiadomość. Ale musisz mi obiecać, że jedno wyjście na dziesięć zaliczasz ze mną, OK? To dla kogo te kwiaty? I skąd je wziąłeś? Spod śniegu wykopałeś? Biegnij z tym bukietem do niej!

Kwiaty są dla ciebie. Ona już dostała. Przed tobą.

No tak. Przed nią…

Wszystko działo się albo przed nią, albo za nią. Za późno lub za wcześnie.

Z Andrzejem było za wcześnie. A także za późno. Jakie to skomplikowane! Najpierw za wcześnie, bo nie czuła tego co on, a potem za późno, bo nie wiedziała, czy Andrzej czuje jeszcze to, co ona zaczynała czuć.

Paradoksalnie, gdy poznała profesora było za późno i za wcześnie zarazem.

Późno, bo żona. A za wcześnie, bo jednak czuła się trochę za młoda, by wiązać się na stałe z mężczyzną starszym prawie o 20 lat. Co innego romans, a co innego proza życia.

Dlatego tak bardzo cieszył ją sukces Remka na „polu sercowym”. Okazuje się, że nawet chłopak tak mało seksowny jak biurowy wieszak (cytując Magdę) może uwieść dziewczynę, Remek, oprócz niskiego wzrostu, nadwagi i okularów ma przecież TEN MÓZG. I wrażliwość. Optymizm. Radość z samego tylko faktu, że się urodził.

Martynko, to ja już pójdę. Pozdrów Magdę i ojca. Co u nich słychać?

Oj, Remik! Słychać, słychać. Co ja ci będę dużo mówić. Dobrze słychać. Ja tylko jestem prawie bezdomna, bo Magda zdobyta szturmem nie tylko serce ojca, ale i mieszkanie. Pozdrowię ich oczywiście. Jeśli tylko uda mi się dotrzeć do Szczytna.

Od kiedy postanowiła żyć bez mężczyzn, wyostrzyło jej się poczucie humoru.

Dlaczego mężczyźni tak „zaciemniali” jej obraz?

Wszystkim dookoła życie ułożyło się jakoś. Profesor wyjechał z rodziną na pięcioletni kontrakt na Uniwersytet w Kanadzie.

Ojciec przeżywa drugą młodość z Magdą.

Remek będzie chodził do kina z inną.

Nawet Tony poderwał podobno całkiem przyjemną sunię.

Nie wiedziała tylko, co z Andrzejem. Gdyby tylko pozwolił się przeprosić. Wyjaśniłaby. Pozwoliłaby całować swoją szyję. Pozwoliłaby zdjąć sobie stanik. I nie musiałby zapomnieć o tym zaraz za drzwiami.

Andrzej…

Wszystko miało swój bieg. Swój plan. To nieprawda, że codzienność zaczynająca się siedem razy w tygodniu myciem zębów rano i zmywaniem makijażu wieczorem, jest nudna. W tym czasie można też mieć normalne życie. Ciekawe. Pełne zdarzeń. Regularne. Bez erupcji, ale także bez poparzeń i grzechu. Kolokwia, egzamin, biblioteka, książki. Czasami wino wieczorem. Dużo muzyki.

Na to wino Martyna wpadała już sama do Teo, kontrolując poziom jego pigmentu. Teo, nie wina.

Słuchaj Teo, dlaczego wy, mężczyźni jesteście tacy niezdecydowani? – My? Niezdecydowani? – powtórzył głosem pełnym szczerego zdziwienia pomieszanego ze świętym oburzeniem. I natychmiast „zaszeleścił” znad deski do prasowania: – Martyna, którą mam założyć? Niebieszką czy żeloną? Wiesz, nie mogę szę żdeczydowacz.

Martyna podniosła się z podłogi, chwyciła do potowy pełną butelkę i bez żadnych wyrzutów sumienia, związanych z kradzieżą wina, wyszła z pokoju.

Jezu, chyba już nic się w moim życiu nie zmieni!

Muszę do Szczytna. Teraz, dzisiaj, natychmiast! Nad jezioro. Pooddychać zapachem wody. Wciągnąć głęboko powietrze. Prawie się nim zachłysnąć. Wsłuchać się w odgłos skrzypiącego pod butami śniegu. Pogłaskać Tony'ego. Przytulić się do ojca. Powrzucać z Magdą szprotki do słoika. Sprawdzić, czy dworzec autobusowy ma nadal rozmiary parkingu dla rowerów. Wtopić się we mgłę. Zniknąć w niej. Tak jak się znika w czapce – niewidce. Oj, gdyby tak znikały nasze problemy! Autobus. Ostatni do Szczytna dzisiaj. Piątek. Żeby tylko zdążyć. W ostatniej chwili wbiegła na dworzec. Autobus już ruszał. Wskoczyła, jak zwykle bez bagażu. Od progu jej radość ostudził kierowca:

Nie ma miejsc. To nie autobus na dziatki. Jutro będzie następny.

Jutro? Jakie jutro??? Ona musi teraz. Dzisiaj. Jutro już może być za późno. Mgła opadnie! Śnieg stopnieje! Magda zje całą zupę grzybową! Szprotki umrą!

Proszę pana, ja mogę siedzieć na podłodze. Mogę stać… niech pan zrozumie, ja muszę dojechać dzisiaj do Szczytna, proszę…

W tym momencie chłopak w zielonej kurtce stanął przy kierowcy i, podając mu swój bilet, powiedział:

Niech pan weźmie tę panią. Ja mogę jechać jutro. Niech pan otworzy bagażnik żebym mógł zabrać bagaż.

Andrzej szepnął do Martyny:

Nie zwracaj na niego uwagi. Masz miejsce przy środkowym wejściu. Ja pojadę jutro. Na mnie nikt nie czeka.

Martyna stała skamieniała, jakby ktoś odlał ją z brązu. Nie miała czucia ani w rękach, ani w nogach. Boże! To się chyba nazywa dejavu? Ale teraz będzie mądrzejsza. Dzisiaj wie, czego pragnie. Powoli, z namysłem powiedziała:

Ja na ciebie czekam. I albo jedziemy nad Małe i Duże razem, albo wysiadam teraz z tobą!

Kierowca zmełł przekleństwo pod nosem i machnął zrezygnowany ręką. Autobus ruszył. Wyjechał na szeroką równą drogę. Martyna zamknięta w ramionach Andrzeja wierzyła, że od tej chwili także i ona zaczyna stąpać po nowej, równej ścieżce. Niby znajomej, a obcej. Obcej, a znajomej. Serce radośnie łomotało w piersi, a tuż za uchem czuła ciepłe pocałunki Andrzeja. Tak było. Kilka tygodni temu.

Z zamyślenia wytrącił ją cichy głos:

Martynko, wracaj do łóżka, bo się przeziębisz. Stoisz bosymi stopami na podłodze. Chodź do mnie. Ogrzeję cię. Przecież nie chcemy, żebyś była chora, prawda?

Prawda Andrzejku. Nie chcemy – najbardziej teraz pragnęła, by ją dotykał. By zamykał w ustach jej kolczyk z kawałkiem ucha. By wodził opuszkami palców po jej ramionach. I ona pragnęła dotykać jego. Jak to kiedyś powiedziała Magda o Bon Jovim?: „chciałabym ssać jego mózg. To znaczy jego mózg także”. Martyna tak teraz miała. Pragnęła, by był. Teraz. Jutro. Zawsze.

***