J. G. Ballard

Fabryka bezkresnych snów


Przełożył Maciej Swierkocki


1

<p>1</p> PRZYLOT HELIKOPTERÓW

Przede wszystkim, dlaczego w ogóle ukradłem ten sa-molot?

Czy gdybym wiedział, że zaledwie dziesięć minut po starcie z londyńskiego lotniska płonąca maszyna spadnie do Tamizy, wgramoliłbym się mimo wszystko do kokpitu? Być może już wtedy żywiłem niejasne przeczucia tych dzi-wacznych zdarzeń, które miały nastąpić kilka godzin po moim ocaleniu.

A teraz stoję w centrum wyludnionego, nadrzecznego miasteczka. Widzę, jak mój poszarpany kombinezon lotni-czy odbija się w szybach pobliskiego supermarketu, i do-skonale pamiętam moment, kiedy wszedłem do niestrzeżo-nego hangaru na lotnisku. Siedem dni temu umysł miałem tak chłodny i sprężony, jak jego stalowy dach nad moją gło-wą. Zapinając pasy w fotelu pilota, wiedziałem, że wszyst-kie niepowodzenia i falstarty, jakie spotkały mnie w życiu, ustępują nareszcie najprostszej, a zarazem najbardziej ta-jemniczej ze wszystkich czynności – lataniu! Nad wytwórnią filmową krążą helikoptery. Wkrótce w centrum handlowym wylądują policjanci, którzy na pewno chcą mnie przesłuchać w sprawie zniknięcia całej ludności Shepperton. Chciałbym widzieć ich zdumienie, gdy się do-wiedzą, w jak niezwykły sposób odmieniłem to spokojne miasto.

Spłoszone głosem helikopterów ptaki wzbijają się w po-wietrze i wiem, że pora już ruszać. Ptaki pochodzą ze wszyst-kich zakątków globu i otaczają mnie całymi tysiącami – są wśród nich flamingi, fregaty, sokoły i dalekomorskie alba-trosy, jak gdyby uciekły z ptaszarni dobrze zaopatrzonego zoo. Przysiadają na portyku stacji benzynowej i walczą o miejsce na ciepłych dachach porzuconych aut. Kiedy opie-ram się o skrzynkę pocztową, by obciągnąć poszarpany kom-binezon lotniczy, harpiowata orlica, strzegąca listów, które nigdy nie opuszczą tej skrzynki, rzuca się na moje ręce, jakby zapomniała, kim jestem, i chciała przyjrzeć się bliżej sa-motnemu pilotowi, który spokojnie zstąpił z wiatrem na opuszczone ulice. Cały pasaż handlowy wypełniają barba-rzyńsko upierzone kakadu, ary i szkarłatne ibisy, tworząc jakby żywy tren, którym mam ochotę przewiązać się w pa-sie. W ciągu kilku ostatnich chwil, kiedy sprawdzałem, czy nie zostawiłem sobie żadnego z moich bliźnich, centrum Shepperton zmieniło się w spektakularną ptasiarnię, w ol-brzymi rezerwat powietrzny, rządzony przez kondory. I tylko kondory zostaną ze mną aż do samego końca. Dwa z tych wielkich sępów przyglądają mi się z betonowe-go dachu samochodowego parkingu. Koniuszki ich skrzy-deł kryją plamy grzybicy, a między pazurami lśni ropa gni-jących ciał, niczym rozkładające się złoto w szponach pra-cowitego finansisty. Podobnie jak inne ptaki, sprawiają wra-żenie, że w każdej chwili mogą mnie zaatakować, rozdraż-nione hukiem helikopterów i świeżo zabliźnioną raną na mojej piersi.

Pomimo takich małomiasteczkowych facecji wolałbym zostać tu dłużej i dojść do ładu z tym, co mi się przydarzy-ło, a także pogodzić się z ważnymi dla nas wszystkich kon-sekwencjami, sięgającymi daleko poza granice tego mia-steczka, położonego piętnaście mil na zachód od Londynu. Ulice wokół mnie milczą, zalane popołudniowym światłem. Przy furtkach ogrodowych leżą zabawki, porzucone w po-śpiechu przez dzieci, gdy uciekały stąd godzinę temu, a je-den z moich bliźnich zapomniał zakręcić trawnikowy spry-skiwacz, który obraca się teraz niezmordowanie, tworząc ciąg niepokalanych tęcz nad ozdobnym stawem na skraju ogrodu, jak gdyby chciał schwytać w swą pętlę jakąś wid-mową rybę i wyciągnąć ją z głębi.

– Pani St. Cloud!… Ojcze Wingate!…-Już za nimi tęsk-nię: za wdową, która próbowała finansować moją szkołę latania, i za księdzem, który znalazł moje kości w korycie rzeki.

– Miriam!… Doktor Miriam!… – To młoda lekarka, któ-ra mnie reanimowała, gdy omal nie utonąłem. Ale wszyscy mnie już opuścili. Skinąłem na ptaki, by podążały za mną, i ruszyłem naprzód przez pasaż. Na nad-rzecznej plaży jest kryjówka, gdzie będę mógł przeczekać, dopóki helikoptery nie odlecą. Spojrzałem po raz ostatni ku jaskrawej, tropikalnej roślinności, tworzącej na tle nieba jedyny w swoim rodzaju profil miasta Shepperton. Dach supermarketu i stacji benzynowej pokrywają gęsto orchi-dee i paprocie, na wystawie sklepu z artykułami metalowy-mi i w oknie wypożyczalni telewizorów pienią się karłowa-te palmy o ząbkowanych liściach, a stateczne niegdyś ogro-dy porastają mangowce i magnolie, zmieniając ciche mia-steczko, w którym rozbiłem się zaledwie tydzień temu, w zaułek jakiegoś zaginionego miasta w Amazonii. Helikoptery nadlatują bliżej. Klekoczą tam i z powro-tem nad wyludnionymi ulicami wokół wytwórni filmów. Załogi przez lornetki przypatrują się uważnie pustym do-mom. Chociaż mieszkańcy miasteczka już odeszli, wciąż czuję ich obecność w moim ciele. W szybie wystawowej sklepu z akcesoriami elektrycznymi widzę, że moja skóra lśni jak skóra archanioła, rozświetlona snami wszystkich tutejszych gospodyń domowych, sekretarek, aktorów i ka-sjerów bankowych, którzy śpią we mnie, bezpieczni w sy-pialnych salach moich kości.

Przy wejściu do parku stoją pomniki, które wznieśli dla mnie ci ludzie, nim wyruszyli w swój ostatni lot. Z dobro-duszną ironią zbudowali mi kapliczki w formie miniaturo-wych piramid ze zmywarek do naczyń i telewizorów, a z gramofonów wznieśli kioski, przyozdobione słonecznika-mi, dyniami i nektarynkami. Były to najwłaściwsze przed-mioty, jakie mogli znaleźć mieszkańcy przedmieść Londy-nu, by uświęcić swoje uczucia do mnie, a każda taka kon-strukcja zawiera strzęp mojego kombinezonu albo jakąś małą część samolotu – pamiątki wspólnych lotów po niebie nad Shepperton i po napędzanej ludzkimi siłami maszynie, o zbudowaniu której marzyłem całe życie, a którą oni po-mogli mi skonstruować.

Jeden z helikopterów znajduje się tuż za mną. Wykonu-je niepewne okrążenie nad centrum miasteczka. Pilot i na-wigator spostrzegli już moją skórę, połyskującą między drze-wami. Choć są bardzo przejęci, równie dobrze mogliby porzucić maszynę w powietrzu. Wkrótce nie zdołają zli-czyć opuszczonych miast. Wzdłuż doliny Tamizy, w całej Europie i obu Amerykach, w Azji i w Afryce opustoszeją dziesiątki tysięcy miasteczek podobnych do tego, gdy lu-dzie zgromadzą się, by odbyć swój pierwszy, napędzany człowieczą mocą lot.

Teraz już wiem, że tamte ciche, porośnięte szpalerami drzew drogi to pasy startowe, które czekają, aż wzbijemy się w niebo, którego poszukiwałem przed siedmioma dnia-mi, wkraczając lekkim samolotem w przestrzeń powietrz-ną tego małego miasteczka nad Tamizą. Tu mój samolot spadł, a ja uszedłem zarówno śmierci, jak i życiu.


2

<p>2</p> KRADNĘ SAMOLOT

Zeszłego roku nawiedzały mnie sny o lataniu. Przez całe lato sprzątałem samoloty na londyńskim lot-nisku. Mimo ciągłego hałasu i milionów turystów, wcho-dzących i wychodzących z budynków terminali, byłem zu-pełnie sam. Otaczały mnie parkujące wokół odrzutowce, a ja chodziłem z odkurzaczem wśród rzędów pustych foteli, usuwając podróżne śmieci, resztki posiłków, niewykorzy-stane środki uspokajające i antykoncepcyjne, a także wspo-mnienia przylotów i odlotów, które przywodziły mi na myśl wszystkie moje nieudane próby osiągnięcia w życiu czego-kolwiek.

Mając dwadzieścia pięć lat zrozumiałem, że ostatnie dziesięć lat mojego życia to strefa lawinowa. Jakikolwiek wytyczyłbym sobie kurs, jakkolwiek uważnie usiłowałbym iść za kolejnym wskazaniem strzałki kompasu, wpadałem od razu na najbliższy mur. Nie wiedzieć czemu czułem, że nawet będąc sobą, odgrywam jedynie rolę, która powinna przypaść w udziale komuś innemu. Natomiast zakamarków jakiejś niewidzialnej rzeczywistości dotykałem tylko dlate-go, że kompulsywnie wcielałem się w inne postaci. Naj-częściej przebierałem się za pilota, wkładając biały kombi-nezon lotniczy, który znalazłem w szafce. Nim ukończyłem siedemnaście lat, wyrzucono mnie z przynajmniej sześciu szkół. Zawsze byłem leniwy i agre-sywny, a także skłonny uważać świat dorosłych za coś w rodzaju nudnej konspiracji, z którą nie chciałem mieć nic wspólnego. W dzieciństwie doznałem obrażeń w wypadku samochodowym, w którym zginęła moja matka, i odtąd mój lewy bark wystawał nieco ku górze, a ja, wyolbrzymiwszy wkrótce tę cechę, nadałem jej znamię bojowego zuchwal-stwa. Koledzy szkolni małpowali mnie, ale nie zwracałem na nich uwagi. Uważałem się za przedstawiciela nowego gatunku uskrzydlonego człowieka. Pamiętałem o wygwiz-danym przez tłum albatrosie Baudelaire’a i o tym, że ptak nie mógł chodzić wyłącznie ze względu na ciężar swoich skrzydeł.

Wszystko pobudzało moją wyobraźnię na najdziwniej-sze sposoby, a w bibliotece szkolnej, dzięki nadgorliwemu nauczycielowi biologii, odkryłem prawdziwe bogactwo roz-maitych dewiacyjnych możliwości. Na przykład w słowni-ku antropologicznym znalazłem pewien cudaczny, choć wzruszający, rytuał płodności, podczas którego członkowie aborygeńskiej wspólnoty kopią dół na pustyni i kolejno kopulują z ziemią. Poruszony do głębi tą wizją, błąkałem się tu i tam jak otumaniony, a kiedyś o północy usiłowałem osiągnąć orgazm podczas stosunku z ukochanym przez wszystkich szkolnym boiskiem do krykieta. Znaleziono mnie w blasku latarek, pijanego, na zgwałconej murawie, w oto-czeniu butelek po piwie. Dziwne, ale mnie to zdarzenie wydało się znacznie mniej osobliwe niż zdjętemu zgrozą dyrektorowi szkoły.

Wydalili mnie ze szkoły, czym się właściwie w ogóle nie przejąłem. Wkroczywszy w wiek dojrzewania, byłem już pewien, że któregoś dnia osiągnę coś nadzwyczajnego, czym zadziwię nawet samego siebie. Znałem moc moich snów. Po śmierci matki wychowywała mnie czasem jej mieszkająca w Toronto siostra, czasem zaś mój ojciec, po-chłonięty swoją praktyką lekarską wzięty chirurg okulista, który nigdy mnie właściwie nie uznał. Prawdę mówiąc, spę-dzałem tyle czasu na pokładach transatlantyckich odrzutow-ców, że cała moja formalna edukacja sprowadzała się do wyświetlanych podczas lotu filmów.

Po roku spędzonym na Uniwersytecie Londyńskim wy-rzucili mnie z akademii medycznej – gdy pewnego razu roz-cinałem w laboratorium anatomicznym klatkę piersiową, nabrałem nieoczekiwanie przekonania, że w zwłokach wciąż tli się życie. Sterroryzowałem słabszego kolegę studenta, żeby pomógł mi oprowadzić trupa po laboratorium i spró-bował przywrócić go do życia. Wciąż jestem poniekąd pe-wien, że mogło się nam udać.

Nigdy nie byłem przywiązany do ojca i wyobrażałem sobie często, że mój prawdziwy rodziciel to jeden z pierw-szych amerykańskich astronautów, że zostałem poczęty z nasienia dojrzałego w przestrzeni międzygwiezdnej i że je-stem istotą mesjaniczną, przeszczepioną niejako w łono matki z ciężarnego kosmosu. Gdy ojciec mnie wydziedzi-czył, zacząłem chaotyczny i bardzo stromy slalom. Odrzu-cony pilot najemnik, niespełniony nowicjusz u jezuitów, niewy dawany autor utworów pornograficznych (spędziłem niejeden podniecający weekend, wykręcając numery pu-stych biur w całym Londynie i dyktując automatycznym se-kretarkom swoje niezwykłe fantazje seksualne, które nicze-go niepodejrzewające maszynistki przepisywały potem swo-im szefom) – a jednak mimo wszystkich niepowodzeń ży-wiłem nadal niezachwianą wiarę w siebie: mesjasza, po-zbawionego jeszcze przesłania, który pewnego dnia ułoży jednak jakąś niespotykaną tożsamość z kawałków wybra-kowanej układanki.

Przez pół roku pracowałem w awiarium w londyńskim zoo. Ptaki doprowadzały mnie do szału swym nieustannym ćwierkaniem i świergoleniem, ale nauczyłem się od nich bardzo wiele, a moja obsesja latania dzięki sile własnych mięśni zaczęła się właśnie wtedy. Raz aresztowała mnie po-licja, ponieważ zbytnio hałasowałem w pobliżu zoo, na placu zabaw dla dzieci, gdzie spędzałem większość wolnego cza-su. Pewnego deszczowego popołudnia na pięć minut za-władnął mną kompleks Szczurołapa [1] i naprawdę uwierzy-łem, że zdołam poprowadzić dwadzieścioro dzieci, ich zdu-mione matki, kilka przebiegających nieopodal psów, a na-wet ociekające wodą kwiaty do jakiegoś raju, który – o ile tylko udałoby mi się go odnaleźć – leżał nie dalej niż kilka-set jardów stąd.

Przed gmachem sądu, w którym zostałem uniewinniony przez sympatycznego sędziego, zaprzyjaźniłem się z byłą stewardessą, pracującąjako barmanka w hotelu na londyń-skim lotnisku, a skazaną niedawno za uprawianie nierządu w pobliżu Terminalu Lotniczego Zachodniego Londynu. Była to ognista i miła dziewczyna, znająca mnóstwo nie-zwykłych opowieści na temat życia seksualnego na mię-dzynarodowych lotniskach. Poruszony jej wizjami, oświad-czyłem się bezzwłocznie i zamieszkałem u niej, w pobliżu lotniska Heathrow. Byłem już opętany ideą budowy samo-lotu napędzanego siłą ludzkich mięśni. Planowałem pierw-szy przelot dookoła świata, wyobrażając sobie, że jestem Lindberghiem i Saint-Exuperym lotów taką maszyną. Co-dziennie chodziłem na lotnisko, żeby obserwować samoloty, wzbijające się pod niebo z tysiącami pasażerów na po-kładach. Ogarniała mnie zazdrość, że ich na wskroś zwy-czajne życie pokrzyżował ten niewiarygodny sen o locie. Sny o lataniu nawiedzały mnie teraz coraz częściej. Po kilku tygodniach przebywania na tarasie widokowym zna-lazłem pracą jako czyściciel samolotów. W południowej czę-ści lotniska znajdował się teren przeznaczony dla lekkich maszyn. Cały wolny czas spędzałem w hangarach parkin-gowych, siedząc za sterami zniszczonych wiatrem, ale ele-ganckich samolotów, przypominających skomplikowane symbole, które otwierały w moim mózgu wszelkie możli-we zamki. Któregoś dnia zaakceptowałem logiką moich snów i postanowiłem wystartować sam.

Tak rozpoczęło się moje prawdziwe życie. Jednak bez względu na kierujące mną wtedy pobudki, to, co wydarzyło się owego ranka, zaniepokoiło mnie do głębi. Przypatrując się mojej narzeczonej, która ubierała się w sypialni, poczułem nagłą potrzebę wzięcia jej w ramio-na. Służbowy strój dziewczyny ozdobiony był motywami lotniczymi i zawsze lubiłem patrzeć, jak zakłada ten grote-skowy kostium. Ale kiedy przygarnąłem ją do piersi, zro-zumiałem, że nie powoduje mną uczucie dla niej, lecz chęć zgruchotania jej istnienia. Dosłownie. Pamiętam, że pod nogi spadła nam lampka nocna, którą dziewczyna strąciła, młócąc powietrze ręką. Biła mnie po twarzy zaciśniętymi pięściami, a ja stałem przy łóżku, przyciskając ją do piersi i dusząc. Dopiero kiedy osunęła się na ziemię u moich stóp, pojąłem, że o mało jej nie zabiłem, w najmniejszym stop-niu nie odczuwając jednak nienawiści czy złości. Później, gdy siedziałem już w kokpicie cessny, podeks-cytowany pokasływaniem silnika, zanim z hukiem ożył, dotarło do mnie, że nie zamierzałem jej skrzywdzić, jedno-cześnie jednak przypomniałem sobie niemy strach na twa-rzy siedzącej na podłodze dziewczyny i nabrałem pewno-ści, że pójdzie na policję. Omijając o włos stojący obok odrzutowiec, wzbiłem się w powietrze z jednego z pasów startowych na parkingu. Wiele razy widziałem, jak mecha-nicy uruchamiają silniki, i często męczyłem ich, by pozwa-lali mi sobie towarzyszyć, gdy kołowali wokół hangarów. Kilku z nich było wykwalifikowanymi pilotami, więc po-wiedzieli mi wszystko, co powinienem wiedzieć o urządze-niach sterowniczych i regulacji silnika. Dziwne, ale kiedy znalazłem się wreszcie w powietrzu, przelatując nad par-kingami samochodowymi, fabrykami plastiku i zbiornika-mi otaczającymi lotnisko, nie miałem najmniejszego poję-cia, jaki wybrać kurs. I tak wiedziałem, że wkrótce zostanę ujęty i oskarżony o kradzież cessny oraz usiłowanie mor-derstwa na mojej narzeczonej.

Ponieważ zapomniałem unieść klapy, nie udało mi się wzbić wyżej niż na pięćset stóp, ale i tak zawsze podnieca-ły mnie nisko latające samoloty. Mniej więcej pięć mil na południe od lotniska silnik zaczął się grzać, a po kilku se-kundach stanął w płomieniach, wypełniając kabinę rozpa-lonym dymem. Pode mną leżało ciche nadrzeczne miastecz-ko, którego centrum handlowe i prowincjonalne ulice, po-rośnięte szpalerami drzew, wcisnęły się w szerokie zakole rzeki. Zobaczyłem też wytwórnię filmową i operatorów, kręcących się za kamerami na murawie. Pod wymalowaną na płótnie atrapą zakamuflowanego hangaru stało kilkana-ście przedpotopowych dwupłatowców, a aktorzy ubrani w skórzane stroje lotnicze z czasów pierwszej wojny świato-wej unosili gogle, by spojrzeć na mnie w górę, gdy szybo-wałem nad nimi, ciągnąc za sobą olbrzymi pióropusz dymu. Jakiś człowiek stojący na platformie wieńczącej metalową wieżę pomachał mi megafonem, jak gdyby chciał, bym za-grał w jego filmie.

Płonący olej, który wypełnił kabinę, parzył mi ręce i twarz. Postanowiłem posadzić samolot na rzece i utopić się, zamiast spłonąć żywcem. Pół mili dalej, za kortami teniso-wymi i parkiem otoczonym uschłymi wiązami, zobaczy-łem na trawiastym zboczu wiej ską rezydencj ę w stylu tudo-riańskim.

Kiedy samolot przelatywał nad parkiem, zajęły mi się buty. Parujący glikol wtargnął w nogawki moich spodni. Parzył mnie w nogi i groził ugotowaniem jąder. Po obu stro-nach kabiny pędziły wierzchołki drzew. Podwozie ścięło kruche górne gałęzie uschłych wiązów, a wtedy wśród drzew eksplodowała chmura szpaków, niczym szrapnel z pocisku. Siła uderzenia była tak duża, że drążek sterowy wyszarpnął mi się z rąk, a ja w ostatniej chwili krzyknąłem coś na spo-tkanie wznoszącej się ku mnie rzeki. Rozpadający się w powietrzu samolot, którego ogon utkwił między konarami, runął do wody. Gorące drobiny buchającego przez kadłub pyłu wodnego i pary uderzyły mnie w twarz. Poczułem szarpnięcie pasów i uderzyłem głową o drzwi kabiny, ale nie doznałem bólu, jak gdyby moje ciało należało w rze-czywistości do pasażera.

Byłem jednak pewien, że ani na chwilę nie straciłem przytomności. Samolot zaczął natychmiast tonąć. Gdy pró-bowałem rozpiąć pas, szamocząc się z nieznaną mi dotąd klamrą, kabinę wypełniła kipiąca, czarna woda, wirując ła-komie wokół mego brzucha. Zrozumiałem, że utopię się za kilka sekund.

I wtedy nawiedziła mnie pewna wizja.


3

<p>3</p> WIZJA

Podtrzymywany przez skrzydła samolot spoczywał nie-ruchomo na wodzie. Z zalanego silnika unosiła się ogrom-na chmura pary, sunąca w kierunku brzegu. Dziób maszyny pochylił się do przodu, a rzeka bezceremonialnie ochlapy-wała spękaną szybę tuż przed moim nosem. Poluzowałem klamrę, zwalniającą zacisk pasa i zacząłem mocować się z drzwiami kabiny, gdy moją uwagę przykuła rozgrywająca się na wprost mnie scena.

Zdawało mi się, że widzę olbrzymie iluminowane malo-widło, rozjaśnione zarówno wzburzoną wodą, jak i moc-nym światłem, przesączającym się przez powierzchnię płót-na. Kiedy wypchnąłem drzwi kabiny pod przeciwny prąd, najbardziej zdumiała mnie niebywała wyrazistość szczegó-łów. Przede mną, na trawiastym zboczu, wznosiła się czę-ściowo drewniana rezydencja w stylu tudoriańskim. Przy-glądało mi się kilka osób, jakby upozowanych przez mala-rza na zwykłym, banalnym pejzażu. Żadna z tych osób nie ruszała się, jak gdyby zmrożona widokiem płonącego sa-molotu, który runął z popołudniowego nieba i spadł u ich stóp do wody.

Choć nigdy przedtem nie byłem w tym miasteczku -jak przypuszczałem, sądząc po obecności wytwórni filmowej, było to Shepperton – wydawało mi się, że rozpoznaję ich twarze, i że są to aktorzy odpoczywający w przerwie mię-dzy kolejnymi ujęciami. Najbliżej stała młoda ciemnowło-sa kobieta, ubrana w biały kitel laboratoryjny. Bawiła się w zamyśleniu z trojgiem małych dzieci na pokrytej płatkami piany murawie. Byli to dwaj chłopcy i dziewczynka-przy-cupnęli razem na huśtawce jak małpki na gałęzi, uśmiecha-jąc siew nadziei na rozpoczęcie jakiejś gry, którą próbowa-ła zaaranżować dla nich ta młoda kobieta. Dzieci przyglą-dały mi się chytrze kosymi spojrzeniami, jak gdyby przez cały dzień czekały, aż mój samolot specjalnie dla nich wy-ląduje w wodzie. Mniejszy chłopiec miał na nogach klamry ortopedyczne i pogwizdywał od czasu do czasu na swoje ciężkie stopy, chcąc je zachęcić, żeby wierzgały w powie-trzu. Drugi chłopczyk, przysadzisty mongoł z wielką gło-wą, szeptał coś ładnej dziewczynce o bladych policzkach i tajemniczym spojrzeniu.

Wyżej, w oknie na piętrze rezydencji, stała urodziwa ko-bieta w średnim wieku. Miała nieobecną twarz wdowy i, jak sądziłem, była matką dziewczyny w białym kitlu. W jednej ręce podtrzymywała brokatową zasłonę, a w drugiej zapomnianego papierosa, jakby zaniepokojona, czy moje gwałtowne przybycie nie ściągnie jej na dno wraz ze mną. Kobieta krzyknęła coś do dobiegającego sześćdziesiątki bro-datego mężczyzny, siedzącego na wąskiej plaży, dzielącej mnie od brzegu. Był chyba archeologiem, bo siedział w oto-czeniu sztalug, wiklinowego kosza i laboratoryjnych tacek, wciśnięty mocnym, acz otyłym ciałem w krzesełko tury-styczne. Koszulę przemoczyła mu woda, którą ochlapał go samolot, ale on wpatrywał się uporczywie w coś, co przy-kuło jego uwagę na plaży.

Ostatnim z siedmiu świadków był mniej więcej trzydzie-stoletni mężczyzna, ubrany jedynie w kąpielówki. Stał na końcu przystani z kutego żelaza, wcinającej się w rzekę spośród nadbrzeżnych hotelików, stojących za rezydencją. Mężczyzna malował wagonik miniaturowego diabelskiego koła, stanowiącego część wesołego miasteczka, wzniesio-nego dla dzieci na tej rozsypującej się, edwardiańskiej przy-stani. Mężczyzna znieruchomiał z pędzlem w dłoni i z nie-zmąconym spokojem przyglądał mi się swobodnie przez ramię, chełpiąc się jasną czupryną i efektowną, muskular-ną budową ciała filmowego atlety.

Woda sięgała mi już do piersi. Wciskała się do środka przez zalane tarcze instrumentów deski rozdzielczej. Spo-dziewałem się, że któryś ze świadków wypadku przyjdzie mi z pomocą, ale wszyscy stali niczym aktorzy czekający na sygnał reżysera, a ich sylwetki jarzyły się w wibrującym świetle, przesycającym powietrze. Rezydencję, wesołe mia-steczko na przystani i hoteliki na nabrzeżu otaczał silny, ostrzegawczy blask, jak gdyby już tylko kilka ostatnich mi-krosekund dzieliło je od jakiegoś niesłychanego nieszczę-ścia. Byłem niemal pewien, że w miasteczku rozbił się ogromny odrzutowiec albo że lada chwila pochłonie je nu-klearna katastrofa.

Za przednią szybą wirowała rzeka, chlustając ciemną pianą w spękane szkło. W ostatniej chwili spostrzegłem, że archeolog wstaje i wyciąga swe silne ramiona w kierunku wody, usiłując wydobyć mnie z samolotu siłą woli, jakby nagle zdał sobie sprawę z odpowiedzialności wobec mnie. Prawe skrzydło zniknęło pod powierzchnią wody i szarp-nięta prądem cessna przewróciła się na bok. Uwolniwszy się z pasa, odepchnąłem drzwi i wygramoliłem się z zala-nej kabiny na podpórkę lewego skrzydła. Wspiąłem się na kadłub i stałem na nim w poszarpanym kombinezonie lot-niczym, kiedy samolot pogrążał się w wodzie, wciągając w głębinę moje sny i nadzieje.


4

<p>4</p>

KTOŚ PRÓBUJE MNIE ZABIĆ

Leżałem na mokrej trawie u stóp rezydencji. Wokół mnie przepychali się ludzie, jak podczas pijackiej burdy, ale młoda kobieta w białym kitlu kazała im się cofnąć. – Doktor Miriam!

– Widzą, że jeszcze nie umarł! Odsuńcie się! – Dziew-czyna odgarnęła niesforne włosy, wpadające jej do oczu, i przyklękła przy mnie, kładąc nerwową, ale silną dłoń na mojej klatce piersiowej, gotowa wtłoczyć znów życie w moje serce. – Dobry Boże… Chyba nic ci nie będzie. Pomimo autorytatywnego tonu, młoda kobieta wydawa-ła się wciąż czymś oszołomiona, jak gdyby nie była pewna, czy mimo wszystko żyję. Za jej plecami stała tamta druga, starsza kobieta, którą widziałem przedtem w oknie rezy-dencji. Wpatrywała się we mnie z przerażaniem, jakby to ona, a nie ja, wyszła cało z wypadku. Miała na sobie je-dwabną bluzkę, poplamioną olejem silnikowym, i sznur pereł na szyi. W lewej dłoni trzymała zapomnianego papie-rosa, chcąc może napiętnować przemoczonego lotnika, który przed chwilą wydostał się z trudem na trawę. Kobieta wyciągnęła rękę i potrząsnęła mnie ze złością za ramię.

– Kim jesteś?

– Pani St. Cloud! Zrobi mu pani krzywdę!… Mężczyzna w liberii szofera chciał ją uspokoić, ale ko-bieta przypadła do mnie, zdezorientowana, jak gdybym ukradł jej coś wartościowego.

– Mamo! – Młoda lekarka strąciła dłoń starszej pani z mojego ramienia. – Zginie, jeżeli będzie jeszcze musiał bić się z tobą! Przynieś mi z domu torbę!

Otaczający mnie ludzie cofnęli się niechętnie, odsłania-jąc spokojne niebo. Intensywne światło zniknęło, a diabel-skie koło kręciło się na tle chmur niczym przyjazna manda-la. Czułem się silny, ale dziwnie stary, jak gdybym ukoń-czył właśnie niebywale długi rejs. Dotknąłem ramienia le-karki, chcąc dodać jej otuchy. Zastanawiałem się, jak ją uprzedzić o nadciągającej katastrofie, która spotka wkrótce miasteczko.

Lekarka poklepała mnie uspokajająco po policzku. Dra-matyczna aura mojego przybycia najwyraźniej zrobiła na niej głębokie wrażenie. Spoglądając na tę oszołomioną mło-dą kobietę, poczułem potężny przypływ wdzięczności. Chciałem pogładzić ciało lekarki i przytknąć usta do jej pier-si. Przez chwilę niemal wierzyłem, że staram się o jej rękę i że wybrałem ten ekstrawagancki sposób ukazania się, by się oświadczyć.

Dziewczyna, chyba zdając sobie z tego sprawę, uśmiech-nęła się i uścisnęła mi dłoń.

– Wszystko w porządku? Muszę przyznać, że przestra-szyłeś mnie jak jasna cholera… Widzisz mnie? Słyszysz? Ile palców widzisz? Dobrze. A teraz powiedz, czy w samo-locie był ktoś jeszcze? Może pasażer?

– Ja… – Postanowiłem nic nie mówić, bez żadnego okre-ślonego powodu. Widok kokpitu cessny był pustą strefą w moim mózgu. Już nie pamiętałem siebie siedzącego za ste-rami. – Nie… Byłem sam.

– Zdaje się, że nie masz co do tego całkowitej pewności. Kim ty w ogóle jesteś? Wyglądasz, jakbyś mógł o tym za-pomnieć w każdej chwili.

– Blake… Jestem pilotem, uprawiającym akrobacje lot-nicze. Mój samolot stanął w płomieniach. -I owszem…

Chwyciłem ją za ramię i usiadłem. Wilgotną trawę pla-mił olej z mojego kombinezonu. Miałem zwęglone buty, ale moje stopy na szczęście nie były spalone. Sądząc po twarzach otaczających mnie ludzi – ogrodnika, szofera i dwojga staruszków, którzy widocznie prowadzili dom – zro-zumiałem, że w ich mniemaniu utopiłem się, byli więc cał-kowicie zdetonowani moim rzekomym zmartwychwsta-niem. Ludzie stali też na obu brzegach rzeki. Wśród drzew grali tenisiści z rakietami w rękach, a kilku chłopców rzu-cało w wodę grudy ziemi, których chlupot przypominał im upadek samolotu.

Cessna zniknęła tymczasem w nurcie rzeki, niesiona mrocznym prądem.

Z plaży dostojnym krokiem nadchodził archeolog. Jego koloratka i bujna broda były mokre. Oddychał ciężko, wpa-trując się niecierpliwie w splamioną olejem murawę-przy-pominał jakiegoś prześladowanego proroka morskiego, któ-ry zszedł na ląd w poszukiwaniu odstępcy ze swojej trzód-ki. Zmierzył mnie dziwnie rozczarowanym spojrzeniem. Do-myśliłem się, że wskoczył do wody, by wyciągnąć mnie na brzeg, ale podobnie jak inni sądził, że nie żyję, i właśnie zamierzał oddać mi ostatnią posługę.

– Ojcze Wingate… On odzyskał przytomność. – Doktor Miriam podparła mnie ramieniem. – Uważam, że ten cud zawdzięczamy tobie.

– Widzę, Miriam. – Ksiądz nie ruszył się, żeby podejść bliżej, jakby miał się przede mną na baczności, ponieważ mierził go mój powrót między żywych. – No cóż, dzięki Bogu… Ale teraz pozwól mu odpocząć.

Światło przygasło, a potem nagle znowu pojaśniało. Twarz księdza rozpłynęła się, a jej twarde, spartańskie rysy ściekały w powietrzu w grymasie złości. Zupełnie wyzuty z sił wsparłem się na doktor Miriam i przytuliłem głowę do jej łona.

Czułem na ustach ucisk obcych ust. Wargi miałem spuch-nięte, ponieważ rozciąłem je o własne zęby, a para niezna-nych, ale potężnych rąk posiniaczyła mi pierś – ktokolwiek aplikował mi sztuczne oddychanie, czynił to zbyt silnie, wbijał mi bowiem palce między żebra, jakby chciał mnie zabić. Poprzez głęboki blask oświetlający rzekę, przypomi-nającą teraz krajobraz księżycowy, pozbawiony cienia, wi-działem, że ksiądz przygląda mi się niezwykle natarczy-wie, być może usiłując rzucić mi wyzwanie. Próbował mnie reanimować czy zabić?

Wiedziałem jednak zarazem, że wcale nie straciłem przy-tomności. Przypomniałem sobie, że zszedłem z kadłuba samolotu i popłynąłem energicznie do brzegu, a potem ktoś wyprowadził mnie na piasek. Spojrzałem ku górze na nie-bo, balansujące na krawędzi tego samego wyrazistego bla-sku, który widziałem przedtem z kokpitu cessny. Doktor Miriam podtrzymywała mi głowę na kolanach, przyciska-jąc nerwowo palce do moich skroni, a ja właśnie miałem ją ostrzec przed katastrofą.

Niebo nagle przejaśniło się. Doktor Miriam przypatry-wała mi się z namysłem, jak gdybyśmy byli kochankami, od dawna znającymi wzajemnie swoje ciała. Czułem za-pach jej silnych ud i widziałem nieoczekiwanie brudne sto-py w sandałach. Nieumyte włosy lekarka przewiązała z tyłu głowy wyblakłą wstążką. Przez bluzkę, rozchyloną wsku-tek braku guzika, widziałem ślady dziecięcych zadrapań na jej lewej piersi. Chciałem ją objąć, tutaj, pod gołym nie-bem, na trawie, na oczach tego agresywnego księdza. By-łem pewien, że podnieciła ją gwałtowność mojego wypad-ku, i żałowałem, że to nie jej zęby pokaleczyły mi usta. Lekarka ocknęła się i zaczęła ścierać mi olej z twarzy perfumowaną chusteczką. W każdej chwili mogła pojawić się miejscowa policja, przyciągnięta przez tłum gapiów na brzegu. Ponad spokojnym nurtem rzeki przyglądały mi się setki ludzi.

Wstałem, wspierając się na huśtawce, czemu przypatry-wała się ze swojej grzędy trójka dzieci. Wybuchnęły histe-rycznym śmiechem, kiedy zrzuciłem z nóg zwęglone buty. Mój kombinezon lotniczy zwisał w strzępach wokół bio-der. Brakowało prawego rękawa i nogawki, które urwałem, uciekając z cessny.

Odwracając się plecami do księdza, powiedziałem:

– Muszę stąd iść. Jestem instruktorem w szkole pilota-żu. Powinni wiedzieć, gdzie spadł mój samolot. – Myślałam, że wykonujesz akrobacje lotnicze. – W pewnym sensie. Jestem pilotem, uprawiającym akro-bacje lotnicze. – Chcąc uniknąć jej zaciekawionego spoj-rzenia, zapytałem: – Co jest twojej matce? Zachowuje się jak obłąkana…

– Przestraszyłeś ją, delikatnie mówiąc. Zaczekaj chwi-lę.

– Stała na wprost mnie, obmacując moje posiniaczone żebra i brzuch, jak nauczycielka, badająca dziecko, które skaleczyło się na placu zabaw. Krew z moich obtartych knyk-ci splamiła jej dłonie. Znowu odczułem silny pociąg seksu-alny, będący częścią nerwowej ulgi, jakiej doznałem, stwier-dziwszy, że jednak żyję. Pod górną wargą Miriam widniała niewielka opuchlizna, jak gdyby lekarka rozgniotła sobie usta, całując się z kochankiem.

– Zanim odejdziesz, chcę ci zrobić prześwietlenie gło-wy. Pięć minut temu byliśmy przekonani, że… Nie dokończyła, nie tyle z szacunku dla mnie, ile dla duchownego, który postąpił kilka kroków bliżej, ale nadal się do nas nie przyłączył. Jego niewzruszone spojrzenie upewniło mnie, że podejrzewa, iż nie jestem wykwalifiko-wanym pilotem.

Doktor Miriam wycisnęła wodę z mojego kombinezo-nu.

– Ojcze Wingate, kto jest patronem akrobatów lotniczych i instruktorów pilotażu? Na pewno jest taki święty. – Jasne, że tak. Miriam, zostaw tego biedaka w spokoju. – A zwracając się do mnie, ksiądz dodał: – Nie co dzień spadają nam z nieba młodzi mężczyźni.

– Tym bardziej mi go szkoda. – Lekarka odwróciła się i uciszyła dzieci, które biegały teraz wokół huśtawki. Chłopiec w klamrach ortopedycznych wydawał radosne okrzyki, przedrzeźniając mój głos.

– Jamie, dlaczego jesteś okrutny?

Pomyślałem, żeby szturchnąć chłopaka, ale w tej chwili ksiądz dotknął mojego ramienia, bo podszedł wreszcie do mnie i wpatrywał się w moją twarz w skupieniu, jak gdyby chciał zliczyć chrząstki w którymś ze swoich stawów. – Zanim odejdziesz. Czujesz się już dobrze, prawda? Mu-sisz mieć niebywałą siłę woli… Dosłownie ożyłeś nam na rękach.

Pomimo nabożnego tonu księdza wiedziałem, że nie poprosi mnie, żebym połączył się z nim w dziękczynnej modlitwie. Mój rzekomy powrót z martwych najwyraźniej wstrząsnął porządkiem i zasadami jego wszechświata. Być może to on usiłował reanimować mnie na plaży i po wielu latach, spędzonych w sukniach duchownych, wstydził się uznać, że najprawdopodobniej dokonał cudu. Widząc z bliska jego potężnie zbudowane ciało i ramio-na, drżące jeszcze pod wpływem powściąganych emocji, z łatwością potrafiłem sobie wyobrazić, że postanowił wyci-snąć ze mnie życie i posłać mnie z powrotem na tamtą stro-nę, nim sytuacja wymknie się spod kontroli. Chciał mnie sprowokować i celowo dawał wyraz podejrzeniom, które wypełzły mu na twarz. Naszła mnie pokusa, żeby wziąć się z nim za bary, rzucić się na księdza posiniaczonym ciałem i powalić go na splamioną olejem trawę.

Dotknąłem warg, zastanawiając się, czy to ksiądz przy-wrócił mnie do życia owym aktem oralnego gwałtu. Czyjeś potężne ramiona wycisnęły mi powietrze z płuc, a sądząc po śladach, jakie pozostawiły nieznajome usta i dłonie, musiał to być mężczyzna co najmniej mojej postury. Ksiądz był w takim wieku, że mógłby być moim ojcem, ale, choć nosił koloratkę, wyróżniał się agresywną budową rugbisty.

Spojrzałem na krąg twarzy i szpaler ludzi na przeciw-ległym brzegu. Jeśli to nie ksiądz, to kto inny spośród sied-miu świadków mógł mnie reanimować? Może doktor Mi-riam albo jej zbzikowana matka? Pani St. Cloud wyłoniła się po chwili z rezydencji. Splamione olejem perły tworzy-ły zatłuszczony łańcuch na szyi kobiety. Wciąż bała się do mnie podejść, jak gdyby spodziewała się, że samoistnie stanę w płomieniach i zniszczę jej i tak już zdewastowany trawnik.

Ostatni świadek wypadku, blondyn malujący diabelskie koło, porzucił rdzewiejącą przystań i ruszył plażą ku nam. Szedł niespiesznie po płytkiej wodzie, boso, wystawiając przede mną na pokaz niemal całkowicie obnażone ciało. W beztroskiej taplaninie krył się poważny cel – mężczyzna bowiem na nowo ustanawiał w ten sposób swe prawa do tych wód, które chwilowo przejąłem w posiadanie. Pomachał doktor Miriam dyskretnym, konspiracyjnym gestem byłego kochanka, czekając, aż lekarka poprosi, by wszedł na murawę. Ponieważ jednak Miriam nie zwracała na niego uwagi, mężczyzna niby mimochodem, acz chy-trze, wskazał uschnięte wiązy nad naszymi głowami. Podniosłem wzrok i ujrzałem fragment ogona cessny, zwisający spomiędzy górnych gałęzi drzew. Jak przyszpi-lony do nieba, trzepotał się z boku na bok, niby flaga sygna-lizująca moją obecność policyjnym zwiadowcom. – Stark… zawsze miał bystry wzrok. – Doktor Miriam ujęła mnie za ramię opiekuńczym ruchem. – Chodźmy, Blake. Powinniśmy stąd iść. Znajdę ci w klinice jakieś ubranie.

Idąc wówczas jej śladem po trawniku, wyczuwałem tyl-ko obecność milczącego tłumu, który przyglądał mi się z obu brzegów rzeki, i spojrzenia tenisistów, siedzących na murawie z rakietami w rękach. Ich twarze wydawały mi się niemal wrogie. Widziane w tym dziwnym świetle spokojne miasteczko, w którym spadłem, otaczała wyraźnie złowro-ga atmosfera, jak gdyby wszyscy ci pozornie flegmatyczni mieszkańcy byli w rzeczywistości aktorami, wynajętymi przez tutejszą wytwórnię filmów, aby odgrywać swoje role w misternie uknutym spisku.

Byliśmy już na wysokości sportowego samochodu dok-tor Miriam, stojącego na podjeździe za domem. Pani St. Cloud, krążąca cały czas po ganku, podała córce torbę le-karską.

– Miriam?…

– Na litość boską, mamo. Nic mi się nie stanie. – Tole-rancyjnie potrząsając głową, doktor Miriam otworzyła dla mnie drzwi samochodu.

Stałem boso w powalanych olejem strzępach kombine-zonu i nagle nabrałem pewności, że pani St. Cloud nie po-biegnie do telefonu w chwilę po moim odjeździe. Ta pod-starzała wdowa nigdy w życiu nie widziała nikogo, kto po-wróciłby z martwych. Wpatrywała się we mnie, trzymając się ręką za gardło, jakbym był jej synem, o którego istnie-niu zapomniała przez roztargnienie.

Ale mimo to nie miałem najmniejszego zamiaru prze-ciągać powitania, bo z takiego czy innego powodu jedno z nich próbowało mnie zabić.


5

<p>5</p> POWRÓT Z MARTWYCH

Czy powinienem był bardziej strzec się Miriam St. Clo-ud? Już w drodze do kliniki wydawało mi się dziwne, że tak skwapliwie zaufałem młodej lekarce. Niewiele bardziej doświadczona od studentki, siedziała za kierownicą w swo-im białym kitlu, z poplamionymi trawą stopami, strojąc poważne miny. Była wciąż przejęta, zadawała sobie niepo-trzebny kłopot, żeby się mną zaopiekować, i podejrzewa-łem nawet, że może spróbować mnie zawieźć na miejsco-wy komisariat policji. Kilka razy przystawaliśmy pod drze-wami, by dogoniły nas dzieci, które pędziły przez park, po-hukując i pokrzykując radośnie, jakby w nadziei, że zdu-mione buki przerwą pełne namaszczenia milczenie. Z ręką za fotelem doktor Miriam rozglądałem się uważnie, czy nie nadjeżdża policja. Gdyby w pobliżu pojawił się radiowóz, byłem gotów wyrwać jej kierownicę i wypchnąć lekarkę na trawę.

Między drzewami dygotało słońce. Wśród ptaków i liści zapanował niepokój, jak gdyby żywioły zakłóconego po-południa usiłowały ukonstytuować się na nowo. – Czy nie powinnaś wrócić do matki? – zapytałem. – Jej jesteś chyba bardziej potrzebna niż mnie. – Zdenerwowałeś ją. Nie spodziewała się, że dojdziesz do siebie tak szybko. Od dwóch lat po śmierci ojca siedzi przez cały czas w oknie, tak jakby ojciec gdzieś tu ciągle był. Kiedy następnym razem będziesz zmartwychwstawał, lepiej rób to powoli, krok po kroku.

– Ja nie zmartwychwstałem.

– Wiem o tym… – Zła na siebie, ścisnęła mnie za rękę. Podobała mi się ta młoda lekarka, ale irytowały mnie jej lekceważące aluzje do mojej śmierci, pobrzmiewające nut-ką prosektoryjnego poczucia humoru, którego przejawów nie miałem ochoty słuchać. Zresztą, nie licząc rozbitych ust i posiniaczonych żeber, czułem się zadziwiająco dobrze. Przypomniałem sobie, że popłynąłem energicznie do brze-gu, kiedy cessna zaczęła pode mną tonąć, a później zemdla-łem na płyciźnie, raczej wskutek doznanej ulgi niż rzeczy-wistego zmęczenia. Ksiądz wyciągnął mnie na trawę, i wtedy w całym tym zamieszaniu próbował mnie reanimować ja-kiś szaleniec albo niedouczony, prowincjonalny entuzjasta zasad pierwszej pomocy. Aby uniknąć kolejnych nieporo-zumień, zdecydowałem, że im szybciej zniknę z Shepper-ton, tym lepiej.

Przed wyjazdem musiałem jednak zdobyć ubranie. – W klinice dostaniesz garnitur na zmianę, choć twoi uczniowie ze szkoły pilotażu mogą cię w nim nie poznać. – Po chwili Miriam dodała kawalarskim tonem: – Celowo staram się być tajemnicza. Boję się, żebyś nie wyskoczył z samochodu. – Jeśli tylko garnitur nie należał do jakiegoś nieboszczyka. Twój ksiądz nie byłby zadowolony, że po raz drugi tego popołudnia ktoś kusi opatrzność. – Ty wcale nie kusiłeś opatrzności, Blake – ciągnęła da-lej Miriam obojętnym głosem, starannie dobierając słowa. – W klinice ludzie właściwie nie umierają, mamy tam tylko dziennych pacjentów. Wierz mi, cieszę się, że nie było cię wśród naszych pierwszych podopiecznych. Mamy w klini-ce oddział geriatryczny. Tych troje dzieci przebywa tam czasowo na badaniach specjalistycznych, bo nikt inny nie chciał ich przyjąć. Przepraszam, że się tak wygłupiały, ale zanim trafiły do nas, były okrutnie maltretowane. Lekarka wskazała trzypiętrowy budynek za parkingiem kliniki. Na tarasie, na wózkach inwalidzkich, siedzieli sze-regiem pacjenci, starsi ludzie, kiwający głowami w stronę słońca. Odżyli natychmiast na widok mojego poszarpane-go kombinezonu, po czym zaczęli pokazywać mnie palca-mi i sprzeczać się między sobą. Przypuszczałem, że widzieli, jak cessna spadła w drzewa nad rzeką.

Czekaliśmy na parkingu, żeby dzieci mogły nas dogo-nić. Nie zdając sobie sprawy, że bacznie ją obserwuję, dok-tor Miriam oparła się o pierwszy lepszy samochód i wydłu-bała płatek brudu zza paznokcia kciuka. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu, być może na skutek gorącego świa-tła, odbitego od błyszczącej karoserii i mojego na wpół na-giego ciała, poczułem się nagle opętany tą młodą kobietą, spękanym lakierem na jej paznokciach u nóg, plamami od trawy na piętach, odurzającym zapachem jej ud i pach, a nawet tajemnymi pozostałościami funkcji fizjologicznych jakiegoś pacjenta na jej białym kitlu. Strzepnęła brud spod paznokcia na trawę, jak gdyby zwracając parkowi część szczodrobliwej natury, przelewającej się nieustannie poprzez pory jej ciała. Uznałem, że brudne stopy lekarki i otaczają-ca ją aura niechlujstwa nie są skutkiem braku dbałości o higienę, lecz wynikają z całkowitego zaangażowania we wszelkie najpospolitsze zjawiska natury. Wiedziałem, że leczy pacjentów okładami z ziemi i śliny, które miesza w swoich silnych dłoniach, a następnie rozgrzewa między udami. Zauroczony zapachem dziewczyny, chciałem ją po-siąść jak ogier, kryjący przesyconą łąką klacz. – Blake?… – Przyglądała mi się nie bez sympatii, jak gdyby wiedziała, że nie jestem zwyczajnym pilotem, i cał-kiem świadomie pozwalała sobie odczuwać do mnie po-ciąg erotyczny. Kiedy przybiegły dzieci, schyliła się i uści-skała je serdecznie po kolei, uśmiechając się ze stoickim spokojem, gdy lepkie palce dziewczynki błądziły po jej ustach.

Dziewczynka była ślepa. Pojąłem teraz, dlaczego tych troje upośledzonych dzieci trzymało się razem: łączyły w ten sposób rozmaite sprawności. Najbystrzejsza z całej trójki była właśnie dziewczynka o czujnej, wyrazistej twarzy i żwa-wym, ciekawskim nosku. Większy z dwóch chłopców, któ-ry prowadził ją ostrożnie między stojącymi na parkingu sa-mochodami, przysadzisty mongoł o masywnym czole, przy-pominającym schron przeciwlotniczy, był jej oddanym jak pies przewodnikiem, pozostającym zawsze w zasięgu ręki. Pomrukiwał nieustannie pod nosem, komentując wszystko dookoła i przedstawiając zapewne swojej niewidomej to-warzyszce obraz przychylnego, przyjaznego świata, rodem jak ze snu.

Trzecie dziecko, drobny chłopczyk o włosach w kolorze piasku, wpatrywał się w niebo przymrużonymi oczami z niezwykłym podekscytowaniem, jak gdyby w każdej sekun-dzie odkrywał na nowo czystą radość ze wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Gdy patrzył na wypełniony słoń-cem park, każdy listek i każdy kwiat zdawał mu się obiecy-wać niezwykłą rozkosz. Klamry ortopedycznej, przykutej do prawej nogi, używał niczym osi, wokół której obracał się z niejakim wdziękiem.

Patrzyłem, jak uciekają i rozbiegają się wokoło, wsiada-jąc i wysiadając z kolejnych samochodów. Spodobała mi się ta samowystarczalna trójca i zapragnąłem im pomóc. Przypomniałem sobie kompleks Szczurołapa. Kto wie, może gdzieś w tym parku kryje się jakiś miniaturowy raj, jakieś sekretne królestwo, gdzie niewidomej dziewczynce mógł-bym przywrócić wzrok, chłopcu z porażeniem mózgowym silne nogi, mongołowi zaś inteligencję.

– O co chodzi, Rachel?… – Doktor Miriam schyliła się, żeby słyszeć jej szept.

– Rachel bardzo chciałaby się dowiedzieć, jak wyglą-dasz. Nie udało mi się jej całkiem przekonać, że nie jesteś osobistym wysłannikiem archanioła Michała. Zręczne dłonie dziewczynki, odznaczające się szczegól-ną gibkością w przegubach, kreśliły już w powietrzu zarysy mojej twarzy. Podobnie jak obaj chłopcy, zdawała się wkra-czać w rzeczywistość jak gdyby z boku. Wziąłem ją na ręce i przygarnąłem do piersi, częściowo dlatego, by utwierdzić się w przekonaniu, że jej drobne ręce nie mogły posinia-czyć moich żeber. Dyszała mi w twarz wątłym oddechem, a jej palce przebiegały po moich policzkach i czole jak zelek-tryzowane ćmy, które cisnęły mi się do nozdrzy i ust. Kiedy dotknęły warg, odczułem ostry ból niemal jak przyjemność. Trzymałem ją mocno, przyciskając uda dziewczynki do mojego brzucha.

Mongoł szarpał mnie za nadgarstki. Pod jego przeciążo-nym czołem widziałem zaniepokojone oczy. Dziewczynka krzyknęła przeraźliwie, odsuwając gwałtownie niewidomą twarz od moich ust.

– Blake! Zostaw ją! – Doktor Miriam wyrwała mi dziec-ko z rąk. Spojrzała na mnie przeciągle, zdumiona i niepew-na, czy zawsze zachowuję się w ten sposób. Pięćdziesiąt jardów dalej szedł przez park ojciec Win-gate. Przystanął pod drzewami, trzymając w silnych dło-niach turystyczne krzesełko i wiklinowy kosz. Przyglądał mi się, niczym zbiegłemu przestępcy. Zrozumiałem, że wi-dział, kiedy chwyciłem dziewczynkę w ramiona. Doktor Miriam postawiła dziecko na ziemi.

– David, Jamie… Zabierzcie ją stąd.

Dziewczynka odeszła, chwiejąc się na nogach, bezpiecz-na w zasięgu opiekuńczego wzroku mongoła, który najwy-raźniej nie był pewien, czy rzeczywiście przeraziłem Ra-chel. Potem dzieci pobiegły razem do parku, a dłonie dziew-czynki kreśliły w powietrzu profil jakiejś niesamowitej twarzy.

– Kogo zobaczyła?

– Sądząc po jej gestach, kogoś w rodzaju dziwacznego ptaka.

Doktor Miriam stanęła między mną i dziećmi, na wszel-ki wypadek, gdyby wpadło mi do głowy, by za nimi pobiec. Ręce ciągle drżały mi z wysiłku, jaki włożyłem w uścisk dziecka. Wiedziałem, że doktor Miriam dobrze zdaje sobie sprawę z seksualnego szaleństwa, jakie mnie na moment ogarnęło, i spodziewa się chyba, że zaraz zaciągnę ją na tylne siedzenie najbliższego samochodu. Czy broniłaby się bardzo zawzięcie? Trzymała się blisko mnie, kiedy wcho-dziliśmy do kliniki. Bała się, że mógłbym zaatakować jed-ną z jej podopiecznych, które właśnie wsuwały się do po-czekalni, powłócząc nogami.

Ale gdy byliśmy już w jej gabinecie, celowo odwróciła się do mnie plecami, jakby się poruszała, żebym objął ją w pasie. Wciąż była odurzona emocjami, które wzbudziło w niej moje awaryjne lądowanie. Zachowywała się skromnie, ale jej dłonie nie przestawały mnie dotykać, kiedy słuchała mojego serca i płuc. Przyglądałem się jej niemal jak we śnie, gdy przyciskała moje ramiona do aparatu rentgenow-skiego. Wytworny pieprzyk, niczym piękny nowotwór po-niżej lewego ucha, urzekające czarne włosy, które zgarnęła z czoła, żeby nie przeszkadzały, niespokojne oczy, sterowa-ne jej wysokim czołem, błękitna żyłka na skroni, pulsująca jakimś kapryśnym uczuciem… chciałem powoli badać wszystkie te miejsca, smakować woń jej pach, na zawsze zachować odstający płatek skóry z jej wargi, który zawie-siłbym sobie w fiolce na szyi. Nie tylko nie byłem obcy tej kobiecie, lecz czułem, że znam ją od lat. Zgodnie z obietnicą przyniosła mi ubranie na zmianę i patrzyła, jak się przebieram, przyglądając się otwarcie mo-jemu nagiemu ciału i na wpół wzwiedzionemu penisowi. Wciągnąłem spodnie i marynarkę z czarnego samodziału – dostarczony z pralni chemicznej strój duchownego albo ka-rawaniarza, wyposażony w niezwykłe kieszenie, przezna-czone na jakiś sekretny różaniec albo datki od nieutulonych w smutku żałobników.

Kiedy wróciła z wywołanymi zdjęciami rentgenowski-mi, wręczyła mi dwa buty tenisowe.

– Będę wyglądał jak grabarz, który wyskoczył sobie spo-kojnie pobiegać. – Czekałem, aż lekarka dokładnie obejrzy fotografie mojej czaszki. – Studiowałem przez rok medy-cynę. Kto ma prawo własności do tych zdjęć? Mogą okazać się cenne.

– My. Prawdopodobnie są cenne. Ale dzięki Bogu, nic tu nie ma. Chcesz wrócić do samolotu?

Zatrzymałem się przy drzwiach, ucieszony, że Miriam pragnie mnie znowu zobaczyć. Unikała mojego wzroku, de-likatnie pocierając palcami o palce, jak gdyby pieściła dawne wspomnienia mojej skóry. Czy jednak nie był to z jej strony nieuświadomiony podstęp? Zdawałem sobie sprawę, że łą-czę młodą lekarkę ze swoją ucieczką z cessny. Ciekawe, na ile moje zainteresowanie tą kobietą było egoistyczne, jak dozgonna miłość zauroczonego pacjenta? Ale tak czy owak chciałem ją przestrzec przed niebezpieczeństwem, zagra-żającym miasteczku. Choć groteskowa, wizja nadciągają-cego holocaustu przybrała w mojej głowie kształt niewzru-szonej pewności. Być może w skrajnie krytycznych chwi-lach wykraczamy poza płaszczyzny powszedniej czasoprze-strzeni i potrafimy uchwycić błysk wszystkich zdarzeń, które miały miejsce w przeszłości i w przyszłości. – Zaczekaj, Miriam. Zanim pójdę… Czy w Shepperton wydarzyła się kiedyś jakaś poważna katastrofa? Eksplozja w fabryce albo upadek rejsowego odrzutowca? Kiedy przecząco potrząsnęła głową, spoglądając na mnie z nieoczekiwanym zainteresowaniem lekarza, wskazałem przez okno na spokojne niebo i przepełniony łagodnym światłem lata park, gdzie bawiły się upośledzone dzieci, biegające w koło z wyciągniętymi ramionami. Naśladowa-ły samolot.

– Zaraz po tym wypadku ogarnęło mnie przeczucie, że wydarzy się jakaś katastrofa… Może wręcz tragedia nukle-arna. Na niebie pojawił się przejmujący blask, intensywne światło. Chodź ze mną… – Chciałem wziąć ją pod ramię. – Zaopiekuję się tobą.

Położyła mi dłonie na piersi, nakrywając palcami ślady sińców. To nie ona mnie reanimowała.

– W tym nie ma nic dziwnego, Blake. Umierający czę-sto widząjasne światło. Kiedy nadchodzi koniec, mózg usi-łuje jeszcze zebrać siły i uwolnić się od ciała. Przypusz-czam, że stąd pochodzą nasze wyobrażenia o istnieniu du-szy.

– Ja nie umierałem! – Palce dziewczyny wkłuły mi się w żebra. Miałem ochotę chwycić ją za kark i zmusić, żeby dokładnie przypatrzyła się mojemu wzwiedzionemu nadal penisowi. – Miriam, popatrz na mnie… Ja tu przypłynąłem z samolotu!

– Tak, tak było, Blake. Widzieliśmy cię. – Znów mnie dotknęła, przypomniawszy sobie, że stoję wciąż obok niej. Zdezorientowana tym, co do mnie czuła, powiedziała: – Nawet modliliśmy się za ciebie, kiedy siedziałeś uwięziony w kokpicie. Nie byliśmy pewni, czy jesteś sam. Przez chwilę, zanim udało ci się stamtąd wydostać, wydawało nam się, że w kokpicie siedzą dwie osoby.

Przypomniałem sobie niezgłębione światło, przesycają-ce powietrze nad miastem. Miałem wtedy wrażenie, że wściekle rozżarzone opary mogą lada moment stanąć w pło-mieniach. Czyżby w kokpicie cessny był ze mną ktoś jesz-cze? Zdawało mi się wtedy, że tuż za horyzontem mojego wzroku tkwiła postać siedzącego człowieka. – Przypłynąłem tu z samolotu – powtórzyłem uparcie. – Jakiś kretyn usiłował mi zrobić sztuczne oddychanie. Kto to był?!

– Nikt. Jestem tego pewna. – Poprawiła leżące w nieła-dzie na biurku długopisy, przypominające rój sprzecznych strzałek, i obserwowała mnie z taką miną, jaką widziałem przedtem na twarzy jej matki. Zrozumiałem, że pociągam dziewczynę, choć jednocześnie niemal się mnie brzydzi, jak gdybym był czymś, co zobaczyła w otwartym grobie i co ją zafascynowało.

– Miriam… – Chciałem jej dodać otuchy. Ale dziewczyna w nagłym przypływie olśnienia pode-szła do mnie, zapinając biały kitel.

– Blake, czy ty jeszcze nie rozumiesz, co się stało? – Spojrzała mi w oczy, zmuszając tępego ucznia, by pojął, o co jej chodzi. – Kiedy siedziałeś uwięziony w kokpicie, prze-bywałeś pod wodą ponad jedenaście minut. Wszyscy my-śleliśmy, że umarłeś.

– A umarłem?

– Tak! – Niemal krzycząc, Miriam ze złością uderzyła mnie w rękę. – Umarłeś…! A potem znów ożyłeś!


6

<p>6</p>

WIĘZIEŃ AUTOSTRADY

– Jesteś obłąkana, dziewczyno!

I zatrzasnąłem za sobą drzwi kliniki.

Po drugiej stronie parku pojawiła się biała flaga, jakby sygnalizująca pilną wiadomość. Kawałek ogona cessny zwisał z górnych gałęzi uschłego wiązu, kołysany na boki podmuchami wiatru. Na szczęście policja jeszcze mnie nie znalazła, a żaden z tenisistów nie zdradzał zainteresowania wrakiem samolotu. Bębniłem pięściami po dachach zapar-kowanych wokół samochodów, rozzłoszczony na Miriam St. Cloud – wszystko wskazywało na to, że sympatyczna, ale pomylona lekarka zmienia się w czarownicę. Postano-wiłem wmieszać się po południu w tłumek miejscowych gospodyń domowych i złapać pierwszy autobus z powro-tem na lotnisko.

Jednocześnie stwierdziłem, że śmieję się z siebie w głos – mój poroniony lot okazał się podwójnym fiaskiem. Nie tylko rozbiłem samolot i o mało nie straciłem życia, ale tych kilku świadków, którzy mogliby mnie ratować, zwę-szyło jakby niezbywalny interes w tym, by wierzyć, że umar-łem. Idea mojej śmierci w obłąkańczy sposób zaspokajała ich najgłębsze potrzeby, być może związane ze sterylnym życiem, jakie prowadzili w tym dusznym mieście – toteż każdego, kto wpadł w jego szpony, traktowało się tu pod-świadomie jak „zmarłego”.

Rozmyślając o doktor Miriam – chciałem jej pokazać, że nie jestem martwy, i posiać dziecko między bojaźliwymi udami tej kobiety – minąłem pomnik wojenny i otwarty basen. Na główną dzielnicę miasteczka składał się właści-wie tylko supermarket, pasaż handlowy, wielopoziomowy parking i stacja benzynowa. Shepperton, znane mi dotąd jedynie z wytwórni filmów, zdawało się być wszędzie i wy-łącznie prowincją, jakby paradygmatycznym „nigdzie”. Młode matki prowadziły dzieci do i z pralni albo supermar-ketu, na stacji uzupełniały natomiast zapasy benzyny. Przy-glądały się swoim odbiciom w wystawowej szybie sklepu z artykułami gospodarstwa domowego, eksponując swoje kształtne ciała przed pralkami i odbiornikami telewizyjny-mi, jak gdyby nawiązywały z nimi jakieś tajemne związki. Obserwując tę procesję ud i piersi, uświadomiłem so-bie, że wypadek, Miriam St. Cloud i niewidome dziecko uruchomiły mój pobudliwy seks. Miałem wrażenie, że wszystkie moje zmysły pracują na najwyższych obrotach – zapachy zderzały się z sobą w powietrzu, a elewacje skle-pów pomrugiwały do mnie krzykliwymi szyldami. Błądzi-łem wśród tych młodych kobiet z na wpół wzwiedzionym członkiem, gotów posiąść je między piramidami pudełek proszków do prania i bezpłatnymi próbkami kosmetyków. Niebo nad moją głową pojaśniało, kąpiąc spokojne da-chy wjutrzenkowym świetle, które przemieniło główną ulicę prowincjonalnego miasteczka w aleję świątyń. Zrobiło mi się niedobrze, oparłem się więc o rosnący przed pocztą kasz-tanowiec. Czekałem, aż siatkówkowa iluzja przeminie, wa-hając się, czy nie zatrzymywać przejeżdżających samocho-dów i nie ostrzegać zamyślonych kobiet, że one i ich po-tomstwo zostaną wkrótce unicestwione. Zacząłem już zwra-cać na siebie uwagę. Mrugałem powiekami, zaciskając i otwierając pięści, gdy przystanęła przede mną grupka na-stolatków. Śmiali się z mojego groteskowego stroju- lśnią-cego, czarnego ubrania duchownego i białych butów teni-sowych.

– Blake… Zaczekaj!

Chwiejąc się bezradnie, otoczony rozchichotanymi mło-dzieńcami, usłyszałem, że woła mnie ojciec Wingate. Prze-chodził przez ulicę, zatrzymawszy sznur samochodów mocą swej uniesionej dłoni, a czoło lśniło mu w jaskrawym świe-tle niczym hełm. Kazał młodzieńcom odejść, a potem przyj-rzał mi się z takim samym jak przedtem wyrazem troski i złości, niby zboczonemu uzurpatorowi, któremu musiał pomagać, ponieważ łączyły go z nim jakieś niezwykłe więzy.

– Na co tak patrzysz, Blake? Blake!…

Chcąc uciec przed światłem i niesamowitym księdzem, przeskoczyłem-ozdobne ogrodzenie i wbiegłem między ci-che bungalowy w bocznej uliczce za pocztą. Głos ojca Win-gate^ słabł z tyłu, ginąc w dźwięku klaksonów i przelatu-jących w górze samolotów. Tu panował większy spokój. Chodniki były puste, a dobrze utrzymane ogrody wygląda-ły jak miniaturowe parki pamięci, poświęcone domowym bóstwom telewizorów i zmywarek do naczyń. Światło zaczęło blednąc, kiedy dotarłem na północne peryferie miasta. Dwieście jardów za niezaoranym polem biegł szeroki pokład autostrady. W pobliski zjazd skręcał właśnie konwój ciężarówek, ciągnących przyczepy z wy-konanymi z drewna i płótna kopiami starych samolotów. Gdy karawana tych powietrznych fantazji przekroczyła bra-mę wytwórni, ciągnąc zapylone sny mojego własnego lotu, przeszedłem obwodnicę i skierowałem się w stronę mostu dla pieszych, przerzuconego ponad autostradą. Maki i żółte janowce ocierały się o moje nogi, a ja miałem nadzieję, że pozostawiają na nich swoje pyłki. Kwitły wśród odpadków, jak stare opony czy porzucone materace. Po mojej prawej ręce stał meblowy hipermarket, którego otwarty dziedzi-niec wypełniało trzyczęściowe wyposażenie luksusowych apartamentów, stoły jadalniane i szafy, klienci zaś porusza-li się między nimi z niejakim roztargnieniem, niczym zwie-dzający w nudnym muzeum. Obok hipermarketu mieścił się warsztat naprawy samochodów, a na podwórku przed zakładem stały używane auta, wystawione na sprzedaż. Przy-cupnęły w słońcu, oznaczone liczbami na szybach, niby przednia straż cyfrowego wszechświata, w którym wszyst-ko będzie oznakowane i ponumerowane, jak w katalogu Dnia Sądu, zawierającym każdy kamień i każde ziarnko piasku pod moimi stopami… i każdy gorliwy kwiat maku. Wróciła mi pewność siebie, kiedy zacząłem uciekać z Shepperton – za kilka chwil miałem przekroczyć most i zła-pać autobus, jadący na lotnisko. Nogi niosły mnie same, gdy biegłem, podskakując w swoich białych butach teniso-wych. Przystanąłem przy wkopanym w glebę betonowym słupie, niby przy jakiejś cyfrze wyznaczającej granicę tej jałowej ziemi. Spoglądając ostatni raz za siebie na duszne miasteczko, w którym omal nie straciłem życia, pomyśla-łem, że wrócę tu pewnej nocy i farbą w sprayu wypiszę rosnący ciąg liczb na każdej furtce ogrodowej, na wszyst-kich wózkach sklepowych i czołach wszystkich dzieci. Puściwszy wodze fantazji, pobiegłem dalej, krzykiem przyporządkowując cyfry wszystkiemu dokoła – kierowcom na autostradzie, skromnym chmurom na niebie i przypomi-nającym hangary studiom nagrań w wytwórni. Pomimo wypadku myślałem już o karierze, jaką zrobię w lotnictwie – pójdę na kurs w szkole pilotażu, zostanę oficerem sił po-wietrznych, jako pierwszy człowiek oblecę Ziemię w ma-szynie napędzanej siłą ludzkich mięśni albo zostanę pierw-szym europejskim astronautą…

Zdyszany, rozpiąłem księżą marynarkę, by rzucić ją na ziemię. Właśnie wtedy, w odległości pięćdziesięciu jardów od autostrady, dokonałem niepokojącego odkrycia. Choć szedłem równym krokiem przez wyboisty teren, wcale nie zbliżałem się do kładki dla pieszych. Piaszczysta ziemia przepływała obok, maki coraz niecierpliwiej obijały się o moje kolana, ale autostrada pozostawała wciąż w tej samej odległości, a być może odsuwała się nawet coraz dalej, choć Shepperton znikało w oddali za moimi plecami. Stwierdzi-łem, że wciąż stoję na olbrzymim polu, porośniętym maka-mi, pośród których leży kilka zdartych opon. Przyglądałem się pędzącym po autostradzie pojazdom i widocznym dobrze twarzom kierowców. Chcąc nagłym szu-sem zmylić i wyprzedzić to szalone poczucie odległości, które najwyraźniej zalęgło się w moim mózgu, rzuciłem się naprzód, by skręcić po chwili gwałtownie za rząd rdzewie-jących beczek po ropie.

Autostrada znów nieco się oddaliła.

Chwytając z trudem pełne pyłu powietrze, spojrzałem na swoje stopy. Czyżby Miriam St. Cloud świadomie spre-zentowała mi niepełnowartościowe obuwie sportowe, na-leżące do arsenału jej czarodziejskich sztuczek? Stąpałem ostrożnie i badawczo po milczącym piachu. Rozciągająca się wokół ziemia jałowa była wciąż taka, jaką ją ujrzałem, ustępliwa i nieustępliwa, w zmowie z tajemni-czymi mieszkańcami Shepperton. Przez drzwi jakiegoś nie-wielkiego samochodu wrastały do wnętrza gałązki naparst-nicy. Niewzruszone światło uspokajało pokrzywy, rosnące wyczekująco wzdłuż autostradowej palisady. Kilku kierow-ców przyglądało mi się ze swoich aut, bo wyglądałem jak zdemenciały ksiądz w białych butach sportowych. Podnio-słem z ziemi kredowy kamień i ponumerowałem paliki z rozrzuconych wokół kawałków drewna, wyznaczając w ten sposób kalibrowaną ścieżkę, mającą zaprowadzić mnie na mostek dla pieszych, ale gdy ruszyłem naprzód, paliki oto-czyły mnie spiralnym ramieniem, owijającym się zarazem wokół siebie i tworzącym zwój cyfr, który przywiódł mnie znów na środek pola.

Pół godziny później dałem za wygraną i ruszyłem z po-wrotem do Shepperton. Wyczerpałem wszelkie sztuczki, jakie tylko przyszły mi do głowy – próbowałem czołgać się, biec tyłem, zamykać oczy i trzymać się rękami powie-trza. Gdy zostawiłem za sobą stare opony i wrak samocho-du, ulice miasteczka przybliżyły się, jak gdyby zadowolo-ne, że mogą mnie znów oglądać.

Uspokoiłem się, gdy wszedłem na obwodnicę. Najwy-raźniej doznałem wskutek wypadku liczniejszych urazów głowy, niż mogłem dotąd przypuszczać. Przed hipermar-ketem wybrałem sobie jakąś rozdętą sofę i wyciągnąłem się na niej w gorącym słońcu, odpoczywając pośród fałszy-wych reprodukcji i biurek, wystawionych na sprzedaż po obniżonych cenach, dopóki czujny sprzedawca nie zmusił mnie, bym ruszył w dalszą drogę.

Szedłem przez podwórze przed warsztatem, gdzie lśniły w słońcu wypolerowane karoserie używanych samochodów, przypominających mi szereg barwnych bólów głowy. Ob-ciągnąwszy zakurzone ubranie, ruszyłem naprzód obwod-nicą. Na przystanku stały dwie kobiety z dziećmi. Przyglą-dały mi się uważnie, jakby bały się, że za chwilę wykonam swój taniec derwisza i otoczę je setkami ponumerowanych palików.

Czekałem, aż pojawi się autobus. Zignorowałem chytre spojrzenia kobiet, ale kusiło mnie, żeby się obnażyć i poka-zać im swój lekko nabrzmiały członek. Jak na kogoś, kto rzekomo umarł, nigdy jeszcze nie czułem się bardziej żywy. – Nie zabierajcie dzieci do doktor Miriam! – krzykną-łem. – Powie wam, że umarły! Widzicie to jasne światło? To wasze mózgi usiłują zebrać resztki sił! Oszołomiony swoją seksualnością, przysiadłem na kra-wężniku pod przystankiem, śmiejąc się do siebie. W sil-nym świetle popołudnia pusta droga zmieniła się w zaku-rzony tunel albo dławiącą tubę, uciskaj ącą mi mózg. Ko-biety, przypominające gorgony w letnich sukienkach, ob-serwowały mnie bacznie, a dzieci przyglądały mi się z sze-roko rozdziawionymi ustami. Nabrałem nagle pewności, że autobus nigdy się nie zjawi.

Autostradą przejechał policyjny radiowóz. Pomimo ja-skrawego słońca miał włączone na pełną moc reflektory. Wiązki świateł zamigotały na moim posiniaczonym ciele. Nie mogłem stawić im czoła, zawróciłem więc i zacząłem uciekać obwodnicą.

Zacząłem rozumieć, że Shepperton schwytało mnie w


7

<p>7</p> ZOO STARKA

Między topolami płynął chłodny strumień, pragnący na-maścić i ukoić moją skórę. Po drugiej stronie podmokłej łąki stały przycumowane wzdłuż brzegów rzeki jachty i ło-dzie motorowe. Przez dziesięć minut szedłem dalej obwod-nicą, czekając na dogodny moment, by podjąć następną pró-bę ucieczki z Shepperton. Wysadzane kasztanowcami i pla-tanami ciche uliczki bungalowów i małych domków two-rzyły szereg zielonych altan, przypominających bramy wio-dące do przyjaznych labiryntów. Tu i ówdzie ponad żywo-płotami wznosiły się trampoliny. W ogródkach mieściły się też niewielkie baseny, a ich woda skrzyła się krzemiennie, jak gdyby zagniewana, że uwięziono ją w tych udomowio-nych zbiornikach, i zdezorientowana, ponieważ miłośnie zalano nią obsesyjnie pochyłe dna. Wyobraziłem sobie te baseny, dotknięte plagą małych dzieci i ich leniwych ma-tek, knujących po cichu zemstę.

Najwyraźniej nie było przypadkiem, że mój płonący sa-molot rozbił się właśnie w tym nadrzecznym miasteczku. Shepperton ze wszystkich stron otaczała woda – piaszczy-ste jeziorka i zbiorniki wodne, nowo tworzące się koryta strumieni, kanały i rurociągi, pozostające pod zarządem władz miejskich, czy wreszcie rozwarte ramiona rzeki, kar-mionej całą siecią potoków i strumyków. Wysokie groble ponad zbiornikami tworzyły jakby szereg wysokich hory-zontów, i zdałem sobie sprawą, że błąkam się w wodnym świecie. Cętki światła pod drzewami padały na dno mor-skie. Choć o tym nie wiedzieli, skromni mieszkańcy tego prowincjonalnego miasteczka byli w rzeczywistości egzo-tycznymi stworzeniami morskimi o pełnych snów mózgach wodnych ssaków. Wszystko wokół tych beznamiętnych gospodyń i ich ujarzmionego sprzętu domowego zawisło w głębokiej ciszy. Być może groźny blask, który widziałem nad Shepperton, był proroczym odbiciem tego zatopione-go, prowincjonalnego miasteczka?

Dotarłem do hotelików w pobliżu portu jachtowego. Wysoko ponad tudoriańską rezydencją St. Cloudów zwisał z uschłego wiązu ogon cessny, sygnalizujący swoją obec-ność z przerwami, jak gdyby znudził się już przekazywa-niem wiadomości.

Przeszedłem na drugą stronę i znalazłem się przy pustej kasie, gdzie sprzedawano bilety do wesołego miasteczka na pomoście. Świeżo pomalowane wagoniki diabelskiej kolejki, podobnie jak jednorożce i uskrzydlone konie mi-niaturowej karuzeli, lśniły z nadzicjąw świetle popołudnia, ja jednak przypuszczałem, że ten podupadły lunapark od-wiedzają tylko o północy parki zakochanych. Za kasą stały świecące pustkami klatki niewielkiego zoo. W jednej z nich siedziały dwa wypłowiałe sępy, nie zwra-cając uwagi na leżącego na ziemi martwego królika – pta-sie sny o Andach ginęły gdzieś za sklejonymi powiekami ich oczu. Mała szerokonosa małpka spała na swojej półce, a podstarzały szympans czochrał się nieustannie, badając wrażliwymi paznokciami pępek, jak gdyby usiłował złamać szyfr zamka pępowiny – wyglądał niczym wewnętrzny emigrant, wiecznie pełen nadziei.

Kiedy obserwowałem ze współczuciem jego łagodny pysk, z bramy wytwórni filmowej wyjechał duży i błysko-tliwie udekorowany pojazd, który z łoskotem ruszył gwał-townie naprzód, wzniecając tuman pyłu, a potem skręcił nagle na plac przed kasą biletową. Był to karawan, przysto-sowany do przewożenia desek surfingowych i sprzętu lot-niarskiego, ozdobiony wizerunkami rozmaitych skrzydla-tych stworów i pozłacanych ryb. Zza kierownicy przypatry-wał mi się bojaźliwie ten sam blondyn, który malował przed-tem wagoniki kolejki. Po chwili zdjął z głowy stary kask lotniczy, wysiadł z samochodu i zaczął się krzątać w kasie, usiłując nie zwracać na mnie uwagi.

Jednak kiedy doszedłem do końca pomostu, usłyszałem tupot jego nóg na metalowych płytach.

– Blake… Uważaj! – Ruchem ręki pokazał, żebym od-szedł od słabej poręczy, ponieważ obawiał się, że rdzewie-jący korpus pomostu mógłby się pod nami zawalić. – Wszystko w porządku? To właśnie tutaj spadłeś. Spoglądał na mnie z niejakim współczuciem, ale jedno-cześnie trzymał się z daleka, jak gdyby spodziewał się, że mogę w każdej chwili uczynić coś dziwacznego. Czyżby widział, jak próbowałem dojść do autostrady? – To było widowiskowe lądowanie… – Mężczyzna za-patrzył się w wartki nurt, przepływający pod naszymi sto-pami. – Wiem, że wykonujesz akrobacje lotnicze, ale tę sztuczkę musiałeś chyba ćwiczyć całe lata. – Głupi jesteś! – Miałem chęć go uderzyć. – O mało się nie zabiłem!

– Wiem o tym! Przepraszam… ale wydaje mi się, że takie rzeczy też wymagają prób… – Bawił się starymi go-glami i kaskiem, zawstydzony nagle, że eksponuje swój rynsztunek lotniczy, jak gdyby usiłując ze mną rywalizo-wać.

– Pracuję w wytwórni nad filmem… To nowa wersja Zwy-cięzców żywiołu. [2] Gram oblatywacza.

– Blondyn lekceważącym gestem wskazał diabelską kolejkę. – To długoterminowa inwestycja, a w każdym ra-zie tak była obliczana. Potrzebna jej jakaś atrakcja. Właści-wie dziwię się, że nie ma nikogo więcej. To nieco zabawne, Blake, że jesteś jedyną osobą, która tu dzisiaj przyszła… Dosięgną! jednego z wagoników i rozhuśtał się w po-wietrzu, popisując się muskulaturą nie tyle dlatego, żeby mnie przestraszyć – powaliłbym go na ziemię bez najmniej-szego wysiłku – a raczej po to, by zdobyć z mojej strony coś w rodzaju fizycznego szacunku. Zachowywał się napa-stliwie, ale jednocześnie ujmująco, rozmyślając już zapa-miętale, w jaki sposób mógłby wykorzystać katastrofę mo-jego samolotu do swoich własnych celów. Kiedy spoglądał w tęsknej zadumie na rzekę i zaginione ślady po wypadku, niesione w dal na rozświetlonym słońcem grzbiecie Tami-zy, spostrzegłem, że żałuje, iż nie jest w stanie wykorzystać przypadkowej bliskości zrujnowanego pomostu i miejsca mojego awaryjnego lądowania.

– Stark, powiedz mi coś… Czy widziałeś, jak płynąłem do brzegu?

– Oczywiście. – Chcąc chyba uprzedzić ewentualne sło-wa krytyki pod swoim adresem za to, że nic wtedy nie zro-bił, Stark wyjaśnił pospiesznie: – Zamierzałem właśnie sko-czyć do wody, ale ty nagle pojawiłeś się na brzegu, bo uda-ło ci się jakoś wydostać z samolotu.

– To ojciec Wingate wyciągnął mnie na brzeg. Widzia-łeś, czy ktoś próbował mnie reanimować? Albo zastoso-wać sztuczne oddychanie?…

– Nie… A dlaczego pytasz? – Stark przyjrzał mi się ba-dawczo z nieoczekiwanym przebłyskiem inteligencji na swojej aktorskiej twarzy. – Nie pamiętasz? – Chciałbym podziękować tej osobie. – Po chwili doda-łem swobodnie: – Jak długo siedziałem uwięziony w samo-locie?

Stark nasłuchiwał niespokojnych sępów, które tłukły się w klatce. Wielkie ptaszyska usiłowały wdrapać się na pręty i chwycić kawałek nieba. Przyjrzałem się bacznie nerwo-wym oczom Starka i drobnym włoskom, sterczącym wokół jego warg jak igły. A może to on mnie reanimował? Wy-obraziłem sobie, że jego piękne usta zaciskają się na moich wargach, a mocne zęby Starka ranią mi dziąsła. Pod wielo-ma względami przypominał muskularną, jasnowłosą kobie-tę. Pociągał mnie, nie z powodu jakiegoś dewiacyjnego, ho-moseksualnego impulsu, wyzwolonego gwałtownym szarp-nięciem z mojej psychiki na skutek wypadku, lecz z uwagi na niemal braterską bliskość jego ciała, ud, barków, ramion i pośladków, jak gdybyśmy dzielili w dzieciństwie sypial-nię. Byłem młodszym, ale silniejszym z braci, niczym mia-ra, którą Stark musiał całe życie przykładać do siebie. Mo-głem go uścisnąć, kiedy tylko przyszłaby mi ochota, mo-głem przycisnąć jego dłonie do swoich posiniaczonych że-ber i sprawdzić, czy to on usiłował mnie zaatakować – i mogłem sprawdzić, czy kąsa.

Zmieszany moim badawczym spojrzeniem, Stark odwró-cił się plecami do rzeki.

– Jak długo byłeś pod wodą?… Trzy albo cztery minuty.

Może trochę dłużej.

– Dziesięć minut?

– To dużo czasu, Blake. Nie stałbyś teraz tutaj. Znów zapanował nad sobą i przypatrywał mi się z prze-biegłą miną, zaciekawiony, co zamierzam zrobić. Bawił się swoim przedpotopowym kaskiem lotniczym, wymachując mi nim przed oczami, jak gdyby kiełkowało w nim podej-rzenie, że obaj jesteśmy pilotami, grającymi w filmie. Ja jednak pilotowałem po niebie prawdziwy, silnikowy sa-molot, nie jedną z tych biernych lotni, zależnych od siły wiatru.

Obwodnicą nadjechał wóz policyjny, rozpalając reflek-torami światło popołudnia. Kiedy samochód zatrzymał się przy kasie, zauważyłem, że na tylnym fotelu za dwoma po-licjantami siedzi ojciec Wingate. Patrzył na mnie przez za-mknięte okno zamyślonym wzrokiem człowieka, który spo-kojnie oddał się w ręce policji.

Kiedy czekałem, aż ksiądz wskaże mnie funkcjonariu-szom, Stark ujął moją dłoń.

– Jadę do Londynu. Podrzucę cię na drugą stronę rzeki. Usiadłem na przednim siedzeniu karawanu w stroju ka-rawaniarza, kryjąc twarz za zwiniętym sklepieniem lotni. Słyszałem ćwierkanie małpki i głębokie skrzeczenie sępów. Z niewiadomego powodu moje przybycie przyprawiło zwie-rzęta o zdenerwowanie. W lusterku wstecznym ujrzałem ojca Wingate, który obserwował mnie z radiowozu jak bę-dący w zmowie ze mną spiskowiec, skrupulatnie trzymają-cy język za zębami, żeby nie zdradzić niczego, co nas łączy. Stark stał w towarzystwie dwóch policjantów przy kasie i pilnował, żeby trzymali się z dala od zardzewiałego po-mostu. Wzruszył ramionami, gdy policjanci wskazali niebo nad wytwórnią filmową.

A zatem policja wciąż szukała świadków. Ujrzawszy, że aktor przecząco potrząsa głową, nabrałem przekonania, że pomimo wielu niewiadomych tego popołudnia Stark, oj-ciec Wingate, Miriam St. Cloud ani nikt inny, kto widział mój wypadek, nie wyda mnie policji.


8

<p>8</p> POCHÓWEK KWIATÓW

W końcu miałem więc umknąć z tego dusznego mia-steczka. Niecierpliwiłem się, siedząc obok Starka, kiedy cze-kaliśmy w kolejce, żeby przekroczyć most w Walton. Na-deszło późne popołudnie i drogi dojazdowe zapchane były samochodami, wracającymi z Londynu. Walton leżało na południe od Shepperton, czyli jeszcze dalej od lotniska, ale przynajmniej opuściłem strefę zagrożenia. Rozmyślałem o decyzji Starka, który postanowił nie wydać mnie policji – mój rzekomy powrót z martwych uciszył na pewien czas aktora, jak przedtem doktor Miriam, jej matkę i poszukują-cego skamieniałości księdza. Byłem jednak przekonany, że Stark zdradzi moją historię jakiejś gazecie albo stacji tele-wizyjnej, zwłaszcza gdy odkryje, że ukradłem cessnę. Ale z jemu tylko znanego powodu to, że byłem pilotem, zrobiło na Starku głębokie wrażenie. Moje spektakularne przybycie i prawdziwa katastrofa, w przeciwieństwie do za-aranżowanych wypadków z jego filmu, dotknęły w nim ja-kiegoś jeszcze bezkształtnego, lecz potężnego marzenia. Stark wskazał niemal nieruchomy sznur samochodów, tkwiących w obłokach lśniących w słońcu spalin. – W zasadzie powinieneś znajdować się teraz tysiąc stóp ponad tym wszystkim, Blake. Wziąłem kiedyś kilka lekcji pilotażu, ale nie szło mi dobrze. A ty nie próbowałeś może kiedyś lotniarstwa?

Patrzyłem na uschłe wiązy, górujące nad parkiem. Zza zakola rzeki ogon cessny migotliwie przekazywał mi wciąż swoją wiadomość. Z nieba zwisały świeżo pomalowane wagoniki diabelskiego koła niczym zabawki, czekające, aż pochwycą je piloci przelatujących w pobliżu balonów. – Tak naprawdę interesuję się lotami w maszynach na-pędzanych siłą ludzkich mięśni. Chciałbym pewnego dnia odbyć pierwszy taki lot dookoła świata.

– Maszyna latająca, napędzana siłą ludzkich mięśni? – Stark przewrócił oczami, chcąc mi się skwapliwie przypo-dobać. Czy nie rozumiał, że uratował mnie przed policją? – Chciałbym ci pomóc, Blake… Mógłbyś wystartować wła-śnie stąd. Z Shepperton.

– Z Shepperton?

– Z reklamowego punktu widzenia trudno o lepsze miej-sce. Po twoim porannym wypadku chętnie powitano by cię tu jako miejscowego pilota i mógłbyś zapewne otworzyć szkołę pilotażu, może nawet w porozumieniu z wytwórnią. Poza tym mieszkańcy tej okolicy są opętani tego rodzaju rzeczami, jak parki safari, delfinaria czy akrobacje lotni-cze, wszystko im jedno. Ciągle przebierają się za halabard-ników z Tower albo za piechotę hanowerską i odgrywają bitwę pod Austerlitz. Ja postanowiłem rozbudować zoo. Gdyby udało mi się wydobyć z rzeki twój samolot, wysta-wiłbym go na pokaz jako atrakcję turystyczną. -Nie…

– Dlaczego? A może odsprzeda mi go twoja firma ubez-pieczeniowa?

– Nie ruszaj go!

– W porządku, Blake… – Zaskoczony gwałtownością w moim głosie, Stark chwycił mnie za rękę, żebym się uspo-koił. – Oczywiście, zostawię samolot w spokoju. Niech rzeka uniesie maszynę do morza. Wiem, co czujesz, Blake. Wlekliśmy się teraz wzdłuż środkowego przęsła mostu. W oczach pulsowały mi setki świateł stopu, ponieważ kie-rowcy co chwila zatrzymywali się i ruszali znowu. Mijali-śmy dźwigary na odległość wyciągniętej ręki, jadąc tak powoli, że mogłem policzyć nity wystające spod łuszczącej się farby.

I tym razem nabrałem jednak pewności, że wcale nie poruszamy się naprzód. Nie tylko nie zbliżaliśmy się do brzegu, na którym leżało Walton, ale byliśmy od niego da-lej niż przedtem. Ciągnące się przed nami szeregi samo-chodów i autobusów przypominały gigantyczne pasy trans-misyjne. Położony z tyłu brzeg Shepperton ze swoimi fir-mami żeglugowymi i przystaniami wydawał się nie dalej niż pięćset jardów stąd.

Rzeka zakołysała się. Zabrakło mi tchu i opadłem na siedzenie, świadom napierających ze wszystkich stron po-jazdów, poruszających się, lecz nieruchomych, a ponadto wyposażonych w światła wysysające siły z moich oczu. Cze-kałem, aż złudzenie minie, uwięziony na metalowej drodze długości jednej mili.

– Blake, poruszamy się! Wszystko jest w porządku!

Aleja wiedziałem swoje.

Gdy otwierałem drzwi, poczułem dłoń Starka na swoich zmiażdżonych piersiach. Odtrąciłem go łokciem i wysko-czyłem z karawanu. Przesadziłem sięgającą bioder barier-kę, wypadłem na chodnik i pobiegłem w dół, ku bezpiecz-nym brzegom Shepperton.

Pięć minut później, gdy zostawiłem rzekę daleko za sobą, siedziałem na ławce przy opustoszałych kortach tenisowych. Pozbywszy się lęku, który dźwigałem na moście, zacząłem masować swoją posiniaczoną klatkę piersiową. W każdym razie dowiedziałem się, że to nie Stark usiłował mnie reani-mować – dłonie, które odcisnęły się na moich żebrach, były większe, równie duże i silne, jak moje.

Podniosłem wzrok na umarłe wiązy, odległe ulice i domy. Z jakiejś przyczyny, znanej jedynie najskrytszym zakamar-kom mojej głowy, zostałem uwięziony w tym nadrzecznym mieście, wokół którego moje myśli zakreśliły ciasny krąg, wyznaczony na północy przez autostradę, a na zachodzie i południu przez kręte koryto Tamizy. Przyglądałem się po-jazdom, ciągnącym w kierunku Londynu, na wschód, i by-łem pewien, że gdybym próbował stąd wyjść tymi ostatni-mi drzwiami, rysującymi się na horyzoncie, otwarłaby się przede mną ta sama, mdląca perspektywa. Na korty weszły pod opieką matki dwie nastoletnie dziewczyny z rakietami w dłoniach. Przypatrywały mi się czujnie, zaskoczone widokiem młodego księdza w butach tenisowych, który najprawdopodobniej upił się mszalnym winem. Miałem ochotę spędzić popołudnie na grze w teni-sa z tymi kobietami. Choć byłem całkowicie wyczerpany, owładnęła mną ta sama potężna, acz niewybredna żądza seksualna, którą odczuwałem do wszystkich ludzi, jakich spotkałem w Shepperton po wypadku: do Starka, niewido-mego dziecka, młodej lekarki, a nawet do księdza. Wpatry-wałem się więc w matkę i córki w gorącej zadumie, jak gdyby były nagie, i to nie w moich, lecz swoich własnych oczach. Pragnąłem uwieść je obietnicą spowiedzi, prowa-dzonej między kolejnymi returnami z linii końcowej, pa-rzyć się z każdą z nich z osobna między wolejami, zagry-wanymi w poprzek kortu i pokrywać je od tyłu, gdy będą kucać przy siatce.

Dlaczego uwięziłem sam siebie w Shepperton? Być może wciąż myślałem o tamtym pasażerze z samolotu… Może był to mechanik, którego sterroryzowałem, porywając ces-snę, i teraz nieświadomie nie chciałem opuścić miasteczka, nie wydobywszy najpierw jego ciała? Czy to nie ten nie-znajomy pasażer próbował mnie zabić w ostatniej, rozpacz-liwej konwulsji? Wydawało mi się, że przypominam sobie, jak zmagaliśmy się w zatopionym kokpicie cessny, kiedy jego dłonie wyciskały mi powietrze z płuc, a jego usta za-kleszczyły się na moich ustach, ponieważ wysysał ze mnie ostatnie tchnienie, żeby utrzymać się przy życiu jeszcze przez kilka chwil…

Kobiety przestały grać. Przyglądały mi się w milczeniu z piłkami w rękach niczym uśpione manekiny. Po rozdartej ziemi u moich stóp i po unoszącym się w powietrzu pyle poznałem, że przed chwilą odegrałem tę tytaniczną pod-wodną walkę, szamocząc się sam ze sobą na oczach kobiet. Zirytowany dziwnymi spojrzeniami tenisistek, rzuciłem w ich kierunku jakąś wulgarną obelgę i ruszyłem na przełaj przez park.

Słońce, przez cały dzień wiszące dokładnie nad rzeką jak zapomniany reflektor, znajdowało się teraz nad wytwór-nią filmową na północny zachód od Shepperton. Listowie w parku sposępniało, a światło zostało uwięzione pod drze-wami na kilka ostatnich godzin, nie mogąc znów nabrać sił. Niedaleko, na niewielkiej łączce koło parku, skrytej za ścia-ną ciemnych rododendronów, bawiła się trójka dzieci. Cięż-kie stopy Davida dudniły w trawie, Jamie pohukiwał dono-śnie, a niewidoma Rachel wydawała żwawe, krótkie instruk-cje.

Przypomniawszy sobie o tej sympatycznej trójce, posta-nowiłem przyłączyć się do zabawy. Rozepchnąłem rodo-dendrony i wydostałem się na łąkę, na wąski pas zapomnia-nej ziemi, biegnący ku rzece wzdłuż małego strumienia. Przyglądałem się dzieciom, bawiącym się w głębokiej tra-wie. Maszerowały gęsiego w swym wyimaginowanym świe-cie w kierunku klombu, świeżo wykopanego w tajemnej altanie wśród drzew. Prowadził wesoły mongoł, a za nim szli Rachel i Jamie z bukietami zwiędłych tulipanów. Przystanęli z powagą koło klombu. Rachel uklękła, ba-dając rozkopaną ziemię swoimi prędkimi dłońmi, i złożyła tulipany wśród uciesznych jaskrów i stokrotek. Dopiero wtedy pojąłem, że klomb jest w rzeczywistości grobem, a troje upośledzonych dzieci odgrywa ceremonię pogrzebo-wą martwych tulipanów, które znalazły w śmietniku straż-nika parkowego. Dzieci ułożyły także skromny krzyż z pa-tyków, przyozdobiony kawałkami kolorowego szkła i srebr-nej cynfolii.

Wzruszony owym niewyszukanym rytuałem, wkroczy-łem do altanki. Zaniepokojone dzieci odwróciły się do mnie. Rachel wrzuciła do grobu ostatni tulipan, a policzki ścią-gnęła jej bladość, kiedy szukała po omacku rąk Davida. Zanim zdążyłem się odezwać, dzieci puściły się pędem przez wysoką trawę, a Jamie znów zaczął pohukiwać, naśladując krzyk zaniepokojonego ptaka.

– Rachel!… Nie zrobię wara krzywdy! Jamie!… Dopiero wtedy zauważyłem, że razem z martwymi kwia-tami dzieci zamierzały złożyć do grobu coś jeszcze. Był to drewniany krzyż, przypominający schematyczny wizerunek samolotu, którego skrzydła i ogon Rachel, David i Jamie zaznaczyli białą kredką.

Czy zatem dzieci grzebały mojącessnę?

Obejrzałem się na tajemną łąkę. Dzieci zniknęły. Po raz pierwszy ogarnęło mnie poczucie, że być może umarłem. Ale tego popołudnia w opuszczonej altanie postanowi-łem dowieść, że jeśli naprawdę zginąłem, jeżeli naprawdę utonąłem w skradzionym samolocie, to odtąd będę żył wiecznie.


9

<p>9</p> BARIERA RZEKI

– Czy umarłem?

Odezwałem się tak cicho do grobu, czekając na odpo-wiedź. Spojrzałem ze złością na rozpięty na krzyżu samolot i duszące się rododendrony.

– Czy ja i umarłem, i oszalałem?

Dlaczego tak poruszyła mnie ta infantylna zabawa troj-ga upośledzonych dzieci? Strąciłem kopniakiem kwiaty z grobu, rozepchnąłem zapylone liście i wróciłem do parku. Usidlone pod drzewami światło skoczyło natychmiast ku mnie, uszczęśliwione, że znalazło coś żywego, czego może się chwycić. Grało radośnie na klapach marynarki, poły-skując i tańcząc wokół moich białych butów. Byłem pewien, że jednak nie umarłem. Zgniecione źdź-bła pod moimi stopami, zmęczone światło, odbite od rzeki, skubiące trawę jelenie i szorstka kora uschłych wiązów prze-konywały mnie, że wszystko to jest rzeczywistością, nie zaś wymysłem umierającego człowieka, uwięzionego w zato-pionym samolocie. Wiedziałem, że nie straciłem przytom-ności ani na chwilę. Wydostałem się z maszyny, zanim za-tonęła, i przypomniałem sobie, że stałem między skrzydła-mi, kiedy woda wirowała wokół moich stóp. Wolnym krokiem ruszyłem w stronę rzeki, wymachując ramionami, żeby odpędzić światło, napierające na mnie ni-czym tłum rozentuzjazmowanych klakierów. Przeczucie katastrofy było odbiciem obawy, że wymyśliłem wszystko, co mnie otacza – miasteczko, drzewa, domy, plamy od tra-wy na piętach Miriam St. Cloud – a nawet samego siebie. Teraz żyłem, czy jednak nie umarłem kiedyś przedtem? Jeśli przebywałem uwięziony w samolocie przez jedena-ście minut, dlaczego nikt nie przyszedł mi z pomocą? Grupka inteligentnych ludzi, wśród których znajdowała się lekar-ka, zastygła nieruchomo na brzegu rzeki, jak gdybym wyłą-czył bieg ich czasu, dopóki nie wydostałem się z cessny. Pamiętałem, że leżałem na wilgotnej trawie, a moją pierś miażdżyła para nieznajomych rąk. Czy moje serce przesta-ło na chwilę bić, przekazując wyczerpanemu mózgowi wi-zję śmierci, z którą z takim skutkiem igrało tych troje dzie-ci?

Nie byłem martwy. Stałem na brzegu, patrząc na spo-kojne wody i niezmącone, popołudniowe światło. Wsze-dłem na piasek i zepchnąłem do strumienia niewielką łód-ką, którą ktoś wciągnął na plażę, a potem rzuciłem cumę, włożyłem wiosła w dulki i wypłynąłem na milczącą wodę. Chłodna fala ociekała światłem, maskującym czerń toni pod powierzchnią. Parłem pod prąd, zbliżając się do tudo-riańskiej rezydencji St. Cloudów. Rzeka bębniła o łódkę, pobrzękując o dziobnicę, jak gdyby pilnie przeliczała pie-niądze.

Znajdowałem się na środku Tamizy. Niżej, pod opalizu-jącą powierzchnią, zobaczyłem białego ducha cessny. Odło-żyłem szybko wiosła i chwyciłem brzeg burty. Samolot spo-czywał na dnie w odległości dwudziestu stóp ode mnie. Osiadł równo na podwoziu, jak gdyby parkując w jakimś podwodnym hangarze. Drzwi do kabiny pilota były otwar-te. Kołysał je prąd. Zdumiała mnie ogromna rozpiętość skrzydeł samolotu, wyglądających jak wyciągnięte płetwy olbrzymiej płaszczki.

Wokół cessny roiła się ławica srebrnych ryb, śmigają-cych tu i tam wzdłuż skrzydeł i kadłuba. Światło, odbite od ich nakrapianych ciał, rozjaśniło kokpit, odsłaniając na chwi-lę postać martwego mężczyzny, siedzącego przy sterach. Wiosłowałem ręką, wychylony przez burtę, dotykając wody ustami i brodą, gotów wypić kwas mojej własnej śmierci. Kokpit leżał dwanaście stóp pode mną, a wodniste słońce rozświetlało go co kilka chwil. Falujące cienie kła-dły się na pulpit sterowniczy i podłogę kokpitu. Znów zobaczyłem za sterami ciemną postać – był to mój własny cień, padający na dno przez powierzchnię wody! Wyczerpany, usiadłem w łódce między wiosłami, zwró-cony w stronę łąki, na której bydło spokojnie skubało wy-soką trawę. Brzeg leżał zaledwie o kilka pchnięć wioseł dalej, wdzięcząc się łagodnymi treskami płaczących wierzb. Tu chciałem zejść na ląd. Teraz, kiedy udało mi się potwier-dzić, że byłem w maszynie sam, mogłem na zawsze opu-ścić Shepperton. Pomyślałem, że wędrówka przez cichą łąkę wśród szczęśliwych krów odświeży mnie przed powrotem na lotnisko.

Chłodząc dłonie w wodzie, powiosłowałem do brzegu. Rzeka uwijała się wokół łódki, rojąc się tysiącami rozma-itych cząsteczek, formami hydrowatymi i ameboidalnymi, okruchami owadów i niewielkich roślin, maleńkimi algami i jakimiś stworzeniami, zaopatrzonymi w rzęski. Obłoki wodnego kurzu wirowały wokół moich palców, na progu życia, gdzie formy ożywione i nieożywione tworzyły nie-przerwane widmo, opasujące mnie swoimi tęczami. Zaczerpnąłem dłonią wody, wystawiłem ją pod słońce i przypatrzyłem się bacznie gnijącym cząsteczkom. Tłoczy-ły się w ruchliwej cieczy niby rozemocjonowani wierni w miniaturowej katedrze. Chciałem skurczyć się w pyłek, dać nura do stawu, który trzymałem w swoich cyklopich dło-niach, i unieść te zacieki światła ku miejscom, gdzie z roz-mowy pyłu rodziło się samo życie.

Nie spoglądając ku górze czekałem, aż dinghy osiądzie na brzegu. Gdy z moich dłoni spłynęły ostatnie krople wody, podniosłem wzrok na przeciwległy brzeg. Otaczał mnie ogromny grzbiet otwartej rzeki, jak srebr-ny pokład Mississippi, której brzegi tworzyły odległy hory-zont. Brzeg Shepperton zasłaniał wąski pas drzew, toteż z trudem rozpoznałem drewniany częściowo fronton tudoriań-skiej rezydencji. Na murawie stały maleńkie postaci, o twa-rzach niewiele większych niż blednące punkciki światła. Zdecydowałem przepłynąć na drugi brzeg bez względu na to, jakie ułudy niepokoiły mój mózg, chwyciłem więc wiosła i mocno odbiłem od brzegu. Woda wokół dinghy wezbrała i poczułem, że łódka posuwa się naprzód. Spoj-rzałem przez ramię na oddalające się wybrzeże Walton, ale wiosłowałem dalej bez przerwy. Znów otworzyły mi się ranki na obtartych knykciach, byłem jednak pewien, że je-śli będę wiosłował, przełamię barierę, którą opasał mnie mój własny mózg. Dodało mi to otuchy – czułem się jak Kolumb, podnoszący na duchu pozbawioną wiary załogę, albo jak Pizarro, żeglujący w górę milczącej, sennej Ama-zonki.

Ręce ześlizgnęły mi się z zakrwawionych wioseł. Wsta-łem, samotny w tym wszechświecie wody, i płynąłem da-lej, używając już tylko jednego pióra. Obie linie brzegowe zniknęły gdzieś poniżej horyzontu. Z dłoni ściekała mi krew, znacząc plamami wodę. Zakrzepłe grudki odpływały długą wstęgą w dal, niczym proporce, uświęcające moją home-rycką podróż.

Światło zaczęło przygasać. Zmęczyłem się i cisnąłem wiosło na dno łódki. Zachodzące słońce sięgnęło horyzon-tu, a czyste dotąd powietrze stało się mętne i nieprzezro-czyste. Nad znaczoną wstęgami krwi wodą unosiły się wą-tłe obłoczki, jak gdyby z mojej krwi i tchnienia mojego tru-du miały wylęgnąć się za chwilę jakieś dziwne ptaki mor-skie, przypominające chimery, które będą karmić się łap-czywie moim ciałem.

Porzuciłem zamiar przepłynięcia rzeki, ale wziąłem się znów do wioseł, ruszając w długą drogę powrotną na brzeg Shepperton. Uschłe wiązy popędziły ku mnie, powstając na brzegu, jak gdyby wynosiły je w górę jakieś olbrzymie windy. Ogon samolotu znów zaczął nadawać sygnały, gdy nad wodą pojawiła się tudoriańska rezydencja. Kiedy po raz ostatni pociągnąłem wiosłami, plaży dosięgło także zbo-cze trawnika.

Byłem dziesięć stóp od brzegu. W zapadającym zmierz-chu stały na trawie Miriam St. Cloud i jej matka – blade lampki ich twarzy stykały się, jak gdyby mogły mi posłu-żyć jako świetlna boja. Kiedy wyszedłem na brzeg, potyka-jąc się na mokrym piasku, zeszły na plażę i wzięły mnie pod ręce. Zapach ich ciał kładł się ciężką wonnością nad ciemnymi kwiatami.

– Blake, stój spokojnie. Możesz się na nas oprzeć, jeste-śmy tu naprawdę.

Miriam przemyła mi zakrwawione kostki. Przybrała świadomie beznamiętny wyraz twarzy lekarza opatrujące-go dziecko, które świadomie naraziło się na niebezpieczeń-stwo. Widziałem, że usiłuje się ode mnie oderwać i zamknąć drzwi swoich uczuć na wypadek, gdybym zapragnął uczy-nić ją częścią mojego koszmaru.

Pani St. Cloud poprowadziła mnie w kierunku domu. Spodziewałem się, że obsypie mnie wyzwiskami, toteż zdzi-wiła mnie jej delikatność. Cała wcześniejsza wrogość tej kobiety zniknęła. Teraz pani St. Cloud obejmowała mnie ciepłymi ramionami, pewną dłonią podtrzymując mi głowę na ramieniu, jak gdyby pocieszała swojego małego synka. Czy obserwowały mnie przez cały wieczór, gdy samot-nie, niczym dzieciak bawiący się w Kolumba, wiosłowa-łem rozpaczliwie zaledwie kilka kroków od miejsca, w któ-rym teraz stały?

– Wszystko gotowe, Blake – powiedziałapani St. Cloud. – Przygotowałyśmy dla ciebie pokój. A teraz chcemy, że-byś dla nas zasnął.


10

<p>10</p> WIECZÓR PTAKÓW

Tego wieczora, gdy spałem już w głównej sypialni rezy-dencji St. Cloudów, przeżyłem po raz pierwszy coś, co wte-dy wydawało mi się snem.

Leciałem po nocnym niebie, ponad miastem, w którym rozpoznałem Shepperton. Niżej ciągnął się srebrzysty grzbiet rzeki; jej długie, podwójne zakole obejmowało przystanie i sklepy ze sprzętem żeglarskim, tudoriańskąrezydencję oraz pomost wesołego miasteczka z diabelskim kołem. Posuwa-łem się kursem południowym, którym wcześniej, tamtego dnia, leciałem małą cessną. Minąłem wytwórnię filmową, gdzie przysiadły w trawie stare samoloty, a potem wysoki nasyp nad autostradą. W świetle księżyca jej betonowa na-wierzchnia tworzyła jakby nieskończony, pełen wyczeki-wania pas startowy. Za zasuniętymi zasłonami w oknach spali mieszkańcy miasteczka.

Ich śniące umysły podtrzymywały mnie w locie. Sunąc nad głowami tych ludzi, zrozumiałem, że nie lecę jak pilot w samolocie, lecz fruwam niby kondor, ptak do-brej wróżby, i pojąłem, że nie śpię już w sypialni rezydencji St. Cloudów. Choć wiedziałem, że posiadam ludzki mózg i cieszę się wirującym powietrzem oraz przypominającymi piki gałęziami uschłych wiązów jak żaden inny ptak, uświa-domiłem sobie, że przybrałem teraz postać ptaka, płynąc majestatycznie poprzez zimne powietrze. Widziałem olbrzy-mie skrzydła, ząbkowane rzędy białych jak lód piór, i czu-łem potężne mięśnie swoich piersi. Czesałem niebo szpo-nami wielkiego drapieżnika. Otulało mnie szorstkie upie-rzenie, wydzielające cierpki odór, nieprzypominający za-pachu ssaka, a ja smakowałem te wstrętne kręgi zwierzęcej woni, plamiące nocne powietrze. Nie byłem wdzięcznym stworzeniem latającym, lecz zawadiackim kondorem, któ-rego stek odchodowy pokrywały grudki ekskrementów i na-sienia. Byłem gotów kopulować z wiatrem. Moje okrzyki przecinały rozpędzone powietrze. Okrą-żyłem tudoriańską rezydencję, a szybując pod oknami sy-pialni, zobaczyłem puste łóżko i odrzuconą kołdrę, jak gdyby jakaś obłąkana istota mocowała się ze swoimi niezgrabny-mi skrzydłami, chcąc się oswobodzić. Skręciłem raptownie nad trawnik, goniąc wśród klombów swój oświetlony księ-życową poświatą cień, a potem musnąłem pazurami po-wierzchnię wody, wzniecając nad zatopioną cessną dwa pióropusze oślepiającej mgiełki.

Chciałem, żeby śpiący mieszkańcy przyłączyli się do mnie, leciałem więc nad milczącymi domami, krzycząc w okna. Na dachówkach salonu fryzjerskiego przysiadła bia-ła postać. Jedno jej skrzydło sięgnęło nieśmiało powietrza, gdy zwany lirogonem ptak wyzwolił się wreszcie z uśpio-nego umysłu jakiejś starej panny w średnim wieku, leżącej w sypialni poniżej. Krążyłem nad nią, zachęcając delikatne stworzenie, by zaufało powietrzu. Po drugiej stronie drogi do Londynu, nad sklepem rzeźniczym, wspinały się z tru-dem po stromym dachu dwa sokoły. Samiec próbował skrzy-deł – był to wolny duch dobrodusznego kupca, śpiącego w głębokim, dwuosobowym łóżku nad nocnym sklepem, ob-wieszonym połciami wołowego i wieprzowego mięsa. Jego żona już się uwolniła. Stąpała dumnie po dachu, skwapli-wie badając dziobem zapachy powietrza nocy. Chciałem ich zachęcić, by ruszyli za mną, latałem więc w górę i w dół oświetlonej księżycem ulicy, przywołując z cicha pierwszych towarzyszy, których wyrwałem ze snu. Lirogon pierwszy rozwinął bojaźliwie skrzydła i skoczył w noc. Zaczął spadać w leżący w dole ogród i omal nie na-dział się na antenę telewizyjną, gdy nagle znalazł oparcie w powietrzu i wzleciał w górę, ku mnie. Aleja nie byłem jesz-cze gotów, by parzyć się z nim na wietrze. W całym Shepperton na dachach domów pojawiały się ptaki, wywabione moimi krzykami z uśpionych umysłów spoczywających niżej ludzi – strojnych we wspaniałe noc-ne pióra mężów, żon i rodziców z podekscytowanymi pi-sklętami, gotowymi wzbić się z nimi w powietrze. Szybu-jąc w górze, słyszałem ich niecierpliwe okrzyki i czułem uderzenia skrzydeł, gdy wznosili się wyżej. Gęsta spirala latających kształtów wzbiła się w noc jak rosnąca karuzela rozbudzonych śpiochów. Para łabędzi krzykliwych wlecia-ła z mieszkania nad supermarketem, sekretarze wyfruwały z bungalowów nad wytwórnią filmową, złote orły z wiel-kich willi nad rzeką, a stado jemiołuszek i wróbli z namio-tów, które skauci rozbili przy autostradzie. Leciałem przez park ku rzece, ciągnąc za sobą całą cze-redę ptaków. Nocne powietrze zbielało tysiącami latających istot, kiedy wspólnie zatoczyliśmy koło nad rezydencją. Miriam St. Cloud spała w swojej sypialni, nic nie wiedząc o niecierpliwych zalotnikach, których jej sprowadziłem. Wołając do niej, szybowałem tam i powrotem nad ciem-nym ogrodem w nadziei, że zbudzę ją ze snu. Chciałem, żebyśmy wszyscy parzyli się z nią na wiet-rze.

Nocne powietrze wokół mnie zgęstniało od rozpychają-cych się i rozwrzeszczanych ptaków. Żądza przepełniała ogromne stado, oszalałe na punkcie tej uśpionej młodej kobiety. Czułem, że ich dzioby i szpony szarpią mi skrzy-dła, jak gdyby ptaki chciały stopić się w jedno z moim pie-rzastym ciałem i dzielić ze mną śpiące ciało Miriam St. Cloud. Ich skrzydła biły powietrze, odbierając mi dech, i zacząłem się dusić w próżni piór.

Nie mogąc dłużej trzymać się nieba, opadłem ku pomo-stowi wesołego miasteczka, wyzwalając się siłą z tornada wrzeszczących ptaków. Wyczerpany, dotarłem do wieży kościoła i wylądowałem na dachu. Kiedy składałem skrzy-dła, uświadomiłem sobie, jak ogromny był ciężar mojego ciała i wielkich, upierzonych ramion, które gniotły mi pierś i ciągnęły z powrotem w stronę snu.

Wyższe tabliczki dachówek osunęły się pod moimi szpo-nami. Nie mogąc rozwinąć skrzydeł, runąłem w ciemną przestrzeń i spadłem na plecy, na wyłożoną kaflami posadzkę jakiegoś niewielkiego pomieszczenia.

Leżałem wycieńczony między moimi własnymi, niepo-radnymi skrzydłami. Wokół stały stoły, na nich zaś leżały częściowo rozczłonkowane szkielety dziwacznych istot. Przy mikroskopie, na pochyłym blacie biurka, ujrzałem coś, co przypominało szkielet skrzydlatego człowieka. Wycią-gał swe długie ręce, jak gdyby chciał mnie chwycić i unieść hen, ku nekropolii wiatru.


11

<p>11</p> PANI ST. CLOUD

Kiedy się obudziłem, poczułem czyjeś usta, przyciśnię-te lekko do moich warg, i dłoń, która pieściła mi pierś. Po-kój zalewało nadrzeczne światło. Wpadało do wnętrza przez wysokie okna, naprzeciwko których stało łóżko. Poranne słońce przewędrowało już podmokłą łąkę i gniewnie wpa-trywało się we mnie, jak gdyby usiłowało obudzić mnie już od świtu.

Usiadłszy, zauważyłem, że spod okna przygląda mi się spokojnie pani St. Cloud. Stała w tym samym miejscu, gdzie ujrzałem japo raz pierwszy po wypadku cessny. Podniosła rękę ku brokatowym zasłonom, ale jej zdenerwowanie znik-nęło i teraz wyglądała raczej na starszą, ale wciąż sprawną siostrę swojej córki. Czy to ona mnie całowała, gdy spa-łem?

– Spałeś, Blake? Sprowadziłeś nam niecodzienną pogo-dę. Wczoraj w nocy nad miasteczkiem przeszła niezwykła burza… Wszystkim śniły się ptaki.

– Zbudziłem się tylko raz… – Pamiętałem swój sen i jego wyczerpujący finał, toteż zdumiałem się, stwierdziwszy, że jestem całkowicie wypoczęty. – Ale nic nie słyszałem. -To dobrze. Chcieliśmy, żebyś wypoczął.-Pani St. Cloud usiadła na łóżku i dotknęła mojego ramienia, przyglądając mi się matczynym spojrzeniem. – Tak czy owak było to emocjonujące jak elektryczna burza. Słyszeliśmy tysiące pędzących w powietrzu ptaków. Burza wyrządziła wiele szkód… Ale tobie chyba zupełnie wystarczy dziwna pogo-da w twojej głowie.

Zauważyłem, że pani St. Cloud zaczesała włosy w nie-wielką, ale wytworną falę, jak gdyby spodziewała się spo-tkać z kochankiem. Myślałem o moim śnie, o wizji nocne-go lotu i jego koszmarnym końcu, kiedy dusiłem się w próżni bijących wokół skrzydeł i spadłem przez dach kościoła do jakiegoś niezwykłego, pełnego szkieletów pokoju. Niepo-koiła mnie autentyczność wizji. Gwałtowne skręty i po-wietrzne skoki nad miastem w świetle księżyca pamięta-łem równie dokładnie, jak lot cessną z londyńskiego lotni-ska, a krzyki oszalałych z żądzy ptaków, moje własne, po-żądliwe jęki na widok Miriam St. Cloud, dzika siła nurku-jących ciał i kloaczna gwałtowność tych prymitywnych stworzeń wydawały mi się o wiele bardziej rzeczywiste niż ten cywilizowany, pełen słońca pokój.

Uniosłem poranione dłonie, które zabandażowała mi doktor Miriam, zanim zapadłem w sen. Poszarpana gaza opatrunkowa, moje poranione łokcie i przedramiona usia-ne były maleńkimi, czarnymi okruszkami, jak gdybym mo-cował się z krzemienną poduszką. Pamiętałem mgliście, że potem uciekłem z kościoła i biegłem w świetle księżyca. Czułem ostry, ptasi zapach, prostackie piękno powietrza, spowijającego moje ciało, i cierpki odór ptaków morskich, karmiących się wciąż jeszcze żywymi ciałami innych stwo-rzeń. Dziwiłem się, że pani St. Cloud nie zauważyła tego zapachu.

A ona siedziała obok, głaszcząc mnie po ramieniu. Mia-łem się przed nią na baczności, opadłem więc z powrotem na poduszki i zacząłem rozglądać się po sypialni, do której zaniosły mnie matka i córka, gdy porzuciłem bezowocne próby przekroczenia rzeki. Niepokojące było jednak to, że obie czekały na mnie, jak gdybym mieszkał z nimi od lat jako członek rodziny i wrócił właśnie do domu, wyszedłszy cało z jakiegoś żeglarskiego wypadku.

Skąd ta pewność, że wrócę? Rozbierały mnie z niesa-mowitym wyczuciem fizycznej intymności, jak gdyby roz-wijały skarb, którym miały się za chwilę podzielić. Patrzy-łem, jak pani St. Cloud okrąża łóżko, wyjmuje z szafy moje ubranie i szczotkuje poły marynarki, niby zatroskana po-wstałymi wskutek ciśnienia mojej skóry zmarszczkami na tkaninie – śladami mojego ciała, pozostawionymi na uży-wanej serży. Obmacałem swoje posiniaczone żebra i usta, nadal obolałe, jak wczorajszego popołudnia, i rozmyślałem dalej o moim śnie. Nie był niczym więcej niż sennym ma-rzeniem upadłego lotnika, ale moc, jaką miałem nad ptaka-mi, i sposób, w jaki je zwołałem z mrocznych dachów, da-wały mi nieoczekiwane poczucie siły. Po latach niepowo-dzeń, kiedy nie udawało mi się odnaleźć formy życia, współ-brzmiącej z moim sekretnym wyobrażeniem samego sie-bie, na krótką chwilę znalazłem się na krawędzi swoistego spełnienia. Latałem pod postacią najwspanialszego z pta-ków – kondora. Przypomniałem sobie swoją seksualną wła-dzę nad ptakami i żałowałem, że Miriam St. Cloud nie wi-działa mnie jako największego z ptasich drapieżników, bo zwabiłbym ją wówczas ku niebu niczym nieśmiałego alba-trosa. Gdyby nie panika, która wybuchła nagle wśród po-wietrznej żądzy, i gdyby nie zapadł się kościelny dach, spółkowałbym z Miriam w głębokim łożu nocnego powie-trza.

Myśląc o swoim upadku, spytałem panią St. Cloud:

– Czy jest tu jakieś muzeum? Gdzie można zobaczyć szkielety?

Położyła księże ubranie na łóżku, głaszcząc z uśmiechem tkaninę.

– Ależ, Blake… Czyżbyś chciał im ofiarować swoje ko-ści? Owszem, mamy tu coś takiego, w zakrystii kościoła. Ojciec Wingate jest zapalonym paleontologiem, a w tych okolicach Tamiza pełna jest ponoć najdziwniejszych oka-zów… Różnych prehistorycznych stworzeń i skamieniałych ryb… – pani St. Cloud odgarnęła mi włosy z czoła. – Nie wspominając już o zaginionych pilotach. – Czy dach zakrystii został uszkodzony w czasie burzy? – Niestety, tak. – Wychyliła się przez okno i pomachała do kogoś, kto stał na trawniku. – Policja przyjechała. Wyskoczyłem z łóżka i nagi stanąłem za nią. Dwaj umun-durowani policjanci szli przez trawnik w towarzystwie dok-tor Miriam. Upośledzone dzieci podskakiwały wokół sier-żanta, który wskazywał bydło, pasące się na łące po drugiej stronie rzeki. Najwyraźniej wiedział, że cessna przeleciała przez park w drodze z Londynu na południe, nie miał jed-nak pojęcia, że samolot spoczywa w wodzie nie dalej niż pięćdziesiąt stóp od domu, a biały duch maszyny krąży wciąż pod rozświetloną słońcem powierzchnią wody. – Blake… – pani St. Cloud chciała mnie uspokoić. – Oni cię nie będą niepokoić…

Zastanawiałem się, niezdecydowany, czy rzucić się do ucieczki, czy raczej próbować wywinąć się policji jakąś gadką. Miriam, ubrana w swój biały kitel, weszła na wąski pasek plaży. Stanęła w takiej pozycji, jak gdyby chciała za-słonić samolot przed policjantami, a zarazem zastanawiała się, co ze mną począć. Dzieci pobiegły za nią, popiskując z wymuszonym podnieceniem na widok wody, której groźne fale obmywały im stopy. Biegły z wyciągniętymi ramiona-mi, Rachel przypominała mały, ślepy samolot w szyku mię-dzy Jamiem i Davidem. Jamie wbił klamry ortopedyczne w mokry piach i spoglądał w niebo przymrużonymi oczami, pohukując do wtóru ogonowi cessny, kołyszącemu się w gałęziach uschłego wiązu.

Pani St. Cłoud pieściła moje ramiona, ale ja patrzyłem na jej córkę. Trzymała ręce głęboko w kieszeniach i spo-glądała w okno, chytrze ważąc moją przyszłość w swych nieruchomych oczach. Rozpuściła włosy, upięte w ciasny kok, a uwięzione dotąd runo igrało teraz swobodnie na jej ramionach, smakując rzeczne powietrze niczym niecierpli-we ptaki, które widziałem we śnie. Jaką piękną i barba-rzyńską istotą stałaby się Miriam, jakim chimeropodobnym stworzeniem, które mogłoby wstrząsnąć porannym powie-trzem.

– Odjeżdżają. – Pani St. Cloud pomachała sierżantowi.

– Bóg jeden wie, po co tu przyjechali.

Widziałem, jak policjanci salutują i wracają do radio-wozu. Pani St. Cloud obejrzała sińce na mojej piersi. Mię-tosiła mi ciało, napastliwie przebiegając wzrokiem skórę. Zrozumiałem, że nie zdaje sobie sprawy, iż bierze udział w podświadomie zawiązanym spisku, zmierzającym do tego, by mnie strzec. Świadkowie mojego wypadku utworzyli jakby opiekuńczą rodzinę. Stark był moim ambitnym star-szym bratem, Miriam oblubienicą. Lecz jeśli pani St. Cloud przyjęła rolę matki, to dlaczego tak otwarcie pociągał ją mój seks? Pamiętałem tolerancyjne spojrzenie, jakim zmie-rzyła matkę Miriam, gdy pani St. Cloud rozbierała mnie ubiegłego wieczora, w pełni świadoma swej pobudzonej płciowości.

Wykorzystując tę chwilę, przycisnąłem dłonie pani St. Cloud do sińców na moich żebrach. Jej szczupłe palce z trudnością obejmowały błękitne kontury. – Pani St. Cloud… Kiedy leżałem na plaży, pani stała w oknie. Czy ktoś mnie reanimował?

Gładziła moje łopatki, jakby w poszukiwaniu kikutów skrzydeł.

– Nie, wydaje mi się, że nikt nie miał na to odwagi. By-łam zbyt przerażona, żeby myśleć. Bardzo długo przeby-wałeś pod wodą. Wiem, że później cię zaatakowałam… Gniewało mnie, że żyjesz, bo pogodziłam się z tym, że umarłeś.

– Nie jestem martwy! – Odepchnąłem ją gniewnie.

– Muszę stąd wyjechać!

– Nie… Teraz nie możesz odejść. Miriam mówiła, że znaj-dzie ci pracę w klinice.

Spuściła wzrok na podłogę, a ja objąłem ją w biodrach. Odciągnąłem panią St. Cloud od okna, niczym nagi wy-znawca mesmeryzmu, prowadzący podstarzałą kobietę, znajdującą się w transie. Kiedy ją rozebrałem, położyliśmy się razem do łóżka. Pani St. Cloud skryła twarz na mojej piersi, ale wiedziałem, że czuje cierpką woń mojego ciała i odór kondorzego łoju, który wydobyło ze skóry ostre słoń-ce. Obejmując ją i dotykając poranionymi ustami jej warg, poczułem się dumny z tego przykrego zapachu. Próbowała mnie odepchnąć, dławiąc się smrodem i wbijając wzrok w sińce na moim ciele. Ukląkłem nad nią, rozkładając nogi pani St. Cloud wokół moich bioder, i przypomniałem sobie ogromne skrzydła, które unosiły mnie nad nocnym niebem. Wyobraziłem sobie, że pani St. Cloud kopuluje ze mną w powietrzu. Wiedziałem, że jest nas czworo, zamkniętych w akcie seksualnym, wykraczającym poza nasze granice ga-tunkowe – była tam ona, ja, olbrzymi kondor i ten mężczy-zna lub kobieta, którzy usiłowali mnie reanimować, a któ-rych usta i dłonie czułem wciąż na skórze. – Blake… Ty nie umarłeś!

Pani St. Cloud chwyciła mnie za biodra. Jej rozwarte usta usmarowane były krwią, którą wydoiła z moich warg. Mocowałem się z podstarzałą kobietą, wgniatałem w po-duszkę jej szerokie ramiona, zaciskałem usta na jej war-gach i nozdrzach i wysysałem powietrze z jej gardła. Już nie interesował mnie seks pani St. Cloud – chciałem stopić w jedno nasze ciała, zlać w jedną istotę nasze serca, płuca, śledziony i nerki. Zrozumiałem wtedy, że pozostanę w tym mieście, dopóki nie pokryję wszystkich tutejszych miesz-kańców – kobiet, mężczyzn i dzieci, ich psów i kotów, pta-ków w klatkach, stojących w ich salonach, bydła na pod-mokłej łące, jeleni w parku i much w tej sypialni – dopóki nie połączę nas wszystkich w jedną nową istotę. Pani St. Cloud wierzgała i kopała mnie kolanami w uda.

Objąłem kobietę w piersi, miażdżąc jej płuca w uścisku. Nie mogła złapać tchu, opadła więc na poduszki, anemicz-nie uderzając mnie piętami w łydki. Osuwaliśmy się razem coraz niżej, moje myśli rozjaśnił sen o ptakach, a my we czworo łączyliśmy się na wietrze…

Pani St. Cloud leżała przede mną kompletnie wyzuta z sił, pompując z płuc rozświetlone słońcem powietrze przez zakrwawione usta. Leżała na plecach, szukając mnie drżą-cą ręką. Wyciągnęła piegowate nogi, jak gdyby była mar-twa. Na zdartej skórze jej piersi i brzucha zaczynały wystę-pować ciemne sińce.

Leżałem obok, zdając sobie sprawę, że o mało nie zabi-łem tej kobiety. Uratował ją wyłącznie fakt, że sam zaczą-łem się dusić. Pani St. Cloud usiadła i dotknęła mojej klatki piersiowej, szukając przepony, jakby chciała się upewnić, że odzyskałem oddech. Kobieta o zakrwawionej piersi i ustach stanęła przy łóżku i ubierała się, spoglądając na mnie bez nienawiści, w pełni świadoma tego, co uczyniła. Pojąłem, że uważała za oczywiste, iż chciałem ją zabić -ją, matkę, która urodziła gwałtowne, barbarzyńskie dziec-ko, siłą wyrwawszy mnie ze swego ciała. Przed wyjściem podeszła do okna i niemal z roztargnie-niem powiedziała:

– Na trawniku siedzi sęp. A nawet dwa. Spójrz, Blake…

Dwa białe sępy.


12

<p>12</p>

„CZY WCZORAJ COŚ WAM SIĘ ŚNIŁO?” Sępy! Zbiegając ze schodów i zapinając księżą mary-narkę, domyśliłem się, że te padlinożerne ptaki uciekły z zoo Starka, zwabione wonią, jaką wydzielał uwięziony w cessnie trup. Przystanąłem na tarasie koło cieplarni, spo-dziewając się, że moim oczom ukażą się białe sępy, rozry-wające ciało pasażera na kawałki. Trawnik połyskiwał, jakby ktoś posiekał murawę. Nocą musiała rzeczywiście wstrzą-snąć wściekła burza. Wśród żwirowanych ścieżek zebrały się kałuże. Wzdłuż linii brzegowej Shepperton liście plata-nów i srebrnych brzóz ulewa obmyła z kurzu, choć już nie podmokłą łąkę na przeciwległym brzegu, która wydawała się pożółkła i zwiędła.

Pelikany… Przyglądałem się z ulgą dwóm niezgrabnym ptakom, które dreptały przez trawnik kaczkowatym krokiem. Zapewne burza zagnała je na ląd, choć otwarte morze leża-ło ponad pięćdziesiąt mil dalej. Pelikany zanurzały ciężkie dzioby wśród gladioli, nie rozumiejąc, skąd się znalazły na terenie tudoriańskiej rezydencji pośród ozdobnych drzew i klombów kwiatowych.

Ale niżej, na plaży, zobaczyłem pewnego bardziej zło-wrogiego gościa. Był to wielki fulmar, który pożerał wła-śnie szczupaka, rwąc szponami jego zakrwawione ciało. Ten arktyczny drapieżnik, obdarzony haczykowatym dziobem i mocnym ciałem, po raz pierwszy pojawił się wśród stwo-rzeń latających dotąd nad spokojną doliną Tamizy. Podniosłem leżący na ścieżce kamień i cisnąłem go na plażę. Mewa uleciała w dół rzeki, leniwie ciągnąc za sobą wnętrzności szczupaka. Wilgotny piasek, śliski skapującą do wody krwią ryby, dźwigał odbicie mewy. Wszedłem na plażę, usianą wyrzuconymi na brzeg gałę-ziami i setkami szorstkich piór. Na piasku leżała jeszcze płócienna torba, pełna przyborów archeologicznych, nale-żących do ojca Wingate, a obok widniała świeża szczelina, powstała na kamienistym brzegu wskutek fali, wzbudzonej upadkiem cessny. Szpara miała sześć stóp długości i dzie-sięć cali głębokości, i była na tyle szeroka, by móc pomie-ścić człowieka. Kusiło mnie, żeby sprawdzić, czy się w niej zmieszczę. Wyobraziłem sobie, że leżę w niej jak król Ar-tur na wyspie Avalon czy jakiś mesjasz, śpiący wiecznym snem w swoim nadrzecznym grobie.

Dziesięć stóp dalej piasek lśnił srebrnym światłem ni-czym rozpuszczające się zwierciadło, ściekające do rzeki. Na płytkiej wodzie wśród edwardiańskich kolumn spoczy-wał jeden z wagoników diabelskiego koła. Nocna burza na-ruszyła pomost wesołego miasteczka, którego część zapa-dła się pod wodę, unosząc z sobą fragment karuzeli. Mię-dzy rozmaitymi odpadkami na wilgotnej plaży leżał mały, uskrzydlony konik.

Przypomniałem sobie swój sen i ciała oszalałych pta-ków, zderzających się z sobą nad wesołym miasteczkiem, kiedy rzucały się wokół mnie w wirującym powietrzu. Po pierwszym brzasku rzeka wypluła starego Pegaza na plażę, na którą przypłynąłem z samolotu. Podszedłem do konia, by wciągnąć go na brzeg. Świeża farba posrebrzyła mi dło-nie, pozostawiając plamisty ślad na piasku. Pelikany przyglądały mi się spośród klombów, kiedy wycierałem ręce o trawę, a od ich piór odbijało się jaskra-we światło. Wydawało się, że listowie wierzb i dekoracyj-nych jodeł odnowił jakiś psychodeliczny ogrodnik z zami-łowaniem do krzykliwych kolorów. Nad rozjarzonym traw-nikiem śmignęła sroka, błyszcząc piórami barwnymi, jak pióra ary.

Pobudzony tą feerią światła, wpatrywałem się w spla-mioną wodę. Nawałnica wzburzyła rzekę, a na płyciznę wy-płynęła grupa węgorzy. Ryby o cięższych ciałach poruszały się w głębszych wodach, bo być może zagnieździły się w zatopionym kadłubie cessny. Myślałem o pani St. Cloud, naszym dziwnym, gwałtownym stosunku seksualnym i ode-granych przez nas narodzinach dorosłego dziecka. W od-powiedzi na nerwowe rozdrażnienie porannym światłem niedzielnego poranka poczułem kolejny przypływ potencji seksualnej.

Gdy opuściłem ogród St. Cloudów i wszedłem do par-ku, ujrzałem daniela, wycierającego pysk o pień srebrnej brzozy. Tylko na poły figlarnie chciałem go chwycić za zad, odczuwając wobec tego bojaźliwego stworzenia taką samą napastliwość seksualną, jaką czułem nawet wobec drzew i ziemi pod stopami. Chciałem radować się światłem, kry-jącym drzemiące wciąż miasto, zalewać nasieniem milut-kie płoty i prześliczne ogródki, wtargnąć do sypialni, w któ-rych tutejsi księgowi i agenci ubezpieczeniowi wylegiwali się z niedzielnymi gazetami w rękach, i kopulować u stóp łóżek z ich pełnymi nocnej słodyczy żonami i córkami. Czy byłem nadal więźniem Shepperton?

Przez następną godzinę, kiedy ulice były jeszcze puste, zrobiłem obchód całego miasta. Idąc wzdłuż autostrady, na której udaremniono mi pierwszą próbę ucieczki, ruszyłem w stronę Londynu z miejsca, gdzie otwarte pola zaczynały ustępować szeregowi spokojnych jezior i zalanych wodą żwirowni, połączonych piaszczystymi groblami. Pozosta-wiwszy za sobą ostatnie domy na wschód od Shepperton, przelazłem przez żywopłot i porośniętym makami polem powędrowałem w kierunku najbliższego jeziora. W płytkich stawkach zauważyłem porzucony konwejer żwirowy i rdzewiejące skorupy dwóch samochodów. Kie-dy podszedłem bliżej, powietrze zakołysało się nagle wo-kół mnie, ale nie zważając na nic, parłem dalej. Pejzaż je-zior i grobli nagle odwrócił się groźnie. Błotnista ziemia zawróciła pode mną, a potem zaczęła uciekać ze wszyst-kich stron, podczas gdy odległa kępa pokrzyw, rosnąca na odkrywce, popędziła ku mnie, kłębiąc się wokół moich nóg, jak gdyby chciała mnie objąć.

Już bez namysłu porzuciłem wtedy, w tamtym miejscu, wszelkie próby ucieczki z Shepperton. Widocznie mój umysł nie był jeszcze gotów, żeby opuścić to nijakie, prowincjo-nalne miasteczko.

Wprawdzie byłem jego więźniem, mogłem jednak przy-najmniej przyznać sobie całkowitą swobodę i robić wszyst-ko, na co miałem ochotę.

Uspokoiłem się i wróciłem polami do miasta. Kiedy wchodziłem na ciche ulice, pierwsi mieszkańcy myli już samochody i przycinali żywopłoty. Grupka świeżo wyką-panych dzieciaków szła do szkółki niedzielnej. Dzieci mi-jały rozjaśnione ogrody, nie zdając sobie sprawy, że idę za nimi jak usidlony satyr w butach tenisowych, chcąc porwać ich drobne ciałka. Jednocześnie czułem dla nich jakąś dziw-ną tkliwość, jak gdybym znał je całe życie. One i ich rodzi-ce byli również więźniami tego miasteczka. Zapragnąłem, żeby nauczyły się latać, ukradły lekki samolot… Z ogrodu nieopodal wytwórni wzbił się w górę prosto-kątny latawiec z bambusa i papieru, na którym jakieś dziecko wymalowało głowę ptaka – dziobaty profil kondora. Śle-dząc drogą latawca wzdłuż linii horyzontu, zauważyłem dach mansardy, który widziałem we śnie. Ujrzałem te same, schodkowo położone dachówki, na których poślizgnęła się para rybołowów, i okienko mansardowe z dekoracyjną po-przeczną belką nadproża.

Za ogrodzeniem, okalającym wytwórnię filmową, stały na trawie przed płóciennymi hangarami stare samoloty, wśród nich trójpłatowe spady i fokkery, ogromny, strunowy dwupłatowiec z lat międzywojennych i kilka drewnianych makiet spitfire’ów. Nie było ich tutaj, gdy po raz pierwszy leciałem nad Shepperton, ale widziałem je na nocnej trawie we śnie.

Rozglądając się wokoło, zrozumiałem, że miejscowe domy również już widziałem. Niższe piętra nie wyglądały znajomo, ale bez żadnych wątpliwości rozpoznałem wszyst-kie dachy, kominy i antenę telewizyjną, na którą omal się nie nadziałem. Z bloku wyłonił się jakiś pięćdziesięcioletni mężczyzna z nastoletnią córką, przypatrując mi się bacz-nie, jak gdyby z obawą, że będę próbował coś od nich wy-żebrać. Przypomniałem sobie pasiastą markizę z płótna na najwyższym balkonie i parę kopulujących sokołów, które skłoniłem do lotu po nocnym niebie.

Byłem pewien, że córka mnie poznaje. Gdy do niej po-machałem, zaczęła mi się przyglądać niemal uporczywie. Jej ojciec wszedł na jezdnię i ostrzegawczym gestem naka-zał mi odejść.

Chcąc ich uspokoić, uniosłem obandażowane dłonie i zakrwawione knykcie.

– Powiedzcie. Czy wczoraj coś wam się śniło? Czy nie śniło się wam, że latacie?

Ojciec odtrącił mnie barkiem i przywarł mocno do ra-mienia córki. Szli do kościoła i najwyraźniej nie spodzie-wali się mojej mesjanistycznej obecności tuż przed drzwia-mi domu. Gdy odchodzili pospiesznie, pod ciężkim zapa-chem wody kolońskiej mój nos wychwycił cierpką, znajo-mą woń, lgnącą do ich świeżo wykąpanych ciał. Minęły mnie dwa podstarzałe małżeństwa w towarzy-stwie dorosłych dzieci. Ruszyłem krok w krok z nimi i ku ich irytacji zacząłem pociągać nosem, choć szedłem blisko rynsztoka.

– A wy? Czy komuś z was śniło się, że lata? Uśmiechnąłem się do nich, jakby chcąc przeprosić za mój wymięty strój plebana i białe buty, poczułem jednak ten sam ostry zapach, odór ptaszarni.

Poszedłem za nimi do miasta, podążając tym powietrz-nym tropem. Nad pasażem handlowym krążyło kilkanaście wielkich ptaków z gatunku morskich mew, które burza przy-gnała w górę rzeki. Na dachu supermarketu przysiadł kruk, a na ozdobnej fontannie koło poczty trzepotały się dwie wilgi. Owego cichego, niedzielnego poranka bezładne pta-sie życie materializowało się wszędzie nad głowami zdąża-jących do kościoła ludzi. Przyciągnięte ich ostrym zapa-chem ptaki, sądzące błędnie, że mieszkańcy miasteczka należą do tych samych, co one, gatunków, wirowały po ca-łym pasażu. Ciężkie mewy dreptały niezdarnie po dekora-cyjnych kaflach, potrząsając skrzydłami pośród błyszczą-cych butów. Jakaś zmieszana kobieta śmiała się nerwowo na widok mewy, usiłującej przy siąść na jej kapeluszu, a pewien sztywno wyprostowany mężczyzna w myśliwskim stroju z brązowego tweedu groził laską krukowi, który upar-cie próbował usadowić się mu na ramieniu. Dzieci biegały ze śmiechem wśród wilg, wzbijających się w powietrze z ich dłoni. Płomienie ptasich piór migotały między odbior-nikami telewizyjnymi i zmywarkami, odbijając się w szy-bach wystaw sklepów z gospodarstwem domowym. Napastowani przez ptaki, minęliśmy pasaż, przeszliśmy przeraźliwie jaskrawo ulistniony park i dotarliśmy do ko-ścioła, położonego w pobliżu otwartego basenu. Dopiero tutaj ptaki odleciały, jak gdyby odstraszyła je olbrzymia licz-ba piór pokrywających dachy samochodów, zaparkowanych w okolicach cmentarza – piór wyrwanych jakby podczas jakiegoś oszałamiającego, powietrznego turnieju. Ku powszechnemu zdziwieniu wiernych kościół okazał się zamknięty – na drzwiach wisiał łańcuch i kłódka. Za-skoczeni parafianie stanęli wśród płyt nagrobnych z modli-tewnikami w dłoniach. Starzec uniósł laskę, wskazując wie-żę zegarową. Z tarczy odpadło kilka rzymskich cyfr, a wska-zówki znieruchomiały kilka minut po drugiej. Bruk wokół kościoła pokrywały pióra, jak gdyby na wieży rozprysnęła się ogromna poduszka.

– Pan jest tu wikarym?

Czyjaś żona, za którą przyszedłem z miasteczka, nabra-ła odwagi, by zwrócić uwagę na moje ubranie. Zauważy-łem, że nie potrafi pogodzić jego klerykalnego kroju z mo-imi brudnymi butami do tenisa i zakrwawionymi dłońmi. – Msza powinna zacząć się o jedenastej. Co pan zrobił z ojcem Wingate?

Kiedy odciągnął ją mąż, wystąpił mężczyzna w tweedo-wym ubraniu i trącił mnie laską w ramię. Przypatrywał mi się groźnym wzrokiem emerytowanego żołnierza, wciąż po-dejrzliwie traktującego cywilów.

– Nie jesteś przypadkiem pilotem? Przecież to ty spa-dłeś wczoraj do rzeki. Czego tu szukasz? Parafianie zebrali się wokół mnie, tworząc zafrasowane zgromadzenie. Niepokoiła ich moja obecność na ziemi, woleliby, żebym znajdował się bezpiecznie w powietrzu. Czy wyczuwali promieniującą z mojego mózgu odwróco-ną perspektywę, która zatrzymała mnie w miasteczku? Unosząc zabandażowane pięści, przeszedłem między nimi do drzwi kościoła, dźwignąłem ciężką kołatkę i zastu-kałem trzy razy. Drażnili mnie ci bojaźliwi ludzie w staran-nie odprasowanych garniturach i kwietnie wzorzystych su-kienkach. Byli wyznawcami grzecznej religii. Miałem ocho-tę wyważyć drzwi, zapędzić ich do klęczników i zamknąć w kościele, by mogli oglądać, jak dokonuję w nawie głów-nej obscenicznych czynów – wycisnąłbym krew z moich dłoni na krwawiącego Chrystusa, obnażyłbym się, oddał-bym mocz do chrzcielnicy i zrobił wszystko, żeby tylko wytrącić ich z nieśmiałości i dać im lekcję straszliwego, gwałtownego lęku.

Chciałem na nich wrzasnąć: „W Shepperton zbierają się ptaki, chimery cudowniejsze niż wszystko, co śni się wam w waszych wytwórniach filmowych!”

Wskazałem fulmary, okrążające wieżę kościelną.

– Ptaki! Widzicie je?

Kiedy zaczęli cofać się między grobami, zauważyłem, że spomiędzy kamieni wokół kruchty wyrasta niezywkła roślinność, jak gdyby z moich pięt. Otaczał mnie mały za-gajnik wysokich na dwie stopy, przypominających gładiole krzaczków o szablastych liściach i trąbkach mlecznokar-mazynowych kwiatów, przypominających kolorami nasie-nie i krew, skryte we flecie zieleni.

Machnąłem na parafian, stojących z modlitewnikami w dłoniach i rozczarowaniem na twarzach w krępującym otoczeniu woni ptaków. Już miałem powiedzieć, żeby ze-rwali te kwiaty, ale oni wpatrywali się teraz w drzwi pleba-nii, w których pojawił się ojciec Wingate, spokojnie ćmiąc papierosa. Zamienił sutannę na kapelusz typu panama i koszulę w kwiaty, czyli na strój maklera giełdowego, ostrożnie rozpoczynającego wakacje. Choć wierni zaczęli uśmiechać się domyślnie i wymachiwać modlitewnikami, ojciec Wingate nie zwracał na nich uwagi i zamknął drzwi plebanii na klucz.

Palił papierosa, ale wzrok skupił na mnie. Silne czoło przecinała mu głęboka zmarszczka, jak gdyby jego wierze w otaczający świat zadano niedawno poważny cios – jak gdyby otrzymał wiadomość o śmierci bliskiej siostrzenicy albo o tym, że jego najbliższemu przyjacielowi nie pomoże operacja nowotworu. Zdawał się całkowicie pochłonięty my-ślami i uwierzyłem niemal, że nie pamięta, iż jest duszpa-sterzem w tej parafii, czeka więc przez roztargnienie, aż ja rozpocznę odprawiać nabożeństwo.

Mewy znów zaczęły krążyć w górze. Prowadzone przez fulmary, okrążyły kościół, ocierając się ciężkimi skrzydła-mi o wieżę, próbując wyszarpnąć ostatnie cyfry z zegaro-wej tarczy i położyć kres czasowi przeszłemu w Shepper-ton. Ptasie odchody rozbryzgiwały się na samochodach i nagrobkach, a przestraszeni parafianie zaczęli wycofywać się w stronę basenu.

– Ojcze Wingate! – zawołał emerytowany żołnierz z la-ską. – Nie potrzebujesz pomocy?

Ale ksiądz nie zwracał na niego uwagi. Było widać, że pod osłoną słomkowego kapelusza jego silna twarz jakby skurczyła się w sobie. Mewy, krzycząc przeraźliwie, piko-wały wśród wiernych, którzy rozbiegli się do swoich samo-chodów.

Kiedy ostatni z nich odjechał, ojciec Wingate opuścił plebanię i ruszył w stronę kościoła. Odrzucił papierosa mię-dzy nagrobki i skinął mi głową rzeczowo. – No dobrze… Spodziewałem się, że przyjdziesz. – Ksiądz przyjrzał się mojemu duchownemu przebraniu, jak-by w nadziei, że mnie nie rozpozna. – Ty jesteś Blake, ten pilot, który wczoraj u nas wylądował? Przypominam sobie twoje dłonie.


13

<p>13</p>

POJEDYNEK ZAPAŚNICZY

Pomimo tego powitania ksiądz nie próbował zachowy-wać się wobec mnie przyjaźnie. Widziałem w nim wciąż napięcie fizycznej agresji, które zauważyłem poprzedniego dnia, gdy mnie uratowano. Kazał mi iść za sobą do kościo-ła. Wyczułem, że miałby ochotę powalić mnie na ziemię, na jaskrawe kwiaty, kiełkujące z moich pięt. Rozkopywał rośliny, rosnące mu na drodze, rzucając się na nie żywioło-wo, jak bramkarz. Chciałem się odsunąć i poślizgnąłem się na mokrych od deszczu piórach.

Ojciec Wingate podtrzymał mnie za ramiona. Przyjrzał się moim poranionym ustom, jakby sprawdzając w myślach, czy pasuję do zgromadzonych przez niego danych. – Wy-glądasz na oszołomionego, Blake. Może jeszcze nie cał-kiem zstąpiłeś na ziemię.

– Burza nie dała mi zasnąć. – Odpechnąłem ręce księ-dza, który pocił się obficie pod koszulą w kwiaty. W przeciwieństwie do swoich parafian nie wydzielał żad-nych ptasich zapachów. Ale też nie było go nigdy w moim śnie.

Postanowiłem go wybadać i zapytałem:

– Widziałeś ptaki?

Skinął głową z miną mędrca, przyjmując do wiadomo-ści, że uderzenie było celne.

– Owszem, widziałem. – Wskazał kapeluszem wieżę ze-garową. – Wczoraj w nocy latało tu kilka bardzo dziwnych okazów. Moja gospodyni twierdzi, że całemu Shepperton śniła się w nocy ptaszarnia.

– Więc ty też miałeś ten sam sen?

Ojciec Wingate otworzył drzwi kościoła. – A to był sen?… Lżej mi na duszy, skoro tak mówisz, Blake. – Wszedł do środka i gestem nakazał mi iść. – Do-brze… Miejmy to już za sobą.

Zajrzałem do nawy, próbując przebić wzrokiem ciepłe, stęchłe powietrze, a ojciec Wingate wrzucił swój kapelusz do chrzcielnicy. Odwrócił się w mdłym świetle, jak gdyby zamierzał mnie zaatakować. Cofnąłem się o krok, a wtedy ksiądz dźwignął najbliższą ławkę i zaczął przeciągać jej dębowy kształt na drugą stronę nawy, rozrzucając śpiewni-ki kościelne po wykładanej kaflami posadzce. – Blake, weź j ą z drugiej strony. Przyłóżmy się do roboty. Uniosłem ławkę, nie widząc w wątłym świetle niemal nic oprócz kwiecistej koszuli księdza. Słyszałem, że dyszy chrapliwie, jak zwierzę w jamie, zmagające się z jakimś wewnętrznym kryzysem osobistym. Przenieśliśmy ciężką ławkę pod zachodnią ścianę nawy, a potem wróciliśmy po kolejny klęcznik. Ojciec Wingate poruszał się z niecierpli-wą energią, niczym brygadzista sceny, któremu dano pięć minut, by zrobić miejsce w kościele. Czyżby wynajął ten budynek wytwórni, która nakręci tu jedną ze scen swojego lotniczego przeboju filmowego? Ojciec Wingate odrzucił wytarte aksamitne poduszki, które mu przeszkadzały, przy-parł ramieniem pulpit do drzwi zakrystii, a potem lewą ręką uniósł stos kilkunastu modlitewników, który przełamał się i wpadł do skrzyni po herbacie, stojącej za chrzcielnicą. Spodziewałem się, że lada chwila zajedzie studyjna furgo-netka z oddziałem scenografów i aktorów w strojach lotni-czych, gotowych zamienić ten parafialny kościół w szpital polowy we Flandrii albo kaplicę na pierwszej linii frontu, wybebeszoną przez moce ciemności.

Ojciec Wingate wrócił z zakrystii z dwiema dużymi płachtami materiału i zamknął drzwi prowadzące na chór. Wyciągnął świece ze srebrnych świeczników, a potem udra-pował ołtarz i krucyfiks białą narzutą.

– Blake, jesteś tu jeszcze? Nie stój tak i nie śnij o swoich ptakach. Zwijaj dywany.

Obserwowałem go przy pracy, kiedy krzątaliśmy się po mrocznej nawie, demontując wnętrze kościoła. Głębokie bruzdy na twarzy księdza wypełniał pot, skapujący jasnymi kroplami na rozdarte płytki pod naszymi stopami. Zrobił raz krótką przerwę i usiadł w jednej z ław, rozprostowując ręce i nogi. Uznałem, że ten potężny mężczyzna znalazł się pod naciskiem jakiejś małej obsesji i wykorzystuje mnie jako najkrótszą drogę rozwiązania swoich prywatnych pro-blemów. Podniósł wzrok na witraże, zastanawiając się, w jaki sposób ściągnąć je na ziemię.

Nie można było odmówić mu animuszu, ale czy rzeczy-wiście wiedział, co robi? Czy i jemu objawiła się prorocza wizja holocaustu? Pomyślałem, że zareagował wyjątkowo rozsądnie, pakując wszystko, co dało się wynieść z kościo-ła, aby bezpiecznie przechować te przedmioty, oraz zsuwa-jąc wszystkie ławy pod ścianę, żeby nawa mogła służyć lu-dziom jako schronienie i punkt pierwszej pomocy w obli-czu śmierci z nieba.

Ale obcesowy sposób, w jaki traktował modlitewniki, śpiewniki oraz portrety świętych i apostołów w złoconych ramach, które wrzucał bezładnie do drewnianej skrzyni, przekonał mnie, że kieruje nim jeszcze jeden motyw – być może jakiś plan, w którym miałem odegrać wyznaczoną mi rolę. Ojciec Wingate uprzątał bowiem pokłady swojego życia z nieco zbyt wielkim zaangażowaniem. Mimo woli podjąłem to fizyczne wyzwanie, które mi rzucił. Posuwaliśmy się od ławy do ławy, przeciągając klo-ce zmęczonego drewna pod ściany. Zerwałem z siebie ma-rynarkę, odsłaniając sińce na piersi. Gdy zmagaliśmy się z tymi ciężkimi kształtami, zrozumiałem, że mocuję się z pięćdziesięcioletnim księdzem, chcąc mu dorównać siłą nadgarstków i ramion. Oddaleni na długość ławy, manew-rowaliśmy w poszukiwaniu jak najlepszej pozycji na wil-gotnych kaflach, wytężając mięśnie, żeby utrzymać wiel-kiego, sztywnego węża.

Podekscytowany wonią naszych ciał i potem, pokrywa-jącym cienką warstwą kamienną posadzkę, przyglądałem się z radością krwi, która trysnęła mi z kłykci. Ogarnęło mnie niemal homoerotyczne podniecenie. Przeciągnąłem ostatni klęcznik przez otwartą nawę, wykręcając go z rąk księdza, który usiłował dotrzymać mi kroku. Niczym syn, popisujący się swą siłą i wytrzymałością, chciałem, żeby mnie podziwiał.

– Dobrze, Blake… Jestem już zupełnie wyczerpany. Do-brze.

Dysząc chrapliwie, ojciec Wingate zgiął się wpół na sa-mym środku zapylonej nawy. Na jego kwiecistej koszuli widać było cętki mojej krwi. Wciąż nie był pewien, kim byłem i co sprowadziło mnie do Shepperton, ale podniósł na mnie wzrok z nieoczekiwaną czułością człowieka, od-krywającego, że nieznajomy, z którym się mocował, jest jego własnym synem. Od tej chwili zacząłem darzyć księ-dza renegata pełnym zaufaniem.

Później, kiedy zamiotłem już nawę, ojciec Wingate po-otwierał drzwi i wpuścił do środka świeże, poranne powie-trze, żeby usunęło kurz z kościoła. Patrzył, jak wiatr niepo-koi płachty, udrapowane na ołtarzu i chrzcielnicy i jak prze-rzuca kartki porzuconych śpiewników. Ów akt autowanda-lizmu nie zrobił na nim chyba żadnego wrażenia, bo spo-kojnie nałożył znów swój słomkowy kapelusz. Otoczył mnie ramieniem, chcąc się na mnie oprzeć, i pozwolił mi się za-prowadzić do zakrystii.

Jego dłonie nie pasowały do sińców na mojej piersi. Jesz-cze raz poczułem przypływ sympatii do tego człowieka, i żal, że to nie on przywrócił mnie do życia. Nigdy dotąd nie czułem się zależny od człowieka starszego od siebie ani też dumny z zaufania, jakie we mnie pokładał. Byłem teraz powracającym synem marnotrawnym, młodym, latającym księdzem, a więc nie tylko jego spadłym z nieba synem, lecz również i następcą.

W moim mózgu zaczęły powstawać wizje niezwykłych ceremonii i dziwacznych rytuałów.

Ojciec Wingate otworzył drzwi zakrystii. Niemal w tym samym momencie zobaczyłem jasne słońce, które biło przez sporą dziurę w dachu, oświetlając spękane kafle posadzki i szafki z eksponatami. Było ich tu pełno. Za szybami spo-czywały czerepy i guzy starych, wygładzonych kości – wszystko, co pozostało na jakiejś pradawnej plaży skamie-niałości.

– Zanim odejdę, każę naprawić dla ciebie dach. – Ojciec Wingate ukląkł na podłodze i podniósł skrwawione pióro. – W czasie burzy wpadło tu jakieś olbrzymie ptaszysko. Pew-nie jeden z kondorów uciekł z zoo. Stark nie uważa na te swoje zwierzaki.

Wziąłem od niego pióro i podniosłem je do ust, smaku-jąc znów zapach nocnego powietrza i łoju moich skrzydeł. Ojciec Wingate podprowadził mnie do laboratoryjnego stołu, zaopatrzonego w mikroskop i uchwyt na soczewkę. Widzia-}em w swojej wizji kompletny szkielet jakiejś skrzydlatej istoty, ale pod soczewką znajdowała się tylko jedna drza-zga kostna w kształcie niewielkiego rydelka, którego sęka-te krawędzie i dziobate szwy ujawniło światło. Jedynie z trudem można było ją nazwać kością – była tak stara, że zaczęła powracać do swojego pierwotnego, mineralnego stanu, przypominając węzeł zwapnionego czasu, upamięt-niający jakiś krótki okres życia sprzed wielu milionów lat. Ojciec Wingate ustawił mnie nad soczewką, w której pływała kość niczym prastara planeta.

– Znalazłem ją na plaży kilka chwil po twoim przyby-ciu, Blake. Wyrzuciła ją z pewnością fala, spowodowana upadkiem twojego samolotu, jesteś więc w pewnym sensie współodkrywcą tej kości. To bez wątpienia moje najbar-dziej zdumiewające znalezisko. Zawiniłem, zatrzymując je dla siebie, choć tylko na kilka dni… Tak czy owak, pozwól, że przedstawię jednego lotnika drugiemu. Oczywiście trze-ba to będzie jeszcze potwierdzić, ale jestem niemal pewien, że mamy do czynienia z częścią przedniej kończyny pew-nej prymitywnej ryby latającej… Widać, w którym miejscu łączyła się z błoną skrzydła. To prawdziwa ryba latająca, przodek archeopteryksa, najstarszego znanego nam dotąd ptaka.

Wpatrywał się w swój skarb, trzymając mi uspokajająco rękę na ramieniu, jak gdyby zdawał sobie sprawę ze związ-ku między moim niemal śmiertelnym lotem a długą podró-żą mojego uskrzydlonego antenata przez czas geologiczny, który przywiódł go na to rendez-vous na stole laboratoryj-nym. Przez dach wpadało do środka światło słońca, dotykając tej kości jak relikwii nowej, powietrznej święto-ści.

– Ojcze Wingate, powiedz mi… Dlaczego stąd odcho-dzisz?

Ksiądz przyglądał mi się, zdumiony, czemu o to pytam, i położył swoje duże dłonie na szafkach z eksponatami. – Blake, to jest teraz moja prawdziwa praca. Nawet gdy-byś do nas nie przybył, musiałbym jej poświęcić cały swój czas. Nawiasem mówiąc, nie powinienem był cię tak za-męczać. Wiem, że najbliższe dni będą stanowić dla ciebie sprawdzian nie lada.

Podniosłem wzrok na poszarpaną dziurę w dachu, przez którą tu wpadłem we śnie. Odwróciłem się do ojca Winga-te’a, odczuwszy nagle potrzebę opowiedzenia mu o mojej dziwnej wizji, o strachu, który czułem na myśl, że umarłem i o tym, w jaki sposób stałem się rozbitkiem w Shepperton.

– Chodzi mi o wypadek, ojcze. Przecież byłeś przy tym. Doktor Miriam twierdzi, że przebywałem pod wodą co naj-mniej dziesięć minut. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że wciąż jestem uwięziony w samolocie. – Nie, Blake! Ty się oswobodziłeś! – Ksiądz mocno ści-snął mnie za ramiona, jak gdyby chcąc sprowokować, że-bym się bronił. – Właśnie dlatego zamknąłem kościół. Jak to się stało, tego nie wiem. Ale wiem, że przeżyłeś. Właści-wie wierzę, że przeżyłeś nie śmierć, a życie. Uratowałeś się przed życiem…

– Nie umarłem.

– Wierz mi, Blake, od wczoraj wydaje mi się, że to ty żyjesz, ale my jesteśmy martwi. Łap się każdej szansy, choć-by najdziwniejszej.

Pomyślałem o parkingu przed kliniką i o gwałcie, które-go niemal dokonałem na Rachel.

– Ojcze, wczoraj próbowałem zgwałcić niewidomą dziewczynkę. I nie wiem, dlaczego.

– Widziałem… Ale pohamowałeś się. Kto wie, czy grze-chy na tym świecie nie stają się metaforami cnót na tamtym. Być może ty będziesz mógł nas przeprowadzić przez te drzwi, Blake. Ja też odczuwałem te obłąkane pod-niety…

Przypatrywał się przez soczewkę kawałkowi tej swojej skrzydlatej ryby. Ze stojącego z tyłu mosiężnego stołu za-brałem butelkę mszalnego wina, powziąwszy postanowie-nie, żeby trzymać się z dala od kościoła. Sympatycznego, ale pomylonego księdza uczyniłem swoim ojcem, kolejnym członkiem rodziny, jaką utworzyłem wokół siebie spośród świadków wypadku. Widziałem już te wszystkie ekspona-ty. Zapamiętałem dokładnie każdą kość, wytrawioną przez poświatę księżyca, kiedy leżałem tu na podłodze wśród ga-blot, słuchając przeraźliwego krzyku ptaków, tłukących się w seksualnym szale o wieżę kościoła. Pamiętałem kości goleniowe archaicznego dzika oraz ledwo przypominający ludzką czaszkę czerep prymitywnego mieszkańca tej doli-ny, żyjącego nad rzeką sto tysięcy lat temu, pamiętałem mostek antylopy i skrystalizowany kręgosłup ryby, które składały się razem na kształt dziwnej chimery. Pamiętałem też ów przerażający szkielet uskrzydlonego człowieka. Na sztalugach przy stole laboratoryjnym stał rysunek, nad którym pracował ojciec Wingate, gdy doszło do wy-padku – szlachetny papier znaczyły rozbryzgi wody. Ksiądz zakończył już szkic, na którym przedstawił tonący samolot oraz wizerunek skrzydlatej istoty, którą się stałem, kiedy płynąłem na brzeg. Byłem po trosze człowiekiem, po tro-sze zaś rybą i ptakiem.


14

<p>14</p> UDUSZONY SZPAK

Groby porastały jaskrawe kwiaty o zdławionych nasie-niem płatkach, pasących się słońcem. Pijany winem mszal-nym ruszyłem przez park z opróżnioną do połowy butelką w dłoni. Za opustoszałymi kortami tenisowymi leżała rze-ka, jak wzburzone zwierciadło, które czeka tylko, żeby mnie oszukać. Powietrze wokół stało się żółtym, wibrującym bęb-nem. Liście drzew obciążał ładunek słońca, a każdy liść był jak migawka, gotowa odsunąć się i odsłonić miniaturowe słońce, jak pojedyncze okno w olbrzymim, adwentowym kalendarzu natury.

Widziałem to samo przenikliwe światło w oczach jele-nia, który szedł moim śladem do kliniki, w rtęciowej korze srebrzystej brzozy i w nieruchomych korpusach uschłych wiązów. Ale teraz po raz pierwszy się nie bałem. Spotkanie z księdzem pomogło mi zrozumieć, jak to jest, kiedy czło-wiek cieszy się zaufaniem ojca, które dodawało mi otuchy, podobnie jak zaufanie pani St. Cloud. Naznaczyłem ich oboje swoją krwią. Ziemia serca pełnego pewności pod moimi stopami i wyznaczone mi nareszcie miejsc & wpra-wiały powietrze w wibracje.

Byłem już przekonany, że światło pochodzi w tym sa-mym stopniu ode mnie, co od słońca.

Uspokajając się w duchu, doszedłem do opustoszałego parkingu przed kliniką. Na tarasie oddziału geriatrycznego siedziało kilkoro staruszków, przyglądających mi się z za-interesowaniem, gdy z butelką w ręce wyłoniłem się spo-między drzew. Klinika miała być tego dnia zamknięta. Li-czyłem, że spotkam doktor Miriam, bo chciałem jej opo-wiedzieć, jak ojciec Wingate zamknął kościół -jutro w po-czekalni lekarki byłoby tłoczniej niż zwykle ze względu na rozpaczających parafian, ogarniętych niedowładem psycho-somatycznym – ale też chciałem się z nią zobaczyć również dlatego, by zademonstrować znów odzyskaną pewność siebie.

Przytknąłem butelkę do ust i przyjrzałem się wiszącym na słupach przed kliniką tabliczkom informacyjnym z listą chorób, brzmiącą niczym lista przeznaczenia. Machnąłem zachęcająco butelką w stronę starych pacjentów. Kopulu-jąc z nimi, z danielem w parku, ze srokami i szpakami, mógł-bym wyzwolić światło, skryte za migawką rzeczywistości, jaką każdy nosił tu przed sobą niczym tarczę. Stapiając się z ich ciałami, łącząc się w jedno z pniami srebrnych brzóz i uschłych wiązów, podgrzałbym ich tkanki do gorączko-wej temperatury prawdziwego, właściwego im blasku. Butelka roztrzaskała się u moich stóp, a resztka wina wylała się na buty tenisowe. Rozejrzałem się dokoła męt-nym wzrokiem w poszukiwaniu czegoś do roboty, czyli kogoś, komu mógłbym zawrócić głowę moimi mesjanistycz-nymi rojeniami. Na tyłach kliniki, na swojej prywatnej łące, bawiły się dzieci, sunące w bezczasowym śnie po jaskrawo rozjarzonej trawie. Szeroka głowa Davida płynęła wśród maków niczym kwadratowy balon, na którym ktoś wyma-lował wizerunek jego sympatycznego oblicza. Za nim uj-rzałem Rachel, biegnącą z pogodnym uśmiechem między kwiatami o płatkach koloru krwi. Obok rozkołysanym kro-kiem, podążał wydający okrzyki radości Jamie, z twarzą wzniesioną do słońca, jak gdyby mógł w jego lustrze zoba-czyć swoją twarz.

Uradowany, że mogę do nich dołączyć, porzuciłem par-king i ruszyłem niepewnie w kierunku łąki. Dzieci swoimi tajemnymi zabawami ożywiały głęboką trawę. Kiedy mnie poznały, zaczęły krzyczeć z radości. Śmigały wokół, popis-kując, kiedy z rozpostartymi ramionami, udającymi skrzy-dła samolotu, rzuciłem się za nimi na oślep. Między noga-mi Jamiego zauważyłem błysk białej flagi. – Jestem za tobą, Rachel!… Jamie, lecę nad tobą!… Skakałem za nimi w trawie gwałtownymi susami, zda-jąc sobie sprawę, że dla mnie to nie jest zabawa. Bo gdy-bym złapał jedno z tych dzieci…

Na szczęście prześlizgnęły się obok i ciągnąc za sobą białą flagę jak pułapkę, zniknęły w okolicach leżącej nad rzeką altany.

Wszedłem pod jej cienisty daszek i przystanąłem przy grobie, tym wieloznacznym pomniku dla kwiatów. Zauwa-żyłem, ile pracy włożyły w niego dzieci i jak głęboko na-tchnęło je moje przybycie. Grób wypełniały martwe sto-krotki i maki, a drewniany krzyż zdobił pasek białego me-talu, będącego częścią czubka skrzydła cessny. Oderwał go prąd, a woda wyrzuciła blachę na brzeg. Oszołomiony wonią martwych kwiatów, postanowiłem spocząć w tym luksusowym grobie. Słońce świeciło teraz dokładnie nad naszymi głowami, a gorąco, uwięzione na samotnej łące, obudziło tysiące żyjących na niej owadów. Cykady świergotały i skrzypiały, a ważki ociekały elektrycz-nymi błyskami w duszącym powietrzu. Dziesięć stóp ode mnie, na gałęzi brzozy, siedział niecodzienny w nadrzecz-nym miasteczku gość – szkarłatna ara, której bajeczne upie-rzenie ledwie wytrzymywało porównanie z widmem zelek-tryzowanego światła. Łąka została wchłonięta przez samą siebie i rozdęła się każdym soczystym listkiem. Ułożyłem się dostojnie wśród kwiatów. Słońce grzało moją posiniaczoną pierś, a ja poczułem przypływ energii seksualnej, która ścigała mnie przez cały dzień. Pomyśla-łem o doktor Miriam i jej matce, pomyślałem o dzieciach. Musiałem z nimi spółkować, z tymi kołyszącymi się sta-ruszkami i z ciepłą ziemią, musiałem, jak złoty wąż, zrzu-cić swą lśniącą skórę. Znowu nabrałem pewności, że całą tutejszą obfitość życia zrodziło moje ciało, emitujące życie poprzez pory skóry i sińce w kształcie dłoni, odciśnięte na moich żebrach.

Na łąkę weszły dwa daniele. Zaczęły rozgarniać pyska-mi rozgrzaną trawę. Wyobraziłem sobie, że wstąpiłem w ciała tych bojaźliwych zwierząt. Marzyłem, żeby na nowo zaludnić Shepperton, zasiewając w łonach niczego nie po-dejrzewających gospodyń domowych całą świtę ekscen-trycznych istot, skrzydlatych noworodków, przypominają-cych chimery synów i córek, porośniętych czerwonymi i żółtymi piórami ar. Ich tajemnicze ciała, wyposażone w rogi danieli i łuski pstrąga tęczowego, będą się trzepotać za szybami wystaw supermarketu i sklepów z artykułami go-spodarstwa domowego.

W poszukiwaniu wina zacząłem myszkować wśród kwia-tów. Po chwili uniosłem w dłoni pierzastą portmonetkę, którą schowały tu dzieci. Przypomniałem sobie, że doktor Miriam nie dała mi pieniędzy na bilet powrotny na lotni-sko. Miałem właśnie otworzyć portfelik, gdy okazało się, że trzymam w ręce jeszcze ciepłe ciało uduszonego szpaka. Wpatrywałem się w jego nakrapiane pióra i zwisła bezwład-nie szyję, nasłuchując, jak Jamie pohukuje przeraźliwie zza drzew. Podrażnioną słońcem skórę pokryła mi nagle wy-sypka – na moich ramionach i piersi pojawiły się pręgi, przy-pominające ukąszenia niewidzialnych szerszeni, jak gdyby jakaś nieznana istota chciała dzielić ze mną moją skórę. Musiałem ją zrzucić.

Wygramoliłem się z grobu, strzepując z ramion obłok płatków, i pobiegłem przez trawę ku rzece. Ze wszystkich stron podrywały się ptaki, setki szpaków i zięb, uciekają-cych mieszkańców obłąkanej ptaszarni. Jasny, słoneczny niedzielny poranek i podwajające się lato wśród jaskrawych kwiatów przyciągnęły do parku tłumy gości. W trawie le-żały pary młodych ludzi. Ojciec bawił się z synem olbrzy-mim pudełkowym latawcem. Trupa aktorów z jakiegoś ama-torskiego zespołu odbywała w szekspirowskich strojach pró-bę wśród zieleni, a miejscowe towarzystwo artystyczne urzą-dziło wystawę pod gołym niebem, choć skromne obrazy utonęły w powodzi chrapliwych wrzasków ary. Dusząc się w rozgrzanym nie do wytrzymania słońcu, puściłem się ku rzece. Po drodze przewróciłem jakąś małą dziewczynkę, drepczącą w ślad za białą gołębicą. Dźwig-nąłem dziecko na nogi, włożyłem jej ptaka w dłonie i popę-dziłem wzdłuż kortów tenisowych. Piłki śmigały jak koń-cówki biczów, żądląc mnie w oczy. W nadziei, że spotkam Miriam St. Cloud, ruszyłem biegiem między uschłymi wią-zami, dopingowany okrzykami grupki plażowiczów, siedzą-cych na trawiastym zboczu. Minąłem ich jednym susem i czując, że płonie mi skóra, wskoczyłem ponad jakimś roz-szczekanym psem do chłodnej wody.


15

<p>15</p> PŁYWAM JAK GRENLANDZKI
WIELORYB

Leżałem w szklanym domu, zapadając się przez nieskoń-czone podłogi wodnych kaskad. Nade mną wznosiło się ilu-minowane sklepienie, jak odwrócona galeria przezroczy-stych ścian, zawieszonych na powierzchni. Niesione gościn-nym nurtem diatomity zdobiły klejnotami ławice ryb, które podpływały, żeby mnie powitać. Rozglądałem się za swo-imi rękami i nogami, ale moje kończyny zniknęły – zmieni-ły się w potężny ogon i płetwy.

Pływałem jak grenlandzki wieloryb.

Schłodzony kojącym strumieniem w tym królestwie wolnym od kurzu i upału, pożeglowałem w stronę słońca, rozrywając powierzchnię wody w bryzgach piany. Kiedy zawisłem w powietrzu i ukazałem się oczom setek ludzi na brzegu, doleciały mnie okrzyki zaskoczonych dzieci. Wy-ciągnąłem się i opadłem na wodę, goniąc światło słońca w szalonym labiryncie. Ponownie wyskoczyłem na po-wierzchnię i strząsnąłem sznur kropel ze swoich wspania-łych ramion na zachwycone dzieciaki. Kiedy wykonywa-łem obrót w powietrzu, zza drzew wyłonili się tenisiści, by wiwatować na moją cześć. Jakiś wędkarz sięgnął do siatki i rzucił mi kiełbia niczym pocisk, który chwyciłem w zęby. Popisywałem się przed nimi, a całe Shepperton przy-szło, żeby mnie zobaczyć. Miriam St. Cloud stała z matką na trawniku tudoriańskiej rezydencji, zadziwiona moją śli-ską pięknością. Ojciec Wingate otworzył na plaży gablotę ze swoimi eksponatami, mając nadzieję, że eksplodująca po moim upadku fala wyrzuci na brzeg jakąś kolejną rzad-ką skamieniałość, a Stark stał w obronnej pozie na końcu pomostu w swoim wesołym miasteczku. Obawiał się, że mogę wstrząsnąć jego przerdzewiałymi palami. Chcąc ich nakłonić, by przyłączyli się do mnie, gnałem w koło we wzburzonej wodzie, goniłem własny ogon ku uciesze dzie-ci, wydmuchiwałem fontanny piany w obłokach rozsłonecz-nionej mgiełki wodnej i pluskałem się tam i z powrotem po rzece płytkimi skokami, tkając z powietrza i wody koron-kowy obrus piany.

Zatopiona cessna spoczywała niżej na dnie rzeki, na swoim świetlnym podium. Chcąc wyrwać się stamtąd na zawsze, popłynąłem w dół rzeki, ku przystani, gdzie nurza-ły się ostre jak brzytwy kile jachtów, mogące mi przeciąć kręgosłup. Zamierzałem je ominąć i ruszyć do ujścia Tami-zy, na otwarte morze i polarne oceany z chłodnymi górami lodowymi.

Lecz kiedy po raz ostatni spojrzałem na Shepperton, wzruszyłem się na widok stojących na brzegu mieszkań-ców miasteczka. Mieli nadzieję, że wrócę, zarówno tenisi-ści, jak szekspirowscy aktorzy, dzieci i ojciec z synem, ba-wiący się pudełkowym latawcem, który zapadł się w ich ramionach niczym pusty w środku prezent, jak młodzi ko-chankowie i starsze małżeństwa, i jak Miriam St. Cloud i jej matka, przyzywające mnie gestem niby postacie ze snu. Zawróciłem i popędziłem z powrotem ku nim, rozko-szując się radosnymi okrzykami tych ludzi. Jakiś młodzie-niec zrzucił koszulę i spodnie, a potem skoczył głową w dół do naelektryzowanej wody. Przecięło go kilkanaście świetlnych pręg, a potem młodzieniec wypłynął na powierzchnię pod postacią wysmukłego i zgrabnego miecz-nika.

Po chwili jedna z kobiet, ubrana w strój tenisowy, zsu-nęła się z wilgotnej od wodnej mgiełki trawy i skoczyła do rzeki. W nawale bąbelków śmignęła koło mnie jako zwin-ny jesiotr. Śmiejąc się z siebie nawzajem, jakaś starsza ko-bieta i jej mąż pozwolili się zepchnąć z brzegu grupce mło-dzieży, i wyłonili się zaraz z rozdartej chmury piany jako para dystyngowanych wargaczy. Kilkanaścioro dzieci wsko-czyło w bystry nurt i umknęło przede mną pod postacią ła-wicy srebrzystych uklejek.

Ludzie wchodzili do wody wzdłuż całej plaży. Ojciec i matka brodzili w falach, prowadząc za ręce dzieci, by po chwili zamienić się w rodzinę złotych karpi. Na plaży sie-działy też dwie młode dziewczyny, które zanurzyły się po pas i zachwycały się eleganckimi ogonami, jakie leniwie wyłaniały się z ich pokrytych wodą bioder. Zdjęły radośnie koszulki i wyglądały teraz jak odpoczywające syreny o na-gich piersiach. Pozwoliły wciągnąć się w wodę, którą zle-wałem je delikatnie moim olbrzymim ogonem, wodę, przy-pominającą koronkową poszwę, narzuconą na dwie nagie kochanki. Gdy włosy rozpuściły im się w pianie, dziewczy-ny stały się dwoma rozdokazywanymi delfinami i zniknęły w rzece, pełnej cisnących się wokół szczupaczków i ukle-jek. Jakaś otyła kobieta w kwiecistej sukience runęła bez tchu do wody i odpłynęła w dal jako stateczna krowa mor-ska. Trupa szekspirowskich aktorów wkroczyła nieśmiało w niespokojny nurt – kobiety unosiły krynoliny, by nie za-nurzać ich w splamionej piaskiem pianie, a potem zapadły się pod powierzchnię wody, przemienione w uczestniczki podwodnego korowodu ławicy anielskich ryb, przystrój o-nych kryzami przezroczystych skrzeli i pierzastymi, deli-katnymi wąsami.

Na brzegu wciąż wahało się kilka osób. Skoczyłem po-nad zatłoczonymi falami, zachęcając ich, by porzucili du-szące powietrze. Grupka tenisistów odłożyła rakiety i dała nurka do wody, która uniosła ich natychmiast pod postacią pięknych białych rekinów. Rzeźnik i jego powabna żona podreptali w dół trawiastego zbocza, zanurzyli się i odpły-nęli przed siebie jako dwa ogromne żółwie morskie, koły-sząc pancerzami.

Niemal całe Shepperton dołączyło do mnie, pływając w swym nowym królestwie. Krążyłem wzdłuż plaży, na któ-rej leżały porzucone rakiety tenisowe, latawiec, grające wciąż odbiorniki radiowe i zapomniane koszyki, jakie za-biera się zazwyczaj na wycieczki. Na brzegu pozostało tyl-ko kilka osób: Miriam St. Cloud, jej matka, ojciec Wingate, stojący na plaży, Stark i troje upośledzonych dzieci. Obser-wowali mnie wszyscy ze znanych mi już stanowisk, ale ich twarze były pozbawione wyrazu, przesłonięte welonem kro-pelek wody, jak gdyby tkwili w jakimś głębokim śnie, do którego ja nie miałem dostępu.

Wiedziałem, że nie są jeszcze gotowi, żeby się do mnie przyłączyć, i że to oni, nie ja, są pogrążeni we śnie. Zostawiłem ich i popłynąłem dalej, na rozświetlone słoń-cem wody. Otoczyło mnie wielkie zgromadzenie ryb, które prowadziły mieczniki, widziałem jednak także stada mor-świnów, łososi, wargaczy, pstrągów tęczowych, delfinów i krów morskich. Ciągnąc za sobą promienie słoneczne, opa-dłem na dno. Razem moglibyśmy dźwignąć samolot i po-nieść go w dół rzeki, do ujścia Tamizy i na otwarte morze – maszyna stałaby się powozem koronacyjnym, w którym powiódłbym mieszkańców miasteczka ku przepastnym głę-binom ich prawdziwego życia.

Słońce zaczęło przygasać. W odległości kilku cali przez zalaną szybę ujrzałem niewyraźnie wykrzywioną grymasem, niegdyś ludzką twarz. Wsparty o deskę rozdzielczą spoczy-wał w kabinie topielec w kasku lotniczym. Otwarte usta zastygły w zdumieniu śmierci, a ramiona trupa pochylały się ku mnie z prądem rwącym przez drzwi kabiny. Przerażony jego rozkołysanym uściskiem, odwróciłem się i wpłynąłem na oślep wprost w ogon samolotu. Powie-trze uszło mi gwałtownie z płuc w rozbuchanej wodzie. Nie byłem już wielorybem, rzuciłem się więc na powierzchnię wśród setek pierzchających na boki ryb. Z samolotu ode-rwał się kawałek białej tkaniny, który unosił się ku górze przez wodę. Ruszyłem jego śladem, przedzierając się mo-zolnie na powierzchnię. Chwyciłem powietrze w ostatnim, wyczerpującym pędzie do słońca.

Obudziłem się na pełnej owadów łące. Leżałem na wil-gotnych kwiatach, wypełniających grób. Troje upośledzo-nych dzieci przyglądało mi się spośród maków kilka kro-ków dalej. Oblewał mnie pot, przesiąkający przez mary-narkę i spodnie, a ja byłem zbyt zmęczony, żeby przemó-wić do dzieci. Mijał mi dziwny ból głowy. Oddychałem nie-równo, jakby po raz pierwszy usiłując skupić wzrok na ja-skrawo ubarwionych ptakach i kwiatach na łące. Znów przy-pomniałem sobie o swoich rozbitych ustach i posiniaczonej piersi, zastanawiając się, czy martwy pasażer cessny, które-go widziałem we śnie, próbował mnie utopić. Ale mimo całej realności łąki wiedziałem, że ta rozgrza-na trawa, ważki i maki należą do innego snu, i że moja go-rączkowa wizja, w której pływałem jako grenlandzki wie-loryb, stanowiła kolejne okno, wychodzące na moje praw-dziwe życie.

Stanąłem na nogi i strzepnąłem płatki z marynarki. Dzieci odeszły dalej, być może poskromione tym, co zobaczyły. Zaduszony szpak leżał wśród martwych stokrotek. Jamie odwrócił się na swych skutych klamrami nogach, unikając mojego wzroku, ale jego drobną twarz marszczyła troska, jak gdyby chciał mnie przeprowadzić przez boży sąd tej wizji. Trzymał w dłoniach martwego wróbla – kolejną sa-kiewką, którą miał złożyć w grobie.

Gdy dzieci zniknęły, ruszyłem samotnie poprzez późne popołudnie. Ubranie pokrywała mi warstwa kilku tęcz i kon-fetti płatków, jak gdyby chodziło o uczczenie moich zaślu-bin z łąką. Ludzie wracali znad rzeki do swoich domów – tenisiści, młodzi rodzice z dziećmi, stare kobiety i ich mę-żowie. Twarze mieszkańców rozświetlała energia, jakiej ni-gdy przedtem nie widziałem. Kiedy mnie mijali, zauważy-łem, że mieli mokre ubrania, jakby złapał ich niespodzie-wany deszcz.


16

<p>16</p> SZCZEGÓLNY GŁÓD

Dopiero teraz, po tej drugiej wizji, ja i Miriam St. Cloud zaczęliśmy rozumieć, co dzieje się w Shepperton. Kiedy wyszedłem z parku i dotarłem w pobliże rezydencji, Mi-riam czekała na mnie na trawniku. Obserwowała, jak idę ku niej przez nasyconą wodną mgiełką trawę, i potrząsała głową na widok nieodpowiedzialnego pacjenta, który sa-mowolnie naraża zdrowie na szwank. Wiedziałem, że Mi-riam już się mnie nie boi, ale wciąż ma nadzieję, że wyjadę z tego niegdyś spokojnego miasta.

– Nie mógłbyś pozbyć się tych ptaków, Blake? – Mi-riam wskazała wrzeszczące ptaki morskie, kołujące nad spla-mioną płatkami piany wodą jak aktorzy w porzuconej fan-tazji, którą zostawiłem leżącą gdzieś w nieładzie. Do arktycznych mew dołączyło stado fulmarów i kor-moranów – co najmniej kilkanaście tych ciężkoskrzydłych drapieżników łakomie przeczesywało dziobami rzekę, po-lując z czymś w rodzaju żałosnej i rozkojarzonej histerii na ryby, które wyczarowałem w swojej wizji. Ale te ryby pły-wały teraz tylko w słonecznych lagunach mojej głowy. Mimo że przybrała agresywną postawę i gniewała się, to jednocześnie troszczyła się o mnie tak, jak młoda żona o męża. Byłem pewien, że w jakiś sposób udało jej się zo-baczyć moją wizję, choćby tylko w postaci przelotnego ob-razu prawdziwego świata, który z wolna odsłaniałem, roz-suwając kotary, tłumiące dotąd Shepperton i całą resztę tego zastępczego dominium. Gdy zdjąłem przemoczoną mary-narkę, palce Miriam przebiegły mi przez piersi i plecy w poszukiwaniu świeżych ran.

– Pływałem w rzece – powiedziałem. – Ty też powinnaś była wejść do wody.

– Przypuszczam, że była cudowna. Masz szczęście, że żyjesz… W rzece był miecznik. – A widziałaś wieloryba? Potrząsnęła głową, wpatrując się niemal z rozpaczą w rozwrzeszczane mewy.

– Przerażające stworzenia… To ty je tu sprowadziłeś, wiesz? Musiałam podać matce środki nasenne. Prowadząc mnie w stronę domu, powiedziała spokoj-nie:

– Widziałam jednak coś dziwnego, Blake. Może to był wieloryb. Jakieś wspaniałe zwierzę pływało w dół i w górę rzeki, jak gdyby usiłowało wyjść na brzeg. Zbłąkane wielo-ryby często wpływają do Tamizy.

Wzięła mnie za rękę i pomogła mi przejść przez hol, a potem wspiąć się po schodach, obejmując mnie mocno ramionami. Kiedy rozbierałem siew sypialni, składała moje ubranie żwawymi dłońmi, niczym żona pragnąca niecier-pliwie zaciągnąć męża do łóżka. Czy wiedziała już, że po-stanowiłem spółkować ze wszystkimi mieszkańcami Shep-perton? Stałem przed nią nagi, a sińce i rany na moich ustach i piersi uwydatniały się w elektrycznym świetle bardziej niż kiedykolwiek. Uśmiechając się uspokajająco na widok jej nieskrępowanego spojrzenia, wpatrywałem się otwarcie w ciało tej kobiety, od którego biły oszałamiające zapachy. W myślach dedykowałem wszystkie nasze zbliżenia seksu-alne upośledzonym dzieciom, kobietom młodym i starym, drzewom, ptakom i rybom, i przemianie, jakiej poddałem to nadrzeczne miasteczko.

– Miriam, czy oprócz mnie w wodzie pływał ktoś jesz-cze?

– Kilka osób… Pięć albo sześć… Kilku tenisistów. I, co dziwne, jeden z miejscowych rzeźników. -1 nikt więcej?

– Blake…

Choć byłem nagi, pozwoliła mi się objąć, wciskając mi dłonie w barki.

– Wszyscy byliśmy całkiem wycieńczeni… Najpierw wy-padek i cały ten koszmar związany z twoim ocaleniem. Potem burza wczorajszej nocy, dziwne ptaki i te wszystkie ryby… zapowiedzi jeden Bóg wie, czego. Czasami nie je-stem pewna, czy śnię, czy widzę to wszystko naprawdę. – Miriam… Czy ja nie żyję? – Nie! – Uderzyła mnie otwartą dłonią w prawy policzek, a potem mocno ścisnęła mi twarz rękami.

– Nie jesteś martwy, Blake. Wiem, że nie. Biedaku, ten wypadek… Z twojej głowy wyłania się coś, co mnie przera-ża, przekraczasz przestrzeń i czas pod jakimś innym kątem niż my wszyscy. Coś się tutaj stało, powinieneś wyjechać z Shepperton na zawsze…

Odzyskała równowagę w moich ramionach. – Nie, muszę tu zostać. Chciałbym się dowiedzieć wielu rzeczy.

– Więc zobacz się z ojcem Wingate. Wiem, że to wszyst-ko głupstwa, ale nie przychodzi mi na myśl nic innego, co mogłoby ci pomóc.

– Dziś rano ojciec Wingate przekazał mi swój kościół.

– Po co? Co jego zdaniem mógłbyś robić w kościele? – Może by chciał, żebym prowadził ceremonię zaślu-bin? Szczególnego rodzaju?

Śmiejąc się, Miriam zsunęła moje dłonie ze swojego biu-stu, jak gdyby bała się, że mógłbym ją przemienić w Dianę 0 tysiącu piersi.

– To dziwne. Czy wiesz, że jako uczennica wyobraża-łam sobie często, że biorę ślub w odrzutowcu? Wydaje mi się, że zakochałam się w pewnym pilocie, którego zoba-czyłam na Orły, kiedy w podróży z rodzicami musieliśmy się przesiąść na inny samolot. Z jakiegoś powodu strasznie podobał mi się pomysł, żeby wziąć ślub dziesięć mil nad ziemią.

– Więc wynajmę jakiś samolot, Miriam.

– Znowu? Nawiasem mówiąc, Stark jest pilotem czy kimś w tym rodzaju. Jak ty.

– Stark nie jest prawdziwym pilotem.

– A ty, Blake?

Odzyskałem już siły po kąpieli w rzece i z łatwością mógłbym ją rzucić na łóżko. Myślałem jednak o śnie, w którym latałem. Czy ona naprawdę fantazjowała w dzie-ciństwie, że bierze ślub w powietrzu, czy może ja narzuci-łem jej tę myśl? Chorobliwe, cyklamenowe słońce dotknę-ło jej włosów, drzew w parku, trawy na podmokłej łące, 1 nawet moja krew nawadniała teraz wszystkie tajemne moż-liwości życia. Chciałem spółkować z Miriam St. Cloud w powietrzu, żeglować z nią chłodnymi korytarzami nieba, spłynąć z nią rzeczką na otwarte morze, zatopić prądy na-szej miłości w przypływach i odpływach oceanu… – Blake!

Wyrwała mi się, oddychając ciężko. Wyszarpnęła ręce i zamierzyła się twardymi pięściami, chcąc mnie uderzyć w twarz. Wciągała ze świstem powietrze, wpatrując się we mnie z prawdziwym przerażeniem. Kiedy pobiegła do drzwi, zabolały mnie pokaleczone usta i zrozumiałem, że usiło-wałem wycisnąć życie z jej płuc, tak jak przedtem z jej matki. Później, siedząc nago przy oknie na krześle z wysokim oparciem, patrzyłem na spowitą zmrokiem rzekę i wiśnio-wą już wodę, w której skakałem jako grenlandzki wielo-ryb, a moje śliskie ciało pokrywała piana, przypominająca koronkowe kryzy szekspirowskich aktorów. Niepokoiło mnie nie to, że najwyraźniej chciałem udusić Miriam St. Cloud, lecz to, że nie chciałem już uciekać z Shepperton. Czułem się oddany tutejszym mieszkańcom, jak gdybym był ich plebanem. Niewidzialne moce, które uratowały mnie w samolocie, żądały teraz ode mnie, bym uratował tych mężczyzn i kobiety przed małomiasteczkowym życiem i ograniczeniami, narzuconymi ich duchom przez ciało i umysł. W pewnym sensie moja ucieczka z cessny, której zatopione widmo widziałem w ciemnej wodzie pod oknem, umożliwiła mi wejście w prawdziwy świat, czekający tu za migawką każdego kwiatu i pióra, każdego liścia i każdego dziecka. Moje sny o tym, że latam jako ptak wśród ptaków i pływam jak ryba wśród ryb, nie były wcale snami, lecz rzeczywistością, z której wynikał sen tego domu, miastecz-ka i jego mieszkańców.

Nocne powietrze koiło mi posiniaczoną pierś, a ja wy-czuwałem, że z mojego ciała płynie moc, wypełniająca całą rzekę i park. Było mi przykro, że przestraszyłem Miriam – chciałem, by była naczyniem mojego przekształcającego świat pożądania i aby nasze małżeństwo nie było zniewole-niem, lecz prywatną koronacją. Obserwowałem mrowie drobnoustrojów, rojących się aureolą wokół cessny – były to morskie stworzenia z jakichś pelagiańskich głębin, które przebyły całe oceany, by wpłynąć do Tamizy i świecić tutaj dla mnie swoim światłem.

Co do trupa w cessnie, to już nie bałem się tego urojone-go ciała. Właściwie z zadowoleniem przyjąłem jego wy-zwanie na pojedynek o dominację nad tą rzeką i miastem. Mieszkańcy Shepperton przez całą noc przechadzali się wzdłuż brzegu. Przyglądali się jaskrawym liściom w parku, które zdawały się lśnić w ciemności niczym las na obrze-żach tropikalnego miasta. Ojciec Wingate spacerował po plaży, nad oświetloną wodą, wachlując się swoim słomko-wym kapeluszem. Wrócił do siebie po naszym starciu w kościele i patrolował brzeg, jak gdyby pilnując, żeby mieszkańcy dali mi odpocząć. Ponownie wyczułem obec-ność mojej pierwszej prawdziwej rodziny. Wszyscy jej członkowie zachęcali mnie, żebym się spełnił i do maksi-mum wykorzystał moce, jakie posiadałem. Jednak gdy gospodyni Miriam przyniosła mi tacę zje-dzeniem, okazało się, że nie jestem w stanie tknąć pieczo-nego mięsa, które przyrządziła. Choć od czterdziestu ośmiu godzin nic nie jadłem, miałem apetyt wyłącznie na ciało istot mojego własnego gatunku. I zamierzałem sięgnąć po ich mięso, nie pokaleczonymi ustami, lecz całym ciałem, całą swoją nienasyconą skórą.


17

<p>17</p>

POGAŃSKI BÓG

Następnego ranka, u progu trzeciego dnia pobytu w Shep-perton, zacząłem pracować w klinice doktor Miriam. Kie-dy ruszyłem w drogę przez park, przyszło mi do głowy, że pomimo całego szacunku, jaki dla mnie żywiła, i pomimo moich własnych mesjanistycznych rojeń, przypadła mi w udziale praca służącego – miałem sprzątać korytarze i poczekalnię oraz wykonywać polecenia pielęgniarek. Ubie-rając się, myślałem, by zrezygnować z posady i zdobyć wię-cej czasu na zwiedzanie Shepperton, ale pełna poświęcenia obecność pani St. Cloud, krążącej opiekuńczo wokół tacy z nietkniętym śniadaniem, wytrąciła mnie szybko z równo-wagi. Patrzyła na mnie z uśmiechem, ale i odurzeniem, jak gdyby środek uspokajający, który podała jej córka poprzed-niego wieczora, wciąż jeszcze działał. Czy w jej umyśle byłem niemowlęciem, zrodzonym dla tej starzejącej się kobiety w łóżku jej zmarłego męża? Wciąż chciałem się uważać za jej dziecko i odczuwałem mglistą pruderię na myśl o akcie seksualnym z tą kobietą. Widziałem z okna, jak rozmawia na podjeździe z jakimś młodym dostawcą. Była nim wyraźnie zainteresowana, toteż poczułem się tak, jak gdyby mnie odtrąciła. Prawiła młodzieńcowi kom-plementy, dotykając dłońmi jego ramion. Najwyraźniej otworzyłem w prowincjonalnym życiu pani St. Cloud wy-miar rzeczywistości, którego istnienia nawet nie podejrze-wała.

Byłem jednak wyspany, otoczył mnie wspaniały dzień i powróciła moja pewność siebie. Czułem, że słońce mi schlebia, podążając w ślad za mną między drzewami jak światło reflektora, tropiące gwiazdę filmową. Poza tym kli-nika była idealną kryjówką, zwłaszcza na wypadek, gdy-bym nieoczekiwanie stracił przytomność albo doznał wyle-wu, mogłem więc czekać, dopóki mój umysł nie osiągnie znowu równowagi, ja zaś nie odkryję prawdziwego zna-czenia rozgrywających się wokoło zdarzeń. Podejrzewałem, że za moje dziwne wizje oraz zaburzenia czasu i przestrze-ni może być odpowiedzialny skrzep, ukryty gdzieś głęboko w moim mózgu. Wyczuwałem namiętne podniecenie w roz-jarzonej trawie, pośród kwiatów, a mój umysł zaczął niepo-kojąco przypominać popiskujące włókno gasnącej żarówki. Kiedy za moimi plecami wstało słońce, zdawało się wy-lewać z rzeki, zmieniając park i podmokłą łąkę w siatków-kowe rozlewisko. W wodzie roiło się od wszelkiego rodza-ju ryb. Ławice płoci i szczupaków pływały wokół zatopio-nej cessny, jak gdyby sycąc się pozostałością mojego snu. Kroczyłem majestatycznie między drzewami, wyciągając rękę, by chwycić świetliste pyłki. W pobliżu kortów teniso-wych puściłem się biegiem, gnany niesłychanym natęże-niem światła. Białe linie, wyznaczające kort, unosiły się kilka cali nad glinianą nawierzchnią, jakby miały za chwilę oderwać się od ziemi i wzbić pod niebo niczym powietrzna matryca umieszczonej na wysokości oczu pilota deski roz-dzielczej. Chwytając z trudem oddech, oparłem się o pień orzesznicy, dziwnego gościa w parku, leżącym w umiarko-wanej strefie klimatycznej. Liście pochłaniał rozświetlony sok, a każdy z przypominających trąbki kwiatów układał się we własną aureolę. W brzezinie pojawiło się stado jele-ni, obgryzających elektryczną korę. Krzyknąłem, a wtedy ich zwrócone na mnie oczy zalśniły, jak gdyby całe stado zostało wyposażone w szkła kontaktowe. Ogarnięte halucynacjami słońce karmiło się niecierpli-wie hiszpańskim mchem, zwisającym z gałęzi uschłych wiązów. Zdrewniałe czułki lian oplatały spokojne kaszta-nowce i platany. W ściółce rosły lilie, zmieniające ceremo-nialny park w ogród botaniczny, którym zawładnął jakiś zwariowany ogrodnik i obsadził go w nocy na nowo. Przeskoczyłem grządkę szkarłatnych tulipanów, zagłu-szanych kompletnie przez olbrzymie paprocie i wątrobow-ce. Przestraszona ara nieporadnie wzbiła się w powietrze obok mnie. Lecąc przez park, strząsała pancerzyki światła ze swoich żółtozielonych skrzydeł. Pięćdziesiąt jardów przede mną, między drzewami, Miriam St. Cloud szła w kierunku kliniki, otoczona chmarą małych papużek i wilg. Przypominała młodą lekarkę udającą się z wizytą domową do cierpiącej na nadmierną płodność matki natury. Ucie-szyłem się na jej widok i poczułem, że przygotowałem tę obfitość życia specjalnie dla niej.

– Miriam!… – Pobiegłem między zaparkowanymi samo-chodami i stanąłem przed nią, wskazując z dumą wspaniałe listowie niczym kochanek, wręczający bukiet swej wybran-ce. – Miriam, co się stało?

– To drzewo dostało zapewne jakiś preparat wzmagają-cy urodzajność, Blake. – Miriam rzucała jagody w koronę kasztanowca, do gałęzi którego przylgnęło podobne do małpy stworzenie o krzaczastym ogonie, zdziwione, skąd wzięło się w tym eleganckim parku.

Miriam machnięciem dłoni zakreśliła koło wokół gło-wy, usiłując powstrzymać rozjarzone powietrze. – Ary, papużki, teraz małpka… Co jeszcze nam przynie-siesz, Blake? – Podeszła do mnie bokiem z rękami w kie-szeniach białego kitla. – Jesteś jak jakiś pogański bożek. Pomimo tych dobrodusznych żartów spoglądała na mnie z niejaką ostrożnością, zastanawiała się nad dwuznaczną naturą moich wyjątkowych zdolności i wcale nie chciała stanąć z nimi twarzą w twarz.

– Małpka? – Rozpoznawszy zwierzę, podskoczyłem, próbując złapać je za ogon. – Uciekła z zoo Starka. – Raczej z wnętrza twojej głowy… – Miriam pokazała mi gestem, żebym szedł w stronę kliniki. – Przyszedłeś tu, żeby pracować… Co ty właściwie umiesz? Czy podejrzewała, że nadal sypiam z jej matką? Obe-szła trawiasty kraniec parkingu, zerkając na swoje odbicie w błyszczących panelach drzwi i demonstrując przede mną swe silne biodra i nogi. Co miałem robić? Chciałem krzyk-nąć: „Umiem latać, Miriam, i umiem śnić! Śnij mnie, Mi-riam!” Byłem zaledwie kilka kroków za nią, kiedy poczu-łem, że nabrzmiewa moje przyrodzenie. Pogański bożek? Nie wiedzieć czemu podobało mi się to określenie. Doda-wało mi otuchy.

Ogarnęło mnie nagłe przekonanie: oczywiście, że nie jestem martwy, ale nie jestem też po prostu żywy! Żyję po dwakroć!

Z trudem panując nad sobą, chwyciłem Miriam za ra-mię, pragnąc podzielić się z nią dobrą nowiną i wziąć ją w ramiona na tylnym siedzeniu limuzyny, należącej do miej-scowej akuszerki.

– Zaraz, zaraz, Blake…

Odepchnęła mnie, unikając mojego wzroku. Chwyciłem przednią szybę jej kabrioletu, roztrzęsiony swoją własną sek-sualną gwałtownością. Wpatrując się w ziemię, zauważy-łem pędy jakiejś śmiertelnie bladej rośliny tropikalnej, wy-rastającej spomiędzy szczelin w popękanym betonie. Jak gdyby w odpowiedzi na mój seks, pomiędzy nogami roz-kwitały mi mlecznokrwawe kwiaty, przypominające kieli-chy cudacznych gladioli. Identyczne kwiaty widziałem przed kościołem ojca Wingate.

Wszędzie dokoła jaskrawe fleciki wciskały skrwawione czubki swoich włóczni między koła zaparkowanych aut, wy-rastając ze śladów moich stóp na obrzeżu trawnika. – Są niezwykłe, Blake… Ojej, są piękne.

– Miriam… Dam ci wszystkie kwiaty, jakie tylko chcesz! – Unosząc się w duchu nad tysiącami zapachów jej ciała, krzyknąłem: – Wyhoduję orchidee z twoich dłoni, a z two-ich piersi róże. Będziesz mogła nosić magnolie we wło-sach!…

– A w sercu?

– Posieję w twoim łonie mięsożerny kwiat!

– Blake… Czy ty zawsze tak się wszystkim ekscytujesz? Wciąż nie rozumiejąc sił, sterujących owymi seksualny-mi zapalnikami, Miriam uklękła wśród aut i zaczęła zry-wać kwiaty. Już spokojny, przyglądałem się z dumą, jak ta piękna, młoda kobieta unosi w dłoniach mój seks w kierun-ku kliniki. Znów dała o sobie znać moc, którą wyczuwałem przez cały dzień, moc, która wstąpiła we mnie podczas ostat-niej wizji. Po śnie o lataniu zachowywałem się niczym ran-ny ptak, zagubiony w podmiejskim ogrodzie, tak jak ja uwię-ziony w nijakim miasteczku. Ale po wizji, w której pływa-łem jak grenlandzki wieloryb, uległem przemianie, mani-festując swój triumf ucieczką z zatopionego samolotu, i te-raz moja moc karmiła się niewidzialną siłą wielkich oce-anów, sięgających w głąb maleńkiej żyłki tej niewielkiej rzeki. Wyszedłem na brzeg odrodzony, jak moi ziemno-wodni przodkowie sprzed milionów lat, którzy wyłonili się z morza, by kroczyć dalej poprzez czekające na nich parki młodej ziemi. Podobnie jak oni, nosiłem we krwi wspo-mnienia tych mórz, wspomnienia z głębi czasu. Niosłem z sobą majestat grenlandzkich wielorybów, prastarość i mą-drość wszystkich gatunków waleni.

Tego ranka zacząłem krzątać się dumnie wokół kliniki, z wiadrem i ścierką w ręku. Wywoziłem wózki pełne brud-nej pościeli do furgonetki, która przyjechała z pralni, i speł-niałem polecenia recepcjonistek. Przyglądałem się z zado-woleniem, jak Miriam obnosi moje kwiaty po gabinetach chirurgicznych i ogólnych, zapełniając wazony, które wy-dobyłem dla niej z jakiejś szafki. Rozstawiała jaskrawe kwiaty mojego seksu wśród pacjentów siedzących w po-czekalni, ciężarnych matek i bezpłodnych żon. Były tam też dwie podstarzałe kobiety, które widziałem ostatnio, skaczące do rzeki w mojej rybiej wizji. Zapamię-tałem je dobrze – miejscową fryzjerkę i żonę adwokata, żeglujące dumnie w tłumie ryb jako część mojej wodnej kongregacji. Siedziały teraz pośród kwiatów, zaabsorbowane wyłącznie swoimi żylakami żyłami i napadami menopau-zy. Kiedy polerowałem podłogę pod ich stopami, kobiety nie spuszczały ze mnie oka.

Po pewnym czasie, kiedy skończył się poranny dyżur, doktor Miriam wezwała mnie do swojego gabinetu, żebym opróżnił tackę chirurgiczną. Na podświetlanym ekranie wisiały rentgenowskie zdjęcia mojej głowy. Miriam stała plecami do okna. Przeraźliwe światło wypełniało park nie-mal elektrycznym blaskiem, jak gdyby ekipa filmowa z miejskiej wytwórni rozstawiła wokoło sodowe reflektory. – Wskaźnik urodzeń wkrótce skoczy tu w górę, Blake… Czy wiesz, że dziś rano niemal każda pacjentka obsesyjnie rozmyślała o ciąży? Nawet pewna staruszka, która pytała o możliwość sztucznego zapłodnienia spermą anonimowe-go dawcy.

Miriam zdjęła kitel i obrzuciła mnie zatroskanym, lecz niezdziwionym spojrzeniem. Czy spodziewała się, że wy-ciągnę członka i wezmę się do roboty? Chciałem ją jakoś uspokoić, dodać jej odwagi, by mogła stawić czoło mnie i nadchodzącej przyszłości.

Krążyłem wokół Miriam z wiadrem na śmieci. Widok i zapach jej ciała zalewał mi zmysły. Jej jasne zęby, postu-kujące o siebie, gdy wpatrywała się w zdjęcia, lewe noz-drze wąchające polakierowany paznokieć, mocne biodra, kiedy kołysała się z boku na bok – wszystko to przyprawia-ło mnie o obłęd. Chciałem koncesji na jej każdy oddech i na każdą myśl, chciałem zapamiętać jej chichot i roztar-gnione spojrzenia, wydestylować z jej potu najbardziej za-wistne perfumy na świecie…

– Nie miałaś nigdy dzieci, Miriam?

– Oczywiście, że nie! Choć Stark i ja… – Agresywnym gestem kazała mi odejść, a potem, pod wpływem nagłego impulsu, ruszyła za mną do drzwi. Przytrzymała mnie za ramię w ostrym uścisku. – Prawdę mówiąc, odkąd do nas przybyłeś, nie zastanawiam się nad niczym innym. Jestem równie opętana tą myślą, jak te głupie baby… – Miriam, czy nie rozumiesz?… – Chciałem ją objąć, ale powstrzymała mnie z nadzwyczajną siłą. – To ten wypa-dek… Ty jesteś…

– Blake, na litość boską… Wczorajszej nocy… Poddałeś się próbie jakiegoś rodzaju śmierci. Dla siebie czy dla mnie, nie chcę nic o tym wiedzieć.

– To nie była śmierć. – Po raz pierwszy to słowo nie było w stanie mnie przerazić. – To nowe życie, Miriam. Kiedy wyszła, by wyruszyć samochodem na wizyty do-mowe, zostałem w jej gabinecie i przyglądałem się badaw-czo zdjęciom rentgenowskim na ekranie – fotografiom mojej głowy, przez którą przepływało bezustannie światło. Wy-115 dawało mi się, że cały świat zewnętrzny – drzewa, łąka, na której dzieci zbudowały mi grób, i ciche ulice z uśpionymi domami – to jakby wielki, przezroczysty obraz, rzucony na ekran świata, przez który nieprzerwaną fontanną przedzie-rają się promienie jakiejś głębszej rzeczywistości.


18

<p>18</p> UZDRAWIACZ

Do południa klinika opustoszała – zostałem tylko ja i recepcjonistka, wolontariuszka, na co dzień gospodyni do-mowa. Odpoczywałem właśnie w poczekalni, czekając z niecierpliwością, aż Miriam St. Cloud skończy wizyty do-mowe, gdy do kliniki przyjechała jakaś kobieta z dziesię-cioletnim synem. Chłopak złamał rękę, próbując wejść na drzewo. Jego matka skarżyła się i neurotycznie biadała, czym wytrąciła z równowagi recepcjonistkę, usiłującą założyć dziecku prowizoryczne łubki.

Zgnębiony płaczem dzieciaka, wszedłem do gabinetu, żeby zobaczyć, czy mogę im w czymś pomóc, i zdążyłem usłyszeć gniewną uwagę matki:

– Właził na figowiec przed supermarketem. Zdaje się, że zebrały się tam wszystkie dzieci z Shepperton. Czy w tej sprawie nie powinna interweniować policja? Dzieci tamują ruch.

Chłopak wciąż płakał i nie chciał nawet spojrzeć na swoje zaczerwienione przedramię, nabrzmiałe bolesnymi żyłami. Wziąłem go za rękę, żeby pocieszyć malca. Skrzywił się z bólu i wyszarpnął dłoń, jednocześnie uderzając mnie pię-ścią drugiej ręki w kłykcie. Jedna z ranek natychmiast się otworzyła i na ramię dziecka spadła kropla krwi, którą chło-piec roztarł sobie na skórze gorączkowym gestem. – Kim jesteś? Co ty mu robisz? – Matka dziecka usiło-wała mnie odepchnąć, chłopiec przestał tymczasem płakać. Wydał okrzyk radości. Z dumą pokazał matce szczupłe, nienaruszone ramię, a potem wypadł na korytarz, i zaczął się bujać na klamkach u drzwi gabinetów. Matka stała zdumiona. Przyglądając mi się bacznie, po-wiedziała oskarżycielskim tonem: – Uleczyłeś go. – Wyda-wała się zagniewana, tak jak doktor Miriam, a na jej twarzy pojawił się ten sam odpychający wyraz, jaki widziałem już na obliczach parafian ojca Wingate.

Kiedy wyszła wraz z dzieckiem, recepcjonistka wskaza-ła mi krzesło Miriam. Wbijając wzrok w moje zasklepione kłykcie, wilgotne od uzdrawiającej tinktury krwi, zapytała obojętnie:

– Zbada pan teraz pozostałych pacjentów, panie Blake? Godzinę później w klinice uformowała się dość długa kolejka. Matki z dziećmi, starzec na wózku inwalidzkim, monter telefoniczny z błyskawicą oparzenia na twarzy, mło-da kobieta z obandażowaną nogą – wszyscy siedzieli cier-pliwie w poczekalni, podczas gdy ja wciąż pastowałem i polerowałem linoleum. W taki czy inny sposób wiado-mość o dokonanym przeze mnie cudownym uzdrowieniu rozeszła się po całym Shepperton. Co jakiś czas przerywa-łem pracę, choć chciałem, by doktor Miriam zastała klinikę w nienagannej czystości, i gestem zapraszałem do gabinetu kolejnych pacjentów: kilkunastoletnią dziewczynkę z trą-dzikiem młodzieńczym, stewardessę, cierpiącą na bóle menstruacyjne, i kinowego szwajcara, który miał problemy z zatrzymaniem moczu.

Odgrywałem przed nimi wszystkimi komedię, badając ich uważnie i nie zwracając uwagi na grymasy, jakie czyni-li, gdy dotykałem ich upstrzonymi krwią dłońmi. Najwy-raźniej byłem dla nich kimś w rodzaju niewykwalifikowa-nego szamana – przyciągnęła ich tu jego renoma, ale prze-rażała moja niehigieniczność.

Nawet kiedy już ich uleczyłem, wciąż patrzyli na mnie z tym samym niesmakiem, jak gdyby urażeni, że mam nad nimi władzę, i nie chcieli pogodzić się z impulsem, który ich tu przygnał. Zorientowałem się wkrótce, że dolegliwo-ści tych ludzi są natury umysłowej – fakt, że spadłem z nie-ba, najwyraźniej zaspokojał jakąś głęboką potrzebę, którą wyrażali poprzez te wszystkie zwichnięcia i wysypki. Więk-szość chorych figurowała na liście domowych pacjentów doktor Miriam. Gdy pastowałem podłogę wokół centralki telefonicznej, słyszałem, że lekarka kilkakrotnie dzwoniła, by spytać recepcjonistkę, czy nie wie, co się dzieje z jej podopiecznymi.

Klinikę opuścił tymczasem mój ostatni pacjent, mecha-nik samochodowy, cierpiący na infekcję gardła -jego chra-pliwy głos zabrzmiał nieco czyściej, kiedy zaczął mi dzię-kować, obrażony. Za nim, na zewnętrznych schodach, stał ogon kolejki chorych. Ze swojej tajemnej łąki wróciło troje upośledzonych dzieci, które teraz snuły się przy drzwiach. Kiedy wróciłem do ścierki i pasty, chłopcy wcisnęli nosy w szklane panele. David rzucił Rachel szeptem jakąś uwa-gę, a potem uniósł wzrok i z pełną nadziei, acz mądrą zara-zem miną, przyjrzał się badawczo ogłoszeniom służby zdro-wia, dotyczącym szczepień, chorób wenerycznych i badań prenatalnych.

Kiedy ścierka i wiadro znalazły się pod kluczem, zaczą-łem się zastanawiać, czy uleczyć dzieci. Swoje zdolności uzdrowicielskie uważałem za całkowicie oczywiste – były częścią dziedzictwa, przekazanego mi przez te same, nie-widzialne siły, które sterowały moim wypadkiem. Jedno-cześnie niemal kręciło mi się w głowie, czułem się jak pan młody przed ślubem, czułem wzbierający głód, żądzę i moc, jak gdybym miał zaślubić za chwilę całe Shepperton i wszystkich jego mieszkańców.

Dzieci czekały na mnie cierpliwie. Bałem się, choć ży-wiłem dla nich ciepłe uczucia. Bałem się, że nie uda mi się ich uzdrowić. Bałem się grobu, który dla mnie budowały, a który mogłyby ukończyć o wiele za szybko z mojego punk-tu widzenia, gdybym przywrócił im pełnię władz cielesnych. – Wejdź, Jamie. Mam dla was wszystkich prezenty. Da-vid, przyprowadź Rachel.

Twoje oczy, Rachel.

Twoje nogi, Jamie.

Twój mózg, Davidzie.

Stałem w drzwiach, wołając je do siebie. Było to dziw-ne, ale teraz nie chciały do mnie podejść, jak gdyby oba-wiając się moich darów. Kiedy przyklęknąłem, by przygo-tować trzy krople krwi na kłykciach, przed wejście do kli-niki zajechał z hukiem czerwony, sportowy samochód. Sie-dząca za kierownicą doktor Miriam, mocno zdenerwowa-na, wyciągnęła palec w moją stronę.

– Blake… Zostaw dzieci w spokoju!

Zmarszczyła groźnie brwi, zirytowana rozjarzonym po-wietrzem, usiłując odciąć dopływ światła, lejącego się z drzew i kwiatów w parku. Lśniące powietrze odbijało się nawet w podłogach kliniki, które pastowałem dla niej z ta-kim oddaniem.

Nie byłem w stanie stanąć oko w oko z tą piękną, młodą kobietą, z którą latałem w snach, wybiegłem więc z kliniki, porzucając upośledzonedzieci, i ruszyłem między stojącymi na parkingu autami w stronę rozświetlonego miasteczka.


19

<p>19</p>

PRZEJRZYJNAOCZY!”

Powietrze skrzyło się od kwiatów i dzieci. Shepperton, zupełnie mimo woli, przekształciło się w miasto świętują-ce. Mijając otwarty basen, zauważyłem, że wszyscy miesz-kańcy wylegli na ulice. Pośród tysięcy głosów unosił się duch święta. Słoneczniki i ubarwione krzykliwie rośliny tropikalne o mięsistych owocach rosły w zadbanych ogród-kach niczym wulgarni, ale szczęśliwi najeźdźcy w jakimś wyjątkowo konwencjonalnym zdrojowisku. Z neonowych progów nad frontonami sklepów zwieszały się powoje, cią-gnące swoje leniwe kwiaty pośród ogłoszeń i sloganów re-klamowych, oferujących towary po obniżonych cenach. Na niebie było gęsto od niezwykłych ptaków. Ary i szkarłatne ibisy obserwowały miasto z dachu wielopoziomowego par-kingu, a trio flamingów przyglądało się badawczo autom stojącym przed salonem samochodowym, jak gdyby chcąc, by te błyszczące pojazdy dołączyły do jaskrawego dnia. Po całym mieście rozlało się przeraźliwe światło, po-chodzące jakby z rozemocjonowanej palety naiwnego ma-larza dżungli. Basen był pełen ludzi, skaczących do wody poprzez tęcze podtrzymywane rozjarzoną mgiełką wodną. Nad dachami domów naliczyłem kilkanaście barwnych la-tawców -jeden z nich miał sześć stóp szerokości i wizeru-nek samolotu na białej tkaninie, z której był zrobiony. Uznałem, że wszystko odbywa się na moją cześć. Uspo-kojony, że Miriam St. Cloud postanowiła nie iść moim śla-dem, ruszyłem w stronę centrum. Czułem się dziwnie wspa-niale, dobrze zdając sobie sprawę, że w pewnym sensie to, co działo się dokoła, stało się możliwe dzięki mnie. Moje początkowe obawy zniknęły i nic, co mogło się tu zdarzyć, nie zdziwiłoby mnie nawet w najmniejszym stopniu. Cie-szyłem się poczuciem władzy nad tym małym miasteczkiem oraz przekonaniem, że prędzej czy później będę parzył się ze wszystkimi ubranymi w letnie, kolorowe sukienki ko-bietami, które spacerowały teraz wokół mnie, pogrążone w rozmowie. Perwersyjnie odczuwałem ten sam impuls na wi-dok młodych mężczyzn i dzieci, a nawet psów, biegających wzdłuż zatłoczonych chodników, ale ta świadomość prze-stała być dla mnie szokiem. Wiedziałem, że mam tu mnó-stwo do zrobienia, że muszę przeprowadzić w miasteczku wiele zmian, i że dopiero zacząłem.

Myślałem już o mojej następnej wizji, pewien, że wcale nie będzie to sen, lecz wprowadzenie w rzeczywistość no-wego ładu w imię większego i prawdziwszego planu, w któ-rym nawet najdziwaczniejsze apetyty i najbardziej niesfor-ne bodźce zyskają prawdziwe znaczenie. Przypomniałem sobie pocieszającą uwagę ojca Wingate, że nasze przywary na tym świecie to metafory cnót na tamtym. Ale metafora-mi jakich dziwnych istot były motyle, uśmiechy na twa-rzach dzieci czy donośny krzyk radości chłopca, którego uleczyłem? Czy one z kolei nie maskowały jakiejś złowiesz-czej prawdy?

Pośrodku głównej ulicy, pomiędzy supermarketem i sta-cjąbenzynową, wyrósł olbrzymi figowiec. Jego szeroki pień rozszczepił nawierzchnię, rozrzucając wokoło kawałki roz-dartego asfaltu wielkości włazów do kanałów ściekowych. Rozłożyste gałęzie wisiały nad jezdnią i zakorzeniały się w chodnikach. Wokół drzewa zebrała się wielka ciżba lu-dzi – matki machały ku wysokim gałęziom, gdzie pośród ar i papużek siedziało co najmniej trzydzieścioro dzieci. Fi-gowiec zatamował ruch w centrum miasteczka. Jakiś stoją-cy przy krawężniku samochód znalazł się w pułapce uko-rzeniających się gałęzi, osiągającychjuż grubość słoniowych trąb. Stary żołnierz z laską w ręku stał przy swoim zaklesz-czonym pojeździe, krzykiem wydając polecenia żonie, uwię-zionej na tylnym siedzeniu.

Przepychając się przez tłum, zrozumiałem, że ludzie w Shepperton obchodzą lokalne święto. Zamknięta była na-wet szkoła. Nauczyciele stali przed wejściem, machając na biegnące na końcu dzieci, które pomykały z wrzaskiem w stronę figowca. Tymczasem sklepikarze starali się jak mogli wykorzystać zalew klientów. Przed sklepami z go-spodarstwem domowym stały w słońcu szeregi zmywarek do naczyń, zestawów stereofonicznych i telewizorów, a mię-dzy szafkami bawiły się dzieci i ptaki. Dyrektor składu meblowego i jego asystenci przygotowywali meblową hur-townię pod gołym niebem, rozstawiając domowe barki, kanapy i meble do sypialni. Gospodynie domowe, zmęczo-ne ściskiem panującym na targowisku, pokładały się na głę-bokich materacach niczym wdzięczne turystki. Przed wejściem do sklepu ze słodyczami grupka dzieci częstowała się leżącymi na ladzie czekoladkami i batoni-kami, napychając sobie nimi kieszenie, jakby to były nie-słychane skarby. Czekałem, aż właściciel rozgoni dzieciaki miotłą, ale on rozparł się w drzwiach z dobroduszną miną i rzucał arom orzeszki.

Po drugiej stronie ulicy mieścił się dworzec kolejowy, skąd odjeżdżał właśnie podmiejski pociąg. Maszynista cze-kał, wychyliwszy głowę z kabiny, i pokrzykiwał na pasaże-rów, rozmawiających wciąż między sobą na peronie. Były wśród nich sekretarki i maszynistki oraz ubrani w ciemne garnitury, z teczkami w rękach, kierownicy działów – ich codzienna podróż do Londynu opóźniała się o kilka godzin. – Blake, ty nic nie masz… – Jakaś dziewczynka o usma-rowanych czekoladą policzkach podsunęła mi garść słody-czy.

Nasłuchiwałem szumu silników elektrycznych. Kusiło mnie, by rozepchnąć tłum i pobiec do pociągu. Mogłem na zawsze uciec z Shepperton w ciągu kilku minut. Podziękowałem dziecku i poszedłem na dworzec, ale kiedy powiodłem spojrzeniem wzdłuż stalowych torów, bie-gnących przez jeziorka żwirowni na wschód od Shepper-ton, ogarnęło mnie poczucie otchłannego znużenia i całko-witej utraty zainteresowania światem zewnętrznym. Chcia-łem zostać tutaj i zgłębiać zdolności, którymi zostałem ob-darzony w chwili wypadku. Wiedziałem już, że moje moce mogą nie sięgać poza obszar miasteczka. Maszynista wydał gniewny okrzyk i pokręcił ze zdumie-niem głową na widok wiarołomnych pasażerów. Pociąg od-jechał pusty. Pasażerowie włóczyli się po peronie, wciąż prowadząc niezobowiązujące rozmowy. Kierownicy rzuci-li teczki na trawiasty brzeg, zdjęli marynarki i rozluźnili krawaty. Przypalili sekretarkom papierosy i rozłożyli się na ciepłej murawie, choć byli to przecież niegdyś zdyscypli-nowani pracownicy, którzy powinni byli spędzić ten pora-nek w swoich agencjach reklamowych i redakcjach. Za nimi, w odległości kilku stóp od porzuconych teczek, wyrósł pod płotem gaik jakichś roślin o liściach w kształcie igieł. Kiedy odwróciłem się plecami do dworca, ludzie za-czynali już spoglądać na konopie indyjskie i myśleć o cze-kających ich tego popołudnia marzeniach na jawie. Pozostawiłem ich z przyjemnością w tej sytuacji i kon-tynuowałem obchód Shepperton. Miasto zmieniało się w oczach. Ludzie mieszkający w pobliżu wytwórni filmo-wej, wylegli do ogródków. Ojcowie zawzięcie pracowali z synami nad budową wyrafinowanych latawców, jak gdyby chcieli wziąć udział w jakimś powietrznym święcie. Nie-skazitelne dawniej trawniki i klomby porastała tropikalna flora. Karłowate palmy, bananowce i lśniące krzewy gu-mowców walczyły w ścisku o dostęp do jaskrawego świa-tła. Lilie i dziwaczne grzyby pokryły trawę niczym morska roślinność na osuszonym dnie morskim. Powietrze wypeł-niał krzyk nieznanych mi ptaków. Na dachu supermarketu darły się jerzyki, a białe bociany klekotały dziobami, przy-glądając się uważnie miastu z proscenium stacji benzyno-wej. Wokół basenu dreptały trzy pingwiny cesarskie, ściga-ne przez jakieś popiskujące dziecko.

Nikt nie pracował. Ludzie pootwierali drzwi wejściowe do domów i przechadzali się po jezdniach – mężczyźni z obnażonymi torsami, w szortach, kobiety w swoich naj-bardziej kolorowych letnich strojach. Małżonkowie wymie-niali się partnerami w przemyślany i sympatyczny sposób. Mężowie podejmowali pod ręce żony i córki sąsiadów. Na rogu ulicy grupka starych panien pokrzykiwała coś, prze-komarzając się z przechodzącymi obok młodzieńcami. Widząc, jak tworzą się szczęśliwe pary, pomyślałem o zbliżającej się radosnej rozwiązłości. Odczuwałem rosnące pożądanie, nie tylko wobec młodych kobiet, ocierających się o mnie na zatłoczonych ulicach, lecz także wobec idą-cych za mną dzieci, nawet pięcioletnich, z garściami pełny-mi słodyczy. Zdezorientowany tą złowróżbną, pedofilską żądzą, niemal nie zdawałem sobie sprawy, że wziąłem za rękę dziewczynkę, ładne dziecko o ciemnych oczach i po-ważnej buzi, które wciąż usiłowało oddać mi zapas darmo-wych słodyczy, niewątpliwie zaniepokojone moim wymi-zerowanym wyglądem i posępną miną.

Mrucząc coś niewyraźnie, postanowiłem zabrać ją do parku. Pomyślałem o tajemnej altanie i miękkim łożu z kwiatów w moim grobie. Nawet jeśli upośledzone dzieci zobaczyłyby nas razem – a w pewien zdeprawowany spo-sób chciałem, by tak się stało, dla ich własnego dobra – nikt nie dałby im wiary.

Prowadząc dziecko w tłumie, brzydząc się samym sobą, choć ciągnięty dalej stanowczą ręką dziewczynki, ujrzałem ojca Wingate, który szedł przez ulicę w moim kierunku. Trzymał w dłoni swój słomkowy kapelusz i wymachiwał nim na boki jak kontroler lotu na pokładzie lotniskowca, sygnalizujący nieprawidłowe podejście do lądowania. Zmiarkowałem, że doskonale wie, jakie myśli przebiegają mi przez głowę, a jednocześnie czułem, że ojciec Wingate nie do końca odnosi się z dezaprobatą do moich zamiarów i w pewnym sensie uchwycił sekretną logikę perwersyjne-go czynu.

– Chodź tutaj… – Chcąc uniknąć spotkania z księdzem, wciągnąłem dziecko w drzwi salonu fryzjerskiego. Wszyst-kie fotele były zajęte, a fryzjerzy niczym prestidigitatorzy pracowali szeregiem nad dziwacznymi fryzurami – wspa-niałą plątaniną piór, jasnych peruk i skrzydeł zaczesanych do tyłu włosów, przywodzących na myśl ptasie pióra w pta-szarni.

Mieszczący się obok salonu fryzjerskiego butik był na-bity klientkami, jak gdyby wszystkie kobiety w Shepperton zapragnęły naraz nowej garderoby. Na chodniku widać było wieszaki z sukniami ślubnymi, a kierowniczka sklepu stała na wystawie, upinając wspaniałą koronkową sukienkę na biodrach plastikowego manekina. Była najwyraźniej prze-konana, że jest to strój, który każda kobieta wybierze w pierwszej kolejności. I rzeczywiście, grupka klientek wal-czyła łagodnie o miejsce, by przyjrzeć się sukience. Gdy gospodynie domowe, sekretarki, kelnerki i postarzałe urzęd-niczki zaczęły ściągać suknie z wieszaków i prezentować je sobie, dały się słyszeć westchnienia przesadnego zachwytu i ironiczne chichoty uznania. Kobiety szturchały się, przy-kładały suknie do ramion i pokrzykiwały na mnie wesoło. Poczułem się jak w świętującym mieście, pełnym moich osobistych oblubienic.

Trzymając mocno niemal zgniecioną rączkę dziewczyn-ki, przypomniałem sobie białe pióra oszalałych z pożąda-nia ptaków, wrzeszczących wokół mnie. Kobiety, których głosy stawały się coraz bardziej przenikliwe, kołysały się i pokładały na mnie niczym drżące w rui zwierzęta z dotknię-tego demencją zoologu. Zasłoniłem oczy przed rozjarzo-nym słońcem. Olbrzymia ara o elektrycznych, błękitnych piórach przeleciała z wrzaskiem tuż nad moją głową, a po-tem zaczęła metodycznie rozrywać pazurami markizę, zdob-ną w krwawe pasy. Jakiś chłopczyk o oczach obłąkanego karła cisnął mi w twarz grzechotkę.

Przyciśnięty do szyby wystawowej, wziąłem dziewczyn-kę na ręce, czując w ustach smak jej wilgotnego, przestra-szonego oddechu. Zatoczyłem się na składany stolik, zrzu-cając na ziemię tacę ze sztuczną biżuterią i rozmaitymi świe-cidełkami weselnymi. Kobiety zaczęły przepychać się w moim kierunku. Dołączył do nich tłum z pasażu handlowe-go, jak podekscytowani goście w święto swojego patrona, tłoczący się dokoła, by choć przez chwilę zobaczyć święte-go męża.

Usiłując uporządkować myśli, spojrzałem na blokujący drogę figowiec. W jego gałęziach huśtało się kilkanaścioro dzieci, których sylwetki rozświetlało lśniące listowie jak w animowanym witrażu. Wilgi i papużki rozpościerały skrzy-dła w tłumie dzieci, a niesamowite pióra ptaków spływały w dół w powietrzu pełnym zgiełku.

Czułem na skórze napierające na mnie ciała kobiet, któ-rych zapach podrażniał mi sińce na piersi. Ogarnęła mnie niepokojąca euforia seksualna -byłem jak odurzony jakimś dziwnym głodem. Suknie ślubne kołysały się wokół mnie w upale, chwiejąc się zgodnym ruchem na wieszakach, które kobiety podnosiły na wysokość twarzy.

Przez lukę w ludzkiej ciżbie zauważyłem, że Miriam St. Cloud wysiada ze swojego sportowego samochodu i jak zaczarowana wpatruje się w splądrowane wieszaki ze ślub-nymi sukniami. Dreptałem między kobietami niczym byk, drażniony przez niewieścich matadorów ze ślubnymi płach-tami, a Miriam wydawała się zdezorientowana i niepewna – była ostatnią z moich oblubienic, która spóźniła się na uroczystość. Czy zrozumiała, że uleczyłem jej pacjentów po to, by móc ich zaślubić? Wiedziałem, że wkrótce będę parzył się z Miriam St. Cloud i wszystkimi tutejszymi miesz-kańcami, z młodymi mężczyznami i kobietami, z dziećmi i niemowlętami w wózkach. Być może nigdy więcej nie będę jadł, ale ciała tych ludzi nakarmią mnie ich potem i zapa-chem.

Dziewczynka, którą ogarnęło teraz przerażenie, wyrwa-ła mi się i uciekła w tłum, umykając wraz z innymi dziećmi pośród pralek i telewizorów. Niemal tracąc przytomność, pogroziłem pięściami podekscytowanej matce, która porwa-ła dziewczynkę na ręce i wrzasnęła mi coś prosto w twarz. Zaplątałem się w koronkowy tren jednej ze ślubnych sukni i upadłem wprost pod nogi kobiety. Wyczerpany wrzawą leżałem w radosnym delirium, zdając sobie sprawę, że lada chwila moje oblubienice stratują mnie na śmierć. Czyjeś potężne ręce chwyciły mnie nagle w pasie i podź-wignęły na składany stolik. Tkwiąc jeszcze w objęciach ojca Wingate, oparłem się o szybę wystawową. Pastor zmiótł nogą na bok sztuczną biżuterię, a potem odepchnął kobiety. Czułem koński zapach potu, wydobywający się spod jego kwiecistej koszuli. Przyglądał mi się z miną zagniewaną i zarazem pełną czułości, jak ojciec zamierzający uderzyć syna w twarz. Wiedziałem, że tylko on jest świadom moje-go rozwiązującego się przeznaczenia, tej immanentnej przy-szłości, w którą miałem lada chwila wstąpić. – Blake… – Zdawało mi się, że jego głos spływa z nieba.

Zatoczyłem się na księdza.

– Wezwij doktor Miriam. Chcę…

– Nie. Nie teraz. – Ojciec Wingate przygarnął mi głowę do piersi, zmuszając mnie, bym wdychał jego pot, zdecy-dowany, że nie pozwoli mi uciec przed wizją, której w jego oczach byłem coraz bliższy.

– Blake, posiądź swój świat – szepnął chrapliwie. – Ro-zejrzyj się, jest tu, dokoła ciebie. – Ułożył dłonie na moich posiniaczonych żebrach, wciskając twarde palce w ślady cudzych dłoni, które po raz pierwszy przywróciły mnie ży-ciu. – Wstań, Blake. A teraz przejrzyj na oczy! Poczułem jego usta na swoich rozbitych wargach, sma-kowałem zęby księdza i stęchły aromatu tytoniu w jego ślinie.


20

<p>20</p> BRUTALNY PASTERZ

Wszystko wyglądało jak zalane jakimś dziwnym szkli-wem. Tłum cofnął się, a kobiety z dziećmi odpływały w świetlnym pyle w dal. Miriam St. Cloud stała wciąż po drugiej stronie ulicy, zwrócona twarzą do mnie, ale zdawa-ła się znikać, jak zagubiona w jakiejś przepastnej fudze. Czułem, że ojciec Wingate jest gdzieś po mojej lewej ręce i przypatruje mi się niewzruszonym wzrokiem, gestem dło-ni zachęcając mnie, żebym ruszył naprzód. Jak wszyscy w milczącym teraz pasażu handlowym sprawiał wrażenie lunatyka, mającego przekroczyć za chwilę próg snu. Zostawiłem ich. Poszedłem w stronę supermarketu i bi-blioteki. Na chodnikach było już mniej ludzi – w jasnym, nieruchomym świetle przypominali upiorne manekiny, wy-cofujące się do rozjarzonych ogrodów. Nad całą okolicą dominowała olbrzymia, organiczna fontanna figowca, któ-ry jako jedyny zachował wyraźne kontury, albowiem mia-steczko Shepperton zaczęło się rozpływać. Drzewa, park i domy przeistoczyły się w zatarte wizerunki samych siebie, a ostatnie ślady ich wątłej realności parowały teraz w cie-płym słońcu.

Światło nagle stało się przejrzyste. Znajdowałem się po-środku parku. Tu każdy szczegół był wyodrębniony z nie-spotykaną wyrazistością – każdy kwiat, płatek i wszystkie liście kasztanowców zdawały się uformowane indywidual-nie po to, by odpowiadać ostrości mojego widzenia. Da-chówki domów, stojących setki jardów dalej, zaprawa mu-rarska, spajająca cegły, i wszystkie szyby zostały wycyze-lowane z jubilerską dokładnością.

Nic się nie poruszało. Wiatr osłabł, a ptaki zniknęły. Byłem sam w pustym świecie, wszechświecie, stworzonym dla mnie i powierzonym mojej opiece. Wiedziałem, że jest to pierwszy rzeczywisty świat, cichy park na obrzeżach pu-stego i niezaludnionego jeszcze wszechświata, do którego wkraczałem pierwszy i dokąd mogłem poprowadzić miesz-kańców owego widmowego Shepperton, które przed chwi-lą pozostawiłem za sobą.

Nareszcie opuścił mnie strach. Spokojnie, dostojnym krokiem przeszedłem przez park, oglądając się na ślady moich stóp – pierwsze ślady, odciśnięte w tej soczystej tra-wie.

Byłem królem niczego. Zdjąłem ubranie i cisnąłem je w kwiaty.

Za moimi plecami rozległ się tętent kopyt. Spomiędzy srebrnych brzóz przyglądał mi się daniel. Kiedy ruszyłem ku niemu, szczęśliwy, że mogę powitać pierwszego towa-rzysza, zauważyłem w lesie inne zwierzęta, młode i stare sarny i daniele. Cale stado tych łagodnych stworzeń przy-szło tu za mną przez park. Patrzyłem, jak się zbliżają, i wie-działem, że są trzecią rodziną trójcy żywych istot – ssaków, ptaków i ryb – które wspólnie rządzą ziemią, powietrzem i wodą.

Pozostało mi już tylko spotkanie ze stworzeniami ognia… Na głowie wyrosły mi jelenie rogi, które wzbiły się w powietrze spomiędzy spoin kości mojej czaszki. Skubałem miękką skórę trawy, obserwując młode samice. Moje stado zebrało się dokoła, pasąc się razem w ciszy. Ale w tym momencie po raz pierwszy nerwowe drgnienie powietrza potrząsnęło liśćmi i kwiatami. Nad milczącym parkiem za-wisł niemal elektryczny niepokój i wzburzył ciepłe słońce. Gdy prowadziłem stado ku bezpieczeństwu wyludnionego miasteczka, musnąłem filigranową samicę, a potem posia-dłem ją w spazmie zniecierpliwienia. Spółkowaliśmy w cęt-kowanym świetle, by po chwili oderwać się od siebie i ra-zem pokłusować naprzód – pot i nasienie mieszały się w naszych pachwinach, gdy biegliśmy.

Stado pomknęło za mną na drugą stronę drogi i wpadło na puste ulice, stukocząc kopytami pośród porzuconych sa-mochodów. Zatrzymałem się na przedzie, podniecony wo-nią niewidzialnych drapieżników, które zapewne obserwo-wały nas z milczących okien i ozdobnych ogrodów, gotowe złapać mnie za gardło i powalić na ziemię. Chwyciłem na-stępną samicę, którą posiadłem pod pomnikiem wojennym. Moje nasienie migotało pomiędzy wyrytymi na nim nazwi-skami od dawna nieżyjących urzędników i robotników. Krą-żyłem nerwowo wśród szeregów aut, parząc się raz po raz z samicami – spółkowałem z jedną, a potem odrywałem się od niej, by posiąść następną. Nasze odbicia podskakiwały w szybach wystaw, między piramidami puszek, sprzętem gospodarstwa domowego, kurtynami zmywarek do naczyń i telewizorami – złowieszczą aparaturą, zagrażającą naszej rodzinie. Moja sperma zbryzgała wystawę supermarketu, ściekając po sloganach reklamowych i ogłoszeniach o ob-niżkach cen. Chcąc uspokoić samice, poprowadziłem je dalej, cichymi, bocznymi uliczkami, a potem znów spół-kowałem kolejno ze wszystkimi i zostawiałem je pojedyn-czo w ustronnych ogrodach, by mogły paść się w nich do syta.

Ale gdy prowadziłem je na miejsca, na nowo zaludnia-jąc prowincjonalne miasto swoim nerwowym nasieniem, poczułem, że jestem zarazem mordercą tych istot, i że te ciche ogródki to zagrody jakiejś olbrzymiej rzeźni, gdzie w swoim czasie poderżnę zwierzętom gardła. Nagle ujrzałem się w roli nie ich opiekuna, lecz brutalnego pasterza, kopu-lującego ze stadem, które zapędza później do rzeźnickich zagród.

A jednak w tym zapachu śmierci i nasienia, wiszącego nad wyludnionym miastem, rodził się zaczątek nowego ro-dzaju miłości. Byłem nasycony i podekscytowany, świadom mocy pozwalających mi władać drzewami i wiatrem, a ota-czające mnie soczyste listowie, tropikalne kwiaty i ich ła-godne owoce wypływały z mojego nieskończenie żyznego i płodnego ciała.

Rozmyślając o pewnej samicy, której jeszcze nie udało mi się posiąść, ruszyłem cichymi uliczkami w stronę par-ku. Przypomniałem sobie, jak Miriam St. Cloud przygląda-ła się w zachwycie swojej sukni ślubnej. Kiedy mijałem nagi manekin, stojący za splamioną spermą szybą, zwie-trzyłem słodki trop Miriam, wiodący ku rzece i dalej, ku rezydencji zasłoniętej uschłymi wiązami. Chciałem pochwa-lić się przed tą kobietą moim zwierzęcym ciałem, wydzie-lającą ostry zapach skórą i olbrzymim porożem. Posiądę Miriam na trawniku pod oknem pokoju jej matki i będę się z nią parzyć tam, skąd widać zatopiony samolot. Popołudniowe światło zaczęło blednąc, zmieniając park w siedlisko niespokojnych świateł i cieni, dostrzegłem jed-nak Miriam, stojącąna trawiastym zboczu pod domem. Przy-glądała mi się, gdy gnałem między drzewami, sadząc coraz 133 to potężniejsze susy. Widziałem, że jest zdumiona moją wspaniałością i butą.

Ale kiedy byłem już blisko wiązów, zza ciemnej paproci wyłoniła się jakaś postać, zastępując mi drogę. Na mgnie-nie oka ujrzałem martwego pilota w rozdartym kombinezo-nie i jego twarzoczaszkę, przypominającą obłąkańczą la-tarnię. Wyszedł na brzeg, żeby mnie odszukać, nie zdołał jednak dotrzeć dalej niż do szkieletów tych drzew. Błądził po omacku wśród głębokich paproci, unosząc dłoń w ręka-wicy, jak gdyby pytał, kto pozostawił go w zatopionej ma-szynie.

Przerażony, uciekłem w popłochu, by schronić się na mojej tajemnej łące. Dotarłszy do grobu, położyłem się, kryjąc poroże pośród martwych kwiatów.


21

<p>21</p> JA JESTEM OGNIEM

Gdy się zbudziłem, łąkę wypełniało posępne światło. Przez park nadchodził zmierzch, a między drzewami prze-świecały uliczne latarnie Shepperton. Moje poroże, zbry-zgane nasieniem kopyta i potężne lędźwia zniknęły. Wcie-lony znów w siebie, siedziałem w zalanym szarówką gro-bie. Tajemna altana upośledzonych dzieci lśniła wokół jak rozświetlona nawa boczna w jakiejś zapomnianej katedrze w dżungli. Wycisnąłem pot z ubrania. Tkanina usmarowa-na była krwią i ekskrementami, jak gdybym przez całe po-południe pędził stado dzikich bestii.

Spojrzałem na pełen kwiatów grób, na setki martwych tulipanów i stokrotek, które zebrały dzieci. Dołożyły do nich kolejne części cessny – fragment czubka prawego skrzydła oraz kawałki tkaniny, wyrwane z wnętrza kadłuba i wyrzu-cone na brzeg. Dziecięca konstrukcja zaczęła niebezpiecz-nie przypominać samolot, który jakby odradzał się na nowo wokół mnie.

W głębokiej trawie twarze trojga dzieci połyskiwały ni-czym trzy zamyślone księżyce. Zmartwione oczy Davida popatrywały spod wielkiego czoła, jak gdyby czekając, aż dołączą do nich nieobecne części mózgu. Rysy drobnej twa-rzyczki Rachel migotały pośród mrocznych maków niby zapomniany płomień. Jamie od czasu do czasu pohukiwał w powietrze, przypominając niebu i drzewom, że wciąż jesz-cze istnieje. Dzieci były smutne, ponieważ wyłączyłem je z mojego nowego świata. Czy wiedziały, że niczym pogański bóg potrafię przybrać postać dowolnego stworzenia? Czy widziały mnie jako władcę jeleni, kłusującego na czele sta-da i kopulującego w biegu?

Wstałem i gestem nakazałem im odejść.

– Zabierz Rachel do domu, Davidzie. Jamie, powinni-ście już spać.

Dla ich własnego dobra nie chciałem, by podchodziły do mnie zbyt blisko.

Zostawiłem dzieci w ciemnej trawie przy grobie i ruszy-łem na przełaj przez łąkę w kierunku rzeki. Nocne wody roiły się od ryb – węgorzy o srebrnych grzbietach, szczupa-ków, złocistych karpi, wargaczy i małych rekinów. Mrowie planktonu tworzyło gęste ławice. Wyszedłem na piasek i pozwoliłem wzburzonej wodzie wirować wokół moich bu-tów tenisowych, by spłukać z nich krew i łajno. U moich stóp wślizgnęła się na płyciznę jakaś olbrzymia ryba. Ob-serwując mnie bacznie, pożarła zmyte okruchy, a potem wy-cofała się bezszelestnie na głębinę.

Dach cieplarni obsiadły białe pelikany. Wieczorne po-wietrze rozjaśniały od dołu pióra tysięcy ptaków i jaskrawe płatki tropikalnych kwiatów, które owinęły się wieńcem wokół martwych wiązów, tworząc ogromną koronę, jaką przez chwilę oglądałem po raz pierwszy, kiedy wydostałem się z samolotu.

– Ja jestem ogniem… Ziemią, powietrzem i wodą. Z tych czterech królestw realnego świata wkroczyłem na razie w trzy. Wszedłem już w troje drzwi, pomiędzy ptaki, ryby i ssaki. Teraz pozostało mi tylko wkroczyć w ogień – lecz postać jakiej to dziwnej istoty, zrodzonej do ognia, miałem teraz przybrać?

Na metalowych poręczach pomostu, podtrzymującego wesołe miasteczko, zamigotała latarnia sztormowa, oświe-tlając tysiące ryb w rzece. Stark z latarnią w ręku zeskoczył z wybiegu na ponton stalowej galary, którą zacumował przy pomoście. Ta stara łajba, którą Stark spłynął tu z prądem z jakiegoś zapomnianego strumienia, wyposażona była w sprzęt do połowu włókiem, wciągarkę i dźwig. Nie zważa-jąc na ryby o potężnych grzbietach, tuńczyki i drobne reki-ny, które wyskakiwały z rzeki na wysokość jego kostek, Stark badał metalowy wysięgnik i pokryte rdzą cumy. A więc zamierzał jednak podnieść cessnę z dna i zain-stalować ją jako główną atrakcję swojego nie budzącego zainteresowania cyrku. Skierował latarnię w moją stronę i uderzył mnie snopem światła w twarz, jak gdyby strofując mnie łagodnie za to, że pozostawiłem zatopiony samolot bez opieki. Widziałem przebiegły wyraz jego twarzy. Stark wiedział, że toczymy z sobą niezwykły pojedynek. Dałem mu spokój i poszedłem do domu. Drzwi balko-nowe otwarte były na oścież na ciepło wieczoru, a światło w salonie unosiło się nad płachtami, mającymi chronić sto-ły i kanapy przed kurzem. Przykryte były także wiklinowe meble w cieplarni, długi stół jadalny, krzesła i szafki, a lampy stojące i telefony zostały wyłączone.

Czyżby Miriam i jej matka postanowiły wyjechać, tak przerażone moją zwierzęcą przemianą i czarem, jaki rzuci-łem na Shepperton, że zamknęły dom i uciekły stąd, kiedy spałem na łące? Wbiegając na okryte mrokiem schody, my-ślałem o Miriam i miejscu, jakie wyznaczyłem jej w moich wspaniałych planach. Mój pokój był nietknięty, ale sypial-nię Miriam zaatakował jakiś szalony włamywacz. Ktoś za-rzucił jej kitel na stojące na stoliku lusterko, otworzył le-karską torbę i wytrząsnął zawartość na podłogę. Pod moimi nogami leżały w rozbitym szkle rozmaite fiolki, strzykaw-ki, stetoskop i plik recept.

Ary trzepotały się pierzaście w ciemności, kiedy scho-dziłem z podjazdu. Za drzewami widziałem nad basenem słabe światło, migoczące w oknach kościoła. Witraż okna wschodniego został usunięty i odsłaniał rozjarzone płomie-niem świecy sklepienie sufitu.

Drzwi do zakrystii stały otworem. Księżyc oświetlał ga-bloty ze skamieniałościami. Choć ojciec Wingate odstąpił mi kościół, przepracował tu ciężko cały dzień, rekonstru-ując prymitywne zwierzę latające, którego prastare kości znalazł na plaży. Szkielet miał rozpostarte ramiona, zgrab-ne nogi i delikatne stopy, a jego kości wyszlifował czas. Stworzenie bardziej niż kiedykolwiek przypominało teraz małego, skrzydlatego człowieczka – być może byłem to ja, ja sam, który przeleżałem miliony lat w korycie Tamizy, śpiąc, dopóki we właściwym czasie nie oswobodził mnie spadający samolot. A może cessnę ukradł inny pilot? Na przykład ta widmowa postać, którą widziałem pośród uschłych wiązów… Czy przybrałem jego postać, wychodząc na plażę z miejsca mojego spoczynku na dnie rzeki? Na podłodze nawy paliły się świece w lichtarzu. To tutaj poprzedniego dnia ojciec Wingate i ja przyciągaliśmy ławy do ścian. Za okrytym grubą tkaniną ołtarzem stała pod oknem wschodnim drabina. Ktoś powyjmował witraże i zrzucił je na posadzkę.

Przy ołtarzu stała w szlafroku pani St. Cloud, gestykulu-jąc niepewnie w migotliwym świetle. Miriam siedziała spo-kojnie na porysowanej posadzce, wodząc dłonią wśród ka-wałków rozbitego szkła. Pod jej fartuchem pielęgniarskim widziałem haftowaną spódnicę sukni ślubnej, którą usiło-wała przede mną ukryć, jakby to był strój oblubienicy, roz-poczynającej nowicjat. Wybierała obojętnie okruchy witra-żowego szkła – fragmenty rubinowej aureoli, szat apostol-skich, krzyża i stygmatów, niczym elementy ogromnej ukła-danki, którą zaczęła właśnie porządkować. – Blake, czy mógłbyś mi pomóc…? – Pani St. Cloud uję-ła mnie za ramię, unikając mojego wzroku, zapewne w oba-wie, że mógłby spopielić jej źrenice. – Ojciec Wingate zwa-riował. Miriam próbuje teraz poskładać witraże. Siedzi tu już od kilku godzin. – Pani St. Cloud rozejrzała się bezrad-nie po splądrowanym kościele, a potem zwróciła się do cór-ki. – Miriam, wracaj do domu, kochanie. Inaczej ludzie pomyślą, że jesteś jakąś obłąkaną zakonnicą. – Nie jest zimno, mamo. Czuję się absolutnie szczęśli-wa. – Miriam ze swobodnym uśmiechem uniosła wzrok znad układanki. Wydawała się spokojna, ale świadomie dystan-sowała się od otoczenia, przygotowując się na spełnienie tej nieznanej jeszcze, gwałtownej obietnicy, jaką im wszyst-kim składałem. Choć spoglądała z podziwem na moje po-walane ubranie, widziałem, że tylko wysiłkiem woli po-wstrzymuje chęć, by mnie zaatakować.

– Miriam, jutro znów czeka cię praca w klinice… Ktoś musi się zająć twoimi pacjentami. – Pani St. Cloud wepchnę-ła mnie w krąg rozbitego szkła. – Blake, Miriam postano-wiła zrezygnować z kliniki.

– Mamo, wydaje mi się, że Blake roztoczy nad pacjenta-mi doskonałą opiekę. Ma dłonie prawdziwego uzdrowicie-la…

Miałem już wyjść z kręgu odłamków szkła, wziąć Mi-riam w ramiona i zapewnić, że pragnę jedynie zabrać ją ze sobą do prawdziwego świata, którego drzwi uchylam. Do-piero po chwili zdałem sobie sprawę, że Miriam siedzi tu nie tylko dlatego, żeby złożyć rozbity witraż, lecz także aby schronić się przede mną w tym mistycznym kręgu, jak gdy-bym był jakąś wampiry czną siłą, którą należy powstrzymać archaicznymi symbolami i znakami.

– Zamknęła pani dom… Wyjeżdżacie z Shepperton? – zapytałem panią St. Cloud.

Zakłopotana, wsunęła ręce do kieszeni szlafroka. – Nie wiem, Blake. Nie wiem, dlaczego, ale jestem pew-na, że wkrótce wszyscy wyjedziemy, może już za kilka dni. Ty też to czujesz, Blake? Widziałeś ptaki? I te dziwne ryby?

Wydaje mi się, że Natura… Blake?

Czekała, aż się odezwę, ale ja przyglądałem się jej cór-ce, wzruszony lękiem, jaki budziłem w Miriam, jej odwagą i determinacją, z jaką gotowa była stawić czoło mocom, którymi ją zniewalałem. Wiedziałem już jednak, że jeśli Mi-riam, jej matka, ojciec Wingate, Stark i troje dzieci opusz-czą kiedyś Shepperton, to tylko razem ze mną. Później, kiedy odpoczywałem już w sypialni, wychodzą-cej na rzekę, myślałem o trzeciej wizji, którą ujrzałem tego popołudnia, o wizji, w której występowałem jako władca jeleni. Choć od trzech dni nic nie jadłem, czułem się nasy-cony i brzemienny, nie jakimś fałszywym łonem w moim brzuchu, lecz najprawdziwszą ciążą, w której każda komórka mojego ciała, każdy gruczoł i każdy nerw w moim mózgu, wszystkie kości i mięśnie zaczynały nabrzmiewać nowym życiem. Tysiące ryb, rojących się w ciemnej wodzie, i jasne niby latarnie pióra ptaków w parku wydawały mi się rów-nie nasycone, jak gdybyśmy uczestniczyli wszyscy w nie-widzialnej orgii reprodukcyjnej. Czułem, że zapomnieliśmy o swoich narządach płciowych i zlewaliśmy się z sobą w jedno w ciele nocy, komórka po komórce. Nabrałem teraz pewności, że moja dzisiejsza wizja nie była snem, lecz kolejnymi drzwiami, do których wiedli mnie niewidzialni opiekunowie. Najpierw byłem ptakiem, potem rybąi ssakiem, za każdym razem pozostając częścią jakiejś większej istoty, mającej narodzić się z mojej obecnej po-staci. Choć wyglądałem jak barbarzyńca, rządzący prowin-cjonalnym miasteczkiem drugorzędny pogański bożek w wyświechtanym garniturze, splamionym nasieniem i krwią, przepełniało mnie potężne poczucie zdyscyplinowania i obowiązku. Wiedziałem, że w żadnym wypadku nie po-winienem nadużywać swych mocy, ala zachować je, bym mógł wykonać zadania, które miały mi dopiero zostać ujaw-nione.

Niczym lokalny duch niewielkiego wodospadu albo pro-gu domostwa, umiałem przybierać postać najróżniejszych stworzeń. Wiedziałem, że nie uczyniono mnie wszechmoc-ną, kosmiczną istotą, przenikającą cały wszechświat, lecz drugorzędnym bożkiem, którego władza rozciągała się je-dynie na to miasteczko i jego mieszkańców, a którego mo-ralny autorytet musiałem dopiero określić i ustanowić. Wspomniałem poświatę zniszczenia, którą widziałem po-nad dachami domów, i przeświadczenie, że pewnego dnia wyrżnę tych ludzi w pień. Jednocześnie byłem teraz pewien, że nie chcę skrzywdzić mieszkańców Shepperton, a jedy-nie wyprowadzić ich w bezpieczne miejsce, leżące gdzieś nad miastem. Te paradoksy, podobnie jak moje przerażają-ce pragnienie kopulacji z dziećmi i starcami, podsuwano mi niczym kolejne sprawdziany.

Cokolwiek się stanie, pozostanę wierny swym obsesjom.

Nie potrzebowałem już snu, usiadłem więc przy oknie. Czy sen nie jest tylko próbą, jaką podejmuje niemowlę w kołysce, ptak w gnieździe, ludzie młodzi i starzy, aby osią-gnąć ów daleki brzeg, na którym biegałem dzisiejszego po-południa z danielami? Rzeka pod moim oknem płynęła w kierunku Londynu i dalej, do morza. Zatopiony kadłub ces-sny rozjaśniały białe delfiny, od których roiło się w wodzie. Zmieniały rzekę w nocne oceanarium, które wypełniała krew mojego układu krążenia. Plamki światła migotały w noc-nym lesie na wszystkich listkach jak miniaturowe latarnie, należące do rozczłonkowanych konstelacji mojego jeste-stwa. Spoglądając na uśpione miasto, poprzysiągłem sobie doprowadzić jego mieszkańców do szczęśliwego końca i złożyć z tych ludzi mozaikę ich jedynego, prawdziwego „ja” w ten sam sposób, w jaki Miriam St. Cloud składała frag-menty witraży – chciałem przemienić ich w tęcze, jakie rzu-cało moje ciało na wszystkie ptaki i kwiaty wokół mnie.


22

<p>22</p> PRZEMIANA SHEPPERTON

Następnego dnia zacząłem kształtować Shepperton na swoje podobieństwo.

Zaraz po brzasku stanąłem nagi na trawniku wśród sen-nych pelikanów. Ocknąłem się z głębokiego i spokojnego spoczynku niemal zdumiony, że otacza mnie nadal cicha sypialnia. Krzesło z wysokim oparciem, stojące przy oknie, biurko pani St. Cloud, toaletka i wyłożone lustrami szafy pod ścianą majaczyły słabo w mdłym świetle, jak gdyby dołączały znów do mnie po długiej podróży. Zszedłem z łóżka na wyłożoną dywanem podłogę, wdzięczny za tę mięk-ką pryzmę i bierne powietrze, nie czyniące nic, by mnie zaniepokoić. Byłem jak dziecko na wakacjach w hotelu, wszystkimi zmysłami wyczuwałem najdrobniejsze skazy w kryjącej sufit farbie, widziałem dziwny wazon, stojący na kominku, i wszystkie ekscytujące możliwości nadchodzą-cego dnia. Szczypała mnie skóra, jak wyjątkowo czuły film fotograficzny, rejestrujący dotyk śladów światła na cyno-wym niebie nad Londynem. Wczesny świt, który nadcho-dził w stronę Shepperton, wydobył z mroku maszt jachtu, cumującego w porcie pod Walton Bridge, pochyłą rampę taśmociągu do transportu piasku przy żwirowni i pioruno-chrony na galwanizowanych dachach wytwórni filmowej. Każdy z tych obrazów odciskał się na mojej skórze, bę-dącej częścią otaczającego świata, składającego się na pod-świetlone freski mojej twarzy i dłoni. Odświeżony tymi dalekimi komunikatami, delikatnymi zapewnieniami dnia, postanowiłem, że na razie nie będę się ubierać. Oprócz mnie wszyscy jeszcze spali. Wymknąłem się z sypialni na kory-tarz, gdzie okryte pokrowcami meble zdawały się czekać na swoją kolej, żeby ukonstytuować się na nowo. Wyszedłem frontowymi drzwiami i ruszyłem ku szarej wodzie przez wilgotny trawnik. Rzeka podbiegła do mnie, ocierając się o plażę, jak gdyby chciała zrzucić swoje ciemne futro. Na drzewach siedziały cicho olbrzymie stada ptaków, czekających na znak, którym przywrócę je życiu. Nad podmokłą łąką sunęły pierwsze promienie światła. Wszedłem na plażę i wzniosłem ramiona ku słońcu. Stojąc tak, nagi, wiedziałem, że pozdrawiam słońce jak kogoś rów-nego sobie, niby szacownego plenipotenta, którego wpu-ściłem na swoje terytorium. Odwróciłem się plecami do wznoszącej się tarczy, wstąpiłem w zimną wodę i zacząłem podziwiać setki złocistych karpi, od których roiło się pod moimi stopami.

Słońce szło moim śladem, gdy opuściłem teren rezyden-cji i wkroczyłem do wyludnionego parku. Samotny stajen-ny prowadził dużego, zobojętniałego konia do codziennej pracy. Biegłem nago wśród drzew, udając, że zamierzam pozostawić słońce w najwyższych gałęziach uschłych wią-zów, ale ono pełzło cierpliwie równym tempem między konarami. Po raz pierwszy od początku pobytu w Shepper-ton czułem się pewny siebie i wolny, gotów, by cieszyć się nadchodzącym dniem.

Stanąłem przed kościołem, żeby złapać oddech. Przypo-mniałem sobie Miriam St. Cloud, która klęczała wśród okru-chów witrażowego szkła, podejrzanie spokojnie bawiąc się układanką. Zostawiłem słońce przycumowane do kościel-nej wieży i wszedłem do zakrystii, gdzie prastare kości skrzy-dlatego człowieka zdawały się poruszać w świetle. Wciąż nagi, podszedłem do ołtarza. Rozpoznałem wi-szącą w powietrzu słabą woń. Czułem unoszący się wokoło zapach ciała Miriam, jej ust, piersi i nerwowych dłoni, go-towych mnie odepchnąć. Chciałem znów wziąć ją w ra-miona i dodać jej otuchy. Wszedłem w szklany krąg i ują-łem w rękę swojego członka. Czułem, że Miriam mnie masuje, a ja budzę się na mokrej trawie, po wypadku… Sperma trysnęła mi w dłoń. Przyjrzałem się uważnie ja-snej cieczy i przypomniałem sobie rzeczną wodę, którą unio-słem do światła. Wyglądała jak skondensowany wszechświat płynnego pyłu.

Wychodząc z kościoła, strzepnąłem nasienie na bruko-waną dróżkę, biegnącą pod drzwiami zakrystii. Zatrzyma-łem się na chwilę, przyglądając się modelowi samolotu, sto-jącemu po drugiej stronie basenu, na terenie wytwórni, a u moich stóp, spomiędzy kamieni, zaczęły wyrastać zielone, flecikowate rośliny o ząbkowanych liściach i znanych mi już mleczno-czerwonych kwiatach. Wszedłem między nie i ruszyłem do miasteczka, trzymając wciąż w dłoni na-brzmiałego penisa. Biegnąc pośród drzew, rozmyślałem o Miriam. W pobliżu kortów tenisowych miałem kolejny wytrysk. Strząsnąłem nasienie na klomby. Niemal w tej samej chwili wśród dostojnych tulipanów rozwinęła się wspaniała, tropikalna roślinność, rozrywając wilgotną glebę. Blade listki młodych bambusów drżały na metalowej siatce. Na gałęzi jednego z wiązów rozwinął się delikatny gobelin hiszpańskiego mchu – drzewo przypomi-nało teraz trupa, przystrojonego na własną koronację. Du-sicielskie pnącza owijały się wokół zgrabnych pni brzóz niczym niecierpliwi zalotnicy.

Podniecony własnym seksem, poczułem się beztrosko i wielkodusznie. Głód tymczasem opuścił mnie całkowicie. Postanowiłem wystraszyć to łagodne miasteczko swoim przyrodzeniem, ale nie chciałem już kopulować z miesz-kańcami Shepperton, pogrążonymi wciąż we śnie w sypial-niach. Zamierzałem parzyć się z samym miastem i prze-mienić Shepperton w błyskawiczny raj, bardziej egzotycz-ny niż to, co pokazują wszystkie telewizyjne przewodniki turystyczne, rządzące dotąd życiem tych ludzi. Zostawiłem znów słońce, by samo odnalazło drogę przez park, poszedłem na basen i wspiąłem się na wysoką tram-polinę. Poniżej ujrzałem spokojną wodę i kafle na dnie ba-senu, ozdobione wizerunkami trytonów i sympatycznych ryb, ale nigdzie nie było widać zatopionych samolotów. Powietrze igrało na mojej posiniaczonej piersi, przynosząc z sobą z kościoła zapach Miriam St. Cloud. Nasienie tryskało mi w dłoń przy najlżejszym dotyku. Pozwoliłem perłowej strudze wpaść do wody. Wysadzane klejnotami medaliony zalśniły na powierzchni – elektrycz-na chemia, falująca tu i tam jak niewidzialny pływak. Po kilku sekundach wzorzyste kręgi ścięły się w szereg zielo-nych spodków, ozdobionych pośrodku białymi kwiatami. Kiedy zszedłem z drabinki, powierzchnię wody kryły ol-brzymie lilie, jak gdyby basen był w rzeczywistości placem zabaw jakiegoś wodnego cherubina.

Odszedłem stamtąd ku centrum Shepperton. Ogromne ramiona figowca opanowały już chodnik przed budynkiem poczty i stacją benzynową, usiłując jakby wciągnąć mia-steczko do wnętrza nieba. Krocząc dostojnie pustą ulicą, dotknąłem słupa pierwszej z brzegu latarni, namaszczając ją nasieniem. Jakieś ogniste pnącze otoczyło natychmiast spękany beton i wzniosło się ku lampie nad moją głową, gdzie rozkwitło kwieciem w kształcie trąbki. Zachwycony, zacząłem znaczyć pobocze drogi orchide-ami i słonecznikami. Przed supermarketem posadziłem w ozdobnych urnach szereg mangowców, których radosne owoce przebijały się przez stosy paczek po papierosach i pryzmy folii, w jaką pakuje się potrawy barowe na wynos. Na stacji benzynowej spryskałem spermą dystrybutory, a potem lakier samochodów, stojących przed salonem. Pną-cza, rozwijające się z prędkością mili na minutę, wisiały niezgłębioną mgiełką nad chłodnicami, chłonęły powietrze poranka i wspinały się na okienne szyby, oplatając neony i rynny dachowe. W pobliżu dystrybutorów rozkwitły lilie, a węże paliwowe ciągnęły za sobą soczyste rośliny, przystra-jając się dla pierwszych klientów.

Nad Shepperton roztaczała się już atmosfera karnawału -przygotowywałem trasę triumfalnej procesji samochodów. Pracowałem pospiesznie, chcąc odmienić miasto, nim prze-budzą się mieszkańcy i powitają dzień. Przed bankiem i sklepami z gospodarstwem domowym zasadziłem olean-drowe gaje, a w druty telefoniczne, wiszące nad moją gło-wą, wplotłem kwitnące pnącza, niby czarujące hafty poran-nych wiadomości. Ich dzwonkowate kwiaty utworzyły łań-cuch dekoracyjnych lampek. Stałem na dachu wielopozio-mowego parkingu, pozwalając, by moja sperma skapywała na leżące niżej tarasy. Kaskady trzciny kwiatowej i pozio-mek spływały z betonowych parapetów, zmieniając szary labirynt w radosny, wiszący ogród.

Wszędzie, gdzie szedłem, rozsiewając nasienie podczas porannego obchodu miasta, pozostawiałem za sobą nowe życie, które natychmiast wspinało się w powietrze. Popę-dzany wschodzącym słońcem, które mnie nareszcie dogo-niło, krzątałem się tu i tam po pustych ulicach niczym po-gański ogrodnik, najmujący światło i powietrze, aby zapeł-nić swój odmieniony Eden. Gęsta, tropikalna roślinność po-rastała niepokalane żywopłoty kocierpki i ujarzmione traw-niki, a palmy daktylowe oraz krzaki tamaryszku zmieniły Shepperton w miasteczko, leżące na skraju dżungli. Były to zmiany, które zauważyłby przypadkowy obser-wator z przyległych pól albo kierowcy jadący autostradą. Kiedy wróciłem na parking kilka minut po szóstej, stwier-dziłem, że pomalowałem miasto barwami jaskrawej, rów-nikowej palety – pokryłem je jakby werniksem Amazonii. W ogrodach rosły setki palm kokosowych, a postrzępio-ne parasole ich liści kołysały się nad kominami. Na każ-dym rogu włócznie bambusowych gajów przebijały się przez szpary w spękanych płytach chodnikowych. Z dachów bu-dynków wytwórni, supermarketu i stacji benzynowej liście tropikalnej roślinności lały wokół blask. Nad śpiącym mia-stem unosiło się słońce, powolny olbrzym, który wspoma-gał mnie na swój ociężały, ale pewny sposób. Spośród gę-stej flory wyłaniały się tysiące ptaków, składających się na świergotliwy chór ar, kakadu, krzykliwie upierzonych mio-dojadów i rajskich ptaków.

Stałem przy wejściu na parking, przysłuchiwałem się z dumą temu porannemu gwarowi, i pomyślałem, że zaimpo-nuję Miriam, kiedy podejdzie do okna i zobaczy, jak przy-stroiłem dla niej dzień. W miasteczku pojawili się już pierwsi widzowie, którzy podziwiali moje dzieło. Dwaj małoletni gazeciarze siedzieli na rowerach pod figowcem i wpatry-wali się z rozdziawionymi ustami we wspaniałą roślinność, żurawie i szkarłatne ibisy, przyglądające im się z góry, z dachu supermarketu. Kiedy mnie zobaczyli, pochowali się za rowerami i zastygli z przerażenia w bezruchu. Przypusz-czałem, że przestraszyło ich moje nagie ciało, wzwiedzio-ny członek i lśniące na udach nasienie, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że nie zauważyli mojej nagości, a przeraziły ich tylko olbrzymie sińce na mojej piersi. – Ej, wy tam, idźcie stąd… Jeżeli zostaniecie, wpadnie-cie w pułapkę. – Podszedłem do nich i wyciągnąłem rowe-ry spomiędzy korzeni figowca.

Chłopcy nacisnęli na pedały i odjechali, a kiedy byli już poza zasięgiem moich rąk, zaczęli gwizdać i wrzeszczeć. Na kierownicach rowerów wyrastały kwiaty – orchidee wplatały się w szprychy ich kół i gazeciarze pędzili pusty-mi ulicami w deszczu płatków.

Listonosz przed bankiem wymachiwał rękami w rozja-rzonym powietrzu, usiłując odpędzić stado wilg, pikujących z góry ku kolorowym znaczkom na kopertach w jego tor-bie. Kiedy podszedłem bliżej, listonosz wpadł na mnie ni-czym ślepiec.

– Wcześnie wstałeś. Czy obudziły cię kwiaty? Był zbyt zaskoczony, by spostrzec, że jestem nagi, i przy-glądał mi się czujnie, gdy podnosiłem z ziemi pakiety li-stów. Mrucząc coś pod nosem, odszedł w cichą, boczną uliczkę. Z kopert, które trzymał w ręku, wyrastały róże. Zdumiony, wciskał do skrzynek pocztówki, zwieńczone winoroślą, i formularze podatkowe, udekorowane liliami tygrysimi, a zaspanym gospodyniom domowym wręczał paczki, porośnięte kwietnymi bukietami. W końcu, aby dopełnić przemianę prowincjonalnego miasteczka, ruszyłem główną drogą, prowadzącą na obwod-nicę wokół Shepperton. Na południu rozrzuciłem nasienie u stóp Walton Bridge. Stałem pośrodku głównej drogi, wio-dącej do Londynu, i nie zwracałem uwagi na donośne klak-sony przejeżdżających kierowców. I w tym wypadku by-łem pewien, że żaden z nich nie zdaje sobie sprawy z mojej nagości – kierowcy sądzili, że widzą jakiegoś ekscentrycz-nego wieśniaka, który zamierza rzucić się im pod koła. Kiedy się odwróciłem, bladozielone pędy bambusa przewierciły już spękany asfalt i drżały piętnaście stóp nad ziemią, a ich łodygi utworzyły palisadę w poprzek nasypu mostu – leśną ścianę, która miała wkrótce zatamować ruch samochodo-wy.

Raz jeszcze, na drodze na lotnisko, w pobliżu północnej granicy Shepperton, gdzie zaledwie trzy dni wcześniej sam się uwięziłem, nadszedł znów czas, by odciąć miasteczko od zewnętrznego świata. Minęli mnie dwaj podstarzali stró-że, jadący na rowerach. Zaśmiali się dobrodusznie, widząc, że onanizuję się przy drodze, a słońce czeka cierpliwie na moim ramieniu, aż skończę. Kiedy się obejrzeli, w poprzek drogi pod moimi stopami wyrastał już gaj karłowatych palm o ząbkowanych liściach.

Gdy wróciłem nad rzekę, Shepperton powracało do ży-cia, a zasłony okienne rozsuwały się na jasny dzień i ogro-dowe dżungle, porastające podjazdy i dachy garaży. Dzieci w piżamach wychylały się przez okna, wydając radosne okrzyki i wiwatując na widok tęczowych chmur tropikal-nych ptaków. Przed wytwórnią filmową mleczarz zaparko-wał pełną butelek furgonetkę i pokazywał palcem olbrzy-mie paprocie oraz pnące palmy, rozciągające się na budyn-kach studia dźwiękowego. Z taksówki wysiadło trzech ak-torów, którzy przyglądali się przemianie, jak gdyby bez żad-nych prób mieli odegrać nową scenę w jakiejś amazońskiej superprodukcji, którą ich obłąkany producent wymyślił so-bie w nocy. Gdy przechodziłem obok, przyglądali się moje-mu nagiemu ciału i wysmarowanym spermą udom, sądząc najwyraźniej, że jest to odpowiedni kostium dla ich tropi-kalnej epopei.

Choć byłem niezmiernie zadowolony z poczynionych przygotowań do rozpoczynającego się dnia, wiedziałem; że to zaledwie początek. Przywróciłem do życia pierwotny las, ale wśród tropikalnych pnączy i za niesamowitym upierze-niem ptaków czekał na swoją kolej znacznie surowszy świat. Obserwowałem przechodzącego obok listonosza i przystro-jone w nocne koszule gospodynie domowe, które wyjmo-wały bukiety orchidei ze skrzynek na listy i uśmiechały się do tych przesyłek od nieznanego kochanka. Całe miasto stało się moją girlandą dla ich rozgrzanych nocą ciał. Ale był to tylko mój pierwszy dzień na stanowisku urzę-dującego bóstwa Shepperton, w roli pogańskiego bożka pro-wincji, którego opisała Miriam St. Cloud. Nasłuchiwałem krakania wielkich ptaszysk i zobaczyłem kondora, gramo-lącego się na dachu kliniki. Jego pazury chwytały dachów-ki, jak gdyby były to szyje ofiar drapieżnika. Ptak rzucił mi zmęczone spojrzenie, znudzony uroczystą atmosferą, i cze-kał, aż nadejdzie wreszcie właściwy moment. Odpędziłem gestem ciężarną łanię i wszedłem do chłod-nego jeszcze lasu. Ukląkłem na wilgotnej trawie pomiędzy rozświetlonymi drzewami – w uschłych niegdyś wiązach zaczynało krążyć wątłe życie, a przez ich martwą korę prze-bijały się pierwsze nowe pędy. Poczułem, że słońce kąpie moje nagie ciało, i ubóstwiłem sam siebie.


23

<p>23</p> ZAKŁADAM SZKOŁĘ LATANIA

– Blake, urządziłeś nam cudowny dzień!-Pani St. Cloud stała w swoim ulubionym miejscu w oknie sypialni. Wska-zała palcem światło, które lało się z drzew okalających brzeg rzeki w Shepperton, elektryczny brzeg. – To wspaniałe… Zmieniłeś Shepperton w plan filmowy.

Leżałem w ciepłym, porannym powietrzu całą godzinę, a moim ciałem opiekowało się słońce. Ucieszyłem się na widok pani St. Cloud, tak podekscytowanej, jak przewod-niczka drużyny skautek na jakimś zlocie. Zatrzymała się u wezgłowia łóżka, niepewna, czy wolno jej wkroczyć w gra-nice otaczającej mnie aury. Była zadowolona i zarazem zdezorientowana, niczym matka przedwcześnie rozwinię-tego dziecka, którego zdolności mogły się rozpłynąć w kil-kunastu niespodziewanych kierunkach. Chciałem się popi-sywać, wyczarować dla niej z niczego wszelkie rodzaje nad-zwyczajnych skarbów. Choć nadal miałem niewielkie po-jęcie o prawdziwym zasięgu moich mocy, widziałem, że pani St. Cloud uważa je za oczywiste. Zaufanie, jakim mnie darzyła, było tym, czego potrzebowałem. Zastanawiałem się jak poszerzyć swoje królestwo, a nawet rzucić wyzwa-nie tym niewidzialnym siłom, które nadały mi moc. – Widziała pani Miriam dziś rano? – Bałem się, że Mi-riam mogła uciec z Shepperton, do Londynu i schronić się w komnatach jakiejś koleżanki po fachu, kiedy w tym ma-łym, nadrzecznym miasteczku będą rozgrywać się dziwne wydarzenia, a wśród pralek i używanych samochodów bę-dzie szalał jej pogański bożek.

– Miriam jest w klinice. Nie przejmuj się, Blake, wczo-raj wieczorem była zdenerwowana. – Pani St. Cloud mówi-ła o swojej córce jak o zbłąkanej małżonce, ogarniętej ja-kąś niedorzeczną gorączką religijną. – Ona cię wkrótce zro-zumie. Ja już cię rozumiem. Ojciec Wingate też. – Wiem. To bardzo ważne. – Pomachałem ludziom sto-jącym na brzegu od strony Walton, ponieważ pokonali pod-mokłą łąkę, żeby na własne oczy zobaczyć przemianę Shep-perton. – Zrobiłem to wszystko dla niej. I dla pani. – Oczywiście, Blake. – Pani St. Cloud ścisnęła mnie za ramiona, chcąc dodać mi otuchy.

Dotyk jej silnych palców na mojej skórze sprawił mi przy-jemność. Zaczynałem już zapominać, że leżeliśmy razem na tym łóżku, gdy odbywały się moje zastępcze narodziny. Cieszyłem się, że pani St. Cloud, podobnie jak inni, nie za-uważyła mojej nagości.

Z wody wyskoczył miecznik. Jego biały miecz przebił powietrze w salucie na moją cześć. Rzeka była pełna ryb, jak oceanarium o nadmiernie rozrośniętym inwentarzu. Nie zwracając uwagi na delfiny, morświny oraz ławice wiel-kich karpi i łososi, ojciec Wingate siedział na płóciennym krzesełku wśród sprzę-tu do poszukiwania skamielin i stadka ciekawskich pingwi-nów. Pogrążony w pracy, przesiewał mokry piach. Razem z nim na plażę przyszły upośledzone dzieci, które wyciągały teraz na brzeg kawałek skrzydła cessny, wyrzuconego w nocy na płyciznę.

Wszyscy pracowali, jak gdyby zaraz miał się skończyć czas. Przyszło mi do głowy, że zawsze, gdy się budziłem, zastawałem członków mojej „Rodziny” na swoich pierwot-nych miejscach, jak większość aktorów, ustawiających się do kolejnego ujęcia w ich imitacji rzeczywistości. Nawet Stark, rozebrany do kąpielówek, pracował na zrujnowanym pomoście wesołego miasteczka. Poluzował cumy swojej łodzi z włókiem, gotów wypłynąć zardzewiałym pontonem nad zatopioną cessnę. Dźwig oplatały grube liany, pokry-wające też diabelskie koło. Stark z maczetą w dłoni ciął pnącza, odstraszając ostrzem obserwujące go fulmary. Zaniepokojony tą harówką, ująłem pod ramię panią St. Cloud, która uspokajająco przygarnęła mnie do piersi. – Powiedz mi, Blake… Co dzisiaj dla nas wyśnisz?

– Ja nie śnię.

– Wiem… – Uśmiechnęła się na myśl o swojej niezdar-ności, uradowana uczuciem, jakie dla mnie żywiła. – To my śnimy, wiem o tym. Ty nam tylko pokazujesz, jak się obudzić. – Kiedy za oknem przeleciała szkarłatna ara, pani St. Cloud powiedziała z absolutną powagą: – Blake, a może założyłbyś tu szkołę latania? Nauczyłbyś latać wszystkich mieszkańców Shepperton. Jeśli chcesz, pomówię na ten te-mat z ludźmi na brzegu.

Rozmyślałem o tej dziwnej, ale brzemiennej propozy-cji, kiedy wkraczałem na trawnik, obserwując ojca Wingate i troje dzieci, pracujących z zapałem na plaży. Dlaczego ten duchowny renegat tak bardzo pragnął odkryć szczątki ar-chaicznej, skrzydlatej istoty, pogrążonej w ziemi pod jego stopami? Uśmiechnąłem się, widząc pełen winy wyraz twa-rzy dzieci, oddających się tajemnemu przedsięwzięciu,.nie-zgodnemu z duchem dnia. Wciągały kawałek skrzydła ces-sny w krzaki z takim przejęciem, że i one nie zauważyły mojej nagości.

Nauczyć ich wszystkich latać? Tych upośledzonych dzieci latać nikt nie nauczy, ale jeśli chodzi o Miriam St. Cloud… Już nas widziałem, lecących razem po niebie nad Shepper-ton, by uciec z tego niewyszukanego raju. Opuściłem teren posiadłości, otworzyłem furtkę i ruszyłem do parku. Gdy przebiegałem obok kortów tenisowych, ciepłe powietrze owiewało mi obnażoną skórę, jakby chciało unieść mnie z ziemi. Musiałem znaleźć Miriam, zanim zacznie rozpaczać nad wszystkim, co zrobiłem.

Wszędzie dostrzegałem grupki ludzi, poruszających się między drzewami. Dzieci ścigały się pośród klombów kwia-towych, usiłując schwytać kolorowe ptaki. Przez bambuso-wą palisadę, którą zasadziłem przy moście Walton, przepy-chali się już pierwsi goście, zwabieni do Shepperton nie-zwykłą roślinnością, porastającą wszystkie dachy, i setka-mi palm, unoszących swoje tropikalne parasole w prowin-cjonalnych ogródkach. Ludzie wysiadali z samochodów przy drodze wiodącej na lotnisko, by sfotografować kaktusy i kolczaste opuncje, zakorzeniające się swobodnie w beto-nowym chodniku.

Przed kliniką czekała na mnie długa kolejka pacjentów – starcy z oddziału geriatrycznego, pogryzieni przez małp-kę, kobieta, która we własnym ogrodzie nadziała się dłonią na bambusowy pal, dwie nastolatki, chichoczące nerwowo na mój widok, jak gdyby przekonane, że to ja jestem sprawcą ich ciąż, i pewien młody elektryk, pokiereszowany przez rybołowa, gnieżdżącego się na dachu poczty. Wszyscy przy-patrywali się mojemu nagiemu ciału bez słowa komenta-rza, przyjmując za oczywiste, że jestem ubrany. Poczekal-nię wypełniał pluton podstarzałych kobiet, kłócących się niecierpliwie o wyniki swoich testów ciążowych. Oddane mi klaki erki wbiły wzrok w plamy nasienia, znaczące moje uda. Czy posiadłem je wszystkie w swojej wizji? Przyglą-dając się ich pulchnym policzkom i zaróżowionym ustom nabrałem pewności, że wyniki wszystkich testów okażą się pozytywne.

– Panie Blake! Proszę!… – Recepcjonistka przepchnęła się przez ludzką ciżbę w korytarzu i wczepiła się bez sił w moje ramię. – Doktor Miriam od nas odeszła! Zamknęła gabinet chirurgiczny dziś rano. Wydawała mi się jakaś dziw-na, i pomyślałam, że może pan…

Wziąłem klucze i wszedłem do gabinetu Miriam. Za-mknąłem drzwi, by odciąć się od gwaru na zewnątrz, i sta-nąłem nagi w zaciemnionym pokoju. Setki zapachów ciała Miriam i jej najdrobniejsze gesty wisiały w wątłym świetle jak pieszczota albo podarunek, czekający na mnie, żebym go rozpakował.

Biurko lekarki było uprzątnięte, szuflady opróżnione, a szafki opieczętowane. Na ścianie wisiały rentgenowskie zdjęcia mojej głowy, zdeformowane klejnoty, przez które przeświecało wciąż upiorne światło, niczym korona znisz-czenia, którą po raz pierwszy ujrzałem nad Shepperton. Między zdjęciami znalazłem pocztówkę z wakacji od jej kolegi po fachu i reprodukcję rysunku Leonarda da Vinci, przedstawiającego Marię Dziewicę, siedzącą na kolanach świętej Anny. Przyglądałem się ich wężowatym postaciom, ukazanym w niezgłębionych pozach. Czy Miriam ujrzała mój uskrzydlony kształt w ptasim stworzeniu, emblemacie mojego sennego lotu, który zdawał się wyłaniać z fałd szat matki i córki, tak jak ja wyłoniłem się spomiędzy Miriam i pani St. Cloud?

– Panie Blake… Czy przyjmie pan teraz pacjentów?

Gorączkowym gestem nakazałem recepcjonistce odejść. – Jestem zajęty. Powiedz im, że jeśli spróbują, mogą wy-leczyć się sami.

Ja odczuwałem bowiem potrzebę latania. Przedarłem się przez tłum kobiet w korytarzu i wysze-dłem z kliniki. Potrącali mnie ludzie, którzy usiłowali przy-gwoździć mnie do kolejnych samochodów, rozszarpując swoje rany i bandaże. Jakaś staruszka uklękła u moich stóp i próbowała utoczyć krwi z moich kostek. – Zostawcie mnie w spokoju! – Dręczyli mnie, a ja my-ślałem tylko o Miriam St. Cloud, chwyciłem więc szybę jej kabrioletu, wskoczyłem do środka nad maską i ruszyłem do kościoła. Usiłowałem zastanowić się, jaki powinien być mój następny krok w procesie przemiany miasteczka. Choć miałem władzę, odczuwałem mimo wszystko potrzebę sa-mopotwierdzenia, dogłębnego zbadania własnych możliwo-ści, a nawet sprowokowania samego siebie. Czy przybyłem tu, by wykorzystać tych ludzi, zbawić ich, ukarać, czy może poprowadzić ku jakiejś seksualnej utopii?… Podniosłem wzrok na barwną, tropikalną roślinność, po-rastającą gęsto dachy domów, spojrzałem na setki wielkich palm daktylowych, pochylających się nad kominami, i na zieloną fontannę drzewa figowego. Z niecierpliwością cze-kałem na kontynuację dnia. Nasłuchiwałem podekscytowa-nych głosów ludzi przed kliniką, którzy spierali się jak dzie-ci, stojąc wśród samochodów. Chciałem, żeby odkryli swo-je prawdziwe moce -jeśli istniały we mnie, istniały także w nich. Wszyscy tutejsi mieszkańcy posiadali moc sproku-rowania maleńkiego Edenu z ziemi pod ich stopami. Chciałem poprowadzić ich do prawdziwego świata przez wszystkie bariery celne wewnętrznych hamulców i utartych zwyczajów. Jednocześnie, z jak najbardziej praktycznego punktu widzenia, sądziłem, że będę mógł wykorzystać lud-ność Shepperton nie tylko w planie ucieczki z miasta i osta-tecznego pokonania śmierci, której już raz udało mi się wy-mknąć, lecz także rzucając wyzwanie niewidzialnym siłom, które obdarowały mnie niezwykłą mocą. Tymczasem ode-brałem im już gubernatorstwo miasteczka. Nie tylko pierw-szy ujdę śmierci, lecz również pierwszy wzniosę się ponad śmiertelność i zwykłe człowieczeństwo, by objąć w posia-danie słusznie przysługujące mi dziedzictwo boga. Kościół był pusty. Mlecznoczerwone kwiaty mojego sek-su dusiły ganek i wejście do zakrystii. Barbarzyńskie rośli-ny górowały już wzrostem nad rozczarowanymi parafiana-mi. Polując wciąż na Miriam, minąłem biegiem basen, kie-rując się w stronę wejścia na pomost z wesołym miastecz-kiem Starka.

Budka była świeżo pomalowana, a na biurku spoczywał automat do wydawania biletów. Gdy przyjdę tu po raz dru-gi, Stark będzie czekał w kasie. Włók na zardzewiałym pon-tonie dryfował w odległości dwudziestu stóp od pomostu, ponieważ Stark przeciął pnącza, oplatające diabelskie koło, karuzelę i żuraw dźwigu.

Dlaczego jednak mieszkańcy Shepperton, z których wielu pracowało przecież na lotnisku i w wytwórni filmowej, mieliby się zainteresować brudnym wrakiem cessny? Być może Stark przypuszczał, że kiedy wieść o moich nadzwy-czajnych mocach i ocaleniu przed śmiercią dotrze do ze-wnętrznego świata, samolot otoczy aura talizmanu, która nie zniknie nawet po moim odejściu… Obserwowani przez kamery telewizyjne całego świata, ludzie zapłacą każdą cenę, by dotknąć przesyconych wodą skrzydeł i zajrzeć do pobielałego kokpitu, z którego wyłonił się kiedyś młody bóg…

Poczułem znów sińce na piersi, niemal już pewien, że to Stark przywrócił mnie do życia. Tylko on nie wątpił, że umarłem, i że przez wąską szczelinę mojego ocalenia w nasz świat przeciekała inna rzeczywistość. W ciemności pod klatkami drżały w pyle ptasie skrzy-dła. Drzwiczki otworzyły się zamaszyście i zobaczyłem sępa, który ze smutkiem dziobał wysypane żwirem dno klatki. Jego towarzysz skulił się pod stosem starych skrzynek, kry-jąc wytarte pióra przed słońcem.

A zatem Stark pootwierał klatki w swoim mizernym zoo i wypędził jego mieszkańców. Małpka uczepiła się prętów klatki po zewnętrznej stronie, natomiast szympans siedział samotnie w wagoniku diabelskiego koła, majstrując swo-imi delikatnymi dłońmi przy pulpicie sterowniczym, jakby chciał odlecieć ku jakiemuś szczęśliwszemu lądowisku. Zwierzęta wyglądały na głodne, zaniedbane i onieśmie-lone wybuchającą wokół tropikalną florą. Wiedziałem, że nie należą do mojego odrodzonego Shepperton, ale było mi przykro widzieć je w tak opłakanym stanie, ukląkłem więc, dotknąłem plam spermy na udach i przycisnąłem dłonie do ziemi. Kiedy wstawałem, wraz ze mną wzbiło się w górę niewielkie drzewo chlebowe, którego owoce zawisły na wysokości mojej głowy. Nakarmiłem małpkę, a potem w pobliżu diabelskiego koła zasadziłem bananowiec dla szym-pansa. Siedział w wagoniku, opuściwszy bojaźliwie głowę, i obierał z wdziękiem świeże, żółte owoce. Zanim zdążyłem zająć się sępami, usłyszałem nadjeżdża-jący karawan, którego ochrypły silnik dyszał niczym be-stia. Stark skręcił ciężkim wehikułem na podjazd, obsypu-jąc mi nogi gorącym pyłem. Teatralnym gestem przygładził jasne włosy i rzucił mi spojrzenie zza kierownicy, choć nie zauważył, że jestem nagi. Układał już sobie w głowie prze-bieg pierwszego wywiadu dla telewizji.

Wytrzymałem jego bezczelny wzrok i poczułem, że bu-rzy się we mnie krew. Miałem ochotę spuścić z ramienia sokoła, młodego zabójcę, który chwyci Starka za gardło w pierwszej chwili życia, albo wypuścić z mojego penisa ko-brę, żeby wstrzyknęła mu truciznę do ust. Lecz kiedy do niego podszedłem, ujrzałem z tyłu wozu jakieś zmierzwio-ne, pierzaste, szamoczące się stworzenia. Na stalowych uchwytach, podtrzymujących trumnę, leżało kilkanaście ptaków, które Starkowi udało się schwytać w sieć. Na pod-łodze karawanu spoczywały bezradnie ary, wilgi i kakadu – nowi lokatorzy ogrodu zoologicznego Starka. – Boją się ciebie, Blake. – Otworzył tylne drzwi kara-wanu majestatycznym gestem. – Całe to towarzystwo schwytałem w ciągu pół godziny. Shepperton zmienia się w obłąkaną ptaszarnię…

Wciąż zachowywał się czujnie i przymilnie, jak gdyby moja rosnąca władza nad tym małym miasteczkiem i bez-graniczna płodność prowokowały go, żeby tym bardziej rzu-cić mi wyzwanie. W moim przekonaniu podejrzewał, że owe potargane stworzenia, schwytane w grubą siatkę, są częścią mnie.

Starając się mnie nie dotykać – czyż nie przemieniłbym go w drapieżnego ptaka, wyposażonego w ostry dziób i sła-be nogi? – otworzył zastawę i rzucił ptaki w proch pod moimi stopami. Wpatrywał się w rozciągniętą w sieci zdobycz, w zmaltretowane ptaki, z wyraźną pokusą, żeby zadusić je na miejscu gołymi rękami.

– Spodoba ci się to, co robię, Blake. Będzie tu stałe ar-chiwum, zawierające po jednym okazie z każdego gatunku, czyli coś w rodzaju pomnika na twoją pamiątkę. Nie podo-ba ci się ten pomysł? Myślę już także o delfinarium, dużym na tyle, by można w nim trzymać walenia. A tu będę prze-chowywał wszystkie ptaki. W wielkiej klatce obok cessny znajdzie się największy z nich wszystkich… król ptaków. Rozmarzone oczy Starka przebiegły moje ciało w nie-mal erotycznej gorączce.

– Co ty na to, Blake? Nie chciałbyś mieć kondora?…


24

<p>24</p> ROZDAWANIE PREZENTÓW

Przysiadłem nagi na pomniku wojennym i postanowi-łem cieszyć się publicznym świętem. Cała ludność Shep-perton wyległa na ulice, by uczcić jubileuszową uroczystość. Tłum ludzi, wystrojonych w najlepsze letnie ubrania, kręcił się w centrum miasteczka, zmieniając jego niepozorną, choć główną ulicę, w udekorowaną kwiatami aleję jakiejś tropi-kalnej metropolii. Ludzie przechadzali się ramię przy ra-mieniu, pokazując sobie nawzajem pnącza, roziskrzone mchy, zwieszające się z drutów telefonicznych, oraz setki kokosowych i daktylowych palm. Na gałęziach figowca huśtały się dzieci, a młodzież buszowała w porośniętych orchideami i dyniowatymi roślinami altanach, w jakie zmie-niły się porzucone samochody. W ogrodach szalała tapio-ka, wypierając róże i dalie.

Poza tym dookoła roiło się od ptaków. Powietrze przy-pominało kubełek z różnokolorową, ekstrawagancką farbą, którą ktoś chlusnął po niebie. Na wszystkich parapetach szczebiotały papużki, z porośniętych dżunglą tarasów wie-lopoziomowego parkingu skrzeczały derkacze, a jerzyki po-krzykiwały wokół dystrybutorów na stacji benzynowej. Patrząc na nie, odczułem znów potrzebę latania. Jakiś dziesięcioletni mniej więcej chłopiec wgramolił się na schodki pomnika i usiłował wcisnąć mi w dłonie model samolotu w nadziei, że go pobłogosławię. Nie zwracałem na niego uwagi – czytałem nazwiska ludzi, którzy zginęli w obu wojnach światowych, rzemieślników, kasjerów banko-wych, handlarzy samochodów i techników od dubbingu. Chciałem sprawić, by powstali z grobów, i zaprosić ich na ten karnawał, wezwać ich z miejsc spoczynku na zapomnia-nych dawno plażach i polach bitewnych. Trudno, bliżej miałem tych, którzy leżeli na cmentarzu za kościołem. Zeskoczyłem z pomnika i wmieszałem się w tłum, ucie-szony, że wszyscy są w świetnym nastroju. Na dworcu ostat-ni urzędnicy i przedsiębiorcy podejmowali bez entuzjazmu kolejną próbę wyjazdu do Londynu. Kiedy podszedłem bli-żej, porzucili wszelkie myśli o pracy. Rozluźnili krawaty, przewiesili sobie marynarki przez ramiona i zaczęli prze-chadzać się w świątecznym tłoku, zapominając o konferen-cjach na temat dynamiki sprzedaży i o posiedzeniach rad nadzorczych.

Przed bankiem było jakieś zamieszanie. Tłum cofnął się, obserwując w milczeniu dwie zakłopotane kasjerki, które rozstawiały przy wejściu spory stół. Młodsza niemal histe-rycznie wzruszyła ramionami, kiedy zjawiła się dyrektorka banku z zawierającą gotówkę metalową kasetką. Wysoka, szlachetnie wyglądająca kobieta o czole uczonej, otworzy-ła kasetkę, ukazując tysiące banknotów – franków, dola-rów, funtów szterlingów, marek i lirów – poukładanych w pakiety. Zgromadzony przy wejściu personel przyglądał się dyrektorce z pełnym fascynacji niedowierzaniem, ona zaś zanurzyła głęboko w banknotach swoje wrażliwe dłonie i zaczęła wykładać pakiety na stół.

Ktoś na mnie wpadł – poczułem podekscytowane ciało mężczyzny, nagie jak moje, jeżeli nie liczyć kąpielówek. To Stark przeszedł obok, rozpychając ludzi. Trzymał w dłoni zapomnianą siatkę na ptaki i wpatrywał się w banknoty, kołysząc się z boku na bok jak zaczarowany kochanek. Nie mogąc dotknąć pieniędzy ani spuścić z nich oka, zamruczał: – Jedzą ci z ręki, mój drogi…

Zaprosiwszy widzów przyjaznym gestem, by podeszli do stołu z pieniędzmi, dyrektorka banku wróciła do gabine-tu. Nikt nawet nie drgnął, nie będąc w stanie przyjąć tego najbardziej tajemniczego ze wszystkich darów. Tylko Stark podszedł bliżej, wymachując siatkąjak gladiator. Rzucił mi przez ramię szalone, konspiracyjne spojrzenie, przypusz-czając widocznie, że ja sprawiłem to wszystko jakąś nie-zwykłą sztuczką. Szybko zapakował do siatki kilkanaście pakietów, a potem odwrócił się i swobodnym krokiem wkro-czył w tłum.

Wciąż niezdecydowani, ludzie stłoczyli się wokół stołu. Właściciel wypożyczalni telewizorów wziął pakiet dolarów i rzucił go młodej dziewczynie jak cukierek dziecku, a po-tem brawurowym gestem wyciągnął portfel i położył jego zawartość na stole.

Ludzie dokoła zaczęli nagle obdarowywać się nawza-jem pieniędzmi – rzucali monety, książeczki czekowe, kar-ty kredytowe i kupony loteryjne na zielony ryps, niczym szczęśliwi hazardziści, stawiający wszystko na pewnik no-wego żywota. Stojąca przy mnie młoda Cyganka z umoru-sanym dzieckiem na rękach otworzyła torebkę i wyjęła bank-not jednofuntowy, a potem wcisnęła mi go bojaźliwie w dłoń, jak gdyby przemycała sekretną wiadomość dla nie-znanego kochanka. Oczarowała mnie, chciałem dać jej coś w zamian, potarłem więc banknot lepkimi od spermy dłoń-mi i wręczyłem jej synkowi, który rozwinął go w zamyśle-niu, odsłaniając maleńkiego kolibra, unoszącego się w po-wietrzu plamą szkarłatu cal przed nosem chłopca. – Blake… Tu jest milion lirów.

– Weź wszystko, Blake. To ponad tysiąc dolarów. Wy-starczy, żebyś mógł założyć szkołą latania… Wszyscy wręczali mi pieniądze i karty kredytowe, klasz-cząc z radości w dłonie, kiedy ja dawałem im w zamian ptaki i kwiaty, rudziki i wróble, róże i wiciokrzewy. Szczę-śliwy, że mogę ich zabawić, rozpostarłem ramiona, dotyka-jąc portfeli i książeczek czekowych, a potem odstąpiłem z szerokim gestem. Wśród rozrzuconych na stole monet po-jawił się paw, majestatycznie rozkładając ogon. W pasażu handlowym kierownicy sklepów i ich pracow-nicy wynosili towary, by rozdać je przechodniom. Raz po raz widziałem Starka, który w niebiańskim uniesieniu pchał wyładowany wózek od jednego sklepu do drugiego. Zapar-kował karawan w bocznej uliczce, koło poczty. Krzyknął na dzieci, żeby mu pomogły, po czym władował do samo-chodu dwa telewizory i zamrażarką, rozrzucając wokoło garście banknotów z wypchanej siatki na ptaki. Pozwoliłem mu dalej robić swoje, zadowolony, że wi-dzę, iż Stark czuje się spełniony. Zresztą w zaistniałej sytu-acji potrzebna była choć jedna osoba, która wykazałaby upodobanie do dóbr materialnych. Jak gdyby zgadzając się ze mną, życzliwy Starkowi tłum podążał w ślad za nim, sekundując mu, kiedy wyładowywał karawan odtwarzacza-mi wideo i sprzętem stereofonicznym. Ludzie w nastroju dobrodusznej ironii dawali mu pieniądze – jakiś mężczy-zna zdjął z ręki złoty zegarek i wcisnął go w rękę Starkowi, a pewna kobieta zapięła mu pod brodą swój naszyjnik pereł.

W całym Shepperton dochodziło do wymiany darów. Na niegdyś spokojnych, prowincjonalnych ulicach, zaatakowa-nych przez tropikalny las, rozstawiano kuchenne krzesła i stoły, a na nich zmywarki, butelki szkockiej whisky, srebr-ną zastawę i kamery filmowe – zaimprowizowane stoiska przypominały kramy w dzień wiejskiego święta. Kilka ro-dzin wyniosło na ulicę cały swój dobytek. Ludzie stali wśród własnych mebli z sypialni, rulonów wykładziny dywano-wej i stosów naczyń kuchennych, jak uszczęśliwieni emi-granci, gotowi porzucić miasteczko, by powrócić do pro-stego życia w okrążającej ich dżungli. Roześmiane gospo-dynie rozdawały ostatnie zapasy żywności, wciskając chleb, słoje rozmaitych smakołyków, świeże befsztyki i gicze wie-przowe w okna przejeżdżających samochodów i autobusów. Zdumieni tak powszechną hojnością, ostatni goście wy-jeżdżali z Shepperton przez kurczące się szczeliny w bam-busowej palisadzie przy moście Walton i wiodącej na lotni-sko drodze. Obładowani zdobyczą, oglądali się za siebie jak najeźdźcy, opuszczający miasto, które splądrowało samo siebie. Nawet zakłopotani kierowcy dwóch radiowozów po-licyjnych, które zabłąkały się na główną ulicę, wyjeżdżali obładowani prezentami. Na tylnych siedzeniach ich usia-nych płatkami kwiatów samochodów piętrzyły się, niczym skarby pochodzące z włamania, srebrne zastawy, sztućce, szkatułki z biżuterią i kasetki z pieniędzmi – rezultat owe-go zagadkowego święta darów.

Przyglądając im się z dumą, zrozumiałem, że chcę po-zostać wśród tych ludzi na zawsze.


25

<p>25</p>

SUKNIA ŚLUBNA

Znów byłem gotów latać.

Było już południe. Powietrze nie poruszało się, ale moją twarz owiewał dziwny wietrzyk. Skórę muskało mi tajem-ne tchnienie, jak gdyby wszystkie komórki mojego ciała czekały na końcu mikroskopijnego pasa startowego. Słoń-ce skryło się za moim nagim ciałem, oślepione tropikalną roślinnością, która dokonała inwazji na niepozorne, prowin-cjonalne miasteczko. Przystając, ludzie zaczęli szukać miej-sca na odpoczynek. Matki z niemowlętami porozsiadały się na urządzeniach gospodarstwa domowego w pasażu han-dlowym, dzieci przycupnęły na gałęziach figowca, a star-sze małżeństwa odpoczywały na tylnych siedzeniach po-rzuconych samochodów. Wytworzyła się atmosfera antrak-tu. Gdy szedłem na parking po drugiej stronie ulicy, prowa-dząc swoim śladem grupkę dzieci, byłem jedynym doro-słym w okolicy, który wciąż się przemieszczał. I nadal nikt nie zdawał sobie sprawy, że jestem komplet-nie nagi.

Wiedziałem, że wszyscy czekają na kolejny zwrot akcji w moim przedstawieniu. Mówiąc ich słowami, czekali, aż zacznę ich znowu „śnić”. Przechadzałem się pomiędzy od-poczywającymi rodzinami, które przed moim przybyciem nie wymyśliłyby nic bardziej ekscytującego niż filmowanie siebie samych nago we własnych ogrodach. Byłem dumny, że są gotowi powierzyć mi wszystkie rodzące się możliwo-ści ich życia. Rozdawszy zawartość spiżarni, wkrótce zgłod-nieją głodem, którego nie zaspokoją owoce mango i chle-bowce, zwieszające się w otoczeniu tropikalnego listowia. Nie wiedzieć czemu, ogarnęła mnie pewność, że gdy na-dejdzie czas, wykarmię ich własnym ciałem, oni zaś dadzą mi pożywać siebie.

Otoczony dziećmi, wspiąłem się na dach parkingu i pod-szedłem do betonowego parapetu. W oddali, za linią parku, skakały w rzece mieczniki, usiłując ściągnąć na siebie mój wzrok i dać mi sygnał, że powinienem rozpocząć już fazę snu. Wszystkie siły łaskawej Natury zdawały koncentro-wać się na mnie, gdy stałem nieruchomo ze słońcem u boku. Bambusowe gaje, rosnące u podnórza mostu oraz na dro-gach na lotnisko i do Londynu, stały się gęstsze. Uformo-wały się w ciężkie palisady, przed którymi musiały zatrzy-mywać się nadjeżdżające samochody. Pasażerowie wycho-dzili na zewnątrz, starając się nie zbliżać do kaktusów i kolczastych opuncji. Wiedziałem, że pozostało mi niewiele czasu. Za kilka godzin Stark zawiadomi stacje telewizyjne i nad Shepperton ściągną reporterzy, a z nimi botanicy, so-cjologowie i urzędowi psychiatrzy.

Ktoś wcisnął mi w dłoń jakiś niewielki przedmiot. Obok mnie stał chłopiec, który przyszedł tu za mną spod pomni-ka. Mrużąc oczy, przypatrywał mi się z uśmiechem. – Mam sprawić, żeby latał?

Kiedy chłopiec niecierpliwie przytaknął, uniosłem pla-stikowy model samolotu i powierzyłem go powietrzu. Lu-dzie musieli schylać głowy, gdy model raptownie skręcał pomiędzy kablami telefonicznymi, a potem pikował ku ziemi, by zmienić się w szarżującą jaskółkę, przemykającą ponad dachem poczty.

Dzieci siedzące za mną na dachu wydały radosny okrzyk, i w tej samej chwili kilku rozwrzeszczanych posiadaczy modeli samolotów wcisnęło mi je w ręce. Kopie myśliw-ców i bombowców spływały z moich palców, kiedy ciska-łem je na drugą stronę ulicy jak zbłąkane strzałki, które wznosiły się w dal w postaci czubatych jerzykó w, szpaków i pliszek.

Dzieci przebiegły z piskiem na drugą stronę dachu. Zo-stał tylko Jamie, stojąc nieśmiało w swoich klamrach orto-pedycznych z domowym modelem samolotu skrytym w dło-niach. David, który gestem próbował go przywołać, popa-trywał spod masywnego czoła zmartwionym wzrokiem w obawie, że ten amatorski wytwór nie zdoła sprostać prze-mianie w ptaka.

Czy tylko one, tylko te upośledzone dzieci wiedziały, że jestem nagi?

– Daj mi go, Jamie. Potrafię sprawić, żeby wszystko la-tało. Nie wierzysz?

Czyżby przyniósł mi kolejnego martwego ptaka? Gdy jednak rozłożył dłonie, zobaczyłem, że trzyma kawałeczek skrzydła cessny, nitowaną płytkę z tej części kadłuba, którą dzieci wciągnęły rankiem na plażę.

– Jamie! – Chciałem go szturchnąć w głowę, zły na upo-śledzonego chłopca za to, że bawił się ze mną w tę maka-bryczną grę, ale on czmychnął na skutych klamrami no-gach.

Gdzieś w dole, na ulicy, zabrzmiał ostrzegawczy krzyk, a potem wśród dzieci siedzących w gałęziach figowca roz-legła się fala chichotów.

– Tutaj, na dole, Blake! – zawołał jakiś głos. – Jest two-ja pierwsza uczennica.

Środkiem usłanej kwiatami ulicy nadchodziła Miriam St. Cloud, ubrana w groteskową, lecz wspaniałą suknię ślub-ną. Spięta z setek jardów białego tiulu, przypominała ko-stiumy do niektórych superprodukcji hollywoodzkich z lat trzydziestych.

Miriam ciągnęła za sobą wielki tren, którego rąbek, wy-strzępiony niczym ptasi ogon, niosła mała Rachel, przymy-kając niewidome oczy, jak gdyby śniła o lataniu. Wystające znad ramion Miriam tiulowe draperie tworzyły parę ogrom-nych, miękkich skrzydeł, czekających tylko, by wzbić się w powietrze.

Miriam przystanęła na ulicy, jak wielki biały ptak w po-szukiwaniu nieba. Z początku sądziłem, że znajduje się w transie religijnym, w głębokim stuporze, z którego nigdy jej nie wydobędę. Rozglądała się wokoło, wśród kwiatów i pnączy pokrywających supermarket i sklepy z artykułami gospodarstwa domowego. Przyglądała się ptakom siedzą-cym na portyku stacji benzynowej, obserwowana zza przy-strojonych kwieciem dystrybutorów przez łanię daniela, jak gdyby zastanawiającą się, który z ptaków zostanie oblubień-cem Miriam.

– Pani doktor, on jest na dachu…

– Na górze, pani doktor…

Ludzie wołali do niej z zaparkowanych aut, wskazując moją postać, rysującą się wyraźnie na tle nieba. Stałem na dachu parkingu, ale gdy Miriam na dole podniosła na mnie wzrok, zauważyłem, że jest całkiem przytomna i usiłuje w najzupełniej zdroworozsądkowy sposób nie dać się przy-tłoczyć przepychowi wiszących ogrodów orchidei i kwit-nących pnącz. Sprawiało mi przyjemność, że podziwia moją władzę nad powietrzem, ptakami i lasem, choć nadal po-dejrzewała, że jestem intruzem we właściwym porządku naturalnego wszechświata.

Wiedziałem jednak zarazem, że Miriam spełnia wresz-cie tajemny cel, który sobie wyznaczyła – że ziszcza sią jej młodzieńczy sen o zaślubinach w powietrzu. Podtrzymując w dłoni skraj sukni ślubnej, przeszła spokojnie przez obser-wujący ją tłum. Nie krepowała sią wcale, że urzeczywist-nia ten przyjemny kaprys na oczach swoich pacjentów. Lecz nawet wtedy, gdy Miriam kroczyła stanowczo w kierunku wejścia na parking, byłem pewien, że na swój ci-chy sposób rzuca mi wyzwanie i wierzy wciąż, że moje moce są ograniczone, nieskończenie słabsze niż moce jej koron-nego bóstwa. Czyżby próbowała wystawić mnie na próbą i sprawdzić, czy potrafią nauczyć ją latać? Kiedy wchodziła na schody, wszyscy zamilkli. Ostatni mieszkańcy okolicznych ulic opuszczali domy i nadchodzili ku nam pod osłoną baldachimu tropikalnej roślinności. Nawet Stark postanowił odpocząć od radosnej grabieży miasteczka. Usiadł na dachu karawanu przed budynkiem poczty, otoczony zrabowanymi urządzeniami i kolorowy-mi, jesiennymi liśćmi opadłych banknotów. Pomachał mi z pewnym siebie uśmiechem, przekonany, że zadziwią wszyst-kich, cokolwiek zdecydują sią teraz uczynić. Podobała mi sią jego całkowita szczerość.

Na końcu ulicy, pod pomnikiem wojennym, ojciec Win-gate wachlował sobie twarz słomkowym kapeluszem. Wraz z panią St. Cloud przyszedł tutaj przez park, w towarzy-stwie szofera i gospodyni. Przywieźli na wózkach trzech starszych pacjentów z oddziału geriatrycznego. Stali teraz razem, a ksiądz przekonywał panią St. Cloud, że nie zagra-ża mi żadne niebezpieczeństwo – wyglądali jak para rodzi-ców z prowincji, których sukcesy syna usunąły w cień, lecz którzy mimo to są z niego dumni.

Za moimi plecami doszło do szamotaniny. David wy-rwał sią dzieciom i podbiegł do mnie. Jego oczy patrzyły z niepokojem spod napuchniętego czoła. Wiedział, że tylko on nie został dopuszczony do tajemnicy szczęścia dzisiej-szego dnia. Przyniósł mi wystrzępiony biały gałganek na znak pokoju po okrutnym figlu Jamiego. – Blake… To dla ciebie.

– To prawdziwy skarb, Davidzie.

Rozpoznałem szczątki mojego kombinezonu, kawałek prawego rękawa i pasa. Naciągnąłem kombinezon na gło-wę i biodra. Ubrany we fragment przeszłości, zwróciłem się ku Miriam St. Cloud. Dotarła już na piętro i szła wprost na mnie w swojej sukni ślubnej, gotowa na zaślubiny z po-wietrzem.

Na dachu parkingu wzbierał już wiatr, unosząc tren i skrzydła sukni Miriam, chcąc unieść ją w powietrze. – Czy mógłbyś mnie podtrzymać, Blake? Łapiąc równowagę, wyciągnęła do mnie ręce, niby nie-śmiała żona cudownego gimnastyka, niepewna, co się za chwilę zdarzy, lecz pewna, że dobrze się skończy. Poczu-łem ciepły zapach jej ciała i zobaczyłem plamy potu na sukni pod pachami.

– Włożyłeś kombinezon… Jest cały w strzępach. – Wystarczy tego, co zostało, Miriam. A teraz chwyć mnie za ręce.

Chciałem ją tylko oswobodzić i ulecieć z nią z tego mia-steczka, w którym zostaliśmy uwięzieni. Chciałem przeka-zać jej wszystkie moje moce, by mogła uciec sama, jeśli ja bym nie mógł.

Trzymając ją za nadgarstki, zaprowadziłem Miriam na skraj dachu. Ujrzawszy ziemię pięć pięter niżej, Miriam po-tknęła się i rozerwała tren sukni. Jej dłonie trzepotały w powietrzu, aż odnalazły wreszcie moje ramiona. Milczący tłum rozsiadł się pod drzewami. Przyglądali się nam nawet miejscy policjanci na rowerach. Z nieba spa-dały bezradnie tysiące ptaków, których skrzydła oszukało powietrze, nie dające im żadnego oparcia. Unieruchomio-ne na dachach, machały słabo skrzydłami, jak gdyby dając sobie jakieś znaki. Ary i papużki rozłożyły się szeroko w ścieku pod supermarketem, na proscenium stacji benzyno-wej leżały płaskonogie flamingi, a wróble i rudziki spadały w znieruchomiałym powietrzu jak kamienie. Miasto pokrywało teraz zupełnie nowe niebo. Poczułem pod skórą elektryczną gorączkę, jak podczas poprzednich wizji, i wiedziałem, że oto raz jeszcze wkra-czam przez drzwi mojego ciała w królestwo rządzone in-nym czasem i przestrzenią.

– Blake, czy my?…

– Tak, Miriam, umiemy latać.

Staliśmy razem na krawędzi dachu, wysuwając stopy za skraj parapetu. Miriam wzięła mnie za ręce i popatrzyła w dół, na ulicę, pełna obaw, że roztrzaskamy się na śmierć wśród zaparkowanych samochodów. Ale w ostatniej chwili odwróciła się do mnie z pełnym zaufaniem, pragnąc znów ujrzeć mój triumf nad śmiercią, którą już raz przecież po-konałem.

– Blake, leć!…

Objąłem ją ręką w pasie i postąpiliśmy krok naprzód, w otwartą przestrzeń powietrza.


26

<p>26</p> PIERWSZY LOT

Razem runęliśmy w dół.

Dłonie Miriam chwyciły mnie za pierś, rozrywając mi paznokciami skórę. W górze rozległ się ostrzegawczy krzyk – ślepy wrzask Rachel.

Chwyciłem nasze spadające ciała i znalazłem dla nich oparcie w powietrzu. W dole, na ulicy, ludzie rozbiegli się na wszystkie strony. Matki przewracały się o własne dzieci. Miriam i ja zawiśliśmy razem na długość ramienia od czwar-tej kondygnacji parkingu. Poprzez zasłaniające jej krawędź bugenwille widziałem samochody stojące w cieniach na po-chyłym tarasie. Biały tren Miriam sterczał nad nim piono-wo, wznosząc się na wysokość pięćdziesięciu stóp. Wyglą-dał jak olbrzymie, strojne nakrycie głowy. Uspokoiłem się i znów zacząłem oddychać. Chłodny powiew ogarnął front budynku, pieszcząc tył moich ud, pier-si i ramiona, a Miriam wciąż wpatrywała się we mnie nie-ruchomo, bez wyrazu, skupiona na moich dłoniach. Czekałem, aż zacznie oddychać. Czułem, że jej skóra wibruje jak zbyt mocno obciągnięty bęben. Wysiłkiem woli wszystkie komórki jej ciała przekraczały próg ich prawdzi-wego królestwa, łącząc się w nim na nowo, cząsteczka po cząsteczce. W końcu uspokoiła się, już pewna swojego pa-nowania nad powietrzem. Trzymałem ją za race i czułem, że poruszyły się w poszukiwaniu pulsu moich nerwów i krążącej krwi, jak gdyby Miriam była świeżo upieczonym pilotem, który rozluźnia wściekły z początku uścisk. Uśmiechnęła się do mnie czule – żona, która uczestniczy we wspólnym locie z mężem, ale przede wszystkim upra-wia z nim po raz pierwszy miłość seksualną. Wokół nas spadały ostatnie ptaki.

Delikatnie podźwignąłem Miriam i wzbiliśmy się w nie-bo. Zawiśliśmy na chwilę nad parkingiem, czekając, by uspokoił się tren. Słońce rozpromieniało draperie sukni, któ-re przypominały rozświetlone skrzydła, niosące nas w po-wietrzu. Z oddali, mrużąc oczy, przyglądały się nam upo-śledzone dzieci. Na przemian zaciskały i rozprostowywały swoje małe rączki, próbując ocenić odległość dzielącą nas od ziemi. Na ulicach kilkusetosobowy tłum pokazywał gwał-townymi gestami, że powinniśmy wracać. Widzowie bali się, że zanadto zbliżymy się do słońca.

Spojrzałem na nich z góry, rozpoznając wielu znajomych z miasteczka, przesłoniętych teraz lekką mgiełką, jak gdy-by stali na dnie szklanego jeziora. Moim prawdziwym kró-lestwem było jasne powietrze, wspólnota czasu i przestrze-ni, w której dzieliliśmy się ciałami z każdym fotonem. Ho-lując za sobą Miriam, wzbiłem się wyżej, na czysty niebo-skłon, by zabrać ją na wycieczkę po moim dominium. Jak gdyby stojąc w wagoniku niewidzialnego statku po-wietrznego, lecieliśmy ramię przy ramieniu ponad dacha-mi tego miasta, wśród dżungli -jaw strzępach kombinezo-nu lotniczego, Miriam w przepysznej sukni ślubnej. Miała otwarte oczy, choć sprawiała wrażenie uśpionej, ponieważ wpatrywała się we mnie jak rozradowana dziewczynka, przejęta dziwnym snem, w którym dane było jej przez chwilę oglądać pierwszą miłość. Miała zimne dłonie i poczułem, że chyba umarła, jej ciało spoczywa gdzieś daleko w dole, na ulicy, a ja odlatuję w dal z jej duszą.

Poszybowaliśmy nad wytwórnię, gdzie na trawiastych pasach startowych stały stare dwupłatowce. Tam zawróci-liśmy, obierając trajektorię, którą nadleciał nad Shepperton mój samolot. Resztę świata, czyli miasteczka w dolinie Ta-mizy, płynącą zakolami rzekę i widoczne w oddali ruchli-we autostrady, spowijało intensywne światło. Przelecieli-śmy nad pasażem handlowym, supermarketem i budynkiem poczty, potem nad parkiem i wiązami, aż dotarliśmy na pla-żę, w pobliżu której zatonęła cessna i gdzie zbudziłem się do swego drugiego życia.

Krążyliśmy nad wodą, a suknia Miriam wyglądała jak duch zatopionego samolotu. Obróciłem ją twarzą do mnie, ponieważ poczułem, że muszę wziąć ją w ramiona. Położy-ła ręce na moich poobijanych żebrach, nawet we śnie pró-bując złagodzić mój ból. Kiedy przyciągnąłem ją do piersi, wokół nas zadrżała aureola światła. Przycisnąłem Miriam do siebie i poczułem dreszcze na jej skórze. Jej twarz do-tknęła mojej, a wargi kobiety wbiły się w moje pokaleczo-ne usta.

Nasze uśmiechy połączyły się z sobą bez bólu. Chłodna skóra Miriam przeniknęła moją, przędza jej nerwów rozla-ła się rtęcią w moich nerwach, a fale jej tętnic zalewały ciepłem i uczuciem najdalsze zakamarki mojego ciała. Po-łączyła się ze mną, gdy się objęliśmy, jej żebra rozpuściły się w moich żebrach, jej ramiona stopiły się z moimi ra-mionami, a jej nogi i brzuch zniknęły w moim ciele. Po-chwa Miriam zacisnęła się na moim członku. Czułem w ustach jej język, czułem, że zębami chwyta moje zęby. Na-sze oczy połączyły się, a źrenice zespoliły się z sobą. Za-mglił się nam wzrok – chimeropodobna istota wyszlifowa-nymi jak ścianki brylantu oczami widziała tylko zwielo-krotnione obrazy.

Ale po chwili ujrzałem wszystko dokoła dwukrotnie sil-niejszym wzrokiem, patrzyłem bowiem zarówno swoimi, jak i jej oczami. W obu naszych głowach czułem nerwowe zawroty oraz zaufanie i miłość Miriam do mnie. Wszystkie kwiaty i liście w parku lśniły teraz jeszcze bardziej przeraź-liwą jasnością, przypominając las z podświetlonego szkła, wykonany przez mistrza jubilerskiego.

Szukałem jej w powietrzu, ale Miriam zniknęła, ulatu-jąc setkami drzwi mojego ciała. To ja byłem teraz ubrany w suknią ślubną. Czułem ciężar jej wielkiego trenu i draperii tiulowych, podobnych do skrzydeł cessny. Zwróciłem się tyłem do rzeki i poleciałem nad parkiem do centrum Shep-perton. Zawisłem tam nad dachem parkingu, wypełniając suknią rozjarzone słońcem powietrze i demonstrując mil-czącym ludziom na dole naszą jedność chimery. Kiedy przysiadłem na betonowym dachu, podbiegli do mnie David i Jamie. Chwycili drżący tren, żeby zatrzymać mnie na dachu niczym dziwny samolot, który zabłąkał się w przestrzeń powietrzną Shepperton. Stanąłem na krawę-dzi, pozwoliłem skrzydłom opaść i pomachałem uspokaja-jąco zebranym w dole tłumom. Wydawało mi się, że ich twarze powleka otępienie, jak gdyby nie potrafili pojąć tego, co widzą. Nawet ojciec Wingate, wachlujący się słomko-wym kapeluszem, był chyba zadziwiony, jakby rozdarty mię-dzy niewiarą a wiarą. Drogą błądziła pani St. Cloud, prze-patrując powietrze nad głową. Nie wiedzieć jak, niebo za-podziało gdzieś jej córkę.

Poczułem, że teraz jestem silniejszy, i upewniłem się, że nie tylko żyję, lecz nasyciłem się energią ducha i ciała Mi-riam. Miałem ochotę zatrzymać ją w sobie, jak księżniczkę zamkniętą we wściekłym zamczysku mojej duszy. Już się za nią stęskniłem. Wiedząc, że wokół są inni, których mogłem wchłonąć, by karmić się ich duchami, wkroczyłem na środek dachu. Rozpostarłem ramiona i wy-puściłem Miriam na rozslonecznione powietrze. Cofnęła się, unosząc z sobą suknię. Jej twarz kryła bla-dość głębokiego transu i głębokiego snu mojego ciała. Wi-dząc, że Miriam materializuje się, Jamie i David podbiegli, by ją powitać, a Rachel pomknęła za nimi z niewidomym uśmiechem na ustach. Dzieci wzięły ją za ręce. W dole eme-rytowany żołnierz zaczął wiwatować i wymachiwać laską. Jego głos chyba wszystkich obudził. Ludzie pospiesznie zsuwali się z dachów aut i zaczynali rozmawiać między sobą, zrozumiawszy, że pokaz latania dobiegł nareszcie końca. Przy schodach Miriam rzuciła mi przez ramię spojrze-nie, jak gdyby widziała mnie po raz pierwszy od początku naszego wspólnego lotu. Uśmiechnęła się i zrozumiałem, że uznaje moją władzę w powietrzu. Wciąż była blada, jak gdyby jej ciało umierało po trochu, opuszczając miastecz-ko.

Byłem pewien, że dzięki niej i dążącym ku niebu du-chom mieszkańców Shepperton będę mógł wreszcie stąd uciec.


27

<p>27</p> POWIETRZE PEŁNE DZIECI

– Czy my też umiemy latać, Blake?

– Naucz nas latać…

Kiedy wyszedłem z parkingu, otoczyły mnie grupki dzie-ci. Opędzałem się od nich żartobliwie i popatrywałem z nie-jaką dumą na usiane kwiatami fasady sklepów i supermar-ketów. Po wielu dniach wyczerpania poczułem się odmie-niony i odzyskałem pewność siebie. Nie tylko mogłem znów latać, lecz wchłonąłem także ciało Miriam. Niczym wielki ptak, kopulowałem i odżywiałem się w powietrzu. Czy mógłbym karmić się mieszkańcami miasteczka i wykorzy-stać ich oczy, języki, umysły i seks, by skonstruować latają-cą machinę, która mnie stąd uniesie? Nabrałem niemal pew-ności, że moje moce nie posiadają granic i że potrafię do-konać wszystkiego, na co zdobędzie się moja wyobraźnia. Dzieci wlokły się z tyłu, kłócąc się między sobą, a ja przystanąłem w pasażu handlowym wśród telewizorów i mebli do sypialni. U moich stóp zatrzepotało stadko wró-bli, goniących okruch chlebowca. Wszędzie dokoła ptaki znów wzbijały się w powietrze.

– David! Jamie! – Postanowiłem ich zabawić. – Patrzcie wszyscy na mnie!

Wróble podfruwały wśród banknotów, a ja chwytałem je w dłonie gestem magika. Ptaki zlewały się szybko z moim ciałem i czułem w przegubach trzepotanie ich maleńkich serc jak szmer nerwowych pulsów. Dzieci przyglądały mi się z otwartymi ustami, gdy pstryknąłem palcami, wypusz-czając z nich oszołomionego wróbla samca. Wygładzał zgniecione piórka po napaści młodego sokółą, który sie-dział na pobliskim samochodzie. Klasnąłem w dłonie, przy-ciągając uwagę ciężkiego ptaka, i poczułem w łokciach jego oporne szpony, a w plecach potężne skrzydła. Zadziwione tymi rzekomymi sztuczkami, dzieci zaczęły piszczeć z radości i zakłopotania. Jamie pohukiwał pod nie-bo, ostrzegając je, że jestem zdolny do wszystkiego. Tylko David zdawał się nie być mnie pewien. W progu supermar-ketu zamruczał coś do Rachel, jak gdyby nie wiedział, do czego to wszystko prowadzi. Aleja przez następną godzinę przechadzałem się po moim rewirze niczym prestidigitator, oklaskiwany przez tłum widzów. Pochłonąłem kilkanaście ptaków, które schwytałem w powietrzu i przepuściłem przez drzwi zapadkowe swoich dłoni.

Moje ciało stało się rozświergotanym domem dla obłą-kanych, pełnym rozdrażnionych ptaków. Przystanąłem pod supermarketem, gdy David cofnął się ze strachu i ostrzegł szeptem Rachel. Dzieci rozwrzeszczały się u moich stóp, kiedy wypuściłem z siebie dwanaście sikorek, tukana i so-koła ze zmierzwionymi piórami, który przeciął powietrze, odlatując z mojego ramienia z okrzykiem odrazy. Schyli-łem się i pozwoliłem wygramolić się z moich pleców nie-zgrabnemu flamingowi, wyciągającemu długie nogi jak nad-wrażliwy kaleka. Dzieci krzyczały przeraźliwie, kiedy ptak wdrapał mi się na ramiona i odleciał w stronę stacji benzy-nowej. Zakryłem rękami twarz, wyczarowałem z ust koli-bra, a w trakcie widowiskowego finału uwolniłem ze swo-jego ciała ostatnie ptaki, wypełniając ten handlowy rewir miasta potopem skrzydeł i piór.

Choć ucieszyłem się bardzo, że zabawiłem dzieci i ich matki, przypomniałem sobie, że chciałem bawić się kiedyś w Szczurołapa w jednym z londyńskich parków. Czyżby udało mi się w jakimś sensie przewidzieć, że będę pewne-go dnia posiadał takie moce? Chciałem nauczyć te dzieci latać i wchłaniać ptaki w swoje ciała, chciałem, by mężo-wie połączyli się w jedno z żonami, młodzieńcy z narze-czonymi, a dzieci z rodzicami, i aby wszyscy przygotowali się do ostatniego lotu ku nieznanym powietrznym rajom. Shepperton ogarnęła gorączka latania. Dzieci biegały po pasażu na wyścigi i zadręczały rodziców, by zabrali je na powietrzną wycieczkę. W drodze powrotnej nad rzekę, koło pomnika, szła już za mną cała procesja, złożona z kilkuset osób.

Za pomnikiem droga opadała w stronę parku. Tłum roz-czarowanych dzieci i rodziców pobiegł w dół pochyłości, szarpiąc mnie z tyłu za strzępy kombinezonu. -BlakeL.

– Zostań z nami, BlakeL.

Przebijając się przez tę ciżbę, wsparłem się o głowy dzieci i wzbiłem się w powietrze. Poruszałem się teraz na czele procesji trzy stopy nad ziemią.

– Weź nas ze sobą, Blake!…

Mogłem nareszcie swobodnie oddychać, więc odwróci-łem się do nich. Krążyłem w powietrzu, a ludzie krzyczeli do mnie, jak uchodźcy, którzy obawiają się, że pozostaną sami, wydani na pastwę losu w otoczonym dżunglą mie-ście.

– Dalej! Wszyscy! Lećcie!

Dwóch młodych mężczyzn w kurtkach motocyklowych zaczęło podskakiwać na drodze, usiłując wznieść się w po-wietrze. Jakaś starsza kobieta mocowała się ze słońcem pa-dającym jej na twarz i trzęsła biodrami, jak gdyby chciała zrzucić gorset. Wszyscy tańczyli shimmy i skakali wokoło, śmiejąc się, jak ludzie zaatakowani przez plagę miłych owadów. Tylko dzieci przyglądały mi się poważnym wzro-kiem. Dwanaścioro z nich zbiło się wokół mnie, chcąc do-tknąć moich stóp.

– Proszę cię, Blake… – dziesięcioletnia dziewczynka o jasnych, związanych w kitkę włosach, zaofiarowała mi cu-kierek jako łapówkę. Pochyliłem się, wziąłem ją za ramio-na i podniosłem. Przytrzymując spódniczkę, dziewczynka piszczała z radości i unosiła się swobodnie w rozwrzesz-czanym powietrzu, a potem schyliła się i pomogła swoje-mu młodszemu bratu dostać się w moje ramiona. Nagle powietrze zapełniło się dziećmi. Krzyczały prze-raźliwie z radości, spoglądając na swoje fikające swobod-nie nogi, już dość wysoko nad głowami rodziców. – Saro, uważaj!… W pogoni za córką zaniepokojona matka uniosła się nad ziemię, wyciągnąwszy ręce w górę. Pedałując wściekle, wzbiła się wyżej i wzięła córkę w ra-miona, a potem radośnie uśmiechnięta odpłynęła w stronę parku.

Ruszyłem przed siebie, a procesja za mną, przypomina-liśmy więc olbrzymi latawiec, którego ogon ciągnął się po ziemi. Ci, którzy zostali na dole, wierzgając i podskakując, próbowali wszystkiego, by unieść się w powietrze. Jakiś młody człowiek oderwał się od ziemi, a po chwili pomógł unieść się w górę swojej dziewczynie. Stary wiarus z laską wzleciał sztywno w niebo. Odpływając dalej, pomachał do mnie laską, jak gdyby chciał mi przekazać, że nauczył się już tego i owego o lataniu.

Sunęliśmy do parku, a z bocznych ulic wybiegały całe rodziny, żeby się do nas przyłączyć. Dawni kierownicy dzia-łów, wagarujący już trzeci dzień, odrzucili teczki, dołączyli do ogona procesji i – chcąc z nas zadrwić – wzięli się pod ręce, naśladując wysiłki ludzi wierzgających na czele ka-walkady, by stwierdzić ku swemu zdumieniu, że i oni uno-szą się w powietrzu.

Kiedy dotarliśmy do parku, zdążało już za mną przeszło tysiąc osób. Do procesji przyłączali się ostatni maruderzy – technicy filmowi, aktorzy w staromodnych pumpach i go-glach, rzeźnik w białym fartuchu, rozdający resztki mięsa rozradowanej zgrai psów i kotów, i dwóch mechaników w wytłuszczonych ogrodniczkach, pracowników stacji ben-zynowej.

Z drzwi budki telefonicznej przypatrywał się nam miej-scowy policjant wzrokiem pełnym podejrzeń. Najwyraźniej zastanawiał się, czy przestrzec mieszkańców, że poważnie naruszają przepis, jakiegoś średniowiecznego statutu, za-kazujący wszelkich indywidualnych i zbiorowych lotów. Po chwili usłyszałem jego krzyk. Gdy zorientował się, że zo-stał sam w Shepperton, porzucił swój rower i pobiegł ra-zem z nami. Z hełmem w ręku wzniósł się niezgrabnie w górę i pożeglował pogodnie na końcu procesji, niczym straż-nik powietrznego pociągu.

Opustoszałą główną ulicą biegły na końcu procesji upo-śledzone dzieci. Jamie skakał i kręcił się na swoich klam-rach, jak gdyby była to tajemna katapulta, która pomaga mu zawsze wznieść się w powietrze. David wlókł się cięż-ko za nim, zadyszany i zbyt zaskoczony, by wytłumaczyć Rachel, dokąd odeszli mieszkańcy. Niewidoma dziewczynka przechyliła głowę i przycisnęła dłonie do uszu, oszołomio-na setkami znajomych głosów w górze i piskami innych dzieci, spadających z zatłoczonego nieba. Poczekałem na nich i wstrzymałem procesję, gdy do-szliśmy do parku. Policjant i aktor pochylili się, żeby podać im dłonie. David wspiął się w powietrze ostatnim wysił-kiem, otwierając szeroko oczy ze zdumienia nad nieocze-kiwaną lekkością swojej wielkiej głowy. Następny był Ja-mie, pedałujący kalekimi nogami w długich, eleganckich krokach. Ale Rachel, zmieszana wieloma krzykami, skrę-ciła w panice na chodnik i zniknęła gdzieś pośród zmywa-rek i telewizorów. Zanim zdążyłem przyjść im z pomocą, David i Jamie pomachali mi i zeskoczyli na ziemię, by do-dać otuchy Rachel.

Żałowałem, że muszę zostawić dzieci, ale spoglądałem już w niebo na czekające mnie słońce. Procesja wzniosła się w powietrze moim śladem jak odrzutowiec przy starcie, obserwowana przez zaciekawione daniele, pasące się wśród drzew. Słyszałem zdumione westchnienia, kiedy Shepper-ton opadało pod nami coraz niżej, a w dole ukazało się dłu-gie zakole rzeki. Mieczniki, morświny, delfiny i ryby lata-jące wyskakiwały ze srebrzystej wody, chcąc nas zachęcić do dalszego lotu.

Już w milczeniu wykonaliśmy szerokie okrążenie na wy-sokości trzystu stóp ponad dachami. Chłodne powietrze wszystkich uciszyło. Obok mnie płynęły dzieci z rozwiany-mi włosami i twarzami skierowanymi ku słońcu. Naśladu-jąc mnie, ułożyły ramiona wzdłuż tułowia, tak jak ich ro-dzice, młodzi i starzy mieszkańcy Shepperton, a wszyscy z tym samym, urzeczonym wyrazem twarzy, jak ludzie bu-dzący się z długiego snu.

Wkrótce wzbiliśmy się już milę nad Shepperton, tropi-kalne miasteczko, otoczone palisadą bambusowego lasu i przypominające jakby enklawę Amazonii, przeniesioną w spokojną dolinę Tamizy. Ulice opustoszały, towarzyszyli mi wszyscy, wyjąwszy starców z oddziału geriatrycznego i członków mojej rodziny. Ojciec Wingate stał na plaży wśród swoich znalezisk archeologicznych i wymachiwał słomko-wym kapeluszem, by dodać mi odwagi. Zachwycona pani St. Cloud obserwowała mnie z okna sypialni, nie wierząc wciąż własnym oczom. Stark wysiadł z karawanu i rozwi-nął baldachim lotni, jakby miał ochotę przyłączyć się do nas. Nawet Miriam, moja podniebna oblubienica, ubrana wciąż w suknię ślubną, stała na trawniku wśród niecierpli-wych pelikanów, czekając, aż zstąpię z powietrza, by oca-lić ją przed tymi ptasimi zalotnikami.

Zatrzymałem procesję dokładnie nad kościołem i odcze-kałem, aż wszyscy zajmą odpowiednie miejsca. Całe Shep-perton leciało za mną z rozpostartymi ramionami, jak para-fianie, gotowi modlić się w katedrze mojego powietrznego jestestwa. Ich twarze były pozbawione wyrazu i pogrążone w transie przebudzenia. Chłodne powietrze szeleściło spód-niczkami dziewcząt i mierzwiło chłopcom włosy. Ich ro-dzice przyglądali się mojej lśniącej postaci, jak gdyby po raz pierwszy dostrzegając we mnie samych siebie. Najbliżej mnie unosiła się dziesięcioletnia dziewczyn-ka, która pierwsza dołączyła do mnie w powietrzu, ściska-jąc wciąż w ręce cukierek. Wziąłem ją za przeguby dłoni i przyciągnąłem do siebie, delikatnie ujmując dziecko w ra-miona.

– Saro, kochanie… Zbudź się.

Czekałem, aż dziewczynka wypuści z płuc powietrze, stanowczo wstrzymywała bowiem oddech ze strachu, by nie poślizgnąć się nagle i nie roztrzaskać na śmierć gdzieś na pustej ulicy.

Po chwili, w przypływie zaufania, chwyciła mnie za ręce i przytuliła się niecierpliwie, a ja przycisnąłem ją do swoje-go nagiego ciała. Chłodne powietrze pędziło wściekle mię-dzy nami, otwierając setki ujść prowadzących w dół, ku śmierci. Ale słońce zlepiło nasze skóry i wchłonąłem dziewczynkę w siebie. Poczułem, jak jej serce tłucze się raptownie w moim sercu, a jej płuca pulsują pod wielkimi kopułami moich płuc. Czułem jej szczupłe ramiona, kierujące moimi ruchami, kiedy wyciągnąłem race w roz-jarzonym powietrzu, by objąć także młodszego brata dziew-czynki.

– Stephen… Chodź tutaj. – Z mojego gardła wydobył się jej głos.

Chłopiec zawahał się, a w jego okrągłej twarzy odbiło się słońce jak w lustrze. Rzucił się w moją pierś, jak gdyby wskakiwał do ciepłego basenu. Wcisnął głowę w mój mo-stek, badając dłońmi moje biodra i brzuch w poszukiwaniu wrót, prowadzących do wnętrza mojego ciała. Uspokoiłem go i przyjąłem w siebie, połykając usta, chłodne wargi i słodki język chłopca, bo pozwaliłem mu wejść w moje cia-ło i przeniknąć je na wylot.

Poczułem się silniejszy i wzmocniony tymi małymi du-chami, ruszyłem więc wśród uczestników procesji, wzywa-jąc ku sobie gestami setki mężczyzn i kobiet, zastygłych z rozpostartymi szeroko ramionami w płynącym powietrzu. – Emily… Amanda… Bobby… – przygarnąłem szybko pozostałe dzieci, które podążały za mną przez cały dzień, wchłaniając ich wąskie biodra swoimi biodrami. Ich rodzi-ce przyglądali mi się z niepokojem, wypuściłem więc dzie-ci ze swojego ciała, dzieląc się na części, niczym łagodny potwór morski, wypluwający rybki, które zagnieździły mu się w paszczy. Dzieci zawisły wokół mnie w powietrzu, wy-machując rękami i uśmiechając się, kiedy kolejno znów przyjmowałem je w siebie.

Lecąc dalej, dotknąłem ramion młodej matki, której syn-ka wchłonąłem. Jej silne ciało chwyciło mnie w gwałtow-nym niemal uścisku. Czułem jej długie uda, mocne biodra i ostre ukąszenia w moich ustach. Kości kobiety splotły się z kośćmi jej syna w otchłani mojego szpiku. Jak hipnotyzer wśród śpiącej publiczności, przygarną-łem resztę mieszkańców miasteczka – starców, staruszki, mężów, żony, policjanta i emerytowanego żołnierza, ciała ohydne i szczupłe, niezgrabne i pełne wdzięku. Kiedy trzy-mali mnie za ręce, spostrzegłem w ich oczach zaufanie i dumę z mojej osoby. Wchłonąłem ostatniego z nich, mło-dego aktora z wytwórni, ubranego w staromodny strój lot-niczy. Objął mnie radośnie, wchodząc w moje ciało niczym kochanek.

Zostawszy na niebie sam, poruszałem się w powietrzu olbrzymimi krokami. Stałem się archanielskim stworzeniem o olbrzymiej mocy, na tyle wreszcie silnym, żeby stąd uciec. Daleko w dole widziałem tysiące zagubionych ptaków, sku-lonych przy ziemi na pozbawionych powietrza ulicach – machały bezradnie skrzydłami pośród rozrzuconych wokół banknotów.

Krążyłem nad autostradą, gotów wylądować na pobli-skich polach i porzucić moich pasażerów – chciałem wysa-dzić ich wszystkich na oczach zdumionych rolników w zbo-żu, sięgającym już bioder dorosłego człowieka. Ale kiedy pędziłem dalej, na północ, pewien dziwny czynnik sprawił, że zwróciłem się przeciwko samemu so-bie. Wiatr pokładał się na mnie swoim wielkim grzbietem, wszystkie tkanki, nerwy i krwinki mojego ciała trzymały mnie w uścisku, a wchłonięci ludzie ciągnęli mnie za serce, przymocowane do sznureczków ich uczuć. Tysiące ludz-kich potrzeb i roszczeń wierności utworzyło jakby olbrzy-mi wał, wokół którego pędziliśmy w niewidzialnym kręgu. Uniesiony nad centrum Shepperton, znalazłem się znów nad opustoszałymi ulicami. Zmęczony, zawisłem w bezru-chu pomiędzy dwiema miękkimi poduchami łagodnych chmur. Ziemia pode mną oddalała się. Niebo pojaśniało, kiedy szybowaliśmy w chłodnym powietrzu. Czułem, że mieszkańcy spoczywają beztrosko w moim wnętrzu, jak śpiący pasażerowie we wzbijającym się coraz wyżej wago-niku, napędzanym jakimś głębokim, wznoszącym się w górę snem. Unosili mnie ku słońcu, pragnąc zagubić się w ko-munii światła.

Podjąłem rozpaczliwą próbę ucieczki, by nie zginąć w ogniu. Szarpnąłem się i zacząłem pikować w kierunku mo-stu Walton niczym oszalały oblatywacz samolotowy, ale i tym razem powstrzymali mnie pasażerowie, musiałem więc wrócić po łuku do punktu wyjścia. Rozzłoszczony, skręci-łem raptownie, by oddalić się od powietrznej masy. Uda-wałem, że chcę się wznieść ku słońcu, a potem runąłem w wyludniony pasaż, gotów roztrzaskać wszystkich o ozdob-ne kafle i rozrzucić szczątki naszych trupów pośród sprzę-tów gospodarstwa domowego i mebli.

Ziemia zbliżała się do nas w powietrznym pędzie. W ostatniej chwili poczułem wewnątrz umacniającą się znów ludzką miłość i czyjąś ciepłą dłoń, która skierowała mnie bezpiecznie ponad dach parkingu. Wypuszczając z siebie mieszkańców Shepperton jeszcze w powietrzu, porzuciłem wszelkie próby ucieczki i bez tchu zatrzymałem swój ogrom-ny pociąg tuż przed supermarketem.

Gdy wszyscy radośnie zstępowali z powietrza, ja wspar-łem się bezradnie o jakiś samochód, niczym obłąkany ma-szynista diabelskiej kolejki, który postanowił w tajemnicy roztrzaskać pasażerów, ale którego ukoiło jakieś życzliwe dziecko. Cała zdyszana populacja Shepperton lądowała wokół mnie z przeraźliwie krzyczącymi dziećmi na czele. Stary żołnierz chwiał się niepewnie na nogach, grożąc z wyrzutem niebu niewłaściwym końcem swojej laski. Go-spodynie domowe, którym kręciło się w głowach, obciąga-ły spódnice, a młodzi mężczyźni przygładzali włosy. Miej-scowy policjant, zdyszany, ale o zaróżowionych policzkach, siedział w fotelu przed sklepem meblowym. Wszędzie do-koła ludzie pokazywali sobie niebo, którego wysokie skle-pienie przecinały wstęgi pary, jakie zostawialiśmy za sobą w górze – przypominały skomplikowaną „kocią kołyskę”, która zszywała powietrze wedle choreografii archanielskie-go baletu. Widziałem wyraźnie, że łukowate smugi, zna-czące moje bezskuteczne usiłowania ucieczki, rozpływają się w niespokojnym powietrzu nad mostem Walton i wy-twórnią filmów.

Choć odczuwałem złość, wiedziałem, że jestem związa-ny z tym miasteczkiem, ponieważ potrzebują mnie jego mieszkańcy, którzy coraz powszechniej uznawali, że otwo-rzyłem im drzwi do prawdziwego świata, i ponieważ ogra-nicza mnie skończony wszechświat mojej własnej jaźni. Lecz kiedy przyglądałem się tym szczęśliwym, uśmiech-niętym ludziom o dźwięczącej skórze, którzy machali do mnie, jak przedtem, kiedy szybowałem wysoko nad mia-stem, zrozumiałem, że jeśli chcę odzyskać wolność, muszę najpierw uciec od nich – uciec od ich opieki i czułości. Mieszkańcy rozchodzili się po milczących ulicach, za-chęcając przestraszone ptaki pod ich stopami, żeby znów zerwały się do lotu. Mijając mnie, uśmiechali się nieśmiało ze słodyczą kochanków, znających najintymniejsze miej-sca mojego ciała. Ich wychłodzona skóra tworzyła koryta-rze zimna w wilgotnym powietrzu tego popołudnia. Nie było ich jednak tylu, co przed lotem. Dwie matki, którym wiatr owiewał twarze, przeszukiwały opustoszały już pasaż, zerkając co jakiś czas w niebo, jak gdyby ich dzieci ciągle tam krążyły.

– Saro, zejdź na dół, kochanie…

– Bobby, teraz kolej na ptaki…

Przeszedłem obok nich, nagi pod szczątkami kombine-zonu. Czułem w sobie ciała dziesięcioletniej Sary, jej bra-ciszka i młodego chłopca. Zazdrosny o wolność tych troj-ga, nie wypuściłem ich, kiedy wylądowaliśmy. Potrzebo-wałem młodych ciał i dusz, by napełniły mnie siłą. Odtąd już zawsze miały się bawić w moim wnętrzu i biegać po ciemnych łąkach mojego serca. Nadal nic nie jadłem, choć mijał czwarty dzień, odkąd przybyłem do Shepperton, lecz kiedy skosztowałem ciał tych dzieci, zrozumiałem, że to one są moim pożywieniem.


28

<p>28</p> KONSUL TEJ WYSPY

Słońce rozpalało niebo żywym ogniem. Wspiąłem się na najwyższy taras parkingu i spojrzałem na dachy Shep-perton. Barwne lasy na dole roiły się tysiącami ptaków, zmie-niających to szare miasteczko w tropikalny raj, który z taką łatwością wyczarowałem z myśli. Widziałem jednak nad głową rozpływającą się sygnaturę, jak gdyby jakiś zgrzy-biały pismak zaznaczył w ten sposób na niebie moją bez-skuteczną próbę ucieczki. Ktokolwiek zostawił mnie tu w odosobnieniu, uczynił mnie zarazem konsulem tej wyspy, nadał mi moc latania i przyjmowania postaci wszelkich stworzeń, a także moc wyczarowywania kwiatów i ptaków z czubków moich palców. Wiedziałem już jednak, jak nikłe są to moce. Czułem się tak, jak gdyby ktoś lekceważąco skazał mnie na wygnanie do nieznanego, odległego portu nad Morzem Czarnym i nadał mi prawo zmuszania kamie-ni na plaży, żeby dla mnie śpiewały.

Czy chodziło o to, że miałem się po prostu bawić? Pa-trzyłem, jak nieszczęśliwe matki odchodzą w dal późnego popołudnia. Jedna z nich przystanęła, by porozmawiać z pawiami, siedzącymi na portyku banku. Pytała, czy widzia-ły jej synka i córkę, bawiących się wśród chmur, aleja sły-szałem słabe głosy dzieci tej kobiety w moich kościach. Ostatni mieszkańcy wrócili już do domów porośniętymi dżunglą ulicami. Nikt nie zauważył, że byłem nagi, sądząc widocznie, że jako pogański bożek ich prowincjonalnego miasta, urzędujące bóstwo odbiorników telewizyjnych i sprzętów kuchennych, nie będę ubrany w nic więcej oprócz kostiumu skóry.

Pod moimi nogami leżało splamione spermą ubranie – pozostałość po jakimś zmarłym księdzu, którą musiały tu przynieść upośledzone dzieci, kiedy zabrałem mieszkańców miasteczka na powietrzną wycieczkę. Spojrzawszy na ubra-nie, wiedziałem, że już nigdy więcej go nie włożę. Kopnia-kiem strąciłem spodnie i marynarkę za skraj tarasu, na uli-cę, postanowiwszy, że od tej pory będę chodził nago, poka-zując tym ludziom swoje ciało, dopóki nareszcie go nie roz-poznają.

To skóra zapewniała mi moc. Im dłużej wystawiałem ją na działanie powietrza i nieba, tym bardziej rosły moje na-dzieje, że przekabacę je na swoją stronę. Gniewało mnie, że zostałem uwięziony w miasteczku. Wcześniej czy póź-niej będę musiał rzucić wyzwanie niewidzialnym siłom, które skazały mnie na wygnanie w Shepperton, i zmierzyć zasoby mojej obłąkanej wyobraźni z ich fantazją. Marzyłem już, żeby rozciągnąć swoją skromną władzę na świat leżący dalej, na pozostałe miasta w dolinie Tami-zy, a nawet na sam Londyn. Witałem już niemal kamery telewizyjne i reporterów prasowych. Tropikalny zmierzch kąpał mi skórę w zielonozłotym świetle, jak gdyby namasz-czając ją dziwnymi żądzami. Ulice rozświetlały pióra sie-dzących na dachach domów szkarłatnych ibisów, które przy-pominały egzotyczne latarnie, oświetlające mi drogę. Po-budzony wolą walki, gładziłem się po posiniaczonych że-brach. Postanowiłem w pełni wykorzystać swoje moce – w razie konieczności nawet na najokrutniejsze i perwersyjne sposoby, bo wówczas natrafiłbym, być może, na jakieś nie-odkryte jeszcze zdolności, dzięki którym zdołałbym się uwolnić.

Przechadzałem się w zapadającym zmroku po dachu par-kingu, tej betonowej rampie, z której po raz pierwszy wzbi-łem się w powietrze. Postanowiłem nie wracać do rezyden-cji St. Cloudów, czyniąc swoim domem ów labirynt pochy-lonych skośnie kondygnacji.

Pomimo woli zwycięstwa wiedziałem, że mój czas do-biega już chyba końca, i przypomniałem sobie ostrzegaw-cze wizje holocaustu. Nie zważając na gniew, chciałem za wszelką cenę ocalić tych, którzy przedtem uratowali mnie, a nade wszystko Miriam St. Cloud. Żałowałem, że nie ma jej tu ze mną. Myślałem o jej uśmiechu, zapachu, obtartych piętach i połamanych paznokciach – o nieskończonym in-wentarzu podniet i możliwości. W pewnym sensie klucz do mojej ucieczki krył się wśród pospolitego żywota miesz-kańców Shepperton. Już przekształciłem ich życie, podwa-żyłem pojęcie małżeństwa i rodzicielstwa, zmysł oszczęd-ności i dumę z dobrze wykonanej pracy. Musiałem jednak iść dalej, by podkopać zaufanie między małżonkami, ojca-mi i synami. Chciałem, żeby przekroczyli granice dzielące dzieci i ojców, gatunki i królestwa biologiczne, świat oży-wiony i nieożywiony. Chciałem zniszczyć bariery dzielące matki od synów i ojców od córek.

Przypomniałem sobie moją dziwaczną próbę uduszenia pani St. Cloud, niezwykły sposób, w jaki usiłowałem zgwał-cić niewidomą dziewczynkę, i nieprzytomną młodą kobie-tę, której omal nie zamordowałem w jej własnym mieszka-niu w pobliżu lotniska w Londynie. Tamte zbrodnie i żądze stanowiły pierwsze zapowiedzi tych łagodnych sił, które ujawniły mi się w Shepperton. Gdy będąc uczniem, kopu-lowałem z ziemią, gdy próbowałem ożywić później trupa i kiedy zawładnęła mną obsesja Szczurołapa, marzącego o jakimś niedalekim raju dla dzieci, przeczuwałem widocz-nie swoje moce, którymi teraz mogłem się podzielić z miesz-kańcami tego spokojnego miasteczka.

Rozmyślając o pani St. Cloud, mojej adoptowanej mat-ce, z którą dzieliłem łoże, dotknąłem swoich rozbitych ust. Zapragnąłem nagle, by wszyscy w Shepperton zespolili się z sobą, żeby matki kopulowały z synami, a ojcowie z cór-kami, i aby wszyscy połączyli się w zamtuzie mojego ciała, jak czynili to z radością podczas lotu.

Ale nade wszystko chciałem być wielbiony, by czerpać siły z czci mieszkańców i uciec z tego miasta. Chciałem, żeby czcili mój oddech i mój pot, powietrze, które choć przez chwilę dotykało mojej skóry, moje nasienie i mocz, odciski moich stóp na ziemi, rany na moich ustach i piersi. Chciałem, by wszyscy po kolei kładli na mnie dłonie, wte-dy bowiem dowiedziałbym się, kto mnie reanimował. Chcia-łem, żeby przyprowadzili swoje dzieci do mego labiryntu i żeby oddali mi swoje żony i matki.

Przypomniawszy sobie słowa ojca Wingate, byłem teraz pewien, że grzech na tym świecie jest metaforą cnoty w innej rzeczywistości, i że uda mi się stąd uciec tylko po-przez najbardziej ekstremalną z owych metafor.


29

<p>29</p> MOTOR ŻYCIA

Dzień płynął ku barbarzyńskiemu wieczorowi. Obserwowałem z dachu parkingu zacieśniającą się nad miastem kopułę lasu. W prowincjonalnych ogrodach wzra-stały setkami palmy, a ich żółtawe liście kładły się na sobie, zamykając dachy pod jaskrawym, tropikalnym blaskiem. Wszędzie dokoła roślinność lśniła niezwykłą poświatą, jak gdyby słońce stało się soczewką, skupiającą na Shepperton całe światło wszechświata.

Uśmiechnąłem się do gęstego powietrza, rozmyślając o wszystkich niepowodzeniach, jakie spotykały mnie w prze-szłości – o kłopotach z policją, podłych posadach, i umyka-jących, na wpół spełnionych marzeniach. Teraz jednak na-tarczywa natura zareagowała na mój widok, powstając ze wszystkich stron. Okrążały mnie obłoki elektrycznych wa-żek i olbrzymich motyli ze skrzydłami, przypominającymi złożone do oklasków dłonie. Wszystkie liście, kwiaty i pió-ra szkarłatnych ibisów, stojących niżej, na dachu stacji ben-zynowej, nasycone były wściekłym światłem. Shepperton zmieniło się w motor życia.

Rosnące na obrzeżach miasta gęste gaje bambusów i opuncji, odcięły drogi do Londynu i na lotnisko. Pół mili od dworca pociąg do Shepperton stanął bezradnie na to-rach, nie mogąc przedrzeć się przez kaktusy i karłowate palmy, które wyrosły między podkładami. U stóp mostu Walton czekał szereg policyjnych radiowozów, których za-łogi usiłowały wyciąć drogę wśród bambusowych palisad, wyrastających równie szybko, jak szybko je ścinano. Pe-wien strażak z ciężkim toporem w dłoni zaczął wyrąbywać ścieżkę w gęstwinie twardych bambusów. Po kilkunastu kro-kach otoczyły go świeże pędy i koronka grubych jak ludz-kie ramię lian, które przywiązały strażaka do prętów tropi-kalnej klatki. Uwolnili go dopiero wyczerpani policjanci, używając w tym celu ręcznych kołowrotów. Późnym popołudniem dysk słoneczny dotknął wreszcie leśnej kopuły nad wytwórnią filmów i tropikalne światło rozlało się krwawą falą po dachach Shepperton. Nad mia-steczkiem krążyły dwa helikoptery, policyjny Sikorski i ja-kaś mniejsza maszyna, wynajęta przez telewizję. Podglą-dały mnie kamery, a w gęstym listowiu przetaczały się gło-sy z megafonów. Śmigłowiec klekotał ponad główną ulicą, pięćdziesiąt stóp nad moją głową, ale chmury ptaków, wzno-szące się i opadające w płynnym powietrzu, zmusiły heli-kopter do odwrotu. Setki ludzi, machających radośnie ze swoich ogrodów, zdezorientowały członków załogi. Nagi pod strzępami kombinezonu zasalutowałem im majestatycz-nie z dachu parkingu, a zarazem labiryntu i wiszącego ogro-du, z którego sprawowałem rządy nad Shepperton. O zmroku, kiedy pod leśną kopułą sunęły tysiące wi-śniowych i cyklamenowych światełek migotliwych piór dziwacznych ptaków, na ulicach Shepperton pojawili się pierwsi nadzy ludzie. Trzymali się pod ręce i spacerowali po małomiasteczkowych chodnikach, uśmiechając się do siebie mimo woli, a ja byłem pewien, że są nadzy – nie dlatego, że ogarnęło ich nagłe pragnienie odsłonięcia ciała, ale dlatego, że zdali sobie sprawą, iż byli ubrani. Widzia-łem rodziny z dziećmi, mężów z żonami, starsze małżeń-stwa i bandy młodzieży. Przechadzali się beztrosko wśród stad wilg, stłoczonych na chodnikach, lub odpoczywali w świetle zmierzchu na kanapach stojących przed sklepem me-blowym.

Ujrzawszy mnie na dachu parkingu, grupka podstarza-łych kobiet zaczęła wznosić dla mnie w pasażu handlowym krąg niewielkich kapliczek. Ustawiły przed supermarketem piramidę z pudełek proszków do prania i miniaturowe ta-bernakulum z pralek i telewizorów. Pochlebiła mi ta ozna-ka wdzięczności, urwałem więc kilka skrawków nadpalo-nej tkaniny kombinezonu i rzuciłem je nagim kobietom, które z radością umieściły splamione olejem strzępy w swo-ich kapliczkach, przybierając je kwiatami i piórami. Przy-glądałem się tym atrakcyjnym samicom, które uwijały się po centrum Shepperton w coraz gęstszym mroku, budując małe świątynie z puszek po oleju na dziedzińcu stacji ben-zynowej, piramidki z dezodorantów przed wejściem do dro-gerii i kopce odbiorników tranzystorowych przed sklepami z artykułami gospodarstwa domowego. Byłem dumny, że sprawuję tu rządy, że jestem miejscowym bóstwem myjni samochodowej, pralni i wypożyczalni telewizorów. Pobło-gosławiłem ich skromne życie niemożliwymi snami. Kiedy na porośniętych dżunglą ulicach zapadła noc, wszyscy mieszkańcy miasteczka zrzucili z siebie ubrania i korzystając z ciepłej aury, przechadzali się pod ulicznymi latarniami, ubarwionymi magnoliami i orchideami, rwąc kwitnące pnącza i przystrajając sobie nawzajem ciała łań-cuchami kwiatów. Stary żołnierz z laską, tkwiący przed sklei pem meblowym, odrzucił tweedową marynarkę i spodnie, sklecił niewielką budkę za kopią zabytkowego sekretarzy-ka i dekorował w niej ciała nastoletnich dziewcząt, przy-bierając kwiatami ich drobne piersi. Dyrektorka banku, naga Junona zmierzchu, stała przed bankiem, wśród monet od-bijających kolorowe światła, i rozdawała kwiaty przecho-dzącym ulicą młodym mężczyznom.

Oba helikoptery wycofały się w ciemność, unosząc swój terkot nad zbiornikami wodnymi i polami maków. Reflek-tory odległych samochodów ukazywały w swym świetle coraz to inny fragment bambusowych ostrokołów, otacza-jących Shepperton. Wtedy właśnie, gdy naga pani St. Clo-ud wyłoniła się z cieni drzewa figowego, zrozumiałem, że narzuciłem wreszcie temu miastu moją zabłąkaną wyobraź-nię. Pani St. Cloud nie wiedziała, że obserwuję ją z parkin-gu. Szła chodnikiem za grupką młodocianych chłopców, a na jej białym ciele widać było wciąż sińce, upamiętniające nasz akt seksualny. Choć miała ciężkie piersi i obwisłe po-śladki, odznaczała się wspaniałą, brutalną pięknością. Centrum miasta zapełniały setki nagich ludzi, przecha-dzających się tam i z powrotem jak tłum, który wyległ na wieczorną włóczęgę. Przed stacją benzynową stał ojciec Wingate, nagi, jeśli nie liczyć słomkowego kapelusza – wi-działem, jak zachwyca się kwiatami i ptakami. Kiedy po-deszła do niego pani St. Cloud, powitał ją czarującym po-zdrowieniem i zawiesił na jej szyi wieniec hawajski z kwia-tów mirtu. Na mój widok pomachali mi razem, uśmiecha-jąc się jak goście we śnie, których ktoś trochę wbrew ich woli wciągnął w jakąś niezwykłą grę.

Ale tylko ja wiedziałem, że są nadzy.

Przez cały wieczór rozradowanymi ulicami przemykała silna i otwarta seksualność, nie odsłaniając ani razu swoich prawdziwych zamiarów. Przyglądając się tym prostolinij-nym ludziom, zrozumiałem, że nie zdają sobie sprawy, do jakich ról są przygotowywani w tej niecodziennej i za-pewne demoralizującej orgii. Chciałem sprowokować wreszcie niewidzialne siły, które podniosły mnie w obecny stan łaski.

Mężowie i żony rozdzielali się bezceremonialnie i spa-cerowali pod ręce z innymi partnerami; ojcowie igrali z cór-kami w liściastych altanach przed swoimi domami; matki pieściły synów, przechadzając się po pasażu handlowym. Kilka nastoletnich dziewcząt leżało w nonszalanckich po-zach ujmujących kurtyzan na stojących przed sklepem me-blowym otomanach, przywołując gestami przechodzących mężczyzn. Ludzie wchodzili do cudzych domów i zabierali z nich, na co im przyszła ochota, kobiety stroiły się więc w biżuterię sąsiadek.

Tylko dwoje ludzi nie brało udziału w tych uroczystych igrzyskach. Po zmroku, kiedy zrobiło się zbyt ciemno, by można było kontynuować prace nad wydobyciem cessny, Stark zacumował swoją bagrownicę i wrócił do Shepper-ton. Przez całe popołudnie pracował przy kabestanie i dźwi-gu, manewrując włókiem nad zatopioną maszyną. Skoń-czywszy dzień roboczy, zasiadł za kierownicą karawanu i grasował po bocznych uliczkach miasta, plądrując domy, opuszczone przez swoich właścicieli. Patrzyłem, jak ładuje do karawanu zwoje dywanów, telewizory i utensylia ku-chenne, niczym szalony pracownik firmy przewozowej, ewakuujący samotnie amazońskie miasto, któremu zagraża dżungla. Przejeżdżając w wieczornym ścisku główną ulicą, pozdrowił mnie otwarcie i bez podtekstów. Jego zoo stało się nieźle zaopatrzonym magazynem zrabowanych sprzę-tów, a pośród klatek ptaszarni urosła lśniąca piramida pra-lek i zamrażarek.

Podziwiałem Starka i jego sen o urządzeniach gospo-darstwa domowego, ale myślałem tylko o Miriam St. Cloud i czekałem na nią w nadziei, że założy dla mnie swoją suk-nię ślubną. Obawiałem się, że i ona może pokazać się nago na tych wieczornych ulicach. Choć wchłonąłem ją raz w moje ciało, choć czułem, jak jej kości zderzają się z moimi i jak jej pochwa zaciska się na moim członku, nie pożąda-łem już Miriam seksualnie, gdyż moje pożądanie zostało wyługowane przez nasz wspólny lot. Chciałem ją tylko uści-skać w ten sam sposób, w jaki pragnąłem zespolić się ze wszystkimi innymi żywymi stworzeniami w tym mieście. – Blake, nauczysz nas latać?…

– Nocny lot, Blake… Naucz nas latać nocą. Nastolatki, które rozpierały się na otomanach przed skle-pem meblowym, przeszły przez ulicę, a ich przystrojone kwiatami ciała lśniły w kolorowych światłach, lecz mimo chichotów i nieśmiałości również i te dziewczęta nie zda-wały sobie sprawy z tego, że są nagie. Pomachały do mnie, choć grupka chłopców popychała je w przechadzającym się tłumie.

– Chodźcie tu! -zawołałem. -Pojedynczo… Nauczę was latać.

Kłóciły się między sobą, nie mogąc się zdecydować, która z nich powinna lecieć pierwsza, a wtedy ponad gwarem ludz-kiej ciżby zabrzmiał kobiecy głos.

– Emily, wracaj do domu! Vanesso, i ty też, trzymajcie się z dala od Blake’a!

Miriam St. Cloud szła przez ulicę od strony supermar-ketu, gestem nakazując dziewczętom odejść. Była ubrana w swój lekarski kitel, starannie zapięty i zasłaniający bluz-kę. Uśmiechała się twardym uśmiechem do nagich gapiów, z wyrachowaniem nie okazując zaskoczenia, że nadzy pa-cjenci zebrali się w mieście, jak gdyby oczekiwali na jakieś nocne badania wenerologiczne.

Miriam nakazała dziewczętom odejść od porośniętych tropikalną dżunglą tarasów parkingu, będącego labiryntem pnączy i bugenwilli, a potem uniosła wzrok, mierząc mnie uważnym spojrzeniem. Sądząc po stanowczym wyrazie jej ostro zarysowanego podbródka, postanowiła przezwycię-żyć wszystkie wątpliwości i zmierzyć się ze mną po raz ostatni. Czy pamiętała, że kiedyś już ze mną latała i że przez bramę mego ciała przeniknęła na chwilę do innego świata? Ostatnie promienie niewidocznego już słońca przesunę-ły się nad dachem parkingu. Zostawiłem Miriam, sprzecza-jącą się z młodymi kobietami, zszedłem o jedną kondygna-cję niżej i czekałem na nią pośród samochodów. – Blake… Nauczysz mnie latać?

W srebrzystej ciemności, zaledwie kilka stóp ode mnie, stał jakiś nagi młodzieniec. W świetle ulicznej latarni, od-bijającym się w chromowanych zderzakach, zauważyłem, że bladą skórę chłopaka poraniły cierniste jeżyny, porasta-jące schody i betonowe tarasy. Pomimo wysiłku, na jaki się zdecydował, spoglądał na mnie sceptycznie, jak gdyby nie był jeszcze przekonany do mojej mocy latania. Czekałem, aż podejdzie, taksując w ciemności jego szczupłe biodra i uda.

– Pani St. Cloud kazała mi przyjść do ciebie. Czy tutaj prowadzisz swoją szkołę latania?

Gestem wskazałem mu chromowy mrok. Pożądałem tego młodzieńca. Podniecał mnie zapach strachu chłopaka, czu-łem w ciemnościach smak jego potu, widziałem ostrą biel zębów, osadzonych w niepewnych ustach, i blade dłonie, gotowe mnie uderzyć. Pożądałem młodzieńca, ale nie dla jego ciała czy seksu.

– Dobrze… Nauczę cię latać.

Jego białą skórę pokrywały cętki barwnych latarni ulicz-nych, przypominała zatem kostium arlekina. W oknach ota-czających nas aut widziałem swoje odbicie, poszarpaną skó-rę kombinezonu, spermę, perlącą się na moim członku, i gogle, sterczące mi na czole niczym szkarłatne rogi. Wziąłem chłopaka za rękę i zaprowadziłem między sa-mochodami w głębokie cienie na tyłach kondygnacji. Ob-jąłem go delikatnie na tylnym siedzeniu jakiejś przystrojo-nej kwiatami limuzyny. Pieściłem nerwową skórę młodzień-ca i przyciskałem jego zimne ręce do bram mojego ciała. W ostatniej chwili, kiedy opuściłem go ostrożnie na pier-si, wydał nagły okrzyk strachu i ulgi. Poczułem w swoich nogach jego smukłe nogi, trzony kości chłopaka utworzyły łubki wokół moich kości udowych, a jego pośladki zespoli-ły się z moimi dłońmi. Męskość młodzieńca rozpuściła się i stopniała na moim członku. Ciemiączka jego czaszki otwo-rzyły się znów po raz pierwszy od chwili narodzin. Mozai-ka głowy chłopaka zaczęła przesiąkać przez szczeliny mię-dzy kośćmi mojej czaszki. Grymas jego wykrzywionego przerażeniem i ekstazą oblicza poruszał się w moim ciele i niby szpon pochwycił mnie za twarz. Wraz z ostatnim wes-tchnieniem chłopak zespolił się z moim ciałem jak syn, który odradza się w łonie ojca. Poczułem, jak jego mocne kości spajają się z moimi, jak jego krew rozlewa się jasną falą w moje żyły, a sperma z jego jąder pieni się, pędząc bystrym nurtem na spotkanie mojego własnego nasienia. Kiedy spoczywał we mnie, tracąc swoją tożsamość, zro-zumiałem, że nigdy go nie uwolnię i że jego prawdziwy lot odbywa się teraz po niebie mojego ciała na tylnym siedze-niu luksusowej limuzyny. Ostatnie pyłki jego jaźni pomy-kały mrocznymi arkadami mojego krwiobiegu, i dalej, po-nurymi groblami kręgosłupa, podążając za słabymi okrzy-kami dzieci, które wchłonąłem w siebie tego popołudnia. Jeszcze przez kilka sekund unosił się we mnie, kiedy ujeżdżałem jego ciało w jego ostatnią noc, a ujeżdżając chłopaka, stałem się androgynem zwielokrotnionej płci, anielską figurą, wzniesioną na ciele młodzieńca. Wziąłem go w sobie w ramiona tak, jak gdybym ściskał sam siebie.


30

<p>30</p> NOC

Dlaczego słońce nie zatrzymało się dla mnie na niebie? Przez cały wieczór i noc sprawowałem rządy nad Shep-perton z serca wielopoziomowego parkingu. Na otaczają-cych mnie mrocznych ulicach rządziła niewinna i jawna ko-pulacja. Całe miasteczko społkowało ze sobą w liściastych altankach, które wyrastały wśród pralek i telewizorów w pasażu handlowym, na otomanach i kanapach koło sklepu meblowego i w tropikalnych rajach prowincjonalnych ogródków. Setki par w najrozmaitszym wieku pieściło się nawzajem, usiłując nauczyć się latać, w przekonaniu, że dzięki okazywanej sobie czułości odzyskają powietrze. Żadna z tych osób nie była świadoma swojej płci. Czy-ści jak cherubiny, nie wiedzieli, co dzieje się między nimi w tych tropikalnych altanach. Widziałem panią St. Cloud, błąkającą się radośnie po pełnych kwiatów ulicach. Brzuch miała umazany smegmą, a piersi posiniaczone dłońmi mło-dych chłopców. Zobaczyłem też dyrektorkę banku, która, trzymając w ramionach pawia, oferowała przechodniom pieniądze. I oni nie zdawali sobie sprawy, że są nadzy. Tymczasem ja odpoczywałem w mroku tylnego siedze-nia limuzyny. Ciało młodzieńca pokrzepiło mnie. Zyska-łem bystrzejszy wzrok, a moje zmysły odbierały tysiące nie-słyszalnych sygnałów, napływających od wszystkich pta-ków i kwiatów. Od chwili przybycia do Shepperton nic nie jadłem i teraz byłem pewien, że moim prawdziwym poży-wieniem są ciała młodych kobiet i mężczyzn. Im więcej ich wchłonę, tym potężniejsze staną się moje moce. Zostałem uwięziony w Shepperton nie przez tych siedmioro ludzi, będących świadkami mojego wypadku, lecz przez całą po-pulację miasteczka. Kiedy wchłonę ich wszystkich, stanę się dość silny, żeby wreszcie stąd uciec.

Leżąc w przystrojonej kwiatami limuzynie, przypomnia-łem sobie przerażające, kompulsywne reakcje, które prze-pełniały ostatnie lata mojego życia. Marzyłem o przestęp-stwach, zbrodniach, bezwstydnych aktach zespolenia ze zwierzętami, ptakami, drzewami i ziemią. Molestowałem małe dzieci. Teraz jednak wiedziałem, że te perwersyjne impulsy nie były niczym więcej jak tylko chaotycznymi próbami antycypacji tego, co działo się obecnie w Shepper-ton, gdzie chwytałem ludzi, by wchłonąć ich w moje ciało. Nabrałem już przekonania, że zło nie istnieje, i że nawet impulsy jawnie złe to tylko nieokrzesane w formie usiło-wania akceptacji wymagań rzeczywistości wyższego rzę-du, istniejącej w każdym z nas. Akceptując owe perwersje i obsesje, otwierałem bramy, wiodące do rzeczywistego świata, gdzie wszyscy będziemy latać, przemieniać się wedle życzenia w ryby, ptaki, kwiaty i proch, i gdzie bę-dziemy mogli połączyć się raz jeszcze z wielką wspólnotą przyrody.

Zaraz po brzasku, kiedy siedziałem wciąż na tylnym sie-dzeniu limuzyny, zauważyłem, że przez szybę przygląda mi się dwunastoletnia dziewczynka, której udało się jakoś po-konać labirynt i pochyłe kondygnacje parkingu, porośnięte krzakami jeżyn i bugenwillami.

– Czy ja też umiem latać, Blake?…

Nie zważając na wyczekujące słońce, które zostawiłem samo sobie, by wykonało zadanie nakarmienia lasu, otwo-rzyłem drzwi i ruchem ręki zaprosiłem ją do środka. Z ner-wowej dłoni dziewczynki wyjąłem należący do jej brata model samolotu, po czym położyłem go obok na siedzeniu. Uspokajającym ruchem pomogłem jej wsiąść do samocho-du obok mnie, a potem przyrządziłem sobie z niej drobne, słodkie śniadanko.


31

<p>31</p> PARADA SAMOCHODÓW

Na ulicach zaległa dziwna cisza. Słońce kąpało mi skó-rę na dachu parkingu, a lekki wiatr, oszołomiony zapachem mimozy i wiciokrzewów, powiewał strzępami mojego kom-binezonu.

Świat zamarł w bezruchu. Dachy porzuconych samocho-dów, rynsztoki pod supermarketem i budynkiem poczty oraz portyk stacji benzynowej obsiadły tysiące ptaków. Zdawa-ły się czekać, aż coś się wydarzy. Czy spodziewały się, że będę znów dla nich latał?

Poirytowany ciszą, rzuciłem odpryskiem betonu w sta-do flamingów, stojących wokół fontanny w pasażu handlo-wym. Ptaki wpadały na siebie, trzepocząc niezdarnie skrzy-dłami w różowym blasku. Po chwili w uliczce bungalowów spostrzegłem grupkę ludzi, którzy pod osłoną baldachimu tropikalnej roślinności oddalali się w pośpiechu niczym nadzy spiskowcy, uciekający przez las.

Wiatr niósł w głąb głównej ulicy płatki kwiatów, którym przyglądały się uważnie ptaki. Czekałem, aż pojawią się mieszkańcy miasteczka. Czy oni się mnie boją? Czy za-uważyli wreszcie, że są nadzy? Czy Miriam St. Cloud pod-burzyła ich przeciwko mnie i ostrzegła, że jestem zmar-twychwstałym bogiem? Być może wstydzili się tego, co robili w nocy, i obawiali się, że w każdej chwili mogę opu-ścić parking, zejść między ludzi, pochwycić ich, drżących w swoich sypialniach, i kolejno wchłonąć wszystkich w sie-bie.

Ale ja, w gruncie rzeczy, chciałem im tylko pomóc. Pierwszy z popołudniowych helikopterów krążył nad rzeką w okolicach mostu. Załoga pochylała się nad kamerą filmową. Otaczająca Shepperton bambusowa palisada li-czyła już pięćdziesiąt stóp wysokości i wyglądała jak płot ze złotych włóczni. Przez cały ranek helikoptery patrolo-wały obrzeża miasta, powstrzymywane przez chmury pta-ków, które śmigła maszyn podrywały w powietrze. Kiedy stado podekscytowanych fulmarów wzbiło się w górę pod krążącym nad nimi helikopterem, z jednej z wyludnionych ulic dobiegł odgłos strzału, a po chwili z tłocznego nieba niby bomba runął na ziemię jakiś ciężki ptak. Stark z siatką i strzelbą w ręku biegł ku niemu przez gaje młodych bam-busów. Jasne włosy rozsypywały mu się na karku jak czu-pryna pirata. Zaniechał prac nad wydobyciem cessny i te-raz już otwarcie polował na ptaki, podążając w ślad za heli-kopterami patrolującymi miasto.

Stark bez wątpienia bał się, że wszystko to rychło się skończy – że świat zewnętrzny, stacje telewizyjne, policja, a później legion ciekawskich i wandali wedrze się do Shep-perton i przepłoszy te egzotyczne stworzenia, zanim on zdą-ży się przygotować na najście intruzów. Zostawiłem go, żeby sobie polował, zastanawiałem się bowiem, w jaki sposób mógłbym wciągnąć mieszkańców Shepperton w znacznie rozleglejsze sidła. Rozmyślałem już o mojej ostatniej wie-czerzy. Gdy w końcu pożrę wszystkich w Shepperton, będę na tyle silny, by ruszyć dalej przez ciche miasteczka doliny Tamizy, niczym święty duch, który pochłonie mieszkańców Londynu, zanim uda się w szeroki świat. Uświadomiłem sobie, że zdołałem pokonać niewidzialne siły, które zatrzy-mywały mnie w miasteczku, przerażone nieograniczonymi mocami, jakie w sobie odkryłem. Byłem pierwszą żywą isto-tą, która umknęła śmierci i wzniosła się ponad śmiertel-ność, aby stać się bogiem.

Porównałem się w myślach do adwentowego kalenda-rza – uchyliłem drzwi mojej twarzy i otworzyłem okienka serca, by wpuścić tych prowincjuszy do leżącego dalej praw-dziwego świata. Zacząłem podejrzewać, że nie jestem zwy-kłym bożkiem, lecz pierwszym, pierwotnym bóstwem, inni zaś bogowie to zaledwie jego prymitywne zapowiedzi, nie-poradne metafory mnie samego…

– Blake?…

Odwróciłem się, zaledwie rozpoznając swoje imię, i za-uważyłem małego Davida, przypatrującego mi się przymru-żonymi oczami w jasnym słońcu. Jeżyny poszarpały mu ko-szulę i spodenki, a czoło podrapały ciernie, gdy wspinał się po schodach. Mimo to udało mu się jakoś zachować orien-tację w labiryncie kondygnacji i dostać się na dach. – Blake… Rachel i Jamie chcieliby…

Urwał, zapomniawszy, z jaką wiadomością go posłali. Być może dziewczynka odgadła przenikliwie, że zdefor-mowany umysł Davida może być pasującym do labiryntu kluczem. Rachel i Jamie stali wciąż na dole, na ulicy. Nie zwracając uwagi na arę, która wrzeszczała na chłopca z por-tyku stacji benzynowej, jak gdyby zachęcając go, żeby się rozebrał, Jamie pomrukiwał coś do Rachel. Dziewczynka uniosła drobną rączkę do zdumionej twarzy i słuchała ko-mentarza do tego barbarzyńskiego dnia, nie wierząc wła-snym uszom.

David z trudem podniósł na mnie wzrok, a jego oczy, osadzone pod ciężkim czołem, usiłowały pojąć, co robię. Spostrzegłem, że martwi się o mnie, ale unikałem jego kry-tycznych spojrzeń. Czy zdawał sobie sprawę, że wkrótce opuszczę Shepperton, zabierając z sobą ptaki, a on i jego towarzysze pozostaną sami w tym milczącym miasteczku, kiedy przyjadą tu ekipy telewizyjne?

Dłoń Davida dotknęła poszarpanego paska mojego kom-binezonu, żeby odciągnąć mnie od skraju tarasu. Spogląda-jąc na jego drobne ciało i zdeformowaną głowę, poczułem przypływ żalu i czułości dla niego. Zapragnąłem zabrać chłopca ze sobą i przyjąć go w siebie wraz z innymi dzieć-mi, gdzie mogłyby bawić się przez całe życie na jednej z tajemnych łąk mojego serca.

Lecz kiedy wyciągnąłem ręce, żeby go dotknąć, David odsunął się ode mnie i uderzył się otwartą dłonią w twarz, jak gdyby chciał się przebudzić z koszmarnego snu. – Polecisz ze mną, Davidzie…

Kiedy chwyciłem jego pokraczną głowę, gotów przyci-snąć ją do piersi, usłyszałem eksplodującą na ulicy petardę. Krzyknęło do mnie kilkanaście głosów, a potem rozległ się gwar powracającego tłumu. Puściłem Davida i wyjrzałem na ulicę, gdzie zbierało się już całe miasto. Setki ludzi na-pływały do centrum Shepperton z cichych, bocznych ulic. Machali do mnie, rozrzucając dookoła kwiaty i odpalając petardy. Ich spalone słońcem nagie ciała lśniły okrutnym blaskiem.

Teraz zrozumiałem, dlaczego rankiem wszyscy wymknęli się do domów i czym byli tak zajęci przez cały dzień – oto grupa techników i aktorów prowadziła toczącą się przez bramy wytwórni procesję kilkunastu platform do przedsta-wiania żywych obrazów. Mieszkańcy Shepperton wznieśli platformy na dachach samochodów.

– Blake! – zakrzyknął do mnie wesoło ich przywódca, podstarzały aktor, grywający w reklamach telewizyjnych. – Wydajemy przyjęcie na twoją cześć! Zejdź na dół i przy-łącz się do nas!…

Aktor wskazał przystrojone platformy, których ładunek przypominał szereg spektakularnych wariacji na temat la-tania, stworzonych przez scenografów i rekwizytorów. Uj-rzałem olbrzymie konstrukcje z papier-mache i wikliny, przypominające heraldyczne ptaki, wielkie kondory z bam-busa, udekorowane tysiącami kwiatów, albo pastisze samo-lotów, dwu- i trójpłatowców, złożonych z części ekspery-mentalnych modeli maszyn, stojących na terenie wytwórni. Kawalkada samochodów zatrzymała się. Ludzie czeka-li, aż zejdę z dachu parkingu, żeby ich powitać. Uliczne powietrze, ciężkie zapachem kwiatów, podnieconych po-południowym słońcem, tworzyło słodkie morze, w którym zawiśliśmy wszyscy jak we śnie.

– To nasz hołd dla ciebie, Blake. Chcemy podarować ci coś na pamiątkę, gdy będziesz odchodził. Aktor utworzył przejście w napierającym na mnie tłu-mie, złożonym z nagich księgowych, sprzedawców butów, programistów komputerowych, sekretarek, gospodyń domo-wych i dzieci. Uradowani moim widokiem mieszkańcy wy-rywali kwiaty ze swoich girland i obrzucali mnie nimi w nadziei, że dotyk mojej skóry przemieni je w ptaki. Wszę-dzie dokoła obserwowały mnie kamery, filmujące tę scenę. Ja jednak byłem zajęty poważniejszymi sprawami. Po-chłaniała mnie kwestia organizacji ostatniego dnia mojego pobytu w Shepperton. Przemaszerowałem przed szeregiem platform, podziwiając je kolejno. Pozdrowiłem dyrektorkę banku i starego żołnierza, którzy stali z dumą obok swoje-go dzieła. Ich platforma, zamontowana na taksówce nale-żącej do miejscowej wypożyczalni samochodów, była naj-bardziej imponującą konstrukcją ze wszystkich, ekstrawa-gancką, wiklinową strukturą o licznych skrzydłach, przy-pominającą ekscentryczny wiatrak, przeznaczony do symul-tanicznych lotów we wszystkich wymiarach czasoprzestrze-ni jednocześnie. Od razu przypadł mi do gustu, wiedziałem bowiem, że jest w sam raz dla mnie.

Wszyscy czekali, co zrobią. Tysiące rozświetlonych po-południowym słońcem twarzy zwróciło się ku mnie, kiedy wspinałem się na dach taksówki. Furczały kamery, a na wy-smarowanych olejkami ciałach pobłyskiwały flesze. Czy mieszkańcy wiedzieli, że zamierzam świętować moje za-ślubiny z miastem, nasze małżeństwo, które zostanie skon-sumowane w niecodzienny sposób? 1 że za kilka godzin wszyscy rozpoczną nowe życie na maleńkich przedmie-ściach mojego ciała?

Wsunąłem ramiona w gniazda skrzydeł, a na skronie na-łożyłem hełm. Ogromna konstrukcja zachwiała się nade mną, ale swobodnie unosiłem jej ciężar na ramionach. Munsztuk i uprząż wciskały się w moje poranione usta i pierś, i byłem niemal gotów uwierzyć, że miałem już na sobie ten groteskowy kostium ptaka, gdy po raz pierwszy wleciałem w przestrzeń powietrzną Shepperton. Poprzedzana przez rozentuzjazmowane dzieci parada ruszyła w kierunku rzeki. Siedziałem na dachu taksówki, podtrzymując swoje nakrycie głowy. Na wielkich skrzydłach i dziobatym łbie postaci przysiadały dziesiątki drobnych ptaków – sikorek, strzyżyków i rudzików, których maleń-kie oblicza wyglądały na świat spomiędzy prymitywnych piór kostiumu.

Procesja dotarła pod pomnik. Towarzyszyły mi wszyst-kie żywe istoty z miasteczka, gromady ptaków, stada psów, grupki dzieci i jelenie, skaczące w nagiej ciżbie ludzkiej, podążającej za paradą aut. Światło przybladło. Zmęczone słońce, jak gdyby zdenerwowane, że będzie musiało zoba-czyć, co zrobię z tym miasteczkiem, wycofało się za zwoje karminowych chmur, wyciekających spoza słonecznej tar-czy. Nad porośniętymi tropikalną roślinnością dachami za-wisło światło, kładąc się także na piórach flamingów i pa-pug. Shepperton zmieniło sią w rozgorączkowany ogród zoologiczny. Ta sama niesamowita glazura kryła nasycone ciała skaczących w rzece ryb i piersi młodych dziewcząt, podtrzymujących mi nogi, gdy stałem na dachu taksówki. Poprzez ptasi świergot usłyszałem helikopter, przelatu-jący nad wiązami i rzeką. Obojętna maszyna przedzierała się z trudem przez blednące światło. Terkoczące śmigła he-likoptera wzbijały w górą burzą liści i owadów. Trzymałem mocno swoje nakrycie głowy i czułem nacisk śmigieł, ale maszyna zmieniła kierunek lotu i powlokła sią z powrotem nad rzeką. W całym parku ptaki powoli opadały z nieba. Tracąc w zmiennym powietrzu punkt oparcia, helikopter ześlizgnął sią bokiem ponad dach kościoła. Silnik maszyny pracował wściekle na najwyższych obrotach. Białe dłonie pilota szarpały drążki sterownicze jak race zdenerwowane-go żonglera.

Parada samochodów przystanąła w nieładzie. Pośród kół pojazdów pądziły psy i jelenie, a nagie dzieci podbiegały do matek, potykając sią o żałośnie wyglądające ptaki, któ-rych ciała kryły teraz ziemią. Tysiące płatków, wyrwanych z wiklinowych skrzydeł, tworzyły wrzący obłok wokół na-szych głów.

– Pani doktor, proszą wracać! – Stary żołnierz rzucił sią naprzód, wymachując laską. Szarpałem swoje nakrycie gło-wy, które stało siąpotążnym szybowcem, usiłującym unieść mnie w przestworza. W wirze płatków ujrzałem, że cen-trum parku zostało przekształcone w awaryjne lądowisko. Miriam St. Cloud z pomocą Davida, Rachel i Jamiego wy-znaczała pochodniami krąg świateł na otwartej trawiastej przestrzeni.

Zszedłem z dachu taksówki, chwiejąc się pod ciężarem kostiumu. Munsztuk dusił mnie, nie mogłem więc krzyczeć do Miriam, gdy zdjęła swój biały kitel i zaczęła wyma-chiwać nim szaleńczo w stronę oddalającego się helikop-tera.

Lecz teraz powietrze znajdowało się pod moją kontrolą. Ciągnąc za sobą tłum, biegłem przez chłostany płatkami kwiatów trawnik. Obok pędziły setki nagich ludzi, którzy oczyszczali dla mnie przejście i pokrzykiwali coś do załogi helikoptera, kiedy nieszczęsna maszyna zapędziła się w tornadzie płatków z powrotem na nasz brzeg rzeki. W mro-ku wirowały strzępy bambusów, wikliny i koronek. Niesiony teraz na ramionach mieszkańców, korowód plat-form ruszył naprzód, jak gdyby żeglując poprzez krwawą mgłę.

Poczułem, że ciężar mojego nakrycia głowy zelżał i ode-rwałem się stopami od ziemi. Wkraczałem znowu w rze-czywisty czas, prowadząc moich wiernych do kościoła. Roz-postarłem ramiona i popłynąłem naprzód w kostiumie ol-brzymiego ptaka, a Miriam St. Cloud zwróciła się do mnie twarzą w kręgu światła.

– Blake! – zawołała wśród błysków fleszy aparatów fo-tograficznych, przekrzykując terkot helikoptera. – Jesteś martwy, Blake!

Próbowała osłaniać dzieci, które czepiały się jej spódni-cy, i wymachiwała swoim białym kitlem, jak gdyby chciała odstraszyć zbliżającego się diabła, z którym będzie musiała kopulować. Spośród wszystkich ludzi w Shepperton tylko ona wiedziała, że będzie ze mną spółkować po raz ostatni.

Helikopter wycofał się nad podmokłą łąkę za rzeką. Nie-siony w stronę kościoła, widziałem, jak biegnący tłum zwalił Miriam z nóg. Przyklękła na trawie, gdzie dopadła ją grup-ka młodych kobiet, sekretarek, które radośnie zerwały z niej ubranie i przystroiły jej głowę piórami.

Sunęliśmy razem nad parkiem na obłoku płatków i przez otwarte okna wpłynęliśmy do kościoła.

Zawisłem nago obok Miriam St. Cloud. Oboje byliśmy w kostiumach ptaków, a nasze stopy unosiły się zaledwie kilka cali nad odsłoniętym ołtarzem. Nawę wypełniali od-dający nam cześć mieszkańcy Shepperton, zbici w groma-dę objętych w uścisku postaci. Szybowali w przejściu, trzy-mając się pod ramiona, i z rozkoszą filmowali się wzajem-nie podczas swojego ostatniego lotu. Byłem już gotów, by wchłonąć ich w hostię mojego ciała. Potrzebowałem tych ciał, żeby podtrzymywały mnie w locie i dały mi moc, dzię-ki której mógłbym wyruszyć stąd w świat, a potem oble-cieć całą planetę, zespalając się ze wszystkimi żywymi stwo-rzeniami, aż wreszcie wchłonąłbym w siebie wszystkie żywe istoty, wszystkie ryby i ptaki, wszystkich rodziców i dzieci, ja, jeden chimeropodobny bóg, który zjednoczy w sobie wszelkie życie.

Miriam St. Cloud wisiała obok mnie z zamkniętymi ocza-mi, jak marzycielka, unosząca się w najgłębszym transie. Po naszym ślubie miałem ją znać już tylko jako jedno ze światełek w moich kościach.

Wyciągnąłem ręce, żeby uściskać ją po raz ostatni. Ale w momencie gdy, spojrzałem w jej uśpione oczy, w drzwiach kościoła pojawił się Stark ze strzelbą w ręku. Podniósł wzrok na wiernych, krążących w mroku nawy dziesięć stóp nad jego głową, i przypatrzył się olbrzymim, ptasim kostiumom, które Miriam i ja dźwigaliśmy na ra-mionach. Jego pokryta plamkami potu twarz nie wyrażała nic, ale Stark ruszał się żwawo, jak gdyby decyzja dojrzała w nim już dawno. Podniósł strzelbę, wycelował najpierw w Miriam, a potem we mnie, i przestrzelił nam piersi.

Po raz drugi w tym tygodniu spadłem na ziemię. Leża-łem konający u stóp ołtarza wśród piór mojego skrzydlate-go nakrycia głowy, a w górze kołysały się coraz dłuższe wstęgi mojej ciągle unoszącej się w powietrzu krwi.


32

<p>32</p> UMIERAJĄCY LOTNIK

Przesiedziałem tak całą noc, oparty o ołtarz w opusz-czonym kościele. Kwiaty i pióra mojego nakrycia głowy krępowały mi ramiona. Nie mogłem się ruszyć, podciągną-łem więc bezradnie nogi pod siebie. Niedaleko, ale poza zasięgiem moich rąk, Miriam St. Cloud leżała na wznak na kamiennej posadzce. Jej zbielała skóra, z której kula Starka wyssała wszystkie rumieńce, przybrała koszmarny, szklisty odcień, jak gdyby krew z delikatnych naczyń jej policzków wyparła ropna, żółta woskowina. Kilka minut po północy wąskie wargi Miriam rozchyliły się, tworząc szerokie roz-warcie – milczące upomnienie, wykrzyczane do mnie przez martwą lekarkę.

Na początku, kiedy leżeliśmy obok siebie w naszych na-kryciach głów, miałem nadzieję, że Miriam jeszcze żyje. Kule ze strzelby Starka przebiły nam serca, ale ja już wie-działem, że nie zabije mnie nigdy ani Stark, ani ktokolwiek inny spośród mieszkańców miasteczka. Myślałem, że moja odporność udzieli się także Miriam. Ale potem poczułem w ciemności, że zmienia się zapach jej ciała – wyraźna, ostra woń potu i strumyczka gorącej, kobiecej krwi, ustąpi-ła pleśni pospolitej śmierci.

Wszędzie dokoła leżały odpryski witraży: okruchy apo-stołów, świętych ludzi i zwierząt, w których odbijały się skaczące w górę płomienie dziesiątek ognisk. Przez otwar-te drzwi kościoła ujrzałem dżunglę, płonącą w ciepłym, nocnym powietrzu. Tysiące przerażonych ptaków zadygo-tało ze strachu w gałęziach figowca, kiedy mieszkańcy Shep-perton podłożyli ogień pod stos drewna wśród korzeni. W całym miasteczku ludzie zrywali winorośle i pnącza z dachów swoich domostw. Wysysali też paliwo z samocho-dów i oblewali benzyną palmy i tamaryszki, rosnące w ich ogrodach.

Przez całą noc przemierzali stadami miasto, rąbiąc sie-kierami tropikalny las, który miłościwie dla nich stworzy-łem. Słyszałem krzyki fułmarów, pohukiwanie przerażonych sów i płaczliwe skargi jeleni. Szkielet skrzydlatej istoty, wiszący na ścianie zakrystii, drżał w płomieniach, jak gdyby prastary człowiek-ptak, wydobyty z dna rzeki, chciał wyrwać się z muzealnej gabloty i odlecieć w nocną dal.

Zanim nadszedł świt, serpentyny mojej krwi przez wiele godzin opadały na ziemię – przypominały długie chwasty, wyrastające z rany na mojej piersi albo barwne banderille, tkwiące w ciele konającego byka. Wystrzelona przez Star-ka kula dum-dum trafiła mnie w środek mostka, przebiła pierś i wyszła z drugiej strony, rozpryskując się na sto ka-wałków, z których każdy niósł okruch mojego serca. Chociaż wciąż jeszcze żyłem, ogarnęła mnie odrętwia-jąca rozpacz. Wiedziałem, że moje moce zniknęły, a wraz z nimi zachwyt, jakim się darzyłem, i duma, którą czułem, będąc naczelnym bóstwem tego małego królestwa, kiedy udowodniłem swoje prawo do wkroczenia w ów prawdzi-wy świat, gdzie znalazłem się. na krótko po przymusowym lądowaniu w Shepperton. I oto raz jeszcze zostałem ścią-gnięty z powietrza, dokładnie w chwili moich zaślubin z Miriam St. Cloud.

Wiedziałem już, że jestem winien wielu przestępstw, i to nie tylko przeciwko istotom, które podarowały mi drugie życie, lecz przeciw sobie samemu – popełniłem przestęp-stwa arogancji i wyobraźni. Opłakiwałem leżącą obok młodą kobietą i czekałem, podczas gdy moja krew opadała na ziemię.

O świcie nadeszła grupa obłąkanych lotników.

– To Blake! On jeszcze żyje!

– Nie dotykajcie go!

– Zawołać tu Starka!

Przyprowadził ich stary żołnierz z laską. Wchodzili do kościoła pojedynczo i wciskali się plecami w kolumny w obawie, że jeśli zbliżą się do mnie, zbije ich z nóg jakiś szalony wir. Twarze sczerniały im od pożarów tropi-kalnego lasu, a dłonie starli do krwi na trzonach swoich siekier. Podchodzili nieśmiało, księgowi i urzędnicy ban-kowi, chowając się za siebie. Zniszczyli ubrania, które no-sili poprzedniego dnia, a dzisiaj przebrali się w kostiumy złupione w wytwórni. Była to mieszanina rozmaitych mun-durów z powietrznej epopei – stare kombinezony, jakich używano do lotów w otwartym kokpicie, obszyte wełną kurtki i szerokie w ramionach mundury pilotów linii pasa-żerskich.

Stark przyjechał i rozepchnął ich, gdy wpatrywali się we mnie, wznosząc niepewnie siekiery w świetle brzasku. Ja-sne włosy opadały mu swobodnie na ramiona. Był ubrany w lśniący, obcisły kombinezon pilota szturmowego helikop-tera. Wydawało mi się, że świadomie odgrywa przerastają-cą go pierwszoplanową rolę anioła śmierci w filmie opo-wiadającym o powietrznym Armageddonie. Stanął wśród odprysków szkła, mierząc do mnie ze strzel-by, gotów wpakować mi następną kulę w serce. – Istotnie, żyjesz, Blake. Wiem o tym. – Mówił cicho, niemal cierpliwym tonem. – A w każdym razie nie umar-łeś… Widziałem już te oczy na plaży…

Zrozumiałem, że Stark nie jest całkiem przekonany, ja-kobym stracił swoje moce, i na poły żywił nadzieję, że za-chowałem choćby tyle siły, by mógł mnie wykorzystać w nadchodzących wywiadach telewizyjnych. Chciałem pod-nieść rękę i przebaczyć mu, że do mnie strzelił, ale nie mo-głem się ruszyć. Proporce mojej krwi wisiały wciąż kilka cali nad ziemią, falując wokół jego stóp, utrzymywane w górze przez duchy dzieci, które w siebie wchłonąłem. Stark odwrócił się ode mnie i zaczął się przyglądać Mi-riam St. Cloud. Choć jej usta ziały żółtą szczeliną, a powie-ki Miriam obsiadły gnilne muchy, młoda kobieta, którą ko-chałem, była wciąż obecna w paciorkach wilgoci wokół li-nii jej włosów, w znamieniu koło lewego ucha i bliźnie pod brodą, pochodzącej jeszcze z lat dziecinnych. Spracowane dłonie Miriam kryły ranę w piersi, zaciśnięte wokół roz-bryzgu zakrzepłej krwi jak ręce oblubienicy, trzymające nie-oczekiwany bukiet mrocznych kwiatów, który przypiął jej do piersi jakiś nieproszony gość.

Stark przyglądał się jej bez śladu żalu, jak gdyby ocalił niebo nad Shepperton przed ptakiem o wiele bardziej nie-bezpiecznym ode mnie. Pojąłem, że zabił ją, ponieważ bał się, że Miriam mogłaby urodzić moje dziecko -jakąś zło-wrogą, skrzydlatą istotę, która przyniosłaby im wszystkim zagładę.

Stark splunął na jej stopy i gestem nakazał innym po-dejść bliżej.

– Dobrze… Wynieście go na zewnątrz. Ale uważajcie, gdyby próbował latać.

Przezwyciężyli w końcu strach i wyciągnęli mnie z ko-ścioła. Za progiem ułożyli mnie w drucianym wózku, który zabrali z supermarketu. Kiedy przewozili mnie obok wy-twórni – groteskowi lotnicy z martwym kolegą w skrzydla-tym nakryciu głowy – proporce mojej krwi drżały w chłod-nym powietrzu. Stark biegł przodem, unosząc strzelbę ku posępnym drzewom, gotów załatwić każdego ptaka, który byłby na tyle nieostrożny, żeby na niego spojrzeć. Wrócił do mnie pędem i odepchnął starego żołnierza, który trącał mnie laską w głowę.

Nieprzyjaznym, ale pełnym szacunku tonem zamruczał:

– Będziesz latał, Blake. Ty lubisz latać. Nauczę cię latać na lotni.

Podążając wyludnionymi ulicami, minęliśmy pomnik. Na chodnikach leżały dymiące winorośle i pnącza, wyglą-dające jak kawałki zwęglonego lontu, pozostawione przez zespół minerów, który nawiedził nocą Shepperton. Główną ulicę pokrywały tysiące zbielałych kwiatów, a pośród spla-mionych krwią płatków leżały wilgotne pióra zmasakrowa-nych ptaków. Ramiona figowca zwieszały się wciąż nad centrum miasta, ale liczne ogniska, rozpalone pod ciężkimi konarami, zwęgliły korę drzewa. Między sczerniałymi ko-rzeniami stały wypalone kadłuby samochodów. Przed supermarketem zebrał się niewielki tłum – grup-ka mężów o surowych twarzach, połączonych znów ze swy-mi zszokowanymi małżonkami, a także dzieci i rodziców, ubranych w najrozmaitsze części garderoby, wyciągnięte z puszek na śmieci i ognisk. Cisnęli się wokół mnie urzędni-cy i sprzedawcy sklepowi, którzy zaledwie kilka godzin wcześniej żeglowali radośnie wraz ze mną wokół kościel-nej nawy.

Jakaś potargana młoda kobieta w poplamionej sadzą wie-czorowej sukni uderzyła mnie w twarz ostrymi palcami. – Gdzie jest Bobby? Zabrałeś mi syna!

Wokół mnie rozwrzeszczeli się też inni ludzie, wykrzy-kujący imiona utraconych dzieci.

– On jeszcze żyje! Spójrzcie na jego oczy! Stark odpędził ich ruchem strzelby i sam zaczął pchać wózek w kierunku parkingu.

– Nie dotykajcie jego rąk! Jest martwy!

Deptali chorągiewki mojej krwi, wypływającej z serca niczym trzepoczący w górze ogon opadłego latawca. Stary żołnierz ciął wstęgi krwi swoją laską.

– Nie patrz na mnie, Blake! Bo wyrżnę ci oczy! Pośród wysepek sprzętu gospodarstwa domowego i sy-pialnianych mebli rozbrzmiewał teraz chór głosów. – Odciąć mu ręce! I stopy!

– Odciąć mu członka!

– Nie dotykajcie go!

Spływając plwocinami, siedziałem bezradnie w wózku z poszarpanym nakryciem głowy, które opadało mi na ra-miona. Stark zerkał w górę, na parking. Wiedziałem, że zamierza zrzucić mnie z betonowego dachu, przekonany, że tym razem spadnę. Więc nie domyślał się, że ocaleję, nawet jeżeli zrzuciłby mnie z lotni?

– Stark, potrzebujemy go tutaj. – Stary żołnierz przy-trzymał wózek, sprzeczając się ze Starkiem. – Nigdy stąd nie uciekniemy bez Blake’a.

Kiedy się kłócili, powędrowałem myślami do wnętrza swoich kości, błądząc po moim wycieńczonym ciele. Czu-łem piekące plwociny na policzkach i dłoni, a wstęgi krwi szarpały moje serce, targane dłońmi z tłumu. Stałem się to-temem święta wiosny, pozszywanym w swojej własnej krwi przez te umorusane, podniecone kobiety. Kiedy znów się zbudziłem, Stark pchał wózek ulicą. Klu-czyliśmy, skręcając gwałtownie w ponure boczne uliczki. W całym miasteczku wisiały na ogrodowych płotach szcząt-ki skrzydlatych nakryć głowy, jak gdyby nad Shepperton zestrzelono nocą jakąś powietrzną armadę. Na progach do-mów siedzieli w kucki ludzie o wymizerowanych twarzach, paląc niewielkie ogniska z liści palmowych. Niespokojne dzieci wycinały w korze palm jakieś dziwaczne hasła. Zbliżaliśmy się do bambusowej palisady, za którą leżała otwarta droga, wiodącą do Londynu i na lotnisko. W nie-przebytej dotąd leśnej ścianie ogień wypalił rozległe szcze-liny. Obserwowali nas mieszkańcy pobliskiej wioski, któ-rzy wstali z kurami, niewątpliwie zadziwieni widokiem tłuszczy przebierańców, pchających w wózku poranione ciało skrzydlatego człowieka.

Pognaliśmy przez wyłom w palisadzie. Gdy podniecone okrzyki wokół mnie zamarły, znów ogarnęło mnie uczucie, którego zaznałem pierwszego dnia w Shepperton. – Dalej! Nie rezygnujcie! Dziś wieczorem pokażą nas w wiadomościach! – Tłukąc mnie strzelbą po głowie, Stark popędzał zmęczonych urzędników wraz z ich żonami i dzieć-mi, ale oni kolejno dawali za wygraną i ustawali w tym zniechęcającym marszu. Dysząc ciężko, odwracali się ku Shepperton, które zaczynało się od nich oddalać ni-czym miraż, widoczny wiele mil dalej na południe. Poza wyznaczonym przez autostradę obwodem leżały na hory-zoncie wiejskie domki z czerwonej cegły, tworząc odległą perspektywę, przywodzącą na myśl wiktoriańskie pocztów-ki.

Stark rzucił strzelbę na wózek w poprzek moich nóg i z krzykiem obrzydzenia skierował pojazd z powrotem ku Shepperton.

– Na razie możesz nas tu zatrzymać, Blake – powiedział do mnie półgłosem. – Ale zanim to się wszystko skończy, będziesz jeszcze latał dla stacji telewizyjnych… Przez następną godzinę błąkaliśmy się po Shepperton posępnymi ulicami w dżungli. Siedziałem na wpół przy-tomny w sklepowym wózku, a wymęczona trupa prowin-cjuszy w lotniczych strojach kluczyła po częściowo wylud-nionym mieście. Ze Starkiem na czele popędzili za stację benzynową przez plac parkingowy, leżący zaledwie sto jar-dów od autostrady. Pokrzykując chrapliwie, sunęli z tru-dem naprzód – niechlujna, lekka brygada, pchająca wózek po wyboistym gruncie niczym taran, którym mieli nadzieję rozbić mury rzeczywistości, jaką opasałem Shepperton. Jed-nak po kilku sekundach wlekli się już z trudem po najwięk-szym parkingu świata -jego pokryta popiołem powierzch-nia sięgała widnokręgu, a samotne samochody dzieliły całe mile pustych miejsc parkingowych.

Znów odepchnięci, cofnęliśmy się do miasta. Budynek poczty i supermarket uformowały się wokół nas na nowo. Zdecydowany dowieść, że jego władza nad nową czaso-przestrzenią równa się mojej, Stark poprowadził nas za sklep meblowy, gdzie raz jeszcze zagubiliśmy się na nieskończo-nym obszarze, zastawionym meblami pokojowymi i kuchen-nymi, pokrytym archipelagami wysepek sprzętu gospodar-stwa domowego, ciągnącymi się po linię horyzontu, jak gdyby zawartość wszystkich prowincjonalnych domostw na Ziemi została wystawiona na sprzedaż w tej bezkresnej oa-zie wszechświata.

– Co z ciebie za pożytek, Blake?

Wpadłszy w rozpacz, Stark przestał się mną intereso-wać. Zostawił swoją trupę przed wielopoziomowym par-kingiem, ruszył ku figowcowi i zaczął strzelać na oślep w jego gałęzie. Wycieńczeni mieszkańcy kucali wokół mnie w swoich lotniczych strojach, wyskubując pióra martwych ar, które spoczywały wśród wilgotnych kwiatów. Odcho-dzili kolejno, aż w pobliżu pozostał już tylko stary żołnierz 222 z laską. Zanim odszedł, chwycił rączkę wózka i zepchnął mnie w dół ulicy, gdzie wpadłem prosto na ogrodzenie oka-lające pomnik.


33

<p>33</p> OCALENIE

Żyłem i byłem martwy.

Przeleżałem cały dzień w strzępach mojego skrzydlate-go nakrycia głowy, pośród żółknących wieńców u stóp po-mnika. Wypadłem z wózka na kamienne stopnie, a propor-ce mojej krwi owinęły się wokół obelisku, pieszcząc na-zwiska kobiet i mężczyzn z Shepperton, którzy zginęli w wojnach za swój kraj. Nie mogąc się ruszyć, czekałem na panią St. Cloud i ojca Wingate, żeby przyszli i opatrzyli mi ranę, ale ksiądz i matka Miriam opuścili mnie. Widziałem ich po drugiej stronie parku – ojciec Wingate pocieszał pa-nią St. Cloud, kiedy wyszli z zakrystii, gdzie leżała Miriam. Zrozumiałem, że postanowili jej nie grzebać, dopóki nie umrę raz jeszcze.

Tymczasem świat zewnętrzny zdawał się zapomnieć o Shepperton. Samochody sunęły autostradą w kierunku Lon-dynu, a kierowcy i pasażerowie chyba nie zdawali sobie sprawy z istnienia tego miasteczka, jak gdyby otaczający Shepperton mentalny parawan odbijał tylko ich przelotne myśli.

Wilgotnym popołudniem na usmolone dymem domy spadł słaby deszcz, którego krople skapywały z poczernia-łych pnączy i palm. Słyszałem, jak Stark włóczy się po uli-cach ze swoją strzelbą, zabijając te nieliczne ptaki, które ośmieliły się opuścić swoje kryjówki.

Mieszkańcy Shepperton skryli się w sypialniach, ale o zmierzchu pod pomnikiem zebrała się grupka kobiet, które zaczęły obrzucać mnie wyzwiskami. Były to matki dzieci, które wchłonąłem w siebie, matki tych dziewcząt i chłop-ców, których odległe dusze przebiegały mroczne galeryjki głębin mojego ciała i które utrzymywały mnie przy życiu. Kobiety przyniosły ze sobą śmieci w plastikowych torbach. Porozrywały swoje kombinezony lotnicze aż po pas, a po-tem obrzuciły mnie gradem odpadków i ciskały we mnie martwymi ptakami.

Choć mnie nienawidziły, cieszyłem się, że nauczyłem je latać. Dzięki mnie dowiedziały się, jak być kimś więcej niż sobą, jak przybrać postać ptaka, ryby albo ssaka, i dzięki mnie wkroczyły na krótko w świat, gdzie mogły zespolić się ze swoimi braćmi, przyjaciółmi, mężami i dziećmi. Leżałem u ich stóp, skrępowany skrzydlatym nakryciem głowy. Serpentyny mojego serca wzniosły się w zimnym powietrzu i trzepotały im w twarze, jak zagubione duchy synów i córek tych ludzi.

Wieczorem zobaczyłem lica trojga upośledzonych dzie-ci, które przyglądały mi się w wilgotnym świetle – wyglą-dały jak małe księżyce, które okrążają się w milczeniu. Kucnęły pośród martwych kwiatów i ar, żeby bawić się wstę-gami mojej krwi. Rachel pieściła je, mrugając w zachwycie niewidomymi oczami, i próbowała odczytać ich tajemni-cze kody niczym enigmatyczne wiadomości z innego wszechświata, zapisane na telegraficznej taśmie mojego serca. David wpatrywał się ponuro w umierającą dżunglę, kryjącą frontony sklepów, zaintrygowany ich bezcelową przemianą. Tymczasem Jamie naśladował mnie i przygar-niał do piersi mokre maki, wyciskając z nich palcami sok. Raz podczołgał się bliżej i położył mi przy głowie martwą wronę, ale wiedziałem, że nie chciał być okrutny. Po prostu stałem się kaleką, tak jak on.

Pod osłoną nocy dzieci ożywiły się i wciągnęły mnie z powrotem na wózek. Rachel waliła mnie pięściami w nogi, usiłując przywrócić je do życia.

Na mrocznych ulicach jarzył się blask ognisk, bijących pod niebo z górnych tarasów wielopoziomowego parkingu. Dzieci powiozły mnie spiesznie za opuszczoną klinikę i dalej, ku swojej tajemnej łące.

W szarym świetle zauważyłem biały kształt samolotu, który zbudowały mi nad grobem.


34

<p>34</p> MGIEŁKA MUCH

Tak więc dzieci zabrały mnie, żebym zamieszkał w gro-bie. Siedziałem jak strach na wróble w wypełnionej kwia-tami mogile, wyściełanej martwymi ptakami, otoczony szczątkami mojego nakrycia głowy, trzymającego się wciąż na ramionach i paskach pod moją brodą. Po obu stronach grobu leżały skryte w ciemności kawałki skrzydeł cessny, które wraz z fragmentami jej przedniej szyby i ogona two-rzyły prymitywny kadłub. Nawet jedno śmigło zostało wy-rwane z dna koryta rzeki i wywleczone na łąkę. Spoczywa-ło teraz na trawie u moich stóp niczym pogięty i zardzewia-ły miecz.

W cienistej altanie siedziały dzieci, przypominające ułomne cherubiny w ogrodzie przy kostnicy. Nad Shepper-ton osiadły niemal dotykalne wyziewy. Drzewa skrył bal-dachim mroku, jak gdyby nad umierającą dżunglą rozcią-gnął się całun szarości. Światło nie spływało już ze wszyst-kich liści. Ptaki milczały, schowane wśród więdnących or-chidei i magnolii, których płatki przybrały w śmierci rów-nie woskowe oblicze, jak policzki Miriam St. Cloud. W górze łopotały poszarpane żagle ciemnych skrzydeł. Na przyćmionym niebie zbierały się sępy. Lądowały na pożółkłej trawie, by karmić się padliną wymordowanych ptaków. Na leżącym przede mną śmigle przysiadł mały sęp płowy, zaciskając szpony wokół obosiecznego miecza. Wszędzie dokoła pojawiała się makabryczna roślinność, a w trawie buszowały dziwne drapieżniki. Węże wspinały się na brzegi strumyka. Plaga pająków rozsnuwała na drzewach ropne sieci, osłaniając martwe kwiaty srebrnymi całunami, a zbite w aureolę białe muchy żerowały nad grobem. Kiedy łąkę wypełnił świt, ujrzałem dzierzbę, która atakowała ostat-nie kolibry, wbijając je na ciernie kolczastych krzewów. Shepperton stało się obmierzłe, ponieważ zatruła je pły-nące ze mnie rozpacz. Zaraz po brzasku powróciły dzieci. W nadziei, że przywróci mnie do życia, Jamie po raz pierw-szy przyniósł mi żywego ptaka – był to zmaltretowany ru-dzik, którego chłopiec puścił wolno w trawie. Dzieci były nazbyt wystraszone, żeby do mnie podejść, przykucnęły więc w rojącej się od wszy trawie. Jamie pohukiwał żałośnie sam do siebie, kryjąc głowę w ramionach przed krążącymi w górze sępami, które czekały, by pożreć moje ciało, choć z niego właśnie powstały. David zakrył dłońmi oczy Rachel, obawiając się, że nawet ślepota nie uchroni dziewczynki przed widokiem tych wszystkich okropności. Po bladych ulicach błąkało się kilka osób, przebranych nadal w stroje lotników. Miasteczko pilotów umierało przeze mnie, a ja z kolei umierałem przez nich.

A jednak wciąż jeszcze żyłem.

Na środku parku sępy szarpały zwłoki padłych jeleni. Stadko ciemnych padlinożerców obsiadło dystrybutory na stacji benzynowej, a ich przywódca pożerał martwego psa. Szary wiatr poruszał tysiącami zmiażdżonych kwiatów, podczas gdy ludzie cofali się przed ptakami, obserwując je w odrętwieniu z progów swoich domów. Uzbrojeni w noże i ogrodowe widły, wpatrywali się uważnie w głąb parku, gdzie trawę kryły ciała zdychających jeleni. Wśród wycień-czonego stada stał na chwiejnych nogach pojedynczy sa-miec.

Czekałem, aż przyjedzie policja, która mnie uratuje, bo chciałem się już przyznać, że ukradłem cessnę. Ale świat utracił zainteresowanie Shepperton, jak gdyby ktoś rozsta-wił niewidzialne parawany wokół miasteczka. Odjechały ostatnie radiowozy, a załogi telewizyjnych wozów transmi-syjnych pakowały sprzęt.

Tego popołudnia nie przyleciały żadne helikoptery. Od strony uschłych wiązów dobiegły mnie podniesione głosy. To grupa myśliwych ze Starkiem na czele wracała z wyprawy nad rzekę, ciągnąc przez martwe klomby skrwa-wione ciało morświna. Między krzakami potarganych ro-dodendronów ujrzałem podekscytowaną twarz i rozczochra-ne włosy Starka. Był splamiony krwią. Powiesił zwierzę na haku przed sklepem rzeźniczym nieopodal pomnika ofiar wojny. Kiedy z bocznych uliczek nadbiegły wygłodniałe gospodynie domowe, Stark wszedł na blaszaną baryłkę i zaczął wycinać steki z mięsa morświna.

Masakra nad rzeką trwała całe popołudnie. Wilgotna tra-wa w parku zrobiła się śliska od krwi i łusek. Banda mor-derców, operująca z pontonu Starka, zakłuwała delfiny, morświny, wargacze i łososie – tak krwawi lotnicy mścili się na stworzeniach innego żywiołu. Brodząc po pas w wo-dzie, Stark zatłukł na śmierć białego miecznika, usiłujące-go ukryć się w zatopionym samolocie. Słyszałem w grobie, jak przyzywa mnie ostatnie światełko jego ducha. Tego popołudnia kwiaty i pióra ulic Shepperton spłynę-ły krwią. Żądni pożywienia mieszkańcy tłoczyli się w skle-pach rzeźniczych, domagając się z wrzaskiem surowego mięsa, piętrzącego się na ladach, przy których Stark i jego lotnicy rozdawali ludziom moje ciało.

W grobie zaroiło się od wściekle bzyczącycłi owadów – padlinożeme osy łamały sobie skrzydła, cisnąc się żarłocz-nie wokół martwych ptaków, a z mojej skóry zerwała się mgiełka much, która osiadła na wszystkich żywych i mar-twych stworzeniach w Shepperton.


35

<p>35</p> OGNISKA

Węże pełzły tyłem przez ponurą łąkę. Ptaki fruwały do góry nogami między umierającymi drzewami. Dziesięć stóp od mojego grobu wygłodniały pies zwęszył własne łajno, po czym przysiadł na ziemi i wchłonął je w siebie żarłocz-nie.

Moja krew unosiła się z otwartego serca wstęgami czar-nej krepy, której serpentyny ciągnęły się w głąb mrocznie-jącego lasu. Wątłe drzewa pokrywał dziwny grzyb, karmią-cy się azotowym powietrzem. Nad parkiem zawisły obrzy-dliwe miazmaty, deformujące więdnące kwiecie. Siedzia-łem w kokpicie samolotu, pełnego martwych ptaków. Ze wszystkich stron otaczał mnie ogród nowotworów. Śmierć wybiegła ze mnie na milczącą łąkę i ruszyła na ulice miasteczka. Nasłuchiwałem słabego nawoływania mieszkańców, którzy urządzili sobie polowanie i wybijali ostatnie ptaki w lesie.

Późnym popołudniem w altanie pojawił się jelonek, który podszedł do grobu, chwiejąc się na kościstych jak szkielety nogach. Wpatrywał się we mnie rozbieganymi oczami, nie mogąc skupić wzroku na mojej rozpływającej się twarzy, a po chwili położył się w ciemnej trawie. Pod okiem sępów, siedzących na gałęziach nad moją głową, zaczęły groma-dzić się wokół mnie inne zwierzęta – ostatnie ocalałe stwo-rzenia z tego małego raju, który przyniosłem miasteczku. Pośród maków znalazł się cocker-spaniel, suczka, która przysiadła, skomląc, obok śmigła cessny. Leciwy szympans, którego nakarmiłem, gdy Stark porzucił swój ogród zoolo-giczny, przykucnął w trawie, bijąc się rękami po głowie, jak gdyby w ten sposób chciał wtrącić prawdziwy świat z powrotem na łąkę. Ostatnia przybiegła z przyziemnym sze-lestem małpka, która wdrapała się na kadłub i uporczywie przyglądała mi się olbrzymimi oczami przez pękniętą szy-bę samolotu.

Zwierzęta przyszły, żebym je uzdrowił -ja, który usła-łem ulice kwiatami i nakarmiłem zwierzęta owocami chle-bowca. Siedziałem w kokpicie mogiły, wciąż nie mogąc się ruszyć. Czułem, że zamrożone żyły w moich ramionach są jak z grafitu. Wycieńczone niebo rozświetlały ogniska, w których mieszkańcy palili dżunglę, porastającą ich sklepy i domostwa.

Widziałem także członków mojej rodziny – wyglądali jak duchy, stojące na wyśnionym trawniku, i obserwowali mnie spod rezydencji St. Cloudów. Ojciec Wingate w nie-skazitelnie czystej sutannie stał w przesiąkniętej krwią tra-wie. Jego twarz i ręce były wychudzone, i zrozumiałem, że głodził się specjalnie, by uchronić przede mną swoje ciało. Były z nim dzieci – Rachel spała na stojąco, wsparłszy gło-wę na ramieniu Davida. W otwartym oknie mojej sypialni ujrzałem panią St. Cloud o bladym, wymizerowanym do kości obliczu. Jej szara koszula nocna przypominała całun, jak gdyby pani St. Cloud wstała z łoża boleści i chciała mnie poprosić, żebym umarł.

Nawet Stark zajął swoje miejsce w jednym z wagoni-ków diabelskiego koła. Miał na szyi klamrę barwnej girlan-dy z kolorowych ar i wpatrywał się w zardzewiały ponton, zacumowany nad cessną i splamiony krwią, która zdawała się wyciekać z kokpitu samolotu.

Wszyscy czekali, aż umrę i ich wyzwolę. Przypomnia-łem sobie obraz zagłady, który zobaczyłem, kiedy wydosta-łem się z samolotu, wizję własnej śmierci pod rozświetlo-nym ogniskami niebem. Pomimo tylu wysiłków, by udo-wodnić, kim jestem, stałem się trupem osadzonym w gro-bie.

Spaniel przysunął się bliżej, chcąc mi odebrać resztki sił. Szympans ułożył się na boku w trawie, wbijając we mnie wzrok. Nie zwracając na nich uwagi, nasłuchiwałem prze-raźliwych krzyków padlinożerców. Usłyszałem gdzieś bli-sko trzepot sępich skrzydeł i spojrzałem za rzekę w nadziei, że przybędzie stamtąd helikopter, aby mnie ocalić. Poddawszy się rozpaczy, postanowiłem umrzeć.


36

<p>36</p> SIŁA

Choć umierałem, poczułem przypływ sił. Serce ściskała mi nieznana dłoń. Delikatnie ugniatała porozrywane komory, ułatwiając przepływ krwi. Moja skóra stała się cieplejsza, a zmrożonymi naczyniami zaczęła znów krążyć krew. W końcu zdołałem unieść prawe ramię. Gdy wyciągną-łem rękę do siedzącego wyżej na gałęzi sępa, zachęcając go, by karmił się moim ciałem, poczułem znów wokół ser-ca uścisk nieznanej dłoni, a potem ujrzałem twarz starego szympansa i ciemność w jego szeroko otwartych oczach. Na moment przed śmiercią małpy poczułem w piersi kolej-ny przypływ sił, jak gdyby wszczepiono mi serce zwierzę-cia. Usiadłem, a moja pierś dudniła w rytm dziwacznego tętna. Zobaczyłem ostatnie wierzgnięcie nóg jelenia i mój puls przyspieszył, gdy krew zdychającego rogacza została przetoczona w moje żyły.

Spojrzałem na swoją nagość pod obszarpanym kombi-nezonem. Moja skóra straciła odcień popiołu, a kiedy dźwig-nąłem w górę nakrycie głowy, proporce krwi oderwały się od moich blizn i zatrzepotały w locie wśród potarganych, maków.

Rana przestała mi krwawić. Zwierzęta konały kolejno w trawie wokół grobu. Każde z nich dawało mi coś swojego – krew, tkanki albo jakiś ważny życiowo organ. Serce szym-pansa biło silnie w mojej piersi, krew jelenia gnała pustymi żyłami jak wiosenna powódź w labiryncie wyschniętych kanalików, płuca kapucynki wdychały powietrze moimi ustami, a zamglony mózg spaniela spoczął u podstawy mojej czaszki, jak gdyby wierne zwierzę podtrzymywało swojego rannego pana.

Zwierzęta konały w trawie wokół mnie, oddając za mnie życie. Po chwili dźwignąłem się na nogi w kokpicie grobu. Raz jeszcze uwolniłem się z samolotu.

Las pozostawał w bezruchu. Nic się nie działo, liście i trawa zawisły jakby w milczeniu. Czułem życie, wlewają-ce się we mnie ze wszystkich stron z woli najmniejszych nawet i naj nędzniej szych istot. Wróble i drozdy przekazy-wały mi swoje maleńkie źrenice, nornice i borsuki odda-wały mi w norach swoje zęby, wiązy i kasztanowce przeka-zywały mi siłą woli własne soki niczym ponure mamki, le-jące we mnie mleko. Nawet pijawki na śmigle samolotu, robaki pod moimi nogami i miriady bakterii w ziemi pełzły olbrzymim zborem poprzez moje ciało. Tętnice i żyły wy-pełniło mi wielkie kłębowisko żywych istot, które swoim życiem i działaniem dobrej woli przekształcały kostnicę mo-jego ciała. Chłodna wilgoć ślimaków nawodniła mi stawy, poczułem, jak rozluźniają mi się mięśnie, rozciągnięte ty-siącami gałęzi, a moje ciało balsamowały ciepłe żyłki mi-lionów liści, wypełnionych słońcem.

Ruszyłem w głąb łąki, otoczony dziwną, świetlną mgieł-ką, jak gdyby moje prawdziwe ja rozpływało się w powie-trzu i spoczywało w ciałach tych wszystkich stworzeń, któ-re oddały mi część samych siebie. Odrodziłem się w nich i w ich miłości do mnie. Każdy listek, każde źdźbło trawy, każdy ptak i ślimak został zapłodniony moim duchem. Las czuł, że poruszam się w jego tkankach coraz szybciej. Rodziłem się na nowo z naj nędzniej szych stworzeń – z ameb, dzielących się w rozlewiskach na łące, z hydr i wo-dorostów. Żyłem w skrzeku płazów ze strumyka, opływają-cego łąkę, i byłem psem wodnym w rzece, zrodzonym z ciała mojej matki – rekina. Ciężarna łania upuściła mnie w głęboką trawę na łące. Wyłaniałem się ze steku odchodo-wego wszystkich ptaków. Rodziłem się w tysiącu narodzin z ciał wszystkich żywych istot lasu – byłem własnym oj-cem i stałem się swoim dzieckiem.


37

<p>37</p> ODDAJĘ SIĘ

Las znów pojaśniał. Pomiędzy posępnymi niedawno drzewami pobłyskiwały kolorowe kwiaty, a wśród liści su-nęło znajome światło, jak gdyby boski ogrodnik, nadzoru-jący ten przyćmiony raj, przybył nieoczekiwanie, spóźnio-ny na początek dnia, i włączył jego światła. W rzece sko-czyła ryba – srebrny ognik, który rozpalił dzień na nowo. U wylotu łąki klęczały w trawie dzieci. Widziałem ich małe uśmiechy wśród rozchwianych maków. Wyglądały na wyczerpane, ale zadowolone, jak gdyby zmęczyły je trudy przekazywania mi za pośrednictwem woli swoich sił, czyli cząsteczek zdeformowanych ciał – David zapewne próbo-wał przekazać mi stoicyzm, Jamie emocje, jakie budziło w nim wszystko, a Rachel ciekawość i spokój. Całe Shepperton zdawało się odpoczywać, jak po olbrzy-mim wysiłku. Mieszkańcy nie próbowali już niszczyć ro-ślinności i rozsiedli się w progach swoich domów, odrzu-ciwszy piły i siekiery. Obserwowali w milczeniu odradza-jący się las.

Czekało na mnie wszystko. Spojrzałem na swoją pierś, na zagojoną ranę – zniknęła nawet blizna. Czułem w piersi narządy, które przekazały mi tutejsze stworzenia. Nosiłem w sobie tysiące płuc, serc, wątrób, mózgów i genitaliów obojga płci, a stałem się tak płodny, że mogłem zaludnić nowy świat, w który miałem wkroczyć.

Nabrałem pewności, że jednak uda mi się uciec z Shep-perton.

Pokonałem parking pod kliniką. Na tarasie oddziału ge-riatrycznego siedzieli zgrzybiali i kalecy starcy. Dzieci szły za mną, z pospuszczanymi głowami, pojęły bowiem, że wkrótce je opuszczę. Zmarszczka pofałdowała masywne czoło Davida, gdy usiłował po męsku zadecydować o ich wspólnej przyszłości. Twarz Rachel zapadła się w sobie – dziewczynka zamknęła oczy, jak gdyby nie chciała ryzyko-wać odzyskania wzroku w chwili pożegnania. Tylko Jamie zachował pogodę ducha. Uniósł głowę i pohukiwał pod nie-bo, sondując je w nadziei, że ześle mu następnego lotnika. Starzec na tarasie uniósł rękę, pozdrawiając mnie po raz ostatni. Jakaś leciwa kobieta, wyniszczona białaczką, uśmiechnęła się ze swojej leżanki, dziękując mi za kwiaty w ogrodzie i barwne pióra ptaków.

Wróciłem do dzieci, ponieważ darzyłem je uczuciem. Przyklęknąwszy przed nimi wśród zaparkowanych aut, wzią-łem Jamiego za ręce. Odczekałem, aż ustały jego nerwowe pohukiwania, wtedy chłopiec wbił we mnie wzrok. Przez nasze zaciśnięte palce przelałem mu w ciało siłę i zwin-ność, jaką obdarzył moje nogi umierający jeleń. Oswobodziłem ręce chłopca. Spoglądając mu w oczy, zerwałem z jego nóg klamry ortopedyczne. Na widok swo-ich kolan Jamiemu zaparło dech w piersi – był zdumiony, że ma tak silne nogi. Śmiejąc się, kołysał się swawolnie, udając, że zaraz upadnie. Wydał ostatni okrzyk, dał spokój niebu i ruszył biegiem przez park, przeskakując klomby. Przez cały ten czas Rachel z uwagą nastawiała uszu, zwróciwszy oczy ku wzburzonej trawie, nie mogła jednak odczytać jej rozbieganych szyfrów. Przestraszona, cofnęła się przede mną, zdejmując dłoń z ramienia Davida, ale po-tem, w nagłym przypływie odwagi, podbiegła bliżej i obję-ła moje kolana. Trzymała mnie mocno w ramionach, chcąc przywrócić mi siłę, którą przelałem w Jamiego. Ująłem jej głowę w dłonie i wcisnąłem ją między swoje uda, dotykając martwych okien jej oczu. Wraz z niezawod-nym zmysłem kondorów, czubkami palców przekazywałem jej wzrok sokołów i orłów. Gałki oczne dziewczynki poru-szały się raptownie pod moimi palcami, jak gdyby raptow-nie śniła teraz wszystkie utracone obrazy dzieciństwa. Czu-łem, jak jej pobudzone nerwy wzrastają z mózgu niczym łodygi orchidei i rozkwitają delikatnymi płatkami źrenic. Rozdrażniona sobą, Rachel radośnie kiwała głową na boki, przytłoczona światłem wpadającym w mroczne komory jej czaszki.

– Tak, BlakeL.

Wyrwała mi się i spojrzała szeroko otwartymi oczami na łąkę, niebo i liście. Po chwili podniosła na mnie trzeźwy wzrok i przez krótką chwilę ujrzała we mnie swojego ko-chanka i ojca.

Jamie biegał między nami, zawracał wśród samochodów, a potem zaczął tańczyć wokół Davida, który ze stoickim spokojem tkwił w miejscu. Był szczęśliwy radością swoich towarzyszy, ale nie rozumiał, co się właściwie stało. Pojąwszy nareszcie, że wkrótce stąd odejdę, Rachel wzię-ła Davida za ręce i przyciągnęła go do mnie zdecydowa-nym ruchem. Przytrzymałem jego masywną głowę na mo-ich lędźwiach. Czułem bicie jego silnego serca, pełnego obaw, że jego rolę mógłby przejąć jakiś mózgowy uzurpa-tor. Przekazywałem mu płatki inteligencji przez spojenia kości jego czaszki, jak cienkie wiązki światła, które prze-szywały graciarnię mózgu chłopca. Jego umysł odpowia-dał, poruszał się po omacku wśród gasnących cieni, odbudowując zerwane przewody złącz. Na koniec podaro-wałem mu zrozumienie, dobry zmysł starych ryb i mądrych węży.

Głowa Davida rozbrzmiewała echem na moich kolanach jak szumiące planetarium astronomicznych snów. Ode-pchnął mnie, a potem uniósł wzrok z pełnym godności spo-kojem.

– Dziękuję ci, Blake… Czy teraz ja mogę ci pomóc? Odszedł grzecznie i zaczął przechadzać się bojaźliwie między zakurzonymi samochodami, jak gdyby zakłopota-ny obecnością czujnego i bystrego lokatora, który zajął miej-sce w jego głowie.

Byłem oszołomiony z wysiłku i zdawałem sobie spra-wę, że moje ciało musi zapłacić za trud, postanowiłem więc odejść. Do Shepperton w każdej chwili mogli przybyć pierw-si turyści, a za nimi policja w poszukiwaniu spadłej cessny. Odpoczywałem, wsparty o czerwony kabriolet Miriam St. Cloud, wspominając młodą lekarkę i pomoc, jakiej mi udzie-liła, kiedy pojawiłem się w miasteczku. W kurzu na drzwiach samochodu pozostawiła ślady palców – swoją ostatnią za-szyfrowaną wiadomość.

David czekał na mnie. Wzrok mi osłabł, ale widziałem jego jasne, niebieskie oczy, przyglądające się starcom na tarasie.

– Blake, zanim odejdziesz… – David przemawiał nie-mal dorosłym głosem. – Czy mógłbyś się z nimi pożegnać? Poszedłem za spokojnym i pełnym godności chłopcem na drugą stronę parkingu i dalej, na taras. Staruszkowie ma-chali do mnie z leżanek i wózków inwalidzkich, ucieszeni; że mogą siedzieć na słońcu. Patrząc na te umierające istoty, siedzące na progu własnej śmierci, miałem ochotę odwró-cić się, uciec i odlecieć stąd nad drzewami na zawsze. Wie-działem, że jeśli przekażę im siłę, którą obdarzyły mnie ptaki i rośliny, nigdy nie uda mi się wymknąć z Shepperton. Znów miałem tu pozostać, uwięziony.

David czekał na mnie i uśmiechnął się krzepiąco, kiedy zadrżałem. Widział, że gniewam się na starców, i mnie zo-stawiał decyzję, czy powinienem im pomóc. – Dziękuję ci jeszcze raz, Blake.

Wszedłem na wiodące na taras schody. Sunąłem między leciwymi pacjentami, ujmując ich starcze dłonie. Chorej na białaczkę staruszce, wyglądającej jak spopielały, uśmiech-nięty tłumoczek, oddałem swoją krew, dar jeleni i wiązów. Trzymałem jej maleńkie ręce, a krew wpływała w jej ciało przez węże moich przegubów. David rozpromienił się z zachwytu, kiedy staruszka odżyła na naszych oczach. Jej ciepłe palce ścisnęły mnie za łokieć.

– Poproszę pielęgniarkę, żeby przyniosła pani kosme-tyczkę, pani Sanders. – David rozdzielił nas i popchnął mnie do następnego pacjenta.

Zdemenciałemu starcowi oddałem drugą część mojego mózgu, którą dostałem od sokołów i orłów. Jego roztrzę-siona głowa uspokoiła się w moich rękach, a oczy chorego spoglądały na mnie jak oczy zaspanego szachisty, rozbły-skujące rankiem na widok zwycięskiego posunięcia. – Jeszcze choć kilku, Blake.

David podtrzymywał mnie, gdy przesuwałem się mię-dzy wózkami. Zniedołężniałym starowinom, reumatykom, cukrzykowi i schizofreniczce podarowałem zdrowie i roz-sądek. Wzrok mi się zamglił, gdy gramolili się w piżamach ze swoich łóżek i wózków inwalidzkich, by zbić się wokół mnie. Zdemenciały starzec bębnił pięścią w moje ramię, chwytając po raz pierwszy logikę czasu i przestrzeni. Schi-zofreniczka wyśpiewywała trele dziwnej piosenki pobliskie-mu drzewu. Koronkową skórę kobiety oblał młodzieńczy rumieniec nastolatki, jak gdybym przemienił staruszkę w jej własną wnuczkę.

David spokojnie prowadził mnie między nimi, a ja roz-dawałem kalekom dary wzroku, rozsądku, zdrowia i wdzię-ku, rozkładając na części moje ciało i umysł, które gotów byłem przekazać każdemu, kto czepiał się moich rąk. Na samym końcu podarowałem swój język człowieko-wi choremu na raka ust.

– Blake, byłeś dla nas dobry… – Choć David stał po mojej prawej ręce, jego głos zdawał się dochodzić z drugiej stro-ny parku, ja zaś straciłem mowę.

Ale oddawałem się im z radością.


38

<p>38</p> CZAS ODLOTU

Zostałem sam. Ślepy, niemal zupełnie głuchy i pozba-wiony języka, chodziłem, powłócząc nogami, po ruchliwych ulicach Shepperton, podpierając się kulą, którą dostałem od jednego z uleczonych przeze mnie staruszków. Wyczu-wałem dokoła obecność mieszkańców i wiedziałem, że w końcu są szczęśliwi. Było to dziwne, ale cieszyłem się, że oddałem im siebie, że przekazałem im te właściwości, któ-rymi ptaki, węże, nornice i wszystkie najdrobniejsze stwo-rzenia ziemne podzieliły się ze mną w ten sam sposób, w jaki wszechświat dwukrotnie już podzielił się ze mną ży-ciem. Właściwie uciekłem teraz z Shepperton, pogrążając się w ich ciałach, choć pozostawiłem cząstkę siebie w ró-żowym rumieńcu na skórze starej kobiety i w jasnych oczach jeszcze niedawno zgrzybiałego starca.

Kilka razy stuknąłem kulą w ziemię i zorientowałem się, że jestem niedaleko supermarketu. Ale wokół mnie nie było obcych ludzi. Znałem tu wszystkich, ich słabe i mocne punk-ty, zapach ich potu, znamiona na ich plecach i ubytki w zębach. Byłem ich matką i ojcem, bo wyszli ze mnie, zro-dzeni z mojego powietrznego ciała.

Dotarłszy do stacji benzynowej, postanowiłem odpocząć wśród dystrybutorów. Moją skórę kąpała woń tropikalnego kwiecia. Wyczuwałem zbliżające się kroki, jak twarde ostrza na betonowym dziedzińcu. Kiedy ruszyłem na drugą stronę ulicy, po omacku stukając kulą w ziemię, ludzie szli za mną w milczeniu. Minęliśmy opuszczone kapliczki pośród wy-sepek sprzętu gospodarczego i zdążaliśmy dalej, przez plac autokomisu, na otwarty teren w pobliżu autostrady. Zatrzymałem się i usłyszałem wokół siebie odgłos ryt-micznych oddechów. Czyżby szli za mną zabójcy, którzy za chwilę ukamienują mnie na śmierć? Byłem im gotów dać, co tylko chcą – moje słabe nogi i ramiona, pozbawione po-wietrza płuca i niemagiczne już lędźwia. Gdyby zdarli ze mnie ubranie, pozostawiliby w pyle autostrady tylko kłę-bek splątanych kości.

Ktoś dotknął mojego ramienia. Poczułem na szyi ciepły oddech. Czyjeś palce badały moje nadgarstki, ktoś pieścił moją posiniaczoną pierś, ktoś inny gładził powieki moich niewidomych oczu. Ludzie stłoczyli się przy mnie, dotyka-li mnie, dotykali moich nóg, masowali mi uda, unosili mosz-nę. W moje wargi wcisnęły się słodkie, kobiece usta. Omal nie zadławili mnie przejawami czułości, jak kochający ro-dzice, którzy rozmyślnie duszą swoje ułomne dziecko. Ogarnęła mnie jakby wsteczna fala pływowa, gwałtow-ny odpływ, który zalał moje puste naczynia krwionośne. Po-wietrze pojaśniało. Moje lędźwie i penis ożyły w dłoniach młodzieńca, którego nasienie ładowało na nowo moje ją-dra.

– Blake!… Otwórz oczy!

Ojciec Wingate i pani St. Cloud uśmiechali mi się pro-sto w twarz. Podobnie jak wszyscy dokoła byli przebrani w stroje lotników i przypominali wiktoriańskich entuzjastów lotnictwa. Ksiądz zdjął swoją panamę i posłał ją jednym ruchem nad dachami bezpańskich samochodów, a potem uściskał mnie czule.

– Blake, udało ci się!… – Opuściło go obrzydzenie do samego siebie i nie miał ani jednej zmarszczki na twarzy, rozświetlonej tym samym wewnętrznym światłem, które prześwitywało z rentgenowskich fotografii mojej czaszki. Był wesoły i chyba kręciło mu się w głowie, niby młodemu klerykowi, cieszącemu się jakimś wspaniałym dowcipem nad kieliszkiem mszalnego wina.

Pani St. Cloud przytrzymała w dłoniach moją twarz i pocałowała mnie w czoło. Spostrzegłem w jej uśmiechu wyraz twarzy Miriam. Rysy oblicza pani St. Cloud ściągnę-ły się i wspięły znów na kości podbródka i skroni, a jasne włosy spadały jej swobodnie na ramiona. – Blake, nadszedł czas odlotu. Teraz wszyscy jesteśmy gotowi cię przyjąć.

Moje wciąż na wpół ślepe oczy ujrzały, że dookoła stoją setki ludzi. Przyszli wszyscy, jak zjawy w białym śnie, po-błyskujące chwilami przez zapylone światło. Wydawali mi się teraz młodsi, niby dzieci powracające do swoich daw-niejszych jaźni. Była wśród nich dyrektorka banku, sprze-dawca mebli, kasjerki z supermarketu, księgowi, sekretar-ki, emerytowany wojskowy, aktor z telewizji, który zbudo-wał moją skrzydlatą maskę, a także kaleki i starcy, którzy odrzucili kule i wózki inwalidzkie. Brakowało jedynie dzieci i Miriam. Daleko na horyzoncie Jamie i Rachel biegali po parku, goniąc ptaki i motyle. David też oddalał się ode mnie. Wracając nad rzekę, zatrzymał się pod pomnikiem, żeby obejrzeć się na mnie z charakterystycznym, mądrym uśmie-chem.

Mój wzrok nabrał ostrości. Poczułem dłonie napierają-cych na mnie mieszkańców Shepperton. Wszyscy przeka-zywali mi coś własnego, żetony swoich dusz, które przypi-nali mi do serca, jak gdybym był panem młodym na wła-snym ślubie.

– Blake! Chodź! Nadszedł czas odlotu!

– Popatrz w górą, Blake!

Wołał mnie ojciec Wingate, wzniósłszy swoją silną gło-wę ku słońcu. Pierwsi mieszkańcy – dyrektorka banku i aktor z telewizji – wzbili się już nad ziemię. Pokazywali na migi, żebym się do nich przyłączył, wyciągając do mnie ręce. Krążyli w ciepłym słońcu, a ich stopy wzbijały wielką chmu-rę kurzu. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że żywią dla mnie ciepłe uczucia i martwią się o mnie. Ojciec Wingate oto-czył ramieniem kibić pani St. Cloud, ocierając się kolana-mi o moje ramię.

– Już czas, Blake!

Lecieli dziesięć stóp nad ziemią, trzymając się za ręce. Krążyli wokół mnie, chcąc siłą woli pomóc mi wznieść się w górę, i w końcu poczułem, że powietrze chłodzi pokale-czone palce moich stóp. Odrzuciłem kulę i niesiony siłą ich miłości do mnie, wzbiłem się pod niebo.


39

<p>39</p> ODLOT

Trzymając się za rozpostarte ręce, sunęliśmy wspólnie po niebie jak olbrzymia, napowietrzna parafia. Daleko w dole miasteczko zaczęło znów rozkwitać wspaniałym la-sem, jaki zdobił przedtem dachy prowincjonalnych domów Shepperton. Ciepły wiatr unosił sto różnych zapachów, le-cieliśmy więc jak na pachnącej chmurce. Szczęśliwi, że je-steśmy razem, utworzyliśmy krąg nad Shepperton, a słońce na powitanie rozświetlało nam twarze.

Postanowiliśmy, że nim odlecimy na zawsze, złożymy podziękowania miasteczku. Obok mnie lecieli ojciec Win-gate i pani St. Cloud – rozentuzjazmowana młoda para, roz-koszująca się swoim pierwszym lotem. Płynęliśmy wzdłuż autostrady, nie przejmując się już, że kierowcy w strumie-niu zdążających do Londynu samochodów nie mogą nas zobaczyć. Okrążyliśmy betonowy słup, przy którym się za-trzymałem, usiłując uciec z Shepperton po raz pierwszy, i odbyliśmy małe nabożeństwo dziękczynne nad kamienia-mi na polu. Złożyliśmy też dzięki wysepkom sprzętu do-mowego, meblom sypialnym, dystrybutorom na stacji ben-zynowej i skorodowanemu samochodowi, który kiedyś udzielił mi schronienia.

– Do widzenia, Blake… – Pani St. Cloud puściła moją rękę i zaczęła się oddalać. Wyglądała jak podekscytowana uczennica, która założyła strój lotniczy dla dorosłych. – Pa, Blake!… – zawołało jakieś dziecko. Była to jedna z kasjerek supermarketu, wyglądająca teraz najwyżej na je-denastolatkę.

– Blake… – Ojciec Wingate ujął mnie za ramiona. Jego szczupłe oblicze nastolatka przypominało twarz pełnego ani-muszu kleryka. Uściskaliśmy się po raz ostatni, a kiedy wypuściłem go z objęć, jeszcze przez chwilę czułem na ustach jego młodzieńczy uśmiech.

Zrozumiałem już jednak, że nie mogę odejść razem z nimi. Nauczyłem ich latać, wskazując im przejście przez drzwi mojego ciała, i teraz już sami odnajdą drogę do słoń-ca. Niektórzy zostali na ziemi – upośledzone dzieci, ptaki, jelenie, nornice i owady, które tak szczodrze obdarowały mnie sobą. A zatem będę mógł odejść dopiero wtedy, gdy wyślę ku słońcu ostatnią żywą istotę z miasteczka. Byli już sto stóp nade mną – przypominali grupę rozra-dowanych dzieci, które wzbijają się pod rozświetlone nie-bo, trzymając się za ręce.

– Do widzenia, Blake…

Ucichł ostatni głos. Pozostawszy sam na małym skraw-ku nieba, spłynąłem na dół w całkowitej ciszy, stanąłem na dachu parkingu i wyjrzałem na wyludnione miasto. Wypra-wienie w drogę mieszkańców Shepperton bardzo mnie zmę-czyło. Zrozumiałem teraz znaczenie tego dziwnego holo-caustu, który ujrzałem z kokpitu cessny, kiedy mój samolot tonął w rzece. Była to wizja rozświetlonych dusz ludzi z tego miasteczka, których wchłonąłem w siebie i nauczyłem latać, a z których każdy stał się wstęgą światła w tęczy, w jaką strojne było teraz słońce.


40

<p>40</p> ZABIERAM ZE SOBĄ STARKA

Szedłem opustoszałymi ulicami, przyglądając się swo-jemu odbiciu w szybach wystawowych supermarketu. Po-rośnięte milczącym lasem ciche uliczki ciągnęły się wśród zapomnianych basenów i pustych podjazdów. Nad ozdob-nym stawem krążyła mgiełka wodna, a pod ogrodowymi furtkami leżały porzucone zabawki dziecięce. Ptaki zlaty-wały się ze wszystkich stron, obsiadały dachy i druty tele-foniczne, i biły się o miejsca na samochodach. Obserwo-wały mnie, czekając na ostatni akt, który dopiero miał na-stąpić, niepewne, czy pozostawię je tu same. Kondory przy-glądały mi się prastarymi oczami, unosząc wielkie skrzy-dła, by uspokoić powietrze.

– Pani St. Cloud!… Ojcze Wingate.

– Odlecieli już, by złączyć się ze słońcem. Ale czy Stark uciekł? Na ziemi pozostała już tylko Miriam, leżąca w ko-ścielnej zakrystii.

– Miriam! Doktor Miriam!…

Nad wytwórnią filmową krążyły helikoptery. Odwróci-łem się tyłem do supermarketu. Milczące szkło kryły pla-my mojego nasienia, jak perły rzucone między oferty dys-kontowe. Podrażnione naszym ostatnim lotem rany i sińce na moich ustach i piersi wyglądały jak rozżarzone węgle. Kiedy dotarłem w okolice pomnika, usłyszałem radosne głosy trojga upośledzonych dzieci, bawiących się na łące. Przeszedłem przez parking pod kliniką i ruszyłem w ich stronę po trawniku. Światło bijące z mojego ciała pobłyski-wało na makach, zmieniając barwę ich płatków z czerwo-nej na złotą i rozpalając pióra kondorów, które polatywały za mną z drzewa na drzewo.

Przez kilka chwil przypatrywałem się dzieciom, życząc im, by mogły zawsze bawić się na swojej tajemnej łące. Podbiegły do mnie w podskokach, wtłaczając ekscytację w każdą chwilę czasu. Jamie wirował między moimi nogami, uciekając przed szybkimi dłońmi Rachel. Zapiszczał, kie-dy wziąłem go na ręce i uściskałem.

– Nadszedł czas odlotu, Jamie…

Przypatrywał mi się, zaskoczony, a potem chwycił mnie za ramiona. Jego drobne usta pocałowały mnie w policzek. Jamie odchylił się w tył, na pożegnanie zahuczał ironicznie na świat i osunął się na mnie, z łatwością przenikając przez moją złotą skórę. Mocne nogi chłopca wierzgnęły po raz ostatni.

Rachel podeszła do mnie bez wahania. Jej zręczne dło-nie rozgarnęły lśniącą trawę, jak gdyby gospodarowała na łące i chciała utrzymać ją w czystości dla nowych lokato-rów. Przysunęła się bliżej i objęła mnie w pasie z zasępioną miną.

– Nadszedł czas odlotu dla nas wszystkich, Rachel… Ująłem jej silne ręce i poczułem na wargach niecierpli-we usta dziewczynki, która wsunęła mi język między zęby. Z ostatnim okrzykiem radości przeniknęła w moje serce. David czekał już sam w wysokiej trawie. Jego oczy przy-glądały mi się ze spokojem spod wielkiego czoła. – Nauczę cię latać, Davidzie. Wkrótce nadejdą ludzie, a ty nie będziesz chciał tu dłużej zostać, kiedy przybędą. – Jestem gotów, Blake. Chcę latać. – Uśmiechnął się do swoich dłoni, jak gdyby wątpił, że mogą stać się skrzydła-mi, i wskazał stare pudełko po butach, w którym więził dwie amazońskie ćmy. – Zacząłem je zbierać – oświadczył. – Warto jakoś udokumentować to wszystko. – Chcesz złapać jeszcze jedną? – zapytałem. – Zacze-kam na ciebie.

Potrząsnął przeczącą głową i otworzył pudło. Patrzyli-śmy, jak trzepotanie ciem wzbija pośród maków pyłki ku-rzu, niczym złote owady, które rozświetliła moja skóra. David podszedł bliżej. Wsparł swoją olbrzymią głowę na moich biodrach, obrzucając ostatnim spojrzeniem łąkę, drze-wa i ptaki.

– Do widzenia… Blake!

Chwycił mnie za ręce. Wielka głowa chłopca o otwar-tych spojeniach czaszki wniknęła w moje ciało, a jego mocne ramiona stopiły się z moimi.

Wzbiłem się w powietrze i wypuściłem dzieci na niebie nad parkiem. Płynęły dalej razem, trzymając się za ręce, jak we śnie, a słońce na powitanie rozjaśniało im twarze. Moja skóra lśniła teraz tak jasno, że wysoka trawa i ciemne liście rododendronów stały się prawie białe. Sze-dłem ku rzece jak archanioł, sunący pośród pogrzebowych ptaków, a światło mojego ciała połyskiwało na pniach wią-zów.

Znalazłem siew pobliżu opuszczonej rezydencji St.Clou-dów. Z wody wyskakiwały setki ryb, pragnących choć na chwilę wchłonąć moje światło w swoje ciała, i zasmuco-nych, że prawdopodobnie je opuszczę. Za pasmem białej wody, przy balustradzie wesołego miasteczka na pomoście stał Stark. Pozbył się już kombinezonu i przewiesił strzelbę przez obnażone ramię. Otoczony przez pelikany i fulmary, obserwował mnie, idącego przez trawnik. Gdy cisnął strzel-bę do wody, zrozumiałem, że porzucił wszelką nadzieję prze-ciwstawienia mi się. Słyszał helikoptery, choć pogodził się z tym, że poruszają się pod innym niebem. Bagrownica zerwała cumy i osiadła na mieliźnie na dru-gim brzegu rzeki, ale Starkowi udało się w końcu wycią-gnąć na plażę wrak zatopionej cessny. Szkielet samolotu o połamanych skrzydłach i wybebeszonym kadłubie leżał, czę-ściowo zatopiony, w poprzek piaszczystej łachy, poniżej trawnika rezydencji St. Cloudów. Białą niegdyś skórę ma-szyny kryła rdza i algi, splamione olejem, wyciekającym z silnika.

Stark czekał, aż podejdę do cessny i zajrzę do kokpitu, ale ja minąłem obojętnie samolot, wszedłem na plażę i ru-szyłem przed siebie po piasku. Wspiąłem się po drabinie na rdzewiejący pomost. Moja lśniąca skóra złociła jednoroż-ce, kładąc na pomalowanych przez Starka przedmiotach jeszcze jaśniejszą patynę.

Kiedy do niego podszedłem, Stark cofnął się. Zadrżał i ukrył twarz w dłoniach, jak gdyby prosił jeszcze o kilka sekund, żeby przygotować się na śmierć, ale potem, widząc, że nie zamierzam go skrzywdzić, podniósł ręce do góry w geście kapitulacji.

Szamotaliśmy się przez chwilę wśród odnowionych wa-goników, gdyż silne ręce Starka usiłowały mnie powstrzy-mać. Spojrzał z rozpaczą na rzekę, chcąc skoczyć w spo-kojną wodę. Ale nigdy nie dosięgnąłby bezpiecznego brze-gu Walton. Wiedział, że Shepperton zamyka się wokół nas, i że przy życiu utrzymuje go tu jedynie moja obecność. – Blake!… Wydobyłem dla ciebie samolot! Poczułem, że wtapia się we mnie, a nasze ciała splotły się ze sobą jak ciała zapaśników, którzy dobrze i od dawna się znają. Stark w ostatniej chwili podniósł wzrok na weso-łe miasteczko i niedawno pomalowane wagoniki diabelskie-go koła. Przypominał kilkunastoletniego chłopca, który chciałby przelecieć się po niebie.

Wzniosłem się w chłodne, wyludnione powietrze nad wytwórnią i wypuściłem Starka na spotkanie słońca.


41

<p>41</p> MIRIAM ODDYCHA

Kiedy zostałem wreszcie sam, wróciłem plażą do wraku cessny. Stanąłem na zalanym wodą prawym skrzydle i przez pękniętą szybę zajrzałem do kabiny. Tak jak przypuszcza-łem, za sterami spoczywała postać mężczyzny w białym kombinezonie. Tysiące ryb wyskubało ciało z jego twarzy, a nad pustymi oczodołami pilota zwieszały się szare zasło-ny alg, ale mimo to rozpoznałem czaszkę tkwiącą w roz-dartym hełmofonie.

Umarły lotnik był moim dawnym ja, które pozostało na dole, kiedy udało mi się wydobyć z cessny. Pilot siedział za sterami do połowy zanurzony w wodzie, jak gdyby należał jednocześnie do dwóch światów. Zrobiło mi się go żal, otwo-rzyłem więc drzwi kokpitu i schyliłem się, żeby wyciągnąć szkielet. Zamierzałem pogrzebać go na plaży i zastąpić nim tamtego skamieniałego człowieka-ptaka, mojego plioceń-skiego praszczura, wyrwanego z odwiecznego snu przez spadający samolot.

Dźwignąłem go bez trudu, niczym pęk kości w strzę-pach kombinezonu, w którego brakujące części byłem ubra-ny ja. Było mi bardzo żal tej umarłej istoty – resztek moje-go fizycznego jestestwa, z którego wyzwolił się mój duch. Trzymałem w ramionach swoje dawne ja niczym ojciec, który niesie na rękach martwego syna, po raz ostatni roz-grzewając mu kości, zanim zostaną złożone na wieczny spoczynek.

Po chwili jednak kości, które trzymałem w ramionach, poruszyły się, jak gdybym je ożywił. Poczułem, że jego krę-gosłup sztywnieje mi na piersiach. Dłonie szkieletu wpiły mi się w twarz. Kościste drzazgi czaszki uderzyły mnie w czoło, a wyszczerbione zęby rozcięły mi usta. Ogarnięty wstrętem, próbowałem odrzucić szkielet na piasek. W szamotaninie przewróciliśmy się i wpadliśmy do wody nieopodal zanurzonego ogona samolotu. Zelektryzo-wany wspomnieniem chłodnego strumienia, kościotrup rozchylił mi ręce i przywarł do mnie kościstymi ustami, usiłując wyssać powietrze z moich płuc. Gdy jego kruche żebra zespoliły się z moimi, a przypo-minające barwą żużel nadgarstki szkieletu wcisnęły się w moje ręce, zrozumiałem, czyich to dłoni i ust poszukiwa-łem od dnia, w którym przybyłem do miasteczka. Sińce były bliznami, które pozostawiło lgnące do mnie w przerażeniu ciało, gdy oderwałem się od tamtej, umierającej jaźni, i uciekłem z tonącego samolotu.

Leżałem na wznak w wodzie obok białego kadłuba ces-sny, uspokajając moją umarłą jaźń. Wchłaniałem w siebie moje własne kości, golenie, ramiona, żebra i czaszkę. Wokół mnie pływało mnóstwo ryb, wyglądających jak klej-noty w pełnej słońca wodzie – była to drobnica, wykarmio-na mięsem mojego ciała, leżącego od tygodnia na dnie rzeki.

Przywołałem je gestem i brałem ryby w wyciągnięte ręce, wchłaniając znów w siebie kawałki własnego trupa, które-go te stworzenia nosiły w swoich tkankach niczym perłowy skarb.

Stałem na plaży niedaleko cessny. Fala przypływu wiro-wała wokół samolotu. Jego skrzydła znalazły się już pod wodą. Chociaż zostałem sam w Shepperton, nie licząc kon-gregacji ptaków i młodej, martwej kobiety w kościele, wcale nie czułem się opuszczony, jak gdyby połączone znów z sobą połówki mojego ja zastępowały mi całą ludność mia-steczka.

Zszedłem z plaży i ruszyłem w dół trawiastego zbocza pod opustoszałą rezydencją. Podbiegł do mnie boczkiem jakiś paw, który rozpostarł z klekotem ogon i zaczął nim wymachiwać w kierunku kościoła. Obserwowałem rojące się na dachach ptaki. Przyleciały tu ze wszystkich zakąt-ków Shepperton, jak zniecierpliwieni widzowie, oczekują-cy ostatniego wejścia matadora.

Wkroczyłem na cmentarz i szedłem dalej, ku zakrystii, między grobami. Kolorowe kwiaty, które wyrosły przed-tem z mojego nasienia, wzrastały znów dokoła, sięgając czerwonymi włóczniami moich ramion, jak gdyby w po-śpiechu, żeby rozplenić się tutaj, w ziemi umarłych. Staną-łem w progu i obrzuciłem spojrzeniem ciało Miriam, leżą-ce w szklanej gablocie pośrodku zakrystii. Światło mojej jaśniejącej skóry połyskiwało na ścianach, oświetlając kręgosłup i kłykcie prastarych kości uskrzydlonego czło-wieka.

Zerwałem z bioder ostatnie strzępy kombinezonu i zrzu-ciłem je na posadzkę. Przypomniałem sobie, że Miriam pie-ściła młode kwiaty przed kliniką, zmuszając je, by wciska-ły jej główki między uda, jak gdyby chciała uwieść całą łąkę. Wydawała mi się teraz niewiele starsza od trojga upo-śledzonych dzieci, nad którymi sprawowała opiekę, a jej usta i policzki wyglądały równie delikatnie, jak za życia. Stanąłem przed nią nago i zacząłem ją ogrzewać swoją lśniącą skórą, tak jak ogrzewałem na plaży moją martwą jaźń. Pomyślałem o stworzeniach, które oddały mi życie, pomyślałem o jeleniu i o starym szympansie. Ująłem ra-miona Miriam i siłą woli przelałem w nią wszystko, co do-stałem – zarówno moje pierwsze, jak i drugie życie. Jeżeli zdołałem zmartwychwstać, potrafię również wskrzesić tę młodą kobietę.

Czułem, jak wycieka ze mnie życie. Moja skóra pobla-dła, a jej blask przygasł. Zakrystia znowu pogrążyła się w mroku. Poświęcałem siebie po raz ostatni. Teraz zostanie mi tylko tyle sił, by wyprawić Miriam w drogę, zanim po-wrócę w leże kości na plaży. Miriam poruszyła się. Unio-sła prawą rękę i dotknęła mojej twarzy.

– BlakeL. Obudziłeś mnie… Ja tu zasnęłam!


42

<p>42</p> FABRYKA BEZKRESNYCH SNÓW

– Naprawdę nie możemy zostać, Blake? Tu jest tak pięk-nie!

Staliśmy, trzymając się pod ręce, wśród jaśniejących kwiatów na cmentarzu. Śmiejąc się do siebie, Miriam pod-niosła ręce do jaskrawego słońca.

– Jeszcze troszkę, dobrze?

Przyglądałem się jej z radością, a nad naszymi głowami krążyło stadko kolibrów. Miriam wyszła z zakrystii ener-gicznym krokiem rozentuzjazmowanej uczennicy o weso-łym spojrzeniu. Dwa dni śmierci odmłodziły ją, jak gdyby przybyła do tego parafialnego kościółka z jakiegoś now-szego i świeższego świata.

Uradowała się na mój widok i nago stanęła przy mnie, między nagrobkami. Z zadowoleniem stwierdziłem, że nie pamięta już o swojej śmierci. Objęła mnie w pasie w na-głym przypływie czułości.

– Gdzie się wszyscy podziali? Gdzie matka i ojciec Win-gate?

– Już odeszli, Miriam. – Poprowadziłem ją między gro-bami do bramy cmentarza. – Stark, dzieci, wszyscy. Całe miasto.

Podniosła wzrok ku niebu, uśmiechając się do okalają-cej słońce tęczy.

– Widzę ich, Blake… Wszyscy są tam!

Przygotowywałem się już w duchu na jej odejście. Wie-działem, że Miriam wkrótce przeniesie się do świata, wo-bec którego Shepperton było tylko barwnie wyposażonym, ale jednak skromnym przedpokojem. Przygarnąłem do piersi nagie ramiona Miriam, wdychałem gorące zapachy jej cia-ła i liczyłem małe znamiona na skórze. W uchu miała krop-kę zeschłej woskowiny. Zapragnąłem na zawsze pozostać z tą młodą kobietą tu, w kwiatach, żeby przybierać jej włosy girlandami, powstającymi z mojej seksualności. Ale wokół nas cisnęły się już ptaki. Siedziały na wszyst-kich parapetach i dachach budynków wytwórni. Znowu wydało mi się, że miasto jakby zamyka się w sobie i wtła-cza ptaki w coraz mniejszą przestrzeń. Ogromne kondory spoglądały ku górze, gotowe zdobyć należne im miejsca na niebie.

– Już czas, żebyś stąd odleciała, Miriam. – Wiem. Polecisz ze mną? – Dotknęła mojego czoła, ni-czym nastoletnia dziewczynka, która bawi się w lekarza i mierzy temperaturę. Zdawało się, że z każdą minutą ubywa jej rok życia.

Uklękła między grobami i podniosła w dłoniach wycień-czone niesamowitym powietrzem pisklę drozda, wygląda-jące jak kupka cętkowanych piór ze zwieszoną głową. – Czy będzie miało dość sił, żeby fruwać? Wziąłem od niej pisklę i ładowałem je przez chwilę moją siłą, siłą rozpiętości skrzydeł fregat, wypełniającą mi ra-miona. Kiedy pisklę rozłożyło skrzydła w moich dłoniach, poczułem, że wokół nas wzbiera powietrzny wir. Przez cmentarz przewalało się miniaturowe tornado. Kwiaty o czerwonych koniuszkach siekły nam ciała miękkimi włócz-niami łodyg, jak gdyby zachęcając nas do wzlotu. Miriam walczyła z włosami, które powiewały jej nad głową w wi-rze płatków. Niesione trąbą powietrzną pióra okrążały cmen-tarz, wzbijane wokół nagrobków tysiącami skrzydeł. Wszędzie dokoła zrywały się z ziemi ptaki. Miriam po-chyliła się ku mnie, a ja chwyciłem ją za ręce. – Już czas, Miriam! Czas do odlotu!

Wzięliśmy się w ramiona, oddając się sobie nawzajem. Czułem jej mocne kości i elastyczne ciało, pełen miłości ucisk ust na moich ustach i piersi Miriam, zagłębiające się w mojej piersi.

– Blake, weź nas ze sobą! Nawet umarłych, Blake! Zlaliśmy się w jedno z chmurą istot, kłębiących się na niebie ponad cmentarzem. Płynęliśmy w jasnym powietrzu, wspinając się długimi nawami, wiodącymi do słońca. Za-prosiliśmy ptaki, by dołączyły do nas, jak mile widziani goście powietrznej uczty weselnej. Wsuwaliśmy się i wy-suwali z siebie w ciżbie, rozświetlonej ptasimi piórami, przy-pominającej armadę skrzydlatych, upierzonych chimer, wznoszących się nad dachami opuszczonego miasta. Wi-dząc w oddali ruch na autostradzie, oswobodziłem Miriam, ozdabiając ją skrzydłami albatrosa, ona zaś obdarzyła mnie w zamian dziobem i szponami kondora.

Jak okiem sięgnąć, wzbijała się w powietrze olbrzymia panoplia rozmaitych stworzeń. Z rzeki wyłonił się obłok srebrzystych ryb, przypominający odwrócony wodospad na-krapianych kształtów. Nad parkiem bojaźliwie unosiły się drżącym stadem jelenie. W górę wzbijały się także nornice, wiewiórki, jaszczurki, węże i miriady owadów. Połączyli-śmy się po raz ostatni, rozpuszczając się w tej powietrznej flocie. Wchłaniałem ich wszystkich, stając się chimerą, zło-żoną z istot, które wkraczały do wyższej rzeczywistości przez bramę mojego ciała. Z głowy wypływał mi nieprze-rwany strumień chimeropodobnych stworzeń. Czułem, że topnieję wśród tych łączących się i dzielących kształtów, w których bił jeden puls, jak w wielokomorowym sercu ol-brzymiego ptaka, którego częścią byliśmy teraz wszyscy. Wreszcie, już pod koniec, powstali z martwych umarli i przyłączyli się do nas, wyczarowani z grobów na cmenta-rzu, z ciepłej ziemi parku, z pyłu, pokrywającego puste uli-ce, z wilgotnych koryt strumieni i zapomnianych nor. Nad ziemią snuły się szarobure wyziewy niczym powietrzny całun, który już, już miał zdusić drzewa i niebo, lecz który po chwili rozświetliły lampy unoszących się nad nim ży-wych istot.

W ostatnim momencie usłyszałem jeszcze wołanie Mi-riam. Odpłynęła ode mnie jak przez bramę diademu, przez którą zdążały ku słońcu wszystkie stworzenia, te najmier-niejsze i te najdoskonalsze, żywe i martwe. – Zaczekaj na nas, Blake…

Stałem na plaży. U moich stóp na mokrym piasku leżały szczątki porwanego kombinezonu. Choć byłem nagi, skórę wciąż miałem ciepłą, ponieważ ogrzały ją przechodzące przez moje ciało stworzenia, które rozgrzały we mnie wszystkie komórki, przepływając przez ich paleniska. Unio-słem głowę ku niebu, żeby zobaczyć ostatnie błyski świa-tła, zmierzającego ku słońcu.

Shepperton ucichło, gdy opuściły je ptaki. Stopy obmy-wała mi opustoszała rzeka, niczym spokojny śpioch, który niechcący trąca kogoś przez sen. Park był wyludniony, domy puste.

Cessna znów niemal całkowicie znalazła się pod wodą, a szeroka fala zakołysała skrzydłami samolotu. Na moich oczach kadłub obrócił się i zsunął pod wodną narzutę. Kie-dy zabrała go rzeka, ruszyłem plażą tam, gdzie spoczywały kości uskrzydlonego stworzenia, którego miejsce miałem za chwilę zająć. Chciałem się tam położyć, w złożach pra-starych kamieni, jak na kanapie przygotowanej dla mnie przed milionami lat.

Tam właśnie spocznę, pewien, że któregoś dnia przybę-dzie po mnie Miriam, a wtedy wraz z mieszkańcami innych miast doliny Tamizy ruszymy dalej w świat. Tym razem zespolimy się z drzewami, kwiatami, kamieniami, piaskiem i całym światem mineralnym, a potem roztopimy się rado-śnie w morzu światła tworzącego wszechświat, który odra-dza się z dusz żywych stworzeń, powracających radośnie do jego serca. Widziałem już, jak wzbijamy się w górę, oj-cowie, matki i dzieci, jak kołyszemy się w locie nad po-wierzchnią ziemi niby łagodne tornada, zawisłe pod kopułą wszechświata, świętując ostatnie zaślubiny świata ożywio-nego i nieożywionego, zaślubiny żywych i umarłych.


J. G. Ballard

<p>J. G. Ballard</p>

Urodzony w 1930 roku w Szanghaju pisarz angielski, zaliczany do klasyków współczesnej literatury światowej. Ma w swoim dorobku ponad dwadzieścia powieści i zbiorów opowiadań.

W Polsce jest znany między innymi z powieści

Wyspa (Czytelnik, 1982),

Imperium słońca (Czytelnik, 1990; książka sfilmowana przez Stevena Spielberga w 1988 r.),

Delikatność kobiet (Alfa, 1996),

Kraksa (Amber, 1997),

Zatopiony świat (Rachocki i S-ka, 1998), Wieżowiec (Rachocki i S-ka, 2000) oraz wyboru opowiadań Ogród czasu (Wydawnictwo Literackie, 1983).


***