Isaac Asimov

Fundacja i Ziemia


1. Początek poszukiwań

1

2

3

4

<p>1. Początek poszukiwań</p>
<p>1</p>

— Dlaczego właściwie to zrobiłem? — spytał Golan Trevize.

Pytanie to dręczyło go od chwili, kiedy przybył na Gaję. Zdarzało się nawet, że budził się w środku nocy i stwierdzał, że w głowie pulsuje mu, niczym miarowy, monotonny odgłos bębna, wciąż to samo: „Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego to zrobiłem?”

Teraz jednak skierował je po raz pierwszy do innej osoby, do Doma, starca z Gai.

Dom zdawał sobie doskonale sprawę z napięcia, w jakim znajduje się Trevize, gdyż specyficznym dla gajan zmysłem wyczuwał stan jego umysłu. Nie zrobił jednak nic. Gai nie wolno było pod żadnym pozorem nawet tknąć myśli Trevizego, a najlepszym sposobem uniknięcia takiej pokusy było staranne ignorowanie tego, co Dom wyczuwał.

— Dlaczego co zrobiłeś, Trev? — spytał. Trudno mu było zwracać się do kogoś więcej niż jedną sylabą jego nazwiska, a zresztą nie było to ważne. Trevize powoli przyzwyczajał się do tego.

— Dlaczego podjąłem taką decyzję — odparł Trevize. — Dlaczego wybrałem dla Galaktyki przyszłość w stylu Gai.

— Postąpiłeś właściwie — rzekł Dom, patrząc mu prosto w oczy. Musiał przy tym podnieść głowę, gdyż on siedział, a Trevize stał przed nim.

— To tylko słowa — odparł z irytacją Trevize.

— Ja-my-Gaja wiemy, że postąpiłeś właściwie. Właśnie dlatego jesteś dla nas tak cenny. Posiadasz dar podejmowania słusznych decyzji na podstawie niepełnych danych i podjąłeś taką właśnie decyzję. Wybrałeś model Gai! Odrzuciłeś anarchię imperium galaktycznego opierającego się na technice Pierwszej Fundacji, a także anarchię imperium opierają tego się na mentalistyce Drugiej Fundacji. IW szedłeś do wniosku, że ani jedno, ani drugie nic przetrwałoby długo i dlatego wybrałeś model proponowany przez Gaję.

— Właśnie! — odparł Trevize. — Tak zrobiłem. Wybrałem Gaję superorganizm, planetę o wspólnym dla wszystkich umyśle i osobowości, coś tak niezwykłego, że trzeba było stworzyć dziwny zaimek „ja-my-Gaja”, żeby jednostka mogła wyrazić to, czego słowami wyrazić się nie da. — Mówiąc to, przemierzał niespokojnie pokój tam i z powrotem. — I w końcu ma to doprowadzić do powstania Galaxii, super-superorganizmu, obejmującego całość Drogi Mlecznej.

Zatrzymał się, odwrócił niemal gwałtownie do Doma i powiedział:

— Podobnie jak ty, czuję, że postąpiłem słusznie. ale wy pragniecie utworzenia Galaxii i dlatego wystarczy wam, że podjąłem taką decyzję. Jednak ja wcale nie pragnę takiej przyszłości i dlatego nie wystarczy mi zapewnienie, że postąpiłem słusznie. Chcę wiedzieć, dlaczego podjąłem taką decyzję, chcę zważyć wszystkie za i przeciw. Dopiero wtedy będę spokojny. To, że czuję, że postąpiłem słusznie, to za mało. Ale jak mogę się przekonać, że miałem rację? Co sprawia, że podejmuję właściwe decyzje?

— Ja-my-Gaja nie wiemy, jak to się dzieje, że podejmujesz słuszne decyzje. Czy to takie ważne, skoro decyzja już zapadła i jest właściwa?

— Mówisz w imieniu całej planety, prawda? Przemawia przez ciebie zbiorowa świadomość, której częścią jest każda kropla rosy, każdy kamyk, nawet płynne jądro planety, tak?

— Tak, mówię w imieniu całej planety. To samo mogłaby powiedzieć każda inna jej część, w której zbiorowa świadomość jest wystarczająco intensywna.

— I całej tej waszej zbiorowej świadomości wystarczy, że użyła mnie jako swego rodzaju czarnej skrzynki, tak? Skoro czarna skrzynka działa, to czy to ważne, co jest w jej wnętrzu? Ale mnie to nie odpowiada. Nie chcę być czarną skrzynką. Chcę wiedzieć, co jest w jej wnętrzu. Chcę wiedzieć, jak i dlaczego wybrałem Gaję i Galaxię jako przyszłość ludzkości. Inaczej nie zaznam spokoju.

— Ale dlaczego tak ci się nie podoba decyzja, którą podjąłeś? Dlaczego sam sobie nie ufasz?

Trevize zaczerpnął głęboko powietrze i powiedział wolno, cichym i stanowczym głosem:

— Dlatego, że nie chcę być częścią jakiegoś superorganizmu. Nie chcę być częścią, której można się pozbyć, kiedy tylko ten superorganizm uzna, że byłoby to z pożytkiem dla całości.

Dom popatrzył na Travizego w zamyśleniu. Czyżbyś zatem chciał zmienić swą decyzję, Trev? Wiesz, że możesz to zrobić.

— Bardzo chciałbym ją zmienić, ale nie mogę tego zrobić tylko dlatego, że mi się nie podoba. Żeby teraz coś zrobić, muszę wiedzieć, czy ta decyzja jest słuszna czy błędna. To, że czuję, że jest słuszna, absolutnie mi nie wystarcza.

— Jeśli czujesz, że jest słuszna, to jest słuszna. Przez sam kontrast z jego wewnętrznym niepokojem cichy, łagodny głos Doma jeszcze bardziej wyprowadził Trevizego z równowagi.

Po chwili, przerywając ciągłe wahanie się między tym, co czuł, a tym, czego pragnął, Trevize rzekł cicho:

— Muszę odnaleźć Ziemię.

— Dlatego, że ma ona coś wspólnego z tym, czego tak bardzo chcesz się dowiedzieć?

— Dlatego, że jest ona drugim problemem, który nie daje mi spokoju i dlatego, iż czuję, że jest między jednym i drugim jakiś związek. Czyż nie jestem czarną skrzynką? C z u j ę, że istnieje między tymi sprawami jakiś związek. Czy to nie wystarczy, abyś uznał, że tak jest faktycznie?

— Być może — odparł Dom ze spokojem.

— Jeśli przyjmiemy za pewnik, że od tysięcy lat, może od dwudziestu tysięcy lat, ludzie interesują się Ziemią, to jak to możliwe, żebyśmy wszyscy zapomnieli o planecie, z której pochodzimy?

— Dwadzieścia tysięcy lat to okres dłuższy, niż możesz sobie wyobrazić. Jest wiele spraw dotyczących wczesnego Imperium, o których prawie nic nie wiemy, jest wiele opowieści, które prawie na pewno są zmyślone, a które mimo to stale powtarzamy, w które nawet wierzymy, ponieważ nie mamy ich czym zastąpić. A Ziemia jest znacznie starsza niż Imperium.

— Ale na pewno są jakieś zapiski. Mój przyjaciel Pelorat zbiera mity i legendy odnoszące się do Ziemi, wszystko, co może gdziekolwiek wygrzebać. To jego zawód, co więcej — to jego pasja. Te mity i legendy to wszystko, co pozostało. Nie ma żadnych zapisków z prawdziwego zdarzenia, żadnych dokumentów.

— Dokumentów, które liczyłyby sobie dwadzieścia tysięcy lat? Wszystkie rzeczy się starzeją, rozsypują się, ulegają zniszczeniu w wyniku nieodpowiedniego obchodzenia się z nimi albo wojen.

— Ale przecież powinny istnieć jakieś wzmianki o tych zapiskach, kopie, kopie kopii, materiały liczące mniej niż dwadzieścia tysięcy lat. Wszystkie zostały usunięte. Biblioteka Galaktyczna na Trantorze musiała posiadać w swoich zbiorach dokumenty dotyczące Ziemi. Powohzją się na te dokumenty znane nam prace historyczne, a mimo to w Bibliotece Galaktycznej nie ma ich. Są wzmianki o nich, ale brak jakichkolwiek cytatów.

— Nie zapominaj o tym, że kilka wieków temu Trantor został złupiony.

— Ale Biblioteka pozostała nietknięta. Uchronił ją przed zniszczeniem personel, który składał się z ludzi z Drugiej Fundacji. I to właśnie oni niedawno odkryli, że w Bibliotece nie ma już żadnych materiałów odnoszących się do Ziemi. Zostały celowo usunięte w ostatnich czasach. Dlaczego? — Trevize przerwał nerwowy spacer po pokoju i intensywnie wpatrywał się w Doma. — Jeśli odnajdę Ziemię, to dowiem się, co kryje…

— Kryje?

— Co ona kryje albo co się na niej kryje. Mam wrażenie, że kiedy się tego dowiem, to zrozumiem, dlaczego wybrałem Gaję i Galaxię, mimo że oznacza to koniec istnienia ludzi jako niezależnych jednostek, obdarzonych indywidualną świadomości. Przypuszczam, że wówczas będę wiedział, a nie tylko czuł, że podjąłem słuszną decyzję, a jeśli jest ona słuszna — wzruszył bezradnie ramionami — to niech będzie tak, jak ma być.

— Jeśli czujesz, że tak się sprawy mają — rzekł Dom — i jeśli czujesz, że musisz odnaleźć Ziemię, to oczywiście pomożemy ci w miarę naszych możliwości. Ale ta pomoc będzie ograniczona. Na przykład ja-my-Gaja nie wiemy, w jakim miejscu tej niezmiernie wielkiej przestrzeni, która tworzy Galaktykę, znajduje się Ziemia.

— Mimo to — powiedział Trevize — muszę szukać… Nawet jeśli nieskończona liczba gwiazd w Galaktyce sprawia, że poszukiwania te wydają się beznadziejne i nawet jeśli będę musiał prowadzić je samotnie.

<p>2</p>

Trevizego otaczała ujarzmiona, łagodna natura Gai. Temperatura, jak zawsze, była umiarkowana, wiał przyjemny wietrzyk, który chłodził ciało, lecz nie ziębił. Po niebie leniwie przesuwały się obłoki, zasłaniając od czasu do czasu słońce, ale jeśli w tym czy w innym miejscu planety zmniejszy się znacząco poziom wilgoci przypadającej na metr kwadratowy powierzchni lądu, to bez wątpienia spadnie odpowiednia ilość deszczu, aby wyrównać ubytek.

Drzewa rosły w regularnych odstępach, jak w sadzie. Bez wątpienia było tak na całej planecie. Na lądach i w morzach żyły organizmy roślinne i zwierzęce w takiej ilości i w takiej różnorodności, aby została zachowana równowaga ekologiczna, a liczba osobników poszczególnych gatunków bez wątpienia to zmniejszała się, to zwiększała, utrzymując się na poziomie uznanym za optymalny… Odnosiło się to również do ludzi.

Spośród wszystkich przedmiotów znajdujących się w polu widzenia Trevizego tylko jeden nie pasował do całości. Przedmiotem tym był jego statek, „Odległa Gwiazda”. „Odległa Gwiazda” została dokładnie oczyszczona i odnowiona przez grupę ludzkich składników Gai. Uzupełniono zapasy żywności, odnowiono lub wymieniono osprzętowanie, sprawdzono działanie przyrządów mechanicznych. Trevize osobiście sprawdził komputer pokładowy.

Nie trzeba było uzupełniać zapasów paliwa, gdyż „Odległa Gwiazda” była jednym z kilku zaledwie statków o napędzie grawitacyjnym, jakimi dysponowała Fundacja. Statki tego typu czerpały energię z ogólnego pola grawitacyjnego Galaktyki, a było jej dość, by mogły z niej korzystać, bez mierzalnego spadku intensywności, wszystkie floty, jakie zdoła zbudować ludzkość, i to przez wszystkie eony jej prawdopodobnego istnienia.

Trzy miesiące temu Trevize był radnym na Terminusie. Mówiąc innymi słowy, był członkiem ciała ustawodawczego Fundacji i, ex officio, ważną osobistością w Galaktyce. Czy to naprawdę było zaledwie trzy miesiące temu? Trevizemu wydawało się, że od czasu, kiedy piastował tę funkcję, kiedy interesowało go tylko to, czy wielki Plan Seldona działa czy nie, czy gładkie przejście Fundacji z roli planetarnej wioski do potęgi galaktycznej zostało wcześniej odpowiednio zaprogramowane czy nie, dzieli go pół życia. A miał trzydzieści dwa lata.

Z drugiej wszakże strony nic się nie zmieniło. Nadal był radnym. Zachował swój status i przywileje, tyle tylko że nie spodziewał się, by kiedykolwiek miał powrócić na Terminusa i korzystać z tego statusu i przywilejów. Tak samo nie pasował do chaosu Fundacji, jak do porządku Gai. Nigdzie nie czuł się w domu, wszędzie był obcym.

Zacisnął szczęki i ze złością przeczesał palcami swe czarne włosy. Zanim zacznie marnować czas, rozpaczając nad swym losem, musi znaleźć Ziemię. Jeśli wyjdzie cało z tych poszukiwań, to będzie miał dosyć czasu, żeby siedzieć i użalać się nad sobą. Zresztą wtedy będzie miał, być może, więcej powodów ku temu.

Z tym niezłomnym postanowieniem cofnął się myślą w przeszłość…

Trzy miesiące temu opuścił Terminusa razem z Janovem Peloratem, zdolnym, lecz naiwnym uczonym. Peloratem kierowało pragnienie odkrycia dawno zapomnianej Ziemi, a on, Trevize, traktował misję Pelorata jako przykrywkę dla zrealizowania swych własnych planów. Nie znaleźli Ziemi, ale za to znaleźli Gaję i Trevize został zmuszony do podjęcia owej, brzemiennej w skutki, decyzji.

I oto teraz on, Trevize, obrócił się niespodziewanie o sto osiemdziesiąt stopni i pragnął znaleźć Ziemię.

Jeśli chodzi o Pelorata, to on również znalazł coś, czego się nie spodziewał. Znalazł tę ciemnowłosą i czarnooką Bliss, dziewczynę, która była Gają w tym samym stopniu co Dom… w tym samym stopniu, co ziarnko piasku czy źdźbło trawy. Pelorat, przeżywając drugą młodość, zakochał się w kobiecie dwa razy młodszej od siebie i, co dziwniejsze, ta młoda kobieta wydawała się z tego cieszyć.

Było to co prawda dziwne, ale Pelorat był na pewno szczęśliwy i Trevize pomyślał z rezygnacją, że każdy musi znaleźć swój sposób na szczęście. Była to sprawa indywidualnych zapatrywań, które Trevize, przez swój wybór, usuwał (z czasem) na zawsze z Galaktyki.

Ból znowu powrócił. Świadomość decyzji, którą podjął, którą musiał podjąć, doskwierała mu niczym otarty naskórek na pięcie, była…

— Golan!

Czyjś głos przerwał jego ponure rozmyślania. Odwrócił się, mrużąc oczy przed promieniami słońca.

— A, to ty, Janov — rzekł serdecznie, tym serdeczniej, że nie chciał, aby Pelorat domyślił się, że coś go gnębi. Zdobył się nawet na żart: — Widzę, że udało ci się oderwać na chwilę od Bliss.

Pelorat potrząsnął głową. Łagodny wietrzyk potargał jego jedwabiste, siwe włosy, a jego długa, poważna twarz zachowała swój skupiony wyraz.

— Prawdę mówiąc, stary, to właśnie ona zasugerowała, żebym się z tobą spotkał, żeby… żeby pomówić z tobą o pewnej sprawie. To oczywiście nie znaczy, żebym sam nie chciał się z tobą spotkać, ale wydaje się, że ona myśli szybciej niż ja.

Trevize uśmiechnął się.

— W porządku, Janov. Rozumiem, że przyszedłeś, żeby się ze mną pożegnać.

— No, niezupełnie. Prawdę mówiąc, wprost przeciwnie. Golam kiedy odlatywaliśmy z Terminusa, chciałem koniecznie znaleźć Ziemię. Poświęciłem na to praktycznie całe życie.

— A ja to będę kontynuował. Teraz to jest moje zadanie.

— Tak, ale także moje. Nadal moje.

— Ale… — Trevize machnął ręką pokazując cały otaczający ich świat.

— Chcę lecieć z tobą — wyrzucił z siebie nagle Pelorat.

Trevize był zupełnie zaskoczony.

— Chyba nie mówisz tego poważnie, Janov? Masz teraz Gaję.

— Kiedyś do niej wrócę, ale nie mogę pozwolić, żebyś leciał sam.

— Na pewno możesz. Potrafię sam zadbać o siebie.

— Nie obraź się, Golam ale za mało wiesz. To ja znam te mity i legendy. Mogę cię poprowadzić.

— I zostawisz Bliss? Coś takiego!

Policzki Pelorata pokrył rumieniec.

— Właściwie, stary, to ja nie bardzo mam na to ochotę, ale ona powiedziała…

Trevize zmarszczył brwi.

— To znaczy, że ona chce się ciebie pozbyć, Janov. Obiecała mi…

— Nie, nie rozumiesz. Posłuchaj mnie, proszę, Golan. Masz taki nieprzyjemny zwyczaj pochopnego wyciągania wniosków, zanim wysłuchasz kogoś do końca. Wiem, że to twoja specjalność, a w dodatku sprawia mi trudność wyrażanie się zwięźli, ale…

— No dobrze — rzekł Trevize już spokojnie powiedz mi dokładnie, o co chodzi Bliss. Mów tak, jak ci wygodnie, a ja obiecuję cierpliwie wysłuchać cię do końca.

— Dziękuję. Jeśli obiecujesz słuchać cierpliwie, to myślę, że uda mi się powiedzieć to krótko. No więc, widzisz, Bliss też chce lecieć.

— Bliss też chce lecieć? — powtórzył Trevize. Zaraz, mówię spokojnie. Nie wybuchnę. Powiedz mi… a dlaczego to Bliss chce ze mną lecieć? Jak widzisz, pytam spokojnie.

— Tego mi nie powiedziała. Chce o tym sama z tobą porozmawiać.

— No to dlaczego tu nie przyszła, co?

— Myślę… — rzekł Pelorat — powtarzam, myślę… że ona chyba uważa, że jej nie lubisz, Golam i że chyba boi się zbliżać do ciebie. Zapewniałem ją, jak mogłem, że nie masz nic przeciw niej. Nie wierzę, żeby ktoś mógł o niej myśleć inaczej niż dobrze. Mimo to wolała, żebym… jakby to powiedzieć… poruszył najpierw z tobą ten temat. Mogę jej powiedzieć, że chcesz się z nią zobaczyć?

— Oczywiście, zaraz się z nią zobaczę.

— I będziesz zachowywał się spokojnie? Widzisz, stary, jej bardzo na tym zależy. Powiedziała, że to sprawa najwyższej wagi i że musi lecieć z tobą.

— Ale nie powiedziała dlaczego, prawda?

— Nie, ale jeśli ona uważa, że musi lecieć, to na pewno uważa tak Gaja.

— Co znaczy, że nie mogę odmówić. Zgadza się, Janov?

— Tak, Golam myślę, że nie możesz.

<p>3</p>

Po raz pierwszy w czasie swego krótkiego pobytu na Gai Trevize przekroczył próg domu Bliss, który teraz służył również Peloratowi.

Trevize obrzucił wnętrze krótkim spojrzeniem. Domy na Gai były proste. Prawie zupełny brak jakichkolwiek kaprysów pogody, umiarkowana przez okrągły rok temperatura w tej szerokości geograficznej i łagodne ruchy tektoniczne, jeśli w ogóle musiało do nich dochodzić, sprawiały, że nie było potrzeby budowania domów chroniących ich mieszkańców przed groźnym otoczeniem ani tworzenia wygodnych zakątków pośród niegościnnej przyrody. Cała planeta była, jeśli można tak powiedzieć, jednym wielkim domem dającym schronienie jej mieszkańcom.

Dom Bliss, znajdujący się wewnątrz owego planetarnego domu, był mały, o oknach raczej przesłoniętych niż oszklonych. Nieliczne meble pełniły funkcje ściśle użytkowe. Na ścianach wisiały zdjęcia holograficzne; jedno z nich przedstawiało Pelorata z miną raczej zdumioną i zakłopotaną. Trevize skrzywił usta, ale ukrył rozbawienie poprawiając starannie swój pas.

Bliss obserwowała go uważnie. Nie uśmiechała się, jak to miała w zwyczaju. Z szeroko otwartymi, ładnymi oczami i włosami opadającymi na ramiona łagodną falą, wyglądała raczej poważnie. Tylko pełne usta, muśnięte czerwoną pomadką, ożywiały nieco jej twarz.

— Dziękuję, że przyszedłeś, Trev.

— Janov bardzo na to nalegał, Blissenobiarella.

Bliss uśmiechnęła się lekko.

— Dobra riposta. Jeśli będziesz mówił mi Bliss, postaram się zwracać do ciebie pełnym nazwiskiem, Trevize. — Zająknęła się, niemal niezauważalnie, przy drugiej sylabie.

Trevize uniósł prawą rękę: — To byłby dobry układ. Rozumiem, że macie zwyczaj używania przy wyrażaniu myśli jednosylabowych części nazwiska, więc nie obrażę się, jeśli od czasu do czasu powiesz mi „Trev”. Mimo to będę czuł się znacznie lepiej, jeśli postarasz się jak najczęściej zwracać do mnie pełnym nazwiskiem. W zamian za to ja będę ci mówił „Bliss”.

Trevize przyglądał się jej badawczo, jak zawsze, kiedy ją spotykał. Jako jednostka, była młodą, dwudziestoparoletnią kobietą. Jednak jako część Gai miała wiele tysięcy lat. Nie miało to żadnego wpływu na jej wygląd, ale miało wpływ na sposób, w jaki niekiedy mówiła, i na atmosferę, która ją otaczała. Czy chciałby, żeby tak samo było z każdym człowiekiem? Nie! Na pewno nie, a jednak…

— Przejdę do sedna sprawy — powiedziała Bliss. — Mówiłeś, że pragniesz znaleźć Ziemię…

— Mówiłem o tym Domowi — rzekł Trevize, zdecydowany nie ulegać Gai i nie rezygnować łatwa ze swojego punktu widzenia.

— Owszem, ale mówiąc o tym Domowi, mówiłeś tym samym Gai, każdej jej części, a więc również, na przykład, mnie.

— Słyszałaś, jak o ty mówiłem?

— Nie, bo cię nie słuchałam, ale gdybym później chciała, to mogłabym sobie przypomnieć wszystko, co powiedziałeś. Zostawmy to, proszę, i idźmy dalej… Mówiłeś, że pragniesz znaleźć Ziemię i upierałeś się, że to bardzo ważne. Nie rozumiem, dlaczego to takie ważne, ale skoro posiadasz dar trafnego wnioskowania, to ja-my-Gaja musimy przyjąć, że jest tak, jak mówisz. Jeśli ta misja ma kluczowe znaczenie dla twojej decyzji dotyczącej Gai, to ma również kluczowe znaczenie dla Gai, a w związku z tym Gaja musi polecieć z tobą, choćby po to tylko, by spróbować zapewnić ci ochronę.

— Kiedy mówisz, że musi polecieć ze mną Gaja, to oczywiście masz na myśli siebie, prawda?

— Ja jestem Gają — odparła po prostu Bliss.

— Ale jest nią też wszystko inne na tej planecie. Dlaczego zatem musisz to być ty? Dlaczego nie miałaby ze mną polecieć jakaś inna cząstka Gai?

— Dlatego, że chce lecieć z tobą Pel, a on nie byłby zadowolony, gdyby poleciała z wami jakaś inna cząstka.

Pelorat, który dotąd siedział dyskretnie na krześle w innym końcu pokoju (plecami — jak zauważył Trevize — do swej holograficznej podobizny), powiedział łagodnie:

— To prawda, Golan. Bliss jest moją częścią Gai.

Bliss nagle się uśmiechnęła:

— To nawet dość podniecające być ocenianym w ten sposób, choć, oczywiście, jest mi zupełnie obcy taki styl myślenia.

— No dobrze, zastanówmy się. — Trevize założył ręce na kark i przechylił się z krzesłem do tyłu. Cienkie nóżki krzesła zaskrzypiały ostrzegawczo, więc doszedłszy do wniosku, że mebel nie wytrzyma takiej zabawy, szybko opuścił je z powrotem na cztery nogi. — Czy jeśli opuścisz Gaję, nadal będziesz jej częścią?

— Niekoniecznie. Mogę się od niej oddzielić, na przykład gdyby wyglądało na to, że grozi mi niebezpieczeństwo, którego skutki mogłyby dotknąć Gaję albo gdyby była po temu inna ważna przyczyna. Stałoby się tak jednak tylko w wyjątkowej sytuacji. Normalnie będę nadal częścią Gai.

— Nawet jeśli zrobimy skok przez nadprzestrzeń?

— Nawet wtedy, chociaż to trochę skomplikuje sprawy.

— Nie mogę powiedzieć, żebym się z tego cieszył.

— Dlaczego?

Trevize zmarszczył nos, jakby poczuł przykry zapach.

— To znaczy, że jeśli zrobię czy powiem na swoim statku cokolwiek, co zobaczysz czy usłyszysz, to będzie to widziane czy słyszane przez wszystkich na Gai.

— Jestem Gają, a więc Gaja usłyszy, zobaczy i poczuje wszystko, co ja usłyszę, zobaczę i poczuję. — No właśnie. Nawet ta ściana zobaczy to, usłyszy i poczuje.

Bliss spojrzała na ścianę i wzruszyła ramionami.

— Tak, ta ściana też. Jej świadomość jest bardzo niewielka, a więc czuje ona i rozumie bardzo niewiele, ale przypuszczam, że jej reakcją na to, o czym teraz mówimy, są na przykład jakieś zmiany na poziomie wewnątrzatomowym, które umożliwiają jej zespolenie się z Gają w bardziej celowym działaniu dla wspólnego dobra.

— A jeśli zależy mi na intymności? Może nie życzę sobie, żeby ta ściana wiedziała, co robię czy mówię?

Bliss miała wyraźnie zirytowaną minę. Wtedy nagle wtrącił się Pelorat:

— Słuchaj, Golam nie chcę się mieszać, bo nie wiem zbyt wiele o Gai, ale jestem już trochę czasu z Bliss i wydaje mi się, że zorientowałem się co nieco w tym wszystkim… Jeśli znajdziesz się w tłumie na Terminusie, to widzisz i słyszysz wiele rzeczy. To i owo możesz zapamiętać. Może nawet, pod wpływem odpowiedniej stymulacji mózgu, potrafiłbyś odtworzyć swoje spostrzeżenia, ale przeważnie nie obchodzi cię to, co się wokół ciebie dzieje. Nie zwracasz na to uwagi. Nawet jeśli w danej chwili zainteresuje cię jakaś emocjonująca scena z udziałem obcych ci ludzi, to — jeśli nie dotyczy to bezpośrednio ciebie — zaraz o niej zapominasz. — Tak samo jest na pewno na Gai. Nawet jeśli cała Gaja zna dokładnie twoje sprawy, to nie znaczy, że zwraca na to uwagę, że ją to obchodzi… Mam rację, Bliss?

— Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, Pel, ale jesteś bliski prawdy. Niemniej jednak ta intymność, o której mówi Trev… chciałam powiedzieć Trevize… nie jest u nas w cenie. Prawdę mówiąc, ja-my-Gaja nie potrafimy tego zrozumieć. Nie życzyć sobie być częścią… nie chcieć, aby nas słyszano… aby wiedziano, co robimy… aby odbierano nasze myśli… — Bliss potrząsnęła energicznie głową. Mówiłam już, że w nagłych przypadkach możemy się odizolować od całości, ale kto chciałby żyć w ten sposób, choćby tylko przez godzinę!

— Ja — powiedział Trevize. — Właśnie dlatego muszę znaleźć Ziemię. Muszę dowiedzieć się, co, jeśli w ogóle było coś takiego, spowodowało, że wybrałem dla ludzkości taki okropny los.

— Taki los nie jest wcale okropny, ale nie roztrząsajmy już tej sprawy. Polecę z tobą nie jako szpieg, lecz jako przyjaciel i pomocnik. Gaja będzie z tobą, ale nie będzie cię śledzić, lecz pomagać ci.

— Gaja pomogłaby mi najbardziej, gdyby wskazała mi, gdzie jest Ziemia — rzekł ponuro Trevize.

Bliss wolno potrząsnęła głową.

— Gaja nie zna położenia Ziemi. Dom już ci o tym mówił.

— Nie bardzo w to wierzę. W końcu musicie mieć jakieś zapiski. Dlaczego przez cały czas mojego pobytu tutaj nie mogłem ich ujrzeć? Nawet jeśli Gaja naprawdę nie wie, gdzie może się znajdować Ziemia, to może ja mógłbym znaleźć w tych zapiskach jakieś wskazówki. Znam dosyć dobrze Galaktykę, na pewno o wiele lepiej niż Gaja. Być może mógłbym w waszych źródłach znaleźć jakieś aluzje, które są niezrozumiałe dla Gai.

— O jakich zapiskach mówisz?

— O jakichkolwiek. O książkach, filmach, nagraniach, hologramach, wytworach dawnych epok… czy ja wiem, co wy tu macie? Przez cały czas, odkąd tu jestem, nie widziałem nic, co można by uznać za zapiski. A ty, Janov?

— Ja też nie — odparł Pelorat z ociąganiem ale, prawdę mówiąc, nie bardzo ich szukałem.

— Ale ja szukałem po cichu — rzekł Trevize — i nic nie znalazłem. Nic! Mogę się tylko domyślać, że ukryto je przede mną. Zastanawiam się dlaczego. Czy ktoś może mi to wyjaśnić?

Bliss zmarszczyła czoło i rzekła ze zdziwieniem:

— Dlaczego nie zapytałeś o to wcześniej? Ja-my-Gaja niczego nie ukrywamy i nie opowiadamy żadnych kłamstw. Kłamstwa może opowiadać izol — jednostka wyizolowana z otoczenia. Jednostka jest ograniczona i strachliwa, właśnie dlatego, że ograniczona. Ale Gaja jest organizmem obejmującym całą planetę, ma ogromną siłę umysłową i nie boi się niczego. Opowiadanie kłamstw, tworzenie opisów niezgodnych z rzeczywistością jest Gai zupełnie niepotrzebne.

Trevize parsknął.

— Wobec tego dlaczego trzymacie mnie cały czas z dala od swoich zapisków? Podaj mi jakieś sensowne wyjaśnienie.

— Oczywiście. — Wyciągnęła przed siebie obie ręce, dłońmi do góry. — Nie mamy żadnych zapisków.

<p>4</p>

Pierwszy doszedł do siebie Pelorat. Wydawał się mniej zaskoczony niż Trevize.

— Moja kochana — powiedział łagodnie — to zupełnie niemożliwe. Nie może istnieć cywilizacja bez zapisków w jakiejś formie.

Bliss uniosła brwi.

— Zdaję sobie z tego sprawę. To, co powiedziałam, znaczy tylko tyle, że nie mamy żadnych zapisków w rodzaju tych, o jakich mówi Trev… Trevize i że właśnie dlatego nie mógł nic znaleźć. Nie mamy ani pism, ani druków, ani filmów, ani banków danych, niczego w tym typie. Nawet napisów naskalnych. To wszystko. A ponieważ nie mamy nic z tych rzeczy, to jest zupełnie naturalne, że Trevize nic nie znalazł.

— Jeśli nie macie żadnych zapisków, które potrafiłbym zidentyfikować jako zapiski, no to co wobec tego macie? — spytał Trevize.

— Ja-my-Gaja mamy pamięć — odparła Bliss, wymawiając słowa starannie, jak gdyby zwracała się do dziecka. — Ja zapamiętuję i pamiętam.

— Co pamiętasz? — spytał Trevize.

— Wszystko.

— Wszystkie dane?

— Oczywiście.

— Z jakiego czasu? Sprzed ilu lat?

— Z okresu tak długiego, że trudno to określić. Sprzed bardzo, bardzo wielu lat.

— Mogłabyś podać mi dane historyczne, biograficzne, geograficzne, naukowe? Nawet miejscowe plotki?

— Wszystko.

— Wszystko w tej małej główce! — Trevize wskazał ironicznie palcem na skroń Bliss.

— Nie — odparła. — Pamięć Gai nie ogranicza się do tego, co zawiera ta akurat głowa. Posłuchaj — w tym momencie przybrała oficjalny, nawet trochę surowy ton, jak gdyby przestała być tylko sobą i stała się amalgamatem różnych jednostek — był na pewno taki czas, zanim — zaczęła się historia, kiedy ludzie byli na tyle prymitywni, że choć potrafili zapamiętywać różne wydarzenia, to nie potrafili mówić. Potem wynaleziono mowę, która posłużyła do wyrażania wspomnień i przekazywania ich innym. Potem wynaleziono pismo, aby utrwalać wspomnienia i przekazywać je następnym pokoleniom. W całym postępie technologicznym, który dokonał się od tamtej pory, chodziło o to, aby uzyskać więcej miejsca dla przekazywania i przechowywania wspomnień oraz ułatwić wyszukiwanie i odtwarzanie tych wspomnień, które w danej chwili były potrzebne. Jednakże z chwilą, kiedy ludzie połączyli się i utworzyli Gaję, wszystko to stało się nie potrzebne. Możemy wrócić do pamięci, podstawowego systemu przechowywania danych, na którym opiera się cała reszta. Rozumiesz?

— Chcesz przez to powiedzieć, że całkowita suma mózgów na Gai jest w stanie zapamiętać więcej danych niż jeden mózg? — rzekł Trevize.

— Oczywiście.

— Ale jeśli te wszystkie dane są rozproszone w ogólnoplanetarnej pamięci, to jaki pożytek masz z nich ty, jako jedna część Gai?

— Taki pożytek, jakiego możesz zapragnąć. Wszystko, co chcę wiedzieć, jest gdzieś, w czyimś mózgu. Niektóre informacje mogą być w wielu mózgach. Jeśli są to wiadomości podstawowe, takie jak na przykład znaczenie wyrazu „krzesło”, to zawarte są we wszystkich mózgach. Ale nawet jeśli jest to coś bardzo rzadkiego i specjalnego, co znajduje się tylko w jakiejś jednej, małej części mózgu Gai, to jeśli zajdzie taka potrzeba, mogę to sobie przypomnieć, chociaż trwa to trochę dłużej niż wtedy, kiedy pamięć o czymś jest bardziej powszechna… Jeśli chcesz dowiedzieć się o czymś, o czym nie ma żadnych informacji w twoim mózgu, to szukasz tego w odpowiednich książkach, na taśmach albo w komputerowych bankach danych. Ja natomiast szukam tego w zbiorowym umyśle Gai.

— A jak się bronisz przed zalewem tych informacji? — spytał Trevize. — Przecież mogłyby wszystkie napłynąć do twego mózgu i rozsadzić ci głowę.

— Dlaczego szydzisz sobie ze mnie?

— Daj spokój, Golam nie bądź niemiły — rzekł Pelorat.

Trevize popatrzył na niego, potem na Bliss i z wolna rozchmurzył się. Widać było, że przychodzi mu to z trudem.

— Przepraszam — powiedział. — Czuję się przytłoczony spoczywającą na mnie odpowiedzialnością. Chcę się od niej uwolnić, ale nie wiem, jak to zrobić. Dlatego mogę, nawet wbrew swoim intencjom, powiedzieć czasem coś przykrego. Ale jeśli chodzi o moje pytanie, Bliss, to naprawdę chcę wiedzieć, jak sobie dajesz z tym radę. W jaki sposób udaje ci się korzystać z wiedzy zawartej w mózgach innych bez zatrzymywania jej w twoim własnym mózgu i przeciążania jego pojemności?

— Nie wiem, jak to się dzieje, Trevize, tak samo jak ty nie wiesz dokładnie o wszystkim, co dzieje się w twoim mózgu — odparła Bliss. — Przypuszczam, że wiesz, jaka jest odległość od słońca waszego układu do najbliższej gwiazdy, ale na pewno nie zawsze myślisz o tym świadomie. Przechowujesz gdzieś tę informację i, jeśli trzeba, przywołujesz ją. Jeśli nie jest ci do niczego potrzebna, to z czasem możesz o niej zapomnieć, ale zawsze możesz odświeżyć ją, zwracając się do jakiegoś banku danych. Mózg Gai można potraktować jako ogromny bank danych, z którego mogę korzystać, ale nie muszę zapamiętywać świadomie żadnej konkretnej informacji, z której skorzystałam. Skoro już wykorzystam jakiś fakt czy wiadomość, to mogę sobie pozwolić na to, żeby o nim czy o niej zapomnieć. Jeśli już o tym mowa, to mogę taką informację z powrotem umieścić w miejscu, z którego ją zaczerpnęłam.

— A ilu ludzi żyje na Gai, Bliss?

— Około miliarda. Chcesz wiedzieć, ilu jest dokładnie w tej chwili?

Trevize uśmiechnął się ponuro.

— Rozumiem, że jeśli zechcesz, możesz zaraz dowiedzieć się, jaka jest dokładna liczba, ale wystarczy mi to, co podałaś w przybliżeniu.

— Faktycznie — powiedziała Bliss — populacja jest stała i oscyluje wokół pewnej konkretnej liczby, która nieznacznie przekracza miliard. Rozszerzając swoją świadomość i hmm… „czując” granice, jestem w stanie powiedzieć, o ile w danej chwili faktyczna liczba mieszkańców jest większa czy mniejsza od tego optimum. Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić. Trzeba by tego doświadczyć, żeby to zrozumieć.

— W każdym razie wydaje mi się, że miliard mózgów, z których pewna część to mózgi dzieci, to za mało, żeby pomieścić w pamięci wszystkie informacje, które potrzebne są rozwiniętej i złożonej społeczności.

— Ale ludzie nie są jedynymi żywymi istotami na Gai, Trev.

— Chcesz powiedzieć, że informacje zawarte są także w mózgach zwierząt?

— Mózgi zwierząt nie mogą przechowywać takich ilości informacji jak mózg człowieka, a poza tym znaczna część pojemności mózgu, i to zarówno ludzkiego, jak i zwierzęcego, musi być przeznaczona na wspomnienia indywidualne, które są użyteczne prawie wyłącznie dla tego akurat składnika świadomości ogólnoplanetarnej, w którego mózgu się znajdują. Mimo to w mózgach zwierząt można zgromadzić, i gromadzi się, znaczące ilości danych. To samo zresztą odnosi się do tkanki roślin i mineralnej struktury planety.

— Mineralnej struktury planety? To znaczy do skał i łańcuchów górskich?

— Tak, a w przypadku pewnych rodzajów danych, również do oceanu i atmosfery. One też składają się na Gaję.

— Ale co może przechować przyroda nieożywiona?

— Bardzo dużo. Natężenie informacji jest niskie, ale pojemność ogólna jest tak duża, że większa część całkowitej wiedzy Gai zawarta jest w jej skałach. Z drugiej strony, uzyskanie informacji zgromadzonych w skałach czy zastąpienie ich innymi zabiera trochę więcej czasu, tak że są one idealnym miejscem dla przechowywania martwych — jeśli można tak powiedzieć — danych, to znaczy, z których normalnie bardzo rzadko się korzysta.

— A co się dzieje, kiedy umiera ktoś, kogo mózg zawiera dane dużej wagi?

— Dane te nie giną. Co prawda, w miarę jak mózg po śmierci ulega powoli dezorganizacji, dane te ulatniają się, ale jest dosyć czasu, aby umieścić je w pamięci innych części Gai. Z kolei dzieci, rozwijając się z wiekiem, snują nie tylko własne myśli i gromadzą osobiste wspomnienia, ale też mózgi ich karmione są odpowiednią wiedzą z innych źródeł. To, co nazwałbyś edukacją, u mnie, u nas na Gai jest całkowicie automatyczne.

— Naprawdę, Golan — rzekł Pelorat — wydaje mi się, że wiele przemawia na korzyść tej idei żywego świata.

Trevize zerknął z ukosa na swego rodaka.

— Jestem tego pewien, Janov, ale wcale mnie to nie zachwyca. Ta planeta, jakkolwiek duża i zróżnicowana, to jeden mózg. Tylko jeden! Każdy nowy mózg, jak tylko się pojawi, zostaje wtopiony w całość. Gdzie tu możliwość niezgody, gdzie szansa na opozycję? Kiedy myślisz o ludzkiej historii, to myślisz o pojedynczych ludzkich istnieniach, o indywidualnościach, których poglądy mogą być potępiane przez społeczeństwo, ale które w końcu zwyciężają i zmieniają świat. A jaką szansę mieliby na Gai wielcy buntownicy naszej historii?

— U nas też istnieje wewnętrzny konflikt — powiedziała Bliss. — Nie każdy element Gai musi podzielać opinię powszechną.

— Ale ten konflikt musi być bardzo ograniczony — rzekł na to Trevize. — Organizm nie może być zanadto wewnętrznie skłócony, gdyż nie funkcjonowałby sprawnie. Jeśli postęp i rozwój nie zostały w ogóle całkowicie zatrzymane, to na pewno musiały zostać spowolnione. Czy mamy narzucić to całej Galaktyce? Całej ludzkości?

— Czyżbyś kwestionował teraz swoją własną decyzję? — spytała Bliss, nie okazując żadnych emocji. — Zmieniłeś zdanie i uważasz, że Gaja proponuje ludziom niedobrą przyszłość?

Trevize zacisnął usta i zastanawiał się przez chwilę. W końcu powiedział wolno:

— Chciałbym zmienić zdanie, ale… jeszcze nie teraz. Podjąłem tamtą decyzję na jakiejś podstawie, działając podświadomie, i dopóki nie dowiem się, co wpłynęło na to, że dokonałem takiego właśnie wyboru, co to była za podstawa, nie potrafię z pełnym przekonaniem zdecydować się, czy podtrzymać tamtą decyzję, czy ją zmienić. Wróćmy zatem do sprawy Ziemi.

— Bo czujesz, że tam dowiesz się, co było podstawą twojej decyzji, tak?

— Tak właśnie czuję… No więc Dom utrzymuje, że Gaja nie zna położenia Ziemi. Domyślam się, że jesteś tego samego zdania.

— Oczywiście, że tak. Jestem tak samo Gają, jak on.

— I nie ukrywasz nic przede mną? To znaczy świadomie?

— Oczywiście, że nie. Nawet gdyby Gaja mogła kłamać, to nie okłamywałaby ciebie. Nasz los zależy od twoich decyzji. Chcemy, żeby były one trafne, a to wymaga, żeby opierały się na prawdzie.

— W takim razie — powiedział Trevize — skorzystajmy z waszej pamięci. Sprawdź, jak daleko sięga pamięć waszego świata.

Bliss zawahała się. Przez chwilę patrzyła na niego pustym wzrokiem, jak gdyby znajdowała się w transie. Potem powiedziała:

— Piętnaście tysięcy lat wstecz.

— Dlaczego zawahałaś się?

— Potrzeba na to było trochę czasu. Stare, naprawdę stare wspomnienia znajdują się prawie w całości w korzeniach gór i na wydobycie ich stamtąd potrzeba trochę czasu.

— A więc piętnaście tysięcy lat wstecz? To wtedy założono Gaję?

— Nie, zgodnie z tym, co nam wiadomo, nastąpiło to jakieś trzy tysiące lat wcześniej…

— Dlaczego nie masz pewności? Czy ty — albo Gaja — nie pamiętasz?

— To wydarzyło się, zanim Gaja rozwinęła się na tyle, że pamięć stała się zjawiskiem ogólnoplanetarnym.

— Ale zanim doszło do tego, że mogliście zacząć polegać na waszej zbiorowej pamięci, na Gai musiały znajdować się jakieś zapiski. Zapiski w normalnym znaczeniu tego słowa, Bliss — nagrania, filmy, pisma i tak dalej.

— Przypuszczam, że tak istotnie było, ale nie mogły przetrwać tyle czasu.

— Mogły zostać skopiowane albo, jeszcze lepiej, ich treść mogła zostać utrwalona w pamięci zbiorowej, gdy już osiągnęliście ten etap.

Bliss zmarszczyła czoło. Znowu się zawahała, tym razem dłużej.

— Nie mogę znaleźć nawet śladu tych wcześniejszych zapisków.

— A dlaczego?

— Nie wiem, Trevize. Przypuszczam, że okazały się niezbyt ważne. Myślę, że zanim zorientowano się, że te wczesne, niepamięciowe zapiski niszczeją, zdecydowano, że są one zbyt archaiczne i w związku z tym niepotrzebne.

— Nie wiesz tego. Przypuszczasz, myślisz, ale nie wiesz na pewno. Gaja nie wie tego.

Bliss spuściła oczy. — Musi być tak, jak powiedziałam.

— Musi? Ja nie jestem częścią Gai, więc nie muszę przypuszczać tego, co przypuszcza Gaja. To przykład na to, jak ważna jest niezależność. Ja, człowiek niezależny, izol — jak mówisz — przypuszczam coś zupełnie innego.

— Co przypuszczasz?

— Przede wszystkim jednego jestem pewien. Otóż jest zupełnie niemożliwe, żeby kwitnąca cywilizacja zniszczyła swe wczesne zapiski, świadectwa swej przeszłości. Nie tylko nie uważałaby ich za niepotrzebne nikomu przeżytki, ale traktowałaby je z niezwykłym szacunkiem i robiłaby wszystko, żeby je zachować. Jeśli zapiski z czasów, kiedy Gaja nie była jeszcze jednym organizmem, zostały zniszczone, to na pewno wasi przodkowie nie zrobili tego z własnej woli.

— No to jak to wyjaśnisz?

— Wszystkie wzmianki na temat Ziemi, które znajdowały się w Bibliotece na Trantorze zostały usunięte przez kogoś czy przez coś spoza Drugiej Fundacji. Czy zatem nie mogło być tak, że również tu, na Gai, wszystkie wzmianki dotyczące Ziemi zostały usunięte przez kogoś nie będącego Gają, nie należącego do Gai?

— A skąd wiesz, że te stare zapiski dotyczyły Ziemi?

— Powiedziałaś, że Gaja została założona przynajmniej osiemnaście tysięcy lat temu. W tym czasie nie istniało jeszcze Imperium Galaktyczne, ludzie dopiero kolonizowali Galaktykę, a planetą, od której się to wszystko zaczęło, była Ziemia. Pelorat na pewno to potwierdzi.

Pelorat, zaskoczony niespodziewanym zaproszeniem do rozmowy, chrząknął i powiedział:

— Tak mówią legendy, kochanie. Traktuję te legendy poważnie i, tak jak Golan Trevize, myślę, że pierwotnie rodzaj ludzki zamieszkiwał tylko jedną planetę, właśnie Ziemię. Pierwsi osadnicy pochodzili z Ziemi.

— Jeśli zatem — podjął na nowo Trevize — Gaja została założona w czasach, kiedy podróże przez nadprzestrzeń były jeszcze nowością, to jest bardzo prawdopodobne, że założyli ją przybysze z Ziemi, a przynajmniej z jakiegoś niezbyt starego świata, który został niedługo przedtem skolonizowany przez Ziemian. Z tego względu zapiski z czasów, kiedy zakładano Gaję i z pierwszych kilku tysiącleci po jej założeniu musiały zawierać informacje na temat Ziemi i Ziemian. I zapiski te zaginęły. Coś musi troszczyć się o to, żeby w żadnych źródłach w Galaktyce nie było nawet wzmianki o Ziemi. A jeśli tak, to musi być jakiś powód, dla którego to robi.

— To tylko domysły, Trevize — powiedziała z oburzeniem Bliss. — Nie masz na to żadnego dowodu.

— Ale to przecież Gaja cały czas utrzymuje, że mam szczególny talent wyciągania właściwych wniosków z analizy skąpych danych. A więc jeśli twierdzę, że jest tak a nie inaczej, to nie gadaj mi, że nie mam żadnych dowodów.

Bliss nic na to nie odpowiedziała.

— Tym bardziej więc należy znaleźć Ziemię. Chcę wystartować, jak tylko „Odległa Gwiazda” będzie gotowa do podróży. Nadal chcecie ze mną lecieć?

— Tak — odparła natychmiast Bliss.

— Tak — zawtórował jej Pelorat.


1

<p>1</p>

— Dlaczego właściwie to zrobiłem? — spytał Golan Trevize.

Pytanie to dręczyło go od chwili, kiedy przybył na Gaję. Zdarzało się nawet, że budził się w środku nocy i stwierdzał, że w głowie pulsuje mu, niczym miarowy, monotonny odgłos bębna, wciąż to samo: „Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego to zrobiłem?”

Teraz jednak skierował je po raz pierwszy do innej osoby, do Doma, starca z Gai.

Dom zdawał sobie doskonale sprawę z napięcia, w jakim znajduje się Trevize, gdyż specyficznym dla gajan zmysłem wyczuwał stan jego umysłu. Nie zrobił jednak nic. Gai nie wolno było pod żadnym pozorem nawet tknąć myśli Trevizego, a najlepszym sposobem uniknięcia takiej pokusy było staranne ignorowanie tego, co Dom wyczuwał.

— Dlaczego co zrobiłeś, Trev? — spytał. Trudno mu było zwracać się do kogoś więcej niż jedną sylabą jego nazwiska, a zresztą nie było to ważne. Trevize powoli przyzwyczajał się do tego.

— Dlaczego podjąłem taką decyzję — odparł Trevize. — Dlaczego wybrałem dla Galaktyki przyszłość w stylu Gai.

— Postąpiłeś właściwie — rzekł Dom, patrząc mu prosto w oczy. Musiał przy tym podnieść głowę, gdyż on siedział, a Trevize stał przed nim.

— To tylko słowa — odparł z irytacją Trevize.

— Ja-my-Gaja wiemy, że postąpiłeś właściwie. Właśnie dlatego jesteś dla nas tak cenny. Posiadasz dar podejmowania słusznych decyzji na podstawie niepełnych danych i podjąłeś taką właśnie decyzję. Wybrałeś model Gai! Odrzuciłeś anarchię imperium galaktycznego opierającego się na technice Pierwszej Fundacji, a także anarchię imperium opierają tego się na mentalistyce Drugiej Fundacji. IW szedłeś do wniosku, że ani jedno, ani drugie nic przetrwałoby długo i dlatego wybrałeś model proponowany przez Gaję.

— Właśnie! — odparł Trevize. — Tak zrobiłem. Wybrałem Gaję superorganizm, planetę o wspólnym dla wszystkich umyśle i osobowości, coś tak niezwykłego, że trzeba było stworzyć dziwny zaimek „ja-my-Gaja”, żeby jednostka mogła wyrazić to, czego słowami wyrazić się nie da. — Mówiąc to, przemierzał niespokojnie pokój tam i z powrotem. — I w końcu ma to doprowadzić do powstania Galaxii, super-superorganizmu, obejmującego całość Drogi Mlecznej.

Zatrzymał się, odwrócił niemal gwałtownie do Doma i powiedział:

— Podobnie jak ty, czuję, że postąpiłem słusznie. ale wy pragniecie utworzenia Galaxii i dlatego wystarczy wam, że podjąłem taką decyzję. Jednak ja wcale nie pragnę takiej przyszłości i dlatego nie wystarczy mi zapewnienie, że postąpiłem słusznie. Chcę wiedzieć, dlaczego podjąłem taką decyzję, chcę zważyć wszystkie za i przeciw. Dopiero wtedy będę spokojny. To, że czuję, że postąpiłem słusznie, to za mało. Ale jak mogę się przekonać, że miałem rację? Co sprawia, że podejmuję właściwe decyzje?

— Ja-my-Gaja nie wiemy, jak to się dzieje, że podejmujesz słuszne decyzje. Czy to takie ważne, skoro decyzja już zapadła i jest właściwa?

— Mówisz w imieniu całej planety, prawda? Przemawia przez ciebie zbiorowa świadomość, której częścią jest każda kropla rosy, każdy kamyk, nawet płynne jądro planety, tak?

— Tak, mówię w imieniu całej planety. To samo mogłaby powiedzieć każda inna jej część, w której zbiorowa świadomość jest wystarczająco intensywna.

— I całej tej waszej zbiorowej świadomości wystarczy, że użyła mnie jako swego rodzaju czarnej skrzynki, tak? Skoro czarna skrzynka działa, to czy to ważne, co jest w jej wnętrzu? Ale mnie to nie odpowiada. Nie chcę być czarną skrzynką. Chcę wiedzieć, co jest w jej wnętrzu. Chcę wiedzieć, jak i dlaczego wybrałem Gaję i Galaxię jako przyszłość ludzkości. Inaczej nie zaznam spokoju.

— Ale dlaczego tak ci się nie podoba decyzja, którą podjąłeś? Dlaczego sam sobie nie ufasz?

Trevize zaczerpnął głęboko powietrze i powiedział wolno, cichym i stanowczym głosem:

— Dlatego, że nie chcę być częścią jakiegoś superorganizmu. Nie chcę być częścią, której można się pozbyć, kiedy tylko ten superorganizm uzna, że byłoby to z pożytkiem dla całości.

Dom popatrzył na Travizego w zamyśleniu. Czyżbyś zatem chciał zmienić swą decyzję, Trev? Wiesz, że możesz to zrobić.

— Bardzo chciałbym ją zmienić, ale nie mogę tego zrobić tylko dlatego, że mi się nie podoba. Żeby teraz coś zrobić, muszę wiedzieć, czy ta decyzja jest słuszna czy błędna. To, że czuję, że jest słuszna, absolutnie mi nie wystarcza.

— Jeśli czujesz, że jest słuszna, to jest słuszna. Przez sam kontrast z jego wewnętrznym niepokojem cichy, łagodny głos Doma jeszcze bardziej wyprowadził Trevizego z równowagi.

Po chwili, przerywając ciągłe wahanie się między tym, co czuł, a tym, czego pragnął, Trevize rzekł cicho:

— Muszę odnaleźć Ziemię.

— Dlatego, że ma ona coś wspólnego z tym, czego tak bardzo chcesz się dowiedzieć?

— Dlatego, że jest ona drugim problemem, który nie daje mi spokoju i dlatego, iż czuję, że jest między jednym i drugim jakiś związek. Czyż nie jestem czarną skrzynką? C z u j ę, że istnieje między tymi sprawami jakiś związek. Czy to nie wystarczy, abyś uznał, że tak jest faktycznie?

— Być może — odparł Dom ze spokojem.

— Jeśli przyjmiemy za pewnik, że od tysięcy lat, może od dwudziestu tysięcy lat, ludzie interesują się Ziemią, to jak to możliwe, żebyśmy wszyscy zapomnieli o planecie, z której pochodzimy?

— Dwadzieścia tysięcy lat to okres dłuższy, niż możesz sobie wyobrazić. Jest wiele spraw dotyczących wczesnego Imperium, o których prawie nic nie wiemy, jest wiele opowieści, które prawie na pewno są zmyślone, a które mimo to stale powtarzamy, w które nawet wierzymy, ponieważ nie mamy ich czym zastąpić. A Ziemia jest znacznie starsza niż Imperium.

— Ale na pewno są jakieś zapiski. Mój przyjaciel Pelorat zbiera mity i legendy odnoszące się do Ziemi, wszystko, co może gdziekolwiek wygrzebać. To jego zawód, co więcej — to jego pasja. Te mity i legendy to wszystko, co pozostało. Nie ma żadnych zapisków z prawdziwego zdarzenia, żadnych dokumentów.

— Dokumentów, które liczyłyby sobie dwadzieścia tysięcy lat? Wszystkie rzeczy się starzeją, rozsypują się, ulegają zniszczeniu w wyniku nieodpowiedniego obchodzenia się z nimi albo wojen.

— Ale przecież powinny istnieć jakieś wzmianki o tych zapiskach, kopie, kopie kopii, materiały liczące mniej niż dwadzieścia tysięcy lat. Wszystkie zostały usunięte. Biblioteka Galaktyczna na Trantorze musiała posiadać w swoich zbiorach dokumenty dotyczące Ziemi. Powohzją się na te dokumenty znane nam prace historyczne, a mimo to w Bibliotece Galaktycznej nie ma ich. Są wzmianki o nich, ale brak jakichkolwiek cytatów.

— Nie zapominaj o tym, że kilka wieków temu Trantor został złupiony.

— Ale Biblioteka pozostała nietknięta. Uchronił ją przed zniszczeniem personel, który składał się z ludzi z Drugiej Fundacji. I to właśnie oni niedawno odkryli, że w Bibliotece nie ma już żadnych materiałów odnoszących się do Ziemi. Zostały celowo usunięte w ostatnich czasach. Dlaczego? — Trevize przerwał nerwowy spacer po pokoju i intensywnie wpatrywał się w Doma. — Jeśli odnajdę Ziemię, to dowiem się, co kryje…

— Kryje?

— Co ona kryje albo co się na niej kryje. Mam wrażenie, że kiedy się tego dowiem, to zrozumiem, dlaczego wybrałem Gaję i Galaxię, mimo że oznacza to koniec istnienia ludzi jako niezależnych jednostek, obdarzonych indywidualną świadomości. Przypuszczam, że wówczas będę wiedział, a nie tylko czuł, że podjąłem słuszną decyzję, a jeśli jest ona słuszna — wzruszył bezradnie ramionami — to niech będzie tak, jak ma być.

— Jeśli czujesz, że tak się sprawy mają — rzekł Dom — i jeśli czujesz, że musisz odnaleźć Ziemię, to oczywiście pomożemy ci w miarę naszych możliwości. Ale ta pomoc będzie ograniczona. Na przykład ja-my-Gaja nie wiemy, w jakim miejscu tej niezmiernie wielkiej przestrzeni, która tworzy Galaktykę, znajduje się Ziemia.

— Mimo to — powiedział Trevize — muszę szukać… Nawet jeśli nieskończona liczba gwiazd w Galaktyce sprawia, że poszukiwania te wydają się beznadziejne i nawet jeśli będę musiał prowadzić je samotnie.


2

<p>2</p>

Trevizego otaczała ujarzmiona, łagodna natura Gai. Temperatura, jak zawsze, była umiarkowana, wiał przyjemny wietrzyk, który chłodził ciało, lecz nie ziębił. Po niebie leniwie przesuwały się obłoki, zasłaniając od czasu do czasu słońce, ale jeśli w tym czy w innym miejscu planety zmniejszy się znacząco poziom wilgoci przypadającej na metr kwadratowy powierzchni lądu, to bez wątpienia spadnie odpowiednia ilość deszczu, aby wyrównać ubytek.

Drzewa rosły w regularnych odstępach, jak w sadzie. Bez wątpienia było tak na całej planecie. Na lądach i w morzach żyły organizmy roślinne i zwierzęce w takiej ilości i w takiej różnorodności, aby została zachowana równowaga ekologiczna, a liczba osobników poszczególnych gatunków bez wątpienia to zmniejszała się, to zwiększała, utrzymując się na poziomie uznanym za optymalny… Odnosiło się to również do ludzi.

Spośród wszystkich przedmiotów znajdujących się w polu widzenia Trevizego tylko jeden nie pasował do całości. Przedmiotem tym był jego statek, „Odległa Gwiazda”. „Odległa Gwiazda” została dokładnie oczyszczona i odnowiona przez grupę ludzkich składników Gai. Uzupełniono zapasy żywności, odnowiono lub wymieniono osprzętowanie, sprawdzono działanie przyrządów mechanicznych. Trevize osobiście sprawdził komputer pokładowy.

Nie trzeba było uzupełniać zapasów paliwa, gdyż „Odległa Gwiazda” była jednym z kilku zaledwie statków o napędzie grawitacyjnym, jakimi dysponowała Fundacja. Statki tego typu czerpały energię z ogólnego pola grawitacyjnego Galaktyki, a było jej dość, by mogły z niej korzystać, bez mierzalnego spadku intensywności, wszystkie floty, jakie zdoła zbudować ludzkość, i to przez wszystkie eony jej prawdopodobnego istnienia.

Trzy miesiące temu Trevize był radnym na Terminusie. Mówiąc innymi słowy, był członkiem ciała ustawodawczego Fundacji i, ex officio, ważną osobistością w Galaktyce. Czy to naprawdę było zaledwie trzy miesiące temu? Trevizemu wydawało się, że od czasu, kiedy piastował tę funkcję, kiedy interesowało go tylko to, czy wielki Plan Seldona działa czy nie, czy gładkie przejście Fundacji z roli planetarnej wioski do potęgi galaktycznej zostało wcześniej odpowiednio zaprogramowane czy nie, dzieli go pół życia. A miał trzydzieści dwa lata.

Z drugiej wszakże strony nic się nie zmieniło. Nadal był radnym. Zachował swój status i przywileje, tyle tylko że nie spodziewał się, by kiedykolwiek miał powrócić na Terminusa i korzystać z tego statusu i przywilejów. Tak samo nie pasował do chaosu Fundacji, jak do porządku Gai. Nigdzie nie czuł się w domu, wszędzie był obcym.

Zacisnął szczęki i ze złością przeczesał palcami swe czarne włosy. Zanim zacznie marnować czas, rozpaczając nad swym losem, musi znaleźć Ziemię. Jeśli wyjdzie cało z tych poszukiwań, to będzie miał dosyć czasu, żeby siedzieć i użalać się nad sobą. Zresztą wtedy będzie miał, być może, więcej powodów ku temu.

Z tym niezłomnym postanowieniem cofnął się myślą w przeszłość…

Trzy miesiące temu opuścił Terminusa razem z Janovem Peloratem, zdolnym, lecz naiwnym uczonym. Peloratem kierowało pragnienie odkrycia dawno zapomnianej Ziemi, a on, Trevize, traktował misję Pelorata jako przykrywkę dla zrealizowania swych własnych planów. Nie znaleźli Ziemi, ale za to znaleźli Gaję i Trevize został zmuszony do podjęcia owej, brzemiennej w skutki, decyzji.

I oto teraz on, Trevize, obrócił się niespodziewanie o sto osiemdziesiąt stopni i pragnął znaleźć Ziemię.

Jeśli chodzi o Pelorata, to on również znalazł coś, czego się nie spodziewał. Znalazł tę ciemnowłosą i czarnooką Bliss, dziewczynę, która była Gają w tym samym stopniu co Dom… w tym samym stopniu, co ziarnko piasku czy źdźbło trawy. Pelorat, przeżywając drugą młodość, zakochał się w kobiecie dwa razy młodszej od siebie i, co dziwniejsze, ta młoda kobieta wydawała się z tego cieszyć.

Było to co prawda dziwne, ale Pelorat był na pewno szczęśliwy i Trevize pomyślał z rezygnacją, że każdy musi znaleźć swój sposób na szczęście. Była to sprawa indywidualnych zapatrywań, które Trevize, przez swój wybór, usuwał (z czasem) na zawsze z Galaktyki.

Ból znowu powrócił. Świadomość decyzji, którą podjął, którą musiał podjąć, doskwierała mu niczym otarty naskórek na pięcie, była…

— Golan!

Czyjś głos przerwał jego ponure rozmyślania. Odwrócił się, mrużąc oczy przed promieniami słońca.

— A, to ty, Janov — rzekł serdecznie, tym serdeczniej, że nie chciał, aby Pelorat domyślił się, że coś go gnębi. Zdobył się nawet na żart: — Widzę, że udało ci się oderwać na chwilę od Bliss.

Pelorat potrząsnął głową. Łagodny wietrzyk potargał jego jedwabiste, siwe włosy, a jego długa, poważna twarz zachowała swój skupiony wyraz.

— Prawdę mówiąc, stary, to właśnie ona zasugerowała, żebym się z tobą spotkał, żeby… żeby pomówić z tobą o pewnej sprawie. To oczywiście nie znaczy, żebym sam nie chciał się z tobą spotkać, ale wydaje się, że ona myśli szybciej niż ja.

Trevize uśmiechnął się.

— W porządku, Janov. Rozumiem, że przyszedłeś, żeby się ze mną pożegnać.

— No, niezupełnie. Prawdę mówiąc, wprost przeciwnie. Golam kiedy odlatywaliśmy z Terminusa, chciałem koniecznie znaleźć Ziemię. Poświęciłem na to praktycznie całe życie.

— A ja to będę kontynuował. Teraz to jest moje zadanie.

— Tak, ale także moje. Nadal moje.

— Ale… — Trevize machnął ręką pokazując cały otaczający ich świat.

— Chcę lecieć z tobą — wyrzucił z siebie nagle Pelorat.

Trevize był zupełnie zaskoczony.

— Chyba nie mówisz tego poważnie, Janov? Masz teraz Gaję.

— Kiedyś do niej wrócę, ale nie mogę pozwolić, żebyś leciał sam.

— Na pewno możesz. Potrafię sam zadbać o siebie.

— Nie obraź się, Golam ale za mało wiesz. To ja znam te mity i legendy. Mogę cię poprowadzić.

— I zostawisz Bliss? Coś takiego!

Policzki Pelorata pokrył rumieniec.

— Właściwie, stary, to ja nie bardzo mam na to ochotę, ale ona powiedziała…

Trevize zmarszczył brwi.

— To znaczy, że ona chce się ciebie pozbyć, Janov. Obiecała mi…

— Nie, nie rozumiesz. Posłuchaj mnie, proszę, Golan. Masz taki nieprzyjemny zwyczaj pochopnego wyciągania wniosków, zanim wysłuchasz kogoś do końca. Wiem, że to twoja specjalność, a w dodatku sprawia mi trudność wyrażanie się zwięźli, ale…

— No dobrze — rzekł Trevize już spokojnie powiedz mi dokładnie, o co chodzi Bliss. Mów tak, jak ci wygodnie, a ja obiecuję cierpliwie wysłuchać cię do końca.

— Dziękuję. Jeśli obiecujesz słuchać cierpliwie, to myślę, że uda mi się powiedzieć to krótko. No więc, widzisz, Bliss też chce lecieć.

— Bliss też chce lecieć? — powtórzył Trevize. Zaraz, mówię spokojnie. Nie wybuchnę. Powiedz mi… a dlaczego to Bliss chce ze mną lecieć? Jak widzisz, pytam spokojnie.

— Tego mi nie powiedziała. Chce o tym sama z tobą porozmawiać.

— No to dlaczego tu nie przyszła, co?

— Myślę… — rzekł Pelorat — powtarzam, myślę… że ona chyba uważa, że jej nie lubisz, Golam i że chyba boi się zbliżać do ciebie. Zapewniałem ją, jak mogłem, że nie masz nic przeciw niej. Nie wierzę, żeby ktoś mógł o niej myśleć inaczej niż dobrze. Mimo to wolała, żebym… jakby to powiedzieć… poruszył najpierw z tobą ten temat. Mogę jej powiedzieć, że chcesz się z nią zobaczyć?

— Oczywiście, zaraz się z nią zobaczę.

— I będziesz zachowywał się spokojnie? Widzisz, stary, jej bardzo na tym zależy. Powiedziała, że to sprawa najwyższej wagi i że musi lecieć z tobą.

— Ale nie powiedziała dlaczego, prawda?

— Nie, ale jeśli ona uważa, że musi lecieć, to na pewno uważa tak Gaja.

— Co znaczy, że nie mogę odmówić. Zgadza się, Janov?

— Tak, Golam myślę, że nie możesz.


3

<p>3</p>

Po raz pierwszy w czasie swego krótkiego pobytu na Gai Trevize przekroczył próg domu Bliss, który teraz służył również Peloratowi.

Trevize obrzucił wnętrze krótkim spojrzeniem. Domy na Gai były proste. Prawie zupełny brak jakichkolwiek kaprysów pogody, umiarkowana przez okrągły rok temperatura w tej szerokości geograficznej i łagodne ruchy tektoniczne, jeśli w ogóle musiało do nich dochodzić, sprawiały, że nie było potrzeby budowania domów chroniących ich mieszkańców przed groźnym otoczeniem ani tworzenia wygodnych zakątków pośród niegościnnej przyrody. Cała planeta była, jeśli można tak powiedzieć, jednym wielkim domem dającym schronienie jej mieszkańcom.

Dom Bliss, znajdujący się wewnątrz owego planetarnego domu, był mały, o oknach raczej przesłoniętych niż oszklonych. Nieliczne meble pełniły funkcje ściśle użytkowe. Na ścianach wisiały zdjęcia holograficzne; jedno z nich przedstawiało Pelorata z miną raczej zdumioną i zakłopotaną. Trevize skrzywił usta, ale ukrył rozbawienie poprawiając starannie swój pas.

Bliss obserwowała go uważnie. Nie uśmiechała się, jak to miała w zwyczaju. Z szeroko otwartymi, ładnymi oczami i włosami opadającymi na ramiona łagodną falą, wyglądała raczej poważnie. Tylko pełne usta, muśnięte czerwoną pomadką, ożywiały nieco jej twarz.

— Dziękuję, że przyszedłeś, Trev.

— Janov bardzo na to nalegał, Blissenobiarella.

Bliss uśmiechnęła się lekko.

— Dobra riposta. Jeśli będziesz mówił mi Bliss, postaram się zwracać do ciebie pełnym nazwiskiem, Trevize. — Zająknęła się, niemal niezauważalnie, przy drugiej sylabie.

Trevize uniósł prawą rękę: — To byłby dobry układ. Rozumiem, że macie zwyczaj używania przy wyrażaniu myśli jednosylabowych części nazwiska, więc nie obrażę się, jeśli od czasu do czasu powiesz mi „Trev”. Mimo to będę czuł się znacznie lepiej, jeśli postarasz się jak najczęściej zwracać do mnie pełnym nazwiskiem. W zamian za to ja będę ci mówił „Bliss”.

Trevize przyglądał się jej badawczo, jak zawsze, kiedy ją spotykał. Jako jednostka, była młodą, dwudziestoparoletnią kobietą. Jednak jako część Gai miała wiele tysięcy lat. Nie miało to żadnego wpływu na jej wygląd, ale miało wpływ na sposób, w jaki niekiedy mówiła, i na atmosferę, która ją otaczała. Czy chciałby, żeby tak samo było z każdym człowiekiem? Nie! Na pewno nie, a jednak…

— Przejdę do sedna sprawy — powiedziała Bliss. — Mówiłeś, że pragniesz znaleźć Ziemię…

— Mówiłem o tym Domowi — rzekł Trevize, zdecydowany nie ulegać Gai i nie rezygnować łatwa ze swojego punktu widzenia.

— Owszem, ale mówiąc o tym Domowi, mówiłeś tym samym Gai, każdej jej części, a więc również, na przykład, mnie.

— Słyszałaś, jak o ty mówiłem?

— Nie, bo cię nie słuchałam, ale gdybym później chciała, to mogłabym sobie przypomnieć wszystko, co powiedziałeś. Zostawmy to, proszę, i idźmy dalej… Mówiłeś, że pragniesz znaleźć Ziemię i upierałeś się, że to bardzo ważne. Nie rozumiem, dlaczego to takie ważne, ale skoro posiadasz dar trafnego wnioskowania, to ja-my-Gaja musimy przyjąć, że jest tak, jak mówisz. Jeśli ta misja ma kluczowe znaczenie dla twojej decyzji dotyczącej Gai, to ma również kluczowe znaczenie dla Gai, a w związku z tym Gaja musi polecieć z tobą, choćby po to tylko, by spróbować zapewnić ci ochronę.

— Kiedy mówisz, że musi polecieć ze mną Gaja, to oczywiście masz na myśli siebie, prawda?

— Ja jestem Gają — odparła po prostu Bliss.

— Ale jest nią też wszystko inne na tej planecie. Dlaczego zatem musisz to być ty? Dlaczego nie miałaby ze mną polecieć jakaś inna cząstka Gai?

— Dlatego, że chce lecieć z tobą Pel, a on nie byłby zadowolony, gdyby poleciała z wami jakaś inna cząstka.

Pelorat, który dotąd siedział dyskretnie na krześle w innym końcu pokoju (plecami — jak zauważył Trevize — do swej holograficznej podobizny), powiedział łagodnie:

— To prawda, Golan. Bliss jest moją częścią Gai.

Bliss nagle się uśmiechnęła:

— To nawet dość podniecające być ocenianym w ten sposób, choć, oczywiście, jest mi zupełnie obcy taki styl myślenia.

— No dobrze, zastanówmy się. — Trevize założył ręce na kark i przechylił się z krzesłem do tyłu. Cienkie nóżki krzesła zaskrzypiały ostrzegawczo, więc doszedłszy do wniosku, że mebel nie wytrzyma takiej zabawy, szybko opuścił je z powrotem na cztery nogi. — Czy jeśli opuścisz Gaję, nadal będziesz jej częścią?

— Niekoniecznie. Mogę się od niej oddzielić, na przykład gdyby wyglądało na to, że grozi mi niebezpieczeństwo, którego skutki mogłyby dotknąć Gaję albo gdyby była po temu inna ważna przyczyna. Stałoby się tak jednak tylko w wyjątkowej sytuacji. Normalnie będę nadal częścią Gai.

— Nawet jeśli zrobimy skok przez nadprzestrzeń?

— Nawet wtedy, chociaż to trochę skomplikuje sprawy.

— Nie mogę powiedzieć, żebym się z tego cieszył.

— Dlaczego?

Trevize zmarszczył nos, jakby poczuł przykry zapach.

— To znaczy, że jeśli zrobię czy powiem na swoim statku cokolwiek, co zobaczysz czy usłyszysz, to będzie to widziane czy słyszane przez wszystkich na Gai.

— Jestem Gają, a więc Gaja usłyszy, zobaczy i poczuje wszystko, co ja usłyszę, zobaczę i poczuję. — No właśnie. Nawet ta ściana zobaczy to, usłyszy i poczuje.

Bliss spojrzała na ścianę i wzruszyła ramionami.

— Tak, ta ściana też. Jej świadomość jest bardzo niewielka, a więc czuje ona i rozumie bardzo niewiele, ale przypuszczam, że jej reakcją na to, o czym teraz mówimy, są na przykład jakieś zmiany na poziomie wewnątrzatomowym, które umożliwiają jej zespolenie się z Gają w bardziej celowym działaniu dla wspólnego dobra.

— A jeśli zależy mi na intymności? Może nie życzę sobie, żeby ta ściana wiedziała, co robię czy mówię?

Bliss miała wyraźnie zirytowaną minę. Wtedy nagle wtrącił się Pelorat:

— Słuchaj, Golam nie chcę się mieszać, bo nie wiem zbyt wiele o Gai, ale jestem już trochę czasu z Bliss i wydaje mi się, że zorientowałem się co nieco w tym wszystkim… Jeśli znajdziesz się w tłumie na Terminusie, to widzisz i słyszysz wiele rzeczy. To i owo możesz zapamiętać. Może nawet, pod wpływem odpowiedniej stymulacji mózgu, potrafiłbyś odtworzyć swoje spostrzeżenia, ale przeważnie nie obchodzi cię to, co się wokół ciebie dzieje. Nie zwracasz na to uwagi. Nawet jeśli w danej chwili zainteresuje cię jakaś emocjonująca scena z udziałem obcych ci ludzi, to — jeśli nie dotyczy to bezpośrednio ciebie — zaraz o niej zapominasz. — Tak samo jest na pewno na Gai. Nawet jeśli cała Gaja zna dokładnie twoje sprawy, to nie znaczy, że zwraca na to uwagę, że ją to obchodzi… Mam rację, Bliss?

— Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, Pel, ale jesteś bliski prawdy. Niemniej jednak ta intymność, o której mówi Trev… chciałam powiedzieć Trevize… nie jest u nas w cenie. Prawdę mówiąc, ja-my-Gaja nie potrafimy tego zrozumieć. Nie życzyć sobie być częścią… nie chcieć, aby nas słyszano… aby wiedziano, co robimy… aby odbierano nasze myśli… — Bliss potrząsnęła energicznie głową. Mówiłam już, że w nagłych przypadkach możemy się odizolować od całości, ale kto chciałby żyć w ten sposób, choćby tylko przez godzinę!

— Ja — powiedział Trevize. — Właśnie dlatego muszę znaleźć Ziemię. Muszę dowiedzieć się, co, jeśli w ogóle było coś takiego, spowodowało, że wybrałem dla ludzkości taki okropny los.

— Taki los nie jest wcale okropny, ale nie roztrząsajmy już tej sprawy. Polecę z tobą nie jako szpieg, lecz jako przyjaciel i pomocnik. Gaja będzie z tobą, ale nie będzie cię śledzić, lecz pomagać ci.

— Gaja pomogłaby mi najbardziej, gdyby wskazała mi, gdzie jest Ziemia — rzekł ponuro Trevize.

Bliss wolno potrząsnęła głową.

— Gaja nie zna położenia Ziemi. Dom już ci o tym mówił.

— Nie bardzo w to wierzę. W końcu musicie mieć jakieś zapiski. Dlaczego przez cały czas mojego pobytu tutaj nie mogłem ich ujrzeć? Nawet jeśli Gaja naprawdę nie wie, gdzie może się znajdować Ziemia, to może ja mógłbym znaleźć w tych zapiskach jakieś wskazówki. Znam dosyć dobrze Galaktykę, na pewno o wiele lepiej niż Gaja. Być może mógłbym w waszych źródłach znaleźć jakieś aluzje, które są niezrozumiałe dla Gai.

— O jakich zapiskach mówisz?

— O jakichkolwiek. O książkach, filmach, nagraniach, hologramach, wytworach dawnych epok… czy ja wiem, co wy tu macie? Przez cały czas, odkąd tu jestem, nie widziałem nic, co można by uznać za zapiski. A ty, Janov?

— Ja też nie — odparł Pelorat z ociąganiem ale, prawdę mówiąc, nie bardzo ich szukałem.

— Ale ja szukałem po cichu — rzekł Trevize — i nic nie znalazłem. Nic! Mogę się tylko domyślać, że ukryto je przede mną. Zastanawiam się dlaczego. Czy ktoś może mi to wyjaśnić?

Bliss zmarszczyła czoło i rzekła ze zdziwieniem:

— Dlaczego nie zapytałeś o to wcześniej? Ja-my-Gaja niczego nie ukrywamy i nie opowiadamy żadnych kłamstw. Kłamstwa może opowiadać izol — jednostka wyizolowana z otoczenia. Jednostka jest ograniczona i strachliwa, właśnie dlatego, że ograniczona. Ale Gaja jest organizmem obejmującym całą planetę, ma ogromną siłę umysłową i nie boi się niczego. Opowiadanie kłamstw, tworzenie opisów niezgodnych z rzeczywistością jest Gai zupełnie niepotrzebne.

Trevize parsknął.

— Wobec tego dlaczego trzymacie mnie cały czas z dala od swoich zapisków? Podaj mi jakieś sensowne wyjaśnienie.

— Oczywiście. — Wyciągnęła przed siebie obie ręce, dłońmi do góry. — Nie mamy żadnych zapisków.


4

<p>4</p>

Pierwszy doszedł do siebie Pelorat. Wydawał się mniej zaskoczony niż Trevize.

— Moja kochana — powiedział łagodnie — to zupełnie niemożliwe. Nie może istnieć cywilizacja bez zapisków w jakiejś formie.

Bliss uniosła brwi.

— Zdaję sobie z tego sprawę. To, co powiedziałam, znaczy tylko tyle, że nie mamy żadnych zapisków w rodzaju tych, o jakich mówi Trev… Trevize i że właśnie dlatego nie mógł nic znaleźć. Nie mamy ani pism, ani druków, ani filmów, ani banków danych, niczego w tym typie. Nawet napisów naskalnych. To wszystko. A ponieważ nie mamy nic z tych rzeczy, to jest zupełnie naturalne, że Trevize nic nie znalazł.

— Jeśli nie macie żadnych zapisków, które potrafiłbym zidentyfikować jako zapiski, no to co wobec tego macie? — spytał Trevize.

— Ja-my-Gaja mamy pamięć — odparła Bliss, wymawiając słowa starannie, jak gdyby zwracała się do dziecka. — Ja zapamiętuję i pamiętam.

— Co pamiętasz? — spytał Trevize.

— Wszystko.

— Wszystkie dane?

— Oczywiście.

— Z jakiego czasu? Sprzed ilu lat?

— Z okresu tak długiego, że trudno to określić. Sprzed bardzo, bardzo wielu lat.

— Mogłabyś podać mi dane historyczne, biograficzne, geograficzne, naukowe? Nawet miejscowe plotki?

— Wszystko.

— Wszystko w tej małej główce! — Trevize wskazał ironicznie palcem na skroń Bliss.

— Nie — odparła. — Pamięć Gai nie ogranicza się do tego, co zawiera ta akurat głowa. Posłuchaj — w tym momencie przybrała oficjalny, nawet trochę surowy ton, jak gdyby przestała być tylko sobą i stała się amalgamatem różnych jednostek — był na pewno taki czas, zanim — zaczęła się historia, kiedy ludzie byli na tyle prymitywni, że choć potrafili zapamiętywać różne wydarzenia, to nie potrafili mówić. Potem wynaleziono mowę, która posłużyła do wyrażania wspomnień i przekazywania ich innym. Potem wynaleziono pismo, aby utrwalać wspomnienia i przekazywać je następnym pokoleniom. W całym postępie technologicznym, który dokonał się od tamtej pory, chodziło o to, aby uzyskać więcej miejsca dla przekazywania i przechowywania wspomnień oraz ułatwić wyszukiwanie i odtwarzanie tych wspomnień, które w danej chwili były potrzebne. Jednakże z chwilą, kiedy ludzie połączyli się i utworzyli Gaję, wszystko to stało się nie potrzebne. Możemy wrócić do pamięci, podstawowego systemu przechowywania danych, na którym opiera się cała reszta. Rozumiesz?

— Chcesz przez to powiedzieć, że całkowita suma mózgów na Gai jest w stanie zapamiętać więcej danych niż jeden mózg? — rzekł Trevize.

— Oczywiście.

— Ale jeśli te wszystkie dane są rozproszone w ogólnoplanetarnej pamięci, to jaki pożytek masz z nich ty, jako jedna część Gai?

— Taki pożytek, jakiego możesz zapragnąć. Wszystko, co chcę wiedzieć, jest gdzieś, w czyimś mózgu. Niektóre informacje mogą być w wielu mózgach. Jeśli są to wiadomości podstawowe, takie jak na przykład znaczenie wyrazu „krzesło”, to zawarte są we wszystkich mózgach. Ale nawet jeśli jest to coś bardzo rzadkiego i specjalnego, co znajduje się tylko w jakiejś jednej, małej części mózgu Gai, to jeśli zajdzie taka potrzeba, mogę to sobie przypomnieć, chociaż trwa to trochę dłużej niż wtedy, kiedy pamięć o czymś jest bardziej powszechna… Jeśli chcesz dowiedzieć się o czymś, o czym nie ma żadnych informacji w twoim mózgu, to szukasz tego w odpowiednich książkach, na taśmach albo w komputerowych bankach danych. Ja natomiast szukam tego w zbiorowym umyśle Gai.

— A jak się bronisz przed zalewem tych informacji? — spytał Trevize. — Przecież mogłyby wszystkie napłynąć do twego mózgu i rozsadzić ci głowę.

— Dlaczego szydzisz sobie ze mnie?

— Daj spokój, Golam nie bądź niemiły — rzekł Pelorat.

Trevize popatrzył na niego, potem na Bliss i z wolna rozchmurzył się. Widać było, że przychodzi mu to z trudem.

— Przepraszam — powiedział. — Czuję się przytłoczony spoczywającą na mnie odpowiedzialnością. Chcę się od niej uwolnić, ale nie wiem, jak to zrobić. Dlatego mogę, nawet wbrew swoim intencjom, powiedzieć czasem coś przykrego. Ale jeśli chodzi o moje pytanie, Bliss, to naprawdę chcę wiedzieć, jak sobie dajesz z tym radę. W jaki sposób udaje ci się korzystać z wiedzy zawartej w mózgach innych bez zatrzymywania jej w twoim własnym mózgu i przeciążania jego pojemności?

— Nie wiem, jak to się dzieje, Trevize, tak samo jak ty nie wiesz dokładnie o wszystkim, co dzieje się w twoim mózgu — odparła Bliss. — Przypuszczam, że wiesz, jaka jest odległość od słońca waszego układu do najbliższej gwiazdy, ale na pewno nie zawsze myślisz o tym świadomie. Przechowujesz gdzieś tę informację i, jeśli trzeba, przywołujesz ją. Jeśli nie jest ci do niczego potrzebna, to z czasem możesz o niej zapomnieć, ale zawsze możesz odświeżyć ją, zwracając się do jakiegoś banku danych. Mózg Gai można potraktować jako ogromny bank danych, z którego mogę korzystać, ale nie muszę zapamiętywać świadomie żadnej konkretnej informacji, z której skorzystałam. Skoro już wykorzystam jakiś fakt czy wiadomość, to mogę sobie pozwolić na to, żeby o nim czy o niej zapomnieć. Jeśli już o tym mowa, to mogę taką informację z powrotem umieścić w miejscu, z którego ją zaczerpnęłam.

— A ilu ludzi żyje na Gai, Bliss?

— Około miliarda. Chcesz wiedzieć, ilu jest dokładnie w tej chwili?

Trevize uśmiechnął się ponuro.

— Rozumiem, że jeśli zechcesz, możesz zaraz dowiedzieć się, jaka jest dokładna liczba, ale wystarczy mi to, co podałaś w przybliżeniu.

— Faktycznie — powiedziała Bliss — populacja jest stała i oscyluje wokół pewnej konkretnej liczby, która nieznacznie przekracza miliard. Rozszerzając swoją świadomość i hmm… „czując” granice, jestem w stanie powiedzieć, o ile w danej chwili faktyczna liczba mieszkańców jest większa czy mniejsza od tego optimum. Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić. Trzeba by tego doświadczyć, żeby to zrozumieć.

— W każdym razie wydaje mi się, że miliard mózgów, z których pewna część to mózgi dzieci, to za mało, żeby pomieścić w pamięci wszystkie informacje, które potrzebne są rozwiniętej i złożonej społeczności.

— Ale ludzie nie są jedynymi żywymi istotami na Gai, Trev.

— Chcesz powiedzieć, że informacje zawarte są także w mózgach zwierząt?

— Mózgi zwierząt nie mogą przechowywać takich ilości informacji jak mózg człowieka, a poza tym znaczna część pojemności mózgu, i to zarówno ludzkiego, jak i zwierzęcego, musi być przeznaczona na wspomnienia indywidualne, które są użyteczne prawie wyłącznie dla tego akurat składnika świadomości ogólnoplanetarnej, w którego mózgu się znajdują. Mimo to w mózgach zwierząt można zgromadzić, i gromadzi się, znaczące ilości danych. To samo zresztą odnosi się do tkanki roślin i mineralnej struktury planety.

— Mineralnej struktury planety? To znaczy do skał i łańcuchów górskich?

— Tak, a w przypadku pewnych rodzajów danych, również do oceanu i atmosfery. One też składają się na Gaję.

— Ale co może przechować przyroda nieożywiona?

— Bardzo dużo. Natężenie informacji jest niskie, ale pojemność ogólna jest tak duża, że większa część całkowitej wiedzy Gai zawarta jest w jej skałach. Z drugiej strony, uzyskanie informacji zgromadzonych w skałach czy zastąpienie ich innymi zabiera trochę więcej czasu, tak że są one idealnym miejscem dla przechowywania martwych — jeśli można tak powiedzieć — danych, to znaczy, z których normalnie bardzo rzadko się korzysta.

— A co się dzieje, kiedy umiera ktoś, kogo mózg zawiera dane dużej wagi?

— Dane te nie giną. Co prawda, w miarę jak mózg po śmierci ulega powoli dezorganizacji, dane te ulatniają się, ale jest dosyć czasu, aby umieścić je w pamięci innych części Gai. Z kolei dzieci, rozwijając się z wiekiem, snują nie tylko własne myśli i gromadzą osobiste wspomnienia, ale też mózgi ich karmione są odpowiednią wiedzą z innych źródeł. To, co nazwałbyś edukacją, u mnie, u nas na Gai jest całkowicie automatyczne.

— Naprawdę, Golan — rzekł Pelorat — wydaje mi się, że wiele przemawia na korzyść tej idei żywego świata.

Trevize zerknął z ukosa na swego rodaka.

— Jestem tego pewien, Janov, ale wcale mnie to nie zachwyca. Ta planeta, jakkolwiek duża i zróżnicowana, to jeden mózg. Tylko jeden! Każdy nowy mózg, jak tylko się pojawi, zostaje wtopiony w całość. Gdzie tu możliwość niezgody, gdzie szansa na opozycję? Kiedy myślisz o ludzkiej historii, to myślisz o pojedynczych ludzkich istnieniach, o indywidualnościach, których poglądy mogą być potępiane przez społeczeństwo, ale które w końcu zwyciężają i zmieniają świat. A jaką szansę mieliby na Gai wielcy buntownicy naszej historii?

— U nas też istnieje wewnętrzny konflikt — powiedziała Bliss. — Nie każdy element Gai musi podzielać opinię powszechną.

— Ale ten konflikt musi być bardzo ograniczony — rzekł na to Trevize. — Organizm nie może być zanadto wewnętrznie skłócony, gdyż nie funkcjonowałby sprawnie. Jeśli postęp i rozwój nie zostały w ogóle całkowicie zatrzymane, to na pewno musiały zostać spowolnione. Czy mamy narzucić to całej Galaktyce? Całej ludzkości?

— Czyżbyś kwestionował teraz swoją własną decyzję? — spytała Bliss, nie okazując żadnych emocji. — Zmieniłeś zdanie i uważasz, że Gaja proponuje ludziom niedobrą przyszłość?

Trevize zacisnął usta i zastanawiał się przez chwilę. W końcu powiedział wolno:

— Chciałbym zmienić zdanie, ale… jeszcze nie teraz. Podjąłem tamtą decyzję na jakiejś podstawie, działając podświadomie, i dopóki nie dowiem się, co wpłynęło na to, że dokonałem takiego właśnie wyboru, co to była za podstawa, nie potrafię z pełnym przekonaniem zdecydować się, czy podtrzymać tamtą decyzję, czy ją zmienić. Wróćmy zatem do sprawy Ziemi.

— Bo czujesz, że tam dowiesz się, co było podstawą twojej decyzji, tak?

— Tak właśnie czuję… No więc Dom utrzymuje, że Gaja nie zna położenia Ziemi. Domyślam się, że jesteś tego samego zdania.

— Oczywiście, że tak. Jestem tak samo Gają, jak on.

— I nie ukrywasz nic przede mną? To znaczy świadomie?

— Oczywiście, że nie. Nawet gdyby Gaja mogła kłamać, to nie okłamywałaby ciebie. Nasz los zależy od twoich decyzji. Chcemy, żeby były one trafne, a to wymaga, żeby opierały się na prawdzie.

— W takim razie — powiedział Trevize — skorzystajmy z waszej pamięci. Sprawdź, jak daleko sięga pamięć waszego świata.

Bliss zawahała się. Przez chwilę patrzyła na niego pustym wzrokiem, jak gdyby znajdowała się w transie. Potem powiedziała:

— Piętnaście tysięcy lat wstecz.

— Dlaczego zawahałaś się?

— Potrzeba na to było trochę czasu. Stare, naprawdę stare wspomnienia znajdują się prawie w całości w korzeniach gór i na wydobycie ich stamtąd potrzeba trochę czasu.

— A więc piętnaście tysięcy lat wstecz? To wtedy założono Gaję?

— Nie, zgodnie z tym, co nam wiadomo, nastąpiło to jakieś trzy tysiące lat wcześniej…

— Dlaczego nie masz pewności? Czy ty — albo Gaja — nie pamiętasz?

— To wydarzyło się, zanim Gaja rozwinęła się na tyle, że pamięć stała się zjawiskiem ogólnoplanetarnym.

— Ale zanim doszło do tego, że mogliście zacząć polegać na waszej zbiorowej pamięci, na Gai musiały znajdować się jakieś zapiski. Zapiski w normalnym znaczeniu tego słowa, Bliss — nagrania, filmy, pisma i tak dalej.

— Przypuszczam, że tak istotnie było, ale nie mogły przetrwać tyle czasu.

— Mogły zostać skopiowane albo, jeszcze lepiej, ich treść mogła zostać utrwalona w pamięci zbiorowej, gdy już osiągnęliście ten etap.

Bliss zmarszczyła czoło. Znowu się zawahała, tym razem dłużej.

— Nie mogę znaleźć nawet śladu tych wcześniejszych zapisków.

— A dlaczego?

— Nie wiem, Trevize. Przypuszczam, że okazały się niezbyt ważne. Myślę, że zanim zorientowano się, że te wczesne, niepamięciowe zapiski niszczeją, zdecydowano, że są one zbyt archaiczne i w związku z tym niepotrzebne.

— Nie wiesz tego. Przypuszczasz, myślisz, ale nie wiesz na pewno. Gaja nie wie tego.

Bliss spuściła oczy. — Musi być tak, jak powiedziałam.

— Musi? Ja nie jestem częścią Gai, więc nie muszę przypuszczać tego, co przypuszcza Gaja. To przykład na to, jak ważna jest niezależność. Ja, człowiek niezależny, izol — jak mówisz — przypuszczam coś zupełnie innego.

— Co przypuszczasz?

— Przede wszystkim jednego jestem pewien. Otóż jest zupełnie niemożliwe, żeby kwitnąca cywilizacja zniszczyła swe wczesne zapiski, świadectwa swej przeszłości. Nie tylko nie uważałaby ich za niepotrzebne nikomu przeżytki, ale traktowałaby je z niezwykłym szacunkiem i robiłaby wszystko, żeby je zachować. Jeśli zapiski z czasów, kiedy Gaja nie była jeszcze jednym organizmem, zostały zniszczone, to na pewno wasi przodkowie nie zrobili tego z własnej woli.

— No to jak to wyjaśnisz?

— Wszystkie wzmianki na temat Ziemi, które znajdowały się w Bibliotece na Trantorze zostały usunięte przez kogoś czy przez coś spoza Drugiej Fundacji. Czy zatem nie mogło być tak, że również tu, na Gai, wszystkie wzmianki dotyczące Ziemi zostały usunięte przez kogoś nie będącego Gają, nie należącego do Gai?

— A skąd wiesz, że te stare zapiski dotyczyły Ziemi?

— Powiedziałaś, że Gaja została założona przynajmniej osiemnaście tysięcy lat temu. W tym czasie nie istniało jeszcze Imperium Galaktyczne, ludzie dopiero kolonizowali Galaktykę, a planetą, od której się to wszystko zaczęło, była Ziemia. Pelorat na pewno to potwierdzi.

Pelorat, zaskoczony niespodziewanym zaproszeniem do rozmowy, chrząknął i powiedział:

— Tak mówią legendy, kochanie. Traktuję te legendy poważnie i, tak jak Golan Trevize, myślę, że pierwotnie rodzaj ludzki zamieszkiwał tylko jedną planetę, właśnie Ziemię. Pierwsi osadnicy pochodzili z Ziemi.

— Jeśli zatem — podjął na nowo Trevize — Gaja została założona w czasach, kiedy podróże przez nadprzestrzeń były jeszcze nowością, to jest bardzo prawdopodobne, że założyli ją przybysze z Ziemi, a przynajmniej z jakiegoś niezbyt starego świata, który został niedługo przedtem skolonizowany przez Ziemian. Z tego względu zapiski z czasów, kiedy zakładano Gaję i z pierwszych kilku tysiącleci po jej założeniu musiały zawierać informacje na temat Ziemi i Ziemian. I zapiski te zaginęły. Coś musi troszczyć się o to, żeby w żadnych źródłach w Galaktyce nie było nawet wzmianki o Ziemi. A jeśli tak, to musi być jakiś powód, dla którego to robi.

— To tylko domysły, Trevize — powiedziała z oburzeniem Bliss. — Nie masz na to żadnego dowodu.

— Ale to przecież Gaja cały czas utrzymuje, że mam szczególny talent wyciągania właściwych wniosków z analizy skąpych danych. A więc jeśli twierdzę, że jest tak a nie inaczej, to nie gadaj mi, że nie mam żadnych dowodów.

Bliss nic na to nie odpowiedziała.

— Tym bardziej więc należy znaleźć Ziemię. Chcę wystartować, jak tylko „Odległa Gwiazda” będzie gotowa do podróży. Nadal chcecie ze mną lecieć?

— Tak — odparła natychmiast Bliss.

— Tak — zawtórował jej Pelorat.


2. Na Comporellon!

5

6

7

8

<p>2. Na Comporellon!</p>
<p>5</p>

Siąpił lekki deszczyk. Trevize spojrzał na niebo zaciągnięte szarymi chmurami.

Na głowie miał kapelusz przeciwdeszczowy, który odtrącał krople deszczu i odrzucał je we wszystkich kierunkach, daleko od jego ciała. Pelorat, który stał poza zasięgiem kropel spadających z kapelusza Trevizego, nie miał żadnej osłony.

— Nie rozumiem, Janov, dlaczego mokniesz rzekł Trevize.

— Nie przejmuję się tym, że moknę — odparł Pelorat, z poważną jak zawsze miną. — Nie pada zbyt mocno, a poza tym jest ciepło. Nie ma też właściwie wiatru. A zresztą, jak powiada stare porzekadło: „Jeśli jesteś na Anakreonie, to rób to, co Anakreończycy”. — Tu wskazał na kilku Gajan stojących koło „Odległej Gwiazdy” i przyglądających się jej w milczeniu. Stali w pewnych odległościach od siebie, zupełnie jak drzewa w gajańskim lasku. Żaden z nich nie miał kapelusza.

— Przypuszczam, że mokną dlatego, że moknie reszta Gai — powiedział Trevize. — Drzewa, trawa, ziemia — wszystko moknie, a wszystko to jest w takim stopniu częścią Gai, jak tajanie.

— Myślę, że ma to pewien sens — rzekł Pelorat. — Wkrótce znowu wyjrzy słońce i wszystko szybko wyschnie. Ubrania nie stracą fasonu ani się nie skurczą, a ponieważ nie jest zimno i nie ma tu żadnych niepotrzebnych mikroorganizmów chorobotwórczych, to nikt się nie przeziębi, nie dostanie grypy czy zapalenia płuc. Dlaczego więc mieliby się przejmować tym, że trochę zmokną?

Trevize nie mógł odmówić słuszności temu rozumowaniu, ale nie zamierzał się poddawać. Powiedział:

— Mimo to nie musieli ściągać tu tego deszczu akurat w chwili naszego odlotu. W końcu pada tu tylko wtedy, kiedy tego chcą. Gdyby Gaja sobie tego nie życzyła, to by teraz nie padało. Wygląda to zupełnie tak, jakby chcieli nam okazać swoją pogardę.

— A może — rzekł Pelorat i usta lekko mu drgnęły — Gaja płacze z żalu, że odlatujemy.

— Może — odparł Trevize — ale ja nie odlatuję stąd z żalem.

— A naprawdę — ciągnął swoją myśl Pelorat pada pewnie dlatego, że ziemia w tej okolicy potrzebuje wody i jest to ważniejsze niż twoje pragnienie, żeby świeciło słońce.

Trevize uśmiechnął się.

— Coś mi się wydaje, że naprawdę polubiłeś ten świat. To znaczy niezależnie od faktu, że jego częścią jest Bliss.

— Owszem, polubiłem — odparł nieco zaczepnie Pelorat. — Zawsze prowadziłem spokojne, uporządkowane życie i zastanawiam się, jak żyłoby mi się tutaj, gdzie cały świat troszczy się o to, aby był spokój i porządek… W końcu, kiedy budujemy dom… czy statek, jak ten tutaj, to staramy się, aby był jak najwygodniejszy. Wyposażamy go we wszystko, co nam potrzebne, staramy się, aby temperatura, powietrze, oświetlenie, w ogóle wszystko. co jest dla nas ważne, było dokładnie dostosowane do naszych potrzeb. Gaja jest po prostu spełnieniem marzeń o bezpieczeństwie i wygodzie, rozciągniętych na całą planetę. Co w tym złego?

— To — odparł Travize — że mój dom czy statek jest zaprojektowany i zbudowany tak, aby odpowiadał mnie, a nie, żebym ja odpowiadał jemu. Ja nie jestem zaprojektowany. Gdybym był składnikiem Gai, to nawet gdyby cała planeta była idealnie przystosowana do moich potrzeb, przeszkadzałaby mi świadomość, że ja też jestem przystosowany do jej potrzeb.

Pelorat wydął usta. — Można by na to odpowiedzieć — rzekł — że każda społeczność tak kształtuje swoich członków, aby byli do niej jak najlepiej dostosowani. Tworzą się pewne zwyczaje, które mają sens tylko w danej społeczności, a to ogranicza swobodę jednostki i dostosowuje jej działania do potrzeb tej społeczności.

— W społecznościach, które są mi znane, jednostka zawsze może się zbuntować. Zdarzają się ekscentrycy i przestępcy.

— Chcesz, żeby istnieli ekscentrycy i przestępcy?

— A dlaczego nie? Ty i ja jesteśmy przecież ekscentrykami. Na pewno nie jesteśmy typowymi mieszkańcami Terminusa. A jeśli chodzi o przestępców, to jest to kwestia definicji. Poza tym, jeśli istnienie przestępców jest ceną, którą musimy zapłacić za istnienie buntowników, heretyków i geniuszy, to ja zgadzam się ją zapłacić. Więcej — domagam się, abyśmy zapłacili tę cenę.

— Czy istnienie przestępców to jedyna możliwa cena? Nie można mieć geniuszy bez przestępców?

— Nie można mieć geniuszy i świętych bez ludzi znacznie odbiegających od normy, a nie przypuszczam, żeby takie odchylenia możliwe były tylko w jedną stronę. Musi istnieć w tym względzie pewna symetria… W każdym razie potrzebuję lepszego uzasadnienia dla swojej decyzji o wyborze Gai jako modelu dla dalszego rozwoju ludzkiej cywilizacji, niż to, które mi proponujesz. Fakt, że Gaja jest planetarną wersją wygodnego domu, nie jest wystarczającym powodem.

— Ależ, przyjacielu, nie miałem najmniejszego zamiaru przekonywać cię, że powinieneś być zadowolony ze swojej decyzji. Po prostu dzieliłem się z tobą swoimi uwa…

Przerwał. Zbliżała się do nich Bliss. Jej mokra sukienka przylegała ściśle do ciała, podkreślając dość wydatne biodra. Już z daleka kiwała do nich głową.

— Przepraszam, że musieliście na mnie czekać powiedziała trochę zdyszanym głosem. — Rozmowa z Domem zajęła mi więcej czasu, niż się spodziewałam.

— Przecież wiesz wszystko, o czym wie on powiedział Trevize.

— Czasami są różnice w interpretacji. W końcu nie jesteśmy wszyscy tacy sami, więc rozmawiamy ze sobą i dyskutujemy. Posłuchaj — powiedziała nieco szorstko — masz przecież dwie ręce. Każda z nich to część ciebie samego. Obie wyglądają identycznie, z tym tylko, że każda z nich wydaje się lustrzanym odbiciem drugiej. Ale przecież nie używasz obu dokładnie tak samo, prawda? Pewne rzeczy robisz przeważnie prawą ręką, inne przeważnie lewą. To różnice w interpretacji, żeby tak powiedzieć.

— Zagięła cię — stwierdził Pelorat z wyraźną satysfakcją.

Trevize skinął głową.

— To efektowne porównanie, tyle że — obawiam się — niewłaściwe. W każdym razie znaczy to, że możemy chyba wsiadać już na statek, co? Pada deszcz.

— Tak, tak. Nasi ludzie już go opuścili. Wszystko jest w doskonałym stanie. — Spojrzała nagle ze zdziwieniem na Trevizego i powiedziała: — Jesteś suchy! Nie pada na ciebie.

— Faktycznie — odparł Trevize. — Unikam wilgoci.

— Ale to przecież bardzo przyjemne — wymoczyć się od czasu do czasu.

— Oczywiście. Ale wtedy, kiedy chcę tego ja, a nie deszcz.

Bliss wzruszyła ramionami.

— No cóż, to twoja sprawa. Bagaże mamy już załadowane, więc wsiadajmy.

Podeszli do „Odległej Gwiazdy”. Deszcz padał coraz słabiej, ale trawa była nadal bardzo mokra. Trevize złapał się na tym, że stąpa ostrożnie, aby nie zamoczyć nóg, gdy tymczasem Bliss zrzuciła buty, wzięła je w rękę i kroczyła boso.

— To wspaniałe uczucie — powiedziała, widząc spojrzenie, jakim Trevize obrzucił jej stopy.

— Dobrze — odparł z roztargnieniem. Nagle rozejrzał się i rzekł z irytacją:

— A po co sterczą tu ci Gajanie?

— Odnotowują w pamięci to wydarzenie — powiedziała Bliss. — Gaja uważa, że jest ono niezwykle doniosłe. Jesteś dla nas bardzo ważny, Trevize. Zważ, że jeśli w rezultacie tej podróży zmienisz zdanie i podejmiesz decyzję niekorzystną dla nas, to nie tylko nigdy nie staniemy się Galaxią, ale na zawsze przestaniemy być Gają.

— A więc moja decyzja oznacza dla Gai, dla całego świata, życie albo śmierć.

— Tak myślimy.

Trevize nagle przystanął i zdjął kapelusz. Tu i ówdzie zaczynał przeświecać poprzez chmury błękit nieba.

— Ale w tej chwili moja decyzja jest korzystna dla was. Jeśli mnie zabijecie, to nie będę już mógł jej zmienić.

— Golan, coś ty… — mruknął Pelorat. Był wstrząśnięty. — Jak możesz mówić takie straszne rzeczy!

— To typowe dla izola — powiedziała spokojnie Bliss. — Słuchaj, Trevize, musisz zrozumieć, że nie interesuje nas ani twoja osoba, ani nawet to, po czyjej stronie się opowiadasz, ale tylko prawda, tylko fakty. Jesteś dla nas ważny tylko jako swego rodzaju instrument, który umożliwia nam poznanie prawdy, a twój głos za czy przeciw nam tylko jako reakcja tego instrumentu na fakty, jako wskazanie nam tej prawdy. To jest wszystko, czego chcemy od ciebie. Gdybyśmy cię zabili, aby nie dopuścić do zmiany twej decyzji, to tym samym ukrylibyśmy przed sobą prawdę.

— A jeśli powiem wam, że ta prawda jest dla was niekorzystna, że przyszłością Galaktyki nie jest wcale Gaja, to czy chętnie zgodzicie się umrzeć?

— Może niezbyt chętnie, ale to i tak na jedno by wyszło.

Trevize potrząsnął głową. — Już to jedno twierdzenie wystarczyłoby, żeby mnie przekonać, że wasza cywilizacja jest przerażająca i że powinna zginąć. — Przeniósł wzrok na cierpliwie przyglądających się im (i prawdopodobnie słyszących wszystko) Gajan i powiedział: — Dlaczego oni się tak porozstawiali? Czy nie wystarczy, żeby to wydarzenie obserwowała tylko jedna osoba? Przecież i tak cała reszta planety będzie mogła korzystać z tego, co zostanie w jej pamięci! Przecież jeśli zechcecie, to możecie pamięć o tym przechować w milionie innych miejsc.

— Każdy z nich patrzy na to z innego punktu widzenia — odparła Bliss — i każdy taki widok odnotowany jest w innym umyśle. Kiedy przestudiuje się potem wszystkie obserwacje, to okaże się, że to, co ma teraz miejsce, jest o wiele bardziej zrozumiałe, niż gdyby zostało zaobserwowane przez każdego z nich z osobna.

— Mówiąc innymi słowy, całość jest większa niż suma wszystkich elementów, tak?

— Dokładnie tak. Zrozumiałeś wreszcie podstawową zasadę istnienia Gai. Jako jednostka ludzka składasz się z pięćdziesięciu bilionów komórek, ale jako organizm wielokomórkowy jesteś o wiele ważniejszy niż suma wszystkich komórek tworzących twój organizm. Chyba się z tym zgodzisz?

— Tak — odparł Trevize. — Z tym się zgodzę.

Wszedł na statek i odwrócił się na chwilę, aby raz jeszcze spojrzeć na Gaję. Powietrze po deszczu było bardziej czyste i rześkie. Miał przed sobą cichy, urodzajny, pełen zieleni świat — oazę spokoju pośród pełnej zamętu Galaktyki.

Patrzył na Gaję i miał nadzieję, że nigdy już jej nie zobaczy.

<p>6</p>

Kiedy zamknęła się za nimi pokrywa luku, Trevize poczuł się tak, jakby wyzwolił się od gniotącej mu piersi zmory. No, może zmora to za mocne określenie, ale w każdym razie było to coś nienormalnego, co utrudniało mu swobodne oddychanie.

Zdawał sobie doskonale sprawę, że w osobie Bliss został z nim jakiś element tej nienormalności. Dopóki była ona na statku, dopóty była tam też Gaja. Jednak mimo to on również był przeświadczony, że jej obecność na statku jest konieczna. Znowu zaczęła działać „czarna skrzynka”. Miał nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tego, że zacznie jej zbytnio ufać.

Rozejrzał się z zadowoleniem po statku. Od chwili kiedy Harla Branno, burmistrz Fundacji, zmusiła go, aby udał się w przestrzeń w charakterze żywego piorunochronu i ściągnął na siebie grom ze strony tych, którzy jej zdaniem zagrażali Fundacji, był to jego statek. Wykonał już wprawdzie zadanie, ale nie miał zamiaru zwrócić statku. „Odległa Gwiazda” była nadal jego statkiem.

Należała do niego zaledwie od kilku miesięcy, ale wydawała mu się domem. Swój prawdziwy dom na Terminusie pamiętał jak przez mgłę.

Terminus! Położony na skraju Galaktyki, był jednak centrum Fundacji, której przeznaczeniem, zgodnie z Planem Seldona, było utworzenie za pół tysiąca lat drugiego, potężniejszego niż pierwsze, imperium galaktycznego. I oto on, Trevize, udaremnił ten plan. Swoją własną decyzją sprowadził rolę Fundacji do zera, umożliwiając powstanie społeczeństwa zupełnie nowego rodzaju, stwarzając warunki do uformowania się zupełnie nowej formy życia, do przerażającej rewolucji — największej ze wszystkich, które miały miejsce od czasu wykształcenia się organizmów wielokomórkowych.

Teraz rozpoczynał podróż, która miała mu dostarczyć dowodów na to (lub przeciw temu), że postąpił słusznie.

Stwierdził nagle ze złością, że zamiast przystąpić do działania, pogrążył się w rozmyślaniach. Otrząsnął się i szybko przeszedł do sterowni. Komputer był na swoim miejscu. Cały aż lśnił, lśniło wszystko wokół, dokładnie wyczyszczone i wypucowane. Sprawdził na chybił trafił kilka przycisków. Wszystkie działały bez zarzutu, wydawało się nawet, że lepiej niż przedtem. System wentylacyjny pracował bez najlżejszego szmeru, tak że musiał potrzymać rękę nad otworami, aby się upewnić, czy rzeczywiście przepływa przez nie strumień powietrza.

Krążek światła na płycie stołu jarzył się zachęcająco. Trevize dotknął go i światło zalało całą płytę, ukazując zarysy wgłębień na dłonie. Zaczerpnął głęboko powietrza i dopiero wtedy uświadomił sobie, że na chwilę wstrzymał oddech. tajanie nie mieli pojęcia o technice, którą dysponowała Fundacja i mogli niechcący uszkodzić komputer. Jak dotąd, wszystko było w porządku — wgłębienia na dłonie były nienaruszone.

Zasadniczy sprawdzian miał się jednak zacząć dopiero z chwilą, kiedy umieści we wgłębieniach swe dłonie. Przez chwilę wahał się. Zorientowałby się prawie natychmiast, gdyby coś nie było w porządku, ale… co mógłby w takiej sytuacji zrobić? Musiałby dla naprawy komputera wrócić na Terminusa, a był prawie pewien, że gdyby to zrobił, Branno nie pozwoliłaby mu odlecieć. A gdyby został na Terminusie…

Czuł gwałtowne bicie serca. Nie było sensu przedłużać tej niepewności.

Wysunął szybko ręce przed siebie i położył je we wgłębieniach. Natychmiast poczuł łagodny, ciepły uścisk, jak gdyby jego dłonie znalazły się w innych dłoniach. Jego zmysły spotęgowały się i mógł nimi sięgnąć poza statek. Widział Gaję wokół siebie, z przodu, z boków i z tyłu, widział wilgotną zieleń pokrywającej ją trawy i Gajan, którzy nadal stali dokoła statku. Kiedy wyraził w myśli życzenie, że chce spojrzeć do góry, zobaczył chmury. Zapragnął spojrzeć poza chmury i w tej samej chwili ujrzał czyste, błękitne niebo, na którym świeciło słońce Gai. W odpowiedzi na następne życzenie błękit rozstąpił się i Trevize zobaczył gwiazdy.

Starł ten obraz, wyraził inne życzenie i ujrzał Galaktykę niczym ogień sztuczny w skrócie perspektywicznym. Sprawdził obraz komputerowy, regulując jego ustawienie, odwracając pozorny upływ czasu i obracając go najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. Zlokalizował słońce Sayshell, najbliższą od Gai dużą gwiazdę, potem słońce Terminusa, a potem Trantora. Podróżował z gwiazdy na gwiazdę po mapie Galaktyki, która zakodowana byka we wnętrzu komputera.

Wreszcie cofnął ręce i na powrót znalazł się w rzeczywistym świecie. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z faktu, że przez cały czas stał pochylony nad komputerem, aby mieć z nim kontakt. Zesztywniały mu plecy, więc zanim usiadł, musiał rozprostować mięśnie.

Patrzył na komputer z uczuciem ulgi. Urządzenie działało bez zarzutu. Jeśli coś się w ogóle zmieniło, to tylko na korzyść, wydawało mu się bowiem, że komputer reaguje na jego polecenia jeszcze szybciej niż przedtem. Dla uczucia, które go wypełniało, nie znajdował innego określenia niż miłość. W końcu, kiedy ujmował „jego dłonie” (nie chciał przyznać sam przed sobą, że myśli o tym jako o „jej dłoniach”), każde z nich było częścią drugiego, a jego wola kierowała potężniejszą osobowością, była jej częścią i doświadczała tego. On i komputer musieli w pewnym stopniu czuć to (pomyślał niespodziewanie dla siebie samego i zdenerwował się), co czuje, w znacznie większym stopniu, Gaja.

Potrząsnął głową. Nie! W ich przypadku to on, Trevize, sprawował całkowitą kontrolę. Komputer był mu absolutnie podporządkowany.

Podniósł się i przeszedł do małego pomieszczenia spełniającego rolę kuchni i jadalni. Były tam obfite zapasy różnego jadła, z odpowiednimi urządzeniami do chłodzenia i szybkiego podgrzewania potraw. Zdołał już wcześniej zauważyć, że książkofilmy w jego kabinie były ustawione w takim porządku, w jakim je zostawił, i był prawie pewien, nie — całkowicie pewien, że biblioteka Pelorata została odpowiednio zabezpieczona. Gdyby było inaczej, to na pewno do tej pory już by się o tym od niego dowiedział.

Pelorat! To mu o czymś przypomniało. Wszedł do jego kabiny.

— Czy znajdzie się tu miejsce dla Bliss, Janov? — spytał.

— Tak, tak, oczywiście.

— Mogę przeznaczyć salon na sypialnię dla niej.

Bliss spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

— Nie chcę osobnej sypialni. To, że mogę tu zostać z Pelem, zupełnie mi odpowiada. Ale myślę, że kiedy będę potrzebowała, będę też mogła korzystać z innych pomieszczeń. Na przykład z salki gimnastycznej.

— Oczywiście. Ze wszystkich pomieszczeń, z wyjątkiem mojej kabiny.

— Dobrze. Właśnie taki układ bym zaproponowała, gdyby to ode mnie zależało. Naturalnie ty nie będziesz wchodził do naszej kabiny.

— Naturalnie — powiedział Trevize, spoglądając pod nogi i widząc, że prawie przestąpił próg kabiny. Cofnął się o pół kroku i rzekł ponuro:

— To nie jest apartament na miesiąc miodowy, Bliss.

— Biorąc pod uwagę jego skromne rozmiary, choć Gaja powiększyła je o połowę, powiedziałabym, że właśnie jest.

Trevize starał się ukryć uśmiech.

— Będziecie musieli bardzo zaprzyjaźnić się ze sobą.

— Już to zrobiliśmy — powiedział Pelorat, wyraźnie zażenowany tematem rozmowy — ale mógłbyś, stary, zostawić nam samym załatwienie tych spraw.

— Kiedy właśnie nie mogę — powiedział wolno Trevize. — Chcę, żeby było jasne, że te pomieszczenia nie zostały przygotowane z myślą o miesiącu miodowym. Możecie sobie robić, co chcecie za obopólną zgodą, ale musicie sobie uświadomić, że nie ukryjecie waszych intymnych spraw. Mam nadzieję, Bliss, że mnie rozumiesz.

— Są tu drzwi — odparła Bliss — i myślę, że nie będziesz nam przeszkadzał… to znaczy z wyjątkiem jakichś nagłych wypadków.

— Oczywiście, że nie będę. Ale to pomieszczenie nie jest dźwiękoszczelne.

— Chcesz przez to powiedzieć — rzekła Bliss że będziesz zupełnie wyraźnie słyszał każdą naszą rozmowę i każdy głośniejszy ruch, który wykonamy, uprawiając miłość.

— Tak, to właśnie chcę powiedzieć. W związku z tym podejrzewam, że będziecie musieli ograniczyć swoje zapędy. Będzie to dla was na pewno nieprzyjemne i przykro mi z tego powodu, ale taka jest sytuacja.

Pelorat chrząknął i powiedział cicho:

— Prawdę mówiąc, Golam ja już wcześniej stanąłem przed tym problemem. Zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co przeżywa Bliss, kiedy jest ze mną, jest przeżywane przez całą Gaję.

— Myślałem o tym, Janov — rzekł Trevize z miną świadczącą o tym, że walczy ze sobą, żeby się nie skrzywić. — Nie chciałem ci jednak o tym mówić… na wszelki wypadek, gdyby ci to samemu nie przyszło do głowy.

— Ale, niestety, przyszło — powiedział Pelorat.

— Nie przesadzaj, Trevize — powiedziała Bliss. — W każdej chwili tysiące ludzi na Gai uprawiają miłość, a miliony oddają się jedzeniu, piciu czy innym przyjemnym czynnościom. W wyniku tego powstaje ogólna aura rozkoszy, która otacza Gaję, a którą czuje jej każda część. Zwierzęta niższe, rośliny i minerały też mają swoje, odpowiednio mniejsze przyjemności, dzięki którym również one mają swój udział w tym ogólnym uczuciu radości, które zawsze odczuwa Gaja we wszystkich swoich częściach, a które jest zupełnie nieznane innym światom.

— My mamy swoje indywidualne przyjemności, którymi możemy, jeśli chcemy, dzielić się do pewnego stopnia z innymi albo zachować je dla siebie powiedział Trevize.

— Gdybyś mógł choć raz doświadczyć tego, co my czujemy, to przekonałbyś się, jak ubodzy jesteście pod tym względem.

— A skąd możesz wiedzieć, co my czujemy?

— Nie trzeba tego wiedzieć, żeby dojść do wniosku, że przyjemność, w której mają udział wszyscy jest bardziej intensywna niż przyjemność, która jest dostępna tylko dla pojedynczej, wyizolowanej z otoczenia jednostki.

— Być może, ale nawet jeśli moje przyjemności są ubogie, to wolę zadowolić się nimi, ale za to mieć je tylko dla siebie i pozostać sobą niż być krewnym jakiejś skały.

— I po co te drwiny? — spytała Bliss. — Cenisz sobie każdy mineralny kryształ znajdujący się w twoich kościach czy w zębach i za nic nie chciałbyś, żeby któryś z nich został uszkodzony, chociaż ich świadomość nie jest większa niż świadomość przeciętnego kryształu skalnego tej samej wielkości.

— Owszem, to prawda — zgodził się niechętnie Trevize — ale zeszliśmy z tematu. Nie obchodzi mnie, Bliss, nic a nic to, czy Gaja ma udział w twoich rozkoszach, ale ja nie chcę w nich uczestniczyć. Będziemy tu mieszkali blisko siebie i nie chcę być nawet biernym uczestnikiem waszych przyjemności.

— Nie ma się o co spierać, przyjacielu — odezwał się Pelorat. — Mnie zależy tak samo jak tobie na tym, żeby twoje prawo do intymności nie zostało pogwałcone. Zresztą moje też. Bliss i ja będziemy na to uważali. Prawda, Bliss?

— Będzie tak, jak chcesz, Pel.

— W końcu — ciągnął Pelorat — będziemy przypuszczalnie spędzać o wiele więcej czasu na planetach niż w przestrzeni, a na planetach jest więcej okazji do prawdziwej intymności.

— Nie obchodzi mnie, co będziecie robić na planetach — przerwał mu Trevize — ale na tym statku ja rządzę.

— Oczywiście — odparł Pelorat.

— No to skoro już to wyjaśniliśmy, pora lecieć.

— Zaczekaj! — Pelorat chwycił Trevizego za rękaw. — Dokąd lecieć? Ani ty, ani ja, ani Bliss nie wiemy, gdzie znajduje się Ziemia. Twój komputer też nie, bo już dawno temu powiedziałeś mi, że nie ma w nim żadnych danych na temat Ziemi. Co zatem zamierzasz zrobić? Nie możesz przecież lecieć na oślep ani tułać się bez żadnego planu po przestrzeni.

W odpowiedzi Trevize uśmiechnął się z prawdziwą satysfakcją. Po raz pierwszy, od czasu kiedy wpadł w ręce Gai, czuł się panem swego losu.

— Zapewniam cię, Janov — powiedział — że nie mam najmniejszego zamiaru tułać się po przestrzeni. Wiem dokładnie, dokąd chcę lecieć.

<p>7</p>

Pelorat wszedł cicho do sterowni, nie doczekawszy się odpowiedzi na swe nieśmiałe pukanie. Trevize był tak pochłonięty obserwowaniem gwiazd, że nawet go nie zauważył.

— Golan… — odezwał się Pelorat i umilkł.

Trevize podniósł głowę.

— A, to ty, Janov… Siadaj… A gdzie Bliss?

— Śpi… Widzę, że jesteśmy już w przestrzeni.

— Dobrze widzisz. — Trevize nie był zaskoczony zdumieniem Pelorata. Znajdując się na statku o napędzie grawitacyjnym, nie sposób było zorientować się, kiedy statek startuje. Startowi nie towarzyszyły bowiem żadne efekty będące skutkiem działania siły bezwładu — nie odczuwało się ani przyspieszenia, ani wibracji, a w dodatku wszystko odbywało się bezgłośnie.

Posiadając zdolność uniezależnienia się, nawet całkowitego, od zewnętrznych pól grawitacyjnych, „Odległa Gwiazda” mogła wznieść się nad powierzchnię każdej planety zupełnie tak, jak gdyby unosiła się na falach jakiegoś kosmicznego morza, a w czasie kiedy się to odbywało, działanie siły ciężkości wewnątrz statku nie ulegało, paradoksalnie, żadnym zmianom.

Kiedy statek znajdował się jeszcze w atmosferze, nie było oczywiście potrzeby przyspieszania, a więc nie słyszało się świstu powietrza, przez które szybko przedzierał się statek, i nie odczuwało się wywołanej jego oporem wibracji. Natomiast po wyjściu z atmosfery można było nawet gwałtownie przyspieszyć, gdyż nie powodowało to absolutnie żadnych niemiłych doznań u załogi.

Był to szczyt komfortu i Trevize nie wyobrażał sobie, żeby — dopóki ludzie nie odkryją sposobu przemieszczania się przez nadprzestrzeń bez pomocy statków i bez obawy o to, że znajdujące się w pobliżu pola grawitacyjne mogą być zbyt silne — można było w tym względzie jeszcze coś udoskonalić. Teraz jednak „Odległa Gwiazda” będzie musiała przez kilka dni oddalać się od słońca Gai, zanim jego pole grawitacyjne osłabnie na tyle, by mogli spróbować wykonać skok.

— Słuchaj, stary — rzekł Pelorat — czy mogę z tobą przez chwilę porozmawiać? Nie jesteś za bardzo zajęty?

— Skądże! Wszystkim zajmie się komputer, jeśli dam mu odpowiednie polecenia. Czasami zdaje się nawet odgadywać, jakie to będą polecenia i spełnia je, zanim zdążę je wypowiedzieć. — Pogładził pieszczotliwie płytę biurka.

— Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, Golam przez ten krótki okres, kiedy się znamy, choć muszę przyznać, że mnie ten okres wcale nie wydaje się krótki. Tyle się w tym czasie wydarzyło. Kiedy pomyślę o swoim, dosyć już przecież długim życiu, to uderza mnie, że połowa wydarzeń, w których przyszło mi uczestniczyć, miała miejsce w kilku ostatnich miesiącach. Tak mi się przynajmniej wydaje. Byłbym nawet gotów pomyśleć, że…

Trevize przerwał mu ruchem ręki:

— Janov, jestem pewien, że odbiegasz od tematu. Zacząłeś od tego, że w krótkim czasie bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Owszem, to prawda. 1 nadal jesteśmy przyjaciółmi. Skoro już o tym mowa, to Bliss znasz jeszcze krócej, a zaprzyjaźniłeś się z nią nawet bardziej niż ze mną.

— No, to oczywiście zupełnie co innego — rzekł Pelorat, chrząkając z zakłopotaniem.

— Oczywiście — zgodził się Trevize — ale co wynika z tej naszej, od niedawna trwającej przyjaźni?

— Jeśli nadal jesteśmy, jak sam przed chwilą powiedziałeś, przyjaciółmi, to muszę przejść do sprawy Bliss, która — to też powiedziałeś — jest mi szczególnie droga.

— Rozumiem. No i co z tego?

— Wiem, Golam że nie lubisz Bliss, ale chciałbym, żebyś przez wzgląd na mnie…

Trevize znowu uniósł rękę.

— Chwileczkę, Janov. Nie zachwycam się Bliss, ale też nie żywię do niej nienawiści. Prawdę mówiąc, nie mam jej nic do zarzucenia. Jest ona atrakcyjną młodą kobietą, a nawet gdyby nią nie była, to — przez wzgląd na ciebie — byłbym skłonny za taką ją uważać. To Gai nie lubię.

— Ale Bliss jest Gają.

— Wiem, Janov. To właśnie komplikuje sprawy. Dopóki myślę o Bliss jako o kobiecie, nie ma żadnego problemu. Ale kiedy pomyślę o niej jako 0 Gai, zaczynają się problemy.

— Ale nie dałeś Gai żadnej szansy, Golan… Słuchaj, stary, pozwól, że ci coś wyznam. Kiedy jestem blisko Bliss, to czasami, na jakąś minutę, pozwala mi zespolić się ze sobą myślowo. Na minutę, nie dłużej, bo mówi, że jestem za stary, żeby się do tego przystosować… Oj, nie śmiej się, Golan! Ty też byłbyś na to za stary. Gdyby izol, ktoś taki jak ty czy ja, pozostawał częścią Gai dłużej niż przez jedną czy dwie minuty, to groziłoby mu uszkodzenie mózgu, a gdyby przedłużyło się to do pięciu czy dziesięciu minut, to zmiany byłyby nieodwracalne… Gdybyś mógł poznać to uczucie, Golan…

— Jakie uczucie? Nieodwracalne zmiany w mózgu? Dziękuję, nie skorzystam.

— Nie udawaj, że mnie nie rozumiesz, Golan. Chodzi mi o ten krótki moment wspólnoty z Gają. Nawet nie wiesz, co tracisz. Tego się nie da opisać. Bliss mówi, że to uczucie szczęścia i radości. To tak, jakbyś napił się wody w chwili, kiedy prawie umierasz z pragnienia. Nie potrafię nawet w przybliżeniu tego określić. Uczestniczysz w rozkoszach doświadczanych przez miliard ludzi naraz. To nie jest stałe uczucie. Gdyby takim było, to szybko przestałbyś zwracać na to uwagę. To wibruje, drga jakimś dziwnym, pulsującym rytmem, który nie pozwala ci zapomnieć czy zobojętnieć. To większa rozkosz… nie, nie większa — lepsza rozkosz, niż zdarzyło ci się kiedykolwiek doświadczyć samemu, bez tej więzi z innymi. Kiedy Bliss zamyka mi do niej dostęp, to chce mi się płakać…

Trevize potrząsnął głową.

— Jesteś zadziwiająco elokwentny, przyjacielu, ale to, co mi tu opowiadasz, brzmi jak opis uzależnienia od pseudoderfiny czy jakiegoś innego narkotytku, który szybko doprowadza do ekstazy, ale po zażyciu którego długo żyje się w ciągłym przerażeniu. To nie dla mnie. Nie chcę sprzedać swojej osobowości za krótkotrwałe uczucie rozkoszy.

— Zachowałem swoją osobowość, Golan.

— Ale na jak długo? Jak długo pozostaniesz sobą, jeśli nadal będziesz się temu oddawał? Będziesz błagał o coraz większą dawkę tego narkotyku, aż wreszcie skończy się to uszkodzeniem twego mózgu. Janov, nie możesz pozwalać Bliss, żeby to robiła… Może lepiej będzie, jeśli pomówię z nią o tym.

— Nie! Nie! Wiesz o tym, że nie jesteś wzorem taktu, a nie chcę, żebyś ją uraził. Zapewniam cię, że w tym względzie dba o mnie bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Bardziej niż ja przejmuje się możliwością uszkodzenia mego mózgu. Możesz być tego pewien.

— No dobrze, wobec tego pomówię o tym z tobą. Nie rób tego więcej, Janov. Przez pięćdziesiąt dwa lata miałeś swoje własne przyjemności i rozkosze. Twój mózg przystosował się do tego i znosi to dobrze. Nie wpadaj teraz w jakiś nowy, niezwykły nałóg. Będziesz musiał za to zapłacić — jeśli nie od razu, to po pewnym czasie.

— Tak, Golan — odparł Pelorat cichym głosem, przypatrując się czubkom swoich butów. Potem powiedział: — Przypuśćmy, że spojrzałbyś na to z innego punktu widzenia. Załóżmy, że jesteś jednokomórkowcem…

— Wiem, co chcesz powiedzieć, Janov. Daj temu spokój. Bliss już się raz odwoływała do tej anagii.

— Tak, ale pomyśl przez chwilę. Wyobraźmy sobie organizmy jednokomórkowe o świadomości na takim samym poziomie jak świadomość człowieka i o takiej samej zdolności myślenia i przypuśćmy, że nagle stanęłyby wobec możliwości połączenia się w jeden, wielokomórkowy, organizm. Czy te jednokomórkowe organizmy nie obawiałyby się utraty swojej indywidualnej osobowości? Czy każdej z tych istot nie oburzałaby perspektywa stania się tylko częścią obejmującego je wszystkie organizmu, perspektywa stania się tylko fragmentem większej osobowości? I czy nie byłyby w błędzie? Czy pojedyncza komórka jest w stanie wyobrazić sobie potęgę ludzkiego mózgu?

Trevize gwałtownie potrząsnął głową.

— Nie, Janov, to jest fałszywa analogia. Organizmy jednokomórkowe nie mają ani świadomości, ani zdolności myślenia, a jeśli nawet mają, to jest ona tak minimalna, że można ją uważać za zerową. Dla takiego organizmu utrata osobowości to utrata czegoś, czego nigdy w rzeczywistości nie miał. Natomiast człowiek posiada i świadomość, i zdolność myślenia. Ma do stracenia prawdziwą, rzeczywiście istniejącą świadomość i rzeczywisty, niezależny umysł, a więc analogia ta jest chybiona.

Umilkł. Pelorat też się nie odzywał. W końcu milczenie zaczęło im ciążyć, więc Pelorat spróbował skierować rozmowę na inny temat.

— Dlaczego obserwujesz ekran? — spytał.

— Z przyzwyczajenia — odparł Trevize, uśmiechając się krzywo. — Komputer mówi mi, że nie leci za nami żaden statek gajański ani nie zbliża się do nas flotylla statków sayshellskich. Ale mimo tego, że sensory komputera są setki razy doskonalsze od moich zmysłów i dostrzegają to, czego ja nie jestem w stanie dostrzec, wpatruję się z niepokojem w ekran i oddycham z ulgą, że niczego nie mogę dostrzec. Co więcej, komputer potrafi zarejestrować pewne subtelne właściwości przestrzeni, których ja nie mógłbym w żaden sposób uchwycić swoimi zmysłami. A jednak, wiedząc o tym, nie mogę nie patrzeć.

— Golam jeśli naprawdę jesteśmy przyjaciółmi… — zaczął Pelorat.

— Obiecuję — przerwał mu Trevize — że nie zrobię nic, co mogłoby urazić Bliss, a przynajmniej, że będę się od tego powstrzymywał.

— Tym razem chodzi mi o co innego. Trzymasz przede mną w tajemnicy cel naszej podróży, zupełnie jakbyś mi nie ufał. Możesz mi powiedzieć, dokąd lecimy? Uważasz, że wiesz, gdzie znajduje się Ziemia?

Trevize spojrzał na niego, unosząc w górę brwi.

— Przepraszam. Zazdrośnie strzegę tej tajemnicy, prawda?

— Tak, ale dlaczego?

— No właśnie, dlaczego? — odparł Trevize. Zastanawiam się, stary, czy nie ma to związku z Bliss.

— Z Bliss? A więc nie chcesz, żeby ona o tym się dowiedziała? Słuchaj, jej naprawdę można całkowicie zaufać.

— To nie o to chodzi. No i co z tego, że nie będę jej ufał? Podejrzewam, że jeżeli zechce, to wyczyta w moim mózgu każdą tajemnicę. Wydaje mi się, że powód jest raczej dziecinny. Mam takie uczucie, że całą uwagę poświęcasz tylko jej i że ja dla ciebie praktycznie nie istnieję.

Pelorat zrobił zdumioną minę.

— Ależ to nieprawda!

— Wiem, ale próbuję po prostu głośno przeanalizować swoje uczucia. Przyszedłeś tu pełen obaw o to, czy nadal jesteśmy przyjaciółmi, a ja, myśląc o tym, dochodzę do wniosku, że chyba też mam takie same obawy. Nie przyznawałem się do tego sam przed sobą, ale myślę, że czułem się odsunięty przez ciebie z powodu Bliss. Być może próbowałem się odegrać na tobie, trzymając pewne sprawy w tajemnicy. To dziecinada.

— Golan!

— Przecież powiedziałem, że to dziecinada. Nie słyszałeś? Ale z drugiej strony, czy każdy z nas nie zachowuje się czasem jak dziecko? W każdym razie jesteśmy nadal przyjaciółmi. Wyjaśniliśmy tę sprawę, więc nie będę się już bawił w te dziecinne gierki. Lecimy na Comporellon.

— Na Comporellon? — powtórzył Pelorat, jakby po raz pierwszy słyszał tę nazwę.

— Chyba przypominasz sobie mego byłego przyjaciela, Munna Li Compora? Spotkaliśmy go na Sayshell.

Na twarzy Pelorata pojawił się wyraz olśnienia.

— Oczywiście, że sobie przypominam. Comporellon to świat jego przodków.

— Może. Nie muszę wierzyć we wszystko, co mówił Compor. Ale Comporellon to znany świat, a Compor mówił, że jego przodkowie wiedzieli o istnieniu Ziemi. A więc polecimy tam i sprawdzimy. Może okazać się, że to nas donikąd nie zaprowadzi, ale to jedyny punkt zaczepienia.

Pelorat chrząknął i spytał z powątpiewaniem:

— Jesteś tego pewien?

— W tej sprawie nie można być niczego pewnym. Mamy tylko ten jeden trop i choćby był bardzo nikły, musimy nim podążyć. Nie mamy innego wyboru.

— Zgoda, ale jeśli opieramy się na tym, co nam powiedział Compor, to być może powinniśmy wziąć pod uwagę wszystko, co powiedział. Zdaje mi się, że mówił, i to z naciskiem, że na Ziemi nie istnieje życie, że jej powierzchnia jest radioaktywna. A jeśli jest tak naprawdę, to nie mamy po co lecieć na Comporellon.

<p>8</p>

Siedzieli w trójkę w jadalni, wypełniając sobą całą jej przestrzeń.

— To jest naprawdę smaczne — powiedział z wyraźnym zadowoleniem Pelorat. — Czy to jeszcze z naszych terminuskich zapasów?

— Ależ skąd — odparł Trevize. — Już dawno się skończyły. To jest z zapasów, które zrobiliśmy na Sayshell, przed odlotem na Gaję. Niespotykany smak, prawda? To jakaś roślina morska, ale dość chrupka. A to z kolei… kiedy to kupowałem, byłem przekonany, że to kapusta, ale ma zupełnie inny smak.

Bliss słuchała, ale sama nic nie mówiła. Jadła mało, jakby nie miała apetytu.

— Musisz jeść, kochanie — rzekł łagodnie Pelorat.

— Wiem o tym, Pel. Jem.

— Mamy produkty gajańskie — powiedział Trevize z lekką irytacją, której nie potrafił stłumić.

— Wiem — odparła Bliss — ale wolę je zostawić na później. Nie wiemy, ile czasu przyjdzie nam spędzić w przestrzeni i w końcu będę musiała się przyzwyczaić do jedzenia tego, co jedzą izole.

— Czy to źle? A może Gaja musi zjadać samą siebie?

Bliss westchnęła. — Prawdę mówiąc, jest u nas takie powiedzenie: „Kiedy Gaja zjada samą siebie, to nie ma z tego ani straty, ani zyksu”. To nic innego jak przenoszenie się świadomości z góry w dół i z dołu w górę. Wszystko, co jem na Gai, jest Gają i kiedy w moim organizmie pokarm ulega przemianie i staje się mną, to nadal jest Gają. Zresztą dzięki temu to, co zjadam, ma możliwość bardziej intensywnego udziału w zbiorowej świadomości, choć, oczywiście, pewne części pokarmu nie zostają wchłonięte przez mój organizm, są wydalane i w związku z tym ich pozycja na skali świadomości wydatnie spada.

Ugryzła spory kęs, żuła przez chwilę energicznie, połknęła i ciągnęła dalej:

— To jest ciągła cyrkulacja na ogromną skalę. Rośliny rosną i są zjadane przez zwierzęta. Zwierzęta jedzą i same są zjadane. Każdy organizm, który umiera, jest stopniowo wchłaniany przez bakterie gnilne, komórki żyjące w glebie i tak dalej, i służąc powstawaniu innych organizmów pozostaje Gają. W tym ciągłym krążeniu świadomości ma udział nawet materia nieorganiczna, a wszystko, co uczestniczy w tym procesie, ma co jakiś czas szansę na udział w warstwie bardziej intensywnej świadomości.

— To wszystko — rzekł Trevize — można powiedzieć o każdym świecie. Każdy atom mojego ciała ma długą historię. Zanim stał się częścią mnie, mógł być częścią wielu stworzeń, wliczając w to ludzi, mógł też przez długie okresy czasu być częścią morza albo bryły węgla, częścią skały albo wiatru.

— Ale na Gai — powiedziała Bliss — wszystkie atomy są co jakiś czas częścią wyższej, planetarnej świadomości, o której nie masz absolutnie pojęcia.

— No dobrze — rzekł Trevize. — Co się zatem dzieje z tymi warzywami z Sayshell, które jesz w tej chwili? Czy one też stają się częścią Gai?

— Tak… choć powoli. A to, co wydalam, tak samo powoli przestaje być częścią Gai. W końcu to, co opuszcza moje ciało, traci kontakt z Gają. Nie ma nawet tego, już nie tak bezpośredniego kontaktu, który ja, dzięki wyższemu poziomowi mojej świadomości, mogę z nią utrzymywać w nadprzestrzeni. To właśnie dzięki temu nadprzestrzennemu kontaktowi produkty, które nie pochodzą z Gai, stają się powoli Gają, kiedy je spożywam.

— A co stanie się z zapasami, które zabraliśmy z Gai? Czy powoli przestaną być Gają? Jeśli tak, to lepiej jedz je, dopóki możesz.

— Tym nie muszę się przejmować — powiedziała Bliss. — Te zapasy, które zabraliśmy z Gai, zostały tak przygotowane, że jeszcze przez długi czas pozostaną jej częścią.

— A co się stanie, jeśli my je zjemy? — spytał nagle Pelorat. — A w ogóle, czy coś się z nami działo, kiedy jedliśmy wasze produkty na Gai? Czy my też z wolna stajemy się Gają?

Bliss potrząsnęła przecząco głową, a na jej twarzy pojawił się wyraz zmieszania.

— To, co zjedliście, jest dla nas stracone. Przynajmniej ta część, która uległa przemianie materii w waszych tkankach. To, co wydaliliście, pozostało Gają albo powoli stało się na powrót Gają, tak że w ostatecznym rachunku równowaga została zachowana, ale w rezultacie waszego pobytu na naszym świecie duża liczba atomów składających się na Gaję przestała być Gają.

— A to dlaczego? — spytał z zaciekawieniem Trevize.

— Dlatego, że nie znieślibyście przemiany, nawet częściowej. Byliście naszymi gośćmi, którzy w pewnym sensie znaleźli się u nas przymusowo, tak że musieliśmy chronić was przed niebezpieczeństwem, nawet za cenę utraty małych części Gai. Była to cena, na którą przystaliśmy dobrowolnie, choć bynajmniej nie z radością.

— Przykro nam z tego powodu — rzekł Trevize — ale czy jesteś pewna, że żywność nie pochodząca z Gai, a przynajmniej pewne jej rodzaje, nie zaszkodzi dla odmiany tobie?

— Nie — odparła Bliss. — To, co jest jadalne dla was, jest jadalne i dla mnie, tyle tylko że powstaje dodatkowy problem przyswojenia tego, co spożywam, przez Gaję, jak też przez tkanki mego ciała. Stwarza to pewną barierę psychologiczną i dlatego jem tak mało i tak wolno, ale z czasem to przezwyciężę.

— A nie boisz się jakiejś infekcji? — spytał przerażonym głosem Pelorat. — Nie rozumiem, jak to się stało, że nie pomyślałem o tym wcześniej. Przecież na każdym świecie, na którym się znajdziesz, mogą żyć jakieś mikroorganizmy, na które nie jesteś uodporniona! Możesz umrzeć z powodu zwykłej infekcji. Golam musimy wracać.

— Nie wpadaj w panikę, Pel — rzekła z uśmiechem Bliss. — Mikroorganizmy, które dostaną się do mojego organizmu z pożywieniem czy jakąś inną drogą, też zostaną zasymilowane przez Gaję. Jeśli będzie wyglądało na to, że mi szkodzą, to zostaną zasymilowane jeszcze szybciej, a kiedy już staną się Gają, nie zrobią mi nic złego.

Obiad dobiegł końca. Pelorat łyknął podgrzanego soku wieloowocowego z korzeniami.

— No — rzekł oblizując wargi — myślę, że pora zmienić temat. Wygląda na to, że moim jedynym zajęciem na tym statku jest zmienianie tematów. Ciekawe, jaka jest tego przyczyna?

— Taka, że Bliss i ja mamy odmienne zdania na każdy temat i za żadną cenę nie odstąpimy od swoich poglądów — rzekł poważnie Trevize. — W tobie nadzieja, Janov, że nie popadniemy w obłęd… A więc o czym chciałbyś mówić?

— Przejrzałem swoje materiały na temat Comporellona i okazuje się, że cały tamten sektor obfituje w stare legendy. Mieszkańcy tamtejszych światów utrzymują, że zostały one założone w bardzo dawnych czasach, w pierwszych tysiącleciach po wynalezieniu metody podróży w nadprzestrzeń. Comporellon twierdzi nawet, że zna nazwisko swego legendarnego założyciela. Miał nim być niejaki Benbally, choć nie podają, skąd pochodził. Według nich pierwotnie ich świat nazywał się światem Benbally’ego.

— A ile, twoim zdaniem, jest w tym prawdy?

— Jest pewnie ziarnko prawdy, ale jak stwierdzić, co jest tym ziarnkiem?

— Nigdy nie słyszałem o żadnym Benballym. A ty? Spotkałeś się z tym nazwiskiem w jakimś rzetelnym źródle historycznym?

— Nie, ale sam wiesz, że w okresie późnego Imperium usilnie starano się wymazać z historii wszystko to, co działo się w czasach przedimperialnych. W ostatnich, niespokojnych stuleciach istnienia Imperium jego władcom bardzo zależało na stłumieniu lokalnego patriotyzmu, gdyż uważali, zresztą słusznie, że niszczy on wewnętrzną spójność Imperium. Dlatego też w prawie każdym sektorze Galaktyki prawdziwa historia, mająca oparcie w źródłach i operująca ścisłą chronologią, zaczyna się dopiero w momencie, kiedy stają się tam silne wpływy Trantora i dany sektor zawiera przymierze z Imperium albo zostaje przez nie zaanektowany.

— Nigdy bym nie pomyślał, że historię jest tak łatwo wymazać — rzekł Trevize.

— No, nie jest to takie łatwe — odparł Pelorat — ale silny i zdecydowany rząd może dużo zrobić, żeby przestano się nią interesować. Kiedy to zainteresowanie dostatecznie osłabnie, to materiały ulegają rozproszeniu, wiedza o dawnych czasach degeneruje się i może przetrwać tylko w opowieściach ludowych. A takie opowieści mają to do siebie, że są bardzo przesadzone i każdy sektor jest w nich zawsze starszy i potężniejszy, niż był naprawdę. I bez względu na to, jak nieprawdopodobna jest taka legenda i jakie nonsensy zawiera, mieszkańcy danego sektora uważają za swój patriotyczny obowiązek święcie w nią wierzyć. Mógłbym ci przytoczyć opowieści z wszystkich kątów Galaktyki, mówiące o tym, że światy, na których powstały, zostały założone przez ludzi przybyłych tam bezpośrednio z Ziemi, choć nie zawsze jest to nazwa, którą określają planetę przodków.

— A jak ją jeszcze nazywają?

— Różnie. Czasami Jedyna, czasami Najstarsza. Nazywają ją też Księżycowym Światem, co — zdaniem niektórych — jest aluzją do jej olbrzymiego satelity. Inni natomiast utrzymują, że w czasach pregalaktycznych „księżycowy” znaczyło tyle, co „bezludny” albo „porzucony”.

— Janov, proszę cię, przestań! — przerwał mu łagodnie Trevize. — Będziesz mówił bez końca o zwolennikach to jednego, to znów drugiego poglądu. Powiadasz, że takie legendy można znaleźć wszędzie?

— O tak! Prawie wszędzie. Wystarczy tylko, abyś się z nimi zapoznał, a zrozumiesz, że ludzie mają zwyczaj zaczynać od jakiegoś okruchu prawdy, a potem otaczają ten okruch coraz grubszymi warstwami zmyśleń — zupełnie jak te ostrygi z Rhampory, które tworzą perły, otaczając ziarnko piasku coraz to nowymi warstwami swej wydzieliny. To porównanie przyszło mi do głowy, kiedy…

— Janov, znowu zaczynasz. Przestań! Powiedz mi lepiej, czy w legendach comporelliańskich jest coś, co różni je od innych.

— Co? — Pelorat patrzył przez chwilę na Trevizego nieprzytomnym wzrokiem. — Coś, co je różni od innych? Hmm, Comporellianie utrzymują, że Ziemia leży niedaleko od nich i to jest niezwykłe. Na większości światów, na których żywe są legendy o Ziemi, jej położenie określa się bardzo niejasno, umieszczając ją gdzieś daleko albo zgoła w jakimś nie istniejącym miejscu.

— Zupełnie tak, jak na Sayshell, gdzie nam opowiadano, że Gaja znajduje się w nadprzestrzeni — powiedział Trevize.

Bliss roześmiała się.

Trevize obrzucił ją szybkim spojrzeniem.

— To szczera prawda. Tak nam mówiono.

— Nie wątpię w to. Śmieję się dlatego, że to zabawne. Oczywiście chcemy, żeby wierzyli, że jest tak, jak mówią. Na razie życzymy sobie tylko jednego, żeby nas zostawiono w spokoju, a gdzie może być spokojniejsze miejsce niż w nadprzestrzeni? Jeśli ludzie sądzą, że się tam znajdujemy, to jest tak, jakbyśmy się tam znajdowali naprawdę.

— Owszem — rzekł szorstko Trevize — zgodnie z tą samą zasadą coś dba o to, żeby ludzie wierzyli, że Ziemia nie istnieje albo znajduje się gdzieś daleko, albo że jej powierzchnia jest radioaktywna.

— Tyle tylko — dodał Pelorat — że Comporellianie są przekonani, iż znajduje się ona dosyć blisko od ich planety.

— Ale są również przekonani, że jest skażona radioaktywnością. Każda planeta, na której znana jest jakaś legenda o Ziemi, jest przekonana, że, z takiego czy innego powodu, Ziemia jest niedostępna.

— Tak to z grubsza wygląda — przyznał Pelorat.

— Wiele osób na Sayshell uważa — powiedział Trevize — że Gaja znajduje się niedaleko. Niektórzy potrafią nawet prawidłowo wskazać gwiazdę, wokół której krąży, a mimo to wszyscy są przekonani, że jest ona niedostępna. Być może również na Comporellonie są ludzie, którzy wierzą święcie, że Ziemia jest radioaktywna i martwa, ale potrafią wskazać gwiazdę, wokół której krąży. Jeśli tak, to będziemy wiedzieli, dokąd mamy lecieć i polecimy tam, nawet gdyby uważali, że jest niedostępna. Przecież akurat tak postąpiliśmy w przypadku Gai.

— Ale Gaja chciała, żebyście przylecieli — powiedziała Bliss. — Nie mogliście wprawdzie uciec z naszych rąk, ale nie zamierzaliśmy uczynić wam nic złego. A jeśli Ziemia jest również potężna, ale bynajmniej nie życzliwa? Co wtedy?

— Muszę tam się dostać, bez względu na konsekwencje. Ale to tylko moja sprawa. Kiedy zlokalizuję Ziemię, będziecie mogli rozstać się ze mną. Wysadzę was na najbliższym świecie należącym do Federacji Fundacyjnej albo, jeśli będziecie chcieli, odstawię was z powrotem na Gaję i potem polecę sam na Ziemię.

— Słuchaj, stary — powiedział wyraźnie przygnębiony Pelorat. — Nie mów, proszę, takich rzeczy. Nawet mi przez głowę nie przeszło, żeby zostawić cię samego.

— A mnie, żeby zostawić Pela — powiedziała Bliss, gładząc Pelorata po policzku.

— No więc dobrze. Niedługo będziemy mogli wykonać skok na Comporellon, a potem — miejmy nadzieję — na Ziemię.


5

<p>5</p>

Siąpił lekki deszczyk. Trevize spojrzał na niebo zaciągnięte szarymi chmurami.

Na głowie miał kapelusz przeciwdeszczowy, który odtrącał krople deszczu i odrzucał je we wszystkich kierunkach, daleko od jego ciała. Pelorat, który stał poza zasięgiem kropel spadających z kapelusza Trevizego, nie miał żadnej osłony.

— Nie rozumiem, Janov, dlaczego mokniesz rzekł Trevize.

— Nie przejmuję się tym, że moknę — odparł Pelorat, z poważną jak zawsze miną. — Nie pada zbyt mocno, a poza tym jest ciepło. Nie ma też właściwie wiatru. A zresztą, jak powiada stare porzekadło: „Jeśli jesteś na Anakreonie, to rób to, co Anakreończycy”. — Tu wskazał na kilku Gajan stojących koło „Odległej Gwiazdy” i przyglądających się jej w milczeniu. Stali w pewnych odległościach od siebie, zupełnie jak drzewa w gajańskim lasku. Żaden z nich nie miał kapelusza.

— Przypuszczam, że mokną dlatego, że moknie reszta Gai — powiedział Trevize. — Drzewa, trawa, ziemia — wszystko moknie, a wszystko to jest w takim stopniu częścią Gai, jak tajanie.

— Myślę, że ma to pewien sens — rzekł Pelorat. — Wkrótce znowu wyjrzy słońce i wszystko szybko wyschnie. Ubrania nie stracą fasonu ani się nie skurczą, a ponieważ nie jest zimno i nie ma tu żadnych niepotrzebnych mikroorganizmów chorobotwórczych, to nikt się nie przeziębi, nie dostanie grypy czy zapalenia płuc. Dlaczego więc mieliby się przejmować tym, że trochę zmokną?

Trevize nie mógł odmówić słuszności temu rozumowaniu, ale nie zamierzał się poddawać. Powiedział:

— Mimo to nie musieli ściągać tu tego deszczu akurat w chwili naszego odlotu. W końcu pada tu tylko wtedy, kiedy tego chcą. Gdyby Gaja sobie tego nie życzyła, to by teraz nie padało. Wygląda to zupełnie tak, jakby chcieli nam okazać swoją pogardę.

— A może — rzekł Pelorat i usta lekko mu drgnęły — Gaja płacze z żalu, że odlatujemy.

— Może — odparł Trevize — ale ja nie odlatuję stąd z żalem.

— A naprawdę — ciągnął swoją myśl Pelorat pada pewnie dlatego, że ziemia w tej okolicy potrzebuje wody i jest to ważniejsze niż twoje pragnienie, żeby świeciło słońce.

Trevize uśmiechnął się.

— Coś mi się wydaje, że naprawdę polubiłeś ten świat. To znaczy niezależnie od faktu, że jego częścią jest Bliss.

— Owszem, polubiłem — odparł nieco zaczepnie Pelorat. — Zawsze prowadziłem spokojne, uporządkowane życie i zastanawiam się, jak żyłoby mi się tutaj, gdzie cały świat troszczy się o to, aby był spokój i porządek… W końcu, kiedy budujemy dom… czy statek, jak ten tutaj, to staramy się, aby był jak najwygodniejszy. Wyposażamy go we wszystko, co nam potrzebne, staramy się, aby temperatura, powietrze, oświetlenie, w ogóle wszystko. co jest dla nas ważne, było dokładnie dostosowane do naszych potrzeb. Gaja jest po prostu spełnieniem marzeń o bezpieczeństwie i wygodzie, rozciągniętych na całą planetę. Co w tym złego?

— To — odparł Travize — że mój dom czy statek jest zaprojektowany i zbudowany tak, aby odpowiadał mnie, a nie, żebym ja odpowiadał jemu. Ja nie jestem zaprojektowany. Gdybym był składnikiem Gai, to nawet gdyby cała planeta była idealnie przystosowana do moich potrzeb, przeszkadzałaby mi świadomość, że ja też jestem przystosowany do jej potrzeb.

Pelorat wydął usta. — Można by na to odpowiedzieć — rzekł — że każda społeczność tak kształtuje swoich członków, aby byli do niej jak najlepiej dostosowani. Tworzą się pewne zwyczaje, które mają sens tylko w danej społeczności, a to ogranicza swobodę jednostki i dostosowuje jej działania do potrzeb tej społeczności.

— W społecznościach, które są mi znane, jednostka zawsze może się zbuntować. Zdarzają się ekscentrycy i przestępcy.

— Chcesz, żeby istnieli ekscentrycy i przestępcy?

— A dlaczego nie? Ty i ja jesteśmy przecież ekscentrykami. Na pewno nie jesteśmy typowymi mieszkańcami Terminusa. A jeśli chodzi o przestępców, to jest to kwestia definicji. Poza tym, jeśli istnienie przestępców jest ceną, którą musimy zapłacić za istnienie buntowników, heretyków i geniuszy, to ja zgadzam się ją zapłacić. Więcej — domagam się, abyśmy zapłacili tę cenę.

— Czy istnienie przestępców to jedyna możliwa cena? Nie można mieć geniuszy bez przestępców?

— Nie można mieć geniuszy i świętych bez ludzi znacznie odbiegających od normy, a nie przypuszczam, żeby takie odchylenia możliwe były tylko w jedną stronę. Musi istnieć w tym względzie pewna symetria… W każdym razie potrzebuję lepszego uzasadnienia dla swojej decyzji o wyborze Gai jako modelu dla dalszego rozwoju ludzkiej cywilizacji, niż to, które mi proponujesz. Fakt, że Gaja jest planetarną wersją wygodnego domu, nie jest wystarczającym powodem.

— Ależ, przyjacielu, nie miałem najmniejszego zamiaru przekonywać cię, że powinieneś być zadowolony ze swojej decyzji. Po prostu dzieliłem się z tobą swoimi uwa…

Przerwał. Zbliżała się do nich Bliss. Jej mokra sukienka przylegała ściśle do ciała, podkreślając dość wydatne biodra. Już z daleka kiwała do nich głową.

— Przepraszam, że musieliście na mnie czekać powiedziała trochę zdyszanym głosem. — Rozmowa z Domem zajęła mi więcej czasu, niż się spodziewałam.

— Przecież wiesz wszystko, o czym wie on powiedział Trevize.

— Czasami są różnice w interpretacji. W końcu nie jesteśmy wszyscy tacy sami, więc rozmawiamy ze sobą i dyskutujemy. Posłuchaj — powiedziała nieco szorstko — masz przecież dwie ręce. Każda z nich to część ciebie samego. Obie wyglądają identycznie, z tym tylko, że każda z nich wydaje się lustrzanym odbiciem drugiej. Ale przecież nie używasz obu dokładnie tak samo, prawda? Pewne rzeczy robisz przeważnie prawą ręką, inne przeważnie lewą. To różnice w interpretacji, żeby tak powiedzieć.

— Zagięła cię — stwierdził Pelorat z wyraźną satysfakcją.

Trevize skinął głową.

— To efektowne porównanie, tyle że — obawiam się — niewłaściwe. W każdym razie znaczy to, że możemy chyba wsiadać już na statek, co? Pada deszcz.

— Tak, tak. Nasi ludzie już go opuścili. Wszystko jest w doskonałym stanie. — Spojrzała nagle ze zdziwieniem na Trevizego i powiedziała: — Jesteś suchy! Nie pada na ciebie.

— Faktycznie — odparł Trevize. — Unikam wilgoci.

— Ale to przecież bardzo przyjemne — wymoczyć się od czasu do czasu.

— Oczywiście. Ale wtedy, kiedy chcę tego ja, a nie deszcz.

Bliss wzruszyła ramionami.

— No cóż, to twoja sprawa. Bagaże mamy już załadowane, więc wsiadajmy.

Podeszli do „Odległej Gwiazdy”. Deszcz padał coraz słabiej, ale trawa była nadal bardzo mokra. Trevize złapał się na tym, że stąpa ostrożnie, aby nie zamoczyć nóg, gdy tymczasem Bliss zrzuciła buty, wzięła je w rękę i kroczyła boso.

— To wspaniałe uczucie — powiedziała, widząc spojrzenie, jakim Trevize obrzucił jej stopy.

— Dobrze — odparł z roztargnieniem. Nagle rozejrzał się i rzekł z irytacją:

— A po co sterczą tu ci Gajanie?

— Odnotowują w pamięci to wydarzenie — powiedziała Bliss. — Gaja uważa, że jest ono niezwykle doniosłe. Jesteś dla nas bardzo ważny, Trevize. Zważ, że jeśli w rezultacie tej podróży zmienisz zdanie i podejmiesz decyzję niekorzystną dla nas, to nie tylko nigdy nie staniemy się Galaxią, ale na zawsze przestaniemy być Gają.

— A więc moja decyzja oznacza dla Gai, dla całego świata, życie albo śmierć.

— Tak myślimy.

Trevize nagle przystanął i zdjął kapelusz. Tu i ówdzie zaczynał przeświecać poprzez chmury błękit nieba.

— Ale w tej chwili moja decyzja jest korzystna dla was. Jeśli mnie zabijecie, to nie będę już mógł jej zmienić.

— Golan, coś ty… — mruknął Pelorat. Był wstrząśnięty. — Jak możesz mówić takie straszne rzeczy!

— To typowe dla izola — powiedziała spokojnie Bliss. — Słuchaj, Trevize, musisz zrozumieć, że nie interesuje nas ani twoja osoba, ani nawet to, po czyjej stronie się opowiadasz, ale tylko prawda, tylko fakty. Jesteś dla nas ważny tylko jako swego rodzaju instrument, który umożliwia nam poznanie prawdy, a twój głos za czy przeciw nam tylko jako reakcja tego instrumentu na fakty, jako wskazanie nam tej prawdy. To jest wszystko, czego chcemy od ciebie. Gdybyśmy cię zabili, aby nie dopuścić do zmiany twej decyzji, to tym samym ukrylibyśmy przed sobą prawdę.

— A jeśli powiem wam, że ta prawda jest dla was niekorzystna, że przyszłością Galaktyki nie jest wcale Gaja, to czy chętnie zgodzicie się umrzeć?

— Może niezbyt chętnie, ale to i tak na jedno by wyszło.

Trevize potrząsnął głową. — Już to jedno twierdzenie wystarczyłoby, żeby mnie przekonać, że wasza cywilizacja jest przerażająca i że powinna zginąć. — Przeniósł wzrok na cierpliwie przyglądających się im (i prawdopodobnie słyszących wszystko) Gajan i powiedział: — Dlaczego oni się tak porozstawiali? Czy nie wystarczy, żeby to wydarzenie obserwowała tylko jedna osoba? Przecież i tak cała reszta planety będzie mogła korzystać z tego, co zostanie w jej pamięci! Przecież jeśli zechcecie, to możecie pamięć o tym przechować w milionie innych miejsc.

— Każdy z nich patrzy na to z innego punktu widzenia — odparła Bliss — i każdy taki widok odnotowany jest w innym umyśle. Kiedy przestudiuje się potem wszystkie obserwacje, to okaże się, że to, co ma teraz miejsce, jest o wiele bardziej zrozumiałe, niż gdyby zostało zaobserwowane przez każdego z nich z osobna.

— Mówiąc innymi słowy, całość jest większa niż suma wszystkich elementów, tak?

— Dokładnie tak. Zrozumiałeś wreszcie podstawową zasadę istnienia Gai. Jako jednostka ludzka składasz się z pięćdziesięciu bilionów komórek, ale jako organizm wielokomórkowy jesteś o wiele ważniejszy niż suma wszystkich komórek tworzących twój organizm. Chyba się z tym zgodzisz?

— Tak — odparł Trevize. — Z tym się zgodzę.

Wszedł na statek i odwrócił się na chwilę, aby raz jeszcze spojrzeć na Gaję. Powietrze po deszczu było bardziej czyste i rześkie. Miał przed sobą cichy, urodzajny, pełen zieleni świat — oazę spokoju pośród pełnej zamętu Galaktyki.

Patrzył na Gaję i miał nadzieję, że nigdy już jej nie zobaczy.


6

<p>6</p>

Kiedy zamknęła się za nimi pokrywa luku, Trevize poczuł się tak, jakby wyzwolił się od gniotącej mu piersi zmory. No, może zmora to za mocne określenie, ale w każdym razie było to coś nienormalnego, co utrudniało mu swobodne oddychanie.

Zdawał sobie doskonale sprawę, że w osobie Bliss został z nim jakiś element tej nienormalności. Dopóki była ona na statku, dopóty była tam też Gaja. Jednak mimo to on również był przeświadczony, że jej obecność na statku jest konieczna. Znowu zaczęła działać „czarna skrzynka”. Miał nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tego, że zacznie jej zbytnio ufać.

Rozejrzał się z zadowoleniem po statku. Od chwili kiedy Harla Branno, burmistrz Fundacji, zmusiła go, aby udał się w przestrzeń w charakterze żywego piorunochronu i ściągnął na siebie grom ze strony tych, którzy jej zdaniem zagrażali Fundacji, był to jego statek. Wykonał już wprawdzie zadanie, ale nie miał zamiaru zwrócić statku. „Odległa Gwiazda” była nadal jego statkiem.

Należała do niego zaledwie od kilku miesięcy, ale wydawała mu się domem. Swój prawdziwy dom na Terminusie pamiętał jak przez mgłę.

Terminus! Położony na skraju Galaktyki, był jednak centrum Fundacji, której przeznaczeniem, zgodnie z Planem Seldona, było utworzenie za pół tysiąca lat drugiego, potężniejszego niż pierwsze, imperium galaktycznego. I oto on, Trevize, udaremnił ten plan. Swoją własną decyzją sprowadził rolę Fundacji do zera, umożliwiając powstanie społeczeństwa zupełnie nowego rodzaju, stwarzając warunki do uformowania się zupełnie nowej formy życia, do przerażającej rewolucji — największej ze wszystkich, które miały miejsce od czasu wykształcenia się organizmów wielokomórkowych.

Teraz rozpoczynał podróż, która miała mu dostarczyć dowodów na to (lub przeciw temu), że postąpił słusznie.

Stwierdził nagle ze złością, że zamiast przystąpić do działania, pogrążył się w rozmyślaniach. Otrząsnął się i szybko przeszedł do sterowni. Komputer był na swoim miejscu. Cały aż lśnił, lśniło wszystko wokół, dokładnie wyczyszczone i wypucowane. Sprawdził na chybił trafił kilka przycisków. Wszystkie działały bez zarzutu, wydawało się nawet, że lepiej niż przedtem. System wentylacyjny pracował bez najlżejszego szmeru, tak że musiał potrzymać rękę nad otworami, aby się upewnić, czy rzeczywiście przepływa przez nie strumień powietrza.

Krążek światła na płycie stołu jarzył się zachęcająco. Trevize dotknął go i światło zalało całą płytę, ukazując zarysy wgłębień na dłonie. Zaczerpnął głęboko powietrza i dopiero wtedy uświadomił sobie, że na chwilę wstrzymał oddech. tajanie nie mieli pojęcia o technice, którą dysponowała Fundacja i mogli niechcący uszkodzić komputer. Jak dotąd, wszystko było w porządku — wgłębienia na dłonie były nienaruszone.

Zasadniczy sprawdzian miał się jednak zacząć dopiero z chwilą, kiedy umieści we wgłębieniach swe dłonie. Przez chwilę wahał się. Zorientowałby się prawie natychmiast, gdyby coś nie było w porządku, ale… co mógłby w takiej sytuacji zrobić? Musiałby dla naprawy komputera wrócić na Terminusa, a był prawie pewien, że gdyby to zrobił, Branno nie pozwoliłaby mu odlecieć. A gdyby został na Terminusie…

Czuł gwałtowne bicie serca. Nie było sensu przedłużać tej niepewności.

Wysunął szybko ręce przed siebie i położył je we wgłębieniach. Natychmiast poczuł łagodny, ciepły uścisk, jak gdyby jego dłonie znalazły się w innych dłoniach. Jego zmysły spotęgowały się i mógł nimi sięgnąć poza statek. Widział Gaję wokół siebie, z przodu, z boków i z tyłu, widział wilgotną zieleń pokrywającej ją trawy i Gajan, którzy nadal stali dokoła statku. Kiedy wyraził w myśli życzenie, że chce spojrzeć do góry, zobaczył chmury. Zapragnął spojrzeć poza chmury i w tej samej chwili ujrzał czyste, błękitne niebo, na którym świeciło słońce Gai. W odpowiedzi na następne życzenie błękit rozstąpił się i Trevize zobaczył gwiazdy.

Starł ten obraz, wyraził inne życzenie i ujrzał Galaktykę niczym ogień sztuczny w skrócie perspektywicznym. Sprawdził obraz komputerowy, regulując jego ustawienie, odwracając pozorny upływ czasu i obracając go najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. Zlokalizował słońce Sayshell, najbliższą od Gai dużą gwiazdę, potem słońce Terminusa, a potem Trantora. Podróżował z gwiazdy na gwiazdę po mapie Galaktyki, która zakodowana byka we wnętrzu komputera.

Wreszcie cofnął ręce i na powrót znalazł się w rzeczywistym świecie. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z faktu, że przez cały czas stał pochylony nad komputerem, aby mieć z nim kontakt. Zesztywniały mu plecy, więc zanim usiadł, musiał rozprostować mięśnie.

Patrzył na komputer z uczuciem ulgi. Urządzenie działało bez zarzutu. Jeśli coś się w ogóle zmieniło, to tylko na korzyść, wydawało mu się bowiem, że komputer reaguje na jego polecenia jeszcze szybciej niż przedtem. Dla uczucia, które go wypełniało, nie znajdował innego określenia niż miłość. W końcu, kiedy ujmował „jego dłonie” (nie chciał przyznać sam przed sobą, że myśli o tym jako o „jej dłoniach”), każde z nich było częścią drugiego, a jego wola kierowała potężniejszą osobowością, była jej częścią i doświadczała tego. On i komputer musieli w pewnym stopniu czuć to (pomyślał niespodziewanie dla siebie samego i zdenerwował się), co czuje, w znacznie większym stopniu, Gaja.

Potrząsnął głową. Nie! W ich przypadku to on, Trevize, sprawował całkowitą kontrolę. Komputer był mu absolutnie podporządkowany.

Podniósł się i przeszedł do małego pomieszczenia spełniającego rolę kuchni i jadalni. Były tam obfite zapasy różnego jadła, z odpowiednimi urządzeniami do chłodzenia i szybkiego podgrzewania potraw. Zdołał już wcześniej zauważyć, że książkofilmy w jego kabinie były ustawione w takim porządku, w jakim je zostawił, i był prawie pewien, nie — całkowicie pewien, że biblioteka Pelorata została odpowiednio zabezpieczona. Gdyby było inaczej, to na pewno do tej pory już by się o tym od niego dowiedział.

Pelorat! To mu o czymś przypomniało. Wszedł do jego kabiny.

— Czy znajdzie się tu miejsce dla Bliss, Janov? — spytał.

— Tak, tak, oczywiście.

— Mogę przeznaczyć salon na sypialnię dla niej.

Bliss spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

— Nie chcę osobnej sypialni. To, że mogę tu zostać z Pelem, zupełnie mi odpowiada. Ale myślę, że kiedy będę potrzebowała, będę też mogła korzystać z innych pomieszczeń. Na przykład z salki gimnastycznej.

— Oczywiście. Ze wszystkich pomieszczeń, z wyjątkiem mojej kabiny.

— Dobrze. Właśnie taki układ bym zaproponowała, gdyby to ode mnie zależało. Naturalnie ty nie będziesz wchodził do naszej kabiny.

— Naturalnie — powiedział Trevize, spoglądając pod nogi i widząc, że prawie przestąpił próg kabiny. Cofnął się o pół kroku i rzekł ponuro:

— To nie jest apartament na miesiąc miodowy, Bliss.

— Biorąc pod uwagę jego skromne rozmiary, choć Gaja powiększyła je o połowę, powiedziałabym, że właśnie jest.

Trevize starał się ukryć uśmiech.

— Będziecie musieli bardzo zaprzyjaźnić się ze sobą.

— Już to zrobiliśmy — powiedział Pelorat, wyraźnie zażenowany tematem rozmowy — ale mógłbyś, stary, zostawić nam samym załatwienie tych spraw.

— Kiedy właśnie nie mogę — powiedział wolno Trevize. — Chcę, żeby było jasne, że te pomieszczenia nie zostały przygotowane z myślą o miesiącu miodowym. Możecie sobie robić, co chcecie za obopólną zgodą, ale musicie sobie uświadomić, że nie ukryjecie waszych intymnych spraw. Mam nadzieję, Bliss, że mnie rozumiesz.

— Są tu drzwi — odparła Bliss — i myślę, że nie będziesz nam przeszkadzał… to znaczy z wyjątkiem jakichś nagłych wypadków.

— Oczywiście, że nie będę. Ale to pomieszczenie nie jest dźwiękoszczelne.

— Chcesz przez to powiedzieć — rzekła Bliss że będziesz zupełnie wyraźnie słyszał każdą naszą rozmowę i każdy głośniejszy ruch, który wykonamy, uprawiając miłość.

— Tak, to właśnie chcę powiedzieć. W związku z tym podejrzewam, że będziecie musieli ograniczyć swoje zapędy. Będzie to dla was na pewno nieprzyjemne i przykro mi z tego powodu, ale taka jest sytuacja.

Pelorat chrząknął i powiedział cicho:

— Prawdę mówiąc, Golam ja już wcześniej stanąłem przed tym problemem. Zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co przeżywa Bliss, kiedy jest ze mną, jest przeżywane przez całą Gaję.

— Myślałem o tym, Janov — rzekł Trevize z miną świadczącą o tym, że walczy ze sobą, żeby się nie skrzywić. — Nie chciałem ci jednak o tym mówić… na wszelki wypadek, gdyby ci to samemu nie przyszło do głowy.

— Ale, niestety, przyszło — powiedział Pelorat.

— Nie przesadzaj, Trevize — powiedziała Bliss. — W każdej chwili tysiące ludzi na Gai uprawiają miłość, a miliony oddają się jedzeniu, piciu czy innym przyjemnym czynnościom. W wyniku tego powstaje ogólna aura rozkoszy, która otacza Gaję, a którą czuje jej każda część. Zwierzęta niższe, rośliny i minerały też mają swoje, odpowiednio mniejsze przyjemności, dzięki którym również one mają swój udział w tym ogólnym uczuciu radości, które zawsze odczuwa Gaja we wszystkich swoich częściach, a które jest zupełnie nieznane innym światom.

— My mamy swoje indywidualne przyjemności, którymi możemy, jeśli chcemy, dzielić się do pewnego stopnia z innymi albo zachować je dla siebie powiedział Trevize.

— Gdybyś mógł choć raz doświadczyć tego, co my czujemy, to przekonałbyś się, jak ubodzy jesteście pod tym względem.

— A skąd możesz wiedzieć, co my czujemy?

— Nie trzeba tego wiedzieć, żeby dojść do wniosku, że przyjemność, w której mają udział wszyscy jest bardziej intensywna niż przyjemność, która jest dostępna tylko dla pojedynczej, wyizolowanej z otoczenia jednostki.

— Być może, ale nawet jeśli moje przyjemności są ubogie, to wolę zadowolić się nimi, ale za to mieć je tylko dla siebie i pozostać sobą niż być krewnym jakiejś skały.

— I po co te drwiny? — spytała Bliss. — Cenisz sobie każdy mineralny kryształ znajdujący się w twoich kościach czy w zębach i za nic nie chciałbyś, żeby któryś z nich został uszkodzony, chociaż ich świadomość nie jest większa niż świadomość przeciętnego kryształu skalnego tej samej wielkości.

— Owszem, to prawda — zgodził się niechętnie Trevize — ale zeszliśmy z tematu. Nie obchodzi mnie, Bliss, nic a nic to, czy Gaja ma udział w twoich rozkoszach, ale ja nie chcę w nich uczestniczyć. Będziemy tu mieszkali blisko siebie i nie chcę być nawet biernym uczestnikiem waszych przyjemności.

— Nie ma się o co spierać, przyjacielu — odezwał się Pelorat. — Mnie zależy tak samo jak tobie na tym, żeby twoje prawo do intymności nie zostało pogwałcone. Zresztą moje też. Bliss i ja będziemy na to uważali. Prawda, Bliss?

— Będzie tak, jak chcesz, Pel.

— W końcu — ciągnął Pelorat — będziemy przypuszczalnie spędzać o wiele więcej czasu na planetach niż w przestrzeni, a na planetach jest więcej okazji do prawdziwej intymności.

— Nie obchodzi mnie, co będziecie robić na planetach — przerwał mu Trevize — ale na tym statku ja rządzę.

— Oczywiście — odparł Pelorat.

— No to skoro już to wyjaśniliśmy, pora lecieć.

— Zaczekaj! — Pelorat chwycił Trevizego za rękaw. — Dokąd lecieć? Ani ty, ani ja, ani Bliss nie wiemy, gdzie znajduje się Ziemia. Twój komputer też nie, bo już dawno temu powiedziałeś mi, że nie ma w nim żadnych danych na temat Ziemi. Co zatem zamierzasz zrobić? Nie możesz przecież lecieć na oślep ani tułać się bez żadnego planu po przestrzeni.

W odpowiedzi Trevize uśmiechnął się z prawdziwą satysfakcją. Po raz pierwszy, od czasu kiedy wpadł w ręce Gai, czuł się panem swego losu.

— Zapewniam cię, Janov — powiedział — że nie mam najmniejszego zamiaru tułać się po przestrzeni. Wiem dokładnie, dokąd chcę lecieć.


7

<p>7</p>

Pelorat wszedł cicho do sterowni, nie doczekawszy się odpowiedzi na swe nieśmiałe pukanie. Trevize był tak pochłonięty obserwowaniem gwiazd, że nawet go nie zauważył.

— Golan… — odezwał się Pelorat i umilkł.

Trevize podniósł głowę.

— A, to ty, Janov… Siadaj… A gdzie Bliss?

— Śpi… Widzę, że jesteśmy już w przestrzeni.

— Dobrze widzisz. — Trevize nie był zaskoczony zdumieniem Pelorata. Znajdując się na statku o napędzie grawitacyjnym, nie sposób było zorientować się, kiedy statek startuje. Startowi nie towarzyszyły bowiem żadne efekty będące skutkiem działania siły bezwładu — nie odczuwało się ani przyspieszenia, ani wibracji, a w dodatku wszystko odbywało się bezgłośnie.

Posiadając zdolność uniezależnienia się, nawet całkowitego, od zewnętrznych pól grawitacyjnych, „Odległa Gwiazda” mogła wznieść się nad powierzchnię każdej planety zupełnie tak, jak gdyby unosiła się na falach jakiegoś kosmicznego morza, a w czasie kiedy się to odbywało, działanie siły ciężkości wewnątrz statku nie ulegało, paradoksalnie, żadnym zmianom.

Kiedy statek znajdował się jeszcze w atmosferze, nie było oczywiście potrzeby przyspieszania, a więc nie słyszało się świstu powietrza, przez które szybko przedzierał się statek, i nie odczuwało się wywołanej jego oporem wibracji. Natomiast po wyjściu z atmosfery można było nawet gwałtownie przyspieszyć, gdyż nie powodowało to absolutnie żadnych niemiłych doznań u załogi.

Był to szczyt komfortu i Trevize nie wyobrażał sobie, żeby — dopóki ludzie nie odkryją sposobu przemieszczania się przez nadprzestrzeń bez pomocy statków i bez obawy o to, że znajdujące się w pobliżu pola grawitacyjne mogą być zbyt silne — można było w tym względzie jeszcze coś udoskonalić. Teraz jednak „Odległa Gwiazda” będzie musiała przez kilka dni oddalać się od słońca Gai, zanim jego pole grawitacyjne osłabnie na tyle, by mogli spróbować wykonać skok.

— Słuchaj, stary — rzekł Pelorat — czy mogę z tobą przez chwilę porozmawiać? Nie jesteś za bardzo zajęty?

— Skądże! Wszystkim zajmie się komputer, jeśli dam mu odpowiednie polecenia. Czasami zdaje się nawet odgadywać, jakie to będą polecenia i spełnia je, zanim zdążę je wypowiedzieć. — Pogładził pieszczotliwie płytę biurka.

— Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, Golam przez ten krótki okres, kiedy się znamy, choć muszę przyznać, że mnie ten okres wcale nie wydaje się krótki. Tyle się w tym czasie wydarzyło. Kiedy pomyślę o swoim, dosyć już przecież długim życiu, to uderza mnie, że połowa wydarzeń, w których przyszło mi uczestniczyć, miała miejsce w kilku ostatnich miesiącach. Tak mi się przynajmniej wydaje. Byłbym nawet gotów pomyśleć, że…

Trevize przerwał mu ruchem ręki:

— Janov, jestem pewien, że odbiegasz od tematu. Zacząłeś od tego, że w krótkim czasie bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Owszem, to prawda. 1 nadal jesteśmy przyjaciółmi. Skoro już o tym mowa, to Bliss znasz jeszcze krócej, a zaprzyjaźniłeś się z nią nawet bardziej niż ze mną.

— No, to oczywiście zupełnie co innego — rzekł Pelorat, chrząkając z zakłopotaniem.

— Oczywiście — zgodził się Trevize — ale co wynika z tej naszej, od niedawna trwającej przyjaźni?

— Jeśli nadal jesteśmy, jak sam przed chwilą powiedziałeś, przyjaciółmi, to muszę przejść do sprawy Bliss, która — to też powiedziałeś — jest mi szczególnie droga.

— Rozumiem. No i co z tego?

— Wiem, Golam że nie lubisz Bliss, ale chciałbym, żebyś przez wzgląd na mnie…

Trevize znowu uniósł rękę.

— Chwileczkę, Janov. Nie zachwycam się Bliss, ale też nie żywię do niej nienawiści. Prawdę mówiąc, nie mam jej nic do zarzucenia. Jest ona atrakcyjną młodą kobietą, a nawet gdyby nią nie była, to — przez wzgląd na ciebie — byłbym skłonny za taką ją uważać. To Gai nie lubię.

— Ale Bliss jest Gają.

— Wiem, Janov. To właśnie komplikuje sprawy. Dopóki myślę o Bliss jako o kobiecie, nie ma żadnego problemu. Ale kiedy pomyślę o niej jako 0 Gai, zaczynają się problemy.

— Ale nie dałeś Gai żadnej szansy, Golan… Słuchaj, stary, pozwól, że ci coś wyznam. Kiedy jestem blisko Bliss, to czasami, na jakąś minutę, pozwala mi zespolić się ze sobą myślowo. Na minutę, nie dłużej, bo mówi, że jestem za stary, żeby się do tego przystosować… Oj, nie śmiej się, Golan! Ty też byłbyś na to za stary. Gdyby izol, ktoś taki jak ty czy ja, pozostawał częścią Gai dłużej niż przez jedną czy dwie minuty, to groziłoby mu uszkodzenie mózgu, a gdyby przedłużyło się to do pięciu czy dziesięciu minut, to zmiany byłyby nieodwracalne… Gdybyś mógł poznać to uczucie, Golan…

— Jakie uczucie? Nieodwracalne zmiany w mózgu? Dziękuję, nie skorzystam.

— Nie udawaj, że mnie nie rozumiesz, Golan. Chodzi mi o ten krótki moment wspólnoty z Gają. Nawet nie wiesz, co tracisz. Tego się nie da opisać. Bliss mówi, że to uczucie szczęścia i radości. To tak, jakbyś napił się wody w chwili, kiedy prawie umierasz z pragnienia. Nie potrafię nawet w przybliżeniu tego określić. Uczestniczysz w rozkoszach doświadczanych przez miliard ludzi naraz. To nie jest stałe uczucie. Gdyby takim było, to szybko przestałbyś zwracać na to uwagę. To wibruje, drga jakimś dziwnym, pulsującym rytmem, który nie pozwala ci zapomnieć czy zobojętnieć. To większa rozkosz… nie, nie większa — lepsza rozkosz, niż zdarzyło ci się kiedykolwiek doświadczyć samemu, bez tej więzi z innymi. Kiedy Bliss zamyka mi do niej dostęp, to chce mi się płakać…

Trevize potrząsnął głową.

— Jesteś zadziwiająco elokwentny, przyjacielu, ale to, co mi tu opowiadasz, brzmi jak opis uzależnienia od pseudoderfiny czy jakiegoś innego narkotytku, który szybko doprowadza do ekstazy, ale po zażyciu którego długo żyje się w ciągłym przerażeniu. To nie dla mnie. Nie chcę sprzedać swojej osobowości za krótkotrwałe uczucie rozkoszy.

— Zachowałem swoją osobowość, Golan.

— Ale na jak długo? Jak długo pozostaniesz sobą, jeśli nadal będziesz się temu oddawał? Będziesz błagał o coraz większą dawkę tego narkotyku, aż wreszcie skończy się to uszkodzeniem twego mózgu. Janov, nie możesz pozwalać Bliss, żeby to robiła… Może lepiej będzie, jeśli pomówię z nią o tym.

— Nie! Nie! Wiesz o tym, że nie jesteś wzorem taktu, a nie chcę, żebyś ją uraził. Zapewniam cię, że w tym względzie dba o mnie bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Bardziej niż ja przejmuje się możliwością uszkodzenia mego mózgu. Możesz być tego pewien.

— No dobrze, wobec tego pomówię o tym z tobą. Nie rób tego więcej, Janov. Przez pięćdziesiąt dwa lata miałeś swoje własne przyjemności i rozkosze. Twój mózg przystosował się do tego i znosi to dobrze. Nie wpadaj teraz w jakiś nowy, niezwykły nałóg. Będziesz musiał za to zapłacić — jeśli nie od razu, to po pewnym czasie.

— Tak, Golan — odparł Pelorat cichym głosem, przypatrując się czubkom swoich butów. Potem powiedział: — Przypuśćmy, że spojrzałbyś na to z innego punktu widzenia. Załóżmy, że jesteś jednokomórkowcem…

— Wiem, co chcesz powiedzieć, Janov. Daj temu spokój. Bliss już się raz odwoływała do tej anagii.

— Tak, ale pomyśl przez chwilę. Wyobraźmy sobie organizmy jednokomórkowe o świadomości na takim samym poziomie jak świadomość człowieka i o takiej samej zdolności myślenia i przypuśćmy, że nagle stanęłyby wobec możliwości połączenia się w jeden, wielokomórkowy, organizm. Czy te jednokomórkowe organizmy nie obawiałyby się utraty swojej indywidualnej osobowości? Czy każdej z tych istot nie oburzałaby perspektywa stania się tylko częścią obejmującego je wszystkie organizmu, perspektywa stania się tylko fragmentem większej osobowości? I czy nie byłyby w błędzie? Czy pojedyncza komórka jest w stanie wyobrazić sobie potęgę ludzkiego mózgu?

Trevize gwałtownie potrząsnął głową.

— Nie, Janov, to jest fałszywa analogia. Organizmy jednokomórkowe nie mają ani świadomości, ani zdolności myślenia, a jeśli nawet mają, to jest ona tak minimalna, że można ją uważać za zerową. Dla takiego organizmu utrata osobowości to utrata czegoś, czego nigdy w rzeczywistości nie miał. Natomiast człowiek posiada i świadomość, i zdolność myślenia. Ma do stracenia prawdziwą, rzeczywiście istniejącą świadomość i rzeczywisty, niezależny umysł, a więc analogia ta jest chybiona.

Umilkł. Pelorat też się nie odzywał. W końcu milczenie zaczęło im ciążyć, więc Pelorat spróbował skierować rozmowę na inny temat.

— Dlaczego obserwujesz ekran? — spytał.

— Z przyzwyczajenia — odparł Trevize, uśmiechając się krzywo. — Komputer mówi mi, że nie leci za nami żaden statek gajański ani nie zbliża się do nas flotylla statków sayshellskich. Ale mimo tego, że sensory komputera są setki razy doskonalsze od moich zmysłów i dostrzegają to, czego ja nie jestem w stanie dostrzec, wpatruję się z niepokojem w ekran i oddycham z ulgą, że niczego nie mogę dostrzec. Co więcej, komputer potrafi zarejestrować pewne subtelne właściwości przestrzeni, których ja nie mógłbym w żaden sposób uchwycić swoimi zmysłami. A jednak, wiedząc o tym, nie mogę nie patrzeć.

— Golam jeśli naprawdę jesteśmy przyjaciółmi… — zaczął Pelorat.

— Obiecuję — przerwał mu Trevize — że nie zrobię nic, co mogłoby urazić Bliss, a przynajmniej, że będę się od tego powstrzymywał.

— Tym razem chodzi mi o co innego. Trzymasz przede mną w tajemnicy cel naszej podróży, zupełnie jakbyś mi nie ufał. Możesz mi powiedzieć, dokąd lecimy? Uważasz, że wiesz, gdzie znajduje się Ziemia?

Trevize spojrzał na niego, unosząc w górę brwi.

— Przepraszam. Zazdrośnie strzegę tej tajemnicy, prawda?

— Tak, ale dlaczego?

— No właśnie, dlaczego? — odparł Trevize. Zastanawiam się, stary, czy nie ma to związku z Bliss.

— Z Bliss? A więc nie chcesz, żeby ona o tym się dowiedziała? Słuchaj, jej naprawdę można całkowicie zaufać.

— To nie o to chodzi. No i co z tego, że nie będę jej ufał? Podejrzewam, że jeżeli zechce, to wyczyta w moim mózgu każdą tajemnicę. Wydaje mi się, że powód jest raczej dziecinny. Mam takie uczucie, że całą uwagę poświęcasz tylko jej i że ja dla ciebie praktycznie nie istnieję.

Pelorat zrobił zdumioną minę.

— Ależ to nieprawda!

— Wiem, ale próbuję po prostu głośno przeanalizować swoje uczucia. Przyszedłeś tu pełen obaw o to, czy nadal jesteśmy przyjaciółmi, a ja, myśląc o tym, dochodzę do wniosku, że chyba też mam takie same obawy. Nie przyznawałem się do tego sam przed sobą, ale myślę, że czułem się odsunięty przez ciebie z powodu Bliss. Być może próbowałem się odegrać na tobie, trzymając pewne sprawy w tajemnicy. To dziecinada.

— Golan!

— Przecież powiedziałem, że to dziecinada. Nie słyszałeś? Ale z drugiej strony, czy każdy z nas nie zachowuje się czasem jak dziecko? W każdym razie jesteśmy nadal przyjaciółmi. Wyjaśniliśmy tę sprawę, więc nie będę się już bawił w te dziecinne gierki. Lecimy na Comporellon.

— Na Comporellon? — powtórzył Pelorat, jakby po raz pierwszy słyszał tę nazwę.

— Chyba przypominasz sobie mego byłego przyjaciela, Munna Li Compora? Spotkaliśmy go na Sayshell.

Na twarzy Pelorata pojawił się wyraz olśnienia.

— Oczywiście, że sobie przypominam. Comporellon to świat jego przodków.

— Może. Nie muszę wierzyć we wszystko, co mówił Compor. Ale Comporellon to znany świat, a Compor mówił, że jego przodkowie wiedzieli o istnieniu Ziemi. A więc polecimy tam i sprawdzimy. Może okazać się, że to nas donikąd nie zaprowadzi, ale to jedyny punkt zaczepienia.

Pelorat chrząknął i spytał z powątpiewaniem:

— Jesteś tego pewien?

— W tej sprawie nie można być niczego pewnym. Mamy tylko ten jeden trop i choćby był bardzo nikły, musimy nim podążyć. Nie mamy innego wyboru.

— Zgoda, ale jeśli opieramy się na tym, co nam powiedział Compor, to być może powinniśmy wziąć pod uwagę wszystko, co powiedział. Zdaje mi się, że mówił, i to z naciskiem, że na Ziemi nie istnieje życie, że jej powierzchnia jest radioaktywna. A jeśli jest tak naprawdę, to nie mamy po co lecieć na Comporellon.


8

<p>8</p>

Siedzieli w trójkę w jadalni, wypełniając sobą całą jej przestrzeń.

— To jest naprawdę smaczne — powiedział z wyraźnym zadowoleniem Pelorat. — Czy to jeszcze z naszych terminuskich zapasów?

— Ależ skąd — odparł Trevize. — Już dawno się skończyły. To jest z zapasów, które zrobiliśmy na Sayshell, przed odlotem na Gaję. Niespotykany smak, prawda? To jakaś roślina morska, ale dość chrupka. A to z kolei… kiedy to kupowałem, byłem przekonany, że to kapusta, ale ma zupełnie inny smak.

Bliss słuchała, ale sama nic nie mówiła. Jadła mało, jakby nie miała apetytu.

— Musisz jeść, kochanie — rzekł łagodnie Pelorat.

— Wiem o tym, Pel. Jem.

— Mamy produkty gajańskie — powiedział Trevize z lekką irytacją, której nie potrafił stłumić.

— Wiem — odparła Bliss — ale wolę je zostawić na później. Nie wiemy, ile czasu przyjdzie nam spędzić w przestrzeni i w końcu będę musiała się przyzwyczaić do jedzenia tego, co jedzą izole.

— Czy to źle? A może Gaja musi zjadać samą siebie?

Bliss westchnęła. — Prawdę mówiąc, jest u nas takie powiedzenie: „Kiedy Gaja zjada samą siebie, to nie ma z tego ani straty, ani zyksu”. To nic innego jak przenoszenie się świadomości z góry w dół i z dołu w górę. Wszystko, co jem na Gai, jest Gają i kiedy w moim organizmie pokarm ulega przemianie i staje się mną, to nadal jest Gają. Zresztą dzięki temu to, co zjadam, ma możliwość bardziej intensywnego udziału w zbiorowej świadomości, choć, oczywiście, pewne części pokarmu nie zostają wchłonięte przez mój organizm, są wydalane i w związku z tym ich pozycja na skali świadomości wydatnie spada.

Ugryzła spory kęs, żuła przez chwilę energicznie, połknęła i ciągnęła dalej:

— To jest ciągła cyrkulacja na ogromną skalę. Rośliny rosną i są zjadane przez zwierzęta. Zwierzęta jedzą i same są zjadane. Każdy organizm, który umiera, jest stopniowo wchłaniany przez bakterie gnilne, komórki żyjące w glebie i tak dalej, i służąc powstawaniu innych organizmów pozostaje Gają. W tym ciągłym krążeniu świadomości ma udział nawet materia nieorganiczna, a wszystko, co uczestniczy w tym procesie, ma co jakiś czas szansę na udział w warstwie bardziej intensywnej świadomości.

— To wszystko — rzekł Trevize — można powiedzieć o każdym świecie. Każdy atom mojego ciała ma długą historię. Zanim stał się częścią mnie, mógł być częścią wielu stworzeń, wliczając w to ludzi, mógł też przez długie okresy czasu być częścią morza albo bryły węgla, częścią skały albo wiatru.

— Ale na Gai — powiedziała Bliss — wszystkie atomy są co jakiś czas częścią wyższej, planetarnej świadomości, o której nie masz absolutnie pojęcia.

— No dobrze — rzekł Trevize. — Co się zatem dzieje z tymi warzywami z Sayshell, które jesz w tej chwili? Czy one też stają się częścią Gai?

— Tak… choć powoli. A to, co wydalam, tak samo powoli przestaje być częścią Gai. W końcu to, co opuszcza moje ciało, traci kontakt z Gają. Nie ma nawet tego, już nie tak bezpośredniego kontaktu, który ja, dzięki wyższemu poziomowi mojej świadomości, mogę z nią utrzymywać w nadprzestrzeni. To właśnie dzięki temu nadprzestrzennemu kontaktowi produkty, które nie pochodzą z Gai, stają się powoli Gają, kiedy je spożywam.

— A co stanie się z zapasami, które zabraliśmy z Gai? Czy powoli przestaną być Gają? Jeśli tak, to lepiej jedz je, dopóki możesz.

— Tym nie muszę się przejmować — powiedziała Bliss. — Te zapasy, które zabraliśmy z Gai, zostały tak przygotowane, że jeszcze przez długi czas pozostaną jej częścią.

— A co się stanie, jeśli my je zjemy? — spytał nagle Pelorat. — A w ogóle, czy coś się z nami działo, kiedy jedliśmy wasze produkty na Gai? Czy my też z wolna stajemy się Gają?

Bliss potrząsnęła przecząco głową, a na jej twarzy pojawił się wyraz zmieszania.

— To, co zjedliście, jest dla nas stracone. Przynajmniej ta część, która uległa przemianie materii w waszych tkankach. To, co wydaliliście, pozostało Gają albo powoli stało się na powrót Gają, tak że w ostatecznym rachunku równowaga została zachowana, ale w rezultacie waszego pobytu na naszym świecie duża liczba atomów składających się na Gaję przestała być Gają.

— A to dlaczego? — spytał z zaciekawieniem Trevize.

— Dlatego, że nie znieślibyście przemiany, nawet częściowej. Byliście naszymi gośćmi, którzy w pewnym sensie znaleźli się u nas przymusowo, tak że musieliśmy chronić was przed niebezpieczeństwem, nawet za cenę utraty małych części Gai. Była to cena, na którą przystaliśmy dobrowolnie, choć bynajmniej nie z radością.

— Przykro nam z tego powodu — rzekł Trevize — ale czy jesteś pewna, że żywność nie pochodząca z Gai, a przynajmniej pewne jej rodzaje, nie zaszkodzi dla odmiany tobie?

— Nie — odparła Bliss. — To, co jest jadalne dla was, jest jadalne i dla mnie, tyle tylko że powstaje dodatkowy problem przyswojenia tego, co spożywam, przez Gaję, jak też przez tkanki mego ciała. Stwarza to pewną barierę psychologiczną i dlatego jem tak mało i tak wolno, ale z czasem to przezwyciężę.

— A nie boisz się jakiejś infekcji? — spytał przerażonym głosem Pelorat. — Nie rozumiem, jak to się stało, że nie pomyślałem o tym wcześniej. Przecież na każdym świecie, na którym się znajdziesz, mogą żyć jakieś mikroorganizmy, na które nie jesteś uodporniona! Możesz umrzeć z powodu zwykłej infekcji. Golam musimy wracać.

— Nie wpadaj w panikę, Pel — rzekła z uśmiechem Bliss. — Mikroorganizmy, które dostaną się do mojego organizmu z pożywieniem czy jakąś inną drogą, też zostaną zasymilowane przez Gaję. Jeśli będzie wyglądało na to, że mi szkodzą, to zostaną zasymilowane jeszcze szybciej, a kiedy już staną się Gają, nie zrobią mi nic złego.

Obiad dobiegł końca. Pelorat łyknął podgrzanego soku wieloowocowego z korzeniami.

— No — rzekł oblizując wargi — myślę, że pora zmienić temat. Wygląda na to, że moim jedynym zajęciem na tym statku jest zmienianie tematów. Ciekawe, jaka jest tego przyczyna?

— Taka, że Bliss i ja mamy odmienne zdania na każdy temat i za żadną cenę nie odstąpimy od swoich poglądów — rzekł poważnie Trevize. — W tobie nadzieja, Janov, że nie popadniemy w obłęd… A więc o czym chciałbyś mówić?

— Przejrzałem swoje materiały na temat Comporellona i okazuje się, że cały tamten sektor obfituje w stare legendy. Mieszkańcy tamtejszych światów utrzymują, że zostały one założone w bardzo dawnych czasach, w pierwszych tysiącleciach po wynalezieniu metody podróży w nadprzestrzeń. Comporellon twierdzi nawet, że zna nazwisko swego legendarnego założyciela. Miał nim być niejaki Benbally, choć nie podają, skąd pochodził. Według nich pierwotnie ich świat nazywał się światem Benbally’ego.

— A ile, twoim zdaniem, jest w tym prawdy?

— Jest pewnie ziarnko prawdy, ale jak stwierdzić, co jest tym ziarnkiem?

— Nigdy nie słyszałem o żadnym Benballym. A ty? Spotkałeś się z tym nazwiskiem w jakimś rzetelnym źródle historycznym?

— Nie, ale sam wiesz, że w okresie późnego Imperium usilnie starano się wymazać z historii wszystko to, co działo się w czasach przedimperialnych. W ostatnich, niespokojnych stuleciach istnienia Imperium jego władcom bardzo zależało na stłumieniu lokalnego patriotyzmu, gdyż uważali, zresztą słusznie, że niszczy on wewnętrzną spójność Imperium. Dlatego też w prawie każdym sektorze Galaktyki prawdziwa historia, mająca oparcie w źródłach i operująca ścisłą chronologią, zaczyna się dopiero w momencie, kiedy stają się tam silne wpływy Trantora i dany sektor zawiera przymierze z Imperium albo zostaje przez nie zaanektowany.

— Nigdy bym nie pomyślał, że historię jest tak łatwo wymazać — rzekł Trevize.

— No, nie jest to takie łatwe — odparł Pelorat — ale silny i zdecydowany rząd może dużo zrobić, żeby przestano się nią interesować. Kiedy to zainteresowanie dostatecznie osłabnie, to materiały ulegają rozproszeniu, wiedza o dawnych czasach degeneruje się i może przetrwać tylko w opowieściach ludowych. A takie opowieści mają to do siebie, że są bardzo przesadzone i każdy sektor jest w nich zawsze starszy i potężniejszy, niż był naprawdę. I bez względu na to, jak nieprawdopodobna jest taka legenda i jakie nonsensy zawiera, mieszkańcy danego sektora uważają za swój patriotyczny obowiązek święcie w nią wierzyć. Mógłbym ci przytoczyć opowieści z wszystkich kątów Galaktyki, mówiące o tym, że światy, na których powstały, zostały założone przez ludzi przybyłych tam bezpośrednio z Ziemi, choć nie zawsze jest to nazwa, którą określają planetę przodków.

— A jak ją jeszcze nazywają?

— Różnie. Czasami Jedyna, czasami Najstarsza. Nazywają ją też Księżycowym Światem, co — zdaniem niektórych — jest aluzją do jej olbrzymiego satelity. Inni natomiast utrzymują, że w czasach pregalaktycznych „księżycowy” znaczyło tyle, co „bezludny” albo „porzucony”.

— Janov, proszę cię, przestań! — przerwał mu łagodnie Trevize. — Będziesz mówił bez końca o zwolennikach to jednego, to znów drugiego poglądu. Powiadasz, że takie legendy można znaleźć wszędzie?

— O tak! Prawie wszędzie. Wystarczy tylko, abyś się z nimi zapoznał, a zrozumiesz, że ludzie mają zwyczaj zaczynać od jakiegoś okruchu prawdy, a potem otaczają ten okruch coraz grubszymi warstwami zmyśleń — zupełnie jak te ostrygi z Rhampory, które tworzą perły, otaczając ziarnko piasku coraz to nowymi warstwami swej wydzieliny. To porównanie przyszło mi do głowy, kiedy…

— Janov, znowu zaczynasz. Przestań! Powiedz mi lepiej, czy w legendach comporelliańskich jest coś, co różni je od innych.

— Co? — Pelorat patrzył przez chwilę na Trevizego nieprzytomnym wzrokiem. — Coś, co je różni od innych? Hmm, Comporellianie utrzymują, że Ziemia leży niedaleko od nich i to jest niezwykłe. Na większości światów, na których żywe są legendy o Ziemi, jej położenie określa się bardzo niejasno, umieszczając ją gdzieś daleko albo zgoła w jakimś nie istniejącym miejscu.

— Zupełnie tak, jak na Sayshell, gdzie nam opowiadano, że Gaja znajduje się w nadprzestrzeni — powiedział Trevize.

Bliss roześmiała się.

Trevize obrzucił ją szybkim spojrzeniem.

— To szczera prawda. Tak nam mówiono.

— Nie wątpię w to. Śmieję się dlatego, że to zabawne. Oczywiście chcemy, żeby wierzyli, że jest tak, jak mówią. Na razie życzymy sobie tylko jednego, żeby nas zostawiono w spokoju, a gdzie może być spokojniejsze miejsce niż w nadprzestrzeni? Jeśli ludzie sądzą, że się tam znajdujemy, to jest tak, jakbyśmy się tam znajdowali naprawdę.

— Owszem — rzekł szorstko Trevize — zgodnie z tą samą zasadą coś dba o to, żeby ludzie wierzyli, że Ziemia nie istnieje albo znajduje się gdzieś daleko, albo że jej powierzchnia jest radioaktywna.

— Tyle tylko — dodał Pelorat — że Comporellianie są przekonani, iż znajduje się ona dosyć blisko od ich planety.

— Ale są również przekonani, że jest skażona radioaktywnością. Każda planeta, na której znana jest jakaś legenda o Ziemi, jest przekonana, że, z takiego czy innego powodu, Ziemia jest niedostępna.

— Tak to z grubsza wygląda — przyznał Pelorat.

— Wiele osób na Sayshell uważa — powiedział Trevize — że Gaja znajduje się niedaleko. Niektórzy potrafią nawet prawidłowo wskazać gwiazdę, wokół której krąży, a mimo to wszyscy są przekonani, że jest ona niedostępna. Być może również na Comporellonie są ludzie, którzy wierzą święcie, że Ziemia jest radioaktywna i martwa, ale potrafią wskazać gwiazdę, wokół której krąży. Jeśli tak, to będziemy wiedzieli, dokąd mamy lecieć i polecimy tam, nawet gdyby uważali, że jest niedostępna. Przecież akurat tak postąpiliśmy w przypadku Gai.

— Ale Gaja chciała, żebyście przylecieli — powiedziała Bliss. — Nie mogliście wprawdzie uciec z naszych rąk, ale nie zamierzaliśmy uczynić wam nic złego. A jeśli Ziemia jest również potężna, ale bynajmniej nie życzliwa? Co wtedy?

— Muszę tam się dostać, bez względu na konsekwencje. Ale to tylko moja sprawa. Kiedy zlokalizuję Ziemię, będziecie mogli rozstać się ze mną. Wysadzę was na najbliższym świecie należącym do Federacji Fundacyjnej albo, jeśli będziecie chcieli, odstawię was z powrotem na Gaję i potem polecę sam na Ziemię.

— Słuchaj, stary — powiedział wyraźnie przygnębiony Pelorat. — Nie mów, proszę, takich rzeczy. Nawet mi przez głowę nie przeszło, żeby zostawić cię samego.

— A mnie, żeby zostawić Pela — powiedziała Bliss, gładząc Pelorata po policzku.

— No więc dobrze. Niedługo będziemy mogli wykonać skok na Comporellon, a potem — miejmy nadzieję — na Ziemię.


3. Na stacji granicznej

9

10

11

12

<p>3. Na stacji granicznej</p>
<p>9</p>

— Czy Trevize mówił ci, że w każdej chwili możemy wykonać skok i wejść w nadprzestrzeń? spytała Bliss, wchodząc do ich wspólnej kabiny.

Pelorat, który siedział właśnie pochylony nad dyskiem obrazowym, podniósł głowę i powiedział:

— Prawdę mówiąc, zajrzał tu tylko i powiedział: „za pół godziny”.

— Niepokoi mnie sama myśl o tym. Nigdy nie lubiłam skoków. Podczas skoku mam takie dziwne uczucie, jakbym się wywracała na drugą stronę.

Pelorat spojrzał na nią z zaskoczeniem.

— Nie przypuszczałem, że jesteś taką podróżniczką.

— Właściwie nie jestem, i to nie tylko jako akurat ten element Gai. Gaja w ogóle nie ma okazji do regularnych podróży w przestrzeni. Z samej swojej natury ja-my-Gaja nie szukamy innych planet, nie prowadzimy z nikim wymiany handlowej ani nic urządzamy wycieczek turystycznych. Mimo to ktoś musi być na stacjach orbitalnych strzegących wejścia na Gaję…

— Tak jak wtedy, kiedy mieliśmy szczęście cię spotkać.

— Tak, Pel — uśmiechnęła się do niego ciepło. — Albo nawet, z różnych powodów, lecieć na Sayshell i w inne regiony gwiezdne… zwykle potajemnie. Ale czy potajemnie czy nie, musi wykonywać skoki i oczywiście odczuwa to cała Gaja. Skacze przecież to, co jest jej częścią.

— To niedobrze — rzekł Pelorat.

— Mogłoby być jeszcze gorzej. Cała, duża przecież, masa planety nie bierze udziału w skoku, więc jego skutki są osłabione. Wydaje się jednak, że ja odczuwam to znacznie silniej niż reszta Gai. Zgodnie z tym, co stale tłumaczy Trevizemu — że poszczególne elementy Gai nie są identyczne. Istnieją między nami różnice i na przykład moja struktura jest z jakiejś przyczyny szczególnie wrażliwa na skoki.

— Zaczekaj! — powiedział Pelorat, przypominając sobie nagle o czymś. — Trevize wyjaśnił mi to kiedyś. Te sensacje odczuwa się w zwykłych statkach. W takim statku, wchodząc w nadprzestrzeń, opuszcza się normalne pole grawitacyjne Galaktyki. a wychodząc z nadprzestrzeni, powraca się do niego. I właśnie wyjście z normalnej przestrzeni i powrót do niej powodują te sensacje. Ale „Odległa Gwiazda” jest statkiem o napędzie grawitacyjnym. Jest zupełnie niezależna od pola grawitacyjnego, w związku z czym faktycznie ani z niego nie wychodzi, ani do niego nie powraca. Dlatego nic w ogóle nie będziemy czuli. Zapewniam cię, kochanie, na podstawie swojego własnego doświadczenia.

— To wspaniale! Szkoda, że wcześniej o tym nie porozmawialiśmy. Zaoszczędziłoby mi to niepotrzebnych obaw.

— Ma to jeszcze inną zaletę — powiedział Pelorat, czerpiąc niezwykłą przyjemność z faktu, że może wystąpić w nowej dla siebie roli eksperta od spraw astronautyki. — Po to, aby wykonać skok. normalny statek musi się znacznie oddalić od ciał o wielkiej masie, takich jak gwiazdy. Częściowo dlatego, że im bliżej gwiazdy, tym silniejsze pole grawitacyjne, a co za tym idzie, także te przykre sensacje odczuwane podczas skoku. Poza tym, im silniejsze pole grawitacyjne, tym bardziej skomplikowane równania, które trzeba rozwiązać, aby wykonać skok bezpiecznie i znaleźć się po nim w tym miejscu normalnej przestrzeni, w którym chce się znaleźć. Jednakże na statku o napędzie grawitacyjnym nie odczuwa się w ogóle żadnych sensacji spowodowanych skokiem. W dodatku ten statek jest wyposażony w komputer, który znacznie przewyższa normalne komputery i który potrafi z niezwykłą szybkością rozwiązywać nawet bardzo skomplikowane równania. Skutkiem tego „Odległa Gwiazda” nie musi, jak inne statki, odsuwać się od jakiejś gwiazdy przez wiele tygodni na odległość gwarantującą bezpieczny i wygodny skok, gdyż potrzebuje na to tylko dwóch albo trzech dni. Jest to możliwe przede wszystkim dlatego, że nie podlegamy działaniu pola grawitacyjnego, a więc nie działa na nas siła bezwładności, i że — tu muszę przyznać, że nie rozumiem jak to możliwe, ale Trevize zapewniał mnie, że tak jest — możemy uzyskać znacznie większe przyspieszenie niż jakikolwiek statek o normalnym napędzie.

— To świetnie, a fakt, że Trev potrafi kierować tym niezwykłym statkiem, dobrze świadczy o jego umiejętnościach.

Pelorat lekko zmarszczył Brwi.

— Bliss, proszę cię, mów „Trevize”.

— No przecież tak mówię. Jednak kiedy go nie ma, mogę sobie pozwolić na lekkie odprężenie.

— Nie rób tego. To tak jak z nałogiem, kochanie, nie można sobie pozwolić nawet na trochę, bo znowu się wpada. On jest taki drażliwy na tym punkcie.

— Nie na tym. To ja go drażnię. Nie lubi mnie.

— To nie jest tak — powiedział Pelorat z przekonaniem. — Rozmawiałem z nim o tym… No, nie rób takiej chmurnej miny. Starałem się być bardzo taktowny, dziecko. Zapewnił mnie, że nie ma absolutnie nic przeciwko tobie. Jest nieufny w stosunku do Gai i przygnębiony faktem, że musiał wybrać taką przyszłość dla ludzkości. Musimy mu to wybaczyć. Minie mu ten nastrój, kiedy zrozumie, jakie pożytki płyną z takiego wyboru.

— Mam nadzieję, że się tak stanie, ale tu nie chodzi tylko o Gaję. Bez względu na to, co on ci mówi, Pel — a pamiętaj, że bardzo cię lubi i nie chciałby zranić twoich uczuć — on nie lubi mnie jako jednostki, a nie jako Gai.

— Nie, Bliss. To niemożliwe.

— To, że ty mnie kochasz, Pel, nie znaczy, że każdy musi mnie kochać. Pozwól, że ci wyjaśnię, o co tu chodzi. Trev… no dobrze, Trevize… uważa, że jestem robotem.

Na nieruchomej zazwyczaj twarzy Pelorata pojawił się wyraz zdumienia.

— Na pewno nie uważa, że jesteś sztucznie stworzoną istotą ludzką — powiedział.

— Dlaczego to cię tak zdumiewa? Gaja została założona przy pomocy robotów. To fakt dobrze znany.

— Roboty mogły w tym pomagać, tak jak maszyny, ale to ludzie założyli Gaję, ludzie z Ziemi. t Tak właśnie sądzi Trevize. Wiem, że tak sądzi.

— Jak już mówiłem tobie i Trevizemu, w pamięci Gai nie zachowało się nic na temat Ziemi. Ale za j to, choć minęło od tamtych czasów trzy tysiące lat, w naszych wspomnieniach przetrwały roboty, które pracowały nad przekształceniem Gai w świat nadający się do zamieszkania. My tworzyliśmy wtedy Gaję jako ogólnoplanetarną świadomość… Zajęło to sporo czasu, Pel, i jest to kolejny powód tego, że nasze wspomnienia z najdawniejszej przeszłości są tak nieostre. I być może, wbrew temu, co myśli Trevize, to wcale nie było tak, że wymazała je Ziemia…

— Dobrze, Bliss — powiedział ze zniecierpliwieniem Pelorat — ale co z tymi robotami?

— No cóż, kiedy już powstała Gaja, roboty wyr niosły się. Nie chcieliśmy takiej Gai, która obejmowałaby też roboty, bo byliśmy i jesteśmy nadal przekonani, że na dłuższą metę taki element jak one byłby szkodliwy dla ludzkiej społeczności, bez względu na to, czy byłaby to społeczność izoli czy społeczność ogólnoplanetarna. Nie wiem, w jaki sposób doszliśmy do tego wniosku, ale możliwe, że opieraliśmy się na wypadkach, które miały miejsce w tak wczesnych dziejach Galaktyki, że nie sięga do nich pamięć Gai.

— Jeśli roboty wyniosły się…

A jeśli część ich pozostała? A jeśli jestem jednym z nich… liczącym może nawet piętnaście tysięcy lat? Trevize podejrzewa, że tak właśnie jest.

Pelorat wolno potrząsnął głową. — Ale nie jesteś.

— Na pewno wierzysz w to, co mówisz?

— Oczywiście. Nie jesteś robotem.

— A skąd wiesz?

— Po prostu wiem. Nie ma w tobie nic sztucznego. Jeśli ja nic takiego nie zauważyłem, to na pewno nie mógł tego zauważyć nikt inny.

— A czy nie jest możliwe, że zostałam tak znakomicie, w najdrobniejszych szczegółach skonstruowana, że nie można mnie odróżnić od prawdziwego człowieka? Gdyby tak było, to czy byłbyś w stanie odróżnić mnie od prawdziwego człowieka?

— Nie sądzę, żeby skonstruowanie takiego robota było możliwe — powiedział Pelorat.

— No a gdyby, wbrew temu, co sądzisz, było to jednak możliwe?

— Ja po prostu w to nie wierzę.

— No to przyjmijmy, że jest to przypadek czysto hipotetyczny. Jak byś się czuł, gdybym była robotem, którego nie można odróżnić od człowieka?

Pelorat strzelił nagle palcami prawej ręki.

— Wiesz, są legendy o kobietach, które zakochały się w sztucznych mężczyznach, i odwrotnie. Zawsze myślałem, że ma to jakieś alegoryczne znaczenie i nigdy nie przyszło mi do głowy, że te opowieści mogą być prawdziwe… Oczywiście ani Golam ani ja nie znaliśmy nawet słowa „robot”, dopóki nie wylądowaliśmy na Sayshell, ale kiedy teraz o tym myślę, to jestem przekonany, że te sztuczne kobiety i sztuczni mężczyźni byli robotami. Najwidoczniej w bardzo dawnych czasach istniały takie roboty. Znaczy to, że te legendy trzeba będzie przeanalizować na nowo…

Umilkł nagle i zamyślił się. Bliss czekała chwilę, a kiedy nadal milczał, klasnęła głośno w dłonie. Pelorat podskoczył.

— Pel, kochany — powiedziała Bliss. — Uciekasz w tę swoją mitologię, żeby uchylić się od odpowiedzi na moje pytanie. Pytam więc ponownie: I „Jak byś się czuł, kochając się z robotem?”

Popatrzył na nią z zakłopotaniem.

— Z takim, którego naprawdę nie można odróżnić od człowieka? Z absolutnie nieodróżnialnym?

— Tak.

— Wydaje mi się, że robot, którego w żaden sposób nie można odróżnić od człowieka, jest człowiekiem. Gdybyś była takim robotem, to dla mnie byłabyś człowiekiem.

— To właśnie chciałam usłyszeć, Pel.

Pelorat czekał chwilę, a potem powiedział:

— No, teraz kiedy już to usłyszałaś powiesz mi chyba, że jesteś prawdziwą istotą ludzką i że nie muszę już się zmagać z hipotetycznymi sytuacjami?

— Nie. Nie powiem nic takiego. Zdefiniowałeś istotę ludzką jako obiekt, który posiada wszystkie własności istoty ludzkiej. Jeśli stwierdzasz, że ja mam wszystkie te własności, to zamyka to dyskusję. Mamy definicję operacyjną i nie potrzeba nam innej. Zresztą skąd mogę wiedzieć, czy ty sam nie jesteś robotem, którego nie można odróżnić od prawdziwego człowieka?

— Stąd, że ja to mówię.

— Tak, tylko że gdybyś był robotem, którego nie można odróżnić od człowieka, to może byłbyś tak skonstruowany, żeby mi powiedzieć, że jesteś człowiekiem i może nawet tak by cię zaprogramowano, żebyś sam wierzył, że tak jest. Nie mamy i nie możemy mieć nic oprócz tej definicji operacyjnej.

Zarzuciła Peloratowi ramiona na szyję i pocałowała go. Pocałunek był długi i namiętny. W końcu Pelorat zdołał wykrztusić:

— Przecież obiecaliśmy Trevizemu, że nie będziemy go stawiać w kłopotliwej sytuacji, przekształcając ten statek w przybytek miłości.

— Dajmy się ponieść uczuciom i nie myślmy o obietnicach — powiedziała zalotnie Bliss.

Pelorat rzekł z zakłopotaniem:

— Nie mogę tego zrobić, kochanie. Wiem, że musi cię to irytować, Bliss, ale taką już mam naturę, że nie mogę przestać myśleć i poddać się emocjom. Byłoby to sprzeczne z moimi zwyczajami. Prawdopodobnie dla innych te zwyczaje są denerwujące, ale nic na to nie poradzę. Nie zdarzyło mi się spotkać kobiety, która po pewnym okresie pożycia ze mną nie zgłaszałaby z tego powodu pretensji. Moja pierwsza żona… ale obawiam się, że to nie jest odpowiedni temat do rozmowy z tobą…

— Raczej nie; ale nie obrażam się o to. Ty też nie jesteś moim pierwszym mężczyzną.

— Och! — powiedział Pelorat, nie bardzo wiedząc, jak się ma zachować, ale zaraz, dostrzegając uśmiech Bliss, dodał: — Ależ oczywiście. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że jestem. W każdym razie mojej pierwszej żonie nie podobało się to.

— Ale mnie się podoba. Uważam, że to twoje ustawiczne pogrążanie się w myślach jest bardzo pociągające.

— Nie wierzę w to, ale właśnie nasunęła mi się inna myśl. Robot czy człowiek, to nie ma znaczenia. Zgadzamy się co do tego. Jednakże jestem izolem. Wiesz o tym. Nie jestem częścią Gai i kiedy kochamy się, twoje uczucia kierują się poza Gaję. Jest tak nawet wtedy, kiedy pozwalasz mi na krótko złączyć się z Gają. Być może nie przeżywasz tego tak intensywnie, jak mogłabyś przeżywać, gdybyś kochała się z kimś należącym do Gai.

— Miłość do ciebie i z tobą, Pel, ma swoje uroki — rzekła na to Bliss. — Nie chcę niczego więcej.

— Ale to nie jest tylko twoja sprawa. Nie jesteś tylko i po prostu sobą. A jeśli Gaja uważa, że twoja miłość do mnie to perwersja?

— Gdyby tak było, to wiedziałabym o tym, gdyż jestem Gają. Skoro ja znajduję w tym przyjemność, to Gaja też. Kiedy kochamy się, cała Gaja czuje w jakimś stopniu rozkosz. Kiedy mówię, że cię kocham, to znaczy to, że kocha cię Gaja, chociaż tylko ta jej część, którą jestem ja, bierze w tym bez, pośredni udział… Wyglądasz na speszonego.

— Będąc izolem, Bliss, nie jestem w stanie dokładnie tego zrozumieć.

— Zawsze można przeprowadzić porównanie z ciałem izola. Kiedy wygwizdujesz jakąś melodię, to całe twoje ciało, ty jako organizm, chce wygwizdywać tę melodię, ale bezpośredni udział w tym procesie biorą tylko twoje usta, język i płuca. Duży palec u prawej nogi nie robi nic.

— Może przytupywać do taktu.

— Ale nie jest to niezbędne do wykonania tej czynności. Przytupywanie nie jest tą czynnością, lecz reakcją na nią. Podobnie wszystkie części Gai mogą w jakiś sposób reagować na moje emocje, a ja z kolei na ich emocje.

— Myślę, że nie ma sensu przejmować się tym rzekł Pelorat.

— Oczywiście, że nie.

— A jednak czuję z tego powodu jakąś dziwną odpowiedzialność. Kiedy staram się, żebyś była ze mną szczęśliwa, to wydaje mi się, że muszę starać się o to, żeby każdy organizm na Gai był szczęśliwy.

— Każdy atom… ale przecież w istocie robisz to. Przyczyniasz się do tej wspólnej radości, w której pozwalam ci krótko uczestniczyć. Myślę, że twój udział jest za mały, aby można go było łatwo zmierzyć, ale też się liczy i, wiedząc o tym, powinieneś odczuwać jeszcze większą przyjemność.

— Chciałbym mieć pewność — powiedział Pelorat — że Golan jest tak zajęty tym swoim manewrowaniem w nadprzestrzeni, że jeszcze przez pewien czas zostanie w sterowni.

— Chcesz skorzystać z uciech miesiąca miodowego, co?

— Tak.

— No to weź kartkę, napisz na niej „Przybytek Miłości”, przyczep ją do drzwi i jeśli będzie chciał tu wejść, to jego zmartwienie.

Pelorat zrobił, jak mu powiedziała Bliss, i kiedy tuż potem oddali się nader przyjemnym zajęciom, „Odległa Gwiazda” wykonała skok. Żadne z nich w ogóle nie zauważyło jakiejkolwiek zmiany. Zresztą nie zauważyliby żadnej zmiany, nawet gdyby starali się ją zauważyć.

<p>10</p>

Minęło zaledwie kilka miesięcy od czasu, kiedy Pelorat poznał Trevizego i opuścił Terminus. Zanim jednak to się stało, przeżył ponad pół wieku (według standardowego czasu galaktycznego) nie wychylając nosa poza planetę.

W swoim mniemaniu stał się w czasie tych kilku miesięcy starym wygą przestrzeni. Oglądał z przestrzeni trzy planety: Terminusa, Sayshell i Gaję. A teraz oglądał czwartą, choć tylko na ekranie, uchwyconą przez sterowany komputerem teleskop. Tą czwartą był Comporellon. I po raz czwarty czuł się dziwnie rozczarowany. Nadal bowiem wyobrażał sobie, że patrząc z przestrzeni na zamieszkany świat powinno się widzieć kontury kontynentów otoczonych morzem albo kontury jezior otoczonych lądem, gdyby oglądany świat był akurat suchą planetą.

Tymczasem rzeczywistość zawsze była inna. Jeśli świat nadawał się do zamieszkania, to miał zarówno atmosferę, jak i hydrosferę. A skoro była tam i woda, i powietrze, to były też chmury, a skoro były chmury, to przesłaniały widok z przestrzeni. A więc Pelorat raz jeszcze stwierdził, że widzi tylko wirujące białe chmury, spoza których mignie niekiedy skrawek wypłowiałego błękitu lub rdzawa plama.

Zastanawiał się ponuro, czy ktoś potrafiłby zidentyfikować jakikolwiek świat z odległości, powiedzmy, trzech tysięcy kilometrów, oglądany do tego na ekranie. Jak można odróżnić jeden kłąb wirujących chmur od innego?

Bliss spojrzała na Pelorata z pewnym niepokojem.

— O co chodzi, Pel? Masz taką nieszczęśliwą minę.

— Przekonałem się, że wszystkie planety oglądane z przestrzeni wyglądają tak samo.

— No i co z tego, Janov? — powiedział Trevize. — Wszystkie wyspy na Terminusie wyglądają tak samo, jeśli widzisz je na linii horyzontu… chyba że wiesz, czego wypatrywać, na przykład szczytu jakiejś góry albo jakiegoś charakterystycznego półwyspu.

— Zapewne — odparł Pelorat z wyraźnym niezadowoleniem — ale czego można wypatrywać w masie wirujących chmur? A nawet jeśli spróbujesz coś tam dojrzeć, to zanim zorientujesz się, czy to jest właśnie to, czego szukasz, znajdziesz się prawdopodobnie z drugiej, nie oświetlonej strony planety.

— Przypatrz się lepiej, Janov. Jeśli skoncentrujesz uwagę na kształcie chmur, to przekonasz się, że układają się one w pewien wzór. Całość otacza planetę i krąży wokół swego środka. Ten środek wypada mniej więcej nad jednym z biegunów planety.

— Nad którym? — spytała z zaciekawieniem Bliss.

— Ponieważ z naszego punktu widzenia planeta kręci się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to na mocy definicji — patrzymy na jej południowy biegun. Dalej, ponieważ środek tego wiru zdaje się być oddalony o około piętnaście stopni od terminatora — to ta linia cienia — a oś planety nachylona jest o dwadzieścia jeden stopni w kierunku prostopadłej płaszczyzny jej obrotu, to znajdujemy się nad strefą, gdzie jest akurat pełnia wiosny albo pełnia lata. To, jaka jest faktycznie pora, zależy od tego, czy biegun przesuwa się w kierunku od czy do terminatora. Komputer może obliczyć orbitę planety i podać mi szybko dokładne dane. Stolica znajduje się na północ od równika, a więc jest tam teraz środek jesieni albo środek zimy.

Pelorat zmarszczył czoło. — To aż tyle możesz powiedzieć? — Spojrzał na warstwę chmur, jak gdyby myślał, że mu odpowie, ale oczywiście nic nie odpowiedziała.

— Nawet więcej — rzekł Trevize. — Jeśli spojrzysz na strefy wokół biegunów, to spostrzeżesz, że w warstwie chmur nie ma przerw, chociaż dalej od biegunów są takie przerwy. W rzeczywistości tam też są przerwy, ale widać przez nie lód, który też jest biały i stąd się bierze to złudzenie.

— No, faktycznie — odparł Pelorat. — Myślę, że gdzie jak gdzie, ale na biegunach można się spodziewać lodu.

— Oczywiście na biegunach zamieszkanych planet. Planety, na których nie istnieje życie, mogą być pozbawione wody albo powietrza, a jeśli jest na nich lód czy chmury, to pewne oznaki mogą świadczyć o tym, że ani ten lód, ani chmury nie składają się z wody.

Inna rzecz, która rzuca się w oczy, to obszar nieprzerwanej bieli po dziennej stronie terminatora. Doświadczone oko dostrzeże od razu, że obszar ten jest większy, niż to zazwyczaj bywa. Co więcej, jeśli się dokładnie przyjrzeć, to można zauważyć, że światło odbite od tej powierzchni ma lekko pomarańczowy odcień. Znaczy to, że słońce Comporellona jest zimniejsze niż słońce Terminusa. Chociaż Comporellon znajduje się bliżej swego słońca niż Terminus swego, to nie jest na tyle blisko, żeby mogło to skompensować niższą temperaturę jego słońca. Dlatego Comporellon jest, jak na zamieszkane światy, światem zimnym.

— Czytasz z tego obrazu jak z książki, stary rzekł z podziwem Pelorat.

— Nie wpadaj w zbytni zachwyt — powiedział, uśmiechając się, Trevize. — Komputer dostarczył mi odpowiednich danych statystycznych na temat tego świata, w tym średnie temperatury roczne, które są dość niskie. Łatwo jest wydedukować coś, o czym się już wie. Prawdę powiedziawszy, Comporellon znajduje się na progu ery lodowcowej i gdyby konfiguracja jego kontynentów była nieco inna, to era ta już by się zaczęła.

Bliss zagryzła usta. — Nie lubię zimna.

— Mamy ciepłe ubrania — powiedział Trevize.

— To nie ma znaczenia. Ludzie nie są przystosowani do zimnego klimatu. Naprawdę. Nie mamy — ani gęstych futer, ani upierzenia, ani podskórnej grubej warstwy tłuszczu. Jeśli jakiś świat ma zimny klimat, to wskazuje to na pewną obojętność, z jaką odnosi się do swoich części.

— A czy cała Gaja ma łagodny klimat? — spytał Trevize.

— Większa część. Jest trochę zimnych rejonów dla roślin i zwierząt przystosowanych do zimna i trochę gorących, dla roślin i zwierząt przystosowanych do takiego klimatu, ale na przeważającej części jej obszaru panuje klimat łagodny, gdzie nigdy nie jest zbyt gorąco ani zbyt zimno dla organizmów, włączając w to oczywiście organizmy ludzkie, które nie lubią takich skrajności.

— Włączając w to, oczywiście, organizmy ludzkie. Wszystkie części Gai są żywe i równe pod . tym względem, ale ludzie najwidoczniej są równiejsi.

— Nie bądź taki idiotycznie sarkastyczny — odcięła się Bliss. — Poziom i intensywność świadomości i wiedzy to ważne rzeczy. Człowiek jest bardziej pożyteczną częścią Gai niż skała o tej samej wadze, nic więc dziwnego, że właściwości i funkcje Gai jako całości ustawione są pod kątem potrzeb człowieka, jednak nie w takim stopniu jak na waszych światach. Co więcej, kiedy wymaga tego interes całej Gai, jej funkcje i właściwości ustawia się pod kątem jej innych części. Może się nawet zdarzyć, że będą ustawione pod kątem potrzeb jej skalnego wnętrza. Ono również wymaga opieki i gdyby jej zabrakło, mogłyby ucierpieć wszystkie części Gai. Nie chcielibyśmy przecież zbędnego wybuchu wulkanu, prawda?

— Faktycznie — odparł Trevize. — Zbędnego nie.

— Zrobiło to na tobie wrażenie, co?

— Słuchaj — rzekł Trevize — są światy, które są zimniejsze, niż się normalnie spotyka, i światy, które są cieplejsze, światy, których znaczne części pokrywają tropikalne lasy, i światy, na których olbrzymie obszary zajmują sawanny. Nie ma dwóch światów, które byłyby identyczne, a każdy z nich jest domem dla ludzi, którzy do niego przywykli. Ja jestem przyzwyczajony do dość łagodnego klimatu Terminusa — ujarzmiliśmy pogodę, tak że jest prawie taka, jak na Gai — ale lubię, przynajmniej na jakiś czas, znaleźć się w innym otoczeniu. Tym, Bliss, co mamy my, a czego nie ma Gaja, jest zróżnicowanie. Czy każdy świat będzie musiał zmienić swój klimat na łagodny, jeśli Gaja obejmie całą Galaktykę i stanie się Galsxią? Takie ujednolicenie byłoby nie do zniesienia.

— Jeśli jest tak, jak mówisz, i jeśli różnorodność wydaje się pożądana, to zostanie utrzymana — odparła Bliss.

— Jako dar centralnego komitetu, co? — rzekł zimno Trevize. — I tylko tyle różnorodności, ile będziecie mogli ścierpieć, tak? Wolę pozostawić to naturze.

— Ale przecież nie pozostawiliście tego naturze. Każdy zamieszkany świat w Galaktyce został zmieniony. Każdy zastaliście takim, jakim go ukształtowała natura, w stanie pierwotnym, który wam nie odpowiadał, i każdy przekształciliście tak, aby uczynić go — w miarę swoich możliwości — jak najbardziej wygodnym. Jestem pewna, że ten świat tutaj jest zimny tylko dlatego, że jego mieszkańcy nie mogli uczynić go cieplejszym bez nadmiernego wydatku energii, a i tak te jego części, które są faktycznie zamieszkane, są na pewno sztucznie ogrzewane. A zatem nie bądź z tego taki dumny i nie opowiadaj, że zostawiliście to naturze.

— Przypuszczam, że mówisz w imieniu Gai rzekł Trevize.

— Zawsze mówię w jej imieniu. Jestem przecież Gają.

— To dlaczego Gaja potrzebowała mojej decyzji, skoro jest tak pewna swej wyższości? Dlaczego nie prze do przodu, nie oglądając się na mnie?

Bliss przez chwilę milczała, jakby zbierając myśli. Wreszcie powiedziała:

— Dlatego, że nie jest mądrze być zbyt pewnym swoich racji. Jest rzeczą naturalną i oczywistą, że wyraźniej dostrzegamy swoje zalety niż wady. Pragniemy robić to, co słuszne, lecz nie to, co nam się wydaje słuszne, ale co jest obiektywnie słuszne, jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak obiektywna słuszność. Ze wszystkich znanych nam osób ty wydajesz się najbliższy owej obiektywnej słuszności. Dlatego zdajemy się na ciebie.

— Tak — odparł ze smutkiem Trevize — jestem tak bliski obiektywnej słuszności, że nie rozumiem swej własnej decyzji i muszę szukać dla niej uzasadnienia.

— Znajdziesz je — powiedziała Bliss. — Mam nadzieję — odparł Trevize.

— Jeśli mam być szczery, stary — odezwał się Pelorat — to wydaje mi się, że w tej dyskusji górą jest Bliss. Dlaczego nie chcesz przyjąć do wiadomości faktu, że jej argumenty uzasadniają twoją decyzję?

— Dlatego — odparł szorstko Trevize — że w chwili kiedy ją podejmowałem, nie znałem tych argumentów. Nie znałem żadnych szczegółów dotyczących Gai. Coś na mnie wpłynęło, przynajmniej podświadomie. Coś, co nie zależy od tych szczegółów, coś, co ma zupełnie podstawowe znaczenie. I to coś muszę znaleźć.

Pelorat uniósł rękę w uspokajającym geście.

— Nie złość się, Golan.

— Nie złoszczę się. Ale żyję teraz w takim napięciu, że nie mogę tego znieść. Nie chcę być centrum Galaktyki.

— Nie mam o to do ciebie pretensji — powiedziała Bliss — i naprawdę jest mi przykro, że twoja struktura psychiczna narzuciła ci w pewnym sensie taką rolę… Kiedy wylądujemy na Comporellonie?

— Za trzy dni — odparł Trevize — i to dopiero po przejściu przez któryś z tych posterunków granicznych na orbicie.

— Chyba nie powinno być z tym żadnych problemów, co? — spytał Pelorat.

Trevize wzruszył ramionami.

— To zależy od liczby statków, które chcą lądować, od liczby posterunków granicznych, a przede wszystkim od przepisów regulujących zasady udzielania i nieudzielania zgody na lądowanie. Takie przepisy od czasu do czasu się zmieniają.

— Jak to nieudzielania zgody? — rzekł z oburzeniem Pelorat. — Jak mogą nie udzielić zgody obywatelom Fundacji? Przecież Comporellon należy do Federacji?

— Hmm, i tak, i nie. To kwestia interpretacji prawnej. Nie wiem, jak oni to interpretują. Przypuszczam, że istnieje możliwość, że nie udzielą nam zgody na lądowanie, ale myślę zarazem, że to mało prawdopodobne.

— A co zrobimy, jeśli nam odmówią?

— Nie wiem — odparł Trevize. — Zamiast łamać sobie głowy nad tym, co zrobić, jeśli nas nie wpuszczą, lepiej poczekajmy i zobaczmy, co nam powiedzą.

<p>11</p>

Byli już tak blisko Comporellona, że widzieli go bez pomocy teleskopu jako dużą kulę. Kiedy patrzyli przez teleskop, widzieli też stacje graniczne. Znajdowały się one w dużo większej odległości od planety niż inne stacje orbitalne i były dobrze oświetlone.

Ponieważ „Odległa Gwiazda” zbliżała się do planety od strony jej południowego bieguna, widzieli półkulę cały czas skąpaną w świetle słonecznym. Naturalnie stacje graniczne znajdujące się po stronie pogrążonej w mroku nocy były lepiej widoczne, gdyż dzięki jasnemu oświetleniu wyraźnie odcinały się od ciemnego tła. Naliczyli ich sześć (bez wątpienia po oświetlonej stronie globu też było sześć stacji). Okrążały planetę z tą samą, jednakową prędkością.

Pelorat, nieco przestraszony tym widokiem, powiedział:

— Bliżej planety widać jakieś inne światła. Co to jest?

— Nie znam tej planety, więc nie mogę nic powiedzieć. Niektóre mogą być światłami orbitalnych fabryk, laboratoriów, obserwatoriów czy nawet miast. Pewne planety wolą, żeby obiekty znajdujące się na orbitach wokół nich, z wyjątkiem stacji granicznych, nie były oświetlone. Tak jest na przykład na Terminusie. Comporellon, jak widać, ma w tym względzie bardziej liberalne zasady.

— Do której stacji podlecimy, Golan?

— To zależy od nich. Wysłałem prośbę o pozwolenie na lądowanie i w końcu dostaniemy wskazówki, kiedy i do której stacji mamy podlecieć. Dużo zależy od tego, ile statków stara się w tej chwili o pozwolenie lądowania. Jeśli przy każdej stacji czeka tuzin statków, to nie mamy innego wyboru niż uzbroić się w cierpliwość.

— Do tej pory tylko dwa razy zdarzyło mi się znaleźć w odległości nadprzestrzennej od Gai, ale byłam wtedy albo na, albo blisko Sayshell. Nigdy nie byłam tak daleko jak teraz — powiedziała Bliss.

Trevize przyjrzał się jej bacznie.

— A czy to ma jakieś znaczenie? Jesteś przecież nadal Gają, prawda?

Bliss zrobiła zirytowaną minę, ale po chwili uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

— Muszę przyznać, że tym razem udało ci się mnie złapać. Słowo „Gaja” ma dwa znaczenia. Można go używać w odniesieniu do planety jako ciała niebieskiego, ale można go też używać w odniesieniu do żywego tworu, który obejmuje również to ciało. Właściwie powinniśmy używać dwu różnych słów na określenie tych dwu różnych pojęć, ale za każdym razem kontekst określa, w którym znaczeniu zostało to słowo użyte. Niemniej jednak muszę przyznać, że izolowi może być czasem trudno w tym się połapać.

— No dobrze — rzekł Trevize — ale czy znajdując się wiele tysięcy parseków od planety Gaja, jesteś nadal częścią Gai jako żywego tworu?

— Jeśli o to chodzi, to nadal jestem Gają.

— Nie odczuwasz żadnego osłabienia więzi?

— W sprawach zasadniczych — nie. Na pewno już ci mówiłam, że kontakt z Gają przez nadprzestrzeń jest trochę skomplikowany, ale mimo to nadal jestem Gają.

— Nigdy nie przyszło wam do głowy — spytał Trevize — że Gaja to coś w rodzaju galaktycznego krakena, tego legendarnego potwora, którego macki sięgają wszędzie? Wystarczy, żebyście umieścili po kilku Gajan na każdym z zamieszkanych światów i już będziecie mieć tę waszą Galaxię. Zresztą prawdopodobnie już to zrobiliście. Gdzie umieściliście waszych ludzi? Przypuszczam, że jest co najmniej jeden na Terminusie i co najmniej jeden na Trantorze. Jak daleko się posunęliście?

Bliss miała niewyraźną minę.

— Powiedziałam, że nie będę cię okłamywała, Trevize, ale to nie znaczy, że muszę ci powiedzieć całą prawdę o nas. Są pewne rzeczy, o których nie musisz wiedzieć. Należy do nich sprawa rozmieszczenia i identyfikacji pojedynczych części Gai.

— A czy mogę wiedzieć, jaka jest przyczyna istnienia tych waszych macek, skoro nie mogę wiedzieć, dokąd one sięgają?

— Zdaniem Gai nie możesz.

— Przypuszczam, że mogę przynajmniej starać się odgadnąć. Uważacie się za strażników Galaktyki.

— Pragniemy silnej i bezpiecznej Galaktyki; Galaktyki, w której panuje pokój i ludziom żyje się dobrze. Plan Seldona, przynajmniej w swej pierwotnej postaci, ma na celu doprowadzić do powstania Drugiego Imperium Galaktycznego; do imperium, które byłoby trwalsze i bardziej operatywne niż pierwsze. Ten plan, stale udoskonalany przez Drugą Fundację, działa jak dotąd zupełnie dobrze.

— Ale Gaja nie chce utworzenia Drugiego Imperium Galaktycznego w klasycznej postaci, prawda? Chcecie Galaxii — żywej Galaktyki.

— Ponieważ pozwoliłeś na to, mamy nadzieję za jakiś czas osiągnąć swój cel. Gdybyś nie pozwolił, to dążylibyśmy do utworzenia Drugiego Imperium Galaktycznego, starając się, w miarę naszych możliwości, aby było jak najbardziej bezpieczne.

— No, ale co jest złego w … — W tym momencie do jego uszu dotarło ciche brzęczenie. — Wzywa mnie komputer — powiedział. — Przypuszczam, że otrzymuje właśnie instrukcje, do której stacji mamy podlecieć. Zaraz wrócę.

Wszedł do sterowni, ułożył dłonie we wgłębieniach na pulpicie i przekonał się, że komputer faktycznie otrzymał już instrukcje — współrzędne stacji granicznej, do której mieli się udać, określone w odniesieniu do linii przeprowadzonej od centrum Comporellona do jego bieguna północnego, drogi podejścia do tej stacji.

Trevize potwierdził odbiór instrukcji i wyprostował się w fotelu.

Plan Seldona! Prawie zapomniał o nim. Pierwsze Imperium Galaktyczne rozpadło się i od pięciuset lat rozwijała się Fundacja, najpierw we współzawodnictwie z Imperium, a potem na jego gruzach, cały czas w zgodzie z Planem.

Ten systematyczny rozwój został na pewien czas przerwany przez Muła. Planowi groziło unicestwienie, ale ostatecznie Fundacja wyszła z tego cało, prawdopodobnie z pomocą cały czas kryjącej się przed nią Drugiej Fundacji, a być może z pomocą jeszcze lepiej ukrytej Gai.

Teraz jednak Plan stanął w obliczu niebezpieczeństwa o wiele poważniejszego niż Muł. Zamiast do restauracji Imperium miał doprowadzić do czegoś niespotykanego dotąd w dziejach ludzkości, do Galaxii. A on, Trevize, zgodził się na to.

Dlaczego? Czyżby w Planie był jakiś błąd? Czyżby oparty był on na jakimś błędnym założeniu? Przez chwilę wydawało się Trevizemu, że istotnie kryje się tam jakiś błąd i że, co więcej, wie on, na czym ten błąd polega i że wiedział to w chwili, kiedy podejmował tę decyzję, ale to wrażenie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, i został z niczym.

Być może było to tylko złudzenie, zarówno wtedy, kiedy podejmował decyzję, jak i teraz. W końcu, poza podstawowymi przesłankami, na których opierała się psychohistoria, nie wiedział o Planie absolutnie nic. Nie znał żadnych jego szczegółów, nie miał pojęcia o matematyce, na której Plan się opierał.

Zamknął oczy i wytężył umysł…

I nic.

A może pomógł mu dostrzec to komputer? Położył dłonie na pulpicie i poczuł na nich ciepły uścisk komputera. Ponownie zamknął oczy i wytężył umysł…

I znowu nic.

<p>12</p>

Comporellianin, który wszedł na ich statek, miał przypiętą do munduru holograficzną kartę identyfikacyjną. Przedstawiała ona niezwykle wiernie jego pucołowatą, pokrytą lekkim zarostem twarz. Pod zdjęciem widniało jego nazwisko, A. Kendray.

Był raczej niski, o lekko zaokrąglonej, pasującej do twarzy figurze. Zachowywał się swobodnie i z widocznym zdumieniem rozglądał się po statku.

— W jaki sposób zjawiliście się tutaj tak szybko? — spytał. — Nie spodziewaliśmy się was wcześniej niż za dwie godziny.

— To statek nowego typu — powiedział grzecznie, lecz wymijająco Trevize.

Kendray nie był jednak taki naiwny, na jakiego wyglądał. Wszedł do sterowni i od razu powiedział:

— Napęd grawitacyjny?

Trevize nie widział powodu, żeby zaprzeczać rzeczom oczywistym.

— Tak — odpowiedział obojętnym tonem.

— To bardzo interesujące. Słyszy się o nich, ale jakoś nie można ich zobaczyć. Silniki w obudowie kadłuba?

— Tak.

Kendray spojrzał na komputer. — Obwody komputera też?

— Tak. W każdym razie tak mi powiedziano. Nie sprawdzałem.

— W porządku. Mnie potrzebne są tylko dane statku: numer silnika, miejsce produkcji, kod identyfikacyjny, wszystkie te historie. Na pewno jest to w komputerze i za pół sekundy mogę dostać wszystko na właściwym blankiecie.

Istotnie zajęło to tylko trochę więcej czasu. Kendray znowu rozejrzał się.

— Jest was tylko troje?

— Zgadza się — odparł Trevize.

— Macie jakieś zwierzęta? Rośliny? Stan zdrowia?

— Nie. Stan zdrowia dobry — odparł krótko Trevize.

— Taa… — mruknął Kendray, zapisując to w notesie. — Mógłby pan włożyć tu dłoń? To po prostu formalność… Prawą.”

Trevize popatrzył nieprzychylnym okiem na przyrząd, który wyciągnął Kendray. Był on coraz powszechniej używany i ustawicznie udoskonalany. Wystarczył rzut oka na mikrodetektor, żeby się zorientować, czy dany świat jest zacofany czy nie. Było niewiele światów, choćby nie wiadomo jak zacofanych, które w ogóle nie używały mikrodetektorów. Zaczęły wchodzić w użycie tuż po ostatecznym upadku Imperium, kiedy każdy świat powstały na jego gruzach zaczął dbać o to, żeby nie przeniknęły tam choroby i drobnoustroje z innych światów.

— Co to jest? — spytała z zaciekawieniem Bliss, wyciągając szyję jak żuraw, żeby lepiej przyjrzeć się instrumentowi.

— Zdaje mi się, że to się nazywa mikrodetektor — powiedział Pelorat.

— Nie ma w tym nic tajemniczego — dodał Trevize. — To urządzenie automatycznie sprawdza jakąś część ciała, zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz, i wykrywa drobnoustroje, które mogą przenosić choroby.

— To tutaj także je klasyfikuje — powiedział Kendray z dumą. — Zostało wykonane u nas, na Comporellonie… Może jednak będzie pan uprzejmy włożyć tu prawą dłoń.

Trevize włożył rękę i patrzył, jak na ekranie, wzdłuż poziomych linii, miga ciąg czerwonych kropek. Kendray wcisnął guzik i w otworze ukazało się kolorowe zdjęcie obrazu.

— Zechce pan to podpisać — powiedział.

Trevize złożył swój podpis.

— No i jak wypadłem? — spytał. — Chyba nie grozi mi żadna niebezpieczna choroba?

— Nie jestem lekarzem — odparł Kendray więc trudno mi powiedzieć coś konkretnego, ale aparat nie wykazuje niczego, co dawałoby podstawę do odmówienia panu prawa lądowania albo do poddania pana kwarantannie. Nic więcej mnie nie interesuje.

— Co za szczęściarz ze mnie — powiedział sucho Trevize, potrząsając ręką, aby pozbyć się uczucia lekkiego mrowienia.

— Teraz pan — powiedział Kendray.

Pelorat włożył z pewnym ociąganiem dłoń do otworu aparatu, a potem podpisał zdjęcie.

— A pani?

Chwilę potem Kendray, gapiąc się na wynik badania, powiedział:

— Nigdy dotąd nie widziałem nic podobnego. Spojrzał na Bliss z wyrazem lęku na twarzy. — Ma pani wynik ujemny. Całkowicie ujemny.

Bliss uśmiechnęła się ujmująco. — Miło to usłyszeć.

— Tak, proszę pani. Zazdroszczę pani — spojrzał ponownie na pierwsze zdjęcie i powiedział: Poproszę pański dowód tożsamości, panie Trevize.

Trevize wręczył mu swój dowód. Kendray spojrzał na niego i znowu podniósł głowę z zaskoczeniem:

— Radny z Terminusa?

— Zgadza się.

— To wysoka ranga w administracji Fundacji.

— Zgadza się dokładnie — powiedział chłodno Trevize. — A więc załatwimy wreszcie te formalności, co?

— Pan jest kapitanem tego statku?

— Tak, ja.

— Cel wizyty?

— Bezpieczeństwo Fundacji. To wszystko, co mam panu do powiedzenia na ten temat. Rozumie pan?

— Tak, proszę pana. Jak długo ma pan zamiar tu się zatrzymać?

— Nie wiem. Może tydzień.

— Dobrze. A ten drugi pan?

— To profesor Janov Pelorat — powiedział Trevize. — Ma pan tu jego podpis, a poza tym mogę zaręczyć za niego. Jest naukowcem na Terminusie, a w tej wyprawie jest moim pomocnikiem.

— Rozumiem, proszę ~ pana, ale muszę zobaczyć jego dowód tożsamości. Przepisy to przepisy i nic na to nie poradzę. Mam nadzieję, że pan to rozumie.

Pelorat pokazał swoje papiery. Kendray skinął głową.

— A pani? — powiedział.

— Obawiam się, że nie mam żadnych papierów, proszę pana — odparła Bliss.

Kendray zmarszczył czoło. — Przepraszam, ale nie rozumiem.

— Ta pani nie zabrała dokumentów ze sobą wtrącił się Trevize. — To zwykłe przeoczenie, ale wszystko jest w porządku. Całą odpowiedzialność za to biorę na siebie.

— Bardzo żałuję, ale nie mogę się na to zgodzić — rzekł Kendray. — To ja jestem odpowiedzialny za wszystko, co się tu dzieje. W tych warunkach nie jest to zresztą takie ważne. Nie powinno być żadnych kłopotów z uzyskaniem duplikatów. Ta młoda dama, jak sądzę, jest z Terminusa.

— Nie.

— A więc z jakiegoś świata Fundacji?

— Prawdę mówiąc, nie.

Kendray spojrzał uważnie na Bliss, a potem na Trevizego.

— To komplikuje sprawy, panie radny — powiedział. — Uzyskanie duplikatów ze świata nie należącego do Fundacji może zabrać więcej czasu. Skoro nie jest pani obywatelką Fundacji, pani Bliss, musi mi pani podać nazwę świata, na którym się pani urodziła, i nazwę świata, którego jest pani obywatelką. Potem będzie pani musiała zaczekać, aż dotrą tu duplikaty pani dokumentów.

— Niech pan posłucha, panie Kendray — powiedział Trevize. — Nie widzę powodu, żeby to przeciągać. Jestem członkiem rządu Fundacji i przybywam tu w sprawach wielkiej wagi. Nie mogę tracić czasu z powodu jakichś błahych papierków.

— Nic na to nie poradzę, panie radny. Gdyby to zależało ode mnie, to moglibyście zaraz lecieć na Comporellon, ale niestety mam tu grubą księgę przepisów, które precyzyjnie określają moje obowiązki. Muszę się do nich ściśle stosować albo wylecę z pracy… Przypuszczam, oczywiście, że czeka na pana jakaś ważna osoba z naszego rządu. Jeśli zechce pan podać mi jej nazwisko, to zaraz skontaktuję się z nią i jeśli poleci mi, abym państwa wpuścił, to natychmiast to zrobię.

Trevize zawahał się.

— To byłoby niedyplomatyczne, panie Kendray. Czy mogę się zobaczyć z pana bezpośrednim przełożonym?

— Oczywiście, ale nie można tego załatwić od ręki…

— Jestem pewien, że zjawi się tu natychmiast, kiedy się dowie, że ma rozmawiać z przedstawicielem władz Fundacji…

— Prawdę mówiąc — rzekł Kendray — tak między nami, to by tylko pogorszyło sprawy. Rozumie pan, nie jesteśmy częścią Fundacji. Oficjalnie występujemy jako państwo stowarzyszone i traktujemy tę nazwę poważnie. Nie chcemy uchodzić za marionetki w rękach Fundacji — cytuję tylko powszechną opinię, proszę mnie dobrze zrozumieć — i na wszelkie sposoby demonstrujemy niezależność. Mój przełożony dostałby dodatkowe punkty za to, że nie zgodził się potraktować członka władz Fundacji ze specjalnymi względami.

Trevize spochmurniał. — Pan też? — spytał.

Kendray potrząsnął głową. — Mnie nie interesuje polityka. Mnie nikt nie daje za nic dodatkowych punktów. Jestem zadowolony, że dostaję pensję. Ale chociaż nie dostaję za nic dodatkowych punktów, to mogę dostać naganę, i to bardzo łatwo. Nie chcę, żeby mnie to spotkało.

— Niech pan zważy, jaką mam pozycję. Mogę panu pomóc, rozumie pan?

— Nie, proszę pana. Przepraszam, jeśli czuje się pan tym urażony, ale nie sądzę, żeby mógł pan to zrobić… I jeszcze jedno — niezręcznie mi o tym mówić, ale proszę nie dawać mi żadnych prezentów. Funkcjonariusz, który zgodzi się na coś takiego, zostaje przykładnie ukarany i z miejsca wylatuje z pracy.

— Nie miałem zamiaru próbować pana przekupić. Myślę tylko o tym, co może panu zrobić burmistrz Terminusa, jeśli utrudni mi pan wykonanie zadania.

— Panie radny, dopóki stosuję się do przepisów, nic mi nie grozi. Jeśli członkowie naszego prezydium zostaną za to w jakiś sposób ukarani przez Fundację, to ich zmartwienie, a nie moje… Ale jeśli może to w czymś panu pomóc, to mogę przepuścić pana i profesora Pelorata. Zostawcie panią Bliss tutaj i jak tylko dotrą duplikaty jej dokumentów, przetransportujemy ją na planetę. Gdybyśmy, z jakiegoś powodu, nie mogli uzyskać jej papierów, to odeślemy ją na jej świat naszym statkiem handlowym. Obawiam się jednak, że w takim przypadku ktoś musiałby zapłacić za podróż.

Trevize spostrzegł, jak zareagował na to Pelorat i powiedział:

— Panie Kendray, czy mógłbym porozmawiać z panem chwilę na osobności, w sterowni?

— Proszę bardzo, ale nie mogę tu przebywać za długo, bo będą pytania.

— To nie zajmie dużo czasu — rzekł Trevize.

Kiedy weszli do sterowni, Trevize dokładnie zamknął drzwi, starając się, aby nie uszło to uwagi Kendraya, a potem powiedział cicho:

— Byłem już w wielu miejscach, panie Kendray, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się znaleźć w miejscu, gdzie by tak skrupulatnie przestrzegano przepisów wjazdowych, szczególnie w odniesieniu do ludzi z Fundacji i do członków jej władz.

— Ale ta kobieta nie pochodzi z Fundacji.

— Mimo wszystko.

— W tych sprawach raz jest tak, raz inaczej. Mieliśmy ostatnio parę afer i stąd te obostrzenia. Może gdyby przyleciał pan za rok, to nie byłoby żadnych problemów, ale teraz nie mogę nic dla pana zrobić.

— Niech pan spróbuje, panie Kendray — powiedział Trevize aksamitnym głosem. — Zdaję się na pana łaskę i proszę jak mężczyzna mężczyznę. Ja i Pelorat jesteśmy już ładny kawałek czasu w tej podróży. Przez cały ten czas byliśmy tylko we dwóch. Tylko on i ja. Jesteśmy, co prawda, przyjaciółmi, ale zaczęła nam doskwierać samotność. Myślę, że pan wie, co mam na myśli. No i niedawno Pelorat znalazł tę panienkę. Nie muszę panu chyba wyjaśniać, co potem nastąpiło, w każdym razie postanowiliśmy zabrać ją ze sobą. To, że możemy od czasu do czasu skorzystać z jej usług, dobrze nam robi. Otóż sęk w tym, że Pelorat zostawił kogoś na Terminusie. Mnie jest wszystko jedno, rozumie pan, ale on jest już w wieku, kiedy człowiek robi się trochę, no… uczuciowy. Przeżywa drugą młodość czy coś w tym stylu. W każdym razie on nie chce się z nią rozstać. Z drugiej strony, jeśli gdzieś pojawi się choćby wzmianka o niej, to Pelorat może mieć spore kłopoty, kiedy wróci na Terminusa.

Nie ma w tym nic złego, niech mnie pan zrozumie. Panna Bliss, jak się sama przedstawia — nawiasem mówiąc, imię odpowiednie dla dziewczyny tej profesji — nie jest zbytnio rozgarnięta. Nie dlatego przecież wzięliśmy ją ze sobą. Musi pan w ogóle wspominać o niej? Nie może pan przymknąć na to oczu i zapisać, że na statku jesteśmy tylko ja i Pelorat? W dokumentach statku figurujemy tylko my dwaj. Nie musi pan w ogóle odnotowywać oficjalnie jej obecności. W końcu jest zupełnie zdrowa. Sam pan to stwierdził.

Kendray zrobił niepewną minę.

— Ja naprawdę nie chcę wam przeszkadzać. Rozumiem waszą sytuację i, niech mi pan wierzy, współczuję wam. Jeśli myśli pan, że mieć przez parę miesięcy służbę na tej stacji to przyjemność, to jest pan w błędzie. I nie ma tu mieszanej załogi, na Comporellonie to nie do pomyślenia. — Potrząsnął głową. — Ja też mam żonę, więc rozumiem… ale nawet jeśli was przepuszczę, to jak tylko zorientują się, że ta… no… ta panienka nie ma dokumentów, to wsadzą ją do więzienia, a pan i pan Pelorat będziecie mieli akurat takie kłopoty, jakich chcecie uniknąć. A ja na pewno wylecę z pracy.

— Panie Kendray — rzekł Trevize — proszę mi zaufać. Jak tylko znajdę się na Comporellonie, będzie po kłopotach. Mogę o tym porozmawiać z właściwymi ludźmi. Wezmę na siebie całkowitą odpowiedzialność za to, co się tu wydarzyło, jeśli kiedykolwiek wyjdzie to na jaw, w co wątpię. Co więcej, zarekomenduję pana na wyższe stanowisko i na pewno dostanie pan awans, bo jeśli ktoś będzie miał co do tego jakieś wątpliwości, to dopilnuję, żeby Terminus je rozwiał… A Pelorat odetchnie.

Kendray wahał się chwilę, a w końcu powiedział: — Zgoda. Przepuszczę was… ale ostrzegam, że od tej chwili począwszy zaczynam myśleć o tym, jak ocalić swój tyłek, jeśli się ta sprawa wyda. Nie będę was krył. Poza tym ja wiem, jak te sprawy wyglądają na Comporellonie, a wy nie i muszę panu powiedzieć, że nie jest to przyjemne miejsce dla ludzi, którzy wyłamują się z reguł.

— Dziękuję panu, panie Kendray — powiedział Trevize. — Nie będzie żadnych kłopotów. Zapewniam pana.


9

<p>9</p>

— Czy Trevize mówił ci, że w każdej chwili możemy wykonać skok i wejść w nadprzestrzeń? spytała Bliss, wchodząc do ich wspólnej kabiny.

Pelorat, który siedział właśnie pochylony nad dyskiem obrazowym, podniósł głowę i powiedział:

— Prawdę mówiąc, zajrzał tu tylko i powiedział: „za pół godziny”.

— Niepokoi mnie sama myśl o tym. Nigdy nie lubiłam skoków. Podczas skoku mam takie dziwne uczucie, jakbym się wywracała na drugą stronę.

Pelorat spojrzał na nią z zaskoczeniem.

— Nie przypuszczałem, że jesteś taką podróżniczką.

— Właściwie nie jestem, i to nie tylko jako akurat ten element Gai. Gaja w ogóle nie ma okazji do regularnych podróży w przestrzeni. Z samej swojej natury ja-my-Gaja nie szukamy innych planet, nie prowadzimy z nikim wymiany handlowej ani nic urządzamy wycieczek turystycznych. Mimo to ktoś musi być na stacjach orbitalnych strzegących wejścia na Gaję…

— Tak jak wtedy, kiedy mieliśmy szczęście cię spotkać.

— Tak, Pel — uśmiechnęła się do niego ciepło. — Albo nawet, z różnych powodów, lecieć na Sayshell i w inne regiony gwiezdne… zwykle potajemnie. Ale czy potajemnie czy nie, musi wykonywać skoki i oczywiście odczuwa to cała Gaja. Skacze przecież to, co jest jej częścią.

— To niedobrze — rzekł Pelorat.

— Mogłoby być jeszcze gorzej. Cała, duża przecież, masa planety nie bierze udziału w skoku, więc jego skutki są osłabione. Wydaje się jednak, że ja odczuwam to znacznie silniej niż reszta Gai. Zgodnie z tym, co stale tłumaczy Trevizemu — że poszczególne elementy Gai nie są identyczne. Istnieją między nami różnice i na przykład moja struktura jest z jakiejś przyczyny szczególnie wrażliwa na skoki.

— Zaczekaj! — powiedział Pelorat, przypominając sobie nagle o czymś. — Trevize wyjaśnił mi to kiedyś. Te sensacje odczuwa się w zwykłych statkach. W takim statku, wchodząc w nadprzestrzeń, opuszcza się normalne pole grawitacyjne Galaktyki. a wychodząc z nadprzestrzeni, powraca się do niego. I właśnie wyjście z normalnej przestrzeni i powrót do niej powodują te sensacje. Ale „Odległa Gwiazda” jest statkiem o napędzie grawitacyjnym. Jest zupełnie niezależna od pola grawitacyjnego, w związku z czym faktycznie ani z niego nie wychodzi, ani do niego nie powraca. Dlatego nic w ogóle nie będziemy czuli. Zapewniam cię, kochanie, na podstawie swojego własnego doświadczenia.

— To wspaniale! Szkoda, że wcześniej o tym nie porozmawialiśmy. Zaoszczędziłoby mi to niepotrzebnych obaw.

— Ma to jeszcze inną zaletę — powiedział Pelorat, czerpiąc niezwykłą przyjemność z faktu, że może wystąpić w nowej dla siebie roli eksperta od spraw astronautyki. — Po to, aby wykonać skok. normalny statek musi się znacznie oddalić od ciał o wielkiej masie, takich jak gwiazdy. Częściowo dlatego, że im bliżej gwiazdy, tym silniejsze pole grawitacyjne, a co za tym idzie, także te przykre sensacje odczuwane podczas skoku. Poza tym, im silniejsze pole grawitacyjne, tym bardziej skomplikowane równania, które trzeba rozwiązać, aby wykonać skok bezpiecznie i znaleźć się po nim w tym miejscu normalnej przestrzeni, w którym chce się znaleźć. Jednakże na statku o napędzie grawitacyjnym nie odczuwa się w ogóle żadnych sensacji spowodowanych skokiem. W dodatku ten statek jest wyposażony w komputer, który znacznie przewyższa normalne komputery i który potrafi z niezwykłą szybkością rozwiązywać nawet bardzo skomplikowane równania. Skutkiem tego „Odległa Gwiazda” nie musi, jak inne statki, odsuwać się od jakiejś gwiazdy przez wiele tygodni na odległość gwarantującą bezpieczny i wygodny skok, gdyż potrzebuje na to tylko dwóch albo trzech dni. Jest to możliwe przede wszystkim dlatego, że nie podlegamy działaniu pola grawitacyjnego, a więc nie działa na nas siła bezwładności, i że — tu muszę przyznać, że nie rozumiem jak to możliwe, ale Trevize zapewniał mnie, że tak jest — możemy uzyskać znacznie większe przyspieszenie niż jakikolwiek statek o normalnym napędzie.

— To świetnie, a fakt, że Trev potrafi kierować tym niezwykłym statkiem, dobrze świadczy o jego umiejętnościach.

Pelorat lekko zmarszczył Brwi.

— Bliss, proszę cię, mów „Trevize”.

— No przecież tak mówię. Jednak kiedy go nie ma, mogę sobie pozwolić na lekkie odprężenie.

— Nie rób tego. To tak jak z nałogiem, kochanie, nie można sobie pozwolić nawet na trochę, bo znowu się wpada. On jest taki drażliwy na tym punkcie.

— Nie na tym. To ja go drażnię. Nie lubi mnie.

— To nie jest tak — powiedział Pelorat z przekonaniem. — Rozmawiałem z nim o tym… No, nie rób takiej chmurnej miny. Starałem się być bardzo taktowny, dziecko. Zapewnił mnie, że nie ma absolutnie nic przeciwko tobie. Jest nieufny w stosunku do Gai i przygnębiony faktem, że musiał wybrać taką przyszłość dla ludzkości. Musimy mu to wybaczyć. Minie mu ten nastrój, kiedy zrozumie, jakie pożytki płyną z takiego wyboru.

— Mam nadzieję, że się tak stanie, ale tu nie chodzi tylko o Gaję. Bez względu na to, co on ci mówi, Pel — a pamiętaj, że bardzo cię lubi i nie chciałby zranić twoich uczuć — on nie lubi mnie jako jednostki, a nie jako Gai.

— Nie, Bliss. To niemożliwe.

— To, że ty mnie kochasz, Pel, nie znaczy, że każdy musi mnie kochać. Pozwól, że ci wyjaśnię, o co tu chodzi. Trev… no dobrze, Trevize… uważa, że jestem robotem.

Na nieruchomej zazwyczaj twarzy Pelorata pojawił się wyraz zdumienia.

— Na pewno nie uważa, że jesteś sztucznie stworzoną istotą ludzką — powiedział.

— Dlaczego to cię tak zdumiewa? Gaja została założona przy pomocy robotów. To fakt dobrze znany.

— Roboty mogły w tym pomagać, tak jak maszyny, ale to ludzie założyli Gaję, ludzie z Ziemi. t Tak właśnie sądzi Trevize. Wiem, że tak sądzi.

— Jak już mówiłem tobie i Trevizemu, w pamięci Gai nie zachowało się nic na temat Ziemi. Ale za j to, choć minęło od tamtych czasów trzy tysiące lat, w naszych wspomnieniach przetrwały roboty, które pracowały nad przekształceniem Gai w świat nadający się do zamieszkania. My tworzyliśmy wtedy Gaję jako ogólnoplanetarną świadomość… Zajęło to sporo czasu, Pel, i jest to kolejny powód tego, że nasze wspomnienia z najdawniejszej przeszłości są tak nieostre. I być może, wbrew temu, co myśli Trevize, to wcale nie było tak, że wymazała je Ziemia…

— Dobrze, Bliss — powiedział ze zniecierpliwieniem Pelorat — ale co z tymi robotami?

— No cóż, kiedy już powstała Gaja, roboty wyr niosły się. Nie chcieliśmy takiej Gai, która obejmowałaby też roboty, bo byliśmy i jesteśmy nadal przekonani, że na dłuższą metę taki element jak one byłby szkodliwy dla ludzkiej społeczności, bez względu na to, czy byłaby to społeczność izoli czy społeczność ogólnoplanetarna. Nie wiem, w jaki sposób doszliśmy do tego wniosku, ale możliwe, że opieraliśmy się na wypadkach, które miały miejsce w tak wczesnych dziejach Galaktyki, że nie sięga do nich pamięć Gai.

— Jeśli roboty wyniosły się…

A jeśli część ich pozostała? A jeśli jestem jednym z nich… liczącym może nawet piętnaście tysięcy lat? Trevize podejrzewa, że tak właśnie jest.

Pelorat wolno potrząsnął głową. — Ale nie jesteś.

— Na pewno wierzysz w to, co mówisz?

— Oczywiście. Nie jesteś robotem.

— A skąd wiesz?

— Po prostu wiem. Nie ma w tobie nic sztucznego. Jeśli ja nic takiego nie zauważyłem, to na pewno nie mógł tego zauważyć nikt inny.

— A czy nie jest możliwe, że zostałam tak znakomicie, w najdrobniejszych szczegółach skonstruowana, że nie można mnie odróżnić od prawdziwego człowieka? Gdyby tak było, to czy byłbyś w stanie odróżnić mnie od prawdziwego człowieka?

— Nie sądzę, żeby skonstruowanie takiego robota było możliwe — powiedział Pelorat.

— No a gdyby, wbrew temu, co sądzisz, było to jednak możliwe?

— Ja po prostu w to nie wierzę.

— No to przyjmijmy, że jest to przypadek czysto hipotetyczny. Jak byś się czuł, gdybym była robotem, którego nie można odróżnić od człowieka?

Pelorat strzelił nagle palcami prawej ręki.

— Wiesz, są legendy o kobietach, które zakochały się w sztucznych mężczyznach, i odwrotnie. Zawsze myślałem, że ma to jakieś alegoryczne znaczenie i nigdy nie przyszło mi do głowy, że te opowieści mogą być prawdziwe… Oczywiście ani Golam ani ja nie znaliśmy nawet słowa „robot”, dopóki nie wylądowaliśmy na Sayshell, ale kiedy teraz o tym myślę, to jestem przekonany, że te sztuczne kobiety i sztuczni mężczyźni byli robotami. Najwidoczniej w bardzo dawnych czasach istniały takie roboty. Znaczy to, że te legendy trzeba będzie przeanalizować na nowo…

Umilkł nagle i zamyślił się. Bliss czekała chwilę, a kiedy nadal milczał, klasnęła głośno w dłonie. Pelorat podskoczył.

— Pel, kochany — powiedziała Bliss. — Uciekasz w tę swoją mitologię, żeby uchylić się od odpowiedzi na moje pytanie. Pytam więc ponownie: I „Jak byś się czuł, kochając się z robotem?”

Popatrzył na nią z zakłopotaniem.

— Z takim, którego naprawdę nie można odróżnić od człowieka? Z absolutnie nieodróżnialnym?

— Tak.

— Wydaje mi się, że robot, którego w żaden sposób nie można odróżnić od człowieka, jest człowiekiem. Gdybyś była takim robotem, to dla mnie byłabyś człowiekiem.

— To właśnie chciałam usłyszeć, Pel.

Pelorat czekał chwilę, a potem powiedział:

— No, teraz kiedy już to usłyszałaś powiesz mi chyba, że jesteś prawdziwą istotą ludzką i że nie muszę już się zmagać z hipotetycznymi sytuacjami?

— Nie. Nie powiem nic takiego. Zdefiniowałeś istotę ludzką jako obiekt, który posiada wszystkie własności istoty ludzkiej. Jeśli stwierdzasz, że ja mam wszystkie te własności, to zamyka to dyskusję. Mamy definicję operacyjną i nie potrzeba nam innej. Zresztą skąd mogę wiedzieć, czy ty sam nie jesteś robotem, którego nie można odróżnić od prawdziwego człowieka?

— Stąd, że ja to mówię.

— Tak, tylko że gdybyś był robotem, którego nie można odróżnić od człowieka, to może byłbyś tak skonstruowany, żeby mi powiedzieć, że jesteś człowiekiem i może nawet tak by cię zaprogramowano, żebyś sam wierzył, że tak jest. Nie mamy i nie możemy mieć nic oprócz tej definicji operacyjnej.

Zarzuciła Peloratowi ramiona na szyję i pocałowała go. Pocałunek był długi i namiętny. W końcu Pelorat zdołał wykrztusić:

— Przecież obiecaliśmy Trevizemu, że nie będziemy go stawiać w kłopotliwej sytuacji, przekształcając ten statek w przybytek miłości.

— Dajmy się ponieść uczuciom i nie myślmy o obietnicach — powiedziała zalotnie Bliss.

Pelorat rzekł z zakłopotaniem:

— Nie mogę tego zrobić, kochanie. Wiem, że musi cię to irytować, Bliss, ale taką już mam naturę, że nie mogę przestać myśleć i poddać się emocjom. Byłoby to sprzeczne z moimi zwyczajami. Prawdopodobnie dla innych te zwyczaje są denerwujące, ale nic na to nie poradzę. Nie zdarzyło mi się spotkać kobiety, która po pewnym okresie pożycia ze mną nie zgłaszałaby z tego powodu pretensji. Moja pierwsza żona… ale obawiam się, że to nie jest odpowiedni temat do rozmowy z tobą…

— Raczej nie; ale nie obrażam się o to. Ty też nie jesteś moim pierwszym mężczyzną.

— Och! — powiedział Pelorat, nie bardzo wiedząc, jak się ma zachować, ale zaraz, dostrzegając uśmiech Bliss, dodał: — Ależ oczywiście. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że jestem. W każdym razie mojej pierwszej żonie nie podobało się to.

— Ale mnie się podoba. Uważam, że to twoje ustawiczne pogrążanie się w myślach jest bardzo pociągające.

— Nie wierzę w to, ale właśnie nasunęła mi się inna myśl. Robot czy człowiek, to nie ma znaczenia. Zgadzamy się co do tego. Jednakże jestem izolem. Wiesz o tym. Nie jestem częścią Gai i kiedy kochamy się, twoje uczucia kierują się poza Gaję. Jest tak nawet wtedy, kiedy pozwalasz mi na krótko złączyć się z Gają. Być może nie przeżywasz tego tak intensywnie, jak mogłabyś przeżywać, gdybyś kochała się z kimś należącym do Gai.

— Miłość do ciebie i z tobą, Pel, ma swoje uroki — rzekła na to Bliss. — Nie chcę niczego więcej.

— Ale to nie jest tylko twoja sprawa. Nie jesteś tylko i po prostu sobą. A jeśli Gaja uważa, że twoja miłość do mnie to perwersja?

— Gdyby tak było, to wiedziałabym o tym, gdyż jestem Gają. Skoro ja znajduję w tym przyjemność, to Gaja też. Kiedy kochamy się, cała Gaja czuje w jakimś stopniu rozkosz. Kiedy mówię, że cię kocham, to znaczy to, że kocha cię Gaja, chociaż tylko ta jej część, którą jestem ja, bierze w tym bez, pośredni udział… Wyglądasz na speszonego.

— Będąc izolem, Bliss, nie jestem w stanie dokładnie tego zrozumieć.

— Zawsze można przeprowadzić porównanie z ciałem izola. Kiedy wygwizdujesz jakąś melodię, to całe twoje ciało, ty jako organizm, chce wygwizdywać tę melodię, ale bezpośredni udział w tym procesie biorą tylko twoje usta, język i płuca. Duży palec u prawej nogi nie robi nic.

— Może przytupywać do taktu.

— Ale nie jest to niezbędne do wykonania tej czynności. Przytupywanie nie jest tą czynnością, lecz reakcją na nią. Podobnie wszystkie części Gai mogą w jakiś sposób reagować na moje emocje, a ja z kolei na ich emocje.

— Myślę, że nie ma sensu przejmować się tym rzekł Pelorat.

— Oczywiście, że nie.

— A jednak czuję z tego powodu jakąś dziwną odpowiedzialność. Kiedy staram się, żebyś była ze mną szczęśliwa, to wydaje mi się, że muszę starać się o to, żeby każdy organizm na Gai był szczęśliwy.

— Każdy atom… ale przecież w istocie robisz to. Przyczyniasz się do tej wspólnej radości, w której pozwalam ci krótko uczestniczyć. Myślę, że twój udział jest za mały, aby można go było łatwo zmierzyć, ale też się liczy i, wiedząc o tym, powinieneś odczuwać jeszcze większą przyjemność.

— Chciałbym mieć pewność — powiedział Pelorat — że Golan jest tak zajęty tym swoim manewrowaniem w nadprzestrzeni, że jeszcze przez pewien czas zostanie w sterowni.

— Chcesz skorzystać z uciech miesiąca miodowego, co?

— Tak.

— No to weź kartkę, napisz na niej „Przybytek Miłości”, przyczep ją do drzwi i jeśli będzie chciał tu wejść, to jego zmartwienie.

Pelorat zrobił, jak mu powiedziała Bliss, i kiedy tuż potem oddali się nader przyjemnym zajęciom, „Odległa Gwiazda” wykonała skok. Żadne z nich w ogóle nie zauważyło jakiejkolwiek zmiany. Zresztą nie zauważyliby żadnej zmiany, nawet gdyby starali się ją zauważyć.


10

<p>10</p>

Minęło zaledwie kilka miesięcy od czasu, kiedy Pelorat poznał Trevizego i opuścił Terminus. Zanim jednak to się stało, przeżył ponad pół wieku (według standardowego czasu galaktycznego) nie wychylając nosa poza planetę.

W swoim mniemaniu stał się w czasie tych kilku miesięcy starym wygą przestrzeni. Oglądał z przestrzeni trzy planety: Terminusa, Sayshell i Gaję. A teraz oglądał czwartą, choć tylko na ekranie, uchwyconą przez sterowany komputerem teleskop. Tą czwartą był Comporellon. I po raz czwarty czuł się dziwnie rozczarowany. Nadal bowiem wyobrażał sobie, że patrząc z przestrzeni na zamieszkany świat powinno się widzieć kontury kontynentów otoczonych morzem albo kontury jezior otoczonych lądem, gdyby oglądany świat był akurat suchą planetą.

Tymczasem rzeczywistość zawsze była inna. Jeśli świat nadawał się do zamieszkania, to miał zarówno atmosferę, jak i hydrosferę. A skoro była tam i woda, i powietrze, to były też chmury, a skoro były chmury, to przesłaniały widok z przestrzeni. A więc Pelorat raz jeszcze stwierdził, że widzi tylko wirujące białe chmury, spoza których mignie niekiedy skrawek wypłowiałego błękitu lub rdzawa plama.

Zastanawiał się ponuro, czy ktoś potrafiłby zidentyfikować jakikolwiek świat z odległości, powiedzmy, trzech tysięcy kilometrów, oglądany do tego na ekranie. Jak można odróżnić jeden kłąb wirujących chmur od innego?

Bliss spojrzała na Pelorata z pewnym niepokojem.

— O co chodzi, Pel? Masz taką nieszczęśliwą minę.

— Przekonałem się, że wszystkie planety oglądane z przestrzeni wyglądają tak samo.

— No i co z tego, Janov? — powiedział Trevize. — Wszystkie wyspy na Terminusie wyglądają tak samo, jeśli widzisz je na linii horyzontu… chyba że wiesz, czego wypatrywać, na przykład szczytu jakiejś góry albo jakiegoś charakterystycznego półwyspu.

— Zapewne — odparł Pelorat z wyraźnym niezadowoleniem — ale czego można wypatrywać w masie wirujących chmur? A nawet jeśli spróbujesz coś tam dojrzeć, to zanim zorientujesz się, czy to jest właśnie to, czego szukasz, znajdziesz się prawdopodobnie z drugiej, nie oświetlonej strony planety.

— Przypatrz się lepiej, Janov. Jeśli skoncentrujesz uwagę na kształcie chmur, to przekonasz się, że układają się one w pewien wzór. Całość otacza planetę i krąży wokół swego środka. Ten środek wypada mniej więcej nad jednym z biegunów planety.

— Nad którym? — spytała z zaciekawieniem Bliss.

— Ponieważ z naszego punktu widzenia planeta kręci się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to na mocy definicji — patrzymy na jej południowy biegun. Dalej, ponieważ środek tego wiru zdaje się być oddalony o około piętnaście stopni od terminatora — to ta linia cienia — a oś planety nachylona jest o dwadzieścia jeden stopni w kierunku prostopadłej płaszczyzny jej obrotu, to znajdujemy się nad strefą, gdzie jest akurat pełnia wiosny albo pełnia lata. To, jaka jest faktycznie pora, zależy od tego, czy biegun przesuwa się w kierunku od czy do terminatora. Komputer może obliczyć orbitę planety i podać mi szybko dokładne dane. Stolica znajduje się na północ od równika, a więc jest tam teraz środek jesieni albo środek zimy.

Pelorat zmarszczył czoło. — To aż tyle możesz powiedzieć? — Spojrzał na warstwę chmur, jak gdyby myślał, że mu odpowie, ale oczywiście nic nie odpowiedziała.

— Nawet więcej — rzekł Trevize. — Jeśli spojrzysz na strefy wokół biegunów, to spostrzeżesz, że w warstwie chmur nie ma przerw, chociaż dalej od biegunów są takie przerwy. W rzeczywistości tam też są przerwy, ale widać przez nie lód, który też jest biały i stąd się bierze to złudzenie.

— No, faktycznie — odparł Pelorat. — Myślę, że gdzie jak gdzie, ale na biegunach można się spodziewać lodu.

— Oczywiście na biegunach zamieszkanych planet. Planety, na których nie istnieje życie, mogą być pozbawione wody albo powietrza, a jeśli jest na nich lód czy chmury, to pewne oznaki mogą świadczyć o tym, że ani ten lód, ani chmury nie składają się z wody.

Inna rzecz, która rzuca się w oczy, to obszar nieprzerwanej bieli po dziennej stronie terminatora. Doświadczone oko dostrzeże od razu, że obszar ten jest większy, niż to zazwyczaj bywa. Co więcej, jeśli się dokładnie przyjrzeć, to można zauważyć, że światło odbite od tej powierzchni ma lekko pomarańczowy odcień. Znaczy to, że słońce Comporellona jest zimniejsze niż słońce Terminusa. Chociaż Comporellon znajduje się bliżej swego słońca niż Terminus swego, to nie jest na tyle blisko, żeby mogło to skompensować niższą temperaturę jego słońca. Dlatego Comporellon jest, jak na zamieszkane światy, światem zimnym.

— Czytasz z tego obrazu jak z książki, stary rzekł z podziwem Pelorat.

— Nie wpadaj w zbytni zachwyt — powiedział, uśmiechając się, Trevize. — Komputer dostarczył mi odpowiednich danych statystycznych na temat tego świata, w tym średnie temperatury roczne, które są dość niskie. Łatwo jest wydedukować coś, o czym się już wie. Prawdę powiedziawszy, Comporellon znajduje się na progu ery lodowcowej i gdyby konfiguracja jego kontynentów była nieco inna, to era ta już by się zaczęła.

Bliss zagryzła usta. — Nie lubię zimna.

— Mamy ciepłe ubrania — powiedział Trevize.

— To nie ma znaczenia. Ludzie nie są przystosowani do zimnego klimatu. Naprawdę. Nie mamy — ani gęstych futer, ani upierzenia, ani podskórnej grubej warstwy tłuszczu. Jeśli jakiś świat ma zimny klimat, to wskazuje to na pewną obojętność, z jaką odnosi się do swoich części.

— A czy cała Gaja ma łagodny klimat? — spytał Trevize.

— Większa część. Jest trochę zimnych rejonów dla roślin i zwierząt przystosowanych do zimna i trochę gorących, dla roślin i zwierząt przystosowanych do takiego klimatu, ale na przeważającej części jej obszaru panuje klimat łagodny, gdzie nigdy nie jest zbyt gorąco ani zbyt zimno dla organizmów, włączając w to oczywiście organizmy ludzkie, które nie lubią takich skrajności.

— Włączając w to, oczywiście, organizmy ludzkie. Wszystkie części Gai są żywe i równe pod . tym względem, ale ludzie najwidoczniej są równiejsi.

— Nie bądź taki idiotycznie sarkastyczny — odcięła się Bliss. — Poziom i intensywność świadomości i wiedzy to ważne rzeczy. Człowiek jest bardziej pożyteczną częścią Gai niż skała o tej samej wadze, nic więc dziwnego, że właściwości i funkcje Gai jako całości ustawione są pod kątem potrzeb człowieka, jednak nie w takim stopniu jak na waszych światach. Co więcej, kiedy wymaga tego interes całej Gai, jej funkcje i właściwości ustawia się pod kątem jej innych części. Może się nawet zdarzyć, że będą ustawione pod kątem potrzeb jej skalnego wnętrza. Ono również wymaga opieki i gdyby jej zabrakło, mogłyby ucierpieć wszystkie części Gai. Nie chcielibyśmy przecież zbędnego wybuchu wulkanu, prawda?

— Faktycznie — odparł Trevize. — Zbędnego nie.

— Zrobiło to na tobie wrażenie, co?

— Słuchaj — rzekł Trevize — są światy, które są zimniejsze, niż się normalnie spotyka, i światy, które są cieplejsze, światy, których znaczne części pokrywają tropikalne lasy, i światy, na których olbrzymie obszary zajmują sawanny. Nie ma dwóch światów, które byłyby identyczne, a każdy z nich jest domem dla ludzi, którzy do niego przywykli. Ja jestem przyzwyczajony do dość łagodnego klimatu Terminusa — ujarzmiliśmy pogodę, tak że jest prawie taka, jak na Gai — ale lubię, przynajmniej na jakiś czas, znaleźć się w innym otoczeniu. Tym, Bliss, co mamy my, a czego nie ma Gaja, jest zróżnicowanie. Czy każdy świat będzie musiał zmienić swój klimat na łagodny, jeśli Gaja obejmie całą Galaktykę i stanie się Galsxią? Takie ujednolicenie byłoby nie do zniesienia.

— Jeśli jest tak, jak mówisz, i jeśli różnorodność wydaje się pożądana, to zostanie utrzymana — odparła Bliss.

— Jako dar centralnego komitetu, co? — rzekł zimno Trevize. — I tylko tyle różnorodności, ile będziecie mogli ścierpieć, tak? Wolę pozostawić to naturze.

— Ale przecież nie pozostawiliście tego naturze. Każdy zamieszkany świat w Galaktyce został zmieniony. Każdy zastaliście takim, jakim go ukształtowała natura, w stanie pierwotnym, który wam nie odpowiadał, i każdy przekształciliście tak, aby uczynić go — w miarę swoich możliwości — jak najbardziej wygodnym. Jestem pewna, że ten świat tutaj jest zimny tylko dlatego, że jego mieszkańcy nie mogli uczynić go cieplejszym bez nadmiernego wydatku energii, a i tak te jego części, które są faktycznie zamieszkane, są na pewno sztucznie ogrzewane. A zatem nie bądź z tego taki dumny i nie opowiadaj, że zostawiliście to naturze.

— Przypuszczam, że mówisz w imieniu Gai rzekł Trevize.

— Zawsze mówię w jej imieniu. Jestem przecież Gają.

— To dlaczego Gaja potrzebowała mojej decyzji, skoro jest tak pewna swej wyższości? Dlaczego nie prze do przodu, nie oglądając się na mnie?

Bliss przez chwilę milczała, jakby zbierając myśli. Wreszcie powiedziała:

— Dlatego, że nie jest mądrze być zbyt pewnym swoich racji. Jest rzeczą naturalną i oczywistą, że wyraźniej dostrzegamy swoje zalety niż wady. Pragniemy robić to, co słuszne, lecz nie to, co nam się wydaje słuszne, ale co jest obiektywnie słuszne, jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak obiektywna słuszność. Ze wszystkich znanych nam osób ty wydajesz się najbliższy owej obiektywnej słuszności. Dlatego zdajemy się na ciebie.

— Tak — odparł ze smutkiem Trevize — jestem tak bliski obiektywnej słuszności, że nie rozumiem swej własnej decyzji i muszę szukać dla niej uzasadnienia.

— Znajdziesz je — powiedziała Bliss. — Mam nadzieję — odparł Trevize.

— Jeśli mam być szczery, stary — odezwał się Pelorat — to wydaje mi się, że w tej dyskusji górą jest Bliss. Dlaczego nie chcesz przyjąć do wiadomości faktu, że jej argumenty uzasadniają twoją decyzję?

— Dlatego — odparł szorstko Trevize — że w chwili kiedy ją podejmowałem, nie znałem tych argumentów. Nie znałem żadnych szczegółów dotyczących Gai. Coś na mnie wpłynęło, przynajmniej podświadomie. Coś, co nie zależy od tych szczegółów, coś, co ma zupełnie podstawowe znaczenie. I to coś muszę znaleźć.

Pelorat uniósł rękę w uspokajającym geście.

— Nie złość się, Golan.

— Nie złoszczę się. Ale żyję teraz w takim napięciu, że nie mogę tego znieść. Nie chcę być centrum Galaktyki.

— Nie mam o to do ciebie pretensji — powiedziała Bliss — i naprawdę jest mi przykro, że twoja struktura psychiczna narzuciła ci w pewnym sensie taką rolę… Kiedy wylądujemy na Comporellonie?

— Za trzy dni — odparł Trevize — i to dopiero po przejściu przez któryś z tych posterunków granicznych na orbicie.

— Chyba nie powinno być z tym żadnych problemów, co? — spytał Pelorat.

Trevize wzruszył ramionami.

— To zależy od liczby statków, które chcą lądować, od liczby posterunków granicznych, a przede wszystkim od przepisów regulujących zasady udzielania i nieudzielania zgody na lądowanie. Takie przepisy od czasu do czasu się zmieniają.

— Jak to nieudzielania zgody? — rzekł z oburzeniem Pelorat. — Jak mogą nie udzielić zgody obywatelom Fundacji? Przecież Comporellon należy do Federacji?

— Hmm, i tak, i nie. To kwestia interpretacji prawnej. Nie wiem, jak oni to interpretują. Przypuszczam, że istnieje możliwość, że nie udzielą nam zgody na lądowanie, ale myślę zarazem, że to mało prawdopodobne.

— A co zrobimy, jeśli nam odmówią?

— Nie wiem — odparł Trevize. — Zamiast łamać sobie głowy nad tym, co zrobić, jeśli nas nie wpuszczą, lepiej poczekajmy i zobaczmy, co nam powiedzą.


11

<p>11</p>

Byli już tak blisko Comporellona, że widzieli go bez pomocy teleskopu jako dużą kulę. Kiedy patrzyli przez teleskop, widzieli też stacje graniczne. Znajdowały się one w dużo większej odległości od planety niż inne stacje orbitalne i były dobrze oświetlone.

Ponieważ „Odległa Gwiazda” zbliżała się do planety od strony jej południowego bieguna, widzieli półkulę cały czas skąpaną w świetle słonecznym. Naturalnie stacje graniczne znajdujące się po stronie pogrążonej w mroku nocy były lepiej widoczne, gdyż dzięki jasnemu oświetleniu wyraźnie odcinały się od ciemnego tła. Naliczyli ich sześć (bez wątpienia po oświetlonej stronie globu też było sześć stacji). Okrążały planetę z tą samą, jednakową prędkością.

Pelorat, nieco przestraszony tym widokiem, powiedział:

— Bliżej planety widać jakieś inne światła. Co to jest?

— Nie znam tej planety, więc nie mogę nic powiedzieć. Niektóre mogą być światłami orbitalnych fabryk, laboratoriów, obserwatoriów czy nawet miast. Pewne planety wolą, żeby obiekty znajdujące się na orbitach wokół nich, z wyjątkiem stacji granicznych, nie były oświetlone. Tak jest na przykład na Terminusie. Comporellon, jak widać, ma w tym względzie bardziej liberalne zasady.

— Do której stacji podlecimy, Golan?

— To zależy od nich. Wysłałem prośbę o pozwolenie na lądowanie i w końcu dostaniemy wskazówki, kiedy i do której stacji mamy podlecieć. Dużo zależy od tego, ile statków stara się w tej chwili o pozwolenie lądowania. Jeśli przy każdej stacji czeka tuzin statków, to nie mamy innego wyboru niż uzbroić się w cierpliwość.

— Do tej pory tylko dwa razy zdarzyło mi się znaleźć w odległości nadprzestrzennej od Gai, ale byłam wtedy albo na, albo blisko Sayshell. Nigdy nie byłam tak daleko jak teraz — powiedziała Bliss.

Trevize przyjrzał się jej bacznie.

— A czy to ma jakieś znaczenie? Jesteś przecież nadal Gają, prawda?

Bliss zrobiła zirytowaną minę, ale po chwili uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

— Muszę przyznać, że tym razem udało ci się mnie złapać. Słowo „Gaja” ma dwa znaczenia. Można go używać w odniesieniu do planety jako ciała niebieskiego, ale można go też używać w odniesieniu do żywego tworu, który obejmuje również to ciało. Właściwie powinniśmy używać dwu różnych słów na określenie tych dwu różnych pojęć, ale za każdym razem kontekst określa, w którym znaczeniu zostało to słowo użyte. Niemniej jednak muszę przyznać, że izolowi może być czasem trudno w tym się połapać.

— No dobrze — rzekł Trevize — ale czy znajdując się wiele tysięcy parseków od planety Gaja, jesteś nadal częścią Gai jako żywego tworu?

— Jeśli o to chodzi, to nadal jestem Gają.

— Nie odczuwasz żadnego osłabienia więzi?

— W sprawach zasadniczych — nie. Na pewno już ci mówiłam, że kontakt z Gają przez nadprzestrzeń jest trochę skomplikowany, ale mimo to nadal jestem Gają.

— Nigdy nie przyszło wam do głowy — spytał Trevize — że Gaja to coś w rodzaju galaktycznego krakena, tego legendarnego potwora, którego macki sięgają wszędzie? Wystarczy, żebyście umieścili po kilku Gajan na każdym z zamieszkanych światów i już będziecie mieć tę waszą Galaxię. Zresztą prawdopodobnie już to zrobiliście. Gdzie umieściliście waszych ludzi? Przypuszczam, że jest co najmniej jeden na Terminusie i co najmniej jeden na Trantorze. Jak daleko się posunęliście?

Bliss miała niewyraźną minę.

— Powiedziałam, że nie będę cię okłamywała, Trevize, ale to nie znaczy, że muszę ci powiedzieć całą prawdę o nas. Są pewne rzeczy, o których nie musisz wiedzieć. Należy do nich sprawa rozmieszczenia i identyfikacji pojedynczych części Gai.

— A czy mogę wiedzieć, jaka jest przyczyna istnienia tych waszych macek, skoro nie mogę wiedzieć, dokąd one sięgają?

— Zdaniem Gai nie możesz.

— Przypuszczam, że mogę przynajmniej starać się odgadnąć. Uważacie się za strażników Galaktyki.

— Pragniemy silnej i bezpiecznej Galaktyki; Galaktyki, w której panuje pokój i ludziom żyje się dobrze. Plan Seldona, przynajmniej w swej pierwotnej postaci, ma na celu doprowadzić do powstania Drugiego Imperium Galaktycznego; do imperium, które byłoby trwalsze i bardziej operatywne niż pierwsze. Ten plan, stale udoskonalany przez Drugą Fundację, działa jak dotąd zupełnie dobrze.

— Ale Gaja nie chce utworzenia Drugiego Imperium Galaktycznego w klasycznej postaci, prawda? Chcecie Galaxii — żywej Galaktyki.

— Ponieważ pozwoliłeś na to, mamy nadzieję za jakiś czas osiągnąć swój cel. Gdybyś nie pozwolił, to dążylibyśmy do utworzenia Drugiego Imperium Galaktycznego, starając się, w miarę naszych możliwości, aby było jak najbardziej bezpieczne.

— No, ale co jest złego w … — W tym momencie do jego uszu dotarło ciche brzęczenie. — Wzywa mnie komputer — powiedział. — Przypuszczam, że otrzymuje właśnie instrukcje, do której stacji mamy podlecieć. Zaraz wrócę.

Wszedł do sterowni, ułożył dłonie we wgłębieniach na pulpicie i przekonał się, że komputer faktycznie otrzymał już instrukcje — współrzędne stacji granicznej, do której mieli się udać, określone w odniesieniu do linii przeprowadzonej od centrum Comporellona do jego bieguna północnego, drogi podejścia do tej stacji.

Trevize potwierdził odbiór instrukcji i wyprostował się w fotelu.

Plan Seldona! Prawie zapomniał o nim. Pierwsze Imperium Galaktyczne rozpadło się i od pięciuset lat rozwijała się Fundacja, najpierw we współzawodnictwie z Imperium, a potem na jego gruzach, cały czas w zgodzie z Planem.

Ten systematyczny rozwój został na pewien czas przerwany przez Muła. Planowi groziło unicestwienie, ale ostatecznie Fundacja wyszła z tego cało, prawdopodobnie z pomocą cały czas kryjącej się przed nią Drugiej Fundacji, a być może z pomocą jeszcze lepiej ukrytej Gai.

Teraz jednak Plan stanął w obliczu niebezpieczeństwa o wiele poważniejszego niż Muł. Zamiast do restauracji Imperium miał doprowadzić do czegoś niespotykanego dotąd w dziejach ludzkości, do Galaxii. A on, Trevize, zgodził się na to.

Dlaczego? Czyżby w Planie był jakiś błąd? Czyżby oparty był on na jakimś błędnym założeniu? Przez chwilę wydawało się Trevizemu, że istotnie kryje się tam jakiś błąd i że, co więcej, wie on, na czym ten błąd polega i że wiedział to w chwili, kiedy podejmował tę decyzję, ale to wrażenie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, i został z niczym.

Być może było to tylko złudzenie, zarówno wtedy, kiedy podejmował decyzję, jak i teraz. W końcu, poza podstawowymi przesłankami, na których opierała się psychohistoria, nie wiedział o Planie absolutnie nic. Nie znał żadnych jego szczegółów, nie miał pojęcia o matematyce, na której Plan się opierał.

Zamknął oczy i wytężył umysł…

I nic.

A może pomógł mu dostrzec to komputer? Położył dłonie na pulpicie i poczuł na nich ciepły uścisk komputera. Ponownie zamknął oczy i wytężył umysł…

I znowu nic.


12

<p>12</p>

Comporellianin, który wszedł na ich statek, miał przypiętą do munduru holograficzną kartę identyfikacyjną. Przedstawiała ona niezwykle wiernie jego pucołowatą, pokrytą lekkim zarostem twarz. Pod zdjęciem widniało jego nazwisko, A. Kendray.

Był raczej niski, o lekko zaokrąglonej, pasującej do twarzy figurze. Zachowywał się swobodnie i z widocznym zdumieniem rozglądał się po statku.

— W jaki sposób zjawiliście się tutaj tak szybko? — spytał. — Nie spodziewaliśmy się was wcześniej niż za dwie godziny.

— To statek nowego typu — powiedział grzecznie, lecz wymijająco Trevize.

Kendray nie był jednak taki naiwny, na jakiego wyglądał. Wszedł do sterowni i od razu powiedział:

— Napęd grawitacyjny?

Trevize nie widział powodu, żeby zaprzeczać rzeczom oczywistym.

— Tak — odpowiedział obojętnym tonem.

— To bardzo interesujące. Słyszy się o nich, ale jakoś nie można ich zobaczyć. Silniki w obudowie kadłuba?

— Tak.

Kendray spojrzał na komputer. — Obwody komputera też?

— Tak. W każdym razie tak mi powiedziano. Nie sprawdzałem.

— W porządku. Mnie potrzebne są tylko dane statku: numer silnika, miejsce produkcji, kod identyfikacyjny, wszystkie te historie. Na pewno jest to w komputerze i za pół sekundy mogę dostać wszystko na właściwym blankiecie.

Istotnie zajęło to tylko trochę więcej czasu. Kendray znowu rozejrzał się.

— Jest was tylko troje?

— Zgadza się — odparł Trevize.

— Macie jakieś zwierzęta? Rośliny? Stan zdrowia?

— Nie. Stan zdrowia dobry — odparł krótko Trevize.

— Taa… — mruknął Kendray, zapisując to w notesie. — Mógłby pan włożyć tu dłoń? To po prostu formalność… Prawą.”

Trevize popatrzył nieprzychylnym okiem na przyrząd, który wyciągnął Kendray. Był on coraz powszechniej używany i ustawicznie udoskonalany. Wystarczył rzut oka na mikrodetektor, żeby się zorientować, czy dany świat jest zacofany czy nie. Było niewiele światów, choćby nie wiadomo jak zacofanych, które w ogóle nie używały mikrodetektorów. Zaczęły wchodzić w użycie tuż po ostatecznym upadku Imperium, kiedy każdy świat powstały na jego gruzach zaczął dbać o to, żeby nie przeniknęły tam choroby i drobnoustroje z innych światów.

— Co to jest? — spytała z zaciekawieniem Bliss, wyciągając szyję jak żuraw, żeby lepiej przyjrzeć się instrumentowi.

— Zdaje mi się, że to się nazywa mikrodetektor — powiedział Pelorat.

— Nie ma w tym nic tajemniczego — dodał Trevize. — To urządzenie automatycznie sprawdza jakąś część ciała, zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz, i wykrywa drobnoustroje, które mogą przenosić choroby.

— To tutaj także je klasyfikuje — powiedział Kendray z dumą. — Zostało wykonane u nas, na Comporellonie… Może jednak będzie pan uprzejmy włożyć tu prawą dłoń.

Trevize włożył rękę i patrzył, jak na ekranie, wzdłuż poziomych linii, miga ciąg czerwonych kropek. Kendray wcisnął guzik i w otworze ukazało się kolorowe zdjęcie obrazu.

— Zechce pan to podpisać — powiedział.

Trevize złożył swój podpis.

— No i jak wypadłem? — spytał. — Chyba nie grozi mi żadna niebezpieczna choroba?

— Nie jestem lekarzem — odparł Kendray więc trudno mi powiedzieć coś konkretnego, ale aparat nie wykazuje niczego, co dawałoby podstawę do odmówienia panu prawa lądowania albo do poddania pana kwarantannie. Nic więcej mnie nie interesuje.

— Co za szczęściarz ze mnie — powiedział sucho Trevize, potrząsając ręką, aby pozbyć się uczucia lekkiego mrowienia.

— Teraz pan — powiedział Kendray.

Pelorat włożył z pewnym ociąganiem dłoń do otworu aparatu, a potem podpisał zdjęcie.

— A pani?

Chwilę potem Kendray, gapiąc się na wynik badania, powiedział:

— Nigdy dotąd nie widziałem nic podobnego. Spojrzał na Bliss z wyrazem lęku na twarzy. — Ma pani wynik ujemny. Całkowicie ujemny.

Bliss uśmiechnęła się ujmująco. — Miło to usłyszeć.

— Tak, proszę pani. Zazdroszczę pani — spojrzał ponownie na pierwsze zdjęcie i powiedział: Poproszę pański dowód tożsamości, panie Trevize.

Trevize wręczył mu swój dowód. Kendray spojrzał na niego i znowu podniósł głowę z zaskoczeniem:

— Radny z Terminusa?

— Zgadza się.

— To wysoka ranga w administracji Fundacji.

— Zgadza się dokładnie — powiedział chłodno Trevize. — A więc załatwimy wreszcie te formalności, co?

— Pan jest kapitanem tego statku?

— Tak, ja.

— Cel wizyty?

— Bezpieczeństwo Fundacji. To wszystko, co mam panu do powiedzenia na ten temat. Rozumie pan?

— Tak, proszę pana. Jak długo ma pan zamiar tu się zatrzymać?

— Nie wiem. Może tydzień.

— Dobrze. A ten drugi pan?

— To profesor Janov Pelorat — powiedział Trevize. — Ma pan tu jego podpis, a poza tym mogę zaręczyć za niego. Jest naukowcem na Terminusie, a w tej wyprawie jest moim pomocnikiem.

— Rozumiem, proszę ~ pana, ale muszę zobaczyć jego dowód tożsamości. Przepisy to przepisy i nic na to nie poradzę. Mam nadzieję, że pan to rozumie.

Pelorat pokazał swoje papiery. Kendray skinął głową.

— A pani? — powiedział.

— Obawiam się, że nie mam żadnych papierów, proszę pana — odparła Bliss.

Kendray zmarszczył czoło. — Przepraszam, ale nie rozumiem.

— Ta pani nie zabrała dokumentów ze sobą wtrącił się Trevize. — To zwykłe przeoczenie, ale wszystko jest w porządku. Całą odpowiedzialność za to biorę na siebie.

— Bardzo żałuję, ale nie mogę się na to zgodzić — rzekł Kendray. — To ja jestem odpowiedzialny za wszystko, co się tu dzieje. W tych warunkach nie jest to zresztą takie ważne. Nie powinno być żadnych kłopotów z uzyskaniem duplikatów. Ta młoda dama, jak sądzę, jest z Terminusa.

— Nie.

— A więc z jakiegoś świata Fundacji?

— Prawdę mówiąc, nie.

Kendray spojrzał uważnie na Bliss, a potem na Trevizego.

— To komplikuje sprawy, panie radny — powiedział. — Uzyskanie duplikatów ze świata nie należącego do Fundacji może zabrać więcej czasu. Skoro nie jest pani obywatelką Fundacji, pani Bliss, musi mi pani podać nazwę świata, na którym się pani urodziła, i nazwę świata, którego jest pani obywatelką. Potem będzie pani musiała zaczekać, aż dotrą tu duplikaty pani dokumentów.

— Niech pan posłucha, panie Kendray — powiedział Trevize. — Nie widzę powodu, żeby to przeciągać. Jestem członkiem rządu Fundacji i przybywam tu w sprawach wielkiej wagi. Nie mogę tracić czasu z powodu jakichś błahych papierków.

— Nic na to nie poradzę, panie radny. Gdyby to zależało ode mnie, to moglibyście zaraz lecieć na Comporellon, ale niestety mam tu grubą księgę przepisów, które precyzyjnie określają moje obowiązki. Muszę się do nich ściśle stosować albo wylecę z pracy… Przypuszczam, oczywiście, że czeka na pana jakaś ważna osoba z naszego rządu. Jeśli zechce pan podać mi jej nazwisko, to zaraz skontaktuję się z nią i jeśli poleci mi, abym państwa wpuścił, to natychmiast to zrobię.

Trevize zawahał się.

— To byłoby niedyplomatyczne, panie Kendray. Czy mogę się zobaczyć z pana bezpośrednim przełożonym?

— Oczywiście, ale nie można tego załatwić od ręki…

— Jestem pewien, że zjawi się tu natychmiast, kiedy się dowie, że ma rozmawiać z przedstawicielem władz Fundacji…

— Prawdę mówiąc — rzekł Kendray — tak między nami, to by tylko pogorszyło sprawy. Rozumie pan, nie jesteśmy częścią Fundacji. Oficjalnie występujemy jako państwo stowarzyszone i traktujemy tę nazwę poważnie. Nie chcemy uchodzić za marionetki w rękach Fundacji — cytuję tylko powszechną opinię, proszę mnie dobrze zrozumieć — i na wszelkie sposoby demonstrujemy niezależność. Mój przełożony dostałby dodatkowe punkty za to, że nie zgodził się potraktować członka władz Fundacji ze specjalnymi względami.

Trevize spochmurniał. — Pan też? — spytał.

Kendray potrząsnął głową. — Mnie nie interesuje polityka. Mnie nikt nie daje za nic dodatkowych punktów. Jestem zadowolony, że dostaję pensję. Ale chociaż nie dostaję za nic dodatkowych punktów, to mogę dostać naganę, i to bardzo łatwo. Nie chcę, żeby mnie to spotkało.

— Niech pan zważy, jaką mam pozycję. Mogę panu pomóc, rozumie pan?

— Nie, proszę pana. Przepraszam, jeśli czuje się pan tym urażony, ale nie sądzę, żeby mógł pan to zrobić… I jeszcze jedno — niezręcznie mi o tym mówić, ale proszę nie dawać mi żadnych prezentów. Funkcjonariusz, który zgodzi się na coś takiego, zostaje przykładnie ukarany i z miejsca wylatuje z pracy.

— Nie miałem zamiaru próbować pana przekupić. Myślę tylko o tym, co może panu zrobić burmistrz Terminusa, jeśli utrudni mi pan wykonanie zadania.

— Panie radny, dopóki stosuję się do przepisów, nic mi nie grozi. Jeśli członkowie naszego prezydium zostaną za to w jakiś sposób ukarani przez Fundację, to ich zmartwienie, a nie moje… Ale jeśli może to w czymś panu pomóc, to mogę przepuścić pana i profesora Pelorata. Zostawcie panią Bliss tutaj i jak tylko dotrą duplikaty jej dokumentów, przetransportujemy ją na planetę. Gdybyśmy, z jakiegoś powodu, nie mogli uzyskać jej papierów, to odeślemy ją na jej świat naszym statkiem handlowym. Obawiam się jednak, że w takim przypadku ktoś musiałby zapłacić za podróż.

Trevize spostrzegł, jak zareagował na to Pelorat i powiedział:

— Panie Kendray, czy mógłbym porozmawiać z panem chwilę na osobności, w sterowni?

— Proszę bardzo, ale nie mogę tu przebywać za długo, bo będą pytania.

— To nie zajmie dużo czasu — rzekł Trevize.

Kiedy weszli do sterowni, Trevize dokładnie zamknął drzwi, starając się, aby nie uszło to uwagi Kendraya, a potem powiedział cicho:

— Byłem już w wielu miejscach, panie Kendray, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się znaleźć w miejscu, gdzie by tak skrupulatnie przestrzegano przepisów wjazdowych, szczególnie w odniesieniu do ludzi z Fundacji i do członków jej władz.

— Ale ta kobieta nie pochodzi z Fundacji.

— Mimo wszystko.

— W tych sprawach raz jest tak, raz inaczej. Mieliśmy ostatnio parę afer i stąd te obostrzenia. Może gdyby przyleciał pan za rok, to nie byłoby żadnych problemów, ale teraz nie mogę nic dla pana zrobić.

— Niech pan spróbuje, panie Kendray — powiedział Trevize aksamitnym głosem. — Zdaję się na pana łaskę i proszę jak mężczyzna mężczyznę. Ja i Pelorat jesteśmy już ładny kawałek czasu w tej podróży. Przez cały ten czas byliśmy tylko we dwóch. Tylko on i ja. Jesteśmy, co prawda, przyjaciółmi, ale zaczęła nam doskwierać samotność. Myślę, że pan wie, co mam na myśli. No i niedawno Pelorat znalazł tę panienkę. Nie muszę panu chyba wyjaśniać, co potem nastąpiło, w każdym razie postanowiliśmy zabrać ją ze sobą. To, że możemy od czasu do czasu skorzystać z jej usług, dobrze nam robi. Otóż sęk w tym, że Pelorat zostawił kogoś na Terminusie. Mnie jest wszystko jedno, rozumie pan, ale on jest już w wieku, kiedy człowiek robi się trochę, no… uczuciowy. Przeżywa drugą młodość czy coś w tym stylu. W każdym razie on nie chce się z nią rozstać. Z drugiej strony, jeśli gdzieś pojawi się choćby wzmianka o niej, to Pelorat może mieć spore kłopoty, kiedy wróci na Terminusa.

Nie ma w tym nic złego, niech mnie pan zrozumie. Panna Bliss, jak się sama przedstawia — nawiasem mówiąc, imię odpowiednie dla dziewczyny tej profesji — nie jest zbytnio rozgarnięta. Nie dlatego przecież wzięliśmy ją ze sobą. Musi pan w ogóle wspominać o niej? Nie może pan przymknąć na to oczu i zapisać, że na statku jesteśmy tylko ja i Pelorat? W dokumentach statku figurujemy tylko my dwaj. Nie musi pan w ogóle odnotowywać oficjalnie jej obecności. W końcu jest zupełnie zdrowa. Sam pan to stwierdził.

Kendray zrobił niepewną minę.

— Ja naprawdę nie chcę wam przeszkadzać. Rozumiem waszą sytuację i, niech mi pan wierzy, współczuję wam. Jeśli myśli pan, że mieć przez parę miesięcy służbę na tej stacji to przyjemność, to jest pan w błędzie. I nie ma tu mieszanej załogi, na Comporellonie to nie do pomyślenia. — Potrząsnął głową. — Ja też mam żonę, więc rozumiem… ale nawet jeśli was przepuszczę, to jak tylko zorientują się, że ta… no… ta panienka nie ma dokumentów, to wsadzą ją do więzienia, a pan i pan Pelorat będziecie mieli akurat takie kłopoty, jakich chcecie uniknąć. A ja na pewno wylecę z pracy.

— Panie Kendray — rzekł Trevize — proszę mi zaufać. Jak tylko znajdę się na Comporellonie, będzie po kłopotach. Mogę o tym porozmawiać z właściwymi ludźmi. Wezmę na siebie całkowitą odpowiedzialność za to, co się tu wydarzyło, jeśli kiedykolwiek wyjdzie to na jaw, w co wątpię. Co więcej, zarekomenduję pana na wyższe stanowisko i na pewno dostanie pan awans, bo jeśli ktoś będzie miał co do tego jakieś wątpliwości, to dopilnuję, żeby Terminus je rozwiał… A Pelorat odetchnie.

Kendray wahał się chwilę, a w końcu powiedział: — Zgoda. Przepuszczę was… ale ostrzegam, że od tej chwili począwszy zaczynam myśleć o tym, jak ocalić swój tyłek, jeśli się ta sprawa wyda. Nie będę was krył. Poza tym ja wiem, jak te sprawy wyglądają na Comporellonie, a wy nie i muszę panu powiedzieć, że nie jest to przyjemne miejsce dla ludzi, którzy wyłamują się z reguł.

— Dziękuję panu, panie Kendray — powiedział Trevize. — Nie będzie żadnych kłopotów. Zapewniam pana.


4. Na Comporellonie

13

14

15

16

<p>4. Na Comporellonie</p>
<p>13</p>

Przepuszczono ich. Stacja graniczna została daleko w tyle i malała coraz bardziej, wyglądając jak odległa, szybko tracąca blask gwiazda. Za parę godzin powinni przejść przez warstwę chmur otulającą planetę.

Statek o napędzie grawitacyjnym nie musiał podchodzić do lądowania wykonując wokół planety wiele okrążeń o coraz mniejszym promieniu, ale też nie mógł zniżyć się zbyt gwałtownie. To, że nie podlegał działaniu siły ciężkości, nie znaczyło jednak, że nie działał nań opór powietrza. Mógł wprawdzie schodzić ku planecie po linii prostej, ale manewr ten należało wykonywać bardzo ostrożnie — prędkość nie mogła być zbyt duża.

— Gdzie się kierujemy? — spytał Pelorat ze zdezorientowaną miną. — W tych chmurach nie potrafię odróżnić jednego miejsca od drugiego.

— Ja też nie — powiedział Trevize — ale mamy tu urzędową mapę holograficzną Comporellona, na której widać kształty lądów i trochę przerysowaną rzeźbę terenu — wzniesienia na lądzie i głębiny morskie, a także podział administracyjny planety. Wprowadziłem mapę do komputera i on już zrobi, co trzeba. Porówna widok powierzchni z mapą, ustalając w ten sposób położenie statku, a potem skieruje statek po cykloidzie do stolicy.

— Jeśli polecimy do stolicy, to wpadniemy w wir polityki — powiedział Pelorat. — Jeśli panują tu, jak sugerował ten facet na stacji granicznej, nastroje antyfundacyjne, to napytamy sobie kłopotów.

— Ale stolica musi być intelektualnym centrum planety, a więc jeśli chcemy uzyskać jakieś informacje, to tylko tam — rzekł Trevize. — Co się tyczy nastrojów antyfundacyjnych, to wątpię, aby okazywali je otwarcie. To, że burmistrz nie darzy mnie zbytnią sympatią, nie znaczy, że mogłaby dopuścić do tego, aby potraktowano tu źle radnego z Terminusa. Mogłoby to stworzyć niebezpieczny precedens.

Z toalety wyszła Bliss. Miała jeszcze wilgotne ręce. Poprawiła bez śladu zażenowania majtki i powiedziała:

— Tak zupełnie na marginesie: myślę, że nasze odchody podlegają dokładnej utylizacji.

— Nie mamy wyboru — powiedział Trevize. Jak myślisz, na ile starczyłyby nasze zapasy wody, gdybyśmy nie uzdatniali i nie wykorzystywali tej, która jest w odchodach? A na czym rosną te smakowite drożdżowe ciasteczka, którymi urozmaicamy mrożonki, co? Mam nadzieję, moja ty wydajna panno, że to ci nie zepsuje apetytu.

— A niby dlaczego miałoby mi to zepsuć apetyt? Jak myślisz, skąd się bierze woda i żywność na Gai, na tej planecie czy na Terminusie?

— Oczywiście na Gai odchody są tak samo żywe jak ty — powiedział Trevize.

— Nie żywe. Świadome, a to duża różnica. Naturalnie poziom ich świadomości jest bardzo niski.

Trevize pociągnął wymownie nosem, ale powstrzymał się od komentarza.

— Idę do sterowni dotrzymać towarzystwa komputerowi — powiedział. — Nie znaczy to bynajmniej, że jestem mu potrzebny.

— Możemy iść z tobą? — spytał Pelorat. — Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że on sam prowadzi statek, że potrafi wyczuć inne statki, burze czy co tam jeszcze…

Trevize uśmiechnął się szeroko.

— Musisz się do tego przyzwyczaić. Statek jest o wiele bezpieczniejszy pod jego kontrolą niż pod moją… Ale oczywiście możecie iść ze mną. Dobrze wam zrobi, jeśli sobie trochę popatrzycie.

Znajdowali się teraz nad oświetloną półkulą, gdyż, jak wyjaśnił im Trevize, komputerowi było łatwiej porównać mapę z powierzchnią planety w słońcu niż w ciemności.

— To oczywiste — powiedział Pelorat.

— Wcale nie takie oczywiste. Komputer może równie szybko działać w podczerwieni, którą powierzchnia emituje w ciemnościach, jak przy świetle dziennym. Jednakże fale promieniowania podczerwonego są dłuższe, przez co komputer nie ma takiego rozeznania jak przy świetle widzialnym. To znaczy w podczerwieni komputer nie widzi tak ostro i dokładnie jak przy świetle dziennym i dlatego, jeśli nas nic nie pili, to wolę ułatwić mu zadanie.

— A jeśli stolica leży na półkuli, która jest teraz w cieniu?

— Mamy szanse pół na pół, że leży z tej strony — powiedział Trevize — ale kiedy już komputer zgra mapę z terenem, to poprowadzi nas bezbłędnie do stolicy, nawet gdyby znajdowała się na zaciemnionej półkuli. A poza tym, zbliżając się do niej, będziemy przechodzili przez pasma fal ultrakrótkich i dostaniemy wskazówki, jak dotrzeć do najdogodniejszego portu… Nie ma się czym martwić.

— Jesteś tego pewien? — spytała Bliss. — Wieziecie mnie bez dokumentów, nie mogąc podać nazwy mojej ojczystej planety, którą by ci ludzie tutaj znali i zaakceptowali, a ja jestem zdecydowana w żadnym przypadku nie zdradzić nazwy Gai. Co zrobimy, jeśli zażądają ode mnie dokumentów?

— To raczej nieprawdopodobne — odparł Trevize. — Każdy będzie myślał, że zostały sprawdzone na stacji granicznej.

— No ale jeśli jednak ich zażądają?

— No to wtedy będziemy się martwić. Na razie nie stwarzajmy sztucznych problemów.

— Kiedy się pojawią problemy, może być za późno, żeby je rozwiązać.

— Ufam w swoją pomysłowość i nie boję się, że będzie za późno.

— Skoro już o tym mowa, to jakim sposobem udało ci się przekonać tego człowieka na stacji, żeby nas przepuścił?

Trevize popatrzył na Bliss i uśmiechnął się szelmowsko. Wyglądał zupełnie jak kilkunastoletni łobuziak cieszący się z wyrządzonej psoty.

— Główka pracuje.

— No, ale co zrobiłeś, stary? — spytał Pelorat.

— Trzeba było po prostu zwrócić się do niego we właściwy sposób. Próbowałem gróźb i przekupstwa. Apelowałem do jego rozsądku i lojalności wobec Fundacji. Wszystko na próżno, więc została ostatnia deska ratunku. Powiedziałem mu, Janov, że zdradzasz żonę.

— Żonę? Przecież ja nie mam żadnej żony, stary!

— Wiem, ale on o tym nie wiedział.

— Zdaje mi się, że przez „żonę” rozumiecie stałą towarzyszkę jakiegoś mężczyzny — powiedziała Bliss.

— Coś więcej, Bliss — rzekł Trevize. — Legalną towarzyszkę, taką, która w rezultacie tego związku ma pewne niepodważalne prawa.

— Bliss, ja nie mam żony — rzekł ze zdenerwowaniem Pelorat. — Byłem parę razy żonaty, ale już od dawna nie jestem. Gdyby ci zależało na formalnym potwierdzeniu naszego związku…

— Och, daj sposób, Pel — powiedziała Bliss, machnąwszy ręką — dlaczego miałoby mi na tym zależeć? Mam nieprzeliczone rzesze towarzyszy, którzy są mi tak bliscy, jak twoja jedna ręka drugiej. Tylko izole czują się tak samotni i wyobcowani, że muszą uciekać się do jakiejś sztucznej konwencji, żeby uzyskać niepewną namiastkę prawdziwego uczucia.

— Ale ja też jestem izolem, Bliss.

— W miarę upływu czasu będziesz nim w coraz mniejszym stopniu, Pel. Prawdopodobnie nigdy nie staniesz się w pełni Gają, ale nie będziesz zupełnym izolem. Wtedy będziesz miał mnóstwo towarzyszy.

— Chcę tylko ciebie, Bliss.

— To dlatego, że nic o tym nie wiesz. Ale dowiesz się.

Podczas tej rozmowy Trevize ze sztuczną obojętnością obserwował ekran. Zbliżyli się do warstwy chmur i na chwilę otoczyła ich szara mgła.

„Ogląd mikrofalowy” wydał w myśli polecenie i komputer natychmiast przełączył się na odbiór radarowy. Chmury zniknęły i ukazała się powierzchnia Comporellona. Miała nienaturalny kolor, a granice między rejonami o różnej budowie były nieco zamazane i drżące.

— To tak to już teraz będzie wyglądało? — zapytała ze zdumieniem Bliss.

— Tylko do czasu, gdy wyjdziemy z chmur. W słońcu wszystko znowu będzie wyglądało normalnie. — Akurat gdy kończył to mówić, ukazało się słońce i powrócił normalny obraz.

— Tak, widzę — rzekła Bliss. — Nie rozumiem, dlaczego dla tego funkcjonariusza straży granicznej okazało się takie ważne to, że Pel zdradza żonę.

— Powiedziałem temu Kendrayowi, że gdyby cię zatrzymał, to wiadomość o tym mogłaby dotrzeć na Terminusa i tym samym do żony Pelorata. W konsekwencji Pelorat znalazłby się w kłopotach. Nie sprecyzowałem, jakiego rodzaju byłyby te kłopoty, ale dałem mu do zrozumienia, że bardzo poważne… Między mężczyznami istnieje pewnego rodzaju solidarność — Trevize wyszczerzył zęby w uśmiechu i żaden mężczyzna nie zdradzi drugiego. Co więcej, jeśli go o to poprosi ten drugi, to chętnie pomoże. Wydaje mi się, że opiera się to na rozumowaniu: „Dzisiaj ja tobie, jutro ty mnie”. Przypuszczam dodał nieco poważniej — że podobna solidarność panuje też wśród kobiet, ale ponieważ nie jestem kobietą, nigdy nie miałem okazji z czymś takim się spotkać.

Twarz Bliss przypominała chmurę gradową.

— To ma być żart? — spytała.

— Ależ skąd! Mówię zupełnie poważnie — odparł Trevize. — Nie twierdzę, że ten Kendray przepuścił nas tylko dlatego, żeby uchronić Janova przed gniewem jego żony. Być może moje wcześniejsze argumenty przemawiały do niego, a męska solidarność była po prostu tym, co przeważyło szalę na naszą korzyść.

— Przecież to straszne. Tym, co łączy i spaja społeczeństwo, są zasady. Czy można je łamać z jakiegoś błahego powodu?

— No — powiedział Trevize, przyjmując natychmiast postawę obronną — niektóre z tych zasad są same w sobie błahe. W czasach pokoju i rozkwitu wymiany handlowej, takich, jakie — dzięki Fundacji — mamy teraz, niewiele światów drobiazgowo reguluje zasady wchodzenia w należącą do nich przestrzeń i wychodzenia z niej. Z jakichś powodów należy do nich Comporellon… prawdopodobnie ma to jakiś związek z ich sprawami wewnętrznymi. Ale dlaczego my mamy cierpieć z tego powodu?

— To nie ma nic do rzeczy. Gdybyśmy przestrzegali tylko tych zasad, które sami uznajemy za słuszne i mądre, to nie ostałaby się żadna zasada, bo nie ma takiej, która by się wszystkim podobała. A kiedy mamy na względzie naszą osobistą korzyść, to — jak widzimy na tym przykładzie — zawsze znajdziemy jakiś powód, żeby uznać, że zasada, która nam przeszkadza w osiągnięciu tej korzyści, jest niesłuszna i niemądra. A zatem to, co zaczyna się od sprytnego obejścia jakiejś zasady, kończy się ogólnym chaosem i nieszczęściem, które dotyka nawet spryciarza, co obszedł tę zasadę, ponieważ on też nie przetrwa upadku społeczności, w której żyje.

— Społeczeństwa nie upadają tak łatwo — rzekł na to Trevize. — Mówisz jako Gaja, a Gaja prawdopodobnie nie potrafi zrozumieć związku wolnych jednostek. Zasady, które w momencie ich ustanowienia były słuszne i mądre, mogą, kiedy zmienią się okoliczności, stać się niepotrzebnymi i nie przynoszącymi żadnych korzyści przeżytkami, ale nadal trwać siłą bezwładu, a wówczas ich złamanie jest nie tylko słuszne, ale także pożyteczne, gdyż zwraca uwagę na fakt, że są one niepotrzebne, a może nawet szkodliwe.

— Skoro tak, to każdy złodziej czy morderca może przekonywać, że przysłużył się ludzkości.

— Popadasz w skrajność. W tym superorganizmie, którym jest Gaja, panuje automatyczna zgoda na wszystkie zasady, które rządzą waszym społeczeństwem, i nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że mógłby je złamać. Równie dobrze można by powiedzieć, że Gaja wegetuje i powoli staje się skamieliną. Na pewno w wolnym związku jest pewien element nieporządku, ale jest to cena, którą trzeba zapłacić za zdolność do wprowadzania zmian i nowości… Ogólnie biorąc, nie jest to zbyt duża cena.

Bliss rzekła nieco podniesionym głosem:

— Jesteś w wielkim błędzie, jeśli uważasz, że Gaja wegetuje i zmienia się w skamielinę. Cały czas kontrolujemy nasze działania i poglądy. Nie są one przyjmowane bezmyślnie i nie trwają siłą bezwładu. Gaja opiera się na swoim doświadczeniu i na swoich przemyśleniach i stale uczy się. Dlatego zmienia się, jeśli jest to konieczne.

— Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, to ta samokontrola i nauka muszą przebiegać bardzo powoli, gdyż na Gai nie ma niczego, co nie byłoby Gają. Natomiast u nas, w wolnym społeczeństwie, nawet jeśli prawie wszyscy w czymś się zgadzają, to zawsze jest przynajmniej kilku, którzy się nie zgadzają i niekiedy właśnie oni mogą mieć rację. A jeśli są przy tym wystarczająco inteligentni, jeśli mają dość zapału i są wystarczająco pewni swej słuszności, to w końcu ich racje zwyciężają, a oni sami stają się w przyszłości bohaterami. Taki był na przykład Hari Seldon, który stworzył psychohistorię, przeciwstawił swą myśl całemu Imperium Galaktycznemu i zwyciężył.

— Zwyciężał tylko do tej pory. Drugie Imperium, które zaprojektował, nigdy nie powstanie. Zamiast niego powstanie Galaxia.

— Na pewno? — spytał posępnie Trevize.

— To była twoja decyzja i choć teraz robisz, co możesz, żeby mnie przekonać o wyższości izoli i ich wolności do zbrodni i głupoty, to jest coś w zakamarkach twego mózgu, co zmusiło cię, w chwili kiedy dokonywałeś wyboru, do przyznania racji mnie — nam — Gai.

— To, co kryje się w zakamarkach mego mózgu — odparł jeszcze posępniej Trevize — jest właśnie tym, czego szukam… Na początek tam — dodał, wskazując na ekran, na którym widać było wielkie, rozpościerające się aż po horyzont, miasto. Składało się z niskich budynków, tylko gdzieniegdzie przedzielonych jakimś wyższym gmachem. Otaczały je pokryte szronem pola.

Pelorat pokręcił głową.

— Niedobrze. Chciałem się z bliska przyjrzeć planecie, ale zaciekawiła mnie wasza dyskusja i przegapiłem odpowiednią chwilę.

— Nie przejmuj się, Janov — powiedział Trevize. — Będziesz mógł się dokładnie przyjrzeć, jak będziemy stąd odlatywać. Obiecuję, że nie odezwę się ani słowem, jeśli tylko zdołasz przekonać Bliss, żeby też nic nie mówiła.

„Odległa Gwiazda”, podążając za naprowadzającym ją na właściwy tor mikrofalowym sygnałem, podeszła do lądowania.

<p>14</p>

Kendray miał ponurą minę, kiedy powrócił na stację i przyglądał się oddalającej się „Odległej Gwieździe”. Pod koniec służby był w dalszym ciągu wyraźnie przygnębiony.

Siadał właśnie do kolacji, kiedy zjawił się jeden z jego kolegów — wysoki kościsty mężczyzna o głęboko osadzonych oczach, rzadkich jasnych włosach i brwiach tak jasnych, że z daleka wydawało się, że ich w ogóle nie ma.

— Co się stało, Ken? — spytał.

Kendray skrzywił usta.

— Ten statek, który dopiero co przepuściłem, miał napęd grawitacyjny, Gatis.

— Ten o takim dziwnym kształcie i zerowej radioaktywności?

— Właśnie dlatego nie był radioaktywny. Nie używa żadnego paliwa. Czysta grawitacja.

Gatis skinął głową.

— Ten, na który mieliśmy uważać, tak?

— Tak.

— No i trafił się tobie. Szczęściarz z ciebie.

— Nie taki szczęściarz. Była na nim kobieta bez papierów… i nie zameldowałem o tym.

— Co?! Nawet nie mów mi o tym. Ani słowa. Nie chcę o tym wiedzieć. Jestem twoim kumplem, ale nie mam zamiaru dostać za współudział.

— Tym się akurat nie przejmuję. W każdym razie nie za bardzo. I tak musiałem przepuścić ten statek. Chcieli mieć grawitacyjny — ten albo inny. Wiesz o tym.

— Jasne, ale mogłeś przynajmniej zameldować o tej kobiecie.

— Nie chciałem. To nie była mężatka. Zabrali ją dla… dla rozrywki.

— A ilu facetów było na pokładzie?

— Dwóch.

— I zabrali ją dla… w tym celu. Muszą być z Terminusa.

— Zgadłeś.

— Na Terminusie robią, co chcą.

— No.

— Odrażające. I udało im się.

— Jeden z nich jest żonaty i nie chciał, żeby jego żona dowiedziała się o tym. Gdybym zameldował o tej kobiecie, to by się dowiedziała.

— Przecież ona jest chyba na Terminusie?

— Oczywiście, ale i tak by się dowiedziała.

— No to faktycznie mu się przysłużyłeś, jeśli jego stara się o tym dowie.

— Zgoda… ale to nie będzie moja wina.

— Dostaniesz za to, że o niej nie zameldowałeś. To, że chciałeś oszczędzić temu facetowi kłopotów, nie jest żadnym usprawiedliwieniem.

— A ty byś zameldował?

— Myślę, że bym musiał.

— Wcale byś nie musiał. Rząd chce mieć ten statek. Gdybym się upierał, że muszę o tym zameldować, to ci faceci mogliby zmienić zamiar i odlecieć na jakąś planetę, a rząd nie chciałby, żeby się tak stało.

— Ale czy ci uwierzą?

— Myślę, że tak… Ta kobieta była bardzo ładna. Wyobraź sobie taką kobietę, która zgadza się polecieć z dwoma facetami, i żonatych facetów, którzy nie boją się skorzystać z takiej okazji… To niezła pokusa.

— Myślę, że nie chciałbyś, żeby szefowa dowiedziała się o tym… albo żeby jej takie podejrzenie przyszło do głowy.

— A kto jej o tym powie? Ty? — rzekł wyzywająco Kendray.

— Daj spokój. Przecież mnie znasz. — Wyraz oburzenia szybko zniknął z twarzy Gatisa. — To, że przepuściłeś tych facetów — powiedział — nie wyjdzie im na dobre.

— Wiem.

— Tam na dole szybko zorientują się w sytuacji i nawet jeśli tobie się upiecze, to ima na pewno nie.

— Wiem — powtórzył Kendray — ale szkoda mi ich. To, co ich czeka z powodu tej kobiety, to pestka w porównaniu z tym, co ich czeka z powodu tego statku. Kapitan napomknął…

Kendray przerwał, więc Gatis zapytał z zainteresowaniem:

— O czym?

— Nieważne — odparł Kendray. — Gdyby się to wydało, to dostałbym za swoje.

— Nikomu nie powiem.

— Ja też nie. Ale szkoda mi tych facetów.

<p>15</p>

Każdy, kto był w przestrzeni i zna jej monotonię, dobrze wie, że prawdziwe podniecenie podróżą kosmiczną odczuwa się dopiero wtedy, kiedy statek ma lądować na obcej planecie. Za oknem błyskawicznie pojawiają się i nikną to skrawki ziemi, to znów wody, figury i linie geometryczne, które mogą przedstawiać pola i drogi, zieleń roślinności, szarość betonu, brąz i czerń gołej ziemi, biel śniegu. Jednak najbardziej emocjonujący jest widok miast, gdyż na każdym świecie mają one inną geometrię i inną architekturę.

Lądowanie w normalnym statku dostarcza dodatkowych wrażeń w momencie zetknięcia się pojazdu z ziemią i później, podczas jego ślizgu po pasie startowym. W przypadku „Odległej Gwiazdy” wyglądało to inaczej. Statek płynął w powietrzu, stopniowo tracąc szybkość dzięki zręcznemu manipulowaniu oporem powietrza i siłą ciężkości, aż w końcu zatrzymał się nad portem kosmicznym. Wiał porywisty wiatr, co stwarzało dodatkową komplikację. Po przygotowaniu jej na minimalną reakcję na przyciąganie grawitacyjne „Odległa Gwiazda” miała nie tylko nienormalnie niską wagę, ale również masę. Jeśli masa jej zbliżyłaby się za bardzo do zera, to wiatr mógłby ją zdmuchnąć. Dlatego trzeba było nieco zwiększyć reakcję na przyciąganie, włączając silniki rakietowe, których ciąg trzeba było następnie ostrożnie regulować, tak aby zrównoważyć siłę wiatru. Bez odpowiedniego komputera manewr ten byłby raczej niemożliwy.

Statek powoli opadał w dół, przesuwając się czego nie można było uniknąć — to w jedną, to w drugą stronę, aż w końcu osiadł łagodnie na przeznaczonym dla niego miejscu.

Kiedy Odległa Gwiazda” wylądowała, niebo miało bladoniebieski, przetykany bielą, kolor. Na płycie portu wiatr był nie mniej porywisty niż nad nim i chociaż jego podmuchy nie zagrażały już statkowi, Trevize zadrżał. Było po prostu bardzo zimno. Trevize uświadomił sobie od razu, że cała odzież, którą mieli na statku, była zupełnie nieodpowiednia na pogodę, która panowała na Comporellonie.

Natomiast Pelorat rozejrzał się z uznaniem i głęboko, z wyraźną przyjemnością, zaczerpnął powietrza, rozkoszując się, przynajmniej w pierwszej chwili, ukłuciem mrozu. Rozpiął nawet kurtkę, aby poczuć na piersi powiew wiatru. Wiedział, że za chwilę zapnie ją znowu i poprawi nawet szalik, ale na razie chciał poczuć, że wokół jest atmosfera. Na statku nigdy się tego nie czuło.

Bliss ciasno owinęła się w kurtkę i naciągnęła czapkę na uszy. Ręce schowała w rękawiczkach. Wyglądała jak obraz nieszczęścia i wydawało się, że zaraz się rozpłacze.

— To zły świat — mruknęła. — Nie lubi nas i dlatego nas tak wita.

— Nic podobnego, Bliss — powiedział z przekonaniem Pelorat. — Jestem pewien, że miejscowi lubią ten świat i że on… no, tego… lubi ich, jeśli chcesz to ująć w ten sposób. Zaraz znajdziemy się w jakimś pomieszczeniu, a tam będzie ciepło.

Jak gdyby po namyśle okrył ją połą swej kurtki. Przytuliła się do niego.

Trevize starał się nie zwracać uwagi na temperaturę. Dostał od zarządu portu namagnetyzowaną kartę i zaraz sprawdził na komputerze kieszonkowym, czy są tam wszystkie niezbędne szczegóły numer pasa i stanowisko, nazwa statku i numer silnika, i tak dalej. Raz jeszcze sprawdził statek, żeby się upewnić, czy jest dobrze zamknięty i podjął wszelkie środki ostrożności, aby zabezpieczyć go przed niepożądanymi gośćmi (zbytecznie zresztą, gdyż — biorąc pod uwagę prawdopodobny poziom techniki comporellońskiej — statkowi nic nie groziło, a gdyby groziło, to i tak żadne odszkodowanie nie zrekompensowałoby jego utraty).

Trevize znalazł postój taksówek tam, gdzie powinien był być (wiele urządzeń w portach kosmicznych było znormalizowanych pod względem wyglądu, sposobu korzystania i umiejscowienia, co było zrozumiałe, zważywszy, że korzystała z nich wieloświatowa klientela).

Przywołał taksówkę. Kierowcy powiedział krótko: „Do miasta”.

Taksówka miała diamagnetyczne płozy. Podjechała do nich i zatrzymała się, spychana nieco wiatrem, drgając lekko skutkiem wibracji spowodowanych niezbyt cichą pracą silnika. Miała ciemnoszary kolor, a na tylnych drzwiach emblemat. Taksówkarz był ubrany w ciemną kurtkę i białą futrzaną czapkę.

Pelorat, spostrzegłszy to, powiedział cicho:

— Wydaje się, że gustują tu w czerni i bieli.

— W samym mieście mogą być żywsze kolory powiedział Trevize.

Kierowca spytał przez mały mikrofon, być może po to, aby nie otwierać okna:

— Do miasta?

Mówił z lekkim zaśpiewem. Miało to pewien urok, a przy tym nietrudno było go zrozumieć, co powitali z ulgą na obcym świecie.

— Tak — odparł Trevize i otworzyły się tylne drzwi pojazdu.

Najpierw weszła Bliss, potem Pelorat, a na końcu Trevize. Drzwi same zamknęły się za nimi i owionęło ich ciepłe powietrze.

Bliss roztarła dłonie i z ulgą westchnęła.

Taksówka wolno ruszyła.

— Statek, którym przylecieliście, ma napęd grawitacyjny, tak? — spytał kierowca.

— Biorąc pod uwagę sposób, w jaki lądował, chyba nie ma pan co do tego wątpliwości? — odparł sucho Trevize.

— A więc jest z Terminusa? — pytał dalej taksówkarz.

— A zna pan inny świat, gdzie by mogli zbudować taki statek? — powiedział Trevize.

Kierowca umilkł, jakby przetrawiał odpowiedź, a tymczasem taksówka nabierała prędkości. W końcu spytał:

— Zawsze odpowiada pan pytaniem na pytanie?

Trevize nie mógł się powstrzymać.

— A dlaczego nie?

— W takim razie jak by pan odpowiedział, gdybym spytał, czy nazywa się pan Golan Trevize?

— Odpowiedziałbym: „Dlaczego pan pyta?”

Taksówka zatrzymała się przy wyjeździe z portu, a kierowca powiedział:

— Z ciekawości. Pytam ponownie: pan jest Golanem Trevize?

— A co to pana obchodzi? — odparł wrogo Trevize.

— Drogi przyjacielu — rzekł na to taksówkarz. — Nie ruszymy się stąd, dopóki nie odpowie pan na to pytanie. I jeśli za dwie sekundy nie usłyszę jasnej odpowiedzi — tak lub nie — to wyłączam ogrzewanie w kabinie pasażerskiej i potem możemy poczekać. Czy pan jest Golanem Trevize, radnym z Terminusa? Jeśli odpowie pan przecząco, to będzie pan musiał pokazać mi swoje papiery.

— Tak, jestem Golan Trevize — powiedział Trevize — i jako radny z Fundacji oczekuję traktowania należnego memu stanowisku. Jeśli mi pan w czymś uchybi, to wpakuje się pan w niezłe tarapaty. No i co teraz?

— Teraz możemy porozmawiać nieco swobodniej. — Taksówka znowu ruszyła. — Starannie dobieram pasażerów i spodziewałem się podwieźć tylko dwóch mężczyzn. Obecność tej kobiety była dla mnie niespodzianką, więc pomyślałem, że mogłem się pomylić. Ale skoro już was mam, to sami wyjaśnicie na miejscu, skąd się ona wzięła.

— Nie wie pan, do jakiego miejsca jedziemy.

— Tak się składa, że wiem. Jedziecie do Ministerstwa Komunikacji.

— To nie jest miejsce, gdzie chcę jechać.

— To nie ma absolutnie żadnego znaczenia, panie radny. Gdybym był taksówkarzem, to zawiózł bym pana, gdzie pan chce. Ponieważ nim nie jestem, zawiozę was tam, gdzie ja chcę.

— Przepraszam — rzekł Pelorat, pochylając się do przodu — ale pan wygląda na taksówkarza. Prowadzi pan taksówkę.

— Każdy może prowadzić taksówkę, ale nie każdy ma zezwolenie. I nie każdy samochód, który wygląda jak taksówka, jest taksówką.

— Skończmy tę zabawę — powiedział Trevize. — Kim pan jest i co pan wyrabia? Niech pan pamięta, że odpowie pan za to przed Fundacją.

— Ja na pewno nie — odparł kierowca. — Może moi przełożeni. Jestem agentem comporellońskiej służby bezpieczeństwa. Mam rozkaz traktować pana z szacunkiem należnym panu z racji stanowiska, ale musi pan jechać tam, gdzie pana wiozę. I niech pan uważa na swoje reakcje, bo ten pojazd jest uzbrojony, a ja mam rozkaz bronić się w razie ataku.

<p>16</p>

Samochód, osiągnąwszy normalną dla taksówki szybkość, jechał dalej gładko i bez zatrzymywania się, a Trevize siedział w milczeniu, jak skamieniały. Wiedział bez patrzenia, że Pelorat spogląda co chwila na niego z wyrazem niepewności na twarzy, jakby pytał: „I co teraz zrobimy? No, powiedz”.

Bliss, jak przekonał się zerknąwszy na nią, siedziała spokojnie, najwyraźniej wcale nie przejmując się sytuacją. No jasne, przecież była całym światem. Cała Gaja, choć odległa w przestrzeni, znajdowała się w jej ciele. W razie prawdziwego niebezpieczeństwa miała się czym bronić.

Ale o co tu chodziło?

Widocznie ten funkcjonariusz ze stacji granicznej przesłał zwykły sh~żbowy raport, nie wspominając w nim o Bliss, i raport ten wzbudził zainteresowanie służby bezpieczeństwa i przede wszystkim Ministerstwa Komunikacji. Dlaczego?

Czasy były pokojowe. Trevize nic nie wiedział o żadnym napięciu w stosunkach Terminusa z Comporellonem. W końcu sam był członkiem władz Fundacji…

Zaraz, przecież sam powiedział temu funkcjonariuszowi na stacji granicznej — nazywał się chyba Kendray — że przybywa tu, aby spotkać się w ważnej sprawie z rządem Comporellona. Powiedział to z naciskiem, chcąc skłonić Kendraya, aby ich przepuścił. Kendray musiał o tym wspomnieć w swoim raporcie i to właśnie wzbudziło zainteresowanie rządu.

Nie przewidział, a powinien był przewidzieć.

No i co teraz z tym jego rzekomym darem podejmowania słusznych decyzji? Czyżby zaczynał wierzyć, że jest — jak myślała albo tylko mówiła, że tak myśli, Gaja — czarną skrzynką:? Czyżby to nadmierna pewność siebie, oparta na przesądzie, wpędziła go w te tarapaty?

Jak mógł dać się wciągnąć w to szaleństwo? Czy nigdy się nie pomylił? Czy wiedział, jaka jutro będzie pogoda? Czy udało mu się kiedyś wygrać jakąś dużą sumę na loterii? Oczywiście, że nie.

A więc nie mylił się nigdy tylko wtedy, kiedy chodziło o wielkie, dopiero tworzące się zdarzenia? Skąd mógł to wiedzieć?

Mniejsza z tym! W końcu sam fakt, że stwierdził, iż ma do załatwienia sprawę państwowej wagi… nie, powiedział, że chodzi o bezpieczeństwo Fundacji…

No dobrze, więc sam fakt, że przybywa tu w sprawie dotyczącej bezpieczeństwa Fundacji, i do tego w tajemnicy i bez uprzedzenia, na pewno obudził zainteresowanie jego osobą… No tak, ale przecież dopóki nie dowiedzieliby się o co chodzi, działaliby z największą ostrożnością. Byliby ugrzecznieni i traktowaliby go jak wysokiego dygnitarza. Na pewno nie porwaliby go i nie uciekli się do gróźb.

A przecież to właśnie zrobili. Dlaczego? Co sprawiło, że poczuli się na tyle silni i potężni, żeby w taki sposób potraktować radnego z Terminusa?

Czyżby była to sprawka Ziemi? Czyżby ta siła, która tak skutecznie trzymała w tajemnicy miejsce położenia świata, z którego pochodziła ludzkość, że nawet potężni mentaliści z Drugiej Fundacji nie mieli o nim pojęcia, teraz chciała przerwać już w pierwszym stadium jego poszukiwania? Czyżby Ziemia była wszechwiedząca? Wszechmocna?

Potrząsnął głową. To prowadziło do paranoi. Czyżby chciał o wszystko obwiniać Ziemię? Czy każde niezrozumiałe zachowanie, każdy zakręt drogi, każda niespodziewana zmiana sytuacji miały być rezultatem ukrytych machinacji Ziemi? Gdyby zaczął tak myśleć, to byłoby to równoznaczne z jego porażką.

W tym momencie poczuł, że samochód zwalnia i od razu powrócił do rzeczywistości.

Uświadomił sobie, że ani razu, nawet przelotnie, nie spojrzał na miasto, przez które przejeżdżali. Rozejrzał się teraz, trochę nerwowo. Budynki były niskie, ale planeta była zimna — prawdopodobnie większa część każdego budynku znajdowała się pod ziemią. Nie zauważył nawet śladu jakiegoś żywszego koloru i wydało mu się to sprzeczne z naturą ludzką.

Tu i ówdzie widać było jakiegoś przechodnia, solidnie opatulonego. Prawdopodobnie ludzie, tak jak budynki, w większości tkwili pod ziemią.

Taksówka zatrzymała się przed niskim, długim budynkiem, usytuowanym w zagłębieniu, którego dna Trevize nie mógł dostrzec. Minęło kilka minut, ale dalej tam stali. Kierowca siedział bez ruchu. Jego potężna biała czapa prawie dotykała sufitu pojazdu.

Patrząc na to, Trevize zastanawiał się przez chwilę, jak kierowcy udaje się wchodzić i wychodzić z samochodu, nie strącając przy tym czapy, a potem powiedział, ze starannie kontrolowanym gniewem, którego należało się spodziewać od potraktowanego niewłaściwie wyniosłego dygnitarza:

— No, i co dalej, kierowco?

Comporellońska wersja błyszczącej przegrody utworzonej przez pole siłowe między kabiną kierowcy i kabiną pasażerską nie była bynajmniej prymitywna. Przepuszczała fale dźwiękowe, ale Trevize był pewien, że przedmioty materialne o dużej energii nie mogłyby przez nią przeniknąć.

— Ktoś po was przyjdzie. Niech pan usiądzie wygodniej i spokojnie czeka — odpowiedział kierowca.

Zaledwie to powiedział, gdy z zagłębienia, w którym znajdował się budynek, wyłoniły się trzy głowy, a za nimi powoli i płynnie zaczęli się wyłaniać ich właściciele. Najwidoczniej korzystali z czegoś w rodzaju ruchomych schodów, ale z miejsca, gdzie siedział, Trevize nie mógł dostrzec żadnych detali tego urządzenia.

Kiedy podeszła do nich ta trójka, otworzyły się drzwi od kabiny pasażerskiej i do wnętrza wtargnęła fala zimna.

Trevize wysiadł, zapiąwszy kurtkę aż po szyj. Za nim wyszli jego towarzysze, Bliss z wyrażną niechęcią. Comporellianie wyglądali prawie karykaturalnie, gdyż ich ubrania — prawdopodobnie elektrycznie ogrzewane — wydymały się jak balony, zniekształcając ich sylwetki. Trevize stwierdził to z pogardliwą wyższością. Na Terminusie takie rzeczy były raczej niepotrzebne. Kiedy jeden jedyny raz, spędzając zimę na pobliskim Anakreonie, wypożyczył ogrzewaną kurtkę, przekonał się, że nagrzewa się ona bardzo powoli, tak że zanim zorientował się, że za bardzo się nagrzała, zdążył się już nieźle spocić.

Kiedy podeszli bliżej, Trevize zauważył z oburzeniem, że cala trójka była uzbrojona. Nawet nie starali się tego ukryć. Przeciwnie — każdy miał miotacz w kaburze przytroczonej do pasa na kurtce.

Jeden z nich podszedł do Trevizego, mruknął: „Pozwoli pan, panie radny” i bezceremonialnie rozpiął jego kurtkę, po czym szybko przesuwał dłońmi po plecach, piersiach, bokach i udach Trevizego. Potem obmacał kurtkę i potrząsnął nią. Trevize był tak zaskoczony, że kiedy zorientował się, że został szybko i dokładnie przeszukany, było już po wszystkim.

Pelorat, z opuszczoną w dół brodą i skrzywioną miną, znosił to samo upokorzenie ze strony drugiego Comporellianina.

Trzeci podszedł do Bliss, ale ta nie czekała, aż zacznie ją obmacywać. Ona przynajmniej jakoś zorientowała się, czego może się spodziewać, gdyż zrzuciła kurtkę i przez chwilę stała tam w swym cienkim ubraniu, wystawiona na lodowate podmuchy wiatru. Powiedziała tonem równie lodowatym jak ten wiatr:

— Widzi pan, że nie mam broni.

Rzeczywiście, każdy mógł to dostrzec. Comporelianin potrząsnął kurtką, jak gdyby chciał się zorientować po jej wadze, czy nie zawiera jakiejś broni — może faktycznie byłby w stanie to stwierdzić — i odszedł.

Bliss założyła kurtkę, ciasno się nią owijając i przez chwilę Trevize podziwiał jej zachowanie. Wiedział, jak źle znosi zimno, a mimo to, stojąc tam tylko w cienkiej bluzce i spodniach, nie tylko się nie skuliła, ale nawet nie zadrżała (potem pomyślał, że nie wiadomo, czy przypadkiem — w nagłej potrzebie — nie może uzyskać ciepła od reszty Ciai).

Jeden z Comporellian skinął ręką i trójka przybyszów ruszyła za nim. Pozostali dwaj Comporellianie ustawili się z tyłu. Nieliczni przechodnie nie zwracali uwagi na ten pochód. Albo byli przyzwyczajeni do takich widoków, albo — co bardziej prawdopodobne — myśleli tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w jakimś wnętrzu.

Trevize zorientował się teraz, że to. co uważał za ruchome schody, było ruchomą rampą. Zwiozła ich ona w dół, po czym cała szóstka przeszła przez drzwi, niemal tak skomplikowane jak luk wejściowy statku kosmicznego, chociaż bez wątpienia urządzenie to miało zapobiegać wydostawaniu się na zewnątrz raczej ciepła niż powietrza.

I od razu po wejściu znaleźli się w wielkiej sali.


13

<p>13</p>

Przepuszczono ich. Stacja graniczna została daleko w tyle i malała coraz bardziej, wyglądając jak odległa, szybko tracąca blask gwiazda. Za parę godzin powinni przejść przez warstwę chmur otulającą planetę.

Statek o napędzie grawitacyjnym nie musiał podchodzić do lądowania wykonując wokół planety wiele okrążeń o coraz mniejszym promieniu, ale też nie mógł zniżyć się zbyt gwałtownie. To, że nie podlegał działaniu siły ciężkości, nie znaczyło jednak, że nie działał nań opór powietrza. Mógł wprawdzie schodzić ku planecie po linii prostej, ale manewr ten należało wykonywać bardzo ostrożnie — prędkość nie mogła być zbyt duża.

— Gdzie się kierujemy? — spytał Pelorat ze zdezorientowaną miną. — W tych chmurach nie potrafię odróżnić jednego miejsca od drugiego.

— Ja też nie — powiedział Trevize — ale mamy tu urzędową mapę holograficzną Comporellona, na której widać kształty lądów i trochę przerysowaną rzeźbę terenu — wzniesienia na lądzie i głębiny morskie, a także podział administracyjny planety. Wprowadziłem mapę do komputera i on już zrobi, co trzeba. Porówna widok powierzchni z mapą, ustalając w ten sposób położenie statku, a potem skieruje statek po cykloidzie do stolicy.

— Jeśli polecimy do stolicy, to wpadniemy w wir polityki — powiedział Pelorat. — Jeśli panują tu, jak sugerował ten facet na stacji granicznej, nastroje antyfundacyjne, to napytamy sobie kłopotów.

— Ale stolica musi być intelektualnym centrum planety, a więc jeśli chcemy uzyskać jakieś informacje, to tylko tam — rzekł Trevize. — Co się tyczy nastrojów antyfundacyjnych, to wątpię, aby okazywali je otwarcie. To, że burmistrz nie darzy mnie zbytnią sympatią, nie znaczy, że mogłaby dopuścić do tego, aby potraktowano tu źle radnego z Terminusa. Mogłoby to stworzyć niebezpieczny precedens.

Z toalety wyszła Bliss. Miała jeszcze wilgotne ręce. Poprawiła bez śladu zażenowania majtki i powiedziała:

— Tak zupełnie na marginesie: myślę, że nasze odchody podlegają dokładnej utylizacji.

— Nie mamy wyboru — powiedział Trevize. Jak myślisz, na ile starczyłyby nasze zapasy wody, gdybyśmy nie uzdatniali i nie wykorzystywali tej, która jest w odchodach? A na czym rosną te smakowite drożdżowe ciasteczka, którymi urozmaicamy mrożonki, co? Mam nadzieję, moja ty wydajna panno, że to ci nie zepsuje apetytu.

— A niby dlaczego miałoby mi to zepsuć apetyt? Jak myślisz, skąd się bierze woda i żywność na Gai, na tej planecie czy na Terminusie?

— Oczywiście na Gai odchody są tak samo żywe jak ty — powiedział Trevize.

— Nie żywe. Świadome, a to duża różnica. Naturalnie poziom ich świadomości jest bardzo niski.

Trevize pociągnął wymownie nosem, ale powstrzymał się od komentarza.

— Idę do sterowni dotrzymać towarzystwa komputerowi — powiedział. — Nie znaczy to bynajmniej, że jestem mu potrzebny.

— Możemy iść z tobą? — spytał Pelorat. — Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że on sam prowadzi statek, że potrafi wyczuć inne statki, burze czy co tam jeszcze…

Trevize uśmiechnął się szeroko.

— Musisz się do tego przyzwyczaić. Statek jest o wiele bezpieczniejszy pod jego kontrolą niż pod moją… Ale oczywiście możecie iść ze mną. Dobrze wam zrobi, jeśli sobie trochę popatrzycie.

Znajdowali się teraz nad oświetloną półkulą, gdyż, jak wyjaśnił im Trevize, komputerowi było łatwiej porównać mapę z powierzchnią planety w słońcu niż w ciemności.

— To oczywiste — powiedział Pelorat.

— Wcale nie takie oczywiste. Komputer może równie szybko działać w podczerwieni, którą powierzchnia emituje w ciemnościach, jak przy świetle dziennym. Jednakże fale promieniowania podczerwonego są dłuższe, przez co komputer nie ma takiego rozeznania jak przy świetle widzialnym. To znaczy w podczerwieni komputer nie widzi tak ostro i dokładnie jak przy świetle dziennym i dlatego, jeśli nas nic nie pili, to wolę ułatwić mu zadanie.

— A jeśli stolica leży na półkuli, która jest teraz w cieniu?

— Mamy szanse pół na pół, że leży z tej strony — powiedział Trevize — ale kiedy już komputer zgra mapę z terenem, to poprowadzi nas bezbłędnie do stolicy, nawet gdyby znajdowała się na zaciemnionej półkuli. A poza tym, zbliżając się do niej, będziemy przechodzili przez pasma fal ultrakrótkich i dostaniemy wskazówki, jak dotrzeć do najdogodniejszego portu… Nie ma się czym martwić.

— Jesteś tego pewien? — spytała Bliss. — Wieziecie mnie bez dokumentów, nie mogąc podać nazwy mojej ojczystej planety, którą by ci ludzie tutaj znali i zaakceptowali, a ja jestem zdecydowana w żadnym przypadku nie zdradzić nazwy Gai. Co zrobimy, jeśli zażądają ode mnie dokumentów?

— To raczej nieprawdopodobne — odparł Trevize. — Każdy będzie myślał, że zostały sprawdzone na stacji granicznej.

— No ale jeśli jednak ich zażądają?

— No to wtedy będziemy się martwić. Na razie nie stwarzajmy sztucznych problemów.

— Kiedy się pojawią problemy, może być za późno, żeby je rozwiązać.

— Ufam w swoją pomysłowość i nie boję się, że będzie za późno.

— Skoro już o tym mowa, to jakim sposobem udało ci się przekonać tego człowieka na stacji, żeby nas przepuścił?

Trevize popatrzył na Bliss i uśmiechnął się szelmowsko. Wyglądał zupełnie jak kilkunastoletni łobuziak cieszący się z wyrządzonej psoty.

— Główka pracuje.

— No, ale co zrobiłeś, stary? — spytał Pelorat.

— Trzeba było po prostu zwrócić się do niego we właściwy sposób. Próbowałem gróźb i przekupstwa. Apelowałem do jego rozsądku i lojalności wobec Fundacji. Wszystko na próżno, więc została ostatnia deska ratunku. Powiedziałem mu, Janov, że zdradzasz żonę.

— Żonę? Przecież ja nie mam żadnej żony, stary!

— Wiem, ale on o tym nie wiedział.

— Zdaje mi się, że przez „żonę” rozumiecie stałą towarzyszkę jakiegoś mężczyzny — powiedziała Bliss.

— Coś więcej, Bliss — rzekł Trevize. — Legalną towarzyszkę, taką, która w rezultacie tego związku ma pewne niepodważalne prawa.

— Bliss, ja nie mam żony — rzekł ze zdenerwowaniem Pelorat. — Byłem parę razy żonaty, ale już od dawna nie jestem. Gdyby ci zależało na formalnym potwierdzeniu naszego związku…

— Och, daj sposób, Pel — powiedziała Bliss, machnąwszy ręką — dlaczego miałoby mi na tym zależeć? Mam nieprzeliczone rzesze towarzyszy, którzy są mi tak bliscy, jak twoja jedna ręka drugiej. Tylko izole czują się tak samotni i wyobcowani, że muszą uciekać się do jakiejś sztucznej konwencji, żeby uzyskać niepewną namiastkę prawdziwego uczucia.

— Ale ja też jestem izolem, Bliss.

— W miarę upływu czasu będziesz nim w coraz mniejszym stopniu, Pel. Prawdopodobnie nigdy nie staniesz się w pełni Gają, ale nie będziesz zupełnym izolem. Wtedy będziesz miał mnóstwo towarzyszy.

— Chcę tylko ciebie, Bliss.

— To dlatego, że nic o tym nie wiesz. Ale dowiesz się.

Podczas tej rozmowy Trevize ze sztuczną obojętnością obserwował ekran. Zbliżyli się do warstwy chmur i na chwilę otoczyła ich szara mgła.

„Ogląd mikrofalowy” wydał w myśli polecenie i komputer natychmiast przełączył się na odbiór radarowy. Chmury zniknęły i ukazała się powierzchnia Comporellona. Miała nienaturalny kolor, a granice między rejonami o różnej budowie były nieco zamazane i drżące.

— To tak to już teraz będzie wyglądało? — zapytała ze zdumieniem Bliss.

— Tylko do czasu, gdy wyjdziemy z chmur. W słońcu wszystko znowu będzie wyglądało normalnie. — Akurat gdy kończył to mówić, ukazało się słońce i powrócił normalny obraz.

— Tak, widzę — rzekła Bliss. — Nie rozumiem, dlaczego dla tego funkcjonariusza straży granicznej okazało się takie ważne to, że Pel zdradza żonę.

— Powiedziałem temu Kendrayowi, że gdyby cię zatrzymał, to wiadomość o tym mogłaby dotrzeć na Terminusa i tym samym do żony Pelorata. W konsekwencji Pelorat znalazłby się w kłopotach. Nie sprecyzowałem, jakiego rodzaju byłyby te kłopoty, ale dałem mu do zrozumienia, że bardzo poważne… Między mężczyznami istnieje pewnego rodzaju solidarność — Trevize wyszczerzył zęby w uśmiechu i żaden mężczyzna nie zdradzi drugiego. Co więcej, jeśli go o to poprosi ten drugi, to chętnie pomoże. Wydaje mi się, że opiera się to na rozumowaniu: „Dzisiaj ja tobie, jutro ty mnie”. Przypuszczam dodał nieco poważniej — że podobna solidarność panuje też wśród kobiet, ale ponieważ nie jestem kobietą, nigdy nie miałem okazji z czymś takim się spotkać.

Twarz Bliss przypominała chmurę gradową.

— To ma być żart? — spytała.

— Ależ skąd! Mówię zupełnie poważnie — odparł Trevize. — Nie twierdzę, że ten Kendray przepuścił nas tylko dlatego, żeby uchronić Janova przed gniewem jego żony. Być może moje wcześniejsze argumenty przemawiały do niego, a męska solidarność była po prostu tym, co przeważyło szalę na naszą korzyść.

— Przecież to straszne. Tym, co łączy i spaja społeczeństwo, są zasady. Czy można je łamać z jakiegoś błahego powodu?

— No — powiedział Trevize, przyjmując natychmiast postawę obronną — niektóre z tych zasad są same w sobie błahe. W czasach pokoju i rozkwitu wymiany handlowej, takich, jakie — dzięki Fundacji — mamy teraz, niewiele światów drobiazgowo reguluje zasady wchodzenia w należącą do nich przestrzeń i wychodzenia z niej. Z jakichś powodów należy do nich Comporellon… prawdopodobnie ma to jakiś związek z ich sprawami wewnętrznymi. Ale dlaczego my mamy cierpieć z tego powodu?

— To nie ma nic do rzeczy. Gdybyśmy przestrzegali tylko tych zasad, które sami uznajemy za słuszne i mądre, to nie ostałaby się żadna zasada, bo nie ma takiej, która by się wszystkim podobała. A kiedy mamy na względzie naszą osobistą korzyść, to — jak widzimy na tym przykładzie — zawsze znajdziemy jakiś powód, żeby uznać, że zasada, która nam przeszkadza w osiągnięciu tej korzyści, jest niesłuszna i niemądra. A zatem to, co zaczyna się od sprytnego obejścia jakiejś zasady, kończy się ogólnym chaosem i nieszczęściem, które dotyka nawet spryciarza, co obszedł tę zasadę, ponieważ on też nie przetrwa upadku społeczności, w której żyje.

— Społeczeństwa nie upadają tak łatwo — rzekł na to Trevize. — Mówisz jako Gaja, a Gaja prawdopodobnie nie potrafi zrozumieć związku wolnych jednostek. Zasady, które w momencie ich ustanowienia były słuszne i mądre, mogą, kiedy zmienią się okoliczności, stać się niepotrzebnymi i nie przynoszącymi żadnych korzyści przeżytkami, ale nadal trwać siłą bezwładu, a wówczas ich złamanie jest nie tylko słuszne, ale także pożyteczne, gdyż zwraca uwagę na fakt, że są one niepotrzebne, a może nawet szkodliwe.

— Skoro tak, to każdy złodziej czy morderca może przekonywać, że przysłużył się ludzkości.

— Popadasz w skrajność. W tym superorganizmie, którym jest Gaja, panuje automatyczna zgoda na wszystkie zasady, które rządzą waszym społeczeństwem, i nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że mógłby je złamać. Równie dobrze można by powiedzieć, że Gaja wegetuje i powoli staje się skamieliną. Na pewno w wolnym związku jest pewien element nieporządku, ale jest to cena, którą trzeba zapłacić za zdolność do wprowadzania zmian i nowości… Ogólnie biorąc, nie jest to zbyt duża cena.

Bliss rzekła nieco podniesionym głosem:

— Jesteś w wielkim błędzie, jeśli uważasz, że Gaja wegetuje i zmienia się w skamielinę. Cały czas kontrolujemy nasze działania i poglądy. Nie są one przyjmowane bezmyślnie i nie trwają siłą bezwładu. Gaja opiera się na swoim doświadczeniu i na swoich przemyśleniach i stale uczy się. Dlatego zmienia się, jeśli jest to konieczne.

— Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, to ta samokontrola i nauka muszą przebiegać bardzo powoli, gdyż na Gai nie ma niczego, co nie byłoby Gają. Natomiast u nas, w wolnym społeczeństwie, nawet jeśli prawie wszyscy w czymś się zgadzają, to zawsze jest przynajmniej kilku, którzy się nie zgadzają i niekiedy właśnie oni mogą mieć rację. A jeśli są przy tym wystarczająco inteligentni, jeśli mają dość zapału i są wystarczająco pewni swej słuszności, to w końcu ich racje zwyciężają, a oni sami stają się w przyszłości bohaterami. Taki był na przykład Hari Seldon, który stworzył psychohistorię, przeciwstawił swą myśl całemu Imperium Galaktycznemu i zwyciężył.

— Zwyciężał tylko do tej pory. Drugie Imperium, które zaprojektował, nigdy nie powstanie. Zamiast niego powstanie Galaxia.

— Na pewno? — spytał posępnie Trevize.

— To była twoja decyzja i choć teraz robisz, co możesz, żeby mnie przekonać o wyższości izoli i ich wolności do zbrodni i głupoty, to jest coś w zakamarkach twego mózgu, co zmusiło cię, w chwili kiedy dokonywałeś wyboru, do przyznania racji mnie — nam — Gai.

— To, co kryje się w zakamarkach mego mózgu — odparł jeszcze posępniej Trevize — jest właśnie tym, czego szukam… Na początek tam — dodał, wskazując na ekran, na którym widać było wielkie, rozpościerające się aż po horyzont, miasto. Składało się z niskich budynków, tylko gdzieniegdzie przedzielonych jakimś wyższym gmachem. Otaczały je pokryte szronem pola.

Pelorat pokręcił głową.

— Niedobrze. Chciałem się z bliska przyjrzeć planecie, ale zaciekawiła mnie wasza dyskusja i przegapiłem odpowiednią chwilę.

— Nie przejmuj się, Janov — powiedział Trevize. — Będziesz mógł się dokładnie przyjrzeć, jak będziemy stąd odlatywać. Obiecuję, że nie odezwę się ani słowem, jeśli tylko zdołasz przekonać Bliss, żeby też nic nie mówiła.

„Odległa Gwiazda”, podążając za naprowadzającym ją na właściwy tor mikrofalowym sygnałem, podeszła do lądowania.


14

<p>14</p>

Kendray miał ponurą minę, kiedy powrócił na stację i przyglądał się oddalającej się „Odległej Gwieździe”. Pod koniec służby był w dalszym ciągu wyraźnie przygnębiony.

Siadał właśnie do kolacji, kiedy zjawił się jeden z jego kolegów — wysoki kościsty mężczyzna o głęboko osadzonych oczach, rzadkich jasnych włosach i brwiach tak jasnych, że z daleka wydawało się, że ich w ogóle nie ma.

— Co się stało, Ken? — spytał.

Kendray skrzywił usta.

— Ten statek, który dopiero co przepuściłem, miał napęd grawitacyjny, Gatis.

— Ten o takim dziwnym kształcie i zerowej radioaktywności?

— Właśnie dlatego nie był radioaktywny. Nie używa żadnego paliwa. Czysta grawitacja.

Gatis skinął głową.

— Ten, na który mieliśmy uważać, tak?

— Tak.

— No i trafił się tobie. Szczęściarz z ciebie.

— Nie taki szczęściarz. Była na nim kobieta bez papierów… i nie zameldowałem o tym.

— Co?! Nawet nie mów mi o tym. Ani słowa. Nie chcę o tym wiedzieć. Jestem twoim kumplem, ale nie mam zamiaru dostać za współudział.

— Tym się akurat nie przejmuję. W każdym razie nie za bardzo. I tak musiałem przepuścić ten statek. Chcieli mieć grawitacyjny — ten albo inny. Wiesz o tym.

— Jasne, ale mogłeś przynajmniej zameldować o tej kobiecie.

— Nie chciałem. To nie była mężatka. Zabrali ją dla… dla rozrywki.

— A ilu facetów było na pokładzie?

— Dwóch.

— I zabrali ją dla… w tym celu. Muszą być z Terminusa.

— Zgadłeś.

— Na Terminusie robią, co chcą.

— No.

— Odrażające. I udało im się.

— Jeden z nich jest żonaty i nie chciał, żeby jego żona dowiedziała się o tym. Gdybym zameldował o tej kobiecie, to by się dowiedziała.

— Przecież ona jest chyba na Terminusie?

— Oczywiście, ale i tak by się dowiedziała.

— No to faktycznie mu się przysłużyłeś, jeśli jego stara się o tym dowie.

— Zgoda… ale to nie będzie moja wina.

— Dostaniesz za to, że o niej nie zameldowałeś. To, że chciałeś oszczędzić temu facetowi kłopotów, nie jest żadnym usprawiedliwieniem.

— A ty byś zameldował?

— Myślę, że bym musiał.

— Wcale byś nie musiał. Rząd chce mieć ten statek. Gdybym się upierał, że muszę o tym zameldować, to ci faceci mogliby zmienić zamiar i odlecieć na jakąś planetę, a rząd nie chciałby, żeby się tak stało.

— Ale czy ci uwierzą?

— Myślę, że tak… Ta kobieta była bardzo ładna. Wyobraź sobie taką kobietę, która zgadza się polecieć z dwoma facetami, i żonatych facetów, którzy nie boją się skorzystać z takiej okazji… To niezła pokusa.

— Myślę, że nie chciałbyś, żeby szefowa dowiedziała się o tym… albo żeby jej takie podejrzenie przyszło do głowy.

— A kto jej o tym powie? Ty? — rzekł wyzywająco Kendray.

— Daj spokój. Przecież mnie znasz. — Wyraz oburzenia szybko zniknął z twarzy Gatisa. — To, że przepuściłeś tych facetów — powiedział — nie wyjdzie im na dobre.

— Wiem.

— Tam na dole szybko zorientują się w sytuacji i nawet jeśli tobie się upiecze, to ima na pewno nie.

— Wiem — powtórzył Kendray — ale szkoda mi ich. To, co ich czeka z powodu tej kobiety, to pestka w porównaniu z tym, co ich czeka z powodu tego statku. Kapitan napomknął…

Kendray przerwał, więc Gatis zapytał z zainteresowaniem:

— O czym?

— Nieważne — odparł Kendray. — Gdyby się to wydało, to dostałbym za swoje.

— Nikomu nie powiem.

— Ja też nie. Ale szkoda mi tych facetów.


15

<p>15</p>

Każdy, kto był w przestrzeni i zna jej monotonię, dobrze wie, że prawdziwe podniecenie podróżą kosmiczną odczuwa się dopiero wtedy, kiedy statek ma lądować na obcej planecie. Za oknem błyskawicznie pojawiają się i nikną to skrawki ziemi, to znów wody, figury i linie geometryczne, które mogą przedstawiać pola i drogi, zieleń roślinności, szarość betonu, brąz i czerń gołej ziemi, biel śniegu. Jednak najbardziej emocjonujący jest widok miast, gdyż na każdym świecie mają one inną geometrię i inną architekturę.

Lądowanie w normalnym statku dostarcza dodatkowych wrażeń w momencie zetknięcia się pojazdu z ziemią i później, podczas jego ślizgu po pasie startowym. W przypadku „Odległej Gwiazdy” wyglądało to inaczej. Statek płynął w powietrzu, stopniowo tracąc szybkość dzięki zręcznemu manipulowaniu oporem powietrza i siłą ciężkości, aż w końcu zatrzymał się nad portem kosmicznym. Wiał porywisty wiatr, co stwarzało dodatkową komplikację. Po przygotowaniu jej na minimalną reakcję na przyciąganie grawitacyjne „Odległa Gwiazda” miała nie tylko nienormalnie niską wagę, ale również masę. Jeśli masa jej zbliżyłaby się za bardzo do zera, to wiatr mógłby ją zdmuchnąć. Dlatego trzeba było nieco zwiększyć reakcję na przyciąganie, włączając silniki rakietowe, których ciąg trzeba było następnie ostrożnie regulować, tak aby zrównoważyć siłę wiatru. Bez odpowiedniego komputera manewr ten byłby raczej niemożliwy.

Statek powoli opadał w dół, przesuwając się czego nie można było uniknąć — to w jedną, to w drugą stronę, aż w końcu osiadł łagodnie na przeznaczonym dla niego miejscu.

Kiedy Odległa Gwiazda” wylądowała, niebo miało bladoniebieski, przetykany bielą, kolor. Na płycie portu wiatr był nie mniej porywisty niż nad nim i chociaż jego podmuchy nie zagrażały już statkowi, Trevize zadrżał. Było po prostu bardzo zimno. Trevize uświadomił sobie od razu, że cała odzież, którą mieli na statku, była zupełnie nieodpowiednia na pogodę, która panowała na Comporellonie.

Natomiast Pelorat rozejrzał się z uznaniem i głęboko, z wyraźną przyjemnością, zaczerpnął powietrza, rozkoszując się, przynajmniej w pierwszej chwili, ukłuciem mrozu. Rozpiął nawet kurtkę, aby poczuć na piersi powiew wiatru. Wiedział, że za chwilę zapnie ją znowu i poprawi nawet szalik, ale na razie chciał poczuć, że wokół jest atmosfera. Na statku nigdy się tego nie czuło.

Bliss ciasno owinęła się w kurtkę i naciągnęła czapkę na uszy. Ręce schowała w rękawiczkach. Wyglądała jak obraz nieszczęścia i wydawało się, że zaraz się rozpłacze.

— To zły świat — mruknęła. — Nie lubi nas i dlatego nas tak wita.

— Nic podobnego, Bliss — powiedział z przekonaniem Pelorat. — Jestem pewien, że miejscowi lubią ten świat i że on… no, tego… lubi ich, jeśli chcesz to ująć w ten sposób. Zaraz znajdziemy się w jakimś pomieszczeniu, a tam będzie ciepło.

Jak gdyby po namyśle okrył ją połą swej kurtki. Przytuliła się do niego.

Trevize starał się nie zwracać uwagi na temperaturę. Dostał od zarządu portu namagnetyzowaną kartę i zaraz sprawdził na komputerze kieszonkowym, czy są tam wszystkie niezbędne szczegóły numer pasa i stanowisko, nazwa statku i numer silnika, i tak dalej. Raz jeszcze sprawdził statek, żeby się upewnić, czy jest dobrze zamknięty i podjął wszelkie środki ostrożności, aby zabezpieczyć go przed niepożądanymi gośćmi (zbytecznie zresztą, gdyż — biorąc pod uwagę prawdopodobny poziom techniki comporellońskiej — statkowi nic nie groziło, a gdyby groziło, to i tak żadne odszkodowanie nie zrekompensowałoby jego utraty).

Trevize znalazł postój taksówek tam, gdzie powinien był być (wiele urządzeń w portach kosmicznych było znormalizowanych pod względem wyglądu, sposobu korzystania i umiejscowienia, co było zrozumiałe, zważywszy, że korzystała z nich wieloświatowa klientela).

Przywołał taksówkę. Kierowcy powiedział krótko: „Do miasta”.

Taksówka miała diamagnetyczne płozy. Podjechała do nich i zatrzymała się, spychana nieco wiatrem, drgając lekko skutkiem wibracji spowodowanych niezbyt cichą pracą silnika. Miała ciemnoszary kolor, a na tylnych drzwiach emblemat. Taksówkarz był ubrany w ciemną kurtkę i białą futrzaną czapkę.

Pelorat, spostrzegłszy to, powiedział cicho:

— Wydaje się, że gustują tu w czerni i bieli.

— W samym mieście mogą być żywsze kolory powiedział Trevize.

Kierowca spytał przez mały mikrofon, być może po to, aby nie otwierać okna:

— Do miasta?

Mówił z lekkim zaśpiewem. Miało to pewien urok, a przy tym nietrudno było go zrozumieć, co powitali z ulgą na obcym świecie.

— Tak — odparł Trevize i otworzyły się tylne drzwi pojazdu.

Najpierw weszła Bliss, potem Pelorat, a na końcu Trevize. Drzwi same zamknęły się za nimi i owionęło ich ciepłe powietrze.

Bliss roztarła dłonie i z ulgą westchnęła.

Taksówka wolno ruszyła.

— Statek, którym przylecieliście, ma napęd grawitacyjny, tak? — spytał kierowca.

— Biorąc pod uwagę sposób, w jaki lądował, chyba nie ma pan co do tego wątpliwości? — odparł sucho Trevize.

— A więc jest z Terminusa? — pytał dalej taksówkarz.

— A zna pan inny świat, gdzie by mogli zbudować taki statek? — powiedział Trevize.

Kierowca umilkł, jakby przetrawiał odpowiedź, a tymczasem taksówka nabierała prędkości. W końcu spytał:

— Zawsze odpowiada pan pytaniem na pytanie?

Trevize nie mógł się powstrzymać.

— A dlaczego nie?

— W takim razie jak by pan odpowiedział, gdybym spytał, czy nazywa się pan Golan Trevize?

— Odpowiedziałbym: „Dlaczego pan pyta?”

Taksówka zatrzymała się przy wyjeździe z portu, a kierowca powiedział:

— Z ciekawości. Pytam ponownie: pan jest Golanem Trevize?

— A co to pana obchodzi? — odparł wrogo Trevize.

— Drogi przyjacielu — rzekł na to taksówkarz. — Nie ruszymy się stąd, dopóki nie odpowie pan na to pytanie. I jeśli za dwie sekundy nie usłyszę jasnej odpowiedzi — tak lub nie — to wyłączam ogrzewanie w kabinie pasażerskiej i potem możemy poczekać. Czy pan jest Golanem Trevize, radnym z Terminusa? Jeśli odpowie pan przecząco, to będzie pan musiał pokazać mi swoje papiery.

— Tak, jestem Golan Trevize — powiedział Trevize — i jako radny z Fundacji oczekuję traktowania należnego memu stanowisku. Jeśli mi pan w czymś uchybi, to wpakuje się pan w niezłe tarapaty. No i co teraz?

— Teraz możemy porozmawiać nieco swobodniej. — Taksówka znowu ruszyła. — Starannie dobieram pasażerów i spodziewałem się podwieźć tylko dwóch mężczyzn. Obecność tej kobiety była dla mnie niespodzianką, więc pomyślałem, że mogłem się pomylić. Ale skoro już was mam, to sami wyjaśnicie na miejscu, skąd się ona wzięła.

— Nie wie pan, do jakiego miejsca jedziemy.

— Tak się składa, że wiem. Jedziecie do Ministerstwa Komunikacji.

— To nie jest miejsce, gdzie chcę jechać.

— To nie ma absolutnie żadnego znaczenia, panie radny. Gdybym był taksówkarzem, to zawiózł bym pana, gdzie pan chce. Ponieważ nim nie jestem, zawiozę was tam, gdzie ja chcę.

— Przepraszam — rzekł Pelorat, pochylając się do przodu — ale pan wygląda na taksówkarza. Prowadzi pan taksówkę.

— Każdy może prowadzić taksówkę, ale nie każdy ma zezwolenie. I nie każdy samochód, który wygląda jak taksówka, jest taksówką.

— Skończmy tę zabawę — powiedział Trevize. — Kim pan jest i co pan wyrabia? Niech pan pamięta, że odpowie pan za to przed Fundacją.

— Ja na pewno nie — odparł kierowca. — Może moi przełożeni. Jestem agentem comporellońskiej służby bezpieczeństwa. Mam rozkaz traktować pana z szacunkiem należnym panu z racji stanowiska, ale musi pan jechać tam, gdzie pana wiozę. I niech pan uważa na swoje reakcje, bo ten pojazd jest uzbrojony, a ja mam rozkaz bronić się w razie ataku.


16

<p>16</p>

Samochód, osiągnąwszy normalną dla taksówki szybkość, jechał dalej gładko i bez zatrzymywania się, a Trevize siedział w milczeniu, jak skamieniały. Wiedział bez patrzenia, że Pelorat spogląda co chwila na niego z wyrazem niepewności na twarzy, jakby pytał: „I co teraz zrobimy? No, powiedz”.

Bliss, jak przekonał się zerknąwszy na nią, siedziała spokojnie, najwyraźniej wcale nie przejmując się sytuacją. No jasne, przecież była całym światem. Cała Gaja, choć odległa w przestrzeni, znajdowała się w jej ciele. W razie prawdziwego niebezpieczeństwa miała się czym bronić.

Ale o co tu chodziło?

Widocznie ten funkcjonariusz ze stacji granicznej przesłał zwykły sh~żbowy raport, nie wspominając w nim o Bliss, i raport ten wzbudził zainteresowanie służby bezpieczeństwa i przede wszystkim Ministerstwa Komunikacji. Dlaczego?

Czasy były pokojowe. Trevize nic nie wiedział o żadnym napięciu w stosunkach Terminusa z Comporellonem. W końcu sam był członkiem władz Fundacji…

Zaraz, przecież sam powiedział temu funkcjonariuszowi na stacji granicznej — nazywał się chyba Kendray — że przybywa tu, aby spotkać się w ważnej sprawie z rządem Comporellona. Powiedział to z naciskiem, chcąc skłonić Kendraya, aby ich przepuścił. Kendray musiał o tym wspomnieć w swoim raporcie i to właśnie wzbudziło zainteresowanie rządu.

Nie przewidział, a powinien był przewidzieć.

No i co teraz z tym jego rzekomym darem podejmowania słusznych decyzji? Czyżby zaczynał wierzyć, że jest — jak myślała albo tylko mówiła, że tak myśli, Gaja — czarną skrzynką:? Czyżby to nadmierna pewność siebie, oparta na przesądzie, wpędziła go w te tarapaty?

Jak mógł dać się wciągnąć w to szaleństwo? Czy nigdy się nie pomylił? Czy wiedział, jaka jutro będzie pogoda? Czy udało mu się kiedyś wygrać jakąś dużą sumę na loterii? Oczywiście, że nie.

A więc nie mylił się nigdy tylko wtedy, kiedy chodziło o wielkie, dopiero tworzące się zdarzenia? Skąd mógł to wiedzieć?

Mniejsza z tym! W końcu sam fakt, że stwierdził, iż ma do załatwienia sprawę państwowej wagi… nie, powiedział, że chodzi o bezpieczeństwo Fundacji…

No dobrze, więc sam fakt, że przybywa tu w sprawie dotyczącej bezpieczeństwa Fundacji, i do tego w tajemnicy i bez uprzedzenia, na pewno obudził zainteresowanie jego osobą… No tak, ale przecież dopóki nie dowiedzieliby się o co chodzi, działaliby z największą ostrożnością. Byliby ugrzecznieni i traktowaliby go jak wysokiego dygnitarza. Na pewno nie porwaliby go i nie uciekli się do gróźb.

A przecież to właśnie zrobili. Dlaczego? Co sprawiło, że poczuli się na tyle silni i potężni, żeby w taki sposób potraktować radnego z Terminusa?

Czyżby była to sprawka Ziemi? Czyżby ta siła, która tak skutecznie trzymała w tajemnicy miejsce położenia świata, z którego pochodziła ludzkość, że nawet potężni mentaliści z Drugiej Fundacji nie mieli o nim pojęcia, teraz chciała przerwać już w pierwszym stadium jego poszukiwania? Czyżby Ziemia była wszechwiedząca? Wszechmocna?

Potrząsnął głową. To prowadziło do paranoi. Czyżby chciał o wszystko obwiniać Ziemię? Czy każde niezrozumiałe zachowanie, każdy zakręt drogi, każda niespodziewana zmiana sytuacji miały być rezultatem ukrytych machinacji Ziemi? Gdyby zaczął tak myśleć, to byłoby to równoznaczne z jego porażką.

W tym momencie poczuł, że samochód zwalnia i od razu powrócił do rzeczywistości.

Uświadomił sobie, że ani razu, nawet przelotnie, nie spojrzał na miasto, przez które przejeżdżali. Rozejrzał się teraz, trochę nerwowo. Budynki były niskie, ale planeta była zimna — prawdopodobnie większa część każdego budynku znajdowała się pod ziemią. Nie zauważył nawet śladu jakiegoś żywszego koloru i wydało mu się to sprzeczne z naturą ludzką.

Tu i ówdzie widać było jakiegoś przechodnia, solidnie opatulonego. Prawdopodobnie ludzie, tak jak budynki, w większości tkwili pod ziemią.

Taksówka zatrzymała się przed niskim, długim budynkiem, usytuowanym w zagłębieniu, którego dna Trevize nie mógł dostrzec. Minęło kilka minut, ale dalej tam stali. Kierowca siedział bez ruchu. Jego potężna biała czapa prawie dotykała sufitu pojazdu.

Patrząc na to, Trevize zastanawiał się przez chwilę, jak kierowcy udaje się wchodzić i wychodzić z samochodu, nie strącając przy tym czapy, a potem powiedział, ze starannie kontrolowanym gniewem, którego należało się spodziewać od potraktowanego niewłaściwie wyniosłego dygnitarza:

— No, i co dalej, kierowco?

Comporellońska wersja błyszczącej przegrody utworzonej przez pole siłowe między kabiną kierowcy i kabiną pasażerską nie była bynajmniej prymitywna. Przepuszczała fale dźwiękowe, ale Trevize był pewien, że przedmioty materialne o dużej energii nie mogłyby przez nią przeniknąć.

— Ktoś po was przyjdzie. Niech pan usiądzie wygodniej i spokojnie czeka — odpowiedział kierowca.

Zaledwie to powiedział, gdy z zagłębienia, w którym znajdował się budynek, wyłoniły się trzy głowy, a za nimi powoli i płynnie zaczęli się wyłaniać ich właściciele. Najwidoczniej korzystali z czegoś w rodzaju ruchomych schodów, ale z miejsca, gdzie siedział, Trevize nie mógł dostrzec żadnych detali tego urządzenia.

Kiedy podeszła do nich ta trójka, otworzyły się drzwi od kabiny pasażerskiej i do wnętrza wtargnęła fala zimna.

Trevize wysiadł, zapiąwszy kurtkę aż po szyj. Za nim wyszli jego towarzysze, Bliss z wyrażną niechęcią. Comporellianie wyglądali prawie karykaturalnie, gdyż ich ubrania — prawdopodobnie elektrycznie ogrzewane — wydymały się jak balony, zniekształcając ich sylwetki. Trevize stwierdził to z pogardliwą wyższością. Na Terminusie takie rzeczy były raczej niepotrzebne. Kiedy jeden jedyny raz, spędzając zimę na pobliskim Anakreonie, wypożyczył ogrzewaną kurtkę, przekonał się, że nagrzewa się ona bardzo powoli, tak że zanim zorientował się, że za bardzo się nagrzała, zdążył się już nieźle spocić.

Kiedy podeszli bliżej, Trevize zauważył z oburzeniem, że cala trójka była uzbrojona. Nawet nie starali się tego ukryć. Przeciwnie — każdy miał miotacz w kaburze przytroczonej do pasa na kurtce.

Jeden z nich podszedł do Trevizego, mruknął: „Pozwoli pan, panie radny” i bezceremonialnie rozpiął jego kurtkę, po czym szybko przesuwał dłońmi po plecach, piersiach, bokach i udach Trevizego. Potem obmacał kurtkę i potrząsnął nią. Trevize był tak zaskoczony, że kiedy zorientował się, że został szybko i dokładnie przeszukany, było już po wszystkim.

Pelorat, z opuszczoną w dół brodą i skrzywioną miną, znosił to samo upokorzenie ze strony drugiego Comporellianina.

Trzeci podszedł do Bliss, ale ta nie czekała, aż zacznie ją obmacywać. Ona przynajmniej jakoś zorientowała się, czego może się spodziewać, gdyż zrzuciła kurtkę i przez chwilę stała tam w swym cienkim ubraniu, wystawiona na lodowate podmuchy wiatru. Powiedziała tonem równie lodowatym jak ten wiatr:

— Widzi pan, że nie mam broni.

Rzeczywiście, każdy mógł to dostrzec. Comporelianin potrząsnął kurtką, jak gdyby chciał się zorientować po jej wadze, czy nie zawiera jakiejś broni — może faktycznie byłby w stanie to stwierdzić — i odszedł.

Bliss założyła kurtkę, ciasno się nią owijając i przez chwilę Trevize podziwiał jej zachowanie. Wiedział, jak źle znosi zimno, a mimo to, stojąc tam tylko w cienkiej bluzce i spodniach, nie tylko się nie skuliła, ale nawet nie zadrżała (potem pomyślał, że nie wiadomo, czy przypadkiem — w nagłej potrzebie — nie może uzyskać ciepła od reszty Ciai).

Jeden z Comporellian skinął ręką i trójka przybyszów ruszyła za nim. Pozostali dwaj Comporellianie ustawili się z tyłu. Nieliczni przechodnie nie zwracali uwagi na ten pochód. Albo byli przyzwyczajeni do takich widoków, albo — co bardziej prawdopodobne — myśleli tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w jakimś wnętrzu.

Trevize zorientował się teraz, że to. co uważał za ruchome schody, było ruchomą rampą. Zwiozła ich ona w dół, po czym cała szóstka przeszła przez drzwi, niemal tak skomplikowane jak luk wejściowy statku kosmicznego, chociaż bez wątpienia urządzenie to miało zapobiegać wydostawaniu się na zewnątrz raczej ciepła niż powietrza.

I od razu po wejściu znaleźli się w wielkiej sali.


5. Walka o statek

17

18

19

20

21

<p>5. Walka o statek</p>
<p>17</p>

W pierwszej chwili Trevize miał wrażenie, że znalazł się w dekoracjach do hiperdramatu, a konkretnie do historycznego romansu, którego akcja rozgrywa się w czasach Imperium. Był taki specjalny zestaw dekoracji, z paroma wymiennymi elementami (z tego, co wiedział Trevize, mógł istnieć tylko w jednym egzemplarzu, z którego korzystali wszyscy producenci), który przedstawiał potężne, zajmujące całą powierzchnię planety, miasto Trantor w szczycie rozkwitu.

Były tam wielkie przestrzenie, przez które przelewał się tłum pędzących dokądś przechodniów i drogi przeznaczone dla ruchu pędzących po nich małych pojazdów.

Trevize podniósł głowę, przekonany, że ujrzy taksówki powietrzne znikające w sklepionych, ciemnych tunelach, ale tego przynajmniej elementu brakowało w obecnej scenerii. Zresztą, kiedy minęło początkowe zdumienie, stwierdził, że sala była o wiele mniejsza od tych, jakich można się było spodziewać na Trantorze. Był to tylko jeden budynek, a nie część kompleksu rozciągającego się tysiące mil w każdym kierunku.

Kolory też były inne. Hiperfilmy zawsze przedstawiały Trantor jako niesamowicie barwny, wręcz pstrokaty świat, a ubiory jego mieszkańców, jeśli faktycznie tak wyglądały, były zupełnie niepraktyczne i niefunkcjonalne. W rzeczywistości jednak wszystkie te krzykliwe barwy, falbanki, koronki i fintyluszki miały znaczenie symboliczne i podkreślały dekadencję (w czasach Trevizego była to oficjalna opinia) Imperium, a szczególnie Trantora.

Jeśli istotnie między tymi zjawiskami istniała taka zależność, to Comporellon był zupełnym przeciwieństwem dekadencji, gdyż uboga gama kolorów, na którą Pelorat zwrócił uwagę w porcie, widoczna była również w tej sali.

Ściany były w różnych odcieniach szarości, sufit biały, a ubiory ludzi w czarnej, szarej i białej tonacji. Sporadycznie można było spostrzec osoby odziane w jednolitą czerń, częściej całe ubrane na szaro, ale ani jednej całej w bieli. Natomiast fasony ubrań były przeróżne, jak gdyby ludzie, pozbawieni możliwości swobodnego wyboru koloru, chcieli w ten sposób zaakcentować swój indywidualny gust.

Twarze były bez wyrazu albo ponure. Kobiety nosiły włosy krótko obcięte, mężczyźni dłuższe, ale zaczesane do tyłu i splecione w krótkie warkoczyki. Ludzie mijali się, nie spoglądając w ogóle na siebie. Każdy wydawał się zaaferowany, jak gdyby myślał tylko o tym, żeby załatwić jak najszybciej swoją sprawę, i o niczym więcej. Kobiety wyglądały prawie identycznie jak mężczyźni, jedynie długość włosów, szerokość bioder i lekkie wypukłości na poziomie piersi świadczyły o ich płci.

Trevizego, Pelorata i Bliss wprowadzono do windy, która zwiozła ich pięć pięter w dół. Tam kazano im wysiąść i zaprowadzono ich przed drzwi z tabliczką, na której małe białe litery na czarnym tle układały się w napis „Muza Lizalor, Min. Kom.”

Comporellianin, który szedł przodem, dotknął napisu, który po chwili zaświecił czerwonym światłem. Drzwi otworzyły się i weszli do środka.

Pokój był duży i raczej pusty. Być może wielkość pokoju, której nie ograniczało skąpe umeblowanie, miała świadczyć o władzy urzędującej w niej osoby.

Pod ścianą, naprzeciw drzwi, stało dwóch wartowników. Twarze mieli bez wyrazu, a oczy utkwione w przybyszów. Środek pokoju zajmowało potężne biurko. Za biurkiem siedział ktoś, przypuszczalnie Mitza Lizalor, o potężnym ciele, gładkiej twarzy i ciemnych oczach. Na blacie biurka spoczywały silne ręce o długich, kwadratowo zakończonych palcach.

MinKom (Minister Komunikacji, jak domyślił się Trevize) ubrany był w ciemnopopielaty żakiet o szerokich, oślepiająco białych klapach. Pod klapami biegły ukośnie, krzyżujące się na piersi dwa białe pasy. Trevize zauważył, że aczkolwiek żakiet skrojony był tak, aby zamaskować piersi, to białe X zwracało na nie uwagę.

Minister był bez wątpienia kobietą. Nawet jeśli pominąć jej wydatny biust, wskazywały na to krótko obcięte włosy i chociaż nie miała makijażu, rysy jej twarzy też dobitnie o tym świadczyły.

Również głos, głęboki kontralt, należał niewątpliwie do kobiety.

— Dzień dobry — powiedziała. — Nieczęsto mamy zaszczyt przyjmować tu gości z Terminusa… A także nie zapowiedziane przez stacje graniczne kobiety. — Przenosiła wzrok z jednego na drugiego, aż wreszcie zatrzymała spojrzenie na Trevizem, który stał sztywno wyprostowany, ze zmarszczonym czołem. — Jak również członków Rady.

— Jestem radnym z Fundacji — powiedział Trevize, starając się, aby jego głos zabrzmiał jak najsilniej. — Radny Golan Trevize w misji specjalnej.

— W misji specjalnej? — minister uniosła brwi.

— W misji specjalnej — powtórzył Trevize. Dlaczego zostaliśmy potraktowani jak przestępcy? Dlaczego zostaliśmy zatrzymani przez uzbrojonych agentów i przyprowadzeni tu jak więźniowie? Rada Fundacji nie będzie zadowolona, kiedy się o tym dowie. Mam nadzieję, że pani rozumie.

— A poza tym — powiedziała Bliss głosem, który w porównaniu z głosem pani minister zabrzmiał dość piskliwie — czy mamy tu tak stać bez końca?

Minister przez dłuższą chwilę przypatrywała się chłodno Bliss, a potem podniosła rękę i powiedziała:

— Trzy krzesła! Natychmiast!

Otworzyły się drzwi i wbiegło truchcikiem, niosąc trzy krzesła, trzech Comporellian ubranych według miejscowej, ponurej mody.

— No — powiedziała minister z lodowatym uśmiechem — teraz lepiej?

Trevize bynajmniej tak nie uważał. Krzesła były bez poduszek, zimne w dotyku, o płaskim siedzeniu i oparciu, zupełnie nie dostosowane do kształtu ciała. — Dlaczego się tu znaleźliśmy? — spytał.

Minister zajrzała do papierów na biurku. — Wyjaśnię to; jak tylko sprawdzę pewne fakty. Wasz statek to „Odległa Gwiazda” z Terminusa. Zgadza się, panie radny?

— Tak.

Minister podniosła głowę znad papierów.

— Zwracając się do pana, panie radny, pamiętam o pana tytule. Może zechciałby pan w zamian pamiętać o moim?

— Czy wystarczy „pani minister”? A może jest jakiś specjalny zwrot?

— Nie ma żadnego specjalnego zwrotu.

— A więc odpowiedź na pani pytanie brzmi: „Tak, pani minister”.

— Kapitanem statku jest Golan Trevize, obywatel Fundacji i członek Rady Terminusa… dokładniej — nowy radny. A pan nazywa się Trevize. Czy to wszystko zgadza się, panie radny?

— Tak, pani minister. A ponieważ jestem obywatelem Fundacji…

— Jeszcze nie skończyłam, panie radny. Niech pan poczeka ze swoimi protestami, aż skończę. Towarzyszy panu Janov Pelorat, uczony, historyk i obywatel Fundacji. To pan, nieprawdaż, profesorze Pelorat?

Pelorat nie mógł opanować lekkiego drgnięcia, kiedy minister bystro spojrzała na niego.

— Tak, sta… — zaczął, ale przerwał i poprawił się. — Tak jest, pani minister.

Minister splotła ciasno dłonie.

— W raporcie, który został mi doręczony, nie ma żadnej wzmianki o kobiecie. Czy ta kobieta należy do załogi statku?

— Tak, pani minister — odparł Trevize.

— A więc zwrócę się bezpośrednio do niej. Pani nazwisko?

— Zazwyczaj mówią do mnie Bliss — powiedziała Bliss, siedząc sztywno wyprostowana i mówiąc wyraźnie i spokojnie — chociaż moje pełne nazwisko jest dłuższe. Chce je pani znać całe, pani minister?

— Na razie wystarczy mi Bliss. Czy jest pani obywatelką Fundacji?

— Nie, pani minister.

— A więc jakiego świata jest pani obywatelką, Bliss?

— Nie mam dokumentów stwierdzających obywatelstwo jakiegokolwiek świata, pani minister.

— Nie ma pani żadnych papierów, Bliss? — Zrobiła jakiś znak na papierach leżących przed nią. Ten fakt został odnotowany. Co pani robi na pokładzie tego statku?

— Jestem jego pasażerką, pani minister.

— Czy radny Trevize albo profesor Pelorat chcieli zobaczyć pani papiery, zanim weszła pani na statek?

— Nie, pani minister.

— Czy poinformowała ich pani, że nie ma papierów?

— Nie, pani minister.

— A jaką funkcję spełnia pani na pokładzie tego statku, Bliss? Czy pani imię wskazuje na pani funkcję?

— Jestem pasażerką i nie mam żadnych innych funkcji — odparła dumnie Bliss.

— Dlaczego pani dręczy tę kobietę, pani minister? Czy złamała jakieś prawo?

Spojrzenie minister Lizalor przeniosło się z Bliss na Trevizego.

— Jest pan obcoświatowcem, panie radny, i nie zna pan naszych praw — powiedziała. — Mimo to jeśli znajdzie się pan tutaj, to pan też im podlega. Nie sprowadza pan waszych praw ze sobą. Jest to, jak sądzę, generalna zasada prawa galaktycznego.

— Oczywiście, pani minister, ale to nie wyjaśnia, które z waszych praw ona złamała.

— Panie radny, w całej Galaktyce obowiązuje zasada, że podróżny ze świata leżącego poza granicami przestrzeni należącej do świata, który akurat odwiedza, musi mieć przy sobie dokumenty stwierdzające jego tożsamość. Wiele światów, którym zależy na turystyce albo niezbyt zależy na porządku prawnym, nie bardzo dba o przestrzeganie tej zasady. Ale tu, na Comporellonie, dbamy o to. Jesteśmy światem prawa i surowo go przestrzegamy. Ta kobieta jest bezświatowcem i, jako taka, łamie nasze prawo.

— Nie miała w tym względzie wyboru — powiedział Trevize. — To ja prowadziłem ten statek i ja przywiozłem ją na Comporellon. Musiała lecieć z nami. A może sugeruje pani, pani minister, że powinna zażądać, żebyśmy ją wysadzili w szczerej przestrzeni?

— To znaczy tylko tyle, panie radny, że to pan złamał nasze prawo.

— Nie, pani minister. Nie jestem obcoświatowcem. Jestem obywatelem Fundacji, a Comporellon, wraz z podległymi mu światami, jest państwem stowarzyszonym z Fundacją. Jako obywatel Fundacji, mam tu swobodny wstęp.

— Oczywiście, panie radny, ale pod warunkiem, że ma pan dokumenty stwierdzające, że jest pan naprawdę obywatelem Fundacji.

— Mam takie dokumenty, pani minister.

— Ale nawet będąc obywatelem, nie ma pan prawa łamać naszych praw, przywożąc ze sobą bezświatowca.

Trevize wahał się chwilę. Najwidoczniej ten Kendray nie dotrzymał słowa, więc nie było sensu chronić go.

— Nie zatrzymano nas na stacji granicznej powiedział — więc potraktowałem to jako pośrednią zgodę na zabranie ze sobą tej kobiety tutaj, pani minister.

— To prawda, panie radny, że was nie zatrzymano. Prawda też, że służby graniczne nie zameldowały o tej kobiecie i że ją przepuszczono. Podejrzewam jednak, że funkcjonariusze na stacji granicznej zdecydowali — i bardzo słusznie — że lepiej będzie sprowadzić wasz statek na naszą planetę niż martwić się, co począć z jakimś bezświatowcem. Było to, prawdę mówiąc, naruszenie przepisów i sprawa ta zostanie odpowiednio potraktowana, ale nie mam żadnych wątpliwości, że w tym akurat przypadku naruszenie przepisów zostanie usprawiedliwione. Mamy tu surowe prawo, panie radny, ale nasza surowość nie przekracza granic rozsądku.

— A więc — podchwycił natychmiast Trevize apeluję do pani rozsądku, pani minister, i proszę o mniejszą surowość w tej sprawie. Jeśli faktycznie nie otrzymała pani ze stacji granicznej informacji o tym, że na pokładzie naszego statku znajduje się osoba bezświatowa, to w chwili kiedy lądowaliśmy, nie miała pani pojęcia o tym, że łamiemy prawo. Mimo to jest zupełnie oczywiste, że była pani przygotowana na to, żeby jak tylko wylądujemy, zatrzymać nas i w istocie zrobiła to pani. Dlaczego, skoro nie miała pani żadnego powodu, aby przypuszczać, że zostało złamane jakieś wasze prawo?

Minister uśmiechnęła się.

— Rozumiem pana zdziwienie, panie radny. Otóż zapewniam pana, że fakt, czy wiedziałam coś czy nie o tym, że ma pan na pokładzie osobę bezświatową, nie miał absolutnie nic wspólnego z zatrzymaniem pana. Został pan przez nas zatrzymany w imieniu Fundacji, z którą — jak sam pan stwierdził — jesteśmy światem stowarzyszonym.

Trevize wytrzeszczył na nią oczy.

— Ależ to niemożliwe, pani minister! Gorzej nawet — to absurdalne.

Minister roześmiała się dźwięcznie.

— To ciekawe, że uważa pan to raczej za absurdalne niż niemożliwe. Zgadzam się z panem w tym względzie. Jednak, na pana nieszczęście, nie jest to ani niemożliwe, ani absurdalne. Dlaczego niby miałoby to być absurdalne?

— Dlatego, że jestem członkiem rządu Fundacji wysłanym w misji specjalnej i jest zupełnie nie do pomyślenia, żeby chcieli mnie aresztować, a nawet żeby w ogóle mieli do tego prawo. Mam przecież immunitet poselski.

— No i proszę, pominął pan mój tytuł, ale jest pan głęboko poruszony i myślę, że w tej sytuacji można to panu wybaczyć. Wracając do rzeczy nie proszono mnie bynajmniej, żebym pana aresztowała. Kazałam pana zatrzymać tylko po to, żebym mogła zrobić to, o co mnie proszono, panie radny.

— To znaczy, co? — spytał Trevize, starając się zapanować nad emocjami w obliczu tej potężnej kobiety.

— To znaczy zarekwirować panu statek, panie radny, i zwrócić go Fundacji.

— Co takiego?

— Znowu zapomina pan o moim tytule, panie radny. To bardzo nieuprzejmie z pana strony i bynajmniej nie przemawia na pana korzyść. Przypuszczam, że ten statek nie jest pana własnością. Pan go zaprojektował, zbudował albo kupił?

— Oczywiście, że nie, pani minister. Został mi przydzielony przez rząd Fundacji.

— A więc przypuszczalnie rząd Fundacji ma prawo unieważnić swoją wcześniejszą decyzję, panie radny. Myślę, że to kosztowny statek.

Trevize nic nie odpowiedział.

— To statek o napędzie grawitacyjnym, panie radny — podjęła na nowo minister. — Nie może być ich zbyt wiele i Fundacja też na pewno ma zaledwie kilka. Może zdoła pan ich przekonać, żeby przydzielili panu inny, mniej kosztowny statek, który będzie odpowiedni dla pana misji… Tak czy inaczej musimy dostać ten statek, którym pan przyleciał.

— Niestety, pani minister, nie mogę go oddać. Nie wierzę, żeby Fundacja prosiła panią o to.

Minister uśmiechnęła się.

— Nie mnie osobiście. I nie tylko nasz rząd. Mamy powody, aby przypuszczać, że prośbę tę przekazano rządom wszystkich światów należących do Fundacji i stowarzyszonych z nią. Z tego wnoszę, że Fundacja nie zna pana planów i energicznie pana poszukuje. A z tego z kolei, że nie ma do spełnienia na Comporellonie żadnej misji zleconej panu przez Fundację, gdyż w takim przypadku jej rząd wiedziałby, gdzie się pan znajduje, i zwróciłby się wprost do nas. Krótko mówiąc, panie radny, kłamie pan.

— Chciałbym zobaczyć kopię prośby, którą otrzymaliście od rządu Fundacji — powiedział z pewnym trudem Trevize. — Myślę, pani minister, że mam do tego prawo.

— Oczywiście. Jeśli rozpoczniemy w tej sprawie postępowanie prawne. Traktujemy procedurę prawną bardzo poważnie i mogę pana zapewnić, panie radny, że pana prawa zostaną uszanowane. Byłoby jednak lepiej i znacznie prościej, gdybyśmy doszli do porozumienia już teraz, bez rozgłosu i bez zwłoki, którą musi pociągnąć za sobą postępowanie prawne. Wolelibyśmy załatwić to nieoficjalnie. Jestem pewna, że wolałaby też Fundacja, która chyba nie życzy sobie, by cała Galaktyka dowiedziała się o zbiegłym radnym. Postawiłoby to Fundację w absurdalnej sytuacji, co nie tylko pana, ale i moim zdaniem byłoby gorsze, niż gdyby okazało się to niemożliwe.

Trevize znowu nic nie odpowiedział.

Minister odczekała chwilę, a potem podjęła na nowo z niewzruszonym spokojem:

— No, panie radny, tak czy inaczej, oficjalnie czy nieoficjalnie, chcemy dostać ten statek. To, czy poniesie pan karę za sprowadzenie tu ze sobą bezświatowca, czy nie, będzie zależało od tego, który sposób postępowania przyjmiemy. Jeśli będzie pan się domagał oficjalnej rozprawy, to będzie to dodatkowy punkt oskarżenia i w takim przypadku wszyscy poniesiecie karę, a zapewniam pana, że nie będzie to kara łagodna. Jeśli natomiast dojdziemy do porozumienia, to pańska pasażerka będzie mogła odlecieć statkiem handlowym, dokąd będzie chciała. Skoro już o tym mowa, to panowie, jeśli będziecie chcieli, możecie odlecieć razem z nią. Albo jeśli Fundacja będzie sobie tego życzyła, możemy wam dać któryś z naszych statków, w doskonałym stanie, pod warunkiem, oczywiście, że Fundacja da nam w zamian taki sam. Albo jeśli z jakichś powodów nie chcecie wracać na terytorium Fundacji, możemy wam udzielić azylu, a nawet, być może, nadać obywatelstwo comporellońskie. Jak pan widzi, może pan wiele zyskać, jeśli dojdziemy do porozumienia, ale jeśli będzie pan się upierał, żeby nadać sprawie bieg oficjalny, to nie będzie pan miał żadnej możliwości wyboru.

— Za daleko się pani zapędziła, pani minister. Składa pani obietnice, których nie będzie pani mogła dotrzymać. Nie możecie mi przyznać azylu, jeśli Fundacja żąda, abyście mnie jej wydali.

— Nigdy nie składam obietnic, których nie mogę dotrzymać, panie radny. Fundacja żąda tylko statku. Nie zgłaszają żadnego żądania ani co do pana ani kogokolwiek innego na statku. Interesuje ich tylko statek.

Trevize zerknął szybko na Bliss i spytał:

— Pani minister, czy pozwoli mi pani naradzić się szybko z profesorem Peloratem i panną Bliss?

— Oczywiście, panie radny. Ma pan na to piętnaście minut.

— Na osobności, pani minister.

— Zostaniecie zaprowadzeni do osobnego pokoju, panie radny. Nikt nie będzie wam przeszkadzał ani próbował podsłuchiwać waszej rozmowy. Ma pan na to moje słowo, a ja zawsze dotrzymuję słowa. Niemniej jednak będziecie pilnowani, więc radzę nie robić głupstw i nie próbować ucieczki.

— Rozumiemy, pani minister.

— Spodziewam się, że kiedy wrócicie, wyrazi pan zgodę na moją propozycję. W przeciwnym razie wszczynamy postępowanie prawne, a to skończy się dla was znacznie gorzej. Rozumiemy się, panie radny?

— Rozumiemy się, pani minister — odparł Trevize powstrzymując gniew, gdyż wybuch nie przyniósłby mu nic dobrego.

<p>18</p>

Pokój był mały, ale dobrze oświetlony. Stała w nim kanapa i dwa krzesła i słychać było lekki szum pracującego wentylatora. Ogólnie biorąc, był bardziej przytulny niż ogromny i sterylny gabinet ministra.

Przyprowadził ich tam potężny i ponury strażnik, który przez całą drogę trzymał rękę koło kolby miotacza. Kiedy weszli, został na korytarzu i powiedział:

— Macie piętnaście minut.

Zaledwie to powiedział, gdy z głuchym trzaskiem zamknęły się drzwi.

— No cóż, mogę tylko mieć nadzieję, że nas nie podsłuchują — powiedział Trevize.

— Dała nam na to swoje słowo, Golan — rzekł Pelorat.

— Nie sądź innych po sobie, Janov. Mnie jej słowo nie wystarczy. Jeśli będzie chciała, złamie je bez wahania.

— To nieważne — powiedziała Bliss. — Mogę zabezpieczyć to miejsce przed podsłuchem.

— Masz urządzenie do ekranowania? — spytał Pelorat.

Bliss uśmiechnęła się szeroko, ukazując białe zęby.

— Umysł Gai jest sam urządzeniem do ekranowania, Pel. To niezwykły umysł.

— To, że jesteśmy tutaj — powiedział ze złością Trevize — zawdzięczamy tylko temu, że ten niezwykły umysł jest ograniczony.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytała Bliss.

— Kiedy skończyła się ta potrójna konfrontacja, wymazaliście mnie z myśli burmistrz Branno i tego Mówcy z Drugiej Fundacji, Gendibala. Oboje mieli nie myśleć już o mnie, chyba że przypadkiem i obojętnie. Miałem być zostawiony sam sobie.

— Musieliśmy to zrobić — powiedziała Bliss. Jesteś dla nas jedynym oparciem.

— Oczywiście, Golan Trevize — ten, który zawsze ma rację. Ale statku nie wymazaliście z ich myśli, prawda? Burmistrz Branno nie prosi o mnie, ja jej nie interesuję, ale o statek. O statku nie zapomniała.

Bliss zmarszczyła czoło.

— Pomyśl o tym — rzekł Trevize. — Gaja przyjęła milczące założenie, że ja i statek to jedno. Jeśli Branno nie będzie myślała o mnie, to tym samym nie będzie myślała o statku. Kłopot polega na tym, że Gaja nie ma pojęcia, co to jest indywidualność. Myślała o mnie i o statku jako o jednym organizmie i popełniła błąd.

— To zupełnie możliwe — powiedziała cicho Bliss.

— A zatem — rzekł Trevize stanowczo — to ty musisz naprawić tę pomyłkę. Muszę mieć swój statek i komputer. Nic innego się do tego nie nadaje. Postaraj się, żebym zatrzymał statek. Potrafisz sterować umysłami.

— Tak, ale nie korzystamy z tej umiejętności niefrasobliwie. Skorzystaliśmy podczas tej potrójnej konfrontacji, ale wiesz ile czasu się do tego przygotowywaliśmy? Jak długo to obliczaliśmy? Jak długo rozważaliśmy wszystkie za i przeciw? Zajęło to bez przesady — wiele lat. Nie mogę tak po prostu podejść do jakiejś kobiety i dla czyjejś wygody przestroić jej umysł.

— Czy teraz nie jest czas…

— Gdybym zaczęła to robić — nie dała mu skończyć Bliss — to kiedy byśmy się zatrzymali? Mogłam wpłynąć na umysł tego agenta na stacji granicznej i od razu by nas przepuścił. Mogłam wpłynąć na umysł tego agenta w samochodzie i pozwoliłby nam spokojnie odejść.

— No więc, skoro sama o tym wspominasz, dlaczego tego nie zrobiłaś?

— Dlatego, że nie wiemy, dokąd by to nas zaprowadziło. Nie wiemy, czy nie byłoby jakichś efektów ubocznych, które mogłyby jeszcze pogorszyć naszą sytuację. Jeśli teraz przestawię umysł tej minister, to wpłynie to na jej stosunki z innymi, a ponieważ jest członkiem rządu tego świata, może przez to wpłynąć na stosunki międzygwiezdne. Dopóki nie zbadamy dokładnie tej sprawy, nie ośmielę się nawet tknąć jej umysłu.

— No to po co jesteś nam potrzebna?

— Może się zdarzyć, że twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Muszę cię chronić za wszelką cenę, nawet za cenę życia Pela czy mego. Na stacji granicznej nic nie zagrażało twojemu życiu. Teraz też nic nie zagraża. Musisz sam zatroszczyć się o swój statek. Przynajmniej do czasu, aż Gaja obliczy wszystkie możliwe konsekwencje jakiegoś działania w tej sprawie i podejmie odpowiednie kroki.

Trevize zamyślił się. W końcu powiedział.

— W takim razie muszę spróbować coś zrobić. Może mi się nie udać.

Drzwi rozsunęły się z takim samym hałasem, z jakim się zamknęły.

— Wychodźcie — powiedział strażnik.

Kiedy wychodzili, Pelorat spytał szeptem:

— Co zamierzasz zrobić, Golan?

Trevize pokręcił głową i również szeptem odparł:

— Nie bardzo wiem. Będę musiał improwizować.

<p>19</p>

Minister Lizalor siedziała nadal za biurkiem, kiedy wrócili do jej gabinetu. Na ich widok uśmiechnęła się ponuro.

— Spodziewam się, panie radny, że wrócił pan, aby mi powiedzieć, że zwraca pan ten statek Fundacji.

— Wróciłem — powiedział spokojnie Trevize aby omówić warunki.

— Nie ma tu nic do omawiania, panie radny. Proces, jeśli będzie pan się upierał, można wszcząć bardzo szybko i zakończyć jeszcze szybciej! Zapewniam pana, że nawet zupełnie bezstronny sędzia uzna pana winnym, gdyż fakt, że sprowadził pan tu osobę bezświatową jest oczywisty i nie podlega dyskusji. Po ogłoszeniu wyroku zabierzemy panu statek w całym majestacie pigwa, a cała wasza trójka zostanie surowo ukarana. Niech pan nas do tego nie zmusza, odwlekając swoją zgodę choćby o jeden dzień.

— Niemniej jednak, pani minister, jest co omawiać, ponieważ bez względu na to jak szybko nas osądzicie, nie możecie dostać tego statku bez mojej zgody. Każda próba wdarcia się siłą na jego pokład skończy się zniszczeniem nie tylko samego statku, ale także całego portu i wszystkich znajdujących się tam osób. To z pewnością rozwścieczy Fundację, więc nie ośmielicie się tego zrobić. Grożenie nam czy złe traktowanie byłoby na pewno sprzeczne z waszym prawem, a gdybyście z desperacji złamali wasze własne prawo i poddali nas torturom albo umieścili choćby na krótki czas w jakimś ciężkim więzieniu po to, aby wymóc na mnie oddanie statku, to Fundacja dowiedziałaby się o tym i byłaby jeszcze bardziej wściekła. Choćby nie wiem jak zależało im na tym statku, to nie mogą pozwolić, żeby gdzieś potraktowano źle obywateli Fundacji, gdyż stworzyłoby to niebezpieczny precedens… A więc omówimy warunki?

— To brednie — powiedziała minister, patrząc na niego ze złością. — Jeśli będzie trzeba, to wezwiemy tu samą Fundację. Oni będą wiedzieli, jak otworzyć swój statek, albo zmuszą pana, żeby pan go otworzył.

— Pominęła pani mój tytuł, pani minister, ale jest pani głęboko poruszona i myślę, że w tej sytuacji można to pani wybaczyć. Wie pani równie dobrze jak ja, że wezwanie Fundacji byłoby ostatnią rzeczą, którą by pani zrobiła, bo nie ma pani najmniejszego zamiaru oddawać im tego statku.

Uśmiech zniknął z twarzy pani minister.

— Co za bzdury pan opowiada, panie radny?

— Bzdury, których być może nie powinni słuchać inni. Pani minister, niech pani pozwoli memu przyjacielowi i tej kobiecie udać się do jakiegoś dobrego hotelu i skorzystać z odpoczynku, którego tak bardzo potrzebują. Strażnicy też niech stąd wyjdą. Mogą zostać za drzwiami, a poza tym mogą pani zostawić miotacz. Nie jest pani drobną kobietką, i z miotaczem nie ma się pani czego obawiać z mojej strony. Jestem bez broni.

Minister pochyliła się ku niemu nad biurkiem.

— I bez miotacza nie mam się czego obawiać z pana strony.

Nie oglądając się za siebie, skinęła na jednego ze strażników. Podszedł natychmiast i stanął obok niej, stuknąwszy obcasami.

— Strażnik, zabrać ich — wskazała na Pelorata i na Bliss — do apartamentu numer S. Mają tam zostać. Zatroszczyć się, żeby mieli wszystko, co trzeba i dobrze ich pilnować. Jesteście odpowiedzialni za to, żeby ich dobrze traktowano i za ich pilnowanie.

Wstała i wbrew swemu niezłomnemu postanowieniu, aby zachować niewzruszony spokój, Trevize lekko drgnął. Była wysoka, mała przynajmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, jak Trevize, a może nawet centymetr więcej. Była wąska w talii, a dwa białe pasy, krzyżujące się na jej piersi i biegnące dalej wzdłuż bioder, sprawiały wrażenie, że jest jeszcze wyższa niż w istocie. Był w jej masywnej postaci pewien wdzięk. Trevize pomyślał z przygnębieniem, że w jej stwierdzeniu, iż nie ma się czego obawiać z jego strony nie było żadnej przesady. W przypadku jakiejś szamotaniny mogłaby bez kłopotu przygwoździć jego ramię do maty.

— Proszę za mną, panie radny — powiedziała. — Jeśli ma pan zamiar dalej mówić takie bzdury, to im mniej osób będzie pana słyszało, tym lepiej będzie dla pana.

Ruszyła żwawo do przodu. Trevize poszedł za nią, czując się przytłoczony jej potężną sylwetką. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mu się czuć coś takiego w obecności kobiety.

Weszli do windy. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, powiedziała:

— Jesteśmy teraz sami, panie radny, ale jeśli wydaje się panu, że może pan mnie zmusić do czegoś siłą, to radzę o tym zapomnieć. — Zaśpiew w jej głosie stał się jeszcze bardziej wyraźny, gdy dodała, z wyraźnym rozbawieniem: — Wygląda pan na dosyć silnego mężczyznę, ale zapewniam pana, że jeśli będę do tego zmuszona, złamię panu bez trudu rękę albo kark. Nie jestem uzbrojona, ale nie potrzebuję żadnej broni.

Trevize podrapał się w policzek, spoglądając na nią taksującym wzrokiem.

— Pani minister, mogę się zmierzyć z każdym mężczyzną w mojej wadze, ale pani postanowiłem oddać walkę walkowerem. Wiem, kiedy nie mam szans.

— W porządku — odparła minister z zadowoloną miną.

— Dokąd jedziemy, pani minister?

— Na dół. Na sam dół. Ale niech to pana nie przeraża. W hiperdramie zostałby pan po wyjściu z windy wrzucony do lochu, ale na Comporellonie nie mamy lochów, tylko przyzwoite więzienia. Jedziemy do moich prywatnych apartamentów. Nie są one, co prawda, tak romantyczne jak lochy w złych czasach Imperium, ale za to bardziej wygodne.

Kiedy drzwi windy rozsunęły się i wyszli, Trevize oszacował, że są przynajmniej pięćdziesiąt metrów pod powierzchnią planety.

<p>20</p>

Trevize rozejrzał się po apartamencie z nie ukrywanym zdumieniem.

— Nie podoba się panu moje mieszkanie, panie radny? — spytała cierpko minister.

— Skądże, pani minister! Jestem po prostu zaskoczony. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Niewiele zdołałem zobaczyć i usłyszeć, odkąd tu przybyłem, ale odniosłem wrażenie, że wasz świat jest raczej ascetyczny i unika niepotrzebnych luksusów.

— Faktycznie tak jest, panie radny. Nasze zasoby naturalne są ograniczone, a życie musi być surowe, gdyż taki jest tu klimat.

— No, ale to, pani minister… — Trevize zatoczył ręką łuk, pokazując pokój, gdzie po raz pierwszy na tym świecie zobaczył radośniejsze kolory i miękko wyściełane meble, gdzie ze ścian sączyło się łagodne światło, a pod stopami czuło się miękki i sprężysty dywan utworzony przez pole siłowe. — To z pewnością jest luksus.

— Unikamy, jak pan powiedział, panie radny, niepotrzebnego luksusu, luksusu na pokaz, luksusu, który jest marnotrawstwem. Ale to, co pan widzi tutaj, to luksus na użytek prywatny. Mam ciężką i bardzo odpowiedzialną pracę. Potrzebne jest mi miejsce, gdzie mogę, choćby na krótko, zapomnieć o trudach tej pracy.

— Czy wszyscy Comporellianie żyją tak, gdy nie widzą ich inni? — spytał Trevize.

— To zależy od wagi ich pracy i związanej z tym odpowiedzialności. Niewielu może sobie na to pozwolić, zasługuje na to i, dzięki naszemu kodeksowi moralnemu, chce tego.

— A pani, pani minister, może sobie na to pozwolić, zasługuje na to… i chce tego?

— Stanowisko łączy się z obowiązkami, ale i z przywilejami. A teraz niech pan usiądzie, panie radny, i powie mi o tych swoich urojeniach. — Usiadła na kanapie, której poduszki lekko ugięły się pod jej potężnym ciałem, i wskazała Trevizemu wyściełane krzesło stojące naprzeciw kanapy i niezbyt od niej oddalone.

Trevize usiadł.

— O urojeniach, pani minister? — spytał. Minister oparła się prawym łokciem o poduszkę, wyraźnie rozluźniona.

— W rozmowie prywatnej nie musimy zbyt rygorystycznie przestrzegać zasad formalnych. Może pan mi mówić „Lizalor”, a ja będę się do pana zwracała , Trevize”. Niech mi pan powie, co pan ma na myśli, i przeanalizujemy to.

Trevize założył nogę na nogę i usiadł wygodniej.

— Widzi pani, Lizalor, postawiła mnie pani przed wyborem: albo oddam statek, albo zostanę postawiony przed sądem. I w jednym, i w drugim przypadku skończyłoby się na tym, że dostalibyście mój statek… Mimo to starała się pani usilnie przekonać mnie, żebym wybrał pierwsze rozwiązanie. Chce pani w zamian za mój statek ofiarować mi inny, w którym mogę z przyjaciółmi polecieć, gdzie będę chciał. Jeżeli będziemy chcieli, to możemy nawet zostać na Comporellonie i otrzymać wasze obywatelstwo. W sprawach mniejszej wagi zgodziła się pani dać mi piętnaście minut, abym mógł się naradzić ze swoimi przyjaciółmi. Zaprosiła mnie pani nawet do swoich prywatnych apartamentów, a moich przyjaciół odesłała do jakiejś, prawdopodobnie wygodnej, kwatery. Krótko mówiąc, Lizalor, stara się pani, i to usilnie, przekupić mnie, aby dostać statek bez procesu sądowego.

— Cóż to, Trevize, nie wierzy pan, że robię to z czysto ludzkich motywów?

— Nie.

— Ani że uważam, iż dobrowolne oddanie nam statku byłoby lepszym wyjściem niż rozprawa sądowa?

— Nie! Mam inne wytłumaczenie.

— Jakie?

— Rozprawa sądowa ma jeden istotny minus — jest wydarzeniem publicznym. Napomykała pani kilkakrotnie o waszym rygorystycznym przestrzeganiu prawa i podejrzewam, że byłoby wam trudno tak przeprowadzić proces, żeby jego przebieg nie został w pełni zarejestrowany. A gdyby wszystko znalazło się w aktach, to Fundacja dowiedziałaby się o tym i musielibyście zwrócić statek zaraz po zakończeniu rozprawy.

— Oczywiście — powiedziała Lizalor z obojętną miną. — Statek jest przecież własnością Fundacji.

— Ale — kontynuował Trevize — prywatna umowa ze mną nie musiałaby być odnotowywana w żadnych aktach. Dostalibyście statek po cichu i ponieważ Fundacja nic by o tym nie wiedziała, nie wiedziałaby nawet, że tu jesteśmy, moglibyście zatrzymać statek dla siebie. Jestem pewien, że o to właśnie wam chodzi.

— A dlaczego mielibyście to robić? — Lizalor w dalszym ciągu miała obojętną minę. — Przecież należymy do Konfederacji Fundacyjnej.

— Niezupełnie. Macie status świata stowarzyszonego. Na każdej mapie Galaktyki, na której światy członkowskie Fundacji zaznaczone są czerwonym kolorem, Comporellon i światy od niego zależne mają barwę bladoróżową.

— Nawet będąc światem stowarzyszonym współdziałalibyśmy z Fundacją.

— Czyżby? Może Comporellon nie marzy o całkowitej niezależności, nawet o przywództwie? Jesteście światem o długiej historii. Prawie wszystkie światy utrzymują, że mają więcej lat niż naprawdę mają, ale Comporellon jest rzeczywiście starym światem.

Minister Lizalor pozwoliła sobie na chłodny uśmiech.

— Najstarszym, jeśli wierzyć naszym zapaleńcom.

— Czy nie było w waszych dziejach takiego okresu, kiedy Comporellon faktycznie przewodził jakiejś, stosunkowo niedużej grupie światów? Czy nie marzycie cały czas o odzyskaniu tej utraconej pozycji?

— Myśli pan, że marzymy o czymś tak nierealxiym? Powiedziałam, że to szaleństwo, zanim jeszcze wyłuszczył mi pan, co pan ma na myśli. Teraz, kiedy już wiem, co pan myśli, podtrzymuję tę opinię.

— Marzenia mogą być nierealne, ale to nie przeszkadza ich snuć. Terminus, który leży na samym skraju Galaktyki, który, ze swoją zaledwie pięćsetletnią historią, jest najmłodszym ze wszystkich światów, faktycznie rządzi Galaktyką. A dlaczego nie miałby nią rządzić Comporellon, co? — Trevize uśmiechnął się.

Lizalor była nadal poważna.

— Daje się nam do zrozumienia, że Terminus osiągnął tę pozycję dzięki Planowi Hariego Seldona.

— To jest argument natury psychologicznej i być może będzie on oddziaływał dopóty, dopóki ludzie będą w to wierzyć. Nie jest wykluczone, że rząd Comporellona już od dawna w to nie wierzy. Ale jest jeszcze argument natury technologicznej. Hegemonia Terminusa opiera się bez wątpienia na jego przewadze technologicznej. Statek o napędzie gra; witacyjnym, który tak bardzo chcecie mieć, jest i przykładem świadczącym o tej przewadze. Żaden 1 inny świat, poza Terminusem, nie dysponuje statkami grawitacyjnymi. Gdyby Comporellon zdobył taf ki statek i poznał szczegółowo jego budowę i zasady działania, to zrobiłby gigantyczny krok do przodu. Nie sądzę, żeby wam to wystarczyło do pokonania Terminusa i zajęcia jego miejsca w Galaktyce, ale wy możecie tak uważać.

— Nie mówi pan tego poważnie — powiedziała Lizalor. — Gdyby któryś rząd chciał, wbrew Fundacji, zatrzymać ten statek, to na pewno ściągnąłby na siebie jej gniew, a historia dostarcza licznych przykładów na to, że jej gniew pociąga za sobą opłakane skutki dla tego, przeciw komu się kieruje.

— Fundacja może się gniewać tylko wtedy, kiedy wie, że jest o co — powiedział Trevize.

— W takim razie, panie Trevize — zakładając, że pańska analiza sytuacji nie jest wytworem szaleństwa — czy nie byłoby z pożytkiem dla pana, gdyby oddał nam pan statek i zrobił na tym dobry interes? Dobrze byśmy panu zapłacili, gdybyśmy idę tu za pana rozumowaniem — dostali ten statek po cichu.

— Moglibyście mieć gwarancję, że nie zawiadomiłbym o tym Fundacji?

— Oczywiście. Przecież to pan dokonałby transakcji.

— Mógłbym się tłumaczyć, że działałem pod przymusem.

— Owszem. Tylko, że pan sam wie doskonale, że burmistrz Branno nie uwierzyłaby panu… No to co, zrobimy interes?

Trevize potrząsnął głową.

— Nie, pani Lizalor. Statek jest mój i musi pozostać moim. Jak już mówiłem, wybuchnie i narobi strasznych zniszczeń, jeśli spróbujecie otworzyć go siłą. Przysięgam, że mówię prawdę. Niech się pani nie łudzi, że udaję.

— Ale pan sam może go otworzyć i zmienić instrukcje dla komputera.

— Bez wątpienia, ale nie zrobię tego.

Lizalor ciężko westchnęła.

— Dobrze pan wie, że możemy zmusić pana do zmiany stanowiska… jeśli nie bezpośrednio, to poprzez to, co możemy zrobić pana przyjacielowi, profesorowi Peloratowi albo tej młodej kobiecie.

— Tortury, pani minister? To tak wygląda wasze prawo?

— Nie, panie radny. Ale nie musimy uciekać się do tak brutalnych praktyk. Zawsze jeszcze pozostaje sonda psychiczna.

Po raz pierwszy od czasu wejścia do prywatnych apartamentów minister Lizalor, Trevize poczuł, że ciarki chodzą mu po plecach.

— Tego też nie możecie zrobić. Używanie sondy psychicznej dla celów innych niż medyczne jest zakazane w całej Galaktyce.

— Ale jeśli doprowadzi nas pan do ostateczności…

— Zaryzykuję to — powiedział spokojnie Trevize — bo nic wam z tego nie przyjdzie. Jestem tak zdecydowany zachować swój statek, że sonda psychiczna prędzej zniszczy mój mózg, niż zmusi mnie do oddania go wam. — To już był zwykły bluff i skóra ścierpła mu jeszcze bardziej. — I nawet gdybyście tak umiejętnie zaaplikowali mi sondę, że mój mózg nie zostałby uszkodzony, a ja rozbroiłbym ładunek wybuchowy, otworzył statek i przekazał go wam, to i tak nic by wam z tego nie przyszło. Komputer pokładowy jest jeszcze większym osiągnięciem techniki niż sam statek i został tak zaprojektowany — nie wiem, na czym to polega — że w pełni wydajnie może pracować tylko ze mną. Można powiedzieć, że jest to komputer tylko dla jednej osoby.

— Załóżmy wobec tego, że zachowałby pan swój statek i pozostał jego pilotem. Dowodziłby pan statkiem w naszej służbie, jako zasłużony obywatel Comporellona. Wysoka pensja, życie w luksusie. Również dla pana przyjaciół. Co pan na to?

— Nic z tego.

— No to co pan wobec tego proponuje? Żebyśmy po prostu pozwolili wam wsiąść na statek i odlecieć? Ostrzegam pana, że zanim byśmy wam na to pozwolili, moglibyśmy po prostu powiadomić Fundację, że tu jesteście i zostawić im tę sprawę.

— I stracić statek?

— Jeśli już musielibyśmy go stracić, to prawdo. podobnie raczej na rzecz Fundacji niż jakiegoś bezczelnego obcoświatowca.

— Wobec tego może mi pani pozwoli przedstawić moją własną propozycję kompromisowego wyjścia…

— Kompromisowego? Dobrze, posłucham. Niech pan mówi.

— Mam ważną misję do spełnienia — zaczął ostrożnie Trevize. — Zaczynałem ją przy wsparciu Fundacji. Teraz wygląda na to, że Fundacja wycofała swoje wsparcie, ale misja jest nadal ważna. Niech mnie wesprze Comporellon, a jeśli misja zakończy się sukcesem, to Comporellon na tym skorzysta.

Lizalor miała niezdecydowaną minę. — I nie zwróci pan statku Fundacji?

— Nigdy nie miałem zamiaru tego zrobić. Zresztą Fundacja nie szukałaby go tak rozpaczliwie, gdyby się spodziewali, że zwrócę go im bez problemów.

— To jeszcze nie znaczy, że odda go pan nam.

— Kiedy spełnię swoją misję, statek może mi już nie być potrzebny. W takim przypadku nie będę miał nic przeciwko temu, żeby przejął go Comporellon.

Patrzyli na siebie przez kilka chwil w milczeniu.

— Używa pan trybu warunkowego — powiedziała w końcu Lizalor. — „Może mi już nie być potrzebny”. To nam nie daje żadnej gwarancji.

— Mógłbym obiecywać różne rzeczy, ale czy dałoby to wam jakąś gwarancję? Fakt, że jestem ostrożny i uzależniam swoją obietnicę od okoliczności, dowodzi, że jestem przynajmniej szczery.

— To inteligentne postawienie sprawy — powiedziała Lizalor, kiwając z uznaniem głową. — Podoba mi się to. A więc co to za misja i w jaki sposób mógłby na niej skorzystać Comporellon?

— O nie — powiedział Trevize — teraz pani kolej. Wesprzecie mnie, jeśli wykażę, że moja misja jest ważna dla Comporellona?

Minister Lizalor podniosła się z kanapy.

— Jestem głodna, panie radny — powiedziała i nie mogę już dłużej rozmawiać o pustym żołądku. Zaraz przygotuję coś do jedzenia i picia… skromny posiłek. Potem będziemy mogli dokończyć tę sprawę.

Kiedy to mówiła, Trevizemu wydało się, że się oblizuje jak drapieżna kotka. Zacisnął usta z lekkim zażenowaniem.

<p>21</p>

Posiłek był może pożywny, ale na pewno nie był rozkoszą dla podniebienia. Główne danie składało się z gotowanej wołowiny w musztardowym sosie, na jakiejś liściastej jarzynie, której Trevize nie mógł zidentyfikować. Nie przypadł mu też do gustu jej gorzko-słony smak. Później dowiedział się, że był to jakiś gatunek wodorostów.

Po tym daniu przyszła kolej na owoce przypominające w smaku jabłka, a trochę brzoskwinie (nie było to takie złe) i gorący, ciemny napój, który był tak gorzki, że Trevize zostawił połowę i poprosił zamiast tego o trochę zimnej wody. Wszystkie porcje były małe, ale w takiej sytuacji Trevize nie miał nic przeciwko temu.

Jedli w typowo domowej atmosferze, bez żadnych służących. Minister Lizalor własnoręcznie podgrzewała i podawała dania i sama sprzątała ze stołu.

— Mam nadzieję, że smakowało panu — powiedziała, kiedy wyszli z jadalni.

— Owszem — odparł Trevize bez entuzjazmu.

Minister wróciła na swoje miejsce na kanapie.

— Wróćmy zatem do naszej wcześniejszej rozmowy — powiedziała. — Powiedział pan, że Comporellon może żywić niechęć do Fundacji z racji jej przewagi technologicznej i panowania nad Galaktyką. W. pewnym sensie to prawda, ale ten aspekt sytuacji interesuje tylko ludzi, którzy zajmują się polityką międzygwiezdną, a takich jest stosunkowo niewielu. Bardziej istotny jest tu fakt, że przeciętnego Comporellianina przeraża niemoralność Fundacji. Niemoralność pleni się na większości światów, ale nigdzie tak bujnie jak na Terminusie. Powiedziałabym, że nieprzyjazne nastawienie do Terminusa bierze się raczej stąd niż z bardziej abstrakcyjnych przyczyn.

— Niemoralność? — spytał ze zdziwieniem Trevize. — Fundacji można wiele zarzucić, ale musi pani przyznać, że swoją częścią Galaktyki rządzi rozsądnie i umiejętnie, i prowadzi sprawiedliwą politykę podatkową. Prawa jednostki są u nas, ogólnie biorąc, szanowane…

— Panie radny, ja mówię o moralności w dziedzinie stosunków męsko-damskich.

— W takim razie zupełnie pani nie rozumiem. Pod tym względem jesteśmy wyjątkowo moralnym społeczeństwem. Kobiety są dobrze reprezentowane we wszystkich sferach życia społecznego. Mamy burmistrza kobietę, a prawie połowa Rady składa się…

Przez twarz minister Lizalor przemknął wyraz zniecierpliwienia.

— Panie radny, kpi pan sobie ze mnie czy co? Chyba rozumie pan co znaczy moralność w dziedzinie stosunków męsko-damskich. Czy małżeństwo jest na Terminusie traktowane jako sakrament czy nie?

— Co pani rozumie przez sakrament?

— Czy zawarcie związku małżeńskiego jest jakąś oficjalną ceremonią?

— Oczywiście, jeśli ludzie sobie tego życzą. Taka ceremonia upraszcza sprawy podatkowe i spadkowe.

— Ale można wziąć rozwód.

— Oczywiście. Na pewno byłoby seksualnie niemoralne zmuszać ludzi do życia ze sobą, kiedy…

— Nie ma żadnych ograniczeń narzuconych przez religię?

— Przez religię? Są u nas ludzie, którzy czerpią filozofię ze starożytnych kultów, ale co to ma wspólnego z małżeństwem?

— Panie radny, tu, na Comporellonie, wszystkie aspekty życia seksualnego są dokładnie kontrolowane. Nie ma mowy o życiu seksualnym poza małżeństwem. Zresztą nawet w małżeństwie podlega ono ograniczeniom. Jesteśmy bardzo zgorszeni tym, jak się traktuje te sprawy na innych światach, szczególnie na Terminusie, gdzie seks uważa się tylko za przyjemność i rozrywkę, każdy może się mu swobodnie oddawać kiedy, jak i z kim chce, bez żadnego szacunku dla wartości religijnych.

Trevize wzruszył ramionami.

— Bardzo mi przykro, ale nie mogę reformować Galaktyki, ani nawet Terminusa… a poza tym, co to ma wspólnego z moim statkiem?

— Przedstawiam panu opinię publiczną w sprawie pańskiego statku, żeby zrozumiał pan, jak to ogranicza moje możliwości zawarcia z panem jakiegoś kompromisu. Nasze społeczeństwo byłoby wstrząśnięte, gdyby dowiedziało się, że zabrał pan na statek młodą i atrakcyjną kobietę, żeby dogodzić żądzom swoim i swojego kompana. Właśnie z troski o bezpieczeństwo całej waszej trójki nalegałam, żeby wybrał pan dobrowolne poddanie się zamiast procesu.

— Widzę, że wykorzystała pani obiad, aby obmyślić nowy sposób perswazji przez zastraszenie powiedział Trevize. — Mam się teraz obawiać samosądu.

— Ja tylko wskazuję na niebezpieczeństwo. Może pan zaprzeczy, że zabraliście tę kobietę na pokład tylko po to, żeby zaspokoić potrzeby erotyczne?

— Oczywiście, że zaprzeczę. Bliss jest przyjaciółką profesora Pelorata. Poza nią nie ma on żadnych kobiet. Może nie zgodziłaby się pani określić ich związku mianem małżeństwa, ale jestem przekonany, że zarówno Pelorat, jak i ta kobieta tak właśnie to traktują.

— Chce pan przez to powiedzieć, że pan nie jest z nią związany?

— Oczywiście. Za kogo mnie pani bierze?

— Nie wiem. Nie znam pana poglądów na moralność.

— W takim razie proszę przyjąć do wiadomości, że moje poglądy na moralność zabraniają mi używania rzeczy należących do mego przyjaciela i nagabywania jego przyjaciółek.

— Nie czuje pan nawet żadnej pokusy?

— Na pokusy nie mam żadnego wpływu, ale na pewno im się nie poddam.

— Na pewno. A może nie interesują pana kobiety?

— Co to, to nie. Interesują.

— A od jak dawna nie miał pan kobiety?

— Od miesięcy. Od czasu odlotu z Terminusa.

— Chyba nie jest pan z tego zadowolony.

— Oczywiście, że nie — odparł stanowczo Trevize — ale w tej sytuacji nie mam wyboru.

— Pewnie pana przyjaciel, Pelorat, zgodziłby się, żeby jego przyjaciółka ulżyła pana cierpieniom.

— Nie pokazuję mu, że cierpię, a zresztą nawet gdybym to pokazywał, to on i tak nie zgodziłby się na taki układ. Ani Bliss. Ja się jej nie podobam.

— Sprawdził pan to?

— Nie sprawdziłem. Nie czuję takiej potrzeby. Zresztą nie za bardzo ją lubię.

— Zdumiewające! Mężczyźni na pewno uważają, że jest atrakcyjna.

— Na pewno wygląda atrakcyjnie. Mimo to mnie ona nie pociąga. Przede wszystkim jest za młoda, pod pewnymi względami nawet dziecinna.

— A więc woli pan kobiety dojrzałe?

Trevize nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się, czy nie kryje się w tym jakaś pułapka. W końcu powiedział ostrożnie:

— Jestem już w takim wieku, że cenię sobie niektóre dojrzałe kobiety. Ale co to ma wspólnego z moim statkiem?

— Niech pan zapomni na chwilę o statku — powiedziała Lizalor. — Mam czterdzieści sześć lat i nie jestem mężatką. Zawsze byłam za bardzo zajęta, żeby pomyśleć o małżeństwie.

— W takim wypadku musi pani, zgodnie z obowiązującymi u was zasadami, pozostać do końca życia dziewicą. To dlatego pytała mnie pani od jak dawna nie miałem kobiety? Szuka pani u mnie rady w tej kwestii?… No cóż, mogę powiedzieć tylko tyle, że seks to nie to samo, co jedzenie i picie. Można się bez niego obyć, choć to oczywiście przykre.

Minister Lizalor uśmiechnęła się i w jej oczach znowu pojawił się drapieżny błysk.

— Nie rozumie mnie pan, Trevize. Wysokie stanowisko daje pewne przywileje, a poza tym można zachować dyskrecję. Nie jestem zupełną abstynentką w sprawach seksu. Niestety, nasi mężczyźni nie są dobrzy w tych sprawach. Rozumiem, że moralność jest dobrem absolutnym, ale napełnia naszych mężczyzn poczuciem winy, skutkiem czego stają się nieśmiali i niezaradni, nie kwapią się, żeby zacząć, za to szybko kończą i w ogóle są ofermami.

— Na to też nic nie mogę poradzić — powiedział bardzo ostrożnie Trevize.

— Czyżby chciał pan przez to powiedzieć, że to może być moja wina? Że nie jestem pociągająca?

Trevize podniósł dłoń w obronnym geście.

— Nie powiedziałem nic takiego.

— W takim razie jak pan by zareagował w takiej sytuacji? Pan, mężczyzna z przeżartego niemoralnością świata, mężczyzna, który musi mieć bogate doświadczenie erotyczne, który od kilku miesięcy zmuszony jest zachowywać całkowitą abstynencję w tych sprawach, mimo iż przez cały ten czas przebywa w towarzystwie młodej i atrakcyjnej kobiety. Jak by pan zareagował, znalazłszy się w towarzystwie takiej kobiety jak ja, kobiety dojrzałej, która podobno jest w pana typie?

— Zachowałbym się z szacunkiem należnym pani z racji stanowiska — odparł Trevize.

— Niech pan nie będzie głupcem! — powiedziała minister. Jej ręka powędrowała do prawego boku. Biały pas, który otaczał jej talię, zwisł luźno i odwinął się. Górna część jej czarnego stroju zaczęła się powoli zsuwać.

Trevize siedział jak skamieniały. To o to jej chodziło… Ciekawe od jak dawna. A może chciała w ten sposób osiągnąć to, czego nie udało się jej osiągnąć groźbami?

Żakiet opadł, a wraz z nim sztywny stanik. Minister siedziała naga od pasa w górę, z wyrazem dumnego lekceważenia na twarzy. Jej piersi pasowały do jej całej postaci — były masywne, jędrne i imponujące.

— No i co? — powiedziała.

— Wspaniałe! — odparł zupełnie szczerze Trevize.

— No i co pan teraz ma zamiar zrobić?

— A co nakazują w takiej sytuacji wasze zasady moralne, pani Lizalor?

— A jakie to ma znaczenie dla mężczyzny z Terminusa? Co nakazują w takiej sytuacji wasze zasady moralne?… No, szybciej. Mam zimne piersi i chcę je rozgrzać.

Trevize wstał i zaczął się rozbierać.


17

<p>17</p>

W pierwszej chwili Trevize miał wrażenie, że znalazł się w dekoracjach do hiperdramatu, a konkretnie do historycznego romansu, którego akcja rozgrywa się w czasach Imperium. Był taki specjalny zestaw dekoracji, z paroma wymiennymi elementami (z tego, co wiedział Trevize, mógł istnieć tylko w jednym egzemplarzu, z którego korzystali wszyscy producenci), który przedstawiał potężne, zajmujące całą powierzchnię planety, miasto Trantor w szczycie rozkwitu.

Były tam wielkie przestrzenie, przez które przelewał się tłum pędzących dokądś przechodniów i drogi przeznaczone dla ruchu pędzących po nich małych pojazdów.

Trevize podniósł głowę, przekonany, że ujrzy taksówki powietrzne znikające w sklepionych, ciemnych tunelach, ale tego przynajmniej elementu brakowało w obecnej scenerii. Zresztą, kiedy minęło początkowe zdumienie, stwierdził, że sala była o wiele mniejsza od tych, jakich można się było spodziewać na Trantorze. Był to tylko jeden budynek, a nie część kompleksu rozciągającego się tysiące mil w każdym kierunku.

Kolory też były inne. Hiperfilmy zawsze przedstawiały Trantor jako niesamowicie barwny, wręcz pstrokaty świat, a ubiory jego mieszkańców, jeśli faktycznie tak wyglądały, były zupełnie niepraktyczne i niefunkcjonalne. W rzeczywistości jednak wszystkie te krzykliwe barwy, falbanki, koronki i fintyluszki miały znaczenie symboliczne i podkreślały dekadencję (w czasach Trevizego była to oficjalna opinia) Imperium, a szczególnie Trantora.

Jeśli istotnie między tymi zjawiskami istniała taka zależność, to Comporellon był zupełnym przeciwieństwem dekadencji, gdyż uboga gama kolorów, na którą Pelorat zwrócił uwagę w porcie, widoczna była również w tej sali.

Ściany były w różnych odcieniach szarości, sufit biały, a ubiory ludzi w czarnej, szarej i białej tonacji. Sporadycznie można było spostrzec osoby odziane w jednolitą czerń, częściej całe ubrane na szaro, ale ani jednej całej w bieli. Natomiast fasony ubrań były przeróżne, jak gdyby ludzie, pozbawieni możliwości swobodnego wyboru koloru, chcieli w ten sposób zaakcentować swój indywidualny gust.

Twarze były bez wyrazu albo ponure. Kobiety nosiły włosy krótko obcięte, mężczyźni dłuższe, ale zaczesane do tyłu i splecione w krótkie warkoczyki. Ludzie mijali się, nie spoglądając w ogóle na siebie. Każdy wydawał się zaaferowany, jak gdyby myślał tylko o tym, żeby załatwić jak najszybciej swoją sprawę, i o niczym więcej. Kobiety wyglądały prawie identycznie jak mężczyźni, jedynie długość włosów, szerokość bioder i lekkie wypukłości na poziomie piersi świadczyły o ich płci.

Trevizego, Pelorata i Bliss wprowadzono do windy, która zwiozła ich pięć pięter w dół. Tam kazano im wysiąść i zaprowadzono ich przed drzwi z tabliczką, na której małe białe litery na czarnym tle układały się w napis „Muza Lizalor, Min. Kom.”

Comporellianin, który szedł przodem, dotknął napisu, który po chwili zaświecił czerwonym światłem. Drzwi otworzyły się i weszli do środka.

Pokój był duży i raczej pusty. Być może wielkość pokoju, której nie ograniczało skąpe umeblowanie, miała świadczyć o władzy urzędującej w niej osoby.

Pod ścianą, naprzeciw drzwi, stało dwóch wartowników. Twarze mieli bez wyrazu, a oczy utkwione w przybyszów. Środek pokoju zajmowało potężne biurko. Za biurkiem siedział ktoś, przypuszczalnie Mitza Lizalor, o potężnym ciele, gładkiej twarzy i ciemnych oczach. Na blacie biurka spoczywały silne ręce o długich, kwadratowo zakończonych palcach.

MinKom (Minister Komunikacji, jak domyślił się Trevize) ubrany był w ciemnopopielaty żakiet o szerokich, oślepiająco białych klapach. Pod klapami biegły ukośnie, krzyżujące się na piersi dwa białe pasy. Trevize zauważył, że aczkolwiek żakiet skrojony był tak, aby zamaskować piersi, to białe X zwracało na nie uwagę.

Minister był bez wątpienia kobietą. Nawet jeśli pominąć jej wydatny biust, wskazywały na to krótko obcięte włosy i chociaż nie miała makijażu, rysy jej twarzy też dobitnie o tym świadczyły.

Również głos, głęboki kontralt, należał niewątpliwie do kobiety.

— Dzień dobry — powiedziała. — Nieczęsto mamy zaszczyt przyjmować tu gości z Terminusa… A także nie zapowiedziane przez stacje graniczne kobiety. — Przenosiła wzrok z jednego na drugiego, aż wreszcie zatrzymała spojrzenie na Trevizem, który stał sztywno wyprostowany, ze zmarszczonym czołem. — Jak również członków Rady.

— Jestem radnym z Fundacji — powiedział Trevize, starając się, aby jego głos zabrzmiał jak najsilniej. — Radny Golan Trevize w misji specjalnej.

— W misji specjalnej? — minister uniosła brwi.

— W misji specjalnej — powtórzył Trevize. Dlaczego zostaliśmy potraktowani jak przestępcy? Dlaczego zostaliśmy zatrzymani przez uzbrojonych agentów i przyprowadzeni tu jak więźniowie? Rada Fundacji nie będzie zadowolona, kiedy się o tym dowie. Mam nadzieję, że pani rozumie.

— A poza tym — powiedziała Bliss głosem, który w porównaniu z głosem pani minister zabrzmiał dość piskliwie — czy mamy tu tak stać bez końca?

Minister przez dłuższą chwilę przypatrywała się chłodno Bliss, a potem podniosła rękę i powiedziała:

— Trzy krzesła! Natychmiast!

Otworzyły się drzwi i wbiegło truchcikiem, niosąc trzy krzesła, trzech Comporellian ubranych według miejscowej, ponurej mody.

— No — powiedziała minister z lodowatym uśmiechem — teraz lepiej?

Trevize bynajmniej tak nie uważał. Krzesła były bez poduszek, zimne w dotyku, o płaskim siedzeniu i oparciu, zupełnie nie dostosowane do kształtu ciała. — Dlaczego się tu znaleźliśmy? — spytał.

Minister zajrzała do papierów na biurku. — Wyjaśnię to; jak tylko sprawdzę pewne fakty. Wasz statek to „Odległa Gwiazda” z Terminusa. Zgadza się, panie radny?

— Tak.

Minister podniosła głowę znad papierów.

— Zwracając się do pana, panie radny, pamiętam o pana tytule. Może zechciałby pan w zamian pamiętać o moim?

— Czy wystarczy „pani minister”? A może jest jakiś specjalny zwrot?

— Nie ma żadnego specjalnego zwrotu.

— A więc odpowiedź na pani pytanie brzmi: „Tak, pani minister”.

— Kapitanem statku jest Golan Trevize, obywatel Fundacji i członek Rady Terminusa… dokładniej — nowy radny. A pan nazywa się Trevize. Czy to wszystko zgadza się, panie radny?

— Tak, pani minister. A ponieważ jestem obywatelem Fundacji…

— Jeszcze nie skończyłam, panie radny. Niech pan poczeka ze swoimi protestami, aż skończę. Towarzyszy panu Janov Pelorat, uczony, historyk i obywatel Fundacji. To pan, nieprawdaż, profesorze Pelorat?

Pelorat nie mógł opanować lekkiego drgnięcia, kiedy minister bystro spojrzała na niego.

— Tak, sta… — zaczął, ale przerwał i poprawił się. — Tak jest, pani minister.

Minister splotła ciasno dłonie.

— W raporcie, który został mi doręczony, nie ma żadnej wzmianki o kobiecie. Czy ta kobieta należy do załogi statku?

— Tak, pani minister — odparł Trevize.

— A więc zwrócę się bezpośrednio do niej. Pani nazwisko?

— Zazwyczaj mówią do mnie Bliss — powiedziała Bliss, siedząc sztywno wyprostowana i mówiąc wyraźnie i spokojnie — chociaż moje pełne nazwisko jest dłuższe. Chce je pani znać całe, pani minister?

— Na razie wystarczy mi Bliss. Czy jest pani obywatelką Fundacji?

— Nie, pani minister.

— A więc jakiego świata jest pani obywatelką, Bliss?

— Nie mam dokumentów stwierdzających obywatelstwo jakiegokolwiek świata, pani minister.

— Nie ma pani żadnych papierów, Bliss? — Zrobiła jakiś znak na papierach leżących przed nią. Ten fakt został odnotowany. Co pani robi na pokładzie tego statku?

— Jestem jego pasażerką, pani minister.

— Czy radny Trevize albo profesor Pelorat chcieli zobaczyć pani papiery, zanim weszła pani na statek?

— Nie, pani minister.

— Czy poinformowała ich pani, że nie ma papierów?

— Nie, pani minister.

— A jaką funkcję spełnia pani na pokładzie tego statku, Bliss? Czy pani imię wskazuje na pani funkcję?

— Jestem pasażerką i nie mam żadnych innych funkcji — odparła dumnie Bliss.

— Dlaczego pani dręczy tę kobietę, pani minister? Czy złamała jakieś prawo?

Spojrzenie minister Lizalor przeniosło się z Bliss na Trevizego.

— Jest pan obcoświatowcem, panie radny, i nie zna pan naszych praw — powiedziała. — Mimo to jeśli znajdzie się pan tutaj, to pan też im podlega. Nie sprowadza pan waszych praw ze sobą. Jest to, jak sądzę, generalna zasada prawa galaktycznego.

— Oczywiście, pani minister, ale to nie wyjaśnia, które z waszych praw ona złamała.

— Panie radny, w całej Galaktyce obowiązuje zasada, że podróżny ze świata leżącego poza granicami przestrzeni należącej do świata, który akurat odwiedza, musi mieć przy sobie dokumenty stwierdzające jego tożsamość. Wiele światów, którym zależy na turystyce albo niezbyt zależy na porządku prawnym, nie bardzo dba o przestrzeganie tej zasady. Ale tu, na Comporellonie, dbamy o to. Jesteśmy światem prawa i surowo go przestrzegamy. Ta kobieta jest bezświatowcem i, jako taka, łamie nasze prawo.

— Nie miała w tym względzie wyboru — powiedział Trevize. — To ja prowadziłem ten statek i ja przywiozłem ją na Comporellon. Musiała lecieć z nami. A może sugeruje pani, pani minister, że powinna zażądać, żebyśmy ją wysadzili w szczerej przestrzeni?

— To znaczy tylko tyle, panie radny, że to pan złamał nasze prawo.

— Nie, pani minister. Nie jestem obcoświatowcem. Jestem obywatelem Fundacji, a Comporellon, wraz z podległymi mu światami, jest państwem stowarzyszonym z Fundacją. Jako obywatel Fundacji, mam tu swobodny wstęp.

— Oczywiście, panie radny, ale pod warunkiem, że ma pan dokumenty stwierdzające, że jest pan naprawdę obywatelem Fundacji.

— Mam takie dokumenty, pani minister.

— Ale nawet będąc obywatelem, nie ma pan prawa łamać naszych praw, przywożąc ze sobą bezświatowca.

Trevize wahał się chwilę. Najwidoczniej ten Kendray nie dotrzymał słowa, więc nie było sensu chronić go.

— Nie zatrzymano nas na stacji granicznej powiedział — więc potraktowałem to jako pośrednią zgodę na zabranie ze sobą tej kobiety tutaj, pani minister.

— To prawda, panie radny, że was nie zatrzymano. Prawda też, że służby graniczne nie zameldowały o tej kobiecie i że ją przepuszczono. Podejrzewam jednak, że funkcjonariusze na stacji granicznej zdecydowali — i bardzo słusznie — że lepiej będzie sprowadzić wasz statek na naszą planetę niż martwić się, co począć z jakimś bezświatowcem. Było to, prawdę mówiąc, naruszenie przepisów i sprawa ta zostanie odpowiednio potraktowana, ale nie mam żadnych wątpliwości, że w tym akurat przypadku naruszenie przepisów zostanie usprawiedliwione. Mamy tu surowe prawo, panie radny, ale nasza surowość nie przekracza granic rozsądku.

— A więc — podchwycił natychmiast Trevize apeluję do pani rozsądku, pani minister, i proszę o mniejszą surowość w tej sprawie. Jeśli faktycznie nie otrzymała pani ze stacji granicznej informacji o tym, że na pokładzie naszego statku znajduje się osoba bezświatowa, to w chwili kiedy lądowaliśmy, nie miała pani pojęcia o tym, że łamiemy prawo. Mimo to jest zupełnie oczywiste, że była pani przygotowana na to, żeby jak tylko wylądujemy, zatrzymać nas i w istocie zrobiła to pani. Dlaczego, skoro nie miała pani żadnego powodu, aby przypuszczać, że zostało złamane jakieś wasze prawo?

Minister uśmiechnęła się.

— Rozumiem pana zdziwienie, panie radny. Otóż zapewniam pana, że fakt, czy wiedziałam coś czy nie o tym, że ma pan na pokładzie osobę bezświatową, nie miał absolutnie nic wspólnego z zatrzymaniem pana. Został pan przez nas zatrzymany w imieniu Fundacji, z którą — jak sam pan stwierdził — jesteśmy światem stowarzyszonym.

Trevize wytrzeszczył na nią oczy.

— Ależ to niemożliwe, pani minister! Gorzej nawet — to absurdalne.

Minister roześmiała się dźwięcznie.

— To ciekawe, że uważa pan to raczej za absurdalne niż niemożliwe. Zgadzam się z panem w tym względzie. Jednak, na pana nieszczęście, nie jest to ani niemożliwe, ani absurdalne. Dlaczego niby miałoby to być absurdalne?

— Dlatego, że jestem członkiem rządu Fundacji wysłanym w misji specjalnej i jest zupełnie nie do pomyślenia, żeby chcieli mnie aresztować, a nawet żeby w ogóle mieli do tego prawo. Mam przecież immunitet poselski.

— No i proszę, pominął pan mój tytuł, ale jest pan głęboko poruszony i myślę, że w tej sytuacji można to panu wybaczyć. Wracając do rzeczy nie proszono mnie bynajmniej, żebym pana aresztowała. Kazałam pana zatrzymać tylko po to, żebym mogła zrobić to, o co mnie proszono, panie radny.

— To znaczy, co? — spytał Trevize, starając się zapanować nad emocjami w obliczu tej potężnej kobiety.

— To znaczy zarekwirować panu statek, panie radny, i zwrócić go Fundacji.

— Co takiego?

— Znowu zapomina pan o moim tytule, panie radny. To bardzo nieuprzejmie z pana strony i bynajmniej nie przemawia na pana korzyść. Przypuszczam, że ten statek nie jest pana własnością. Pan go zaprojektował, zbudował albo kupił?

— Oczywiście, że nie, pani minister. Został mi przydzielony przez rząd Fundacji.

— A więc przypuszczalnie rząd Fundacji ma prawo unieważnić swoją wcześniejszą decyzję, panie radny. Myślę, że to kosztowny statek.

Trevize nic nie odpowiedział.

— To statek o napędzie grawitacyjnym, panie radny — podjęła na nowo minister. — Nie może być ich zbyt wiele i Fundacja też na pewno ma zaledwie kilka. Może zdoła pan ich przekonać, żeby przydzielili panu inny, mniej kosztowny statek, który będzie odpowiedni dla pana misji… Tak czy inaczej musimy dostać ten statek, którym pan przyleciał.

— Niestety, pani minister, nie mogę go oddać. Nie wierzę, żeby Fundacja prosiła panią o to.

Minister uśmiechnęła się.

— Nie mnie osobiście. I nie tylko nasz rząd. Mamy powody, aby przypuszczać, że prośbę tę przekazano rządom wszystkich światów należących do Fundacji i stowarzyszonych z nią. Z tego wnoszę, że Fundacja nie zna pana planów i energicznie pana poszukuje. A z tego z kolei, że nie ma do spełnienia na Comporellonie żadnej misji zleconej panu przez Fundację, gdyż w takim przypadku jej rząd wiedziałby, gdzie się pan znajduje, i zwróciłby się wprost do nas. Krótko mówiąc, panie radny, kłamie pan.

— Chciałbym zobaczyć kopię prośby, którą otrzymaliście od rządu Fundacji — powiedział z pewnym trudem Trevize. — Myślę, pani minister, że mam do tego prawo.

— Oczywiście. Jeśli rozpoczniemy w tej sprawie postępowanie prawne. Traktujemy procedurę prawną bardzo poważnie i mogę pana zapewnić, panie radny, że pana prawa zostaną uszanowane. Byłoby jednak lepiej i znacznie prościej, gdybyśmy doszli do porozumienia już teraz, bez rozgłosu i bez zwłoki, którą musi pociągnąć za sobą postępowanie prawne. Wolelibyśmy załatwić to nieoficjalnie. Jestem pewna, że wolałaby też Fundacja, która chyba nie życzy sobie, by cała Galaktyka dowiedziała się o zbiegłym radnym. Postawiłoby to Fundację w absurdalnej sytuacji, co nie tylko pana, ale i moim zdaniem byłoby gorsze, niż gdyby okazało się to niemożliwe.

Trevize znowu nic nie odpowiedział.

Minister odczekała chwilę, a potem podjęła na nowo z niewzruszonym spokojem:

— No, panie radny, tak czy inaczej, oficjalnie czy nieoficjalnie, chcemy dostać ten statek. To, czy poniesie pan karę za sprowadzenie tu ze sobą bezświatowca, czy nie, będzie zależało od tego, który sposób postępowania przyjmiemy. Jeśli będzie pan się domagał oficjalnej rozprawy, to będzie to dodatkowy punkt oskarżenia i w takim przypadku wszyscy poniesiecie karę, a zapewniam pana, że nie będzie to kara łagodna. Jeśli natomiast dojdziemy do porozumienia, to pańska pasażerka będzie mogła odlecieć statkiem handlowym, dokąd będzie chciała. Skoro już o tym mowa, to panowie, jeśli będziecie chcieli, możecie odlecieć razem z nią. Albo jeśli Fundacja będzie sobie tego życzyła, możemy wam dać któryś z naszych statków, w doskonałym stanie, pod warunkiem, oczywiście, że Fundacja da nam w zamian taki sam. Albo jeśli z jakichś powodów nie chcecie wracać na terytorium Fundacji, możemy wam udzielić azylu, a nawet, być może, nadać obywatelstwo comporellońskie. Jak pan widzi, może pan wiele zyskać, jeśli dojdziemy do porozumienia, ale jeśli będzie pan się upierał, żeby nadać sprawie bieg oficjalny, to nie będzie pan miał żadnej możliwości wyboru.

— Za daleko się pani zapędziła, pani minister. Składa pani obietnice, których nie będzie pani mogła dotrzymać. Nie możecie mi przyznać azylu, jeśli Fundacja żąda, abyście mnie jej wydali.

— Nigdy nie składam obietnic, których nie mogę dotrzymać, panie radny. Fundacja żąda tylko statku. Nie zgłaszają żadnego żądania ani co do pana ani kogokolwiek innego na statku. Interesuje ich tylko statek.

Trevize zerknął szybko na Bliss i spytał:

— Pani minister, czy pozwoli mi pani naradzić się szybko z profesorem Peloratem i panną Bliss?

— Oczywiście, panie radny. Ma pan na to piętnaście minut.

— Na osobności, pani minister.

— Zostaniecie zaprowadzeni do osobnego pokoju, panie radny. Nikt nie będzie wam przeszkadzał ani próbował podsłuchiwać waszej rozmowy. Ma pan na to moje słowo, a ja zawsze dotrzymuję słowa. Niemniej jednak będziecie pilnowani, więc radzę nie robić głupstw i nie próbować ucieczki.

— Rozumiemy, pani minister.

— Spodziewam się, że kiedy wrócicie, wyrazi pan zgodę na moją propozycję. W przeciwnym razie wszczynamy postępowanie prawne, a to skończy się dla was znacznie gorzej. Rozumiemy się, panie radny?

— Rozumiemy się, pani minister — odparł Trevize powstrzymując gniew, gdyż wybuch nie przyniósłby mu nic dobrego.


18

<p>18</p>

Pokój był mały, ale dobrze oświetlony. Stała w nim kanapa i dwa krzesła i słychać było lekki szum pracującego wentylatora. Ogólnie biorąc, był bardziej przytulny niż ogromny i sterylny gabinet ministra.

Przyprowadził ich tam potężny i ponury strażnik, który przez całą drogę trzymał rękę koło kolby miotacza. Kiedy weszli, został na korytarzu i powiedział:

— Macie piętnaście minut.

Zaledwie to powiedział, gdy z głuchym trzaskiem zamknęły się drzwi.

— No cóż, mogę tylko mieć nadzieję, że nas nie podsłuchują — powiedział Trevize.

— Dała nam na to swoje słowo, Golan — rzekł Pelorat.

— Nie sądź innych po sobie, Janov. Mnie jej słowo nie wystarczy. Jeśli będzie chciała, złamie je bez wahania.

— To nieważne — powiedziała Bliss. — Mogę zabezpieczyć to miejsce przed podsłuchem.

— Masz urządzenie do ekranowania? — spytał Pelorat.

Bliss uśmiechnęła się szeroko, ukazując białe zęby.

— Umysł Gai jest sam urządzeniem do ekranowania, Pel. To niezwykły umysł.

— To, że jesteśmy tutaj — powiedział ze złością Trevize — zawdzięczamy tylko temu, że ten niezwykły umysł jest ograniczony.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytała Bliss.

— Kiedy skończyła się ta potrójna konfrontacja, wymazaliście mnie z myśli burmistrz Branno i tego Mówcy z Drugiej Fundacji, Gendibala. Oboje mieli nie myśleć już o mnie, chyba że przypadkiem i obojętnie. Miałem być zostawiony sam sobie.

— Musieliśmy to zrobić — powiedziała Bliss. Jesteś dla nas jedynym oparciem.

— Oczywiście, Golan Trevize — ten, który zawsze ma rację. Ale statku nie wymazaliście z ich myśli, prawda? Burmistrz Branno nie prosi o mnie, ja jej nie interesuję, ale o statek. O statku nie zapomniała.

Bliss zmarszczyła czoło.

— Pomyśl o tym — rzekł Trevize. — Gaja przyjęła milczące założenie, że ja i statek to jedno. Jeśli Branno nie będzie myślała o mnie, to tym samym nie będzie myślała o statku. Kłopot polega na tym, że Gaja nie ma pojęcia, co to jest indywidualność. Myślała o mnie i o statku jako o jednym organizmie i popełniła błąd.

— To zupełnie możliwe — powiedziała cicho Bliss.

— A zatem — rzekł Trevize stanowczo — to ty musisz naprawić tę pomyłkę. Muszę mieć swój statek i komputer. Nic innego się do tego nie nadaje. Postaraj się, żebym zatrzymał statek. Potrafisz sterować umysłami.

— Tak, ale nie korzystamy z tej umiejętności niefrasobliwie. Skorzystaliśmy podczas tej potrójnej konfrontacji, ale wiesz ile czasu się do tego przygotowywaliśmy? Jak długo to obliczaliśmy? Jak długo rozważaliśmy wszystkie za i przeciw? Zajęło to bez przesady — wiele lat. Nie mogę tak po prostu podejść do jakiejś kobiety i dla czyjejś wygody przestroić jej umysł.

— Czy teraz nie jest czas…

— Gdybym zaczęła to robić — nie dała mu skończyć Bliss — to kiedy byśmy się zatrzymali? Mogłam wpłynąć na umysł tego agenta na stacji granicznej i od razu by nas przepuścił. Mogłam wpłynąć na umysł tego agenta w samochodzie i pozwoliłby nam spokojnie odejść.

— No więc, skoro sama o tym wspominasz, dlaczego tego nie zrobiłaś?

— Dlatego, że nie wiemy, dokąd by to nas zaprowadziło. Nie wiemy, czy nie byłoby jakichś efektów ubocznych, które mogłyby jeszcze pogorszyć naszą sytuację. Jeśli teraz przestawię umysł tej minister, to wpłynie to na jej stosunki z innymi, a ponieważ jest członkiem rządu tego świata, może przez to wpłynąć na stosunki międzygwiezdne. Dopóki nie zbadamy dokładnie tej sprawy, nie ośmielę się nawet tknąć jej umysłu.

— No to po co jesteś nam potrzebna?

— Może się zdarzyć, że twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Muszę cię chronić za wszelką cenę, nawet za cenę życia Pela czy mego. Na stacji granicznej nic nie zagrażało twojemu życiu. Teraz też nic nie zagraża. Musisz sam zatroszczyć się o swój statek. Przynajmniej do czasu, aż Gaja obliczy wszystkie możliwe konsekwencje jakiegoś działania w tej sprawie i podejmie odpowiednie kroki.

Trevize zamyślił się. W końcu powiedział.

— W takim razie muszę spróbować coś zrobić. Może mi się nie udać.

Drzwi rozsunęły się z takim samym hałasem, z jakim się zamknęły.

— Wychodźcie — powiedział strażnik.

Kiedy wychodzili, Pelorat spytał szeptem:

— Co zamierzasz zrobić, Golan?

Trevize pokręcił głową i również szeptem odparł:

— Nie bardzo wiem. Będę musiał improwizować.


19

<p>19</p>

Minister Lizalor siedziała nadal za biurkiem, kiedy wrócili do jej gabinetu. Na ich widok uśmiechnęła się ponuro.

— Spodziewam się, panie radny, że wrócił pan, aby mi powiedzieć, że zwraca pan ten statek Fundacji.

— Wróciłem — powiedział spokojnie Trevize aby omówić warunki.

— Nie ma tu nic do omawiania, panie radny. Proces, jeśli będzie pan się upierał, można wszcząć bardzo szybko i zakończyć jeszcze szybciej! Zapewniam pana, że nawet zupełnie bezstronny sędzia uzna pana winnym, gdyż fakt, że sprowadził pan tu osobę bezświatową jest oczywisty i nie podlega dyskusji. Po ogłoszeniu wyroku zabierzemy panu statek w całym majestacie pigwa, a cała wasza trójka zostanie surowo ukarana. Niech pan nas do tego nie zmusza, odwlekając swoją zgodę choćby o jeden dzień.

— Niemniej jednak, pani minister, jest co omawiać, ponieważ bez względu na to jak szybko nas osądzicie, nie możecie dostać tego statku bez mojej zgody. Każda próba wdarcia się siłą na jego pokład skończy się zniszczeniem nie tylko samego statku, ale także całego portu i wszystkich znajdujących się tam osób. To z pewnością rozwścieczy Fundację, więc nie ośmielicie się tego zrobić. Grożenie nam czy złe traktowanie byłoby na pewno sprzeczne z waszym prawem, a gdybyście z desperacji złamali wasze własne prawo i poddali nas torturom albo umieścili choćby na krótki czas w jakimś ciężkim więzieniu po to, aby wymóc na mnie oddanie statku, to Fundacja dowiedziałaby się o tym i byłaby jeszcze bardziej wściekła. Choćby nie wiem jak zależało im na tym statku, to nie mogą pozwolić, żeby gdzieś potraktowano źle obywateli Fundacji, gdyż stworzyłoby to niebezpieczny precedens… A więc omówimy warunki?

— To brednie — powiedziała minister, patrząc na niego ze złością. — Jeśli będzie trzeba, to wezwiemy tu samą Fundację. Oni będą wiedzieli, jak otworzyć swój statek, albo zmuszą pana, żeby pan go otworzył.

— Pominęła pani mój tytuł, pani minister, ale jest pani głęboko poruszona i myślę, że w tej sytuacji można to pani wybaczyć. Wie pani równie dobrze jak ja, że wezwanie Fundacji byłoby ostatnią rzeczą, którą by pani zrobiła, bo nie ma pani najmniejszego zamiaru oddawać im tego statku.

Uśmiech zniknął z twarzy pani minister.

— Co za bzdury pan opowiada, panie radny?

— Bzdury, których być może nie powinni słuchać inni. Pani minister, niech pani pozwoli memu przyjacielowi i tej kobiecie udać się do jakiegoś dobrego hotelu i skorzystać z odpoczynku, którego tak bardzo potrzebują. Strażnicy też niech stąd wyjdą. Mogą zostać za drzwiami, a poza tym mogą pani zostawić miotacz. Nie jest pani drobną kobietką, i z miotaczem nie ma się pani czego obawiać z mojej strony. Jestem bez broni.

Minister pochyliła się ku niemu nad biurkiem.

— I bez miotacza nie mam się czego obawiać z pana strony.

Nie oglądając się za siebie, skinęła na jednego ze strażników. Podszedł natychmiast i stanął obok niej, stuknąwszy obcasami.

— Strażnik, zabrać ich — wskazała na Pelorata i na Bliss — do apartamentu numer S. Mają tam zostać. Zatroszczyć się, żeby mieli wszystko, co trzeba i dobrze ich pilnować. Jesteście odpowiedzialni za to, żeby ich dobrze traktowano i za ich pilnowanie.

Wstała i wbrew swemu niezłomnemu postanowieniu, aby zachować niewzruszony spokój, Trevize lekko drgnął. Była wysoka, mała przynajmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, jak Trevize, a może nawet centymetr więcej. Była wąska w talii, a dwa białe pasy, krzyżujące się na jej piersi i biegnące dalej wzdłuż bioder, sprawiały wrażenie, że jest jeszcze wyższa niż w istocie. Był w jej masywnej postaci pewien wdzięk. Trevize pomyślał z przygnębieniem, że w jej stwierdzeniu, iż nie ma się czego obawiać z jego strony nie było żadnej przesady. W przypadku jakiejś szamotaniny mogłaby bez kłopotu przygwoździć jego ramię do maty.

— Proszę za mną, panie radny — powiedziała. — Jeśli ma pan zamiar dalej mówić takie bzdury, to im mniej osób będzie pana słyszało, tym lepiej będzie dla pana.

Ruszyła żwawo do przodu. Trevize poszedł za nią, czując się przytłoczony jej potężną sylwetką. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mu się czuć coś takiego w obecności kobiety.

Weszli do windy. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, powiedziała:

— Jesteśmy teraz sami, panie radny, ale jeśli wydaje się panu, że może pan mnie zmusić do czegoś siłą, to radzę o tym zapomnieć. — Zaśpiew w jej głosie stał się jeszcze bardziej wyraźny, gdy dodała, z wyraźnym rozbawieniem: — Wygląda pan na dosyć silnego mężczyznę, ale zapewniam pana, że jeśli będę do tego zmuszona, złamię panu bez trudu rękę albo kark. Nie jestem uzbrojona, ale nie potrzebuję żadnej broni.

Trevize podrapał się w policzek, spoglądając na nią taksującym wzrokiem.

— Pani minister, mogę się zmierzyć z każdym mężczyzną w mojej wadze, ale pani postanowiłem oddać walkę walkowerem. Wiem, kiedy nie mam szans.

— W porządku — odparła minister z zadowoloną miną.

— Dokąd jedziemy, pani minister?

— Na dół. Na sam dół. Ale niech to pana nie przeraża. W hiperdramie zostałby pan po wyjściu z windy wrzucony do lochu, ale na Comporellonie nie mamy lochów, tylko przyzwoite więzienia. Jedziemy do moich prywatnych apartamentów. Nie są one, co prawda, tak romantyczne jak lochy w złych czasach Imperium, ale za to bardziej wygodne.

Kiedy drzwi windy rozsunęły się i wyszli, Trevize oszacował, że są przynajmniej pięćdziesiąt metrów pod powierzchnią planety.


20

<p>20</p>

Trevize rozejrzał się po apartamencie z nie ukrywanym zdumieniem.

— Nie podoba się panu moje mieszkanie, panie radny? — spytała cierpko minister.

— Skądże, pani minister! Jestem po prostu zaskoczony. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Niewiele zdołałem zobaczyć i usłyszeć, odkąd tu przybyłem, ale odniosłem wrażenie, że wasz świat jest raczej ascetyczny i unika niepotrzebnych luksusów.

— Faktycznie tak jest, panie radny. Nasze zasoby naturalne są ograniczone, a życie musi być surowe, gdyż taki jest tu klimat.

— No, ale to, pani minister… — Trevize zatoczył ręką łuk, pokazując pokój, gdzie po raz pierwszy na tym świecie zobaczył radośniejsze kolory i miękko wyściełane meble, gdzie ze ścian sączyło się łagodne światło, a pod stopami czuło się miękki i sprężysty dywan utworzony przez pole siłowe. — To z pewnością jest luksus.

— Unikamy, jak pan powiedział, panie radny, niepotrzebnego luksusu, luksusu na pokaz, luksusu, który jest marnotrawstwem. Ale to, co pan widzi tutaj, to luksus na użytek prywatny. Mam ciężką i bardzo odpowiedzialną pracę. Potrzebne jest mi miejsce, gdzie mogę, choćby na krótko, zapomnieć o trudach tej pracy.

— Czy wszyscy Comporellianie żyją tak, gdy nie widzą ich inni? — spytał Trevize.

— To zależy od wagi ich pracy i związanej z tym odpowiedzialności. Niewielu może sobie na to pozwolić, zasługuje na to i, dzięki naszemu kodeksowi moralnemu, chce tego.

— A pani, pani minister, może sobie na to pozwolić, zasługuje na to… i chce tego?

— Stanowisko łączy się z obowiązkami, ale i z przywilejami. A teraz niech pan usiądzie, panie radny, i powie mi o tych swoich urojeniach. — Usiadła na kanapie, której poduszki lekko ugięły się pod jej potężnym ciałem, i wskazała Trevizemu wyściełane krzesło stojące naprzeciw kanapy i niezbyt od niej oddalone.

Trevize usiadł.

— O urojeniach, pani minister? — spytał. Minister oparła się prawym łokciem o poduszkę, wyraźnie rozluźniona.

— W rozmowie prywatnej nie musimy zbyt rygorystycznie przestrzegać zasad formalnych. Może pan mi mówić „Lizalor”, a ja będę się do pana zwracała , Trevize”. Niech mi pan powie, co pan ma na myśli, i przeanalizujemy to.

Trevize założył nogę na nogę i usiadł wygodniej.

— Widzi pani, Lizalor, postawiła mnie pani przed wyborem: albo oddam statek, albo zostanę postawiony przed sądem. I w jednym, i w drugim przypadku skończyłoby się na tym, że dostalibyście mój statek… Mimo to starała się pani usilnie przekonać mnie, żebym wybrał pierwsze rozwiązanie. Chce pani w zamian za mój statek ofiarować mi inny, w którym mogę z przyjaciółmi polecieć, gdzie będę chciał. Jeżeli będziemy chcieli, to możemy nawet zostać na Comporellonie i otrzymać wasze obywatelstwo. W sprawach mniejszej wagi zgodziła się pani dać mi piętnaście minut, abym mógł się naradzić ze swoimi przyjaciółmi. Zaprosiła mnie pani nawet do swoich prywatnych apartamentów, a moich przyjaciół odesłała do jakiejś, prawdopodobnie wygodnej, kwatery. Krótko mówiąc, Lizalor, stara się pani, i to usilnie, przekupić mnie, aby dostać statek bez procesu sądowego.

— Cóż to, Trevize, nie wierzy pan, że robię to z czysto ludzkich motywów?

— Nie.

— Ani że uważam, iż dobrowolne oddanie nam statku byłoby lepszym wyjściem niż rozprawa sądowa?

— Nie! Mam inne wytłumaczenie.

— Jakie?

— Rozprawa sądowa ma jeden istotny minus — jest wydarzeniem publicznym. Napomykała pani kilkakrotnie o waszym rygorystycznym przestrzeganiu prawa i podejrzewam, że byłoby wam trudno tak przeprowadzić proces, żeby jego przebieg nie został w pełni zarejestrowany. A gdyby wszystko znalazło się w aktach, to Fundacja dowiedziałaby się o tym i musielibyście zwrócić statek zaraz po zakończeniu rozprawy.

— Oczywiście — powiedziała Lizalor z obojętną miną. — Statek jest przecież własnością Fundacji.

— Ale — kontynuował Trevize — prywatna umowa ze mną nie musiałaby być odnotowywana w żadnych aktach. Dostalibyście statek po cichu i ponieważ Fundacja nic by o tym nie wiedziała, nie wiedziałaby nawet, że tu jesteśmy, moglibyście zatrzymać statek dla siebie. Jestem pewien, że o to właśnie wam chodzi.

— A dlaczego mielibyście to robić? — Lizalor w dalszym ciągu miała obojętną minę. — Przecież należymy do Konfederacji Fundacyjnej.

— Niezupełnie. Macie status świata stowarzyszonego. Na każdej mapie Galaktyki, na której światy członkowskie Fundacji zaznaczone są czerwonym kolorem, Comporellon i światy od niego zależne mają barwę bladoróżową.

— Nawet będąc światem stowarzyszonym współdziałalibyśmy z Fundacją.

— Czyżby? Może Comporellon nie marzy o całkowitej niezależności, nawet o przywództwie? Jesteście światem o długiej historii. Prawie wszystkie światy utrzymują, że mają więcej lat niż naprawdę mają, ale Comporellon jest rzeczywiście starym światem.

Minister Lizalor pozwoliła sobie na chłodny uśmiech.

— Najstarszym, jeśli wierzyć naszym zapaleńcom.

— Czy nie było w waszych dziejach takiego okresu, kiedy Comporellon faktycznie przewodził jakiejś, stosunkowo niedużej grupie światów? Czy nie marzycie cały czas o odzyskaniu tej utraconej pozycji?

— Myśli pan, że marzymy o czymś tak nierealxiym? Powiedziałam, że to szaleństwo, zanim jeszcze wyłuszczył mi pan, co pan ma na myśli. Teraz, kiedy już wiem, co pan myśli, podtrzymuję tę opinię.

— Marzenia mogą być nierealne, ale to nie przeszkadza ich snuć. Terminus, który leży na samym skraju Galaktyki, który, ze swoją zaledwie pięćsetletnią historią, jest najmłodszym ze wszystkich światów, faktycznie rządzi Galaktyką. A dlaczego nie miałby nią rządzić Comporellon, co? — Trevize uśmiechnął się.

Lizalor była nadal poważna.

— Daje się nam do zrozumienia, że Terminus osiągnął tę pozycję dzięki Planowi Hariego Seldona.

— To jest argument natury psychologicznej i być może będzie on oddziaływał dopóty, dopóki ludzie będą w to wierzyć. Nie jest wykluczone, że rząd Comporellona już od dawna w to nie wierzy. Ale jest jeszcze argument natury technologicznej. Hegemonia Terminusa opiera się bez wątpienia na jego przewadze technologicznej. Statek o napędzie gra; witacyjnym, który tak bardzo chcecie mieć, jest i przykładem świadczącym o tej przewadze. Żaden 1 inny świat, poza Terminusem, nie dysponuje statkami grawitacyjnymi. Gdyby Comporellon zdobył taf ki statek i poznał szczegółowo jego budowę i zasady działania, to zrobiłby gigantyczny krok do przodu. Nie sądzę, żeby wam to wystarczyło do pokonania Terminusa i zajęcia jego miejsca w Galaktyce, ale wy możecie tak uważać.

— Nie mówi pan tego poważnie — powiedziała Lizalor. — Gdyby któryś rząd chciał, wbrew Fundacji, zatrzymać ten statek, to na pewno ściągnąłby na siebie jej gniew, a historia dostarcza licznych przykładów na to, że jej gniew pociąga za sobą opłakane skutki dla tego, przeciw komu się kieruje.

— Fundacja może się gniewać tylko wtedy, kiedy wie, że jest o co — powiedział Trevize.

— W takim razie, panie Trevize — zakładając, że pańska analiza sytuacji nie jest wytworem szaleństwa — czy nie byłoby z pożytkiem dla pana, gdyby oddał nam pan statek i zrobił na tym dobry interes? Dobrze byśmy panu zapłacili, gdybyśmy idę tu za pana rozumowaniem — dostali ten statek po cichu.

— Moglibyście mieć gwarancję, że nie zawiadomiłbym o tym Fundacji?

— Oczywiście. Przecież to pan dokonałby transakcji.

— Mógłbym się tłumaczyć, że działałem pod przymusem.

— Owszem. Tylko, że pan sam wie doskonale, że burmistrz Branno nie uwierzyłaby panu… No to co, zrobimy interes?

Trevize potrząsnął głową.

— Nie, pani Lizalor. Statek jest mój i musi pozostać moim. Jak już mówiłem, wybuchnie i narobi strasznych zniszczeń, jeśli spróbujecie otworzyć go siłą. Przysięgam, że mówię prawdę. Niech się pani nie łudzi, że udaję.

— Ale pan sam może go otworzyć i zmienić instrukcje dla komputera.

— Bez wątpienia, ale nie zrobię tego.

Lizalor ciężko westchnęła.

— Dobrze pan wie, że możemy zmusić pana do zmiany stanowiska… jeśli nie bezpośrednio, to poprzez to, co możemy zrobić pana przyjacielowi, profesorowi Peloratowi albo tej młodej kobiecie.

— Tortury, pani minister? To tak wygląda wasze prawo?

— Nie, panie radny. Ale nie musimy uciekać się do tak brutalnych praktyk. Zawsze jeszcze pozostaje sonda psychiczna.

Po raz pierwszy od czasu wejścia do prywatnych apartamentów minister Lizalor, Trevize poczuł, że ciarki chodzą mu po plecach.

— Tego też nie możecie zrobić. Używanie sondy psychicznej dla celów innych niż medyczne jest zakazane w całej Galaktyce.

— Ale jeśli doprowadzi nas pan do ostateczności…

— Zaryzykuję to — powiedział spokojnie Trevize — bo nic wam z tego nie przyjdzie. Jestem tak zdecydowany zachować swój statek, że sonda psychiczna prędzej zniszczy mój mózg, niż zmusi mnie do oddania go wam. — To już był zwykły bluff i skóra ścierpła mu jeszcze bardziej. — I nawet gdybyście tak umiejętnie zaaplikowali mi sondę, że mój mózg nie zostałby uszkodzony, a ja rozbroiłbym ładunek wybuchowy, otworzył statek i przekazał go wam, to i tak nic by wam z tego nie przyszło. Komputer pokładowy jest jeszcze większym osiągnięciem techniki niż sam statek i został tak zaprojektowany — nie wiem, na czym to polega — że w pełni wydajnie może pracować tylko ze mną. Można powiedzieć, że jest to komputer tylko dla jednej osoby.

— Załóżmy wobec tego, że zachowałby pan swój statek i pozostał jego pilotem. Dowodziłby pan statkiem w naszej służbie, jako zasłużony obywatel Comporellona. Wysoka pensja, życie w luksusie. Również dla pana przyjaciół. Co pan na to?

— Nic z tego.

— No to co pan wobec tego proponuje? Żebyśmy po prostu pozwolili wam wsiąść na statek i odlecieć? Ostrzegam pana, że zanim byśmy wam na to pozwolili, moglibyśmy po prostu powiadomić Fundację, że tu jesteście i zostawić im tę sprawę.

— I stracić statek?

— Jeśli już musielibyśmy go stracić, to prawdo. podobnie raczej na rzecz Fundacji niż jakiegoś bezczelnego obcoświatowca.

— Wobec tego może mi pani pozwoli przedstawić moją własną propozycję kompromisowego wyjścia…

— Kompromisowego? Dobrze, posłucham. Niech pan mówi.

— Mam ważną misję do spełnienia — zaczął ostrożnie Trevize. — Zaczynałem ją przy wsparciu Fundacji. Teraz wygląda na to, że Fundacja wycofała swoje wsparcie, ale misja jest nadal ważna. Niech mnie wesprze Comporellon, a jeśli misja zakończy się sukcesem, to Comporellon na tym skorzysta.

Lizalor miała niezdecydowaną minę. — I nie zwróci pan statku Fundacji?

— Nigdy nie miałem zamiaru tego zrobić. Zresztą Fundacja nie szukałaby go tak rozpaczliwie, gdyby się spodziewali, że zwrócę go im bez problemów.

— To jeszcze nie znaczy, że odda go pan nam.

— Kiedy spełnię swoją misję, statek może mi już nie być potrzebny. W takim przypadku nie będę miał nic przeciwko temu, żeby przejął go Comporellon.

Patrzyli na siebie przez kilka chwil w milczeniu.

— Używa pan trybu warunkowego — powiedziała w końcu Lizalor. — „Może mi już nie być potrzebny”. To nam nie daje żadnej gwarancji.

— Mógłbym obiecywać różne rzeczy, ale czy dałoby to wam jakąś gwarancję? Fakt, że jestem ostrożny i uzależniam swoją obietnicę od okoliczności, dowodzi, że jestem przynajmniej szczery.

— To inteligentne postawienie sprawy — powiedziała Lizalor, kiwając z uznaniem głową. — Podoba mi się to. A więc co to za misja i w jaki sposób mógłby na niej skorzystać Comporellon?

— O nie — powiedział Trevize — teraz pani kolej. Wesprzecie mnie, jeśli wykażę, że moja misja jest ważna dla Comporellona?

Minister Lizalor podniosła się z kanapy.

— Jestem głodna, panie radny — powiedziała i nie mogę już dłużej rozmawiać o pustym żołądku. Zaraz przygotuję coś do jedzenia i picia… skromny posiłek. Potem będziemy mogli dokończyć tę sprawę.

Kiedy to mówiła, Trevizemu wydało się, że się oblizuje jak drapieżna kotka. Zacisnął usta z lekkim zażenowaniem.


21

<p>21</p>

Posiłek był może pożywny, ale na pewno nie był rozkoszą dla podniebienia. Główne danie składało się z gotowanej wołowiny w musztardowym sosie, na jakiejś liściastej jarzynie, której Trevize nie mógł zidentyfikować. Nie przypadł mu też do gustu jej gorzko-słony smak. Później dowiedział się, że był to jakiś gatunek wodorostów.

Po tym daniu przyszła kolej na owoce przypominające w smaku jabłka, a trochę brzoskwinie (nie było to takie złe) i gorący, ciemny napój, który był tak gorzki, że Trevize zostawił połowę i poprosił zamiast tego o trochę zimnej wody. Wszystkie porcje były małe, ale w takiej sytuacji Trevize nie miał nic przeciwko temu.

Jedli w typowo domowej atmosferze, bez żadnych służących. Minister Lizalor własnoręcznie podgrzewała i podawała dania i sama sprzątała ze stołu.

— Mam nadzieję, że smakowało panu — powiedziała, kiedy wyszli z jadalni.

— Owszem — odparł Trevize bez entuzjazmu.

Minister wróciła na swoje miejsce na kanapie.

— Wróćmy zatem do naszej wcześniejszej rozmowy — powiedziała. — Powiedział pan, że Comporellon może żywić niechęć do Fundacji z racji jej przewagi technologicznej i panowania nad Galaktyką. W. pewnym sensie to prawda, ale ten aspekt sytuacji interesuje tylko ludzi, którzy zajmują się polityką międzygwiezdną, a takich jest stosunkowo niewielu. Bardziej istotny jest tu fakt, że przeciętnego Comporellianina przeraża niemoralność Fundacji. Niemoralność pleni się na większości światów, ale nigdzie tak bujnie jak na Terminusie. Powiedziałabym, że nieprzyjazne nastawienie do Terminusa bierze się raczej stąd niż z bardziej abstrakcyjnych przyczyn.

— Niemoralność? — spytał ze zdziwieniem Trevize. — Fundacji można wiele zarzucić, ale musi pani przyznać, że swoją częścią Galaktyki rządzi rozsądnie i umiejętnie, i prowadzi sprawiedliwą politykę podatkową. Prawa jednostki są u nas, ogólnie biorąc, szanowane…

— Panie radny, ja mówię o moralności w dziedzinie stosunków męsko-damskich.

— W takim razie zupełnie pani nie rozumiem. Pod tym względem jesteśmy wyjątkowo moralnym społeczeństwem. Kobiety są dobrze reprezentowane we wszystkich sferach życia społecznego. Mamy burmistrza kobietę, a prawie połowa Rady składa się…

Przez twarz minister Lizalor przemknął wyraz zniecierpliwienia.

— Panie radny, kpi pan sobie ze mnie czy co? Chyba rozumie pan co znaczy moralność w dziedzinie stosunków męsko-damskich. Czy małżeństwo jest na Terminusie traktowane jako sakrament czy nie?

— Co pani rozumie przez sakrament?

— Czy zawarcie związku małżeńskiego jest jakąś oficjalną ceremonią?

— Oczywiście, jeśli ludzie sobie tego życzą. Taka ceremonia upraszcza sprawy podatkowe i spadkowe.

— Ale można wziąć rozwód.

— Oczywiście. Na pewno byłoby seksualnie niemoralne zmuszać ludzi do życia ze sobą, kiedy…

— Nie ma żadnych ograniczeń narzuconych przez religię?

— Przez religię? Są u nas ludzie, którzy czerpią filozofię ze starożytnych kultów, ale co to ma wspólnego z małżeństwem?

— Panie radny, tu, na Comporellonie, wszystkie aspekty życia seksualnego są dokładnie kontrolowane. Nie ma mowy o życiu seksualnym poza małżeństwem. Zresztą nawet w małżeństwie podlega ono ograniczeniom. Jesteśmy bardzo zgorszeni tym, jak się traktuje te sprawy na innych światach, szczególnie na Terminusie, gdzie seks uważa się tylko za przyjemność i rozrywkę, każdy może się mu swobodnie oddawać kiedy, jak i z kim chce, bez żadnego szacunku dla wartości religijnych.

Trevize wzruszył ramionami.

— Bardzo mi przykro, ale nie mogę reformować Galaktyki, ani nawet Terminusa… a poza tym, co to ma wspólnego z moim statkiem?

— Przedstawiam panu opinię publiczną w sprawie pańskiego statku, żeby zrozumiał pan, jak to ogranicza moje możliwości zawarcia z panem jakiegoś kompromisu. Nasze społeczeństwo byłoby wstrząśnięte, gdyby dowiedziało się, że zabrał pan na statek młodą i atrakcyjną kobietę, żeby dogodzić żądzom swoim i swojego kompana. Właśnie z troski o bezpieczeństwo całej waszej trójki nalegałam, żeby wybrał pan dobrowolne poddanie się zamiast procesu.

— Widzę, że wykorzystała pani obiad, aby obmyślić nowy sposób perswazji przez zastraszenie powiedział Trevize. — Mam się teraz obawiać samosądu.

— Ja tylko wskazuję na niebezpieczeństwo. Może pan zaprzeczy, że zabraliście tę kobietę na pokład tylko po to, żeby zaspokoić potrzeby erotyczne?

— Oczywiście, że zaprzeczę. Bliss jest przyjaciółką profesora Pelorata. Poza nią nie ma on żadnych kobiet. Może nie zgodziłaby się pani określić ich związku mianem małżeństwa, ale jestem przekonany, że zarówno Pelorat, jak i ta kobieta tak właśnie to traktują.

— Chce pan przez to powiedzieć, że pan nie jest z nią związany?

— Oczywiście. Za kogo mnie pani bierze?

— Nie wiem. Nie znam pana poglądów na moralność.

— W takim razie proszę przyjąć do wiadomości, że moje poglądy na moralność zabraniają mi używania rzeczy należących do mego przyjaciela i nagabywania jego przyjaciółek.

— Nie czuje pan nawet żadnej pokusy?

— Na pokusy nie mam żadnego wpływu, ale na pewno im się nie poddam.

— Na pewno. A może nie interesują pana kobiety?

— Co to, to nie. Interesują.

— A od jak dawna nie miał pan kobiety?

— Od miesięcy. Od czasu odlotu z Terminusa.

— Chyba nie jest pan z tego zadowolony.

— Oczywiście, że nie — odparł stanowczo Trevize — ale w tej sytuacji nie mam wyboru.

— Pewnie pana przyjaciel, Pelorat, zgodziłby się, żeby jego przyjaciółka ulżyła pana cierpieniom.

— Nie pokazuję mu, że cierpię, a zresztą nawet gdybym to pokazywał, to on i tak nie zgodziłby się na taki układ. Ani Bliss. Ja się jej nie podobam.

— Sprawdził pan to?

— Nie sprawdziłem. Nie czuję takiej potrzeby. Zresztą nie za bardzo ją lubię.

— Zdumiewające! Mężczyźni na pewno uważają, że jest atrakcyjna.

— Na pewno wygląda atrakcyjnie. Mimo to mnie ona nie pociąga. Przede wszystkim jest za młoda, pod pewnymi względami nawet dziecinna.

— A więc woli pan kobiety dojrzałe?

Trevize nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się, czy nie kryje się w tym jakaś pułapka. W końcu powiedział ostrożnie:

— Jestem już w takim wieku, że cenię sobie niektóre dojrzałe kobiety. Ale co to ma wspólnego z moim statkiem?

— Niech pan zapomni na chwilę o statku — powiedziała Lizalor. — Mam czterdzieści sześć lat i nie jestem mężatką. Zawsze byłam za bardzo zajęta, żeby pomyśleć o małżeństwie.

— W takim wypadku musi pani, zgodnie z obowiązującymi u was zasadami, pozostać do końca życia dziewicą. To dlatego pytała mnie pani od jak dawna nie miałem kobiety? Szuka pani u mnie rady w tej kwestii?… No cóż, mogę powiedzieć tylko tyle, że seks to nie to samo, co jedzenie i picie. Można się bez niego obyć, choć to oczywiście przykre.

Minister Lizalor uśmiechnęła się i w jej oczach znowu pojawił się drapieżny błysk.

— Nie rozumie mnie pan, Trevize. Wysokie stanowisko daje pewne przywileje, a poza tym można zachować dyskrecję. Nie jestem zupełną abstynentką w sprawach seksu. Niestety, nasi mężczyźni nie są dobrzy w tych sprawach. Rozumiem, że moralność jest dobrem absolutnym, ale napełnia naszych mężczyzn poczuciem winy, skutkiem czego stają się nieśmiali i niezaradni, nie kwapią się, żeby zacząć, za to szybko kończą i w ogóle są ofermami.

— Na to też nic nie mogę poradzić — powiedział bardzo ostrożnie Trevize.

— Czyżby chciał pan przez to powiedzieć, że to może być moja wina? Że nie jestem pociągająca?

Trevize podniósł dłoń w obronnym geście.

— Nie powiedziałem nic takiego.

— W takim razie jak pan by zareagował w takiej sytuacji? Pan, mężczyzna z przeżartego niemoralnością świata, mężczyzna, który musi mieć bogate doświadczenie erotyczne, który od kilku miesięcy zmuszony jest zachowywać całkowitą abstynencję w tych sprawach, mimo iż przez cały ten czas przebywa w towarzystwie młodej i atrakcyjnej kobiety. Jak by pan zareagował, znalazłszy się w towarzystwie takiej kobiety jak ja, kobiety dojrzałej, która podobno jest w pana typie?

— Zachowałbym się z szacunkiem należnym pani z racji stanowiska — odparł Trevize.

— Niech pan nie będzie głupcem! — powiedziała minister. Jej ręka powędrowała do prawego boku. Biały pas, który otaczał jej talię, zwisł luźno i odwinął się. Górna część jej czarnego stroju zaczęła się powoli zsuwać.

Trevize siedział jak skamieniały. To o to jej chodziło… Ciekawe od jak dawna. A może chciała w ten sposób osiągnąć to, czego nie udało się jej osiągnąć groźbami?

Żakiet opadł, a wraz z nim sztywny stanik. Minister siedziała naga od pasa w górę, z wyrazem dumnego lekceważenia na twarzy. Jej piersi pasowały do jej całej postaci — były masywne, jędrne i imponujące.

— No i co? — powiedziała.

— Wspaniałe! — odparł zupełnie szczerze Trevize.

— No i co pan teraz ma zamiar zrobić?

— A co nakazują w takiej sytuacji wasze zasady moralne, pani Lizalor?

— A jakie to ma znaczenie dla mężczyzny z Terminusa? Co nakazują w takiej sytuacji wasze zasady moralne?… No, szybciej. Mam zimne piersi i chcę je rozgrzać.

Trevize wstał i zaczął się rozbierać.


6. Natura Ziemi

22

23

24

25

<p>6. Natura Ziemi</p>
<p>22</p>

Trevize czuł się prawie tak, jakby był po seansie narkotycznym. Zastanawiał się, ile czasu upłynęło.

Obok niego leżała Mitza Lizalor, minister komunikacji. Leżała na brzuchu, policzek miała na poduszce, usta otwarte. Wyraźnie pochrapywała. Trevize był zadowolony z tego, że śpi. Miał nadzieję, że kiedy się wreszcie obudzi, uświadomi sobie, że spała.

Jemu też bardzo chciało się spać, ale czuł, że nie powinien tego robić. Nie może pozwolić na to, aby po przebudzeniu Mitza Lizalor stwierdziła, że on też śpi. Musi zdać sobie sprawę, że podczas kiedy ona była tak wyżęta, że nie wiedziała już, co się koło niej dzieje, on trzymał się dzielnie. Na pewno spodziewała się po wychowanym w Fundacji rozpustniku takiej wytrzymałości, więc chciał, żeby nie rozczarowała się w tym względzie.

W pewnym sensie spełnił jej oczekiwania. Biorąc pod uwagę wzrost i siłę fizyczną Lizarol, jej pozycję na Comporellonie, pogardę, jaką żywiła do comporellońskich mężczyzn, dziwną mieszaninę odrazy i fascynacji, którą obudziły w niej opowieści (Trevize zastanawiał się, co właściwie jej naopowiadano) o erotycznych wyczynach dekadentów z Terminusa, domyślił się, że podświadomie pragnęła być zdominowana przez niego. Może nawet oczekiwała tego, aczkolwiek nie mogła otwarcie się do tego przyznać.

Postąpił zgodnie z tym przekonaniem i na szczęście okazało się, że miał rację. „Trevize, ten, który zawsze ma rację” — pomyślał kpiąco. Podobało się to Mitzie Lizalor, a jemu umożliwiło takie pokierowanie biegiem spraw, by ona znużyła się, a on pozostał względnie wypoczęty.

Nie przyszło to łatwo. Miała cudowne ciało (mówiła, że ma czterdzieści sześć lat, ale takiego ciała nie powstydziłaby się dwudziestopięcioletnia sportsmenka) i niesamowitą energię; energię, którą przewyższał tylko zapał, z jakim się jej pozbywała.

Gdyby można było trochę poskromić ten jej zapał i nauczyć ją umiaru, gdyby praktyka (tylko czy on przetrzymałby tę praktykę?) uświadomiła jej lepiej, jakie ma możliwości i, co ważniejsze, jakie możliwości ma on, to mogłoby być naprawdę przyjemnie…

Pochrapywanie nagle ustało i Lizalor poruszyła się. Trevize położył dłoń na jej ramieniu i pogładził je lekko. Otworzyła oczy. Trevize leżał oparty na łokciu i starał się, jak mógł, wyglądać na wypoczętego i pełnego wigoru.

— Cieszę się, że sobie pospałaś — powiedział. Potrzebowałaś odpoczynku.

Uśmiechnęła się do niego sennie i przez moment Trevize miał wrażenie, że będzie chciała zacząć od nowa, ale tylko przekręciła się na plecy. Powiedziała miękkim i zadowolonym głosem:

— Nie myliłam się co do ciebie. Jesteś mistrzem seksu.

Trevize zrobił skromną minę.

— Muszę się bardziej hamować.

— Bzdury! Byłeś w sam raz. Bałam się, że cię wyeksploatowała ta młoda kobieta, ale zapewniałeś mnie, że między wami nic nie było. To prawda?

— Czy zachowywałem się jak ktoś w połowie zaspokojony?

— Nie, oczywiście, że nie — odparła, roześmiawszy się gromko.

— Dalej myślisz o sondzie psychicznej?

Znowu się roześmiała.

— Oszalałeś? Czy teraz chciałabym cię stracić?

— Jednak byłoby lepiej, żebyś na pewien czas mnie straciła…

— Co? — Zmarszczyła czoło.

— Gdybym został tu na stałe, kochana, to ile czasu trzeba by było, żeby ludzie zaczęli gadać? Ale gdybym kontynuował swoją misję, to byłoby zupełnie naturalne, że przylatywałbym tu co jakiś czas, aby złożyć raport i że przez pewien czas bylibyśmy ze sobą sam na sam, bo to ważna misja.

Zastanawiała się przez chwilę, drapiąc się leniwie po biodrze. Potem powiedziała:

— Myślę, że masz rację. Złości mnie taka perspektywa, ale myślę, że masz rację.

— I nie obawiaj się, że nie wrócę — powiedział Trevize. — Nie jestem takim idiotą, żebym mógł zapomnieć o tym, co mnie tu czeka.

Uśmiechnęła się do niego, pogłaskała go po policzku i spytała, zaglądając mu w oczy:

— Uważasz, że to było przyjemne, kochany?

— Bardziej niż przyjemne.

— Ale jesteś z Fundacji. Mężczyzna w pełni sił z samego Terminusa. Musisz znać przeróżne kobiety o przeróżnych zdolnościach i umiejętnościach…

— Nie spotkałem żadnej — żadnej — kobiety, która by cię przypominała choćby w małym stopniu — powiedział Trevize z przekonaniem, które zabrzmiało bardzo szczerze, jako że w końcu mówił szczerą prawdę.

— No, skoro tak mówisz — powiedziała z zadowoleniem Lizalor. — Mimo to trudno jest się pozbyć starych przyzwyczajeń i nie sądzę, żebym kiedykolwiek zawierzyła mężczyźnie na słowo, bez żadnych gwarancji. Ty i ten twój przyjaciel, Pelorat, będziecie mogli udać się w waszej misji jak tylko wyrażę na to zgodę, ale ta młoda kobieta zostanie tutaj. Będzie dobrze traktowana, nie obawiaj się, ale wolę ją zatrzymać. Przypuszczam, że profesor Pelorat będzie chciał się z nią widywać i zadba o to, żebyście często wracali na Comporellon, nawet gdybyś tak się zapalił do swojej misji, że chciałbyś dłużej zostać w przestrzeni.

— Ale to niemożliwe, Mitza.

— Naprawdę? — W jej oczach pojawiła się podejrzliwość. — A dlaczego? Po co jest ci ona potrzebna?

— Nie dla zaspokojenia potrzeb erotycznych. Mówiłem ci to już. I nie kłamałem. Ona należy do Pelorata, a mnie zupełnie nie interesuje. Poza tym jestem pewien, że rozpadłaby się na kawałki, gdyby spróbowała wytrzymać to, przez co ty przeszłaś zwycięsko.

Lizalor omal się nie uśmiechnęła, ale opanowała się i spytała surowym tonem:

— No to co cię obchodzi, że ona zostanie na Comporellonie?

— Jej obecność jest nieodzowna dla powodzenia naszej misji. Dlatego musimy ją mieć ze sobą.

— No dobrze, a na czym polega ta wasza misja? Czas już, żebyś mi to wyjaśnił.

Trevize zawahał się, ale trwało to bardzo krótko. Musi powiedzieć prawdę. Nie przychodziło mu do głowy żadne kłamstwo, które byłoby równie skuteczne.

— Posłuchaj… — powiedział. — Comporellon to stary świat, może nawet jeden z najstarszych, ale na pewno nie najstarszy. To nie tutaj powstał rodzaj ludzki. Ludzie przybyli tu z jakiegoś innego świata, który zresztą też nie musiał być kolebką ludzkości. Być może na tamten świat przylecieli z jeszcze innego, jeszcze starszego świata. Jednak w którymś miejscu to cofanie się w przeszłość musi się skończyć, musimy dotrzeć do pierwszego świata, do kolebki ludzkości. Otóż ja poszukuję Ziemi.

W Mitzę Lizalor jakby piorun strzelił. Jej oczy rozszerzyły się, oddech stał się krótki i urywany, a całe ciało zesztywniało. Wyrzuciła ramiona w górę, krzyżując przy tym palec środkowy każdej dłoni z palcem wskazującym.

— Wymówiłeś tę nazwę — wykrztusiła.

<p>23</p>

Nie powiedziała nic więcej, nawet nie spojrzała na niego. Powoli opuściła ręce, zsunęła nogi z łóżka i usiadła tyłem do niego. Trevize leżał jak skamieniały.

Przypomniał sobie momentalnie, co mówił mu Munn Li Compor, kiedy stali w pustej sali centralnej informacji turystycznej na Sayshell. Pamiętał jego słowa tak dokładnie, jak gdyby zostały wypowiedziane wczoraj. „Są pod tym względem bardzo przesądni. Za każdym razem, kiedy pada to słowo, podnoszą w górę obie ręce ze skrzyżowanymi palcami środkowym i wskazującym, co ma odegnać nieszczęście.” Tak mówił Compor o planecie, z której pochodzili jego przodkowie, a na której znajdował się teraz Trevize.

Niestety, przypomniał sobie o tym po fakcie.

— A co powinienem był powiedzieć, Mitza? spytał cicho.

Potrząsnęła tylko lekko głową, a potem podeszła do drzwi. Zamknęły się za nią i po chwili doszedł stamtąd szum lejącej się wody.

Nie pozostało mu nic innego, jak czekać. Leżał tak, nagi i skrępowany tą sytuacją, zastanawiając się czy ma z nią wejść pod prysznic, czy nie. W końcu doszedł do wniosku, że lepiej tego nie robić. Ale jak tylko nabrał pewności, że właściwie odmówiono mu prysznica, zapragnął znaleźć się pod nim.

W końcu Mitza Lizalor wyszła z łazienki i zaczęła w milczeniu zbierać ubranie.

— Nie masz nic przeciw temu, że skorzystam… — powiedział.

Nie odpowiedziała nic, więc wziął milczenie za znak zgody. Chciał przejść do łazienki energicznym, męskim krokiem, ale czuł się niepewnie, jak w czasach kiedy był małym chłopcem i matka, obrażona na niego za jakiś wybryk, zamiast go ukarać w jakiś inny sposób, przestawała się do niego odzywać.

Rozejrzał się po małej kabinie, która spełniała funkcje łazienki, ale nie było tam nic, oprócz gładkich, pustych ścian. Rozejrzał się jeszcze raz, uważniej, ale w dalszym ciągu nie mógł dostrzec żadnych kurków.

Otworzył drzwi, wysunął głowę i spytał:

— Słuchaj, w jaki sposób uruchamia się tu prysznic?

Odłożyła dezodorant (w każdym razie Trevize domyślił się, że taką funkcję spełnia ów przedmiot), podeszła do drzwi łazienki i w dalszym ciągu nie spoglądając nawet na niego, pokazała na coś palcem. Trevize spojrzał w tym kierunku i odkrył na ścianie okrągłą, różową plamkę, która była tak blada, jak gdyby projektant tego wnętrza nie chciał psuć bieli ścian dla czegoś tak nieistotnego jak przycisk uruchamiający urządzenie, któremu miało służyć owo wnętrze.

Trevize wzruszył lekko ramionami, pochylił się i dotknął plamki. Prawdopodobnie było to właśnie to, co należało zrobić, gdyż po chwili ze wszystkich stron trysnęły cienkie, lecz silne strumyki wody. Z trudem łapiąc oddech w tym potopie, Trevize ponownie nacisnął plamkę i woda przestała lecieć.

Otworzył drzwi, wiedząc, że wygląda jeszcze żałośniej niż poprzednio, gdyż z trudem udało mu się wykrztusić przez szczękające zęby:

— Jak tu się odkręca gorącą wodę?

Tym razem Mitza spojrzała na niego i widocznie jego wygląd przełamał jej złość (czy strach, czy co to było za uczucie, które trzymało ją w swych szponach), gdyż parsknęła śmiechem.

— Jaką gorącą wodę? — spytała. — Myślisz, że marnujemy energię, żeby podgrzewać wodę do mycia? To zupełnie dobra woda, o temperaturze pokojowej. Czy można chcieć czegoś więcej? Ty terminuski mięczaku! Wracaj tam i myj się!

Trevize zawahał się, ale nie trwało to długo, gdyż było jasne, że nie ma w tej sprawie wyboru.

Dotknął niechętnie różowej plamki, ale tym razem przygotował się na lodowaty strumień. To ma być woda o temperaturze pokojowej? Stwierdził, że na skórze tworzy mu się piana mydlana, więc zaczął energicznie trzeć całe ciało. Przypuszczał, że jest to cykl wstępny, namydlania, który nie potrwa długo.

Potem przyszła kolej na cykl spłukiwania. „Aha, teraz ciepła woda…” — pomyślał. No, może nie ciepła, ale już nie tak zimna, a to wystarczyło, żeby — po gruntownym wychłodzeniu — poczuć ciepło. Potem, akurat w chwili kiedy chciał ponownie dotknąć plamki, aby wyłączyć prysznic i zastanawiał się, w jaki sposób Mitza Lizalor wyszła z łazienki sucha, skoro nie było tam ani ręcznika, ani żadnej jego namiastki, woda przestała lecieć. Zastąpił ją nagły podmuch powietrza, podmuch tak silny, że Trevize niechybnie upadłby pod jego naporem, gdyby nie fakt, że uderzyło w niego ze wszystkich stron równocześnie.

Powietrze było gorące, prawie za gorące. Trevize wiedział, że do ogrzania powietrza potrzeba było znacznie mniej energii niż do ogrzania wody. Pod wpływem tego powietrza woda szybko wyparowała z jego skóry i po kilku minutach Trevize mógł wyjść z łazienki tak suchy, jakby nigdy nie wchodził do wody.

Mitza Lizalor doszła już chyba całkowicie do siebie.

— Dobrze się czujesz? — spytała.

— Bardzo dobrze — odparł Trevize. Rzeczywiście, czuł się zdumiewająco odświeżony. — Po prostu nie spodziewałem się takiej temperatury. Nie uprzedziłaś mnie…

— Mięczak — powiedziała Lizalor, tym razem żartobliwie.

Skorzystał z jej dezodorantu i zaczął się ubierać, zdając sobie sprawę z faktu, że ona ma świeżą bieliznę, a on nie.

— Jak powinienem był nazwać… ten świat? spytał.

— Mówimy o nim „Najstarszy” — odparła.

— Skąd miałem wiedzieć, że wymawianie nazwy, której użyłem, jest u was zakazane? — spytał. Powiedziałaś mi o tym?

— A pytałeś o to?

— A skąd miałem wiedzieć, że trzeba o to spytać?

— Teraz już wiesz.

— Mogę zapomnieć.

— Lepiej nie zapominaj.

— A co to za różnica? — Trevize czuł, że poprawia mu się humor. — To tylko słowo, tylko dźwięk.

— Są słowa, których się nie wypowiada — powiedziała Lizalor ponuro. — Czy w każdej sytuacji wypowiadasz każde słowo, które znasz?

— Niektóre słowa są wulgarne, niektóre niewłaściwe, a niektóre mogą być w pewnych okolicznościach bolesne. A to, którego użyłem… do jakiej kategorii należy?

— To słowo jest poważne, smutne. Odnosi się do świata, z którego się wszyscy wywodzimy, ale którego już nie ma. To tragiczne, a my odczuwamy to szczególnie boleśnie, gdyż leżał blisko nas. Nie chcemy o nim w ogóle rozmawiać, a jeśli już musimy, to wolimy nie wymawiać jego nazwy.

— A to skrzyżowanie palców? Czy to w jakiś sposób uśmierza ten ból i smutek?

Lizalor zaczerwieniła się.

— To była zupełnie automatyczna reakcja i jestem zła na ciebie, że ją sprowokowałeś. Niektórzy ludzie wierzą, że to słowo, a nawet sama myśl o nim, sprowadza nieszczęście… i właśnie w ten sposób starają się je odwrócić.

— Ty też wierzysz, że skrzyżowanie palców odwraca nieszczęście?

— Nie… No, może w pewnym sensie wierzę. Czuję się niespokojna, jeśli tego nie zrobię. — Nie patrzyła na Trevizego. Potem, jak gdyby chciała jak najszybciej zmienić temat, spytała: — A dlaczego obecność tej czarnowłosej kobiety jest nieodzowna dla powodzenia tej twojej misji związanej z odnalezieniem tego… tego świata, o którym mówiłeś?

— Mów o nim „Najstarszy”. A może nie chciałabyś używać nawet tej nazwy?

— Nie chciałabym w ogóle o tym rozmawiać, ale zadałam ci pytanie.

— Jestem przekonany, że ludzie z jej świata są emigrantami z Najstarszego.

— Tak jak my — rzekła z dumą Lizalor.

— Ale oni zachowali pewne tradycje, które — jej zdaniem — są kluczem do zrozumienia Najstarszego. Najpierw jednak musimy go odnaleźć i przestudiować jego archiwa.

— Ona kłamie.

— Być może, ale musimy to sprawdzić.

— Jeśli masz ze sobą tę kobietę, z jej wątpliwą wiedzą, i jeśli chcesz dotrzeć do Najstarszego, to po co~ przyleciałeś na Comporellon?

— Aby dowiedzieć się, jakie jest położenie Najstarszego. Miałem kiedyś przyjaciela, który — podobnie jak ja — był obywatelem Fundacji. Jednak jego przodkowie pochodzili z Comporellona i zapewniał mnie, że na Comporellonie znają dość dobrze dzieje Najstarszego.

— Naprawdę tak mówił? A opowiedział ci coś o tych dziejach?

— Tak — odparł Trevize, ponownie mówiąc prawdę. — Mówił mi, że Najstarszy jest martwym światem, że jest skażony radioaktywnością. Nie wiedział, skąd się wzięła ta radioaktywność, ale przypuszczał, że może być ona skutkiem wybuchów jądrowych. Być może wojny nuklearnej.

— Nieprawda! — powiedziała gwałtownie Lizalor.

— Co „nieprawda”? Nieprawda, że była tam wojna czy nieprawda, że jest skażony radioaktywnością?

— Jest skażony, ale nie w wyniku wojny.

— No to w jaki sposób stał się radioaktywny? Nie mógł być taki od początku, bo inaczej nie powstałoby na nim życie. Nigdy nie mogłoby tam istnieć życie.

Lizalor miała taką minę, jak gdyby wahała się, czy ma coś powiedzieć czy nie. Stała wyprostowana i ciężko oddychała. W końcu rzekła:

— To była kara. Na tym świecie używano robotów. Wiesz, co to roboty?

— Tak.

— No więc mieli roboty i za to zostali ukarani. Zostały ukarane wszystkie światy, na których były roboty. Żaden z nich już nie istnieje.

— A kto ich ukarał, Mitza?

— Ten Który Karze. Siły historii. Nie wiem. Patrzyła w bok, unikając jego wzroku, wyraźnie speszona. Potem dodała cicho: — Spytaj innych.

— Chciałbym, ale kogo mam pytać? Czy są na Comporellonie jacyś ludzie, którzy zajmują się prehistorią?

— Są. Nie cieszą się wśród nas… wśród przeciętnych Comporellian popularnością… ale Fundacja, wasza Fundacja domaga się respektowania, jak to nazywacie, wolności myśli.

— Moim zdaniem to nie jest takie złe, że się tego domaga — powiedział Trevize.

— Wszystko, co jest narzucone z zewnątrz, jest złe — powiedziała Lizalor.

Trevize wzruszył ramionami. Nie było sensu spierać się o to.

— Mój przyjaciel, profesor Pelorat — powiedział — też się w pewnym sensie zajmuje prehistorią. Jestem pewien, że chciałby poznać waszych specjalistów z tej dziedziny. Mogłabyś to załatwić, Mitza?

Skinęła głową.

— Jest taki historyk na naszym stołecznym uniwersytecie. Nie prowadzi zajęć ze studentami, ale może potrafiłby odpowiedzieć na interesujące was pytania. Nazywa się Vasil Deniador.

— Dlaczego nie prowadzi zajęć?

— Nie dlatego, że mu zabroniono. Po prostu sami studenci nie chcą wybierać tego przedmiotu.

— Przypuszczam — powiedział Trevize, starając się, żeby nie zabrzmiało to sarkastycznie — że studentów zachęca się, żeby go nie wybierali.

— A dlaczego mieliby go wybierać? To sceptyk. Jak widzisz, mamy i takich. Zawsze znajdują się jednostki, które myślą inaczej niż reszta i są tak bezczelne, iż uważają, że właśnie one mają rację, a cała reszta się myli.

— A może w pewnych przypadkach jest tak rzeczywiście?

— Nie! — powiedziała Lizalor tak stanowczym tonem, że było jasne, iż dalsza dyskusja na ten temat mija się z celem. — Ale mimo swojego sceptycyzmu będzie musiał powiedzieć wam dokładnie to, co wie każdy Comporellianin.

— To znaczy co?

— To, że jeśli szukacie Najstarszego, to nigdy go nie znajdziecie.

<p>24</p>

W przydzielonych im apartamentach Pelorat wysłuchał z nieruchomą twarzą Trevizego, a potem rzekł z zadumą:

— Vasil Deniador? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek o nim słyszał, ale niewykluczone, że kiedy wrócimy na statek, znajdę w swojej bibliotece jakieś artykuły jego pióra.

— Na pewno nie słyszałeś o nim? Pomyśl dobrze! — rzekł Trevize.

— W tej chwili nie przypominam sobie, żebym o nim słyszał — powiedział ostrożnie Pelorat — ale w końcu, stary, są na pewno setki zasługujących na szacunek uczonych, o których nie słyszałem, a jeśli słyszałem, to nic nie pamiętam.

— W każdym razie nie może być wybitnym uczonym. W przeciwnym wypadku na pewno byś o nim słyszał.

— Dla przedstawicieli nauki o Ziemi… — zaczął Pelorat.

— Staraj się mówić „o Najstarszym”, Janov. W przeciwnym razie skomplikuje to nam sprawy.

— Dla przedstawicieli nauki o Najstarszym poprawił się Pelorat — nie ma miejsca w galerii zasłużonych badaczy, więc wybitni uczeni, nawet z dziedziny prehistorii, niechętnie się nią zajmują. Albo, jeśli spojrzymy na to z drugiej strony, to nawet gdyby wśród znawców przedmiotu byli wybitni uczeni, to nie byliby na tyle znani, żeby zasłużyć sobie, w społeczeństwie nie interesującym się w ogóle tą dziedziną, na miano wybitnych… W każdym razie jestem pewien, że mnie nikt nie uważa za wybitnego uczonego.

— Ja cię za takiego uważam, Pel — powiedziała czule Bliss.

— Tak, ty na pewno — odparł Pelorat z lekkim uśmiechem — ale ty, kochanie, nie znasz się na tym.

Sądząc po zegarze, był już prawie wieczór i Trevize czuł, że wzbiera w nim irytacja, jak zawsze, kiedy Bliss i Pelorat zaczynali sobie prawić czułości.

— Spróbuję jutro załatwić spotkanie z tym Deniadorem — powiedział — ale jeśli on wie na ten temat tyle, co minister Lizalor, to nie będziemy po tym spotkaniu mądrzejsi, niż jesteśmy teraz.

— Może będzie nas mógł skierować do kogoś, kto będzie wiedział więcej — powiedział Pelorat.

— Wątpię. Stosunek tego świata do Ziemi… ale lepiej będzie, jeśli ja też przyzwyczaję się do mówienia o niej w sposób metaforyczny. A więc stosunek tego świata do Najstarszego jest głupi i zabobonny. — Odwrócił się. — Ale dajmy na razie temu spokój. Mamy za sobą ciężki dzień i powinniśmy pomyśleć o kolacji — jeśli zdołamy przełknąć specjały miejscowej kuchni — a potem o spaniu. Zorientowaliście się, jak korzystać z prysznica?

— Byliśmy bardzo dobrze traktowani, stary powiedział Pelorat. — Otrzymaliśmy mnóstwo wskazówek, z których większość była zupełnie zbyteczna.

— Słuchaj, Trevize, a co ze statkiem? — spytała Bliss.

— Jak to co?

— Skonfiskują go?

— Nie. Nie sądzę.

— Aha. To miła wiadomość. A dlaczego się rozmyślili?

— Dlatego, że udało mi się nakłonić minister do zmiany decyzji.

— Zdumiewające — powiedział Pelorat. — Nie wydała mi się osobą, którą można łatwo nakłonić do zmiany decyzji.

— No, nie wiem — powiedziała Bliss. — Układ jej myśli wskazywał jasno, że poczuła słabość do Trevizego.

Trevize spojrzał na Bliss z nagłą irytacją.

— Zrobiłaś to, Bliss?

— To znaczy co?

— To znaczy manipulowałaś jej mózgiem?

— Nie manipulowałam. Ale kiedy spostrzegłam, że ona czuje do ciebie słabość, nie mogłam się powstrzymać i usunęłam pewne zahamowania. To był drobiazg. Te zahamowania mogły i tak zniknąć, a wydawało mi się, że to ważne, żeby była przepełniona życzliwością do ciebie.

— Życzliwością? To było więcej niż życzliwość! Zmiękła, owszem, ale dopiero po stosunku.

— Chyba nie chcesz powiedzieć, stary, że… zaczął Pelorat.

— A niby dlaczego nie? — zaperzył się Trevize. — Nie jest już pierwszej młodości, ale dobrze zna tę sztukę. Nie jest początkująca, wierz mi. A ja nie będę się bawił w gentelmana i udawał, że nic między nami nie było. To był zresztą jej pomysł — dzięki igraniu Bliss z jej zahamowaniami — a ja nie mogłem odmówić, nawet gdyby taka myśl przyszła mi do głowy. A nie przyszła… Daj spokój, Janov, nie udawaj purytanina. To była pierwsza okazja od paru miesięcy. A wy… — tu machnął ręką w stronę Bliss.

— Słuchaj, Golan — powiedział z zakłopotaniem Pelorat — jeśli uważasz, że udaję purytanina, to jesteś w błędzie. Wierz mi, nie mam żadnych zastrzeżeń.

— Za to ona jest purytanką — powiedziała Bliss. — Chciałam tylko, żeby była nastawiona do ciebie życzliwie… Nie przypuszczałam, że wpadnie w erotyczny paroksyzm…

— Ale do tego właśnie doprowadziłaś, moja mała, wścibska Bliss. Być może Lizalor musi udawać purytankę w życiu publicznym, ale jeśli tak jest, to jest to tylko dorzucanie drew do ognia.

— A więc jeśli podrapiesz ją w to swędzące miejsce, to zdradzi Fundację.

— I tak by ją zdradziła — powiedział Trevize. Chciała ten statek… — Przerwał i spytał szeptem: — Czy nie jesteśmy na podsłuchu?

— Nie! — powiedziała stanowczo Bliss.

— Jesteś pewna?

— Całkowicie. Nie można w żaden bezprawny sposób poznać myśli Gai, tak żeby ona o tym nie wiedziała.

— Wobec tego mogę mówić dalej… Comporellon chce ten statek dla siebie. Byłby to cenny nabytek dla jego floty.

— Fundacja na pewno nie pozwoliłaby na to.

— Owszem, tylko że Comporellon nie ma najmniejszego zamiaru powiadomić jej o tym.

Bliss westchnęła:

— Oto, jacy jesteście wy, izole. Minister zamierza zdradzić Fundację dla Comporellona, a potem, w zamian za usługę seksualną, gotowa jest zdradzić również Comporellon… A Trevize gotów jest sprzedać swoje ciało, żeby ją do tego nakłonić. Co za anarchia w tej waszej Galaktyce! Co za chaos!

— Mylisz się, moja panno — powiedział chłodno Trevize.

— To, co mówię, to zdanie nie moje, ale Gai. Całej Gai.

— A więc mylisz się, Gajo. Nie sprzedaję swego ciała. Dałem je zupełnie za darmo i zrobiłem to chętnie. Podobało mi się to i nikt nie ucierpiał z tego powodu. A jeśli chodzi o konsekwencje, to — z mojego punktu widzenia — wyszło to nam na dobre. Co zaś do Comporellona, który chce tego statku dla swoich własnych celów, to kto ma rozstrzygnąć po czyjej stronie jest racja? To jest statek Fundacji, ale został mi przekazany po to, abym szukał Ziemi. A zatem, dopóki nie zakończę poszukiwań, statek należy do mnie i uważam, że Fundacja nie ma prawa jednostronnie wycofać się z umowy. Wracając do Comporellona… Nie cierpi dominacji Fundacji, więc marzy o niepodległości. Z ich punktu widzenia oszukanie Fundacji nie jest zdradą, lecz czynem patriotycznym. I kto może rozstrzygnąć po czyjej stronie jest racja?

— Właśnie. Kto może rozstrzygnąć po czyjej stronie jest racja? Jak można w takiej pogrążonej w anarchii Galaktyce odróżnić działania racjonalne od nieracjonalnych? Jak odróżnić dobro od zła, sprawiedliwość od przestępstwa, postępek słuszny od błędnego, pożyteczny od szkodliwego? I czym wytłumaczysz zdradę, której dopuściła się minister Lizalor wobec własnego rządu, pozwalając ci zatrzymać statek? Czyżby pragnęła osobistej niezależności od gnębiącego ją świata? Czy jest ona zdrajczynią czy może patriotką walczącą o swą jednoosobową sprawę?

— Prawdę mówiąc — odparł Trevize — wątpię, aby chciała mi zostawić statek tylko dlatego, żeby mi się odwdzięczyć za przyjemność, którą jej sprawiłem. Przypuszczam, że zdecydowała się na to dopiero wtedy, kiedy jej powiedziałem, że szukam Najstarszego. Według niej na tym świecie ciąży przekleństwo i nasz statek, przez sam fakt, że szuka tego świata, też jest przeklęty. Zdaje mi się, że ona uważa, iż próbując zagarnąć nasz statek, ściągnęła przekleństwo na siebie i na swój świat i teraz prawdopodobnie myśli o tym z przerażeniem. Być może sądzi, że pozwalając nam odlecieć i zająć się swoimi sprawami, odwraca od Comporellona zły los i w ten sposób spełnia swój patriotyczny obowiązek.

— Wątpię w to, Trevize, ale jeśli jest tak, jak mówisz, to motywem tego czynu jest przesąd. Pochwalasz to?

— Ani nie pochwalam, ani nie potępiam. W braku wiedzy postępowaniem ludzkim zawsze kieruje przesąd. Fundacja wierzy w Plan Seldona, mimo że nikt w całej Federacji nie rozumie go, nie potrafi zinterpretować jego szczegółów ani przewidzieć niczego na jego podstawie. Stosujemy się do niego ślepo, bo kieruje nami wiara i niewiedza. No i czy to nie jest przesąd?

— Tak, to możliwe.

— Wy też nie jesteście lepsi. Wierzycie, że podjąłem właściwą decyzję, wyrokując, że Gaja powinna wchłonąć całą Galaktykę i przekształcić ją w jeden potężny organizm, ale nie wiecie ani dlaczego miałaby to być słuszna decyzja, ani czy będzie dla was bezpiecznie podporządkować się jej. Chcecie zastosować się do niej, bo kieruje wami wiara i niewiedza, co więcej, irytuje was, że próbuję znaleźć jakieś argumenty, które zastąpiłyby tę niewiedzę i sprawiły, że wiara stałaby się niepotrzebna. Czy to nie przesąd?

— Tu cię zagiął, Bliss — powiedział Pelorat.

— Nic podobnego — odparła Bliss. — Albo te poszukiwania skończą się kompletnym fiaskiem, albo znajdzie coś, co potwierdzi słuszność jego decyzji.

— A na poparcie tego przekonania — rzekł Trevize — macie tylko wiarę i niewiedzę. Innymi słowy, przesąd.

<p>25</p>

Vasil Deniador był niskim mężczyzną o drobnej budowie ciała. Miał dziwny zwyczaj spoglądania na rozmówcę bez podnoszenia głowy, co w połączeniu z uśmieszkami, które od czasu do czasu pojawiały się na jego twarzy, sprawiało wrażenie, iż kpi sobie z całego świata.

Jego gabinet był długi i wąski, zapełniony taśmami, wśród których zdawał się panować niesamowity bałagan, lecz bynajmniej nie dlatego, że były porozrzucane bezładnie, lecz że tkwiły w przegródkach tak nierówno jak rozchwiane zęby w szczęce. Każde z krzeseł, które wskazał gościom, pochodziło z innej parafii, a wszystkie nosiły ślady niedawnego i niedokładnego odkurzania.

— Janov Pelorat, Golan Trevize i Bliss… Przepraszam panią, ale nie powiedziano mi, jak się pani nazywa — powiedział Deniador.

— Zazwyczaj nazywają mnie po prostu Bliss odparła i usiadła.

— Właściwie ta wystarczy — powiedział Deniador, mrugając do niej. — Jest pani tak atrakcyjna, że można by pani wybaczyć, nawet gdyby nie posiadała pani w ogóle żadnego imienia ani nazwiska.

Teraz siedzieli już wszyscy. Deniador powiedział:

— Słyszałem o panu, profesorze Pelorat, chociaż nigdy nie prowadziliśmy ze sobą korespondencji. Jest pan Fundacjonistą, prawda? Z Terminusa?

— Tak, profesorze Deniador.

— A pan jest radnym, panie Trevize. Zdaje mi się, że słyszałem, jakoby został pan niedawno usunięty z Rady i skazany na wygnanie, chociaż nie orientuję się dlaczego.

— Nie zostałem usunięty. Nadal jestem członkiem Rady, chociaż nie wiem kiedy powrócę do swoich obowiązków. Nie zostałem też skazany na wygnanie. Dostałem do spełnienia pewną misję, w związku z którą chciałbym zasięgnąć pańskiej rady.

— Będę szczęśliwy, jeśli będę mógł w czymś panu pomóc — powiedział Deniador. — A ta rozkoszna dama? Ona również jest z Terminusa?

— Nie — odparł szybko Trevize. — Ona jest skądinąd.

— Ach tak! Dziwny świat ten skądinąd. Pochodzi stamtąd zupełnie niezwykły zbiór ludzi… Ale skoro panowie pochodzicie ze stolicy Fundacji, pani jest młoda i urodziwa, a Mitza Lizalor znana jest z tego, że żadnej z tych dwu kategorii osób nie darzy szczególną sympatią, to jak to się stało, że tak gorąco mi was poleca?

— Myślę, że robi to dlatego — powiedział Trevize — aby się nas jak naszybciej pozbyć. Widzi pan, im szybciej nam pan pomoże, tym szybciej odlecimy z Comporellona.

Deniador popatrzył na Trevizego z zainteresowaniem (ponownie uśmiechając się porozumiewawczo) i powiedział:

— Oczywiście taki pełen wigoru mężczyzna jak pan może wzbudzić jej sympatię, bez względu na swe pochodzenie. Gra rolę zimnej westalki całkiem dobrze, ale nie doskonale.

— Nic o tym nie wiem — powiedział zimno Trevize.

— I bardzo słusznie. Przynajmniej publicznie lepiej nie przyznawać się do tego. Ale ja jestem sceptykiem i nie wierzę w pozory. No dobrze, panie radny, cóż to za misja? Zobaczymy, czy będę mógł panu pomóc.

— W tej sprawie naszym rzecznikiem jest profesor Pelorat — rzekł Trevize.

— Nie mam nic przeciwko temu — odparł Deniador. — Słucham, profesorze.

— Ujmując rzecz najprościej, profesorze Deniador — zaczął Pelorat — poświęciłem całe swoje dorosłe życie na dotarcie do jądra wiedzy na temat świata, na którym powstał rodzaj ludzki i w związku z tym zostałem wysłany ze swoim przyjacielem — chociaż, prawdę mówiąc, nie znaliśmy się jeszcze wówczas — Golanem Trevize, aby odnaleźć… ten, no… zdaje się, że nazywacie go Najstarszym.

— Najstarszym? — powtórzył Deniador. ,Myślę, że chodzi panu o Ziemię.

Peloratowi opadła szczęka. Potem powiedział, zacinając się lekko:

— Miałem wrażenie… to znaczy dano mi do zrozumienia, że… nie można…

Spojrzał bezradnie na Trevizego.

— Minister Lizalor powiedziała mi, że tego słowa nie używa się na Comporellonie — przyszedł mu z pomocą Trevize.

— Chce pan powiedzieć, że zrobiła coś takiego? — Deniador wykrzywił usta, zmarszczył nos i wyrzucił energicznie ręce przed siebie, krzyżując palec serdeczny kościstej dłoni z palcem wskazującym.

— Tak — odparł Trevize. — Właśnie coś takiego.

Deniador opuścił ręce i roześmiał się.

— Bzdura, panowie! Robimy to z przyzwyczajenia. Może gdzieś, w jakichś dziurach zabitych deskami, traktują to poważnie, ale ogólnie rzecz biorąc, nikt się tym nie przejmuje. Nie znam takiego Comporellianina, który by nie powiedział „O żesz Ziemia”, kiedy się zezłości. To najczęściej używane przekleństwo.

— Przekleństwo? — spytał słabym głosem Pelorat.

— Albo wykrzyknik czy przerywnik, jeśli pan woli.

— Niemniej jednak — rzekł Trevize — minister Lizalor wydawała się wstrząśnięta, kiedy wymówiłem to słowo.

— No tak, to góralka.

— Co pan chce przez to powiedzieć?

— To, co powiedziałem. Mitza Lizalor pochodzi z Gór Środkowych. Wychowują tam dzieci w tak zwany stary, dobry sposób, co znaczy, że bez względu na to, jakie zdobędą wykształcenie, nie mogą się pozbyć tego nawyku krzyżowania palców.

— A więc na pana zupełnie nie działa to słowo, profesorze? — spytała Bliss.

— Zupełnie, droga pani. Jestem sceptykiem.

— Wiem, co znaczy słowo „sceptyk” w języku ogólnogalaktycznym — powiedział Trevize — ale w jakim znaczeniu pan go używa?

— W takim samym jak pan, panie radny. Przyjmuję tylko takie argumenty, do których przyjęcia zmuszają mnie względnie pewne dowody, przy czym, dopóki nie uzyskam na ich potwierdzenie dalszych dowodów, nie uważam ich za niepodważalne. Nie przysparza to nam popularności.

— Dlaczego? — spytał Trevize.

— Nigdzie nie cieszylibyśmy się popularnością. Czy jest jakiś świat, którego mieszkańcy nie woleliby wygodnych, przyjemnych i wyświechtanych, aczkolwiek nielogicznych wierzeń od nieprzyjemnej niepewności?… Niech pan pomyśli choćby o waszej wierze w Plan Seldona.

— No tak — odparł Trevize przyglądając się swym paznokciom. — Nie dalej jak wczoraj sam podałem ten przykład.

— Czy mogę wrócić do tematu? — spytał Pelorat. — Czy wiadomo o Ziemi coś takiego, co byłoby do przyjęcia dla sceptyka?

— Bardzo mało — odparł Deniador. — Możemy założyć, że jest jakaś jedna planeta, na której powstał rodzaj ludzki, gdyż jest w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, by ten sam gatunek, którego przedstawiciele są tak podobni do siebie, jakby się wywodzili od tych samych przodków, mógł powstać na wielu, choćby tylko na dwóch, światach z osobna. Możemy przyjąć, że ta kolebka ludzkości nosi nazwę Ziemia. Panuje u nas przekonanie, że Ziemia leży w tej części Galaktyki, gdyż światy znajdujące się tutaj są niezwykle stare, a jest prawdopodobne, że pierwsze światy, które zostały skolonizowane przez ludzi, znajdowały się raczej bliżej niż dalej od Ziemi.

— A czy Ziemia, oprócz tego, że jest kolebką ludzkości, posiada jakieś inne specyficzne cechy? spytał szybko Pelorat.

— Ma pan na myśli coś konkretnego? — odparł .Deniador ze swym charakterystycznym uśmieszkiem.

— Myślę o jej satelicie, przez niektórych nazywanym Księżycem. To byłoby raczej niezwykłe, prawda?

— To podstawowe pytanie, profesorze Pelorat. Czyta pan w moich myślach.

— Nie powiedziałem, jaka mianowicie jego cecha byłaby niezwykła.

— Oczywiście jego rozmiary. Mam rację?… Widzę po pana minie, że tak. Wszystkie legendy na temat Ziemi mówią o wielkiej rozmaitości organizmów żyjących na niej i o jej wielkim satelicie, którego średnica ma jakoby od około trzech tysięcy do trzech i pół tysiąca kilometrów. Można się zgodzić na tę rozmaitość organizmów, gdyż byłby to naturalny wynik ewolucji biologicznej, jeśli to, co nam wiadomo o tym procesie, odpowiada prawdzie. Natomiast trudniej jest przyjąć informacje o tym olbrzymim satelicie. Żaden inny zamieszkany świat w Galaktyce nie ma takiego satelity. Duże satelity kojarzą się nieodmiennie z nie zamieszkanymi i nie nadającymi się do zamieszkania olbrzymami gazowymi. A zatem, jako sceptyk, wolę założyć, że Księżyc nie istnieje.

— Jeśli Ziemia jako jedyny świat jest kolebką milionów gatunków, to czy nie może jako jedyny świat posiadać olbrzymiego satelity? — spytał Pelorat. — Jeden wyjątek implikuje drugi.

Deniador uśmiechnął się.

— Nie rozumiem, w jaki sposób istnienie milionów gatunków na Ziemi mogłoby doprowadzić z niczego do powstania olbrzymiego satelity.

— A odwrotnie? Być może olbrzymi satelita mógł w jakiś sposób wpłynąć na powstanie tych milionów gatunków.

— Tego też nie rozumiem.

— A co z tą opowieścią o skażeniu Ziemi radioaktywnością? — spytał Trevize.

— Powszechnie się o tym mówi i powszechnie się w to wierzy.

— Ale przecież Ziemia nie mogła być radioaktywna od miliardów lat, skoro istniało na niej życie — rzekł Trevize. — Jak to się stało, że została skażona? Była tam wojna jądrowa?

— To najpowszechniejsza opinia, panie radny.

— Ze sposobu, w jaki pan to mówi, wnioskuję, że pan w to nie wierzy.

— Nie ma żadnych dowodów, że miała tam miejsce jakaś wojna. Powszechna opinia nie jest żadnym dowodem.

— No to co innego mogło się tam zdarzyć?

— Nie ma żadnych dowodów, że się w ogóle coś wydarzyło. Skażenie radioaktywne może być taką samą bajką jak ten olbrzymi satelita.

— A jaka jest ogólnie akceptowana wersja historii Ziemi? — spytał Pelorat. — W ciągu swej kariery zawodowej zebrałem pokaźną liczbę legend na temat pochodzenia człowieka. W wielu z nich występował świat zwany Ziemią lub jakoś podobnie. Niestety, poza luźną wzmianką o niejakim Benballym, który — jeśli wierzyć waszym legendom mógł się wziąć znikąd, nie mam żadnych materiałów z Comporellona.

— To mnie wcale nie dziwi. Strzeżemy swoich legend i jestem zdumiony, że w ogóle pan coś znalazł, nawet jakieś wzmianki o Benballym. To kolejny przesąd.

— Ale pan nie jest przesądny, więc chyba nie obawia się pan rozmawiać z nami o tym?

— Nie — odparł Deniador, spoglądając spod oka na Pelorata. — Gdybym rozmawiał z wami o tym zupełnie otwarcie, to na pewno nie przysporzyłoby mi to popularności i sympatii, a być może okazałoby się nawet groźne dla mnie, ale wkrótce opuścicie Comporellon i spodziewam się, że nigdy nie będziecie powoływać się na mnie jako na źródło waszych informacji.

— Ręczymy za to słowem honoru — rzekł szybko Pelorat.

— A zatem przystąpmy do rzeczy. To, co rzekomo wydarzyło się na Ziemi, wygląda, po odrzuceniu tej całej fantastycznej otoczki mówiącej o działaniu sił nadprzyrodzonych, tak. Przez niezmiernie długi okres czasu Ziemia była jedynym światem, na którym żyli ludzie. Potem, mniej więcej dwadzieścia dwadzieścia pięć tysięcy lat temu, ludzie odkryli sposób pokonywania przestrzeni międzygwiezdnych za pomocą skoków przez nadprzestrzeń i skolonizowali jakąś grupę planet.

Koloniści na tych planetach korzystali z robotów, które zostały wynalezione na Ziemi jeszcze przed epoką lotów przez nadprzestrzeń i… ale wiecie, co to roboty?

— Tak — powiedział Trevize. — Już nieraz nas o to pytano. Wiemy, co to roboty.

— Koloniści, którzy stworzyli zrobotyzowaną w znacznym stopniu społeczność, bardzo rozwinęli technikę, opanowali metody osiągania niezwykłej długowieczności i w końcu zaczęli gardzić światem swoich przodków. Według bardziej dramatycznych wersji tej historii, zapanowali nad Ziemią i zaczęli uciskać jej mieszkańców.

W końcu Ziemia wysłała nową grupę kolonistów, wśród których używanie robotów było zabronione. Comporellon był jednym z pierwszych skolonizowanych przez nich światów. Nasi patrioci upierają się, że był nie jednym z pierwszych, lecz pierwszym, ale nie ma na to żadnych dowodów, które byłyby dla sceptyka do przyjęcia. Pierwsza grupa kolonistów wymarła i…

— Dlaczego wymarła, profesorze? — przerwał mu Trevize.

— Dlaczego? Nasi fantaści utrzymują, że zostali oni ukarani za swe występki przez Tego Który Karze, ale jakoś nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego zwlekał On z tą karą tak długo. Ale nie ma potrzeby uciekać się do bajek. Można łatwo dowieść, że społeczeństwo, które jest całkowicie uzależnione od robotów, staje się wygodne, rozleniwia się, a w końcu degeneruje, usychając i marniejąc z czystej nudy albo — ujmując to subtelniej — tracąc chęć do życia.

Druga fala kolonizatorów, ta bez robotów, rozprzestrzeniała się natomiast bez przeszkód i w końcu opanowała całą Galaktykę. Tymczasem jednak Ziemia stała się radioaktywna i powoli zniknęła z pola widzenia. Uważa się zazwyczaj, że powodem tego stały się roboty, których zaczęto używać również, za przykładem pierwszej fali kolonistów, na Ziemi.

Bliss, która słuchała tej opowieści z widocznym zniecierpliwieniem, powiedziała:

— Profesorze Deniador, bez względu na to, ile było fal kolonizatorów i czy jest tam radioaktywność czy nie, kluczowe pytanie jest bardzo proste, mianowicie: gdzie leży Ziemia? Jakie są jej wpółrzędne?

— Odpowiedź na to pytanie brzmi: nie wiem odparł Deniador. — Ale czas już na obiad. Mogę kazać przynieść go tutaj i będziemy sobie mogli dalej rozmawiać o Ziemi, tak długo, jak będziecie sobie tego życzyli.

— Nie wie pan? — powiedział Trevize, podnosząc głos ze zdumienia.

— O ile się orientuję, nikt tego nie wie.

— Ależ to niemożliwe.

— Panie radny — rzekł Deniador z lekkim westchnieniem — jeśli to, co odpowiada prawdzie, jest zdaniem pana niemożliwe, to pana sprawa, ale donikąd to pana nie zaprowadzi.


22

<p>22</p>

Trevize czuł się prawie tak, jakby był po seansie narkotycznym. Zastanawiał się, ile czasu upłynęło.

Obok niego leżała Mitza Lizalor, minister komunikacji. Leżała na brzuchu, policzek miała na poduszce, usta otwarte. Wyraźnie pochrapywała. Trevize był zadowolony z tego, że śpi. Miał nadzieję, że kiedy się wreszcie obudzi, uświadomi sobie, że spała.

Jemu też bardzo chciało się spać, ale czuł, że nie powinien tego robić. Nie może pozwolić na to, aby po przebudzeniu Mitza Lizalor stwierdziła, że on też śpi. Musi zdać sobie sprawę, że podczas kiedy ona była tak wyżęta, że nie wiedziała już, co się koło niej dzieje, on trzymał się dzielnie. Na pewno spodziewała się po wychowanym w Fundacji rozpustniku takiej wytrzymałości, więc chciał, żeby nie rozczarowała się w tym względzie.

W pewnym sensie spełnił jej oczekiwania. Biorąc pod uwagę wzrost i siłę fizyczną Lizarol, jej pozycję na Comporellonie, pogardę, jaką żywiła do comporellońskich mężczyzn, dziwną mieszaninę odrazy i fascynacji, którą obudziły w niej opowieści (Trevize zastanawiał się, co właściwie jej naopowiadano) o erotycznych wyczynach dekadentów z Terminusa, domyślił się, że podświadomie pragnęła być zdominowana przez niego. Może nawet oczekiwała tego, aczkolwiek nie mogła otwarcie się do tego przyznać.

Postąpił zgodnie z tym przekonaniem i na szczęście okazało się, że miał rację. „Trevize, ten, który zawsze ma rację” — pomyślał kpiąco. Podobało się to Mitzie Lizalor, a jemu umożliwiło takie pokierowanie biegiem spraw, by ona znużyła się, a on pozostał względnie wypoczęty.

Nie przyszło to łatwo. Miała cudowne ciało (mówiła, że ma czterdzieści sześć lat, ale takiego ciała nie powstydziłaby się dwudziestopięcioletnia sportsmenka) i niesamowitą energię; energię, którą przewyższał tylko zapał, z jakim się jej pozbywała.

Gdyby można było trochę poskromić ten jej zapał i nauczyć ją umiaru, gdyby praktyka (tylko czy on przetrzymałby tę praktykę?) uświadomiła jej lepiej, jakie ma możliwości i, co ważniejsze, jakie możliwości ma on, to mogłoby być naprawdę przyjemnie…

Pochrapywanie nagle ustało i Lizalor poruszyła się. Trevize położył dłoń na jej ramieniu i pogładził je lekko. Otworzyła oczy. Trevize leżał oparty na łokciu i starał się, jak mógł, wyglądać na wypoczętego i pełnego wigoru.

— Cieszę się, że sobie pospałaś — powiedział. Potrzebowałaś odpoczynku.

Uśmiechnęła się do niego sennie i przez moment Trevize miał wrażenie, że będzie chciała zacząć od nowa, ale tylko przekręciła się na plecy. Powiedziała miękkim i zadowolonym głosem:

— Nie myliłam się co do ciebie. Jesteś mistrzem seksu.

Trevize zrobił skromną minę.

— Muszę się bardziej hamować.

— Bzdury! Byłeś w sam raz. Bałam się, że cię wyeksploatowała ta młoda kobieta, ale zapewniałeś mnie, że między wami nic nie było. To prawda?

— Czy zachowywałem się jak ktoś w połowie zaspokojony?

— Nie, oczywiście, że nie — odparła, roześmiawszy się gromko.

— Dalej myślisz o sondzie psychicznej?

Znowu się roześmiała.

— Oszalałeś? Czy teraz chciałabym cię stracić?

— Jednak byłoby lepiej, żebyś na pewien czas mnie straciła…

— Co? — Zmarszczyła czoło.

— Gdybym został tu na stałe, kochana, to ile czasu trzeba by było, żeby ludzie zaczęli gadać? Ale gdybym kontynuował swoją misję, to byłoby zupełnie naturalne, że przylatywałbym tu co jakiś czas, aby złożyć raport i że przez pewien czas bylibyśmy ze sobą sam na sam, bo to ważna misja.

Zastanawiała się przez chwilę, drapiąc się leniwie po biodrze. Potem powiedziała:

— Myślę, że masz rację. Złości mnie taka perspektywa, ale myślę, że masz rację.

— I nie obawiaj się, że nie wrócę — powiedział Trevize. — Nie jestem takim idiotą, żebym mógł zapomnieć o tym, co mnie tu czeka.

Uśmiechnęła się do niego, pogłaskała go po policzku i spytała, zaglądając mu w oczy:

— Uważasz, że to było przyjemne, kochany?

— Bardziej niż przyjemne.

— Ale jesteś z Fundacji. Mężczyzna w pełni sił z samego Terminusa. Musisz znać przeróżne kobiety o przeróżnych zdolnościach i umiejętnościach…

— Nie spotkałem żadnej — żadnej — kobiety, która by cię przypominała choćby w małym stopniu — powiedział Trevize z przekonaniem, które zabrzmiało bardzo szczerze, jako że w końcu mówił szczerą prawdę.

— No, skoro tak mówisz — powiedziała z zadowoleniem Lizalor. — Mimo to trudno jest się pozbyć starych przyzwyczajeń i nie sądzę, żebym kiedykolwiek zawierzyła mężczyźnie na słowo, bez żadnych gwarancji. Ty i ten twój przyjaciel, Pelorat, będziecie mogli udać się w waszej misji jak tylko wyrażę na to zgodę, ale ta młoda kobieta zostanie tutaj. Będzie dobrze traktowana, nie obawiaj się, ale wolę ją zatrzymać. Przypuszczam, że profesor Pelorat będzie chciał się z nią widywać i zadba o to, żebyście często wracali na Comporellon, nawet gdybyś tak się zapalił do swojej misji, że chciałbyś dłużej zostać w przestrzeni.

— Ale to niemożliwe, Mitza.

— Naprawdę? — W jej oczach pojawiła się podejrzliwość. — A dlaczego? Po co jest ci ona potrzebna?

— Nie dla zaspokojenia potrzeb erotycznych. Mówiłem ci to już. I nie kłamałem. Ona należy do Pelorata, a mnie zupełnie nie interesuje. Poza tym jestem pewien, że rozpadłaby się na kawałki, gdyby spróbowała wytrzymać to, przez co ty przeszłaś zwycięsko.

Lizalor omal się nie uśmiechnęła, ale opanowała się i spytała surowym tonem:

— No to co cię obchodzi, że ona zostanie na Comporellonie?

— Jej obecność jest nieodzowna dla powodzenia naszej misji. Dlatego musimy ją mieć ze sobą.

— No dobrze, a na czym polega ta wasza misja? Czas już, żebyś mi to wyjaśnił.

Trevize zawahał się, ale trwało to bardzo krótko. Musi powiedzieć prawdę. Nie przychodziło mu do głowy żadne kłamstwo, które byłoby równie skuteczne.

— Posłuchaj… — powiedział. — Comporellon to stary świat, może nawet jeden z najstarszych, ale na pewno nie najstarszy. To nie tutaj powstał rodzaj ludzki. Ludzie przybyli tu z jakiegoś innego świata, który zresztą też nie musiał być kolebką ludzkości. Być może na tamten świat przylecieli z jeszcze innego, jeszcze starszego świata. Jednak w którymś miejscu to cofanie się w przeszłość musi się skończyć, musimy dotrzeć do pierwszego świata, do kolebki ludzkości. Otóż ja poszukuję Ziemi.

W Mitzę Lizalor jakby piorun strzelił. Jej oczy rozszerzyły się, oddech stał się krótki i urywany, a całe ciało zesztywniało. Wyrzuciła ramiona w górę, krzyżując przy tym palec środkowy każdej dłoni z palcem wskazującym.

— Wymówiłeś tę nazwę — wykrztusiła.


23

<p>23</p>

Nie powiedziała nic więcej, nawet nie spojrzała na niego. Powoli opuściła ręce, zsunęła nogi z łóżka i usiadła tyłem do niego. Trevize leżał jak skamieniały.

Przypomniał sobie momentalnie, co mówił mu Munn Li Compor, kiedy stali w pustej sali centralnej informacji turystycznej na Sayshell. Pamiętał jego słowa tak dokładnie, jak gdyby zostały wypowiedziane wczoraj. „Są pod tym względem bardzo przesądni. Za każdym razem, kiedy pada to słowo, podnoszą w górę obie ręce ze skrzyżowanymi palcami środkowym i wskazującym, co ma odegnać nieszczęście.” Tak mówił Compor o planecie, z której pochodzili jego przodkowie, a na której znajdował się teraz Trevize.

Niestety, przypomniał sobie o tym po fakcie.

— A co powinienem był powiedzieć, Mitza? spytał cicho.

Potrząsnęła tylko lekko głową, a potem podeszła do drzwi. Zamknęły się za nią i po chwili doszedł stamtąd szum lejącej się wody.

Nie pozostało mu nic innego, jak czekać. Leżał tak, nagi i skrępowany tą sytuacją, zastanawiając się czy ma z nią wejść pod prysznic, czy nie. W końcu doszedł do wniosku, że lepiej tego nie robić. Ale jak tylko nabrał pewności, że właściwie odmówiono mu prysznica, zapragnął znaleźć się pod nim.

W końcu Mitza Lizalor wyszła z łazienki i zaczęła w milczeniu zbierać ubranie.

— Nie masz nic przeciw temu, że skorzystam… — powiedział.

Nie odpowiedziała nic, więc wziął milczenie za znak zgody. Chciał przejść do łazienki energicznym, męskim krokiem, ale czuł się niepewnie, jak w czasach kiedy był małym chłopcem i matka, obrażona na niego za jakiś wybryk, zamiast go ukarać w jakiś inny sposób, przestawała się do niego odzywać.

Rozejrzał się po małej kabinie, która spełniała funkcje łazienki, ale nie było tam nic, oprócz gładkich, pustych ścian. Rozejrzał się jeszcze raz, uważniej, ale w dalszym ciągu nie mógł dostrzec żadnych kurków.

Otworzył drzwi, wysunął głowę i spytał:

— Słuchaj, w jaki sposób uruchamia się tu prysznic?

Odłożyła dezodorant (w każdym razie Trevize domyślił się, że taką funkcję spełnia ów przedmiot), podeszła do drzwi łazienki i w dalszym ciągu nie spoglądając nawet na niego, pokazała na coś palcem. Trevize spojrzał w tym kierunku i odkrył na ścianie okrągłą, różową plamkę, która była tak blada, jak gdyby projektant tego wnętrza nie chciał psuć bieli ścian dla czegoś tak nieistotnego jak przycisk uruchamiający urządzenie, któremu miało służyć owo wnętrze.

Trevize wzruszył lekko ramionami, pochylił się i dotknął plamki. Prawdopodobnie było to właśnie to, co należało zrobić, gdyż po chwili ze wszystkich stron trysnęły cienkie, lecz silne strumyki wody. Z trudem łapiąc oddech w tym potopie, Trevize ponownie nacisnął plamkę i woda przestała lecieć.

Otworzył drzwi, wiedząc, że wygląda jeszcze żałośniej niż poprzednio, gdyż z trudem udało mu się wykrztusić przez szczękające zęby:

— Jak tu się odkręca gorącą wodę?

Tym razem Mitza spojrzała na niego i widocznie jego wygląd przełamał jej złość (czy strach, czy co to było za uczucie, które trzymało ją w swych szponach), gdyż parsknęła śmiechem.

— Jaką gorącą wodę? — spytała. — Myślisz, że marnujemy energię, żeby podgrzewać wodę do mycia? To zupełnie dobra woda, o temperaturze pokojowej. Czy można chcieć czegoś więcej? Ty terminuski mięczaku! Wracaj tam i myj się!

Trevize zawahał się, ale nie trwało to długo, gdyż było jasne, że nie ma w tej sprawie wyboru.

Dotknął niechętnie różowej plamki, ale tym razem przygotował się na lodowaty strumień. To ma być woda o temperaturze pokojowej? Stwierdził, że na skórze tworzy mu się piana mydlana, więc zaczął energicznie trzeć całe ciało. Przypuszczał, że jest to cykl wstępny, namydlania, który nie potrwa długo.

Potem przyszła kolej na cykl spłukiwania. „Aha, teraz ciepła woda…” — pomyślał. No, może nie ciepła, ale już nie tak zimna, a to wystarczyło, żeby — po gruntownym wychłodzeniu — poczuć ciepło. Potem, akurat w chwili kiedy chciał ponownie dotknąć plamki, aby wyłączyć prysznic i zastanawiał się, w jaki sposób Mitza Lizalor wyszła z łazienki sucha, skoro nie było tam ani ręcznika, ani żadnej jego namiastki, woda przestała lecieć. Zastąpił ją nagły podmuch powietrza, podmuch tak silny, że Trevize niechybnie upadłby pod jego naporem, gdyby nie fakt, że uderzyło w niego ze wszystkich stron równocześnie.

Powietrze było gorące, prawie za gorące. Trevize wiedział, że do ogrzania powietrza potrzeba było znacznie mniej energii niż do ogrzania wody. Pod wpływem tego powietrza woda szybko wyparowała z jego skóry i po kilku minutach Trevize mógł wyjść z łazienki tak suchy, jakby nigdy nie wchodził do wody.

Mitza Lizalor doszła już chyba całkowicie do siebie.

— Dobrze się czujesz? — spytała.

— Bardzo dobrze — odparł Trevize. Rzeczywiście, czuł się zdumiewająco odświeżony. — Po prostu nie spodziewałem się takiej temperatury. Nie uprzedziłaś mnie…

— Mięczak — powiedziała Lizalor, tym razem żartobliwie.

Skorzystał z jej dezodorantu i zaczął się ubierać, zdając sobie sprawę z faktu, że ona ma świeżą bieliznę, a on nie.

— Jak powinienem był nazwać… ten świat? spytał.

— Mówimy o nim „Najstarszy” — odparła.

— Skąd miałem wiedzieć, że wymawianie nazwy, której użyłem, jest u was zakazane? — spytał. Powiedziałaś mi o tym?

— A pytałeś o to?

— A skąd miałem wiedzieć, że trzeba o to spytać?

— Teraz już wiesz.

— Mogę zapomnieć.

— Lepiej nie zapominaj.

— A co to za różnica? — Trevize czuł, że poprawia mu się humor. — To tylko słowo, tylko dźwięk.

— Są słowa, których się nie wypowiada — powiedziała Lizalor ponuro. — Czy w każdej sytuacji wypowiadasz każde słowo, które znasz?

— Niektóre słowa są wulgarne, niektóre niewłaściwe, a niektóre mogą być w pewnych okolicznościach bolesne. A to, którego użyłem… do jakiej kategorii należy?

— To słowo jest poważne, smutne. Odnosi się do świata, z którego się wszyscy wywodzimy, ale którego już nie ma. To tragiczne, a my odczuwamy to szczególnie boleśnie, gdyż leżał blisko nas. Nie chcemy o nim w ogóle rozmawiać, a jeśli już musimy, to wolimy nie wymawiać jego nazwy.

— A to skrzyżowanie palców? Czy to w jakiś sposób uśmierza ten ból i smutek?

Lizalor zaczerwieniła się.

— To była zupełnie automatyczna reakcja i jestem zła na ciebie, że ją sprowokowałeś. Niektórzy ludzie wierzą, że to słowo, a nawet sama myśl o nim, sprowadza nieszczęście… i właśnie w ten sposób starają się je odwrócić.

— Ty też wierzysz, że skrzyżowanie palców odwraca nieszczęście?

— Nie… No, może w pewnym sensie wierzę. Czuję się niespokojna, jeśli tego nie zrobię. — Nie patrzyła na Trevizego. Potem, jak gdyby chciała jak najszybciej zmienić temat, spytała: — A dlaczego obecność tej czarnowłosej kobiety jest nieodzowna dla powodzenia tej twojej misji związanej z odnalezieniem tego… tego świata, o którym mówiłeś?

— Mów o nim „Najstarszy”. A może nie chciałabyś używać nawet tej nazwy?

— Nie chciałabym w ogóle o tym rozmawiać, ale zadałam ci pytanie.

— Jestem przekonany, że ludzie z jej świata są emigrantami z Najstarszego.

— Tak jak my — rzekła z dumą Lizalor.

— Ale oni zachowali pewne tradycje, które — jej zdaniem — są kluczem do zrozumienia Najstarszego. Najpierw jednak musimy go odnaleźć i przestudiować jego archiwa.

— Ona kłamie.

— Być może, ale musimy to sprawdzić.

— Jeśli masz ze sobą tę kobietę, z jej wątpliwą wiedzą, i jeśli chcesz dotrzeć do Najstarszego, to po co~ przyleciałeś na Comporellon?

— Aby dowiedzieć się, jakie jest położenie Najstarszego. Miałem kiedyś przyjaciela, który — podobnie jak ja — był obywatelem Fundacji. Jednak jego przodkowie pochodzili z Comporellona i zapewniał mnie, że na Comporellonie znają dość dobrze dzieje Najstarszego.

— Naprawdę tak mówił? A opowiedział ci coś o tych dziejach?

— Tak — odparł Trevize, ponownie mówiąc prawdę. — Mówił mi, że Najstarszy jest martwym światem, że jest skażony radioaktywnością. Nie wiedział, skąd się wzięła ta radioaktywność, ale przypuszczał, że może być ona skutkiem wybuchów jądrowych. Być może wojny nuklearnej.

— Nieprawda! — powiedziała gwałtownie Lizalor.

— Co „nieprawda”? Nieprawda, że była tam wojna czy nieprawda, że jest skażony radioaktywnością?

— Jest skażony, ale nie w wyniku wojny.

— No to w jaki sposób stał się radioaktywny? Nie mógł być taki od początku, bo inaczej nie powstałoby na nim życie. Nigdy nie mogłoby tam istnieć życie.

Lizalor miała taką minę, jak gdyby wahała się, czy ma coś powiedzieć czy nie. Stała wyprostowana i ciężko oddychała. W końcu rzekła:

— To była kara. Na tym świecie używano robotów. Wiesz, co to roboty?

— Tak.

— No więc mieli roboty i za to zostali ukarani. Zostały ukarane wszystkie światy, na których były roboty. Żaden z nich już nie istnieje.

— A kto ich ukarał, Mitza?

— Ten Który Karze. Siły historii. Nie wiem. Patrzyła w bok, unikając jego wzroku, wyraźnie speszona. Potem dodała cicho: — Spytaj innych.

— Chciałbym, ale kogo mam pytać? Czy są na Comporellonie jacyś ludzie, którzy zajmują się prehistorią?

— Są. Nie cieszą się wśród nas… wśród przeciętnych Comporellian popularnością… ale Fundacja, wasza Fundacja domaga się respektowania, jak to nazywacie, wolności myśli.

— Moim zdaniem to nie jest takie złe, że się tego domaga — powiedział Trevize.

— Wszystko, co jest narzucone z zewnątrz, jest złe — powiedziała Lizalor.

Trevize wzruszył ramionami. Nie było sensu spierać się o to.

— Mój przyjaciel, profesor Pelorat — powiedział — też się w pewnym sensie zajmuje prehistorią. Jestem pewien, że chciałby poznać waszych specjalistów z tej dziedziny. Mogłabyś to załatwić, Mitza?

Skinęła głową.

— Jest taki historyk na naszym stołecznym uniwersytecie. Nie prowadzi zajęć ze studentami, ale może potrafiłby odpowiedzieć na interesujące was pytania. Nazywa się Vasil Deniador.

— Dlaczego nie prowadzi zajęć?

— Nie dlatego, że mu zabroniono. Po prostu sami studenci nie chcą wybierać tego przedmiotu.

— Przypuszczam — powiedział Trevize, starając się, żeby nie zabrzmiało to sarkastycznie — że studentów zachęca się, żeby go nie wybierali.

— A dlaczego mieliby go wybierać? To sceptyk. Jak widzisz, mamy i takich. Zawsze znajdują się jednostki, które myślą inaczej niż reszta i są tak bezczelne, iż uważają, że właśnie one mają rację, a cała reszta się myli.

— A może w pewnych przypadkach jest tak rzeczywiście?

— Nie! — powiedziała Lizalor tak stanowczym tonem, że było jasne, iż dalsza dyskusja na ten temat mija się z celem. — Ale mimo swojego sceptycyzmu będzie musiał powiedzieć wam dokładnie to, co wie każdy Comporellianin.

— To znaczy co?

— To, że jeśli szukacie Najstarszego, to nigdy go nie znajdziecie.


24

<p>24</p>

W przydzielonych im apartamentach Pelorat wysłuchał z nieruchomą twarzą Trevizego, a potem rzekł z zadumą:

— Vasil Deniador? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek o nim słyszał, ale niewykluczone, że kiedy wrócimy na statek, znajdę w swojej bibliotece jakieś artykuły jego pióra.

— Na pewno nie słyszałeś o nim? Pomyśl dobrze! — rzekł Trevize.

— W tej chwili nie przypominam sobie, żebym o nim słyszał — powiedział ostrożnie Pelorat — ale w końcu, stary, są na pewno setki zasługujących na szacunek uczonych, o których nie słyszałem, a jeśli słyszałem, to nic nie pamiętam.

— W każdym razie nie może być wybitnym uczonym. W przeciwnym wypadku na pewno byś o nim słyszał.

— Dla przedstawicieli nauki o Ziemi… — zaczął Pelorat.

— Staraj się mówić „o Najstarszym”, Janov. W przeciwnym razie skomplikuje to nam sprawy.

— Dla przedstawicieli nauki o Najstarszym poprawił się Pelorat — nie ma miejsca w galerii zasłużonych badaczy, więc wybitni uczeni, nawet z dziedziny prehistorii, niechętnie się nią zajmują. Albo, jeśli spojrzymy na to z drugiej strony, to nawet gdyby wśród znawców przedmiotu byli wybitni uczeni, to nie byliby na tyle znani, żeby zasłużyć sobie, w społeczeństwie nie interesującym się w ogóle tą dziedziną, na miano wybitnych… W każdym razie jestem pewien, że mnie nikt nie uważa za wybitnego uczonego.

— Ja cię za takiego uważam, Pel — powiedziała czule Bliss.

— Tak, ty na pewno — odparł Pelorat z lekkim uśmiechem — ale ty, kochanie, nie znasz się na tym.

Sądząc po zegarze, był już prawie wieczór i Trevize czuł, że wzbiera w nim irytacja, jak zawsze, kiedy Bliss i Pelorat zaczynali sobie prawić czułości.

— Spróbuję jutro załatwić spotkanie z tym Deniadorem — powiedział — ale jeśli on wie na ten temat tyle, co minister Lizalor, to nie będziemy po tym spotkaniu mądrzejsi, niż jesteśmy teraz.

— Może będzie nas mógł skierować do kogoś, kto będzie wiedział więcej — powiedział Pelorat.

— Wątpię. Stosunek tego świata do Ziemi… ale lepiej będzie, jeśli ja też przyzwyczaję się do mówienia o niej w sposób metaforyczny. A więc stosunek tego świata do Najstarszego jest głupi i zabobonny. — Odwrócił się. — Ale dajmy na razie temu spokój. Mamy za sobą ciężki dzień i powinniśmy pomyśleć o kolacji — jeśli zdołamy przełknąć specjały miejscowej kuchni — a potem o spaniu. Zorientowaliście się, jak korzystać z prysznica?

— Byliśmy bardzo dobrze traktowani, stary powiedział Pelorat. — Otrzymaliśmy mnóstwo wskazówek, z których większość była zupełnie zbyteczna.

— Słuchaj, Trevize, a co ze statkiem? — spytała Bliss.

— Jak to co?

— Skonfiskują go?

— Nie. Nie sądzę.

— Aha. To miła wiadomość. A dlaczego się rozmyślili?

— Dlatego, że udało mi się nakłonić minister do zmiany decyzji.

— Zdumiewające — powiedział Pelorat. — Nie wydała mi się osobą, którą można łatwo nakłonić do zmiany decyzji.

— No, nie wiem — powiedziała Bliss. — Układ jej myśli wskazywał jasno, że poczuła słabość do Trevizego.

Trevize spojrzał na Bliss z nagłą irytacją.

— Zrobiłaś to, Bliss?

— To znaczy co?

— To znaczy manipulowałaś jej mózgiem?

— Nie manipulowałam. Ale kiedy spostrzegłam, że ona czuje do ciebie słabość, nie mogłam się powstrzymać i usunęłam pewne zahamowania. To był drobiazg. Te zahamowania mogły i tak zniknąć, a wydawało mi się, że to ważne, żeby była przepełniona życzliwością do ciebie.

— Życzliwością? To było więcej niż życzliwość! Zmiękła, owszem, ale dopiero po stosunku.

— Chyba nie chcesz powiedzieć, stary, że… zaczął Pelorat.

— A niby dlaczego nie? — zaperzył się Trevize. — Nie jest już pierwszej młodości, ale dobrze zna tę sztukę. Nie jest początkująca, wierz mi. A ja nie będę się bawił w gentelmana i udawał, że nic między nami nie było. To był zresztą jej pomysł — dzięki igraniu Bliss z jej zahamowaniami — a ja nie mogłem odmówić, nawet gdyby taka myśl przyszła mi do głowy. A nie przyszła… Daj spokój, Janov, nie udawaj purytanina. To była pierwsza okazja od paru miesięcy. A wy… — tu machnął ręką w stronę Bliss.

— Słuchaj, Golan — powiedział z zakłopotaniem Pelorat — jeśli uważasz, że udaję purytanina, to jesteś w błędzie. Wierz mi, nie mam żadnych zastrzeżeń.

— Za to ona jest purytanką — powiedziała Bliss. — Chciałam tylko, żeby była nastawiona do ciebie życzliwie… Nie przypuszczałam, że wpadnie w erotyczny paroksyzm…

— Ale do tego właśnie doprowadziłaś, moja mała, wścibska Bliss. Być może Lizalor musi udawać purytankę w życiu publicznym, ale jeśli tak jest, to jest to tylko dorzucanie drew do ognia.

— A więc jeśli podrapiesz ją w to swędzące miejsce, to zdradzi Fundację.

— I tak by ją zdradziła — powiedział Trevize. Chciała ten statek… — Przerwał i spytał szeptem: — Czy nie jesteśmy na podsłuchu?

— Nie! — powiedziała stanowczo Bliss.

— Jesteś pewna?

— Całkowicie. Nie można w żaden bezprawny sposób poznać myśli Gai, tak żeby ona o tym nie wiedziała.

— Wobec tego mogę mówić dalej… Comporellon chce ten statek dla siebie. Byłby to cenny nabytek dla jego floty.

— Fundacja na pewno nie pozwoliłaby na to.

— Owszem, tylko że Comporellon nie ma najmniejszego zamiaru powiadomić jej o tym.

Bliss westchnęła:

— Oto, jacy jesteście wy, izole. Minister zamierza zdradzić Fundację dla Comporellona, a potem, w zamian za usługę seksualną, gotowa jest zdradzić również Comporellon… A Trevize gotów jest sprzedać swoje ciało, żeby ją do tego nakłonić. Co za anarchia w tej waszej Galaktyce! Co za chaos!

— Mylisz się, moja panno — powiedział chłodno Trevize.

— To, co mówię, to zdanie nie moje, ale Gai. Całej Gai.

— A więc mylisz się, Gajo. Nie sprzedaję swego ciała. Dałem je zupełnie za darmo i zrobiłem to chętnie. Podobało mi się to i nikt nie ucierpiał z tego powodu. A jeśli chodzi o konsekwencje, to — z mojego punktu widzenia — wyszło to nam na dobre. Co zaś do Comporellona, który chce tego statku dla swoich własnych celów, to kto ma rozstrzygnąć po czyjej stronie jest racja? To jest statek Fundacji, ale został mi przekazany po to, abym szukał Ziemi. A zatem, dopóki nie zakończę poszukiwań, statek należy do mnie i uważam, że Fundacja nie ma prawa jednostronnie wycofać się z umowy. Wracając do Comporellona… Nie cierpi dominacji Fundacji, więc marzy o niepodległości. Z ich punktu widzenia oszukanie Fundacji nie jest zdradą, lecz czynem patriotycznym. I kto może rozstrzygnąć po czyjej stronie jest racja?

— Właśnie. Kto może rozstrzygnąć po czyjej stronie jest racja? Jak można w takiej pogrążonej w anarchii Galaktyce odróżnić działania racjonalne od nieracjonalnych? Jak odróżnić dobro od zła, sprawiedliwość od przestępstwa, postępek słuszny od błędnego, pożyteczny od szkodliwego? I czym wytłumaczysz zdradę, której dopuściła się minister Lizalor wobec własnego rządu, pozwalając ci zatrzymać statek? Czyżby pragnęła osobistej niezależności od gnębiącego ją świata? Czy jest ona zdrajczynią czy może patriotką walczącą o swą jednoosobową sprawę?

— Prawdę mówiąc — odparł Trevize — wątpię, aby chciała mi zostawić statek tylko dlatego, żeby mi się odwdzięczyć za przyjemność, którą jej sprawiłem. Przypuszczam, że zdecydowała się na to dopiero wtedy, kiedy jej powiedziałem, że szukam Najstarszego. Według niej na tym świecie ciąży przekleństwo i nasz statek, przez sam fakt, że szuka tego świata, też jest przeklęty. Zdaje mi się, że ona uważa, iż próbując zagarnąć nasz statek, ściągnęła przekleństwo na siebie i na swój świat i teraz prawdopodobnie myśli o tym z przerażeniem. Być może sądzi, że pozwalając nam odlecieć i zająć się swoimi sprawami, odwraca od Comporellona zły los i w ten sposób spełnia swój patriotyczny obowiązek.

— Wątpię w to, Trevize, ale jeśli jest tak, jak mówisz, to motywem tego czynu jest przesąd. Pochwalasz to?

— Ani nie pochwalam, ani nie potępiam. W braku wiedzy postępowaniem ludzkim zawsze kieruje przesąd. Fundacja wierzy w Plan Seldona, mimo że nikt w całej Federacji nie rozumie go, nie potrafi zinterpretować jego szczegółów ani przewidzieć niczego na jego podstawie. Stosujemy się do niego ślepo, bo kieruje nami wiara i niewiedza. No i czy to nie jest przesąd?

— Tak, to możliwe.

— Wy też nie jesteście lepsi. Wierzycie, że podjąłem właściwą decyzję, wyrokując, że Gaja powinna wchłonąć całą Galaktykę i przekształcić ją w jeden potężny organizm, ale nie wiecie ani dlaczego miałaby to być słuszna decyzja, ani czy będzie dla was bezpiecznie podporządkować się jej. Chcecie zastosować się do niej, bo kieruje wami wiara i niewiedza, co więcej, irytuje was, że próbuję znaleźć jakieś argumenty, które zastąpiłyby tę niewiedzę i sprawiły, że wiara stałaby się niepotrzebna. Czy to nie przesąd?

— Tu cię zagiął, Bliss — powiedział Pelorat.

— Nic podobnego — odparła Bliss. — Albo te poszukiwania skończą się kompletnym fiaskiem, albo znajdzie coś, co potwierdzi słuszność jego decyzji.

— A na poparcie tego przekonania — rzekł Trevize — macie tylko wiarę i niewiedzę. Innymi słowy, przesąd.


25

<p>25</p>

Vasil Deniador był niskim mężczyzną o drobnej budowie ciała. Miał dziwny zwyczaj spoglądania na rozmówcę bez podnoszenia głowy, co w połączeniu z uśmieszkami, które od czasu do czasu pojawiały się na jego twarzy, sprawiało wrażenie, iż kpi sobie z całego świata.

Jego gabinet był długi i wąski, zapełniony taśmami, wśród których zdawał się panować niesamowity bałagan, lecz bynajmniej nie dlatego, że były porozrzucane bezładnie, lecz że tkwiły w przegródkach tak nierówno jak rozchwiane zęby w szczęce. Każde z krzeseł, które wskazał gościom, pochodziło z innej parafii, a wszystkie nosiły ślady niedawnego i niedokładnego odkurzania.

— Janov Pelorat, Golan Trevize i Bliss… Przepraszam panią, ale nie powiedziano mi, jak się pani nazywa — powiedział Deniador.

— Zazwyczaj nazywają mnie po prostu Bliss odparła i usiadła.

— Właściwie ta wystarczy — powiedział Deniador, mrugając do niej. — Jest pani tak atrakcyjna, że można by pani wybaczyć, nawet gdyby nie posiadała pani w ogóle żadnego imienia ani nazwiska.

Teraz siedzieli już wszyscy. Deniador powiedział:

— Słyszałem o panu, profesorze Pelorat, chociaż nigdy nie prowadziliśmy ze sobą korespondencji. Jest pan Fundacjonistą, prawda? Z Terminusa?

— Tak, profesorze Deniador.

— A pan jest radnym, panie Trevize. Zdaje mi się, że słyszałem, jakoby został pan niedawno usunięty z Rady i skazany na wygnanie, chociaż nie orientuję się dlaczego.

— Nie zostałem usunięty. Nadal jestem członkiem Rady, chociaż nie wiem kiedy powrócę do swoich obowiązków. Nie zostałem też skazany na wygnanie. Dostałem do spełnienia pewną misję, w związku z którą chciałbym zasięgnąć pańskiej rady.

— Będę szczęśliwy, jeśli będę mógł w czymś panu pomóc — powiedział Deniador. — A ta rozkoszna dama? Ona również jest z Terminusa?

— Nie — odparł szybko Trevize. — Ona jest skądinąd.

— Ach tak! Dziwny świat ten skądinąd. Pochodzi stamtąd zupełnie niezwykły zbiór ludzi… Ale skoro panowie pochodzicie ze stolicy Fundacji, pani jest młoda i urodziwa, a Mitza Lizalor znana jest z tego, że żadnej z tych dwu kategorii osób nie darzy szczególną sympatią, to jak to się stało, że tak gorąco mi was poleca?

— Myślę, że robi to dlatego — powiedział Trevize — aby się nas jak naszybciej pozbyć. Widzi pan, im szybciej nam pan pomoże, tym szybciej odlecimy z Comporellona.

Deniador popatrzył na Trevizego z zainteresowaniem (ponownie uśmiechając się porozumiewawczo) i powiedział:

— Oczywiście taki pełen wigoru mężczyzna jak pan może wzbudzić jej sympatię, bez względu na swe pochodzenie. Gra rolę zimnej westalki całkiem dobrze, ale nie doskonale.

— Nic o tym nie wiem — powiedział zimno Trevize.

— I bardzo słusznie. Przynajmniej publicznie lepiej nie przyznawać się do tego. Ale ja jestem sceptykiem i nie wierzę w pozory. No dobrze, panie radny, cóż to za misja? Zobaczymy, czy będę mógł panu pomóc.

— W tej sprawie naszym rzecznikiem jest profesor Pelorat — rzekł Trevize.

— Nie mam nic przeciwko temu — odparł Deniador. — Słucham, profesorze.

— Ujmując rzecz najprościej, profesorze Deniador — zaczął Pelorat — poświęciłem całe swoje dorosłe życie na dotarcie do jądra wiedzy na temat świata, na którym powstał rodzaj ludzki i w związku z tym zostałem wysłany ze swoim przyjacielem — chociaż, prawdę mówiąc, nie znaliśmy się jeszcze wówczas — Golanem Trevize, aby odnaleźć… ten, no… zdaje się, że nazywacie go Najstarszym.

— Najstarszym? — powtórzył Deniador. ,Myślę, że chodzi panu o Ziemię.

Peloratowi opadła szczęka. Potem powiedział, zacinając się lekko:

— Miałem wrażenie… to znaczy dano mi do zrozumienia, że… nie można…

Spojrzał bezradnie na Trevizego.

— Minister Lizalor powiedziała mi, że tego słowa nie używa się na Comporellonie — przyszedł mu z pomocą Trevize.

— Chce pan powiedzieć, że zrobiła coś takiego? — Deniador wykrzywił usta, zmarszczył nos i wyrzucił energicznie ręce przed siebie, krzyżując palec serdeczny kościstej dłoni z palcem wskazującym.

— Tak — odparł Trevize. — Właśnie coś takiego.

Deniador opuścił ręce i roześmiał się.

— Bzdura, panowie! Robimy to z przyzwyczajenia. Może gdzieś, w jakichś dziurach zabitych deskami, traktują to poważnie, ale ogólnie rzecz biorąc, nikt się tym nie przejmuje. Nie znam takiego Comporellianina, który by nie powiedział „O żesz Ziemia”, kiedy się zezłości. To najczęściej używane przekleństwo.

— Przekleństwo? — spytał słabym głosem Pelorat.

— Albo wykrzyknik czy przerywnik, jeśli pan woli.

— Niemniej jednak — rzekł Trevize — minister Lizalor wydawała się wstrząśnięta, kiedy wymówiłem to słowo.

— No tak, to góralka.

— Co pan chce przez to powiedzieć?

— To, co powiedziałem. Mitza Lizalor pochodzi z Gór Środkowych. Wychowują tam dzieci w tak zwany stary, dobry sposób, co znaczy, że bez względu na to, jakie zdobędą wykształcenie, nie mogą się pozbyć tego nawyku krzyżowania palców.

— A więc na pana zupełnie nie działa to słowo, profesorze? — spytała Bliss.

— Zupełnie, droga pani. Jestem sceptykiem.

— Wiem, co znaczy słowo „sceptyk” w języku ogólnogalaktycznym — powiedział Trevize — ale w jakim znaczeniu pan go używa?

— W takim samym jak pan, panie radny. Przyjmuję tylko takie argumenty, do których przyjęcia zmuszają mnie względnie pewne dowody, przy czym, dopóki nie uzyskam na ich potwierdzenie dalszych dowodów, nie uważam ich za niepodważalne. Nie przysparza to nam popularności.

— Dlaczego? — spytał Trevize.

— Nigdzie nie cieszylibyśmy się popularnością. Czy jest jakiś świat, którego mieszkańcy nie woleliby wygodnych, przyjemnych i wyświechtanych, aczkolwiek nielogicznych wierzeń od nieprzyjemnej niepewności?… Niech pan pomyśli choćby o waszej wierze w Plan Seldona.

— No tak — odparł Trevize przyglądając się swym paznokciom. — Nie dalej jak wczoraj sam podałem ten przykład.

— Czy mogę wrócić do tematu? — spytał Pelorat. — Czy wiadomo o Ziemi coś takiego, co byłoby do przyjęcia dla sceptyka?

— Bardzo mało — odparł Deniador. — Możemy założyć, że jest jakaś jedna planeta, na której powstał rodzaj ludzki, gdyż jest w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, by ten sam gatunek, którego przedstawiciele są tak podobni do siebie, jakby się wywodzili od tych samych przodków, mógł powstać na wielu, choćby tylko na dwóch, światach z osobna. Możemy przyjąć, że ta kolebka ludzkości nosi nazwę Ziemia. Panuje u nas przekonanie, że Ziemia leży w tej części Galaktyki, gdyż światy znajdujące się tutaj są niezwykle stare, a jest prawdopodobne, że pierwsze światy, które zostały skolonizowane przez ludzi, znajdowały się raczej bliżej niż dalej od Ziemi.

— A czy Ziemia, oprócz tego, że jest kolebką ludzkości, posiada jakieś inne specyficzne cechy? spytał szybko Pelorat.

— Ma pan na myśli coś konkretnego? — odparł .Deniador ze swym charakterystycznym uśmieszkiem.

— Myślę o jej satelicie, przez niektórych nazywanym Księżycem. To byłoby raczej niezwykłe, prawda?

— To podstawowe pytanie, profesorze Pelorat. Czyta pan w moich myślach.

— Nie powiedziałem, jaka mianowicie jego cecha byłaby niezwykła.

— Oczywiście jego rozmiary. Mam rację?… Widzę po pana minie, że tak. Wszystkie legendy na temat Ziemi mówią o wielkiej rozmaitości organizmów żyjących na niej i o jej wielkim satelicie, którego średnica ma jakoby od około trzech tysięcy do trzech i pół tysiąca kilometrów. Można się zgodzić na tę rozmaitość organizmów, gdyż byłby to naturalny wynik ewolucji biologicznej, jeśli to, co nam wiadomo o tym procesie, odpowiada prawdzie. Natomiast trudniej jest przyjąć informacje o tym olbrzymim satelicie. Żaden inny zamieszkany świat w Galaktyce nie ma takiego satelity. Duże satelity kojarzą się nieodmiennie z nie zamieszkanymi i nie nadającymi się do zamieszkania olbrzymami gazowymi. A zatem, jako sceptyk, wolę założyć, że Księżyc nie istnieje.

— Jeśli Ziemia jako jedyny świat jest kolebką milionów gatunków, to czy nie może jako jedyny świat posiadać olbrzymiego satelity? — spytał Pelorat. — Jeden wyjątek implikuje drugi.

Deniador uśmiechnął się.

— Nie rozumiem, w jaki sposób istnienie milionów gatunków na Ziemi mogłoby doprowadzić z niczego do powstania olbrzymiego satelity.

— A odwrotnie? Być może olbrzymi satelita mógł w jakiś sposób wpłynąć na powstanie tych milionów gatunków.

— Tego też nie rozumiem.

— A co z tą opowieścią o skażeniu Ziemi radioaktywnością? — spytał Trevize.

— Powszechnie się o tym mówi i powszechnie się w to wierzy.

— Ale przecież Ziemia nie mogła być radioaktywna od miliardów lat, skoro istniało na niej życie — rzekł Trevize. — Jak to się stało, że została skażona? Była tam wojna jądrowa?

— To najpowszechniejsza opinia, panie radny.

— Ze sposobu, w jaki pan to mówi, wnioskuję, że pan w to nie wierzy.

— Nie ma żadnych dowodów, że miała tam miejsce jakaś wojna. Powszechna opinia nie jest żadnym dowodem.

— No to co innego mogło się tam zdarzyć?

— Nie ma żadnych dowodów, że się w ogóle coś wydarzyło. Skażenie radioaktywne może być taką samą bajką jak ten olbrzymi satelita.

— A jaka jest ogólnie akceptowana wersja historii Ziemi? — spytał Pelorat. — W ciągu swej kariery zawodowej zebrałem pokaźną liczbę legend na temat pochodzenia człowieka. W wielu z nich występował świat zwany Ziemią lub jakoś podobnie. Niestety, poza luźną wzmianką o niejakim Benballym, który — jeśli wierzyć waszym legendom mógł się wziąć znikąd, nie mam żadnych materiałów z Comporellona.

— To mnie wcale nie dziwi. Strzeżemy swoich legend i jestem zdumiony, że w ogóle pan coś znalazł, nawet jakieś wzmianki o Benballym. To kolejny przesąd.

— Ale pan nie jest przesądny, więc chyba nie obawia się pan rozmawiać z nami o tym?

— Nie — odparł Deniador, spoglądając spod oka na Pelorata. — Gdybym rozmawiał z wami o tym zupełnie otwarcie, to na pewno nie przysporzyłoby mi to popularności i sympatii, a być może okazałoby się nawet groźne dla mnie, ale wkrótce opuścicie Comporellon i spodziewam się, że nigdy nie będziecie powoływać się na mnie jako na źródło waszych informacji.

— Ręczymy za to słowem honoru — rzekł szybko Pelorat.

— A zatem przystąpmy do rzeczy. To, co rzekomo wydarzyło się na Ziemi, wygląda, po odrzuceniu tej całej fantastycznej otoczki mówiącej o działaniu sił nadprzyrodzonych, tak. Przez niezmiernie długi okres czasu Ziemia była jedynym światem, na którym żyli ludzie. Potem, mniej więcej dwadzieścia dwadzieścia pięć tysięcy lat temu, ludzie odkryli sposób pokonywania przestrzeni międzygwiezdnych za pomocą skoków przez nadprzestrzeń i skolonizowali jakąś grupę planet.

Koloniści na tych planetach korzystali z robotów, które zostały wynalezione na Ziemi jeszcze przed epoką lotów przez nadprzestrzeń i… ale wiecie, co to roboty?

— Tak — powiedział Trevize. — Już nieraz nas o to pytano. Wiemy, co to roboty.

— Koloniści, którzy stworzyli zrobotyzowaną w znacznym stopniu społeczność, bardzo rozwinęli technikę, opanowali metody osiągania niezwykłej długowieczności i w końcu zaczęli gardzić światem swoich przodków. Według bardziej dramatycznych wersji tej historii, zapanowali nad Ziemią i zaczęli uciskać jej mieszkańców.

W końcu Ziemia wysłała nową grupę kolonistów, wśród których używanie robotów było zabronione. Comporellon był jednym z pierwszych skolonizowanych przez nich światów. Nasi patrioci upierają się, że był nie jednym z pierwszych, lecz pierwszym, ale nie ma na to żadnych dowodów, które byłyby dla sceptyka do przyjęcia. Pierwsza grupa kolonistów wymarła i…

— Dlaczego wymarła, profesorze? — przerwał mu Trevize.

— Dlaczego? Nasi fantaści utrzymują, że zostali oni ukarani za swe występki przez Tego Który Karze, ale jakoś nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego zwlekał On z tą karą tak długo. Ale nie ma potrzeby uciekać się do bajek. Można łatwo dowieść, że społeczeństwo, które jest całkowicie uzależnione od robotów, staje się wygodne, rozleniwia się, a w końcu degeneruje, usychając i marniejąc z czystej nudy albo — ujmując to subtelniej — tracąc chęć do życia.

Druga fala kolonizatorów, ta bez robotów, rozprzestrzeniała się natomiast bez przeszkód i w końcu opanowała całą Galaktykę. Tymczasem jednak Ziemia stała się radioaktywna i powoli zniknęła z pola widzenia. Uważa się zazwyczaj, że powodem tego stały się roboty, których zaczęto używać również, za przykładem pierwszej fali kolonistów, na Ziemi.

Bliss, która słuchała tej opowieści z widocznym zniecierpliwieniem, powiedziała:

— Profesorze Deniador, bez względu na to, ile było fal kolonizatorów i czy jest tam radioaktywność czy nie, kluczowe pytanie jest bardzo proste, mianowicie: gdzie leży Ziemia? Jakie są jej wpółrzędne?

— Odpowiedź na to pytanie brzmi: nie wiem odparł Deniador. — Ale czas już na obiad. Mogę kazać przynieść go tutaj i będziemy sobie mogli dalej rozmawiać o Ziemi, tak długo, jak będziecie sobie tego życzyli.

— Nie wie pan? — powiedział Trevize, podnosząc głos ze zdumienia.

— O ile się orientuję, nikt tego nie wie.

— Ależ to niemożliwe.

— Panie radny — rzekł Deniador z lekkim westchnieniem — jeśli to, co odpowiada prawdzie, jest zdaniem pana niemożliwe, to pana sprawa, ale donikąd to pana nie zaprowadzi.


7. Odlot z Comporellona

26

27

28

29

30

<p>7. Odlot z Comporellona</p>
<p>26</p>

Obiad składał się ze stosu miękkich gałek w różnych kolorach, wypełnionych różnym nadzieniem.

Deniador podniósł jakiś mały przedmiot, który w jego rękach rozdzielił się na dwie części i okazał się parą cienkich, przezroczystych rękawiczek. Nałożył je, a goście poszli za jego przykładem.

— Przepraszam, co jest wewnątrz tych kulek? spytała Bliss.

— Te różowe — powiedział Deniador — nadziewane są siekaną, ostro przyprawioną rybą. To u nas wielki przysmak. Te żółte są z nadzieniem z sera o bardzo łagodnym smaku. Zielone mają w środku mieszankę warzywną. Proszę jeść, póki gorące. Potem będzie ciasto migdałowe i napoje. Szczególnie polecam gorący jabłecznik. Mamy tu zimny klimat, więc zazwyczaj jadamy wszystko gorące, nawet desery.

— Dogadza pan sobie — zauważył Pelorat.

— Nic podobnego — odparł Deniador. — Po prostu dobrze podejmuję swoich gości. Ja sam jadam skromnie. Jak zapewne zauważyliście państwo, nie mam zbyt wiele ciała i nie potrzebuję obfitych posiłków.

Trevize ugryzł kawałek różowej gałki i przekonał się, że faktycznie zawiera ona rybę, z dużą ilością przypraw, które nadawały jej przyjemny smak, ale które, razem z tą rybą, będą prawdopodobnie leżały mu na żołądku przez resztę dnia, a może i przez część nocy.

Kiedy odjął od ust nadgryzioną gałkę, stwierdził, że ciasto zasklepiło się, zakrywając nadzienie. Nie było żadnej dziurki, przez którą mógłby wyciekać sok, więc przez chwilę zastanawiał się, po co używano rękawiczek. Było absolutnie niemożliwe, aby ktoś pobrudził sobie ręce przy jedzeniu, więc doszedł do wniosku, że chodziło tu o zachowanie higieny. Rękawiczki były zapewne używane, kiedy mycie rąk było niewygodne, i tak ustalił się w końcu zwyczaj używania ich nawet wtedy, kiedy miało się umyte ręce (Lizalor nie korzystała z rękawiczek podczas wczorajszego, wspólnego z nim posiłku, ale być może brało się to stąd, że była góralką).

— Czy nie jest niegrzecznie rozmawiać podczas obiadu o interesach? — spytał.

— Jest to sprzeczne z panującymi u nas zwyczajami, ale jesteście państwo moimi gośćmi, więc możemy nie krępować się naszymi zwyczajami. Jeśli chce pan rozmawiać o poważnych sprawach i sądzi, że nie zepsuje to panu przyjemności, jaką daje jedzenie, albo nie dba o to, to proszę bardzo.

— Dziękuję — powiedział Trevize. — Minister Lizalor dała mi do zrozumienia… nie, stwierdziła wprost, że sceptycy nie są zbyt popularni na tym świecie. Naprawdę tak jest?

Deniador zdawał się być w coraz lepszym nastroju.

— Oczywiście. Bylibyśmy bardzo urażeni, gdyby było inaczej. Widzi pan, Comporellon jest bardzo zawiedzionym w swych ambicjach światem. Chociaż nikt nie zna żadnych szczegółów z tamtych lat, panuje powszechne mniemanie, że tysiące lat temu, kiedy zamieszkana Galaktyka była jeszcze bardzo mała, przewodził jej Comporellon. Nigdy o tym nie zapomnieliśmy, a fakt, że w historycznie udokumentowanych dziejach nie sprawowaliśmy już tej roli, bardzo nas, to znaczy szeroką opinię, drażni i napełnia poczuciem niesprawiedliwości.

Ale cóż możemy zrobić? Kiedyś musieliśmy być lojalnym wasalem Imperium, a teraz musimy być lojalnym sojusznikiem Fundacji. A im bardziej zdajemy sobie sprawę z naszej podrzędnej roli, tym silniejsza staje się wiara w dawną, wspaniałą przeszłość.

Co, wobec tego, może zrobić Comporellon? W dawnych czasach nie mógł się przeciwstawić Imperium, a teraz nie może otwarcie przeciwstawić się Fundacji. W tej sytuacji kompensują sobie swoje kompleksy, atakując nas i nienawidząc, gdyż nie wierzymy w legendy i śmiejemy się z przesądów.

Mimo to nie cierpimy wielkich prześladowań. W naszych rękach jest technika i nauka na uniwersytetach. Ci spośród nas, którzy szczególnie otwarcie głoszą swoje poglądy, mają trudności z otrzymaniem zgody na prowadzenie zajęć ze studentami. Ja, na przykład, mam takie trudności, chociaż spotykam się po cichu ze studentami poza uniwersytetem. Niemniej jednak gdyby zupełnie usunięto nas z życia społecznego, to podupadłaby technika i nauka, a nasze uniwersytety straciłyby w całej Galaktyce poważanie. Przypuszczalnie ludzkość jest na tyle szalona, że perspektywa intelektualnego samobójstwa nie odwiodłaby naszych rodaków od wyładowania na nas swej nienawiści, ale na szczęście pomaga nam Fundacja. Dlatego, chociaż nieustannie się nas łaje, potępia i szydzi z nas, nikt nas nie śmie tknąć.

— Czy to właśnie to ogólne nastawienie waszego społeczeństwa powstrzymuje pana przed zdradzeniem nam położenia Ziemi? — spytał Trevize. Obawia się pan, że mimo wszystko ta niechęć do sceptyków może przybrać niebezpieczne rozmiary, jeśli posunie się pan zbyt daleko?

Deniador potrząsnął głową.

— Nie. Położenie Ziemi jest nieznane. Niczego przed wami nie ukrywam — ani ze strachu, ani z żadnej innej przyczyny.

— Niech pan posłucha — rzekł z naciskiem Trevize. — W tym sektorze Galaktyki jest ograniczona liczba planet, które posiadają cechy fizyczne kojarzące się z warunkami umożliwiającymi zasiedlenie ich. Prawie wszystkie z nich muszą nie tylko nadawać się do zamieszkania, ale być również zamieszkane i dlatego dobrze wam znane. Czy byłoby tak trudno zbadać ten sektor i znaleźć planetę, która nadawałaby się do zamieszkania, gdyby nie fakt, że jest radioaktywna? Poza tym dodatkową wskazówką byłby ogromny satelita, towarzyszący takiej planecie. Z radioaktywnością i ogromnym satelitą Ziemia byłaby absolutnie wyjątkowa i łatwa do rozpoznania i nawet przy pobieżnym przeszukiwaniu sektora nie można by jej nie zauważyć. Mogłoby to zabrać trochę czasu, ale byłaby to jedyna trudność.

— Z punktu widzenia sceptyka — powiedział Deniador — radioaktywność Ziemi i jej ogromny satelita są oczywiście zwykłymi bajkami. Gdybyśmy ich szukali, to tak jak gdybyśmy szukali gruszek na wierzbie i poziomek w zimie.

— Być może, ale to nie powinno powstrzymywać Comporellona od podjęcia przynajmniej próby takich poszukiwań. Gdyby udało się wam znaleźć świat nadający się do zamieszkania, a przy tym posiadający ogromnego satelitę, to nadałoby to wszystkim waszym legendom pozór wiarygodności.

Deniador roześmiał się.

— Być może właśnie dlatego go nie szukamy. Gdybyśmy nic nie znaleźli albo gdyby okazało się, że Ziemia jest zupełnie inna niż ją przedstawiają nasze legendy, to stałoby się coś zupełnie przeciwnego. Wszystkie nasze legendy okazałyby się śmiechu warte. Comporellon za nic tego nie zaryzykuje.

Trevize milczał chwilę, a potem podjął na nowo z przekonaniem:

— Poza tym nawet jeśli pominąć te dwie unikalności — jeśli takie słowo istnieje w języku galaktycznym — to znaczy radioaktywność i ogromnego satelitę, to pozostaje jeszcze trzecia, która musi istnieć na mocy definicji i której potwierdzenia nie trzeba szukać w żadnych legendach. Na Ziemi musi istnieć albo bardzo zróżnicowane życie, albo jego szczątki, albo przynajmniej jakieś skamieliny świadczące o tym, że kiedyś takie życie tam istniało.

— Panie radny — rzekł na to Deniador — chociaż Comporellon nie wysłał nigdy żadnej ekspedycji, której celem byłoby odszukanie Ziemi, to mamy przecież możliwość podróżowania w przestrzeni i niekiedy otrzymujemy raporty od dowódców statków, które z jakiegoś powodu zboczyły z kursu. Jak pan zapewne wie, skoki przez nadprzestrzeń nie zawsze są precyzyjne. Otóż żaden z tych raportów nie wspominał o planecie, która miałaby właściwości podobne choć trochę do właściwości legendarnej Ziemi, ani o planecie o bogatej florze i faunie. Poza tym żaden statek nie wyląduje na planecie, która wygląda na nie zamieszkaną, po to, żeby załoga mogła szukać skamielin. Jeśli zatem przez wiele tysięcy lat nie zameldowano nam o niczym takim, to wierzę niezłomnie, że zlokalizowanie Ziemi jest niemożliwe, gdyż nie można zlokalizować tego, czego nie ma.

— Przecież Ziemia musi gdzieś być — powiedział zawiedziony Trevize. — Jest gdzieś planeta, na której powstał rodzaj ludzki i wszystkie pokrewne gatunki. Jeśli nie w tym, to w jakimś innym sektorze Galaktyki.

— Być może — odparł z niezmąconym spokojem Deniador — ale dotychczas nigdzie jej nie znaleziono.

— Bo nikt jej naprawdę nie szukał.

— No, ale wy szukacie. Życzę wam powodzenia, ale nie dałbym złamanego kredyta za to, że się wam powiedzie.

— A czy nie czyniono żadnych prób ustalenia prawdopodobnego położenia Ziemi w sposób pośredni, to znaczy nie poprzez bezpośrednie poszukiwania? — spytał Trevize.

— Tak — odezwały się jednocześnie dwa głosy. Deniador, który był właścicielem jednego z nich, spytał Pelorata: — Myśli pan o projekcie Yariffa?

— Tak — odparł Pelorat.

— Może wobec tego wyjaśni pan panu radnemu, o co w nim chodziło? Myślę, że prędzej uwierzy panu niż mnie.

— Widzisz, Golan — zaczął Pelorat — w ostatnim okresie istnienia Imperium badanie problemu pochodzenia, jak to określano, stało się popularną rozrywką. Być może była to forma ucieczki od nieprzyjemnej rzeczywistości. Wiesz, że w tym czasie postępował proces rozkładu Imperium.

Wtedy to pewnemu liwijskiemu historykowi nazwiskiem Humbal Yariff przyszło do głowy, że bez względu na to, który świat był kolebką ludzkości, musiał on najpierw skolonizować światy znajdujące się w jego sąsiedztwie, a dopiero potem bardziej odległe. Mówiąc ogólnie: im dalej jakiś świat znajduje się od tego, na którym pojawiła się ludzkość, tym później został skolonizowany.

Załóżmy zatem, że dałoby się ustalić daty kolonizacji wszystkich zamieszkanych planet w Galaktyce, a następnie połączyć ze sobą liniami te światy, których wiek w przybliżeniu byłby taki sam. Otrzymalibyśmy wówczas coś w rodzaju sieci łączącej wszystkie światy skolonizowane dziesięć tysięcy lat temu, inną sieć tworzyłyby linie łączące światy o historii liczącej dwanaście tysięcy lat, jeszcze inną linie przeprowadzone między światami mającymi po piętnaście tysięcy lat, i tak dalej. Teoretycznie, każda taka sieć miałaby mniej więcej kulisty kształt i wszystkie byłyby mniej więcej koncentryczne. Sieci utworzone przez linie łączące starsze światy tworzyłyby kule o mniejszym promieniu niż te, które łączyłyby młodsze światy i gdyby udało się ustalić środki wszystkich tych kul, to znalazłyby się one we względnie małej części przestrzeni, w której oczywiście musiałaby leżeć planeta będąca kolebką ludzkości — Ziemia. — Pelorat ze skupioną miną ilustrował swój wykład, kreśląc rękami w powietrzu kształty kul. — Rozumiesz to, Golan? — spytał.

— Tak — skinął głową Trevize. — Ale sądzę, że nic z tego nie wyszło.

— Teoretycznie rzecz biorąc, powinno było wyjść. Problem tylko w tym, że daty założenia poszczególnych światów były zupełnie nieprawdziwe. Każdy świat zawyżał swój wiek i nie było sposobu, żeby ustalić go precyzyjnie, a nie na podstawie legend.

— No a metoda obliczania wieku za pomocą badania poziomu węgla 14 w tkankach starych drzew? — spytała Bliss.

— Owszem, kochanie — odparł Pelorat — ale żeby użyć tej metody, trzeba by najpierw nakłonić do współpracy mieszkańców tych światów, a tego nigdy nie udało się zrobić. Żaden świat nie chciał, żeby się okazało, że jest młodszy niż utrzymuje, a Imperium miało ważniejsze sprawy na głowie niż zmuszanie ich siłą do współpracy.

Tak więc, ostatecznie, Yariff mógł się oprzeć w swych badaniach jedynie na światach, które miały najwyżej dwa tysiące lat, gdyż daty ich założenia zostały dokładnie i w sposób wiarygodny zapisane. Było ich w sumie niewiele, a linie łączące je utworzyły faktycznie kulę, tyle tylko że jej środek wypadał dość blisko Trantora, stolicy Imperium, gdyż właśnie stamtąd wyruszały ekspedycje mające na celu skolonizowanie tych niewielu światów.

Oczywiście, był to inny problem, z którym trzeba by było się uporać. Otóż Ziemia nie była jedynym światem, z którego wyruszały wyprawy na kolonizację innych planet. W miarę upływu czasu liczba światów kolonizujących Galaktykę zwiększała się, a Trantor w okresie szczytowego rozkwitu Imperium był największym organizatorem takich ekspedycji. W rezultacie jego ustaleń Yariffa, zresztą zupełnie niezasłużenie, wyśmiano i skończyła się jego kariera naukowa.

— Rozumiem, Janov — rzekł Trevize. — Profesorze Deniador, a więc nie ma pan nic, co dawałoby mi chociaż cień nadziei? A może zna pan jakiś inny świat, gdzie istnieje szansa uzyskania jakichś informacji na temat Ziemi?

Deniador zamyślił się.

— Hmm — powiedział w końcu z wahaniem. Jako sceptyk, muszę panu powiedzieć, że nie jestem pewien, czy Ziemia w ogóle istnieje albo czy kiedykolwiek istniała. Jednakże… — Znowu umilkł.

Po pewnej chwili Bliss powiedziała:

— Sądzę, profesorze, że myśli pan o czymś, co może okazać się ważne.

— Ważne? Wątpię — rzekł z lekkim uśmiechem. — Raczej zabawne. Ziemia nie jest jedyną planetą, której położenie jest zagadką. Nie wiadomo też, gdzie leżą światy założone przez pierwszą grupę kolonistów — Przestrzeńców, jak określają ich nasze legendy. Niektórzy nazywają te planety światami Przestrzeńców, inni — Zakazanymi Światami. Teraz używa się raczej tej drugiej nazwy.

Jak głosi legenda, Przestrzeńcy byli długowieczni, przeciętnie żyli po kilkaset lat. Byli z tego powodu bardzo dumni i nie pozwalali naszym krótkowiecznym przodkom lądować na swoich światach. Potem ich pokonaliśmy i sytuacja się odwróciła. Nie chcieliśmy mieć z nimi nic wspólnego i zostawiliśmy ich samym sobie. Zabroniliśmy tam zawijać naszym statkom i prowadzić z nimi interesy. Stąd właśnie wzięła się nazwa Zakazane Światy. Byliśmy przekonani, jak głosi legenda, że Ten Który Karze zniszczy ich bez potrzeby naszego w tym udziału i najwidoczniej zrobił to. W każdym razie, o ile nam wiadomo, od tysiącleci nie pojawił się w Galaktyce żaden Przestrzeniec.

— Myśli pan, że ci Przestrzeńcy wiedzieliby coś o Ziemi? — spytał Trevize.

— Możliwe, gdyż ich światy były starsze od najstarszego z naszych. Oczywiście, gdyby żył jeszcze ktoś z nich, co jest zupełnie nieprawdopodobne.

— Nawet jeśli ich już nie ma, to są ich światy, a na nich mogą być jakieś wzmianki na temat Ziemi.

— Tylko czy znajdziecie te światy…

Trevize spojrzał na niego z irytacją.

— Chce pan powiedzieć, że klucz do zagadki Ziemi, której położenie jest nie znane, może znajdować się na światach Przestrzeńców, których położenie też jest nie znane?

Deniador wzruszył ramionami.

— Od dwudziestu tysięcy lat nie mamy z nimi żadnych kontaktów. Nie myślimy nawet o nich. Nic dziwnego, że — tak jak Ziemię — okryła ich mgła zapomnienia.

— Na ilu światach żyli Przestrzeńcy?

— Legendy mówią o pięćdziesięciu… podejrzanie okrągła liczba. Prawdopodobnie było ich o wiele mniej.

— I nie zna pan położenia nawet jednego z nich?

— Hmm, właśnie zastanawiam się, czy…

— Czy co?

— Ponieważ moim hobby, tak jak hobby profesora Pelorata, jest historia, czasami przeglądam stare dokumenty w poszukiwaniu czegoś o dawnych czasach, czegoś innego niż legendy. W ubiegłym roku natrafiłem na dziennik pokładowy starego statku, dziennik, który był prawie nie do odczytania. Pochodził jeszcze z tych czasów, kiedy nasz świat nie nazywał się Comporellonem. Ówczesna jego nazwa brzmiała Świat Baleya. Wydaje mi się, że jest to nazwa starsza nawet od nazwy Świat Benbally’ego, która przetrwała w naszych legendach.

— Opublikował pan to? — zapytał podekscytowany Pelorat.

— Nie — odparł Deniador. — Jak mawia stare porzekadło, nie dam nurka, zanim się nie upewnię, czy w basenie jest woda. Otóż, widzi pan, w dzienniku tym znajduje się notatka, że kapitan tego statku wylądował na świecie Przestrzeńców i nawet zabrał ze sobą stamtąd jakąś kobietę.

— Ale przecież sam pan mówił, że Przestrzeńcy nie pozwalali obcym lądować u siebie — powiedziała Bliss.

— Otóż to. Właśnie dlatego nie opublikowałem tego materiału. Brzmi to zbyt nieprawdopodobnie. Zachowały się pewne niejasne opowieści, które zdają się mówić o Przestrzeńcach i ich konflikcie z kolonistami, naszymi przodkami… Takie opowieści, w różnych wersjach, istnieją nie tylko na Comporello nie, ale także na wielu innych światach w naszym sektorze. Różnią się one między sobą w wielu sprawach, ale w jednym są absolutnie zgodne — Przestrzeńcy i Koloniści nigdy nie mieszali się ze sobą. Nie było między nimi żadnych towarzyskich, nie mówiąc już o seksualnych, kontaktów, ale tego kapitana i tę kobietę najwidoczniej łączyła miłość. Jest to tak niewiarygodne, że nie widzę najmniejszej możliwości, aby historię tę uznano za prawdziwą. W najlepszym razie zostałaby potraktowana jako romans historyczny.

Trevize wyglądał na rozczarowanego.

— I to wszystko? — spytał.

— Nie, panie radny. Jest coś jeszcze. W tym, co zostało z dziennika pokładowego, natrafiłem na pewne liczby. Mogą to być, chociaż niekoniecznie, przestrzenne współrzędne jakiejś planety. Gdyby były to istotnie — a powtarzam, ponieważ każe mi tak mój honor sceptyka, że nie muszą — współrzędne, to w świetle tego, o czym mówi dziennik, musiałbym je uznać za współrzędne trzech Światów Przestrzeńców. Jeden z nich mógłby być tym, na którym wylądował ów kapitan i z którego odleciał ze swą ukochaną.

— A czy nie może być tak, że nawet jeśli ta opowieść została zmyślona, to współrzędne są prawdziwe? — spytał Trevize.

— Może — powiedział Deniador. — Dam wam te dane i możecie z nich korzystać, jak wam się podoba, ale być może zaprowadzą was one donikąd… Ale przyszła mi do głowy zabawna myśl — dodał i przez twarz przemknął mu jego zwykły uśmiech.

— Jaka? — spytał Trevize.

— A jeśli któryś z tych zbiorów współrzędnych odnosi się do Ziemi?

<p>27</p>

Jaskrawo pomarańczowe słońce Comporellona było większe niż słońce Terminusa, ale znajdowało się nisko na niebie i dawało niewiele ciepła. Wiatr, na szczęście niezbyt silny, muskał lodowatymi palcami policzki Trevizego.

Wzdrygnął się pomimo elektrycznie ogrzewanego skafandra, który dostał od Mitzy Lizalor. Stała właśnie koło niego.

— Musi być tu czasem ciepło, Mitza — powiedział.

Rzuciła krótkie spojrzenie na słońce. Stała tam, na pustej płycie portu kosmicznego, w lżejszej kurtce, niż miał Trevize, i wydawało się, że nic nie robi sobie z zimna.

— Mamy tu piękne lato — powiedziała. — Nie trwa długo, ale nasze rośliny jadalne są do tego przystosowane. Mamy tu starannie dobrane odmiany, które szybko rosną, korzystając z tego, że przez pewien czas jest dość słońca, i które nie są wrażliwe na mróz. Nasze zwierzęta domowe mają gęste futra, a wełna comporellońska jest przez wszystkich uważana za najlepszą w całej Galaktyce. Poza tym mamy sztuczne plantacje na orbicie wokół Comporellona, gdzie uprawiamy owoce tropikalne. Nawet eksportujemy puszkowane ananasy o znakomitym smaku. Większość z tych, którzy wiedzą, że nasz świat jest zimny, nie ma o tym pojęcia.

— Dziękuję ci, Mitza, za to, że przyszłaś nas pożegnać i że zgodziłaś się pomóc nam w tej misji powiedział Trevize. — Dla własnego spokoju muszę jednak spytać, czy nie będziesz w związku z tym miała jakichś poważnych kłopotów.

— Nie! — potrząsnęła dumnie głową. — Nie będę miała żadnych kłopotów. Przede wszystkim nikt nie będzie mnie przesłuchiwał. Kieruję resortem komunikacji, a to znaczy, że ja sama ustanawiam przepisy regulujące pracę tego i innych portów kosmicznych, stacji granicznych, zasady wpuszczania i odprawiania statków. W tych sprawach premier całkowicie polega na mnie i jest szczęśliwy, że nie musi się zajmować szczegółami… A zresztą, gdybym nawet była przesłuchiwana, to i tak musiałabym powiedzieć szczerą prawdę. Rząd pochwaliłby mnie za to, że nie przekazałam twojego statku Fundacji. Taka sama byłaby opinia ludu, gdyby względy bezpieczeństwa pozwoliły na opublikowanie tej informacji. Natomiast Fundacja o niczym się nie dowie.

— Rząd może być zadowolony, że Fundacja nie dostała statku, ale czy będzie zadowolony, że pozwoliłaś nam go stąd zabrać? — spytał Trevize.

Lizalor uśmiechnęła się.

— Jesteś porządnym człowiekiem, Golan. Walczyłeś nieustępliwie, żeby zachować ten statek, a teraz, kiedy już go masz, martwisz się, czy nie będę miała z tego powodu kłopotów. — Wyciągnęła do niego rękę, jak gdyby nie mogła się oprzeć, by go pogładzić, ale zaraz, choć z widocznym trudem, opanowała tę pokusę. Powiedziała szorstko: — Nawet jeśli zakwestionują moją decyzję, to wystarczy, że powiem im, iż szukałeś i nadal szukasz Najstarszego, by pochwalili mnie, że dobrze postąpiłam, pozbywając się jak najszybciej ciebie razem z tym statkiem i całą resztą. Natychmiast też odprawią modły pokutne za to, że w ogóle pozwolono wam wylądować, chociaż w żaden sposób nie mogliśmy zgadnąć, jakie macie zamiary.

— Naprawdę obawiasz się, że moja obecność może sprowadzić nieszczęście na ciebie i na twój świat?

— Naprawdę — powiedziała beznamiętnym głosem Lizalor. Potem dodała cieplejszym tonem: Już sprowadziłeś na mnie nieszczęście, bo teraz, kiedy cię poznałam, comporellońscy mężczyźni będą mi się wydawali jeszcze bardziej oziębli niż przedtem. Będę usychać z tęsknoty. Ten Który Karze zadbał już o to.

Trevize chwilę się wahał, a potem powiedział:

— Nie mam zamiaru nakłaniać cię do zmiany poglądów w tej sprawie, ale nie chcę też, żebyś odczuwała bezpodstawny lęk. Musisz zrozumieć, że wiara w to, że sprowadzę na was nieszczęście, to tylko przesąd i zabobon.

— Przypuszczam, że powiedział ci to ten sceptyk.

— Nie musiał mi nic mówić. Wiem to i bez niego.

Lizalor starła dłonią szron, który zdążył osiąść na jej gęstych brwiach, i powiedziała:

— Wiem, że niektórzy uważają, że to przesąd. A jednak jest faktem, że Najstarszy przynosi nieszczęście. Mogliśmy się o tym przekonać już nieraz i żadne sprytne argumenty sceptyków nie przekreślą prawdy.

Wysunęła nagłym ruchem rękę.

— Żegnaj, Golan. Wsiadaj na statek i dołącz do swoich, zanim nasz zimny, choć przyjemny wiatr zmieni twoje wrażliwe ciało w sopel lodu.

— Żegnaj, Mitza. Mam nadzieję, że zobaczymy się, kiedy wrócę.

— Tak, obiecałeś, że wrócisz i próbuję w to uwierzyć. Łudzę się nawet myślą, że wylecę ci naprzeciw i spotkamy się w przestrzeni, aby nieszczęście spadło tylko na mnie, a nie na cały mój świat, ale… niestety, już nigdy nie wrócisz.

— Nic podobnego! Wrócę! Teraz, kiedy wiem, jaką możesz dać mi rozkosz, nie zrezygnuję z ciebie tak łatwo. — W tej chwili Trevize był święcie przekonany, że mówi szczerą prawdę.

— Nie wątpię w twoje romantyczne porywy, mój ty słodki Fundacjonisto, ale ci, którzy ośmielają się szukać Najstarszego, nigdy nie wracają. Czuję to w głębi duszy.

Trevize starał się powstrzymać szczękanie zębami. Trząsł się z zimna i nie chciał, aby pomyślała, że trzęsie się ze strachu.

— To też przesąd — powiedział.

— Niestety — odparła — to też prawda.

<p>28</p>

Miło było znaleźć się znowu w sterowni „Odległej Gwiazdy”. To nic, że było tam ciasno. To nic, że otaczała go bezkresna przestrzeń. Ważne było, że czuł się tam jak w swoim własnym, ciepłym i przytulnym domu.

— Cieszę się, że w końcu znalazłeś się na pokładzie — powiedziała Bliss. — Zastanawiałam się, jak długo jeszcze będziesz tam stał z panią minister.

— Niedługo — odparł Trevize. — Było zbyt zimno.

— Wydawało mi się — rzekła Bliss — że zastanawiałeś się, czy nie zostać z nią i nie odłożyć na później poszukiwania Ziemi. Nie chcę nawet minimalnie sondować twego umysłu, ale martwiłam się o ciebie i pokusa, którą odczuwałeś, objawiła mi się sama w całej okazałości.

— Masz rację — odparł Trevize. — Przynajmniej przez chwilę czułem taką pokusę. To niezwykła kobieta. Nigdy dotąd nie spotkałem takiej… Czy wzmocniłaś mój opór, Bliss?

— Mówiłam ci już wiele razy — powiedziała że nie wolno mi w żaden sposób ingerować w twój mózg. Przypuszczam, że pokonałeś pokusę, gdyż masz silnie rozwinięte poczucie obowiązku.

— Ja tak nie myślę. — Uśmiechnął się krzywo. — Moja decyzja nie była tak dramatyczna i nie wypływała z takich szlachetnych pobudek. Oparłem się tej pokusie po pierwsze dlatego, że było zimno, a po drugie dlatego, że nie trzeba by było dużo czasu, żeby mnie zupełnie wykończyła. Nie potrafiłbym dotrzymać jej kroku.

— Tak czy inaczej, jesteś już na statku — powiedział Pelorat. — Co najpierw zrobimy?

— Najpierw postaramy się jak najszybciej odlecieć od słońca Comporellona na taką odległość, żebyśmy mogli bezpiecznie wykonać skok.

— Myślisz, że mogą nas zatrzymać albo polecieć za nami?

— Nie, myślę, że minister Lizalor naprawdę pragnie, abyśmy się stąd jak najszybciej wynieśli i trzymali się z dala od Comporellona, żeby nie ściągnąć na jej świat zemsty Tego Który Karze. Zresztą…

— Co?

— Ona jest święcie przekonana, że nie minie nas kara. Jest zupełnie pewna, że nie wrócimy. Spieszę dodać, że mówiąc mi o tym, nie myślała bynajmniej o mojej niestałości, bo nie miała dotąd okazji, żeby wypróbować moją wierność. Chodzi o to, że — jej zdaniem — Ziemia wywiera tak fatalny wpływ, że każdy, kto jej szuka, ściąga na siebie zły los i musi zginąć.

— A ilu Comporellan szukało Ziemi i nie wróciło, że jest tego taka pewna? — spytała Bliss.

— Wątpię, czy kiedykolwiek jakiś Comporellianin wyruszył na taką wyprawę. Powiedziałem jej, że boją się Ziemi, bo wierzą w przesądy.

— A ty sam na pewno tak uważasz? Może udało się jej zachwiać twoją pewność?

— Wiem, że w tej formie, w jakiej je wyraża, jej obawy są przesądne, ale to wcale nie znaczy, że są bezpodstawne.

— Chcesz powiedzieć, że jeśli wylądujemy na Ziemi, to zabije nas promieniowanie radioaktywne?

— Nie wierzę, że Ziemia jest radioaktywna. Wierzę za to, że broni się ona przed obcymi. Pamiętaj o tym, że z Biblioteki Trantorskiej zostały usunięte wszelkie wzmianki na temat Ziemi. Nie zapominaj też, że cudowna pamięć Gai, którą przechowuje cała planeta, łącznie z jej skalną skorupą i płynnym jądrem, nie sięga tak daleko, żebyście mogli powiedzieć cokolwiek o Ziemi.

Jeśli zatem Ziemia jest tak potężna, że potrafiła tego dokonać, to mogła też wpoić ludziom przekonanie, że jest radioaktywna, zapobiegając w ten sposób wszelkim próbom odnalezienia jej. Być może dlatego, że Comporellon leży dość blisko od niej i z tej przyczyny stanowi dla niej szczególne zagrożenie, postarała się jeszcze w inny sposób odwrócić od siebie zainteresowanie. Oto Deniador, który jest sceptykiem i uczonym, jest głęboko przekonany, że poszukiwanie Ziemi nie ma żadnego sensu… Właśnie dlatego uważam, że obawy Lizalor nie muszą być bezpodstawne. A skoro Ziemi tak bardzo zależy na ukryciu faktu swego istnienia, to czy nie jest możliwe, że prędzej nas zgładzi albo odkształci nasze umysły, niż pozwoli nam się odnaleźć?

Bliss zmarszczyła brwi i zaczęła:

— Gaja…

Trevize nie pozwolił jej skończyć.

— Tylko nie mów, że Gaja nas obroni. Skoro Ziemia potrafiła wymazać jej wczesne wspomnienia, to jest oczywiste, że w przypadku konfliktu między nią a Gają ona właśnie zwycięży.

— A skąd wiesz, że te wspomnienia zostały wymazane? — spytała chłodno Bliss. — Być może Gaja potrzebowała po prostu czasu, aby wykształcić pamięć ogólnoplanetarną i teraz możemy sięgnąć wstecz tylko do czasu zakończenia tego procesu. A zresztą, jeśli nawet te wspomnienia zostały wymazane, to jak możesz być pewien, że zrobiła to Ziemia?

— Nie wiem, czy zostały wymazane — odparł Trevize. — To tylko moje spekulacje.

— Jeśli Ziemia jest tak potężna — wtrącił raczej bojaźliwie Pelorat — i tak jej zależy na zachowaniu intymności, jeśli można to tak nazwać, to jaki sens jej szukać? Zdaje się, że uważasz, iż Ziemia nie pozwoli nam osiągnąć naszego celu i zabije nas, jeśli będzie to jedyny sposób, żeby nas powstrzymać przed jego osiągnięciem. Czy w takim razie jest sens upierać się przy tych poszukiwaniach? Czy nie lepiej dać sobie z tym spokój?

— Przyznaję, że może się wydawać, że powinniśmy dać sobie z tym spokój, ale jestem głęboko przekonany, że Ziemia istnieje, że muszę ją znaleźć i że znajdę. A Gaja utrzymuje, że jeśli mam silne przekonanie tego rodzaju, to mam rację.

— Ale czy uda nam się przeżyć to odkrycie, stary?

— Być może — powiedział Trevize, starając się, by zabrzmiało to lekko — Ziemia też doceni mój dar nieomylności i zostawi mnie w spokoju. Ale i to właśnie chcę jasno powiedzieć — nie mogę mieć pewności, że wy dwoje też ocalejecie i to nie daje mi spokoju. Cały czas czułem o was niepokój, ale teraz to uczucie nasiliło się i wydaje mi się, że powinienem odstawić was na Gaję i sam zająć się swoim zadaniem. To nie wy, lecz ja doszedłem do wniosku, że muszę szukać Ziemi. To nie wy, lecz ja uważam, że jest to ważne. To mnie tam ciągnie, nie was. A zatem to ja, nie wy, powinienem podjąć to ryzyko. A więc pozwólcie, że dalej zajmę się tym sam… No, Janov?

Pelorat opuścił brodę, tak że jego twarz wydawała się jeszcze dłuższa, niż była w istocie.

— Nie przeczę, Golan że jestem podenerwowany — powiedział — ale byłoby mi wstyd zostawić cię samego. Straciłbym sam do siebie szacunek.

— A ty, Bliss?

— Gaja nie opuści cię, bez względu na to, co zrobisz. Jeśli Ziemia okaże się groźna, to Gaja będzie cię bronić przed nią tak, jak będzie mogła. A poza tym, jako Bliss, nie opuszczę Pela i jeśli on trzyma się ciebie, to ja będę się trzymała jego.

— A więc dobrze — odparł ponuro Trevize. Dałem wam szansę. Teraz lecimy dalej razem.

— Razem — powiedziała Bliss.

Pelorat uśmiechnął się niepewnie i ścisnął Trevizego za ramię.

— Razem. Zawsze razem.

<p>29</p>

— Spójrz na to, Pel — powiedziała Bliss. Zabawiała się obserwowaniem przestrzeni przez teleskop pokładowy, traktując to jako pewne urozmaicenie po studiach nad zbiorami legend o Ziemi z biblioteki Pelorata.

Pelorat podszedł do niej, objął ręką jej ramiona i spojrzał na ekran. W polu widzenia teleskopu znajdował się olbrzym gazowy systemu planetarnego Comporellona. Teleskop powiększył obraz, ukazując olbrzyma w całej okazałości.

Był on bladopomarańczowy, z jaśniejszymi pasami. Znajdował się w większej odległości od słońca niż statek i oglądany z ich pozycji na przedłużeniu osi poziomej planety, wydawał się prawie regularnym, świetlistym kołem.

— Piękny widok — stwierdził Pelorat.

— Środkowy pas ciągnie się aż za planetę, Pel.

Pelorat zmarszczył brwi i powiedział.

— Wiesz co, Bliss? Faktycznie tak to wygląda.

— Myślisz, że to złudzenie optyczne?

— Nie wiem, Bliss. W przestrzeni jestem takim samym nowicjuszem jak ty… Golan!

— O co chodzi? — zapytał niewyraźnie Trevize i wszedł do sterowni w nieco pomiętym ubraniu i rozczochrany, jakby dopiero co wyrwano go z drzemki, co zresztą faktycznie się stało.

— Proszę was, nie bawcie się przyrządami — powiedział z lekką irytacją.

— Patrzymy tylko przez teleskop — rzekł Pelorat. — Spójrz na to.

Trevize rzucił okiem i powiedział:

— To olbrzym gazowy. Z informacji, które dostałem, wynika, że nazywają tę planetę Gallią.

— Skąd możesz wiedzieć, że to właśnie ten, skoro tylko rzuciłeś na niego okiem?

— Po pierwsze — powiedział Trevize — biorąc pod uwagę naszą odległość od słońca, a także rozmiary i orbity poszczególnych planet, które dokładnie przestudiowałem wytyczając kurs naszego statku, łatwo wywnioskować, że skoro mogliście w tym momencie uzyskać takie powiększenie, to może to być tylko Gania. Po drugie, jest tam ten pierścień.

— Pierścień? — Bliss była wyraźnie zdezorientowana.

— Możecie stąd dostrzec tylko cienki, jasny pas, ponieważ widzimy go prawie dokładnie z boku. Ale możemy wznieść się wyżej, a stamtąd będziecie mieli lepszy widok. Chcecie?

— Nie chcę, żebyś musiał przeze mnie obliczać na nowo pozycję i kurs — powiedział Pelorat.

— Tym się nie przejmuj, zrobi to za mnie komputer — mówiąc to usiadł przy komputerze i umieścił dłonie we wgłębieniach. Komputer, połączywszy się z jego mózgiem, zrobił resztę.

„Odległa Gwiazda” gwałtownie przyspieszyła nie musiał się przecież obawiać ani kłopotów z paliwem, ani działania siły ciężkości — i Trevize ponownie poczuł przypływ miłości dla tego doskonałego zespołu statku i komputera, który reagował na jego wydawane w myśli polecenia tak, jak gdyby był przedłużeniem jego samego, całkowicie posłusznym jego woli.

Nic dziwnego, że Fundacja chciała go mieć z powrotem, nic dziwnego, że Comporellon chciał go zagarnąć dla siebie. Dziwne było tylko to, że siła przesądu okazała się tak wielka, że zmusiła Comporellon do rezygnacji z wcześniejszych zamierzeń.

Odpowiednio uzbrojony, mógłby pokonać każdy inny statek, a nawet każdy zespół statków w Galaktyce — chyba żeby natknął się na inny statek tego samego typu. Oczywiście nie był odpowiednio uzbrojony. Przydzielając mu ten statek, burmistrz Branno zadbała przynajmniej o to, żeby dostał go bez broni.

Pelorat i Bliss patrzyli z przejęciem, jak Gallia powoli przechyla się w ich stronę. Ukazał się górny (nie wiedzieli czy północny czy południowy) biegun, wokół którego w strefie o kształcie koła coś się burzyło i kotłowało, natomiast dolny skrył się za równikiem planety.

W miarę jak się wznosili, piękny pomarańczowy krąg ścieśniał się coraz bardziej, przybierając kształt półksiężyca, gdyż wyłaniała się zacieniona strona planety. Jeszcze bardziej interesujące było to, że środkowy, jaśniejszy pas z prostego zrobił się zakrzywiony. To samo stało się z innymi pasami, na północ i na południe od niego, tyle że były jeszcze bardziej zakrzywione.

Teraz widać było zupełnie wyraźnie, że ów środkowy pas ciągnie się poza krawędzie planety, obejmując ją wąskim pierścieniem. Nie było mowy o złudzeniu, jego natura stała się oczywista. Był to pierścień materii okrążający planetę, chociaż nie widzieli go w całej okazałości.

— Myślę, że to wystarczy, żebyście wyrobili sobie zdanie o tym, co to jest — rzekł Trevize. Gdybyśmy okrążyli planetę, to przekonalibyście się na własne oczy, że otacza ją całą, nie stykając się w żadnym miejscu z jej powierzchnią. Chyba będziecie mogli zobaczyć, że nie jest to jeden, lecz kilka koncentrycznych pierścieni.

— Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że może istnieć coś takiego — powiedział Pelorat. — Jak utrzymuje się w przestrzeni?

— Tak samo, jak każdy satelita — odparł Trevize. — Pierścienie te składają się z drobnych cząstek, z których każda krąży wokół planety, a przy tym znajdują się tak blisko niej, że efekt przypływu nie pozwala na połączenie się tych cząsteczek w jedno ciało.

Pelorat potrząsnął głową.

— To przerażające, stary, kiedy uświadamiam sobie, że całe życie poświęciłem nauce, a tak mało wiem o astronomii. Jak to możliwe?

— Ja natomiast nie wiem nic o mitach i legendach. Nikt nie jest w stanie opanować całej wiedzy… Rzecz w tym, że te pierścienie nie są niczym niezwykłym. Maje każdy gazowy olbrzym, chociażby w postaci jednej, cienkiej smugi pyłu. Tak się składa, że w planetarnej rodzinie słońca Terminusa nie ma prawdziwego olbrzyma gazowego, więc jeśli Terminusczyk nie jest podróżnikiem ani nie chodził na uniwersytecie na wykłady z astronomii, to może nic nie wiedzieć o takich pierścieniach. Tym, co jest niezwykłe w tym pierścieniu, jest fakt, że jest tak szeroki, że świeci i jest widoczny, co się rzadko zdarza. Wygląda to wspaniale. Musi mieć szerokość przynajmniej kilkuset kilometrów.

W tym momencie Pelorat nagle pstryknął palcami.

— To o to chodziło!

Bliss aż podskoczyła.

— Co się stało, Pel?

— Natrafiłem kiedyś na fragment bardzo starego poematu. Był pisany w jakiejś archaicznej odmianie galaktycznego i trudno go było zrozumieć, ale to był najlepszy dowód jego starożytnego pochodzenia… Chociaż nie powinienem narzekać na jego archaiczny język. Dzięki swojej pracy stałem się ekspertem w sprawach różnych odmian starogalaktycznego, co jest dostateczną nagrodą za mój trud, mimo że nie przydaje się to do niczego poza moją pracą… Ale o czym to ja mówiłem?

— O jakimś fragmencie starego poematu, Pel powiedziała Bliss.

— Dziękuję ci — odparł Pelorat i zwracając się do Trevizego powiedział: — Ona zawsze uważa na to, co mówię, żeby skierować mnie na właściwy tor, kiedy odbiegnę od tematu, co się zdarza bardzo często.

— Na tym między innymi polega twój urok powiedziała Bliss z uśmiechem.

— W każdym razie, ten fragment opisywał rzekomo układ planetarny, do którego należała Ziemia. Nie wiem, jaki był cel tego opisu, bo reszta poematu nie zachowała się, a przynajmniej nigdy nie udało mi się do niej dotrzeć. Przetrwał tylko ten kawałek, może ze względu na to, że dotyczył astronomii. No więc jest tam mowa o wspaniałym potrójnym pierścieniu otaczającym szóstą planetę układu, który był tak „szeroki a wielgi, iże świat ów kiej pokurcz przy nim się pokazował”. Widzicie, potrafię jeszcze go zacytować. Nie miałem pojęcia co to takiego — pierścień planety. Pamiętam, że wyobrażałem sobie trzy koła w rzędzie, po jednej stronie planety. Wydało mi się to tak nonsensowne, że nawet nie zrobiłem dla siebie kopii. Teraz żałuję, że nie zbadałem tego bliżej. — Potrząsnął głową. Zajmować się mitologią w dzisiejszej Galaktyce to znaczy być skazanym na własne siły. W takiej sytuacji możesz zapomnieć o pożytkach płynących z badań.

— Chyba miałeś rację, Janov, że to zlekceważyłeś — powiedział Trevize. — Nie można brać dosłownie gadania poety.

— Ale to właśnie o to chodziło — powiedział Pelorat, wskazując na ekran. — To właśnie to opisywał ten fragment. Trzy szerokie, koncentryczne pierścienie, szersze niż sama planeta.

— Nigdy o czymś takim nie słyszałem — rzekł Trevize. — Nie sądzę, żeby pierścienie mogły być tak szerokie. W porównaniu z planetą, którą otaczają, są zawsze bardzo wąskie.

— Ale nigdy nie słyszeliśmy też o zamieszkanej planecie, która miałaby ogromnego satelitę. Ani o planecie z radioaktywną powierzchnią. To jest trzecia unikalna cecha. Jeśli natrafimy na planetę, która — gdyby nie promieniowanie radioaktywne mogłaby być zamieszkana i która ma, oprócz tego, ogromnego satelitę, a w układzie, do którego należy, znajduje się też inna planeta z szerokim pierścieniem, to będziemy mieć pewność, że znaleźliśmy Ziemię.

Trevize uśmiechnął się.

— Zgadzam się, Janov. Jeśli stwierdzimy, że jakiś układ ma te trzy cechy, to na pewno będzie tam Ziemia.

— Jeśli… — powiedziała z westchnieniem Bliss.

<p>30</p>

Znajdowali się już poza głównymi światami układu planetarnego Comporellona, lecąc w kierunku jego skraju po linii przebiegającej między dwoma najbardziej oddalonymi od środka planetami, tak że w promieniu półtora miliarda kilometrów nie było żadnego ciała o znacznej masie. Przed nimi był tylko duży obłok pyłu kometarnego, który z punktu widzenia grawitacji nie miał żadnego znaczenia.

„Odległa Gwiazda” przyspieszyła i osiągnęła prędkość rzędu 0,1 c, równą jednej dziesiątej prędkości światła. Trevize dobrze wiedział, że — teoretycznie — statek mógł osiągnąć prędkość prawie równą prędkości światła, ale wiedział też, że praktycznie — 0,1 c była górną granicą, którą niebezpiecznie było przekraczać.

Przy prędkości równej 0,1 c można było ominąć każdy obiekt o dającej się oszacować masie, ale nie sposób było uniknąć zderzeń z niezliczonymi cząstkami pyłu kosmicznego, a tym bardziej z pojedynczymi atomami i cząsteczkami. Przy bardzo dużych prędkościach nawet tak małe obiekty mogły uszkodzić statek, powodując rysy i zadrapania na jego kadłubie. Przy prędkościach bliskich prędkości światła każdy atom, który uderzał w kadłub statku, miał własności cząstki promieniowania kosmicznego. Załoga statku, wystawiona na działanie takiego promieniowania, nie miała żadnych szans na przeżycie.

Mimo iż statek poruszał się z prędkością trzydziestu tysięcy kilometrów na sekundę, widoczne na ekranie gwiazdy nie zmieniały pozycji i wydawały się trwać w bezruchu.

Komputer przeszukiwał przestrzeń w znacznej odległości od statku, aby w porę wykryć obiekty o znacznej masie, które mogłyby znaleźć się na kursie i doprowadzić do kolizji. W takim przypadku, choć było to w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, statek zboczyłby lekko, aby uniknąć zderzenia. Biorąc pod uwagę małe rozmiary obiektów, które ewentualnie mogłyby znaleźć się na drodze statku, szybkość, z jaką statek je omijał, i brak jakichkolwiek efektów działania siły ciężkości w wyniku zmiany kursu, nie sposób było stwierdzić, czy choć raz doszło do sytuacji, którą można by określić mianem bliskiego spotkania.

Z tego względu Trevize nie przejmował się takimi rzeczami, a nawet w ogóle nie zaprzątał sobie tym głowy. Całą uwagę skoncentrował na trzech zbiorach współrzędnych, które dostał od Deniadora, a szczególnie na zbiorze, który określał położenie najbliższego z tych obiektów.

— Coś nie w porządku z tymi liczbami? — spytał z niepokojem Pelorat.

— Jeszcze nie wiem — odparł Trevize. — Współrzędne same w sobie nie mają żadnej wartości. Trzeba znać punkt zerowy i reguły, według których zostały obliczone… to znaczy, mówiąc inaczej, kierunek, w którym oblicza się odległość, odpowiednik zenitu, i tak dalej.

— A w jaki sposób chcesz znaleźć to wszystko? — spytał Pelorat z tępą miną.

— Dostałem współrzędne Terminusa i paru innych miejsc, których położenie zostało określone względem Comporellona. Jeśli wprowadzę je do komputera, zrekonstruuje on zasady, przy których zastosowaniu współrzędne Terminusa i tych innych miejsc poprawnie określają ich rzeczywiste położenie. Na razie próbuję ułożyć sobie to wszystko w głowie, żeby odpowiednio zaprogramować komputer. Kiedy będziemy już znali zasady ustalania współrzędnych, to być może te liczby odnoszące się do położenia Zakazanych Światów nabiorą dla nas znaczenia.

— Tylko być może? — spytała Bliss.

— Obawiam się, że tak — odparł Trevize. — W końcu te współrzędne są dość stare. Przypuszczalnie zostały obliczone na Comporellonie, ale nie jest to pewne. A może zostały obliczone według innych zasad?

— To co wtedy?

— To wtedy mielibyśmy zupełnie bezwartościowe dane. Ale musimy się o tym przekonać.

Jego palce szybko biegały po lekko lśniących klawiszach komputera, wprowadzając odpowiednie informacje. Kiedy skończył, położył dłonie na wgłębieniach w pulpicie. Czekał. Tymczasem komputer zrekonstruował zasady przekazanych mu współrzędnych określających położenie znanych Trevizemu miejsc, a potem, po krótkiej przerwie, zinterpretował — zgodnie z tymi zasadami — liczby określające współrzędne najbliższego z Zakazanych Światów i w końcu zlokalizował ten świat na mapie Galaktyki znajdującej się w jego pamięci.

Na ekranie pojawił się obraz usianej gwiazdami przestrzeni. Potem obraz przekręcił się szybko, dostosowując się do ich pozycji. Kiedy znieruchomiał, komputer zaczął go powiększać. Za ramami ekranu znikały gwiazdy, ale oko nie mogło nadążyć za ich ruchem, tak był szybki. Migotanie uciekających z pola widzenia gwiazd zlewało się, tworząc roziskrzoną mgiełkę. W końcu na ekranie pozostał tylko fragment przestrzeni o wymiarach jedna dziesiąta na jedną dziesiątą parseka (pokazywał to wskaźnik umieszczony pod ekranem). Obraz nie zmienił się już. Tylko pół tuzina świetlistych punktów rozjaśniało ciemność ekranu.

— Który z nich jest tym Zakazanym Światem? — spytał cicho Pelorat.

— Żaden — odparł Trevize. — Cztery z nich to czerwone karły, jeden — gwiazda zmieniająca się w karła i jeden biały karzeł. Żadnego z nich nie może obiegać zamieszkany świat.

— A na jakiej podstawie twierdzisz, że to czerwone karły, skoro tylko tyle widzisz?

— To, co tu widzimy, to nie są prawdziwe gwiazdy — rzekł Trevize. — Oglądamy fragment mapy Galaktyki znajdującej się w pamięci komputera. Każda gwiazda jest oznaczona. Nie widzicie tego i ja też nie mogę tego zobaczyć, ale dopóki mam kontakt z komputerem, otrzymuję znaczną ilość danych dotyczących każdej gwiazdy, na której skoncentruję uwagę.

— A więc te współrzędne są bezwartościowe powiedział z żalem Pelorat.

Trevize spojrzał na niego.

— Nie, Janov. Jeszcze nie skończyłem. Pozostaje jeszcze problem czasu. Współrzędne Zakazanych Światów pochodzą sprzed dwudziestu tysięcy lat. W tamtym czasie te światy i Comporellon krążyły wokół środka Galaktyki. Być może poruszają się one z różną szybkością i po orbitach o różnym odchyleniu i w różnym stopniu ekscentrycznych. Dlatego wraz z upływem czasu Comporellon i ten Zakazany Świat, który próbujemy teraz znaleźć, mogły się od siebie oddalić albo zbliżyć się do siebie. W ciągu tych dwudziestu tysięcy lat ten Zakazany Świat mógł się przesunąć o pół do pięciu parseków od miejsca, w którym się początkowo znajdował. Na pewno nie może się znajdować w tym kwadracie, bo jego bok ma zaledwie jedną dziesiątą parseka.

— Co wobec tego zrobimy?

— Polecimy komputerowi, żeby przesunął Galaktykę o dwadzieścia tysięcy lat wstecz względem Comporellona.

— On może to zrobić? — spytała Bliss z pewnym lękiem.

— No, nie samą Galaktykę, ale jej obraz w swojej pamięci.

— Będziemy widzieli jakieś zmiany na ekranie? — spytała Bliss.

— Zobaczysz — odparł Trevize.

Gwiazdy bardzo powoli przesunęły się. Z lewej strony pojawiła się nowa, niewidoczna przedtem, gwiazda. Pelorat wskazał na nią palcem i zawołał z przejęciem:

— Tam! Tam!

— Przykro mi, Janov — powiedział Trevize ale to też czerwony karzeł. Są bardzo pospolite. Przynajmniej trzy czwarte wszystkich gwiazd w Galaktyce to czerwone karły.

Obraz przestał się przesuwać.

— No i co? — spytała Bliss.

— To właśnie to — rzekł Trevize. — Tak wyglądała ta część Galaktyki dwadzieścia tysięcy lat temu. W samym środku ekranu jest punkt, w którym powinien się znajdować ten Zakazany Świat, jeśli poruszał się przez cały czas z tą samą mniej więcej, przeciętną prędkością.

— Powinien się znajdować, ale się nie znajduje — powiedziała uszczypliwie Bliss.

— Faktycznie — przyznał Trevize ze stoickim niemal spokojem.

— Oj, to bardzo niedobrze, Golan — westchnął Pelorat.

— Zaczekaj, nie rozpaczaj. Nie spodziewałem się ujrzeć tam tej gwiazdy.

— Nie spodziewałeś się? — spytał Pelorat ze zdumieniem.

— Nie. Przecież powiedziałem wam, że to nie jest Galaktyka, tylko jej komputerowa mapa. Jeśli nie ma na niej jakiejś gwiazdy, to oczywiste, że nie możemy jej zobaczyć. Jeśli planeta, której szukamy, nazywa się Zakazany Świat i nosi tę nazwę od dwudziestu tysięcy lat, to jest prawdopodobne, że nie ma jej na mapie. I faktycznie nie ma, bo jej nie widzimy.

— Może nie widzimy jej dlatego, że w ogóle nie istnieje — powiedziała Bliss. — Może ta comporelliońska legenda nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a może współrzędne są niedobre.

— Masz rację. Niemniej teraz, kiedy komputer znalazł miejsce, w którym ta planeta powinna się była znajdować dwadzieścia tysięcy lat temu, można obliczyć współrzędne, które określają jej obecne położenie. Posługując się współrzędnymi z poprawką czasową, którą mogłem wnieść tylko w oparciu o mapę gwiezdną, możemy teraz spróbować znaleźć naszą planetę nie na mapie, ale w Galaktyce.

— Ale założyłeś, że ten Zakazany Świat poruszał się z pewną przeciętną prędkością — powiedziała Bliss. — A jeśli ta prędkość była inna? W takiej sytuacji te współrzędne będą nieprawdziwe.

— Owszem, ale opierając się na pewnej przeciętnej prędkości, otrzymaliśmy współrzędne, które na pewno są bliższe faktycznym współrzędnym niż te bez poprawki czasowej.

— Masz tylko taką nadzieję — powiedziała Bliss z powątpiewaniem.

— Właśnie — rzekł Trevize. — Mam taką nadzieję… A teraz popatrzmy na rzeczywisty obraz Galaktyki.

Bliss i Pelorat wpatrywali się z napięciem w ekran, podczas gdy Trevize (być może po to, aby zmniejszyć swoje własne napięcie i odwlec chwilę rozpoczęcia) mówił spokojnie, jak gdyby prowadził wykład:

— Obserwować rzeczywistą Galaktykę jest o wiele trudniej. Mapa komputerowa jest tworem sztucznym, z którego można wyeliminować rzeczy nieistotne, ale istniejące w rzeczywistości. Jeśli obraz przesłania mi jakaś mgławica, to mogę ją usunąć. Jeśli nie odpowiada mi kąt widzenia, to mogę go zmienić. I tak dalej. Natomiast prawdziwą Galaktykę muszę przyjmować taką, jaka jest i jeśli chcę coś zmienić w obrazie, to muszę się dosłownie, fizycznie przenieść w przestrzeni, co oczywiście zabiera o wiele więcej czasu niż inne ustawienie mapy.

Kiedy to mówił, ekran ukazał chmurę gwiazd. Było ich tak wiele, że przypominały lśniącą górę pudru.

— To część Drogi Mlecznej, widziana pod dużym kątem. Chcę, oczywiście, zobaczyć to, co jest na pierwszym planie. Jeśli powiększę pierwszy plan, to, w porównaniu z nim, zniknie to, co jest w tyle. Miejsce, które określają współrzędne, znajduje się dość blisko Comporellona, tak że powinno mi się udać uzyskać powiększenie tej części odpowiadające obrazowi, który nam ukazała mapa. Teraz, jeśli zdołam przez odpowiedni czas utrzymać nerwy na wodzy, przekażę komputerowi konieczne polecenie. Start!

Chmura gwiazd powiększyła się, a więc pozornie zbliżyła, tak szybko, że tysiące gwiazd pomknęły na boki, a patrzący doznali wrażenia, że lecą w stronę ekranu i cała trójka instynktownie odsunęła się, chcąc uniknąć z nimi zderzenia.

Pojawił się poprzedni obraz, już nie tak ciemny jak na mapie, ale pół tuzina gwiazd znajdowało się na starych miejscach. Blisko środka widać jednak było inną gwiazdę, świecącą o wiele jaśniej niż pozostałe.

— Jest — szepnął z podziwem Pelorat.

— Może. Polecę komputerowi przeanalizować jej spectrum. — Nastąpiła dłuższa przerwa, po czym Trevize powiedział: — Klasa spektralna G-4, co znaczy, że jest nieco mniejsza i ciemniejsza niż słońce Terminusa, ale jaśniejsza od słońca Comporellona. Na komputerowej mapie Galaktyki nie powinno brakować żadnej gwiazdy klasy G. A ponieważ tej akurat brakuje, to fakt ten przemawia za tym, że może to być słońce, wokół którego krąży nasz Zakazany Świat.

— Czy istnieje możliwość, że wokół tej gwiazdy nie krąży żadna planeta nadająca się do zamieszkania? — spytała Bliss.

— Myślę, że tak. W takim przypadku spróbujemy odnaleźć pozostałe dwa Zakazane Światy.

— A jeśli i one okażą się fałszywym alarmem? — To spróbujemy czego innego.

— Na przykład czego?

— Sam chciałbym to wiedzieć — odparł ponuro Trevize.


26

<p>26</p>

Obiad składał się ze stosu miękkich gałek w różnych kolorach, wypełnionych różnym nadzieniem.

Deniador podniósł jakiś mały przedmiot, który w jego rękach rozdzielił się na dwie części i okazał się parą cienkich, przezroczystych rękawiczek. Nałożył je, a goście poszli za jego przykładem.

— Przepraszam, co jest wewnątrz tych kulek? spytała Bliss.

— Te różowe — powiedział Deniador — nadziewane są siekaną, ostro przyprawioną rybą. To u nas wielki przysmak. Te żółte są z nadzieniem z sera o bardzo łagodnym smaku. Zielone mają w środku mieszankę warzywną. Proszę jeść, póki gorące. Potem będzie ciasto migdałowe i napoje. Szczególnie polecam gorący jabłecznik. Mamy tu zimny klimat, więc zazwyczaj jadamy wszystko gorące, nawet desery.

— Dogadza pan sobie — zauważył Pelorat.

— Nic podobnego — odparł Deniador. — Po prostu dobrze podejmuję swoich gości. Ja sam jadam skromnie. Jak zapewne zauważyliście państwo, nie mam zbyt wiele ciała i nie potrzebuję obfitych posiłków.

Trevize ugryzł kawałek różowej gałki i przekonał się, że faktycznie zawiera ona rybę, z dużą ilością przypraw, które nadawały jej przyjemny smak, ale które, razem z tą rybą, będą prawdopodobnie leżały mu na żołądku przez resztę dnia, a może i przez część nocy.

Kiedy odjął od ust nadgryzioną gałkę, stwierdził, że ciasto zasklepiło się, zakrywając nadzienie. Nie było żadnej dziurki, przez którą mógłby wyciekać sok, więc przez chwilę zastanawiał się, po co używano rękawiczek. Było absolutnie niemożliwe, aby ktoś pobrudził sobie ręce przy jedzeniu, więc doszedł do wniosku, że chodziło tu o zachowanie higieny. Rękawiczki były zapewne używane, kiedy mycie rąk było niewygodne, i tak ustalił się w końcu zwyczaj używania ich nawet wtedy, kiedy miało się umyte ręce (Lizalor nie korzystała z rękawiczek podczas wczorajszego, wspólnego z nim posiłku, ale być może brało się to stąd, że była góralką).

— Czy nie jest niegrzecznie rozmawiać podczas obiadu o interesach? — spytał.

— Jest to sprzeczne z panującymi u nas zwyczajami, ale jesteście państwo moimi gośćmi, więc możemy nie krępować się naszymi zwyczajami. Jeśli chce pan rozmawiać o poważnych sprawach i sądzi, że nie zepsuje to panu przyjemności, jaką daje jedzenie, albo nie dba o to, to proszę bardzo.

— Dziękuję — powiedział Trevize. — Minister Lizalor dała mi do zrozumienia… nie, stwierdziła wprost, że sceptycy nie są zbyt popularni na tym świecie. Naprawdę tak jest?

Deniador zdawał się być w coraz lepszym nastroju.

— Oczywiście. Bylibyśmy bardzo urażeni, gdyby było inaczej. Widzi pan, Comporellon jest bardzo zawiedzionym w swych ambicjach światem. Chociaż nikt nie zna żadnych szczegółów z tamtych lat, panuje powszechne mniemanie, że tysiące lat temu, kiedy zamieszkana Galaktyka była jeszcze bardzo mała, przewodził jej Comporellon. Nigdy o tym nie zapomnieliśmy, a fakt, że w historycznie udokumentowanych dziejach nie sprawowaliśmy już tej roli, bardzo nas, to znaczy szeroką opinię, drażni i napełnia poczuciem niesprawiedliwości.

Ale cóż możemy zrobić? Kiedyś musieliśmy być lojalnym wasalem Imperium, a teraz musimy być lojalnym sojusznikiem Fundacji. A im bardziej zdajemy sobie sprawę z naszej podrzędnej roli, tym silniejsza staje się wiara w dawną, wspaniałą przeszłość.

Co, wobec tego, może zrobić Comporellon? W dawnych czasach nie mógł się przeciwstawić Imperium, a teraz nie może otwarcie przeciwstawić się Fundacji. W tej sytuacji kompensują sobie swoje kompleksy, atakując nas i nienawidząc, gdyż nie wierzymy w legendy i śmiejemy się z przesądów.

Mimo to nie cierpimy wielkich prześladowań. W naszych rękach jest technika i nauka na uniwersytetach. Ci spośród nas, którzy szczególnie otwarcie głoszą swoje poglądy, mają trudności z otrzymaniem zgody na prowadzenie zajęć ze studentami. Ja, na przykład, mam takie trudności, chociaż spotykam się po cichu ze studentami poza uniwersytetem. Niemniej jednak gdyby zupełnie usunięto nas z życia społecznego, to podupadłaby technika i nauka, a nasze uniwersytety straciłyby w całej Galaktyce poważanie. Przypuszczalnie ludzkość jest na tyle szalona, że perspektywa intelektualnego samobójstwa nie odwiodłaby naszych rodaków od wyładowania na nas swej nienawiści, ale na szczęście pomaga nam Fundacja. Dlatego, chociaż nieustannie się nas łaje, potępia i szydzi z nas, nikt nas nie śmie tknąć.

— Czy to właśnie to ogólne nastawienie waszego społeczeństwa powstrzymuje pana przed zdradzeniem nam położenia Ziemi? — spytał Trevize. Obawia się pan, że mimo wszystko ta niechęć do sceptyków może przybrać niebezpieczne rozmiary, jeśli posunie się pan zbyt daleko?

Deniador potrząsnął głową.

— Nie. Położenie Ziemi jest nieznane. Niczego przed wami nie ukrywam — ani ze strachu, ani z żadnej innej przyczyny.

— Niech pan posłucha — rzekł z naciskiem Trevize. — W tym sektorze Galaktyki jest ograniczona liczba planet, które posiadają cechy fizyczne kojarzące się z warunkami umożliwiającymi zasiedlenie ich. Prawie wszystkie z nich muszą nie tylko nadawać się do zamieszkania, ale być również zamieszkane i dlatego dobrze wam znane. Czy byłoby tak trudno zbadać ten sektor i znaleźć planetę, która nadawałaby się do zamieszkania, gdyby nie fakt, że jest radioaktywna? Poza tym dodatkową wskazówką byłby ogromny satelita, towarzyszący takiej planecie. Z radioaktywnością i ogromnym satelitą Ziemia byłaby absolutnie wyjątkowa i łatwa do rozpoznania i nawet przy pobieżnym przeszukiwaniu sektora nie można by jej nie zauważyć. Mogłoby to zabrać trochę czasu, ale byłaby to jedyna trudność.

— Z punktu widzenia sceptyka — powiedział Deniador — radioaktywność Ziemi i jej ogromny satelita są oczywiście zwykłymi bajkami. Gdybyśmy ich szukali, to tak jak gdybyśmy szukali gruszek na wierzbie i poziomek w zimie.

— Być może, ale to nie powinno powstrzymywać Comporellona od podjęcia przynajmniej próby takich poszukiwań. Gdyby udało się wam znaleźć świat nadający się do zamieszkania, a przy tym posiadający ogromnego satelitę, to nadałoby to wszystkim waszym legendom pozór wiarygodności.

Deniador roześmiał się.

— Być może właśnie dlatego go nie szukamy. Gdybyśmy nic nie znaleźli albo gdyby okazało się, że Ziemia jest zupełnie inna niż ją przedstawiają nasze legendy, to stałoby się coś zupełnie przeciwnego. Wszystkie nasze legendy okazałyby się śmiechu warte. Comporellon za nic tego nie zaryzykuje.

Trevize milczał chwilę, a potem podjął na nowo z przekonaniem:

— Poza tym nawet jeśli pominąć te dwie unikalności — jeśli takie słowo istnieje w języku galaktycznym — to znaczy radioaktywność i ogromnego satelitę, to pozostaje jeszcze trzecia, która musi istnieć na mocy definicji i której potwierdzenia nie trzeba szukać w żadnych legendach. Na Ziemi musi istnieć albo bardzo zróżnicowane życie, albo jego szczątki, albo przynajmniej jakieś skamieliny świadczące o tym, że kiedyś takie życie tam istniało.

— Panie radny — rzekł na to Deniador — chociaż Comporellon nie wysłał nigdy żadnej ekspedycji, której celem byłoby odszukanie Ziemi, to mamy przecież możliwość podróżowania w przestrzeni i niekiedy otrzymujemy raporty od dowódców statków, które z jakiegoś powodu zboczyły z kursu. Jak pan zapewne wie, skoki przez nadprzestrzeń nie zawsze są precyzyjne. Otóż żaden z tych raportów nie wspominał o planecie, która miałaby właściwości podobne choć trochę do właściwości legendarnej Ziemi, ani o planecie o bogatej florze i faunie. Poza tym żaden statek nie wyląduje na planecie, która wygląda na nie zamieszkaną, po to, żeby załoga mogła szukać skamielin. Jeśli zatem przez wiele tysięcy lat nie zameldowano nam o niczym takim, to wierzę niezłomnie, że zlokalizowanie Ziemi jest niemożliwe, gdyż nie można zlokalizować tego, czego nie ma.

— Przecież Ziemia musi gdzieś być — powiedział zawiedziony Trevize. — Jest gdzieś planeta, na której powstał rodzaj ludzki i wszystkie pokrewne gatunki. Jeśli nie w tym, to w jakimś innym sektorze Galaktyki.

— Być może — odparł z niezmąconym spokojem Deniador — ale dotychczas nigdzie jej nie znaleziono.

— Bo nikt jej naprawdę nie szukał.

— No, ale wy szukacie. Życzę wam powodzenia, ale nie dałbym złamanego kredyta za to, że się wam powiedzie.

— A czy nie czyniono żadnych prób ustalenia prawdopodobnego położenia Ziemi w sposób pośredni, to znaczy nie poprzez bezpośrednie poszukiwania? — spytał Trevize.

— Tak — odezwały się jednocześnie dwa głosy. Deniador, który był właścicielem jednego z nich, spytał Pelorata: — Myśli pan o projekcie Yariffa?

— Tak — odparł Pelorat.

— Może wobec tego wyjaśni pan panu radnemu, o co w nim chodziło? Myślę, że prędzej uwierzy panu niż mnie.

— Widzisz, Golan — zaczął Pelorat — w ostatnim okresie istnienia Imperium badanie problemu pochodzenia, jak to określano, stało się popularną rozrywką. Być może była to forma ucieczki od nieprzyjemnej rzeczywistości. Wiesz, że w tym czasie postępował proces rozkładu Imperium.

Wtedy to pewnemu liwijskiemu historykowi nazwiskiem Humbal Yariff przyszło do głowy, że bez względu na to, który świat był kolebką ludzkości, musiał on najpierw skolonizować światy znajdujące się w jego sąsiedztwie, a dopiero potem bardziej odległe. Mówiąc ogólnie: im dalej jakiś świat znajduje się od tego, na którym pojawiła się ludzkość, tym później został skolonizowany.

Załóżmy zatem, że dałoby się ustalić daty kolonizacji wszystkich zamieszkanych planet w Galaktyce, a następnie połączyć ze sobą liniami te światy, których wiek w przybliżeniu byłby taki sam. Otrzymalibyśmy wówczas coś w rodzaju sieci łączącej wszystkie światy skolonizowane dziesięć tysięcy lat temu, inną sieć tworzyłyby linie łączące światy o historii liczącej dwanaście tysięcy lat, jeszcze inną linie przeprowadzone między światami mającymi po piętnaście tysięcy lat, i tak dalej. Teoretycznie, każda taka sieć miałaby mniej więcej kulisty kształt i wszystkie byłyby mniej więcej koncentryczne. Sieci utworzone przez linie łączące starsze światy tworzyłyby kule o mniejszym promieniu niż te, które łączyłyby młodsze światy i gdyby udało się ustalić środki wszystkich tych kul, to znalazłyby się one we względnie małej części przestrzeni, w której oczywiście musiałaby leżeć planeta będąca kolebką ludzkości — Ziemia. — Pelorat ze skupioną miną ilustrował swój wykład, kreśląc rękami w powietrzu kształty kul. — Rozumiesz to, Golan? — spytał.

— Tak — skinął głową Trevize. — Ale sądzę, że nic z tego nie wyszło.

— Teoretycznie rzecz biorąc, powinno było wyjść. Problem tylko w tym, że daty założenia poszczególnych światów były zupełnie nieprawdziwe. Każdy świat zawyżał swój wiek i nie było sposobu, żeby ustalić go precyzyjnie, a nie na podstawie legend.

— No a metoda obliczania wieku za pomocą badania poziomu węgla 14 w tkankach starych drzew? — spytała Bliss.

— Owszem, kochanie — odparł Pelorat — ale żeby użyć tej metody, trzeba by najpierw nakłonić do współpracy mieszkańców tych światów, a tego nigdy nie udało się zrobić. Żaden świat nie chciał, żeby się okazało, że jest młodszy niż utrzymuje, a Imperium miało ważniejsze sprawy na głowie niż zmuszanie ich siłą do współpracy.

Tak więc, ostatecznie, Yariff mógł się oprzeć w swych badaniach jedynie na światach, które miały najwyżej dwa tysiące lat, gdyż daty ich założenia zostały dokładnie i w sposób wiarygodny zapisane. Było ich w sumie niewiele, a linie łączące je utworzyły faktycznie kulę, tyle tylko że jej środek wypadał dość blisko Trantora, stolicy Imperium, gdyż właśnie stamtąd wyruszały ekspedycje mające na celu skolonizowanie tych niewielu światów.

Oczywiście, był to inny problem, z którym trzeba by było się uporać. Otóż Ziemia nie była jedynym światem, z którego wyruszały wyprawy na kolonizację innych planet. W miarę upływu czasu liczba światów kolonizujących Galaktykę zwiększała się, a Trantor w okresie szczytowego rozkwitu Imperium był największym organizatorem takich ekspedycji. W rezultacie jego ustaleń Yariffa, zresztą zupełnie niezasłużenie, wyśmiano i skończyła się jego kariera naukowa.

— Rozumiem, Janov — rzekł Trevize. — Profesorze Deniador, a więc nie ma pan nic, co dawałoby mi chociaż cień nadziei? A może zna pan jakiś inny świat, gdzie istnieje szansa uzyskania jakichś informacji na temat Ziemi?

Deniador zamyślił się.

— Hmm — powiedział w końcu z wahaniem. Jako sceptyk, muszę panu powiedzieć, że nie jestem pewien, czy Ziemia w ogóle istnieje albo czy kiedykolwiek istniała. Jednakże… — Znowu umilkł.

Po pewnej chwili Bliss powiedziała:

— Sądzę, profesorze, że myśli pan o czymś, co może okazać się ważne.

— Ważne? Wątpię — rzekł z lekkim uśmiechem. — Raczej zabawne. Ziemia nie jest jedyną planetą, której położenie jest zagadką. Nie wiadomo też, gdzie leżą światy założone przez pierwszą grupę kolonistów — Przestrzeńców, jak określają ich nasze legendy. Niektórzy nazywają te planety światami Przestrzeńców, inni — Zakazanymi Światami. Teraz używa się raczej tej drugiej nazwy.

Jak głosi legenda, Przestrzeńcy byli długowieczni, przeciętnie żyli po kilkaset lat. Byli z tego powodu bardzo dumni i nie pozwalali naszym krótkowiecznym przodkom lądować na swoich światach. Potem ich pokonaliśmy i sytuacja się odwróciła. Nie chcieliśmy mieć z nimi nic wspólnego i zostawiliśmy ich samym sobie. Zabroniliśmy tam zawijać naszym statkom i prowadzić z nimi interesy. Stąd właśnie wzięła się nazwa Zakazane Światy. Byliśmy przekonani, jak głosi legenda, że Ten Który Karze zniszczy ich bez potrzeby naszego w tym udziału i najwidoczniej zrobił to. W każdym razie, o ile nam wiadomo, od tysiącleci nie pojawił się w Galaktyce żaden Przestrzeniec.

— Myśli pan, że ci Przestrzeńcy wiedzieliby coś o Ziemi? — spytał Trevize.

— Możliwe, gdyż ich światy były starsze od najstarszego z naszych. Oczywiście, gdyby żył jeszcze ktoś z nich, co jest zupełnie nieprawdopodobne.

— Nawet jeśli ich już nie ma, to są ich światy, a na nich mogą być jakieś wzmianki na temat Ziemi.

— Tylko czy znajdziecie te światy…

Trevize spojrzał na niego z irytacją.

— Chce pan powiedzieć, że klucz do zagadki Ziemi, której położenie jest nie znane, może znajdować się na światach Przestrzeńców, których położenie też jest nie znane?

Deniador wzruszył ramionami.

— Od dwudziestu tysięcy lat nie mamy z nimi żadnych kontaktów. Nie myślimy nawet o nich. Nic dziwnego, że — tak jak Ziemię — okryła ich mgła zapomnienia.

— Na ilu światach żyli Przestrzeńcy?

— Legendy mówią o pięćdziesięciu… podejrzanie okrągła liczba. Prawdopodobnie było ich o wiele mniej.

— I nie zna pan położenia nawet jednego z nich?

— Hmm, właśnie zastanawiam się, czy…

— Czy co?

— Ponieważ moim hobby, tak jak hobby profesora Pelorata, jest historia, czasami przeglądam stare dokumenty w poszukiwaniu czegoś o dawnych czasach, czegoś innego niż legendy. W ubiegłym roku natrafiłem na dziennik pokładowy starego statku, dziennik, który był prawie nie do odczytania. Pochodził jeszcze z tych czasów, kiedy nasz świat nie nazywał się Comporellonem. Ówczesna jego nazwa brzmiała Świat Baleya. Wydaje mi się, że jest to nazwa starsza nawet od nazwy Świat Benbally’ego, która przetrwała w naszych legendach.

— Opublikował pan to? — zapytał podekscytowany Pelorat.

— Nie — odparł Deniador. — Jak mawia stare porzekadło, nie dam nurka, zanim się nie upewnię, czy w basenie jest woda. Otóż, widzi pan, w dzienniku tym znajduje się notatka, że kapitan tego statku wylądował na świecie Przestrzeńców i nawet zabrał ze sobą stamtąd jakąś kobietę.

— Ale przecież sam pan mówił, że Przestrzeńcy nie pozwalali obcym lądować u siebie — powiedziała Bliss.

— Otóż to. Właśnie dlatego nie opublikowałem tego materiału. Brzmi to zbyt nieprawdopodobnie. Zachowały się pewne niejasne opowieści, które zdają się mówić o Przestrzeńcach i ich konflikcie z kolonistami, naszymi przodkami… Takie opowieści, w różnych wersjach, istnieją nie tylko na Comporello nie, ale także na wielu innych światach w naszym sektorze. Różnią się one między sobą w wielu sprawach, ale w jednym są absolutnie zgodne — Przestrzeńcy i Koloniści nigdy nie mieszali się ze sobą. Nie było między nimi żadnych towarzyskich, nie mówiąc już o seksualnych, kontaktów, ale tego kapitana i tę kobietę najwidoczniej łączyła miłość. Jest to tak niewiarygodne, że nie widzę najmniejszej możliwości, aby historię tę uznano za prawdziwą. W najlepszym razie zostałaby potraktowana jako romans historyczny.

Trevize wyglądał na rozczarowanego.

— I to wszystko? — spytał.

— Nie, panie radny. Jest coś jeszcze. W tym, co zostało z dziennika pokładowego, natrafiłem na pewne liczby. Mogą to być, chociaż niekoniecznie, przestrzenne współrzędne jakiejś planety. Gdyby były to istotnie — a powtarzam, ponieważ każe mi tak mój honor sceptyka, że nie muszą — współrzędne, to w świetle tego, o czym mówi dziennik, musiałbym je uznać za współrzędne trzech Światów Przestrzeńców. Jeden z nich mógłby być tym, na którym wylądował ów kapitan i z którego odleciał ze swą ukochaną.

— A czy nie może być tak, że nawet jeśli ta opowieść została zmyślona, to współrzędne są prawdziwe? — spytał Trevize.

— Może — powiedział Deniador. — Dam wam te dane i możecie z nich korzystać, jak wam się podoba, ale być może zaprowadzą was one donikąd… Ale przyszła mi do głowy zabawna myśl — dodał i przez twarz przemknął mu jego zwykły uśmiech.

— Jaka? — spytał Trevize.

— A jeśli któryś z tych zbiorów współrzędnych odnosi się do Ziemi?


27

<p>27</p>

Jaskrawo pomarańczowe słońce Comporellona było większe niż słońce Terminusa, ale znajdowało się nisko na niebie i dawało niewiele ciepła. Wiatr, na szczęście niezbyt silny, muskał lodowatymi palcami policzki Trevizego.

Wzdrygnął się pomimo elektrycznie ogrzewanego skafandra, który dostał od Mitzy Lizalor. Stała właśnie koło niego.

— Musi być tu czasem ciepło, Mitza — powiedział.

Rzuciła krótkie spojrzenie na słońce. Stała tam, na pustej płycie portu kosmicznego, w lżejszej kurtce, niż miał Trevize, i wydawało się, że nic nie robi sobie z zimna.

— Mamy tu piękne lato — powiedziała. — Nie trwa długo, ale nasze rośliny jadalne są do tego przystosowane. Mamy tu starannie dobrane odmiany, które szybko rosną, korzystając z tego, że przez pewien czas jest dość słońca, i które nie są wrażliwe na mróz. Nasze zwierzęta domowe mają gęste futra, a wełna comporellońska jest przez wszystkich uważana za najlepszą w całej Galaktyce. Poza tym mamy sztuczne plantacje na orbicie wokół Comporellona, gdzie uprawiamy owoce tropikalne. Nawet eksportujemy puszkowane ananasy o znakomitym smaku. Większość z tych, którzy wiedzą, że nasz świat jest zimny, nie ma o tym pojęcia.

— Dziękuję ci, Mitza, za to, że przyszłaś nas pożegnać i że zgodziłaś się pomóc nam w tej misji powiedział Trevize. — Dla własnego spokoju muszę jednak spytać, czy nie będziesz w związku z tym miała jakichś poważnych kłopotów.

— Nie! — potrząsnęła dumnie głową. — Nie będę miała żadnych kłopotów. Przede wszystkim nikt nie będzie mnie przesłuchiwał. Kieruję resortem komunikacji, a to znaczy, że ja sama ustanawiam przepisy regulujące pracę tego i innych portów kosmicznych, stacji granicznych, zasady wpuszczania i odprawiania statków. W tych sprawach premier całkowicie polega na mnie i jest szczęśliwy, że nie musi się zajmować szczegółami… A zresztą, gdybym nawet była przesłuchiwana, to i tak musiałabym powiedzieć szczerą prawdę. Rząd pochwaliłby mnie za to, że nie przekazałam twojego statku Fundacji. Taka sama byłaby opinia ludu, gdyby względy bezpieczeństwa pozwoliły na opublikowanie tej informacji. Natomiast Fundacja o niczym się nie dowie.

— Rząd może być zadowolony, że Fundacja nie dostała statku, ale czy będzie zadowolony, że pozwoliłaś nam go stąd zabrać? — spytał Trevize.

Lizalor uśmiechnęła się.

— Jesteś porządnym człowiekiem, Golan. Walczyłeś nieustępliwie, żeby zachować ten statek, a teraz, kiedy już go masz, martwisz się, czy nie będę miała z tego powodu kłopotów. — Wyciągnęła do niego rękę, jak gdyby nie mogła się oprzeć, by go pogładzić, ale zaraz, choć z widocznym trudem, opanowała tę pokusę. Powiedziała szorstko: — Nawet jeśli zakwestionują moją decyzję, to wystarczy, że powiem im, iż szukałeś i nadal szukasz Najstarszego, by pochwalili mnie, że dobrze postąpiłam, pozbywając się jak najszybciej ciebie razem z tym statkiem i całą resztą. Natychmiast też odprawią modły pokutne za to, że w ogóle pozwolono wam wylądować, chociaż w żaden sposób nie mogliśmy zgadnąć, jakie macie zamiary.

— Naprawdę obawiasz się, że moja obecność może sprowadzić nieszczęście na ciebie i na twój świat?

— Naprawdę — powiedziała beznamiętnym głosem Lizalor. Potem dodała cieplejszym tonem: Już sprowadziłeś na mnie nieszczęście, bo teraz, kiedy cię poznałam, comporellońscy mężczyźni będą mi się wydawali jeszcze bardziej oziębli niż przedtem. Będę usychać z tęsknoty. Ten Który Karze zadbał już o to.

Trevize chwilę się wahał, a potem powiedział:

— Nie mam zamiaru nakłaniać cię do zmiany poglądów w tej sprawie, ale nie chcę też, żebyś odczuwała bezpodstawny lęk. Musisz zrozumieć, że wiara w to, że sprowadzę na was nieszczęście, to tylko przesąd i zabobon.

— Przypuszczam, że powiedział ci to ten sceptyk.

— Nie musiał mi nic mówić. Wiem to i bez niego.

Lizalor starła dłonią szron, który zdążył osiąść na jej gęstych brwiach, i powiedziała:

— Wiem, że niektórzy uważają, że to przesąd. A jednak jest faktem, że Najstarszy przynosi nieszczęście. Mogliśmy się o tym przekonać już nieraz i żadne sprytne argumenty sceptyków nie przekreślą prawdy.

Wysunęła nagłym ruchem rękę.

— Żegnaj, Golan. Wsiadaj na statek i dołącz do swoich, zanim nasz zimny, choć przyjemny wiatr zmieni twoje wrażliwe ciało w sopel lodu.

— Żegnaj, Mitza. Mam nadzieję, że zobaczymy się, kiedy wrócę.

— Tak, obiecałeś, że wrócisz i próbuję w to uwierzyć. Łudzę się nawet myślą, że wylecę ci naprzeciw i spotkamy się w przestrzeni, aby nieszczęście spadło tylko na mnie, a nie na cały mój świat, ale… niestety, już nigdy nie wrócisz.

— Nic podobnego! Wrócę! Teraz, kiedy wiem, jaką możesz dać mi rozkosz, nie zrezygnuję z ciebie tak łatwo. — W tej chwili Trevize był święcie przekonany, że mówi szczerą prawdę.

— Nie wątpię w twoje romantyczne porywy, mój ty słodki Fundacjonisto, ale ci, którzy ośmielają się szukać Najstarszego, nigdy nie wracają. Czuję to w głębi duszy.

Trevize starał się powstrzymać szczękanie zębami. Trząsł się z zimna i nie chciał, aby pomyślała, że trzęsie się ze strachu.

— To też przesąd — powiedział.

— Niestety — odparła — to też prawda.


28

<p>28</p>

Miło było znaleźć się znowu w sterowni „Odległej Gwiazdy”. To nic, że było tam ciasno. To nic, że otaczała go bezkresna przestrzeń. Ważne było, że czuł się tam jak w swoim własnym, ciepłym i przytulnym domu.

— Cieszę się, że w końcu znalazłeś się na pokładzie — powiedziała Bliss. — Zastanawiałam się, jak długo jeszcze będziesz tam stał z panią minister.

— Niedługo — odparł Trevize. — Było zbyt zimno.

— Wydawało mi się — rzekła Bliss — że zastanawiałeś się, czy nie zostać z nią i nie odłożyć na później poszukiwania Ziemi. Nie chcę nawet minimalnie sondować twego umysłu, ale martwiłam się o ciebie i pokusa, którą odczuwałeś, objawiła mi się sama w całej okazałości.

— Masz rację — odparł Trevize. — Przynajmniej przez chwilę czułem taką pokusę. To niezwykła kobieta. Nigdy dotąd nie spotkałem takiej… Czy wzmocniłaś mój opór, Bliss?

— Mówiłam ci już wiele razy — powiedziała że nie wolno mi w żaden sposób ingerować w twój mózg. Przypuszczam, że pokonałeś pokusę, gdyż masz silnie rozwinięte poczucie obowiązku.

— Ja tak nie myślę. — Uśmiechnął się krzywo. — Moja decyzja nie była tak dramatyczna i nie wypływała z takich szlachetnych pobudek. Oparłem się tej pokusie po pierwsze dlatego, że było zimno, a po drugie dlatego, że nie trzeba by było dużo czasu, żeby mnie zupełnie wykończyła. Nie potrafiłbym dotrzymać jej kroku.

— Tak czy inaczej, jesteś już na statku — powiedział Pelorat. — Co najpierw zrobimy?

— Najpierw postaramy się jak najszybciej odlecieć od słońca Comporellona na taką odległość, żebyśmy mogli bezpiecznie wykonać skok.

— Myślisz, że mogą nas zatrzymać albo polecieć za nami?

— Nie, myślę, że minister Lizalor naprawdę pragnie, abyśmy się stąd jak najszybciej wynieśli i trzymali się z dala od Comporellona, żeby nie ściągnąć na jej świat zemsty Tego Który Karze. Zresztą…

— Co?

— Ona jest święcie przekonana, że nie minie nas kara. Jest zupełnie pewna, że nie wrócimy. Spieszę dodać, że mówiąc mi o tym, nie myślała bynajmniej o mojej niestałości, bo nie miała dotąd okazji, żeby wypróbować moją wierność. Chodzi o to, że — jej zdaniem — Ziemia wywiera tak fatalny wpływ, że każdy, kto jej szuka, ściąga na siebie zły los i musi zginąć.

— A ilu Comporellan szukało Ziemi i nie wróciło, że jest tego taka pewna? — spytała Bliss.

— Wątpię, czy kiedykolwiek jakiś Comporellianin wyruszył na taką wyprawę. Powiedziałem jej, że boją się Ziemi, bo wierzą w przesądy.

— A ty sam na pewno tak uważasz? Może udało się jej zachwiać twoją pewność?

— Wiem, że w tej formie, w jakiej je wyraża, jej obawy są przesądne, ale to wcale nie znaczy, że są bezpodstawne.

— Chcesz powiedzieć, że jeśli wylądujemy na Ziemi, to zabije nas promieniowanie radioaktywne?

— Nie wierzę, że Ziemia jest radioaktywna. Wierzę za to, że broni się ona przed obcymi. Pamiętaj o tym, że z Biblioteki Trantorskiej zostały usunięte wszelkie wzmianki na temat Ziemi. Nie zapominaj też, że cudowna pamięć Gai, którą przechowuje cała planeta, łącznie z jej skalną skorupą i płynnym jądrem, nie sięga tak daleko, żebyście mogli powiedzieć cokolwiek o Ziemi.

Jeśli zatem Ziemia jest tak potężna, że potrafiła tego dokonać, to mogła też wpoić ludziom przekonanie, że jest radioaktywna, zapobiegając w ten sposób wszelkim próbom odnalezienia jej. Być może dlatego, że Comporellon leży dość blisko od niej i z tej przyczyny stanowi dla niej szczególne zagrożenie, postarała się jeszcze w inny sposób odwrócić od siebie zainteresowanie. Oto Deniador, który jest sceptykiem i uczonym, jest głęboko przekonany, że poszukiwanie Ziemi nie ma żadnego sensu… Właśnie dlatego uważam, że obawy Lizalor nie muszą być bezpodstawne. A skoro Ziemi tak bardzo zależy na ukryciu faktu swego istnienia, to czy nie jest możliwe, że prędzej nas zgładzi albo odkształci nasze umysły, niż pozwoli nam się odnaleźć?

Bliss zmarszczyła brwi i zaczęła:

— Gaja…

Trevize nie pozwolił jej skończyć.

— Tylko nie mów, że Gaja nas obroni. Skoro Ziemia potrafiła wymazać jej wczesne wspomnienia, to jest oczywiste, że w przypadku konfliktu między nią a Gają ona właśnie zwycięży.

— A skąd wiesz, że te wspomnienia zostały wymazane? — spytała chłodno Bliss. — Być może Gaja potrzebowała po prostu czasu, aby wykształcić pamięć ogólnoplanetarną i teraz możemy sięgnąć wstecz tylko do czasu zakończenia tego procesu. A zresztą, jeśli nawet te wspomnienia zostały wymazane, to jak możesz być pewien, że zrobiła to Ziemia?

— Nie wiem, czy zostały wymazane — odparł Trevize. — To tylko moje spekulacje.

— Jeśli Ziemia jest tak potężna — wtrącił raczej bojaźliwie Pelorat — i tak jej zależy na zachowaniu intymności, jeśli można to tak nazwać, to jaki sens jej szukać? Zdaje się, że uważasz, iż Ziemia nie pozwoli nam osiągnąć naszego celu i zabije nas, jeśli będzie to jedyny sposób, żeby nas powstrzymać przed jego osiągnięciem. Czy w takim razie jest sens upierać się przy tych poszukiwaniach? Czy nie lepiej dać sobie z tym spokój?

— Przyznaję, że może się wydawać, że powinniśmy dać sobie z tym spokój, ale jestem głęboko przekonany, że Ziemia istnieje, że muszę ją znaleźć i że znajdę. A Gaja utrzymuje, że jeśli mam silne przekonanie tego rodzaju, to mam rację.

— Ale czy uda nam się przeżyć to odkrycie, stary?

— Być może — powiedział Trevize, starając się, by zabrzmiało to lekko — Ziemia też doceni mój dar nieomylności i zostawi mnie w spokoju. Ale i to właśnie chcę jasno powiedzieć — nie mogę mieć pewności, że wy dwoje też ocalejecie i to nie daje mi spokoju. Cały czas czułem o was niepokój, ale teraz to uczucie nasiliło się i wydaje mi się, że powinienem odstawić was na Gaję i sam zająć się swoim zadaniem. To nie wy, lecz ja doszedłem do wniosku, że muszę szukać Ziemi. To nie wy, lecz ja uważam, że jest to ważne. To mnie tam ciągnie, nie was. A zatem to ja, nie wy, powinienem podjąć to ryzyko. A więc pozwólcie, że dalej zajmę się tym sam… No, Janov?

Pelorat opuścił brodę, tak że jego twarz wydawała się jeszcze dłuższa, niż była w istocie.

— Nie przeczę, Golan że jestem podenerwowany — powiedział — ale byłoby mi wstyd zostawić cię samego. Straciłbym sam do siebie szacunek.

— A ty, Bliss?

— Gaja nie opuści cię, bez względu na to, co zrobisz. Jeśli Ziemia okaże się groźna, to Gaja będzie cię bronić przed nią tak, jak będzie mogła. A poza tym, jako Bliss, nie opuszczę Pela i jeśli on trzyma się ciebie, to ja będę się trzymała jego.

— A więc dobrze — odparł ponuro Trevize. Dałem wam szansę. Teraz lecimy dalej razem.

— Razem — powiedziała Bliss.

Pelorat uśmiechnął się niepewnie i ścisnął Trevizego za ramię.

— Razem. Zawsze razem.


29

<p>29</p>

— Spójrz na to, Pel — powiedziała Bliss. Zabawiała się obserwowaniem przestrzeni przez teleskop pokładowy, traktując to jako pewne urozmaicenie po studiach nad zbiorami legend o Ziemi z biblioteki Pelorata.

Pelorat podszedł do niej, objął ręką jej ramiona i spojrzał na ekran. W polu widzenia teleskopu znajdował się olbrzym gazowy systemu planetarnego Comporellona. Teleskop powiększył obraz, ukazując olbrzyma w całej okazałości.

Był on bladopomarańczowy, z jaśniejszymi pasami. Znajdował się w większej odległości od słońca niż statek i oglądany z ich pozycji na przedłużeniu osi poziomej planety, wydawał się prawie regularnym, świetlistym kołem.

— Piękny widok — stwierdził Pelorat.

— Środkowy pas ciągnie się aż za planetę, Pel.

Pelorat zmarszczył brwi i powiedział.

— Wiesz co, Bliss? Faktycznie tak to wygląda.

— Myślisz, że to złudzenie optyczne?

— Nie wiem, Bliss. W przestrzeni jestem takim samym nowicjuszem jak ty… Golan!

— O co chodzi? — zapytał niewyraźnie Trevize i wszedł do sterowni w nieco pomiętym ubraniu i rozczochrany, jakby dopiero co wyrwano go z drzemki, co zresztą faktycznie się stało.

— Proszę was, nie bawcie się przyrządami — powiedział z lekką irytacją.

— Patrzymy tylko przez teleskop — rzekł Pelorat. — Spójrz na to.

Trevize rzucił okiem i powiedział:

— To olbrzym gazowy. Z informacji, które dostałem, wynika, że nazywają tę planetę Gallią.

— Skąd możesz wiedzieć, że to właśnie ten, skoro tylko rzuciłeś na niego okiem?

— Po pierwsze — powiedział Trevize — biorąc pod uwagę naszą odległość od słońca, a także rozmiary i orbity poszczególnych planet, które dokładnie przestudiowałem wytyczając kurs naszego statku, łatwo wywnioskować, że skoro mogliście w tym momencie uzyskać takie powiększenie, to może to być tylko Gania. Po drugie, jest tam ten pierścień.

— Pierścień? — Bliss była wyraźnie zdezorientowana.

— Możecie stąd dostrzec tylko cienki, jasny pas, ponieważ widzimy go prawie dokładnie z boku. Ale możemy wznieść się wyżej, a stamtąd będziecie mieli lepszy widok. Chcecie?

— Nie chcę, żebyś musiał przeze mnie obliczać na nowo pozycję i kurs — powiedział Pelorat.

— Tym się nie przejmuj, zrobi to za mnie komputer — mówiąc to usiadł przy komputerze i umieścił dłonie we wgłębieniach. Komputer, połączywszy się z jego mózgiem, zrobił resztę.

„Odległa Gwiazda” gwałtownie przyspieszyła nie musiał się przecież obawiać ani kłopotów z paliwem, ani działania siły ciężkości — i Trevize ponownie poczuł przypływ miłości dla tego doskonałego zespołu statku i komputera, który reagował na jego wydawane w myśli polecenia tak, jak gdyby był przedłużeniem jego samego, całkowicie posłusznym jego woli.

Nic dziwnego, że Fundacja chciała go mieć z powrotem, nic dziwnego, że Comporellon chciał go zagarnąć dla siebie. Dziwne było tylko to, że siła przesądu okazała się tak wielka, że zmusiła Comporellon do rezygnacji z wcześniejszych zamierzeń.

Odpowiednio uzbrojony, mógłby pokonać każdy inny statek, a nawet każdy zespół statków w Galaktyce — chyba żeby natknął się na inny statek tego samego typu. Oczywiście nie był odpowiednio uzbrojony. Przydzielając mu ten statek, burmistrz Branno zadbała przynajmniej o to, żeby dostał go bez broni.

Pelorat i Bliss patrzyli z przejęciem, jak Gallia powoli przechyla się w ich stronę. Ukazał się górny (nie wiedzieli czy północny czy południowy) biegun, wokół którego w strefie o kształcie koła coś się burzyło i kotłowało, natomiast dolny skrył się za równikiem planety.

W miarę jak się wznosili, piękny pomarańczowy krąg ścieśniał się coraz bardziej, przybierając kształt półksiężyca, gdyż wyłaniała się zacieniona strona planety. Jeszcze bardziej interesujące było to, że środkowy, jaśniejszy pas z prostego zrobił się zakrzywiony. To samo stało się z innymi pasami, na północ i na południe od niego, tyle że były jeszcze bardziej zakrzywione.

Teraz widać było zupełnie wyraźnie, że ów środkowy pas ciągnie się poza krawędzie planety, obejmując ją wąskim pierścieniem. Nie było mowy o złudzeniu, jego natura stała się oczywista. Był to pierścień materii okrążający planetę, chociaż nie widzieli go w całej okazałości.

— Myślę, że to wystarczy, żebyście wyrobili sobie zdanie o tym, co to jest — rzekł Trevize. Gdybyśmy okrążyli planetę, to przekonalibyście się na własne oczy, że otacza ją całą, nie stykając się w żadnym miejscu z jej powierzchnią. Chyba będziecie mogli zobaczyć, że nie jest to jeden, lecz kilka koncentrycznych pierścieni.

— Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że może istnieć coś takiego — powiedział Pelorat. — Jak utrzymuje się w przestrzeni?

— Tak samo, jak każdy satelita — odparł Trevize. — Pierścienie te składają się z drobnych cząstek, z których każda krąży wokół planety, a przy tym znajdują się tak blisko niej, że efekt przypływu nie pozwala na połączenie się tych cząsteczek w jedno ciało.

Pelorat potrząsnął głową.

— To przerażające, stary, kiedy uświadamiam sobie, że całe życie poświęciłem nauce, a tak mało wiem o astronomii. Jak to możliwe?

— Ja natomiast nie wiem nic o mitach i legendach. Nikt nie jest w stanie opanować całej wiedzy… Rzecz w tym, że te pierścienie nie są niczym niezwykłym. Maje każdy gazowy olbrzym, chociażby w postaci jednej, cienkiej smugi pyłu. Tak się składa, że w planetarnej rodzinie słońca Terminusa nie ma prawdziwego olbrzyma gazowego, więc jeśli Terminusczyk nie jest podróżnikiem ani nie chodził na uniwersytecie na wykłady z astronomii, to może nic nie wiedzieć o takich pierścieniach. Tym, co jest niezwykłe w tym pierścieniu, jest fakt, że jest tak szeroki, że świeci i jest widoczny, co się rzadko zdarza. Wygląda to wspaniale. Musi mieć szerokość przynajmniej kilkuset kilometrów.

W tym momencie Pelorat nagle pstryknął palcami.

— To o to chodziło!

Bliss aż podskoczyła.

— Co się stało, Pel?

— Natrafiłem kiedyś na fragment bardzo starego poematu. Był pisany w jakiejś archaicznej odmianie galaktycznego i trudno go było zrozumieć, ale to był najlepszy dowód jego starożytnego pochodzenia… Chociaż nie powinienem narzekać na jego archaiczny język. Dzięki swojej pracy stałem się ekspertem w sprawach różnych odmian starogalaktycznego, co jest dostateczną nagrodą za mój trud, mimo że nie przydaje się to do niczego poza moją pracą… Ale o czym to ja mówiłem?

— O jakimś fragmencie starego poematu, Pel powiedziała Bliss.

— Dziękuję ci — odparł Pelorat i zwracając się do Trevizego powiedział: — Ona zawsze uważa na to, co mówię, żeby skierować mnie na właściwy tor, kiedy odbiegnę od tematu, co się zdarza bardzo często.

— Na tym między innymi polega twój urok powiedziała Bliss z uśmiechem.

— W każdym razie, ten fragment opisywał rzekomo układ planetarny, do którego należała Ziemia. Nie wiem, jaki był cel tego opisu, bo reszta poematu nie zachowała się, a przynajmniej nigdy nie udało mi się do niej dotrzeć. Przetrwał tylko ten kawałek, może ze względu na to, że dotyczył astronomii. No więc jest tam mowa o wspaniałym potrójnym pierścieniu otaczającym szóstą planetę układu, który był tak „szeroki a wielgi, iże świat ów kiej pokurcz przy nim się pokazował”. Widzicie, potrafię jeszcze go zacytować. Nie miałem pojęcia co to takiego — pierścień planety. Pamiętam, że wyobrażałem sobie trzy koła w rzędzie, po jednej stronie planety. Wydało mi się to tak nonsensowne, że nawet nie zrobiłem dla siebie kopii. Teraz żałuję, że nie zbadałem tego bliżej. — Potrząsnął głową. Zajmować się mitologią w dzisiejszej Galaktyce to znaczy być skazanym na własne siły. W takiej sytuacji możesz zapomnieć o pożytkach płynących z badań.

— Chyba miałeś rację, Janov, że to zlekceważyłeś — powiedział Trevize. — Nie można brać dosłownie gadania poety.

— Ale to właśnie o to chodziło — powiedział Pelorat, wskazując na ekran. — To właśnie to opisywał ten fragment. Trzy szerokie, koncentryczne pierścienie, szersze niż sama planeta.

— Nigdy o czymś takim nie słyszałem — rzekł Trevize. — Nie sądzę, żeby pierścienie mogły być tak szerokie. W porównaniu z planetą, którą otaczają, są zawsze bardzo wąskie.

— Ale nigdy nie słyszeliśmy też o zamieszkanej planecie, która miałaby ogromnego satelitę. Ani o planecie z radioaktywną powierzchnią. To jest trzecia unikalna cecha. Jeśli natrafimy na planetę, która — gdyby nie promieniowanie radioaktywne mogłaby być zamieszkana i która ma, oprócz tego, ogromnego satelitę, a w układzie, do którego należy, znajduje się też inna planeta z szerokim pierścieniem, to będziemy mieć pewność, że znaleźliśmy Ziemię.

Trevize uśmiechnął się.

— Zgadzam się, Janov. Jeśli stwierdzimy, że jakiś układ ma te trzy cechy, to na pewno będzie tam Ziemia.

— Jeśli… — powiedziała z westchnieniem Bliss.


30

<p>30</p>

Znajdowali się już poza głównymi światami układu planetarnego Comporellona, lecąc w kierunku jego skraju po linii przebiegającej między dwoma najbardziej oddalonymi od środka planetami, tak że w promieniu półtora miliarda kilometrów nie było żadnego ciała o znacznej masie. Przed nimi był tylko duży obłok pyłu kometarnego, który z punktu widzenia grawitacji nie miał żadnego znaczenia.

„Odległa Gwiazda” przyspieszyła i osiągnęła prędkość rzędu 0,1 c, równą jednej dziesiątej prędkości światła. Trevize dobrze wiedział, że — teoretycznie — statek mógł osiągnąć prędkość prawie równą prędkości światła, ale wiedział też, że praktycznie — 0,1 c była górną granicą, którą niebezpiecznie było przekraczać.

Przy prędkości równej 0,1 c można było ominąć każdy obiekt o dającej się oszacować masie, ale nie sposób było uniknąć zderzeń z niezliczonymi cząstkami pyłu kosmicznego, a tym bardziej z pojedynczymi atomami i cząsteczkami. Przy bardzo dużych prędkościach nawet tak małe obiekty mogły uszkodzić statek, powodując rysy i zadrapania na jego kadłubie. Przy prędkościach bliskich prędkości światła każdy atom, który uderzał w kadłub statku, miał własności cząstki promieniowania kosmicznego. Załoga statku, wystawiona na działanie takiego promieniowania, nie miała żadnych szans na przeżycie.

Mimo iż statek poruszał się z prędkością trzydziestu tysięcy kilometrów na sekundę, widoczne na ekranie gwiazdy nie zmieniały pozycji i wydawały się trwać w bezruchu.

Komputer przeszukiwał przestrzeń w znacznej odległości od statku, aby w porę wykryć obiekty o znacznej masie, które mogłyby znaleźć się na kursie i doprowadzić do kolizji. W takim przypadku, choć było to w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, statek zboczyłby lekko, aby uniknąć zderzenia. Biorąc pod uwagę małe rozmiary obiektów, które ewentualnie mogłyby znaleźć się na drodze statku, szybkość, z jaką statek je omijał, i brak jakichkolwiek efektów działania siły ciężkości w wyniku zmiany kursu, nie sposób było stwierdzić, czy choć raz doszło do sytuacji, którą można by określić mianem bliskiego spotkania.

Z tego względu Trevize nie przejmował się takimi rzeczami, a nawet w ogóle nie zaprzątał sobie tym głowy. Całą uwagę skoncentrował na trzech zbiorach współrzędnych, które dostał od Deniadora, a szczególnie na zbiorze, który określał położenie najbliższego z tych obiektów.

— Coś nie w porządku z tymi liczbami? — spytał z niepokojem Pelorat.

— Jeszcze nie wiem — odparł Trevize. — Współrzędne same w sobie nie mają żadnej wartości. Trzeba znać punkt zerowy i reguły, według których zostały obliczone… to znaczy, mówiąc inaczej, kierunek, w którym oblicza się odległość, odpowiednik zenitu, i tak dalej.

— A w jaki sposób chcesz znaleźć to wszystko? — spytał Pelorat z tępą miną.

— Dostałem współrzędne Terminusa i paru innych miejsc, których położenie zostało określone względem Comporellona. Jeśli wprowadzę je do komputera, zrekonstruuje on zasady, przy których zastosowaniu współrzędne Terminusa i tych innych miejsc poprawnie określają ich rzeczywiste położenie. Na razie próbuję ułożyć sobie to wszystko w głowie, żeby odpowiednio zaprogramować komputer. Kiedy będziemy już znali zasady ustalania współrzędnych, to być może te liczby odnoszące się do położenia Zakazanych Światów nabiorą dla nas znaczenia.

— Tylko być może? — spytała Bliss.

— Obawiam się, że tak — odparł Trevize. — W końcu te współrzędne są dość stare. Przypuszczalnie zostały obliczone na Comporellonie, ale nie jest to pewne. A może zostały obliczone według innych zasad?

— To co wtedy?

— To wtedy mielibyśmy zupełnie bezwartościowe dane. Ale musimy się o tym przekonać.

Jego palce szybko biegały po lekko lśniących klawiszach komputera, wprowadzając odpowiednie informacje. Kiedy skończył, położył dłonie na wgłębieniach w pulpicie. Czekał. Tymczasem komputer zrekonstruował zasady przekazanych mu współrzędnych określających położenie znanych Trevizemu miejsc, a potem, po krótkiej przerwie, zinterpretował — zgodnie z tymi zasadami — liczby określające współrzędne najbliższego z Zakazanych Światów i w końcu zlokalizował ten świat na mapie Galaktyki znajdującej się w jego pamięci.

Na ekranie pojawił się obraz usianej gwiazdami przestrzeni. Potem obraz przekręcił się szybko, dostosowując się do ich pozycji. Kiedy znieruchomiał, komputer zaczął go powiększać. Za ramami ekranu znikały gwiazdy, ale oko nie mogło nadążyć za ich ruchem, tak był szybki. Migotanie uciekających z pola widzenia gwiazd zlewało się, tworząc roziskrzoną mgiełkę. W końcu na ekranie pozostał tylko fragment przestrzeni o wymiarach jedna dziesiąta na jedną dziesiątą parseka (pokazywał to wskaźnik umieszczony pod ekranem). Obraz nie zmienił się już. Tylko pół tuzina świetlistych punktów rozjaśniało ciemność ekranu.

— Który z nich jest tym Zakazanym Światem? — spytał cicho Pelorat.

— Żaden — odparł Trevize. — Cztery z nich to czerwone karły, jeden — gwiazda zmieniająca się w karła i jeden biały karzeł. Żadnego z nich nie może obiegać zamieszkany świat.

— A na jakiej podstawie twierdzisz, że to czerwone karły, skoro tylko tyle widzisz?

— To, co tu widzimy, to nie są prawdziwe gwiazdy — rzekł Trevize. — Oglądamy fragment mapy Galaktyki znajdującej się w pamięci komputera. Każda gwiazda jest oznaczona. Nie widzicie tego i ja też nie mogę tego zobaczyć, ale dopóki mam kontakt z komputerem, otrzymuję znaczną ilość danych dotyczących każdej gwiazdy, na której skoncentruję uwagę.

— A więc te współrzędne są bezwartościowe powiedział z żalem Pelorat.

Trevize spojrzał na niego.

— Nie, Janov. Jeszcze nie skończyłem. Pozostaje jeszcze problem czasu. Współrzędne Zakazanych Światów pochodzą sprzed dwudziestu tysięcy lat. W tamtym czasie te światy i Comporellon krążyły wokół środka Galaktyki. Być może poruszają się one z różną szybkością i po orbitach o różnym odchyleniu i w różnym stopniu ekscentrycznych. Dlatego wraz z upływem czasu Comporellon i ten Zakazany Świat, który próbujemy teraz znaleźć, mogły się od siebie oddalić albo zbliżyć się do siebie. W ciągu tych dwudziestu tysięcy lat ten Zakazany Świat mógł się przesunąć o pół do pięciu parseków od miejsca, w którym się początkowo znajdował. Na pewno nie może się znajdować w tym kwadracie, bo jego bok ma zaledwie jedną dziesiątą parseka.

— Co wobec tego zrobimy?

— Polecimy komputerowi, żeby przesunął Galaktykę o dwadzieścia tysięcy lat wstecz względem Comporellona.

— On może to zrobić? — spytała Bliss z pewnym lękiem.

— No, nie samą Galaktykę, ale jej obraz w swojej pamięci.

— Będziemy widzieli jakieś zmiany na ekranie? — spytała Bliss.

— Zobaczysz — odparł Trevize.

Gwiazdy bardzo powoli przesunęły się. Z lewej strony pojawiła się nowa, niewidoczna przedtem, gwiazda. Pelorat wskazał na nią palcem i zawołał z przejęciem:

— Tam! Tam!

— Przykro mi, Janov — powiedział Trevize ale to też czerwony karzeł. Są bardzo pospolite. Przynajmniej trzy czwarte wszystkich gwiazd w Galaktyce to czerwone karły.

Obraz przestał się przesuwać.

— No i co? — spytała Bliss.

— To właśnie to — rzekł Trevize. — Tak wyglądała ta część Galaktyki dwadzieścia tysięcy lat temu. W samym środku ekranu jest punkt, w którym powinien się znajdować ten Zakazany Świat, jeśli poruszał się przez cały czas z tą samą mniej więcej, przeciętną prędkością.

— Powinien się znajdować, ale się nie znajduje — powiedziała uszczypliwie Bliss.

— Faktycznie — przyznał Trevize ze stoickim niemal spokojem.

— Oj, to bardzo niedobrze, Golan — westchnął Pelorat.

— Zaczekaj, nie rozpaczaj. Nie spodziewałem się ujrzeć tam tej gwiazdy.

— Nie spodziewałeś się? — spytał Pelorat ze zdumieniem.

— Nie. Przecież powiedziałem wam, że to nie jest Galaktyka, tylko jej komputerowa mapa. Jeśli nie ma na niej jakiejś gwiazdy, to oczywiste, że nie możemy jej zobaczyć. Jeśli planeta, której szukamy, nazywa się Zakazany Świat i nosi tę nazwę od dwudziestu tysięcy lat, to jest prawdopodobne, że nie ma jej na mapie. I faktycznie nie ma, bo jej nie widzimy.

— Może nie widzimy jej dlatego, że w ogóle nie istnieje — powiedziała Bliss. — Może ta comporelliońska legenda nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a może współrzędne są niedobre.

— Masz rację. Niemniej teraz, kiedy komputer znalazł miejsce, w którym ta planeta powinna się była znajdować dwadzieścia tysięcy lat temu, można obliczyć współrzędne, które określają jej obecne położenie. Posługując się współrzędnymi z poprawką czasową, którą mogłem wnieść tylko w oparciu o mapę gwiezdną, możemy teraz spróbować znaleźć naszą planetę nie na mapie, ale w Galaktyce.

— Ale założyłeś, że ten Zakazany Świat poruszał się z pewną przeciętną prędkością — powiedziała Bliss. — A jeśli ta prędkość była inna? W takiej sytuacji te współrzędne będą nieprawdziwe.

— Owszem, ale opierając się na pewnej przeciętnej prędkości, otrzymaliśmy współrzędne, które na pewno są bliższe faktycznym współrzędnym niż te bez poprawki czasowej.

— Masz tylko taką nadzieję — powiedziała Bliss z powątpiewaniem.

— Właśnie — rzekł Trevize. — Mam taką nadzieję… A teraz popatrzmy na rzeczywisty obraz Galaktyki.

Bliss i Pelorat wpatrywali się z napięciem w ekran, podczas gdy Trevize (być może po to, aby zmniejszyć swoje własne napięcie i odwlec chwilę rozpoczęcia) mówił spokojnie, jak gdyby prowadził wykład:

— Obserwować rzeczywistą Galaktykę jest o wiele trudniej. Mapa komputerowa jest tworem sztucznym, z którego można wyeliminować rzeczy nieistotne, ale istniejące w rzeczywistości. Jeśli obraz przesłania mi jakaś mgławica, to mogę ją usunąć. Jeśli nie odpowiada mi kąt widzenia, to mogę go zmienić. I tak dalej. Natomiast prawdziwą Galaktykę muszę przyjmować taką, jaka jest i jeśli chcę coś zmienić w obrazie, to muszę się dosłownie, fizycznie przenieść w przestrzeni, co oczywiście zabiera o wiele więcej czasu niż inne ustawienie mapy.

Kiedy to mówił, ekran ukazał chmurę gwiazd. Było ich tak wiele, że przypominały lśniącą górę pudru.

— To część Drogi Mlecznej, widziana pod dużym kątem. Chcę, oczywiście, zobaczyć to, co jest na pierwszym planie. Jeśli powiększę pierwszy plan, to, w porównaniu z nim, zniknie to, co jest w tyle. Miejsce, które określają współrzędne, znajduje się dość blisko Comporellona, tak że powinno mi się udać uzyskać powiększenie tej części odpowiadające obrazowi, który nam ukazała mapa. Teraz, jeśli zdołam przez odpowiedni czas utrzymać nerwy na wodzy, przekażę komputerowi konieczne polecenie. Start!

Chmura gwiazd powiększyła się, a więc pozornie zbliżyła, tak szybko, że tysiące gwiazd pomknęły na boki, a patrzący doznali wrażenia, że lecą w stronę ekranu i cała trójka instynktownie odsunęła się, chcąc uniknąć z nimi zderzenia.

Pojawił się poprzedni obraz, już nie tak ciemny jak na mapie, ale pół tuzina gwiazd znajdowało się na starych miejscach. Blisko środka widać jednak było inną gwiazdę, świecącą o wiele jaśniej niż pozostałe.

— Jest — szepnął z podziwem Pelorat.

— Może. Polecę komputerowi przeanalizować jej spectrum. — Nastąpiła dłuższa przerwa, po czym Trevize powiedział: — Klasa spektralna G-4, co znaczy, że jest nieco mniejsza i ciemniejsza niż słońce Terminusa, ale jaśniejsza od słońca Comporellona. Na komputerowej mapie Galaktyki nie powinno brakować żadnej gwiazdy klasy G. A ponieważ tej akurat brakuje, to fakt ten przemawia za tym, że może to być słońce, wokół którego krąży nasz Zakazany Świat.

— Czy istnieje możliwość, że wokół tej gwiazdy nie krąży żadna planeta nadająca się do zamieszkania? — spytała Bliss.

— Myślę, że tak. W takim przypadku spróbujemy odnaleźć pozostałe dwa Zakazane Światy.

— A jeśli i one okażą się fałszywym alarmem? — To spróbujemy czego innego.

— Na przykład czego?

— Sam chciałbym to wiedzieć — odparł ponuro Trevize.


8. Zakazany Świat

31

32

33

34

<p>8. Zakazany Świat</p>
<p>31</p>

— Golan nic będzie ci przeszkadzało, jeśli będę się przyglądał? — spytał Pelorat.

— Nie, Janov, możesz się przyglądać — odparł Trevize.

— A jeśli będę się chciał o coś zapytać?

— Wal śmiało.

— Co teraz robisz?

Trevize oderwał wzrok od ekranu.

— Muszę zmierzyć na ekranie odległość każdej gwiazdy, która zdaje się leżeć niedaleko od Zakazanego Świata, aby obliczyć, w jakiej odległości od niego faktycznie się znajduje. Muszę się dowiedzieć, jak silne są pola grawitacyjne tych gwiazd, a do tego potrzebne mi są ich masy i odległość od tego świata. Nie znając mocy tych pól, nie można mieć pewności, że skok odbędzie się bez zakłóceń.

— A jak to obliczysz?

— Współrzędne każdej z tych gwiazd znajdują się w banku danych komputera. Można je przekształcić zgodnie z zasadami systemu comporellońskiego. Te z kolei można nieco skorygować, biorąc pod uwagę pozycję „Odległej Gwiazdy” względem słońca Comporellona. W ten sposób otrzymam odległość, w jakiej znajduje się każda z tych gwiazd. Na ekranie te czerwone karły zdają się być zupełnie blisko Zakazanego Świata, ale w rzeczywistości niektóre mogą leżeć znacznie dalej, a niektóre znacznie bliżej. Musimy ustalić ich położenie w przestrzeni trójwymiarowej, rozumiesz.

Pelorat skinął głową i powiedział:

— A masz już współrzędne Zakazanego Świata…

— Tak, ale to nic wystarczy. Potrzebne mi są odległości pozostałych gwiazd w granicach mniej więcej jednego procentu. Napięcie ich pól grawitacyjnych w sąsiedztwie Zakazanego Świata jest tak niewielkie, że mały błąd nie robi różnicy. Natomiast słońce, wokół którego krąży, czy może krążyć Zakazany Świat, ma niezwykle intensywne pole grawitacyjne w okolicach tej planety, więc jego odległość muszę zmierzyć jakiś tysiąc razy dokładniej niż odległość pozostałych gwiazd. Same współrzędne nie wystarczą.

— Co wobec tego zrobisz?

— Właśnie mierzę odległość Zakazanego Świata, a raczej jego gwiazdy, od trzech sąsiednich gwiazd, które świecą tak niewyraźnie, że trzeba je znacznie powiększyć, aby je zobaczyć. Przypuszczalnie wszystkie trzy znajdują się bardzo daleko od Zakazanego Świata. Możemy więc ustawić ekran tak, aby jedna z nich była w jego środku, i skoczyć o jedną dziesiątą parseka w kierunku prowadzącym pod kątem prostym do linii łączącej ją z Zakazanym Światem. Możemy to zrobić bez obawy, nawet nie znając odległości tych stosunkowo daleko leżących gwiazd.

Gwiazda będąca dla nas punktem odniesienia będzie po skoku nadal widoczna pośrodku ekranu. Pozostałe dwie słabo świecące gwiazdy, jeśli są faktycznie bardzo daleko, również nie zmienią w dostrzegalny sposób swojej pozycji. Natomiast Zakazany Świat jest na tyle blisko, że przesunie się po paralaksie. Z wielkości tego przesunięcia będziemy mogli oszacować, w jakiej jest odległości. Jeśli będę chciał się dodatkowo upewnić i sprawdzić wynik, to wybiorę trzy inne gwiazdy i powtórzę ten numer.

— Ile czasu zajmie to wszystko?

— Niewiele. Całą ciężką pracę wykonuje komputer. Ja tylko mówię mu, co ma zrobić. To, że w ogóle zabiera nam to czas, bierze się stąd, że muszę potem sam przestudiować wyniki, aby upewnić się, że wyglądają jak trzeba i że nie popełniłem błędu w poleceniach, które wydałem komputerowi.

— To naprawdę zdumiewające — powiedział Pelorat. — Pomyśl tylko, ile komputer robi za nas.

— Myślę o tym cały czas.

— Co byś zrobił bez niego?

— A co bym zrobił bez statku o napędzie grawitacyjnym? Albo bez przeszkolenia astronautycznego? Albo bez dwudziestu tysięcy lat nieprzerwanego rozwoju techniki lotów w nadprzestrzeni? Faktem jest, że jestem tu teraz. Spróbuj sobie wyobrazić, co będzie za następne dwadzieścia tysięcy lat. Załóżmy, że żylibyśmy właśnie wtedy. Za jakie cuda techniki bylibyśmy wtedy wdzięczni naszym przodkom i współczesnym? A może za dwadzieścia tysięcy lat ludzkość nie będzie już istniała?

— Co to, to nie — żachnął się Pelorat. — Na pewno będzie istniała. Nawet jeśli nie staniemy się częścią Galaxii, to będziemy nadal mieli psychohistorię, która będzie nam wytyczała drogę.

Trevize obrócił się w fotelu, zdejmując ręce z pulpitu komputera.

— Niech zmierzy te odległości — powiedział — i sprawdzi obliczenia, nawet wielokrotnie. Nie ma pośpiechu. — Spojrzał kpiąco na Pelorata. — Psychohistoria! Wiesz, Janov, ten temat pojawił się dwa razy, kiedy byliśmy na Comporellonie, i za każdym razem wiara w psychohistorię została nazwana przesądem. Raz przeze mnie, a drugi raz przez Deniadora. No bo w końcu czy można ją określić inaczej niź jako przesąd żywiony przez mieszkańców Fundacji? Czy mamy na jej poparcie jakieś dowody, jakieś argumenty? No, sam powiedz, Janov. Ty się na tym powinieneś znać lepiej niż ja.

— Dlaczego uważasz, że nie ma na to żadnych dowodów? — spytał Pelorat. — W Krypcie Czasu wielokrotnie ukazywał się hologram Hariego Seldona, który przedstawiał wypadki tak, jak rzeczywiście wyglądały. Nie mógłby za swego życia wiedzieć, jakie zajdą wydarzenia, gdyby nie przewidział ich za pomocą psychohistorii.

Trevize pokiwał głową.

— To brzmi przekonująco. Pomylił się, jeśli chodzi o czasy Muła, ale i tak brzmi to przekonująco. Niemniej za bardzo przypomina to magię. Każdy kuglarz zna jakieś sztuczki.

— Ale żaden kuglarz nie potrafi przewidzieć, co się stanie za kilkaset lat.

— Żaden kuglarz nie potrafiłby naprawdę zrobić tęgo, co udaje, że robi.

— Daj spokój, Golan. Nie mogę sobie wyobrazić żadnej sztuczki, za pomocą której mógłbym przewidzieć, co będzie za kilkaset lat.

— Tak jak nie możesz sobie wyobrazić sztuczki, za pomocą której magik może odczytać, co zostało zapisane na tabliczce umieszczonej w bezzałogowej stacji orbitalnej. A ja widziałem taki pokaz. Nigdy nie przyszło ci do głowy, że Krypta Czasu, razem z hologramem Hariego Seldona, może być sztuczką wymyśloną przez rząd?

Pelorat zrobił minę, jakby ten pomysł dotknął go do żywego.

— Nie zrobiliby czegoś takiego — powiedział.

Trevize prychnął szyderczo.

— A zresztą zostaliby na tym przyłapani, gdyby spróbowali to zrobić — rzekł Pelorat.

— Wcale nie jestem tego taki pewien. Ale nie o to chodzi. Problem w tym, że nie mamy pojęcia, jak działa psychohistoria.

— Ja nie mam pojęcia, jak działa komputer, ale to nie zmienia faktu, że on działa.

— Dlatego, że są tacy, co wiedzą, jak działa. A co by było, gdyby nikt nie wiedział, jak działa? W takiej sytuacji bylibyśmy zupełnie bezradni, gdyby z jakiegoś powodu przestał działać. A gdyby psychohistoria nagle przestała działać…

— Druga Fundacja zna zasady działania psychohistorii.

— A skąd to wiesz, Janov?

— Tak się mówi.

— Mówić można wszystko… O, mamy już odległość do gwiazdy Zakazanego Świata. Mam nadzieję, że komputer obliczył ją bardzo dokładnie. Przeanalizujemy te liczby.

Patrzył na nie przez dłuższy czas, poruszając od czasu do czasu bezgłośnie ustami, jakby dokonywał w myśli jakichś obliczeń. W końcu oderwał od nich wzrok i spytał:

— Co robi Bliss?

— Śpi — odparł Pelorat, a potem dodał tonem usprawiedliwienia: — Ona potrzebuje snu, Golan. Pozostawanie częścią Gai w takiej odległości i utrzymywanie z nią kontaktu przez nadprzestrzeń jest dla niej bardzo wyczerpujące.

— Tak myślę — powiedział Trevize i odwrócił się na powrót do komputera. Położył dłonie na pulpicie i mruknął: — Każę mu posuwać się małymi skokami i po każdym skoku sprawdzać wyliczenia. — Potem cofnął ręce i powiedział: — Pytałem poważnie, Janov. Co wiesz o psychohistorii?

Pelorat miał zaskoczoną minę.

— Nic. Bycie historykiem, którym w pewnym sensie jestem, to coś zupełnie innego niż bycie psychohistorykiem… Oczywiście znam obie podstawowe zasady, na których opiera się psychohistoria, ale każdy je zna.

— Nawet ja. Pierwsza zasada głosi, że populacja będąca obiektem zainteresowania psychohistorii musi być odpowiednio duża, aby wyliczenia statystyczne były prawomocne. Ale co to znaczy „odpowiednio duża”? Jak duża?

— Według ostatnich szacunków — rzekł Pelorat — w Galaktyce żyje około dziesięciu trylionów ludzi, a są to prawdopodobnie szacunki zaniżone. Na pewno jest to odpowiednio duża liczba.

— Skąd wiesz?

— Stąd, że psychohistoria działa, Golan. Choćbyś używał nie wiem jakich sofizmatów, to faktem jest, że działa.

— Natomiast druga zasada — powiedział Trevize — głosi, że ludzie nie mogą wiedzieć, że podlegają działaniu psychohistorii, gdyż wiedza ta zniekształciłaby ich reakcje… Ale sęk w tym, że wiedzą.

— Tylko o tym, że psychohistoria w ogóle istnieje, stary. To nie ma znaczenia. Druga zasada mówi, że ludzie nie mogą wiedzieć o tym, co przewiduje psychohistoria i faktycznie nic o tym nie wiedzą… z wyjątkiem Drugiej Fundacji, która — jak się uważa — zna te przewidywania, ale Druga Fundacja to szczególny przypadek.

— I cała psychohistoria została zbudowana na tych dwóch zasadach? Trudno w to uwierzyć.

— Nie tylko na tych dwóch zasadach — zaoponował Pelorat. — Oprócz tego jest jeszcze wyższa matematyka i skomplikowane metody statystyczne. Opowieść głosi — jeśli chcesz posłuchać tego, co zachowała tradycja — że Hari Seldon stworzył psychohistorię opierając się na kinetycznej teorii gazów. Atomy czy cząsteczki gazu poruszają się bezładnie, tak że nie znamy ani położenia, ani prędkości pojedynczej cząsteczki. Mimo to, posługując się statystyką, możemy bardzo precyzyjnie sformułować prawa rządzące zachowaniem wszystkich cząsteczek. Otóż Seldon chciał odkryć podobne prawa rządzące zachowaniem ludzkich społeczności, choćby nawet te prawa nie stosowały się do zachowań poszczególnych jednostek.

— Możliwe, ale ludzie to nie atomy.

— To prawda — odparł Pelorat. — Jednostka ludzka obdarzona jest świadomością i jej zachowanie jest tak skomplikowane, że wydaje się, iż posiada ona wolną wolę. Jak Seldon sobie z tym poradził, nie mam najmniejszego pojęcia i jestem pewien, że nawet gdyby znalazł się ktoś, kto to wie, i próbował mi wyjaśnić, to i tak bym nie zrozumiał. Ale jest faktem, że Seldon sobie z tym poradził.

— I to wszystko zależy od tego, czy społeczeństwo będące przedmiotem tych zabiegów jest wystarczająco liczne i nic o nich nie wie. Nie wydaje ci się, że jest to zbyt krucha podstawa, aby zbudować na niej potężny gmach formuł matematycznych? Jeśli te dwa podstawowe wymogi nie zostaną dokładnie spełnione, to cała budowla runie.

— Ale skoro Plan nie runął…

— Albo jeśli te wymogi nie są nawet fałszywe ani nieodpowiednie, ale po prostu słabsze niż powinny być, to psychohistoria może nawet właściwie funkcjonować przez kilkaset lat, a potem, w przypadku jakiegoś szczególnego kryzysu, runąć… tak jak to miało miejsce, choć na krótko, w czasach Muła… A może jest jeszcze jakiś trzeci wymóg?

— Jaki trzeci wymóg? — spytał Pelorat, marszcząc czoło.

— Nie wiem — odparł Trevize. — Argument może wyglądać elegancko i wydawać się zupełnie logiczny, a mimo to opierać się na jakichś cichych założeniach. Może ten trzeci wymóg jest założeniem tak oczywistym, że nikt nawet nie myśli o jego wyraźnym sformułowaniu.

— Założenie, które jest tak oczywiste, jest zwykle wystarczająco prawdziwe. Inaczej nie byłoby tak oczywiste.

Trevize prychnął:

— Janov, gdybyś znał historię nauki tak dobrze, jak historię tradycyjną, to wiedziałbyś, jak błędne jest takie stanowisko… Ale widzę, że jesteśmy już w sąsiedztwie słońca, wokół którego krąży Zakazany Świat.

Faktycznie, pośrodku ekranu widniała jasna gwiazda — tak jasna, że ekran automatycznie ukazał jej światło przez filtr, a i tak było ono wystarczająco silne, aby w jego blasku zniknęły pozostałe gwiazdy.

<p>32</p>

Na pokładzie „Odległej Gwiazdy” urządzenia służące do utrzymania higieny osobistej były dość skromne, a zużycie wody utrzymywano na minimalnym poziomie, aby nie przeciążać aparatury uzdatniającej. Trevize wyraźnie zaznaczył to Bliss i Peloratowi.

Mimo to Bliss stale wyglądała świeżo, jej długie czarne włosy lśniły, a paznokcie błyszczały.

Weszła do sterowni, mówiąc:

— A, tu jesteście!

Trevize podniósł głowę i powiedział:

— Nie ma w tym nic zdumiewającego. Trudno sobie wyobrazić, żebyśmy opuścili statek, a wystarczyłyby półminutowe poszukiwania, żeby nas tu znaleźć, nawet gdybyś nie mogła odkryć naszej obecności swoim szóstym zmysłem.

— Dobrze wiesz — odparła Bliss — że była to tylko forma powitania i że nie należy tego rozumieć dosłownie. Gdzie jesteśmy?… Tylko mi nie odpowiadaj, że w sterowni.

— Jesteśmy, kochanie — odparł Pelorat, wyciągając do niej rękę — na skraju systemu planetarnego, do którego należy najbliższy z tych trzech Zakazanych Światów.

Podeszła do niego i stanęła obok, kładąc mu rękę na ramieniu. Pelorat objął ją w pasie.

— Nie jest taki zakazany — powiedziała. — Nic nas dotąd nie zatrzymało.

— Jest zakazany — rzekł na to Trevize — tylko dlatego, że Comporellon i inne światy założone przez drugą falę osadników samorzutnie uznały światy założone przez osadników pierwszej fali, Przestrzeńców, za zakazane. Jeśli my nie czujemy się związani tym zakazem, to co nas może zatrzymać?

— Także Przestrzeńcy, jeśli jeszcze jacyś żyją, mogli samorzutnie uznać światy osadników drugiej fali za zakazane. To, że nas nic nie powstrzymuje przed wtargnięciem do nich, nie znaczy, że oni nie będą mieli nic przeciwko temu.

— Tak — odparł Trevize. — Jeśli istnieją. Na razie nie wiemy nawet, czy istnieje jakaś planeta, na której mogliby żyć. Na razie widzimy tylko zwykłe olbrzymy gazowe. Dwa, i to nieszczególnie duże.

— Ale to nie znaczy, że Światy Przestrzeńców nie istnieją — wtrącił szybko Pelorat. — Każdy nadający się do zamieszkania świat znajduje się dużo bliżej słońca, jest dużo mniejszy i, w blasku swego słońca, trudny do wykrycia z takiej odległości. Będziemy musieli zrobić mikroskok w środek tego układu, żeby móc wykryć ten świat. — Był wyraźnie dumny, że mówi jak doświadczony kosmonauta.

— W takim razie — spytała Bliss — dlaczego nie lecimy tam?

— Jeszcze nie teraz — odparł Trevize. — Dałem komputerowi polecenie, żeby sprawdził w granicach swych możliwości, czy nie ma tu jakichś śladów sztucznych konstrukcji. Będziemy lecieli do środka układu etapami — jeśli będzie trzeba, to rozbijemy ten lot nawet na tuzin etapów — sprawdzając dokładnie otoczenie po przebyciu każdego odcinka. Nie chcę wpaść w pułapkę, jak wtedy, kiedy zbliżyliśmy się do Gai. Pamiętasz, Janov?

— W takie pułapki mógłbym wpadać codziennie. Dzięki tej, którą zastawiła Gaja, mam Bliss — powiedział Pelorat i spojrzał na nią z miłością.

— Masz nadzieję, że co dzień spotkasz nową Blisś? — zaśmiał się Trevize.

Pelorat żachnął się, wyraźnie urażony, a Bliss powiedziała z lekką irytacją:

— Ale możesz, stary — czy jak tam cię nazywa Pel — lecieć nieco szybciej. Dopóki jestem z tobą, nie grozi ci, że wpadniesz w pułapkę.

— Taka jest potęga Gai?

— W wykrywaniu innych umysłów? Oczywiście.

— Jesteś pewna, Bliss, że masz dosyć siły? Zdaje się, że musisz trochę pospać, żeby odzyskać siły, które pochłania podtrzymywanie kontaktu z Gają. Na ile mogę polegać na twych, ograniczonych, zdaje się, w takiej odległości od Gai, zdolnościach?

Bliss zarumieniła się.

— Ten kontakt jest wystarczająco silny.

— Nie obrażaj się — rzekł Trevize. — Po prostu pytam… Nie uważasz, że jest to minus bycia Gają? Ja nie jestem Gają. Jestem niezależną, samodzielną i pełną jednostką. To znaczy, że mogę odlecieć tak daleko, jak chcę od swojego świata i od swoich ziomków i pozostać sobą, Golanem Trevize. W każdej odległości od nich zachowuję swoje zdolności i umiejętności w całej pełni. Gdybym znalazł się sam w przestrzeni, wiele parseków od najbliższego człowieka, i gdybym z jakiegoś powodu nie mógł w żaden sposób z nikim się skontaktować ani nawet zobaczyć choćby jednej gwiazdy na niebie, to i tak byłbym i pozostałbym Golanem Trevize. Być może nie zdołałbym przetrwać i musiałbym umrzeć, ale umarłbym jako Golan Trevize.

— Będąc sam w przestrzeni, z dala od innych, nie mógłbyś przywołać na pomoc swoich towarzyszy, nie mógłbyś liczyć na ich umiejętności i wiedzę. Jako samotna, odizolowana od innych jednostka byłbyś o wiele słabszy niż gdybyś był elementem zintegrowanego społeczeństwa. Wiesz o tym — powiedziała Bliss.

— Niemniej jednak byłaby to słabość innego rodzaju niż twoja — odparł Trevize. — Więź między tobą i Gają jest o wiele silniejsza niż między mną a moim społeczeństwem. Ta więź utrzymuje się w nadprzestrzeni i potrzeba dla jej podtrzymania energii, w wyniku czego ledwie dyszysz, psychicznie i umysłowo, i czujesz się o wiele słabsza niż ja z dala od społeczeństwa, do którego należę.

Twarz Bliss stężała i przez chwilę Bliss nie wyglądała młodo, a raczej wydawała się wieczna, jakby była bardziej Gają niż Bliss, jak gdyby samym wyglądem chciała zadać kłam stwierdzeniu Trevizego.

— Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, Golanie Trevize, który jesteś, byłeś i będziesz sobą, który być może nie będziesz niczym mniejszym, ale też na pewno niczym większym, nawet jeśli jest tak, to czy sądzisz, że można mieć coś za nic? Czy nie lepiej jest być istotą ciepłokrwistą, taką jak ty, niż zimnokrwistym stworzeniem, takim jak ryba czy co tam jeszcze?

— Żółwie są zimnokrwiste — wtrącił Pelorat. Na Terminusie ich nie ma, ale są na pewnych planetach. Mają skorupy, poruszają się bardzo wolno, ale żyją bardzo długo.

— No dobrze, więc czy nie lepiej jest być człowiekiem niż żółwiem i poruszać się raczej szybko niż wolno? Czy nie lepiej podtrzymywać czynności pochłaniające wiele energii, mieć szybko napinające się mięśnie, szybko reagujące włókna nerwowe, zdolny do intensywnego wysiłku mózg niż pełzać powoli, powoli odbierać wrażenia zmysłowe i w znikomym stopniu uświadamiać sobie to, co nas otacza?

— Oczywiście, że lepiej — powiedział Trevize ale co z tego?

— Co? Czyżbyś nie wiedział, że musisz płacić za to, że jesteś istotą ciepłokrwistą? Aby podtrzymać temperaturę swego ciała na poziomie wyższym od temperatury otoczenia, musisz wydawać o wiele więcej energii niż żółw. Musisz niemal bez przerwy jeść, aby dostarczać swemu organizmowi energii równie szybko, jak ją traci. Umarłbyś z braku pożywienia o wiele szybciej niż żółw. Ale czy chciałbyś żyć dłużej, za to wolniej, i być żółwiem? Czy raczej płacić tę cenę i być szybko poruszającą się, szybko odbierającą wrażenia i myślącą istotą?

— Czy to właściwa analogia, Bliss?

— Nie, ponieważ sytuacja Gai jest o wiele lepsza. Kiedy jesteśmy blisko ze sobą, nie wydatkujemy dużych ilości energii. To ma miejsce tylko wtedy, kiedy jakaś część Gai znajduje się w nadprzestrzennej odległości od reszty… I pamiętaj, że to, za czym się opowiedziałeś, nie ma być po prostu większą Gają, większym jednym światem. Opowiedziałeś się za Galaxią, za wielkim zespołem światów. W każdym miejscu Galaxii będziesz jej częścią, będziesz otoczony innymi częściami organizmu, który będzie obejmował każdy atom przestrzeni międzygwiezdnej i czarną dziurę w centrum. Wówczas trzeba będzie niewielkich ilości energii, aby pozostać całością. Żadna część nie będzie zbytnio odległa od innych. To za tym się opowiedziałeś. Czy możesz mieć jeszcze jakieś wątpliwości, że podjąłeś słuszną decyzję?

Trevize pochylił głowę i zamyślił się. Wreszcie wyprostował się i powiedział:

— Być może mój wybór był słuszny, ale muszę mieć pewność. To najważniejsza decyzja w dziejach ludzkości, więc nie wystarczy mi, że może jest słuszna. Muszę wiedzieć na pewno, że jest słuszna.

— A czego ci jeszcze trzeba, żeby się upewnić, po tym, co powiedziałam?

— Nie wiem, ale znajdę to na Ziemi. — Powiedział to z absolutnym przekonaniem.

— Golan widać już tę gwiazdę jako krąg — powiedział Pelorat.

Komputer, zajęty swoimi sprawami i nie przejmujący się w najmniejszym stopniu nawet najbardziej żywą dyskusją prowadzoną obok niego, zbliżał się etapami do gwiazdy i dotarł w końcu na odległość, na którą nastawił go Trevize.

W dalszym ciągu byli dość daleko od poziomu planetarnego, więc ekran podzielił się na trzy części, żeby mogli ujrzeć trzy małe planety znajdujące się w środkowej części układu.

Najbardziej oddalona od nich miała temperaturę powierzchni, w której woda mogła występować w stanie ciekłym, i atmosferę tlenową. Trevize poczekał, aż komputer obliczy jej orbitę. Już pierwsze, przybliżone obliczenia wypadły zadowalająco, ale Trevize polecił komputerowi, aby prowadził je dalej, gdyż im dłużej trwała obserwacja ruchu planety, tym dokładniej można było obliczyć elementy jej ruchu orbitalnego.

— W polu widzenia mamy planetę nadającą się do zamieszkania — powiedział cicho Trevize. Jest bardzo prawdopodobne, że panują tam odpowiednie warunki do tego.

— Ach! — Pelorat miał tak zachwyconą minę, jak pozwalała na to jego nieruchoma z natury twarz.

— Obawiam się jednak — dodał Trevize — że nie ma ona ogromnego satelity. Zresztą na razie komputer nie odkrył tam żadnego satelity. A więc nie jest to Ziemia. W każdym razie ten widok nie zgadza się z jej tradycyjnym opisem.

— Nie przejmuj się tym, Golan — powiedział Pelorat. — Kiedy okazało się, że żaden z olbrzymów gazowych nie jest otoczony niezwykłym pierścieniem, nie liczyłem na to, że znajdziemy tu Ziemię.

— No dobrze — rzekł Trevize. — Teraz sprawdzimy, jakie istnieją tam formy życia. Ponieważ planeta ma atmosferę tlenową, możemy być absolutnie pewni, że istnieje na niej życie roślinne, ale…

— Zwierzęce też — przerwała mu nagle Bliss. I to w dużej ilości.

— Co? — rzekł Trevize, zwracając się ku niej.

— Wyczuwam je. Z tej odległości dość słabo, ale nie ma wątpliwości, że ta planeta nie tylko nadaje się do zamieszkania, ale jest zamieszkana.

<p>33</p>

„Odległa Gwiazda” krążyła po orbicie biegunowej wokół Zakazanego Świata, w odległości na tyle dużej, że jeden obieg trwał nieco ponad sześć dni. Widać było, że Trevizemu nie spieszy się zejść z orbity.

— Ponieważ planeta jest zamieszkana — wyjaśniał powody, dla których zwlekał z lądowaniem — i ponieważ, według Deniadora, zamieszkiwali ją kiedyś ludzie, którzy dysponowali wysoko rozwiniętą techniką i wywodzili się z pierwszej fali osadników, tak zwanych Przestrzeńców, to może nadal mają wysoko rozwiniętą technikę i nie bardzo lubią nas, potomków osadników drugiej fali, którzy ich zastąpili. Chciałbym, żeby się nam pokazali i żebyśmy się czegoś o nich dowiedzieli, zanim zaryzykuję lądowanie.

— Może nie wiedzą, że tu jesteśmy — powiedział Pelorat.

— My wiedzielibyśmy, gdyby sytuacja była odwrotna. Muszę zatem założyć, że jeśli istnieją, to będą próbowali się z nami skontaktować. Może nawet zechcą wylecieć nam naprzeciw i złapać nas.

— Ale jeśli będą chcieli nas złapać i mają wysoko rozwiniętą technikę, to może się nam nie udać…

— Nie wierzę w to — przerwał mu Trevize. Postęp w technice niekoniecznie musi się dokonywać we wszystkich dziedzinach równocześnie. W pewnych dziedzinach mogli nas wyprzedzić, ale jest oczywiste, że nie dotyczy to podróży międzygwiezdnych. To nie oni, lecz my skolonizowaliśmy Galaktykę i nie słyszałem, żeby w okresie istnienia Imperium opuścili swoje światy albo żeby w ogóle zrobili coś, co świadczyłoby o ich istnieniu. A jeśli nie rozwijali podróży w przestrzeni, to w jaki sposób mogliby dokonać jakiegoś poważniejszego postępu w astronautyce? To z kolei świadczy, że jest niemożliwe, aby dysponowali czymś takim, jak statki o napędzie grawitacyjnym. Nie jesteśmy uzbrojeni, ale nawet gdyby wysłali przeciw nam statek wojenny, to i tak nas nie złapią… Nie będziemy bezradni.

— Może dokonali postępu w mentalistyce. Być może Muł był Przestrzeńcem…

Trevize wzruszył z irytacją ramionami.

— Muł nie mógł pochodzić z każdego miejsca. Gajanie twierdzą, że był Gajaninem, tyle że nienormalnym. Uważa się też, że był przypadkowo powstałym gdzieś mutantem.

— Snuto również domysły — powiedział Pelorat — których oczywiście nie przyjmowano poważnie, że był mechanizmem. Robotem, mówiąc innymi słowy, chociaż nie określano go tym słowem.

— Jeśli jest tam coś, co może być groźne dla naszych umysłów, to unieszkodliwienie tego będzie zadaniem Bliss. Ona może… A propos, śpi teraz?

— Śpi — odparł Pelorat — ale poruszyła się, kiedy wychodziłem z kabiny.

— Poruszyła się, tak? No, jeśli się coś zacznie dziać, to będzie musiała się raz dwa przebudzić. Zajmiesz się tym, Janov.

— Tak, Golan — rzekł cicho Pelorat.

Trevize skierował uwagę na komputer.

— Niepokoi mnie tylko jedna rzecz — stacje graniczne. Normalnie są one niezbitym świadectwem tego, że planeta, wokół której są rozmieszczone, jest zamieszkana przez ludzi dysponujących dość wysoką techniką. Ale te tutaj…

— Coś z nimi nie tak?

— Parę rzeczy. Przede wszystkim są bardzo archaiczne. Mogą mieć wiele tysięcy lat. Po drugie, nie wysyłają żadnego promieniowania, oprócz termicznego.

— A co to jest?

— Promieniowanie termiczne jest wysyłane przez każdy obiekt, który jest cieplejszy od otoczenia. To szerokie pasmo, układające się w pewien określony wzór, w zależności od temperatury danego obiektu. Właśnie dlatego te stacje graniczne wysyłają takie promieniowanie. Jeśli na tych stacjach znajdują się jakieś pracujące urządzenia, to musi z nich przenikać w przestrzeń promieniowanie nietermiczne, niestochastyczne. Skoro jednak nie stwierdzamy takiego promieniowania, to możemy przyjąć, że albo stacje te są opuszczone, może nawet od tysięcy lat, albo — jeśli są na nich ludzie — dysponują odpowiednią, zaawansowaną techniką, która uniemożliwia przedostawanie się tego promieniowania na zewnątrz.

— Może ta planeta ma wysoko rozwiniętą cywilizację — powiedział Pelorat — a stacje są opuszczone dlatego, że jej mieszkańcy przestali się po prostu martwić, że ktoś tu może przylecieć.

— Może… A może to po prostu jakaś pułapka.

Weszła Bliss. Trevize, spostrzegłszy ją kątem oka, mruknął zrzędliwie:

— Tak, tu jesteśmy.

— Widzę — odparła Bliss — i wciąż na tej samej orbicie. Tyle potrafię spostrzec.

— Golan jest ostrożny, kochanie — pospieszył z wyjaśnieniem Pelorat. — Stacje graniczne wyglądają na opuszczone i nie wiemy, jak to rozumieć.

— Nie ma się czym przejmować — powiedziała obojętnym tonem Bliss. — Na planecie, wokół której krążymy, nie ma żadnych dostrzegalnych znaków istnienia stworzeń inteligentnych.

Trevize obrzucił ją zdumionym wzrokiem.

— O czym ty mówisz? Powiedziałaś…

— Powiedziałam, że na tej planecie istnieje życie zwierzęce, i jest tak faktycznie, ale gdzie jest powiedziane, że życie zwierzęce koniecznie implikuje istnienie istot inteligentnych?

— Dlaczego o tym nie powiedziałaś od razu, jak tylko odkryłaś oznaki życia zwierzęcego?

— Dlatego, że z tamtej odległości nie mogłam tego stwierdzić. Mogłam jedynie stwierdzić ponad wszelką wątpliwość symptomy działania zwierzęcego układu nerwowego, ale przy tak słabym natężeniu nie potrafiłabym odróżnić motyla od człowieka.

— A teraz?

— Teraz jesteśmy o wiele bliżej. Pewnie myśleliście, że śpię, ale nie spałam, a w każdym razie bardzo krótko. Wsłuchiwałam się, choć to nieodpowiednie słowo, ale nie wiem, jak inaczej wam to wytłumaczyć, z natężeniem w odgłosy planety, aby odkryć jakiś ślad procesów umysłowych na tyle złożonych, by mogły świadczyć o istnieniu tam istot inteligentnych.

— I nie ma żadnych?

— Przypuszczam — odparła Bliss teraz już ostrożniej — że jeśli nie wykryłam nic z tej odległości, to nie może tam żyć więcej jak parę tysięcy ludzi. Jeśli podejdziemy jeszcze bliżej, to będę to mogła określić bardziej precyzyjnie.

— No cóż, to zmienia postać rzeczy — powiedział z pewnym zmieszaniem Trevize.

— Tak myślę — powiedziała Bliss. Wyglądała na lekko śpiącą i przez to skłonną do irytacji. — Możesz teraz dać spokój z tym swoim analizowaniem promieniowania, wyciąganiem wniosków i przypuszczeń i tą całą resztą. Moje zmysły dostarczają lepszych i pewniejszych informacji. Może teraz zrozumiesz, co mam na myśli, mówiąc, że lepiej jest być Gajaninem niż izolem.

Trevize nie odpowiedział od razu. Widać było, że stara się pohamować złość. Wreszcie powiedział z lodowatą uprzejmością:

— Jestem ci niezmiernie wdzięczny za tę informację. Mimo to musisz wiedzieć, że — używając analogii — perspektywa wyostrzenia mego węchu nie byłaby dla mnie wystarczającym motywem, żeby wyrzec się człowieczeństwa i stać się posokowcem.

<p>34</p>

Teraz, kiedy przeszli już przez warstwę chmur i lecieli wolno przez atmosferę, mogli się przyjrzeć Zakazanemu Światu. Sprawiał dziwne wrażenie jakby był nadgryziony przez mole.

Jak można się było spodziewać, obszary wokół biegunów pokryte były lodem, ale dość małe. Łańcuchy górskie składały się z nagich skał, wśród których tu i ówdzie widać było lodowce, ale one też nie były zbyt duże. Widać też było niewielkie, rozrzucone po całej powierzchni, obszary pustynne.

Ale mimo to planeta była zupełnie ładna. Miała duże kontynenty o bogatej linii brzegowej, obfitującej w długie plaże i liczne zatoki. Lądy pokrywały duże połacie lasów tropikalnych i umiarkowanych, otoczonych sawannami i łąkami, lecz wszystko to wyglądało z góry jak tkanina nadgryziona przez mole. Było zupełnie oczywiste, że cały ten świat niszczeje. Pośród lasów świeciły gołe miejsca, a całe partie łąk były zrudziałe.

— Jakaś choroba roślin? — rzekł ze zdumieniem Pelorat.

— Nie — odparła wolno Bliss. — Coś znacznie gorszego, a przy tym nieprzemijającego.

— Widziałem już wiele światów — powiedział Trevize — ale coś takiego spotykam po raz pierwszy.

— Ja widziałam niewiele światów — rzekła na to Bliss — ale przemawia przeze mnie cała Gaja i myślę, że tak wygląda świat, z którego zniknęli ludzie.

— Dlaczego? — spytał Trevize.

— Pomyśl tylko… — powiedziała cierpko Bliss. — Na żadnym zamieszkanym świecie nie istnieje równowaga ekologiczna w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Taka równowaga musiała pierwotnie istnieć na Ziemi, bo jeśli była ona światem, na którym powstała ludzkość, to musiało minąć dużo czasu, zanim pojawili się ludzie czy jakikolwiek inny gatunek zdolny do stworzenia rozwiniętej techniki i sposobów przekształcania środowiska. W takim przypadku musiała tam istnieć naturalna, oczywiście stale zmieniająca się, równowaga. Jednakże na innych zamieszkanych światach ludzie starannie tworzyli swoje otoczenie, wprowadzając tam rośliny i zwierzęta. W stworzonym przez nich systemie ekologicznym nie może być równowagi, gdyż składa się na niego tylko bardzo ograniczona liczba gatunków — tych, które ludzie wprowadzili celowo, gdyż chcieli je mieć, i tych, których nie chcieli wprowadzać, ale nie potrafili się przed tym ustrzec…

— Wiesz, co mi to przypomina? — wtrącił się nagle Pelorat. — Przepraszam, Bliss, że ci przerwałem, ale to tak pasuje do tego, co mówisz, że muszę to zaraz powiedzieć, bo potem zapomnę. Natrafiłem kiedyś na taki stary mit o stworzeniu świata, mit, który mówi, że na jakiejś planecie zostało stworzone życie i że były tam tylko takie gatunki, które dostarczały ludziom pożytku albo przyjemności. Otóż pierwsi ludzie zrobili coś głupiego mniejsza z tym co, bo te stare mity są przeważnie symboliczne i wychodzą zupełne bzdury, jeśli bierze się je dosłownie — i ziemia na tej planecie została przeklęta. „Ciernie i osty rodzić ci będzie” — tak się to przekłada, choć o wiele lepiej brzmiało ono w archaicznym galaktycznym, w którym zostało zapisane. Problem jednak w tym, czy to naprawdę było przekleństwo? Rzeczy niechciane i nielubiane przez ludzi, takie jak ciernie i osty, mogą być potrzebne do zachowania równowagi ekologicznej.

Bliss uśmiechnęła się.

— To naprawdę zdumiewające, Pel, jak wszystko kojarzy ci się zaraz z jakąś legendą i jak pouczające są czasami te legendy. Tworząc swoje otoczenie na jakimś świecie, ludzie pomijają te ciernie i osty, bez względu na to, co one w danym przypadku znaczą, a potem muszą dbać o to, żeby to wszystko funkcjonowało. Taki świat nie jest samowystarczalnym organizmem, jak Gaja. Jest raczej różnorodnym zbiorem izoli, ale ten zbiór nie jest aż tak różnorodny, żeby równowaga ekologiczna mogła utrzymać się stale. Jeśli z takiego świata znikają ludzie i zaczyna brakować ich sterujących tymi procesami rąk, to cały układ zaczyna się rozpadać. Planeta wraca do stanu wyjściowego.

— Jeśli tak się rzeczywiście dzieje — rzekł sceptycznie Trevize — to jest to proces powolny. Na tym świecie nie ma ludzi może od dwudziestu tysięcy lat, a mimo to większa jego część wydaje się nadal kwitnąć.

— Z pewnością zależy to od tego — powiedziała Bliss — jak starannie zadbano na początku o stworzenie równowagi ekologicznej. Jeśli początkowo równowaga ta jest dość dobra, to może się utrzymać przez długi czas po zniknięciu ludzi. W końcu dwadzieścia tysięcy lat to co prawda długi okres w historii ludzkości, ale w porównaniu z życiem planety to zaledwie jeden dzień.

— Przypuszczam — powiedział Pelorat, przyglądając się uważnie planecie — że jeśli ten świat ulega degeneracji, to na pewno nie ma tu ludzi.

— Nadal nie wyczuwam żadnej aktywności mózgowej na poziomie ludzkim i skłonna jestem przypuszczać, że na tej planecie nie ma ludzi. Odbieram nieustanny szum i brzęczenie, charakterystyczne dla niższych poziomów świadomości, które są jednak na tyle wysokie, że mogą odpowiadać poziomowi świadomości ptaków i ssaków. Mimo wszystko nie jestem pewna, czy proces dezintegracji jest tak zaawansowany, żeby świadczył niezbicie, iż nie ma tu ludzi. Planeta może ulegać degeneracji nawet wtedy, kiedy żyją na niej ludzie, jeśli ich społeczność jest nienormalna i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważne jest zachowanie równowagi ekologicznej.

— Takie społeczeństwo na pewno szybko uległoby zagładzie — powiedział Pelorat. — Nie wyobrażam sobie, żeby ludzie nie mogli zrozumieć, jak ważne jest zachowanie czynników, które umożliwiają im przetrwanie.

— Nie podzielam twojej wiary w rozsądek ludzi, Pel — rzekła Bliss. — Wydaje mi się zupełnie możliwe, że w społeczności planetarnej składającej się tylko z izoli partykularne interesy mogą przesłonić interes ogółu.

— Podzielam zdanie Pelorata — powiedział Trevize — że to jest nie do pomyślenia. Zresztą sam fakt, że istnieje około miliona światów zamieszkanych przez ludzi i żaden z nich nie zniszczał w wyniku jakichś procesów dezintegracyjnych, świadczy o tym, że twoje obawy, Bliss, mogą być przesadne.

Statek przeleciał znad półkuli, na której panował dzień, nad półkulę pogrążoną w ciemności. Najpierw ogarnął ich pogłębiający się z każdą chwilą półmrok, a potem zapanowała zupełna ciemność, przerywana tylko światełkami gwiazd w miejscach, gdzie nieba nie przesłaniały chmury.

Utrzymywali jednakową wysokość, mierząc dokładnie ciśnienie atmosferyczne i intensywność przyciągania planety. Była to wysokość zbyt duża, aby mogli wpaść na jakiś wystający masyw górski, gdyż planeta znajdowała się w stadium, kiedy ruchy górotwórcze należały już od dawna do przeszłości. Mimo to komputer na wszelki wypadek badał drogę, wysuwając przed siebie palce mikrofal.

Trevize popatrzył na otaczający ich aksamitny mrok i powiedział z zadumą:

— Dla mnie najbardziej przekonującym dowodem na to, że ta planeta jest opuszczona, jest brak świateł na jej pogrążonej w cieniu stronie. Żadne społeczeństwo dysponujące techniką nie zniosłoby ciemności… Jak tylko znajdziemy się nad oświetloną stroną, zejdziemy niżej.

— Po co? — spytał Pelorat. — Tam nic nie ma.

— Kto powiedział, że tam nic nie ma?

— Bliss. I ty.

— Nie, Janov. Ja powiedziałem tylko tyle, że nie ma tu żadnego promieniowania wysyłanego przez urządzenia techniczne, a Bliss, że nie ma ani śladu procesów myślowych charakterystycznych dla istot ludzkich, a to nie znaczy, że nie ma tam nic. Nawet jeśli nie ma ludzi, to na pewno są jakieś pozostałości po nich. Poszukuję informacji, Janov, a szczątki urządzeń mogą mi ich dostarczyć.

— Po dwudziestu tysiącach lat? — spytał z powątpiewaniem Pelorat. — Myślisz, że coś mogło przetrwać do naszych czasów? Nie znajdziesz ani filmów, ani druków. Metal zżarła rdza, drewno zbutwiało, tworzywa sztuczne rozpadły się. Nawet kamienie zmurszały i rozsypały się.

— Niekoniecznie po dwudziestu tysiącach lat odparł spokojnie Trevize. — Podałem tę datę dlatego, że według legend comporellońskich był to w owym czasie kwitnący świat, a więc najwyżej tyle czasu mogło minąć od chwili, kiedy opustoszał. Ale przecież jego mieszkańcy mogli wymrzeć albo odlecieć stąd zaledwie tysiąc lat temu.

Zbliżyli się do granicy strefy, gdzie panowała noc. Ogarnął ich brzask poranka i niemal natychmiast potem znaleźli się w pełnym świetle dnia.

„Odległa Gwiazda” zniżyła się i zwolniła. Teraz dostrzegali już szczegóły powierzchni planety. Małe wysepki ciągnące się wzdłuż linii kontynentu stały się dobrze widoczne. Większość z nich pokrywała zieleń roślin.

— Moim zdaniem — powiedział Trevize — powinniśmy szczególnie dokładnie zbadać te zniszczone tereny. Wydaje mi się, że równowaga ekologiczna została w największym stopniu zachwiana tam, gdzie znajdowały się największe skupiska ludności. To tam mógł się zacząć proces degradacji życia na planecie. Co o tym myślisz, Bliss?

— To możliwe. W każdym razie, skoro nic nie wiemy, możemy zacząć od miejsc, w których najłatwiej się rozejrzeć. Lasy na pewno pochłonęły większość śladów bytności ludzi, a więc szukanie ich tam byłoby tylko stratą czasu.

— Przyszło mi do głowy — powiedział Pelorat — że dany świat może w końcu ustalić równowagę ekologiczną nawet z tym, co ma, że mogą tam powstać nowe gatunki, a obszary zniszczone mogą zostać na nowo zasiedlone.

— Być może, Pel — rzekła Bliss. — To zależy przede wszystkim od tego, jak bardzo została zachwiana równowaga. A poza tym taki świat potrzebowałby o wiele więcej czasu niż dwadzieścia tysięcy lat, żeby w drodze ewolucji osiągnąć nową równowagę ekologiczną. Trzeba by na to milionów lat.

„Odległa Gwiazda” zaczęła powoli opadać na pas ziemi o szerokości pięciuset kilometrów, porośnięty kępami wrzosu i jałowca, wśród których tu i ówdzie wznosiła się grupa drzew.

— Co o tym myślisz? — spytał nagle Trevize, wskazując na coś palcem. Statek zatrzymał się nad ziemią. Słychać było cichy, lecz stały pomruk silników grawitacyjnych, które weszły na wysokie obroty, neutralizując prawie całkowicie pole grawitacyjne planety.

W miejscu, na które wskazywał Trevize, niewiele było widać. Wznosiły się tam osypujące się kopce ziemi, pokryte rzadką trawą.

— Niczego mi to nie przypomina — powiedział Pelorat.

— Te wzniesienia mają regularne kształty. Równoległe linie proste, a można też dostrzec inne, mniej wyraźne, skierowane ku tamtym pod kątem prostym. Widzisz? O tu! Nie znajdziesz nic takiego w żadnych naturalnie ukształtowanych pagórkach. To są resztki budowli wzniesionych przez człowieka. Widać zarysy fundamentów i ścian tak wyraźnie, jak gdyby nadal tu stały.

— Załóżmy, że jest, jak mówisz — powiedział Pelorat. — Ale to ruiny. Gdybyśmy chcieli prowadzić badania archeologiczne, to musielibyśmy kopać i kopać. Archeologom zajęłoby to wiele lat, gdyby chcieli to zrobić właściwie…

— Owszem, ale my nie mamy na to czasu. To mogą być ruiny jakiegoś starożytnego miasta. Może jakieś budynki jeszcze tam stoją. Polecimy wzdłuż tych linii i zobaczymy, dokąd nas zaprowadzą.

Na skraju tego obszaru, gdzie drzewa rosły trochę gęściej, natknęli się na stojące jeszcze, przynajmniej częściowo, mury.

— Dobry początek — powiedział Trevize. — Lądujemy.


31

<p>31</p>

— Golan nic będzie ci przeszkadzało, jeśli będę się przyglądał? — spytał Pelorat.

— Nie, Janov, możesz się przyglądać — odparł Trevize.

— A jeśli będę się chciał o coś zapytać?

— Wal śmiało.

— Co teraz robisz?

Trevize oderwał wzrok od ekranu.

— Muszę zmierzyć na ekranie odległość każdej gwiazdy, która zdaje się leżeć niedaleko od Zakazanego Świata, aby obliczyć, w jakiej odległości od niego faktycznie się znajduje. Muszę się dowiedzieć, jak silne są pola grawitacyjne tych gwiazd, a do tego potrzebne mi są ich masy i odległość od tego świata. Nie znając mocy tych pól, nie można mieć pewności, że skok odbędzie się bez zakłóceń.

— A jak to obliczysz?

— Współrzędne każdej z tych gwiazd znajdują się w banku danych komputera. Można je przekształcić zgodnie z zasadami systemu comporellońskiego. Te z kolei można nieco skorygować, biorąc pod uwagę pozycję „Odległej Gwiazdy” względem słońca Comporellona. W ten sposób otrzymam odległość, w jakiej znajduje się każda z tych gwiazd. Na ekranie te czerwone karły zdają się być zupełnie blisko Zakazanego Świata, ale w rzeczywistości niektóre mogą leżeć znacznie dalej, a niektóre znacznie bliżej. Musimy ustalić ich położenie w przestrzeni trójwymiarowej, rozumiesz.

Pelorat skinął głową i powiedział:

— A masz już współrzędne Zakazanego Świata…

— Tak, ale to nic wystarczy. Potrzebne mi są odległości pozostałych gwiazd w granicach mniej więcej jednego procentu. Napięcie ich pól grawitacyjnych w sąsiedztwie Zakazanego Świata jest tak niewielkie, że mały błąd nie robi różnicy. Natomiast słońce, wokół którego krąży, czy może krążyć Zakazany Świat, ma niezwykle intensywne pole grawitacyjne w okolicach tej planety, więc jego odległość muszę zmierzyć jakiś tysiąc razy dokładniej niż odległość pozostałych gwiazd. Same współrzędne nie wystarczą.

— Co wobec tego zrobisz?

— Właśnie mierzę odległość Zakazanego Świata, a raczej jego gwiazdy, od trzech sąsiednich gwiazd, które świecą tak niewyraźnie, że trzeba je znacznie powiększyć, aby je zobaczyć. Przypuszczalnie wszystkie trzy znajdują się bardzo daleko od Zakazanego Świata. Możemy więc ustawić ekran tak, aby jedna z nich była w jego środku, i skoczyć o jedną dziesiątą parseka w kierunku prowadzącym pod kątem prostym do linii łączącej ją z Zakazanym Światem. Możemy to zrobić bez obawy, nawet nie znając odległości tych stosunkowo daleko leżących gwiazd.

Gwiazda będąca dla nas punktem odniesienia będzie po skoku nadal widoczna pośrodku ekranu. Pozostałe dwie słabo świecące gwiazdy, jeśli są faktycznie bardzo daleko, również nie zmienią w dostrzegalny sposób swojej pozycji. Natomiast Zakazany Świat jest na tyle blisko, że przesunie się po paralaksie. Z wielkości tego przesunięcia będziemy mogli oszacować, w jakiej jest odległości. Jeśli będę chciał się dodatkowo upewnić i sprawdzić wynik, to wybiorę trzy inne gwiazdy i powtórzę ten numer.

— Ile czasu zajmie to wszystko?

— Niewiele. Całą ciężką pracę wykonuje komputer. Ja tylko mówię mu, co ma zrobić. To, że w ogóle zabiera nam to czas, bierze się stąd, że muszę potem sam przestudiować wyniki, aby upewnić się, że wyglądają jak trzeba i że nie popełniłem błędu w poleceniach, które wydałem komputerowi.

— To naprawdę zdumiewające — powiedział Pelorat. — Pomyśl tylko, ile komputer robi za nas.

— Myślę o tym cały czas.

— Co byś zrobił bez niego?

— A co bym zrobił bez statku o napędzie grawitacyjnym? Albo bez przeszkolenia astronautycznego? Albo bez dwudziestu tysięcy lat nieprzerwanego rozwoju techniki lotów w nadprzestrzeni? Faktem jest, że jestem tu teraz. Spróbuj sobie wyobrazić, co będzie za następne dwadzieścia tysięcy lat. Załóżmy, że żylibyśmy właśnie wtedy. Za jakie cuda techniki bylibyśmy wtedy wdzięczni naszym przodkom i współczesnym? A może za dwadzieścia tysięcy lat ludzkość nie będzie już istniała?

— Co to, to nie — żachnął się Pelorat. — Na pewno będzie istniała. Nawet jeśli nie staniemy się częścią Galaxii, to będziemy nadal mieli psychohistorię, która będzie nam wytyczała drogę.

Trevize obrócił się w fotelu, zdejmując ręce z pulpitu komputera.

— Niech zmierzy te odległości — powiedział — i sprawdzi obliczenia, nawet wielokrotnie. Nie ma pośpiechu. — Spojrzał kpiąco na Pelorata. — Psychohistoria! Wiesz, Janov, ten temat pojawił się dwa razy, kiedy byliśmy na Comporellonie, i za każdym razem wiara w psychohistorię została nazwana przesądem. Raz przeze mnie, a drugi raz przez Deniadora. No bo w końcu czy można ją określić inaczej niź jako przesąd żywiony przez mieszkańców Fundacji? Czy mamy na jej poparcie jakieś dowody, jakieś argumenty? No, sam powiedz, Janov. Ty się na tym powinieneś znać lepiej niż ja.

— Dlaczego uważasz, że nie ma na to żadnych dowodów? — spytał Pelorat. — W Krypcie Czasu wielokrotnie ukazywał się hologram Hariego Seldona, który przedstawiał wypadki tak, jak rzeczywiście wyglądały. Nie mógłby za swego życia wiedzieć, jakie zajdą wydarzenia, gdyby nie przewidział ich za pomocą psychohistorii.

Trevize pokiwał głową.

— To brzmi przekonująco. Pomylił się, jeśli chodzi o czasy Muła, ale i tak brzmi to przekonująco. Niemniej za bardzo przypomina to magię. Każdy kuglarz zna jakieś sztuczki.

— Ale żaden kuglarz nie potrafi przewidzieć, co się stanie za kilkaset lat.

— Żaden kuglarz nie potrafiłby naprawdę zrobić tęgo, co udaje, że robi.

— Daj spokój, Golan. Nie mogę sobie wyobrazić żadnej sztuczki, za pomocą której mógłbym przewidzieć, co będzie za kilkaset lat.

— Tak jak nie możesz sobie wyobrazić sztuczki, za pomocą której magik może odczytać, co zostało zapisane na tabliczce umieszczonej w bezzałogowej stacji orbitalnej. A ja widziałem taki pokaz. Nigdy nie przyszło ci do głowy, że Krypta Czasu, razem z hologramem Hariego Seldona, może być sztuczką wymyśloną przez rząd?

Pelorat zrobił minę, jakby ten pomysł dotknął go do żywego.

— Nie zrobiliby czegoś takiego — powiedział.

Trevize prychnął szyderczo.

— A zresztą zostaliby na tym przyłapani, gdyby spróbowali to zrobić — rzekł Pelorat.

— Wcale nie jestem tego taki pewien. Ale nie o to chodzi. Problem w tym, że nie mamy pojęcia, jak działa psychohistoria.

— Ja nie mam pojęcia, jak działa komputer, ale to nie zmienia faktu, że on działa.

— Dlatego, że są tacy, co wiedzą, jak działa. A co by było, gdyby nikt nie wiedział, jak działa? W takiej sytuacji bylibyśmy zupełnie bezradni, gdyby z jakiegoś powodu przestał działać. A gdyby psychohistoria nagle przestała działać…

— Druga Fundacja zna zasady działania psychohistorii.

— A skąd to wiesz, Janov?

— Tak się mówi.

— Mówić można wszystko… O, mamy już odległość do gwiazdy Zakazanego Świata. Mam nadzieję, że komputer obliczył ją bardzo dokładnie. Przeanalizujemy te liczby.

Patrzył na nie przez dłuższy czas, poruszając od czasu do czasu bezgłośnie ustami, jakby dokonywał w myśli jakichś obliczeń. W końcu oderwał od nich wzrok i spytał:

— Co robi Bliss?

— Śpi — odparł Pelorat, a potem dodał tonem usprawiedliwienia: — Ona potrzebuje snu, Golan. Pozostawanie częścią Gai w takiej odległości i utrzymywanie z nią kontaktu przez nadprzestrzeń jest dla niej bardzo wyczerpujące.

— Tak myślę — powiedział Trevize i odwrócił się na powrót do komputera. Położył dłonie na pulpicie i mruknął: — Każę mu posuwać się małymi skokami i po każdym skoku sprawdzać wyliczenia. — Potem cofnął ręce i powiedział: — Pytałem poważnie, Janov. Co wiesz o psychohistorii?

Pelorat miał zaskoczoną minę.

— Nic. Bycie historykiem, którym w pewnym sensie jestem, to coś zupełnie innego niż bycie psychohistorykiem… Oczywiście znam obie podstawowe zasady, na których opiera się psychohistoria, ale każdy je zna.

— Nawet ja. Pierwsza zasada głosi, że populacja będąca obiektem zainteresowania psychohistorii musi być odpowiednio duża, aby wyliczenia statystyczne były prawomocne. Ale co to znaczy „odpowiednio duża”? Jak duża?

— Według ostatnich szacunków — rzekł Pelorat — w Galaktyce żyje około dziesięciu trylionów ludzi, a są to prawdopodobnie szacunki zaniżone. Na pewno jest to odpowiednio duża liczba.

— Skąd wiesz?

— Stąd, że psychohistoria działa, Golan. Choćbyś używał nie wiem jakich sofizmatów, to faktem jest, że działa.

— Natomiast druga zasada — powiedział Trevize — głosi, że ludzie nie mogą wiedzieć, że podlegają działaniu psychohistorii, gdyż wiedza ta zniekształciłaby ich reakcje… Ale sęk w tym, że wiedzą.

— Tylko o tym, że psychohistoria w ogóle istnieje, stary. To nie ma znaczenia. Druga zasada mówi, że ludzie nie mogą wiedzieć o tym, co przewiduje psychohistoria i faktycznie nic o tym nie wiedzą… z wyjątkiem Drugiej Fundacji, która — jak się uważa — zna te przewidywania, ale Druga Fundacja to szczególny przypadek.

— I cała psychohistoria została zbudowana na tych dwóch zasadach? Trudno w to uwierzyć.

— Nie tylko na tych dwóch zasadach — zaoponował Pelorat. — Oprócz tego jest jeszcze wyższa matematyka i skomplikowane metody statystyczne. Opowieść głosi — jeśli chcesz posłuchać tego, co zachowała tradycja — że Hari Seldon stworzył psychohistorię opierając się na kinetycznej teorii gazów. Atomy czy cząsteczki gazu poruszają się bezładnie, tak że nie znamy ani położenia, ani prędkości pojedynczej cząsteczki. Mimo to, posługując się statystyką, możemy bardzo precyzyjnie sformułować prawa rządzące zachowaniem wszystkich cząsteczek. Otóż Seldon chciał odkryć podobne prawa rządzące zachowaniem ludzkich społeczności, choćby nawet te prawa nie stosowały się do zachowań poszczególnych jednostek.

— Możliwe, ale ludzie to nie atomy.

— To prawda — odparł Pelorat. — Jednostka ludzka obdarzona jest świadomością i jej zachowanie jest tak skomplikowane, że wydaje się, iż posiada ona wolną wolę. Jak Seldon sobie z tym poradził, nie mam najmniejszego pojęcia i jestem pewien, że nawet gdyby znalazł się ktoś, kto to wie, i próbował mi wyjaśnić, to i tak bym nie zrozumiał. Ale jest faktem, że Seldon sobie z tym poradził.

— I to wszystko zależy od tego, czy społeczeństwo będące przedmiotem tych zabiegów jest wystarczająco liczne i nic o nich nie wie. Nie wydaje ci się, że jest to zbyt krucha podstawa, aby zbudować na niej potężny gmach formuł matematycznych? Jeśli te dwa podstawowe wymogi nie zostaną dokładnie spełnione, to cała budowla runie.

— Ale skoro Plan nie runął…

— Albo jeśli te wymogi nie są nawet fałszywe ani nieodpowiednie, ale po prostu słabsze niż powinny być, to psychohistoria może nawet właściwie funkcjonować przez kilkaset lat, a potem, w przypadku jakiegoś szczególnego kryzysu, runąć… tak jak to miało miejsce, choć na krótko, w czasach Muła… A może jest jeszcze jakiś trzeci wymóg?

— Jaki trzeci wymóg? — spytał Pelorat, marszcząc czoło.

— Nie wiem — odparł Trevize. — Argument może wyglądać elegancko i wydawać się zupełnie logiczny, a mimo to opierać się na jakichś cichych założeniach. Może ten trzeci wymóg jest założeniem tak oczywistym, że nikt nawet nie myśli o jego wyraźnym sformułowaniu.

— Założenie, które jest tak oczywiste, jest zwykle wystarczająco prawdziwe. Inaczej nie byłoby tak oczywiste.

Trevize prychnął:

— Janov, gdybyś znał historię nauki tak dobrze, jak historię tradycyjną, to wiedziałbyś, jak błędne jest takie stanowisko… Ale widzę, że jesteśmy już w sąsiedztwie słońca, wokół którego krąży Zakazany Świat.

Faktycznie, pośrodku ekranu widniała jasna gwiazda — tak jasna, że ekran automatycznie ukazał jej światło przez filtr, a i tak było ono wystarczająco silne, aby w jego blasku zniknęły pozostałe gwiazdy.


32

<p>32</p>

Na pokładzie „Odległej Gwiazdy” urządzenia służące do utrzymania higieny osobistej były dość skromne, a zużycie wody utrzymywano na minimalnym poziomie, aby nie przeciążać aparatury uzdatniającej. Trevize wyraźnie zaznaczył to Bliss i Peloratowi.

Mimo to Bliss stale wyglądała świeżo, jej długie czarne włosy lśniły, a paznokcie błyszczały.

Weszła do sterowni, mówiąc:

— A, tu jesteście!

Trevize podniósł głowę i powiedział:

— Nie ma w tym nic zdumiewającego. Trudno sobie wyobrazić, żebyśmy opuścili statek, a wystarczyłyby półminutowe poszukiwania, żeby nas tu znaleźć, nawet gdybyś nie mogła odkryć naszej obecności swoim szóstym zmysłem.

— Dobrze wiesz — odparła Bliss — że była to tylko forma powitania i że nie należy tego rozumieć dosłownie. Gdzie jesteśmy?… Tylko mi nie odpowiadaj, że w sterowni.

— Jesteśmy, kochanie — odparł Pelorat, wyciągając do niej rękę — na skraju systemu planetarnego, do którego należy najbliższy z tych trzech Zakazanych Światów.

Podeszła do niego i stanęła obok, kładąc mu rękę na ramieniu. Pelorat objął ją w pasie.

— Nie jest taki zakazany — powiedziała. — Nic nas dotąd nie zatrzymało.

— Jest zakazany — rzekł na to Trevize — tylko dlatego, że Comporellon i inne światy założone przez drugą falę osadników samorzutnie uznały światy założone przez osadników pierwszej fali, Przestrzeńców, za zakazane. Jeśli my nie czujemy się związani tym zakazem, to co nas może zatrzymać?

— Także Przestrzeńcy, jeśli jeszcze jacyś żyją, mogli samorzutnie uznać światy osadników drugiej fali za zakazane. To, że nas nic nie powstrzymuje przed wtargnięciem do nich, nie znaczy, że oni nie będą mieli nic przeciwko temu.

— Tak — odparł Trevize. — Jeśli istnieją. Na razie nie wiemy nawet, czy istnieje jakaś planeta, na której mogliby żyć. Na razie widzimy tylko zwykłe olbrzymy gazowe. Dwa, i to nieszczególnie duże.

— Ale to nie znaczy, że Światy Przestrzeńców nie istnieją — wtrącił szybko Pelorat. — Każdy nadający się do zamieszkania świat znajduje się dużo bliżej słońca, jest dużo mniejszy i, w blasku swego słońca, trudny do wykrycia z takiej odległości. Będziemy musieli zrobić mikroskok w środek tego układu, żeby móc wykryć ten świat. — Był wyraźnie dumny, że mówi jak doświadczony kosmonauta.

— W takim razie — spytała Bliss — dlaczego nie lecimy tam?

— Jeszcze nie teraz — odparł Trevize. — Dałem komputerowi polecenie, żeby sprawdził w granicach swych możliwości, czy nie ma tu jakichś śladów sztucznych konstrukcji. Będziemy lecieli do środka układu etapami — jeśli będzie trzeba, to rozbijemy ten lot nawet na tuzin etapów — sprawdzając dokładnie otoczenie po przebyciu każdego odcinka. Nie chcę wpaść w pułapkę, jak wtedy, kiedy zbliżyliśmy się do Gai. Pamiętasz, Janov?

— W takie pułapki mógłbym wpadać codziennie. Dzięki tej, którą zastawiła Gaja, mam Bliss — powiedział Pelorat i spojrzał na nią z miłością.

— Masz nadzieję, że co dzień spotkasz nową Blisś? — zaśmiał się Trevize.

Pelorat żachnął się, wyraźnie urażony, a Bliss powiedziała z lekką irytacją:

— Ale możesz, stary — czy jak tam cię nazywa Pel — lecieć nieco szybciej. Dopóki jestem z tobą, nie grozi ci, że wpadniesz w pułapkę.

— Taka jest potęga Gai?

— W wykrywaniu innych umysłów? Oczywiście.

— Jesteś pewna, Bliss, że masz dosyć siły? Zdaje się, że musisz trochę pospać, żeby odzyskać siły, które pochłania podtrzymywanie kontaktu z Gają. Na ile mogę polegać na twych, ograniczonych, zdaje się, w takiej odległości od Gai, zdolnościach?

Bliss zarumieniła się.

— Ten kontakt jest wystarczająco silny.

— Nie obrażaj się — rzekł Trevize. — Po prostu pytam… Nie uważasz, że jest to minus bycia Gają? Ja nie jestem Gają. Jestem niezależną, samodzielną i pełną jednostką. To znaczy, że mogę odlecieć tak daleko, jak chcę od swojego świata i od swoich ziomków i pozostać sobą, Golanem Trevize. W każdej odległości od nich zachowuję swoje zdolności i umiejętności w całej pełni. Gdybym znalazł się sam w przestrzeni, wiele parseków od najbliższego człowieka, i gdybym z jakiegoś powodu nie mógł w żaden sposób z nikim się skontaktować ani nawet zobaczyć choćby jednej gwiazdy na niebie, to i tak byłbym i pozostałbym Golanem Trevize. Być może nie zdołałbym przetrwać i musiałbym umrzeć, ale umarłbym jako Golan Trevize.

— Będąc sam w przestrzeni, z dala od innych, nie mógłbyś przywołać na pomoc swoich towarzyszy, nie mógłbyś liczyć na ich umiejętności i wiedzę. Jako samotna, odizolowana od innych jednostka byłbyś o wiele słabszy niż gdybyś był elementem zintegrowanego społeczeństwa. Wiesz o tym — powiedziała Bliss.

— Niemniej jednak byłaby to słabość innego rodzaju niż twoja — odparł Trevize. — Więź między tobą i Gają jest o wiele silniejsza niż między mną a moim społeczeństwem. Ta więź utrzymuje się w nadprzestrzeni i potrzeba dla jej podtrzymania energii, w wyniku czego ledwie dyszysz, psychicznie i umysłowo, i czujesz się o wiele słabsza niż ja z dala od społeczeństwa, do którego należę.

Twarz Bliss stężała i przez chwilę Bliss nie wyglądała młodo, a raczej wydawała się wieczna, jakby była bardziej Gają niż Bliss, jak gdyby samym wyglądem chciała zadać kłam stwierdzeniu Trevizego.

— Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, Golanie Trevize, który jesteś, byłeś i będziesz sobą, który być może nie będziesz niczym mniejszym, ale też na pewno niczym większym, nawet jeśli jest tak, to czy sądzisz, że można mieć coś za nic? Czy nie lepiej jest być istotą ciepłokrwistą, taką jak ty, niż zimnokrwistym stworzeniem, takim jak ryba czy co tam jeszcze?

— Żółwie są zimnokrwiste — wtrącił Pelorat. Na Terminusie ich nie ma, ale są na pewnych planetach. Mają skorupy, poruszają się bardzo wolno, ale żyją bardzo długo.

— No dobrze, więc czy nie lepiej jest być człowiekiem niż żółwiem i poruszać się raczej szybko niż wolno? Czy nie lepiej podtrzymywać czynności pochłaniające wiele energii, mieć szybko napinające się mięśnie, szybko reagujące włókna nerwowe, zdolny do intensywnego wysiłku mózg niż pełzać powoli, powoli odbierać wrażenia zmysłowe i w znikomym stopniu uświadamiać sobie to, co nas otacza?

— Oczywiście, że lepiej — powiedział Trevize ale co z tego?

— Co? Czyżbyś nie wiedział, że musisz płacić za to, że jesteś istotą ciepłokrwistą? Aby podtrzymać temperaturę swego ciała na poziomie wyższym od temperatury otoczenia, musisz wydawać o wiele więcej energii niż żółw. Musisz niemal bez przerwy jeść, aby dostarczać swemu organizmowi energii równie szybko, jak ją traci. Umarłbyś z braku pożywienia o wiele szybciej niż żółw. Ale czy chciałbyś żyć dłużej, za to wolniej, i być żółwiem? Czy raczej płacić tę cenę i być szybko poruszającą się, szybko odbierającą wrażenia i myślącą istotą?

— Czy to właściwa analogia, Bliss?

— Nie, ponieważ sytuacja Gai jest o wiele lepsza. Kiedy jesteśmy blisko ze sobą, nie wydatkujemy dużych ilości energii. To ma miejsce tylko wtedy, kiedy jakaś część Gai znajduje się w nadprzestrzennej odległości od reszty… I pamiętaj, że to, za czym się opowiedziałeś, nie ma być po prostu większą Gają, większym jednym światem. Opowiedziałeś się za Galaxią, za wielkim zespołem światów. W każdym miejscu Galaxii będziesz jej częścią, będziesz otoczony innymi częściami organizmu, który będzie obejmował każdy atom przestrzeni międzygwiezdnej i czarną dziurę w centrum. Wówczas trzeba będzie niewielkich ilości energii, aby pozostać całością. Żadna część nie będzie zbytnio odległa od innych. To za tym się opowiedziałeś. Czy możesz mieć jeszcze jakieś wątpliwości, że podjąłeś słuszną decyzję?

Trevize pochylił głowę i zamyślił się. Wreszcie wyprostował się i powiedział:

— Być może mój wybór był słuszny, ale muszę mieć pewność. To najważniejsza decyzja w dziejach ludzkości, więc nie wystarczy mi, że może jest słuszna. Muszę wiedzieć na pewno, że jest słuszna.

— A czego ci jeszcze trzeba, żeby się upewnić, po tym, co powiedziałam?

— Nie wiem, ale znajdę to na Ziemi. — Powiedział to z absolutnym przekonaniem.

— Golan widać już tę gwiazdę jako krąg — powiedział Pelorat.

Komputer, zajęty swoimi sprawami i nie przejmujący się w najmniejszym stopniu nawet najbardziej żywą dyskusją prowadzoną obok niego, zbliżał się etapami do gwiazdy i dotarł w końcu na odległość, na którą nastawił go Trevize.

W dalszym ciągu byli dość daleko od poziomu planetarnego, więc ekran podzielił się na trzy części, żeby mogli ujrzeć trzy małe planety znajdujące się w środkowej części układu.

Najbardziej oddalona od nich miała temperaturę powierzchni, w której woda mogła występować w stanie ciekłym, i atmosferę tlenową. Trevize poczekał, aż komputer obliczy jej orbitę. Już pierwsze, przybliżone obliczenia wypadły zadowalająco, ale Trevize polecił komputerowi, aby prowadził je dalej, gdyż im dłużej trwała obserwacja ruchu planety, tym dokładniej można było obliczyć elementy jej ruchu orbitalnego.

— W polu widzenia mamy planetę nadającą się do zamieszkania — powiedział cicho Trevize. Jest bardzo prawdopodobne, że panują tam odpowiednie warunki do tego.

— Ach! — Pelorat miał tak zachwyconą minę, jak pozwalała na to jego nieruchoma z natury twarz.

— Obawiam się jednak — dodał Trevize — że nie ma ona ogromnego satelity. Zresztą na razie komputer nie odkrył tam żadnego satelity. A więc nie jest to Ziemia. W każdym razie ten widok nie zgadza się z jej tradycyjnym opisem.

— Nie przejmuj się tym, Golan — powiedział Pelorat. — Kiedy okazało się, że żaden z olbrzymów gazowych nie jest otoczony niezwykłym pierścieniem, nie liczyłem na to, że znajdziemy tu Ziemię.

— No dobrze — rzekł Trevize. — Teraz sprawdzimy, jakie istnieją tam formy życia. Ponieważ planeta ma atmosferę tlenową, możemy być absolutnie pewni, że istnieje na niej życie roślinne, ale…

— Zwierzęce też — przerwała mu nagle Bliss. I to w dużej ilości.

— Co? — rzekł Trevize, zwracając się ku niej.

— Wyczuwam je. Z tej odległości dość słabo, ale nie ma wątpliwości, że ta planeta nie tylko nadaje się do zamieszkania, ale jest zamieszkana.


33

<p>33</p>

„Odległa Gwiazda” krążyła po orbicie biegunowej wokół Zakazanego Świata, w odległości na tyle dużej, że jeden obieg trwał nieco ponad sześć dni. Widać było, że Trevizemu nie spieszy się zejść z orbity.

— Ponieważ planeta jest zamieszkana — wyjaśniał powody, dla których zwlekał z lądowaniem — i ponieważ, według Deniadora, zamieszkiwali ją kiedyś ludzie, którzy dysponowali wysoko rozwiniętą techniką i wywodzili się z pierwszej fali osadników, tak zwanych Przestrzeńców, to może nadal mają wysoko rozwiniętą technikę i nie bardzo lubią nas, potomków osadników drugiej fali, którzy ich zastąpili. Chciałbym, żeby się nam pokazali i żebyśmy się czegoś o nich dowiedzieli, zanim zaryzykuję lądowanie.

— Może nie wiedzą, że tu jesteśmy — powiedział Pelorat.

— My wiedzielibyśmy, gdyby sytuacja była odwrotna. Muszę zatem założyć, że jeśli istnieją, to będą próbowali się z nami skontaktować. Może nawet zechcą wylecieć nam naprzeciw i złapać nas.

— Ale jeśli będą chcieli nas złapać i mają wysoko rozwiniętą technikę, to może się nam nie udać…

— Nie wierzę w to — przerwał mu Trevize. Postęp w technice niekoniecznie musi się dokonywać we wszystkich dziedzinach równocześnie. W pewnych dziedzinach mogli nas wyprzedzić, ale jest oczywiste, że nie dotyczy to podróży międzygwiezdnych. To nie oni, lecz my skolonizowaliśmy Galaktykę i nie słyszałem, żeby w okresie istnienia Imperium opuścili swoje światy albo żeby w ogóle zrobili coś, co świadczyłoby o ich istnieniu. A jeśli nie rozwijali podróży w przestrzeni, to w jaki sposób mogliby dokonać jakiegoś poważniejszego postępu w astronautyce? To z kolei świadczy, że jest niemożliwe, aby dysponowali czymś takim, jak statki o napędzie grawitacyjnym. Nie jesteśmy uzbrojeni, ale nawet gdyby wysłali przeciw nam statek wojenny, to i tak nas nie złapią… Nie będziemy bezradni.

— Może dokonali postępu w mentalistyce. Być może Muł był Przestrzeńcem…

Trevize wzruszył z irytacją ramionami.

— Muł nie mógł pochodzić z każdego miejsca. Gajanie twierdzą, że był Gajaninem, tyle że nienormalnym. Uważa się też, że był przypadkowo powstałym gdzieś mutantem.

— Snuto również domysły — powiedział Pelorat — których oczywiście nie przyjmowano poważnie, że był mechanizmem. Robotem, mówiąc innymi słowy, chociaż nie określano go tym słowem.

— Jeśli jest tam coś, co może być groźne dla naszych umysłów, to unieszkodliwienie tego będzie zadaniem Bliss. Ona może… A propos, śpi teraz?

— Śpi — odparł Pelorat — ale poruszyła się, kiedy wychodziłem z kabiny.

— Poruszyła się, tak? No, jeśli się coś zacznie dziać, to będzie musiała się raz dwa przebudzić. Zajmiesz się tym, Janov.

— Tak, Golan — rzekł cicho Pelorat.

Trevize skierował uwagę na komputer.

— Niepokoi mnie tylko jedna rzecz — stacje graniczne. Normalnie są one niezbitym świadectwem tego, że planeta, wokół której są rozmieszczone, jest zamieszkana przez ludzi dysponujących dość wysoką techniką. Ale te tutaj…

— Coś z nimi nie tak?

— Parę rzeczy. Przede wszystkim są bardzo archaiczne. Mogą mieć wiele tysięcy lat. Po drugie, nie wysyłają żadnego promieniowania, oprócz termicznego.

— A co to jest?

— Promieniowanie termiczne jest wysyłane przez każdy obiekt, który jest cieplejszy od otoczenia. To szerokie pasmo, układające się w pewien określony wzór, w zależności od temperatury danego obiektu. Właśnie dlatego te stacje graniczne wysyłają takie promieniowanie. Jeśli na tych stacjach znajdują się jakieś pracujące urządzenia, to musi z nich przenikać w przestrzeń promieniowanie nietermiczne, niestochastyczne. Skoro jednak nie stwierdzamy takiego promieniowania, to możemy przyjąć, że albo stacje te są opuszczone, może nawet od tysięcy lat, albo — jeśli są na nich ludzie — dysponują odpowiednią, zaawansowaną techniką, która uniemożliwia przedostawanie się tego promieniowania na zewnątrz.

— Może ta planeta ma wysoko rozwiniętą cywilizację — powiedział Pelorat — a stacje są opuszczone dlatego, że jej mieszkańcy przestali się po prostu martwić, że ktoś tu może przylecieć.

— Może… A może to po prostu jakaś pułapka.

Weszła Bliss. Trevize, spostrzegłszy ją kątem oka, mruknął zrzędliwie:

— Tak, tu jesteśmy.

— Widzę — odparła Bliss — i wciąż na tej samej orbicie. Tyle potrafię spostrzec.

— Golan jest ostrożny, kochanie — pospieszył z wyjaśnieniem Pelorat. — Stacje graniczne wyglądają na opuszczone i nie wiemy, jak to rozumieć.

— Nie ma się czym przejmować — powiedziała obojętnym tonem Bliss. — Na planecie, wokół której krążymy, nie ma żadnych dostrzegalnych znaków istnienia stworzeń inteligentnych.

Trevize obrzucił ją zdumionym wzrokiem.

— O czym ty mówisz? Powiedziałaś…

— Powiedziałam, że na tej planecie istnieje życie zwierzęce, i jest tak faktycznie, ale gdzie jest powiedziane, że życie zwierzęce koniecznie implikuje istnienie istot inteligentnych?

— Dlaczego o tym nie powiedziałaś od razu, jak tylko odkryłaś oznaki życia zwierzęcego?

— Dlatego, że z tamtej odległości nie mogłam tego stwierdzić. Mogłam jedynie stwierdzić ponad wszelką wątpliwość symptomy działania zwierzęcego układu nerwowego, ale przy tak słabym natężeniu nie potrafiłabym odróżnić motyla od człowieka.

— A teraz?

— Teraz jesteśmy o wiele bliżej. Pewnie myśleliście, że śpię, ale nie spałam, a w każdym razie bardzo krótko. Wsłuchiwałam się, choć to nieodpowiednie słowo, ale nie wiem, jak inaczej wam to wytłumaczyć, z natężeniem w odgłosy planety, aby odkryć jakiś ślad procesów umysłowych na tyle złożonych, by mogły świadczyć o istnieniu tam istot inteligentnych.

— I nie ma żadnych?

— Przypuszczam — odparła Bliss teraz już ostrożniej — że jeśli nie wykryłam nic z tej odległości, to nie może tam żyć więcej jak parę tysięcy ludzi. Jeśli podejdziemy jeszcze bliżej, to będę to mogła określić bardziej precyzyjnie.

— No cóż, to zmienia postać rzeczy — powiedział z pewnym zmieszaniem Trevize.

— Tak myślę — powiedziała Bliss. Wyglądała na lekko śpiącą i przez to skłonną do irytacji. — Możesz teraz dać spokój z tym swoim analizowaniem promieniowania, wyciąganiem wniosków i przypuszczeń i tą całą resztą. Moje zmysły dostarczają lepszych i pewniejszych informacji. Może teraz zrozumiesz, co mam na myśli, mówiąc, że lepiej jest być Gajaninem niż izolem.

Trevize nie odpowiedział od razu. Widać było, że stara się pohamować złość. Wreszcie powiedział z lodowatą uprzejmością:

— Jestem ci niezmiernie wdzięczny za tę informację. Mimo to musisz wiedzieć, że — używając analogii — perspektywa wyostrzenia mego węchu nie byłaby dla mnie wystarczającym motywem, żeby wyrzec się człowieczeństwa i stać się posokowcem.


34

<p>34</p>

Teraz, kiedy przeszli już przez warstwę chmur i lecieli wolno przez atmosferę, mogli się przyjrzeć Zakazanemu Światu. Sprawiał dziwne wrażenie jakby był nadgryziony przez mole.

Jak można się było spodziewać, obszary wokół biegunów pokryte były lodem, ale dość małe. Łańcuchy górskie składały się z nagich skał, wśród których tu i ówdzie widać było lodowce, ale one też nie były zbyt duże. Widać też było niewielkie, rozrzucone po całej powierzchni, obszary pustynne.

Ale mimo to planeta była zupełnie ładna. Miała duże kontynenty o bogatej linii brzegowej, obfitującej w długie plaże i liczne zatoki. Lądy pokrywały duże połacie lasów tropikalnych i umiarkowanych, otoczonych sawannami i łąkami, lecz wszystko to wyglądało z góry jak tkanina nadgryziona przez mole. Było zupełnie oczywiste, że cały ten świat niszczeje. Pośród lasów świeciły gołe miejsca, a całe partie łąk były zrudziałe.

— Jakaś choroba roślin? — rzekł ze zdumieniem Pelorat.

— Nie — odparła wolno Bliss. — Coś znacznie gorszego, a przy tym nieprzemijającego.

— Widziałem już wiele światów — powiedział Trevize — ale coś takiego spotykam po raz pierwszy.

— Ja widziałam niewiele światów — rzekła na to Bliss — ale przemawia przeze mnie cała Gaja i myślę, że tak wygląda świat, z którego zniknęli ludzie.

— Dlaczego? — spytał Trevize.

— Pomyśl tylko… — powiedziała cierpko Bliss. — Na żadnym zamieszkanym świecie nie istnieje równowaga ekologiczna w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Taka równowaga musiała pierwotnie istnieć na Ziemi, bo jeśli była ona światem, na którym powstała ludzkość, to musiało minąć dużo czasu, zanim pojawili się ludzie czy jakikolwiek inny gatunek zdolny do stworzenia rozwiniętej techniki i sposobów przekształcania środowiska. W takim przypadku musiała tam istnieć naturalna, oczywiście stale zmieniająca się, równowaga. Jednakże na innych zamieszkanych światach ludzie starannie tworzyli swoje otoczenie, wprowadzając tam rośliny i zwierzęta. W stworzonym przez nich systemie ekologicznym nie może być równowagi, gdyż składa się na niego tylko bardzo ograniczona liczba gatunków — tych, które ludzie wprowadzili celowo, gdyż chcieli je mieć, i tych, których nie chcieli wprowadzać, ale nie potrafili się przed tym ustrzec…

— Wiesz, co mi to przypomina? — wtrącił się nagle Pelorat. — Przepraszam, Bliss, że ci przerwałem, ale to tak pasuje do tego, co mówisz, że muszę to zaraz powiedzieć, bo potem zapomnę. Natrafiłem kiedyś na taki stary mit o stworzeniu świata, mit, który mówi, że na jakiejś planecie zostało stworzone życie i że były tam tylko takie gatunki, które dostarczały ludziom pożytku albo przyjemności. Otóż pierwsi ludzie zrobili coś głupiego mniejsza z tym co, bo te stare mity są przeważnie symboliczne i wychodzą zupełne bzdury, jeśli bierze się je dosłownie — i ziemia na tej planecie została przeklęta. „Ciernie i osty rodzić ci będzie” — tak się to przekłada, choć o wiele lepiej brzmiało ono w archaicznym galaktycznym, w którym zostało zapisane. Problem jednak w tym, czy to naprawdę było przekleństwo? Rzeczy niechciane i nielubiane przez ludzi, takie jak ciernie i osty, mogą być potrzebne do zachowania równowagi ekologicznej.

Bliss uśmiechnęła się.

— To naprawdę zdumiewające, Pel, jak wszystko kojarzy ci się zaraz z jakąś legendą i jak pouczające są czasami te legendy. Tworząc swoje otoczenie na jakimś świecie, ludzie pomijają te ciernie i osty, bez względu na to, co one w danym przypadku znaczą, a potem muszą dbać o to, żeby to wszystko funkcjonowało. Taki świat nie jest samowystarczalnym organizmem, jak Gaja. Jest raczej różnorodnym zbiorem izoli, ale ten zbiór nie jest aż tak różnorodny, żeby równowaga ekologiczna mogła utrzymać się stale. Jeśli z takiego świata znikają ludzie i zaczyna brakować ich sterujących tymi procesami rąk, to cały układ zaczyna się rozpadać. Planeta wraca do stanu wyjściowego.

— Jeśli tak się rzeczywiście dzieje — rzekł sceptycznie Trevize — to jest to proces powolny. Na tym świecie nie ma ludzi może od dwudziestu tysięcy lat, a mimo to większa jego część wydaje się nadal kwitnąć.

— Z pewnością zależy to od tego — powiedziała Bliss — jak starannie zadbano na początku o stworzenie równowagi ekologicznej. Jeśli początkowo równowaga ta jest dość dobra, to może się utrzymać przez długi czas po zniknięciu ludzi. W końcu dwadzieścia tysięcy lat to co prawda długi okres w historii ludzkości, ale w porównaniu z życiem planety to zaledwie jeden dzień.

— Przypuszczam — powiedział Pelorat, przyglądając się uważnie planecie — że jeśli ten świat ulega degeneracji, to na pewno nie ma tu ludzi.

— Nadal nie wyczuwam żadnej aktywności mózgowej na poziomie ludzkim i skłonna jestem przypuszczać, że na tej planecie nie ma ludzi. Odbieram nieustanny szum i brzęczenie, charakterystyczne dla niższych poziomów świadomości, które są jednak na tyle wysokie, że mogą odpowiadać poziomowi świadomości ptaków i ssaków. Mimo wszystko nie jestem pewna, czy proces dezintegracji jest tak zaawansowany, żeby świadczył niezbicie, iż nie ma tu ludzi. Planeta może ulegać degeneracji nawet wtedy, kiedy żyją na niej ludzie, jeśli ich społeczność jest nienormalna i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważne jest zachowanie równowagi ekologicznej.

— Takie społeczeństwo na pewno szybko uległoby zagładzie — powiedział Pelorat. — Nie wyobrażam sobie, żeby ludzie nie mogli zrozumieć, jak ważne jest zachowanie czynników, które umożliwiają im przetrwanie.

— Nie podzielam twojej wiary w rozsądek ludzi, Pel — rzekła Bliss. — Wydaje mi się zupełnie możliwe, że w społeczności planetarnej składającej się tylko z izoli partykularne interesy mogą przesłonić interes ogółu.

— Podzielam zdanie Pelorata — powiedział Trevize — że to jest nie do pomyślenia. Zresztą sam fakt, że istnieje około miliona światów zamieszkanych przez ludzi i żaden z nich nie zniszczał w wyniku jakichś procesów dezintegracyjnych, świadczy o tym, że twoje obawy, Bliss, mogą być przesadne.

Statek przeleciał znad półkuli, na której panował dzień, nad półkulę pogrążoną w ciemności. Najpierw ogarnął ich pogłębiający się z każdą chwilą półmrok, a potem zapanowała zupełna ciemność, przerywana tylko światełkami gwiazd w miejscach, gdzie nieba nie przesłaniały chmury.

Utrzymywali jednakową wysokość, mierząc dokładnie ciśnienie atmosferyczne i intensywność przyciągania planety. Była to wysokość zbyt duża, aby mogli wpaść na jakiś wystający masyw górski, gdyż planeta znajdowała się w stadium, kiedy ruchy górotwórcze należały już od dawna do przeszłości. Mimo to komputer na wszelki wypadek badał drogę, wysuwając przed siebie palce mikrofal.

Trevize popatrzył na otaczający ich aksamitny mrok i powiedział z zadumą:

— Dla mnie najbardziej przekonującym dowodem na to, że ta planeta jest opuszczona, jest brak świateł na jej pogrążonej w cieniu stronie. Żadne społeczeństwo dysponujące techniką nie zniosłoby ciemności… Jak tylko znajdziemy się nad oświetloną stroną, zejdziemy niżej.

— Po co? — spytał Pelorat. — Tam nic nie ma.

— Kto powiedział, że tam nic nie ma?

— Bliss. I ty.

— Nie, Janov. Ja powiedziałem tylko tyle, że nie ma tu żadnego promieniowania wysyłanego przez urządzenia techniczne, a Bliss, że nie ma ani śladu procesów myślowych charakterystycznych dla istot ludzkich, a to nie znaczy, że nie ma tam nic. Nawet jeśli nie ma ludzi, to na pewno są jakieś pozostałości po nich. Poszukuję informacji, Janov, a szczątki urządzeń mogą mi ich dostarczyć.

— Po dwudziestu tysiącach lat? — spytał z powątpiewaniem Pelorat. — Myślisz, że coś mogło przetrwać do naszych czasów? Nie znajdziesz ani filmów, ani druków. Metal zżarła rdza, drewno zbutwiało, tworzywa sztuczne rozpadły się. Nawet kamienie zmurszały i rozsypały się.

— Niekoniecznie po dwudziestu tysiącach lat odparł spokojnie Trevize. — Podałem tę datę dlatego, że według legend comporellońskich był to w owym czasie kwitnący świat, a więc najwyżej tyle czasu mogło minąć od chwili, kiedy opustoszał. Ale przecież jego mieszkańcy mogli wymrzeć albo odlecieć stąd zaledwie tysiąc lat temu.

Zbliżyli się do granicy strefy, gdzie panowała noc. Ogarnął ich brzask poranka i niemal natychmiast potem znaleźli się w pełnym świetle dnia.

„Odległa Gwiazda” zniżyła się i zwolniła. Teraz dostrzegali już szczegóły powierzchni planety. Małe wysepki ciągnące się wzdłuż linii kontynentu stały się dobrze widoczne. Większość z nich pokrywała zieleń roślin.

— Moim zdaniem — powiedział Trevize — powinniśmy szczególnie dokładnie zbadać te zniszczone tereny. Wydaje mi się, że równowaga ekologiczna została w największym stopniu zachwiana tam, gdzie znajdowały się największe skupiska ludności. To tam mógł się zacząć proces degradacji życia na planecie. Co o tym myślisz, Bliss?

— To możliwe. W każdym razie, skoro nic nie wiemy, możemy zacząć od miejsc, w których najłatwiej się rozejrzeć. Lasy na pewno pochłonęły większość śladów bytności ludzi, a więc szukanie ich tam byłoby tylko stratą czasu.

— Przyszło mi do głowy — powiedział Pelorat — że dany świat może w końcu ustalić równowagę ekologiczną nawet z tym, co ma, że mogą tam powstać nowe gatunki, a obszary zniszczone mogą zostać na nowo zasiedlone.

— Być może, Pel — rzekła Bliss. — To zależy przede wszystkim od tego, jak bardzo została zachwiana równowaga. A poza tym taki świat potrzebowałby o wiele więcej czasu niż dwadzieścia tysięcy lat, żeby w drodze ewolucji osiągnąć nową równowagę ekologiczną. Trzeba by na to milionów lat.

„Odległa Gwiazda” zaczęła powoli opadać na pas ziemi o szerokości pięciuset kilometrów, porośnięty kępami wrzosu i jałowca, wśród których tu i ówdzie wznosiła się grupa drzew.

— Co o tym myślisz? — spytał nagle Trevize, wskazując na coś palcem. Statek zatrzymał się nad ziemią. Słychać było cichy, lecz stały pomruk silników grawitacyjnych, które weszły na wysokie obroty, neutralizując prawie całkowicie pole grawitacyjne planety.

W miejscu, na które wskazywał Trevize, niewiele było widać. Wznosiły się tam osypujące się kopce ziemi, pokryte rzadką trawą.

— Niczego mi to nie przypomina — powiedział Pelorat.

— Te wzniesienia mają regularne kształty. Równoległe linie proste, a można też dostrzec inne, mniej wyraźne, skierowane ku tamtym pod kątem prostym. Widzisz? O tu! Nie znajdziesz nic takiego w żadnych naturalnie ukształtowanych pagórkach. To są resztki budowli wzniesionych przez człowieka. Widać zarysy fundamentów i ścian tak wyraźnie, jak gdyby nadal tu stały.

— Załóżmy, że jest, jak mówisz — powiedział Pelorat. — Ale to ruiny. Gdybyśmy chcieli prowadzić badania archeologiczne, to musielibyśmy kopać i kopać. Archeologom zajęłoby to wiele lat, gdyby chcieli to zrobić właściwie…

— Owszem, ale my nie mamy na to czasu. To mogą być ruiny jakiegoś starożytnego miasta. Może jakieś budynki jeszcze tam stoją. Polecimy wzdłuż tych linii i zobaczymy, dokąd nas zaprowadzą.

Na skraju tego obszaru, gdzie drzewa rosły trochę gęściej, natknęli się na stojące jeszcze, przynajmniej częściowo, mury.

— Dobry początek — powiedział Trevize. — Lądujemy.


9. Wataha

35

36

37

38

39

40

<p>9. Wataha</p>
<p>35</p>

„Odległa Gwiazda” wylądowała u podnóża małego wzniesienia, które na tle płaskiego raczej krajobrazu wydawało się wzgórzem. Trevize niemal bez zastanowienia zdecydował, że lepiej będzie umieścić statek w takim miejscu, w którym nie będzie widoczny z odległości wielu mil z każdej strony.

— Temperatura na zewnątrz wynosi dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza, wiatr wieje z zachodu, z szybkością około jedenastu kilometrów na godzinę, zachmurzenie umiarkowane — powiedział. Komputer nie wie zbyt wiele o ogólnej cyrkulacji powietrza, więc nie jest w stanie przewidzieć, jaka będzie pogoda. Ponieważ jednak wilgotność powietrza wynosi około czterdziestu procent, nie powinno padać. Ogólnie biorąc, wydaje się, że wybraliśmy odpowiednią szerokość albo porę roku. Po Comporellonie to prawdziwa przyjemność.

— Przypuszczam — rzekł Pelorat — że w miarę postępującej degradacji planety pogoda będzie coraz bardziej surowa.

— Jestem tego pewna — powiedziała Bliss.

— Możesz być pewna, jeśli chcesz — rzekł na to Trevize. — Nie będę się przejmował tym, co będzie za ileś tam tysięcy lat. Na razie jest to zupełnie przyjemna planeta i na pewno będzie taka jeszcze długo po naszej śmierci.

Mówiąc to, zapinał szeroki pas okalający biodra.

— Co to jest? — spytała ostrym tonem Bliss.

— Stare przyzwyczajenie z armii — powiedział Trevize. — Nie mam zamiaru wychodzić na nie znaną planetę bez broni.

— Naprawdę chcesz zabrać ze sobą broń?

— Oczywiście. Z prawej strony — klepnął kaburę, w której tkwił masywny przedmiot o szerokiej lufie — mam miotacz, z lewej — wskazał na pistolet o wąskiej lufie bez żadnego otworu — bicz neuronowy.

— Dwa narzędzia do mordowania — rzekła Bliss z niesmakiem.

— Tylko jedno. Miotacz zabija, ale bicz nie. Po prostu działa na zakończenia bólowe nerwów czuciowych i sprawia taki ból, że — podobno — osoba tym potraktowana wolałaby umrzeć niż to znosić. Na szczęście nie znalazłem się nigdy z drugiej strony tego bicza.

— Po co je bierzesz?

— Powiedziałem już. To wrogi świat.

— Trevize, to jest opuszczony świat.

— Tak? Co prawda wygląda na to, że nie ma tu społeczeństwa dysponującego techniką, ale kto wie, czy nie spotkamy jakiejś prymitywnej, postindustrialnej społeczności. Może nie mają nic oprócz maczug i kamieni, ale tym też można zabić.

Bliss była wyraźnie zirytowana, ale starała się mówić spokojnie:

— Nie wyczuwam tu żadnych procesów psychicznych typowych dla ludzi, Trevize. To wyklucza istnienie jakiejkolwiek prymitywnej społeczności, postindustrialnej czy innej.

— Więc nie będę musiał używać broni — odparł Trevize. — W takim wypadku nie masz się czym martwić. Zresztą, co ci przeszkadza, że biorę ją ze sobą? Niosąc ją, będę trochę cięższy, a ponieważ przyciąganie tej planety równa się dziewięćdziesięciu jeden procentom siły przyciągania Terminusa, nie będzie mnie to męczyło… Słuchaj, statek nie ma co prawda broni pokładowej, ale jest nieźle wyposażony w broń ręczną. Proponuję, żebyście wy dwoje także…

— Nie — ucięła Bliss. — Nie zrobię absolutnie nic, co mogłoby się łączyć z zabijaniem… czy z zadawaniem bólu.

— Tu nie chodzi o zabijanie, ale o uniknięcie bycia zabitym, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

— Potrafię się obronić w inny sposób.

— A ty, Janov?

Pelorat zawahał się.

— Na Comporellonie nie mieliśmy broni — powiedział.

— Daj spokój, Janov, Comporellon to był świat stowarzyszony z Fundacją, żadna niewiadoma. Poza tym natychmiast po lądowaniu aresztowano nas. Gdybyśmy mieli przy sobie broń, to by ją nam odebrano. No więc jak — chcesz miotacz?

Pelorat potrząsnął głową.

— Ja nigdy nie byłem w armii, stary. Nie mam pojęcia jak używać broni i w razie niebezpieczeństwa nie zdołałbym z niej w porę skorzystać. Wziąłbym nogi za pas i… i zostałbym zabity.

— Nie zostaniesz zabity, Pel — powiedziała z przekonaniem Bliss. — Chroni cię Gaja. Tego pozującego na bohatera też.

— To bardzo dobrze — powiedział Trevize. Nie mam nic przeciwko temu, żeby mnie chroniono, ale nie pozuję na bohatera. Wolę się podwójnie zabezpieczyć. Będę naprawdę rad, jeśli nie będę musiał sięgnąć po broń. Mówię szczerze. Mimo to wolę ją mieć pod ręką.

Poklepał z zadowoleniem obie kabury i powiedział:

— No to wyjdźmy na ten świat. Może od tysięcy lat nie stanęła tu stopa człowieka.

<p>36</p>

— Mam takie uczucie — powiedział Pelorat jak gdyby było już późno, ale słońce jest tak wysoko, że chyba nie ma jeszcze południa.

— Przypuszczam — powiedział Trevize, spoglądając na spokojny krajobraz — że to uczucie bierze się stąd, iż słońce tutaj ma pomarańczowy odcień, przez co wygląda jak przed zachodem. Jeśli pozostaniemy tu aż do zachodu i będzie odpowiedni układ chmur, to przekonasz się, że słońce ma wtedy bardziej czerwony kolor niż u nas, na Terminusie. Nie wiem, czy będzie to dla ciebie widok piękny czy przygnębiający… Zresztą na Comporellonie jest prawdopodobnie jeszcze bardziej czerwone, tyle że prawie cały czas znajdowaliśmy się tam w budynkach, więc nie widzieliśmy tego.

Obrócił się wolno, rozglądając się na wszystkie strony. Oprócz owego niezwykłego światła, którego odmienność rejestrował zresztą niemal podświadomie, unosił się, przynajmniej w miejscu, w którym się znajdowali, dziwny zapach. Przypominał stęchliznę, ale nie był odrażający.

Rosnące w pobliżu drzewa wydawały się bardzo stare. Były średniej wysokości, o poskręcanych konarach i lekko pochylonych pniach, ale nie mógł się zorientować, czy rzeczywiście rosły tak, pochylając się pod wpływem wiatrów wiejących z przeciwnej strony, czy było to złudzenie spowodowane szczególnym odbarwieniem ziemi. Nie wiedział też, czy to widok tych drzew czy coś bardziej nieuchwytnego wytwarzało nastrój zagrożenia.

— Co masz zamiar robić, Trevize? — spytała Bliss. — Na pewno nie przyszliśmy tu po to, żeby podziwiać widoki.

— Prawdę mówiąc — odparł Trevize — chyba na tym powinna teraz polegać moja rola. Proponuję, żeby Janov zbadał to miejsce. Tam są jakieś ruiny, a on najlepiej potrafi ocenić wartość napisów, jeśli jakieś znajdzie. Myślę, że zdoła je odczytać, bo ja nie mam pojęcia o starożytnym galaktycznym. Przypuszczam, Bliss, że będziesz chciała z nim pójść, żeby go chronić. Ja natomiast zostanę tutaj, jako ubezpieczenie.

— Przed czym? Przed jaskiniowcami z kamieniami i maczugami?

— Może. — W tym momencie z jego ust zniknął uśmiech. — To dziwne, Bliss, ale czuję się tu trochę nieswojo. Nie wiem dlaczego.

— Chodźmy, Bliss — powiedział Pelorat. — Całe życie zbierałem starożytne opowieści, nie wychylając nosa z domu, więc nigdy nie miałem w ręku żadnych starodawnych dokumentów. Może uda mi się coś znaleźć…

Trevize patrzył, jak odchodzili. Pelorat maszerował raźnym krokiem w stronę ruin, cały czas perorując, a Bliss dreptała u jego boku.

Trevize słuchał bez zainteresowania, a kiedy głos Pelorata ucichł w oddali, odwrócił się i na powrót zaczął przyglądać się okolicy. Co mogło wzbudzić jego niepokój?

Prawdę mówiąc, nigdy nie postawił stopy na nie zamieszkanym świecie, ale wiele z nich oglądał z przestrzeni. Zazwyczaj były to małe planety, za małe na to, aby posiadać wodę i powietrze, ale wykorzystywano je jako punkty zborne podczas manewrów floty wojennej (za jego życia i przez dobre sto lat przed jego narodzeniem nie było żadnej wojny, ale manewry odbywały się regularnie) lub jako prowizoryczne punkty napraw podczas symulowanych nagłych awarii. Statki, na których latał, krążyły w takich razach wokół tych planet, a nawet lądowały na nich, ale on jakoś nigdy nie miał czasu ani okazji, żeby zejść na ich powierzchnię.

Może to uczucie brało się stąd, że teraz po raz pierwszy naprawdę stanął na pustym świecie? Może czułby to samo, gdyby w studenckich czasach stanął na jednym z tych małych, pozbawionych powietrza światów?

Potrząsnął głową. Nie, to nie wprawiłoby go w niepokój. Był tego pewien. Miałby na sobie skafander, jak tyle razy, kiedy znalazł się na zewnątrz statku w przestrzeni. Oswoił się z takimi sytuacjami i kontakt ze skalną powierzchnią niczego by nie zmienił. Na pewno!

No, oczywiście — teraz nie miał skafandra.

Stał na świecie, który nadawał się do zamieszkania i pozornie był równie przyjemny jak Terminus… o wiele przyjemniejszy niż Comporellon. Czuł podmuch wiatru na twarzy, ciepłe promienie słońca na plecach, w uszach rozbrzmiewał brzęk owadów. Wszystko było takie swojskie, tyle że nie było tu ludzi… w każdym razie, już nie było ludzi.

Czyżby to było właśnie to? Czy toto sprawiało, że czuł się tak dziwnie? Ta świadomość, że znajduje się na świecie, który nie jest po prostu nie zamieszkany, ale opuszczony?

Nigdy jeszcze nie był na opuszczonym świecie, nigdy o takim nie słyszał, ba — nigdy nawet nie przypuszczał, że taki świat może istnieć. Wszystkie światy, o których wiedział, były stale zamieszkane od czasu, kiedy je skolonizowano.

Spojrzał na niebo. Opuścili ten świat tylko ludzie. Wszystko inne zostało. W polu widzenia pojawił się jakiś ptak. Wydawał się bardziej naturalny niż jasnoniebieskie niebo pokryte zwiastującymi dobrą pogodę, zabarwionymi na pomarańczowo, obłokami. (Był pewien, że po kilku dniach spędzonych tutaj przyzwyczaiłby się do tego dziwnego koloru i niebo wraz z obłokami wydawałoby mu się zupełnie normalne.)

Słyszał dobiegający z koron drzew śpiew ptaków i cichsze głosy wydawane przez owady. Bliss wspominała wcześniej o motylach i faktycznie były tu w zadziwiających ilościach i wielu barwnych odmianach.

Od czasu do czasu z kęp traw okalających drzewa dobiegał jakiś szelest, ale nie mógł dostrzec, co go powoduje.

To nie te oznaki bujnie rozwijającego się życia obudziły w nim obawy. Jak powiedziała Bliss, na światach ukształtowanych przez ludzi nie było od początku żadnych niebezpiecznych dla człowieka zwierząt. Bajki, których słuchał i które oglądał w dzieciństwie, opowieści przygodowe, które pochłaniał będąc nastolatkiem, opierały się bez wyjątku na legendach, które musiały mieć początek w mitach powstałych na Ziemi. Holowizyjne filmy pełne były potworów — lwów, jednorożców, smoków, wielorybów, brontozaurów, niedźwiedzi. Były ich setki, nawet nie pamiętał ich nazw. Niektóre na pewno były stworzeniami mitycznymi, może nawet wszystkie. Były też mniejsze stworzenia, które gryzły i żądliły, a nawet rośliny, których strach było dotknąć, ale wszystko to była fikcja. Słyszał kiedyś, że podobno pierwotne pszczoły potrafiły użądlić, ale prawdziwe, nie wymyślone pszczoły nie przedstawiały absolutnie żadnego niebezpieczeństwa.

Obrócił się w prawo i powoli przeszedł kawałek skrajem pagórka. Porastała go wysoka i soczysta, ale rzadka, rosnącą kępkami trawa. Podszedł do drzew, które również rosły w kępach.

Ziewnął. Nie działo się nic szczególnego, więc zastanawiał się, czy nie wrócić na statek i nie uciąć sobie drzemki. Po chwili odrzucił tę myśl. Musiał zostać na straży.

Może powinien zachowywać się jak wartownik na służbie — maszerować w rytm raz — dwa, raz — dwa, robić zwroty z trzaśnięciem obcasami i wymachiwać paradną pałką elektryczną (była to broń, której nie używano już od trzech stuleci, ale z powodów, których nikt nie potrafił wyjaśnić, była niezbędna przy pełnieniu tego rodzaju służby).

Uśmiechnął się na tę myśl, a potem pomyślał, że może powinien dołączyć do Pelorata i Bliss w ruinach. Ale po co? Co by im z tego przyszło?

Może udałoby mu się odkryć coś, co przeoczył Pelorat? Nie, na to będzie dosyć czasu po ich powrocie. Jeśli jest tam coś, co można bez trudu odkryć, to niech Pelorat ma tę przyjemność. A może oboje znaleźli się w tarapatach? Nie, to niedorzeczność. W jakich tarapatach?

A poza tym gdyby tak się stało, to by go zawołali.

Przystanął i słuchał. Nic nie było słychać.

W końcu powróciła uparta myśl o służbie wartowniczej i ni z tego, ni z owego stwierdził, że maszeruje, podnosząc wysoko nogi i stawiając je energicznie na powrót, podczas gdy jego ręce wykonują skomplikowane ewolucje z nie istniejącą pałką elektryczną. Potem zrobił elegancki zwrot przez lewe ramię i ponownie spojrzał na (dość teraz odległy) statek.

A kiedy to zrobił, zamarł. Powrócił do rzeczywistości.

Nie był sam.

Do tej pory nie widział, poza owadami i nielicznymi ptakami, żadnej żywej istoty. Nie widział ani nie słyszał, żeby coś się zbliżało, a jednak między nim a statkiem stało jakieś zwierzę.

Był tak zaskoczony jego niespodziewanym pojawieniem się, że w pierwszej chwili nie wiedział, co to jest. Dopiero po pewnym czasie rozpoznał to zwierzę.

Był to pies.

Trevize nie był psiarzem. Nigdy nie miał psa i nie odczuwał nagłego przypływu sympatii na widok osobnika tego gatunku. Teraz też nie czuł nic takiego. Pomyślał z pewną irytacją, że nie ma takiego świata, na którym to stworzenie nie towarzyszyłoby człowiekowi. Była nieskończona ilość ich ras i Trevize miał wrażenie, że każdy świat ma przynajmniej jedną swoją własną rasę. Jednak wszystkie rasy miały jedną cechę wspólną — bez względu na to, czy hodowano je dla zabawy, czy na pokaz, czy dla wykonywania jakiejś użytecznej pracy, wszystkie zostały tak ukształtowane, że kochały człowieka i ufały mu.

Trevize nigdy nie zachwycał się tą miłością i ufnością. Żył kiedyś z kobietą, która miała psa. Ów pies, tolerowany przez Trevizego ze względu na tę kobietę, zapałał do niego przemożnym uczuciem, chodził za nim, właził mu na kolana (a ważył pięćdziesiąt funtów), kiedy Trevize odpoczywał, brudził jego ubranie śliną i kłakami sierści, a kiedy Trevize i jego właścicielka chcieli się oddać uciechom erotycznym, siadał za drzwiami i wył przejmująco.

Od tamtej pory Trevize nabrał przekonania, że z jakichś, znanych tylko psom powodów, jest niezmiennym obiektem psiej adoracji.

Dlatego też, kiedy minęło początkowe zaskoczenie, przyjrzał się psu bez obawy. Był to duży okaz, o smukłej sylwetce i długich nogach. Przyglądał się Trevizemu bez żadnych oznak adoracji. Miał otwarty pysk, co być może miało w intencji psa być powitalnym uśmiechem, ale zęby w tym pysku były duże i wyglądały groźnie, więc Trevize pomyślał, że czułby się lepiej, gdyby go tam nie było.

Nagle zrozumiał, że ten pies nigdy nie widział człowieka, że nie widziały żadnej ludzkiej istoty niezliczone pokolenia jego psich przodków. Być może nagły widok człowieka zaskoczył psa w takim samym stopniu, w jakim widok psa zaskoczył jego. Trevize przynajmniej szybko zorientował się, że ma przed sobą psa, ale pies nie miał takiej możliwości. Był nadal zaskoczony i być może zaniepokojony.

Z pewnością nie byłoby bezpiecznie zostawiać tak duże zwierzę, z tak dużymi zębami, w takim stanie. Trevize uświadomił sobie, że trzeba natychmiast nawiązać z nim przyjaźń.

Bardzo wolno (oczywiście, bez żadnych nagłych ruchów) podszedł do psa. Wyciągnął rękę, aby pies mógł ją powąchać i zaczął do niego przemawiać łagodnym głosem. Właściwie cała przemowa ograniczała się do słów „dobry piesek”, które Trevize powtarzał z coraz większym zakłopotaniem.

Pies, mając wzrok utkwiony w Trevizego, cofnął się o krok czy dwa, jakby mu nie ufał, i ściągnął górną wargę, ukazując kły w całej okazałości. Z jego gardła wydobywało się głuche warczenie. Chociaż Trevize nigdy nie widział psa zachowującego się w taki sposób, to było dla niego oczywiste, że nie jest to nic innego jak groźba.

W tej sytuacji Trevize zatrzymał się i zamarł w bezruchu. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch z jednej strony i powoli odwrócił w tym kierunku głowę. Zbliżały się jeszcze dwa psy, a oba wyglądały równie groźnie jak pierwszy.

Groźnie? Ten przymiotnik uświadomił mu, w jakiej znalazł się sytuacji.

Zabiło mu nagle serce. Miał odciętą drogę do statku. Nie mógł uciekać gdzie popadnie, bo psy na swych długich nogach dopadłyby go po paru metrach. Gdyby został na miejscu i skorzystał z miotacza, to zabiłby jednego, a pozostałe dwa już byłyby na nim. W oddali widział inne, zbliżające się psy. Czyżby porozumiewały się ze sobą w jakiś sposób? Może polowały gromadnie?

Powoli zaczął się przesuwać w lewo, gdzie na razie nie było jeszcze psów. Powoli. Powoli.

Psy przesuwały się razem z nim. Był pewien, że nie zaatakowały go jeszcze tylko dlatego, że nigdy przedtem nie widziały takiego zwierzęcia i jego zapach był dla nich obcy. Nie miały utrwalonego wzorca postępowania w takiej sytuacji.

Gdyby zaczął biec, to oczywiście znalazłyby się w znanej sobie sytuacji. Wiedziałyby, co robić, gdyby zwierzę rozmiarów Trevizego okazało strach i zaczęło uciekać. One też puściłyby się pędem. I byłyby szybsze.

Trevize przesuwał się w stronę drzewa. Pragnął się na nie wspiąć. Tam by go nie dopadły. Psy również się przesuwały. Podchodziły coraz bliżej, lekko warcząc. Wszystkie miały wzrok utkwiony w niego. Dołączyły do nich jeszcze dwa, a zbliżały się już następne. Kiedy znajdzie się już dość blisko drzewa, będzie musiał puścić się biegiem. Nie mógł ani zwlekać za długo, ani za szybko skoczyć. I jedno, i drugie mogło skończyć się fatalnie.

Teraz!

Prawdopodobnie pobił swój rekord w biegu, a i tak niewiele brakowało, żeby nie dotarł do drzewa. Poczuł, że na obcasie jednego buta zamknęły się psie szczęki i zanim zęby zsunęły się z twardego ceramidu, pies zdążył go przytrzymać.

Nie miał wprawy w chodzeniu po drzewach. Nie wspinał się na nie od kiedy skończył dziesięć lat, a i przedtem, jak pamiętał, nie celował w tym. Jednak to akurat drzewo miało trochę pochylony pień, a konary były powyginane i sękate i można było znaleźć oparcie dla rąk. Poza tym poganiał go strach, a w takich przypadkach można dokonać czynów, na które by się nigdy nie zdobyło w normalnej sytuacji.

Zatrzymał się, kiedy był dobre dziesięć metrów nad ziemią. Siedział w rozwidleniu konarów. W tej chwili nie czuł nawet, że otarł rękę i że kapie z niej krew. U podnóża drzewa siedziało pięć psów, patrząc w górę z wywieszonymi językami i cierpliwie czekając.

Co teraz?

<p>37</p>

Trevize nie był w nastroju, aby spokojnie i logicznie przemyśleć sytuację, w której się znalazł. Przez głowę przemykały mu chaotyczne myśli, które gdyby je uporządkował — wyglądałyby mniej więcej tak.

Bliss utrzymywała, że kształtując oblicze jakiegoś świata, ludzie tworzyli system, w którym brak było równowagi ekologicznej i który można było uchronić od rozkładu tylko ciągłą i mozolną pracą. Na przykład osadnicy nigdy nie sprowadzali ze sobą dużych drapieżników. Na przenoszenie się z nimi małych nie mogli nic poradzić. W ten sposób na nowych światach znalazły się różne insekty, pasożyty, a nawet ryjówki i małe ptaki drapieżne.

Natomiast jeśli chodzi o te wszystkie groźne zwierzęta znane z legend i niejasnych opisów literackich — tygrysy, szare niedźwiedzie, krokodyle, orki… Kto chciałby je przenosić ze świata na świat, nawet gdyby miało to jakiś sens. Ale czy miałoby to w ogóle sens?

W wyniku tego jedynymi dużymi drapieżnikami byli ludzie, i to oni właśnie musieli redukować liczebność tych roślin i zwierząt, które — pozostawione same sobie — nadmiernie by się rozpleniły i zagroziły samemu swemu istnieniu.

Ale jeśli z jakiegoś powodu zniknęli z jakiegoś świata ludzie, to rolę drapieżników musiały przejąć inne zwierzęta. Największymi drapieżnikami tolerowanymi, oswojonymi i karmionymi przez ludzi były psy i koty.

A jeśli zabraknie tych, którzy je karmili? Wtedy muszą same zdobywać pożywienie — dla własnego przetrwania i dla przetrwania tych, którymi się żywią, a których populacje muszą być utrzymywane na jednakowym poziomie, gdyż zbytnie zagęszczenie doprowadziłoby do szkód o wiele większych od tych, które wyrządzają drapieżniki.

A więc w takiej sytuacji psy muszą się mnożyć. Psy dużych ras polują na osłabione czy chore duże przeżuwacze, małych — na ptaki i gryzonie. Koty polują nocą, psy podczas dnia, koty pojedynczo, psy w zgrajach.

Być może w wyniku ewolucji dojdzie w końcu do powstania nowych gatunków, które zajmą nisze ekologiczne. Może niektóre psy wykształcą organy pozwalające im żyć w morzu i żywić się rybami, a niektóre koty organy pozwalające im chwytać bardziej niezdarne ptaki w powietrzu, a nie tylko na ziemi?

Wszystkie te myśli przemykały Trevizemu przez głowę, gdy starał się opanować i spokojnie zastanowić, co ma dalej robić.

Liczba psów cały czas rosła. Naliczył już dwadzieścia trzy wokół drzewa, a wciąż przybywały nowe. Jak duża była ta wataha? A zresztą, co to miało za znaczenie? I tak było ich już dużo.

Wyjął miotacz z kabury, ale chłodny metal jego kolby nie dawał mu tego poczucia bezpieczeństwa, którego tak pragnął. Kiedy ostatnio wkładał do miotacza baterię? Ile razy mógł wypalić? Na pewno nie dwadzieścia trzy.

A co z Peloratem i Bliss? Jeśli się pokażą, to czy psy nie rzucą się na nich? Czy byli bezpieczni nawet nie pokazując się? Jeśli psy wyczują dwoje ludzi w ruinach, to co je powstrzyma przed zaatakowaniem ich? Na pewno nie było tam żadnych drzwi, za którymi mogliby się schronić.

Czy Bliss może je powstrzymać albo nawet zmusić do ucieczki? Czy może przez nadprzestrzeń skoncentrować tyle energii, ile będzie potrzeba? Jak długo będzie mogła ją zachować?

Czy zatem ma wołać o pomoc? Czy przybiegną tu, jeśli zacznie krzyczeć i czy psy uciekną przed spojrzeniem Bliss? (Czy byłoby to spojrzenie czy może po prostu jakieś działanie czysto psychiczne, niedostrzegalne dla ludzi nie posiadających takich zdolności?) A może, jeśli się pojawią, to zostaną rozszarpani na kawałki na jego oczach, a on będzie mógł się tylko bezradnie temu przyglądać ze swego względnie bezpiecznego miejsca na drzewie?

Nie, będzie jednak musiał użyć miotacza. Gdyby udało mu się zabić jednego psa i odstraszyć resztę choć na chwilę, to mógłby zleźć z drzewa, zawołać Pelorata i Bliss, zabić jeszcze jednego psa, gdyby chciały wrócić, a potem wszyscy troje popędziliby na statek.

Nastawił intensywność promienia mikrofalowego na trzy czwarte. To powinno wystarczyć do zabicia psa i narobić huku. Huk odstraszy psy, a on zaoszczędzi energię.

Wycelował starannie w psa w środku zgrai, który wydawał się (przynajmniej w wyobraźni Trevizego) bardziej zły niż reszta — może tylko dlatego, że siedział spokojniej niż inne i przez to wydawał się z zimną krwią czekać na swoją ofiarę. Pies patrzył teraz prosto na miotacz, jak gdyby drwił z tego, co może zrobić Trevize.

Trevize uświadomił sobie w tym momencie, że nigdy nie wypalił z miotacza do człowieka ani nie widział, by zrobił to ktoś inny. Na treningach strzelali do manekinów zrobionych ze skóry i tworzywa sztucznego i wypełnionych wodą. Po strzale woda natychmiast podgrzewała się do punktu wrzenia i manekin z hukiem rozrywał się na strzępy.

Ale kto w czasie pokoju strzelałby do człowieka? I kto stawiłby opór, widząc wymierzony w siebie miotacz, i wymusił w ten sposób jego użycie? Tylko tu, na tym patologicznym po zniknięciu ludzi świecie…

Trevize uświadomił sobie, że słońce przesłoniła chmura — była to ta dziwna zdolność mózgu do spostrzegania rzeczy nie mających żadnego związku z tym, co naprawdę ważne — i w tym momencie wypalił.

Na linii łączącej wylot miotacza z psem zamigotało lekko powietrze — była to tylko iskierka, która szybko znikła i gdyby nie fakt, że słońce było akurat schowane za chmurą, mogłaby w ogóle umknąć uwagi.

Pies musiał odczuć początkową falę gorąca, bo zrobił lekki ruch, jak gdyby chciał podskoczyć, ale zaraz, jak tylko jego krew i płyn komórkowy zmieniły się w parę, eksplodował.

Wybuchowi, wbrew oczekiwaniom Trevizego, nie towarzyszył potężny huk, gdyż skóra psa nie była tak mocna jak powłoki manekinów, na których ćwiczył w armii. Mimo to eksplozja rozrzuciła skrwawione strzępy skóry i kości i Trevize poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła.

Psy odskoczyły, niektóre obrzucone ciepłymi jeszcze szczątkami ciała towarzysza. Trwało to jednak tylko chwilę. Stłoczyły się i zaczęły kotłować, starając się zjeść jak najwięcej z tego, co nadarzyła okazja. Trevize czuł, że robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Nie odstraszył ich, karmił je. W tej sytuacji nigdy się stąd nie oddalą. Co więcej, zapach świeżej krwi mógł zwabić więcej psów i może inne, mniejsze drapieżniki.

Dotarło do niego wołanie:

— Trevize! Go…

Spojrzał w tamtym kierunku. Z ruin wyłonili się Bliss i Pelorat. Bliss zatrzymała się i rozłożyła ręce, aby powstrzymać Pelorata. Patrzyła na psy. Sytuacja była jasna i oczywista. Nie musiała o nic pytać.

Trevize krzyknął:

— Próbowałem odgonić je, nie wciągając w to ciebie i Pelorata. Możesz je powstrzymać?

— Z trudem — powiedziała Bliss normalnym tonem, tak że Trevize zaledwie zdołał ją usłyszeć, chociaż ustało warczenie psów, jak gdyby ktoś nakrył je pochłaniającą dźwięki płachtą.

— Jest ich zbyt dużo — powiedziała Bliss — a poza tym nie znam wzoru działania ich neuronów. Na Gai nie ma żadnych dzikich zwierząt.

— Ani na Terminusie. Ani na żadnym cywilizowanym świecie — krzyknął Trevize. — Zastrzelę, ile będę mógł, a ty spróbuj powstrzymać resztę. Z mniejszą liczbą będziesz miała mniej problemów.

— Nie. Zabijanie ich przywabi tylko nowe… Zostań za mną, Pel. W żaden sposób nie możesz mnie osłonić… Trevize, ta twoja druga broń!

— Bicz neuronowy?

— Tak. To powoduje ból. Tylko daj małą moc. Małą!

— Boisz się, żebym ich nie zranił? — krzyknął ze złością Trevize. — Czy teraz pora na zastanawianie się nad świętością życia?

— Chodzi o życie Pela. I moje. Rób, jak powiedziałam. Mała moc i mierz tylko w jednego. Nie zdołam ich już dłużej powstrzymać.

Psy wyniosły się spod drzewa i otoczyły Bliss i Pelorata, którzy stali, opierając się plecami o rozsypujący się mur. Te, które znajdowały się najbliżej nich, próbowały niepewnie podejść jeszcze bliżej, skomląc cicho, jakby chciały odgadnąć, co je trzyma, skoro niczego nie mogą wywąchać ani zobaczyć. Niektóre starały się bezskutecznie wskoczyć na mur i zaatakować od tyłu.

Trevize nastawił drżącą dłonią bicz na małą moc. Bicz neuronowy zużywał o wiele mniej energii niż miotacz i jeden ładunek zasilający wystarczał na setki uderzeń, ale Trevize nie pamiętał, tak jak w przypadku miotacza, kiedy ostatnio zmieniał ładunek na nowy.

Nie musiał dokładnie celować. Przecież oszczędzanie energii nie było tu tak ważne, jak w przypadku miotacza, mógł przeciągnąć nim po całej sforze. Była to tradycyjna metoda powstrzymywania tłumu, kiedy pojawiały się oznaki świadczące, że może się on stać groźny.

Poszedł jednak za wskazówką Bliss. Wycelował w jednego psa i nacisnął spust. Pies przewrócił się na grzbiet, z podkurczonymi łapami i zaczął przenikliwie skowyczeć.

Pozostałe psy odsunęły się od niego, kładąc uszy po sobie. Potem odwróciły się i skowycząc jak ten, którego Trevize smagnął biczem, zaczęły uciekać, najpierw powoli, potem coraz prędzej, a wreszcie całym pędem. Ten, który leżał, podniósł się z trudem i zawodząc i kulejąc z bólu, pobiegł za resztą. Skowyt zamarł w oddali. Bliss powiedziała:

— Lepiej chodźmy na statek. One tu wrócą. Jeśli nie te, to inne.

Trevize miał wrażenie, że jeszcze nigdy nie otwierał tak szybko wejścia do statku. I może nigdy nie będzie się już z tym tak spieszył.

<p>38</p>

Zapadła noc, zanim Trevize doszedł do w miarę normalnego stanu. Kawałek syntetycznej skóry na otartej dłoni uśmierzył ból fizyczny, ale ból psychiczny nie mijał tak szybko.

Nie chodziło tu o samo wystawienie się na niebezpieczeństwo. Zareagował na nie jak każdy przeciętnie odważny człowiek. Chodziło o tę zupełnie niespodziewaną stronę, z której się pojawiło. O to, że czuł się ośmieszony. Ładnie by wyglądał, gdyby ludzie dowiedzieli się, że zgraja warczących psów zapędziła go na drzewo. Nie byłby chyba w gorszej sytuacji, gdyby to nie psy, ale rozzłoszczone kanarki zmusiły go do ucieczki.

Przez wiele godzin nasłuchiwał, czy psy nie ponowią ataku, czy nie usłyszy ich wycia i drapania pazurami o kadłub statku.

Pelorat, dla odmiany, wydawał się zupełnie spokojny.

— Nie miałem, stary, absolutnie żadnych wątpliwości, że Bliss sobie z tym poradzi, ale muszę przyznać, że umiesz doskonale posługiwać się bronią.

Trevize wzruszył ramionami. Nie był w nastroju do rozmowy na ten temat.

Pelorat trzymał w ręku swoją bibliotekę — płytę kompaktową, na której zostały zapisane wyniki jego kilkudziesięcioletniej pracy nad mitami i legendami. Szybko schronił się z nią w swej sypialni, gdzie miał mały czytnik.

Wydawał się zupełnie zadowolony z siebie. Trevize zauważył to, ale nie miał ochoty o nic pytać. Będzie miał na to czas, kiedy jego umysł nie będzie tak pochłonięty psami.

Kiedy zostali sami, Bliss powiedziała niepewnie, jakby badając, czy Trevize ma ochotę na rozmowę:

— Przypuszczam, że cię zaskoczyły.

— Całkowicie — odparł ponuro Trevize. — Kto by pomyślał, że na widok psa — psa! — będę uciekał, w obawie o życie.

— Po dwudziestu tysiącach lat bez ludzi to już nie są psy, jakie znamy. Teraz są tu na pewno głównymi dużymi drapieżnikami.

Trevize skinął głową.

— Zrozumiałem to, kiedy siedziałem na drzewie w charakterze głównej potencjalnej ofiary. Miałaś rację, mówiąc o braku równowagi ekologicznej.

— Owszem, z ludzkiego punktu widzenia, ale biorąc pod uwagę to, jak świetnie te psy wydają się dbać o swoje sprawy, zastanawiam się, czy przypadkiem to Pel nie miał racji, wysuwając przypuszczenie, że przyroda sama potrafi zadbać o równowagę i że ta względnie niewielka liczba gatunków, które zostały sprowadzone na jakiś świat może dać początek odmianom, które zapełnią nisze ekologiczne.

— To dziwne — rzekł Trevize. — Mnie to też przyszło do głowy.

— O ile, oczywiście, brak równowagi nie jest tak duży, że proces dochodzenia do niej musiałby trwać zbyt długo. W takiej sytuacji, zanim zapanowałaby równowaga, na planecie mogłyby powstać warunki uniemożliwiające istnienie życia.

Trevize mruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi. Bliss spojrzała na niego z zastanowieniem.

— Co cię skłoniło, żeby zabrać ze sobą broń? spytała.

— Na niewiele mi się ona przydała — odparł Trevize. — To twoja umiejętność…

— Niezupełnie — przerwała mu Bliss. — Potrzebna była twoja broń. W tak nagłej potrzebie, mając tylko nadprzestrzenny kontakt z resztą Gai i znajdując się wobec tylu umysłów o tak nieznanej strukturze, nie zdołałabym nic zrobić bez twojego bicza neuronowego.

— Miotacz nie zdał się na nic. Próbowałem z niego skorzystać.

— Strzał z miotacza powoduje, że pies po prostu znika. Reszta może być zaskoczona, ale nie przestraszona.

— Było jeszcze gorzej — powiedział Trevize. Zżarły szczątki. W ten sposób przekupiłem je, żeby zostały.

— No tak, taki mógł być tego skutek. Natomiast z biczem neutronowym sprawa przedstawia się inaczej. Bicz powoduje ból, a pies czujący ból wydaje dźwięki natychmiast rozpoznawane przez inne psy, które na zasadzie odruchu warunkowego same zaczynają się bać. A kiedy już odczuły strach, to wystarczyło, że trochę podrażniłam ich mózgi i uciekły.

— Zgoda, ale ty zorientowałaś się, że w tym przypadku bicz był skuteczniejszą bronią. Ja nie.

— Jestem przyzwyczajona do zajmowania się umysłami, a ty nie. Dlatego nalegałam, żebyś użył małej mocy i mierzył tylko w jednego psa. Nie chciałam dopuścić do tego, żeby ból był tak silny, by uśmiercić psa, bo wtedy nie wydałby żadnego głosu. Z drugiej strony nie chciałam, żeby działanie bicza było rozproszone między wiele psów, bo wtedy kilka by tylko lekko zaskomlało. Chciałam, żeby jeden pies poczuł odpowiednio silny ból.

— I stało się, jak chciałaś, Bliss — rzekł Trevize. — Podziałało znakomicie. Jestem ci winien wdzięczność.

— Zazdrościsz mi — odparła Bliss z zamyśleniem — bo wydaje ci się, że się ośmieszyłeś. Ale, powtarzam, bez twojej broni nie mogłabym nic zrobić. Intryguje mnie, co cię skłoniło, żeby zabrać ze sobą broń, mimo że cię zapewniłam, że na tym świecie nie ma ludzi. Zresztą nadal jestem pewna, że jest tak, jak mówiłam. A więc jak to było? Przewidziałeś to spotkanie z psami?

— Nie. Na pewno nie. Przynajmniej nie świadomie. Chociaż normalnie nie noszę broni. Kiedy byliśmy na Comporellonie, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby zabrać ze sobą broń… Ale nie dam sobie wmówić, że to była jakaś magia. To niemożliwe. Myślę, że kiedy zaczęliśmy rozmawiać o braku równowagi ekologicznej, to zupełnie podświadomie wyobraziłem sobie, że w sytuacji kiedy zabrakło ludzi, pewne zwierzęta stały się groźne. To jest zupełnie oczywiste po fakcie, ale być może miałem takie przeczucie przed faktem. I to wszystko.

— Nie zbywaj tego tak łatwo — powiedziała Bliss. — Ja też brałam udział w tej rozmowie o braku równowagi ekologicznej, a jednak nie miałam takiego przeczucia. To właśnie ten twój dar przeczuwania zdarzeń tak ceni Gaja. Rozumiem też, że musi to być dla ciebie irytujące — posiadać dar przewidywania czy przeczuwania, którego zasady ani istoty nie możesz dociec, podejmować decyzje będąc przekonanym o ich słuszności, ale nie mając ani nie znając argumentów przemawiających za ich podjęciem.

— Na Terminusie mówi się na to „robić coś na nos”.

— Na Gai mówimy „wiedzieć bez myślenia”. Nie lubisz wiedzieć bez myślenia, prawda?

— Tak, denerwuje mnie to. Nie lubię kierować się przeczuciami. Przypuszczam, że nie ma przeczucia bez powodu, ale fakt, że nie znam powodu jakiegoś przeczucia sprawia, że czuję się, jakbym nie panował nad swoim własnym umysłem, jakbym cierpiał na jakąś łagodną formę szaleństwa.

— Kiedy podjąłeś decyzję na korzyść Gai i Galaxii, opierałeś się na takim przeczuciu, a teraz szukasz powodu tego przeczucia.

— Mówiłem już to z dziesięć razy.

— A ja nie przyjmowałam tego wyjaśnienia. Przepraszam. Przyrzekam, że więcej się to nie powtórzy. Ale mam nadzieję, że nie będziesz się gniewał, jeśli będę przytaczała argumenty na korzyść Gai.

— Nie — odparł Trevize — jeśli ty zgodzisz się, że mogę ich nie przyjąć.

— A więc, czy nie wydaje ci się, że ten Nieznany Świat wraca do stanu dzikości i może nawet w końcu zapanują tu warunki uniemożliwiające w ogóle istnienie życia, tylko dlatego, że zabrakło tu jednego gatunku, gatunku istot inteligentnych, które potrafiłyby pokierować biegiem spraw? Gdyby ten świat był Gają albo, lepiej jeszcze, częścią Galaxii, coś takiego nie mogłoby się zdarzyć. Istniałby nadal umysł kierujący biegiem spraw. Byłaby nim Galaxia. Wówczas, bez względu na to, co doprowadziło do zachwiania równowagi ekologicznej, przyroda dążyłaby do jej odzyskania.

— To znaczy, że psy przestałyby zdobywać pożywienie?

— Oczywiście, że nie. Musiałyby jeść, tak samo jak ludzie, ale zdobywanie pożywienia byłoby podporządkowane celowi nadrzędnemu, utrzymywaniu równowagi ekologicznej, a nie, jak teraz, wynikało z przypadkowego układu okoliczności.

— Być może dla psa — powiedział Trevize utrata wolności nie ma żadnego znaczenia, ale dla człowieka wolność znaczy zbyt wiele… A gdyby ludzkość w ogóle przestała istnieć, gdyby znikła nie tylko z tej planety czy nawet z wielu planet, ale w ogóle z Galaktyki? Gdyby w Galaxii zabrakło w ogóle istot ludzkich? Co wtedy? Czy nadal istniałby umysł kierujący wszystkim? Czy pozostałe istoty i materia nieożywiona potrafiłyby stworzyć wspólny umysł, który sprostałby temu zadaniu?

Bliss zawahała się.

— Taka sytuacja — powiedziała w końcu — nigdy się nie zdarzyła. I nie jest prawdopodobne, aby zdarzyła się kiedykolwiek w przyszłości.

— Ale czy nie jest dla ciebie oczywiste — nie dawał za wygraną Trevize — że umysł ludzki różni się jakościowo od wszystkich innych umysłów i że gdyby go zabrakło, ta cała reszta razem wzięta nie mogłaby go zastąpić? A zatem, czy nie jest tak, że ludzie są wyjątkowymi istotami i że powinni być traktowani jako takie? Nie powinno się ich stapiać w jeden organizm, nie mówiąc już o łączeniu ze zwierzętami czy materią nieożywioną.

— Podjąłeś decyzję na korzyść Galaxii.

— Z powodu, którego nie potrafię zrozumieć.

— Może tym powodem była podświadoma obawa o skutki zachwiania równowagi ekologicznej? Może podświadomie zdałeś sobie sprawę z faktu, że każdy świat w Galaktyce znajduje się na krawędzi i że w każdej chwili może stracić równowagę i tylko Galaxia jest w stanie zapobiec katastrofie w rodzaju tej, która zdarzyła się na tym świecie, nie mówiąc już o wojnach i nieudolnym zarządzaniu?

— Nie. W chwili, kiedy podejmowałem decyzję, nie myślałem o zachwianej równowadze ekologicznej.

— A skąd masz taką pewność?

— Stąd, że chociaż w danej chwili nie wiem, co mnie skłania do takiego, a nie innego zachowania, to kiedy już po fakcie ktoś zaproponuje mi jakieś wyjaśnienie, od razu wiem, czy moje przeczucie właśnie tego dotyczyło… I tak wydaje mi się, że przeczucie mówiło mi, iż na tym świecie możemy natknąć się na groźne zwierzęta.

— Gdyby nie połączenie naszych zdolności, twojego daru przewidywania i mojej umiejętności wpływania na mózgi — powiedziała poważnie Bliss te groźne zwierzęta mogłyby nas uśmiercić. A więc zostańmy przyjacióhni.

Trevize skinął głową.

— Jeśli tego chcesz…

W jego głosie czuć było jednak pewien chłód, więc Bliss uniosła w górę brwi, ale akurat w tym momencie wpadł Pelorat, kiwając głową tak energicznie, jakby chciał ją zrzucić z szyi.

— Myślę, że mamy to — powiedział.

<p>39</p>

Ogólnie rzecz biorąc, Trevize nie wierzył w łatwe zwycięstwa, ale taka już jest natura ludzka, że wbrew racjonalnym argumentom wierzy się w to, w co pragnie się uwierzyć. A więc Trevize poczuł nagle suchość w gardle, ale przemógł się i spytał:

— Położenie Ziemi? Odkryłeś to, Janov?

Pelorat gapił się na niego przez chwilę, a potem powiedział, wyraźnie zgaszony:

— Hmm, niezupełnie… To znaczy, zupełnie coś innego. Zapomniałem o tym, Golan. Odkryłem w ruinach coś innego. Myślę, że to nie jest takie ważne.

Trevize wziął głęboki oddech i powiedział:

— Nie szkodzi, Janov. Każde odkrycie jest ważne. Co chciałeś nam powiedzieć?

— Hmm — odparł Pelorat. — Prawie nic nie przetrwało do naszych czasów. Rozumiesz, po dwudziestu tysiącach lat deszcz i wiatr robią swoje. Poza tym roślinność też wywiera wpływ, a zwierzęta… Mniejsza z tym. Chodzi o to, że „prawie nic” nie znaczy to samo, co „nic”. Tam, gdzie są te ruiny, musiał stać jakiś budynek użyteczności publicznej, bo znalazłem przewrócony blok kamienny czy betonowy z wyrytym na nim napisem. Napis był bardzo niewyraźny, ale zrobiłem jego zdjęcie jednym z tych aparatów; które mamy na statku, takim z wbudowanym wzmacniaczem komputerowym… Nie spytałem cię, Golan, czy mogę go wziąć, ale to było dla mnie ważne, więc…

Trevize machnął ręką ze zniecierpliwieniem.

— Mów dalej!

— Udało mi się odczytać kawałek tego napisu. Jest bardzo stary. Ale chociaż mam wprawę w odczytywaniu archaicznych zapisów i chociaż korzystałem z tego wzmacniacza komputerowego, mogłem odcyfrować tylko jeden fragment. W tym miejscu litery były większe i trochę wyraźniejsze. Być może zostały głębiej wyryte dlatego, że układają się w nazwę tego świata. Ten fragment brzmi „Planeta Aurora”, więc przypuszczam, że świat, na którym się znajdujemy, nazywa się, a raczej nazywał, Aurora.

— Musiał mieć jakąś nazwę — zauważył ironicznie Trevize.

— Owszem, ale raczej rzadko się zdarza, żeby nazwy wybierano przypadkowo. Przejrzałem dokładnie swoją bibliotekę i znalazłem dwie stare legendy, pochodzące z dwu różnych, znacznie oddalonych od siebie światów, co przemawia za tym, że powstały niezależnie od siebie… Ale mniejsza z tym. Otóż w obu tych legendach Aurora jest nazwą świtu. Można przypuszczać, że Aurom rzeczywiście znaczyła „świt” w którymś z języków pregalaktycznych.

Tak się składa, że wyrazu używanego na określenie świtu czy poranka często używa się jako nazwy dla stacji kosmicznej czy innej budowy, która jest pierwsza w swym rodzaju. A zatem, jeśli w jakimś języku ten świat został nazwany świtem, to może być również pierwszym światem w swoim rodzaju.

— Czyżbyś sugerował, że ta planeta to Ziemia, a Aurom jest jej drugą nazwą, nadaną jej dlatego, że tu był „świt” życia i ludzkości? — spytał Trevize.

— Nie wyciągałbym tak daleko idących wniosków — odparł Pelorat.

— W końcu nie ma tu ani radioaktywności, ani olbrzymiego satelity, ani gazowego olbrzyma z potężnymi pierścieniami — powiedział, nieco zgryźliwie, Trevize.

— Właśnie. Ale Deniador, zdaje się, uważał, że ten świat był jednym z tych, które zostały założone przez pierwszą falę kolonistów, przez Przestrzeńców. Jeśli tak faktycznie było, to jego nazwa, Aurora, mogłaby świadczyć, że był pierwszym z założonych przez nich światów. Być może znajdujemy się teraz na najstarszym, nie licząc Ziemi, świecie w Galaktyce. Czy to nie podniecające?

— W każdym razie interesujące, Janov, ale czy można aż tyle wywnioskować z samej nazwy Aurora?

— To jeszcze nie wszystko — odparł z ożywieniem Pelorat. — Na ile mogłem to sprawdzić w swoich materiałach, nie ma obecnie w Galaktyce żadnego świata o tej nazwie. Jestem pewien, że twój komputer zweryfikuje moją opinię. Jak już mówiłem, jest wiele różnych światów i innych obiektów, których nazwy znaczą „świt”, ale nie ma wśród tych nazw słowa „Aurora”.

— A dlaczego miałoby tam być to słowo? Jeśli jest pochodzenia pregalaktycznego, to jest mało prawdopodobne, żeby było znane.

— Ale nazwy pozostają nawet wtedy, kiedy ich znaczenie ulega zapomnieniu. Jeśli był to pierwszy skolonizowany świat, to być może był przez pewien czas najważniejszym światem w Galaktyce. W takiej sytuacji można by się spodziewać, że były też inne światy, założone później, nazywające się Nowa Aurora, Aurom Mniejsza czy jakoś tak. A więc inne…

— Może nie był to pierwszy skolonizowany świat — przerwał mu Trevize. — Może nigdy nie miał wielkiego znaczenia.

— Moim zdaniem można dać znacznie lepsze wyjaśnienie tego faktu, stary.

— Jakie?

— Jeśli — jak mówił Deniador — po pierwszej fali kolonistów ruszyła druga, która założyła wszystkie obecnie zamieszkane światy, to jest bardzo prawdopodobne, że w stosunkach między nimi panowała wrogość. W takiej sytuacji koloniści z drugiej fali, zakładając światy, które teraz istnieją, nie nadawaliby im nazw, które nosiły założone przez tych z pierwszej fali. W ten sposób z faktu, że nazwa „Aurom” nigdy się już nie powtórzyła, możemy wyciągnąć wniosek, że rzeczywiście były dwie fale kolonistów i że ten świat został założony przez ludzi z pierwszej fali.

Trevize uśmiechnął się.

— No, teraz mam już pewne pojęcie o tym, jak wy, mitologowie, pracujecie. Tworzycie wspaniałą budowlę, która być może nie ma fundamentów. Legendy mówią, że kolonistom pierwszej fali towarzyszyły liczne roboty i że to właśnie stało się przyczyną ich zagłady. A więc gdyby udało się nam znaleźć na tym świecie choćby jednego robota, to byłbym skłonny przyjąć twoją hipotezę, ale nie spodziewam się, aby po dwudziestu ty…

Pelorat, który robił takie miny, jakby chciał coś powiedzieć i nie mógł, wreszcie odzyskał głos:

— Jak to, więc nie mówiłem ci o tym, Golan?… No tak, oczywiście nie. Jestem tak przejęty, że mówię bez składu. Tam był robot.

<p>40</p>

Trevize potarł dłonią czoło, jakby poczuł nagły ból głowy.

— Robot? Tam był robot?

— Tak — odparł Pelorat, akcentując to energicznym kiwnięciem głową.

— Skąd wiesz, że to był robot?

— No jak to skąd? Po prostu robot. Czy mógłbym nie rozpoznać robota?

— A widziałeś przedtem jakiegoś?

— Nie, ale to był metalowy obiekt, który wyglądał jak człowiek. Miał głowę, ręce, nogi, tułów. Mówię „metalowy”, ale faktycznie była to prawie sama rdza i kiedy do niego podszedłem, to chyba wibracja spowodowana moimi krokami uszkodziła go jeszcze bardziej, bo jak wyciągnąłem rękę, żeby go dotknąć…

— Dlaczego chciałeś go dotknąć?

— Myślę, że dlatego, że nie wierzyłem własnym oczom. Była to zupełnie odruchowa reakcja. Więc jak tylko go dotknąłem, rozsypał się. Ale…

— Co?

— Zanim to się stało, wydało mi się, że w jego oczach pojawił się lekki blask i wydał taki dźwięk, jakby chciał coś powiedzieć.

— To znaczy, że on nadal działał?

— Troszeczkę, Golan. A potem się rozsypał.

Trevize odwrócił się do Bliss.

— Potwierdzasz to wszystko, Bliss?

— To był robot — powiedziała Bliss.

— I nadal działał?

— Zanim się rozsypał, zdołałam uchwycić słaby ślad aktywności neuronowej — odparła Bliss.

— A skąd tam się mogła wziąć aktywność neuronowi? Przecież robot nie posiada mózgu, składającego się z żywych komórek.

— Myślę, że ma komputerowy odpowiednik mózgu i że potrafiłabym to wykryć.

— Czy mentalność, którą wykryłeś, była specyficzna raczej dla robota niż dla człowieka?

Bliss ściągnęła usta i powiedziała:

— Ten impuls był zbyt słaby, abym mogła powiedzieć coś poza tym, że w ogóle był.

Trevize popatrzył na Bliss, potem na Pelorata i rzekł z rozdrażnieniem:

— To wszystko zmienia.


35

<p>35</p>

„Odległa Gwiazda” wylądowała u podnóża małego wzniesienia, które na tle płaskiego raczej krajobrazu wydawało się wzgórzem. Trevize niemal bez zastanowienia zdecydował, że lepiej będzie umieścić statek w takim miejscu, w którym nie będzie widoczny z odległości wielu mil z każdej strony.

— Temperatura na zewnątrz wynosi dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza, wiatr wieje z zachodu, z szybkością około jedenastu kilometrów na godzinę, zachmurzenie umiarkowane — powiedział. Komputer nie wie zbyt wiele o ogólnej cyrkulacji powietrza, więc nie jest w stanie przewidzieć, jaka będzie pogoda. Ponieważ jednak wilgotność powietrza wynosi około czterdziestu procent, nie powinno padać. Ogólnie biorąc, wydaje się, że wybraliśmy odpowiednią szerokość albo porę roku. Po Comporellonie to prawdziwa przyjemność.

— Przypuszczam — rzekł Pelorat — że w miarę postępującej degradacji planety pogoda będzie coraz bardziej surowa.

— Jestem tego pewna — powiedziała Bliss.

— Możesz być pewna, jeśli chcesz — rzekł na to Trevize. — Nie będę się przejmował tym, co będzie za ileś tam tysięcy lat. Na razie jest to zupełnie przyjemna planeta i na pewno będzie taka jeszcze długo po naszej śmierci.

Mówiąc to, zapinał szeroki pas okalający biodra.

— Co to jest? — spytała ostrym tonem Bliss.

— Stare przyzwyczajenie z armii — powiedział Trevize. — Nie mam zamiaru wychodzić na nie znaną planetę bez broni.

— Naprawdę chcesz zabrać ze sobą broń?

— Oczywiście. Z prawej strony — klepnął kaburę, w której tkwił masywny przedmiot o szerokiej lufie — mam miotacz, z lewej — wskazał na pistolet o wąskiej lufie bez żadnego otworu — bicz neuronowy.

— Dwa narzędzia do mordowania — rzekła Bliss z niesmakiem.

— Tylko jedno. Miotacz zabija, ale bicz nie. Po prostu działa na zakończenia bólowe nerwów czuciowych i sprawia taki ból, że — podobno — osoba tym potraktowana wolałaby umrzeć niż to znosić. Na szczęście nie znalazłem się nigdy z drugiej strony tego bicza.

— Po co je bierzesz?

— Powiedziałem już. To wrogi świat.

— Trevize, to jest opuszczony świat.

— Tak? Co prawda wygląda na to, że nie ma tu społeczeństwa dysponującego techniką, ale kto wie, czy nie spotkamy jakiejś prymitywnej, postindustrialnej społeczności. Może nie mają nic oprócz maczug i kamieni, ale tym też można zabić.

Bliss była wyraźnie zirytowana, ale starała się mówić spokojnie:

— Nie wyczuwam tu żadnych procesów psychicznych typowych dla ludzi, Trevize. To wyklucza istnienie jakiejkolwiek prymitywnej społeczności, postindustrialnej czy innej.

— Więc nie będę musiał używać broni — odparł Trevize. — W takim wypadku nie masz się czym martwić. Zresztą, co ci przeszkadza, że biorę ją ze sobą? Niosąc ją, będę trochę cięższy, a ponieważ przyciąganie tej planety równa się dziewięćdziesięciu jeden procentom siły przyciągania Terminusa, nie będzie mnie to męczyło… Słuchaj, statek nie ma co prawda broni pokładowej, ale jest nieźle wyposażony w broń ręczną. Proponuję, żebyście wy dwoje także…

— Nie — ucięła Bliss. — Nie zrobię absolutnie nic, co mogłoby się łączyć z zabijaniem… czy z zadawaniem bólu.

— Tu nie chodzi o zabijanie, ale o uniknięcie bycia zabitym, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

— Potrafię się obronić w inny sposób.

— A ty, Janov?

Pelorat zawahał się.

— Na Comporellonie nie mieliśmy broni — powiedział.

— Daj spokój, Janov, Comporellon to był świat stowarzyszony z Fundacją, żadna niewiadoma. Poza tym natychmiast po lądowaniu aresztowano nas. Gdybyśmy mieli przy sobie broń, to by ją nam odebrano. No więc jak — chcesz miotacz?

Pelorat potrząsnął głową.

— Ja nigdy nie byłem w armii, stary. Nie mam pojęcia jak używać broni i w razie niebezpieczeństwa nie zdołałbym z niej w porę skorzystać. Wziąłbym nogi za pas i… i zostałbym zabity.

— Nie zostaniesz zabity, Pel — powiedziała z przekonaniem Bliss. — Chroni cię Gaja. Tego pozującego na bohatera też.

— To bardzo dobrze — powiedział Trevize. Nie mam nic przeciwko temu, żeby mnie chroniono, ale nie pozuję na bohatera. Wolę się podwójnie zabezpieczyć. Będę naprawdę rad, jeśli nie będę musiał sięgnąć po broń. Mówię szczerze. Mimo to wolę ją mieć pod ręką.

Poklepał z zadowoleniem obie kabury i powiedział:

— No to wyjdźmy na ten świat. Może od tysięcy lat nie stanęła tu stopa człowieka.


36

<p>36</p>

— Mam takie uczucie — powiedział Pelorat jak gdyby było już późno, ale słońce jest tak wysoko, że chyba nie ma jeszcze południa.

— Przypuszczam — powiedział Trevize, spoglądając na spokojny krajobraz — że to uczucie bierze się stąd, iż słońce tutaj ma pomarańczowy odcień, przez co wygląda jak przed zachodem. Jeśli pozostaniemy tu aż do zachodu i będzie odpowiedni układ chmur, to przekonasz się, że słońce ma wtedy bardziej czerwony kolor niż u nas, na Terminusie. Nie wiem, czy będzie to dla ciebie widok piękny czy przygnębiający… Zresztą na Comporellonie jest prawdopodobnie jeszcze bardziej czerwone, tyle że prawie cały czas znajdowaliśmy się tam w budynkach, więc nie widzieliśmy tego.

Obrócił się wolno, rozglądając się na wszystkie strony. Oprócz owego niezwykłego światła, którego odmienność rejestrował zresztą niemal podświadomie, unosił się, przynajmniej w miejscu, w którym się znajdowali, dziwny zapach. Przypominał stęchliznę, ale nie był odrażający.

Rosnące w pobliżu drzewa wydawały się bardzo stare. Były średniej wysokości, o poskręcanych konarach i lekko pochylonych pniach, ale nie mógł się zorientować, czy rzeczywiście rosły tak, pochylając się pod wpływem wiatrów wiejących z przeciwnej strony, czy było to złudzenie spowodowane szczególnym odbarwieniem ziemi. Nie wiedział też, czy to widok tych drzew czy coś bardziej nieuchwytnego wytwarzało nastrój zagrożenia.

— Co masz zamiar robić, Trevize? — spytała Bliss. — Na pewno nie przyszliśmy tu po to, żeby podziwiać widoki.

— Prawdę mówiąc — odparł Trevize — chyba na tym powinna teraz polegać moja rola. Proponuję, żeby Janov zbadał to miejsce. Tam są jakieś ruiny, a on najlepiej potrafi ocenić wartość napisów, jeśli jakieś znajdzie. Myślę, że zdoła je odczytać, bo ja nie mam pojęcia o starożytnym galaktycznym. Przypuszczam, Bliss, że będziesz chciała z nim pójść, żeby go chronić. Ja natomiast zostanę tutaj, jako ubezpieczenie.

— Przed czym? Przed jaskiniowcami z kamieniami i maczugami?

— Może. — W tym momencie z jego ust zniknął uśmiech. — To dziwne, Bliss, ale czuję się tu trochę nieswojo. Nie wiem dlaczego.

— Chodźmy, Bliss — powiedział Pelorat. — Całe życie zbierałem starożytne opowieści, nie wychylając nosa z domu, więc nigdy nie miałem w ręku żadnych starodawnych dokumentów. Może uda mi się coś znaleźć…

Trevize patrzył, jak odchodzili. Pelorat maszerował raźnym krokiem w stronę ruin, cały czas perorując, a Bliss dreptała u jego boku.

Trevize słuchał bez zainteresowania, a kiedy głos Pelorata ucichł w oddali, odwrócił się i na powrót zaczął przyglądać się okolicy. Co mogło wzbudzić jego niepokój?

Prawdę mówiąc, nigdy nie postawił stopy na nie zamieszkanym świecie, ale wiele z nich oglądał z przestrzeni. Zazwyczaj były to małe planety, za małe na to, aby posiadać wodę i powietrze, ale wykorzystywano je jako punkty zborne podczas manewrów floty wojennej (za jego życia i przez dobre sto lat przed jego narodzeniem nie było żadnej wojny, ale manewry odbywały się regularnie) lub jako prowizoryczne punkty napraw podczas symulowanych nagłych awarii. Statki, na których latał, krążyły w takich razach wokół tych planet, a nawet lądowały na nich, ale on jakoś nigdy nie miał czasu ani okazji, żeby zejść na ich powierzchnię.

Może to uczucie brało się stąd, że teraz po raz pierwszy naprawdę stanął na pustym świecie? Może czułby to samo, gdyby w studenckich czasach stanął na jednym z tych małych, pozbawionych powietrza światów?

Potrząsnął głową. Nie, to nie wprawiłoby go w niepokój. Był tego pewien. Miałby na sobie skafander, jak tyle razy, kiedy znalazł się na zewnątrz statku w przestrzeni. Oswoił się z takimi sytuacjami i kontakt ze skalną powierzchnią niczego by nie zmienił. Na pewno!

No, oczywiście — teraz nie miał skafandra.

Stał na świecie, który nadawał się do zamieszkania i pozornie był równie przyjemny jak Terminus… o wiele przyjemniejszy niż Comporellon. Czuł podmuch wiatru na twarzy, ciepłe promienie słońca na plecach, w uszach rozbrzmiewał brzęk owadów. Wszystko było takie swojskie, tyle że nie było tu ludzi… w każdym razie, już nie było ludzi.

Czyżby to było właśnie to? Czy toto sprawiało, że czuł się tak dziwnie? Ta świadomość, że znajduje się na świecie, który nie jest po prostu nie zamieszkany, ale opuszczony?

Nigdy jeszcze nie był na opuszczonym świecie, nigdy o takim nie słyszał, ba — nigdy nawet nie przypuszczał, że taki świat może istnieć. Wszystkie światy, o których wiedział, były stale zamieszkane od czasu, kiedy je skolonizowano.

Spojrzał na niebo. Opuścili ten świat tylko ludzie. Wszystko inne zostało. W polu widzenia pojawił się jakiś ptak. Wydawał się bardziej naturalny niż jasnoniebieskie niebo pokryte zwiastującymi dobrą pogodę, zabarwionymi na pomarańczowo, obłokami. (Był pewien, że po kilku dniach spędzonych tutaj przyzwyczaiłby się do tego dziwnego koloru i niebo wraz z obłokami wydawałoby mu się zupełnie normalne.)

Słyszał dobiegający z koron drzew śpiew ptaków i cichsze głosy wydawane przez owady. Bliss wspominała wcześniej o motylach i faktycznie były tu w zadziwiających ilościach i wielu barwnych odmianach.

Od czasu do czasu z kęp traw okalających drzewa dobiegał jakiś szelest, ale nie mógł dostrzec, co go powoduje.

To nie te oznaki bujnie rozwijającego się życia obudziły w nim obawy. Jak powiedziała Bliss, na światach ukształtowanych przez ludzi nie było od początku żadnych niebezpiecznych dla człowieka zwierząt. Bajki, których słuchał i które oglądał w dzieciństwie, opowieści przygodowe, które pochłaniał będąc nastolatkiem, opierały się bez wyjątku na legendach, które musiały mieć początek w mitach powstałych na Ziemi. Holowizyjne filmy pełne były potworów — lwów, jednorożców, smoków, wielorybów, brontozaurów, niedźwiedzi. Były ich setki, nawet nie pamiętał ich nazw. Niektóre na pewno były stworzeniami mitycznymi, może nawet wszystkie. Były też mniejsze stworzenia, które gryzły i żądliły, a nawet rośliny, których strach było dotknąć, ale wszystko to była fikcja. Słyszał kiedyś, że podobno pierwotne pszczoły potrafiły użądlić, ale prawdziwe, nie wymyślone pszczoły nie przedstawiały absolutnie żadnego niebezpieczeństwa.

Obrócił się w prawo i powoli przeszedł kawałek skrajem pagórka. Porastała go wysoka i soczysta, ale rzadka, rosnącą kępkami trawa. Podszedł do drzew, które również rosły w kępach.

Ziewnął. Nie działo się nic szczególnego, więc zastanawiał się, czy nie wrócić na statek i nie uciąć sobie drzemki. Po chwili odrzucił tę myśl. Musiał zostać na straży.

Może powinien zachowywać się jak wartownik na służbie — maszerować w rytm raz — dwa, raz — dwa, robić zwroty z trzaśnięciem obcasami i wymachiwać paradną pałką elektryczną (była to broń, której nie używano już od trzech stuleci, ale z powodów, których nikt nie potrafił wyjaśnić, była niezbędna przy pełnieniu tego rodzaju służby).

Uśmiechnął się na tę myśl, a potem pomyślał, że może powinien dołączyć do Pelorata i Bliss w ruinach. Ale po co? Co by im z tego przyszło?

Może udałoby mu się odkryć coś, co przeoczył Pelorat? Nie, na to będzie dosyć czasu po ich powrocie. Jeśli jest tam coś, co można bez trudu odkryć, to niech Pelorat ma tę przyjemność. A może oboje znaleźli się w tarapatach? Nie, to niedorzeczność. W jakich tarapatach?

A poza tym gdyby tak się stało, to by go zawołali.

Przystanął i słuchał. Nic nie było słychać.

W końcu powróciła uparta myśl o służbie wartowniczej i ni z tego, ni z owego stwierdził, że maszeruje, podnosząc wysoko nogi i stawiając je energicznie na powrót, podczas gdy jego ręce wykonują skomplikowane ewolucje z nie istniejącą pałką elektryczną. Potem zrobił elegancki zwrot przez lewe ramię i ponownie spojrzał na (dość teraz odległy) statek.

A kiedy to zrobił, zamarł. Powrócił do rzeczywistości.

Nie był sam.

Do tej pory nie widział, poza owadami i nielicznymi ptakami, żadnej żywej istoty. Nie widział ani nie słyszał, żeby coś się zbliżało, a jednak między nim a statkiem stało jakieś zwierzę.

Był tak zaskoczony jego niespodziewanym pojawieniem się, że w pierwszej chwili nie wiedział, co to jest. Dopiero po pewnym czasie rozpoznał to zwierzę.

Był to pies.

Trevize nie był psiarzem. Nigdy nie miał psa i nie odczuwał nagłego przypływu sympatii na widok osobnika tego gatunku. Teraz też nie czuł nic takiego. Pomyślał z pewną irytacją, że nie ma takiego świata, na którym to stworzenie nie towarzyszyłoby człowiekowi. Była nieskończona ilość ich ras i Trevize miał wrażenie, że każdy świat ma przynajmniej jedną swoją własną rasę. Jednak wszystkie rasy miały jedną cechę wspólną — bez względu na to, czy hodowano je dla zabawy, czy na pokaz, czy dla wykonywania jakiejś użytecznej pracy, wszystkie zostały tak ukształtowane, że kochały człowieka i ufały mu.

Trevize nigdy nie zachwycał się tą miłością i ufnością. Żył kiedyś z kobietą, która miała psa. Ów pies, tolerowany przez Trevizego ze względu na tę kobietę, zapałał do niego przemożnym uczuciem, chodził za nim, właził mu na kolana (a ważył pięćdziesiąt funtów), kiedy Trevize odpoczywał, brudził jego ubranie śliną i kłakami sierści, a kiedy Trevize i jego właścicielka chcieli się oddać uciechom erotycznym, siadał za drzwiami i wył przejmująco.

Od tamtej pory Trevize nabrał przekonania, że z jakichś, znanych tylko psom powodów, jest niezmiennym obiektem psiej adoracji.

Dlatego też, kiedy minęło początkowe zaskoczenie, przyjrzał się psu bez obawy. Był to duży okaz, o smukłej sylwetce i długich nogach. Przyglądał się Trevizemu bez żadnych oznak adoracji. Miał otwarty pysk, co być może miało w intencji psa być powitalnym uśmiechem, ale zęby w tym pysku były duże i wyglądały groźnie, więc Trevize pomyślał, że czułby się lepiej, gdyby go tam nie było.

Nagle zrozumiał, że ten pies nigdy nie widział człowieka, że nie widziały żadnej ludzkiej istoty niezliczone pokolenia jego psich przodków. Być może nagły widok człowieka zaskoczył psa w takim samym stopniu, w jakim widok psa zaskoczył jego. Trevize przynajmniej szybko zorientował się, że ma przed sobą psa, ale pies nie miał takiej możliwości. Był nadal zaskoczony i być może zaniepokojony.

Z pewnością nie byłoby bezpiecznie zostawiać tak duże zwierzę, z tak dużymi zębami, w takim stanie. Trevize uświadomił sobie, że trzeba natychmiast nawiązać z nim przyjaźń.

Bardzo wolno (oczywiście, bez żadnych nagłych ruchów) podszedł do psa. Wyciągnął rękę, aby pies mógł ją powąchać i zaczął do niego przemawiać łagodnym głosem. Właściwie cała przemowa ograniczała się do słów „dobry piesek”, które Trevize powtarzał z coraz większym zakłopotaniem.

Pies, mając wzrok utkwiony w Trevizego, cofnął się o krok czy dwa, jakby mu nie ufał, i ściągnął górną wargę, ukazując kły w całej okazałości. Z jego gardła wydobywało się głuche warczenie. Chociaż Trevize nigdy nie widział psa zachowującego się w taki sposób, to było dla niego oczywiste, że nie jest to nic innego jak groźba.

W tej sytuacji Trevize zatrzymał się i zamarł w bezruchu. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch z jednej strony i powoli odwrócił w tym kierunku głowę. Zbliżały się jeszcze dwa psy, a oba wyglądały równie groźnie jak pierwszy.

Groźnie? Ten przymiotnik uświadomił mu, w jakiej znalazł się sytuacji.

Zabiło mu nagle serce. Miał odciętą drogę do statku. Nie mógł uciekać gdzie popadnie, bo psy na swych długich nogach dopadłyby go po paru metrach. Gdyby został na miejscu i skorzystał z miotacza, to zabiłby jednego, a pozostałe dwa już byłyby na nim. W oddali widział inne, zbliżające się psy. Czyżby porozumiewały się ze sobą w jakiś sposób? Może polowały gromadnie?

Powoli zaczął się przesuwać w lewo, gdzie na razie nie było jeszcze psów. Powoli. Powoli.

Psy przesuwały się razem z nim. Był pewien, że nie zaatakowały go jeszcze tylko dlatego, że nigdy przedtem nie widziały takiego zwierzęcia i jego zapach był dla nich obcy. Nie miały utrwalonego wzorca postępowania w takiej sytuacji.

Gdyby zaczął biec, to oczywiście znalazłyby się w znanej sobie sytuacji. Wiedziałyby, co robić, gdyby zwierzę rozmiarów Trevizego okazało strach i zaczęło uciekać. One też puściłyby się pędem. I byłyby szybsze.

Trevize przesuwał się w stronę drzewa. Pragnął się na nie wspiąć. Tam by go nie dopadły. Psy również się przesuwały. Podchodziły coraz bliżej, lekko warcząc. Wszystkie miały wzrok utkwiony w niego. Dołączyły do nich jeszcze dwa, a zbliżały się już następne. Kiedy znajdzie się już dość blisko drzewa, będzie musiał puścić się biegiem. Nie mógł ani zwlekać za długo, ani za szybko skoczyć. I jedno, i drugie mogło skończyć się fatalnie.

Teraz!

Prawdopodobnie pobił swój rekord w biegu, a i tak niewiele brakowało, żeby nie dotarł do drzewa. Poczuł, że na obcasie jednego buta zamknęły się psie szczęki i zanim zęby zsunęły się z twardego ceramidu, pies zdążył go przytrzymać.

Nie miał wprawy w chodzeniu po drzewach. Nie wspinał się na nie od kiedy skończył dziesięć lat, a i przedtem, jak pamiętał, nie celował w tym. Jednak to akurat drzewo miało trochę pochylony pień, a konary były powyginane i sękate i można było znaleźć oparcie dla rąk. Poza tym poganiał go strach, a w takich przypadkach można dokonać czynów, na które by się nigdy nie zdobyło w normalnej sytuacji.

Zatrzymał się, kiedy był dobre dziesięć metrów nad ziemią. Siedział w rozwidleniu konarów. W tej chwili nie czuł nawet, że otarł rękę i że kapie z niej krew. U podnóża drzewa siedziało pięć psów, patrząc w górę z wywieszonymi językami i cierpliwie czekając.

Co teraz?


37

<p>37</p>

Trevize nie był w nastroju, aby spokojnie i logicznie przemyśleć sytuację, w której się znalazł. Przez głowę przemykały mu chaotyczne myśli, które gdyby je uporządkował — wyglądałyby mniej więcej tak.

Bliss utrzymywała, że kształtując oblicze jakiegoś świata, ludzie tworzyli system, w którym brak było równowagi ekologicznej i który można było uchronić od rozkładu tylko ciągłą i mozolną pracą. Na przykład osadnicy nigdy nie sprowadzali ze sobą dużych drapieżników. Na przenoszenie się z nimi małych nie mogli nic poradzić. W ten sposób na nowych światach znalazły się różne insekty, pasożyty, a nawet ryjówki i małe ptaki drapieżne.

Natomiast jeśli chodzi o te wszystkie groźne zwierzęta znane z legend i niejasnych opisów literackich — tygrysy, szare niedźwiedzie, krokodyle, orki… Kto chciałby je przenosić ze świata na świat, nawet gdyby miało to jakiś sens. Ale czy miałoby to w ogóle sens?

W wyniku tego jedynymi dużymi drapieżnikami byli ludzie, i to oni właśnie musieli redukować liczebność tych roślin i zwierząt, które — pozostawione same sobie — nadmiernie by się rozpleniły i zagroziły samemu swemu istnieniu.

Ale jeśli z jakiegoś powodu zniknęli z jakiegoś świata ludzie, to rolę drapieżników musiały przejąć inne zwierzęta. Największymi drapieżnikami tolerowanymi, oswojonymi i karmionymi przez ludzi były psy i koty.

A jeśli zabraknie tych, którzy je karmili? Wtedy muszą same zdobywać pożywienie — dla własnego przetrwania i dla przetrwania tych, którymi się żywią, a których populacje muszą być utrzymywane na jednakowym poziomie, gdyż zbytnie zagęszczenie doprowadziłoby do szkód o wiele większych od tych, które wyrządzają drapieżniki.

A więc w takiej sytuacji psy muszą się mnożyć. Psy dużych ras polują na osłabione czy chore duże przeżuwacze, małych — na ptaki i gryzonie. Koty polują nocą, psy podczas dnia, koty pojedynczo, psy w zgrajach.

Być może w wyniku ewolucji dojdzie w końcu do powstania nowych gatunków, które zajmą nisze ekologiczne. Może niektóre psy wykształcą organy pozwalające im żyć w morzu i żywić się rybami, a niektóre koty organy pozwalające im chwytać bardziej niezdarne ptaki w powietrzu, a nie tylko na ziemi?

Wszystkie te myśli przemykały Trevizemu przez głowę, gdy starał się opanować i spokojnie zastanowić, co ma dalej robić.

Liczba psów cały czas rosła. Naliczył już dwadzieścia trzy wokół drzewa, a wciąż przybywały nowe. Jak duża była ta wataha? A zresztą, co to miało za znaczenie? I tak było ich już dużo.

Wyjął miotacz z kabury, ale chłodny metal jego kolby nie dawał mu tego poczucia bezpieczeństwa, którego tak pragnął. Kiedy ostatnio wkładał do miotacza baterię? Ile razy mógł wypalić? Na pewno nie dwadzieścia trzy.

A co z Peloratem i Bliss? Jeśli się pokażą, to czy psy nie rzucą się na nich? Czy byli bezpieczni nawet nie pokazując się? Jeśli psy wyczują dwoje ludzi w ruinach, to co je powstrzyma przed zaatakowaniem ich? Na pewno nie było tam żadnych drzwi, za którymi mogliby się schronić.

Czy Bliss może je powstrzymać albo nawet zmusić do ucieczki? Czy może przez nadprzestrzeń skoncentrować tyle energii, ile będzie potrzeba? Jak długo będzie mogła ją zachować?

Czy zatem ma wołać o pomoc? Czy przybiegną tu, jeśli zacznie krzyczeć i czy psy uciekną przed spojrzeniem Bliss? (Czy byłoby to spojrzenie czy może po prostu jakieś działanie czysto psychiczne, niedostrzegalne dla ludzi nie posiadających takich zdolności?) A może, jeśli się pojawią, to zostaną rozszarpani na kawałki na jego oczach, a on będzie mógł się tylko bezradnie temu przyglądać ze swego względnie bezpiecznego miejsca na drzewie?

Nie, będzie jednak musiał użyć miotacza. Gdyby udało mu się zabić jednego psa i odstraszyć resztę choć na chwilę, to mógłby zleźć z drzewa, zawołać Pelorata i Bliss, zabić jeszcze jednego psa, gdyby chciały wrócić, a potem wszyscy troje popędziliby na statek.

Nastawił intensywność promienia mikrofalowego na trzy czwarte. To powinno wystarczyć do zabicia psa i narobić huku. Huk odstraszy psy, a on zaoszczędzi energię.

Wycelował starannie w psa w środku zgrai, który wydawał się (przynajmniej w wyobraźni Trevizego) bardziej zły niż reszta — może tylko dlatego, że siedział spokojniej niż inne i przez to wydawał się z zimną krwią czekać na swoją ofiarę. Pies patrzył teraz prosto na miotacz, jak gdyby drwił z tego, co może zrobić Trevize.

Trevize uświadomił sobie w tym momencie, że nigdy nie wypalił z miotacza do człowieka ani nie widział, by zrobił to ktoś inny. Na treningach strzelali do manekinów zrobionych ze skóry i tworzywa sztucznego i wypełnionych wodą. Po strzale woda natychmiast podgrzewała się do punktu wrzenia i manekin z hukiem rozrywał się na strzępy.

Ale kto w czasie pokoju strzelałby do człowieka? I kto stawiłby opór, widząc wymierzony w siebie miotacz, i wymusił w ten sposób jego użycie? Tylko tu, na tym patologicznym po zniknięciu ludzi świecie…

Trevize uświadomił sobie, że słońce przesłoniła chmura — była to ta dziwna zdolność mózgu do spostrzegania rzeczy nie mających żadnego związku z tym, co naprawdę ważne — i w tym momencie wypalił.

Na linii łączącej wylot miotacza z psem zamigotało lekko powietrze — była to tylko iskierka, która szybko znikła i gdyby nie fakt, że słońce było akurat schowane za chmurą, mogłaby w ogóle umknąć uwagi.

Pies musiał odczuć początkową falę gorąca, bo zrobił lekki ruch, jak gdyby chciał podskoczyć, ale zaraz, jak tylko jego krew i płyn komórkowy zmieniły się w parę, eksplodował.

Wybuchowi, wbrew oczekiwaniom Trevizego, nie towarzyszył potężny huk, gdyż skóra psa nie była tak mocna jak powłoki manekinów, na których ćwiczył w armii. Mimo to eksplozja rozrzuciła skrwawione strzępy skóry i kości i Trevize poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła.

Psy odskoczyły, niektóre obrzucone ciepłymi jeszcze szczątkami ciała towarzysza. Trwało to jednak tylko chwilę. Stłoczyły się i zaczęły kotłować, starając się zjeść jak najwięcej z tego, co nadarzyła okazja. Trevize czuł, że robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Nie odstraszył ich, karmił je. W tej sytuacji nigdy się stąd nie oddalą. Co więcej, zapach świeżej krwi mógł zwabić więcej psów i może inne, mniejsze drapieżniki.

Dotarło do niego wołanie:

— Trevize! Go…

Spojrzał w tamtym kierunku. Z ruin wyłonili się Bliss i Pelorat. Bliss zatrzymała się i rozłożyła ręce, aby powstrzymać Pelorata. Patrzyła na psy. Sytuacja była jasna i oczywista. Nie musiała o nic pytać.

Trevize krzyknął:

— Próbowałem odgonić je, nie wciągając w to ciebie i Pelorata. Możesz je powstrzymać?

— Z trudem — powiedziała Bliss normalnym tonem, tak że Trevize zaledwie zdołał ją usłyszeć, chociaż ustało warczenie psów, jak gdyby ktoś nakrył je pochłaniającą dźwięki płachtą.

— Jest ich zbyt dużo — powiedziała Bliss — a poza tym nie znam wzoru działania ich neuronów. Na Gai nie ma żadnych dzikich zwierząt.

— Ani na Terminusie. Ani na żadnym cywilizowanym świecie — krzyknął Trevize. — Zastrzelę, ile będę mógł, a ty spróbuj powstrzymać resztę. Z mniejszą liczbą będziesz miała mniej problemów.

— Nie. Zabijanie ich przywabi tylko nowe… Zostań za mną, Pel. W żaden sposób nie możesz mnie osłonić… Trevize, ta twoja druga broń!

— Bicz neuronowy?

— Tak. To powoduje ból. Tylko daj małą moc. Małą!

— Boisz się, żebym ich nie zranił? — krzyknął ze złością Trevize. — Czy teraz pora na zastanawianie się nad świętością życia?

— Chodzi o życie Pela. I moje. Rób, jak powiedziałam. Mała moc i mierz tylko w jednego. Nie zdołam ich już dłużej powstrzymać.

Psy wyniosły się spod drzewa i otoczyły Bliss i Pelorata, którzy stali, opierając się plecami o rozsypujący się mur. Te, które znajdowały się najbliżej nich, próbowały niepewnie podejść jeszcze bliżej, skomląc cicho, jakby chciały odgadnąć, co je trzyma, skoro niczego nie mogą wywąchać ani zobaczyć. Niektóre starały się bezskutecznie wskoczyć na mur i zaatakować od tyłu.

Trevize nastawił drżącą dłonią bicz na małą moc. Bicz neuronowy zużywał o wiele mniej energii niż miotacz i jeden ładunek zasilający wystarczał na setki uderzeń, ale Trevize nie pamiętał, tak jak w przypadku miotacza, kiedy ostatnio zmieniał ładunek na nowy.

Nie musiał dokładnie celować. Przecież oszczędzanie energii nie było tu tak ważne, jak w przypadku miotacza, mógł przeciągnąć nim po całej sforze. Była to tradycyjna metoda powstrzymywania tłumu, kiedy pojawiały się oznaki świadczące, że może się on stać groźny.

Poszedł jednak za wskazówką Bliss. Wycelował w jednego psa i nacisnął spust. Pies przewrócił się na grzbiet, z podkurczonymi łapami i zaczął przenikliwie skowyczeć.

Pozostałe psy odsunęły się od niego, kładąc uszy po sobie. Potem odwróciły się i skowycząc jak ten, którego Trevize smagnął biczem, zaczęły uciekać, najpierw powoli, potem coraz prędzej, a wreszcie całym pędem. Ten, który leżał, podniósł się z trudem i zawodząc i kulejąc z bólu, pobiegł za resztą. Skowyt zamarł w oddali. Bliss powiedziała:

— Lepiej chodźmy na statek. One tu wrócą. Jeśli nie te, to inne.

Trevize miał wrażenie, że jeszcze nigdy nie otwierał tak szybko wejścia do statku. I może nigdy nie będzie się już z tym tak spieszył.


38

<p>38</p>

Zapadła noc, zanim Trevize doszedł do w miarę normalnego stanu. Kawałek syntetycznej skóry na otartej dłoni uśmierzył ból fizyczny, ale ból psychiczny nie mijał tak szybko.

Nie chodziło tu o samo wystawienie się na niebezpieczeństwo. Zareagował na nie jak każdy przeciętnie odważny człowiek. Chodziło o tę zupełnie niespodziewaną stronę, z której się pojawiło. O to, że czuł się ośmieszony. Ładnie by wyglądał, gdyby ludzie dowiedzieli się, że zgraja warczących psów zapędziła go na drzewo. Nie byłby chyba w gorszej sytuacji, gdyby to nie psy, ale rozzłoszczone kanarki zmusiły go do ucieczki.

Przez wiele godzin nasłuchiwał, czy psy nie ponowią ataku, czy nie usłyszy ich wycia i drapania pazurami o kadłub statku.

Pelorat, dla odmiany, wydawał się zupełnie spokojny.

— Nie miałem, stary, absolutnie żadnych wątpliwości, że Bliss sobie z tym poradzi, ale muszę przyznać, że umiesz doskonale posługiwać się bronią.

Trevize wzruszył ramionami. Nie był w nastroju do rozmowy na ten temat.

Pelorat trzymał w ręku swoją bibliotekę — płytę kompaktową, na której zostały zapisane wyniki jego kilkudziesięcioletniej pracy nad mitami i legendami. Szybko schronił się z nią w swej sypialni, gdzie miał mały czytnik.

Wydawał się zupełnie zadowolony z siebie. Trevize zauważył to, ale nie miał ochoty o nic pytać. Będzie miał na to czas, kiedy jego umysł nie będzie tak pochłonięty psami.

Kiedy zostali sami, Bliss powiedziała niepewnie, jakby badając, czy Trevize ma ochotę na rozmowę:

— Przypuszczam, że cię zaskoczyły.

— Całkowicie — odparł ponuro Trevize. — Kto by pomyślał, że na widok psa — psa! — będę uciekał, w obawie o życie.

— Po dwudziestu tysiącach lat bez ludzi to już nie są psy, jakie znamy. Teraz są tu na pewno głównymi dużymi drapieżnikami.

Trevize skinął głową.

— Zrozumiałem to, kiedy siedziałem na drzewie w charakterze głównej potencjalnej ofiary. Miałaś rację, mówiąc o braku równowagi ekologicznej.

— Owszem, z ludzkiego punktu widzenia, ale biorąc pod uwagę to, jak świetnie te psy wydają się dbać o swoje sprawy, zastanawiam się, czy przypadkiem to Pel nie miał racji, wysuwając przypuszczenie, że przyroda sama potrafi zadbać o równowagę i że ta względnie niewielka liczba gatunków, które zostały sprowadzone na jakiś świat może dać początek odmianom, które zapełnią nisze ekologiczne.

— To dziwne — rzekł Trevize. — Mnie to też przyszło do głowy.

— O ile, oczywiście, brak równowagi nie jest tak duży, że proces dochodzenia do niej musiałby trwać zbyt długo. W takiej sytuacji, zanim zapanowałaby równowaga, na planecie mogłyby powstać warunki uniemożliwiające istnienie życia.

Trevize mruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi. Bliss spojrzała na niego z zastanowieniem.

— Co cię skłoniło, żeby zabrać ze sobą broń? spytała.

— Na niewiele mi się ona przydała — odparł Trevize. — To twoja umiejętność…

— Niezupełnie — przerwała mu Bliss. — Potrzebna była twoja broń. W tak nagłej potrzebie, mając tylko nadprzestrzenny kontakt z resztą Gai i znajdując się wobec tylu umysłów o tak nieznanej strukturze, nie zdołałabym nic zrobić bez twojego bicza neuronowego.

— Miotacz nie zdał się na nic. Próbowałem z niego skorzystać.

— Strzał z miotacza powoduje, że pies po prostu znika. Reszta może być zaskoczona, ale nie przestraszona.

— Było jeszcze gorzej — powiedział Trevize. Zżarły szczątki. W ten sposób przekupiłem je, żeby zostały.

— No tak, taki mógł być tego skutek. Natomiast z biczem neutronowym sprawa przedstawia się inaczej. Bicz powoduje ból, a pies czujący ból wydaje dźwięki natychmiast rozpoznawane przez inne psy, które na zasadzie odruchu warunkowego same zaczynają się bać. A kiedy już odczuły strach, to wystarczyło, że trochę podrażniłam ich mózgi i uciekły.

— Zgoda, ale ty zorientowałaś się, że w tym przypadku bicz był skuteczniejszą bronią. Ja nie.

— Jestem przyzwyczajona do zajmowania się umysłami, a ty nie. Dlatego nalegałam, żebyś użył małej mocy i mierzył tylko w jednego psa. Nie chciałam dopuścić do tego, żeby ból był tak silny, by uśmiercić psa, bo wtedy nie wydałby żadnego głosu. Z drugiej strony nie chciałam, żeby działanie bicza było rozproszone między wiele psów, bo wtedy kilka by tylko lekko zaskomlało. Chciałam, żeby jeden pies poczuł odpowiednio silny ból.

— I stało się, jak chciałaś, Bliss — rzekł Trevize. — Podziałało znakomicie. Jestem ci winien wdzięczność.

— Zazdrościsz mi — odparła Bliss z zamyśleniem — bo wydaje ci się, że się ośmieszyłeś. Ale, powtarzam, bez twojej broni nie mogłabym nic zrobić. Intryguje mnie, co cię skłoniło, żeby zabrać ze sobą broń, mimo że cię zapewniłam, że na tym świecie nie ma ludzi. Zresztą nadal jestem pewna, że jest tak, jak mówiłam. A więc jak to było? Przewidziałeś to spotkanie z psami?

— Nie. Na pewno nie. Przynajmniej nie świadomie. Chociaż normalnie nie noszę broni. Kiedy byliśmy na Comporellonie, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby zabrać ze sobą broń… Ale nie dam sobie wmówić, że to była jakaś magia. To niemożliwe. Myślę, że kiedy zaczęliśmy rozmawiać o braku równowagi ekologicznej, to zupełnie podświadomie wyobraziłem sobie, że w sytuacji kiedy zabrakło ludzi, pewne zwierzęta stały się groźne. To jest zupełnie oczywiste po fakcie, ale być może miałem takie przeczucie przed faktem. I to wszystko.

— Nie zbywaj tego tak łatwo — powiedziała Bliss. — Ja też brałam udział w tej rozmowie o braku równowagi ekologicznej, a jednak nie miałam takiego przeczucia. To właśnie ten twój dar przeczuwania zdarzeń tak ceni Gaja. Rozumiem też, że musi to być dla ciebie irytujące — posiadać dar przewidywania czy przeczuwania, którego zasady ani istoty nie możesz dociec, podejmować decyzje będąc przekonanym o ich słuszności, ale nie mając ani nie znając argumentów przemawiających za ich podjęciem.

— Na Terminusie mówi się na to „robić coś na nos”.

— Na Gai mówimy „wiedzieć bez myślenia”. Nie lubisz wiedzieć bez myślenia, prawda?

— Tak, denerwuje mnie to. Nie lubię kierować się przeczuciami. Przypuszczam, że nie ma przeczucia bez powodu, ale fakt, że nie znam powodu jakiegoś przeczucia sprawia, że czuję się, jakbym nie panował nad swoim własnym umysłem, jakbym cierpiał na jakąś łagodną formę szaleństwa.

— Kiedy podjąłeś decyzję na korzyść Gai i Galaxii, opierałeś się na takim przeczuciu, a teraz szukasz powodu tego przeczucia.

— Mówiłem już to z dziesięć razy.

— A ja nie przyjmowałam tego wyjaśnienia. Przepraszam. Przyrzekam, że więcej się to nie powtórzy. Ale mam nadzieję, że nie będziesz się gniewał, jeśli będę przytaczała argumenty na korzyść Gai.

— Nie — odparł Trevize — jeśli ty zgodzisz się, że mogę ich nie przyjąć.

— A więc, czy nie wydaje ci się, że ten Nieznany Świat wraca do stanu dzikości i może nawet w końcu zapanują tu warunki uniemożliwiające w ogóle istnienie życia, tylko dlatego, że zabrakło tu jednego gatunku, gatunku istot inteligentnych, które potrafiłyby pokierować biegiem spraw? Gdyby ten świat był Gają albo, lepiej jeszcze, częścią Galaxii, coś takiego nie mogłoby się zdarzyć. Istniałby nadal umysł kierujący biegiem spraw. Byłaby nim Galaxia. Wówczas, bez względu na to, co doprowadziło do zachwiania równowagi ekologicznej, przyroda dążyłaby do jej odzyskania.

— To znaczy, że psy przestałyby zdobywać pożywienie?

— Oczywiście, że nie. Musiałyby jeść, tak samo jak ludzie, ale zdobywanie pożywienia byłoby podporządkowane celowi nadrzędnemu, utrzymywaniu równowagi ekologicznej, a nie, jak teraz, wynikało z przypadkowego układu okoliczności.

— Być może dla psa — powiedział Trevize utrata wolności nie ma żadnego znaczenia, ale dla człowieka wolność znaczy zbyt wiele… A gdyby ludzkość w ogóle przestała istnieć, gdyby znikła nie tylko z tej planety czy nawet z wielu planet, ale w ogóle z Galaktyki? Gdyby w Galaxii zabrakło w ogóle istot ludzkich? Co wtedy? Czy nadal istniałby umysł kierujący wszystkim? Czy pozostałe istoty i materia nieożywiona potrafiłyby stworzyć wspólny umysł, który sprostałby temu zadaniu?

Bliss zawahała się.

— Taka sytuacja — powiedziała w końcu — nigdy się nie zdarzyła. I nie jest prawdopodobne, aby zdarzyła się kiedykolwiek w przyszłości.

— Ale czy nie jest dla ciebie oczywiste — nie dawał za wygraną Trevize — że umysł ludzki różni się jakościowo od wszystkich innych umysłów i że gdyby go zabrakło, ta cała reszta razem wzięta nie mogłaby go zastąpić? A zatem, czy nie jest tak, że ludzie są wyjątkowymi istotami i że powinni być traktowani jako takie? Nie powinno się ich stapiać w jeden organizm, nie mówiąc już o łączeniu ze zwierzętami czy materią nieożywioną.

— Podjąłeś decyzję na korzyść Galaxii.

— Z powodu, którego nie potrafię zrozumieć.

— Może tym powodem była podświadoma obawa o skutki zachwiania równowagi ekologicznej? Może podświadomie zdałeś sobie sprawę z faktu, że każdy świat w Galaktyce znajduje się na krawędzi i że w każdej chwili może stracić równowagę i tylko Galaxia jest w stanie zapobiec katastrofie w rodzaju tej, która zdarzyła się na tym świecie, nie mówiąc już o wojnach i nieudolnym zarządzaniu?

— Nie. W chwili, kiedy podejmowałem decyzję, nie myślałem o zachwianej równowadze ekologicznej.

— A skąd masz taką pewność?

— Stąd, że chociaż w danej chwili nie wiem, co mnie skłania do takiego, a nie innego zachowania, to kiedy już po fakcie ktoś zaproponuje mi jakieś wyjaśnienie, od razu wiem, czy moje przeczucie właśnie tego dotyczyło… I tak wydaje mi się, że przeczucie mówiło mi, iż na tym świecie możemy natknąć się na groźne zwierzęta.

— Gdyby nie połączenie naszych zdolności, twojego daru przewidywania i mojej umiejętności wpływania na mózgi — powiedziała poważnie Bliss te groźne zwierzęta mogłyby nas uśmiercić. A więc zostańmy przyjacióhni.

Trevize skinął głową.

— Jeśli tego chcesz…

W jego głosie czuć było jednak pewien chłód, więc Bliss uniosła w górę brwi, ale akurat w tym momencie wpadł Pelorat, kiwając głową tak energicznie, jakby chciał ją zrzucić z szyi.

— Myślę, że mamy to — powiedział.


39

<p>39</p>

Ogólnie rzecz biorąc, Trevize nie wierzył w łatwe zwycięstwa, ale taka już jest natura ludzka, że wbrew racjonalnym argumentom wierzy się w to, w co pragnie się uwierzyć. A więc Trevize poczuł nagle suchość w gardle, ale przemógł się i spytał:

— Położenie Ziemi? Odkryłeś to, Janov?

Pelorat gapił się na niego przez chwilę, a potem powiedział, wyraźnie zgaszony:

— Hmm, niezupełnie… To znaczy, zupełnie coś innego. Zapomniałem o tym, Golan. Odkryłem w ruinach coś innego. Myślę, że to nie jest takie ważne.

Trevize wziął głęboki oddech i powiedział:

— Nie szkodzi, Janov. Każde odkrycie jest ważne. Co chciałeś nam powiedzieć?

— Hmm — odparł Pelorat. — Prawie nic nie przetrwało do naszych czasów. Rozumiesz, po dwudziestu tysiącach lat deszcz i wiatr robią swoje. Poza tym roślinność też wywiera wpływ, a zwierzęta… Mniejsza z tym. Chodzi o to, że „prawie nic” nie znaczy to samo, co „nic”. Tam, gdzie są te ruiny, musiał stać jakiś budynek użyteczności publicznej, bo znalazłem przewrócony blok kamienny czy betonowy z wyrytym na nim napisem. Napis był bardzo niewyraźny, ale zrobiłem jego zdjęcie jednym z tych aparatów; które mamy na statku, takim z wbudowanym wzmacniaczem komputerowym… Nie spytałem cię, Golan, czy mogę go wziąć, ale to było dla mnie ważne, więc…

Trevize machnął ręką ze zniecierpliwieniem.

— Mów dalej!

— Udało mi się odczytać kawałek tego napisu. Jest bardzo stary. Ale chociaż mam wprawę w odczytywaniu archaicznych zapisów i chociaż korzystałem z tego wzmacniacza komputerowego, mogłem odcyfrować tylko jeden fragment. W tym miejscu litery były większe i trochę wyraźniejsze. Być może zostały głębiej wyryte dlatego, że układają się w nazwę tego świata. Ten fragment brzmi „Planeta Aurora”, więc przypuszczam, że świat, na którym się znajdujemy, nazywa się, a raczej nazywał, Aurora.

— Musiał mieć jakąś nazwę — zauważył ironicznie Trevize.

— Owszem, ale raczej rzadko się zdarza, żeby nazwy wybierano przypadkowo. Przejrzałem dokładnie swoją bibliotekę i znalazłem dwie stare legendy, pochodzące z dwu różnych, znacznie oddalonych od siebie światów, co przemawia za tym, że powstały niezależnie od siebie… Ale mniejsza z tym. Otóż w obu tych legendach Aurora jest nazwą świtu. Można przypuszczać, że Aurom rzeczywiście znaczyła „świt” w którymś z języków pregalaktycznych.

Tak się składa, że wyrazu używanego na określenie świtu czy poranka często używa się jako nazwy dla stacji kosmicznej czy innej budowy, która jest pierwsza w swym rodzaju. A zatem, jeśli w jakimś języku ten świat został nazwany świtem, to może być również pierwszym światem w swoim rodzaju.

— Czyżbyś sugerował, że ta planeta to Ziemia, a Aurom jest jej drugą nazwą, nadaną jej dlatego, że tu był „świt” życia i ludzkości? — spytał Trevize.

— Nie wyciągałbym tak daleko idących wniosków — odparł Pelorat.

— W końcu nie ma tu ani radioaktywności, ani olbrzymiego satelity, ani gazowego olbrzyma z potężnymi pierścieniami — powiedział, nieco zgryźliwie, Trevize.

— Właśnie. Ale Deniador, zdaje się, uważał, że ten świat był jednym z tych, które zostały założone przez pierwszą falę kolonistów, przez Przestrzeńców. Jeśli tak faktycznie było, to jego nazwa, Aurora, mogłaby świadczyć, że był pierwszym z założonych przez nich światów. Być może znajdujemy się teraz na najstarszym, nie licząc Ziemi, świecie w Galaktyce. Czy to nie podniecające?

— W każdym razie interesujące, Janov, ale czy można aż tyle wywnioskować z samej nazwy Aurora?

— To jeszcze nie wszystko — odparł z ożywieniem Pelorat. — Na ile mogłem to sprawdzić w swoich materiałach, nie ma obecnie w Galaktyce żadnego świata o tej nazwie. Jestem pewien, że twój komputer zweryfikuje moją opinię. Jak już mówiłem, jest wiele różnych światów i innych obiektów, których nazwy znaczą „świt”, ale nie ma wśród tych nazw słowa „Aurora”.

— A dlaczego miałoby tam być to słowo? Jeśli jest pochodzenia pregalaktycznego, to jest mało prawdopodobne, żeby było znane.

— Ale nazwy pozostają nawet wtedy, kiedy ich znaczenie ulega zapomnieniu. Jeśli był to pierwszy skolonizowany świat, to być może był przez pewien czas najważniejszym światem w Galaktyce. W takiej sytuacji można by się spodziewać, że były też inne światy, założone później, nazywające się Nowa Aurora, Aurom Mniejsza czy jakoś tak. A więc inne…

— Może nie był to pierwszy skolonizowany świat — przerwał mu Trevize. — Może nigdy nie miał wielkiego znaczenia.

— Moim zdaniem można dać znacznie lepsze wyjaśnienie tego faktu, stary.

— Jakie?

— Jeśli — jak mówił Deniador — po pierwszej fali kolonistów ruszyła druga, która założyła wszystkie obecnie zamieszkane światy, to jest bardzo prawdopodobne, że w stosunkach między nimi panowała wrogość. W takiej sytuacji koloniści z drugiej fali, zakładając światy, które teraz istnieją, nie nadawaliby im nazw, które nosiły założone przez tych z pierwszej fali. W ten sposób z faktu, że nazwa „Aurom” nigdy się już nie powtórzyła, możemy wyciągnąć wniosek, że rzeczywiście były dwie fale kolonistów i że ten świat został założony przez ludzi z pierwszej fali.

Trevize uśmiechnął się.

— No, teraz mam już pewne pojęcie o tym, jak wy, mitologowie, pracujecie. Tworzycie wspaniałą budowlę, która być może nie ma fundamentów. Legendy mówią, że kolonistom pierwszej fali towarzyszyły liczne roboty i że to właśnie stało się przyczyną ich zagłady. A więc gdyby udało się nam znaleźć na tym świecie choćby jednego robota, to byłbym skłonny przyjąć twoją hipotezę, ale nie spodziewam się, aby po dwudziestu ty…

Pelorat, który robił takie miny, jakby chciał coś powiedzieć i nie mógł, wreszcie odzyskał głos:

— Jak to, więc nie mówiłem ci o tym, Golan?… No tak, oczywiście nie. Jestem tak przejęty, że mówię bez składu. Tam był robot.


40

<p>40</p>

Trevize potarł dłonią czoło, jakby poczuł nagły ból głowy.

— Robot? Tam był robot?

— Tak — odparł Pelorat, akcentując to energicznym kiwnięciem głową.

— Skąd wiesz, że to był robot?

— No jak to skąd? Po prostu robot. Czy mógłbym nie rozpoznać robota?

— A widziałeś przedtem jakiegoś?

— Nie, ale to był metalowy obiekt, który wyglądał jak człowiek. Miał głowę, ręce, nogi, tułów. Mówię „metalowy”, ale faktycznie była to prawie sama rdza i kiedy do niego podszedłem, to chyba wibracja spowodowana moimi krokami uszkodziła go jeszcze bardziej, bo jak wyciągnąłem rękę, żeby go dotknąć…

— Dlaczego chciałeś go dotknąć?

— Myślę, że dlatego, że nie wierzyłem własnym oczom. Była to zupełnie odruchowa reakcja. Więc jak tylko go dotknąłem, rozsypał się. Ale…

— Co?

— Zanim to się stało, wydało mi się, że w jego oczach pojawił się lekki blask i wydał taki dźwięk, jakby chciał coś powiedzieć.

— To znaczy, że on nadal działał?

— Troszeczkę, Golan. A potem się rozsypał.

Trevize odwrócił się do Bliss.

— Potwierdzasz to wszystko, Bliss?

— To był robot — powiedziała Bliss.

— I nadal działał?

— Zanim się rozsypał, zdołałam uchwycić słaby ślad aktywności neuronowej — odparła Bliss.

— A skąd tam się mogła wziąć aktywność neuronowi? Przecież robot nie posiada mózgu, składającego się z żywych komórek.

— Myślę, że ma komputerowy odpowiednik mózgu i że potrafiłabym to wykryć.

— Czy mentalność, którą wykryłeś, była specyficzna raczej dla robota niż dla człowieka?

Bliss ściągnęła usta i powiedziała:

— Ten impuls był zbyt słaby, abym mogła powiedzieć coś poza tym, że w ogóle był.

Trevize popatrzył na Bliss, potem na Pelorata i rzekł z rozdrażnieniem:

— To wszystko zmienia.


10. Roboty

41

42

43

44

45

46

<p>10. Roboty</p>
<p>41</p>

Podczas obiadu Trevize zdawał się być zatopiony w myślach, a Bliss skupiła całą uwagę na jedzeniu. Pelorat, który jako jedyny miał ochotę do rozmowy, stwierdził, że jeśli świat, na którym się znajdowali, jest Aurorą i jeśli był on pierwszym światem założonym przez osadników z Ziemi, to powinien się znajdować blisko niej.

— Może warto by było przeszukać sąsiednie systemy gwiezdne — powiedział. — Oznaczałoby to sprawdzenie najwyżej paruset gwiazd.

Trevize mruknął w odpowiedzi, że szukanie na chybił trafił to ostateczność i że nawet jeśli znajdzie Ziemię, to chce uzyskać na jej temat jak najwięcej informacji, zanim zdecyduje się wylądować. Nie powiedział nic więcej, więc Pelorat zamilkł zgaszony.

Po obiedzie Trevize w dalszym ciągu nie zdradzał ochoty do rozmowy, więc Pelorat postanowił wyciągnąć coś z niego.

— Zostajemy tu, Golan? — spytał.

— Przynajmniej na noc — powiedział Trevize. Muszę wszystko przemyśleć.

— Czy to bezpieczne?

— Jeśli nie ma tu nic groźniejszego niż psy odparł Trevize — to w statku jesteśmy zupełnie bezpieczni.

— A ile czasu zająłby nam start, gdyby okazało się, że jest tu coś groźniejszego od psów?

— Postawiłem komputer w stan pogotowia. Myślę, że udałoby się nam wystartować w czasie jednej-dwóch minut. Zresztą jeśli zdarzy się coś niespodziewanego, to komputer natychmiast nas zaalarmuje, więc proponuję, żebyśmy się wszyscy trochę przespali. Jutro rano podejmę decyzję co do naszego następnego ruchu.

„Łatwo powiedzieć” — pomyślał Trevize, kiedy zapadła ciemność. Leżał zwinięty w kłębek na podłodze sterowni. Nie było to zbyt wygodne, ale był pewien, że w tej sytuacji w łóżku też nie zasnąłby szybciej i nie spałby lepiej, a w sterowni mógł przynajmniej przystąpić natychmiast do działania, gdyby komputer wszczął alarm.

W tym momencie usłyszał odgłos kroków i odruchowo usiadł, uderzając głową o kant pulpitu nie tak mocno, żeby zranić się, ale wystarczająco silnie, aby skrzywić się z bólu. Pomalował bolące miejsce.

— Janov? — spytał stłumionym głosem, wycierając łzy, które ból wycisnął mu z oczu.

— Nie. Bliss.

Trevize zaczął macać ręką pulpit, aby uzyskać przynajmniej częściowy kontakt z komputerem i łagodne światło ukazało Bliss w jasnoróżowym szlafroku.

— O co chodzi? — spytał Trevize.

— Zajrzałam do twojej sypialni, ale cię tam nie było. Nie miałam jednak wątpliwości, że czuję twoje fale mózgowe, więc poszłam w kierunku, skąd dochodziły. Było jasne, że nie śpisz, więc weszłam.

— Dobrze, ale czego chcesz?

Usiadła przy ścianie i podciągnęła kolana pod brodę.

— Nie bój się — powiedziała. — Nie planuję zamachu na resztki twego dziewictwa.

— No myślę — odparł drwiąco Trevize. — Dlaczego nie śpisz? Potrzebujesz snu bardziej niż ja.

— Wierz mi — powiedziała cicho — że ta historia z psami bardzo mnie wyczerpała.

— Wierzę ci.

— Ale musiałam porozmawiać z tobą bez Pela.

— O czym?

— Kiedy opowiedział ci o tym robocie, powiedziałeś, że to wszystko zmienia. Co miałeś na myśli?

— Nie wiesz? Mamy trzy zestawy współrzędnych, dla trzech Zakazanych Światów. Chcę odwiedzić wszystkie trzy, aby dowiedzieć się jak najwięcej o Ziemi, zanim spróbuję ją odnaleźć.

Przysunął się do niej bliżej, żeby mogli mówić jeszcze ciszej, ale nagle szybko się odsunął.

— Słuchaj, nie chciałbym, żeby nas tu znalazł Janov — powiedział. — Nie wiem, co by sobie pomyślał.

— Nie przyjdzie tutaj. Śpi teraz. Trochę wzmocniłam jego sen. Jeśli zacznie się wiercić, to zaraz będę o tym wiedziała… Możesz mówić dalej. Chcesz zatem odwiedzić wszystkie te światy. Ale co się zmieniło?

— Początkowo nie miałem zamiaru niepotrzebnie tracić czasu na jakimkolwiek świecie. Skoro ten świat, Aurora, jest od dwudziestu tysięcy lat bezludny, to jest wątpliwe, aby zachowały się tu jakieś wartościowe informacje. Nie chcę łazić tu całymi tygodniami czy miesiącami, walcząc z psami, kotami, bykami czy innymi zwierzętami, które mogły zdziczeć i stać się niebezpieczne, w nadziei, że wśród tych ruin znajdę może jakiś strzęp informacji. Być może na którymś z pozostałych Zakazanych Światów, a może nawet na obu, żyją jeszcze ludzie i są nietknięte biblioteki. A więc chciałem odlecieć stąd jak najszybciej. Może bylibyśmy już w przestrzeni i spalibyśmy sobie spokojnie.

— Ale?

— Ale jeśli na tym świecie znajdują się jeszcze funkcjonujące roboty, to może moglibyśmy od nich uzyskać jakieś informacje. Byłoby bezpieczniej zająć się robotami niż ludźmi, bo z tego, co słyszałem, muszą one stosować się do ludzkich poleceń i nie mogą skrzywdzić żadnej ludzkiej istoty.

— A więc zmieniłeś zamiary i chcesz tu jeszcze trochę zostać, aby poszukać robotów.

— Nie, Bliss, nie chcę. Wydaje mi się, że żaden robot nie może bez konserwacji przetrwać dwudziestu tysięcy lat… No, ale skoro widziałaś tu robota, w którym tliła się jeszcze iskierka energii, to jest oczywiste, że nie mogę polegać na swoich zdrowo rozsądkowych sądach o robotach. Nie mogę pozwolić, żeby kierowała mną niewiedza. Może roboty są bardziej odporne niż mi się wydawało, a może potrafią się same konserwować.

— Posłuchaj mnie — powiedziała Bliss — i, proszę, zachowaj to w sekrecie.

— W sekrecie? — spytał Trevize, podnosząc ze zdziwienia brwi. — Przed kim?

— Ćśś! Oczywiście przed Pelem. Słuchaj, nie musisz zmieniać swego planu. Miałeś rację. Na tym świecie nie ma już funkcjonujących robotów. Niczego nie wykryłam.

— Wykryłaś tego jednego, a jeśli jest ten jeden…

— Wcale go nie wykryłam. On nie funkcjonował, i to od dawna.

— Ale powiedziałaś…

— Wiem, co powiedziałam. Pelowi wydawało się, że widzi ruch i słyszy głos. Ale on jest marzycielem. Całe życie poświęcił na zbieranie danych, ale w ten sposób trudno zyskać sławę w nauce. On bardzo chce dokonać jakiegoś ważnego odkrycia. Odkrycie słowa „Aurora” było niezbitym faktem i uszczęśliwiło go bardziej, niż sobie wyobrażasz. Pragnął znaleźć coś więcej.

— Chcesz powiedzieć, że tak bardzo pragnął dokonać odkrycia, że sam sobie wmówił, że robot, którego znalazł, jest nadal sprawny?

— Znalazł kawał zardzewiałego żelastwa, w którym nie było więcej świadomości niż w skale, o którą był oparty.

— Ale potwierdziłaś jego opowieść.

— Nie mogłam obrabować go z jego odkrycia. On znaczy dla mnie tak wiele.

Trevize patrzył na nią przez dobrą minutę, a potem powiedział:

— Możesz mi wyjaśnić, dlaczego on znaczy dla ciebie tak wiele? Chcę wiedzieć. Naprawdę chcę to wiedzieć. Dla ciebie jest on na pewno starszym mężczyzną, w którym nie ma nic romantycznego. Jest izolem, a ty pogardzasz izolami. Jesteś młoda i ładna i na pewno są takie elementy Gai, które mają ciała młodych i przystojnych mężczyzn. Z nimi mogłabyś mieć związki fizyczne, które, potęgowane przez Gaję, wzniosłyby cię na szczyty rozkoszy. Co takiego widzisz w Janovie?

Bliss spojrzała poważnie na Trevizego.

— A ty go nie kochasz? — spytała.

Trevize wzruszył ramionami.

— Lubię go. Myślę, że jeśli pozbawić to podtekstu erotycznego, to możesz powiedzieć nawet, że go kocham.

— Znasz go od niedawna. A więc dlaczego go kochasz, na swój nieerotyczny sposób?

Trevize uśmiechnął się bezwiednie.

— To naprawdę dziwny facet. Jestem święcie przekonany, że nigdy nawet nie pomyślał o sobie. Polecono mu lecieć ze mną, więc poleciał. Bez żadnego sprzeciwu. Chciał, żebyśmy polecieli na Trantor, ale kiedy powiedziałem, że chcę lecieć na Gaję, nie protestował. Teraz udał się ze mną na poszukiwanie Ziemi, chociaż wie, że to niebezpieczne. Jestem zupełnie pewien, że gdyby musiał za mnie czy za kogokolwiek innego oddać życie, to zrobiłby to. I to bez żalu.

— A ty oddałbyś życie za niego?

— Być może, gdybym nie miał czasu do namysłu. Gdybym miał czas, żeby to przemyśleć, to zawahałbym się i mógłbym stchórzyć. Nie jestem taki dobry, jak on. I właśnie dlatego odczuwam silną potrzebę chronienia go i dbania o jego dobro. Nie chcę, żeby Galaktyka nauczyła go, że nie warto być dobrym. Rozumiesz? A szczególnie muszę go chronić przed tobą. Nie mogę znieść myśli, że pewnego dnia rzucisz go dla jakiejś błahej przyjemności.

— Przypuszczałam, że myślisz coś takiego. Nie uważasz, że widzę w nim to samo, co ty, a nawet więcej, bo mogę kontaktować się bezpośrednio z jego umysłem? Czy zachowuję się tak, jakbym chciała go zranić? Czy potwierdziłabym te jego urojenia, że widział funkcjonującego robota, gdybym nie wiedziała, że w przeciwnym razie sprawię mu przykrość i nie chciała tego uniknąć? Jestem przyzwyczajona do tego, co nazywasz dobrocią, gdyż każdy element Gai jest gotów poświęcić się dla dobra całości. Nie znamy i nie potrafimy zrozumieć innych motywów. Ale też, postępując w ten sposób, nic nie tracimy, gdyż każdy element jest całością, choć myślę, że nie jesteś w stanie tego pojąć. Z Pelem sprawa wygląda inaczej.

Bliss nie patrzyła na Trevizego. Wyglądała tak, jakby mówiła sama do siebie.

— On jest izolem. Jest bezinteresowny nie dlatego, że jest elementem większej całości. Jest bezinteresowny i niesamolubny dlatego, że taki już jest. Rozumiesz, co mam na myśli? Ma wszystko do stracenia, chociaż nie ma nic do zyskania, a jednak jest, jaki jest. Zawstydza mnie, gdyż ja jestem taka, nie bojąc się, że coś stracę, a on jest, jaki jest, nie mając nadziei, że coś przez to zyska. — Znowu spojrzała na Trevizego. Miała poważną minę. Rozumiesz teraz, o ile więcej wiem o nim niż ty? I nadal myślisz, że mogłabym go skrzywdzić?

— Bliss — rzekł Trevize — powiedziałaś dzisiaj: „Zostańmy przyjaciółmi”, a ja na to odparłem: „Jeśli tego chcesz”. Nie było to zbyt uprzejme z mojej strony, ale pomyślałem o tym, co możesz zrobić Janovowi. Teraz moja kolej. Zostańmy przyjaciółmi, Bliss. Możesz dalej przytaczać argumenty na korzyść Galaxii, a ja mogę ich nie przyjmować, ale mimo tego możemy być przyjaciółmi. — Wyciągnął do niej rękę.

— Oczywiście — powiedziała i uścisnęła mocno jego dłoń.

<p>42</p>

Trevize uśmiechnął się w duchu. Kiedy siedział przy komputerze starając się zlokalizować gwiazdę (jeśli w ogóle była tam jakaś gwiazda), której położenie określały współrzędne z pierwszego zestawu, i Pelorat i Bliss bacznie się temu przyglądali, i zasypywali go pytaniami. Teraz byli w swojej kabinie i spali, a w każdym razie odpoczywali, zostawiwszy mu całe to zadanie.

W pewnym sensie pochlebiało mu to, bo zdawało się świadczyć o tym, że zaakceptowali fakt, iż on doskonale wie, co robi, i nie potrzebuje żadnej kontroli, pomocy ani zachęty. Skoro już o tym mowa, to Trevize przekonał się doświadczalnie, że powinien bardziej polegać na komputerze i że urządzenie to nie potrzebuje żadnej kontroli, a w każdym razie potrzebuje jej o wiele mniej.

Pojawiła się inna gwiazda, bardzo jasna i nie oznaczona na mapie Galaktyki. Była nawet jaśniejsza od gwiazdy, wokół której krążyła Aurom, co czyniło jeszcze bardziej zastanawiającym fakt, że nie było 0 niej żadnych informacji w banku danych komputera.

Trevizego zdumiewały osobliwe cechy zachowanych przez tradycję przekazów ze starożytności. Całe wieki mogły się nałożyć na siebie albo osunąć się w zapomnienie. Mogła zaginąć pamięć o całych cywlizacjach, ale zdarzało się, że z tej masy faktów zostawał szczegół czy dwa i tradycja przekazywała je w absolutnie nie zmienionym kształcie, tak jak te zbiory współrzędnych.

Podzielił się kiedyś tym spostrzeżeniem z Peloratem, na co Pelorat natychmiast odparł, że to właśnie czyni badania nad mitami i legendami tak pociągającymi. „Cały dowcip w tym — powiedział Pelorat — żeby zdecydować, które elementy danej legendy przedstawiają wiernie rzeczywistość, a więc odpowiadają prawdzie. Nie jest to bynajmniej łatwe. Różni mitologowie wybierają różne elementy tej samej legendy, kierując się zazwyczaj tym, czy pasują one do ich interpretacji.”

W każdym razie gwiazda ta znajdowała się akurat tam, gdzie powinna być. A jeśli rzeczywiście tam będzie, to Trevize będzie skłonny uwierzyć, że i reszta legendy, mówiąca o tym, że było w sumie pięćdziesiąt Zakazanych Światów, jest również (mimo iż liczba ta była podejrzanie okrągła) prawdziwa, i zacznie się zastanawiać, gdzie może leżeć pozostałych czterdzieści siedem.

Wkrótce komputer odkrył, krążący wokół gwiazdy, nadający się do zamieszkania świat, Zakazany Świat, ale w tej chwili nie zaskoczyło to już ani odrobinę Trevizego. Był absolutnie pewien, że ten świat tam będzie. Skierował „Odległą Gwiazdę” na orbitę wokół planety i zmniejszył prędkość.

Warstwa chmur była na tyle rzadka, że można było dość dobrze zobaczyć z przestrzeni powierzchnię planety. Tak jak na prawie wszystkich zamieszkanych światach, tak i na tym świecie znajdowały się duże zbiorniki wodne. Widać było nie przedzielony żadnymi lądami ocean w strefie tropikalnej i dwa oceany w strefach biegunowych. W jednej ze stref umiarkowanych rozciągał się wijący się kontynent, o zatokach z każdej strony, powodując, że tu i ówdzie ląd zwężał się do przesmyku. W drugiej strefie umiarkowanej ląd rozdzielał się na trzy duże części, z których każda była szersza w przekroju północno-południowym niż kontynent na drugiej półkuli.

Trevize żałował, że nie zna się na klimatologii na tyle, by z tego, co widzi, móc wywnioskować, jakie panują tam pory roku i temperatury. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie polecić komputerowi, aby rozwiązał ten problem, ale sprawa klimatu nie była najważniejsza.

O wiele ważniejsze było to, że i tym razem komputer nie odkrył promieniowania, które mogłoby pochodzić z urządzeń technicznych. Dzięki teleskopowi przekonał się, że przynajmniej ta planeta nie evyglądała jak nadgryziona przez mole i że nie było na niej śladu pustyni. Przesuwający się w dole ląd był w różnych odcieniach zieleni, ale nie widać było żadnych znaków miast po stronie oświetlonej ani świateł po stronie zacienionej.

Czyżby i na tej planecie istniały różne formy życia, z wyjątkiem człowieka?

Zastukał do drzwi sypialni Pelorata.

— Bliss! — powiedział stłumionym głosem i zastukał jeszcze raz.

Zza drzwi dobiegł szelest i głos Bliss:

— Słucham.

— Możesz wyjść? Potrzebuję twojej pomocy.

— Zaczekaj chwilę, niech się trochę ogarnę, żeby jakoś wyglądać.

Kiedy wreszcie wyszła, Trevize stwierdził, że nie wygląda gorzej niż zazwyczaj. Był trochę zły, że kazała mu czekać, bo było mu wszystko jedno, jak wygląda. Ale teraz byli przyjaciółmi, więc stłumił złość.

— Co mogę dla ciebie zrobić? — spytała z uśmiechem.

Trevize machnął ręką w stronę ekranu.

— Jak widzisz, przelatujemy właśnie nad powierzchnią świata, który wygląda na zupełnie zdrowy. Część lądowa pokryta jest bujną roślinnością. Niestety, nie widać ani świateł po stronie, gdzie jest teraz noc, ani nie czuje się żadnego promieniowania. Skup się, proszę, posłuchaj uważnie i powiedz mi, czy są tam jakieś zwierzęta. Wydawało mi się, że w pewnym miejscu widzę stado pasących się zwierząt, ale nie byłem pewien. Może mnie też zdarzyło się ujrzeć to, co bardzo chciałem zobaczyć.

Bliss „słuchała”. W każdym razie na jej twarzy widać było wyraz dziwnego napięcia.

— O tak — powiedziała — istnieje tu bogata fauna.

— Ssaki?

— Na pewno.

— A ludzie?

Teraz wyglądało na to, że skoncentrowała się jeszcze bardziej. Minęło dobrych parę minut, zanim się odprężyła.

— Trudno powiedzieć. Parę razy zdawało mi się, że odkryłam tchnienie inteligencji wystarczająco dużej, aby można ją wziąć za ludzką. Ale było to tak słabe i występowało tak sporadycznie, że może ja też wyczułam to, co bardzo chciałam wyczuć. Widzisz…

Przerwała i pogrążyła się w myślach. Trevize ponaglił ją:

— No?

— Problem w tym, że zdaje mi się, iż wykryłam coś innego. Jest to coś, z czym się dotąd nie spotkałam, ale myślę, że to nie może być nic innego jak…

Jej twarz ściągnęła się. Zaczęła ponownie „nashachiwać”, jeszcze intensywniej niż poprzednio.

— No i…? — spytał Trevize.

Odprężyła się. — Myślę, że nie może to być nic innego jak roboty.

— Roboty!

— Tak, a jeśli wykryłam je, to z pewnością byłabym też w stanie wykryć ludzi. Ale nie wykryłam.

— Roboty! — powtórzył Trevize, marszcząc czoło.

— Tak. I jeśli się nie mylę, to w dużej liczbie.

<p>43</p>

Pelorat powiedział „Roboty!” dokładnie takim samym tonem jak Trevize, kiedy mu o nich oznajmił. Potem uśmiechnął się lekko.

— Miałeś rację, Golan a ja byłem w błędzie, wątpiąc w słuszność twojej decyzji.

— Nie przypominam sobie, Janov, żebyś wątpił w słuszność mojej decyzji.

— Och, stary, nie uważałem za właściwe, żeby ująć to w słowach. Ale myślałem w głębi duszy, że było błędem odlatywać z Aurory, kiedy była szansa, że możemy wypytać jakiegoś robota, który przetrwał do naszych czasów. Teraz jednak jest jasne, że wiedziałeś, iż tutaj będzie większa liczba robotów.

— Nic podobnego, Janov. Nie wiedziałem. Po prostu zaryzykowałem. Bliss powiada, że ich pola myślowe zdają się wskazywać, że funkcjonują bez zarzutu, a mnie się z kolei zdaje, że nie mogłyby tak funkcjonować, gdyby nie było tu ludzi dbających o ich stan techniczny. Jednak Bliss nie może wykryć tu obecności żadnych ludzi, więc szukamy dalej.

Pelorat popatrzył z zadumą na ekran.

— To wszystko to chyba las, prawda?

— Przeważnie. Ale są tam też gołe przestrzenie. Może to łąki. Problem w tym, że nie widzę miast ani świateł po przeciwnej stronie. Nie ma też żadnego promieniowania, oprócz cieplnego.

— A więc nie ma tu ludzi?

— Sam jestem ciekaw. Bliss jest w kuchni i próbuje się skoncentrować. Wybrałem, oczywiście arbitralnie, jeden południk jako zerowy, co znaczy, że komputer sporządził mapę planety, na której można ustalić długość i szerokość geograficzną. Bliss ma specjalne urządzenie z guzikiem, który naciska za każdym razem, kiedy natrafi na coś, co wydaje się niezwykłą koncentracją mózgowej aktywności robotów — myślę, że w odniesieniu do robotów nie można użyć terminu „aktywność neuronowi” lub na jakiś ślad ludzkiej myśli. Urządzenie to jest podłączone do komputera, dzięki czemu komputer nanosi natychmiast odpowiedni punkt na mapę. Potem każemy mu wybrać któryś z tych punktów i znaleźć odpowiednie miejsce do lądowania.

Pelorat zrobił zakłopotaną minę.

— Czy to rozsądne zostawiać wybór komputerowi? — spytał.

— A dlaczego nie? To bardzo kompetentny komputer. Poza tym jeśli nie wie się samemu, na jakiej podstawie dokonać takiego wyboru, to nie zaszkodzi wziąć przynajmniej pod rozwagę wyboru dokonanego przez komputer.

Twarz Pelorata rozjaśniła się.

— Coś w tym jest, Golan — powiedział. — Niektóre z najstarszych legend zawierają opowieści o tym, że ludzie dokonywali wyboru rzucając sześciokątne kostki na ziemię.

— Tak? I co to daje?

— Na każdym boku takiej kostki była zapisana pewna decyzja… no tak… zaraz, nie… a może… no mniejsza z tym… i tak dalej. Uważano, że ten bok, który po wylądowaniu kostki na ziemi znalazł się na górze, zawiera radę, zgodnie z którą należy postąpić. Był też inny sposób. Na tarczę zawierającą otwory, w których wypisane były różne decyzje, rzucano kulkę i podejmowano decyzję wypisaną nad otworem, w którym zatrzymała się ta kulka. Niektórzy mitologowie twierdzą, że były to raczej gry hazardowe niż loterie, ale moim zdaniem to jedno i to samo.

— W pewnym sensie — rzekł Trevize — my też podejmujemy taką grę wybierając miejsce lądowania.

Bliss wyszła z kuchni akurat w porę, żeby usłyszeć ostatnie zdanie.

— Nie podejmiemy żadnej gry — powiedziała. — Wiele razy nacisnęłam guzik z napisem „Być może”, aż w końcu, raz, guzik z napisem „Tak”. I właśnie tam wylądujemy.

— A co spowodowało, że nacisnęłaś ten z „Tak”? — spytał Trevize.

— Uchwyciłam „powiew” ludzkiej myśli. Z pewnością. Nie ma mowy o pomyłce.

<p>44</p>

Było po deszczu, gdyż trawa była mokra. Niebo pokryte było chmurami, które jednak zaczynały się rozchodzić.

„Odległa Gwiazda” miękko wylądowała w pobliżu kępy drzew. „,Na wypadek, gdyby okazało się, że są tu zdziczałe psy” — pomyślał Trevize pół żartem, pół serio). Teren wokół statku wyglądał na łąkę, a kiedy schodzili do lądowania, a więc znajdowali się na wysokości, z której można było ogarnąć spojrzeniem większy obszar, Trevizemu wydało się, że widzi sady i pola uprawne, a także — tym razem nie było wątpliwości — pasące się zwierzęta.

Nigdzie nie widać było jednak żadnych budynków. W całym krajobrazie nie było nic sztucznego, z wyjątkiem regularnych rzędów drzew w owych sadach i prostych linii wyznaczających granice pól, które na pewno nie były dziełem natury w większym stopniu niż na przykład stacja mikrofalowa.

Czy jednak mogło to być dziełem samych robotów? Czy nie kryli się za tym ludzie?

Trevize spokojnie zakładał pas z bronią. Tym razem dokładnie sprawdził zarówno miotacz, jak i bicz neuronowy i upewnił się, że broń ma komplet ładunków. W pewnym momencie pochwycił spojrzenie Bliss i przerwał zapinanie pasa.

— Załóż go — powiedziała. — Nie sądzę, żebyś miał okazję zrobić użytek z broni, ale tak samo myślałam za pierwszym razem, prawda?

— A ty nie chcesz wziąć ze sobą broni, Janov? — spytał Trevize.

Pelorat potrząsnął głową.

— Nie, dziękuję. Mając przy sobie ciebie z bronią fizyczną i Bliss z bronią psychiczną, czuję się zupełnie bezpieczny. Może to wygląda na tchórzostwo, że kryję się za wami, ale nie wstydzę się tego. Przeciwnie — cieszę się, że w żadnym przypadku nie będę musiał użyć siły.

— Rozumiem — odparł Trevize. — Tylko nie chodź nigdzie sam. Jeśli my się rozdzielimy, to pójdziesz z jednym z nas i pod żadnym pozorem, choćby cię nawet rozsadzała ciekawość, nie możesz się oddalać.

— Nie martw się o niego — powiedziała Bliss. — Będę miała na niego oko.

Trevize pierwszy zszedł na powierzchnię. Po deszczu wiał orzeźwiający, nieco chłodny wiatr, ale Trevize powitał to z zadowoleniem. Przed deszczem było prawdopodobnie bardzo parno.

Ze zdziwieniem wciągnął nosem powietrze. Zapach planety był rozkoszny. Wiedział, że każda planeta ma swój własny, specyficzny zapach, który dla przybysza z innego świata jest zawsze dziwny i zazwyczaj nieprzyjemny, może po prostu dlatego, że obcy i dziwny. Czyżby obcy zapach mógł też być przyjemny? A może wszystko to brało się stąd, że wylądowali tu zaraz po deszczu, w dodatku w odpowiedniej porze roku, bez względu na to, jaka akurat była to pora…

— Chodźcie — powiedział. — Jest tu zupełnie przyjemnie.

Pelorat zszedł do niego i rzekł:

— „Przyjemnie” to odpowiednie słowo. Myślisz, że zawsze jest tu taki zapach?

— To nieważne. Po godzinie i tak przyzwyczailibyśmy się do panującego tu zapachu. Nasze komórki węchowe byłyby nim już tak przesycone, że nie czulibyśmy nic.

— Szkoda.

— Trawa jest mokra — powiedziała Bliss, z odcieniem niezadowolenia w głosie.

— No to co? Przecież na Gai też pada! — powiedział Trevize i akurat w tej chwili przez chmury przebił się promień słońca. Wyglądało na to, że niedługo rozpogodzi się zupełnie.

— Owszem — odparła Bliss — ale wiemy, kiedy będzie deszcz i możemy się na to przygotować.

— To niedobrze — rzekł Trevize. — Dużo przez to tracicie. Niespodzianki dostarczają dużo emocji.

— Masz rację — zgodziła się Bliss. — Postaram się przestać zachowywać jak prowincjuszka.

Pelorat rozejrzał się wokół i powiedział rozczarowanym głosem:

— Zdaje się, że nic tu nie ma.

— Tylko zdaje się — powiedziała Bliss. — Zbliżają się do nas, ale zasłania ich to wzniesienie. Wskazała ręką. — Myślisz, że powinniśmy wyjść im naprzeciw? — spytała Trevizego.

Trevize potrząsnął głową.

— Nie. Przelecieliśmy wiele parseków, żeby się z nimi spotkać. Oni też mogą przejść kawałek. Zaczekamy tutaj.

Na razie nie widzieli nic. Tylko Bliss wyczuwała, że się zbliżają. W końcu na szczycie wzniesienia ukazała się jakaś postać, a potem druga i trzecia.

— Myślę, że na razie to wszyscy — powiedziała Bliss.

Trevize przyglądał się z zaciekawieniem. Chociaż nigdy przedtem nie widział robota, nie miał nawet cienia wątpliwości, że to, co widzi, to roboty. Miały ludzkie, lecz schematyczne kształty, aczkolwiek nie było wcale oczywiste, że wykonane są z metalu. Ich powierzchnia była matowa, co stwarzało złudzenie, że jest pokryta jakimś miękkim tworzywem, przypominającym plusz.

Ale czy to było rzeczywiście złudzenie? Poczuł nagle nieprzepartą ochotę, aby dotknąć któregoś z nich. Jeśli ta planeta była naprawdę Zakazanym Światem i jeśli nigdy nie lądowały na niej statki kosmiczne — a musiała to być prawda, gdyż słońca, wokół którego krążyła, nie było na żadnej mapie Galaktyki — to „Odległa Gwiazda” i ludzie, którzy na niej tu przybyli, musiała być czymś, z czym te roboty nigdy się jeszcze nie spotkały. A jednak reagowały tak pewnie, jak gdyby niejeden raz znalazły się w takiej sytuacji.

— Tutaj możemy otrzymać informacje, których nie znajdziemy w żadnym innym miejscu Galaktyki — powiedział cicho. — Moglibyśmy zapytać ich o położenie Ziemi względem tego świata. Jeśli je znają, to je nam podadzą. Kto wie od jak dawna one funkcjonują. Może znają te dane z własnego doświadczenia? Pomyślcie o tym.

— Ale też — powiedziała Bliss — mogły zostać wykonane zupełnie niedawno. W takiej sytuacji mogą nic nie wiedzieć.

— Albo może wiedzą, ale nam nie powiedzą dodał Pelorat.

— Myślę — powiedział Trevize — że jeśli nie otrzymały polecenia, żeby nic nam nie mówić, to nie mogą nic nie powiedzieć, ale dlaczego ktoś miałby im wydawać takie polecenie, skoro nikt tu nie spodziewał się naszego przybycia?

Roboty zatrzymały się trzy metry przed nimi. Stały nieruchomo, nic nie mówiąc.

Trevize, z ręką na kolbie miotacza, nie odwracając wzroku od robotów spytał Bliss:

— Potrafisz stwierdzić, czy są nastawione wrogo? — Musisz wziąć pod uwagę fakt, że nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z takimi umysłami, ale nie wykrywam niczego, co świadczyłoby o ich wrogim stosunku.

Trevize zdjął rękę z kolby, ale trzymał ją w pobliżu. Podniósł lewą rękę, spodem dłoni zwróconą w kierunku robotów, mając nadzieję, że zostanie to zrozumiane jak znak pokoju, i powiedział powoli:

— Pozdrawiam was. Przybyliśmy tu w pokojowych zamiarach.

Środkowy robot kiwnął niezdarnie głową, co optymista mógłby również uznać za gest pokoju i odpowiedział na jego słowa.

Trevizemu opadła szczęka. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że można nie móc się porozumieć w tak podstawowych sprawach. Jednakże to, co mówił robot, w niczym nie przypominało języka ogólnogalaktycznego. Trevize nie zrozumiał ani słowa.

<p>45</p>

Zaskoczenie Pelorata było równie wielkie jak Trevizego, ale dość przyjemne.

— Czy to nie dziwne? — powiedział.

Trevize obrócił się do niego i odparł cierpko:

— Nie dziwne, ale głupie. Plecie coś bez sensu.

— Wcale nie. To galaktyczny, tyle że bardzo stary. Rozpoznałem parę słów. Pewnie zrozumiałbym wszystko bez problemu, gdybym miał to na piśmie. Przeszkadza mi to, że nie znam wymowy.

— No to co on powiedział?

— Myślę, że powiedział, że cię nie rozumie.

— Nie wiem, co powiedział — wtrąciła się Bliss — ale wyczuwam u niego wyraźne zakłopotanie, a to pasuje do tego, co mówi Pel. Oczywiście, jeśli moja analiza emocji robota jest poprawna albo jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak emocje robota.

Pelorat zwrócił się do robotów. Mówił powoli i z wyraźnym trudem, ale gdy skończył, wszystkie roboty, jak na komendę, skinęły głowami.

— Co im powiedziałeś? — spytał Trevize.

— Powiedziałem, że trudno mi mówić, ale że spróbuję, tylko muszą trochę poczekać. O rany, stary, to niesamowicie ciekawe.

— Niesamowicie irytujące — mruknął Trevize.

— Widzisz, na każdej zamieszkanej planecie język galaktyczny rozwija się w nieco inny sposób, tak że w tej chwili istnieje z milion dialektów, czasami prawie niezrozumiałych. Na szczęście jest ogólnogalaktyczny, który łączy te wszystkie odmiany. Jeśli ten świat trwał w izolacji przez dwadzieścia tysięcy lat, to dialekt tutejszy powinien stać się językiem całkowicie odmiennym od tego, którego używa reszta Galaktyki. To, że tak się nie stało, jest pewnie skutkiem faktu, że panujący tu system społeczny opiera się na robotach, które rozumieją tylko polecenia wydawane w języku, w którym zostały zaprogramowane. Zamiast więc przeprogramowywać roboty zachowano język w nie zmienionym stanie i w rezultacie mamy tu teraz do czynienia z jakąś bardzo archaiczną formą galaktycznego.

— Oto przykład — powiedział Trevize — świadczący o tym, że zrobotyzowane społeczeństwo ulega stagnacji i zaczyna się degenerować.

— Ależ, kochany — zaprotestował Pelorat — to, że język pozostaje względnie niezmienny, wcale nie musi świadczyć o degeneracji. Ma to swoje dobre strony. Nawet po upływie tysięcy lat teksty dokumentów są zrozumiałe, dzięki czemu zapiski historyczne są bardziej szanowane i chronione. Tymczasem w pozostałych częściach Galaktyki nawet język edyktów imperatorów z czasów Hariego Seldona zaczyna być niezrozumiały.

— A znasz ten archaiczny galaktyczny?

— „Znasz” to za dużo powiedziane, Golan. Po prostu badając starożytne mity i legendy, zacząłem się w nim orientować. Słownictwo nie tak bardzo różni się od naszego, ale odmiana wyrazów jest inna. Poza tym są tam zwroty idiomatyczne, które dawno wyszły z użycia, no i, jak już mówiłem, całkowicie zmieniła się wymowa. Mogę być tłumaczem, ale raczej kiepskim.

Trevize głęboko westchnął.

— Lepsze to niż nic. Bierz się do roboty, Janov.

Pelorat odwrócił się do robotów, czekał chwilę, a potem obejrzał się na Trevizego.

— Co mam im powiedzieć? — spytał.

— To samo, co zawsze. Zapytaj, gdzie jest Ziemia.

Pelorat mówił wolno, robiąc po każdym słowie przerwę i zawzięcie gestykulując.

Roboty popatrzyły po sobie, wymieniając między sobą jakieś dźwięki. Potem środkowy odezwał się do Pelorata, który w odpowiedzi rozłożył szeroko ręce, jak gdyby rozciągał gumę. Robot przemówił ponownie, starannie oddzielając słowa, tak jak poprzednio Pelorat.

— Nie jestem pewien — rzekł w końcu Pelorat do Trevizego — cry one rozumieją, o co mi chodzi. Zdaje mi się, że one myślą, że pytam o jakieś miejsce na tej planecie i mówią, że nic nie wiedzą o miejscu, które nazywałoby się Ziemią.

— Powiedziały jak nazywa się ta planeta?

— Jeśli dobrze zrozumiałem, to nazywają ją Solarią.

— Natknąłeś się kiedy na tę nazwę w tych swoich legendach?

— Nie… tak jak nigdy nie natknąłem się na nazwę Aurora.

— No to spytaj je, czy na niebie, wśród gwiazd, jest jakieś miejsce o nazwie Ziemia. Wskaż na niebo.

Pelorat zamienił kilka zdań z robotami. Odwrócił się do Trevizego i powiedział:

— Udało mi się z nich wydobyć tylko tyle, że na niebie nie ma żadnych miejsc.

— Spytaj, ile mają lat — powiedziała Bliss — a raczej, od jak dawna pracują.

— Nie wiem, jak powiedzieć „pracują” — rzekł Pelorat, potrząsając głową: — Zresztą nie jestem pewien nawet tego, czy potrafię powiedzieć „ile lat”. Nie jestem zbyt dobrym tłumaczem.

— Postaraj się zrobić, co możesz, Pel — powiedziała Bliss.

Po dłuższej wymianie słów Pelorat rzekł:

— Pracują od dwudziestu sześciu lat.

— Od dwudziestu sześciu lat — mruknął zdegustowany Trevize. — Są niedużo starsze od ciebie, Bliss.

— Tak się składa… — zaczęła w nagłym przypływie dumy Bliss.

— Tak, wiem. Jesteś Gają i masz wiele tysięcy lat… W każdym razie te roboty nie wiedzą nic o Ziemi z własnego doświadczenia, a w ich pamięci nie ma żadnych informacji oprócz tych, które są niezbędne do ich sprawnego działania. W związku z tym nie wiedzą nic o astronomii.

— Gdzieś tutaj mogą być pierwsze roboty — powiedział Pelorat.

— Wątpię — odparł Trevize — ale spytaj o to, jeśli potrafisz znaleźć odpowiednie słowa.

Tym razem Pelorat rozmawiał z robotami dosyć długo, a kiedy skończył, na jego czerwonej z wysiłku twarzy malował się wyraz przygnębienia.

— Golan — powiedział — nie rozumiem nawet połowy z tego, co mi próbują powiedzieć, ale wychwyciłem z tego tyle, że starsze roboty używane są do prac fizycznych i w ogóle nic nie wiedzą. Gdyby ten robot był człowiekiem, to przysiągłbym, że mówi o nich z pogardą. Te trzy roboty są, jak mi powiedziały, robotami domowymi i nie pozwala im się zestarzeć, zanim się ich nie zastąpi nowymi. One są tymi, które rzeczywiście wiedzą coś o świecie. To ich sformułowanie, nie moje.

— Nie wiedzą zbyt dużo — jęknął Trevize. Przynajmniej o tym, co my chcemy wiedzieć.

— Teraz żałuję — powiedział Pelorat — że tak pospiesznie odlecieliśmy z Aurory. Gdybyśmy znaleźli tam jakiegoś funkcjonującego robota, a na pewno byśmy znaleźli, bo w tym pierwszym, na którego się natknąłem, tliła się jeszcze iskierka życia, to wiedziałby coś o Ziemi z własnego doświadczenia.

— Jeśli jego pamięć byłaby nienaruszona rzekł Trevize. — Zresztą zawsze możemy tam wrócić i jeśli zajdzie taka potrzeba, to wrócimy, bez względu na psy… Ale jeśli te roboty nie mają nawet trzydziestu lat, to musi być tu ktoś, kto je wytwarza i myślę, że ten ktoś jest człowiekiem. — Odwrócił się do Bliss. — Jesteś pewna, że nie wyczułaś tu obecności…

Bliss uciszyła go, wyciągając w górę rękę. Na jej twarzy widać było napięcie.

— Właśnie nadchodzi — powiedziała cicho. Trevize zwrócił wzrok w stronę wzgórza. Mignęła za nim, a potem ukazała się na jego szczycie i zaczęła ku nim schodzić postać, która niewątpliwie należała do rodzaju ludzkiego. Kiedy się zbliżyła, spostrzegł, że ma bladą cerę i długie, jasne włosy, odstające nieco z boków głowy. Miała poważną, ale z wyglądu dość młodą twarz. Gołe ręce i nogi nie były zbyt umięśnione.

Roboty rozstąpiły się i przybysz stanął między nimi. Potem przemówił czystym, miłym głosem. Choć używał archaicznych słów, zrozumieli go bez kłopotu. Mówił językiem ogólnogalaktycznym.

— Bądźcie pozdrowieni, przybysze z przestrzeni — powiedział. — Czego chcecie od moich robotów?

<p>46</p>

Trevize nie popisał się. Spytał niemądrze:

— Mówisz językiem galaktycznym?

Solarianin odparł z cierpkim uśmiechem:

— A dlaczego nie? Nie jestem niemy.

— A one? — Trevize wskazał na roboty.

— To roboty. Mówią naszym językiem. Ale ja jestem Solarianinem i docierają do mnie przez nadprzestrzeń rozmowy prowadzone przez inne światy, więc tak jak moi przodkowie nauczyłem się po waszemu. Przodkowie pozostawili mi opisy tego języka, ale stale słyszę nowe słowa i wyrażenia, które ciągle się zmieniają, zupełnie jakbyście wy, Koloniści, potrafili opanowywać światy, ale nie mogli opanować języka. Dlaczego tak cię dziwi, że rozumiem wasz język?

— Przepraszam — powiedział Trevize. — Nie powinno mnie to dziwić, ale po rozmowie z tymi robotami nie myślałem, że usłyszę na tym świecie język ogólnogalaktyczny.

Przyjrzał się uważnie Solarianinowi. Był on ubrany w cienką, luźną, białą szatę z dużymi otworami na ramiona. Z przodu widniało długie rozcięcie, ukazujące nagą klatkę piersiową i przepaskę na biodrach. Lekkie sandały dopełniały jego ubioru.

Trevize stwierdził z zaskoczeniem, że nie potrafi powiedzieć, czy ma przed sobą mężczyznę czy kobietę. Klatka piersiowa była bez wątpienia męska, ale zupełnie pozbawiona zarostu, a pod cienką przepaską nie można było dostrzec żadnej wypukłości.

Odwrócił się do Bliss i rzekł cicho:

— To też może być robot, ale bardzo podobny do człowieka…

Bliss odpowiedziała, prawie nie poruszając ustami:

— Umysł należy do człowieka, nie do robota.

— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie — powiedział Solarianin. — Wybaczam to i kładę na karb twojego zaskoczenia. Ale pytam raz jeszcze i tym razem muszę otrzymać odpowiedź. Czego chcecie od moich robotów?

— Jesteśmy podróżnikami i potrzebujemy informacji, dzięki którym moglibyśmy dotrzeć do celu — powiedział Trevize. — Próbowaliśmy uzyskać je od twoich robotów, ale one nic nie wiedzą na interesujący nas temat.

— A jakie to informacje? Może ja mógłbym wam pomóc.

— Chcemy wiedzieć, gdzie znajduje się Ziemia. Czy mógłbyś nam to powiedzieć?

Solarianin uniósł brwi w górę.

— Myślę, że pierwszym obiektem waszego zainteresowania powinienem być ja. I chociaż nie zapytałeś mnie o to, powiem wam, kim jestem. Nazywam się Sarton Bander, a ziemia, na której stoicie, należy do mnie i rozciąga się we wszystkie strony, jak daleko sięgnąć okiem. Nie mogę powiedzieć, żebyście byli tu mile widziani, gdyż przybywając tu pogwałciliście prawo. Jesteście pierwszymi od wielu tysięcy lat Kolonistami, którzy zjawili się na Solarii, i jak się okazuje, przylecieliście tu tylko po to, żeby dowiedzieć się, jak dostać się na inny świat. W dawnych czasach zostalibyście zniszczeni wraz ze swoim statkiem, jak tylko pojawilibyście się w polu widzenia.

— Takie potraktowanie ludzi, którzy nie żywią i nie przejawiają żadnych złych zamiarów, byłoby barbarzyństwem — powiedział Trevize.

— Zgadzam się, ale już samo pojawienie się członków zaborczego społeczeństwa na świecie zamieszkanym przez nieszkodliwych i żyjących według starych i stałych zasad ludzi kryje w sobie potencjalne niebezpieczeństwo. Kiedyś obawialiśmy się tego niebezpieczeństwa, więc gotowi byliśmy zabić każdego obcego w chwili, kiedy się tu pojawił. Teraz jednak nie mamy już żadnych powodów do obaw, więc, jak widzicie, jesteśmy skłonni do rozmowy.

— Jestem bardzo wdzięczny za informacje, których udzielił nam pan z własnej woli, ale nie odpowiedział pan na moje pytanie. Powtórzę je więc. Czy mógłby nam pan powiedzieć, gdzie leży Ziemia?

Solarianin skrzywił twarz ze wstrętem.

— Jeśli koniecznie musisz zwracając się do mnie używać jakiejś formy, to mów mi po prostu Bander — powiedział. — Nie zwracaj się do mnie żadnym słowem, które wskazuje na rodzaj. Nie jestem ani mężczyzną, ani kobietą. Jestem całością.

Trevize skinął głową („miałem rację” — pomyślał).

— Jak sobie życzysz, Bander. A zatem, gdzie leży Ziemia?

— Myślę, że mówiąc „Ziemia”, masz na myśli świat, na którym powstał rodzaj ludzki i te wszystkie gatunki roślin i zwierząt — tu zatoczył ręką łuk, jak gdyby chciał ukazać wszystko, co ich otacza.

— Tak.

— Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Gdybym wiedział albo mógł się dowiedzieć, to i tak na nic by się to wam nie przydało, bo Ziemia, jako świat, nie istnieje już… Ach — rozpostarł ręce — słońce miło przygrzewa. Nigdy nie wychodzę na powierzchnię, kiedy nie ma słońca, a w ogóle bywam tu niezbyt często. Ponieważ słońce było skryte za chmurami, wysłałem roboty, aby was powitały. Ja wyszedłem dopiero wtedy, kiedy niebo stało się czyste.

— A dlaczego Ziemia nie istnieje już jako świat? — spytał Trevize, z uporem wracając do tematu i przygotowując się raz jeszcze do usłyszenia opowieści o skażeniu radioaktywnym.

Jednak Bander zignorował jego pytanie, a raczej zbył je beztroskim:

— To długa historia. Powiedziałeś, że przybyliście tu bez złych zamiarów.

— Zgadza się.

— To dlaczego masz przy sobie broń?

— Na wszelki wypadek. Nie wiedziałem, na co możemy się natknąć.

— To nieważne. Ta twoja śmieszna broń nie jest dla mnie niebezpieczna. Ale jestem ciekaw, co to jest. Słyszałem oczywiście dużo o waszej broni i o waszej barbarzyńskiej historii, która zdaje się zależeć zupełnie od broni. Mimo to nigdy nie widziałem żadnej broni. Możesz mi pokazać swoją?

Trevize cofnął się o krok.

— Obawiam się, że nie, Bander. Bander zrobił rozbawioną minę.

— Pytałem tylko przez grzeczność. Wcale nie muszę cię o to prosić.

Wyciągnął rękę i z kabury na prawym udzie Trevizego wysunął się miotacz, a z kabury na lewym — bicz neuronowy. Trevize chciał je chwycić, ale nie mógł ruszyć ręką. Miał uczucie, jak gdyby obie ręce krępowały mu jakieś elastyczne, lecz mocne więzy. Pelorat i Bliss zrobili ruch, jakby chcieli zrobić krok do przodu, ale widać było, że oni też nie mogą nic zrobić.

— Nie próbujcie mi przeszkadzać — powiedział Bander. — Nie jesteście w stanie. — Miotacz i bicz przefrunęły do jego rąk. Obejrzał je uważnie. — To tutaj — powiedział wskazując na miotacz — jest, zdaje się, źródłem promieniowania mikrofalowego, które wytwarza wysoką temperaturę, doprowadzając tym samym do eksplozji każde ciało zawierające ciecz. Ta druga rzecz jest bardziej skomplikowana i muszę przyznać, że trudno mi na pierwszy rzut oka stwierdzić, jakie jest jej działanie. Ale skoro nie macie złych zamiarów, to nie potrzebujecie broni. Mogę usunąć z ładunków zawartą w nich energię, i zrobię to. W ten sposób unieszkodliwiłem tę broń, chyba żebyś chciał użyć którejś z tych rzeczy jako maczugi, ale niezbyt by się nadawały do tego celu.

Puścił broń i zarówno miotacz, jak i bicz pofrunęły z powrotem ku Trevizemu i wśliznęły się do kabur.

Trevize, czując, że więzy opadły, wyciągnął miotacz, ale nie było po co tego robić. Spust wisiał luźno i było zupełnie jasne, że ładunek został całkowicie pozbawiony energii. Dokładnie to samo było z biczem neuronowym. Spojrzał na Bandera, który rzekł z uśmiechem.

— Jesteś zupełnie bezbronny. Jeśli zajdzie potrzeba, mogę równie łatwo zniszczyć twój statek i oczywiście ciebie też.


41

<p>41</p>

Podczas obiadu Trevize zdawał się być zatopiony w myślach, a Bliss skupiła całą uwagę na jedzeniu. Pelorat, który jako jedyny miał ochotę do rozmowy, stwierdził, że jeśli świat, na którym się znajdowali, jest Aurorą i jeśli był on pierwszym światem założonym przez osadników z Ziemi, to powinien się znajdować blisko niej.

— Może warto by było przeszukać sąsiednie systemy gwiezdne — powiedział. — Oznaczałoby to sprawdzenie najwyżej paruset gwiazd.

Trevize mruknął w odpowiedzi, że szukanie na chybił trafił to ostateczność i że nawet jeśli znajdzie Ziemię, to chce uzyskać na jej temat jak najwięcej informacji, zanim zdecyduje się wylądować. Nie powiedział nic więcej, więc Pelorat zamilkł zgaszony.

Po obiedzie Trevize w dalszym ciągu nie zdradzał ochoty do rozmowy, więc Pelorat postanowił wyciągnąć coś z niego.

— Zostajemy tu, Golan? — spytał.

— Przynajmniej na noc — powiedział Trevize. Muszę wszystko przemyśleć.

— Czy to bezpieczne?

— Jeśli nie ma tu nic groźniejszego niż psy odparł Trevize — to w statku jesteśmy zupełnie bezpieczni.

— A ile czasu zająłby nam start, gdyby okazało się, że jest tu coś groźniejszego od psów?

— Postawiłem komputer w stan pogotowia. Myślę, że udałoby się nam wystartować w czasie jednej-dwóch minut. Zresztą jeśli zdarzy się coś niespodziewanego, to komputer natychmiast nas zaalarmuje, więc proponuję, żebyśmy się wszyscy trochę przespali. Jutro rano podejmę decyzję co do naszego następnego ruchu.

„Łatwo powiedzieć” — pomyślał Trevize, kiedy zapadła ciemność. Leżał zwinięty w kłębek na podłodze sterowni. Nie było to zbyt wygodne, ale był pewien, że w tej sytuacji w łóżku też nie zasnąłby szybciej i nie spałby lepiej, a w sterowni mógł przynajmniej przystąpić natychmiast do działania, gdyby komputer wszczął alarm.

W tym momencie usłyszał odgłos kroków i odruchowo usiadł, uderzając głową o kant pulpitu nie tak mocno, żeby zranić się, ale wystarczająco silnie, aby skrzywić się z bólu. Pomalował bolące miejsce.

— Janov? — spytał stłumionym głosem, wycierając łzy, które ból wycisnął mu z oczu.

— Nie. Bliss.

Trevize zaczął macać ręką pulpit, aby uzyskać przynajmniej częściowy kontakt z komputerem i łagodne światło ukazało Bliss w jasnoróżowym szlafroku.

— O co chodzi? — spytał Trevize.

— Zajrzałam do twojej sypialni, ale cię tam nie było. Nie miałam jednak wątpliwości, że czuję twoje fale mózgowe, więc poszłam w kierunku, skąd dochodziły. Było jasne, że nie śpisz, więc weszłam.

— Dobrze, ale czego chcesz?

Usiadła przy ścianie i podciągnęła kolana pod brodę.

— Nie bój się — powiedziała. — Nie planuję zamachu na resztki twego dziewictwa.

— No myślę — odparł drwiąco Trevize. — Dlaczego nie śpisz? Potrzebujesz snu bardziej niż ja.

— Wierz mi — powiedziała cicho — że ta historia z psami bardzo mnie wyczerpała.

— Wierzę ci.

— Ale musiałam porozmawiać z tobą bez Pela.

— O czym?

— Kiedy opowiedział ci o tym robocie, powiedziałeś, że to wszystko zmienia. Co miałeś na myśli?

— Nie wiesz? Mamy trzy zestawy współrzędnych, dla trzech Zakazanych Światów. Chcę odwiedzić wszystkie trzy, aby dowiedzieć się jak najwięcej o Ziemi, zanim spróbuję ją odnaleźć.

Przysunął się do niej bliżej, żeby mogli mówić jeszcze ciszej, ale nagle szybko się odsunął.

— Słuchaj, nie chciałbym, żeby nas tu znalazł Janov — powiedział. — Nie wiem, co by sobie pomyślał.

— Nie przyjdzie tutaj. Śpi teraz. Trochę wzmocniłam jego sen. Jeśli zacznie się wiercić, to zaraz będę o tym wiedziała… Możesz mówić dalej. Chcesz zatem odwiedzić wszystkie te światy. Ale co się zmieniło?

— Początkowo nie miałem zamiaru niepotrzebnie tracić czasu na jakimkolwiek świecie. Skoro ten świat, Aurora, jest od dwudziestu tysięcy lat bezludny, to jest wątpliwe, aby zachowały się tu jakieś wartościowe informacje. Nie chcę łazić tu całymi tygodniami czy miesiącami, walcząc z psami, kotami, bykami czy innymi zwierzętami, które mogły zdziczeć i stać się niebezpieczne, w nadziei, że wśród tych ruin znajdę może jakiś strzęp informacji. Być może na którymś z pozostałych Zakazanych Światów, a może nawet na obu, żyją jeszcze ludzie i są nietknięte biblioteki. A więc chciałem odlecieć stąd jak najszybciej. Może bylibyśmy już w przestrzeni i spalibyśmy sobie spokojnie.

— Ale?

— Ale jeśli na tym świecie znajdują się jeszcze funkcjonujące roboty, to może moglibyśmy od nich uzyskać jakieś informacje. Byłoby bezpieczniej zająć się robotami niż ludźmi, bo z tego, co słyszałem, muszą one stosować się do ludzkich poleceń i nie mogą skrzywdzić żadnej ludzkiej istoty.

— A więc zmieniłeś zamiary i chcesz tu jeszcze trochę zostać, aby poszukać robotów.

— Nie, Bliss, nie chcę. Wydaje mi się, że żaden robot nie może bez konserwacji przetrwać dwudziestu tysięcy lat… No, ale skoro widziałaś tu robota, w którym tliła się jeszcze iskierka energii, to jest oczywiste, że nie mogę polegać na swoich zdrowo rozsądkowych sądach o robotach. Nie mogę pozwolić, żeby kierowała mną niewiedza. Może roboty są bardziej odporne niż mi się wydawało, a może potrafią się same konserwować.

— Posłuchaj mnie — powiedziała Bliss — i, proszę, zachowaj to w sekrecie.

— W sekrecie? — spytał Trevize, podnosząc ze zdziwienia brwi. — Przed kim?

— Ćśś! Oczywiście przed Pelem. Słuchaj, nie musisz zmieniać swego planu. Miałeś rację. Na tym świecie nie ma już funkcjonujących robotów. Niczego nie wykryłam.

— Wykryłaś tego jednego, a jeśli jest ten jeden…

— Wcale go nie wykryłam. On nie funkcjonował, i to od dawna.

— Ale powiedziałaś…

— Wiem, co powiedziałam. Pelowi wydawało się, że widzi ruch i słyszy głos. Ale on jest marzycielem. Całe życie poświęcił na zbieranie danych, ale w ten sposób trudno zyskać sławę w nauce. On bardzo chce dokonać jakiegoś ważnego odkrycia. Odkrycie słowa „Aurora” było niezbitym faktem i uszczęśliwiło go bardziej, niż sobie wyobrażasz. Pragnął znaleźć coś więcej.

— Chcesz powiedzieć, że tak bardzo pragnął dokonać odkrycia, że sam sobie wmówił, że robot, którego znalazł, jest nadal sprawny?

— Znalazł kawał zardzewiałego żelastwa, w którym nie było więcej świadomości niż w skale, o którą był oparty.

— Ale potwierdziłaś jego opowieść.

— Nie mogłam obrabować go z jego odkrycia. On znaczy dla mnie tak wiele.

Trevize patrzył na nią przez dobrą minutę, a potem powiedział:

— Możesz mi wyjaśnić, dlaczego on znaczy dla ciebie tak wiele? Chcę wiedzieć. Naprawdę chcę to wiedzieć. Dla ciebie jest on na pewno starszym mężczyzną, w którym nie ma nic romantycznego. Jest izolem, a ty pogardzasz izolami. Jesteś młoda i ładna i na pewno są takie elementy Gai, które mają ciała młodych i przystojnych mężczyzn. Z nimi mogłabyś mieć związki fizyczne, które, potęgowane przez Gaję, wzniosłyby cię na szczyty rozkoszy. Co takiego widzisz w Janovie?

Bliss spojrzała poważnie na Trevizego.

— A ty go nie kochasz? — spytała.

Trevize wzruszył ramionami.

— Lubię go. Myślę, że jeśli pozbawić to podtekstu erotycznego, to możesz powiedzieć nawet, że go kocham.

— Znasz go od niedawna. A więc dlaczego go kochasz, na swój nieerotyczny sposób?

Trevize uśmiechnął się bezwiednie.

— To naprawdę dziwny facet. Jestem święcie przekonany, że nigdy nawet nie pomyślał o sobie. Polecono mu lecieć ze mną, więc poleciał. Bez żadnego sprzeciwu. Chciał, żebyśmy polecieli na Trantor, ale kiedy powiedziałem, że chcę lecieć na Gaję, nie protestował. Teraz udał się ze mną na poszukiwanie Ziemi, chociaż wie, że to niebezpieczne. Jestem zupełnie pewien, że gdyby musiał za mnie czy za kogokolwiek innego oddać życie, to zrobiłby to. I to bez żalu.

— A ty oddałbyś życie za niego?

— Być może, gdybym nie miał czasu do namysłu. Gdybym miał czas, żeby to przemyśleć, to zawahałbym się i mógłbym stchórzyć. Nie jestem taki dobry, jak on. I właśnie dlatego odczuwam silną potrzebę chronienia go i dbania o jego dobro. Nie chcę, żeby Galaktyka nauczyła go, że nie warto być dobrym. Rozumiesz? A szczególnie muszę go chronić przed tobą. Nie mogę znieść myśli, że pewnego dnia rzucisz go dla jakiejś błahej przyjemności.

— Przypuszczałam, że myślisz coś takiego. Nie uważasz, że widzę w nim to samo, co ty, a nawet więcej, bo mogę kontaktować się bezpośrednio z jego umysłem? Czy zachowuję się tak, jakbym chciała go zranić? Czy potwierdziłabym te jego urojenia, że widział funkcjonującego robota, gdybym nie wiedziała, że w przeciwnym razie sprawię mu przykrość i nie chciała tego uniknąć? Jestem przyzwyczajona do tego, co nazywasz dobrocią, gdyż każdy element Gai jest gotów poświęcić się dla dobra całości. Nie znamy i nie potrafimy zrozumieć innych motywów. Ale też, postępując w ten sposób, nic nie tracimy, gdyż każdy element jest całością, choć myślę, że nie jesteś w stanie tego pojąć. Z Pelem sprawa wygląda inaczej.

Bliss nie patrzyła na Trevizego. Wyglądała tak, jakby mówiła sama do siebie.

— On jest izolem. Jest bezinteresowny nie dlatego, że jest elementem większej całości. Jest bezinteresowny i niesamolubny dlatego, że taki już jest. Rozumiesz, co mam na myśli? Ma wszystko do stracenia, chociaż nie ma nic do zyskania, a jednak jest, jaki jest. Zawstydza mnie, gdyż ja jestem taka, nie bojąc się, że coś stracę, a on jest, jaki jest, nie mając nadziei, że coś przez to zyska. — Znowu spojrzała na Trevizego. Miała poważną minę. Rozumiesz teraz, o ile więcej wiem o nim niż ty? I nadal myślisz, że mogłabym go skrzywdzić?

— Bliss — rzekł Trevize — powiedziałaś dzisiaj: „Zostańmy przyjaciółmi”, a ja na to odparłem: „Jeśli tego chcesz”. Nie było to zbyt uprzejme z mojej strony, ale pomyślałem o tym, co możesz zrobić Janovowi. Teraz moja kolej. Zostańmy przyjaciółmi, Bliss. Możesz dalej przytaczać argumenty na korzyść Galaxii, a ja mogę ich nie przyjmować, ale mimo tego możemy być przyjaciółmi. — Wyciągnął do niej rękę.

— Oczywiście — powiedziała i uścisnęła mocno jego dłoń.


42

<p>42</p>

Trevize uśmiechnął się w duchu. Kiedy siedział przy komputerze starając się zlokalizować gwiazdę (jeśli w ogóle była tam jakaś gwiazda), której położenie określały współrzędne z pierwszego zestawu, i Pelorat i Bliss bacznie się temu przyglądali, i zasypywali go pytaniami. Teraz byli w swojej kabinie i spali, a w każdym razie odpoczywali, zostawiwszy mu całe to zadanie.

W pewnym sensie pochlebiało mu to, bo zdawało się świadczyć o tym, że zaakceptowali fakt, iż on doskonale wie, co robi, i nie potrzebuje żadnej kontroli, pomocy ani zachęty. Skoro już o tym mowa, to Trevize przekonał się doświadczalnie, że powinien bardziej polegać na komputerze i że urządzenie to nie potrzebuje żadnej kontroli, a w każdym razie potrzebuje jej o wiele mniej.

Pojawiła się inna gwiazda, bardzo jasna i nie oznaczona na mapie Galaktyki. Była nawet jaśniejsza od gwiazdy, wokół której krążyła Aurom, co czyniło jeszcze bardziej zastanawiającym fakt, że nie było 0 niej żadnych informacji w banku danych komputera.

Trevizego zdumiewały osobliwe cechy zachowanych przez tradycję przekazów ze starożytności. Całe wieki mogły się nałożyć na siebie albo osunąć się w zapomnienie. Mogła zaginąć pamięć o całych cywlizacjach, ale zdarzało się, że z tej masy faktów zostawał szczegół czy dwa i tradycja przekazywała je w absolutnie nie zmienionym kształcie, tak jak te zbiory współrzędnych.

Podzielił się kiedyś tym spostrzeżeniem z Peloratem, na co Pelorat natychmiast odparł, że to właśnie czyni badania nad mitami i legendami tak pociągającymi. „Cały dowcip w tym — powiedział Pelorat — żeby zdecydować, które elementy danej legendy przedstawiają wiernie rzeczywistość, a więc odpowiadają prawdzie. Nie jest to bynajmniej łatwe. Różni mitologowie wybierają różne elementy tej samej legendy, kierując się zazwyczaj tym, czy pasują one do ich interpretacji.”

W każdym razie gwiazda ta znajdowała się akurat tam, gdzie powinna być. A jeśli rzeczywiście tam będzie, to Trevize będzie skłonny uwierzyć, że i reszta legendy, mówiąca o tym, że było w sumie pięćdziesiąt Zakazanych Światów, jest również (mimo iż liczba ta była podejrzanie okrągła) prawdziwa, i zacznie się zastanawiać, gdzie może leżeć pozostałych czterdzieści siedem.

Wkrótce komputer odkrył, krążący wokół gwiazdy, nadający się do zamieszkania świat, Zakazany Świat, ale w tej chwili nie zaskoczyło to już ani odrobinę Trevizego. Był absolutnie pewien, że ten świat tam będzie. Skierował „Odległą Gwiazdę” na orbitę wokół planety i zmniejszył prędkość.

Warstwa chmur była na tyle rzadka, że można było dość dobrze zobaczyć z przestrzeni powierzchnię planety. Tak jak na prawie wszystkich zamieszkanych światach, tak i na tym świecie znajdowały się duże zbiorniki wodne. Widać było nie przedzielony żadnymi lądami ocean w strefie tropikalnej i dwa oceany w strefach biegunowych. W jednej ze stref umiarkowanych rozciągał się wijący się kontynent, o zatokach z każdej strony, powodując, że tu i ówdzie ląd zwężał się do przesmyku. W drugiej strefie umiarkowanej ląd rozdzielał się na trzy duże części, z których każda była szersza w przekroju północno-południowym niż kontynent na drugiej półkuli.

Trevize żałował, że nie zna się na klimatologii na tyle, by z tego, co widzi, móc wywnioskować, jakie panują tam pory roku i temperatury. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie polecić komputerowi, aby rozwiązał ten problem, ale sprawa klimatu nie była najważniejsza.

O wiele ważniejsze było to, że i tym razem komputer nie odkrył promieniowania, które mogłoby pochodzić z urządzeń technicznych. Dzięki teleskopowi przekonał się, że przynajmniej ta planeta nie evyglądała jak nadgryziona przez mole i że nie było na niej śladu pustyni. Przesuwający się w dole ląd był w różnych odcieniach zieleni, ale nie widać było żadnych znaków miast po stronie oświetlonej ani świateł po stronie zacienionej.

Czyżby i na tej planecie istniały różne formy życia, z wyjątkiem człowieka?

Zastukał do drzwi sypialni Pelorata.

— Bliss! — powiedział stłumionym głosem i zastukał jeszcze raz.

Zza drzwi dobiegł szelest i głos Bliss:

— Słucham.

— Możesz wyjść? Potrzebuję twojej pomocy.

— Zaczekaj chwilę, niech się trochę ogarnę, żeby jakoś wyglądać.

Kiedy wreszcie wyszła, Trevize stwierdził, że nie wygląda gorzej niż zazwyczaj. Był trochę zły, że kazała mu czekać, bo było mu wszystko jedno, jak wygląda. Ale teraz byli przyjaciółmi, więc stłumił złość.

— Co mogę dla ciebie zrobić? — spytała z uśmiechem.

Trevize machnął ręką w stronę ekranu.

— Jak widzisz, przelatujemy właśnie nad powierzchnią świata, który wygląda na zupełnie zdrowy. Część lądowa pokryta jest bujną roślinnością. Niestety, nie widać ani świateł po stronie, gdzie jest teraz noc, ani nie czuje się żadnego promieniowania. Skup się, proszę, posłuchaj uważnie i powiedz mi, czy są tam jakieś zwierzęta. Wydawało mi się, że w pewnym miejscu widzę stado pasących się zwierząt, ale nie byłem pewien. Może mnie też zdarzyło się ujrzeć to, co bardzo chciałem zobaczyć.

Bliss „słuchała”. W każdym razie na jej twarzy widać było wyraz dziwnego napięcia.

— O tak — powiedziała — istnieje tu bogata fauna.

— Ssaki?

— Na pewno.

— A ludzie?

Teraz wyglądało na to, że skoncentrowała się jeszcze bardziej. Minęło dobrych parę minut, zanim się odprężyła.

— Trudno powiedzieć. Parę razy zdawało mi się, że odkryłam tchnienie inteligencji wystarczająco dużej, aby można ją wziąć za ludzką. Ale było to tak słabe i występowało tak sporadycznie, że może ja też wyczułam to, co bardzo chciałam wyczuć. Widzisz…

Przerwała i pogrążyła się w myślach. Trevize ponaglił ją:

— No?

— Problem w tym, że zdaje mi się, iż wykryłam coś innego. Jest to coś, z czym się dotąd nie spotkałam, ale myślę, że to nie może być nic innego jak…

Jej twarz ściągnęła się. Zaczęła ponownie „nashachiwać”, jeszcze intensywniej niż poprzednio.

— No i…? — spytał Trevize.

Odprężyła się. — Myślę, że nie może to być nic innego jak roboty.

— Roboty!

— Tak, a jeśli wykryłam je, to z pewnością byłabym też w stanie wykryć ludzi. Ale nie wykryłam.

— Roboty! — powtórzył Trevize, marszcząc czoło.

— Tak. I jeśli się nie mylę, to w dużej liczbie.


43

<p>43</p>

Pelorat powiedział „Roboty!” dokładnie takim samym tonem jak Trevize, kiedy mu o nich oznajmił. Potem uśmiechnął się lekko.

— Miałeś rację, Golan a ja byłem w błędzie, wątpiąc w słuszność twojej decyzji.

— Nie przypominam sobie, Janov, żebyś wątpił w słuszność mojej decyzji.

— Och, stary, nie uważałem za właściwe, żeby ująć to w słowach. Ale myślałem w głębi duszy, że było błędem odlatywać z Aurory, kiedy była szansa, że możemy wypytać jakiegoś robota, który przetrwał do naszych czasów. Teraz jednak jest jasne, że wiedziałeś, iż tutaj będzie większa liczba robotów.

— Nic podobnego, Janov. Nie wiedziałem. Po prostu zaryzykowałem. Bliss powiada, że ich pola myślowe zdają się wskazywać, że funkcjonują bez zarzutu, a mnie się z kolei zdaje, że nie mogłyby tak funkcjonować, gdyby nie było tu ludzi dbających o ich stan techniczny. Jednak Bliss nie może wykryć tu obecności żadnych ludzi, więc szukamy dalej.

Pelorat popatrzył z zadumą na ekran.

— To wszystko to chyba las, prawda?

— Przeważnie. Ale są tam też gołe przestrzenie. Może to łąki. Problem w tym, że nie widzę miast ani świateł po przeciwnej stronie. Nie ma też żadnego promieniowania, oprócz cieplnego.

— A więc nie ma tu ludzi?

— Sam jestem ciekaw. Bliss jest w kuchni i próbuje się skoncentrować. Wybrałem, oczywiście arbitralnie, jeden południk jako zerowy, co znaczy, że komputer sporządził mapę planety, na której można ustalić długość i szerokość geograficzną. Bliss ma specjalne urządzenie z guzikiem, który naciska za każdym razem, kiedy natrafi na coś, co wydaje się niezwykłą koncentracją mózgowej aktywności robotów — myślę, że w odniesieniu do robotów nie można użyć terminu „aktywność neuronowi” lub na jakiś ślad ludzkiej myśli. Urządzenie to jest podłączone do komputera, dzięki czemu komputer nanosi natychmiast odpowiedni punkt na mapę. Potem każemy mu wybrać któryś z tych punktów i znaleźć odpowiednie miejsce do lądowania.

Pelorat zrobił zakłopotaną minę.

— Czy to rozsądne zostawiać wybór komputerowi? — spytał.

— A dlaczego nie? To bardzo kompetentny komputer. Poza tym jeśli nie wie się samemu, na jakiej podstawie dokonać takiego wyboru, to nie zaszkodzi wziąć przynajmniej pod rozwagę wyboru dokonanego przez komputer.

Twarz Pelorata rozjaśniła się.

— Coś w tym jest, Golan — powiedział. — Niektóre z najstarszych legend zawierają opowieści o tym, że ludzie dokonywali wyboru rzucając sześciokątne kostki na ziemię.

— Tak? I co to daje?

— Na każdym boku takiej kostki była zapisana pewna decyzja… no tak… zaraz, nie… a może… no mniejsza z tym… i tak dalej. Uważano, że ten bok, który po wylądowaniu kostki na ziemi znalazł się na górze, zawiera radę, zgodnie z którą należy postąpić. Był też inny sposób. Na tarczę zawierającą otwory, w których wypisane były różne decyzje, rzucano kulkę i podejmowano decyzję wypisaną nad otworem, w którym zatrzymała się ta kulka. Niektórzy mitologowie twierdzą, że były to raczej gry hazardowe niż loterie, ale moim zdaniem to jedno i to samo.

— W pewnym sensie — rzekł Trevize — my też podejmujemy taką grę wybierając miejsce lądowania.

Bliss wyszła z kuchni akurat w porę, żeby usłyszeć ostatnie zdanie.

— Nie podejmiemy żadnej gry — powiedziała. — Wiele razy nacisnęłam guzik z napisem „Być może”, aż w końcu, raz, guzik z napisem „Tak”. I właśnie tam wylądujemy.

— A co spowodowało, że nacisnęłaś ten z „Tak”? — spytał Trevize.

— Uchwyciłam „powiew” ludzkiej myśli. Z pewnością. Nie ma mowy o pomyłce.


44

<p>44</p>

Było po deszczu, gdyż trawa była mokra. Niebo pokryte było chmurami, które jednak zaczynały się rozchodzić.

„Odległa Gwiazda” miękko wylądowała w pobliżu kępy drzew. „,Na wypadek, gdyby okazało się, że są tu zdziczałe psy” — pomyślał Trevize pół żartem, pół serio). Teren wokół statku wyglądał na łąkę, a kiedy schodzili do lądowania, a więc znajdowali się na wysokości, z której można było ogarnąć spojrzeniem większy obszar, Trevizemu wydało się, że widzi sady i pola uprawne, a także — tym razem nie było wątpliwości — pasące się zwierzęta.

Nigdzie nie widać było jednak żadnych budynków. W całym krajobrazie nie było nic sztucznego, z wyjątkiem regularnych rzędów drzew w owych sadach i prostych linii wyznaczających granice pól, które na pewno nie były dziełem natury w większym stopniu niż na przykład stacja mikrofalowa.

Czy jednak mogło to być dziełem samych robotów? Czy nie kryli się za tym ludzie?

Trevize spokojnie zakładał pas z bronią. Tym razem dokładnie sprawdził zarówno miotacz, jak i bicz neuronowy i upewnił się, że broń ma komplet ładunków. W pewnym momencie pochwycił spojrzenie Bliss i przerwał zapinanie pasa.

— Załóż go — powiedziała. — Nie sądzę, żebyś miał okazję zrobić użytek z broni, ale tak samo myślałam za pierwszym razem, prawda?

— A ty nie chcesz wziąć ze sobą broni, Janov? — spytał Trevize.

Pelorat potrząsnął głową.

— Nie, dziękuję. Mając przy sobie ciebie z bronią fizyczną i Bliss z bronią psychiczną, czuję się zupełnie bezpieczny. Może to wygląda na tchórzostwo, że kryję się za wami, ale nie wstydzę się tego. Przeciwnie — cieszę się, że w żadnym przypadku nie będę musiał użyć siły.

— Rozumiem — odparł Trevize. — Tylko nie chodź nigdzie sam. Jeśli my się rozdzielimy, to pójdziesz z jednym z nas i pod żadnym pozorem, choćby cię nawet rozsadzała ciekawość, nie możesz się oddalać.

— Nie martw się o niego — powiedziała Bliss. — Będę miała na niego oko.

Trevize pierwszy zszedł na powierzchnię. Po deszczu wiał orzeźwiający, nieco chłodny wiatr, ale Trevize powitał to z zadowoleniem. Przed deszczem było prawdopodobnie bardzo parno.

Ze zdziwieniem wciągnął nosem powietrze. Zapach planety był rozkoszny. Wiedział, że każda planeta ma swój własny, specyficzny zapach, który dla przybysza z innego świata jest zawsze dziwny i zazwyczaj nieprzyjemny, może po prostu dlatego, że obcy i dziwny. Czyżby obcy zapach mógł też być przyjemny? A może wszystko to brało się stąd, że wylądowali tu zaraz po deszczu, w dodatku w odpowiedniej porze roku, bez względu na to, jaka akurat była to pora…

— Chodźcie — powiedział. — Jest tu zupełnie przyjemnie.

Pelorat zszedł do niego i rzekł:

— „Przyjemnie” to odpowiednie słowo. Myślisz, że zawsze jest tu taki zapach?

— To nieważne. Po godzinie i tak przyzwyczailibyśmy się do panującego tu zapachu. Nasze komórki węchowe byłyby nim już tak przesycone, że nie czulibyśmy nic.

— Szkoda.

— Trawa jest mokra — powiedziała Bliss, z odcieniem niezadowolenia w głosie.

— No to co? Przecież na Gai też pada! — powiedział Trevize i akurat w tej chwili przez chmury przebił się promień słońca. Wyglądało na to, że niedługo rozpogodzi się zupełnie.

— Owszem — odparła Bliss — ale wiemy, kiedy będzie deszcz i możemy się na to przygotować.

— To niedobrze — rzekł Trevize. — Dużo przez to tracicie. Niespodzianki dostarczają dużo emocji.

— Masz rację — zgodziła się Bliss. — Postaram się przestać zachowywać jak prowincjuszka.

Pelorat rozejrzał się wokół i powiedział rozczarowanym głosem:

— Zdaje się, że nic tu nie ma.

— Tylko zdaje się — powiedziała Bliss. — Zbliżają się do nas, ale zasłania ich to wzniesienie. Wskazała ręką. — Myślisz, że powinniśmy wyjść im naprzeciw? — spytała Trevizego.

Trevize potrząsnął głową.

— Nie. Przelecieliśmy wiele parseków, żeby się z nimi spotkać. Oni też mogą przejść kawałek. Zaczekamy tutaj.

Na razie nie widzieli nic. Tylko Bliss wyczuwała, że się zbliżają. W końcu na szczycie wzniesienia ukazała się jakaś postać, a potem druga i trzecia.

— Myślę, że na razie to wszyscy — powiedziała Bliss.

Trevize przyglądał się z zaciekawieniem. Chociaż nigdy przedtem nie widział robota, nie miał nawet cienia wątpliwości, że to, co widzi, to roboty. Miały ludzkie, lecz schematyczne kształty, aczkolwiek nie było wcale oczywiste, że wykonane są z metalu. Ich powierzchnia była matowa, co stwarzało złudzenie, że jest pokryta jakimś miękkim tworzywem, przypominającym plusz.

Ale czy to było rzeczywiście złudzenie? Poczuł nagle nieprzepartą ochotę, aby dotknąć któregoś z nich. Jeśli ta planeta była naprawdę Zakazanym Światem i jeśli nigdy nie lądowały na niej statki kosmiczne — a musiała to być prawda, gdyż słońca, wokół którego krążyła, nie było na żadnej mapie Galaktyki — to „Odległa Gwiazda” i ludzie, którzy na niej tu przybyli, musiała być czymś, z czym te roboty nigdy się jeszcze nie spotkały. A jednak reagowały tak pewnie, jak gdyby niejeden raz znalazły się w takiej sytuacji.

— Tutaj możemy otrzymać informacje, których nie znajdziemy w żadnym innym miejscu Galaktyki — powiedział cicho. — Moglibyśmy zapytać ich o położenie Ziemi względem tego świata. Jeśli je znają, to je nam podadzą. Kto wie od jak dawna one funkcjonują. Może znają te dane z własnego doświadczenia? Pomyślcie o tym.

— Ale też — powiedziała Bliss — mogły zostać wykonane zupełnie niedawno. W takiej sytuacji mogą nic nie wiedzieć.

— Albo może wiedzą, ale nam nie powiedzą dodał Pelorat.

— Myślę — powiedział Trevize — że jeśli nie otrzymały polecenia, żeby nic nam nie mówić, to nie mogą nic nie powiedzieć, ale dlaczego ktoś miałby im wydawać takie polecenie, skoro nikt tu nie spodziewał się naszego przybycia?

Roboty zatrzymały się trzy metry przed nimi. Stały nieruchomo, nic nie mówiąc.

Trevize, z ręką na kolbie miotacza, nie odwracając wzroku od robotów spytał Bliss:

— Potrafisz stwierdzić, czy są nastawione wrogo? — Musisz wziąć pod uwagę fakt, że nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z takimi umysłami, ale nie wykrywam niczego, co świadczyłoby o ich wrogim stosunku.

Trevize zdjął rękę z kolby, ale trzymał ją w pobliżu. Podniósł lewą rękę, spodem dłoni zwróconą w kierunku robotów, mając nadzieję, że zostanie to zrozumiane jak znak pokoju, i powiedział powoli:

— Pozdrawiam was. Przybyliśmy tu w pokojowych zamiarach.

Środkowy robot kiwnął niezdarnie głową, co optymista mógłby również uznać za gest pokoju i odpowiedział na jego słowa.

Trevizemu opadła szczęka. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że można nie móc się porozumieć w tak podstawowych sprawach. Jednakże to, co mówił robot, w niczym nie przypominało języka ogólnogalaktycznego. Trevize nie zrozumiał ani słowa.


45

<p>45</p>

Zaskoczenie Pelorata było równie wielkie jak Trevizego, ale dość przyjemne.

— Czy to nie dziwne? — powiedział.

Trevize obrócił się do niego i odparł cierpko:

— Nie dziwne, ale głupie. Plecie coś bez sensu.

— Wcale nie. To galaktyczny, tyle że bardzo stary. Rozpoznałem parę słów. Pewnie zrozumiałbym wszystko bez problemu, gdybym miał to na piśmie. Przeszkadza mi to, że nie znam wymowy.

— No to co on powiedział?

— Myślę, że powiedział, że cię nie rozumie.

— Nie wiem, co powiedział — wtrąciła się Bliss — ale wyczuwam u niego wyraźne zakłopotanie, a to pasuje do tego, co mówi Pel. Oczywiście, jeśli moja analiza emocji robota jest poprawna albo jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak emocje robota.

Pelorat zwrócił się do robotów. Mówił powoli i z wyraźnym trudem, ale gdy skończył, wszystkie roboty, jak na komendę, skinęły głowami.

— Co im powiedziałeś? — spytał Trevize.

— Powiedziałem, że trudno mi mówić, ale że spróbuję, tylko muszą trochę poczekać. O rany, stary, to niesamowicie ciekawe.

— Niesamowicie irytujące — mruknął Trevize.

— Widzisz, na każdej zamieszkanej planecie język galaktyczny rozwija się w nieco inny sposób, tak że w tej chwili istnieje z milion dialektów, czasami prawie niezrozumiałych. Na szczęście jest ogólnogalaktyczny, który łączy te wszystkie odmiany. Jeśli ten świat trwał w izolacji przez dwadzieścia tysięcy lat, to dialekt tutejszy powinien stać się językiem całkowicie odmiennym od tego, którego używa reszta Galaktyki. To, że tak się nie stało, jest pewnie skutkiem faktu, że panujący tu system społeczny opiera się na robotach, które rozumieją tylko polecenia wydawane w języku, w którym zostały zaprogramowane. Zamiast więc przeprogramowywać roboty zachowano język w nie zmienionym stanie i w rezultacie mamy tu teraz do czynienia z jakąś bardzo archaiczną formą galaktycznego.

— Oto przykład — powiedział Trevize — świadczący o tym, że zrobotyzowane społeczeństwo ulega stagnacji i zaczyna się degenerować.

— Ależ, kochany — zaprotestował Pelorat — to, że język pozostaje względnie niezmienny, wcale nie musi świadczyć o degeneracji. Ma to swoje dobre strony. Nawet po upływie tysięcy lat teksty dokumentów są zrozumiałe, dzięki czemu zapiski historyczne są bardziej szanowane i chronione. Tymczasem w pozostałych częściach Galaktyki nawet język edyktów imperatorów z czasów Hariego Seldona zaczyna być niezrozumiały.

— A znasz ten archaiczny galaktyczny?

— „Znasz” to za dużo powiedziane, Golan. Po prostu badając starożytne mity i legendy, zacząłem się w nim orientować. Słownictwo nie tak bardzo różni się od naszego, ale odmiana wyrazów jest inna. Poza tym są tam zwroty idiomatyczne, które dawno wyszły z użycia, no i, jak już mówiłem, całkowicie zmieniła się wymowa. Mogę być tłumaczem, ale raczej kiepskim.

Trevize głęboko westchnął.

— Lepsze to niż nic. Bierz się do roboty, Janov.

Pelorat odwrócił się do robotów, czekał chwilę, a potem obejrzał się na Trevizego.

— Co mam im powiedzieć? — spytał.

— To samo, co zawsze. Zapytaj, gdzie jest Ziemia.

Pelorat mówił wolno, robiąc po każdym słowie przerwę i zawzięcie gestykulując.

Roboty popatrzyły po sobie, wymieniając między sobą jakieś dźwięki. Potem środkowy odezwał się do Pelorata, który w odpowiedzi rozłożył szeroko ręce, jak gdyby rozciągał gumę. Robot przemówił ponownie, starannie oddzielając słowa, tak jak poprzednio Pelorat.

— Nie jestem pewien — rzekł w końcu Pelorat do Trevizego — cry one rozumieją, o co mi chodzi. Zdaje mi się, że one myślą, że pytam o jakieś miejsce na tej planecie i mówią, że nic nie wiedzą o miejscu, które nazywałoby się Ziemią.

— Powiedziały jak nazywa się ta planeta?

— Jeśli dobrze zrozumiałem, to nazywają ją Solarią.

— Natknąłeś się kiedy na tę nazwę w tych swoich legendach?

— Nie… tak jak nigdy nie natknąłem się na nazwę Aurora.

— No to spytaj je, czy na niebie, wśród gwiazd, jest jakieś miejsce o nazwie Ziemia. Wskaż na niebo.

Pelorat zamienił kilka zdań z robotami. Odwrócił się do Trevizego i powiedział:

— Udało mi się z nich wydobyć tylko tyle, że na niebie nie ma żadnych miejsc.

— Spytaj, ile mają lat — powiedziała Bliss — a raczej, od jak dawna pracują.

— Nie wiem, jak powiedzieć „pracują” — rzekł Pelorat, potrząsając głową: — Zresztą nie jestem pewien nawet tego, czy potrafię powiedzieć „ile lat”. Nie jestem zbyt dobrym tłumaczem.

— Postaraj się zrobić, co możesz, Pel — powiedziała Bliss.

Po dłuższej wymianie słów Pelorat rzekł:

— Pracują od dwudziestu sześciu lat.

— Od dwudziestu sześciu lat — mruknął zdegustowany Trevize. — Są niedużo starsze od ciebie, Bliss.

— Tak się składa… — zaczęła w nagłym przypływie dumy Bliss.

— Tak, wiem. Jesteś Gają i masz wiele tysięcy lat… W każdym razie te roboty nie wiedzą nic o Ziemi z własnego doświadczenia, a w ich pamięci nie ma żadnych informacji oprócz tych, które są niezbędne do ich sprawnego działania. W związku z tym nie wiedzą nic o astronomii.

— Gdzieś tutaj mogą być pierwsze roboty — powiedział Pelorat.

— Wątpię — odparł Trevize — ale spytaj o to, jeśli potrafisz znaleźć odpowiednie słowa.

Tym razem Pelorat rozmawiał z robotami dosyć długo, a kiedy skończył, na jego czerwonej z wysiłku twarzy malował się wyraz przygnębienia.

— Golan — powiedział — nie rozumiem nawet połowy z tego, co mi próbują powiedzieć, ale wychwyciłem z tego tyle, że starsze roboty używane są do prac fizycznych i w ogóle nic nie wiedzą. Gdyby ten robot był człowiekiem, to przysiągłbym, że mówi o nich z pogardą. Te trzy roboty są, jak mi powiedziały, robotami domowymi i nie pozwala im się zestarzeć, zanim się ich nie zastąpi nowymi. One są tymi, które rzeczywiście wiedzą coś o świecie. To ich sformułowanie, nie moje.

— Nie wiedzą zbyt dużo — jęknął Trevize. Przynajmniej o tym, co my chcemy wiedzieć.

— Teraz żałuję — powiedział Pelorat — że tak pospiesznie odlecieliśmy z Aurory. Gdybyśmy znaleźli tam jakiegoś funkcjonującego robota, a na pewno byśmy znaleźli, bo w tym pierwszym, na którego się natknąłem, tliła się jeszcze iskierka życia, to wiedziałby coś o Ziemi z własnego doświadczenia.

— Jeśli jego pamięć byłaby nienaruszona rzekł Trevize. — Zresztą zawsze możemy tam wrócić i jeśli zajdzie taka potrzeba, to wrócimy, bez względu na psy… Ale jeśli te roboty nie mają nawet trzydziestu lat, to musi być tu ktoś, kto je wytwarza i myślę, że ten ktoś jest człowiekiem. — Odwrócił się do Bliss. — Jesteś pewna, że nie wyczułaś tu obecności…

Bliss uciszyła go, wyciągając w górę rękę. Na jej twarzy widać było napięcie.

— Właśnie nadchodzi — powiedziała cicho. Trevize zwrócił wzrok w stronę wzgórza. Mignęła za nim, a potem ukazała się na jego szczycie i zaczęła ku nim schodzić postać, która niewątpliwie należała do rodzaju ludzkiego. Kiedy się zbliżyła, spostrzegł, że ma bladą cerę i długie, jasne włosy, odstające nieco z boków głowy. Miała poważną, ale z wyglądu dość młodą twarz. Gołe ręce i nogi nie były zbyt umięśnione.

Roboty rozstąpiły się i przybysz stanął między nimi. Potem przemówił czystym, miłym głosem. Choć używał archaicznych słów, zrozumieli go bez kłopotu. Mówił językiem ogólnogalaktycznym.

— Bądźcie pozdrowieni, przybysze z przestrzeni — powiedział. — Czego chcecie od moich robotów?


46

<p>46</p>

Trevize nie popisał się. Spytał niemądrze:

— Mówisz językiem galaktycznym?

Solarianin odparł z cierpkim uśmiechem:

— A dlaczego nie? Nie jestem niemy.

— A one? — Trevize wskazał na roboty.

— To roboty. Mówią naszym językiem. Ale ja jestem Solarianinem i docierają do mnie przez nadprzestrzeń rozmowy prowadzone przez inne światy, więc tak jak moi przodkowie nauczyłem się po waszemu. Przodkowie pozostawili mi opisy tego języka, ale stale słyszę nowe słowa i wyrażenia, które ciągle się zmieniają, zupełnie jakbyście wy, Koloniści, potrafili opanowywać światy, ale nie mogli opanować języka. Dlaczego tak cię dziwi, że rozumiem wasz język?

— Przepraszam — powiedział Trevize. — Nie powinno mnie to dziwić, ale po rozmowie z tymi robotami nie myślałem, że usłyszę na tym świecie język ogólnogalaktyczny.

Przyjrzał się uważnie Solarianinowi. Był on ubrany w cienką, luźną, białą szatę z dużymi otworami na ramiona. Z przodu widniało długie rozcięcie, ukazujące nagą klatkę piersiową i przepaskę na biodrach. Lekkie sandały dopełniały jego ubioru.

Trevize stwierdził z zaskoczeniem, że nie potrafi powiedzieć, czy ma przed sobą mężczyznę czy kobietę. Klatka piersiowa była bez wątpienia męska, ale zupełnie pozbawiona zarostu, a pod cienką przepaską nie można było dostrzec żadnej wypukłości.

Odwrócił się do Bliss i rzekł cicho:

— To też może być robot, ale bardzo podobny do człowieka…

Bliss odpowiedziała, prawie nie poruszając ustami:

— Umysł należy do człowieka, nie do robota.

— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie — powiedział Solarianin. — Wybaczam to i kładę na karb twojego zaskoczenia. Ale pytam raz jeszcze i tym razem muszę otrzymać odpowiedź. Czego chcecie od moich robotów?

— Jesteśmy podróżnikami i potrzebujemy informacji, dzięki którym moglibyśmy dotrzeć do celu — powiedział Trevize. — Próbowaliśmy uzyskać je od twoich robotów, ale one nic nie wiedzą na interesujący nas temat.

— A jakie to informacje? Może ja mógłbym wam pomóc.

— Chcemy wiedzieć, gdzie znajduje się Ziemia. Czy mógłbyś nam to powiedzieć?

Solarianin uniósł brwi w górę.

— Myślę, że pierwszym obiektem waszego zainteresowania powinienem być ja. I chociaż nie zapytałeś mnie o to, powiem wam, kim jestem. Nazywam się Sarton Bander, a ziemia, na której stoicie, należy do mnie i rozciąga się we wszystkie strony, jak daleko sięgnąć okiem. Nie mogę powiedzieć, żebyście byli tu mile widziani, gdyż przybywając tu pogwałciliście prawo. Jesteście pierwszymi od wielu tysięcy lat Kolonistami, którzy zjawili się na Solarii, i jak się okazuje, przylecieliście tu tylko po to, żeby dowiedzieć się, jak dostać się na inny świat. W dawnych czasach zostalibyście zniszczeni wraz ze swoim statkiem, jak tylko pojawilibyście się w polu widzenia.

— Takie potraktowanie ludzi, którzy nie żywią i nie przejawiają żadnych złych zamiarów, byłoby barbarzyństwem — powiedział Trevize.

— Zgadzam się, ale już samo pojawienie się członków zaborczego społeczeństwa na świecie zamieszkanym przez nieszkodliwych i żyjących według starych i stałych zasad ludzi kryje w sobie potencjalne niebezpieczeństwo. Kiedyś obawialiśmy się tego niebezpieczeństwa, więc gotowi byliśmy zabić każdego obcego w chwili, kiedy się tu pojawił. Teraz jednak nie mamy już żadnych powodów do obaw, więc, jak widzicie, jesteśmy skłonni do rozmowy.

— Jestem bardzo wdzięczny za informacje, których udzielił nam pan z własnej woli, ale nie odpowiedział pan na moje pytanie. Powtórzę je więc. Czy mógłby nam pan powiedzieć, gdzie leży Ziemia?

Solarianin skrzywił twarz ze wstrętem.

— Jeśli koniecznie musisz zwracając się do mnie używać jakiejś formy, to mów mi po prostu Bander — powiedział. — Nie zwracaj się do mnie żadnym słowem, które wskazuje na rodzaj. Nie jestem ani mężczyzną, ani kobietą. Jestem całością.

Trevize skinął głową („miałem rację” — pomyślał).

— Jak sobie życzysz, Bander. A zatem, gdzie leży Ziemia?

— Myślę, że mówiąc „Ziemia”, masz na myśli świat, na którym powstał rodzaj ludzki i te wszystkie gatunki roślin i zwierząt — tu zatoczył ręką łuk, jak gdyby chciał ukazać wszystko, co ich otacza.

— Tak.

— Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Gdybym wiedział albo mógł się dowiedzieć, to i tak na nic by się to wam nie przydało, bo Ziemia, jako świat, nie istnieje już… Ach — rozpostarł ręce — słońce miło przygrzewa. Nigdy nie wychodzę na powierzchnię, kiedy nie ma słońca, a w ogóle bywam tu niezbyt często. Ponieważ słońce było skryte za chmurami, wysłałem roboty, aby was powitały. Ja wyszedłem dopiero wtedy, kiedy niebo stało się czyste.

— A dlaczego Ziemia nie istnieje już jako świat? — spytał Trevize, z uporem wracając do tematu i przygotowując się raz jeszcze do usłyszenia opowieści o skażeniu radioaktywnym.

Jednak Bander zignorował jego pytanie, a raczej zbył je beztroskim:

— To długa historia. Powiedziałeś, że przybyliście tu bez złych zamiarów.

— Zgadza się.

— To dlaczego masz przy sobie broń?

— Na wszelki wypadek. Nie wiedziałem, na co możemy się natknąć.

— To nieważne. Ta twoja śmieszna broń nie jest dla mnie niebezpieczna. Ale jestem ciekaw, co to jest. Słyszałem oczywiście dużo o waszej broni i o waszej barbarzyńskiej historii, która zdaje się zależeć zupełnie od broni. Mimo to nigdy nie widziałem żadnej broni. Możesz mi pokazać swoją?

Trevize cofnął się o krok.

— Obawiam się, że nie, Bander. Bander zrobił rozbawioną minę.

— Pytałem tylko przez grzeczność. Wcale nie muszę cię o to prosić.

Wyciągnął rękę i z kabury na prawym udzie Trevizego wysunął się miotacz, a z kabury na lewym — bicz neuronowy. Trevize chciał je chwycić, ale nie mógł ruszyć ręką. Miał uczucie, jak gdyby obie ręce krępowały mu jakieś elastyczne, lecz mocne więzy. Pelorat i Bliss zrobili ruch, jakby chcieli zrobić krok do przodu, ale widać było, że oni też nie mogą nic zrobić.

— Nie próbujcie mi przeszkadzać — powiedział Bander. — Nie jesteście w stanie. — Miotacz i bicz przefrunęły do jego rąk. Obejrzał je uważnie. — To tutaj — powiedział wskazując na miotacz — jest, zdaje się, źródłem promieniowania mikrofalowego, które wytwarza wysoką temperaturę, doprowadzając tym samym do eksplozji każde ciało zawierające ciecz. Ta druga rzecz jest bardziej skomplikowana i muszę przyznać, że trudno mi na pierwszy rzut oka stwierdzić, jakie jest jej działanie. Ale skoro nie macie złych zamiarów, to nie potrzebujecie broni. Mogę usunąć z ładunków zawartą w nich energię, i zrobię to. W ten sposób unieszkodliwiłem tę broń, chyba żebyś chciał użyć którejś z tych rzeczy jako maczugi, ale niezbyt by się nadawały do tego celu.

Puścił broń i zarówno miotacz, jak i bicz pofrunęły z powrotem ku Trevizemu i wśliznęły się do kabur.

Trevize, czując, że więzy opadły, wyciągnął miotacz, ale nie było po co tego robić. Spust wisiał luźno i było zupełnie jasne, że ładunek został całkowicie pozbawiony energii. Dokładnie to samo było z biczem neuronowym. Spojrzał na Bandera, który rzekł z uśmiechem.

— Jesteś zupełnie bezbronny. Jeśli zajdzie potrzeba, mogę równie łatwo zniszczyć twój statek i oczywiście ciebie też.


11. W podziemiu

47

48

49

50

<p>11. W podziemiu</p>
<p>47</p>

Trevizemu zamarła krew w żyłach. Starając się oddychać normalnie, spojrzał kątem oka na Bliss. Obejmowała opiekuńczym gestem Pelorata, ale wydawała się zupełnie spokojna. Uśmiechała się lekko i nieznacznie skinęła głową.

Trevize odwrócił się z powrotem do Bandera. Z zachowania Bliss wywnioskował, że jest pewna siebie, więc mając nadzieję, że zinterpretował jej gest właściwie, spytał ponuro:

— Jak to zrobiłeś, Bander?

Bander, będący najwidoczniej w znakomitym humorze, uśmiechnął się.

— Powiedzcie mi, naiwni obcoświatowcy, wierzycie w czary? Albo w magię?

— Nie, naiwny Solarianinie, nie wierzymy — odciął się Trevize.

Bliss pociągnęła Trevizego za rękaw i szepnęła: — Nie drażnij go. Jest niebezpieczny.

— Sam widzę — powiedział Trevize, z trudem starając się nie podnieść głosu. — Zrób coś.

Bliss odparła ledwie słyszalnym szeptem:

— Jeszcze nie teraz. Będzie mniej groźny, jeśli będzie czuł się pewnie i bezpiecznie.

Bander nie zwracał uwagi na szepty, które wymieniali obcoświatowcy. Odwrócił się i odszedł niedbale. Roboty rozsunęły się, aby go przepuścić. Obejrzał się i przywołał ich, kiwając leniwie palcem.

— Chodźcie. Idźcie za mną. Wszyscy. Opowiem wam coś, co może was nie zainteresuje, ale co interesuje mnie. — Poszedł spacerowym krokiem, nie oglądając się więcej.

Trevize stał przez chwilę nieruchomo, nie wiedząc co począć w tej sytuacji. Jednak Bliss ruszyła za Banderem, pociągając za sobą Pelorata. W końcu Trevize dołączył do nich. Nie miał wyboru — mógł albo pójść za nimi, albo zostać sam z robotami.

— Gdyby Bander był łaskaw opowiedzieć nam tę historię, która może nas nie zainteresować… — powiedziała swobodnym tonem Bliss.

Bander odwrócił się i spojrzał uważnie na Bliss, jak gdyby dopiero teraz naprawdę ją spostrzegł.

— Jesteś półczłowiekiem rodzaju żeńskiego — powiedział — prawda? Mniejszą połową?

— Drobniejszą połową, Bander.

— Ci dwaj są wobec tego półludźmi rodzaju męskiego?

— Tak.

— Masz już dziecko, kobieto?

— Mam na imię Bliss, Bander. Nie mam jeszcze dziecka. To jest Trevize, a to Pel.

— A który z tych mężczyzn będzie ci towarzyszył, kiedy przyjdzie twój czas? A może obaj? Czy żaden z nich?

— Będzie mi towarzyszył Pel. Bander przeniósł wzrok na Pelorata.

— Widzę, że masz białe włosy — powiedział.

— Tak — odparł Pelorat.

— Zawsze miały taki kolor?

— Nie, Bander, stały się takie z wiekiem.

— A ile masz lat?

— Pięćdziesiąt dwa, Bander — odparł Pelorat i pospiesznie dodał:

— To są standardowe galaktyczne lata.

Bander nie przestał iść („ku odległej rezydencji” pomyślał Trevize), ale zwolnił kroku.

— Nie wiem jak długi jest standardowy rok galaktyczny — powiedział — ale na pewno nie bardzo różni się od naszego roku. A ile będziesz miał lat, kiedy umrzesz, Pel?

— Nie wiem. Może będę żył jeszcze ze trzydzieści lat.

— A więc osiemdziesiąt dwa. Krótkowieczni i podzieleni na połowy. Niewiarygodne, a jednak moi odlegli przodkowie byli tacy jak wy i żyli na Ziemi… Ale część z nich opuściła Ziemię, aby wokół innych gwiazd założyć nowe, cudowne, dobrze zorganizowane światy. Wiele światów.

— Nie tak wiele — rzekł głośno Trevize. — Pięćdziesiąt.

Bander obrzucił Trevizego wyniosłym spojrzeniem. Było w nim już mniej dobrego humoru.

— Trevize. Tak się nazywasz — powiedział.

— Moje pełne nazwisko brzmi Golan Trevize. Powiedziałem, że było pięćdziesiąt światów Przestrzeńców. Naszych światów są miliony.

— A więc znacie tę historię, którą chcę wam opowiedzieć? — spytał miękko Bander.

— Jeśli sprowadza się ona do tego, że było pięćdziesiąt światów Przestrzeńców, to znamy ją.

— U nas liczą się nie tylko liczby, mizerny półczłowieku — powiedział Bander. — Liczy się także jakość. Naszych światów było tylko pięćdziesiąt, ale wszystkie wasze światy nie mogą się równać z żadnym z nich. A Solaria była pięćdziesiątym, a więc najlepszym. Solaria w takim samym stopniu przewyższała pozostałe światy Przestrzeńców, w jakim one przewyższały Ziemię. Tylko tu, na Solarii, wiedzieliśmy, jak powinno się żyć. Nie tłoczyliśmy się w stadach, jak działo się na Ziemi i na innych światach, nawet na pozostałych światach Przestrzeńców. Żyliśmy osobno, mając do pomocy roboty, oglądając się wzajemnie na ekranach tak często, jak mieliśmy na to ochotę, ale bardzo rzadko spotykając się osobiście. Upłynęło wiele lat od czasu, kiedy spoglądałem na ludzi tak, jak teraz spoglądam na was, ale w końcu jesteście tylko półludźmi i dlatego wasza obecność nie krępuje mojej wolności bardziej niż obecność krowy czy robota.

Ale my też byliśmy kiedyś półludźmi. Mimo tego, że udoskonaliliśmy naszą. wolność, mimo tego, że staliśmy się wyłącznymi panami nieprzebranych rzesz robotów i żyliśmy w samotności, nasza wolność nigdy nie była absolutna. Po to, żeby wyprodukować potomstwo, potrzebne były dwie osoby. Oczywiście można było połączyć plemniki i jajeczka poza ciałem i doprowadzić do zapłodnienia, a potem do rozwoju embrionu w sztucznych, zautomatyzowanych warunkach. Można było powierzyć dziecko opiece odpowiednich robotów. To wszystko można było zrobić, ale półludzie za nic nie wyrzekliby się przyjemności towarzyszącej zapłodnieniu biologicznemu. W konsekwencji tego mogłoby się zrodzić perwersyjne przywiązanie uczuciowe i skończyłaby się wolność. Rozumiecie teraz, że trzeba to było zmienić?

— Nie, Bander, gdyż nie oceniamy wolności według waszych kryteriów — odparł Trevize.

— To dlatego, że nie wiecie, co to wolność. Nie znacie innego życia niż stadne i nie znacie innego sposobu na życie niż poddawać się, nawet w najdrobniejszych sprawach, woli innych albo, co jest równie złe, walczyć ustawicznie o to, aby poddać innych waszej woli. Gdzie tu miejsce na wolność? Wolność jest pustym słowem, jeśli nie można żyć, jak się chce. Dokładnie tak, jak się chce!

Potem nadszedł czas, kiedy Ziemianie wyroili się na nowo, kiedy całe ich tłumy zaczęły kłębić się w przestrzeni. Inni Przestrzeńcy, którzy co prawda nie wiedli tak stadnego życia, ale jednak żyli studnie, choć w mniejszym stopniu niż Ziemianie, próbowali z nimi rywalizować. My, Solarianie — nie. Przewidzieliśmy, że to się źle skończy. Zeszliśmy do podziemi i zerwaliśmy wszystkie kontakty z resztą Galaktyki. Byliśmy zdecydowani za wszelką cenę zostać sobą. Skonstruowaliśmy odpowiednie roboty i broń, która miała bronić dostępu do naszej pozornie pustej planety. Wywiązały się z tego znakomicie. Wszystkie statki, które tu przybywały, były niszczone i w końcu przestali tu przylatywać. Uznano naszą planetę za opuszczoną i zapomniano o niej, tak jak się tego spodziewaliśmy.

A tymczasem pracowaliśmy pod ziemią nad rozwiązaniem naszych problemów. Ostrożnie zmienialiśmy nasze geny. Spotykały nas niepowodzenia, ale mieliśmy też sukcesy i korzystaliśmy z tych sukcesów. Zajęło to nam wiele setek lat, ale ostatecznie staliśmy się kompletnymi ludźmi, łącząc w jednym ciele pierwiastek męski i żeński, doświadczając do woli całej przyjemności i wytwarzając, kiedy mieliśmy chęć, zapłodnione jajeczka, które dalej rozwijały się pod fachową opieką robotów.

— Hermafrodyci — powiedział Pelorat.

— Tak to się nazywa w waszym języku? — spytał obojętnym tonem Bander. — Nigdy nie słyszałem tego słowa.

— Hermafrodytyzm kładzie kres dalszej ewolucji — powiedział Trevize. — Każde dziecko jest genetycznym duplikatem swego hermafrodytycznego rodzica.

— Daj spokój — powiedział Bander. — Traktujecie ewolucję jako proces opierający się na przypadku. My możemy programować nasze dzieci według naszych życzeń. Możemy zmieniać i dostosowywać geny, i czasami to robimy… Ale jesteśmy już na miejscu. Wejdźmy. Robi się późno. Słońce grzeje już słabiej i będzie nam przyjemniej wewnątrz.

Przeszli przez drzwi, które nie miały żadnych zamków, ale które otworzyły się przed nimi i zamknęły, kiedy weszli. W środku nie było żadnych okien, ale kiedy znaleźli się w przepastnym pomieszczeniu, ściany zabłysły żywym światłem. Podłoga wydawała się goła, ale była miękka i sprężysta. W każdym z czterech rogów pokoju stał nieruchomy robot.

— Ta ściana — powiedział Bander, wskazując na ścianę naprzeciw drzwi, która wydawała się nie różnić niczym od pozostałych — jest moim ekranem. Otwiera się na nim przede mną cały świat, ale to w najmniejszym stopniu nie ogranicza mojej wolności, bo nie można mnie zmusić do korzystania z niego.

— Ani ty nie możesz zmusić innej osoby, żeby skontaktowała się z tobą przez ten ekran, kiedy ty tego chcesz, a ona nie — powiedział Trevize.

— Zmusić? — rzekł Bander wyniosłym tonem.

— Niech inni robią, co im się podoba, bylebym tylko ja też mógł robić to, co mnie się podoba.

W pokoju było jedno krzesło, naprzeciw ekranu, i Bander usiadł na nim.

Trevize rozejrzał się, jakby oczekiwał, że naraz z podłogi wyskoczą inne krzesła.

— Możemy usiąść? — spytał.

— Jeśli chcecie — odparł Bander.

Bliss usiadła z uśmiechem na podłodze. Pelorat obok niej. Trevize uparcie stał nadal.

— Powiedz mi, Bander, ilu ludzi żyje na tej planecie? — spytała Bliss.

— Mów o nas „Solarianie”, półczłowieku Bliss. Słowo „człowiek” jest skalane przez fakt, że określają się tym mianem półludzie. Moglibyśmy mówić o sobie „całoludzie”, ale to brzmi niezgrabnie. Solarianie to odpowiedni termin.

— A więc ilu Solarian żyje na tej planecie?

— Nie jestem pewien. Nie liczymy się. Może tysiąc dwustu.

— Tylko tysiąc dwustu na tym całym świecie?

— Aż tysiąc dwustu. Znowu bierzecie pod uwagę liczby, a my jakość… Nie rozumiecie też, na czym polega wolność. Jeśliby istniał choć jeden Solarianin, który podawałby w wątpliwość moją absolutną władzę nad jakąkolwiek częścią mojej ziemi, nad jakimkolwiek robotem, istotą żywą czy przedmiotem, to moja wolność byłaby ograniczona. Ponieważ istnieją inni Solarianie, trzeba tak, jak to tylko możliwe, usunąć niebezpieczeństwo ograniczenia indywidualnej wolności poprzez takie rozmieszczenie wszystkich, że kontakty osobiste właściwie nie istnieją. Solaria może pomieścić tysiąc dwustu Solarian w warunkach zbliżonych do idealnych. Gdyby było nas więcej, wolność byłaby tak ograniczona, że nie dałoby się tego znieść.

— To znaczy, że liczba dzieci musi być tak ograniczona, żeby tylko wyrównać naturalne straty spowodowane śmiercią — rzekł nagle Pelorat.

— Oczywiście. Musi tak być na każdym świecie o stabilnej liczbie ludności… może nawet na waszym.

— A ponieważ umiera tu prawdopodobnie mało ludzi, musi też być mało dzieci.

— Istotnie.

Pelorat pokiwał głową i zamilkł.

— Interesuje mnie, jak sprawiłeś, że moja broń sama poszybowała do twoich rąk — powiedział Trevize. — Nie wyjaśniłeś tego.

— Jako wyjaśnienie zaproponowałem wam czary lub magię. Nie przyjmujesz takiego wyjaśnienia?

— Oczywiście, że nie. Za kogo mnie bierzesz?

— A uwierzysz w gromadzenie i zachowanie energii i w konieczny wzrost entropii?

— W to tak. Ale nie uwierzę, żebyście, nawet w ciągu dwudziestu tysięcy lat, potrafili zmienić te prawa albo zmodyfikować je choćby o jeden mikrometr.

— I nie zrobiliśmy tego, mizerny półczłowieku. Ale pomyśl tylko. Na zewnątrz świeci słońce. — Tu znowu zatoczył z elegancją ręką, jak gdyby wskazywał na słońce świecące wokół jego posiadłości. Ale jest też cień. W słońcu jest cieplej niż w cieniu, więc ciepło automatycznie przepływa z obszaru nasłonecznionego na obszar zacieniony.

— Mówisz mi to, o czym doskonale wiem rzekł Trevize.

— Ale może znasz to tak dobrze, że w ogóle nie myślisz o tym. A w nocy powierzchnia Solarii jest cieplejsza niż powierzchnia przedmiotów znajdujących się poza jej atmosferą, a więc ciepło przepływa automatycznie z powierzchni planety w przestrzeń.

— O tym też wiem.

— Natomiast tak dniem, jak i nocą wnętrze planety jest cieplejsze niż jej powierzchnia. Dlatego ciepło przepływa automatycznie z wnętrza na powierzchnię. Przypuszczam, że wiesz i o tym.

— I co z tego wszystkiego, Bander?

— Przepływ ciepła z miejsc cieplejszych do zimniejszych, który — na mocy drugiego prawa termodynamiki — zawsze następuje w takiej sytuacji, może być wykorzystany do wykonania pracy.

— Owszem, w teorii. W praktyce natomiast promienie słoneczne są rozproszone, ciepło powierzchni planety jeszcze bardziej, a stopień, w jakim ciepło przenika na zewnątrz z wnętrza planety sprawia, że jest ono nawet bardziej rozproszone niż to, które jest na powierzchni. Ilość ciepła, które mogłoby być użyte do pracy, nie wystarczyłaby chyba nawet do podniesienia kamyka.

— To zależy od urządzenia, którego używa się do tego celu — powiedział Bander. — Urządzenie, którego my używamy, było doskonalone przez tysiące lat, a jest to po prostu cząstka mózgu każdego z nas. — Odgarnął włosy z obu stron głowy, ukazując czaszkę za uszami. Obrócił głowę w jedną i drugą stronę, aby mogli lepiej zobaczyć. Za każdym uchem miał wypukły guz wielkości jednej trzeciej kurzego jaja. — Ta część mojego mózgu, część, której wy nie macie, jest tym, co różni Solarian od was.

<p>48</p>

Trevize spoglądał od czasu do czasu na Bliss, której uwaga zdawała się całkowicie skupiona na Banderze. Był pewien, że wie, co się dzieje.

Bander, wbrew swemu peanowi na cześć wolności, nie mógł się oprzeć tej zupełnie dla niego wyjątkowej okazji. Nie mógł rozmawiać z robotami jak z istotami na tym samym poziomie intelektualnym, a z pewnością już nie mógł znaleźć słuchaczy wśród zwierząt. Rozmowa z innymi Solarianami byłaby dla niego rzeczą nieprzyjemną — każda wymiana zdań z ziomkami była wymuszona koniecznością, nigdy nie zawiązywała się spontanicznie.

Natomiast jeśli chodzi o Trevizego, Bliss i Pelorata, to mogli być, co prawda, dla Bandera półludźmi i mógł uważać, że nie są większym zagrożeniem dla jego wolności niż robot czy kozioł, ale intelektualnie byli mu równi (lub prawie równi) i rozmowa z nimi była dla niego niezwykłym luksusem, na jaki nigdy jeszcze nie miał okazji pozwolić sobie.

„Nic dziwnego zatem — myślał Trevize — że pozwala sobie na taką słabość.” A Bliss (tego Trevize był zupełnie pewien) zachęca go do tego, stymulując delikatnie jego umysł, by zrobił to, co i tak bardzo chciał zrobić.

Prawdopodobnie Bliss zakładała, że jeśli Bander się rozgada, to może udzielić im jakiejś użytecznej informacji na temat Ziemi. Według Trevizego było to rozsądne założenie, a więc nawet gdyby nie interesował go temat rozmowy, to i tak próbowałby ją nadal ciągnąć.

— A jak działają te płaty mózgowe? — spytał.

— To przetworniki energii — powiedział Bander. — Uruchamia je przepływ ciepła. Wtedy zamieniają ciepło na energię mechaniczną.

— Nie mogę w to uwierzyć. Taki przepływ ciepła jest za mały.

— Mizerny półczłowiecze, ty po prostu nie myślisz. Gdyby Solarian było wielu i każdy z nich próbował skorzystać z tego przepływu ciepła, to wówczas, owszem, jego ilość byłaby za mała. Ale ja mam ponad czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi, która należy wyłącznie do mnie. Mogę zbierać ciepło z takiej części tej ziemi, jak mi się podoba, i nikt nie będzie miał o to pretensji. A więc mam taką jego ilość, jaka jest mi potrzebna i wystarczająca. Rozumiesz?

— Czy to takie proste zbierać ciepło z tak dużego obszaru? Sama czynność gromadzenia go pochłania dużo energii.

— Być może, ale ja nie zdaję sobie z tego sprawy. Moje przetworniki nieustannie gromadzą ciepło, tak że kiedy trzeba wykonać jakąś pracę, to zostaje wykonana. Kiedy wyciągnąłem twoją broń, to pewna porcja ogrzanej słońcem atmosfery oddała część nadmiernego ciepła pewnej porcji zacienionego obszaru, a zatem użyłem w tym celu energii słonecznej. Tyle że zamiast korzystać przy tym z jakiegoś mechanicznego czy elektronicznego urządzenia, użyłem urządzenia neuronowego. — Dotknął lekko jednego z guzów. — Działa szybko, sprawnie, stale — i bez wysiłku z mojej strony.

— Niewiarygodne — mruknął Pelorat.

— Nic podobnego — rzekł Bander. — Pomyślcie o subtelnym działaniu oczu i uszu, o tym jak zamieniają małe ilości fotonów i drgań powietrza w informacje. Wydawałoby się to wam niewiarygodne, gdybyście nigdy się z tym nie zetknęli. Przetworniki mózgowe wcale nie są bardziej niewiarygodne i nie wydawałyby się wam takie, gdyby nie fakt, że spotkaliście się z tym po raz pierwszy.

— Co robicie za pomocą tych waszych stale działających przetworników? — spytał Trevize.

— Kierujemy naszym światem — odparł Bander. — Każdy robot w tej posiadłości otrzymuje energię ode mnie, a raczej czerpie ją z naturalnego przepływu ciepła. Kiedy robot naciska kontakt albo ścina drzewo, czerpie energię z przetwarzania, które ma miejsce w mózgu — w moim mózgu.

— A jeśli śpisz?

— Proces przetwarzania odbywa się ciągle, bez względu na to czy czuwam, czy śpię, mizerny półczłowiecze — powiedział Bander. — Czy przestajesz oddychać, kiedy śpisz? Czy twoje serce przestaje wtedy bić? W nocy moje roboty pracują kosztem lekkiego ochłodzenia wnętrza Solarii. W skali globalnej to ochłodzenie jest tak niewielkie, że nie można go nawet zmierzyć. Jest nas tu tysiąc dwustu, a więc energia, którą zużywamy, nie skróci życia naszemu słońcu ani nie wyczerpie ciepła wnętrza naszej planety.

— Czy przyszło ci kiedy do głowy, że możesz tego używać jako broni?

Bander spojrzał na Trevizego tak, jakby go nie rozumiał.

— Zdaje mi się — powiedział — że chcesz przez to powiedzieć, że Solaria mogłaby wystąpić przeciw innym światom z bronią energetyczną działającą na zasadzie tego przetwarzania ciepła, tak? A po co? Nawet gdybyśmy mogli zniszczyć ich broń opartą na innych rodzajach energii, co jest więcej niż pewne, to co by nam to dało? Panowanie nad innymi światami? A po co nam inne światy, skoro mamy swój własny, idealny świat? Czemu mielibyśmy chcieć władzy nad półludźmi? Po to, żeby zmusić ich do pracy dla nas? Mamy roboty, które nadają się do tego celu o wiele lepiej niż półludzie. Mamy wszystko. Nie chcemy niczego, oprócz tego, żeby zostawiono nas samym sobie. Zresztą posłuchajcie… opowiem wam inną historię.

— Słuchamy — powiedział Trevize.

— Dwadzieścia tysięcy lat temu, kiedy półludzie z Ziemi zaczęli mrowić się w przestrzeni, pozostałe światy Przestrzeńców zdecydowały się przeciwstawić kolonizacji idącej z Ziemi. Uderzyli na Ziemię.

— Na Ziemię — powtórzył Trevize, starając się ukryć zadowolenie z faktu, że temat ten jednak w końcu wypłynął.

— Tak, w samo centrum tej kolonizacji. Było to poniekąd rozsądne posunięcie. Jeśli chce się kogoś zabić, to nie uderza się w palec czy w piętę, ale w serce. A więc nasi pobratymcy, Przestrzeńcy, którzy w sferze uczuć nie tak bardzo różnili się od ludzi, zdołali pokryć radioaktywną pożogą powierzchnię Ziemi, w wyniku czego stała się ona w znacznej części niezdatna do zamieszkania.

— Ach, więc to tak było! — powiedział Pelorat, zwijając dłoń w pięść i machając nią szybko, jak gdyby przybijał gwóźdź. — Wiedziałem, że nie mogło to być zjawisko naturalne. Jak to zrobili?

— Nie wiem, jak to zrobili — powiedział obojętnie Bander — ale w każdym razie nie wyszło to Przestrzeńcom na dobre. To właśnie morał tej historii. Koloniści nadal podbijali przestrzeń, natomiast Przestrzeńcy wymarli. Próbowali rywalizować i zniknęli. My, Solarianie, wycofaliśmy się i nie podjęliśmy rywalizacji, dzięki czemu jesteśmy tu nadal.

— Tak samo, jak Koloniści — zauważył chłodno Trevize.

— Owszem, ale oni nie będą trwali wiecznie. Ci, co się tak roją i tłoczą, muszą współzawodniczyć ze sobą, muszą walczyć i w końcu muszą zginąć. Może to trwać dziesiątki tysięcy lat, ale my możemy poczekać. A kiedy to nastąpi, wtedy my, Solarianie, kompletni, samotni, wolni, będziemy mieli całą Galaktykę dla siebie. Możemy wtedy, oprócz naszego świata, korzystać — albo nie — z każdego świata, z jakiego będziemy chcieli.

— Ale ta sprawa Ziemi… — powiedział Pelorat, strzelając niecierpliwie palcami. — Czy to, co nam powiedziałeś, to legenda czy historia?

— A co za różnica, półczłowiecze? — spytał Bander. — Cała historia, w większym czy mniejszym stopniu, jest legendą.

— Ale co mówią wasze kroniki? Czy mógłbym zobaczyć wasze zapiski na ten temat?… Zrozum, proszę, że mity, legendy i historia starożytna to moja dziedzina. Jestem naukowcem zajmującym się takimi sprawami, a szczególnie tymi, które związane są z Ziemią.

— Ja tylko powtarzam to, co słyszałem — powiedział Bander. — Nie ma żadnych zapisków na ten temat. Nasze zapiski dotyczą wyłącznie spraw Solarii, a innymi światami zajmują się tylko o tyle, o ile wtykały one nos w te sprawy.

— Ziemia na pewno wtykała nos w te sprawy zauważył Pelorat.

— Być może, ale jeśli tak było, to działo się to bardzo dawno temu, a Ziemia była dla nas najbardziej odpychającym ze wszystkich światów. Jestem pewien, że jeśli mieliśmy jakieś wzmianki na temat Ziemi, to zostały one zniszczone z czystego wstrętu do niej.

Trevize zazgrzytał zębami ze złości.

— Przez was? — spytał.

Bander spojrzał na Trevizego.

— Nie ma tu nikogo innego, kto mógłby je zniszczyć — powiedział.

Pelorat nie dawał się zbić z tematu.

— Masz coś jeszcze, co dotyczy Ziemi? Bander zamyślił się.

— Kiedy byłem młody — rzekł po chwili — słyszałem od pewnego robota opowieść o Ziemianinie, który kiedyś odwiedził Solarię i o solariańskiej kobiecie, która z nim odleciała i została potem ważną osobistością w Galaktyce. Jednak, moim zdaniem, była to opowieść zmyślona.

Pelorat zagryzł wargę.

— Jesteś pewien?

— A czy można być czegoś pewnym w tych sprawach? — odparł Bander. — Niemniej jest nieprawdopodobne, żeby jakiś Ziemianin ośmielił się przylecieć na Solarię albo żeby Solaria pozwoliła na coś takiego. A jeszcze bardziej nieprawdopodobne, żeby tutejsza kobieta — byliśmy wtedy co prawda półludźmi, ale mimo to — z własnej woli opuściła ten świat… Ale zostawmy to. Pokażę wam mój dom.

— Twój dom? — spytała Bliss, rozglądając się dokoła. — Czyżbyśmy nie byli w twoim domu?

— Oczywiście, że nie — odparł Bander. — To przedpokój. Sala widzeń. Tutaj, kiedy muszę, spotykam się z innymi Solarianami. Ich obrazy ukazują się na tej ścianie albo, trójwymiarowo, w przestrzeni przed tą ścianą. Dlatego ten pokój jest pomieszczeniem publicznym a nie częścią mego domu. Chodźcie ze mną.

Poszedł przodem, nie sprawdzając, czy idą za nim, ale cztery roboty opuściły swoje miejsca w rogach pokoju i Trevize wiedział, że jeśli on i jego towarzysze nie pójdą za Banderem z własnej woli, to roboty pomogą im to zrobić.

Bliss i Pelorat podnieśli się z podłogi. Trevize szepnął cicho do Bliss:

— Postarałaś się, żeby mówił?

Bliss ścisnęła jego dłoń i kiwnęła głową.

— Mimo to — powiedziała z nutą niepokoju w głosie — chciałabym wiedzieć, jakie ma zamiary.

<p>49</p>

Szli za Banderem. Roboty trzymały się w przyzwoitej odległości, ale sama ich obecność była ostrzeżeniem.

Posuwali się jakimś korytarzem. Trevize mruczał z przygnębieniem:

— Nie ma na tej planecie niczego, co by nam pomogło znaleźć Ziemię. Jestem tego pewien. Jeszcze jedna wariacja na temat radioaktywności. Wzruszył ramionami. — Będziemy musieli skorzystać z trzeciego zestawu współrzędnych.

Otworzyły się przed nimi drzwi i ukazał się mały pokój.

— Chodźcie, półludzie — powiedział Bander. Pokażę wam, jak żyjemy.

— On czerpie dziecinną przyjemność z pokazywania nam swoich wspaniałości — szepnął Trevize. — Mam ochotę go usadzić.

— Nie chcesz chyba współzawodniczyć z nim w dziecinadzie — powiedziała Bliss.

Bander wpuścił ich przodem. Wszedł też jeden z robotów. Bander odprawił gestem dłoni pozostałe roboty i też wszedł. Drzwi zamknęły się za nim.

— To winda — powiedział Pelorat z radością odkrywcy.

— Tak — potwierdził Bander. — Kiedy już raz zeszliśmy pod ziemię, to na dobrą sprawę nigdy już stąd nie wyszliśmy. Zresztą nie chcemy tego, aczkolwiek lubię czasami poczuć promienie słoneczne na ciele. Ale nie lubię chmur ani nocy na powietrzu. Ma się wtedy wrażenie, jak gdyby było się pod ziemią, choć naprawdę nie jest się tam, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. To jest w pewnym sensie dysonans poznawczy. Uważam, że to niemiłe uczucie.

— Ziemia zbudowana pod ziemią — powiedział Pelorat. — Nazywali swoje miasta Jaskiniami ze Stali. Trantor też, w czasach Imperium, znajdował się właściwie pod ziemią, tyle że był bardziej rozbudowany… A teraz to samo robi Comporellon. Kiedy się o tym pomyśli, to wygląda to na wspólne wszystkim dążenie.

— Półludzie tłoczący się pod ziemią i my, żyjący pod ziemią we wspaniałej izolacji, to dwie zupełnie różne rzeczy — powiedział Bander.

— Na Terminusie — rzekł Trevize — domy mieszkalne znajdują się na powierzchni.

— I są wystawione na działanie pogody — powiedział Bander. — Prymityw.

Po wejściu do windy odczuli początkowo spadek grawitacji, co zdradziło Peloratowi charakter tego urządzenia, ale potem nie czuli w ogóle, że winda się porusza. Trevize właśnie zastanawiał się, jak daleko w głąb ziemi prowadzi ten szyb, kiedy poczuł wzrost grawitacji i drzwi otworzyły się.

Ich oczom ukazał się duży, wyszukanie umeblowany pokój. Było w nim przyćmione światło, choć nie mogli dostrzec jego źródła. Wydawało się, że świeci samo powietrze.

Bander wyciągnął palec i w miejscu, które wskazał, światło stało się nieco jaśniejsze. Wskazał inne miejsce i wszystko powtórzyło się. Położył lewą rękę na krótkim, grubym drążku, który znajdował się po lewej stronie drzwi, a prawą ręką zatoczył łuk i cały pokój wypełnił się intensywnym światłem, zupełnie jakby był skąpany w promieniach słońca, chociaż nie towarzyszyło temu uczucie ciepła.

Trevize skrzywił się i powiedział półgłosem:

— Ten człowiek to szarlatan.

— Nie „ten człowiek”, ale „Solarianin” — rzekł ostro Bander. — Nie wiem, co znaczy słowo „szarlatan”, ale sądząc z tonu, jakim je wypowiedziałeś, jest obraźliwe.

— Oznacza ono kogoś — odparł Trevize — kto zwodzi ludzi swymi rzekomymi umiejętnościami, kto wywołuje takie efekty, aby to, co robi, wydawało się bardziej imponujące, niż jest w istocie.

— Przyznaję, że lubię teatralne efekty — powiedział Bander — ale to, co wam pokazałem, nie jest żadną sztuczką. To autentyczne. — Poklepał drążek, na którym spoczywała jego lewa dłoń. — To jest pręt przewodzący ciepło, który sięga parę kilometrów w głąb ziemi. Takie same pręty znajdują się w innych, odpowiednich do tego miejscach na terenie mojej posiadłości. Wiem, że na innych posiadłościach też są takie pręty. Zwiększają one dawki ciepła, które wędruje z niższych warstw planety ku powierzchni i ułatwiają jego zamianę na pracę. Nie muszę czynić żadnych gestów, aby uzyskać światło, ale tworzy to atmosferę pewnej teatralności, a może — jak to określiłeś — nieautentyczności, a ja to lubię.

— Często masz okazję cieszyć się wykonywaniem takich teatralnych gestów? — spytała Bliss.

— Nie — odparł Bander, potrząsając głową. Na moich robotach nie wywiera to żadnego wrażenia. Na innych Solarianach też by nie wywarło. Ta niezwykła szansa spotkania półludzi i pokazania im tego jest bardzo… zabawna.

— Kiedy tu weszliśmy, światło było przyćmione — powiedział Pelorat. — Cały czas jest takie?

— Tak, to słaby pobór mocy… taki sam jak dla utrzymania robotów w ruchu. Na mojej posiadłości stale wre praca, ale nie na wszystkich częściach w tym samym czasie. Te, które akurat nie pracują, znajdują się na jałowym poborze mocy.

— I cały czas dostarczasz energii dla tej całej rozległej posiadłości?

— Energii dostarcza słońce i jądro planety. Ja ją tylko przekazuję. Poza tym nie cała posiadłość nastawiona jest na produkcję. Znaczną jej część utrzymuję w stanie pierwotnym, z bogatą szatą roślinną i światem zwierząt, po pierwsze dlatego, że chroni to moje granice, a po drugie, że ma to dla mnie walor estetyczny. W rzeczywistości pola uprawne i fabryki zajmują mało miejsca. Służą one tylko zaspokajaniu moich potrzeb oraz dostarczają pewnych rzeczy na wymianę z innymi. Mam na przykład roboty, które w razie potrzeby potrafią produkować i instalować pręty przewodzące ciepło. Wielu Solarian korzysta z tych usług.

— A jak duży jest twój dom? — spytał Trevize. Musiało to być właściwe pytanie, gdyż Bander rozpromienił się.

— Bardzo duży — powiedział. — Myślę, że jeden z największych na planecie. Rozciąga się na przestrzeni wielu kilometrów. Dba o niego tyle samo robotów, ile pracuje na tych wszystkich tysiącach kilometrów kwadratowych powierzchni.

— Na pewno nie korzystasz z całego domu powiedział Pelorat.

— Zupełnie możliwe, że są tu pokoje, w których nigdy nie byłem, ale co z tego? — odparł Bander. — Roboty utrzymują porządek i czystość we wszystkich pomieszczeniach, wszystkie są dobrze wentylowane. Ale chodźmy dalej.

Wyszli przez inne drzwi, niż weszli, i znaleźli się w innym korytarzu. Znajdował się tam mały, odkryty pojazd, który poruszał się po szynach.

Bander nakazał im ruchem ręki, aby wsiedli. Nie było dosyć miejsca dla nich czworga i robota, ale Pelorat i Bliss ścisnęli się, aby zmieścił się Trevize. Bander siadł wygodnie z przodu, mając u boku robota, i pojazd ruszył bez uruchamiania żadnych dźwigni czy wciskania guzików. Wystarczyło, że Bander od czasu do czasu lekko poruszył dłonią.

— To jest oczywiście robot w kształcie pojazdu — powiedział Bander tonem obojętnego wyjaśnienia.

Jechali powoli, przejeżdżając przez liczne drzwi, które otwierały się przed nimi i zamykały zaraz po przejeździe. Każde drzwi miały inną dekorację i nie można się było doszukać w tym żadnego stylu czy porządku, zupełnie jakby roboty otrzymały polecenie, by przypadkowo dobierać różne kombinacje.

Zarówno przed, jak i za nimi korytarz pogrążony był w mroku, ale w każdym jego miejscu, gdy tylko się tam znaleźli, pojawiało się jasne, podobne do słonecznego, lecz zimne światło. Podobnie działo się w pokojach, przez które przejeżdżali. Za każdym razem Bander majestatycznie podnosił dłoń.

Podróż zdawała się nie mieć końca. Od czasu do czasu skręcali pod kątem, który świadczył o tym, że podziemna siedziba rozciągała się w dwóch wymiarach. („Nie, w trzech” — pomyślał Trevize, kiedy w pewnej chwili zaczęli zjeżdżać po łagodnej pochyłości.)

Wszędzie, gdzie się zjawili, spotykali roboty, dziesiątki, setki robotów, zajętych niespieszną pracą, której celu Trevize nie mógł odgadnąć. Minęli otwarte drzwi, prowadzące do dużej sali, w której siedziały, pochylone nad biurkami, rzędy robotów.

— Co one robią, Bander? — spytał Pelorat.

— To księgowość — odparł Bander. — Sporządzają dane statystyczne, rachunki, zestawienia i inne takie rzeczy, o które — z czego bardzo się cieszę — nie muszę się sam kłopotać. Tu się nie próżnuje. Około jednej czwartej ziemi uprawnej zajmują sady. Jedną dziesiątą stanowią pola, ale moją chlubą są sady. Mam najlepsze owoce na tym świecie, i to wiele rodzajów i odmian. Brzoskwinia Bandera to jest brzoskwinia na tym świecie! Jest tak dobra, że inni prawie nie próbują hodować brzoskwiń. Mam dwadzieścia siedem odmian jabłek i… i tak dalej. Roboty mogłyby udzielić wam pełnej informacji.

— A co robisz z tymi owocami? — spytał Trevize. — Przecież nie możesz ich sam wszystkich zjeść.

— Nawet by mi to do głowy nie przyszło. Nie przepadam za owocami. Wymieniam je z innymi posiadłościami.

— Za co?

— Głównie za kopaliny. Na mojej posiadłości praktycznie nie ma kopalin. Poza tym uzyskuję za nie wszystko, co mi potrzebne dla zachowania równowagi ekologicznej. Mam tu bardzo wiele gatunków roślin i zwierząt.

— Przypuszczam, że tym wszystkim zajmują się roboty — powiedział Trevize.

— Tak. I to bardzo dobrze.

— I to wszystko dla jednego Solarianina.

— Wszystko dla posiadłości i jej wymagań ekologicznych. Tak się składa, że jestem jedynym Solarianinem, który — kiedy ma na to ochotę — odwiedza różne części tej posiadłości, ale to część składowa mojej absolutnej wolności.

— Myślę — powiedział Pelorat — że inni… inni Solarianie także dbają o zachowanie równowagi ekologicznej i posiadają w swych posiadłościach tereny bagienne, górzyste albo nadmorskie.

— Myślę, że tak — rzekł Bander. — Zajmujemy się takimi sprawami na konferencjach, których zwołania wymagają niekiedy sprawy naszego świata.

— A jak często się spotykacie? — spytał Trevize. Jechali właśnie wąskim korytarzem, po którego bokach nie było żadnych pomieszczeń. Trevize domyślił się, że musi on prowadzić przez warstwy, które uniemożliwiają budowę szerszych pomieszczeń, i jest łącznikiem między dwoma skrzydłami siedziby, które mogą się znacznie bardziej rozszerzać.

— Za często. Rzadko zdarza się miesiąc, żebym nie musiał poświęcić nieco czasu na uczestniczenie w jakimś zebraniu organizowanym przez jeden z komitetów, których jestem członkiem. Jednak, choć nie ma na mojej posiadłości gór ani bagien, moje sady, stawy rybne i ogrody botaniczne są najlepsze na tym świecie.

— Ale, stary… to znaczy Bander… przypuszczam, że nigdy nie opuściłeś swojej posiadłości i nie widziałeś posiadłości innych… — powiedział Pelorat.

— Oczywiście, że nie — powiedział Bander z oburzeniem.

— Powiedziałem, że tak właśnie przypuszczam — rzekł pojednawczo Pelorat. — Ale skąd w takim razie masz pewność, nigdy nie zbadawszy ani nawet nie widziawszy posiadłości innych, że twoje są najlepsze?

— Stąd — odparł Bander — że wynika to z zapotrzebowania na moje produkty w wymianie między posiadłościami.

— A co z artykułami przemysłowymi? — spytał Trevize.

— Są tu posiadłości, na których wytwarza się narzędzia i maszyny. Jak już powiedziałem, na mojej posiadłości robi się pręty przewodzące ciepło, ale są to dość proste urządzenia.

— A roboty?

— Produkuje się je tu i ówdzie. W przeszłości Solaria zawsze wiodła prym w Galaktyce w projektowaniu i wykonywaniu robotów. Nasze roboty były wyjątkowo inteligentne i skomplikowane.

— Przypuszczam, że teraz też — powiedział Trevize, starając się, żeby zabrzmiało to jak stwierdzenie, a nie pytanie.

— Dzisiaj? — rzekł Bander. — A czy jest dzisiaj z kim współzawodniczyć? Dzisiaj roboty wytwarza się tylko na Solarii. Jeśli właściwie rozumiem to, co dociera do mnie na hiperfalach, to na waszych światach nie robi się ich.

— A na innych światach Przestrzeńców?

— Mówiłem wam już. One już nie istnieją.

— Wszystkie?

— Nie sądzę, żeby gdzieś poza Solarią żył jeszcze choćby jeden Przestrzeniec.

— A więc nie ma nikogo, kto zna położenie Ziemi?

— Dlaczego każdy z was chce znać położenie Ziemi?

— Ja chcę je znać — wtrącił Pelorat. — To moja dziedzina badań.

— Wobec tego — powiedział Bander — będziesz musiał sobie znaleźć inną dziedzinę. Nie wiem nic o położeniu Ziemi i nigdy nie słyszałem o kimś, kto by je znał. Zresztą nic mnie to nie obchodzi.

Pojazd zatrzymał się i Trevize przez chwilę myślał, że Bander poczuł się obrażony. Zatrzymał się jednak gładko, a Bander, wysiadając z wozu i pokazując im, że mają zrobić to samo, wyglądał na równie zadowolonego jak przedtem.

Światło w pomieszczeniu, do którego potem weszli, było przyciemnione i niewiele rozjaśniło się nawet po geście Bandera. Prowadził z niego boczny korytarz, po którego obu stronach mieściły się małe pokoiki. W każdym z nich stała jedna lub dwie bogato zdobione wazy. Obok niektórych z nich znajdowały się przedmioty, które przypominały projekty filmowe.

— Co to jest, Bander? — spytał Trevize.

— Pośmiertne komnaty przodków, Trevize powiedział Bander.

<p>50</p>

Pelorat rozejrzał się z zaciekawieniem.

— Przypuszczam, że są tu pogrzebane prochy twoich przodków, prawda?

— Jeśli „pogrzebany” — powiedział Bander znaczy „zakopany w ziemi”, to niezupełnie masz rację. Jesteśmy, co prawda, pod ziemią, ale to moja siedziba, a ich prochy znajdują się tutaj tak samo, jak my w tej chwili. W naszym języku mówimy, że prochy są „zadomowione”.

Trevize rozejrzał się wokół.

— To wszystko twoi przodkowie? — spytał. Ilu ich jest tutaj?

— Prawie stu — odparł Bander, nawet nie starając się ukryć rozpierającej go dumy. — Dokładnie — dziewięćdziesięciu czterech. Oczywiście ci najstarsi nie są prawdziwymi Solarianami w obecnym znaczeniu tego słowa. Byli półludźmi, mężczyznami i kobietami. Ci półprzodkowie zostali umieszczeni przez swych bezpośrednich następców w urnach znajdujących się w sąsiednich salach. Oczywiście nie chodzę tam. Byłoby to wstydodajne. W każdym razie my to tak nazywamy. Nie wiem, czy macie jakiś termin na wyrażenie tego uczucia. Może nie.

— A te filmy? — spytała Bliss. — To chyba projektory filmowe?

— To ich dzienniki i pamiętniki — odparł Bander. — Ich zdjęcia w ulubionych miejscach posiadłości. Znaczy to, że nie ze wszystkim umarli. Coś z nich zostało tu i moja wolność polega między innymi na tym, że kiedy przyjdzie mi ochota, mogę sobie obejrzeć kawałek tego czy innego filmu.

— Ale nie tych — wstydodajnych.

Bander uciekł spojrzeniem w bok.

— Nie — powiedział — ale w końcu wszyscy mieliśmy takich przodków. To wspólna skaza.

— Wspólna? A więc inni Solarianie też mają takie komnaty przodków? — spytał Trevize.

— O tak, mają je wszyscy, ale moje są najlepsze, najlepiej wykonane i najlepiej zachowane.

— A czy masz już taką komnatę dla siebie?

— Oczywiście. Jest już od dawna gotowa. Zrobienie jej było moim pierwszym obowiązkiem, kiedy odziedziczyłem tę posiadłość. A kiedy, mówiąc poetycznie, rozsypię się w proch, pierwszym obowiązkiem mojego następcy, tak jak moim, będzie wykonanie własnej komnaty pośmiertnej.

— A masz jakiegoś następcę?

— Będę miał, kiedy przyjdzie na to czas. Mam jeszcze przed sobą dużo życia. Kiedy będę musiał odejść, znajdzie się tu mój następca, który będzie na tyle dojrzały, aby korzystać z tej posiadłości i będzie miał już na tyle rozwinięte odpowiednie płaty mózgowe, aby móc przetwarzać energię.

— Przypuszczam, że będzie to twój potomek?

— Tak.

— A jeśli stanie się coś nieprzewidzianego? spytał Trevize. — Myślę, że wypadki zdarzają się nawet na Solarii. Co się stanie, jeśli jakiś Solarianin rozsypie się przedwcześnie w proch, a nie będzie miał naturalnego następcy, a w każdym razie następcy, który będzie na tyle dojrzały, aby korzystać z tej posiadłości?

— W moim rodzie był tylko jeden taki przypadek. Ale jeśli już coś takiego się zdarzy, to trzeba pamiętać, że są inni, którzy czekają na spadek na inne posiadłości. Niektórzy z nich są już w takim wieku, że mogliby je przejąć, ale ich rodzice są jeszcze na tyle młodzi, że mogą spłodzić innych dziedziców i żyć, dopóki ci drudzy nie dojrzeją na tyle, by móc zająć ich miejsce. Otóż któryś z tych młodostarych następców, jak ich nazywamy, zostałby wyznaczony na właściciela mojej posiadłości.

— A kto się tym zajmuje?

— Mamy radę zarządzającą, do której należy między innymi wyznaczanie następcy w przypadku przedwczesnej śmierci któregoś z nas. Oczywiście wszystko to załatwia się za pośrednictwem holowizji.

— Ale pomyśl tylko… — odezwał się Pelorat. Jeśli Solarianie nigdy się ze sobą nie stykają, to skąd mogą wiedzieć, że któryś z nich niespodzianie — albo nawet spodziewanie — obrócił się w proch?

— Kiedy ktoś z nas umiera — odparł Bander ustaje dopływ energii do wszystkich urządzeń znajdujących się w jego posiadłości. Jeśli natychmiast nie przejmie jego miejsca potomek, to w końcu wszyscy spostrzegają tę nienormalną sytuację i natychmiast zostają podjęte środki zaradcze. Zapewniam was, że nasz system społeczny funkcjonuje bezbłędnie.

— Czy można zobaczyć któryś z tych filmów? spytał Trevize.

Bander zamarł ze zgrozy. W końcu powiedział:

— Usprawiedliwia cię tylko twoja ignorancja. To, co powiedziałeś, jest chamskie i wulgarne.

— Przepraszam — rzekł Trevize. — Nie chcę, żebyś uważał mnie za natręta, ale — jak ci już wyjaśniliśmy — bardzo interesujemy się wszystkim, co ma związek z Ziemią. Przyszło mi do głowy, że najstarsze z tych filmów mogą pochodzić z czasów, zanim Ziemia stała się radioaktywna. Być może wspomina się tam o niej. Może są tam jakieś szczegóły. Naprawdę nie chcemy być niegrzeczni, ale czy nie ma żadnej możliwości, żebyśmy mogli obejrzeć te filmy? Może mógłby to zrobić robot i przekazać nam interesujące nas informacje, jeśli znajdzie tam jakieś? Jeśli rozumiesz, co nami kieruje, to rozumiesz też, że postaramy się uszanować twoje uczucia. Może pozwolisz nam więc obejrzeć te filmy?

— Sądzę, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, że coraz bardziej mnie obrażasz. Możemy jednak skończyć z tym od razu, gdyż nie ma tu żadnych filmów pokazujących moich półludzkich przodków — powiedział Bander lodowatym tonem.

— Żadnych? — w głosie Trevizego czuć było wyraźne przygnębienie.

— Kiedyś były. Ale nawet wy możecie sobie wyobrazić, co pokazywały. Dwoje półludzi okazujących wzajemne zainteresowanie sobą, a nawet — tu Bander odchrząknął i powiedział z trudem — kopulujących. Oczywiście wszystkie te filmy z półludźmi zostały zniszczone już wiele pokoleń temu.

— A filmy u innych Solarian?

— Też zostały zniszczone. Wszystkie.

— Jesteś pewien?

— Byłoby szaleństwem nie zniszczyć ich.

— Może niektórzy Solarianie okazali się szaleni, sentymentalni albo po prostu nie myśleli o tym. Sądzę, że nie masz nic przeciwko temu, żeby wskazać nam drogę do sąsiednich posiadłości?

Bander spojrzał z zaskoczeniem na Trevizego.

— Myślisz, że inni będą tak tolerancyjni, jak ja?

— A dlaczego mieliby nie być?

— Przekonasz się, że nie będą.

— Trudno. Musimy zaryzykować.

— Nie. Nic z tego. Posłuchajcie, co wam powiem.

Bander miał chmurną minę, a za nim stały roboty.

— O co chodzi, Bander? — spytał Trevize z niepokojem.

— Miło mi było porozmawiać z wami i poobserwować was — dziwne stworzenia. Było to dla mnie zupełnie wyjątkowe przeżycie i podobało mi się to, ale nie mogę tego utrwalić w moim pamiętniku ani na filmie.

— Dlaczego?

— Rozmowa z wami, słuchanie was, sprowadzenie was do mojej rezydencji, pokazanie wam pośmiertnych komnat moich przodków to haniebne czyny.

— Nie jesteśmy Solarianami. Znaczymy dla ciebie tyle, co te roboty, prawda?

— Sam sobie tak to tłumaczę i usprawiedliwiam się przed sobą w ten sposób, ale może nie usprawiedliwiłoby mnie to w oczach innych.

— A co cię to obchodzi? Jesteś przecież absolutnie wolny i możesz robić wszystko, co ci się podoba, nieprawdaż?

— Niestety, nawet u nas nie ma absolutnej wolności. Gdybym był jedynym Solarianinem na tej planecie, to mógłbym dokonywać nawet haniebnych czynów. Ale żyją tu też inni Solarianie i z tego powodu, mimo iż moja wolność jest bliska ideału, ideałem jednak nie jest. Żyje tu tysiąc dwustu Solarian, którzy gardziliby mną, gdyby się o tym dowiedzieli.

— Nie muszą się dowiedzieć.

— To prawda. Cały czas zdawałem sobie z tego sprawę. Cały czas, kiedy zabawiałem się z wami, pamiętałem o tym. Inni absolutnie nie mogą się o was dowiedzieć.

— Jeśli znaczy to, że w wyniku naszych odwiedzin w innych posiadłościach, gdzie chcemy poszukać wiadomości o Ziemi, obawiasz się komplikacji — rzekł Pelorat — to oczywiście nie wspomnimy ani słowem o tym, że byliśmy tutaj. To zrozumiałe.

Bander potrząsnął głową.

— Już i tak za dużo zaryzykowałem. Oczywiście nic o tym nikomu nie powiem. Moje roboty też nie powiedzą, a nawet polecę im, żeby w ogóle wymazały to z pamięci. Wasz statek zostanie przeniesiony pod ziemię i zbadany w celu uzyskania maksimum informacji…

— Chwileczkę — rzekł Trevize. — Myślisz, że możemy tu czekać, aż zbadasz nasz statek? To niemożliwe.

— Wcale nie niemożliwe, bo nie będziecie tu mieli nic do gadania. Przykro mi. Chciałbym porozmawiać z wami dłużej o wielu różnych sprawach, ale widzę, że sytuacja staje się coraz groźniejsza.

— A skądże! — wykrzyknął Trevize.

— Niestety, tak, mizerny półczłowiecze. Obawiam się, że nadszedł czas, abym zrobił to, co moi przodkowie zrobiliby od razu. Muszę was zabić.


47

<p>47</p>

Trevizemu zamarła krew w żyłach. Starając się oddychać normalnie, spojrzał kątem oka na Bliss. Obejmowała opiekuńczym gestem Pelorata, ale wydawała się zupełnie spokojna. Uśmiechała się lekko i nieznacznie skinęła głową.

Trevize odwrócił się z powrotem do Bandera. Z zachowania Bliss wywnioskował, że jest pewna siebie, więc mając nadzieję, że zinterpretował jej gest właściwie, spytał ponuro:

— Jak to zrobiłeś, Bander?

Bander, będący najwidoczniej w znakomitym humorze, uśmiechnął się.

— Powiedzcie mi, naiwni obcoświatowcy, wierzycie w czary? Albo w magię?

— Nie, naiwny Solarianinie, nie wierzymy — odciął się Trevize.

Bliss pociągnęła Trevizego za rękaw i szepnęła: — Nie drażnij go. Jest niebezpieczny.

— Sam widzę — powiedział Trevize, z trudem starając się nie podnieść głosu. — Zrób coś.

Bliss odparła ledwie słyszalnym szeptem:

— Jeszcze nie teraz. Będzie mniej groźny, jeśli będzie czuł się pewnie i bezpiecznie.

Bander nie zwracał uwagi na szepty, które wymieniali obcoświatowcy. Odwrócił się i odszedł niedbale. Roboty rozsunęły się, aby go przepuścić. Obejrzał się i przywołał ich, kiwając leniwie palcem.

— Chodźcie. Idźcie za mną. Wszyscy. Opowiem wam coś, co może was nie zainteresuje, ale co interesuje mnie. — Poszedł spacerowym krokiem, nie oglądając się więcej.

Trevize stał przez chwilę nieruchomo, nie wiedząc co począć w tej sytuacji. Jednak Bliss ruszyła za Banderem, pociągając za sobą Pelorata. W końcu Trevize dołączył do nich. Nie miał wyboru — mógł albo pójść za nimi, albo zostać sam z robotami.

— Gdyby Bander był łaskaw opowiedzieć nam tę historię, która może nas nie zainteresować… — powiedziała swobodnym tonem Bliss.

Bander odwrócił się i spojrzał uważnie na Bliss, jak gdyby dopiero teraz naprawdę ją spostrzegł.

— Jesteś półczłowiekiem rodzaju żeńskiego — powiedział — prawda? Mniejszą połową?

— Drobniejszą połową, Bander.

— Ci dwaj są wobec tego półludźmi rodzaju męskiego?

— Tak.

— Masz już dziecko, kobieto?

— Mam na imię Bliss, Bander. Nie mam jeszcze dziecka. To jest Trevize, a to Pel.

— A który z tych mężczyzn będzie ci towarzyszył, kiedy przyjdzie twój czas? A może obaj? Czy żaden z nich?

— Będzie mi towarzyszył Pel. Bander przeniósł wzrok na Pelorata.

— Widzę, że masz białe włosy — powiedział.

— Tak — odparł Pelorat.

— Zawsze miały taki kolor?

— Nie, Bander, stały się takie z wiekiem.

— A ile masz lat?

— Pięćdziesiąt dwa, Bander — odparł Pelorat i pospiesznie dodał:

— To są standardowe galaktyczne lata.

Bander nie przestał iść („ku odległej rezydencji” pomyślał Trevize), ale zwolnił kroku.

— Nie wiem jak długi jest standardowy rok galaktyczny — powiedział — ale na pewno nie bardzo różni się od naszego roku. A ile będziesz miał lat, kiedy umrzesz, Pel?

— Nie wiem. Może będę żył jeszcze ze trzydzieści lat.

— A więc osiemdziesiąt dwa. Krótkowieczni i podzieleni na połowy. Niewiarygodne, a jednak moi odlegli przodkowie byli tacy jak wy i żyli na Ziemi… Ale część z nich opuściła Ziemię, aby wokół innych gwiazd założyć nowe, cudowne, dobrze zorganizowane światy. Wiele światów.

— Nie tak wiele — rzekł głośno Trevize. — Pięćdziesiąt.

Bander obrzucił Trevizego wyniosłym spojrzeniem. Było w nim już mniej dobrego humoru.

— Trevize. Tak się nazywasz — powiedział.

— Moje pełne nazwisko brzmi Golan Trevize. Powiedziałem, że było pięćdziesiąt światów Przestrzeńców. Naszych światów są miliony.

— A więc znacie tę historię, którą chcę wam opowiedzieć? — spytał miękko Bander.

— Jeśli sprowadza się ona do tego, że było pięćdziesiąt światów Przestrzeńców, to znamy ją.

— U nas liczą się nie tylko liczby, mizerny półczłowieku — powiedział Bander. — Liczy się także jakość. Naszych światów było tylko pięćdziesiąt, ale wszystkie wasze światy nie mogą się równać z żadnym z nich. A Solaria była pięćdziesiątym, a więc najlepszym. Solaria w takim samym stopniu przewyższała pozostałe światy Przestrzeńców, w jakim one przewyższały Ziemię. Tylko tu, na Solarii, wiedzieliśmy, jak powinno się żyć. Nie tłoczyliśmy się w stadach, jak działo się na Ziemi i na innych światach, nawet na pozostałych światach Przestrzeńców. Żyliśmy osobno, mając do pomocy roboty, oglądając się wzajemnie na ekranach tak często, jak mieliśmy na to ochotę, ale bardzo rzadko spotykając się osobiście. Upłynęło wiele lat od czasu, kiedy spoglądałem na ludzi tak, jak teraz spoglądam na was, ale w końcu jesteście tylko półludźmi i dlatego wasza obecność nie krępuje mojej wolności bardziej niż obecność krowy czy robota.

Ale my też byliśmy kiedyś półludźmi. Mimo tego, że udoskonaliliśmy naszą. wolność, mimo tego, że staliśmy się wyłącznymi panami nieprzebranych rzesz robotów i żyliśmy w samotności, nasza wolność nigdy nie była absolutna. Po to, żeby wyprodukować potomstwo, potrzebne były dwie osoby. Oczywiście można było połączyć plemniki i jajeczka poza ciałem i doprowadzić do zapłodnienia, a potem do rozwoju embrionu w sztucznych, zautomatyzowanych warunkach. Można było powierzyć dziecko opiece odpowiednich robotów. To wszystko można było zrobić, ale półludzie za nic nie wyrzekliby się przyjemności towarzyszącej zapłodnieniu biologicznemu. W konsekwencji tego mogłoby się zrodzić perwersyjne przywiązanie uczuciowe i skończyłaby się wolność. Rozumiecie teraz, że trzeba to było zmienić?

— Nie, Bander, gdyż nie oceniamy wolności według waszych kryteriów — odparł Trevize.

— To dlatego, że nie wiecie, co to wolność. Nie znacie innego życia niż stadne i nie znacie innego sposobu na życie niż poddawać się, nawet w najdrobniejszych sprawach, woli innych albo, co jest równie złe, walczyć ustawicznie o to, aby poddać innych waszej woli. Gdzie tu miejsce na wolność? Wolność jest pustym słowem, jeśli nie można żyć, jak się chce. Dokładnie tak, jak się chce!

Potem nadszedł czas, kiedy Ziemianie wyroili się na nowo, kiedy całe ich tłumy zaczęły kłębić się w przestrzeni. Inni Przestrzeńcy, którzy co prawda nie wiedli tak stadnego życia, ale jednak żyli studnie, choć w mniejszym stopniu niż Ziemianie, próbowali z nimi rywalizować. My, Solarianie — nie. Przewidzieliśmy, że to się źle skończy. Zeszliśmy do podziemi i zerwaliśmy wszystkie kontakty z resztą Galaktyki. Byliśmy zdecydowani za wszelką cenę zostać sobą. Skonstruowaliśmy odpowiednie roboty i broń, która miała bronić dostępu do naszej pozornie pustej planety. Wywiązały się z tego znakomicie. Wszystkie statki, które tu przybywały, były niszczone i w końcu przestali tu przylatywać. Uznano naszą planetę za opuszczoną i zapomniano o niej, tak jak się tego spodziewaliśmy.

A tymczasem pracowaliśmy pod ziemią nad rozwiązaniem naszych problemów. Ostrożnie zmienialiśmy nasze geny. Spotykały nas niepowodzenia, ale mieliśmy też sukcesy i korzystaliśmy z tych sukcesów. Zajęło to nam wiele setek lat, ale ostatecznie staliśmy się kompletnymi ludźmi, łącząc w jednym ciele pierwiastek męski i żeński, doświadczając do woli całej przyjemności i wytwarzając, kiedy mieliśmy chęć, zapłodnione jajeczka, które dalej rozwijały się pod fachową opieką robotów.

— Hermafrodyci — powiedział Pelorat.

— Tak to się nazywa w waszym języku? — spytał obojętnym tonem Bander. — Nigdy nie słyszałem tego słowa.

— Hermafrodytyzm kładzie kres dalszej ewolucji — powiedział Trevize. — Każde dziecko jest genetycznym duplikatem swego hermafrodytycznego rodzica.

— Daj spokój — powiedział Bander. — Traktujecie ewolucję jako proces opierający się na przypadku. My możemy programować nasze dzieci według naszych życzeń. Możemy zmieniać i dostosowywać geny, i czasami to robimy… Ale jesteśmy już na miejscu. Wejdźmy. Robi się późno. Słońce grzeje już słabiej i będzie nam przyjemniej wewnątrz.

Przeszli przez drzwi, które nie miały żadnych zamków, ale które otworzyły się przed nimi i zamknęły, kiedy weszli. W środku nie było żadnych okien, ale kiedy znaleźli się w przepastnym pomieszczeniu, ściany zabłysły żywym światłem. Podłoga wydawała się goła, ale była miękka i sprężysta. W każdym z czterech rogów pokoju stał nieruchomy robot.

— Ta ściana — powiedział Bander, wskazując na ścianę naprzeciw drzwi, która wydawała się nie różnić niczym od pozostałych — jest moim ekranem. Otwiera się na nim przede mną cały świat, ale to w najmniejszym stopniu nie ogranicza mojej wolności, bo nie można mnie zmusić do korzystania z niego.

— Ani ty nie możesz zmusić innej osoby, żeby skontaktowała się z tobą przez ten ekran, kiedy ty tego chcesz, a ona nie — powiedział Trevize.

— Zmusić? — rzekł Bander wyniosłym tonem.

— Niech inni robią, co im się podoba, bylebym tylko ja też mógł robić to, co mnie się podoba.

W pokoju było jedno krzesło, naprzeciw ekranu, i Bander usiadł na nim.

Trevize rozejrzał się, jakby oczekiwał, że naraz z podłogi wyskoczą inne krzesła.

— Możemy usiąść? — spytał.

— Jeśli chcecie — odparł Bander.

Bliss usiadła z uśmiechem na podłodze. Pelorat obok niej. Trevize uparcie stał nadal.

— Powiedz mi, Bander, ilu ludzi żyje na tej planecie? — spytała Bliss.

— Mów o nas „Solarianie”, półczłowieku Bliss. Słowo „człowiek” jest skalane przez fakt, że określają się tym mianem półludzie. Moglibyśmy mówić o sobie „całoludzie”, ale to brzmi niezgrabnie. Solarianie to odpowiedni termin.

— A więc ilu Solarian żyje na tej planecie?

— Nie jestem pewien. Nie liczymy się. Może tysiąc dwustu.

— Tylko tysiąc dwustu na tym całym świecie?

— Aż tysiąc dwustu. Znowu bierzecie pod uwagę liczby, a my jakość… Nie rozumiecie też, na czym polega wolność. Jeśliby istniał choć jeden Solarianin, który podawałby w wątpliwość moją absolutną władzę nad jakąkolwiek częścią mojej ziemi, nad jakimkolwiek robotem, istotą żywą czy przedmiotem, to moja wolność byłaby ograniczona. Ponieważ istnieją inni Solarianie, trzeba tak, jak to tylko możliwe, usunąć niebezpieczeństwo ograniczenia indywidualnej wolności poprzez takie rozmieszczenie wszystkich, że kontakty osobiste właściwie nie istnieją. Solaria może pomieścić tysiąc dwustu Solarian w warunkach zbliżonych do idealnych. Gdyby było nas więcej, wolność byłaby tak ograniczona, że nie dałoby się tego znieść.

— To znaczy, że liczba dzieci musi być tak ograniczona, żeby tylko wyrównać naturalne straty spowodowane śmiercią — rzekł nagle Pelorat.

— Oczywiście. Musi tak być na każdym świecie o stabilnej liczbie ludności… może nawet na waszym.

— A ponieważ umiera tu prawdopodobnie mało ludzi, musi też być mało dzieci.

— Istotnie.

Pelorat pokiwał głową i zamilkł.

— Interesuje mnie, jak sprawiłeś, że moja broń sama poszybowała do twoich rąk — powiedział Trevize. — Nie wyjaśniłeś tego.

— Jako wyjaśnienie zaproponowałem wam czary lub magię. Nie przyjmujesz takiego wyjaśnienia?

— Oczywiście, że nie. Za kogo mnie bierzesz?

— A uwierzysz w gromadzenie i zachowanie energii i w konieczny wzrost entropii?

— W to tak. Ale nie uwierzę, żebyście, nawet w ciągu dwudziestu tysięcy lat, potrafili zmienić te prawa albo zmodyfikować je choćby o jeden mikrometr.

— I nie zrobiliśmy tego, mizerny półczłowieku. Ale pomyśl tylko. Na zewnątrz świeci słońce. — Tu znowu zatoczył z elegancją ręką, jak gdyby wskazywał na słońce świecące wokół jego posiadłości. Ale jest też cień. W słońcu jest cieplej niż w cieniu, więc ciepło automatycznie przepływa z obszaru nasłonecznionego na obszar zacieniony.

— Mówisz mi to, o czym doskonale wiem rzekł Trevize.

— Ale może znasz to tak dobrze, że w ogóle nie myślisz o tym. A w nocy powierzchnia Solarii jest cieplejsza niż powierzchnia przedmiotów znajdujących się poza jej atmosferą, a więc ciepło przepływa automatycznie z powierzchni planety w przestrzeń.

— O tym też wiem.

— Natomiast tak dniem, jak i nocą wnętrze planety jest cieplejsze niż jej powierzchnia. Dlatego ciepło przepływa automatycznie z wnętrza na powierzchnię. Przypuszczam, że wiesz i o tym.

— I co z tego wszystkiego, Bander?

— Przepływ ciepła z miejsc cieplejszych do zimniejszych, który — na mocy drugiego prawa termodynamiki — zawsze następuje w takiej sytuacji, może być wykorzystany do wykonania pracy.

— Owszem, w teorii. W praktyce natomiast promienie słoneczne są rozproszone, ciepło powierzchni planety jeszcze bardziej, a stopień, w jakim ciepło przenika na zewnątrz z wnętrza planety sprawia, że jest ono nawet bardziej rozproszone niż to, które jest na powierzchni. Ilość ciepła, które mogłoby być użyte do pracy, nie wystarczyłaby chyba nawet do podniesienia kamyka.

— To zależy od urządzenia, którego używa się do tego celu — powiedział Bander. — Urządzenie, którego my używamy, było doskonalone przez tysiące lat, a jest to po prostu cząstka mózgu każdego z nas. — Odgarnął włosy z obu stron głowy, ukazując czaszkę za uszami. Obrócił głowę w jedną i drugą stronę, aby mogli lepiej zobaczyć. Za każdym uchem miał wypukły guz wielkości jednej trzeciej kurzego jaja. — Ta część mojego mózgu, część, której wy nie macie, jest tym, co różni Solarian od was.


48

<p>48</p>

Trevize spoglądał od czasu do czasu na Bliss, której uwaga zdawała się całkowicie skupiona na Banderze. Był pewien, że wie, co się dzieje.

Bander, wbrew swemu peanowi na cześć wolności, nie mógł się oprzeć tej zupełnie dla niego wyjątkowej okazji. Nie mógł rozmawiać z robotami jak z istotami na tym samym poziomie intelektualnym, a z pewnością już nie mógł znaleźć słuchaczy wśród zwierząt. Rozmowa z innymi Solarianami byłaby dla niego rzeczą nieprzyjemną — każda wymiana zdań z ziomkami była wymuszona koniecznością, nigdy nie zawiązywała się spontanicznie.

Natomiast jeśli chodzi o Trevizego, Bliss i Pelorata, to mogli być, co prawda, dla Bandera półludźmi i mógł uważać, że nie są większym zagrożeniem dla jego wolności niż robot czy kozioł, ale intelektualnie byli mu równi (lub prawie równi) i rozmowa z nimi była dla niego niezwykłym luksusem, na jaki nigdy jeszcze nie miał okazji pozwolić sobie.

„Nic dziwnego zatem — myślał Trevize — że pozwala sobie na taką słabość.” A Bliss (tego Trevize był zupełnie pewien) zachęca go do tego, stymulując delikatnie jego umysł, by zrobił to, co i tak bardzo chciał zrobić.

Prawdopodobnie Bliss zakładała, że jeśli Bander się rozgada, to może udzielić im jakiejś użytecznej informacji na temat Ziemi. Według Trevizego było to rozsądne założenie, a więc nawet gdyby nie interesował go temat rozmowy, to i tak próbowałby ją nadal ciągnąć.

— A jak działają te płaty mózgowe? — spytał.

— To przetworniki energii — powiedział Bander. — Uruchamia je przepływ ciepła. Wtedy zamieniają ciepło na energię mechaniczną.

— Nie mogę w to uwierzyć. Taki przepływ ciepła jest za mały.

— Mizerny półczłowiecze, ty po prostu nie myślisz. Gdyby Solarian było wielu i każdy z nich próbował skorzystać z tego przepływu ciepła, to wówczas, owszem, jego ilość byłaby za mała. Ale ja mam ponad czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi, która należy wyłącznie do mnie. Mogę zbierać ciepło z takiej części tej ziemi, jak mi się podoba, i nikt nie będzie miał o to pretensji. A więc mam taką jego ilość, jaka jest mi potrzebna i wystarczająca. Rozumiesz?

— Czy to takie proste zbierać ciepło z tak dużego obszaru? Sama czynność gromadzenia go pochłania dużo energii.

— Być może, ale ja nie zdaję sobie z tego sprawy. Moje przetworniki nieustannie gromadzą ciepło, tak że kiedy trzeba wykonać jakąś pracę, to zostaje wykonana. Kiedy wyciągnąłem twoją broń, to pewna porcja ogrzanej słońcem atmosfery oddała część nadmiernego ciepła pewnej porcji zacienionego obszaru, a zatem użyłem w tym celu energii słonecznej. Tyle że zamiast korzystać przy tym z jakiegoś mechanicznego czy elektronicznego urządzenia, użyłem urządzenia neuronowego. — Dotknął lekko jednego z guzów. — Działa szybko, sprawnie, stale — i bez wysiłku z mojej strony.

— Niewiarygodne — mruknął Pelorat.

— Nic podobnego — rzekł Bander. — Pomyślcie o subtelnym działaniu oczu i uszu, o tym jak zamieniają małe ilości fotonów i drgań powietrza w informacje. Wydawałoby się to wam niewiarygodne, gdybyście nigdy się z tym nie zetknęli. Przetworniki mózgowe wcale nie są bardziej niewiarygodne i nie wydawałyby się wam takie, gdyby nie fakt, że spotkaliście się z tym po raz pierwszy.

— Co robicie za pomocą tych waszych stale działających przetworników? — spytał Trevize.

— Kierujemy naszym światem — odparł Bander. — Każdy robot w tej posiadłości otrzymuje energię ode mnie, a raczej czerpie ją z naturalnego przepływu ciepła. Kiedy robot naciska kontakt albo ścina drzewo, czerpie energię z przetwarzania, które ma miejsce w mózgu — w moim mózgu.

— A jeśli śpisz?

— Proces przetwarzania odbywa się ciągle, bez względu na to czy czuwam, czy śpię, mizerny półczłowiecze — powiedział Bander. — Czy przestajesz oddychać, kiedy śpisz? Czy twoje serce przestaje wtedy bić? W nocy moje roboty pracują kosztem lekki