Isaac Asimov

Agent Fundacji


Prolog

<p>Prolog</p>

Pierwsze Imperium Galaktyczne chyliło się ku upadkowi. Rozsypywało się już od wielu set lat, ale tylko jeden człowiek zdawał sobie z tego w pełni sprawę.

Człowiekiem tym był Hari Seldon, ostatni wielki uczony Pierwszego Imperium. Seldon stworzył i wzniósł na najwyższy poziom rozwoju psychohistorię — naukę o ludzkich zachowaniach sprowadzonych do równań matematycznych.

Jednostka ludzka jest nieobliczalna, ale — jak odkrył Seldon — reakcje wielkich zbiorowisk są przewidywalne, gdyż można je ująć statystycznie. Im większe zbiorowisko, tym większa dokładność takich wyliczeń. A zbiorowisko, którym zajmował się Seldon, obejmowało ludność wszystkich zamieszkanych światów w Galaktyce. Były ich miliony.

Na podstawie swoich obliczeń Seldon doszedł do wniosku, że pozostawione same sobie Imperium runie i że minie trzydzieści tysięcy lat, nim na jego ruinach powstanie Drugie Imperium. Gdyby wszakże udało się odpowiednio zmienić niektóre czynniki, to okres tego interregnum można by było skrócić do zaledwie jednego tysiąclecia.

W tym właśnie celu założył dwie kolonie naukowców, które nazwał Fundacjami. Zgodnie ze starannie obmyślonym planem umieścił je „na dwóch przeciwnych krańcach Galaktyki”. Utworzeniu Pierwszej Fundacji, której mieszkańcy koncentrowali swe zainteresowanie i wysiłki na naukach fizycznych, towarzyszył wielki rozgłos i zainteresowanie środków masowego przekazu. Istnienie Drugiej Fundacji spowite było tajemnicą.

Fundacja, Fundacja i Imperium oraz Druga Fundacja opowiadają o czterech pierwszych wiekach interregnum. Pierwsza Fundacja (zwana po prostu Fundacją, jako że o istnieniu drugiej nie wiedział prawie nikt) zaczynała jako niewielka społeczność, rzucona w pustkę najodleglejszych peryferii Galaktyki. Co pewien czas stawała ona w obliczu kryzysu, spowodowanego czynnikami społecznymi i gospodarczymi, który groził jej unicestwieniem. Podczas każdego z tych kryzysów jej swoboda działania była tak ograniczona, że możliwa była tylko jedna droga wyjścia. Kiedy wkraczała na tę drogę, otwierały się przed nią nowe horyzonty i perspektywy dalszego rozwoju. Wszystko to zostało zaprogramowane przez od dawna już nieżyjącego Hariego Seldona.

Pierwsza Fundacja, dysponując nieporównanie bardziej rozwiniętą nauką, zapanowała nad otaczającymi ją barbarzyńskimi planetami. Stawiła czoła wojowniczym władcom, którzy oderwali się od dogorywającego Imperium i pokonała ich. Za czasów ostatniego silnego imperatora stawiła czoła resztkom samego Imperium i pokonała je.

Wydawało się, że Plan Seldona działa sprawnie i że nic nie powstrzyma Fundacji od ustanowienia we właściwym czasie — w minimalnie przez okres bezkrólewia zniszczonej Galaktyce — Drugiego Imperium.

Ale psychohistoria jest nauką statystyczną. Zawsze istnieje pewna niewielka możliwość, że coś potoczy się wbrew przewidywaniom. I rzeczywiście stało się coś, czego Hari Seldon nie był w stanie przewidzieć. Oto w pewnym momencie pojawił się nie wiadomo skąd jeden tylko człowiek, mutant. Człowiek ów, znany pod przydomkiem Muła, posiadał niezwykłą zdolność kształtowania uczuć innych ludzi wedle swojej woli i kierowania ich umysłami. Swych najzagorzalszych wrogów przemieniał on w całkowicie oddane mu sługi. Nie mogła mu nic zrobić żadna armia. Ugięła się przed nim i padła Pierwsza Fundacja, i wydawało się, że Plan Seldona legł w gruzach.

Pozostała owa tajemnicza Druga Fundacja, którą zupełnie zaskoczyło nagłe pojawienie się Mulą na scenie galaktycznej, ale która potem zaczęła stopniowo przygotowywać się do kontrataku. Znajdowała się ona w o tyle dobrej sytuacji, że nikt nie znał jej położenia. Muł szukał jej, aby zakończyć dzieło podboju Galaktyki. Uchodźcy z Pierwszej Fundacji szukali jej, aby uzyskać pomoc.

Nie znalazł jej jednak ani Muł, ani wierni swej ojczyźnie uchodźcy. Muła udało się powstrzymać na krótki czas Baycie Darell, jedynej kobiecie wśród uchodźców. Dzięki temu Druga Fundacja zyskała dość czasu, aby przygotować i podjąć odpowiednie przeciwdziałania i powstrzymać, już na stałe, jego dalsze podboje. Potem powoli przystąpiła do odbudowy Planu Seldona.

To wszystko spowodowało jednak, że Pierwsza Fundacja zdała sobie sprawę z istnienia Drugiej. Jej obywatelom nie odpowiadała wizja przyszłości, w której byliby nadzorowani przez mentalistów. Pierwsza Fundacja była największą fizyczną potęgą w Galaktyce, Drugiej krępował ruchy nie tylko ten fakt, ale również jej podwójne zadanie. Otóż musiała ona nie tylko powstrzymać Pierwszą Fundację, ale również odzyskać dawną anonimowość. Udało się to jej pod przywództwem największego z „Pierwszych Mówców”, Preema Palvera, który upozorował zwycięstwo Pierwszej, a zagładę Drugiej Fundacji. Potem Pierwsza Fundacja, zupełnie nieświadoma faktu, że Druga istnieje nadal, rosła coraz bardziej w siłę.

Minęło właśnie czterysta dziewięćdziesiąt osiem lat od założenia Pierwszej Fundacji. Jest ona u szczytu swej potęgi, ale znalazł się człowiek, który nie daje się zwieść pozorom…


Rozdział I

RADNY

1.

2.

3.

4.

<p>Rozdział I</p> <p>RADNY</p>
<p>1.</p>

— Oczywiście nic wierzę w to — rzekł Golan Trevize, stojąc na szerokich schodach wiodących do Gmachu Seldona i spoglądając na lśniące w słońcu miasto.

Terminus miał łagodny klimat, a wody zajmowały na nim, w porównaniu z lądem, stosunkowo dużą powierzchnię. Wprowadzenie regulacji pogody sprawiło, że stał się jeszcze bardziej wygodnym i przyjemnym niż przedtem, lecz — zdaniem Trevizego — znacznie mniej ciekawym miejscem.

— Absolutnie nie wierzę — powtórzył i uśmiechnął się, błyskając równymi, białymi zębami.

Jego towarzysz i kolega z Rady, Munn Li Compor, który — wbrew panującym na Terminusie zwyczajom — używał dwóch imion, potrząsnął z dezaprobatą głową. — W co nie wierzysz? Że ocaliliśmy miasto?

— Ależ skąd! W to wierzę. Przecież zrobiliśmy to, prawda? A Seldon powiedział, że to właściwe posunięcie i że o tym, że tak postąpiliśmy, wiedział już pięćset lat temu.

Compor zniżył głos prawie do szeptu.

— Słuchaj, mnie możesz mówić takie rzeczy, bo traktuję to jako takie sobie gadanie, ale jeśli będziesz o tym rozpowiadał wszem i wobec, to wyznam ci, że nie chcę być blisko ciebie, kiedy spadnie cios. Nie jestem po prostu pewien, czy ten cios będzie wystarczająco precyzyjny.

Trevize nie przestał się uśmiechać. — Czy mówienie o tym, że miasto zostało ocalone to szkodliwa działalność? — rzekł. — Albo o tym, że udało się to osiągnąć bez wojny?

— Nie było jej z kim toczyć — powiedział Compor. Miał włosy żółte jak masło i oczy niebieskie jak niebo i stale kusiło go, aby zmienić na inne te niemodne kolory.

— Nie słyszałeś nigdy o wojnie domowej? — spytał Trevize. Był wysokim mężczyzną, o czarnych, lekko falujących włosach i miał zwyczaj chodzić z kciukami zatkniętymi za pas z miękkiej tkaniny, który stanowił nieodłączną część jego stroju.

— Wojna domowa z powodu sporów o miejsce lokalizacji stolicy?

— Niewiele brakowało, żeby te spory doprowadziły do kryzysu Seldona. Zniszczyły karierę polityczną Hannisa, a ciebie i mnie wyniosły podczas ostatnich wyborów do Rady i sprawa ważyła się na… — pokiwał powoli dłonią w przód i w tył, naśladując ruchy wskazówki wagi, wychylającej się to w jedną, to w drugą stronę pod wpływem równo obciążonych szalek.

Zatrzymał się w połowie schodów, nie zwracając uwagi na innych członków rządu i przedstawicieli środków przekazu oraz ludzi z towarzystwa, bywalców wszelkich imprez, którzy w sobie tylko wiadomy sposób zdobyli zaproszenia na uroczystość powrotu Seldona, a w każdym razie jego holograficznej podobizny.

Wszyscy oni schodzili teraz po schodach rozmawiając głośno, śmiejąc się, podziwiając dokładność wszystkich prognoz i pławiąc się z rozkoszą w słowach aprobaty, które usłyszeli od Seldona.

Trevize stał nieruchomo i czekał, aż minie go kłębiący się tłum. Compor zrobił dwa kroki, ale zatrzymał się, jakby łączyła go z Trevizem niewidzialna nić.

— Nie idziesz? — spytał.

— Nie ma pośpiechu. Posiedzenie się nie zacznie, dopóki pani burmistrz nie naświetli sytuacji w swój zwykły, monotonny, powolny i nudny sposób. Wcale mi się nie spieszy, żeby wysłuchać jeszcze jednego nudnego przemówienia… Popatrz lepiej na miasto.

— Widzę je. Wczoraj też widziałem.

— A widziałeś je pięćset lat temu, kiedy powstawało?

— Czterysta dziewięćdziesiąt osiem lat temu — poprawił go automatycznie Compor. — Za dwa lata będziemy świętowali pięćsetlecie, a burmistrz Branno będzie nadal sprawowała swój urząd, stawiając czoło wypadkom o mniejszym, miejmy nadzieję, stopniu prawdopodobieństwa.

— Miejmy nadzieję — powtórzył sucho Trevize — Ale jak tu wszystko wyglądało pięćset lat temu? Przecież istniało wtedy tylko to jedno miasto! jedna mała mieścina, zamieszkana przez grupę ludzi przygotowujących encyklopedię, która nigdy nie została ukończona.

— Została.

— Masz na myśli obecną Encyklopedię Galaktyczną? To nie jest to, nad czym oni pracowali. Nasza jest w całości w komputerze i jest codziennie poprawiana i uzupełniana. Widziałeś kiedy niedokończony oryginał?

— Ten w Muzeum Hardina?

— W Muzeum im. Salvora Hardina, skoro tak dbasz o szczegóły. Widziałeś ją?

— Nie. A powinienem?

— Skądże, nie warto. Ale tak czy inaczej ta mała grupka Encyklopedystów stworzyła zalążek tego miasta, małej, mizernej mieściny na planecie absolutnie pozbawionej metali, krążącej wokół słońca odizolowanego od reszty Galaktyki, na samym jej skraju. A teraz, po pięciuset latach, jesteśmy światem willowym. Całe to miejsce to jeden wielki park. Metalu mamy, ile chcemy. I jesteśmy w centrum wszystkich wydarzeń.

— Niezupełnie — odparł Compor. — Nadal krążymy wokół słońca odizolowanego od reszty Galaktyki. I nadal znajdujemy się na jej skraju.

— Mówisz bez zastanowienia. O to właśnie chodziło w tym małym kryzysie Seldona. Nie jesteśmy już samotnym światem ograniczającym się do Terminusa. Jesteśmy Fundacją, która obejmuje swoimi wpływami całą Galaktykę i która rządzi nią z miejsca na jej skraju. A może to robić właśnie dlatego, że nie jest odizolowana od reszty w niczym, z wyjątkiem położenia, a to się nie liczy.

— W porządku. Zgadzam się — Compor był wyraźnie znudzony tą rozmową. Zszedł o stopień niżej. Niewidoczna nić napięła się jeszcze bardziej.

Trevize wyciągnął rękę, jakby chciał z powrotem wciągnąć przyjaciela na schody. — Nie widzisz jakie ogromne konsekwencje ma ta zmiana, Compor? Przecież my jej nie akceptujemy. W głębi duszy pragniemy powrotu do starej, małej Fundacji, do spraw jednego świata, do dawnych czasów herosów ze stali i szlachetnych świętych, do czasów, które bezpowrotnie minęły.

— No dalej, mów o co chodzi.

— Właśnie o to. Popatrz choćby na Gmach Seldona. Podczas pierwszych kryzysów, za czasów Salvora Hardina, była to po prostu Krypta Czasu, mała salka, w której pojawiał się hologram Seldona. To było wszystko. A co mamy teraz? Potężne mauzoleum. Może prowadzi do niego pochylnia oparta na polu siłowym? Albo chodnik ślizgowy? A może winda grawitacyjna? Nic z tych rzeczy. Tylko schody, po których wspinamy się, jakbyśmy żyli w czasach Hardina. Tyle, że wtedy nie było tych schodów. W ciężkich chwilach szukamy otuchy i pomocy w przeszłości.

Wyciągnął gwałtownie rękę. — Czy w tej całej konstrukcji widzisz choć jeden metalowy element? Nie ma ani jednego! A dlaczego? Bo w czasach Hardina miejscowego metalu nie było wcale, a importowanego tyle co nic. Użyliśmy nawet do budowy tej bryły tak starego, poróżowiałego ze starości plastyku, że turyści z innych światów zatrzymują się ze zdumieniem i wołają: „Na Galaktykę! Jaki cudny stary plastyk!”. Wiesz, co ci powiem, Compor? Że to oszustwo.

— I właśnie w to nie wierzysz? W autentyczność Gmachu Seldona?

— I we wszystko, co w nim jest — syknął Trevize. — Nie wierzę, że ukrywanie się tu, na skraju Wszechświata ma sens tylko dlatego, że tak robili nasi przodkowie. Uważam, że nasze miejsce jest tam, w centrum Galaktyki.

— Ale Seldon uważa, że jesteś w błędzie. Jego plan rozwija się tak, jak powinien.

— Wiem, wiem. Każde dziecko na Terminusie jest wychowywane w wierze, że Hari Seldon stworzył Plan, że pięćset lat temu przewidział wszystko, że założył tę Fundację dokładnie tak, żeby mógł niezawodnie przewidzieć kryzysy, że jego hologram będzie się ukazywał podczas tych kryzysów i przekazywał nam to minimum wiedzy niezbędne do przetrwania i tak prowadził nas przez tysiąc lat, aż w końcu zbudujemy na gruzach starego, zmurszałego imperium, które zaczęło się chwiać pięćset lat temu i ostatecznie runęło przed dwustu laty, Drugie — potężniejsze — Imperium Galaktyczne.

— Dlaczego mi to wszystko mówisz, Golan?

— Dlatego, że to oszustwo. To wszystko oszustwo! Nawet jeśli na początku było tak naprawdę, to teraz jest to oszustwo. Nie jesteśmy panami naszych poczynań. To nie my wcielamy Plan w życie.

Compor spojrzał na niego badawczo. — Mówiłeś to już nie raz, Golan, ale zawsze myślałem, że żartujesz. Ale teraz, na Galaktykę, myślę, że mówisz poważnie. Naprawdę.

— Oczywiście, że mówię poważnie.

— Niemożliwe. Albo to jakiś skomplikowany kawał, na który chcesz mnie nabrać, albo zwariowałeś.

— Ani jedno, ani drugie — rzekł Trevize. Uspokoił się już i zatknął swym zwyczajem kciuki za pas, jakby nie potrzebował już rąk dla podkreślenia swych uczuć. — Przyznaję, że już wcześniej myślałem o tym, ale była to tylko intuicja. Dopiero ta dzisiejsza farsa spowodowała, że nagle wszystko sobie jasno uświadomiłem. I teraz mam zamiar przedstawić to równie jasno całej Radzie.

— Jesteś szalony! — powiedział Compor.

— Tak? No to chodź ze mną i posłuchaj.

Zeszli ze schodów. Byli ostatnimi, którzy opuszczali to miejsce. I kiedy Trevize wysunął się nieco do przodu, Compor poruszył bezgłośnie ustami rzucając w ślad za nim: „Głupiec!”

<p>2.</p>

Burmistrz Harla Branno przywołała zebranych na sesji członków Rady Wykonawczej do porządku. Nie zauważyła najmniejszego śladu zainteresowania na sali, ale nikt nie wątpił, że dokładnie odnotowała sobie wszystkich obecnych i wszystkich, którzy jeszcze nie przybyli.

Jej siwe włosy były starannie ułożone w stylu, który nie był ani wyraźnie kobiecy, ani nie naśladował męskiej fryzury. Był to po prostu sposób, w jaki się czesała, nic więcej. Jej rzeczowa twarz nie wyróżniała się pięknością, ale piękność jakoś nie była tym, czego szukano w jej twarzy. Była najzdolniejszym administratorem na planecie. Nikt nie posądzał jej nigdy o bystrość Salvora Hardina czy Hobera Mallowa, których rządy ożywiały historię pierwszych dwu stuleci istnienia Fundacji, ale też nikt nie mógł jej zarzucić żadnego z szaleństw dziedzicznych burmistrzów Indburów, którzy rządzili Fundacją tuż przed nastaniem Muła.

Jej przemówienia nie poruszały umysłów, nie miała też daru czynienia dramatycznych gestów, ale za to posiadała umiejętność podejmowania cichych decyzji i upierania się przy nich tak długo, jak długo była przekonana o swej racji. Nie miała charyzmy, ale miała talent przekonywania wyborców do tych właśnie cichych decyzji.

Ponieważ na mocy doktryny Seldona bieg historii jest bardzo trudno odwrócić (chyba że, o czym większość seldonistów — mimo przykrego incydentu z Mułem — zapomina, mamy do czynienia z czymś nieprzewidywalnym), stolicą Fundacji mógł w każdej sytuacji pozostać Terminus. Była to jednak tylko możliwość. Seldon, podczas swego dopiero co zakończonego pojawienia się w postaci pięćsetletniego hologramu, ocenił spokojnie stopień prawdopodobieństwa pozostania stolicy na Terminusie na 87,2 procenta.

Niemniej jednak, nawet dla seldonistów, oznaczało to, że możliwość przeniesienia stolicy w jakieś miejsce bliższe centrum Federacji Fundacyjnej, z wszystkimi strasznymi, zarysowanymi przez Seldona konsekwencjami takiego posunięcia, była prawdopodobna w 12,8 procenta. Ta możliwość nie stała się rzeczywistością z pewnością tylko dzięki pani burmistrz Branno.

Było pewne, że nigdy by do tego nie dopuściła. Mimo znacznego spadku popularności, trwała od dawna niezłomnie na stanowisku, że Terminus, który był od początku siedzibą Fundacji, powinien nią nadal pozostać. Przeciwnicy polityczni przedstawiali (dość udatnie, trzeba przyznać) w karykaturach jej wydatną szczękę jako grożący obsunięciem się granitowy blok.

I oto teraz Seldon poparł jej punkt widzenia i — przynajmniej w tej chwili — dawało jej to miażdżącą przewagę nad przeciwnikami. Mówiono, że przed rokiem wyznała, iż jeśli Seldon za swym następnym pojawieniem się poprze ją, to uzna, iż wypełniła swe zadanie i wycofa się z czynnego życia, kontentując się rolą zasłużonego polityka i nie ryzykując sławy, którą mogłaby utracić w dalszych walkach politycznych.

Prawdę mówiąc, nikt w to nie wierzył. Walka polityczna to był jej żywioł i teraz, kiedy pojawił się i znikł hologram Seldona, nic w jej zachowaniu nie wskazywało na to, że zamierza się wycofać.

Mówiła czystym głosem, nie starając się ukryć swego fundacyjnego akcentu (była niegdyś ambasadorem w Mandress, ale nie przyswoiła sobie starego, imperialnego sposobu mówienia, który był teraz tak modny i łączył się nierozerwalnie z quasi — imperialnymi ciągotami ku wewnętrznym Prowincjom).

— Kryzys Seldona został zażegnany. Zgodnie ze starą, dobrą tradycją nie będziemy stosowali żadnych represji wobec tych, którzy opowiedzieli się po przeciwnej stronie. Nie będziemy ich także piętnować w oczach opinii publicznej. Wielu ludzi chciało tego, czego nie chciał Seldon, lecz działali oni w dobrej wierze. Nie ma sensu wypominać im błędów, gdyż broniąc swego dobrego imienia mogliby się posunąć nawet do tego, by zakwestionować cały Plan Seldona. Jest u nas w zwyczaju, że strona, która przegrała, przyjmuje swoją porażkę ze spokojem i bez dalszych, zbędnych dyskusji. A zatem zarówno my, jak i nasi niedawni przeciwnicy, uważamy sprawę za zamkniętą.

Przerwała na chwilę, popatrzyła po twarzach zebranych i podjęła na nowo:

— Minęło już pięćset lat, panowie radni, połowa tego czasu, który oddziela od siebie dwa imperia. Był to trudny okres, ale zrobiliśmy dużo. Już teraz jesteśmy niemal Imperium Galaktycznym i nie mamy żadnych poważnych zewnętrznych wrogów.

Gdyby nie Plan Seldona, bezkrólewie trwałoby trzydzieści tysięcy lat. Być może po trzydziestu tysiącach lat nie byłoby już w Galaktyce siły zdolnej stworzyć nowe imperium. Być może składałaby się ona tylko z odizolowanych od siebie i ginących cywilizacji.

Wszystko, co osiągnęliśmy, zawdzięczamy Hariemu Seldonowi i dalej na nim musimy polegać. Teraz, panowie radni, prawdziwe zagrożenie dla Planu stanowimy my sami. Dlatego od tej pory nie może być żadnych publicznych zastrzeżeń co do jego wartości. Umówmy się, że poczynając od dzisiaj,, nikt nie będzie oficjalnie poddawał planu w wątpliwość, krytykował go czy uznawał za niewłaściwy. Musimy przyjmować go bez zastrzeżeń. Jego słuszności dowiodło minione pięćset lat. Ma on zapewnić bezpieczną przyszłość rodzajowi ludzkiemu i nie wolno nam dopuścić do żadnych zmian czy odstępstw od niego. Czy zgadzacie się ze mną?

Odpowiedział jej cichy pomruk. Nie musiała rozglądać się po sali, by szukać bardziej wyraźnych dowodów aprobaty. Znała każdego członka Rady i wiedziała, jak zareaguje. Teraz, w chwili jej tryumfu, nikt nie odważy się sprzeciwić. Może za rok, ale nie teraz. A tym, co będzie za rok, będzie się przejmowała za rok.

Z tym, że zawsze…

— Czyżby kontrola myśli, pani burmistrz? — spytał Golan Trevize, schodząc wielkimi krokami po schodach między rzędami foteli i mówiąc donośnym głosem, jakby starał się zrekompensować w ten sposób milczenie pozostałych. Nie spojrzał nawet w stronę swego miejsca, które — jako że był nowym członkiem Rady — znajdowało się w tylnych rzędach.

Branno nadal nie podnosiła głowy. — Jak pan to ocenia, radny Trevize? — spytała.

— Tak, że rząd nie może znieść wolności słowa, że każdy obywatel — a więc oczywiście także radny czy radna, którzy zostali wybrani specjalnie w tym celu — ma prawo dyskutować na temat aktualnych wydarzeń politycznych, ale że żadne wydarzenie polityczne nie będzie rozpatrywane w oderwaniu od Planu Seldona.

Branno założyła ręce na piersi i podniosła głowę. Z jej twarzy nie można było nic wyczytać. — Radny Trevize — powiedziała — zabrał pan głos w tej debacie z naruszeniem regulaminu i porządku obrad. Ponieważ jednak prosiłam, by przedstawił pan swój punkt widzenia, odpowiem panu teraz.

Nie ma żadnych ograniczeń wolności wypowiedzi dotyczących Planu Seldona. To po prostu Plan, z samej swej istoty, ogranicza nas. Zanim hologram Seldona podejmie ostateczną decyzję, można interpretować zdarzenia na wiele różnych sposobów, ale z chwilą gdy decyzja ta już zostanie powzięta, jej zasadność nie może być kwestionowana na posiedzeniach Rady. Nie może też być kwestionowana z góry wypowiedziami typu: „Gdyby Seldon powiedział tak i tak, to myliłby się”.

— A gdyby ktoś rzeczywiście tak uważał, pani burmistrz?

— To mógłby dać temu wyraz jako osoba prywatna, omawiając tę sprawę w prywatnym gronie.

— A zatem ograniczenia dotyczące wolności wypowiedzi, które pani proponuje, mają dotyczyć tylko i jedynie wypowiedzi członków rządu.

— Tak. To nie jest żadna nowość w systemie prawnym Fundacji. Ta zasada była już stosowana przez burmistrzów, i to wywodzących się z różnych partii. Prywatny punkt widzenia jest bez znaczenia, natomiast opinia wyrażona oficjalnie ma swą wagę i może być niebezpieczna. Nie po to osiągnęliśmy tyle, żeby teraz narażać się na ryzyko przegranej.

— Pragnę zauważyć, pani burmistrz, że zasada, o której pani wspomniała, była stosowana, i to nadzwyczaj rzadko, w odniesieniu do konkretnych uchwał Rady. Natomiast nigdy nie zastosowano jej do czegoś tak ogólnego i nieokreślonego jak Plan Seldona.

— Plan Seldona wymaga szczególnej ochrony, ponieważ kwestionowanie jego rozstrzygnięć może być szczególnie niebezpieczne.

— Czy nie uważa pani… — Trevize odwrócił się, zwracając się teraz do członków Rady, którzy wstrzymali oddech, jak gdyby czekali na wynik pojedynku. — Czy nie uważacie panie i panowie, że mamy wszelkie powody, aby sądzić, że w ogóle nie ma żadnego Planu Seldona?

— Dzisiaj wszyscy byliśmy świadkami jego działania — rzekła burmistrz Branno, której spokój wydawał się wzrastać w miarę jak Trevizego ogarniał zapał krasomówczy.

— Właśnie dlatego, panie i panowie, że dzisiaj widzieliśmy jego działanie, możemy stwierdzić, że Plan Seldona, taki, w jaki nauczono nas wierzyć, nie może istnieć.

— Radny Trevize, łamie pan porządek obrad. Proszę zakończyć te wywody.

— Mam do tego prawo z racji mojej funkcji, pani burmistrz.

— Prawo to zostaje niniejszym zawieszone.

— Nie może go pani zawiesić. Pani oświadczenie ograniczające wolność wypowiedzi nie ma mocy prawa. Nie zostało przegłosowane przez Radę, a nawet gdyby zostało, miałbym prawo zakwestionować jego prawomocność.

— To zawieszenie, panie radny, nie ma nic wspólnego z moim oświadczeniem dotyczącym ochrony Planu Seldona.

— Na czym wobec tego się zasadza?

— Oskarżam pana o zdradę, panie radny. Ze względu na Radę nie chcę, ażeby aresztowano pana w sali posiedzeń, ale za drzwiami czekają ludzie z Urzędu Bezpieczeństwa, którzy zaprowadzą pana stąd wprost do aresztu. Proszę teraz, żeby pan spokojnie opuścił salę. Jeśli wykona pan jakiś podejrzany ruch, to oczywiście zostanie to potraktowane jako bezpośrednie zagrożenie i funkcjonariusze wkroczą na salę. Wierzę, że postara się pan, by do tego nie doszło.

Trevize zmarszczył czoło. W sali panowała zupełna cisza. (Czy ktokolwiek — ktokolwiek z wyjątkiem jego i Compora — spodziewał się tego?) Spojrzał na drzwi. Nic nie zauważył, ale nie miał wątpliwości, że burmistrz Branno nie udaje.

— Re… reprezentuję ważny okręg wyborczy, pani burmistrz — wykrztusił z wściekłością.

— Nie wątpię, że zawiodą się na panu.

— Na jakiej podstawie wnosi pani to szalone oskarżenie?

— To się okaże we właściwym czasie, ale mogę pana zapewnić, że mamy wszystko, czego nam potrzeba. Jest pan bardzo nierozważny, młodzieńcze. Powinien pan sobie uświadomić, że ktoś może być pana przyjacielem, ale nie na tyle, żeby zostać pana wspólnikiem w dziele zdrady.

Trevize gwałtownie odwrócił się i spojrzał w niebieskie oczy Compora. Ich spojrzenie było twarde jak kamień.

Burmistrz Branno powiedziała spokojnie:

— Wzywam wszystkich na świadków, że po moim ostatnim zdaniu radny Trevize odwrócił się i spojrzał na radnego Compora. Czy wyjdzie pan sam, panie radny, czy chce pan nas zmusić do nietaktu wobec Rady i zaaresztowania pana na sali posiedzeń?

Golan Trevize odwrócił się i wszedł na schody prowadzące do wyjścia. Za drzwiami stanęło po obu jego stronach dwóch dobrze uzbrojonych ludzi w mundurach.

Harla Branno odprowadziła go wzrokiem i syknęła przez zaciśnięte zęby: — Głupiec!

<p>3.</p>

Liono Kodell był dyrektorem Urzędu Bezpieczeństwa od początku kadencji burmistrz Branno. Lubił mawiać, że nie jest to wyczerpująca praca, ale oczywiście nikt nie był w stanie sprawdzić, czy mówi prawdę czy nie. Nie wyglądał na łgarza, ale to jeszcze niczego nie dowodzi.

Wyglądał miło i sympatycznie i być może właśnie taka powierzchowność była potrzebna w jego pracy. Wzrostu był raczej mniej niż średniego, tuszy raczej więcej niż średniej, miał sumiastego wąsa (rzecz raczej niezwykła u obywatela Terminusa), bardziej białego niż siwego, jasnobrązowe oczy i charakterystyczną naszywkę barwy podstawowej na górnej kieszeni płowego jednoczęściowego munduru.

— Proszę usiąść, panie Trevize — powiedział. — Postarajmy się porozmawiać po przyjacielsku.

— Po przyjacielsku? Ze zdrajcą? — Trevize wsunął kciuki za pas i nie zamierzał usiąść.

— Z oskarżonym o zdradę. Jeszcze nie jest tak źle, żeby oskarżenie, nawet rzucone przez burmistrza, było równoznaczne ze stwierdzeniem winy. I wierzę, że nigdy nie dojdzie do takiej sytuacji. Moim zadaniem jest przebadać pana. Wolałbym to zrobić teraz, kiedy nie stała się jeszcze panu żadna krzywda — no, może urażono pańską dumę — niż być zmuszonym do zrobienia z tego publicznego procesu. Mam nadzieję, że zgadza się pan ze mną w tym względzie.

Trevize nie zmiękł. — Dajmy spokój uprzejmościom. Pana zadaniem jest traktować mnie tak, jak gdybym był zdrajcą. Nie jestem zdrajcą i oburza mnie, że muszę to panu udowodnić. Bo niby dlaczego to nie ja miałbym żądać, żeby pan udowodnił mi, że jest wierny Fundacji?

— W zasadzie ma pan rację. Problem w tym, że niestety tutaj ja mam władzę, a nie pan. Dlatego ja mogę pytać, a pan nie. Nawiasem mówiąc, gdyby padło na mnie podejrzenie o zdradę czy choćby nielojalność, to przypuszczam, że zostałbym z miejsca zwolniony i wtedy to ja znalazłbym się na pańskim miejscu. I mam nadzieję, że osoba, która by mnie badała, nie traktowałaby mnie gorzej, niż ja chcę traktować pana.

— A jak pan chce mnie traktować?

— Jak przyjaciela i równego sobie, jeśli pan będzie traktował mnie tak samo.

— Mogę postawić panu drinka? — spytał ironicznie Trevize.

— Może później, ale teraz proszę, żeby pan usiadł. Proszę pana po przyjacielsku.

Trevize zawahał się, po czym usiadł. Dalszy upór wydał mu się nagle bezsensowny. — I co teraz? — spytał.

— Teraz proszę, żeby odpowiadał pan na moje pytania szczerze, wyczerpująco i bez wykrętów.

— A jeśli się do tego nie zastosuję? Czym mi pan zagrozi? Sondą psychiczną?

— Wierzę, że do tego nie — dojdzie.

— Ja też. W końcu jestem radnym. Sonda nie wykaże zdrady, a kiedy zostanę wobec tego uniewinniony, poleci pana głowa, a może też głowa pani burmistrz. Może by nawet warto było zmusić pana do użycia sondy.

Kodell zmarszczył czoło i wolno pokręcił głową. — O nie, tylko nie to. To mogłoby się skończyć uszkodzeniem mózgu. W takich przypadkach kuracja trwa niekiedy bardzo długo i myślę, że nie opłaciłoby się panu tak ryzykować. Na pewno. Wie pan, czasami, kiedy stosuje się sondę, straciwszy cierpliwość…

— Grozi mi pan, Kodell?

— Stwierdzam tylko fakt, Trevize… Proszę mnie źle nie zrozumieć, panie radny. Jeśli będę zmuszony użyć sondy, to zrobię to, i nawet jeśli jest pan niewinny, to nie uniknie pan tego.

— Co chce pan wiedzieć?

Kodell nacisnął przycisk wmontowany w biurko. — Wszystkie moje pytania i pana odpowiedzi — powiedział — będą nagrywane, tak obraz, jak i dźwięk. Proszę ograniczyć się tylko do odpowiedzi. Nie chcę żadnych nie związanych z pytaniami uwag czy komentarzy. Nie tym razem. Jestem pewien, że mnie pan rozumie.

— Rozumiem, że nagra pan tylko to, co będzie pan chciał — rzekł pogardliwie Trevize.

— Zgadza się, ale ponownie proszę, żeby pan mnie źle nie zrozumiał. Nie zniekształcę w najmniejszym stopniu pańskich wypowiedzi. Albo je wykorzystam, albo nie, i to wszystko. Ale pan będzie wiedział, czego nie nagrałem i mam nadzieję, że nie będzie pan tracił mojego i swojego czasu na próżno.

— Zobaczymy.

— Mamy powody, aby przypuszczać, radny Trevize — jego ton stał się bardziej oficjalny, co było wystarczającą wskazówką, że zaczął nagrywać — iż twierdził pan otwarcie, i to przy różnych okazjach, że nie wierzy pan w istnienie Planu Seldona.

— Jeśli mówiłem to otwarcie i przy różnych okazjach, to czego jeszcze pan chce? — spytał wolno Trevize.

— Niech pan nie łapie mnie za słowa. Wie pan, że to, czego chcę od pana, to otwarte przyznanie się, wypowiedziane pana głosem, z wyraźnymi śladami pana fal głosowych, w warunkach zapewniających panu pełną kontrolę swego zachowania.

— Bo, jak się domyślam, zastosowanie hipnozy, środków chemicznych czy jakichkolwiek innych zmieniłoby obraz śladów moich fal głosowych?

— I to dość znacznie.

— A pan chce wykazać, że nie użył pan w śledztwie żadnych niedozwolonych metod w stosunku do radnego? Nie mam panu tego za złe.

— Cieszę się, że nie ma mi pan tego za złe. A zatem idźmy dalej. Stwierdzał pan otwarcie, i to przy różnych okazjach, że nie wierzy pan w istnienie Planu Seldona. Czy przyznaje się pan do tego?

Trevize odparł wolno, starannie dobierając słowa:

— Nie wierzę, że to, co nazywamy Planem Seldona, ma takie znaczenie, jakie zazwyczaj mu się przypisuje.

— To bardzo ogólne stwierdzenie. Czy może pan to uściślić?

— Uważam, że powszechnie przyjęty pogląd, iż Hari Seldon pięćset lat temu, opierając się na matematyce psychohistorii, wytyczył bieg wydarzeń do ostatniego szczegółu i że kroczymy drogą, która ma nas doprowadzić od Pierwszego do Drugiego Imperium Galaktycznego zgodnie z zasadą największego prawdopodobieństwa, jest naiwny. To po prostu niemożliwe.

— Czy znaczy to, że pana zdaniem Hari Seldon to postać fikcyjna?

— Ależ nie. Oczywiście, że prawdziwa.

— A więc nie rozwinął psychohistorii?

— No nie, nic takiego nie powiedziałem. Niech pan słucha, dyrektorze. Gdyby mi pozwolono, wyjaśniłbym to Radzie, ale skoro stało się inaczej, wyjaśnię to panu. To, co zamierzam wyznać, jest tak proste…

Dyrektor Urzędu Bezpieczeństwa demonstracyjnie wyłączył zapis.

Trevize przerwał i zmarszczył czoło.

— Dlaczego pan to zrobił?

— Szkoda mojego czasu, panie radny. Nie prosiłem pana o przemowę.

— Ale prosił mnie pan, żebym wyjaśnił swój punkt widzenia, prawda?

— Nic podobnego. Prosiłem, żeby odpowiadał pan na pytania — krótko, prosto i zwięźle. Niech pan tylko odpowiada na pytania i nie serwuje mi tego, o co nie prosiłem. Jeśli pan się do tego zastosuje, to szybko skończymy.

— To znaczy, że chce pan uzyskać ode mnie zeznania, które potwierdzą oficjalną wersję tego, o co zostałem oskarżony.

— Prosimy pana tylko o to, żeby pan odpowiadał zgodnie z prawdą i zapewniam pana, że nie spreparujemy pana wyjaśnień. No, spróbujmy jeszcze raz. Mówiliśmy o Harim Seldonie. — Kodell włączył zapis i powtórzył spokojnie: — A więc nie rozwinął psychohistorii?

— Oczywiście, że rozwinął naukę, którą określamy mianem psychohistorii — powiedział Trevize, na próżno starając się ukryć zniecierpliwienie i gestykulując z irytacją.

— Którą jak by pan zdefiniował?

— Na Galaktykę! Zwykle definiuje się ją jako tę gałąź matematyki, która zajmuje się ogólnymi reakcjami dużych skupisk ludzkich na dane bodźce w danych warunkach. Innymi słowy, przypuszcza się, że przewiduje ona zmiany społeczne i historyczne.

— Powiedział pan „przypuszcza się”. Kwestionuje pan ten pogląd na podstawie ekspertyzy matematycznej?

— Nie — odparł Trevize. — Nie jestem psycho — historykiem. Tak jak nie jest nim nikt z rządu Fundacji, ani żaden obywatel Terminusa, ani żaden…

Kodell podniósł rękę. Powiedział łagodnie: — Proszę pana, panie radny… — i Trevize umilkł.

— Czy ma pan jakieś powody — spytał Kodell — aby przypuszczać, że Hari Seldon nie wykonał niezbędnych obliczeń, na podstawie których dobrał czynniki o największym stopniu prawdopodobieństwa i najkrótszym okresie działania w taki sposób, aby poprzez Fundację doprowadziły nas od Pierwszego do Drugiego Imperium?

— Nie było mnie przy tym — odparł zgryźliwie Trevize — więc skąd mam wiedzieć?

— Wie pan, że nie wykonał takich obliczeń?

— Nie.

— A może zaprzecza pan temu, że holograficzny obraz Hariego Seldona, który pokazywał się podczas każdego z serii kryzysów w czasie minionych pięciuset lat, jest faktycznie podobizną Hariego Seldona, wykonaną w ostatnim roku jego życia, na krótko przed założeniem Fundacji?

— Przypuszczam, że nie mogę temu zaprzeczyć.

— „Przypuszcza” pan. A może pan uważa, że to oszustwo, mistyfikacja, którą ktoś wymyślił w jakimś celu w minionych wiekach?

Trevize westchnął.

— Nie. Nie uważam tak.

— Czy uważa pan, że posłania, które nam Seldon przekazuje w ten sposób, są przez kogoś preparowane albo że ktoś nimi manipuluje?

— Nie. Nie widzę żadnych powodów, aby sądzić, że taka manipulacja jest możliwa czy komuś potrzebna.

— Rozumiem. Był pan świadkiem ostatniego pojawienia się hologramu Seldona. Czy — pana zdaniem — sporządzona przez Seldona pięćset lat temu analiza sytuacji nie dość dokładnie uwzględnia obecne warunki?

— Przeciwnie — odparł Trevize z nagłym rozbawieniem. — Uwzględnia je bardzo dokładnie.

Kodell nie zareagował na zmianę nastroju swojego rozmówcy. — A jednak, panie radny — rzekł — mimo to utrzymuje pan, że Plan Seldona nie istnieje?

— Oczywiście, że nie istnieje. Twierdzę tak właśnie dlatego, że wykonana przez niego analiza dokładnie uwzględnia…

Kodell wyłączył zapis.

— Panie radny — powiedział kręcąc głową — znowu mnie pan zmusza do wymazania swojej odpowiedzi. Pytałem, czy pan podtrzymuje tę swoją dziwną opinię, a pan zaczyna mi tu wyliczać powody, które pana do tego skłaniają. Pozwoli pan, że powtórzę pytanie.

Włączył zapis i spytał raz jeszcze:

— A jednak, panie radny, mimo to utrzymuje pan, że Plan Seldona nie istnieje?

— A skąd pan o tym wie? Nikt nie miał okazji, żeby porozmawiać z tym donosicielem, Comporem, po ukazaniu się Seldona.

— Powiedzmy, że domyśliliśmy się tego. I powiedzmy, że pan już odpowiedział: „Oczywiście, że nie istnieje”. Jeśli zechce pan powtórzyć to jeszcze raz, bez dodatkowych wyjaśnień, to będziemy mieli to za sobą.

— Oczywiście, że nic istnieje — odparł Trevize z ironicznym uśmiechem.

— W porządku — rzekł Kodell. — Wybiorę to: „Oczywiście, że nie istnieje”, które brzmi bardziej naturalnie. Dziękuję, panie radny — i wyłączył zapis.

— To wszystko? — spytał Trevize.

— To wszystko, czego mi trzeba.

— Jest zupełnie jasne, że wszystko, czego panu trzeba, to zestaw pytań i odpowiedzi, który może pan przedstawić mieszkańcom Terminusa i całej naszej Federacji, żeby udowodnić, że wierzę bez zastrzeżeń w legendę o Planie Seldona. Jeśli potem spróbuję temu zaprzeczyć, to wyjdę na idiotę.

— Albo nawet na zdrajcę w oczach rozgorączkowanego tłumu, dla którego Plan jest gwarancją bezpieczeństwa Fundacji. Jeśli dojdziemy do porozumienia, to może opublikowanie tego nie będzie konieczne, ale jeśli będzie się pan upierał przy swoim, to dopilnujemy, żeby Fundacja wysłuchała tego nagrania.

Trevize zmarszczył czoło.

— Czy jest pan aż tak głupi, że zupełnie nie interesuje pana, co naprawdę mam do powiedzenia?

— Jako człowieka interesuje mnie to bardzo, i jeśli zdarzy się ku temu odpowiednia okazja, to naprawdę Wysłucham pana z uwagą i niezbędną dozą sceptycyzmu. Jednak jako dyrektor Urzędu Bezpieczeństwa mam w tej chwili wszystko, czego mi było potrzeba.

— Myślę, że zdaje pan sobie sprawę z tego, że ani panu, ani pani burmistrz nie wyjdzie to na dobre.

— Przykro mi, ale zupełnie nie podzielam tej opinii. A teraz pan wyjdzie. Oczywiście pod strażą.

— Gdzie mnie zabieracie?

W odpowiedzi Kodell tylko się uśmiechnął.

— Do widzenia, panie radny. Nie bardzo starał się pan mi pomóc, ale byłbym naiwny, gdybym na to liczył.

Wyciągnął rękę.

Trevize wstał, ale zignorował jego gest. Wygładził pas i rzekł: — Odwleka pan tylko to, co nieuchronnie musi nadejść. Inni muszą myśleć tak samo jak ja, a jeśli jeszcze tak nie myślą, to wkrótce do tego dojdą. Uwięzienie albo zgładzenie mnie wzbudzi zainteresowanie moją sprawą, i przyspieszy ten proces. W końcu zwycięży prawda i ja.

Kodell cofnął dłoń i wolno pokręcił głową.

— Trevize, pan naprawdę jest głupcem — powiedział.

<p>4.</p>

Trevize znalazł się w luksusowym, musiał to przyznać, pomieszczeniu w siedzibie głównej sił Bezpieczeństwa. Pokój, choć luksusowy, był zamknięty. Tak czy owak, mimo wyposażenia, była to cela więzienna.

Dopiero o północy przyszło po Trevizego dwóch strażników. Miał więc ponad cztery godziny, aby przemyśleć swoją sytuację. Większość tego czasu spędził chodząc z kąta w kąt i czyniąc sobie gorzkie wyrzuty.

Dlaczego zaufał Comporowi? A dlaczego miał mu nie ufać? Wydawał się z nim całkowicie zgadzać… Nie, to nie to. Wydawał się chętnie ulegać jego argumentom… Nie, to też nie to. Wydawał się tak głupi, tak łatwowierny i pozbawiony swojego zdania, że Trevize traktował go jako swego rodzaju płytę rezonansową. Compor pomagał mu sprecyzować i lepiej wyartykułować jego własne poglądy. Był po prostu użyteczny i Trevize ufał mu tylko dlatego, że było mu z tym wygodnie.

Teraz jednak zastanawianie się nad tym, czy nie powinien był być ostrożniejszy i przejrzeć zawczasu Compora, było bezcelowe. Powinien był postępować według starej i sprawdzonej zasady i nie ufać nikomu.

Ale czy można iść przez życie, nie mając do nikogo zaufania? Najwidoczniej trzeba tak postępować.

A kto by pomyślał, że Branno będzie aż tak bezczelna, że każe uwięzić radnego podczas sesji Rady… i że nikt z obecnych na sali nie powie ani słowa w obronie jednego ze swoich? Nawet gdyby absolutnie nie zgadzali się z Trevizem, nawet gdyby byli gotowi ryzykować swoimi głowami, że to Branno ma rację, to i tak, dla zasady, powinni byli zaprotestować przeciw takiemu pogwałceniu ich immunitetu. Czasami nazywano Branno żelazną kobietą i trzeba przyznać, że swym postępowaniem rzeczywiście potwierdziła to określenie…

Chyba, że sama znajdowała się już w garści…

Nie! To prowadzi do paranoi.

Ale jednak…

Wiedział, że kręci się w kółko, ale nie mógł oswobodzić się od natrętnie powracających myśli. Wtedy przyszli strażnicy.

— Będzie musiał pan pójść z nami, panie radny — powiedział poważnym, lecz beznamiętnym tonem starszy z nich. Dystynkcje na jego mundurze wskazywały, że jest porucznikiem. Miał niewielką bliznę na prawym policzku i wyglądał na znudzonego, jak gdyby za długo był już w służbie i miał za mało do roboty. Można było się tego spodziewać po żołnierzu, którego ludzie od ponad stu lat nie uczestniczyli w żadnej bitwie.

Trevize nie ruszył się z miejsca. — Pana nazwisko, poruczniku? — spytał.

— Jestem porucznik Evander Sopellor, panie radny.

— Zdaje pan sobie sprawę, poruczniku Sopellor, że łamie pan prawo? Nie może pan aresztować radnego.

— Dostaliśmy ścisły rozkaz, proszę pana.

— To nieważne. Nikt nie może panu rozkazać aresztować radnego. Musi pan sobie uświadomić, że czeka pana za to sąd wojskowy.

— Pan nie jest aresztowany — odparł porucznik.

— A więc nie muszę iść z wami, prawda?

— Kazano nam odeskortować pana do domu.

— Znam drogę.

— I chronić pana w drodze.

— Przed czym? Albo przed kim?

— Przed tłumem, który może się tam zebrać.

— O północy?

— Właśnie dlatego czekaliśmy aż do północy. I teraz, mając na względzie ochronę pana osoby, prosimy, żeby poszedł pan z nami. Pragnę dodać, że jeżeli będzie to konieczne, mamy użyć siły. Mówię to nie po to, żeby grozić panu, ale żeby pan o tym wiedział.

Trevize widział, że byli uzbrojeni w bicze neuronowe. Podniósł się, mając nadzieję, że robi to z godnością. — A więc chodźmy do mnie. Czy może zamierzacie zabrać mnie do więzienia?

— Nie mamy rozkazu, żeby pana okłamywać — powiedział porucznik z lekkim odcieniem dumy w głosie. Trevize zrozumiał, że ma do czynienia z prawdziwym żołnierzem, który skłamałby tylko na wyraźny rozkaz, a i wtedy wyraz jego twarzy i ton jego głosu świadczyłby, że robi to z niechęcią. Powiedział: — Przepraszam pana, poruczniku. Nie wątpię w prawdziwość pańskich słów.

Na zewnątrz czekał na nich samochód. Ulica była pusta. Nie było żywego ducha, a cóż dopiero mówić o tłumie, ale porucznik nie kłamał. Nie powiedział przecież, że na zewnątrz stoi czy zbiera się tłum. Wspominał tylko o tłumie, „który może się tam zebrać”.

Porucznik dobrze pilnował Trevizego, trzymając go między sobą i samochodem. Trevize nie miał żadnej szansy, żeby odwrócić Siei wziąć nogi za pas. Porucznik wszedł zaraz za nim i usiadł obok niego, w tyle wozu.

Ruszyli.

— Kiedy już się znajdę w domu — rzekł Trevize — to przypuszczam, że będę mógł się swobodnie zająć swoimi sprawami, na przykład wyjść, jeśli będę miał taką ochotę.

— Mamy rozkaz, żeby nie przeszkadzać panu w niczym, co nie łączy się z ochroną pana osoby.

— Co nie łączy się z ochroną mojej osoby? A co to znaczy?

— Polecono mi zakomunikować panu, że nie może pan opuszczać domu. Na ulicy nie jest pan bezpieczny, a ja odpowiadam za pana bezpieczeństwo.

— To znaczy, że jestem w areszcie domowym.

— Nie jestem prawnikiem, panie radny. Nie wiem, co to znaczy.

Patrzył prosto przed siebie, dotykając łokciem boku Trevizego. Trevize nie mógł wykonać żadnego, nawet najmniejszego, ruchu, który uszedłby uwagi porucznika.

Samochód zatrzymał się przed małym domkiem Trevizego na Flexner, przedmieściu Terminusa. Trevize mieszkał sam — jego przyjaciółka, Flavella, mając dosyć nieuporządkowanego trybu życia, do którego Zmuszały Trevizego obowiązki radnego, opuściła go — nie spodziewał się więc, by ktoś na niego czekał.

— Mogę teraz wysiąść? — spytał Trevize.

— Ja wyjdę pierwszy. Wprowadzimy pana do domu.

— W trosce o moje bezpieczeństwo?

— Tak, proszę pana.

Za drzwiami czekało na niego dwóch strażników. Paliło się nocne światło, ale ponieważ okna wykonane były z jednostronnie przezroczystego szkła, nie widać go było z zewnątrz.

Trevizego ogarnęło oburzenie z powodu tego bezczelnego wdarcia się do jego domu, ale szybko uspokoił się. Jeśli Rada nie była w stanie obronić go we własnej sali posiedzeń, to czy można się było dziwić, że jego dom nie jest już jego nietykalną własnością?

— Ilu jeszcze was tu jest? — spytał. — Cały pułk?

— Nie, panie radny — odpowiedział mu twardy i stanowczy głos. — Oprócz tych, których pan widzi, jest tu tylko jedna osoba. Dosyć długo czekałam na pana.

W drzwiach prowadzących do salonu stała Harla Branno, burmistrz Terminusa, we własnej osobie.

— Nie sądzi pan, że już czas, żebyśmy porozmawiali?

Trevize gapił się w osłupieniu. W końcu rzekł:

— Cała ta farsa po to, żeby…

Branno przerwała mu cicho, lecz stanowczo:

— Spokojnie, panie radny. A wy czterej — na zewnątrz! Wychodźcie. Nie będziecie tu potrzebni.

Czterej strażnicy zasalutowali i wyszli. Trevize i Branno zostali sami.


1.

<p>1.</p>

— Oczywiście nic wierzę w to — rzekł Golan Trevize, stojąc na szerokich schodach wiodących do Gmachu Seldona i spoglądając na lśniące w słońcu miasto.

Terminus miał łagodny klimat, a wody zajmowały na nim, w porównaniu z lądem, stosunkowo dużą powierzchnię. Wprowadzenie regulacji pogody sprawiło, że stał się jeszcze bardziej wygodnym i przyjemnym niż przedtem, lecz — zdaniem Trevizego — znacznie mniej ciekawym miejscem.

— Absolutnie nie wierzę — powtórzył i uśmiechnął się, błyskając równymi, białymi zębami.

Jego towarzysz i kolega z Rady, Munn Li Compor, który — wbrew panującym na Terminusie zwyczajom — używał dwóch imion, potrząsnął z dezaprobatą głową. — W co nie wierzysz? Że ocaliliśmy miasto?

— Ależ skąd! W to wierzę. Przecież zrobiliśmy to, prawda? A Seldon powiedział, że to właściwe posunięcie i że o tym, że tak postąpiliśmy, wiedział już pięćset lat temu.

Compor zniżył głos prawie do szeptu.

— Słuchaj, mnie możesz mówić takie rzeczy, bo traktuję to jako takie sobie gadanie, ale jeśli będziesz o tym rozpowiadał wszem i wobec, to wyznam ci, że nie chcę być blisko ciebie, kiedy spadnie cios. Nie jestem po prostu pewien, czy ten cios będzie wystarczająco precyzyjny.

Trevize nie przestał się uśmiechać. — Czy mówienie o tym, że miasto zostało ocalone to szkodliwa działalność? — rzekł. — Albo o tym, że udało się to osiągnąć bez wojny?

— Nie było jej z kim toczyć — powiedział Compor. Miał włosy żółte jak masło i oczy niebieskie jak niebo i stale kusiło go, aby zmienić na inne te niemodne kolory.

— Nie słyszałeś nigdy o wojnie domowej? — spytał Trevize. Był wysokim mężczyzną, o czarnych, lekko falujących włosach i miał zwyczaj chodzić z kciukami zatkniętymi za pas z miękkiej tkaniny, który stanowił nieodłączną część jego stroju.

— Wojna domowa z powodu sporów o miejsce lokalizacji stolicy?

— Niewiele brakowało, żeby te spory doprowadziły do kryzysu Seldona. Zniszczyły karierę polityczną Hannisa, a ciebie i mnie wyniosły podczas ostatnich wyborów do Rady i sprawa ważyła się na… — pokiwał powoli dłonią w przód i w tył, naśladując ruchy wskazówki wagi, wychylającej się to w jedną, to w drugą stronę pod wpływem równo obciążonych szalek.

Zatrzymał się w połowie schodów, nie zwracając uwagi na innych członków rządu i przedstawicieli środków przekazu oraz ludzi z towarzystwa, bywalców wszelkich imprez, którzy w sobie tylko wiadomy sposób zdobyli zaproszenia na uroczystość powrotu Seldona, a w każdym razie jego holograficznej podobizny.

Wszyscy oni schodzili teraz po schodach rozmawiając głośno, śmiejąc się, podziwiając dokładność wszystkich prognoz i pławiąc się z rozkoszą w słowach aprobaty, które usłyszeli od Seldona.

Trevize stał nieruchomo i czekał, aż minie go kłębiący się tłum. Compor zrobił dwa kroki, ale zatrzymał się, jakby łączyła go z Trevizem niewidzialna nić.

— Nie idziesz? — spytał.

— Nie ma pośpiechu. Posiedzenie się nie zacznie, dopóki pani burmistrz nie naświetli sytuacji w swój zwykły, monotonny, powolny i nudny sposób. Wcale mi się nie spieszy, żeby wysłuchać jeszcze jednego nudnego przemówienia… Popatrz lepiej na miasto.

— Widzę je. Wczoraj też widziałem.

— A widziałeś je pięćset lat temu, kiedy powstawało?

— Czterysta dziewięćdziesiąt osiem lat temu — poprawił go automatycznie Compor. — Za dwa lata będziemy świętowali pięćsetlecie, a burmistrz Branno będzie nadal sprawowała swój urząd, stawiając czoło wypadkom o mniejszym, miejmy nadzieję, stopniu prawdopodobieństwa.

— Miejmy nadzieję — powtórzył sucho Trevize — Ale jak tu wszystko wyglądało pięćset lat temu? Przecież istniało wtedy tylko to jedno miasto! jedna mała mieścina, zamieszkana przez grupę ludzi przygotowujących encyklopedię, która nigdy nie została ukończona.

— Została.

— Masz na myśli obecną Encyklopedię Galaktyczną? To nie jest to, nad czym oni pracowali. Nasza jest w całości w komputerze i jest codziennie poprawiana i uzupełniana. Widziałeś kiedy niedokończony oryginał?

— Ten w Muzeum Hardina?

— W Muzeum im. Salvora Hardina, skoro tak dbasz o szczegóły. Widziałeś ją?

— Nie. A powinienem?

— Skądże, nie warto. Ale tak czy inaczej ta mała grupka Encyklopedystów stworzyła zalążek tego miasta, małej, mizernej mieściny na planecie absolutnie pozbawionej metali, krążącej wokół słońca odizolowanego od reszty Galaktyki, na samym jej skraju. A teraz, po pięciuset latach, jesteśmy światem willowym. Całe to miejsce to jeden wielki park. Metalu mamy, ile chcemy. I jesteśmy w centrum wszystkich wydarzeń.

— Niezupełnie — odparł Compor. — Nadal krążymy wokół słońca odizolowanego od reszty Galaktyki. I nadal znajdujemy się na jej skraju.

— Mówisz bez zastanowienia. O to właśnie chodziło w tym małym kryzysie Seldona. Nie jesteśmy już samotnym światem ograniczającym się do Terminusa. Jesteśmy Fundacją, która obejmuje swoimi wpływami całą Galaktykę i która rządzi nią z miejsca na jej skraju. A może to robić właśnie dlatego, że nie jest odizolowana od reszty w niczym, z wyjątkiem położenia, a to się nie liczy.

— W porządku. Zgadzam się — Compor był wyraźnie znudzony tą rozmową. Zszedł o stopień niżej. Niewidoczna nić napięła się jeszcze bardziej.

Trevize wyciągnął rękę, jakby chciał z powrotem wciągnąć przyjaciela na schody. — Nie widzisz jakie ogromne konsekwencje ma ta zmiana, Compor? Przecież my jej nie akceptujemy. W głębi duszy pragniemy powrotu do starej, małej Fundacji, do spraw jednego świata, do dawnych czasów herosów ze stali i szlachetnych świętych, do czasów, które bezpowrotnie minęły.

— No dalej, mów o co chodzi.

— Właśnie o to. Popatrz choćby na Gmach Seldona. Podczas pierwszych kryzysów, za czasów Salvora Hardina, była to po prostu Krypta Czasu, mała salka, w której pojawiał się hologram Seldona. To było wszystko. A co mamy teraz? Potężne mauzoleum. Może prowadzi do niego pochylnia oparta na polu siłowym? Albo chodnik ślizgowy? A może winda grawitacyjna? Nic z tych rzeczy. Tylko schody, po których wspinamy się, jakbyśmy żyli w czasach Hardina. Tyle, że wtedy nie było tych schodów. W ciężkich chwilach szukamy otuchy i pomocy w przeszłości.

Wyciągnął gwałtownie rękę. — Czy w tej całej konstrukcji widzisz choć jeden metalowy element? Nie ma ani jednego! A dlaczego? Bo w czasach Hardina miejscowego metalu nie było wcale, a importowanego tyle co nic. Użyliśmy nawet do budowy tej bryły tak starego, poróżowiałego ze starości plastyku, że turyści z innych światów zatrzymują się ze zdumieniem i wołają: „Na Galaktykę! Jaki cudny stary plastyk!”. Wiesz, co ci powiem, Compor? Że to oszustwo.

— I właśnie w to nie wierzysz? W autentyczność Gmachu Seldona?

— I we wszystko, co w nim jest — syknął Trevize. — Nie wierzę, że ukrywanie się tu, na skraju Wszechświata ma sens tylko dlatego, że tak robili nasi przodkowie. Uważam, że nasze miejsce jest tam, w centrum Galaktyki.

— Ale Seldon uważa, że jesteś w błędzie. Jego plan rozwija się tak, jak powinien.

— Wiem, wiem. Każde dziecko na Terminusie jest wychowywane w wierze, że Hari Seldon stworzył Plan, że pięćset lat temu przewidział wszystko, że założył tę Fundację dokładnie tak, żeby mógł niezawodnie przewidzieć kryzysy, że jego hologram będzie się ukazywał podczas tych kryzysów i przekazywał nam to minimum wiedzy niezbędne do przetrwania i tak prowadził nas przez tysiąc lat, aż w końcu zbudujemy na gruzach starego, zmurszałego imperium, które zaczęło się chwiać pięćset lat temu i ostatecznie runęło przed dwustu laty, Drugie — potężniejsze — Imperium Galaktyczne.

— Dlaczego mi to wszystko mówisz, Golan?

— Dlatego, że to oszustwo. To wszystko oszustwo! Nawet jeśli na początku było tak naprawdę, to teraz jest to oszustwo. Nie jesteśmy panami naszych poczynań. To nie my wcielamy Plan w życie.

Compor spojrzał na niego badawczo. — Mówiłeś to już nie raz, Golan, ale zawsze myślałem, że żartujesz. Ale teraz, na Galaktykę, myślę, że mówisz poważnie. Naprawdę.

— Oczywiście, że mówię poważnie.

— Niemożliwe. Albo to jakiś skomplikowany kawał, na który chcesz mnie nabrać, albo zwariowałeś.

— Ani jedno, ani drugie — rzekł Trevize. Uspokoił się już i zatknął swym zwyczajem kciuki za pas, jakby nie potrzebował już rąk dla podkreślenia swych uczuć. — Przyznaję, że już wcześniej myślałem o tym, ale była to tylko intuicja. Dopiero ta dzisiejsza farsa spowodowała, że nagle wszystko sobie jasno uświadomiłem. I teraz mam zamiar przedstawić to równie jasno całej Radzie.

— Jesteś szalony! — powiedział Compor.

— Tak? No to chodź ze mną i posłuchaj.

Zeszli ze schodów. Byli ostatnimi, którzy opuszczali to miejsce. I kiedy Trevize wysunął się nieco do przodu, Compor poruszył bezgłośnie ustami rzucając w ślad za nim: „Głupiec!”


2.

<p>2.</p>

Burmistrz Harla Branno przywołała zebranych na sesji członków Rady Wykonawczej do porządku. Nie zauważyła najmniejszego śladu zainteresowania na sali, ale nikt nie wątpił, że dokładnie odnotowała sobie wszystkich obecnych i wszystkich, którzy jeszcze nie przybyli.

Jej siwe włosy były starannie ułożone w stylu, który nie był ani wyraźnie kobiecy, ani nie naśladował męskiej fryzury. Był to po prostu sposób, w jaki się czesała, nic więcej. Jej rzeczowa twarz nie wyróżniała się pięknością, ale piękność jakoś nie była tym, czego szukano w jej twarzy. Była najzdolniejszym administratorem na planecie. Nikt nie posądzał jej nigdy o bystrość Salvora Hardina czy Hobera Mallowa, których rządy ożywiały historię pierwszych dwu stuleci istnienia Fundacji, ale też nikt nie mógł jej zarzucić żadnego z szaleństw dziedzicznych burmistrzów Indburów, którzy rządzili Fundacją tuż przed nastaniem Muła.

Jej przemówienia nie poruszały umysłów, nie miała też daru czynienia dramatycznych gestów, ale za to posiadała umiejętność podejmowania cichych decyzji i upierania się przy nich tak długo, jak długo była przekonana o swej racji. Nie miała charyzmy, ale miała talent przekonywania wyborców do tych właśnie cichych decyzji.

Ponieważ na mocy doktryny Seldona bieg historii jest bardzo trudno odwrócić (chyba że, o czym większość seldonistów — mimo przykrego incydentu z Mułem — zapomina, mamy do czynienia z czymś nieprzewidywalnym), stolicą Fundacji mógł w każdej sytuacji pozostać Terminus. Była to jednak tylko możliwość. Seldon, podczas swego dopiero co zakończonego pojawienia się w postaci pięćsetletniego hologramu, ocenił spokojnie stopień prawdopodobieństwa pozostania stolicy na Terminusie na 87,2 procenta.

Niemniej jednak, nawet dla seldonistów, oznaczało to, że możliwość przeniesienia stolicy w jakieś miejsce bliższe centrum Federacji Fundacyjnej, z wszystkimi strasznymi, zarysowanymi przez Seldona konsekwencjami takiego posunięcia, była prawdopodobna w 12,8 procenta. Ta możliwość nie stała się rzeczywistością z pewnością tylko dzięki pani burmistrz Branno.

Było pewne, że nigdy by do tego nie dopuściła. Mimo znacznego spadku popularności, trwała od dawna niezłomnie na stanowisku, że Terminus, który był od początku siedzibą Fundacji, powinien nią nadal pozostać. Przeciwnicy polityczni przedstawiali (dość udatnie, trzeba przyznać) w karykaturach jej wydatną szczękę jako grożący obsunięciem się granitowy blok.

I oto teraz Seldon poparł jej punkt widzenia i — przynajmniej w tej chwili — dawało jej to miażdżącą przewagę nad przeciwnikami. Mówiono, że przed rokiem wyznała, iż jeśli Seldon za swym następnym pojawieniem się poprze ją, to uzna, iż wypełniła swe zadanie i wycofa się z czynnego życia, kontentując się rolą zasłużonego polityka i nie ryzykując sławy, którą mogłaby utracić w dalszych walkach politycznych.

Prawdę mówiąc, nikt w to nie wierzył. Walka polityczna to był jej żywioł i teraz, kiedy pojawił się i znikł hologram Seldona, nic w jej zachowaniu nie wskazywało na to, że zamierza się wycofać.

Mówiła czystym głosem, nie starając się ukryć swego fundacyjnego akcentu (była niegdyś ambasadorem w Mandress, ale nie przyswoiła sobie starego, imperialnego sposobu mówienia, który był teraz tak modny i łączył się nierozerwalnie z quasi — imperialnymi ciągotami ku wewnętrznym Prowincjom).

— Kryzys Seldona został zażegnany. Zgodnie ze starą, dobrą tradycją nie będziemy stosowali żadnych represji wobec tych, którzy opowiedzieli się po przeciwnej stronie. Nie będziemy ich także piętnować w oczach opinii publicznej. Wielu ludzi chciało tego, czego nie chciał Seldon, lecz działali oni w dobrej wierze. Nie ma sensu wypominać im błędów, gdyż broniąc swego dobrego imienia mogliby się posunąć nawet do tego, by zakwestionować cały Plan Seldona. Jest u nas w zwyczaju, że strona, która przegrała, przyjmuje swoją porażkę ze spokojem i bez dalszych, zbędnych dyskusji. A zatem zarówno my, jak i nasi niedawni przeciwnicy, uważamy sprawę za zamkniętą.

Przerwała na chwilę, popatrzyła po twarzach zebranych i podjęła na nowo:

— Minęło już pięćset lat, panowie radni, połowa tego czasu, który oddziela od siebie dwa imperia. Był to trudny okres, ale zrobiliśmy dużo. Już teraz jesteśmy niemal Imperium Galaktycznym i nie mamy żadnych poważnych zewnętrznych wrogów.

Gdyby nie Plan Seldona, bezkrólewie trwałoby trzydzieści tysięcy lat. Być może po trzydziestu tysiącach lat nie byłoby już w Galaktyce siły zdolnej stworzyć nowe imperium. Być może składałaby się ona tylko z odizolowanych od siebie i ginących cywilizacji.

Wszystko, co osiągnęliśmy, zawdzięczamy Hariemu Seldonowi i dalej na nim musimy polegać. Teraz, panowie radni, prawdziwe zagrożenie dla Planu stanowimy my sami. Dlatego od tej pory nie może być żadnych publicznych zastrzeżeń co do jego wartości. Umówmy się, że poczynając od dzisiaj,, nikt nie będzie oficjalnie poddawał planu w wątpliwość, krytykował go czy uznawał za niewłaściwy. Musimy przyjmować go bez zastrzeżeń. Jego słuszności dowiodło minione pięćset lat. Ma on zapewnić bezpieczną przyszłość rodzajowi ludzkiemu i nie wolno nam dopuścić do żadnych zmian czy odstępstw od niego. Czy zgadzacie się ze mną?

Odpowiedział jej cichy pomruk. Nie musiała rozglądać się po sali, by szukać bardziej wyraźnych dowodów aprobaty. Znała każdego członka Rady i wiedziała, jak zareaguje. Teraz, w chwili jej tryumfu, nikt nie odważy się sprzeciwić. Może za rok, ale nie teraz. A tym, co będzie za rok, będzie się przejmowała za rok.

Z tym, że zawsze…

— Czyżby kontrola myśli, pani burmistrz? — spytał Golan Trevize, schodząc wielkimi krokami po schodach między rzędami foteli i mówiąc donośnym głosem, jakby starał się zrekompensować w ten sposób milczenie pozostałych. Nie spojrzał nawet w stronę swego miejsca, które — jako że był nowym członkiem Rady — znajdowało się w tylnych rzędach.

Branno nadal nie podnosiła głowy. — Jak pan to ocenia, radny Trevize? — spytała.

— Tak, że rząd nie może znieść wolności słowa, że każdy obywatel — a więc oczywiście także radny czy radna, którzy zostali wybrani specjalnie w tym celu — ma prawo dyskutować na temat aktualnych wydarzeń politycznych, ale że żadne wydarzenie polityczne nie będzie rozpatrywane w oderwaniu od Planu Seldona.

Branno założyła ręce na piersi i podniosła głowę. Z jej twarzy nie można było nic wyczytać. — Radny Trevize — powiedziała — zabrał pan głos w tej debacie z naruszeniem regulaminu i porządku obrad. Ponieważ jednak prosiłam, by przedstawił pan swój punkt widzenia, odpowiem panu teraz.

Nie ma żadnych ograniczeń wolności wypowiedzi dotyczących Planu Seldona. To po prostu Plan, z samej swej istoty, ogranicza nas. Zanim hologram Seldona podejmie ostateczną decyzję, można interpretować zdarzenia na wiele różnych sposobów, ale z chwilą gdy decyzja ta już zostanie powzięta, jej zasadność nie może być kwestionowana na posiedzeniach Rady. Nie może też być kwestionowana z góry wypowiedziami typu: „Gdyby Seldon powiedział tak i tak, to myliłby się”.

— A gdyby ktoś rzeczywiście tak uważał, pani burmistrz?

— To mógłby dać temu wyraz jako osoba prywatna, omawiając tę sprawę w prywatnym gronie.

— A zatem ograniczenia dotyczące wolności wypowiedzi, które pani proponuje, mają dotyczyć tylko i jedynie wypowiedzi członków rządu.

— Tak. To nie jest żadna nowość w systemie prawnym Fundacji. Ta zasada była już stosowana przez burmistrzów, i to wywodzących się z różnych partii. Prywatny punkt widzenia jest bez znaczenia, natomiast opinia wyrażona oficjalnie ma swą wagę i może być niebezpieczna. Nie po to osiągnęliśmy tyle, żeby teraz narażać się na ryzyko przegranej.

— Pragnę zauważyć, pani burmistrz, że zasada, o której pani wspomniała, była stosowana, i to nadzwyczaj rzadko, w odniesieniu do konkretnych uchwał Rady. Natomiast nigdy nie zastosowano jej do czegoś tak ogólnego i nieokreślonego jak Plan Seldona.

— Plan Seldona wymaga szczególnej ochrony, ponieważ kwestionowanie jego rozstrzygnięć może być szczególnie niebezpieczne.

— Czy nie uważa pani… — Trevize odwrócił się, zwracając się teraz do członków Rady, którzy wstrzymali oddech, jak gdyby czekali na wynik pojedynku. — Czy nie uważacie panie i panowie, że mamy wszelkie powody, aby sądzić, że w ogóle nie ma żadnego Planu Seldona?

— Dzisiaj wszyscy byliśmy świadkami jego działania — rzekła burmistrz Branno, której spokój wydawał się wzrastać w miarę jak Trevizego ogarniał zapał krasomówczy.

— Właśnie dlatego, panie i panowie, że dzisiaj widzieliśmy jego działanie, możemy stwierdzić, że Plan Seldona, taki, w jaki nauczono nas wierzyć, nie może istnieć.

— Radny Trevize, łamie pan porządek obrad. Proszę zakończyć te wywody.

— Mam do tego prawo z racji mojej funkcji, pani burmistrz.

— Prawo to zostaje niniejszym zawieszone.

— Nie może go pani zawiesić. Pani oświadczenie ograniczające wolność wypowiedzi nie ma mocy prawa. Nie zostało przegłosowane przez Radę, a nawet gdyby zostało, miałbym prawo zakwestionować jego prawomocność.

— To zawieszenie, panie radny, nie ma nic wspólnego z moim oświadczeniem dotyczącym ochrony Planu Seldona.

— Na czym wobec tego się zasadza?

— Oskarżam pana o zdradę, panie radny. Ze względu na Radę nie chcę, ażeby aresztowano pana w sali posiedzeń, ale za drzwiami czekają ludzie z Urzędu Bezpieczeństwa, którzy zaprowadzą pana stąd wprost do aresztu. Proszę teraz, żeby pan spokojnie opuścił salę. Jeśli wykona pan jakiś podejrzany ruch, to oczywiście zostanie to potraktowane jako bezpośrednie zagrożenie i funkcjonariusze wkroczą na salę. Wierzę, że postara się pan, by do tego nie doszło.

Trevize zmarszczył czoło. W sali panowała zupełna cisza. (Czy ktokolwiek — ktokolwiek z wyjątkiem jego i Compora — spodziewał się tego?) Spojrzał na drzwi. Nic nie zauważył, ale nie miał wątpliwości, że burmistrz Branno nie udaje.

— Re… reprezentuję ważny okręg wyborczy, pani burmistrz — wykrztusił z wściekłością.

— Nie wątpię, że zawiodą się na panu.

— Na jakiej podstawie wnosi pani to szalone oskarżenie?

— To się okaże we właściwym czasie, ale mogę pana zapewnić, że mamy wszystko, czego nam potrzeba. Jest pan bardzo nierozważny, młodzieńcze. Powinien pan sobie uświadomić, że ktoś może być pana przyjacielem, ale nie na tyle, żeby zostać pana wspólnikiem w dziele zdrady.

Trevize gwałtownie odwrócił się i spojrzał w niebieskie oczy Compora. Ich spojrzenie było twarde jak kamień.

Burmistrz Branno powiedziała spokojnie:

— Wzywam wszystkich na świadków, że po moim ostatnim zdaniu radny Trevize odwrócił się i spojrzał na radnego Compora. Czy wyjdzie pan sam, panie radny, czy chce pan nas zmusić do nietaktu wobec Rady i zaaresztowania pana na sali posiedzeń?

Golan Trevize odwrócił się i wszedł na schody prowadzące do wyjścia. Za drzwiami stanęło po obu jego stronach dwóch dobrze uzbrojonych ludzi w mundurach.

Harla Branno odprowadziła go wzrokiem i syknęła przez zaciśnięte zęby: — Głupiec!


3.

<p>3.</p>

Liono Kodell był dyrektorem Urzędu Bezpieczeństwa od początku kadencji burmistrz Branno. Lubił mawiać, że nie jest to wyczerpująca praca, ale oczywiście nikt nie był w stanie sprawdzić, czy mówi prawdę czy nie. Nie wyglądał na łgarza, ale to jeszcze niczego nie dowodzi.

Wyglądał miło i sympatycznie i być może właśnie taka powierzchowność była potrzebna w jego pracy. Wzrostu był raczej mniej niż średniego, tuszy raczej więcej niż średniej, miał sumiastego wąsa (rzecz raczej niezwykła u obywatela Terminusa), bardziej białego niż siwego, jasnobrązowe oczy i charakterystyczną naszywkę barwy podstawowej na górnej kieszeni płowego jednoczęściowego munduru.

— Proszę usiąść, panie Trevize — powiedział. — Postarajmy się porozmawiać po przyjacielsku.

— Po przyjacielsku? Ze zdrajcą? — Trevize wsunął kciuki za pas i nie zamierzał usiąść.

— Z oskarżonym o zdradę. Jeszcze nie jest tak źle, żeby oskarżenie, nawet rzucone przez burmistrza, było równoznaczne ze stwierdzeniem winy. I wierzę, że nigdy nie dojdzie do takiej sytuacji. Moim zadaniem jest przebadać pana. Wolałbym to zrobić teraz, kiedy nie stała się jeszcze panu żadna krzywda — no, może urażono pańską dumę — niż być zmuszonym do zrobienia z tego publicznego procesu. Mam nadzieję, że zgadza się pan ze mną w tym względzie.

Trevize nie zmiękł. — Dajmy spokój uprzejmościom. Pana zadaniem jest traktować mnie tak, jak gdybym był zdrajcą. Nie jestem zdrajcą i oburza mnie, że muszę to panu udowodnić. Bo niby dlaczego to nie ja miałbym żądać, żeby pan udowodnił mi, że jest wierny Fundacji?

— W zasadzie ma pan rację. Problem w tym, że niestety tutaj ja mam władzę, a nie pan. Dlatego ja mogę pytać, a pan nie. Nawiasem mówiąc, gdyby padło na mnie podejrzenie o zdradę czy choćby nielojalność, to przypuszczam, że zostałbym z miejsca zwolniony i wtedy to ja znalazłbym się na pańskim miejscu. I mam nadzieję, że osoba, która by mnie badała, nie traktowałaby mnie gorzej, niż ja chcę traktować pana.

— A jak pan chce mnie traktować?

— Jak przyjaciela i równego sobie, jeśli pan będzie traktował mnie tak samo.

— Mogę postawić panu drinka? — spytał ironicznie Trevize.

— Może później, ale teraz proszę, żeby pan usiadł. Proszę pana po przyjacielsku.

Trevize zawahał się, po czym usiadł. Dalszy upór wydał mu się nagle bezsensowny. — I co teraz? — spytał.

— Teraz proszę, żeby odpowiadał pan na moje pytania szczerze, wyczerpująco i bez wykrętów.

— A jeśli się do tego nie zastosuję? Czym mi pan zagrozi? Sondą psychiczną?

— Wierzę, że do tego nie — dojdzie.

— Ja też. W końcu jestem radnym. Sonda nie wykaże zdrady, a kiedy zostanę wobec tego uniewinniony, poleci pana głowa, a może też głowa pani burmistrz. Może by nawet warto było zmusić pana do użycia sondy.

Kodell zmarszczył czoło i wolno pokręcił głową. — O nie, tylko nie to. To mogłoby się skończyć uszkodzeniem mózgu. W takich przypadkach kuracja trwa niekiedy bardzo długo i myślę, że nie opłaciłoby się panu tak ryzykować. Na pewno. Wie pan, czasami, kiedy stosuje się sondę, straciwszy cierpliwość…

— Grozi mi pan, Kodell?

— Stwierdzam tylko fakt, Trevize… Proszę mnie źle nie zrozumieć, panie radny. Jeśli będę zmuszony użyć sondy, to zrobię to, i nawet jeśli jest pan niewinny, to nie uniknie pan tego.

— Co chce pan wiedzieć?

Kodell nacisnął przycisk wmontowany w biurko. — Wszystkie moje pytania i pana odpowiedzi — powiedział — będą nagrywane, tak obraz, jak i dźwięk. Proszę ograniczyć się tylko do odpowiedzi. Nie chcę żadnych nie związanych z pytaniami uwag czy komentarzy. Nie tym razem. Jestem pewien, że mnie pan rozumie.

— Rozumiem, że nagra pan tylko to, co będzie pan chciał — rzekł pogardliwie Trevize.

— Zgadza się, ale ponownie proszę, żeby pan mnie źle nie zrozumiał. Nie zniekształcę w najmniejszym stopniu pańskich wypowiedzi. Albo je wykorzystam, albo nie, i to wszystko. Ale pan będzie wiedział, czego nie nagrałem i mam nadzieję, że nie będzie pan tracił mojego i swojego czasu na próżno.

— Zobaczymy.

— Mamy powody, aby przypuszczać, radny Trevize — jego ton stał się bardziej oficjalny, co było wystarczającą wskazówką, że zaczął nagrywać — iż twierdził pan otwarcie, i to przy różnych okazjach, że nie wierzy pan w istnienie Planu Seldona.

— Jeśli mówiłem to otwarcie i przy różnych okazjach, to czego jeszcze pan chce? — spytał wolno Trevize.

— Niech pan nie łapie mnie za słowa. Wie pan, że to, czego chcę od pana, to otwarte przyznanie się, wypowiedziane pana głosem, z wyraźnymi śladami pana fal głosowych, w warunkach zapewniających panu pełną kontrolę swego zachowania.

— Bo, jak się domyślam, zastosowanie hipnozy, środków chemicznych czy jakichkolwiek innych zmieniłoby obraz śladów moich fal głosowych?

— I to dość znacznie.

— A pan chce wykazać, że nie użył pan w śledztwie żadnych niedozwolonych metod w stosunku do radnego? Nie mam panu tego za złe.

— Cieszę się, że nie ma mi pan tego za złe. A zatem idźmy dalej. Stwierdzał pan otwarcie, i to przy różnych okazjach, że nie wierzy pan w istnienie Planu Seldona. Czy przyznaje się pan do tego?

Trevize odparł wolno, starannie dobierając słowa:

— Nie wierzę, że to, co nazywamy Planem Seldona, ma takie znaczenie, jakie zazwyczaj mu się przypisuje.

— To bardzo ogólne stwierdzenie. Czy może pan to uściślić?

— Uważam, że powszechnie przyjęty pogląd, iż Hari Seldon pięćset lat temu, opierając się na matematyce psychohistorii, wytyczył bieg wydarzeń do ostatniego szczegółu i że kroczymy drogą, która ma nas doprowadzić od Pierwszego do Drugiego Imperium Galaktycznego zgodnie z zasadą największego prawdopodobieństwa, jest naiwny. To po prostu niemożliwe.

— Czy znaczy to, że pana zdaniem Hari Seldon to postać fikcyjna?

— Ależ nie. Oczywiście, że prawdziwa.

— A więc nie rozwinął psychohistorii?

— No nie, nic takiego nie powiedziałem. Niech pan słucha, dyrektorze. Gdyby mi pozwolono, wyjaśniłbym to Radzie, ale skoro stało się inaczej, wyjaśnię to panu. To, co zamierzam wyznać, jest tak proste…

Dyrektor Urzędu Bezpieczeństwa demonstracyjnie wyłączył zapis.

Trevize przerwał i zmarszczył czoło.

— Dlaczego pan to zrobił?

— Szkoda mojego czasu, panie radny. Nie prosiłem pana o przemowę.

— Ale prosił mnie pan, żebym wyjaśnił swój punkt widzenia, prawda?

— Nic podobnego. Prosiłem, żeby odpowiadał pan na pytania — krótko, prosto i zwięźle. Niech pan tylko odpowiada na pytania i nie serwuje mi tego, o co nie prosiłem. Jeśli pan się do tego zastosuje, to szybko skończymy.

— To znaczy, że chce pan uzyskać ode mnie zeznania, które potwierdzą oficjalną wersję tego, o co zostałem oskarżony.

— Prosimy pana tylko o to, żeby pan odpowiadał zgodnie z prawdą i zapewniam pana, że nie spreparujemy pana wyjaśnień. No, spróbujmy jeszcze raz. Mówiliśmy o Harim Seldonie. — Kodell włączył zapis i powtórzył spokojnie: — A więc nie rozwinął psychohistorii?

— Oczywiście, że rozwinął naukę, którą określamy mianem psychohistorii — powiedział Trevize, na próżno starając się ukryć zniecierpliwienie i gestykulując z irytacją.

— Którą jak by pan zdefiniował?

— Na Galaktykę! Zwykle definiuje się ją jako tę gałąź matematyki, która zajmuje się ogólnymi reakcjami dużych skupisk ludzkich na dane bodźce w danych warunkach. Innymi słowy, przypuszcza się, że przewiduje ona zmiany społeczne i historyczne.

— Powiedział pan „przypuszcza się”. Kwestionuje pan ten pogląd na podstawie ekspertyzy matematycznej?

— Nie — odparł Trevize. — Nie jestem psycho — historykiem. Tak jak nie jest nim nikt z rządu Fundacji, ani żaden obywatel Terminusa, ani żaden…

Kodell podniósł rękę. Powiedział łagodnie: — Proszę pana, panie radny… — i Trevize umilkł.

— Czy ma pan jakieś powody — spytał Kodell — aby przypuszczać, że Hari Seldon nie wykonał niezbędnych obliczeń, na podstawie których dobrał czynniki o największym stopniu prawdopodobieństwa i najkrótszym okresie działania w taki sposób, aby poprzez Fundację doprowadziły nas od Pierwszego do Drugiego Imperium?

— Nie było mnie przy tym — odparł zgryźliwie Trevize — więc skąd mam wiedzieć?

— Wie pan, że nie wykonał takich obliczeń?

— Nie.

— A może zaprzecza pan temu, że holograficzny obraz Hariego Seldona, który pokazywał się podczas każdego z serii kryzysów w czasie minionych pięciuset lat, jest faktycznie podobizną Hariego Seldona, wykonaną w ostatnim roku jego życia, na krótko przed założeniem Fundacji?

— Przypuszczam, że nie mogę temu zaprzeczyć.

— „Przypuszcza” pan. A może pan uważa, że to oszustwo, mistyfikacja, którą ktoś wymyślił w jakimś celu w minionych wiekach?

Trevize westchnął.

— Nie. Nie uważam tak.

— Czy uważa pan, że posłania, które nam Seldon przekazuje w ten sposób, są przez kogoś preparowane albo że ktoś nimi manipuluje?

— Nie. Nie widzę żadnych powodów, aby sądzić, że taka manipulacja jest możliwa czy komuś potrzebna.

— Rozumiem. Był pan świadkiem ostatniego pojawienia się hologramu Seldona. Czy — pana zdaniem — sporządzona przez Seldona pięćset lat temu analiza sytuacji nie dość dokładnie uwzględnia obecne warunki?

— Przeciwnie — odparł Trevize z nagłym rozbawieniem. — Uwzględnia je bardzo dokładnie.

Kodell nie zareagował na zmianę nastroju swojego rozmówcy. — A jednak, panie radny — rzekł — mimo to utrzymuje pan, że Plan Seldona nie istnieje?

— Oczywiście, że nie istnieje. Twierdzę tak właśnie dlatego, że wykonana przez niego analiza dokładnie uwzględnia…

Kodell wyłączył zapis.

— Panie radny — powiedział kręcąc głową — znowu mnie pan zmusza do wymazania swojej odpowiedzi. Pytałem, czy pan podtrzymuje tę swoją dziwną opinię, a pan zaczyna mi tu wyliczać powody, które pana do tego skłaniają. Pozwoli pan, że powtórzę pytanie.

Włączył zapis i spytał raz jeszcze:

— A jednak, panie radny, mimo to utrzymuje pan, że Plan Seldona nie istnieje?

— A skąd pan o tym wie? Nikt nie miał okazji, żeby porozmawiać z tym donosicielem, Comporem, po ukazaniu się Seldona.

— Powiedzmy, że domyśliliśmy się tego. I powiedzmy, że pan już odpowiedział: „Oczywiście, że nie istnieje”. Jeśli zechce pan powtórzyć to jeszcze raz, bez dodatkowych wyjaśnień, to będziemy mieli to za sobą.

— Oczywiście, że nic istnieje — odparł Trevize z ironicznym uśmiechem.

— W porządku — rzekł Kodell. — Wybiorę to: „Oczywiście, że nie istnieje”, które brzmi bardziej naturalnie. Dziękuję, panie radny — i wyłączył zapis.

— To wszystko? — spytał Trevize.

— To wszystko, czego mi trzeba.

— Jest zupełnie jasne, że wszystko, czego panu trzeba, to zestaw pytań i odpowiedzi, który może pan przedstawić mieszkańcom Terminusa i całej naszej Federacji, żeby udowodnić, że wierzę bez zastrzeżeń w legendę o Planie Seldona. Jeśli potem spróbuję temu zaprzeczyć, to wyjdę na idiotę.

— Albo nawet na zdrajcę w oczach rozgorączkowanego tłumu, dla którego Plan jest gwarancją bezpieczeństwa Fundacji. Jeśli dojdziemy do porozumienia, to może opublikowanie tego nie będzie konieczne, ale jeśli będzie się pan upierał przy swoim, to dopilnujemy, żeby Fundacja wysłuchała tego nagrania.

Trevize zmarszczył czoło.

— Czy jest pan aż tak głupi, że zupełnie nie interesuje pana, co naprawdę mam do powiedzenia?

— Jako człowieka interesuje mnie to bardzo, i jeśli zdarzy się ku temu odpowiednia okazja, to naprawdę Wysłucham pana z uwagą i niezbędną dozą sceptycyzmu. Jednak jako dyrektor Urzędu Bezpieczeństwa mam w tej chwili wszystko, czego mi było potrzeba.

— Myślę, że zdaje pan sobie sprawę z tego, że ani panu, ani pani burmistrz nie wyjdzie to na dobre.

— Przykro mi, ale zupełnie nie podzielam tej opinii. A teraz pan wyjdzie. Oczywiście pod strażą.

— Gdzie mnie zabieracie?

W odpowiedzi Kodell tylko się uśmiechnął.

— Do widzenia, panie radny. Nie bardzo starał się pan mi pomóc, ale byłbym naiwny, gdybym na to liczył.

Wyciągnął rękę.

Trevize wstał, ale zignorował jego gest. Wygładził pas i rzekł: — Odwleka pan tylko to, co nieuchronnie musi nadejść. Inni muszą myśleć tak samo jak ja, a jeśli jeszcze tak nie myślą, to wkrótce do tego dojdą. Uwięzienie albo zgładzenie mnie wzbudzi zainteresowanie moją sprawą, i przyspieszy ten proces. W końcu zwycięży prawda i ja.

Kodell cofnął dłoń i wolno pokręcił głową.

— Trevize, pan naprawdę jest głupcem — powiedział.


4.

<p>4.</p>

Trevize znalazł się w luksusowym, musiał to przyznać, pomieszczeniu w siedzibie głównej sił Bezpieczeństwa. Pokój, choć luksusowy, był zamknięty. Tak czy owak, mimo wyposażenia, była to cela więzienna.

Dopiero o północy przyszło po Trevizego dwóch strażników. Miał więc ponad cztery godziny, aby przemyśleć swoją sytuację. Większość tego czasu spędził chodząc z kąta w kąt i czyniąc sobie gorzkie wyrzuty.

Dlaczego zaufał Comporowi? A dlaczego miał mu nie ufać? Wydawał się z nim całkowicie zgadzać… Nie, to nie to. Wydawał się chętnie ulegać jego argumentom… Nie, to też nie to. Wydawał się tak głupi, tak łatwowierny i pozbawiony swojego zdania, że Trevize traktował go jako swego rodzaju płytę rezonansową. Compor pomagał mu sprecyzować i lepiej wyartykułować jego własne poglądy. Był po prostu użyteczny i Trevize ufał mu tylko dlatego, że było mu z tym wygodnie.

Teraz jednak zastanawianie się nad tym, czy nie powinien był być ostrożniejszy i przejrzeć zawczasu Compora, było bezcelowe. Powinien był postępować według starej i sprawdzonej zasady i nie ufać nikomu.

Ale czy można iść przez życie, nie mając do nikogo zaufania? Najwidoczniej trzeba tak postępować.

A kto by pomyślał, że Branno będzie aż tak bezczelna, że każe uwięzić radnego podczas sesji Rady… i że nikt z obecnych na sali nie powie ani słowa w obronie jednego ze swoich? Nawet gdyby absolutnie nie zgadzali się z Trevizem, nawet gdyby byli gotowi ryzykować swoimi głowami, że to Branno ma rację, to i tak, dla zasady, powinni byli zaprotestować przeciw takiemu pogwałceniu ich immunitetu. Czasami nazywano Branno żelazną kobietą i trzeba przyznać, że swym postępowaniem rzeczywiście potwierdziła to określenie…

Chyba, że sama znajdowała się już w garści…

Nie! To prowadzi do paranoi.

Ale jednak…

Wiedział, że kręci się w kółko, ale nie mógł oswobodzić się od natrętnie powracających myśli. Wtedy przyszli strażnicy.

— Będzie musiał pan pójść z nami, panie radny — powiedział poważnym, lecz beznamiętnym tonem starszy z nich. Dystynkcje na jego mundurze wskazywały, że jest porucznikiem. Miał niewielką bliznę na prawym policzku i wyglądał na znudzonego, jak gdyby za długo był już w służbie i miał za mało do roboty. Można było się tego spodziewać po żołnierzu, którego ludzie od ponad stu lat nie uczestniczyli w żadnej bitwie.

Trevize nie ruszył się z miejsca. — Pana nazwisko, poruczniku? — spytał.

— Jestem porucznik Evander Sopellor, panie radny.

— Zdaje pan sobie sprawę, poruczniku Sopellor, że łamie pan prawo? Nie może pan aresztować radnego.

— Dostaliśmy ścisły rozkaz, proszę pana.

— To nieważne. Nikt nie może panu rozkazać aresztować radnego. Musi pan sobie uświadomić, że czeka pana za to sąd wojskowy.

— Pan nie jest aresztowany — odparł porucznik.

— A więc nie muszę iść z wami, prawda?

— Kazano nam odeskortować pana do domu.

— Znam drogę.

— I chronić pana w drodze.

— Przed czym? Albo przed kim?

— Przed tłumem, który może się tam zebrać.

— O północy?

— Właśnie dlatego czekaliśmy aż do północy. I teraz, mając na względzie ochronę pana osoby, prosimy, żeby poszedł pan z nami. Pragnę dodać, że jeżeli będzie to konieczne, mamy użyć siły. Mówię to nie po to, żeby grozić panu, ale żeby pan o tym wiedział.

Trevize widział, że byli uzbrojeni w bicze neuronowe. Podniósł się, mając nadzieję, że robi to z godnością. — A więc chodźmy do mnie. Czy może zamierzacie zabrać mnie do więzienia?

— Nie mamy rozkazu, żeby pana okłamywać — powiedział porucznik z lekkim odcieniem dumy w głosie. Trevize zrozumiał, że ma do czynienia z prawdziwym żołnierzem, który skłamałby tylko na wyraźny rozkaz, a i wtedy wyraz jego twarzy i ton jego głosu świadczyłby, że robi to z niechęcią. Powiedział: — Przepraszam pana, poruczniku. Nie wątpię w prawdziwość pańskich słów.

Na zewnątrz czekał na nich samochód. Ulica była pusta. Nie było żywego ducha, a cóż dopiero mówić o tłumie, ale porucznik nie kłamał. Nie powiedział przecież, że na zewnątrz stoi czy zbiera się tłum. Wspominał tylko o tłumie, „który może się tam zebrać”.

Porucznik dobrze pilnował Trevizego, trzymając go między sobą i samochodem. Trevize nie miał żadnej szansy, żeby odwrócić Siei wziąć nogi za pas. Porucznik wszedł zaraz za nim i usiadł obok niego, w tyle wozu.

Ruszyli.

— Kiedy już się znajdę w domu — rzekł Trevize — to przypuszczam, że będę mógł się swobodnie zająć swoimi sprawami, na przykład wyjść, jeśli będę miał taką ochotę.

— Mamy rozkaz, żeby nie przeszkadzać panu w niczym, co nie łączy się z ochroną pana osoby.

— Co nie łączy się z ochroną mojej osoby? A co to znaczy?

— Polecono mi zakomunikować panu, że nie może pan opuszczać domu. Na ulicy nie jest pan bezpieczny, a ja odpowiadam za pana bezpieczeństwo.

— To znaczy, że jestem w areszcie domowym.

— Nie jestem prawnikiem, panie radny. Nie wiem, co to znaczy.

Patrzył prosto przed siebie, dotykając łokciem boku Trevizego. Trevize nie mógł wykonać żadnego, nawet najmniejszego, ruchu, który uszedłby uwagi porucznika.

Samochód zatrzymał się przed małym domkiem Trevizego na Flexner, przedmieściu Terminusa. Trevize mieszkał sam — jego przyjaciółka, Flavella, mając dosyć nieuporządkowanego trybu życia, do którego Zmuszały Trevizego obowiązki radnego, opuściła go — nie spodziewał się więc, by ktoś na niego czekał.

— Mogę teraz wysiąść? — spytał Trevize.

— Ja wyjdę pierwszy. Wprowadzimy pana do domu.

— W trosce o moje bezpieczeństwo?

— Tak, proszę pana.

Za drzwiami czekało na niego dwóch strażników. Paliło się nocne światło, ale ponieważ okna wykonane były z jednostronnie przezroczystego szkła, nie widać go było z zewnątrz.

Trevizego ogarnęło oburzenie z powodu tego bezczelnego wdarcia się do jego domu, ale szybko uspokoił się. Jeśli Rada nie była w stanie obronić go we własnej sali posiedzeń, to czy można się było dziwić, że jego dom nie jest już jego nietykalną własnością?

— Ilu jeszcze was tu jest? — spytał. — Cały pułk?

— Nie, panie radny — odpowiedział mu twardy i stanowczy głos. — Oprócz tych, których pan widzi, jest tu tylko jedna osoba. Dosyć długo czekałam na pana.

W drzwiach prowadzących do salonu stała Harla Branno, burmistrz Terminusa, we własnej osobie.

— Nie sądzi pan, że już czas, żebyśmy porozmawiali?

Trevize gapił się w osłupieniu. W końcu rzekł:

— Cała ta farsa po to, żeby…

Branno przerwała mu cicho, lecz stanowczo:

— Spokojnie, panie radny. A wy czterej — na zewnątrz! Wychodźcie. Nie będziecie tu potrzebni.

Czterej strażnicy zasalutowali i wyszli. Trevize i Branno zostali sami.


Rozdział II

PANI BURMISTRZ

5.

6.

7.

8.

<p>Rozdział II</p> <p>PANI BURMISTRZ</p>
<p>5.</p>

Branno czekała już od godziny, pogrążona w niewesołych myślach. Formalnie biorąc, popełniła przestępstwo — włamała się do cudzego domu. Co więcej, pogwałciła immunitet radnego zagwarantowany konstytucją. Na mocy prawa obowiązującego burmistrzów od blisko dwustu lat, od czasów Indbura III i Muła, mogła być za swe poczynania pociągnięta do odpowiedzialności sądowej.

Tego jednego jedynego dnia mogła, co prawda, pozwolić sobie na popełnienie wykroczenia. Ale ten dzień minie. Poruszyła się niespokojnie.

Pierwsze dwa stulecia istnienia Fundacji były złotym wiekiem, epoką bohaterów. Tak przynajmniej wyglądało to z obecnej perspektywy, bo ci, którzy żyli w tamtych niepewnych czasach, mogli mieć na ten temat inne zdanie. Salvor Hardin i Hober Mallow byli herosami, półbogami, stawianymi niemal na równi z samym Harim Seldonem. Na tej trójcy opierała się cała, legenda (a nawet historia) Fundacji.

Jednak w tamtych odległych czasach Fundacja ograniczała się do jednego malutkiego świata sprawującego niepewną kontrolę nad Czterema Królestwami i mającego słabe wyobrażenie o tym, w jak dużym stopniu chroni go Plan Seldona, który odsuwa odeń nawet niebezpieczeństwo grożące mu ze strony resztek potężnego Imperium Galaktycznego.

Jednak im potężniejsza gospodarczo i politycznie stawała się Fundacja, tym mniej znaczących miała — władców i żołnierzy. Lathan Devers był postacią niemal całkowicie zapomnianą. Jeśli jeszcze ten i ów pamiętał o nim, to raczej z powodu jego tragicznej śmierci podczas niewolniczej pracy w kopalni niż z racji jego niepotrzebnej, lecz zwycięskiej walki z Bel Riosem.

Zresztą Bel Riose, najszlachetniejszy z dawnych wrogów Fundacji, też stopniowo osuwał się w niepamięć, przyćmiony historią Muła, jedynego z wrogów, któremu udało się złamać Plan Seldona, pokonać Fundację i objąć nad nią władzę. Tylko on był potężnym wrogiem, prawdę powiedziawszy — ostatnim z potężnych.

Niemal nie pamiętano, że Muła pokonała praktycznie jedna osoba — kobieta, Bayta Darell — i że dokonała tego bez niczyjej pomocy, nawet bez pomocy Planu Seldona. Niemal zapomniano też już o tym, że jej syn i wnuczka, Toran i Arkady Darellowie pokonali Drugą Fundację, dzięki czemu ich Fundacja, Pierwsza Fundacja, stała się największą potęgą w Galaktyce.

Ci późniejsi zwycięzcy nie byli już herosami. Nastały czasy niemal nieograniczonej ekspansji Fundacji i herosi skurczyli się do rozmiaru zwykłych śmiertelników. Nawet Arkady Darell, pisząc biografię swej babki, uczyniła z prawdziwej bohaterki postać z powieści przygodowej.

Od tamtej pory nie było już .nie tylko herosów, ale nawet bohaterów powieści przygodowych. Wojna z Kalganem była ostatnim przejawem agresji skierowanej przeciw Fundacji, i był to zupełnie niegroźny konflikt. A potem zapanował niczym nie zmącony pokój. W ciągu ostatnich stu dwudziestu lat żaden statek nie został choćby zadraśnięty.

Był to dobry, korzystny pokój. Branno nie mogła temu zaprzeczyć. Fundacja nie ustanowiła wprawdzie Drugiego Imperium Galaktycznego — zgodnie z Planem Seldona znajdowała się dopiero w połowie drogi do tego celu — ale uzależniła od siebie gospodarczo ponad jedną trzecią rozproszonych w Galaktyce jednostek politycznych, a i na te, które pozostały poza zasięgiem jej władzy, również wywierała pewien wpływ. Niewiele było już miejsc, gdzie oświadczenie: „Jestem z Fundacji” nie budziło respektu. Na milionach zamieszkałych światów nikt nie cieszył się większym poważaniem niż burmistrz Terminusa.

Tytuł był wciąż ten sam. Został odziedziczony po przywódcach małej, niemal nikomu nieznanej i lekceważonej pięćset lat temu mieściny leżącej na samotnym świecie zagubionym na kresach cywilizacji, ale nikt nie myślał nawet o tym, żeby go zmienić czy nadać mu choćby o jeden atom dostojniejsze brzmienie. Było to niepotrzebne, gdyż i w obecnej formie budził taki lęk i szacunek, że równać z nim mógł się tylko bynajmniej nie zapomniany tytuł imperatora.

Budził lęk i szacunek, ale nie tu, na Terminusie, gdzie władza burmistrza była silnie ograniczona. Pamięć Indburów była nadal żywa. Ludzie nie mogli zapomnieć nie tyle ich tyranii, ile faktu, że ponieśli klęskę z rąk Muła.

Teraz burmistrzem była ona, Harla Branno. Była dopiero piątą kobietą na tym stanowisku od początku istnienia Fundacji, ale bez wątpienia nie było od śmierci Muła równie potężnego jak ona burmistrza. Jednak dopiero dzisiaj mogła otwarcie skorzystać ze swej władzy.

Długo walczyła o to, by uznano, że ona wie najlepiej, co jest słuszne i co mają robić, ale w końcu — mimo zaciekłego oporu tych, którym marzyła się stolica w środku Galaktyki i splendor Imperium — zwyciężyła.

„Jeszcze nie teraz” — mówiła. Nie teraz! Pospieszycie się, sięgniecie po środek Galaktyki i przegracie z takiego a takiego powodu. I oto pojawił się Seldon i poparł jej stanowisko, używając prawie identycznych argumentów. Uczyniło ją to w oczach całej Fundacji równie mądrą jak Seldon. Wiedziała jednak, że za jakiś czas zapomną o tym. A ten oto młody człowiek ośmielił się rzucić jej wyzwanie akurat w dniu jej tryumfu. Co gorsza, rniał rację!

W tym kryło się największe niebezpieczeństwo. Miał rację. I właśnie dlatego mógł doprowadzić do zagłady Fundacji.

Teraz była z nim sam na sam.

— Nie mógł pan porozmawiać ze mną prywatnie? — spytała ze smutkiem. — Musiał pan wykrzyczeć to wszystko w sali obrad? Tak bardzo zależało panu na tym, żeby zrobić ze mnie publicznie idiotkę? Coś ty zrobił, niemądry chłopcze?

<p>6.</p>

Trevize poczuł, że się rumieni, ale zdusił w sobie gniew. Branno była starzejącą się kobietą — za rok miała obchodzić sześćdziesiąte trzecie urodziny. Nie wypadało mu krzyczeć na osobę dwa razy starszą od niego.

Poza tym, mając za sobą tyle utarczek politycznych, na pewno dobrze wiedziała, że jeśli uda — się jej na samym początku wyprowadzić przeciwnika z równowagi, to jej zwycięstwo będzie prawie pewne. Z drugiej strony, taka taktyka była skuteczna tylko na szerszym audytorium, a tu nie było nikogo, przed kim mogłaby ośmieszyć czy upokorzyć przeciwnika. Byli przecież sami.

Ostatecznie zignorował jej słowa i starał się przyjrzeć jej spokojnie. Miał przed sobą starszą kobietę, ubraną w modny już od dwóch pokoleń strój unisex. Nie był to strój odpowiedni dla takiej osoby. Burmistrz Branno, przywódczyni Galaktyki — jeśli w ogóle Galaktyka mogła mieć przywódcę — była zwykłą starszą kobietą, którą, gdyby nie jej fryzura — gładko zaczesane do tyłu stalowosiwe włosy, można by łatwo wziąć za mężczyznę.

Uśmiechnął się. Nawet gdyby taki zgrzybiały przeciwnik starał się ze wszystkich sił, by słowo „chłopiec” zabrzmiało jak obelga, to nie zmieniłoby to faktu, że ów chłopiec ma nad nim tę właśnie przewagę, że jest młody i przystojny i w dodatku w pełni świadom tych swoich atutów.

— Szczera prawda — powiedział. — Mam trzydzieści dwa lata, więc można mnie nazwać chłopcem. Poza tym, jako radny, jestem, ex officio, niemądry. Na pierwszą przyczynę nie mam wpływu. Jeśli chodzi o drugą, to mogę tylko powiedzieć, że jest mi przykro z tego powodu.

— Czy wie pan, co pan zrobił? Niech pan tak nie stoi i nie wysila się, żeby wypaść dowcipnie. Proszę usiąść. Niech pan postara się uporządkować myśli i odpowiada mi rozsądnie.

— Wiem, co zrobiłem. Powiedziałem to, co moim zdaniem jest prawdą.

— I to właśnie dzisiaj próbował pan przeciwstawić mi tę swoją prawdę? Akurat w dniu, w którym zdobyłam takie uznanie, że mogłam pana usunąć z sali obrad i kazać zaaresztować, a nikt z członków Rady nie ośmielił się zaprotestować?

— Rada dojdzie do siebie i zaprotestuje. Może już układają protest. A szykany, które mnie za pani sprawą spotykają, spowodują, że tym chętniej będą mnie słuchali.

— Nikt nie będzie pana słuchał, bo jeśli dojdę do wniosku, że ma pan zamiar dalej robić to, co do tej pory, to potraktuję pana jako zdrajcę, i to z całą surowością prawa.

— W takim razie będzie pani musiała wytoczyć mi proces. A w sądzie ja będę górą.

— Niech pan na to nie liczy. Uprawnienia burmistrza w czasie stanu wyjątkowego są praktycznie nieograniczone, chociaż rzadko się z nich korzysta.

— Na jakiej podstawie ogłosi pani stan wyjątkowy?

— Znajdę odpowiednią podstawę. Zostało mi jeszcze tyle inwencji. A jeśli chodzi o ryzyko polityczne, to się go nie boję. Niech mnie pan nie prowokuje, młodzieńcze. Albo dojdziemy dzisiaj do porozumienia, albo pożegna się pan na zawsze z wolnością. Nie żartuję.

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. W końcu Trevize spytał:

— Do jakiego porozumienia?

— Aha. Zainteresowało to pana. To już lepiej. Wobec tego możemy przejść od konfrontacji do rozmów. A zatem, jak pan widzi naszą sytuację?

— Wie to pani dobrze. Przecież była pani cały czas w kontakcie z tą szują Comporem, prawda?

— Ale chcę usłyszeć pana zdanie z pana własnych ust. Jak pan ocenia sytuaqę w świetle niedawnego kryzysu Seldona?

— No, skoro pani tego chce… (Niewiele brakowało, a byłby powiedział: „Skoro tego chcesz, staro babo”.) Jak na pięćset lat, które minęły od czasu, kiedy nagrywał swoje wystąpienie, Seldon za dobrze orientował się w naszych sprawach. To niewiarygodne. Zdaje mi się, że było to jego ósme pojawienie się. Parę razy nie było w Krypcie nikogo, żeby go wysłuchać. Przynajmniej raz, za Indbura III, to, co powiedział, zupełnie nie przystawało do rzeczywistej sytuacji. No, ale to było w czasach Muła, prawda? No więc, czy choć raz przedtem jego wywody pasowały tak dokładnie do sytuacji, jak teraz?

Trevize pozwolił sobie na uśmiech. — Opierając się na naszych nagraniach jego przemówień, można stwierdzić, pani burmistrz, że nigdy jeszcze nie udało się Seldonowi opisać naszej sytuacji tak dokładnie, ze wszystkimi, nawet drobnymi szczegółami, jak teraz.

— Chce pan przez to powiedzieć, że podobizna Seldona, jego holograficzny obraz, jest fałszerstwem, że jego wystąpienia zostały, być może, spreparowane przez kogoś ze współczesnych, na przykład przeze mnie, albo że podstawiono za Seldona jakiegoś aktora? — spytała Branno.

— To nie byłoby niemożliwe, ale nie o to mi chodzi. Prawda jest o wiele gorsza. Wierzę, że oglądaliśmy oryginalny hologram Seldona i że jego opis czasów, w których żyjemy, jest opisem, który on sam sporządził pięćset lat temu. Powiedziałem to już pani człowiekowi, Kodellowi, który starannie wyreżyserował przedstawienie, w którym moja rola polegała, zdaje się, na tym, żeby utwierdzić niezdolnych do samodzielnego myślenia mieszkańców Fundacji w ich przesądach.

— Zgadza się. Jeśli okaże się konieczne, skorzystamy z tego nagrania, żeby pokazać ludziom, że w rzeczywistości nigdy nie był pan w opozycji wobec rządu.

Trevize rozłożył ramiona.

— Problem w tym, że ja jestem w opozycji. Nie ma żadnego Planu Seldona, i to od dobrych dwóch stuleci. Przynajmniej takiego, w jaki my wierzymy. Podejrzewałem to od dawna, a to, co miało miejsce w Krypcie Czasu dwanaście godzin temu, potwierdziło moje podejrzenia.

— Dlatego, że Seldon tak dokładnie opisał naszą sytuację?

— Właśnie dlatego. Proszę się nie śmiać. To ostateczny dowód.

— Jak pan widzi, nie śmieję się. Proszę mówić dalej.

— Jak to możliwe, żeby przewidział to wszystko tak dokładnie? Dwieście lat temu jego prognoza okazała się zupełnie nie trafiona. Minęło tylko trzysta lat od założenia Fundacji, a Seldon pomylił się zupełnie. Zupełnie!

— Parę minut temu sam pan już to wyjaśnił, panie radny. Stało się tak z powodu Muła. Muł był mutantem o niespotykanych zdolnościach psychicznych. Nie sposób było przewidzieć w Planie, że pojawi się ktoś taki.

— Ale się pojawił, bez względu na to, czy to ktoś przewidział, czy nie. Plan Seldona runął. Muł nie rządził długo i nie miał następcy. Fundacja odzyskała niezależność i władzę, ale w jaki sposób, po tak wielkich i nie przewidzianych zmianach, które naruszyły jego podstawową tkankę, mógł Plan zachować swoją aktualność?

Branno ciasno splotła pomarszczone dłonie i rzekła z groźną miną.

— Zna pan odpowiedź na to pytanie. Byliśmy jedną z dwu Fundacji. Czytał pan podręczniki historii.

— Czytałem napisaną przez Arkady biografię jej babki — w końcu jest to lektura obowiązkowa w szkole — i czytałem też jej powieści. Czytałem oficjalną wersję wydarzeń, które miały miejsce za czasów Muła i po nim. Czy wolno mi wątpić w to, co tam jest napisane?

— To znaczy w co?

— Według oficjalnej wersji my, to znaczy Pierwsza Fundacja, — mieliśmy uchronić od zapomnienia i rozwinąć nauki fizykalne. Mieliśmy działać otwarcie, a rozwój naszej Fundacji — bez względu na to, czy wiedzieliśmy o tym, czy nie — miał przebiegać zgodnie z Planem Seldona. Była jednak także Druga Fundacja, która miała zachować i rozwinąć nauki psychologiczne, w tym psychohistorię, a jej istnienie miało pozostać tajemnicą nawet dla nas. Druga Fundacja była zespołem dostrajającym, czuwającym nad Planem i mającym dostosowywać bieg wydarzeń do Planu w momentach, kiedy zaczynały one przybierać kierunek niezgodny z zamierzeniami Seldona.

— W ten sposób sam pan odpowiedział na swoje wątpliwości — rzekła Branno. — Bayta Darell pokonała Muła, być może działając pod wpływem Drugiej Fundacji, choć jej wnuczka zdecydowanie temu zaprzecza. Jednak powrót Galaktyki po śmierci Muła na tor wytyczony przez Plan to bez wątpienia ich dzieło. A więc o czym u licha pan tu mówi?

— Pani burmistrz, jeśli mamy się trzymać relacji Arkady Darell, to powinno być zupełnie jasne, że starając się naprostować bieg wydarzeń w Galaktyce, Druga Fundacja zachwiała całym Planem Seldona, bo w wyniku tych starań ujawniła swoje istnienie i cele. Uświadomiliśmy sobie, że istnieje w Galaktyce Druga Fundacja, będąca jakby lustrzanym odbiciem naszej i świadomość tego, że ktoś kieruje naszymi poczynaniami, nie dawała nam żyć. Dlatego wytężaliśmy wszystkie siły, aby znaleźć i zniszczyć Drugą Fundację.

Branno skinęła potakująco głową. — I, zgodnie z relacją Arkady Darell, udało nam się to, ale — co wydaje się oczywiste — nie wcześniej niż Druga Fundacja skierowała z powrotem bieg wydarzeń na właściwy tor. Nadal jesteśmy na tym torze.

— I pani w to wierzy? Według tej relacji Druga Fundacja została odkryta, a jej członkowie odpowiednio potraktowani. Było to w 378 roku e.f., sto dwadzieścia lat temu. A więc od pięciu pokoleń działamy już samodzielnie, bez Drugiej Fundacji, a jednak to, co robimy, jest tak zgodne z Planem, że wypowiedzi pani i Seldona były prawie identyczne.

— Można to zinterpretować w ten sposób, że z wyjątkową przenikliwością rozpoznaję to, co najbardziej istotne w procesie dziejowym.

— Proszę mi wybaczyć, ale jestem innego zdania. Nie mam zamiaru poddawać w wątpliwość pani wyjątkowej przenikliwości, ale według mnie bardziej prawdopodobne jest to, że Druga Fundacja nie została wcale zniszczona. Nadal rządzi nami. Nadal kieruje naszymi poczynaniami. I właśnie dlatego wróciliśmy na tor wyznaczony przez Plan Seldona.

<p>7.</p>

Nawet jeśli stwierdzenie to zaszokowało burmistrz Branno, nie pokazała tego po sobie.

Była pierwsza po północy i Branno pragnęła doprowadzić już tę rozmowę do końca, ale nie mogła ponaglać swego rozmówcy. Trzeba było go złowić, więc nie chciała nieopatrznie spowodować, by zerwał żyłkę. Nie chciała się go po prostu pozbyć, kiedy mogła go wpierw użyć do swoich celów.

— Czyżby? — spytała. — Sugeruje pan zatem, że opowieść Arkady o wojnie z Kalganem i o zniszczeniu Drugiej Fundacji jest nieprawdziwa? Że została zmyślona? Że to oszukaństwo? Albo skutek czyichś machinacji?

Trevize wzruszył ramionami. — Niekoniecznie. To nie ma nic do rzeczy. Załóżmy, że relacja Arkady jest — na gruncie jej wiedzy — całkowicie prawdziwa. Załóżmy, że wszystko odbyło się tak, jak to opisała Arkady — że odkryto siedzibę Drugiej Fundacji i zniszczono ich. Ale skąd możemy mieć pewność, że dostaliśmy wszystkich? Druga Fundacja zajmowała się całą Galaktyką. Oni nie sterowali biegiem wydarzeń tylko na Terminusie, czy tylko w Fundacji. Ich zainteresowania nie ograniczały się do tego, co dzieje się na naszym stołecznym świecie czy nawet w całej naszej Federacji. Niektórzy z nich musieli być o tysiąc parseków stąd, a może jeszcze dalej. Czy to możliwe, że wyłapaliśmy wszystkich? A jeśli nie, to czy możemy twierdzić, że wygraliśmy? Czy Muł mógł tak twierdzić w swoim czasie? Podbił Terminusa, a razem z nim wszystkie światy, które mu podlegały, ale światy Niezależnych Handlarzy nadal się opierały. Opanował światy Niezależnych Handlarzy, ale pozostało troje uciekinierów: Ebling Mis, Bayta Darell i jej mąż. Obu mężczyzn miał pod kontrolą, ale Baytę — tylko ją — zostawił samą sobie. Jeśli wierzyć Arkady, zrobił tak ze względu na uczucie, które żywił do niej. I to wystarczyło. Według relacji Arkady tylko jedna osoba, właśnie Bayta, mogła robić to, co chciała i tylko dlatego Muł nie zdołał ustalić, gdzie znajduje się Druga Fundacja i w konsekwencji został pobity.

Zostawił swobodę działania jednej osobie i wszystko stracił. Oto, co — na przekór tym wszystkim legendom otaczającym Plan Seldona i głoszącym, że jednostka jest niczym, a masy wszystkim — znaczy jedna osoba.

A jeśli, co wydaje się zupełnie prawdopodobne, ocalała nie jedna, ale parę tuzinów osób należących do Drugiej Fundacji, to co wtedy? Czy nie połączyliby się, żeby odzyskać utracone pozycje, zwiększyć swoje szeregi przez nabór i szkolenie nowych członków i uczynić nas na powrót pionkami w swojej grze?

— Naprawdę pan tak myśli? — spytała poważnie Branno.

— Jestem tego pewien.

— A może mi pan wyjaśnić, po co mieliby to robić? Dlaczego ta nieszczęsna garstka niedobitków miałaby z takim uporem starać się nadal robić to, czego nikt od nich nie chce? Co niby zmusza ich do takiej troski o to, żeby Galaktyka nie zboczyła z drogi ku Drugiemu Imperium? A poza tym, gdyby nawet uparli się, żeby spełnić swoją misję, to co to nas obchodzi? Dlaczego nie mielibyśmy przystać na to, żeby wszystko szło zgodnie z Planem i być raczej wdzięczni, że dbają, żebyśmy nic zbłądzili ani nie zboczyli z tej drogi?

Trevize przetarł dłonią oczy. Z nich dwojga to on, choć młodszy, wydawał się bardziej zmęczony. Spojrzał na Branno i rzekł:

— Nie wierzę własnym uszom. Pani naprawdę uważa, że Druga Fundacja robi to dla nas? Że .są czymś w rodzaju idealistów? Czyżby pani znajomość polityki, praktyczna wiedza z zakresu władzy i sterowania ludźmi nie wykazywała pani wystarczająco jasno, że robią to wszystko dla siebie?

My jesteśmy tylko narzędziem. Maszyną, silnikiem czy siłą. Pracujemy w trudzie i znoju, a oni po prostu operują tym narzędziem. Tu wcisną guzik, tam dadzą wzmocnienie, a wszystko to bez wysiłku i najmniejszego ryzyka. A potem, kiedy już wszystko zostanie zrobione, po tysiącu lat wytężonej pracy, po stworzeniu Drugiego Imperium, zostaną klasą rządzącą i wszystko wezmą jak swoje.

— A więc chce pan wyeliminować Drugą Fundację? — spytała Branno. — Chce pan, byśmy — będąc w połowie drogi do Drugiego Imperium — wzięli sprawę w swoje ręce, dokończyli dzieła i sami stali się klasą rządzącą?

— Oczywiście! A pani tego nie chce? Ani pani, ani ja nie dożyjemy tego, ale ma pani wnuki, a ja może też je będę kiedyś miał, a one też będą miały wnuki, i tak dalej. Chcę, żeby to one korzystały z owoców naszej pracy, żeby wracały myślą do nas jako do źródła swej potęgi, żeby sławili nas za to, co dla nich zrobiliśmy. Mię chcę, żeby korzystali z tego jacyś konspiratorzy stworzeni przez Seldona, którego bynajmniej nie darzę czcią ani podziwem. Powiem pani, że według mnie on stanowi dla nas większe zagrożenie niż Muł, jeśli pozwolimy, by wszystko szło zgodnie z jego Planem. Na Galaktykę, żałuję, że Muł nie zniszczył zupełnie tego Planu. My byśmy przeżyli Seldona. Był tak samo śmiertelny, jak my. To Druga Fundacja wydaje się nieśmiertelna.

— Ale pan chciałby ją zniszczyć, czy tak?

— Gdybym tylko wiedział, jak to zrobić!

— Ponieważ jednak nie wie pan, jak to zrobić, nie sądzi pan, że jest całkiem prawdopodobne, że to oni zniszczą pana?

Trevize wydął pogardliwie usta.

— Pomyślałem sobie, że nawet pani może być pod ich wpływem. To, że tak trafnie przewidziała pani, co nam powie Seldon, a także sposób, w jaki pani mnie potraktowała, to wszystko pachnie mi Drugą Fundacją. Być może pod powłoką pani burmistrz kryje się wytwór Drugiej Fundacji.

— Wobec tego dlaczego mówi mi pan o tym wszystkim?

— Dlatego, że jeśli znajduje się pani pod wpływem Drugiej Fundacji, to tak czy inaczej nie mam żadnych szans, więc chcę przynajmniej dać upust swojej złości… a także dlatego, że — prawdę mówiąc — zaryzykowałem i postawiłem na to, że jednak nie jest pani pod ich wpływem, ale po prostu nie zdaje pani sobie sprawy z tego, co robi.

— W takim razie dobrze pan postawił. Nie jestem pod niczyim wpływem i tylko ja sama kontroluję swoje postępowanie. Ale, mimo to, skąd ma pan pewność, że mówię prawdę? Czy gdybym była pod wpływem Drugiej Fundacji, to przyznałabym się do tego? A przede wszystkim, czy w ogóle bym wiedziała, że jestem pod ich wpływem? No, ale zostawmy te pytania, bo nic z nich nie wynika. Liczę, że nie jestem pod ich wpływem, a pan nie ma wyboru i musi też w to uwierzyć. Niech pan jednak weźmie pod uwagę, ze jeśli Druga Fundacja nadal istnieje, to na pewno najbardziej zależy im na tym, żeby nikt w całej Galaktyce nie dowiedział się o ich istnieniu. Plan Seldona działa tylko wtedy, kiedy pionki, to znaczy my, nie mają pojęcia, jak się to odbywa i w jaki sposób manipuluje się nimi. Druga Fundacja została zniszczona — a może powinnam powiedzieć „prawie zniszczona”? — w czasach Arkady tylko dlatego, że Muł zwrócił na nią uwagę Pierwszej Fundacji.

Możemy stąd wyciągnąć dwa wnioski. Po pierwsze, możemy zasadnie przypuszczać, że starają się jak najmniej ingerować bezpośrednio w nasze sprawy. To niemożliwe, żeby zdołali objąć swoją kontrolą nas wszystkich. Nawet Druga Fundacja, jeśli oczywiście istnieje, nie ma niczym nie ograniczonych możliwości wpływania na innych. Gdyby natomiast sterowali działaniami tylko pewnych osób, to mogłoby to zostać zauważone przez innych, a to z kolei doprowadziłoby do zniekształcenia Planu. A zatem dochodzimy do wniosku, że ingerują pośrednio, tak subtelnie i nieznacznie, jak to tylko możliwe, I właśnie dlatego ja nie jestem pod ich wpływem. Ani pan.

— To jeden wniosek — rzekł Trevize — i jestem skłonny go przyjąć… być może dlatego, że chciałbym, żeby tak było. A jaki jest drugi?

— Prostszy i bardziej oczywisty. Jeśli Druga Fundacja istnieje i pragnie zachować swoje istnienie w tajemnicy, to jedno jest pewne. Każdy, kto sądzi, że nadal istnieją i rozpowiada o tym wszem i wobec, musi zostać w jakiś nie budzący niczyich podejrzeń sposób usunięty. Myślę, że pan doszedł do tego samego wniosku?

— Czy to dlatego wzięto mnie do aresztu, pani burmistrz? Dlatego, żeby uchronić mnie przed Drugą Fundacją?

— W pewnym sensie tak. Pańskie zeznania, tak starannie nagrane przez Liono Kodella, zostaną ogłoszone publicznie nie tylko po to, żeby pana głupie gadanie nie niepokoiło niepotrzebnie ludzi na Terminusie i w całej Fundacji, ale również po to, żeby nie niepokoić Drugiej Fundacji. Jeśli istnieje, to nie chcę, żeby zwrócili na pana uwagę.

— Wyobrażam to sobie — rzekł ironicznie Trevize. — Zrobiła to pani dla mnie? Dla moich pięknych brązowych oczu?

Branno poruszyła się i niespodziewanie wybuchnęła śmiechem.

— Nie jestem taka stara, panie radny — powiedziała — żeby nie spostrzec, że ma pan piękne brązowe oczy i być może trzydzieści lat temu byłby to dla mnie wystarczający powód, żeby tak postąpić. Teraz jednak nie ruszyłabym palcem, żeby je, czy całą resztę pana wdzięków ocalić, gdyby to tylko o nie chodziło. Problem w tym, że jeśli Druga Fundacja istnieje i jeśli zwróci na pana uwagę, to może nie poprzestać na tym. Chodzi o życie moje i wielu innych, bardziej inteligentnych i wartościowych od pana osób i o plany, które opracowaliśmy.

— Doprawdy? Czyżby zatem wierzyła pani w istnienie Drugiej Fundacji, że tak obawia się pani ich ewentualnej reakcji?

Branno uderzyła pięścią w stół.

— Oczywiście, że wierzę, ty głupcze! Czy obchodziłoby mnie to, co pan o nich wygaduje, gdybym nie wiedziała, że istnieją i nie walczyła z nimi najlepiej jak potrafię? Już na wiele miesięcy przed pana publicznym wystąpieniem chciałam pana uciszyć, ale nie miałam dość siły, żeby obejść się brutalnie z członkiem Rady. Pojawienie się Seldona dało mi tę siłę, choćby tylko na krótki czas, i akurat wtedy wystąpił pan publicznie. Natychmiast zareagowałam i teraz nie zawaham się ani mikrosekundy i nie będę miała żadnych skrupułów, żeby kazać pana zabić, jeśli nie zrobi pan dokładnie tak, jak panu powiem.

Cała nasza rozmowa tutaj, w porze, o której powinnam być już dawno w łóżku, miała doprowadzić do tego, żeby mi pan uwierzył, kiedy to wreszcie panu powiem. Chcę, żeby pan wiedział, że problem Drugiej Fundacji, który, zgodnie z moim zamiarem, sam pan tu nakreślił, jest dla mnie wystarczającym powodem, żeby zgładzić pana bez sądu. Trevize uniósł się z miejsca.

— Żadnych podejrzanych ruchów! — rzekła Branno. — Jestem co prawda tylko starą kobietą, jak niewątpliwie określa mnie pan w myślach, ale zanim zdąży mnie pan tknąć choćby palcem, będzie już po panu. Obserwują nas moi ludzie, głupi młokosie!

Trevize usiadł. Powiedział nieco drżącym głosem:

— W tym, co pani mówi, nie ma żadnego sensu. Gdyby pani wierzyła w istnienie Drugiej Fundacji, to nie mówiłaby pani o tym tak swobodnie. Nie wystawiałaby się pani na niebezpieczeństwo, na które według pani ja się wystawiam.

— Sam pan zatem widzi, że mam dużo więcej rozsądku niż pan. Innymi słowy, wierzy pan w istnienie Drugiej Fundacji, a mimo to mówi pan o tym swobodnie, gdyż jest pan głupi. Ja też wierzę w jej istnienie, i też mówię o tym swobodnie, ale tylko dlatego, że przedsięwzięłam odpowiednie środki ostrożności. Wydaje się, że przeczytał pan dokładnie historię Arkady, więc może pan sobie przypomina, że jej ojciec wynalazł urządzenie, które nazwał wytwornicą pola statycznego. Jest to ekran chroniący przed działaniem takiej siły psychicznej, jaką dysponuje Druga Fundacja. To urządzenie nie tylko nadal istnieje, ale nawet zostało udoskonalone, oczywiście w najgłębszej tajemnicy. Pana dom jest w tej chwili wystarczająco zabezpieczony przed ich szpiegami. A teraz, kiedy wyjaśniliśmy już tę sprawę, pozwoli pan, że przejdę do rzeczy i powiem, co ma pan robić.

— Cóż to takiego?

— Ma pan stwierdzić, czy sprawy naprawdę tak się mają, jak pan i ja myślimy, że się mają. Ma pan zorientować się, czy Druga Fundacja faktycznie istnieje, a jeśli tak, to gdzie się mieści. Znaczy to, że będzie pan musiał opuścić Terminus i lecieć nie wiadomo gdzie, nawet gdyby miało się w końcu okazać, jak za życia Arkady, że Druga Fundacja mieści się właśnie tu, pośród nas. Znaczy to, że nie powróci pan, dopóki nie będzie miał pan coś do powiedzenia na ten temat, a jeśli nie będzie pan miał nic do powiedzenia, to nie wróci pan nigdy, a na Terminusie będzie o jednego głupca mniej.

Trevize stwierdził naraz, że się jąka. — Jak, na Przestrzeń, mam ich szukać, nie wyjawiając tego faktu? Oni po prostu zgotują mi śmierć, a wy przez to nie będziecie nic a nic mądrzejsi.

— No to ich nie szukaj, naiwny dzieciaku! Szukaj czegoś innego. Szukaj czegoś innego, wkładając w to cały swój umysł i serce, a jeśli w trakcie tego natrafisz na nich, bo nie będą się tobą interesowali, to dobrze! Możesz w takim przypadku powiadomić nas o tym na zabezpieczonej przed podsłuchem, sekretnej hiperfali i w nagrodę za dobrą robotę wrócić do nas.

— Przypuszczam, że ma pani jakąś propozycję dotyczącą tego, czego mam szukać.

— Oczywiście. Zna pan Janova Pelorata?

— Nigdy o nim nie słyszałem.

— Jutro pan się z nim spotka. Powie panu, czego będzie pan szukał i poleci razem z panem jednym z naszych najnowocześniejszych statków. Będzie tylko was dwóch, bo tylu możemy zaryzykować. A jeśli spróbuje pan wrócić bez zadowalających nas informacji, to zostanie pan rozwalony razem ze statkiem, zanim zbliży się pan na parsek do Terminusa. To wszystko. Rozmowa skończona.

Podniosła się, popatrzyła na swe gołe dłonie i powoli wciągnęła rękawiczki. Odwróciła się w stronę drzwi i natychmiast weszło dwóch strażników z bronią w ręku. Odsunęli się, robiąc jej przejście.

Stojąc już w drzwiach, odwróciła się. — Na zewnątrz są jeszcze inni strażnicy. Niech pan nie robi niczego, co może im się wydać podejrzane, bo zaoszczędzi nam pan kłopotu związanego z pana wysłaniem.

— Straci pani wtedy korzyści, które mogę pani przynieść — powiedział Trevize, starając się nazbyt skutecznie, żeby zabrzmiało to beztrosko.

— Trudno — odparła Branno z niewesołym uśmiechem.

<p>8.</p>

Na dworze czekał na nią Liono Kodell. — Słyszałem wszystko, pani burmistrz — powiedział. — Wykazała pani niezwykłą cierpliwość.

— I jestem niezwykle zmęczona. Wydaje mi się, że ten dzień miał siedemdziesiąt dwie godziny. Teraz pan to przejmuje.

— Dobrze, ale proszę mi powiedzieć, czy naprawdę użyła pani wytwornicy pola statycznego, żeby ekranować ten budynek?

— Oj, Kodell — rzekła Branno znużonym głosem. — Przecież nie jest pan głupi. Czy coś wskazywało na to, że nas ktoś obserwuje? Myśli pan, że Druga Fundacja śledzi wszystko, wszędzie i zawsze? Ja nie jestem taką romantyczką jak Trevize. On mógł tak myśleć, ale ja nie. Już wyrosłam z tych lat. A zresztą nawet gdyby tak było, gdyby Druga Fundacja miała wszędzie oczy i uszy, to czy nie zdradziłaby nas z miejsca sama obecność wytwornicy? Czy jej użycie nie wskazałoby od razu Drugiej Fundacji, że ktoś się zabezpiecza przed nimi? Wystarczyłoby, żeby się zorientowali, że jakiś obszar opiera się ich działaniu, że ich siła psychiczna tam nie sięga. Czy dla utrzymania w sekrecie takiego urządzenia aż do chwili, kiedy będziemy mogli je w pełni wykorzystać, nie warto poświęcić nie tylko Trevizego, ale i pana, i mnie? A jednak…

Jechali samochodem. Prowadził Kodell. — A jednak? — powtórzył Kodell.

— A jednak co? — spytała Branno. — Ach tak. A jednak temu młokosowi nie brakuje inteligencji. Nazwałam go głupcem co najmniej parę razy, żeby go usadzić, ale z pewnością nim nie jest. Jest młody, naczytał się powieści Arkady Darell i myśli, że Galaktyka jest taka, jak w tych powieściach, ale ma intuicję i jest bystry. Szkoda, że go stracimy.

— A więc jest pani pewna, że go stracimy?

— Całkowicie — odparła smutnie Branno. — Ale to najlepsze wyjście. Nie potrzebujemy młodych paliwodów, walących na oślep i burzących w ułamku sekundy to, co mozolnie budowaliśmy przez lata. Poza tym, on nie zginie bezużytecznie. Na pewno zwróci na siebie uwagę Drugiej Fundacji, jeśli oczywiście oni istnieją i jeśli ich interesujemy. A kiedy zajmą się Trevizem, to być może nie będą się interesować nami. Może nawet zyskamy coś więcej niż tylko to, że przestaniemy być przedmiotem ich zainteresowania. Wolno nam mieć nadzieję, że zajmując się Trevizem, zdradzą się niechcący i dadzą nam sposobność do znalezienia odpowiednich środków przeciw nim.

— A więc Trevize ma na siebie ściągnąć burzę? Branno wykrzywiła usta. — O właśnie, to metafora, której szukałam. On jest naszym piorunochronem. Przyjmie uderzenie i ochroni nas przed nieszczęściem.

— A ten Pelorat, który znajdzie się na drodze gromu?

— On też może ucierpieć. Nie ma na to rady. Kodell pokiwał głową. — Wie pani, co zwykł mawiać Salvor Hardin? „Nie daj się nigdy odwieść swoim zasadom moralnym od zrobienia tego, co słuszne”.

— W tej chwili nie myślę o zasadach — rzekła Branno, ziewając. — Myślę o tym, żeby iść spać. A jednak… mogłabym wymienić masę osób, które poświęciłabym chętniej niż Golana Trevize. To przystojny młodzieniec… I, oczywiście, wie o tym… — ostatnie słowa zabrzmiały bardzo niewyraźnie. Pani burmistrz zamknęła oczy i zapadła w sen.


5.

<p>5.</p>

Branno czekała już od godziny, pogrążona w niewesołych myślach. Formalnie biorąc, popełniła przestępstwo — włamała się do cudzego domu. Co więcej, pogwałciła immunitet radnego zagwarantowany konstytucją. Na mocy prawa obowiązującego burmistrzów od blisko dwustu lat, od czasów Indbura III i Muła, mogła być za swe poczynania pociągnięta do odpowiedzialności sądowej.

Tego jednego jedynego dnia mogła, co prawda, pozwolić sobie na popełnienie wykroczenia. Ale ten dzień minie. Poruszyła się niespokojnie.

Pierwsze dwa stulecia istnienia Fundacji były złotym wiekiem, epoką bohaterów. Tak przynajmniej wyglądało to z obecnej perspektywy, bo ci, którzy żyli w tamtych niepewnych czasach, mogli mieć na ten temat inne zdanie. Salvor Hardin i Hober Mallow byli herosami, półbogami, stawianymi niemal na równi z samym Harim Seldonem. Na tej trójcy opierała się cała, legenda (a nawet historia) Fundacji.

Jednak w tamtych odległych czasach Fundacja ograniczała się do jednego malutkiego świata sprawującego niepewną kontrolę nad Czterema Królestwami i mającego słabe wyobrażenie o tym, w jak dużym stopniu chroni go Plan Seldona, który odsuwa odeń nawet niebezpieczeństwo grożące mu ze strony resztek potężnego Imperium Galaktycznego.

Jednak im potężniejsza gospodarczo i politycznie stawała się Fundacja, tym mniej znaczących miała — władców i żołnierzy. Lathan Devers był postacią niemal całkowicie zapomnianą. Jeśli jeszcze ten i ów pamiętał o nim, to raczej z powodu jego tragicznej śmierci podczas niewolniczej pracy w kopalni niż z racji jego niepotrzebnej, lecz zwycięskiej walki z Bel Riosem.

Zresztą Bel Riose, najszlachetniejszy z dawnych wrogów Fundacji, też stopniowo osuwał się w niepamięć, przyćmiony historią Muła, jedynego z wrogów, któremu udało się złamać Plan Seldona, pokonać Fundację i objąć nad nią władzę. Tylko on był potężnym wrogiem, prawdę powiedziawszy — ostatnim z potężnych.

Niemal nie pamiętano, że Muła pokonała praktycznie jedna osoba — kobieta, Bayta Darell — i że dokonała tego bez niczyjej pomocy, nawet bez pomocy Planu Seldona. Niemal zapomniano też już o tym, że jej syn i wnuczka, Toran i Arkady Darellowie pokonali Drugą Fundację, dzięki czemu ich Fundacja, Pierwsza Fundacja, stała się największą potęgą w Galaktyce.

Ci późniejsi zwycięzcy nie byli już herosami. Nastały czasy niemal nieograniczonej ekspansji Fundacji i herosi skurczyli się do rozmiaru zwykłych śmiertelników. Nawet Arkady Darell, pisząc biografię swej babki, uczyniła z prawdziwej bohaterki postać z powieści przygodowej.

Od tamtej pory nie było już .nie tylko herosów, ale nawet bohaterów powieści przygodowych. Wojna z Kalganem była ostatnim przejawem agresji skierowanej przeciw Fundacji, i był to zupełnie niegroźny konflikt. A potem zapanował niczym nie zmącony pokój. W ciągu ostatnich stu dwudziestu lat żaden statek nie został choćby zadraśnięty.

Był to dobry, korzystny pokój. Branno nie mogła temu zaprzeczyć. Fundacja nie ustanowiła wprawdzie Drugiego Imperium Galaktycznego — zgodnie z Planem Seldona znajdowała się dopiero w połowie drogi do tego celu — ale uzależniła od siebie gospodarczo ponad jedną trzecią rozproszonych w Galaktyce jednostek politycznych, a i na te, które pozostały poza zasięgiem jej władzy, również wywierała pewien wpływ. Niewiele było już miejsc, gdzie oświadczenie: „Jestem z Fundacji” nie budziło respektu. Na milionach zamieszkałych światów nikt nie cieszył się większym poważaniem niż burmistrz Terminusa.

Tytuł był wciąż ten sam. Został odziedziczony po przywódcach małej, niemal nikomu nieznanej i lekceważonej pięćset lat temu mieściny leżącej na samotnym świecie zagubionym na kresach cywilizacji, ale nikt nie myślał nawet o tym, żeby go zmienić czy nadać mu choćby o jeden atom dostojniejsze brzmienie. Było to niepotrzebne, gdyż i w obecnej formie budził taki lęk i szacunek, że równać z nim mógł się tylko bynajmniej nie zapomniany tytuł imperatora.

Budził lęk i szacunek, ale nie tu, na Terminusie, gdzie władza burmistrza była silnie ograniczona. Pamięć Indburów była nadal żywa. Ludzie nie mogli zapomnieć nie tyle ich tyranii, ile faktu, że ponieśli klęskę z rąk Muła.

Teraz burmistrzem była ona, Harla Branno. Była dopiero piątą kobietą na tym stanowisku od początku istnienia Fundacji, ale bez wątpienia nie było od śmierci Muła równie potężnego jak ona burmistrza. Jednak dopiero dzisiaj mogła otwarcie skorzystać ze swej władzy.

Długo walczyła o to, by uznano, że ona wie najlepiej, co jest słuszne i co mają robić, ale w końcu — mimo zaciekłego oporu tych, którym marzyła się stolica w środku Galaktyki i splendor Imperium — zwyciężyła.

„Jeszcze nie teraz” — mówiła. Nie teraz! Pospieszycie się, sięgniecie po środek Galaktyki i przegracie z takiego a takiego powodu. I oto pojawił się Seldon i poparł jej stanowisko, używając prawie identycznych argumentów. Uczyniło ją to w oczach całej Fundacji równie mądrą jak Seldon. Wiedziała jednak, że za jakiś czas zapomną o tym. A ten oto młody człowiek ośmielił się rzucić jej wyzwanie akurat w dniu jej tryumfu. Co gorsza, rniał rację!

W tym kryło się największe niebezpieczeństwo. Miał rację. I właśnie dlatego mógł doprowadzić do zagłady Fundacji.

Teraz była z nim sam na sam.

— Nie mógł pan porozmawiać ze mną prywatnie? — spytała ze smutkiem. — Musiał pan wykrzyczeć to wszystko w sali obrad? Tak bardzo zależało panu na tym, żeby zrobić ze mnie publicznie idiotkę? Coś ty zrobił, niemądry chłopcze?


6.

<p>6.</p>

Trevize poczuł, że się rumieni, ale zdusił w sobie gniew. Branno była starzejącą się kobietą — za rok miała obchodzić sześćdziesiąte trzecie urodziny. Nie wypadało mu krzyczeć na osobę dwa razy starszą od niego.

Poza tym, mając za sobą tyle utarczek politycznych, na pewno dobrze wiedziała, że jeśli uda — się jej na samym początku wyprowadzić przeciwnika z równowagi, to jej zwycięstwo będzie prawie pewne. Z drugiej strony, taka taktyka była skuteczna tylko na szerszym audytorium, a tu nie było nikogo, przed kim mogłaby ośmieszyć czy upokorzyć przeciwnika. Byli przecież sami.

Ostatecznie zignorował jej słowa i starał się przyjrzeć jej spokojnie. Miał przed sobą starszą kobietę, ubraną w modny już od dwóch pokoleń strój unisex. Nie był to strój odpowiedni dla takiej osoby. Burmistrz Branno, przywódczyni Galaktyki — jeśli w ogóle Galaktyka mogła mieć przywódcę — była zwykłą starszą kobietą, którą, gdyby nie jej fryzura — gładko zaczesane do tyłu stalowosiwe włosy, można by łatwo wziąć za mężczyznę.

Uśmiechnął się. Nawet gdyby taki zgrzybiały przeciwnik starał się ze wszystkich sił, by słowo „chłopiec” zabrzmiało jak obelga, to nie zmieniłoby to faktu, że ów chłopiec ma nad nim tę właśnie przewagę, że jest młody i przystojny i w dodatku w pełni świadom tych swoich atutów.

— Szczera prawda — powiedział. — Mam trzydzieści dwa lata, więc można mnie nazwać chłopcem. Poza tym, jako radny, jestem, ex officio, niemądry. Na pierwszą przyczynę nie mam wpływu. Jeśli chodzi o drugą, to mogę tylko powiedzieć, że jest mi przykro z tego powodu.

— Czy wie pan, co pan zrobił? Niech pan tak nie stoi i nie wysila się, żeby wypaść dowcipnie. Proszę usiąść. Niech pan postara się uporządkować myśli i odpowiada mi rozsądnie.

— Wiem, co zrobiłem. Powiedziałem to, co moim zdaniem jest prawdą.

— I to właśnie dzisiaj próbował pan przeciwstawić mi tę swoją prawdę? Akurat w dniu, w którym zdobyłam takie uznanie, że mogłam pana usunąć z sali obrad i kazać zaaresztować, a nikt z członków Rady nie ośmielił się zaprotestować?

— Rada dojdzie do siebie i zaprotestuje. Może już układają protest. A szykany, które mnie za pani sprawą spotykają, spowodują, że tym chętniej będą mnie słuchali.

— Nikt nie będzie pana słuchał, bo jeśli dojdę do wniosku, że ma pan zamiar dalej robić to, co do tej pory, to potraktuję pana jako zdrajcę, i to z całą surowością prawa.

— W takim razie będzie pani musiała wytoczyć mi proces. A w sądzie ja będę górą.

— Niech pan na to nie liczy. Uprawnienia burmistrza w czasie stanu wyjątkowego są praktycznie nieograniczone, chociaż rzadko się z nich korzysta.

— Na jakiej podstawie ogłosi pani stan wyjątkowy?

— Znajdę odpowiednią podstawę. Zostało mi jeszcze tyle inwencji. A jeśli chodzi o ryzyko polityczne, to się go nie boję. Niech mnie pan nie prowokuje, młodzieńcze. Albo dojdziemy dzisiaj do porozumienia, albo pożegna się pan na zawsze z wolnością. Nie żartuję.

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. W końcu Trevize spytał:

— Do jakiego porozumienia?

— Aha. Zainteresowało to pana. To już lepiej. Wobec tego możemy przejść od konfrontacji do rozmów. A zatem, jak pan widzi naszą sytuację?

— Wie to pani dobrze. Przecież była pani cały czas w kontakcie z tą szują Comporem, prawda?

— Ale chcę usłyszeć pana zdanie z pana własnych ust. Jak pan ocenia sytuaqę w świetle niedawnego kryzysu Seldona?

— No, skoro pani tego chce… (Niewiele brakowało, a byłby powiedział: „Skoro tego chcesz, staro babo”.) Jak na pięćset lat, które minęły od czasu, kiedy nagrywał swoje wystąpienie, Seldon za dobrze orientował się w naszych sprawach. To niewiarygodne. Zdaje mi się, że było to jego ósme pojawienie się. Parę razy nie było w Krypcie nikogo, żeby go wysłuchać. Przynajmniej raz, za Indbura III, to, co powiedział, zupełnie nie przystawało do rzeczywistej sytuacji. No, ale to było w czasach Muła, prawda? No więc, czy choć raz przedtem jego wywody pasowały tak dokładnie do sytuacji, jak teraz?

Trevize pozwolił sobie na uśmiech. — Opierając się na naszych nagraniach jego przemówień, można stwierdzić, pani burmistrz, że nigdy jeszcze nie udało się Seldonowi opisać naszej sytuacji tak dokładnie, ze wszystkimi, nawet drobnymi szczegółami, jak teraz.

— Chce pan przez to powiedzieć, że podobizna Seldona, jego holograficzny obraz, jest fałszerstwem, że jego wystąpienia zostały, być może, spreparowane przez kogoś ze współczesnych, na przykład przeze mnie, albo że podstawiono za Seldona jakiegoś aktora? — spytała Branno.

— To nie byłoby niemożliwe, ale nie o to mi chodzi. Prawda jest o wiele gorsza. Wierzę, że oglądaliśmy oryginalny hologram Seldona i że jego opis czasów, w których żyjemy, jest opisem, który on sam sporządził pięćset lat temu. Powiedziałem to już pani człowiekowi, Kodellowi, który starannie wyreżyserował przedstawienie, w którym moja rola polegała, zdaje się, na tym, żeby utwierdzić niezdolnych do samodzielnego myślenia mieszkańców Fundacji w ich przesądach.

— Zgadza się. Jeśli okaże się konieczne, skorzystamy z tego nagrania, żeby pokazać ludziom, że w rzeczywistości nigdy nie był pan w opozycji wobec rządu.

Trevize rozłożył ramiona.

— Problem w tym, że ja jestem w opozycji. Nie ma żadnego Planu Seldona, i to od dobrych dwóch stuleci. Przynajmniej takiego, w jaki my wierzymy. Podejrzewałem to od dawna, a to, co miało miejsce w Krypcie Czasu dwanaście godzin temu, potwierdziło moje podejrzenia.

— Dlatego, że Seldon tak dokładnie opisał naszą sytuację?

— Właśnie dlatego. Proszę się nie śmiać. To ostateczny dowód.

— Jak pan widzi, nie śmieję się. Proszę mówić dalej.

— Jak to możliwe, żeby przewidział to wszystko tak dokładnie? Dwieście lat temu jego prognoza okazała się zupełnie nie trafiona. Minęło tylko trzysta lat od założenia Fundacji, a Seldon pomylił się zupełnie. Zupełnie!

— Parę minut temu sam pan już to wyjaśnił, panie radny. Stało się tak z powodu Muła. Muł był mutantem o niespotykanych zdolnościach psychicznych. Nie sposób było przewidzieć w Planie, że pojawi się ktoś taki.

— Ale się pojawił, bez względu na to, czy to ktoś przewidział, czy nie. Plan Seldona runął. Muł nie rządził długo i nie miał następcy. Fundacja odzyskała niezależność i władzę, ale w jaki sposób, po tak wielkich i nie przewidzianych zmianach, które naruszyły jego podstawową tkankę, mógł Plan zachować swoją aktualność?

Branno ciasno splotła pomarszczone dłonie i rzekła z groźną miną.

— Zna pan odpowiedź na to pytanie. Byliśmy jedną z dwu Fundacji. Czytał pan podręczniki historii.

— Czytałem napisaną przez Arkady biografię jej babki — w końcu jest to lektura obowiązkowa w szkole — i czytałem też jej powieści. Czytałem oficjalną wersję wydarzeń, które miały miejsce za czasów Muła i po nim. Czy wolno mi wątpić w to, co tam jest napisane?

— To znaczy w co?

— Według oficjalnej wersji my, to znaczy Pierwsza Fundacja, — mieliśmy uchronić od zapomnienia i rozwinąć nauki fizykalne. Mieliśmy działać otwarcie, a rozwój naszej Fundacji — bez względu na to, czy wiedzieliśmy o tym, czy nie — miał przebiegać zgodnie z Planem Seldona. Była jednak także Druga Fundacja, która miała zachować i rozwinąć nauki psychologiczne, w tym psychohistorię, a jej istnienie miało pozostać tajemnicą nawet dla nas. Druga Fundacja była zespołem dostrajającym, czuwającym nad Planem i mającym dostosowywać bieg wydarzeń do Planu w momentach, kiedy zaczynały one przybierać kierunek niezgodny z zamierzeniami Seldona.

— W ten sposób sam pan odpowiedział na swoje wątpliwości — rzekła Branno. — Bayta Darell pokonała Muła, być może działając pod wpływem Drugiej Fundacji, choć jej wnuczka zdecydowanie temu zaprzecza. Jednak powrót Galaktyki po śmierci Muła na tor wytyczony przez Plan to bez wątpienia ich dzieło. A więc o czym u licha pan tu mówi?

— Pani burmistrz, jeśli mamy się trzymać relacji Arkady Darell, to powinno być zupełnie jasne, że starając się naprostować bieg wydarzeń w Galaktyce, Druga Fundacja zachwiała całym Planem Seldona, bo w wyniku tych starań ujawniła swoje istnienie i cele. Uświadomiliśmy sobie, że istnieje w Galaktyce Druga Fundacja, będąca jakby lustrzanym odbiciem naszej i świadomość tego, że ktoś kieruje naszymi poczynaniami, nie dawała nam żyć. Dlatego wytężaliśmy wszystkie siły, aby znaleźć i zniszczyć Drugą Fundację.

Branno skinęła potakująco głową. — I, zgodnie z relacją Arkady Darell, udało nam się to, ale — co wydaje się oczywiste — nie wcześniej niż Druga Fundacja skierowała z powrotem bieg wydarzeń na właściwy tor. Nadal jesteśmy na tym torze.

— I pani w to wierzy? Według tej relacji Druga Fundacja została odkryta, a jej członkowie odpowiednio potraktowani. Było to w 378 roku e.f., sto dwadzieścia lat temu. A więc od pięciu pokoleń działamy już samodzielnie, bez Drugiej Fundacji, a jednak to, co robimy, jest tak zgodne z Planem, że wypowiedzi pani i Seldona były prawie identyczne.

— Można to zinterpretować w ten sposób, że z wyjątkową przenikliwością rozpoznaję to, co najbardziej istotne w procesie dziejowym.

— Proszę mi wybaczyć, ale jestem innego zdania. Nie mam zamiaru poddawać w wątpliwość pani wyjątkowej przenikliwości, ale według mnie bardziej prawdopodobne jest to, że Druga Fundacja nie została wcale zniszczona. Nadal rządzi nami. Nadal kieruje naszymi poczynaniami. I właśnie dlatego wróciliśmy na tor wyznaczony przez Plan Seldona.


7.

<p>7.</p>

Nawet jeśli stwierdzenie to zaszokowało burmistrz Branno, nie pokazała tego po sobie.

Była pierwsza po północy i Branno pragnęła doprowadzić już tę rozmowę do końca, ale nie mogła ponaglać swego rozmówcy. Trzeba było go złowić, więc nie chciała nieopatrznie spowodować, by zerwał żyłkę. Nie chciała się go po prostu pozbyć, kiedy mogła go wpierw użyć do swoich celów.

— Czyżby? — spytała. — Sugeruje pan zatem, że opowieść Arkady o wojnie z Kalganem i o zniszczeniu Drugiej Fundacji jest nieprawdziwa? Że została zmyślona? Że to oszukaństwo? Albo skutek czyichś machinacji?

Trevize wzruszył ramionami. — Niekoniecznie. To nie ma nic do rzeczy. Załóżmy, że relacja Arkady jest — na gruncie jej wiedzy — całkowicie prawdziwa. Załóżmy, że wszystko odbyło się tak, jak to opisała Arkady — że odkryto siedzibę Drugiej Fundacji i zniszczono ich. Ale skąd możemy mieć pewność, że dostaliśmy wszystkich? Druga Fundacja zajmowała się całą Galaktyką. Oni nie sterowali biegiem wydarzeń tylko na Terminusie, czy tylko w Fundacji. Ich zainteresowania nie ograniczały się do tego, co dzieje się na naszym stołecznym świecie czy nawet w całej naszej Federacji. Niektórzy z nich musieli być o tysiąc parseków stąd, a może jeszcze dalej. Czy to możliwe, że wyłapaliśmy wszystkich? A jeśli nie, to czy możemy twierdzić, że wygraliśmy? Czy Muł mógł tak twierdzić w swoim czasie? Podbił Terminusa, a razem z nim wszystkie światy, które mu podlegały, ale światy Niezależnych Handlarzy nadal się opierały. Opanował światy Niezależnych Handlarzy, ale pozostało troje uciekinierów: Ebling Mis, Bayta Darell i jej mąż. Obu mężczyzn miał pod kontrolą, ale Baytę — tylko ją — zostawił samą sobie. Jeśli wierzyć Arkady, zrobił tak ze względu na uczucie, które żywił do niej. I to wystarczyło. Według relacji Arkady tylko jedna osoba, właśnie Bayta, mogła robić to, co chciała i tylko dlatego Muł nie zdołał ustalić, gdzie znajduje się Druga Fundacja i w konsekwencji został pobity.

Zostawił swobodę działania jednej osobie i wszystko stracił. Oto, co — na przekór tym wszystkim legendom otaczającym Plan Seldona i głoszącym, że jednostka jest niczym, a masy wszystkim — znaczy jedna osoba.

A jeśli, co wydaje się zupełnie prawdopodobne, ocalała nie jedna, ale parę tuzinów osób należących do Drugiej Fundacji, to co wtedy? Czy nie połączyliby się, żeby odzyskać utracone pozycje, zwiększyć swoje szeregi przez nabór i szkolenie nowych członków i uczynić nas na powrót pionkami w swojej grze?

— Naprawdę pan tak myśli? — spytała poważnie Branno.

— Jestem tego pewien.

— A może mi pan wyjaśnić, po co mieliby to robić? Dlaczego ta nieszczęsna garstka niedobitków miałaby z takim uporem starać się nadal robić to, czego nikt od nich nie chce? Co niby zmusza ich do takiej troski o to, żeby Galaktyka nie zboczyła z drogi ku Drugiemu Imperium? A poza tym, gdyby nawet uparli się, żeby spełnić swoją misję, to co to nas obchodzi? Dlaczego nie mielibyśmy przystać na to, żeby wszystko szło zgodnie z Planem i być raczej wdzięczni, że dbają, żebyśmy nic zbłądzili ani nie zboczyli z tej drogi?

Trevize przetarł dłonią oczy. Z nich dwojga to on, choć młodszy, wydawał się bardziej zmęczony. Spojrzał na Branno i rzekł:

— Nie wierzę własnym uszom. Pani naprawdę uważa, że Druga Fundacja robi to dla nas? Że .są czymś w rodzaju idealistów? Czyżby pani znajomość polityki, praktyczna wiedza z zakresu władzy i sterowania ludźmi nie wykazywała pani wystarczająco jasno, że robią to wszystko dla siebie?

My jesteśmy tylko narzędziem. Maszyną, silnikiem czy siłą. Pracujemy w trudzie i znoju, a oni po prostu operują tym narzędziem. Tu wcisną guzik, tam dadzą wzmocnienie, a wszystko to bez wysiłku i najmniejszego ryzyka. A potem, kiedy już wszystko zostanie zrobione, po tysiącu lat wytężonej pracy, po stworzeniu Drugiego Imperium, zostaną klasą rządzącą i wszystko wezmą jak swoje.

— A więc chce pan wyeliminować Drugą Fundację? — spytała Branno. — Chce pan, byśmy — będąc w połowie drogi do Drugiego Imperium — wzięli sprawę w swoje ręce, dokończyli dzieła i sami stali się klasą rządzącą?

— Oczywiście! A pani tego nie chce? Ani pani, ani ja nie dożyjemy tego, ale ma pani wnuki, a ja może też je będę kiedyś miał, a one też będą miały wnuki, i tak dalej. Chcę, żeby to one korzystały z owoców naszej pracy, żeby wracały myślą do nas jako do źródła swej potęgi, żeby sławili nas za to, co dla nich zrobiliśmy. Mię chcę, żeby korzystali z tego jacyś konspiratorzy stworzeni przez Seldona, którego bynajmniej nie darzę czcią ani podziwem. Powiem pani, że według mnie on stanowi dla nas większe zagrożenie niż Muł, jeśli pozwolimy, by wszystko szło zgodnie z jego Planem. Na Galaktykę, żałuję, że Muł nie zniszczył zupełnie tego Planu. My byśmy przeżyli Seldona. Był tak samo śmiertelny, jak my. To Druga Fundacja wydaje się nieśmiertelna.

— Ale pan chciałby ją zniszczyć, czy tak?

— Gdybym tylko wiedział, jak to zrobić!

— Ponieważ jednak nie wie pan, jak to zrobić, nie sądzi pan, że jest całkiem prawdopodobne, że to oni zniszczą pana?

Trevize wydął pogardliwie usta.

— Pomyślałem sobie, że nawet pani może być pod ich wpływem. To, że tak trafnie przewidziała pani, co nam powie Seldon, a także sposób, w jaki pani mnie potraktowała, to wszystko pachnie mi Drugą Fundacją. Być może pod powłoką pani burmistrz kryje się wytwór Drugiej Fundacji.

— Wobec tego dlaczego mówi mi pan o tym wszystkim?

— Dlatego, że jeśli znajduje się pani pod wpływem Drugiej Fundacji, to tak czy inaczej nie mam żadnych szans, więc chcę przynajmniej dać upust swojej złości… a także dlatego, że — prawdę mówiąc — zaryzykowałem i postawiłem na to, że jednak nie jest pani pod ich wpływem, ale po prostu nie zdaje pani sobie sprawy z tego, co robi.

— W takim razie dobrze pan postawił. Nie jestem pod niczyim wpływem i tylko ja sama kontroluję swoje postępowanie. Ale, mimo to, skąd ma pan pewność, że mówię prawdę? Czy gdybym była pod wpływem Drugiej Fundacji, to przyznałabym się do tego? A przede wszystkim, czy w ogóle bym wiedziała, że jestem pod ich wpływem? No, ale zostawmy te pytania, bo nic z nich nie wynika. Liczę, że nie jestem pod ich wpływem, a pan nie ma wyboru i musi też w to uwierzyć. Niech pan jednak weźmie pod uwagę, ze jeśli Druga Fundacja nadal istnieje, to na pewno najbardziej zależy im na tym, żeby nikt w całej Galaktyce nie dowiedział się o ich istnieniu. Plan Seldona działa tylko wtedy, kiedy pionki, to znaczy my, nie mają pojęcia, jak się to odbywa i w jaki sposób manipuluje się nimi. Druga Fundacja została zniszczona — a może powinnam powiedzieć „prawie zniszczona”? — w czasach Arkady tylko dlatego, że Muł zwrócił na nią uwagę Pierwszej Fundacji.

Możemy stąd wyciągnąć dwa wnioski. Po pierwsze, możemy zasadnie przypuszczać, że starają się jak najmniej ingerować bezpośrednio w nasze sprawy. To niemożliwe, żeby zdołali objąć swoją kontrolą nas wszystkich. Nawet Druga Fundacja, jeśli oczywiście istnieje, nie ma niczym nie ograniczonych możliwości wpływania na innych. Gdyby natomiast sterowali działaniami tylko pewnych osób, to mogłoby to zostać zauważone przez innych, a to z kolei doprowadziłoby do zniekształcenia Planu. A zatem dochodzimy do wniosku, że ingerują pośrednio, tak subtelnie i nieznacznie, jak to tylko możliwe, I właśnie dlatego ja nie jestem pod ich wpływem. Ani pan.

— To jeden wniosek — rzekł Trevize — i jestem skłonny go przyjąć… być może dlatego, że chciałbym, żeby tak było. A jaki jest drugi?

— Prostszy i bardziej oczywisty. Jeśli Druga Fundacja istnieje i pragnie zachować swoje istnienie w tajemnicy, to jedno jest pewne. Każdy, kto sądzi, że nadal istnieją i rozpowiada o tym wszem i wobec, musi zostać w jakiś nie budzący niczyich podejrzeń sposób usunięty. Myślę, że pan doszedł do tego samego wniosku?

— Czy to dlatego wzięto mnie do aresztu, pani burmistrz? Dlatego, żeby uchronić mnie przed Drugą Fundacją?

— W pewnym sensie tak. Pańskie zeznania, tak starannie nagrane przez Liono Kodella, zostaną ogłoszone publicznie nie tylko po to, żeby pana głupie gadanie nie niepokoiło niepotrzebnie ludzi na Terminusie i w całej Fundacji, ale również po to, żeby nie niepokoić Drugiej Fundacji. Jeśli istnieje, to nie chcę, żeby zwrócili na pana uwagę.

— Wyobrażam to sobie — rzekł ironicznie Trevize. — Zrobiła to pani dla mnie? Dla moich pięknych brązowych oczu?

Branno poruszyła się i niespodziewanie wybuchnęła śmiechem.

— Nie jestem taka stara, panie radny — powiedziała — żeby nie spostrzec, że ma pan piękne brązowe oczy i być może trzydzieści lat temu byłby to dla mnie wystarczający powód, żeby tak postąpić. Teraz jednak nie ruszyłabym palcem, żeby je, czy całą resztę pana wdzięków ocalić, gdyby to tylko o nie chodziło. Problem w tym, że jeśli Druga Fundacja istnieje i jeśli zwróci na pana uwagę, to może nie poprzestać na tym. Chodzi o życie moje i wielu innych, bardziej inteligentnych i wartościowych od pana osób i o plany, które opracowaliśmy.

— Doprawdy? Czyżby zatem wierzyła pani w istnienie Drugiej Fundacji, że tak obawia się pani ich ewentualnej reakcji?

Branno uderzyła pięścią w stół.

— Oczywiście, że wierzę, ty głupcze! Czy obchodziłoby mnie to, co pan o nich wygaduje, gdybym nie wiedziała, że istnieją i nie walczyła z nimi najlepiej jak potrafię? Już na wiele miesięcy przed pana publicznym wystąpieniem chciałam pana uciszyć, ale nie miałam dość siły, żeby obejść się brutalnie z członkiem Rady. Pojawienie się Seldona dało mi tę siłę, choćby tylko na krótki czas, i akurat wtedy wystąpił pan publicznie. Natychmiast zareagowałam i teraz nie zawaham się ani mikrosekundy i nie będę miała żadnych skrupułów, żeby kazać pana zabić, jeśli nie zrobi pan dokładnie tak, jak panu powiem.

Cała nasza rozmowa tutaj, w porze, o której powinnam być już dawno w łóżku, miała doprowadzić do tego, żeby mi pan uwierzył, kiedy to wreszcie panu powiem. Chcę, żeby pan wiedział, że problem Drugiej Fundacji, który, zgodnie z moim zamiarem, sam pan tu nakreślił, jest dla mnie wystarczającym powodem, żeby zgładzić pana bez sądu. Trevize uniósł się z miejsca.

— Żadnych podejrzanych ruchów! — rzekła Branno. — Jestem co prawda tylko starą kobietą, jak niewątpliwie określa mnie pan w myślach, ale zanim zdąży mnie pan tknąć choćby palcem, będzie już po panu. Obserwują nas moi ludzie, głupi młokosie!

Trevize usiadł. Powiedział nieco drżącym głosem:

— W tym, co pani mówi, nie ma żadnego sensu. Gdyby pani wierzyła w istnienie Drugiej Fundacji, to nie mówiłaby pani o tym tak swobodnie. Nie wystawiałaby się pani na niebezpieczeństwo, na które według pani ja się wystawiam.

— Sam pan zatem widzi, że mam dużo więcej rozsądku niż pan. Innymi słowy, wierzy pan w istnienie Drugiej Fundacji, a mimo to mówi pan o tym swobodnie, gdyż jest pan głupi. Ja też wierzę w jej istnienie, i też mówię o tym swobodnie, ale tylko dlatego, że przedsięwzięłam odpowiednie środki ostrożności. Wydaje się, że przeczytał pan dokładnie historię Arkady, więc może pan sobie przypomina, że jej ojciec wynalazł urządzenie, które nazwał wytwornicą pola statycznego. Jest to ekran chroniący przed działaniem takiej siły psychicznej, jaką dysponuje Druga Fundacja. To urządzenie nie tylko nadal istnieje, ale nawet zostało udoskonalone, oczywiście w najgłębszej tajemnicy. Pana dom jest w tej chwili wystarczająco zabezpieczony przed ich szpiegami. A teraz, kiedy wyjaśniliśmy już tę sprawę, pozwoli pan, że przejdę do rzeczy i powiem, co ma pan robić.

— Cóż to takiego?

— Ma pan stwierdzić, czy sprawy naprawdę tak się mają, jak pan i ja myślimy, że się mają. Ma pan zorientować się, czy Druga Fundacja faktycznie istnieje, a jeśli tak, to gdzie się mieści. Znaczy to, że będzie pan musiał opuścić Terminus i lecieć nie wiadomo gdzie, nawet gdyby miało się w końcu okazać, jak za życia Arkady, że Druga Fundacja mieści się właśnie tu, pośród nas. Znaczy to, że nie powróci pan, dopóki nie będzie miał pan coś do powiedzenia na ten temat, a jeśli nie będzie pan miał nic do powiedzenia, to nie wróci pan nigdy, a na Terminusie będzie o jednego głupca mniej.

Trevize stwierdził naraz, że się jąka. — Jak, na Przestrzeń, mam ich szukać, nie wyjawiając tego faktu? Oni po prostu zgotują mi śmierć, a wy przez to nie będziecie nic a nic mądrzejsi.

— No to ich nie szukaj, naiwny dzieciaku! Szukaj czegoś innego. Szukaj czegoś innego, wkładając w to cały swój umysł i serce, a jeśli w trakcie tego natrafisz na nich, bo nie będą się tobą interesowali, to dobrze! Możesz w takim przypadku powiadomić nas o tym na zabezpieczonej przed podsłuchem, sekretnej hiperfali i w nagrodę za dobrą robotę wrócić do nas.

— Przypuszczam, że ma pani jakąś propozycję dotyczącą tego, czego mam szukać.

— Oczywiście. Zna pan Janova Pelorata?

— Nigdy o nim nie słyszałem.

— Jutro pan się z nim spotka. Powie panu, czego będzie pan szukał i poleci razem z panem jednym z naszych najnowocześniejszych statków. Będzie tylko was dwóch, bo tylu możemy zaryzykować. A jeśli spróbuje pan wrócić bez zadowalających nas informacji, to zostanie pan rozwalony razem ze statkiem, zanim zbliży się pan na parsek do Terminusa. To wszystko. Rozmowa skończona.

Podniosła się, popatrzyła na swe gołe dłonie i powoli wciągnęła rękawiczki. Odwróciła się w stronę drzwi i natychmiast weszło dwóch strażników z bronią w ręku. Odsunęli się, robiąc jej przejście.

Stojąc już w drzwiach, odwróciła się. — Na zewnątrz są jeszcze inni strażnicy. Niech pan nie robi niczego, co może im się wydać podejrzane, bo zaoszczędzi nam pan kłopotu związanego z pana wysłaniem.

— Straci pani wtedy korzyści, które mogę pani przynieść — powiedział Trevize, starając się nazbyt skutecznie, żeby zabrzmiało to beztrosko.

— Trudno — odparła Branno z niewesołym uśmiechem.


8.

<p>8.</p>

Na dworze czekał na nią Liono Kodell. — Słyszałem wszystko, pani burmistrz — powiedział. — Wykazała pani niezwykłą cierpliwość.

— I jestem niezwykle zmęczona. Wydaje mi się, że ten dzień miał siedemdziesiąt dwie godziny. Teraz pan to przejmuje.

— Dobrze, ale proszę mi powiedzieć, czy naprawdę użyła pani wytwornicy pola statycznego, żeby ekranować ten budynek?

— Oj, Kodell — rzekła Branno znużonym głosem. — Przecież nie jest pan głupi. Czy coś wskazywało na to, że nas ktoś obserwuje? Myśli pan, że Druga Fundacja śledzi wszystko, wszędzie i zawsze? Ja nie jestem taką romantyczką jak Trevize. On mógł tak myśleć, ale ja nie. Już wyrosłam z tych lat. A zresztą nawet gdyby tak było, gdyby Druga Fundacja miała wszędzie oczy i uszy, to czy nie zdradziłaby nas z miejsca sama obecność wytwornicy? Czy jej użycie nie wskazałoby od razu Drugiej Fundacji, że ktoś się zabezpiecza przed nimi? Wystarczyłoby, żeby się zorientowali, że jakiś obszar opiera się ich działaniu, że ich siła psychiczna tam nie sięga. Czy dla utrzymania w sekrecie takiego urządzenia aż do chwili, kiedy będziemy mogli je w pełni wykorzystać, nie warto poświęcić nie tylko Trevizego, ale i pana, i mnie? A jednak…

Jechali samochodem. Prowadził Kodell. — A jednak? — powtórzył Kodell.

— A jednak co? — spytała Branno. — Ach tak. A jednak temu młokosowi nie brakuje inteligencji. Nazwałam go głupcem co najmniej parę razy, żeby go usadzić, ale z pewnością nim nie jest. Jest młody, naczytał się powieści Arkady Darell i myśli, że Galaktyka jest taka, jak w tych powieściach, ale ma intuicję i jest bystry. Szkoda, że go stracimy.

— A więc jest pani pewna, że go stracimy?

— Całkowicie — odparła smutnie Branno. — Ale to najlepsze wyjście. Nie potrzebujemy młodych paliwodów, walących na oślep i burzących w ułamku sekundy to, co mozolnie budowaliśmy przez lata. Poza tym, on nie zginie bezużytecznie. Na pewno zwróci na siebie uwagę Drugiej Fundacji, jeśli oczywiście oni istnieją i jeśli ich interesujemy. A kiedy zajmą się Trevizem, to być może nie będą się interesować nami. Może nawet zyskamy coś więcej niż tylko to, że przestaniemy być przedmiotem ich zainteresowania. Wolno nam mieć nadzieję, że zajmując się Trevizem, zdradzą się niechcący i dadzą nam sposobność do znalezienia odpowiednich środków przeciw nim.

— A więc Trevize ma na siebie ściągnąć burzę? Branno wykrzywiła usta. — O właśnie, to metafora, której szukałam. On jest naszym piorunochronem. Przyjmie uderzenie i ochroni nas przed nieszczęściem.

— A ten Pelorat, który znajdzie się na drodze gromu?

— On też może ucierpieć. Nie ma na to rady. Kodell pokiwał głową. — Wie pani, co zwykł mawiać Salvor Hardin? „Nie daj się nigdy odwieść swoim zasadom moralnym od zrobienia tego, co słuszne”.

— W tej chwili nie myślę o zasadach — rzekła Branno, ziewając. — Myślę o tym, żeby iść spać. A jednak… mogłabym wymienić masę osób, które poświęciłabym chętniej niż Golana Trevize. To przystojny młodzieniec… I, oczywiście, wie o tym… — ostatnie słowa zabrzmiały bardzo niewyraźnie. Pani burmistrz zamknęła oczy i zapadła w sen.


Rozdział III

HISTORYK

9.

10.

11.

12.

13.

<p>Rozdział III</p> <p>HISTORYK</p>
<p>9.</p>

Janov Pelorat miał siwe włosy, a jego twarz, kiedy był w dobrym nastroju, miała raczej bezmyślny wyraz. Rzadko zdarzało się, że nie był w dobrym nastroju. Był średniego wzrostu i tuszy i zwykł poruszać się bez pośpiechu, i mówić z namysłem. Miał pięćdziesiąt dwa lata, ale wyglądał na znacznie starszego.

Nigdy nie opuszczał Terminusa, co było zupełnie niezwykłe, szczególnie, w przypadku osób jego profesji. On sam nie wiedział, czy ten osiadły tryb życia wziął się z jego obsesyjnego zainteresowania historią czy też przywykł do niego pomimo, a może wbrew swej pasji.

Zainteresowanie owo objawiło się zupełnie niespodziewanie, kiedy miał piętnaście lat i w czasie jakiejś choroby dostał zbiór legend z dawnych czasów, W legendach tych powtarzał się wątek samotnego odseparowanego od reszty Galaktyki świata, który jednak nie zdawał sobie sprawy ze swej izolacji, gdyż nie znał nic innego.

Od razu zaczął zdrowieć. Nie minęły dwa dni, a już zdążył przeczytać tę książkę trzy razy i wstał z łóżka. Następnego dnia siedział już przy swoim komputerze i sprawdzał, czy biblioteka uniwersytecka ma w swoich zbiorach coś na temat tych legend.

Od tamtej pory zajmował się właśnie takimi legendami. Biblioteka uniwersytecka na Terminusie nie spełniła niestety pokładanych w niej nadziei, ale kiedy podrósł, odkrył z radością, że istnieje coś takiego, jak wymiana międzybiblioteczna. Miał w swych zbiorach odbitki komputerowe, przesyłane przez nadprzestrzeń z miejsc tak odległych jak Ifhi.

Został w końcu profesorem historii starożytnej i po dwudziestu siedmiu latach od tej chwili właśnie rozpoczynał swój pierwszy roczny urlop od zajęć akademickich, o który wystąpił z zamiarem udania się (po raz pierwszy w życiu) w podróż kosmiczną aż do samego Trantora.

Pelorat zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że mieszkaniec Terminusa, który nigdy jeszcze nie był w przestrzeni, musi budzić ogólne zdumienie. Nigdy nie było jego zamiarem zyskać rozgłos w tak szczególny sposób. Po prostu tak się jakoś zawsze składało, że kiedy już miał wyruszyć w przestrzeń, wpadło mu w ręce jakieś nowe studium, nowa książka czy analiza. Odkładał wówczas podróż do czasu, aż dokładnie zbada owo novum i doda, jeśli to możliwe, jakiś fakt, spekulacje czy wyobrażenia o interesujących go sprawach do ogromnej góry informacji, które już zgromadził. Kończyło się zaś zawsze tak, że żałował tylko i jedynie tego, że ta akurat wyprawa, którą właśnie był przedsięwziął, nie doszła do skutku.

Trantor był stolicą pierwszego Imperium Galaktycznego. Przez dwanaście tysięcy lat był siedzibą imperatorów, a przedtem stolicą jednego z najważniejszych królestw, które po trochu i powoli podbiło lub przyłączyło do siebie w inny sposób pozostałe królestwa i stworzyło Imperium.

Trantor był miastem obejmującym obszar całego świata, światem pokrytym w całości metalem. Pelorat czytał o tym w pracach Gaala Dornicka, który odwiedził Trantor za czasów samego Hariego Seldona. Dzieło Dornicka już od dawna było białym krukiem i Pelorat mógłby sprzedać swój egzemplarz za sumę równą, jego półrocznym dochodom, ale sama myśl o tym, że mógłby się rozstać z takim skarbem, napełniała go przerażeniem.

Oczywiście tym, co interesowało Pelorata na Trantorze, była Biblioteka Galaktyczna, która w czasach Imperium (kiedy nosiła nazwę Biblioteki Imperatorskiej) miała największe zbiory ze wszystkich bibliotek w Galaktyce. Trantor był stolicą najpotężniejszego i najludniejszego imperium w dziejach ludzkości. Był właściwie jednym wielkim miastem liczącym ponad czterdzieści miliardów mieszkańców, a jego biblioteka zgromadziła owoce całej twórczej (a także niezbyt twórczej) pracy ludzkości, sumę ówczesnej wiedzy. Była skomputeryzowana w tak zawiły sposób, że zatrudniała specjalnych fachowców od obsługi komputerów.

Co najbardziej istotne, Biblioteka przetrwała. I to było dla Pelorata najbardziej zdumiewające. Kiedy dwa i pół wieku temu Trantor padł i został doszczętnie złupiony i zniszczony, a jego ludność zdziesiątkowana, Biblioteka, chroniona (jak mówiono) przez studentów, którzy dysponowali jakąś fantastyczną bronią, pozostała nietknięta. (Niektórzy uważają, że historia obrony Biblioteki przez studentów jest w znacznej mierze zmyślona.)

W każdym razie, Biblioteka przetrwała okres zniszczeń. Ebling Mis pracował w nietkniętej Bibliotece otoczonej zewsząd ruinami, kiedy to znalazł się o krok od odkrycia położenia Drugiej Fundacji (tak przynajmniej przedstawiały to świadectwa z tamtych czasów, w które nadal wierzył jedynie lud Fundacji, historycy bowiem odnosili się zawsze do tych relacji z rezerwą). Trzy pokolenia Darellów — Bayta, Toran i Arkady — odwiedziły, każde w swoim czasie, Trantor. Jednak Arkady nie zwiedziła Biblioteki, a od jej czasów Biblioteka nie związała się już ani razu z historią Galaktyki.

Od stu dwudziestu lat nie odwiedził Trantora nikt z Fundacji, ale nie było powodu przypuszczać, że Biblioteka nie stoi dalej, nietknięta, na swoim miejscu; To, że Biblioteka nie pojawiła się więcej w historii, było najlepszym dowodem na jej dalsze istnienie, jej zagłada bowiem narobiłaby z pewnością hałasu.

Biblioteka była przestarzała, archaiczna — była taką już w czasach Eblinga Misa — ale to było nawet lepiej. Pelorat zawsze zacierał ręce z zadowolenia, kiedy słyszał o jakiejś starej czy przestarzałej bibliotece. Im jakaś biblioteka była starsza, tym większe było prawdopodobieństwo, że zawiera to, czego on szuka. Marzył nawet czasami, że wchodzi do biblioteki i pyta z biciem serca: „Czy ta biblioteka została zmodernizowana? Może wyrzuciliście stare taśmy i dyski?” I zawsze wyobrażał sobie, że .stary, zakurzony bibliotekarz odpowiada: „Wszystko jest tak, jak dawniej”.

I oto teraz jego marzenia miały się spełnić. Zapewniła go o tym sama pani burmistrz. Nie był pewien, skąd dowiedziała się, nad czym pracuje. Opublikował niewiele artykułów. Mało z tego, co zrobił, było na tyle solidnie podbudowane, żeby nadawało się do druku, a to, co się ukazało, przeszło bez echa. No, ale mówiono, że żelazna Branno wie o wszystkim, co się dzieje na Terminusie i ma wszędzie oczy i uszy. Pelorat byłby skłonny w to uwierzyć, ale jeśli wiedziała o jego pracy, to dlaczego, na Galaktykę, nie doceniła jej wagi i nie przyznała mu wcześniej choćby niewielkich funduszy?

Jakoś tak się składa, myślał z tą niewielką dozą goryczy, na jaką mógł się zdobyć, że Fundacja ma wzrok utkwiony w przyszłość. To, co ich pochłania, to ich przeznaczenie i Drugie Imperium. Nie mają czasu ani ochoty, aby spojrzeć wstecz i irytują ich ci, którzy to robią.

Oczywiście tym więksi z nich głupcy, ale sam nie mógł wyplenić głupoty. A poza tym może i lepiej, że jest tak właśnie. Może sam prowadzić te ważne poszukiwania i nadejdzie jeszcze chwila, w której wspomną o nim jako o wielkim pionierze tego, co istotnie ważne.

Znaczyło to, oczywiście (i miał tyle intelektualnej uczciwości, żeby to przyznać), że również on pochłonięty był myślą o przyszłości, przyszłości, w której zostanie uznany i doceniony i będzie stawiany na równi z Harim Seldonem. Prawdę mówiąc, on nawet będzie ważniejszą postacią, bo jak można porównywać wypracowanie planu na wyraźnie przedstawiające się przyszłe tysiąc lat z przecieraniem drogi przez minione dwadzieścia pięć tysięcy?

I nadszedł właśnie ten dzień, to był ten dzień.

Burmistrz zapowiedziała, że stanie się to zaraz po ukazaniu się obrazu Seldona. To był jedyny powód zainteresowania Pelorata Kryzysem Seldona, który od miesięcy zajmował umysły wszystkich na Terminusie i prawie wszystkich w Fundacji.

Dla niego to, czy stolica Fundacji pozostanie na Terminusie czy też zostanie przeniesiona gdzie indziej, nie robiło większej różnicy. A teraz, kiedy kryzys został zażegnany, Pelorat nie był pewien, którą stronę poparł Hari Seldon, a nawet czy ta sprawa w ogóle została przez niego wspomniana.

Ważne było, że Seldon się ukazał i że teraz nadszedł jego dzień.

Były dwie minuty po drugiej, kiedy przed stojącym nieco na uboczu domem, już właściwie poza granicami miasta, zatrzymał się samochód.

Rozsunęły się tylne drzwiczki. Wysiadł strażnik w mundurze służby ochrony burmistrza, za nim młody mężczyzna i na koniec jeszcze dwóch strażników.

Wywarło to na Peloracie wielkie wrażenie. A więc burmistrz nie tylko wiedziała nad czym pracuje, ale uważała też, że jego praca ma ogromne znaczenie. Mężczyzna, który miał być jego towarzyszem podróży, przyjechał w honorowej asyście, a w dodatku obiecano dać im do dyspozycji statek pierwszej klasy, którym miał sterować jego towarzysz. To było naprawdę wzruszające. Naprawdę.

Gosposia Pelorata otworzyła drzwi. Mężczyzna wszedł do środka, a towarzyszący mu strażnicy stanęli po obu stronach drzwi. Pelorat widział przez okno, że trzeci strażnik został na zewnątrz i że podjechał drugi samochód. Z dodatkową strażą! To doprawdy zadziwiające!

Kiedy się odwrócił, młody mężczyzna był już w pokoju. Pelorat stwierdził z zaskoczeniem, że rozpoznaje w nim człowieka, którego widział w holowizji. — Pan jest tym radnym — powiedział. — Pan jest Trevize!

— Zgadza się. Golan Trevize. Profesor Janov Pelorat?

— Tak, tak — odparł Pelorat. — To pan ma…

— Będziemy towarzyszami podróży — powiedział sztywno Trevize. — Tak przynajmniej mi mówiono.

— Ale pan przecież nie jest historykiem.

— Nie. Jak pan rzekł, jestem radnym, politykiem.

— Tak… tak… Ale co ja tu wygaduję! Ja jestem historykiem, więc po co jeszcze drugi? Pan potrafi prowadzić statek kosmiczny.

— Tak, nawet bardzo dobrze.

— I to jest to, czego nam trzeba. Wspaniale! Obawiam się, młodzieńcze, że nie należę do ludzi zaradnych i praktycznie myślących, więc jeśli przypadkiem pan do takich należy, to stworzymy dobry zespół.

— W chwili obecnej nie zachwycam się akurat praktycznymi skutkami moich znakomitych pomysłów, ale wydaje się, że nie pozostaje nam nic innego, jak spróbować stworzyć dobry zespół.

— Miejmy zatem nadzieję, że potrafię przełamać swoje opory przed znalezieniem się w przestrzeni. Musi pan wiedzieć, panie radny, że nigdy jeszcze tam nie byłem. Jestem „świstakiem”… Zdaje się, że tak się właśnie określa takich ludzi? Przepraszam, może napije się pan herbaty? Powiem Kłodzie, żeby nam coś przygotowała. Przypuszczam, że mamy jeszcze parę godzin do odlotu, prawda? Zresztą ja jestem już gotowy. Mam wszystko, co będzie nam potrzebne. Pani burmistrz okazała naprawdę wielką pomoc,. To naprawdę zadziwiające, jak bardzo interesuje się tym projektem.

— A więc pan już wiedział o tym? — spytał Trevize. — Od dawna?

— Burmistrz zagadnęła mnie — Pelorat zmarszczył lekko czoło, jakby dokonywał w myśli jakichś obliczeń — dwa, może trzy tygodnie temu. Byłem zachwycony. A teraz, kiedy już uświadomiłem sobie jasno, że potrzebuję pilota, a nie drugiego historyka, jestem ponownie zachwycony tym, że to pan, drogi przyjacielu, będzie moim towarzyszem podróży.

— Dwa, może trzy tygodnie temu — powtórzył Trevize, lekko oszołomiony. — A więc już od kilkunastu dni była na to przygotowana. A ja… — urwał.

— Słucham pana?

— Nic takiego, profesorze. Mam zwyczaj mówić sam do siebie. Jeśli nasza podróż potrwa dłużej, to będzie pan się musiał do tego przyzwyczaić.

— Potrwa, potrwa — rzekł Pelorat, popychając Trevizego w kierunku jadalni, gdzie gosposia przygotowywała w wymyślny sposób herbatę. — Mamy czasu, ile dusza zapragnie. Burmistrz powiedziała, że możemy podróżować tak długo, jak nam się podoba, że cała Galaktyka stoi przed nami otworem i, co więcej, że gdziekolwiek polecimy, możemy korzystać z funduszy Fundacji. Powiedziała, oczywiście, żebyśmy korzystali z nich rozsądnie. Tyle jej przyrzekłem — zachichotał i zatarł ręce. — Siadaj, drogi przyjacielu, siadaj. Może upłynąć wiele czasu, zanim usiądziemy do następnego posiłku na Terminusie.

Trevize usiadł. — Ma pan rodzinę, profesorze? — spytał.

— Mam syna. Jest na Uniwersytecie Santanijskim. Chyba chemikiem, czy kimś w tym rodzaju. Poszedł w ślady matki. Już od dawna nie mieszka ze mną, więc, jak pan widzi, nie mam żadnych zobowiązań, nie zostawiam żony ani dzieci. Ufam, że pan też nie… proszę się częstować kanapkami, mój chłopcze.

— W tej chwili nie. Kilka kobiet, ale one przychodzą i odchodzą.

— Tak. Tak; To jest rozkoszne, kiedy to wychodzi. A jeszcze bardziej rozkoszne, kiedy okazuje się, że nie trzeba tego brać poważnie… Rozumiem, że dzieci pan nie ma?

— Nie.

— To dobrze. Wie pan, jestem w świetnym nastroju. Przyznaję, że na początku, kiedy pan wszedł, byłem zaskoczony. Ale teraz stwierdzam, że świetny z pana kompan. Młodość, entuzjazm i ktoś, kto potrafi odnaleźć właściwą drogę w Galaktyce to wszystko, czego mi potrzeba. Będziemy prowadzić poszukiwania. Niezwykłe poszukiwania.

Trevize zmrużył oczy. — Niezwykłe poszukiwania?

— Tak. Wśród wielu tysięcy milionów zamieszkanych światów Galaktyki kryje się perła o nieoszacowanej wartości, a my mamy bardzo mgliste wskazówki, jak jej szukać. W każdym razie, jeśli ją znajdziemy, to będzie niewiarygodny sukces. Jeśli pan i ja dokonamy tego, mój chłopcze — przepraszam, powinienem był powiedzieć „panie Trevize”, bo nie chcę pana traktować paternalistycznie — to nasze nazwiska będą powtarzane przez wszystkie następne stulecia aż do końca wszechświata.

— Ten sukces, o którym pan mówi… ta perła o nieoszacowanej wartości to…

— To brzmi tak, jak słowa Arkady Darell, tej pisarki, no wie pan, kiedy pisała o Drugiej Fundacji, co? Nic dziwnego, że wygląda pan na zaskoczonego.

Pelorat odchylił głowę do tyłu, jakby miał zamiar wybuchnąć głośnym śmiechem, ale tylko się uśmiechnął. — Zapewniam pana, że to nic z tych rzeczy. To nie jakieś bzdury.

— Jeśli nie mówi pan o Drugiej Fundacji, profesorze, to o czym wobec tego pan mówi?

Pelorat nagle spoważniał, a nawet przybrał przepraszający wyraz twarzy.

— Ach, więc pani burmistrz nie powiedziała panu?… Wie pan, to dziwne. Przez parę dziesiątków lat miałem rządowi za złe, że nie potrafi zrozumieć wagi tego, nad czym pracuję, aż tu teraz burmistrz Branno okazuje mi taką wspaniałomyślność i hojność.

— Tak — rzekł Trevize, nie starając się ukryć ironii — to nadzwyczaj skryta filantropka, — ale nic powiedziała mi o co w tym wszystkim chodzi.

— A zatem nie orientuje się pan jaki jest cel moich poszukiwań?

— Przykro mi, ale nie.

— Nie musi się pan usprawiedliwiać. Wszystko w porządku. Nie wzbudzałem sensacji. Zaraz panu to wyjaśnię. Pan i ja udajemy się w przestrzeń, aby szukać — i znaleźć, bo mam wspaniały pomysł — Ziemię.

<p>10.</p>

Trevize źle spał tej nocy. Bez przerwy myślał o więzieniu, które ta starucha wybudowała wokół niego. Nigdzie nie mógł znaleźć wyjścia.

Został skazany na wygnanie i nie mógł nic na to poradzić. Branno była spokojna, nieugięta i nawet nie starała się ukryć, że łamie prawo. Powoływał się na prawa, które przysługiwały mu jako radnemu i obywatelowi Federacji, ale ona nie próbowała nawet stworzyć pozorów, że coś dla niej znaczą.

A teraz znowu ten Pelorat, zdziwaczały uczony, który zdawał się nie wiedzieć na jakim świecie żyje, mówi mu, że ta straszna baba przygotowywała się do tego od paru tygodni.

Czuł się faktycznie jak chłopiec, którym go nazwała.

Miał się udać na wygnanie z historykiem, który bez przerwy zwracał się do niego „drogi przyjacielu” i który wydawał nie posiadać się z radości, że rozpoczyna poszukiwania jakiejś Ziemi.

Czym, na babkę Muła, była ta Ziemia?

Przecież pytał o to. Oczywiście! Zapyta! od razu, kiedy Pelorat wymienił tę nazwę. Powiedział:

— Proszę mi wybaczyć, profesorze. Jestem zupełnym ignorantem w pana dziedzinie i mam nadzieję, że nie będzie pan mi miał za złe, jeśli poproszę o wyjaśnienie w przystępnych słowach. Co to jest Ziemia?

Pelorat gapił się na niego dobre dwadzieścia sekund, zanim odpowiedział:

— To planeta. Ta, na której po raz pierwszy pojawiły się istoty ludzkie, drogi przyjacielu.

Teraz Trevize wytrzeszczył oczy na Pelorata.

— Pojawiły się po raz pierwszy? Skąd?

— Znikąd. To planeta, na której, w drodze ewolucji od niższych zwierząt, narodził się rodzaj ludzki.

Trevize myślał chwilę, po czym potrząsnął głową.

— Nie rozumiem.

Na twarzy Pelorata pojawił się grymas irytacji, ale szybko zniknął. Profesor chrząknął i powiedział: — Był taki czas, kiedy na Terminusie nie było istot ludzkich. Został zasiedlony przez ludzi z innych światów. Przypuszczam, że o tym pan wie?

— Oczywiście — odparł ze zniecierpliwieniem Trevize. Denerwował go mentorski ton jego rozmówcy.

— Bardzo dobrze. Tak samo było na wszystkich innych światach. Na Anakreonie, Santanni, Kalganie — na wszystkich. Każdy z nich został, w jakimś okresie przeszłości, założony. Ludzie przybyli tam z innych światów. To dotyczy nawet Trantora. Był wielką metropolią może przez dwadzieścia tysięcy lat, ale nie przedtem.

— No a jaki był przedtem?

— Pusty. A przynajmniej nie było tam ludzi.

— Trudno w to uwierzyć

— Ale to prawda. Świadczą o tym stare zapiski.

— A skąd przybyli ludzie, którzy go skolonizowali?

— Nie ma co do tego pewności. Są setki planet, których mieszkańcy utrzymują, że były one zasiedlone już w okrytej mrokiem starożytności, i opowiadają fantastyczne historie o przybyciu tam pierwszych ludzi. Historycy nie dają wiary tym opowieściom i starają się rozwiązać Problem Pochodzenia.

— A co to takiego? Nigdy o tym nie słyszałem.

— Nie dziwi mnie to. Przyznaję, że w obecnych czasach kwestia ta nie cieszy się zbytnim zainteresowaniem historyków, ale był taki okres u schyłku Imperium, że była dość popularna wśród intelektualistów. Salvor Hardin wspomina o tym krótko w swoich pamiętnikach. To problem ustalenia planety, na której się to wszystko zaczęło. Jeśli będziemy patrzeć wstecz, to przekonamy się, że ludzie zamieszkali na świeżo założonych światach wywodzili się ze starszych światów, tamci z jeszcze starszych i tak dalej, aż w końcu dojdziemy do świata, gdzie się to wszystko zaczęło, czyli do kolebki ludzkości.

Trevize od razu wychwyci! oczywisty błąd w rozumowaniu Pelorata. — A nie mogło być więcej tych kolebek?

— Oczywiście, że nie. Wszystkie istoty ludzkie w Galaktyce należą do jednego rodzaju. A jeden rodzaj nie może się wywodzić z więcej niż jednej planety. To zupełnie niemożliwe.

— Skąd pan wie?

— Po pierwsze… — Pelorat odchylił pierwszym palcem prawej ręki pierwszy palec lewej dłoni i w tym momencie najwidoczniej uświadomił sobie, że musiałby wygłosić długi i zawiły wykład. Opuścił obie ręce i powiedział z wielką powagą: — Drogi przyjacielu, daję ci słowo honoru, że tak jest.

Trevize zrobił głęboki ukłon i rzekł: — Nawet mi przez myśl nie przemknęło, żeby panu nie wierzyć, profesorze. Powiedzmy więc, że tylko jedna planeta była kolebką ludzkości, ale czy nie mogłyby sobie rościć praw do tego zaszczytu setki planet?

— Nie tylko mogłyby, ale faktycznie roszczą. Jednak wszystkie z tych roszczeń są bezpodstawne. Na żadnej z planet, które aspirują do tytułu kolebki ludzkości, nie znaleziono żadnych śladów społeczności prehiperprzestrzennej, nie mówiąc już o śladach ewolucji od organizmów niższych.

— I twierdzi pan, że jest planeta, która rzeczywiście była kolebką ludzkości, ale z jakichś przyczyn nic domaga się uznania tego faktu?

— Trafił pan dokładnie.

— I ma pan zamiar odszukać ją?

— My mamy zamiar. To nasza misja. Zorganizowała to wszystko burmistrz Branno. Doprowadzi pan nasz statek na Trantor.

— Na Trantor? On przecież nie był kolebką ludzkości. Sam pan to przed chwilą powiedział.

— Oczywiście, że nie był. Była nią Ziemia.

— No to dlaczego nie mówi mi pan, że mam poprowadzić statek na Ziemię?

— Nie wyraziłem się jasno. Ziemia to nazwa legendarna, uświęcona przez starożytne mity. Jakie było pierwotne znaczenie tej nazwy, nie wiemy, ale jest wygodnym, jedno wy razowy m synonimem określenia „planeta, na której narodził się rodzaj ludzki”. Natomiast która planeta była faktycznie określana tym mianem — nie wiadomo.

— A na Trantorze będą to wiedzieć?

— Mam nadzieję znaleźć tam odpowiednie informacje. Trantor ma Bibliotekę Galaktyczną, największą bibliotekę w całym systemie.

— Ta biblioteka została na pewno przeszukana przez ludzi, którzy — jak pan powiedział — interesowali się tym zagadnieniem w czasach Pierwszego Imperium.

Pelorat pokiwał w zamyśleniu głową. — Tak, ale może nie dość dokładnie. Mam dużo wiadomości dotyczących Problemu Pochodzenia, których ci ludzie, żyjący pół tysiąca lat temu, być może nie znali. Widzi pan, ja mógłbym zbadać te stare przekazy z większą znajomością rzeczy, z lepszym zrozumieniem. Rozmyślam nad tym od dość dawna i mam pewną hipotezę.

— Myślę, że powiedział pan o tym wszystkim pani burmistrz i uzyskał jej aprobatę?

— Aprobatę? Drogi przyjacielu, przyjęła to wręcz entuzjastycznie. Powiedziała mi, że Trantor jest na pewno tym miejscem, gdzie znajdę wszystko, czego mi potrzeba.

— Bez wątpienia — mruknął Trevize.

To między innymi nie, dawało mu spać tej nocy. Burmistrz Branno wysyłała go, żeby dowiedział się, czego tylko będzie mógł o Drugiej Fundacji. Wysyłała z nim Pelorata, żeby mógł ukryć prawdziwy cel swej podróży pod przykrywką poszukiwania Ziemi, poszukiwania, które mogło zawieść go w każdy kąt Galaktyki. Prawdę mówiąc, była to doskonała przykrywka i wzbudziła w nim podziw dla pomysłowości pani burmistrz.

Ale Trantor? Gdzie tu sens? Jak tylko znajdą się na Trantorze, Pelorat natychmiast zagrzebie się w bibliotece i nikt go stamtąd nie wyciągnie. Mając do dyspozycji niezmierzone stosy książek, taśm i dysków, zapisanych według nieprzeliczonych systemów komputerowych i symbolicznych, na pewno nie będzie miał ochoty wyjść stamtąd.

Poza tym… Kiedyś, w czasach Muła, na Trantor poleciał Ebling Mis. Wieść niosła, że odkrył położenie Drugiej Fundacji i umarł, zanim zdążył to wyjawić. Ale potem znalazła się tam Arkady Darell i jej również udało się odkryć, gdzie znajduje się Druga Fundacja. Ale miejsce, które odkryła, znajdowało się na samym Terminusie i tam gniazdo Drugiej Fundacji zostało zniszczone. Bez względu zatem na to, gdzie się teraz znajdowała Druga Fundacja, było to na pewno zupełnie inne miejsce, a więc o czym jeszcze mogliby się dowiedzieć na Trantorze? Gdyby miał szukać Drugiej Fundacji, to mógłby udać się gdziekolwiek, ale nie na Trantor.

Poza tym… Co jeszcze planuje Branno, nie wiedział, ale nie miał zamiaru wyświadczać jej przysługi. Branno przyjęła entuzjastycznie projekt podróży na Trantor, tak? No to właśnie, że nie polecą na Trantor! Obojętnie gdzie, ale nie na Trantor.

Kiedy zmęczony Trevize zapadł wreszcie w nierówny sen, zbliżał się. już świt.

<p>11.</p>

Następny dzień po aresztowaniu Trevizego był pomyślny dla burmistrz Branno. Chwalono ją bardziej, niż na to zasłużyła, nie wspominając ani słowem o incydencie na posiedzeniu Rady.

Mimo to wiedziała dobrze, że Rada wkrótce otrząśnie się i podniesie tę kwestię. Musiała szybko działać. Odkładając więc na bok wszystkie inne sprawy, zajęła się sprawą Trevizego.

W czasie kiedy Trevize dyskutował z Peloratem o Ziemi, Branno spotkała się w swoim biurze z radnym Munnem Li Comporem. Ponieważ Compor, zupełnie odprężony, siedział naprzeciw niej, po drugiej stronie biurka, mogła go jeszcze raz ocenić.

Był niższy i drobniejszy od Trevizego i tylko dwa lata starszy. Obaj byli radnymi od niedawna, obaj byli młodzi i śmiali i to musiała być jedyna łącząca ich więź, gdyż poza tym różnili się pod każdym względem.

Podczas gdy Trevize zdawał się groźnie promieniować, Compor świecił łagodnym blaskiem niezachwianej pewności siebie. Być może wrażenie takie sprawiały jego jasne włosy i niebieskie oczy, nieczęsto spotykane u mieszkańców Fundacji. Nadawały mu one niemal dziewczęcą delikatność, dzięki czemu (jak osądziła Branno) był mniej atrakcyjny dla kobiet niż Trevize. Mimo to Compor był wyraźnie dumny ze swego wyglądu. Włosy nosił długie i starannie ułożone, a powieki miał umalowane na jasnoniebiesko, aby podkreślić kolor oczu. (W ostatnim dziesięcioleciu cieniowanie powiek na różne kolory stało się bardzo modne wśród mężczyzn.)

Nie był kobieciarzem. Żył statecznie z żoną, ale dotąd nie zgłosił zamiaru posiadania dzieci, a poza tym było wiadomo, że ma stałą kochankę, z którą spotyka się potajemnie. Tym również różnił się od Trevizego, który zmieniał partnerki równie często jak utrzymywane w krzykliwych kolorach pasy, z czego był bardzo znany.

W życiu obu radnych było niewiele szczegółów, których nie udało się wykryć ludziom Kodella, a sam Kodell siedział cicho w rogu pokoju, promieniując, jak zawsze, życzliwością.

— Radny Compor — powiedziała Branno — wyświadczył pan Fundacji wielką przysługę, ale nie jest ona niestety tego rodzaju, żeby można było panu wyrazić publicznie uznanie albo wynagrodzić to w normalny sposób.

Compor uśmiechnął się. Miał białe, równe zęby i Branno przez chwilę zastanawiała się, zupełnie bez związku ze sprawą, czy tak wyglądają wszyscy ludzie z sektora Syriusza. Opowieści Compora o tym, że wywodzi się z tego, raczej peryferyjnego, regionu opierały się na relacjach jego babki ze strony matki, która również była blondynką o niebieskich oczach i utrzymywała, jakoby jej matka pochodziła z sektora Syriusza. Jednak według Kodella nie było na to pewnych dowodów.

„Wiadomo, jakie są kobiety — powiedział Kodell. — Mogła sobie zmyślić pochodzenie z dalekiego i egzotycznego świata, żeby wydać się bardziej atrakcyjną niż była w istocie”.

„To takie są kobiety? — spytała sucho Branno, a Kodell uśmiechnął się i wybąkał, że oczywiście miał na myśli zwyczajne kobiety”.

— Nie jest konieczne, żeby mieszkańcy Fundacji dowiedzieli się o wyświadczonej przeze mnie przysłudze, wystarczy, że pani o tym wie — rzekł Compor.

— Wiem i nie zapomnę. I nie zrobię jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie nie pozwolę, żeby pan przypuszczał, że pańskie zobowiązania na tym się skończyły. Obrał pan trudny kurs i musi pan go kontynuować. Chcemy wiedzieć więcej o Trevizem.

— Powiedziałem wszystko, co wiem.

— Może chciałby pan, żebym tak myślała. Może nawet sam pan tak myśli. Niemniej jednak) proszę odpowiedzieć na moje pytania. Zna pan gentlemana o nazwisku Janov Pelorat?

Czoło Compora zmarszczyło się, ale niemal natychmiast wygładziło z powrotem. Rzekł ostrożnie: — Może bym go poznał, gdybym go zobaczył, ale nazwisko nic mi nie mówi.

— Jest naukowcem.

Usta Compora ułożyły się w raczej pogardliwe, choć niewypowiedziane „O!”, jak gdyby był zdziwiony, że burmistrz podejrzewa go o znajomości z naukowcami.

— Pelorat to interesujący człowiek, który z osobistych powodów pragnie odwiedzić Trantor. Będzie mu towarzyszył radny Trevize. Otóż, skoro był pan bliskim przyjacielem Trevizego i być może zna jego sposób myślenia, niech mi pan powie, czy zdaniem pana Trevize zgodzi się lecieć na Trantor?

— Jeśli dopilnuje pani, żeby Trevize wsiadł na statek i jeśli statek ten poleci na Trantor, to czy będzie mógł on zrobić coś innego niż lecieć tam? — odparł Compor. — Na pewno nie sugeruje pani, że wznieci bunt i przejmie statek.

— Nie zrozumiał pan. On i Pelorat będą sami na statku, a Trevize będzie siedział za sterami.

— Pyta pani, czy dobrowolnie poleci na Trantor?

— Tak, pytam właśnie o to.

— Pani burmistrz, skąd mogę wiedzieć, co on zrobi?

— Radny Compor, był pan blisko z Trevizem. Wie pan, że wierzy on w istnienie Drugiej Fundacji. Czy nigdy nie mówił panu, gdzie jego zdaniem mieści się Druga Fundacja, gdzie można ją znaleźć?

— Nigdy, pani burmistrz.

— Myśli pan, że ją znajdzie?

Compor roześmiał się. — Myślę, że Druga Fundacja, bez względu na to, czym była i jak była ważna, została zniszczona za czasów Arkady Darell. Wierzę w jej opowieść.

— Naprawdę? W takim razie dlaczego zdradził pan przyjaciela? Jeśli szuka tego, co nie istnieje, to jaką szkodę mógłby nam wyrządzić rozpowszechniając swoje dziwaczne teorie?

— Nie tylko prawda może być szkodliwa — odparł Compor. — Jego teorie może są dziwaczne, ale głosząc je, mógłby wzbudzić niepokój w społeczeństwie Terminusa i wyzwalając wątpliwości i obawy co do roli Fundacji w wielkim dramacie historii Galaktyki, osłabić jej przewodnią rolę w Federacji i zniweczyć marzenia o Drugim Imperium Galaktycznym. Musiała pani sama tak pomyśleć, bo w przeciwnym razie nie kazałaby go pani aresztować w sali posiedzeń Rady, a teraz nie zmuszałaby go pani do udania się na wygnanie bez procesu sądowego. Dlaczego pani to zrobiła, pani burmistrz, jeśli wolno mi spytać?

— Może dlatego, że byłam na tyle ostrożna, by przypuścić, że istnieje, niewielka co prawda, możliwość, że on ma rację i że w związku z tym otwarte głoszenie takich poglądów może być dla nas jak najbardziej bezpośrednio niebezpieczne?

Compor nic na to nie powiedział.

— Zgadzam się z panem — mówiła dalej Bran — no — ale z racji mego urzędu jestem zmuszona wziąć taką możliwość pod uwagę. Pozwoli pan, że jeszcze raz spytam, czy wie pan o czymś, co mogłoby nam wskazać gdzie, jego zdaniem, mieści się Druga Fundacja i gdzie mógłby się udać.

— Nie wiem o niczym.

— Nigdy o niczym nie napomykał?

— Nie, oczywiście, że nie.

— Nigdy? Niech się pan tak nie spieszy z odpowiedzią. Proszę pomyśleć. Nigdy?

— Nigdy — rzekł stanowczo Compor.

— Nie robił żadnych aluzji? Nie dowcipkował na ten temat? A może rysował czy pisał coś machinalnie? A może zamyślał się w chwilach, które teraz, kiedy pan do nich wróci pamięcią, okażą się znaczące?

— Nic z tych rzeczy. Mówię pani, że te jego rojenia na temat Drugiej Fundacji są zupełnie mgliste. Wie pani o tym i traci pani tylko niepotrzebnie czas i zdrowie, zajmując się tym.

— Czy pan przypadkiem nie zmienił nagle frontu i nie broni przyjaciela, którego mi pan wydal?

— Nie — odparł Compor. — Wydałem go w pani ręce, bo tak mi nakazywał patriotyzm. Nie widzę żadnego powodu, żebym musiał tego żałować albo zmienić swój stosunek do tej sprawy.

— A zatem nie potrafi mi pan dać żadnej wskazówki co do tego, gdzie on się może udać, skoro tylko dostanie statek?

— Jak już powiedziałem…

— Jednak, panie radny — tu zmarszczki na twarzy pani burmistrz ułożyły się tak, by nadać jej wyraz zadumy — chciałabym wiedzieć dokąd poleci.

— Myślę, że w takim razie powinna pani umieścić na jego statku nadajnik nadprzestrzenny.

— Pomyślałam o tym, panie radny. Trevize jest jednak podejrzliwy i obawiam się, że odkryje nadajnik, choćbyśmy nie wiem jak przemyślnie go ukryli. Oczywiście można by go zainstalować w taki sposób, żeby nie dało się go było usunąć nie uszkadzając przy tym statku, co zmusiłoby go do zostawienia nadajnika na miejscu…

— Znakomity pomysł.

— Tylko że — podjęła Branno — w takiej sytuacji czułby się kontrolowany i mógłby nie polecieć tam, gdzie by poleciał, gdyby czuł się wolny i nieskrępowany. Wiedza, którą bym wtedy zdobyła, byłaby dla mnie bezwartościowa.

— Wygląda na to, że w tej sytuacji nie może pani W żaden sposób dowiedzieć się dokąd poleci.

— Mogę, bo mam zamiar użyć bardzo prymitywnych środków. Osoba, która spodziewa się bardzo wyrafinowanych metod i nastawia się na obronę przed nimi, raczej nie pomyśli o metodach prymitywnych… Myślę o tym, żeby posłać kogoś, kto go będzie śledził.

— Śledził?

— Tak. Inny pilot w innym statku. Zaskoczyło to pana, co? On byłby równie zaskoczony. Może nie pomyśli o tym, żeby przebadać przestrzeń i sprawdzić, czynie towarzyszy mu jakaś masa, a w każdym razie postaramy się o to, żeby jego statek nie był wyposażony w urządzenia do wykrywania masy.

— Pani burmistrz — rzekł Compor — pozostaję dla pani z całym szacunkiem, ale muszę zwrócić pani uwagę na fakt, że nie jest pani ekspertem w sprawach lotów kosmicznych. Posłać jeden statek za drugim, żeby go śledził — tego się nigdy nie robi, bo to jest po prostu niemożliwe. Trevize ucieknie przy okazji pierwszego skoku przez nadprzestrzeń. Nawet jeśli nie będzie wiedział, że ktoś za nim leci, to i tak pierwszy skok będzie skokiem w wolność. Jeśli nie będzie miał na pokładzie nadajnika, to nie będzie go można wyśledzić.

— Przyznaję, że nie mam doświadczenia w tych sprawach. W przeciwieństwie do pana i Trevizego nie zostałam przeszkolona w zakresie lotów kosmicznych. Niemniej jednak wiem od swoich doradców — którzy przeszli takie przeszkolenie — że jeśli obserwuje się statek bezpośrednio przed skokiem, to jego prędkość, przyspieszenie oraz kierunek lotu pozwalają, choć w sposób ogólny, odgadnąć jaki to będzie skok. Jeśli się ma przy tym dobry komputer i umiejętność trafnego przewidywania, to można zdublować ten skok na tyle dokładnie, żeby podjąć trop wyjściowy, szczególnie kiedy ten, kto dubluje, dysponuje dobrym detektorem masy.

— To się może udać raz — zaprotestował energicznie Compor — nawet dwa razy, jeśli ma się szczęście, ale na tym koniec. Nie można polegać na takich metodach.

— My być może możemy… Panie radny, pan w swoim czasie brał udział w wyścigach w nadprzestrzeni. Jak pan widzi, dużo wiemy o panu. Jest pan znakomitym pilotem, a jeśli chodzi o ściganie rywala w czasie skoku, dokonywał pan zdumiewających rzeczy.

Compor wytrzeszczył oczy. Prawie zwinął się na krześle. — Wtedy byłem na studiach. Teraz jestem starszy.

— Nie jest pan taki stary. Nie ma pan jeszcze trzydziestu pięciu lat. W związku z tym, to pan będzie śledził Trevizego, panie radny. Poleci pan za nim, tam, gdzie i on, i prześle pan nam meldunek o tym. Wyleci pan zaraz po nim, a on rusza za kilka godzin. Jeśli pan odmówi, zostanie pan oskarżony o zdradę i uwięziony. Jeśli weźmie pan statek, który dostarczę panu, i nie poleci za Trevizem, to nie musi pan zawracać sobie głowy powrotem. Zostanie pan zestrzelony, jeśli spróbuje pan wrócić.

Compor poderwał się na równe nogi.

— Mam swoje życie! Mam pracę! Mam żonę! Nie mogę tego wszystkiego zostawić.

— Będzie pan musiał. Ci z nas, którzy wybrali służbę Fundacji, muszą być zawsze gotowi służyć jej w razie potrzeby, nawet jeśli jest to dla nich niewygodne i długo trwa.

— Oczywiście moja żona leci ze mną.

— Ma mnie pan za idiotkę? Oczywiście zostaje tutaj.

— W charakterze zakładniczki?

— Jeśli pan chce tak to nazwać. Ja osobiście wolę stwierdzenie, że pana misja jest bardzo niebezpieczna i z dobroci serca pragnę, aby została tu, gdzie nic jej nie grozi… Zresztą rzecz nie podlega dyskusji. Jest pan aresztowany, tak jak Trevize, i pewna jestem, że pan rozumie, iż muszę działać szybko — zanim zniknie euforia, która teraz przepełnia mieszkańców Terminusa. Obawiam się, że moja gwiazda zacznie wkrótce gasnąć.

<p>12.</p>

— Nie patyczkowała się z nim pani — powiedział Kodell.

— A niby dlaczego miałabym się patyczkować? — odparła pogardliwie pani burmistrz. — Zdradził przyjaciela.

— To było dla nas korzystne.

— Tak, tym razem. Ale następna zdrada mogłaby już nie być korzystna.

— A dlaczego miałaby być następna?

— Niech pan posłucha, Liono — odparła ze zniecierpliwieniem Branno — proszę nie udawać durnia. Nie można ufać komuś, kto już raz pokazał, że potrafi prowadzić podwójną grę, bo w każdej chwili może podjąć ją na nowo.

— On może wykorzystać te swoje umiejętności po to, żeby znowu skumać się z Trevizem. Razem mogą…

— Sam pan w to nie wierzy. W swoim zaślepieniu i naiwności Trevize zmierza do celu prostą drogą. On nie uznaje zdrady i nigdy, w żadnych okolicznościach, nie zaufa już Comporowi.

— Przepraszam, pani burmistrz — powiedział Kodell — ale chciałbym się upewnić, czy dobrze panią rozumiem. Na ile zatem może pani zaufać Comporowi? Skąd pani wie, czy on naprawdę poleci za Trevizem i czy uczciwie będzie informował o tym, co robi? Liczy pani, że zmusi go do tego obawa o żonę? Pragnienie powrotu do niej? — I jedno, i drugie to ważne czynniki, ale za bardzo na nie liczę. Na statku Compora będzie nadajnik nadprzestrzenny. Trevize może podejrzewać, że będziemy go śledzić, więc może szukać nadajnika. Natomiast Compor, który będzie śledził, raczej nie spodziewa się, że sam będzie śledzony i przypuszczam, że nie będzie szukał. Oczywiście mogę się mylić i wtedy musimy liczyć na jego przywiązanie do żony.

Kodell roześmiał się.

— I pomyśleć, że kiedyś to ja musiałem panią uczyć. A jaki jest cel tego śledzenia?

— Podwójne zabezpieczenie. Jeśli Trevize zostanie schwytany, to być może Comporowi uda się umknąć i przekazać nam informacje, których nie będzie mógł nam dostarczyć Trevize.

— Jeszcze jedno pytanie. A co będzie, jeśli Trevize odnajdzie Drugą Fundację i dowiemy się o tym od niego albo od Compora, albo jeśli będziemy mieli powody podejrzewać, że ona istnieje, mimo że obaj zginą?

— Myślę, że Druga Fundacja istnieje, Kodell — odparła Branno. — W każdym razie Plan Seldona nie będzie nam już długo służył. Wielki Hari Seldon opracował go w ostatnich dniach ginącego Imperium, kiedy skończył się zupełnie postęp technologiczny. Seldon też był produktem swej epoki bez względu na to jak wspaniała była ta na poły mityczna psychohistoria, nie mogła się ona oderwać od korzeni, z których wyrosła. Z pewnością nie uwzględniła faktu, że nastąpi tak szybki postęp technologiczny, jaki dokonał się w Fundacji, szczególnie w ostatnim stuleciu. Mamy detektory masy, o jakich nie śniło się ludziom w czasach Imperium, komputery, które reagują na polecenia wydawane w myśli, a przede wszystkim ekrany chroniące przed ingerencją obcej woli czy siły psychicznej. Druga Fundacja już niedługo nie będzie mogła nami manipulować, nawet jeśli w tej chwili może to jeszcze robić. U schyłku swoich rządów chcę być tą osobą, która wprowadzi Fundację na nową drogę.

— A jeśli nie ma Drugiej Fundacji?

— To wejdziemy na nową drogę od razu.

<p>13.</p>

Niespokojny sen, w który w końcu zapadł Trevize, nie trwał długo. Obudziło go powtórne dotknięcie czyjejś dłoni na ramieniu. Zerwał się, rozglądając się nieprzytomnie i wyraźnie nie mogąc zrozumieć, dlaczego nie budzi się w swoim łóżku. — Co… Co… — wyjąkał.

— Przepraszam pana, Trevize — powiedział Pelorat. — Jest pan moim gościem i powinienem pozwolić panu porządnie wypocząć, ale jest tu pani burmistrz.

Pelorat stal obok jego łóżka w flanelowej piżamie i lekko dygotał. Trevize oprzytomniał i przypomniał sobie wszystko.

Burmistrz Branno siedziała w salonie Pelorata, opanowana jak zawsze. Był z nią Kodell. Siedział, gładząc swój siwy wąs.

Trevize obciągnął i wygładził pas, zastanawiając się, jak długo tych dwoje może obejść się bez siebie. — Czyżby rada doszła już do siebie? — spytał szyderczo — Czyżby jej członkowie zainteresowali się nieobecnością jednego spośród nich?

— Widać pewne oznaki powrotu do życia — odparła Branno — ale są one jeszcze zbyt słabe, żeby mógł pan wiązać z nimi jakieś nadzieje. Bez wątpienia jestem nadal na tyle silna, żeby zmusić pana do opuszczenia Terminusa. Zostanie pan przewieziony na Kosmodrom Krańcowy…

— A nie do Portu Kosmicznego na Terminusie, pani burmistrz? Czy mam zostać pozbawiony widoku tłumu żegnającego mnie ze łzami w oczach?

— Widzę, panie radny, że wróciła panu ochota do błazeństw i cieszę się z tego. Ucisza to moje ewentualne wyrzuty sumienia. Pan i profesor Pelorat wystartujecie bez rozgłosu z Kosmodromu Krańcowego.

— I nigdy nie wrócimy?

— I być może nigdy nie wrócicie. Oczywiście — tu uśmiechnęła się lekko — jeśli odkryje pan coś tak bardzo ważnego, że nawet ja chętnie ujrzę pana z powrotem, wróci pan. Może nawet zostanie pan powitany z honorami.

Trevize skinął niedbale głową. — I to się może zdarzyć — rzekł.

— Prawie wszystko może się zdarzyć. W każdym razie będzie się panu podróżować wygodnie. Dostaje pan dopiero co ukończony krążownik kieszonkowy nazwany, na pamiątkę statku Hobera Mallowa, „Odległą Gwiazdą”. Do obsługi wystarczy jedna osoba, chociaż mogą się w nim wygodnie pomieścić trzy.

Trevize nagle zapomniał o swej starannie wystudiowanej niedbałej pozie i ironii. — Z pełnym uzbrojeniem? — spytał.

— Bez uzbrojenia, ale poza tym całkowicie wyposażony. Gdziekolwiek się udacie, jesteście obywatelami Fundacji i możecie zwrócić się do naszego konsula, nie będziecie więc potrzebowali broni. W razie potrzeby będziecie mogli korzystać z naszych funduszy… Nie są one nieograniczone, warto dodać.

— Jest pani hojna.

— Wiem o tym, panie radny. I jeszcze jedno. Pomaga pan profesorowi Peloratowi w jego poszukiwaniach Ziemi. Bez względu na to, czego pana zdaniem pan szuka, poszukujecie Ziemi. Musi to być jasne dla wszystkich, których spotkacie. I niech pan pamięta o tym, że „Odległa Gwiazda” jest nieuzbrojona.

— Poszukuję Ziemi — powiedział Trevize. — Doskonale o tym wiem.

— A zatem ruszajcie.

— Proszę mi wybaczyć, ale są jeszcze pewne sprawy, których nie omówiliśmy. W swoim czasie prowadziłem różne statki, ale nigdy nie siedziałem za sterami najnowszego modelu krążownika kieszonkowego. Co będzie, jeśli się okaże, że nie potrafię nim kierować?

— Powiedziano mi, że „Odległa Gwiazda” jest całkowicie skomputeryzowana… I od razu wyjaśniam, żeby pan nie pytał, że nie musi pan wiedzieć, jak posługiwać się komputerem najnowszej generacji. On sam panu wyjaśni wszystko, co będzie pan musiał wiedzieć. Ma pan jeszcze jakieś życzenia?

Trevize spojrzał ponuro na swoje spodnie. — Chcę zmienić ubranie.

— Znajdzie pan ubranie na statku. Także te pasy czy jak to się nazywa. Profesor Pelorat też został zaopatrzony w to, czego mu trzeba. Wszystko, co mieści się w granicach rozsądku, jest już na statku, chociaż muszę dodać, że nie obejmuje to towarzystwa pań.

— To niedobrze — rzekł Trevize. — Byłoby przyjemniej, chociaż tak się składa, że akurat w tej chwili nie widzę odpowiedniej kandydatki. No, ale przypuszczam, że Galaktyka jest raczej gęsto zaludniona i że kiedy już będę daleko od Terminusa, będę mógł robić, co mi się podoba.

— Jeśli chodzi o towarzystwo? To pana sprawa.

Podniosła się ciężko. — Nie odwiozę pana na kosmodrom — powiedziała — ale są tu tacy, co to zrobią i radzę nie próbować robić nic poza tym, co panu powiedziano. Myślę, że zastrzelą pana, jeśli tylko spróbuje pan ucieczki. Ponieważ nie będzie mnie tam, nie będą mieli żadnych zahamowań.

— Nie wykonam żadnego podejrzanego ruchu, pani burmistrz, ale…

— Słucham.

Trevize zastanawiał się przez chwilę i w końcu powiedział z uśmiechem, który — miał nadzieję — wyglądał na niewymuszony: — Może przyjść taki moment, że poprosi mnie pani, żebym spróbował coś zrobić. Postąpię wtedy tak, jak będę uważał za stosowne, ale będę pamiętał ostatnie dwa dni.

Burmistrz Branno westchnęła. — Niech mi pan oszczędzi słuchania melodramatycznych przemówień. Jeśli taki moment nadejdzie, to trudno, ale na razie nie proszę o nic.


9.

<p>9.</p>

Janov Pelorat miał siwe włosy, a jego twarz, kiedy był w dobrym nastroju, miała raczej bezmyślny wyraz. Rzadko zdarzało się, że nie był w dobrym nastroju. Był średniego wzrostu i tuszy i zwykł poruszać się bez pośpiechu, i mówić z namysłem. Miał pięćdziesiąt dwa lata, ale wyglądał na znacznie starszego.

Nigdy nie opuszczał Terminusa, co było zupełnie niezwykłe, szczególnie, w przypadku osób jego profesji. On sam nie wiedział, czy ten osiadły tryb życia wziął się z jego obsesyjnego zainteresowania historią czy też przywykł do niego pomimo, a może wbrew swej pasji.

Zainteresowanie owo objawiło się zupełnie niespodziewanie, kiedy miał piętnaście lat i w czasie jakiejś choroby dostał zbiór legend z dawnych czasów, W legendach tych powtarzał się wątek samotnego odseparowanego od reszty Galaktyki świata, który jednak nie zdawał sobie sprawy ze swej izolacji, gdyż nie znał nic innego.

Od razu zaczął zdrowieć. Nie minęły dwa dni, a już zdążył przeczytać tę książkę trzy razy i wstał z łóżka. Następnego dnia siedział już przy swoim komputerze i sprawdzał, czy biblioteka uniwersytecka ma w swoich zbiorach coś na temat tych legend.

Od tamtej pory zajmował się właśnie takimi legendami. Biblioteka uniwersytecka na Terminusie nie spełniła niestety pokładanych w niej nadziei, ale kiedy podrósł, odkrył z radością, że istnieje coś takiego, jak wymiana międzybiblioteczna. Miał w swych zbiorach odbitki komputerowe, przesyłane przez nadprzestrzeń z miejsc tak odległych jak Ifhi.

Został w końcu profesorem historii starożytnej i po dwudziestu siedmiu latach od tej chwili właśnie rozpoczynał swój pierwszy roczny urlop od zajęć akademickich, o który wystąpił z zamiarem udania się (po raz pierwszy w życiu) w podróż kosmiczną aż do samego Trantora.

Pelorat zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że mieszkaniec Terminusa, który nigdy jeszcze nie był w przestrzeni, musi budzić ogólne zdumienie. Nigdy nie było jego zamiarem zyskać rozgłos w tak szczególny sposób. Po prostu tak się jakoś zawsze składało, że kiedy już miał wyruszyć w przestrzeń, wpadło mu w ręce jakieś nowe studium, nowa książka czy analiza. Odkładał wówczas podróż do czasu, aż dokładnie zbada owo novum i doda, jeśli to możliwe, jakiś fakt, spekulacje czy wyobrażenia o interesujących go sprawach do ogromnej góry informacji, które już zgromadził. Kończyło się zaś zawsze tak, że żałował tylko i jedynie tego, że ta akurat wyprawa, którą właśnie był przedsięwziął, nie doszła do skutku.

Trantor był stolicą pierwszego Imperium Galaktycznego. Przez dwanaście tysięcy lat był siedzibą imperatorów, a przedtem stolicą jednego z najważniejszych królestw, które po trochu i powoli podbiło lub przyłączyło do siebie w inny sposób pozostałe królestwa i stworzyło Imperium.

Trantor był miastem obejmującym obszar całego świata, światem pokrytym w całości metalem. Pelorat czytał o tym w pracach Gaala Dornicka, który odwiedził Trantor za czasów samego Hariego Seldona. Dzieło Dornicka już od dawna było białym krukiem i Pelorat mógłby sprzedać swój egzemplarz za sumę równą, jego półrocznym dochodom, ale sama myśl o tym, że mógłby się rozstać z takim skarbem, napełniała go przerażeniem.

Oczywiście tym, co interesowało Pelorata na Trantorze, była Biblioteka Galaktyczna, która w czasach Imperium (kiedy nosiła nazwę Biblioteki Imperatorskiej) miała największe zbiory ze wszystkich bibliotek w Galaktyce. Trantor był stolicą najpotężniejszego i najludniejszego imperium w dziejach ludzkości. Był właściwie jednym wielkim miastem liczącym ponad czterdzieści miliardów mieszkańców, a jego biblioteka zgromadziła owoce całej twórczej (a także niezbyt twórczej) pracy ludzkości, sumę ówczesnej wiedzy. Była skomputeryzowana w tak zawiły sposób, że zatrudniała specjalnych fachowców od obsługi komputerów.

Co najbardziej istotne, Biblioteka przetrwała. I to było dla Pelorata najbardziej zdumiewające. Kiedy dwa i pół wieku temu Trantor padł i został doszczętnie złupiony i zniszczony, a jego ludność zdziesiątkowana, Biblioteka, chroniona (jak mówiono) przez studentów, którzy dysponowali jakąś fantastyczną bronią, pozostała nietknięta. (Niektórzy uważają, że historia obrony Biblioteki przez studentów jest w znacznej mierze zmyślona.)

W każdym razie, Biblioteka przetrwała okres zniszczeń. Ebling Mis pracował w nietkniętej Bibliotece otoczonej zewsząd ruinami, kiedy to znalazł się o krok od odkrycia położenia Drugiej Fundacji (tak przynajmniej przedstawiały to świadectwa z tamtych czasów, w które nadal wierzył jedynie lud Fundacji, historycy bowiem odnosili się zawsze do tych relacji z rezerwą). Trzy pokolenia Darellów — Bayta, Toran i Arkady — odwiedziły, każde w swoim czasie, Trantor. Jednak Arkady nie zwiedziła Biblioteki, a od jej czasów Biblioteka nie związała się już ani razu z historią Galaktyki.

Od stu dwudziestu lat nie odwiedził Trantora nikt z Fundacji, ale nie było powodu przypuszczać, że Biblioteka nie stoi dalej, nietknięta, na swoim miejscu; To, że Biblioteka nie pojawiła się więcej w historii, było najlepszym dowodem na jej dalsze istnienie, jej zagłada bowiem narobiłaby z pewnością hałasu.

Biblioteka była przestarzała, archaiczna — była taką już w czasach Eblinga Misa — ale to było nawet lepiej. Pelorat zawsze zacierał ręce z zadowolenia, kiedy słyszał o jakiejś starej czy przestarzałej bibliotece. Im jakaś biblioteka była starsza, tym większe było prawdopodobieństwo, że zawiera to, czego on szuka. Marzył nawet czasami, że wchodzi do biblioteki i pyta z biciem serca: „Czy ta biblioteka została zmodernizowana? Może wyrzuciliście stare taśmy i dyski?” I zawsze wyobrażał sobie, że .stary, zakurzony bibliotekarz odpowiada: „Wszystko jest tak, jak dawniej”.

I oto teraz jego marzenia miały się spełnić. Zapewniła go o tym sama pani burmistrz. Nie był pewien, skąd dowiedziała się, nad czym pracuje. Opublikował niewiele artykułów. Mało z tego, co zrobił, było na tyle solidnie podbudowane, żeby nadawało się do druku, a to, co się ukazało, przeszło bez echa. No, ale mówiono, że żelazna Branno wie o wszystkim, co się dzieje na Terminusie i ma wszędzie oczy i uszy. Pelorat byłby skłonny w to uwierzyć, ale jeśli wiedziała o jego pracy, to dlaczego, na Galaktykę, nie doceniła jej wagi i nie przyznała mu wcześniej choćby niewielkich funduszy?

Jakoś tak się składa, myślał z tą niewielką dozą goryczy, na jaką mógł się zdobyć, że Fundacja ma wzrok utkwiony w przyszłość. To, co ich pochłania, to ich przeznaczenie i Drugie Imperium. Nie mają czasu ani ochoty, aby spojrzeć wstecz i irytują ich ci, którzy to robią.

Oczywiście tym więksi z nich głupcy, ale sam nie mógł wyplenić głupoty. A poza tym może i lepiej, że jest tak właśnie. Może sam prowadzić te ważne poszukiwania i nadejdzie jeszcze chwila, w której wspomną o nim jako o wielkim pionierze tego, co istotnie ważne.

Znaczyło to, oczywiście (i miał tyle intelektualnej uczciwości, żeby to przyznać), że również on pochłonięty był myślą o przyszłości, przyszłości, w której zostanie uznany i doceniony i będzie stawiany na równi z Harim Seldonem. Prawdę mówiąc, on nawet będzie ważniejszą postacią, bo jak można porównywać wypracowanie planu na wyraźnie przedstawiające się przyszłe tysiąc lat z przecieraniem drogi przez minione dwadzieścia pięć tysięcy?

I nadszedł właśnie ten dzień, to był ten dzień.

Burmistrz zapowiedziała, że stanie się to zaraz po ukazaniu się obrazu Seldona. To był jedyny powód zainteresowania Pelorata Kryzysem Seldona, który od miesięcy zajmował umysły wszystkich na Terminusie i prawie wszystkich w Fundacji.

Dla niego to, czy stolica Fundacji pozostanie na Terminusie czy też zostanie przeniesiona gdzie indziej, nie robiło większej różnicy. A teraz, kiedy kryzys został zażegnany, Pelorat nie był pewien, którą stronę poparł Hari Seldon, a nawet czy ta sprawa w ogóle została przez niego wspomniana.

Ważne było, że Seldon się ukazał i że teraz nadszedł jego dzień.

Były dwie minuty po drugiej, kiedy przed stojącym nieco na uboczu domem, już właściwie poza granicami miasta, zatrzymał się samochód.

Rozsunęły się tylne drzwiczki. Wysiadł strażnik w mundurze służby ochrony burmistrza, za nim młody mężczyzna i na koniec jeszcze dwóch strażników.

Wywarło to na Peloracie wielkie wrażenie. A więc burmistrz nie tylko wiedziała nad czym pracuje, ale uważała też, że jego praca ma ogromne znaczenie. Mężczyzna, który miał być jego towarzyszem podróży, przyjechał w honorowej asyście, a w dodatku obiecano dać im do dyspozycji statek pierwszej klasy, którym miał sterować jego towarzysz. To było naprawdę wzruszające. Naprawdę.

Gosposia Pelorata otworzyła drzwi. Mężczyzna wszedł do środka, a towarzyszący mu strażnicy stanęli po obu stronach drzwi. Pelorat widział przez okno, że trzeci strażnik został na zewnątrz i że podjechał drugi samochód. Z dodatkową strażą! To doprawdy zadziwiające!

Kiedy się odwrócił, młody mężczyzna był już w pokoju. Pelorat stwierdził z zaskoczeniem, że rozpoznaje w nim człowieka, którego widział w holowizji. — Pan jest tym radnym — powiedział. — Pan jest Trevize!

— Zgadza się. Golan Trevize. Profesor Janov Pelorat?

— Tak, tak — odparł Pelorat. — To pan ma…

— Będziemy towarzyszami podróży — powiedział sztywno Trevize. — Tak przynajmniej mi mówiono.

— Ale pan przecież nie jest historykiem.

— Nie. Jak pan rzekł, jestem radnym, politykiem.

— Tak… tak… Ale co ja tu wygaduję! Ja jestem historykiem, więc po co jeszcze drugi? Pan potrafi prowadzić statek kosmiczny.

— Tak, nawet bardzo dobrze.

— I to jest to, czego nam trzeba. Wspaniale! Obawiam się, młodzieńcze, że nie należę do ludzi zaradnych i praktycznie myślących, więc jeśli przypadkiem pan do takich należy, to stworzymy dobry zespół.

— W chwili obecnej nie zachwycam się akurat praktycznymi skutkami moich znakomitych pomysłów, ale wydaje się, że nie pozostaje nam nic innego, jak spróbować stworzyć dobry zespół.

— Miejmy zatem nadzieję, że potrafię przełamać swoje opory przed znalezieniem się w przestrzeni. Musi pan wiedzieć, panie radny, że nigdy jeszcze tam nie byłem. Jestem „świstakiem”… Zdaje się, że tak się właśnie określa takich ludzi? Przepraszam, może napije się pan herbaty? Powiem Kłodzie, żeby nam coś przygotowała. Przypuszczam, że mamy jeszcze parę godzin do odlotu, prawda? Zresztą ja jestem już gotowy. Mam wszystko, co będzie nam potrzebne. Pani burmistrz okazała naprawdę wielką pomoc,. To naprawdę zadziwiające, jak bardzo interesuje się tym projektem.

— A więc pan już wiedział o tym? — spytał Trevize. — Od dawna?

— Burmistrz zagadnęła mnie — Pelorat zmarszczył lekko czoło, jakby dokonywał w myśli jakichś obliczeń — dwa, może trzy tygodnie temu. Byłem zachwycony. A teraz, kiedy już uświadomiłem sobie jasno, że potrzebuję pilota, a nie drugiego historyka, jestem ponownie zachwycony tym, że to pan, drogi przyjacielu, będzie moim towarzyszem podróży.

— Dwa, może trzy tygodnie temu — powtórzył Trevize, lekko oszołomiony. — A więc już od kilkunastu dni była na to przygotowana. A ja… — urwał.

— Słucham pana?

— Nic takiego, profesorze. Mam zwyczaj mówić sam do siebie. Jeśli nasza podróż potrwa dłużej, to będzie pan się musiał do tego przyzwyczaić.

— Potrwa, potrwa — rzekł Pelorat, popychając Trevizego w kierunku jadalni, gdzie gosposia przygotowywała w wymyślny sposób herbatę. — Mamy czasu, ile dusza zapragnie. Burmistrz powiedziała, że możemy podróżować tak długo, jak nam się podoba, że cała Galaktyka stoi przed nami otworem i, co więcej, że gdziekolwiek polecimy, możemy korzystać z funduszy Fundacji. Powiedziała, oczywiście, żebyśmy korzystali z nich rozsądnie. Tyle jej przyrzekłem — zachichotał i zatarł ręce. — Siadaj, drogi przyjacielu, siadaj. Może upłynąć wiele czasu, zanim usiądziemy do następnego posiłku na Terminusie.

Trevize usiadł. — Ma pan rodzinę, profesorze? — spytał.

— Mam syna. Jest na Uniwersytecie Santanijskim. Chyba chemikiem, czy kimś w tym rodzaju. Poszedł w ślady matki. Już od dawna nie mieszka ze mną, więc, jak pan widzi, nie mam żadnych zobowiązań, nie zostawiam żony ani dzieci. Ufam, że pan też nie… proszę się częstować kanapkami, mój chłopcze.

— W tej chwili nie. Kilka kobiet, ale one przychodzą i odchodzą.

— Tak. Tak; To jest rozkoszne, kiedy to wychodzi. A jeszcze bardziej rozkoszne, kiedy okazuje się, że nie trzeba tego brać poważnie… Rozumiem, że dzieci pan nie ma?

— Nie.

— To dobrze. Wie pan, jestem w świetnym nastroju. Przyznaję, że na początku, kiedy pan wszedł, byłem zaskoczony. Ale teraz stwierdzam, że świetny z pana kompan. Młodość, entuzjazm i ktoś, kto potrafi odnaleźć właściwą drogę w Galaktyce to wszystko, czego mi potrzeba. Będziemy prowadzić poszukiwania. Niezwykłe poszukiwania.

Trevize zmrużył oczy. — Niezwykłe poszukiwania?

— Tak. Wśród wielu tysięcy milionów zamieszkanych światów Galaktyki kryje się perła o nieoszacowanej wartości, a my mamy bardzo mgliste wskazówki, jak jej szukać. W każdym razie, jeśli ją znajdziemy, to będzie niewiarygodny sukces. Jeśli pan i ja dokonamy tego, mój chłopcze — przepraszam, powinienem był powiedzieć „panie Trevize”, bo nie chcę pana traktować paternalistycznie — to nasze nazwiska będą powtarzane przez wszystkie następne stulecia aż do końca wszechświata.

— Ten sukces, o którym pan mówi… ta perła o nieoszacowanej wartości to…

— To brzmi tak, jak słowa Arkady Darell, tej pisarki, no wie pan, kiedy pisała o Drugiej Fundacji, co? Nic dziwnego, że wygląda pan na zaskoczonego.

Pelorat odchylił głowę do tyłu, jakby miał zamiar wybuchnąć głośnym śmiechem, ale tylko się uśmiechnął. — Zapewniam pana, że to nic z tych rzeczy. To nie jakieś bzdury.

— Jeśli nie mówi pan o Drugiej Fundacji, profesorze, to o czym wobec tego pan mówi?

Pelorat nagle spoważniał, a nawet przybrał przepraszający wyraz twarzy.

— Ach, więc pani burmistrz nie powiedziała panu?… Wie pan, to dziwne. Przez parę dziesiątków lat miałem rządowi za złe, że nie potrafi zrozumieć wagi tego, nad czym pracuję, aż tu teraz burmistrz Branno okazuje mi taką wspaniałomyślność i hojność.

— Tak — rzekł Trevize, nie starając się ukryć ironii — to nadzwyczaj skryta filantropka, — ale nic powiedziała mi o co w tym wszystkim chodzi.

— A zatem nie orientuje się pan jaki jest cel moich poszukiwań?

— Przykro mi, ale nie.

— Nie musi się pan usprawiedliwiać. Wszystko w porządku. Nie wzbudzałem sensacji. Zaraz panu to wyjaśnię. Pan i ja udajemy się w przestrzeń, aby szukać — i znaleźć, bo mam wspaniały pomysł — Ziemię.


10.

<p>10.</p>

Trevize źle spał tej nocy. Bez przerwy myślał o więzieniu, które ta starucha wybudowała wokół niego. Nigdzie nie mógł znaleźć wyjścia.

Został skazany na wygnanie i nie mógł nic na to poradzić. Branno była spokojna, nieugięta i nawet nie starała się ukryć, że łamie prawo. Powoływał się na prawa, które przysługiwały mu jako radnemu i obywatelowi Federacji, ale ona nie próbowała nawet stworzyć pozorów, że coś dla niej znaczą.

A teraz znowu ten Pelorat, zdziwaczały uczony, który zdawał się nie wiedzieć na jakim świecie żyje, mówi mu, że ta straszna baba przygotowywała się do tego od paru tygodni.

Czuł się faktycznie jak chłopiec, którym go nazwała.

Miał się udać na wygnanie z historykiem, który bez przerwy zwracał się do niego „drogi przyjacielu” i który wydawał nie posiadać się z radości, że rozpoczyna poszukiwania jakiejś Ziemi.

Czym, na babkę Muła, była ta Ziemia?

Przecież pytał o to. Oczywiście! Zapyta! od razu, kiedy Pelorat wymienił tę nazwę. Powiedział:

— Proszę mi wybaczyć, profesorze. Jestem zupełnym ignorantem w pana dziedzinie i mam nadzieję, że nie będzie pan mi miał za złe, jeśli poproszę o wyjaśnienie w przystępnych słowach. Co to jest Ziemia?

Pelorat gapił się na niego dobre dwadzieścia sekund, zanim odpowiedział:

— To planeta. Ta, na której po raz pierwszy pojawiły się istoty ludzkie, drogi przyjacielu.

Teraz Trevize wytrzeszczył oczy na Pelorata.

— Pojawiły się po raz pierwszy? Skąd?

— Znikąd. To planeta, na której, w drodze ewolucji od niższych zwierząt, narodził się rodzaj ludzki.

Trevize myślał chwilę, po czym potrząsnął głową.

— Nie rozumiem.

Na twarzy Pelorata pojawił się grymas irytacji, ale szybko zniknął. Profesor chrząknął i powiedział: — Był taki czas, kiedy na Terminusie nie było istot ludzkich. Został zasiedlony przez ludzi z innych światów. Przypuszczam, że o tym pan wie?

— Oczywiście — odparł ze zniecierpliwieniem Trevize. Denerwował go mentorski ton jego rozmówcy.

— Bardzo dobrze. Tak samo było na wszystkich innych światach. Na Anakreonie, Santanni, Kalganie — na wszystkich. Każdy z nich został, w jakimś okresie przeszłości, założony. Ludzie przybyli tam z innych światów. To dotyczy nawet Trantora. Był wielką metropolią może przez dwadzieścia tysięcy lat, ale nie przedtem.

— No a jaki był przedtem?

— Pusty. A przynajmniej nie było tam ludzi.

— Trudno w to uwierzyć

— Ale to prawda. Świadczą o tym stare zapiski.

— A skąd przybyli ludzie, którzy go skolonizowali?

— Nie ma co do tego pewności. Są setki planet, których mieszkańcy utrzymują, że były one zasiedlone już w okrytej mrokiem starożytności, i opowiadają fantastyczne historie o przybyciu tam pierwszych ludzi. Historycy nie dają wiary tym opowieściom i starają się rozwiązać Problem Pochodzenia.

— A co to takiego? Nigdy o tym nie słyszałem.

— Nie dziwi mnie to. Przyznaję, że w obecnych czasach kwestia ta nie cieszy się zbytnim zainteresowaniem historyków, ale był taki okres u schyłku Imperium, że była dość popularna wśród intelektualistów. Salvor Hardin wspomina o tym krótko w swoich pamiętnikach. To problem ustalenia planety, na której się to wszystko zaczęło. Jeśli będziemy patrzeć wstecz, to przekonamy się, że ludzie zamieszkali na świeżo założonych światach wywodzili się ze starszych światów, tamci z jeszcze starszych i tak dalej, aż w końcu dojdziemy do świata, gdzie się to wszystko zaczęło, czyli do kolebki ludzkości.

Trevize od razu wychwyci! oczywisty błąd w rozumowaniu Pelorata. — A nie mogło być więcej tych kolebek?

— Oczywiście, że nie. Wszystkie istoty ludzkie w Galaktyce należą do jednego rodzaju. A jeden rodzaj nie może się wywodzić z więcej niż jednej planety. To zupełnie niemożliwe.

— Skąd pan wie?

— Po pierwsze… — Pelorat odchylił pierwszym palcem prawej ręki pierwszy palec lewej dłoni i w tym momencie najwidoczniej uświadomił sobie, że musiałby wygłosić długi i zawiły wykład. Opuścił obie ręce i powiedział z wielką powagą: — Drogi przyjacielu, daję ci słowo honoru, że tak jest.

Trevize zrobił głęboki ukłon i rzekł: — Nawet mi przez myśl nie przemknęło, żeby panu nie wierzyć, profesorze. Powiedzmy więc, że tylko jedna planeta była kolebką ludzkości, ale czy nie mogłyby sobie rościć praw do tego zaszczytu setki planet?

— Nie tylko mogłyby, ale faktycznie roszczą. Jednak wszystkie z tych roszczeń są bezpodstawne. Na żadnej z planet, które aspirują do tytułu kolebki ludzkości, nie znaleziono żadnych śladów społeczności prehiperprzestrzennej, nie mówiąc już o śladach ewolucji od organizmów niższych.

— I twierdzi pan, że jest planeta, która rzeczywiście była kolebką ludzkości, ale z jakichś przyczyn nic domaga się uznania tego faktu?

— Trafił pan dokładnie.

— I ma pan zamiar odszukać ją?

— My mamy zamiar. To nasza misja. Zorganizowała to wszystko burmistrz Branno. Doprowadzi pan nasz statek na Trantor.

— Na Trantor? On przecież nie był kolebką ludzkości. Sam pan to przed chwilą powiedział.

— Oczywiście, że nie był. Była nią Ziemia.

— No to dlaczego nie mówi mi pan, że mam poprowadzić statek na Ziemię?

— Nie wyraziłem się jasno. Ziemia to nazwa legendarna, uświęcona przez starożytne mity. Jakie było pierwotne znaczenie tej nazwy, nie wiemy, ale jest wygodnym, jedno wy razowy m synonimem określenia „planeta, na której narodził się rodzaj ludzki”. Natomiast która planeta była faktycznie określana tym mianem — nie wiadomo.

— A na Trantorze będą to wiedzieć?

— Mam nadzieję znaleźć tam odpowiednie informacje. Trantor ma Bibliotekę Galaktyczną, największą bibliotekę w całym systemie.

— Ta biblioteka została na pewno przeszukana przez ludzi, którzy — jak pan powiedział — interesowali się tym zagadnieniem w czasach Pierwszego Imperium.

Pelorat pokiwał w zamyśleniu głową. — Tak, ale może nie dość dokładnie. Mam dużo wiadomości dotyczących Problemu Pochodzenia, których ci ludzie, żyjący pół tysiąca lat temu, być może nie znali. Widzi pan, ja mógłbym zbadać te stare przekazy z większą znajomością rzeczy, z lepszym zrozumieniem. Rozmyślam nad tym od dość dawna i mam pewną hipotezę.

— Myślę, że powiedział pan o tym wszystkim pani burmistrz i uzyskał jej aprobatę?

— Aprobatę? Drogi przyjacielu, przyjęła to wręcz entuzjastycznie. Powiedziała mi, że Trantor jest na pewno tym miejscem, gdzie znajdę wszystko, czego mi potrzeba.

— Bez wątpienia — mruknął Trevize.

To między innymi nie, dawało mu spać tej nocy. Burmistrz Branno wysyłała go, żeby dowiedział się, czego tylko będzie mógł o Drugiej Fundacji. Wysyłała z nim Pelorata, żeby mógł ukryć prawdziwy cel swej podróży pod przykrywką poszukiwania Ziemi, poszukiwania, które mogło zawieść go w każdy kąt Galaktyki. Prawdę mówiąc, była to doskonała przykrywka i wzbudziła w nim podziw dla pomysłowości pani burmistrz.

Ale Trantor? Gdzie tu sens? Jak tylko znajdą się na Trantorze, Pelorat natychmiast zagrzebie się w bibliotece i nikt go stamtąd nie wyciągnie. Mając do dyspozycji niezmierzone stosy książek, taśm i dysków, zapisanych według nieprzeliczonych systemów komputerowych i symbolicznych, na pewno nie będzie miał ochoty wyjść stamtąd.

Poza tym… Kiedyś, w czasach Muła, na Trantor poleciał Ebling Mis. Wieść niosła, że odkrył położenie Drugiej Fundacji i umarł, zanim zdążył to wyjawić. Ale potem znalazła się tam Arkady Darell i jej również udało się odkryć, gdzie znajduje się Druga Fundacja. Ale miejsce, które odkryła, znajdowało się na samym Terminusie i tam gniazdo Drugiej Fundacji zostało zniszczone. Bez względu zatem na to, gdzie się teraz znajdowała Druga Fundacja, było to na pewno zupełnie inne miejsce, a więc o czym jeszcze mogliby się dowiedzieć na Trantorze? Gdyby miał szukać Drugiej Fundacji, to mógłby udać się gdziekolwiek, ale nie na Trantor.

Poza tym… Co jeszcze planuje Branno, nie wiedział, ale nie miał zamiaru wyświadczać jej przysługi. Branno przyjęła entuzjastycznie projekt podróży na Trantor, tak? No to właśnie, że nie polecą na Trantor! Obojętnie gdzie, ale nie na Trantor.

Kiedy zmęczony Trevize zapadł wreszcie w nierówny sen, zbliżał się. już świt.


11.

<p>11.</p>

Następny dzień po aresztowaniu Trevizego był pomyślny dla burmistrz Branno. Chwalono ją bardziej, niż na to zasłużyła, nie wspominając ani słowem o incydencie na posiedzeniu Rady.

Mimo to wiedziała dobrze, że Rada wkrótce otrząśnie się i podniesie tę kwestię. Musiała szybko działać. Odkładając więc na bok wszystkie inne sprawy, zajęła się sprawą Trevizego.

W czasie kiedy Trevize dyskutował z Peloratem o Ziemi, Branno spotkała się w swoim biurze z radnym Munnem Li Comporem. Ponieważ Compor, zupełnie odprężony, siedział naprzeciw niej, po drugiej stronie biurka, mogła go jeszcze raz ocenić.

Był niższy i drobniejszy od Trevizego i tylko dwa lata starszy. Obaj byli radnymi od niedawna, obaj byli młodzi i śmiali i to musiała być jedyna łącząca ich więź, gdyż poza tym różnili się pod każdym względem.

Podczas gdy Trevize zdawał się groźnie promieniować, Compor świecił łagodnym blaskiem niezachwianej pewności siebie. Być może wrażenie takie sprawiały jego jasne włosy i niebieskie oczy, nieczęsto spotykane u mieszkańców Fundacji. Nadawały mu one niemal dziewczęcą delikatność, dzięki czemu (jak osądziła Branno) był mniej atrakcyjny dla kobiet niż Trevize. Mimo to Compor był wyraźnie dumny ze swego wyglądu. Włosy nosił długie i starannie ułożone, a powieki miał umalowane na jasnoniebiesko, aby podkreślić kolor oczu. (W ostatnim dziesięcioleciu cieniowanie powiek na różne kolory stało się bardzo modne wśród mężczyzn.)

Nie był kobieciarzem. Żył statecznie z żoną, ale dotąd nie zgłosił zamiaru posiadania dzieci, a poza tym było wiadomo, że ma stałą kochankę, z którą spotyka się potajemnie. Tym również różnił się od Trevizego, który zmieniał partnerki równie często jak utrzymywane w krzykliwych kolorach pasy, z czego był bardzo znany.

W życiu obu radnych było niewiele szczegółów, których nie udało się wykryć ludziom Kodella, a sam Kodell siedział cicho w rogu pokoju, promieniując, jak zawsze, życzliwością.

— Radny Compor — powiedziała Branno — wyświadczył pan Fundacji wielką przysługę, ale nie jest ona niestety tego rodzaju, żeby można było panu wyrazić publicznie uznanie albo wynagrodzić to w normalny sposób.

Compor uśmiechnął się. Miał białe, równe zęby i Branno przez chwilę zastanawiała się, zupełnie bez związku ze sprawą, czy tak wyglądają wszyscy ludzie z sektora Syriusza. Opowieści Compora o tym, że wywodzi się z tego, raczej peryferyjnego, regionu opierały się na relacjach jego babki ze strony matki, która również była blondynką o niebieskich oczach i utrzymywała, jakoby jej matka pochodziła z sektora Syriusza. Jednak według Kodella nie było na to pewnych dowodów.

„Wiadomo, jakie są kobiety — powiedział Kodell. — Mogła sobie zmyślić pochodzenie z dalekiego i egzotycznego świata, żeby wydać się bardziej atrakcyjną niż była w istocie”.

„To takie są kobiety? — spytała sucho Branno, a Kodell uśmiechnął się i wybąkał, że oczywiście miał na myśli zwyczajne kobiety”.

— Nie jest konieczne, żeby mieszkańcy Fundacji dowiedzieli się o wyświadczonej przeze mnie przysłudze, wystarczy, że pani o tym wie — rzekł Compor.

— Wiem i nie zapomnę. I nie zrobię jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie nie pozwolę, żeby pan przypuszczał, że pańskie zobowiązania na tym się skończyły. Obrał pan trudny kurs i musi pan go kontynuować. Chcemy wiedzieć więcej o Trevizem.

— Powiedziałem wszystko, co wiem.

— Może chciałby pan, żebym tak myślała. Może nawet sam pan tak myśli. Niemniej jednak) proszę odpowiedzieć na moje pytania. Zna pan gentlemana o nazwisku Janov Pelorat?

Czoło Compora zmarszczyło się, ale niemal natychmiast wygładziło z powrotem. Rzekł ostrożnie: — Może bym go poznał, gdybym go zobaczył, ale nazwisko nic mi nie mówi.

— Jest naukowcem.

Usta Compora ułożyły się w raczej pogardliwe, choć niewypowiedziane „O!”, jak gdyby był zdziwiony, że burmistrz podejrzewa go o znajomości z naukowcami.

— Pelorat to interesujący człowiek, który z osobistych powodów pragnie odwiedzić Trantor. Będzie mu towarzyszył radny Trevize. Otóż, skoro był pan bliskim przyjacielem Trevizego i być może zna jego sposób myślenia, niech mi pan powie, czy zdaniem pana Trevize zgodzi się lecieć na Trantor?

— Jeśli dopilnuje pani, żeby Trevize wsiadł na statek i jeśli statek ten poleci na Trantor, to czy będzie mógł on zrobić coś innego niż lecieć tam? — odparł Compor. — Na pewno nie sugeruje pani, że wznieci bunt i przejmie statek.

— Nie zrozumiał pan. On i Pelorat będą sami na statku, a Trevize będzie siedział za sterami.

— Pyta pani, czy dobrowolnie poleci na Trantor?

— Tak, pytam właśnie o to.

— Pani burmistrz, skąd mogę wiedzieć, co on zrobi?

— Radny Compor, był pan blisko z Trevizem. Wie pan, że wierzy on w istnienie Drugiej Fundacji. Czy nigdy nie mówił panu, gdzie jego zdaniem mieści się Druga Fundacja, gdzie można ją znaleźć?

— Nigdy, pani burmistrz.

— Myśli pan, że ją znajdzie?

Compor roześmiał się. — Myślę, że Druga Fundacja, bez względu na to, czym była i jak była ważna, została zniszczona za czasów Arkady Darell. Wierzę w jej opowieść.

— Naprawdę? W takim razie dlaczego zdradził pan przyjaciela? Jeśli szuka tego, co nie istnieje, to jaką szkodę mógłby nam wyrządzić rozpowszechniając swoje dziwaczne teorie?

— Nie tylko prawda może być szkodliwa — odparł Compor. — Jego teorie może są dziwaczne, ale głosząc je, mógłby wzbudzić niepokój w społeczeństwie Terminusa i wyzwalając wątpliwości i obawy co do roli Fundacji w wielkim dramacie historii Galaktyki, osłabić jej przewodnią rolę w Federacji i zniweczyć marzenia o Drugim Imperium Galaktycznym. Musiała pani sama tak pomyśleć, bo w przeciwnym razie nie kazałaby go pani aresztować w sali posiedzeń Rady, a teraz nie zmuszałaby go pani do udania się na wygnanie bez procesu sądowego. Dlaczego pani to zrobiła, pani burmistrz, jeśli wolno mi spytać?

— Może dlatego, że byłam na tyle ostrożna, by przypuścić, że istnieje, niewielka co prawda, możliwość, że on ma rację i że w związku z tym otwarte głoszenie takich poglądów może być dla nas jak najbardziej bezpośrednio niebezpieczne?

Compor nic na to nie powiedział.

— Zgadzam się z panem — mówiła dalej Bran — no — ale z racji mego urzędu jestem zmuszona wziąć taką możliwość pod uwagę. Pozwoli pan, że jeszcze raz spytam, czy wie pan o czymś, co mogłoby nam wskazać gdzie, jego zdaniem, mieści się Druga Fundacja i gdzie mógłby się udać.

— Nie wiem o niczym.

— Nigdy o niczym nie napomykał?

— Nie, oczywiście, że nie.

— Nigdy? Niech się pan tak nie spieszy z odpowiedzią. Proszę pomyśleć. Nigdy?

— Nigdy — rzekł stanowczo Compor.

— Nie robił żadnych aluzji? Nie dowcipkował na ten temat? A może rysował czy pisał coś machinalnie? A może zamyślał się w chwilach, które teraz, kiedy pan do nich wróci pamięcią, okażą się znaczące?

— Nic z tych rzeczy. Mówię pani, że te jego rojenia na temat Drugiej Fundacji są zupełnie mgliste. Wie pani o tym i traci pani tylko niepotrzebnie czas i zdrowie, zajmując się tym.

— Czy pan przypadkiem nie zmienił nagle frontu i nie broni przyjaciela, którego mi pan wydal?

— Nie — odparł Compor. — Wydałem go w pani ręce, bo tak mi nakazywał patriotyzm. Nie widzę żadnego powodu, żebym musiał tego żałować albo zmienić swój stosunek do tej sprawy.

— A zatem nie potrafi mi pan dać żadnej wskazówki co do tego, gdzie on się może udać, skoro tylko dostanie statek?

— Jak już powiedziałem…

— Jednak, panie radny — tu zmarszczki na twarzy pani burmistrz ułożyły się tak, by nadać jej wyraz zadumy — chciałabym wiedzieć dokąd poleci.

— Myślę, że w takim razie powinna pani umieścić na jego statku nadajnik nadprzestrzenny.

— Pomyślałam o tym, panie radny. Trevize jest jednak podejrzliwy i obawiam się, że odkryje nadajnik, choćbyśmy nie wiem jak przemyślnie go ukryli. Oczywiście można by go zainstalować w taki sposób, żeby nie dało się go było usunąć nie uszkadzając przy tym statku, co zmusiłoby go do zostawienia nadajnika na miejscu…

— Znakomity pomysł.

— Tylko że — podjęła Branno — w takiej sytuacji czułby się kontrolowany i mógłby nie polecieć tam, gdzie by poleciał, gdyby czuł się wolny i nieskrępowany. Wiedza, którą bym wtedy zdobyła, byłaby dla mnie bezwartościowa.

— Wygląda na to, że w tej sytuacji nie może pani W żaden sposób dowiedzieć się dokąd poleci.

— Mogę, bo mam zamiar użyć bardzo prymitywnych środków. Osoba, która spodziewa się bardzo wyrafinowanych metod i nastawia się na obronę przed nimi, raczej nie pomyśli o metodach prymitywnych… Myślę o tym, żeby posłać kogoś, kto go będzie śledził.

— Śledził?

— Tak. Inny pilot w innym statku. Zaskoczyło to pana, co? On byłby równie zaskoczony. Może nie pomyśli o tym, żeby przebadać przestrzeń i sprawdzić, czynie towarzyszy mu jakaś masa, a w każdym razie postaramy się o to, żeby jego statek nie był wyposażony w urządzenia do wykrywania masy.

— Pani burmistrz — rzekł Compor — pozostaję dla pani z całym szacunkiem, ale muszę zwrócić pani uwagę na fakt, że nie jest pani ekspertem w sprawach lotów kosmicznych. Posłać jeden statek za drugim, żeby go śledził — tego się nigdy nie robi, bo to jest po prostu niemożliwe. Trevize ucieknie przy okazji pierwszego skoku przez nadprzestrzeń. Nawet jeśli nie będzie wiedział, że ktoś za nim leci, to i tak pierwszy skok będzie skokiem w wolność. Jeśli nie będzie miał na pokładzie nadajnika, to nie będzie go można wyśledzić.

— Przyznaję, że nie mam doświadczenia w tych sprawach. W przeciwieństwie do pana i Trevizego nie zostałam przeszkolona w zakresie lotów kosmicznych. Niemniej jednak wiem od swoich doradców — którzy przeszli takie przeszkolenie — że jeśli obserwuje się statek bezpośrednio przed skokiem, to jego prędkość, przyspieszenie oraz kierunek lotu pozwalają, choć w sposób ogólny, odgadnąć jaki to będzie skok. Jeśli się ma przy tym dobry komputer i umiejętność trafnego przewidywania, to można zdublować ten skok na tyle dokładnie, żeby podjąć trop wyjściowy, szczególnie kiedy ten, kto dubluje, dysponuje dobrym detektorem masy.

— To się może udać raz — zaprotestował energicznie Compor — nawet dwa razy, jeśli ma się szczęście, ale na tym koniec. Nie można polegać na takich metodach.

— My być może możemy… Panie radny, pan w swoim czasie brał udział w wyścigach w nadprzestrzeni. Jak pan widzi, dużo wiemy o panu. Jest pan znakomitym pilotem, a jeśli chodzi o ściganie rywala w czasie skoku, dokonywał pan zdumiewających rzeczy.

Compor wytrzeszczył oczy. Prawie zwinął się na krześle. — Wtedy byłem na studiach. Teraz jestem starszy.

— Nie jest pan taki stary. Nie ma pan jeszcze trzydziestu pięciu lat. W związku z tym, to pan będzie śledził Trevizego, panie radny. Poleci pan za nim, tam, gdzie i on, i prześle pan nam meldunek o tym. Wyleci pan zaraz po nim, a on rusza za kilka godzin. Jeśli pan odmówi, zostanie pan oskarżony o zdradę i uwięziony. Jeśli weźmie pan statek, który dostarczę panu, i nie poleci za Trevizem, to nie musi pan zawracać sobie głowy powrotem. Zostanie pan zestrzelony, jeśli spróbuje pan wrócić.

Compor poderwał się na równe nogi.

— Mam swoje życie! Mam pracę! Mam żonę! Nie mogę tego wszystkiego zostawić.

— Będzie pan musiał. Ci z nas, którzy wybrali służbę Fundacji, muszą być zawsze gotowi służyć jej w razie potrzeby, nawet jeśli jest to dla nich niewygodne i długo trwa.

— Oczywiście moja żona leci ze mną.

— Ma mnie pan za idiotkę? Oczywiście zostaje tutaj.

— W charakterze zakładniczki?

— Jeśli pan chce tak to nazwać. Ja osobiście wolę stwierdzenie, że pana misja jest bardzo niebezpieczna i z dobroci serca pragnę, aby została tu, gdzie nic jej nie grozi… Zresztą rzecz nie podlega dyskusji. Jest pan aresztowany, tak jak Trevize, i pewna jestem, że pan rozumie, iż muszę działać szybko — zanim zniknie euforia, która teraz przepełnia mieszkańców Terminusa. Obawiam się, że moja gwiazda zacznie wkrótce gasnąć.


12.

<p>12.</p>

— Nie patyczkowała się z nim pani — powiedział Kodell.

— A niby dlaczego miałabym się patyczkować? — odparła pogardliwie pani burmistrz. — Zdradził przyjaciela.

— To było dla nas korzystne.

— Tak, tym razem. Ale następna zdrada mogłaby już nie być korzystna.

— A dlaczego miałaby być następna?

— Niech pan posłucha, Liono — odparła ze zniecierpliwieniem Branno — proszę nie udawać durnia. Nie można ufać komuś, kto już raz pokazał, że potrafi prowadzić podwójną grę, bo w każdej chwili może podjąć ją na nowo.

— On może wykorzystać te swoje umiejętności po to, żeby znowu skumać się z Trevizem. Razem mogą…

— Sam pan w to nie wierzy. W swoim zaślepieniu i naiwności Trevize zmierza do celu prostą drogą. On nie uznaje zdrady i nigdy, w żadnych okolicznościach, nie zaufa już Comporowi.

— Przepraszam, pani burmistrz — powiedział Kodell — ale chciałbym się upewnić, czy dobrze panią rozumiem. Na ile zatem może pani zaufać Comporowi? Skąd pani wie, czy on naprawdę poleci za Trevizem i czy uczciwie będzie informował o tym, co robi? Liczy pani, że zmusi go do tego obawa o żonę? Pragnienie powrotu do niej? — I jedno, i drugie to ważne czynniki, ale za bardzo na nie liczę. Na statku Compora będzie nadajnik nadprzestrzenny. Trevize może podejrzewać, że będziemy go śledzić, więc może szukać nadajnika. Natomiast Compor, który będzie śledził, raczej nie spodziewa się, że sam będzie śledzony i przypuszczam, że nie będzie szukał. Oczywiście mogę się mylić i wtedy musimy liczyć na jego przywiązanie do żony.

Kodell roześmiał się.

— I pomyśleć, że kiedyś to ja musiałem panią uczyć. A jaki jest cel tego śledzenia?

— Podwójne zabezpieczenie. Jeśli Trevize zostanie schwytany, to być może Comporowi uda się umknąć i przekazać nam informacje, których nie będzie mógł nam dostarczyć Trevize.

— Jeszcze jedno pytanie. A co będzie, jeśli Trevize odnajdzie Drugą Fundację i dowiemy się o tym od niego albo od Compora, albo jeśli będziemy mieli powody podejrzewać, że ona istnieje, mimo że obaj zginą?

— Myślę, że Druga Fundacja istnieje, Kodell — odparła Branno. — W każdym razie Plan Seldona nie będzie nam już długo służył. Wielki Hari Seldon opracował go w ostatnich dniach ginącego Imperium, kiedy skończył się zupełnie postęp technologiczny. Seldon też był produktem swej epoki bez względu na to jak wspaniała była ta na poły mityczna psychohistoria, nie mogła się ona oderwać od korzeni, z których wyrosła. Z pewnością nie uwzględniła faktu, że nastąpi tak szybki postęp technologiczny, jaki dokonał się w Fundacji, szczególnie w ostatnim stuleciu. Mamy detektory masy, o jakich nie śniło się ludziom w czasach Imperium, komputery, które reagują na polecenia wydawane w myśli, a przede wszystkim ekrany chroniące przed ingerencją obcej woli czy siły psychicznej. Druga Fundacja już niedługo nie będzie mogła nami manipulować, nawet jeśli w tej chwili może to jeszcze robić. U schyłku swoich rządów chcę być tą osobą, która wprowadzi Fundację na nową drogę.

— A jeśli nie ma Drugiej Fundacji?

— To wejdziemy na nową drogę od razu.


13.

<p>13.</p>

Niespokojny sen, w który w końcu zapadł Trevize, nie trwał długo. Obudziło go powtórne dotknięcie czyjejś dłoni na ramieniu. Zerwał się, rozglądając się nieprzytomnie i wyraźnie nie mogąc zrozumieć, dlaczego nie budzi się w swoim łóżku. — Co… Co… — wyjąkał.

— Przepraszam pana, Trevize — powiedział Pelorat. — Jest pan moim gościem i powinienem pozwolić panu porządnie wypocząć, ale jest tu pani burmistrz.

Pelorat stal obok jego łóżka w flanelowej piżamie i lekko dygotał. Trevize oprzytomniał i przypomniał sobie wszystko.

Burmistrz Branno siedziała w salonie Pelorata, opanowana jak zawsze. Był z nią Kodell. Siedział, gładząc swój siwy wąs.

Trevize obciągnął i wygładził pas, zastanawiając się, jak długo tych dwoje może obejść się bez siebie. — Czyżby rada doszła już do siebie? — spytał szyderczo — Czyżby jej członkowie zainteresowali się nieobecnością jednego spośród nich?

— Widać pewne oznaki powrotu do życia — odparła Branno — ale są one jeszcze zbyt słabe, żeby mógł pan wiązać z nimi jakieś nadzieje. Bez wątpienia jestem nadal na tyle silna, żeby zmusić pana do opuszczenia Terminusa. Zostanie pan przewieziony na Kosmodrom Krańcowy…

— A nie do Portu Kosmicznego na Terminusie, pani burmistrz? Czy mam zostać pozbawiony widoku tłumu żegnającego mnie ze łzami w oczach?

— Widzę, panie radny, że wróciła panu ochota do błazeństw i cieszę się z tego. Ucisza to moje ewentualne wyrzuty sumienia. Pan i profesor Pelorat wystartujecie bez rozgłosu z Kosmodromu Krańcowego.

— I nigdy nie wrócimy?

— I być może nigdy nie wrócicie. Oczywiście — tu uśmiechnęła się lekko — jeśli odkryje pan coś tak bardzo ważnego, że nawet ja chętnie ujrzę pana z powrotem, wróci pan. Może nawet zostanie pan powitany z honorami.

Trevize skinął niedbale głową. — I to się może zdarzyć — rzekł.

— Prawie wszystko może się zdarzyć. W każdym razie będzie się panu podróżować wygodnie. Dostaje pan dopiero co ukończony krążownik kieszonkowy nazwany, na pamiątkę statku Hobera Mallowa, „Odległą Gwiazdą”. Do obsługi wystarczy jedna osoba, chociaż mogą się w nim wygodnie pomieścić trzy.

Trevize nagle zapomniał o swej starannie wystudiowanej niedbałej pozie i ironii. — Z pełnym uzbrojeniem? — spytał.

— Bez uzbrojenia, ale poza tym całkowicie wyposażony. Gdziekolwiek się udacie, jesteście obywatelami Fundacji i możecie zwrócić się do naszego konsula, nie będziecie więc potrzebowali broni. W razie potrzeby będziecie mogli korzystać z naszych funduszy… Nie są one nieograniczone, warto dodać.

— Jest pani hojna.

— Wiem o tym, panie radny. I jeszcze jedno. Pomaga pan profesorowi Peloratowi w jego poszukiwaniach Ziemi. Bez względu na to, czego pana zdaniem pan szuka, poszukujecie Ziemi. Musi to być jasne dla wszystkich, których spotkacie. I niech pan pamięta o tym, że „Odległa Gwiazda” jest nieuzbrojona.

— Poszukuję Ziemi — powiedział Trevize. — Doskonale o tym wiem.

— A zatem ruszajcie.

— Proszę mi wybaczyć, ale są jeszcze pewne sprawy, których nie omówiliśmy. W swoim czasie prowadziłem różne statki, ale nigdy nie siedziałem za sterami najnowszego modelu krążownika kieszonkowego. Co będzie, jeśli się okaże, że nie potrafię nim kierować?

— Powiedziano mi, że „Odległa Gwiazda” jest całkowicie skomputeryzowana… I od razu wyjaśniam, żeby pan nie pytał, że nie musi pan wiedzieć, jak posługiwać się komputerem najnowszej generacji. On sam panu wyjaśni wszystko, co będzie pan musiał wiedzieć. Ma pan jeszcze jakieś życzenia?

Trevize spojrzał ponuro na swoje spodnie. — Chcę zmienić ubranie.

— Znajdzie pan ubranie na statku. Także te pasy czy jak to się nazywa. Profesor Pelorat też został zaopatrzony w to, czego mu trzeba. Wszystko, co mieści się w granicach rozsądku, jest już na statku, chociaż muszę dodać, że nie obejmuje to towarzystwa pań.

— To niedobrze — rzekł Trevize. — Byłoby przyjemniej, chociaż tak się składa, że akurat w tej chwili nie widzę odpowiedniej kandydatki. No, ale przypuszczam, że Galaktyka jest raczej gęsto zaludniona i że kiedy już będę daleko od Terminusa, będę mógł robić, co mi się podoba.

— Jeśli chodzi o towarzystwo? To pana sprawa.

Podniosła się ciężko. — Nie odwiozę pana na kosmodrom — powiedziała — ale są tu tacy, co to zrobią i radzę nie próbować robić nic poza tym, co panu powiedziano. Myślę, że zastrzelą pana, jeśli tylko spróbuje pan ucieczki. Ponieważ nie będzie mnie tam, nie będą mieli żadnych zahamowań.

— Nie wykonam żadnego podejrzanego ruchu, pani burmistrz, ale…

— Słucham.

Trevize zastanawiał się przez chwilę i w końcu powiedział z uśmiechem, który — miał nadzieję — wyglądał na niewymuszony: — Może przyjść taki moment, że poprosi mnie pani, żebym spróbował coś zrobić. Postąpię wtedy tak, jak będę uważał za stosowne, ale będę pamiętał ostatnie dwa dni.

Burmistrz Branno westchnęła. — Niech mi pan oszczędzi słuchania melodramatycznych przemówień. Jeśli taki moment nadejdzie, to trudno, ale na razie nie proszę o nic.


Rozdział IV

PRZESTRZEŃ

14.

15.

16.

<p>Rozdział IV</p> <p>PRZESTRZEŃ</p>
<p>14.</p>

Statek wyglądał jeszcze bardziej okazale, niż Trevize spodziewał się na podstawie tego, co zapamiętał z krzykliwej reklamy towarzyszącej wprowadzeniu krążowników nowej generacji.

To nie jego rozmiary wywierały takie wrażenie, bo statek był raczej mały. Przy jego projektowaniu brano pod uwagę szybkość i zwrotność, to, że będzie miał całkowicie grawitacyjny napęd, a przede wszystkim fakt, że zostanie wyposażony w najnowocześniejsze komputery. Duże rozmiary byłyby nie tylko zbyteczne, ale nawet utrudniałyby osiągnięcie założonego celu.

Tym, co budziło podziw, było urządzenie pozwalające jednej osobie kierować statkiem lepiej, niż było to możliwe w przypadku tradycyjnych krążowników, których załoga musiała liczyć co najmniej dwanaście osób. Jeśli na pokładzie była jeszcze jedna lub — dwie osoby dla zmiany wachty, to statek taki mógł pokonać całą flotyllę znacznie większych, nie pochodzących z Fundacji statków. W dodatku mógł prześcignąć każdy z istniejących typów statków.

Jego kształt był doskonale celowy — nie było tam ani jednej zbytecznej linii czy krzywizny, i to zarówno zewnątrz, jak i wewnątrz. Każdy metr sześcienny wnętrza został wykorzystany do maksimum, tak że — paradoksalnie — wydawało się ono bardzo przestronne. Nic z tego, co burmistrz Branno mówiła o znaczeniu jego misji, nie wywarło na Trevizem takiego wrażenia jak statek, na którym miał wyruszyć w tej misji.

Żelazna Branno, pomyślał ze smutkiem, wpakowała go w niebezpieczne przedsięwzięcie o nadzwyczajnym znaczeniu. Na pewno nie zgodziłby się na to tak łatwo, gdyby nie ułożyła wszystkiego tak, że zapragnął jej pokazać, na co go stać.

Jeśli chodzi o Pelorata, to nie posiadał się z zachwytu. — Czy uwierzyłby pan — rzekł, dotykając delikatnie palcem kadłuba, zanim wszedł do środka — że nigdy jeszcze nie znalazłem się tak blisko statku kosmicznego?

— Jeśli pan tak mówi, profesorze, to oczywiście wierzę w to, ale jak się panu udało tego dokonać?

— Szczerze mówiąc, drogi przy… to znaczy, drogi panie Trevize, sam nie wiem. Przypuszczam, że to dlatego, że byłem całkowicie pochłonięty swoimi badaniami. Wie pan, jeśli ktoś ma w domu naprawdę dobry komputer, który może się połączyć z każdym innym komputerem w dowolnym miejscu Galaktyki, to nie potrzebuje się ruszać z miejsca… Jakoś zawsze mi się wydawało, że statki kosmiczne są większe niż ten tutaj.

— Ten model jest mały, ale i tak jest znacznie większy w środku niż jakikolwiek inny statek o tych rozmiarach.

— Jak to możliwe? Żartuje sobie pan z mojej niewiedzy.

— Ależ nie. Mówię poważnie. To jeden z pierwszych statków, które poruszają się całkowicie na zasadzie grawitacji.

— A co to znaczy? Ale, proszę, niech mi pan nic nie wyjaśnia, jeśli to wymaga dobrej znajomości fizyki. Uwierzę panu na słowo, tak jak pan wczoraj mnie w sprawie jednego rodzaju ludzkiego i jednego miejsca pochodzenia.

— Spróbujmy, profesorze. Przez te wszystkie tysiące lat lotów kosmicznych korzystaliśmy z silników o napędzie chemicznym, jonowym i hiperjądrowym, a były to ogromne urządzenia. Flota starego Imperium posiadała statki o pięćsetmetrowej długości, na których przestrzeń dla załogi była wielkości małego mieszkania. Na szczęście, na skutek braku zasobów naturalnych, Fundacja wyspecjalizowała się w ciągu stuleci w miniaturyzacji. Ten statek jest jej szczytowym osiągnięciem. Została tu wykorzystana siła antygrawitacji, a urządzenie, które do tego służy, nie zajmuje w ogóle miejsca i jest wbudowane w pokrywę kadłuba. Gdyby nie fakt, że nadal potrzebujemy hiperjądrowych…

W tym momencie podszedł do nich strażnik w mundurze służby bezpieczeństwa. — Musicie wsiadać, panowie.

Niebo już pojaśniało, chociaż było jeszcze pół godziny do wschodu słońca.

Trevize rozejrzał się. — Czy załadowano mój bagaż?

— Tak, panie radny. Przekona się pan, że statek został całkowicie wyposażony.

— Pewnie w odzież, która na mnie nie pasuje albo nie jest w moim guście.

Strażnik niespodziewanie uśmiechnął się. — Myślę, że pasuje — powiedział. — Pani burmistrz zagnała nas do pracy po godzinach. Pracowaliśmy bez przerwy trzydzieści albo i czterdzieści godzin i dobraliśmy dokładnie takie rzeczy, jak pan miał. Pieniądze nie grały roli. Słuchajcie — rozejrzał się wokół, aby się upewnić, czy nikt nie widzi jego nagłego spoufalenia się z eskortowanymi — wy dwaj macie szczęście. To najlepszy statek w Galaktyce. Kompletnie wyposażony, tylko bez uzbrojenia. Pływacie jak pączki w maśle.

— Pewnie w zjełczałym — odparł Trevize. — No, profesorze, jest pan gotów?

— Teraz tak — rzekł Pelorat unosząc do góry kwadratowy opłatek o boku długości około dwudziestu centymetrów i chowając go do srebrzystej plastikowej koperty. Trevize uświadomił sobie nagle, że Pelorat nie rozstawał się z tym przedmiotem od chwili, kiedy wyjechali z jego domu, przekładał go z ręki do ręki i nigdy nie odkładał, nawet wtedy, gdy zatrzymali się, aby zjeść szybkie śniadanie.

— Co to takiego, profesorze?

— Moja biblioteka. Jest skatalogowana według tematów i miejsc pochodzenia książek i naniosłem ją całą na jedną płytkę. Jeśli pan uważa, że ten statek to cudo, to co pan powie o tej płytce? Cała biblioteka! Wszystko, co zebrałem. Cudowne! Cudowne.

— Tak — rzekł Trevize — pływamy jak pączki w maśle.

<p>15.</p>

Trevize wpadł w prawdziwy zachwyt na widok wnętrza statku. Przestrzeń została fantastycznie wykorzystana. Był tam magazyn z zapasami żywności, ubrań, filmów i gier. Był pokój do ćwiczeń gimnastycznych, salon i dwie, prawie identyczne, sypialnie.

— Ta musi być pana, profesorze — powiedział Trevize. — W każdym razie jest tu czytnik FX.

— Dobrze — rzekł Pelorat z zadowoleniem. — Co za osioł ze mnie, że tak unikałem podróży kosmicznych. Mógłbym tutaj żyć całkiem wygodniej mój drogi Trevize.

— Jest przestronniej, niż myślałem — stwierdził Trevize z przyjemnością.

— A te silniki znajdują się naprawdę w pokrywie kadłuba?

— W każdym razie są tam urządzenia sterujące. Nie musimy magazynować paliwa ani zużywać go od razu. Korzystamy z podstawowego źródła energii we wszechświecie i nasze silniki i paliwo są ot, tam, na zewnątrz — zatoczył łuk ręką.

— No dobrze, ale gdy tak teraz myślę o tym… Co będzie, jeśli coś się zepsuje?

Trevize wzruszył ramionami. — Uczono mnie latać w przestrzeni, ale nie na takich statkach. Jeśli wysiądzie grawityka, to obawiam się, że nic na to nie będę mógł poradzić.

— Ale potrafi pan prowadzić ten statek? Kierować nim?

— Sam jestem tego ciekaw.

— Myśli pan, że ten statek jest całkowicie zautomatyzowany? — spytał Pelorat. — Może jesteśmy tylko pasażerami? Może mamy tu tylko siedzieć i nic nie robić?

— Mają takie rzeczy na promach kursujących między planetami i stacjami orbitalnymi w układach słonecznych, ale nigdy nie słyszałem o zautomatyzowanym statku do podróży przez nadprzestrzeń. Przynajmniej dotychczas nie słyszałem… Dotychczas…

Raz jeszcze rozejrzał się wokół i poczuł nagły lęk. Czyżby ta wiedźma Branno aż tak go nabrała? A może Fundacja faktycznie zautomatyzowała już podróże międzygwiezdne i on, Trevize, miał zostać przewieziony na Trantor wbrew swej woli, mając w tej sprawie do powiedzenia tyle, co wyposażenie statku.

Powiedział ze sztucznym ożywieniem: — Niech pan usiądzie, profesorze. Burmistrz mówiła, że statek jest całkowicie skomputeryzowany. Skoro w pana kabinie jest czytnik FX, to w mojej powinien być komputer. Niech się pan tu rozgości, a ja tymczasem rozejrzę się w swojej kabinie.

Pelorat nagle się zaniepokoił.

— Trevize, drogi przyjacielu… Nie chce pan chyba wysiąść, co?

— Nie mam najmniejszego zamiaru. A zresztą, gdybym spróbował wyjść, to może być pan pewien, że zaraz by mnie zatrzymano. Pani burmistrz nie życzy sobie, żebym stąd odszedł. Chcę po prostu zorientować się jak działa układ sterowniczy „Odległej Gwiazdy”. — Uśmiechnął się. — Nie opuszczę pana, profesorze.

Wchodząc do pomieszczenia, które — jak sądził — miało być jego sypialnią, miał wciąż jeszcze uśmiech na ustach, ale gdy zamknął cicho drzwi za sobą, jego twarz spoważniała. Na pewno musiało gdzieś tu być jakieś urządzenie umożliwiające nawiązanie łączności z planetą, koło której mógł się znaleźć statek. Trudno było sobie wyobrazić, żeby pojazd był celowo odizolowany od otoczenia i dlatego gdzieś tu — może w jakiejś wnęce — musiał się znajdować aparat. Mógłby się połączyć z biurem burmistrza i zapytać o pulpit sterowniczy.

Dokładnie zbadał ściany, zagłówek łóżka i zgrabne, gładkie mebelki. Jeśli tu nie znajdzie nic, to przeszuka resztę statku.

Miał się już odwrócić, gdy wzrok jego padł na plamkę światła widoczną na gładkiej, jasnobrązowej płycie biurka. W krążku światła zgrabne litery układały się w napis „Instrukcja obsługi komputera”.

A więc jednak! Mimo to serce zabiło mu szybciej. Były komputery i komputery, a także programy, na opanowanie których trzeba długiego czasu. Trevize nigdy nie wątpił w swoją inteligencję, ale z drugiej strony nie był geniuszem. Byli tacy, którzy mieli smykałkę do komputerów i tacy, którzy jej nie mieli, a Trevize dobrze wiedział, do której kategorii się zalicza.

W czasie służby we flocie wojennej Fundacji doszedł do stopnia porucznika i zdarzało mu się pełnić obowiązki dowódcy wachty. Miewał wtedy okazję do posługiwania się komputerem pokładowym. Jednak nigdy obsługa komputera nie należała wyłącznie do niego i nigdy nie wymagano od niego jako od dowódcy wachty, żeby znał się na tym dokładnie i potrafił dokonywać innych operacji niż zwykłe rutynowe czynności.

Przypomniał sobie opasłe tomy wydruków zawierające pełen opis programu komputera i ogarnęło go przygnębienie. Przypomniał sobie też, jak zachowywał się sierżant techniczny Krasnet przy pulpicie komputera. Przebierał palcami po klawiszach, jak gdyby był to najbardziej skomplikowany instrument muzyczny w Galaktyce, a robił to z taką nonszalancją, jakby nudziło go obsługiwanie tak prostego urządzenia, ale nawet on musiał czasami zaglądać do opisu programu, klnąc przy tym ile wlezie.

Po chwili wahania Trevize dotknął palcem świetlnej plamki i od razu krąg światła rozszerzył się, obejmując całe biurko. Na jego blacie widniał zarys dwu dłoni, prawej i lewej. Niemal w tej samej chwili blat obrócił się i ustawił pod kątem czterdziestu pięciu stopni.

Trevize usiadł przy biurku. Nie potrzebował żadnych wyjaśnień. Było oczywiste, co ma zrobić.

Położył dłonie w oznaczonych miejscach. Miejsca te zostały tak dobrane, że mógł siedzieć wygodnie, nie naprężając ramion i nie czując zmęczenia. Powierzchnia biurka wydawała się miękka w dotyku, jakby zrobiona z aksamitu. Czuł, jak dłonie zanurzają się w niej. Patrzył ze zdumieniem, gdyż wzrok mówił mu co innego. Jego ręce nie zagłębiły się w blacie ani na milimetr, spoczywały na powierzchni dokładnie tak, jak je położył, choć mógłby przysiąc, że czuje łagodny i ciepły uścisk na dłoniach.

Co to wszystko znaczy?

Co teraz?

Rozejrzał się, a potem, pod wpływem nagłego impulsu, zamknął oczy. Nic nie słyszał. Nic nie słyszał! Ale wyraźnie dotarło do niego, jakby zrodzone w jego własnym umyśle, zdanie „Zamknij oczy. Odpręż się. Nawiążemy kontakt”.

Przez ręce?

Kiedy dawniej zastanawiał się nad możliwością nawiązania kontaktu myślowego z komputerem, to wyobrażał sobie, że konieczny do tego będzie odpowiedni kask, wyposażony w elektrody umieszczane na czaszce i nad oczami. Ale kontakt przez ręce?

A właściwie dlaczego nie? Trevize czuł ogarniającą go senność. Wydawało mu się, że odpływa w jakąś dal, ale wszystko to nie stępiło w najmniejszym stopniu jego zdolności trzeźwego myślenia. Dlaczego nie przez ręce?

Oczy były tylko narządami zmysłu widzenia. Mózg tylko centralną tablicą rozdzielczą, zamkniętą w kościanej obudowie i oddzieloną od pracujących urządzeń, od ciała. Tymi pracującymi urządzeniami były ręce, ręce, które napotykały opór materii i urządzały po swojemu wszechświat.

Istoty ludzkie myślały dzięki rękom. To ich ręce zaspokajały ciekawość, to one dotykały i szczypały, obracały i podnosiły, i ważyły. Istniały zwierzęta, które miały mózgi o wzbudzających szacunek rozmiarach, ale nie miały rąk i na tym właśnie polegała cała różnica.

Gdy komputer „ujął” jego ręce, ich myślenie stopiło się w jedno i nie było już ważne, czy oczy ma otwarte czy zamknięte. Otwarcie oczu nie poprawiło ostrości widzenia, a zamknięcie nie zaciemniło obrazu. Czy miał je zamknięte, czy otwarte — widział kabinę z tą samą jasnością, i to nie ten akurat fragment, w kierunku którego był zwrócony, ale całe pomieszczenie, zarówno to, co było za nim, jak i to, co nad nim i pod nim.

Mało tego, widział wszystkie pomieszczenia statku i to, co było na zewnątrz. Na horyzoncie ukazało się słońce, skąpane jeszcze w porannej mgle, ale mógł patrzeć prosto w nie bez mrużenia oczu, gdyż komputer automatycznie filtrował fale świetlne.

Czuł łagodny powiew wiatru i temperaturę powietrza, i dźwięki otaczającego statek świata. Rejestrował pole magnetyczne planety i drobne ładunki elektryczne na ścianach statku.

Uświadomił sobie, że wie jak kierować statkiem, chociaż nie znał szczegółów układu sterowniczego. Wiedział tylko tyle, że gdyby zechciał, by statek wzniósł się, obrócił, przyśpieszył czy zrobił cokolwiek innego, to byłby to taki sam proces jak w przypadku analogicznych czynności jego własnego ciała. Było to zależne od jego woli.

Ale jego wola nie była niczym nieskrępowana. Komputer mógł sam podejmować pewne decyzje. W tej właśnie chwili dotarło do jego świadomości stworzone bez udziału jego woli zdanie; wiedział już dokładnie, kiedy i jak statek wystartuje. Jeśli o to chodziło, nie było dyskusji. Ale potem — z tego zdawał sobie sprawę równie jasno — będzie mógł decydować już on sam.

Stwierdził — wyrzucając na zewnątrz sieć wzmocnionych przez komputer zmysłów — że może rozpoznać stan górnej warstwy atmosfery, że może przedstawić sobie mapę pogody, że jest w stanie wykryć statki wzbijające się w górę i lądujące. Wszystko to trzeba było wziąć pod uwagę i komputer brał to pod uwagę. Uświadomił sobie też, że gdyby komputer tego nie zrobił, to wystarczyłoby, żeby on, Trevize, pomyślał, że trzeba to zrobić i zostałoby to z miejsca zrobione.

Tak więc, jeśli chodzi o grube tomy z opisem oprogramowania, to nie było żadnych. Trevize pomyślał o sierżancie technicznym Krasnecie i uśmiechnął się. Wiele czytał o rewolucji technicznej, którą wywoła upowszechnienie grawityki, ale połączenie komputera i umysłu ludzkiego było nadal tajemnicą państwową. Ujawnienie tego spowodowałoby na pewno o wiele większą rewolucję.

Zdawał sobie sprawę z upływu czasu. Wiedział dokładnie, która jest godzina według lokalnego czasu Terminusa i według standardowego czasu galaktycznego.

W jaki sposób przerwać kontakt z komputerem i wstać?

Zaledwie o tym pomyślał, gdy poczuł, że ręce ma wolne. Blat biurka wrócił do pierwotnego położenia i Trevize został sam ze swoimi nie wspieranymi już przez komputer zmysłami.

Czuł się ślepy i bezbronny, jak gdyby znalazł się pod opieką jakiejś nadludzkiej, istoty, a potem został porzucony. Gdyby nie wiedział o tym, że w każdej chwili może znowu nawiązać kontakt z komputerem, to uczucie to być może przywiodłoby go do płaczu.

W tej sytuacji starał się jednak odzyskać orientację i ponownie przystosować do granic postrzegania wyznaczonych przez nieuzbrojone zmysły. W końcu stanął niepewnie na nogach i wyszedł z kabiny.

Pelorat podniósł głowę. Nastawił, oczywiście, czytnik, więc teraz powiedział: — Działa bardzo dobrze.

Ma świetny program poszukiwań… Znalazłeś pulpit sterowniczy, mój chłopcze?

— Tak, profesorze. Wszystko jest w porządku.

— Czy w takim razie nie powinniśmy czegoś zrobić w związku ze startem? Chodzi mi o zabezpieczenie się. Może powinniśmy zapiąć pasy, czy coś takiego? Szukałem jakichś instrukcji, ale nic nie znalazłem i to mnie zdenerwowało. Musiałem wrócić do swojej biblioteki. Jakoś, kiedy zajmuję się swoją pracą…

Trevize wyciągnął ręce w stronę profesora, jakby chciał powstrzymać potok jego słów. Ponieważ nie odniosło to skutku, musiał go przekrzyczeć.

— To zupełnie zbyteczne, profesorze. Antygrawitacja jest odpowiednikiem braku bezwładności. Nie czujemy przyspieszenia, kiedy zmienia się prędkość, ponieważ wszystko, co znajduje się na statku, podlega tej zmianie w tym samym czasie.

— Chce pan przez to powiedzieć, że nie poczujemy, kiedy oderwiemy się od planety i znajdziemy się w przestrzeni?

— Dokładnie tak, bo właśnie w tej chwili startujemy. Za kilka minut przejdziemy przez górne warstwy atmosfery, a za pół godziny będziemy w otwartej przestrzeni.

<p>16.</p>

Pelorat jakby skurczył się w sobie. Gapił się na Trevizego osłupiałymi oczyma. Jego długa, prostokątna twarz nie wyrażała nic, ale zdawał się z niej wprost promieniować ogromny niepokój. Po chwili zerknął ostrożnie w prawo, potem w lewo.

Trevize pamiętał, jak on sam czuł się podczas pierwszej podróży poza atmosferę.

Powiedział, starając się, by głos jego zabrzmiał jak najbardziej rzeczowo: — Janov (po raz pierwszy zwrócił się do profesora tak familiarnie, ale w tym przypadku osoba doświadczona zwracała się do niedoświadczonej i było konieczne, by stworzył pozory, iż to on jest starszy), jesteśmy tu całkowicie bezpieczni. Znajdujemy się w metalowym łonie statku floty wojennej Fundacji. Nie mamy pełnego uzbrojenia, ale nie ma takiego miejsca w Galaktyce, gdzie nie chroniłoby nas samo imię Fundacji. Nawet gdyby ktoś zwariował i zaatakował nas, to i tak w jednej chwili zdołalibyśmy umknąć poza zasięg jego pocisków. I zapewniam cię, że przekonałem się, iż potrafię doskonale kierować tym statkiem.

— Go… Golan, to myśl o nicości…

— Co też znowu? Przecież Terminus jest zewsząd otoczony nicością. Między nami na powierzchni, a nicością nad nami znajduje się tylko cienka warstwa rzadkiego powietrza. Wystarczy tylko przejść przez tę lichą warstwę. I właśnie to robimy.

— Może jest licha, ale w niej żyjemy i oddychamy.

— Tutaj też oddychamy. Powietrze na statku jest czyściejsze niż naturalna atmosfera Terminusa i będzie takie przez cały czas.

— A meteoryty?

— Co — meteoryty?

— Atmosfera chroni nas przed meteorytami. Przed promieniowaniem też, jeśli już o tym mowa.

— Zdaje mi się — rzekł Trevize — że ludzie podróżują w przestrzeni już od dwudziestu tysięcy lat…

— Od dwudziestu dwu tysięcy lat. Jeśli posłużymy się chronologią Hallblocka, to jest zupełnie jasne, że licząc…

— Wystarczy! Słyszałeś kiedy o wypadku spowodowanym przez meteoryt albo o czyjejś śmierci w wyniku promieniowania kosmicznego? To znaczy ostatnio?… To znaczy, jeśli chodzi o statki Fundacji?

— Nie śledzę takich wydarzeń, ale jestem historykiem, mój chłopcze, i…

— Historia oczywiście zna takie przypadki, ale technika stale się rozwija. Nie ma meteorytów na tyle dużych, żeby mogły uszkodzić nasz statek, gdyby zbliżyły się do nas na niebezpieczną odległość, zanim zdążylibyśmy podjąć odpowiednie przeciwdziałania. Mogłyby nas załatwić dopiero cztery meteoryty zbliżające się do nas równocześnie z czterech wierzchołków czworościanu, ale gdybyś obliczył stopień prawdopodobieństwa zaistnienia takiego zdarzenia, to przekonałbyś się, że masz miliard miliardów razy większe szansę umrzeć spokojnie ze starości niż zaobserwować to interesujące zjawisko.

— To znaczy, gdyby posługiwać się komputerem?

— Nie — odparł drwiącym tonem Trevize. — Gdybym posługiwał się komputerem, opierając się na swoich własnych obserwacjach, to meteoryt rąbnąłby we mnie zanim bym się zdążył zorientować, co się dzieje. To wykonuje sam komputer, który reaguje na sytuacje milion razy szybciej niż ty czy ja. — Wyciągnął nagle rękę. — Chodź, Janov, pokażę ci, co potrafi komputer. Przy okazji zobaczysz, czym jest przestrzeń.

Pelorat gapił się na niego wybałuszonymi oczami. Potem roześmiał się.

— Nie jestem pewien, Golan, czy chciałbym to widzieć.

— Jasne, że nie jesteś pewien, bo nie wiesz, co tam czeka na poznanie. Spróbuj, Janov! Chodź do mojej kabiny!

Trevize wziął go za rękę i trochę prowadząc go, a trochę ciągnąc, przywiódł do swojej kabiny. Gdy już zasiadł przy komputerze, spytał: — Czy widziałeś kiedy Galaktykę, Janov? Patrzyłeś na nią?

— To znaczy chcesz wiedzieć, czy patrzyłem na niebo? — spytał Pelorat.

— Tak, jasne. A na co?

— Pewnie, że patrzyłem i widziałem. Każdy widział. Wystarczy podnieść głowę do góry.

— A czy przyglądałeś się kiedyś niebu podczas ciemnej, bezchmurnej nocy, kiedy Diamenty są pod horyzontem?

Nazwa „Diamenty” odnosiła się do tych kilku gwiazd, które były na tyle blisko i miały na tyle silny blask, by świecić w miarę jasno na nocnym niebie Terminusa. Było to małe skupisko, zajmujące szerokość nie większą niż dwadzieścia stopni, i przez większą część nocy znajdowało się pod horyzontem. W bok od tego skupiska był zaledwie dostrzegalny nieuzbrojonym okiem zamglony rój gwiazd. Właściwie widać było tylko mleczne lśnienie Galaktyki, widok, którego można było się spodziewać na świecie takim jak Terminus, leżącym na samym końcu zewnętrznego ramienia spirali galaktycznej.

— Myślę, że tak, ale dlaczego miałbym się przyglądać? To pospolity widok.

— Oczywiście, że to pospolity, widok — powiedział Trevize. — I właśnie dlatego nikt nie zwraca na to uwagi. Po co przyglądać się czemuś, co się zawsze widzi? Ale teraz zobaczysz to, i to nie z Terminusa, gdzie zawsze przeszkadzają jakieś mgły czy chmury. Zobaczysz to, czego nigdy nie dostrzegłbyś z Terminusa, i to bez względu na to, jak byś wysilał wzrok i jak ciemna i bezchmurna byłaby noc. Jak bardzo pragnąłbym, by była to moja pierwsza podróż w przestrzeni i bym — tak jak ty — mógł po raz pierwszy podziwiać piękność nagiej Galaktyki.

Pchnął fotel w kierunku Pelorata. — Usiądź tam, Janov. Może mi to zająć trochę czasu. Jeszcze się nie zdążyłem przyzwyczaić do tego komputera. Z tego co do tej pory zrobiłem, wiem, że obraz jest holograficzny, nie będzie więc nam potrzebny żaden ekran ani nic w tym rodzaju. Komputer ma bezpośredni kontakt z moim mózgiem, ale myślę, że uda mi się uzyskać obiektywny obraz, który ty też będziesz mógł zobaczyć… Wyłącz światło, dobrze?… Nie, to głupie z mojej strony. Zrobi to komputer. Zostań na miejscu.

Trevize nawiązał kontakt z komputerem, czując ciepły, niemal intymny uścisk na dłoniach.

Światła ściemniały, a potem zgasły zupełnie. Siedząc w ciemności, Pelorat zaczął wiercić się na fotelu.

— Nie denerwuj się, Janov — powiedział Trevize. — Mogę mieć trochę problemów ze sterowaniem tym komputerem, ale zacznę powoli. Musisz uzbroić się w cierpliwość. O, widzisz to? Ten półksiężyc?

Wisiał w ciemnościach przed nimi. Najpierw był trochę zamglony i migotał, ale stopniowo stawał się coraz jaśniejszy i coraz bardziej wyraźny.

— To Terminus? — w głosie Pelorata słychać było strach. — Jesteśmy już tak daleko od niego?

— Tak, statek posuwa się z dużą szybkością. Wchodzili łukiem w cień pogrążonej w nocy części Terminusa, który pojawił się jaka szeroki, jasno świecący sierp. Przez chwilę korciło Trevizego, by skierować statek po szerszym łuku nad półkulę, na której był dzień, i pokazać planetę w całej jej urodzie, ale powstrzymał się przed tym.

Być może widok ten byłby czymś nowym i ciekawym dla Pelorata, ale dla niego nie miał już żadnego uroku. Było zbyt wiele zdjęć, zbyt wiele map, zbyt wiele modeli Terminusa. Każde dziecko wiedziało jak wygląda. Planeta bogata, aż nadmiernie, w wodę i uboga w minerały, o dobrze rozwiniętym rolnictwie i praktycznie bez przemyski ciężkiego, ale za to przodująca w całej Galaktyce w wysoko zaawansowanej inżynierii, technice i miniaturyzacji.

Gdyby mógł skłonić komputer do wykorzystania mikrofal i skonstruowania modelu optycznego, to ujrzeliby wszystkie z dziesięciu tysięcy zamieszkałych wysp Terminusa, wraz z tą, która była na tyle duża, że mogła być uważana za kontynent, z tą, na której leżało miasto Terminus i…

„Zmień obraz!”

Była to tylko myśl, próba sprawdzenia wpływu jego woli, ale obraz zmienił się od razu. Świecący półksiężyc przesunął się w stronę krawędzi obrazu i znikł za nią. Uderzyła go w oczy absolutna ciemność bezgwiezdnej przestrzeni.

Pelorat chrząknął. — Chciałbym, mój chłopcze, żebyś znowu wywołał obraz Terminusa. Mam wrażenie, że oślepłem — w jego glosie dało się wyczuć wyraźne napięcie.

— Nie oślepłeś. Patrz!

W polu widzenia pojawił się blado świecący, lekko przejrzysty obłok. Rozszerzał się i świecił coraz jaśniej, aż w końcu cala kabina wypełniła się blaskiem.

„Skurcz obraz!”

Była to następna próba woli. Galaktyka cofnęła się, jakby oglądana przez pomniejszający teleskop, którego siła pomniejszania stale rosła. Obraz skurczył się i zagęścił, a Galaktyka wyglądała teraz jak struktura utworzona z punktów o różnej jasności.

„Rozjaśnij obraz!”

Obraz pojaśniał, nie zmieniając wymiarów, a ponieważ układ gwiezdny, do którego należał Terminus, znajdował się powyżej płaszczyzny Galaktyki, widzieli ją nieco z ukosa, w silnym skrócie perspektywicznym, jako podwójną spiralę, spomiędzy ramion której wystrzeliwały w stronę oświetlonej części Terminusa, znacząc ją ciemnymi smugami, zakrzywione pasma mgławicy. Śmietankowej barwy jądro Galaktyki wydawało się małe i nieważne.

— Masz rację — szepnął Pelorat z podziwem. — Nigdy nie widziałem tego w ten sposób. Nigdy nie przypuszczałem, że jest tam takie bogactwo szczegółów.

— I nic w tym dziwnego. Nie mogłeś dojrzeć drugiej połowy Galaktyki, bo między nią a tobą była atmosfera Terminusa. Z naszej planety trudno zobaczyć nawet jądro.

— Jaka szkoda, że oglądamy ją prawie z boku.

— Nie jesteśmy na to skazani. Komputer może ją pokazać z dowolnej strony i pozycji. Wystarczy, że wyrażę swoje życzenie, i to nawet po cichu.

„Zmień współrzędne!”

Na pewno nie było to precyzyjne polecenie, ale kiedy obraz Galaktyki zaczął się powoli zmieniać, Trevize pokierował w myśli komputerem i uzyskał to, co chciał.

Galaktyka obracała się wolno, tak że mogli ją oglądać pod kątem prostym w stosunku do jej płaszczyzny. Wyglądała jak ogromny wir, wsysający jarzącą się ognistymi punkcikami ciemność do płonącego jaskrawo środka.

— Jak komputer może zarejestrować ten obraz z miejsca oddalonego o ponad pięćdziesiąt tysięcy parseków? — spytał Pelorat, ale zaraz dodał zduszonym głosem: — Przepraszam za to pytanie. Nic a nic się w tym nie wyznaję.

— Jeśli chodzi o ten komputer, to wiem niewiele więcej niż ty — powiedział Trevize. — Jednak nawet prosty komputer potrafi dobrać współrzędne i przedstawić obraz Galaktyki z dowolnego miejsca, wychodząc od danych, które może zebrać w pozycji naturalnej statku, to znaczy opierając się na tych danych, które odnoszą się do jego rzeczywistej pozycji w przestrzeni. Oczywiście opiera się tylko na danych wyjściowych, nic więc dziwnego, że kiedy pokazuje duży obraz, to są w nim luki, a pewne partie są niewyraźne czy zamazane. Ale w tym przypadku…

— Tak?

— Mamy naprawdę świetny obraz. Myślę, że do naszego komputera wprowadzono kompletną mapę Galaktyki, w związku z czym może nam ją pokazać z tą samą dokładnością pod dowolnym kątem.

— Co masz na myśli mówiąc „kompletna mapa”?

— To, że współrzędne przestrzenne każdej gwiazdy muszą znajdować się w pamięci komputera.

— Każdej gwiazdy? — spytał z podziwem Pelorat.

— No, może nie wszystkich trzystu miliardów. Ale na pewno zawiera współrzędne gwiazd, wokół których krążą zamieszkane planety, a prawdopodobnie też wszystkich gwiazd klasy spektralnej K i jaśniejszych. To znaczy, przynajmniej siedemdziesięciu pięciu miliardów.

— Każdej gwiazdy zamieszkanego układu?

— Nie dam za to głowy. Może nie wszystkie. W końcu w czasach Hariego Seldona było dwadzieścia pięć milionów zamieszkanych układów gwiezdnych, co wydaje się dużą liczbą, ale znaczy, że zamieszkany był tylko jeden na dwadzieścia tysięcy układów. Od tamtej pory minęło pięćset lat, a upadek Imperium przecież nie powstrzymał procesu kolonizacji. Myślę, że nawet przyspieszyliśmy ten proces. Jest jeszcze wiele planet, na których można żyć, więc teraz ogólna liczba zamieszkanych układów może sięgać trzydziestu milionów. Jest zupełnie możliwe, że w rejestrach Fundacji nie ma wszystkich nowo zasiedlonych.

— A te dawno zasiedlone? Chyba są tam wszystkie, bez wyjątku.

— Tak myślę. Oczywiście nie mogę za to ręczyć, ale zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że jakiś od dawna zamieszkany układ nie jest odnotowany w rejestrach Fundacji. Pozwól, że ci coś pokażę — jeśli potrafię na tyle sterować tym komputerem.

Trevize napiął nieco mięśnie rąk, jakby chciał je bardziej zagłębić w płytę biurka i nawiązać ściślejszy kontakt z komputerem. Być może nie było to potrzebne, może wystarczyłoby, żeby rzucił w myśli hasło „Terminus!”

Pomyślał o tym i w odpowiedzi na samym skraju wiru pojawił się błyszczący czerwony romb.

— To nasze słońce — powiedział z podnieceniem. — To słońce, wokół którego krąży Terminus.

— Ach! — westchnął przeciągle Pelorat.

W samym jądrze Galaktyki, ale dobrze w bok od płonącego środka, pojawił się jasnożółty świetlny punkt. Był raczej bliżej tej krawędzi, na której znajdował się Terminus, niż przeciwnej.

— A to — powiedział Trevize — jest słońce Trantora.

Pelorat wydał jeszcze jedno westchnienie, a potem spytał:

— Jesteś pewien? Zawsze słyszałem, że Trantor znajduje się w środku Galaktyki.

— W pewnym sensie tak jest. Znajduje się tak blisko środka, jak tylko nadająca się do zamieszkania planeta może się znajdować. Znajduje się bliżej środka niż którykolwiek z większych i zamieszkanych układów. Rzeczywisty środek Galaktyki to czarna dziura z około milionem gwiazd, a więc niebezpieczne miejsce. O ile nam wiadomo, nie ma tam życia i pewnie nie może tam ono istnieć w żadnej formie. Trantor znajduje się w najbliższym środka skręcie spiralnych ramion Galaktyki i, wierz mi, gdybyś ujrzał nocą niebo nad nim, to pomyślałbyś, że znajduje się w jej samym środku. Jest otoczony morzem gwiazd.

— Byłeś na Trantorze, Golan? — zapytał Pelorat z wyraźną zazdrością.

— Osobiście nie byłem, ale widziałem obrazy holograficzne jego nieba.

Trevize patrzył ponuro na Galaktykę. Jakie cuda wyczyniano z jej mapami w czasie wielkich poszukiwań Drugiej Fundacji za panowania Muła i ile tomów napisano i sfilmowano na ten temat!

A wszystko dlatego, że Hari Seldon powiedział na początku, iż Druga Fundacja zostanie założona „na drugim końcu Galaktyki”, w miejscu, które nazwał Krańcem Gwiazdy.

Na drugim końcu Galaktyki! Zaledwie Trevize pomyślał o tym, na obrazie pojawiła się cienka niebieska linia prowadząca od Terminusa przez czarną dziurę w środku Galaktyki do jej drugiego końca. Trevize aż podskoczył z wrażenia. Nie wydał polecenia komputerowi, aby wprowadził do obrazu tę linię, ale pomyślał o niej dość jasno i to wystarczyło.

Ale, oczywiście, prosta jak strzelił droga na drugą stronę Galaktyki niekoniecznie musiała prowadzić do „drugiego końca”, o którym mówił Seldon. Arkady Darell, jeśli wierzyć jej autobiografii, użyła zwrotu „koło nie ma końca”, aby wskazać na to, co teraz wszyscy zgodnie uważali za prawdę…

Chociaż Trevize starał się zaraz zdusić tę myśl, komputer był szybszy. Niebieska linia znikła, a zamiast niej pojawiło się koło, które opasało Galaktykę, przecinając na niebiesko intensywnie czerwoną kropkę oznaczającą słońce Terminusa.

Koło nie ma końca, więc jeśli zaczynało się na Terminusie, to szukając drugiego końca trzeba było po prostu wrócić na Terminusa. I faktycznie odkryto tam Drugą Fundację. Na tym samym świecie, na którym znajdowała się Pierwsza.

Ale jeśli w rzeczywistości nie odkryto jej, jeśli tak zwane odkrycie Drugiej Fundacji było tylko złudzeniem, to co dalej? Co, oprócz prostej linii i koła miało sens w tym kontekście?

— Tworzysz iluzje? — odezwał się Pelorat. — Co to za niebieskie koło?

— Po prostu wypróbowywałem komputer… Chcesz zlokalizować Ziemię?

Przez minutę czy dwie panowała cisza, aż w końcu Pelorat rzekł:

— Żarty sobie stroisz?

— Nie. Spróbuję. Spróbował. I nic.

— Przykro mi — powiedział Trevize.

— Nie ma jej tam? Nie ma Ziemi?

— Być może źle sformułowałem polecenie, ale to wydaje się mało prawdopodobne. Myślę, że jest bardziej prawdopodobne, że Ziemia nie została wprowadzona do pamięci komputera.

— Może jest pod inną nazwą — powiedział Pelorat.

Trevize natychmiast się tego uczepił.

— Pod jaką inną nazwą, Janov?

Pelorat nic nie odrzekł i Trevize uśmiechnął się w ciemności. Przyszło mu do głowy, że być może wszystko zaczyna się układać. Tylko tak dalej. Nie ma się co spieszyć. Trzeba poczekać, aż się to wyklaruje. Celowo zmienił temat.

— Zastanawiam się, czy możemy pokierować czasem — powiedział.

— Czasem! A jak moglibyśmy to zrobić?

— Galaktyka obraca się. Na jeden pełen obieg po dużym obwodzie Galaktyki Terminus potrzebuje prawie pół miliarda lat. Oczywiście gwiazdy, które znajdują się bliżej środka, kończą obrót znacznie szybciej. Ruch każdej gwiazdy względem zajmującej środek czarnej dziury może być zakodowany w pamięci komputera, a w takim przypadku można wydać mu polecenie, aby przyśpieszył ten ruch parę milionów razy, dzięki czemu można by to zobaczyć. Mogę spróbować, czy to się da zrobić.

Wytężył wolę, napinając mimowiednie mięśnie, jak gdyby własnymi rękami chwytał Galaktykę, skręcał ją i przyspieszał jej bieg, jak gdyby — pokonując ogromny opór — zmuszał ją do wirowania.

Galaktyka poruszała się. Powoli, majestatycznie, kręciła się w kierunku, który musiał ścisnąć jej ramiona.

Gdy tak patrzyli, czas — nierzeczywisty, sztuczny czas — płynął niewiarygodnie szybko, a w miarę jego upływu gwiazdy zmieniały się, stając się efemeryda — mi.

Niektóre z większych gwiazd — w różnych miejscach Galaktyki — poczerwieniały i stały się bardziej jaskrawe, powiększając się i zmieniając w czerwone olbrzymy. Potem jakaś gwiazda ze skupiska znajdującego się blisko środka eksplodowała bezgłośnie z oślepiającym błyskiem, który na ułamek sekundy pogrążył w mroku Galaktykę, i znikła. Potem eksplodowała inna, na jednym ze spiralnych ramion, a potem jeszcze jedna, niedaleko od tamtej.

— Supernowe — powiedział Trevize lekko drżącym głosem.

Czy to możliwe, żeby komputer mógł dokładnie przewidzieć, która gwiazda eksploduje i kiedy to się stanie? Czy może raczej był to uproszczony model, który pokazywał przyszłość gwiazd w znaczeniu ogólnym, a nie w odniesieniu do konkretnych ciał?

Pelorat powiedział ochrypłym szeptem:

— Galaktyka wygląda jak żywa istota pełznąca przez przestrzeń.

— Rzeczywiście — przytaknął Trevize — ale jestem zmęczony. Jeśli nie nauczę się robić tego z mniejszym napięciem, to nie będę mógł się długo bawić w tę grę.

Przerwał. Galaktyka zwolniła, potem zatrzymała się, a potem przechyliła się, aż w końcu ukazała się z tej strony, z której widzieli ją na początku.

Trevize zamknął oczy i głęboko odetchnął. — Czuł (czy widział), jak Terminus zostaje coraz bardziej z tyłu i kurczy się, jak ostatnie dostrzegalne strzępki atmosfery znikają z ich otoczenia. Czuł wszystkie przelatujące w ich pobliżu statki.

Nie przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić, czy któryś z tych statków nie wyróżnia się czymś szczególnym. Czy nie ma wśród nich takiego, jak jego własny, o napędzie grawitacyjnym, podążającego kursem zbyt zbliżonym do jego, żeby mógł to być przypadek.


14.

<p>14.</p>

Statek wyglądał jeszcze bardziej okazale, niż Trevize spodziewał się na podstawie tego, co zapamiętał z krzykliwej reklamy towarzyszącej wprowadzeniu krążowników nowej generacji.

To nie jego rozmiary wywierały takie wrażenie, bo statek był raczej mały. Przy jego projektowaniu brano pod uwagę szybkość i zwrotność, to, że będzie miał całkowicie grawitacyjny napęd, a przede wszystkim fakt, że zostanie wyposażony w najnowocześniejsze komputery. Duże rozmiary byłyby nie tylko zbyteczne, ale nawet utrudniałyby osiągnięcie założonego celu.

Tym, co budziło podziw, było urządzenie pozwalające jednej osobie kierować statkiem lepiej, niż było to możliwe w przypadku tradycyjnych krążowników, których załoga musiała liczyć co najmniej dwanaście osób. Jeśli na pokładzie była jeszcze jedna lub — dwie osoby dla zmiany wachty, to statek taki mógł pokonać całą flotyllę znacznie większych, nie pochodzących z Fundacji statków. W dodatku mógł prześcignąć każdy z istniejących typów statków.

Jego kształt był doskonale celowy — nie było tam ani jednej zbytecznej linii czy krzywizny, i to zarówno zewnątrz, jak i wewnątrz. Każdy metr sześcienny wnętrza został wykorzystany do maksimum, tak że — paradoksalnie — wydawało się ono bardzo przestronne. Nic z tego, co burmistrz Branno mówiła o znaczeniu jego misji, nie wywarło na Trevizem takiego wrażenia jak statek, na którym miał wyruszyć w tej misji.

Żelazna Branno, pomyślał ze smutkiem, wpakowała go w niebezpieczne przedsięwzięcie o nadzwyczajnym znaczeniu. Na pewno nie zgodziłby się na to tak łatwo, gdyby nie ułożyła wszystkiego tak, że zapragnął jej pokazać, na co go stać.

Jeśli chodzi o Pelorata, to nie posiadał się z zachwytu. — Czy uwierzyłby pan — rzekł, dotykając delikatnie palcem kadłuba, zanim wszedł do środka — że nigdy jeszcze nie znalazłem się tak blisko statku kosmicznego?

— Jeśli pan tak mówi, profesorze, to oczywiście wierzę w to, ale jak się panu udało tego dokonać?

— Szczerze mówiąc, drogi przy… to znaczy, drogi panie Trevize, sam nie wiem. Przypuszczam, że to dlatego, że byłem całkowicie pochłonięty swoimi badaniami. Wie pan, jeśli ktoś ma w domu naprawdę dobry komputer, który może się połączyć z każdym innym komputerem w dowolnym miejscu Galaktyki, to nie potrzebuje się ruszać z miejsca… Jakoś zawsze mi się wydawało, że statki kosmiczne są większe niż ten tutaj.

— Ten model jest mały, ale i tak jest znacznie większy w środku niż jakikolwiek inny statek o tych rozmiarach.

— Jak to możliwe? Żartuje sobie pan z mojej niewiedzy.

— Ależ nie. Mówię poważnie. To jeden z pierwszych statków, które poruszają się całkowicie na zasadzie grawitacji.

— A co to znaczy? Ale, proszę, niech mi pan nic nie wyjaśnia, jeśli to wymaga dobrej znajomości fizyki. Uwierzę panu na słowo, tak jak pan wczoraj mnie w sprawie jednego rodzaju ludzkiego i jednego miejsca pochodzenia.

— Spróbujmy, profesorze. Przez te wszystkie tysiące lat lotów kosmicznych korzystaliśmy z silników o napędzie chemicznym, jonowym i hiperjądrowym, a były to ogromne urządzenia. Flota starego Imperium posiadała statki o pięćsetmetrowej długości, na których przestrzeń dla załogi była wielkości małego mieszkania. Na szczęście, na skutek braku zasobów naturalnych, Fundacja wyspecjalizowała się w ciągu stuleci w miniaturyzacji. Ten statek jest jej szczytowym osiągnięciem. Została tu wykorzystana siła antygrawitacji, a urządzenie, które do tego służy, nie zajmuje w ogóle miejsca i jest wbudowane w pokrywę kadłuba. Gdyby nie fakt, że nadal potrzebujemy hiperjądrowych…

W tym momencie podszedł do nich strażnik w mundurze służby bezpieczeństwa. — Musicie wsiadać, panowie.

Niebo już pojaśniało, chociaż było jeszcze pół godziny do wschodu słońca.

Trevize rozejrzał się. — Czy załadowano mój bagaż?

— Tak, panie radny. Przekona się pan, że statek został całkowicie wyposażony.

— Pewnie w odzież, która na mnie nie pasuje albo nie jest w moim guście.

Strażnik niespodziewanie uśmiechnął się. — Myślę, że pasuje — powiedział. — Pani burmistrz zagnała nas do pracy po godzinach. Pracowaliśmy bez przerwy trzydzieści albo i czterdzieści godzin i dobraliśmy dokładnie takie rzeczy, jak pan miał. Pieniądze nie grały roli. Słuchajcie — rozejrzał się wokół, aby się upewnić, czy nikt nie widzi jego nagłego spoufalenia się z eskortowanymi — wy dwaj macie szczęście. To najlepszy statek w Galaktyce. Kompletnie wyposażony, tylko bez uzbrojenia. Pływacie jak pączki w maśle.

— Pewnie w zjełczałym — odparł Trevize. — No, profesorze, jest pan gotów?

— Teraz tak — rzekł Pelorat unosząc do góry kwadratowy opłatek o boku długości około dwudziestu centymetrów i chowając go do srebrzystej plastikowej koperty. Trevize uświadomił sobie nagle, że Pelorat nie rozstawał się z tym przedmiotem od chwili, kiedy wyjechali z jego domu, przekładał go z ręki do ręki i nigdy nie odkładał, nawet wtedy, gdy zatrzymali się, aby zjeść szybkie śniadanie.

— Co to takiego, profesorze?

— Moja biblioteka. Jest skatalogowana według tematów i miejsc pochodzenia książek i naniosłem ją całą na jedną płytkę. Jeśli pan uważa, że ten statek to cudo, to co pan powie o tej płytce? Cała biblioteka! Wszystko, co zebrałem. Cudowne! Cudowne.

— Tak — rzekł Trevize — pływamy jak pączki w maśle.


15.

<p>15.</p>

Trevize wpadł w prawdziwy zachwyt na widok wnętrza statku. Przestrzeń została fantastycznie wykorzystana. Był tam magazyn z zapasami żywności, ubrań, filmów i gier. Był pokój do ćwiczeń gimnastycznych, salon i dwie, prawie identyczne, sypialnie.

— Ta musi być pana, profesorze — powiedział Trevize. — W każdym razie jest tu czytnik FX.

— Dobrze — rzekł Pelorat z zadowoleniem. — Co za osioł ze mnie, że tak unikałem podróży kosmicznych. Mógłbym tutaj żyć całkiem wygodniej mój drogi Trevize.

— Jest przestronniej, niż myślałem — stwierdził Trevize z przyjemnością.

— A te silniki znajdują się naprawdę w pokrywie kadłuba?

— W każdym razie są tam urządzenia sterujące. Nie musimy magazynować paliwa ani zużywać go od razu. Korzystamy z podstawowego źródła energii we wszechświecie i nasze silniki i paliwo są ot, tam, na zewnątrz — zatoczył łuk ręką.

— No dobrze, ale gdy tak teraz myślę o tym… Co będzie, jeśli coś się zepsuje?

Trevize wzruszył ramionami. — Uczono mnie latać w przestrzeni, ale nie na takich statkach. Jeśli wysiądzie grawityka, to obawiam się, że nic na to nie będę mógł poradzić.

— Ale potrafi pan prowadzić ten statek? Kierować nim?

— Sam jestem tego ciekaw.

— Myśli pan, że ten statek jest całkowicie zautomatyzowany? — spytał Pelorat. — Może jesteśmy tylko pasażerami? Może mamy tu tylko siedzieć i nic nie robić?

— Mają takie rzeczy na promach kursujących między planetami i stacjami orbitalnymi w układach słonecznych, ale nigdy nie słyszałem o zautomatyzowanym statku do podróży przez nadprzestrzeń. Przynajmniej dotychczas nie słyszałem… Dotychczas…

Raz jeszcze rozejrzał się wokół i poczuł nagły lęk. Czyżby ta wiedźma Branno aż tak go nabrała? A może Fundacja faktycznie zautomatyzowała już podróże międzygwiezdne i on, Trevize, miał zostać przewieziony na Trantor wbrew swej woli, mając w tej sprawie do powiedzenia tyle, co wyposażenie statku.

Powiedział ze sztucznym ożywieniem: — Niech pan usiądzie, profesorze. Burmistrz mówiła, że statek jest całkowicie skomputeryzowany. Skoro w pana kabinie jest czytnik FX, to w mojej powinien być komputer. Niech się pan tu rozgości, a ja tymczasem rozejrzę się w swojej kabinie.

Pelorat nagle się zaniepokoił.

— Trevize, drogi przyjacielu… Nie chce pan chyba wysiąść, co?

— Nie mam najmniejszego zamiaru. A zresztą, gdybym spróbował wyjść, to może być pan pewien, że zaraz by mnie zatrzymano. Pani burmistrz nie życzy sobie, żebym stąd odszedł. Chcę po prostu zorientować się jak działa układ sterowniczy „Odległej Gwiazdy”. — Uśmiechnął się. — Nie opuszczę pana, profesorze.

Wchodząc do pomieszczenia, które — jak sądził — miało być jego sypialnią, miał wciąż jeszcze uśmiech na ustach, ale gdy zamknął cicho drzwi za sobą, jego twarz spoważniała. Na pewno musiało gdzieś tu być jakieś urządzenie umożliwiające nawiązanie łączności z planetą, koło której mógł się znaleźć statek. Trudno było sobie wyobrazić, żeby pojazd był celowo odizolowany od otoczenia i dlatego gdzieś tu — może w jakiejś wnęce — musiał się znajdować aparat. Mógłby się połączyć z biurem burmistrza i zapytać o pulpit sterowniczy.

Dokładnie zbadał ściany, zagłówek łóżka i zgrabne, gładkie mebelki. Jeśli tu nie znajdzie nic, to przeszuka resztę statku.

Miał się już odwrócić, gdy wzrok jego padł na plamkę światła widoczną na gładkiej, jasnobrązowej płycie biurka. W krążku światła zgrabne litery układały się w napis „Instrukcja obsługi komputera”.

A więc jednak! Mimo to serce zabiło mu szybciej. Były komputery i komputery, a także programy, na opanowanie których trzeba długiego czasu. Trevize nigdy nie wątpił w swoją inteligencję, ale z drugiej strony nie był geniuszem. Byli tacy, którzy mieli smykałkę do komputerów i tacy, którzy jej nie mieli, a Trevize dobrze wiedział, do której kategorii się zalicza.

W czasie służby we flocie wojennej Fundacji doszedł do stopnia porucznika i zdarzało mu się pełnić obowiązki dowódcy wachty. Miewał wtedy okazję do posługiwania się komputerem pokładowym. Jednak nigdy obsługa komputera nie należała wyłącznie do niego i nigdy nie wymagano od niego jako od dowódcy wachty, żeby znał się na tym dokładnie i potrafił dokonywać innych operacji niż zwykłe rutynowe czynności.

Przypomniał sobie opasłe tomy wydruków zawierające pełen opis programu komputera i ogarnęło go przygnębienie. Przypomniał sobie też, jak zachowywał się sierżant techniczny Krasnet przy pulpicie komputera. Przebierał palcami po klawiszach, jak gdyby był to najbardziej skomplikowany instrument muzyczny w Galaktyce, a robił to z taką nonszalancją, jakby nudziło go obsługiwanie tak prostego urządzenia, ale nawet on musiał czasami zaglądać do opisu programu, klnąc przy tym ile wlezie.

Po chwili wahania Trevize dotknął palcem świetlnej plamki i od razu krąg światła rozszerzył się, obejmując całe biurko. Na jego blacie widniał zarys dwu dłoni, prawej i lewej. Niemal w tej samej chwili blat obrócił się i ustawił pod kątem czterdziestu pięciu stopni.

Trevize usiadł przy biurku. Nie potrzebował żadnych wyjaśnień. Było oczywiste, co ma zrobić.

Położył dłonie w oznaczonych miejscach. Miejsca te zostały tak dobrane, że mógł siedzieć wygodnie, nie naprężając ramion i nie czując zmęczenia. Powierzchnia biurka wydawała się miękka w dotyku, jakby zrobiona z aksamitu. Czuł, jak dłonie zanurzają się w niej. Patrzył ze zdumieniem, gdyż wzrok mówił mu co innego. Jego ręce nie zagłębiły się w blacie ani na milimetr, spoczywały na powierzchni dokładnie tak, jak je położył, choć mógłby przysiąc, że czuje łagodny i ciepły uścisk na dłoniach.

Co to wszystko znaczy?

Co teraz?

Rozejrzał się, a potem, pod wpływem nagłego impulsu, zamknął oczy. Nic nie słyszał. Nic nie słyszał! Ale wyraźnie dotarło do niego, jakby zrodzone w jego własnym umyśle, zdanie „Zamknij oczy. Odpręż się. Nawiążemy kontakt”.

Przez ręce?

Kiedy dawniej zastanawiał się nad możliwością nawiązania kontaktu myślowego z komputerem, to wyobrażał sobie, że konieczny do tego będzie odpowiedni kask, wyposażony w elektrody umieszczane na czaszce i nad oczami. Ale kontakt przez ręce?

A właściwie dlaczego nie? Trevize czuł ogarniającą go senność. Wydawało mu się, że odpływa w jakąś dal, ale wszystko to nie stępiło w najmniejszym stopniu jego zdolności trzeźwego myślenia. Dlaczego nie przez ręce?

Oczy były tylko narządami zmysłu widzenia. Mózg tylko centralną tablicą rozdzielczą, zamkniętą w kościanej obudowie i oddzieloną od pracujących urządzeń, od ciała. Tymi pracującymi urządzeniami były ręce, ręce, które napotykały opór materii i urządzały po swojemu wszechświat.

Istoty ludzkie myślały dzięki rękom. To ich ręce zaspokajały ciekawość, to one dotykały i szczypały, obracały i podnosiły, i ważyły. Istniały zwierzęta, które miały mózgi o wzbudzających szacunek rozmiarach, ale nie miały rąk i na tym właśnie polegała cała różnica.

Gdy komputer „ujął” jego ręce, ich myślenie stopiło się w jedno i nie było już ważne, czy oczy ma otwarte czy zamknięte. Otwarcie oczu nie poprawiło ostrości widzenia, a zamknięcie nie zaciemniło obrazu. Czy miał je zamknięte, czy otwarte — widział kabinę z tą samą jasnością, i to nie ten akurat fragment, w kierunku którego był zwrócony, ale całe pomieszczenie, zarówno to, co było za nim, jak i to, co nad nim i pod nim.

Mało tego, widział wszystkie pomieszczenia statku i to, co było na zewnątrz. Na horyzoncie ukazało się słońce, skąpane jeszcze w porannej mgle, ale mógł patrzeć prosto w nie bez mrużenia oczu, gdyż komputer automatycznie filtrował fale świetlne.

Czuł łagodny powiew wiatru i temperaturę powietrza, i dźwięki otaczającego statek świata. Rejestrował pole magnetyczne planety i drobne ładunki elektryczne na ścianach statku.

Uświadomił sobie, że wie jak kierować statkiem, chociaż nie znał szczegółów układu sterowniczego. Wiedział tylko tyle, że gdyby zechciał, by statek wzniósł się, obrócił, przyśpieszył czy zrobił cokolwiek innego, to byłby to taki sam proces jak w przypadku analogicznych czynności jego własnego ciała. Było to zależne od jego woli.

Ale jego wola nie była niczym nieskrępowana. Komputer mógł sam podejmować pewne decyzje. W tej właśnie chwili dotarło do jego świadomości stworzone bez udziału jego woli zdanie; wiedział już dokładnie, kiedy i jak statek wystartuje. Jeśli o to chodziło, nie było dyskusji. Ale potem — z tego zdawał sobie sprawę równie jasno — będzie mógł decydować już on sam.

Stwierdził — wyrzucając na zewnątrz sieć wzmocnionych przez komputer zmysłów — że może rozpoznać stan górnej warstwy atmosfery, że może przedstawić sobie mapę pogody, że jest w stanie wykryć statki wzbijające się w górę i lądujące. Wszystko to trzeba było wziąć pod uwagę i komputer brał to pod uwagę. Uświadomił sobie też, że gdyby komputer tego nie zrobił, to wystarczyłoby, żeby on, Trevize, pomyślał, że trzeba to zrobić i zostałoby to z miejsca zrobione.

Tak więc, jeśli chodzi o grube tomy z opisem oprogramowania, to nie było żadnych. Trevize pomyślał o sierżancie technicznym Krasnecie i uśmiechnął się. Wiele czytał o rewolucji technicznej, którą wywoła upowszechnienie grawityki, ale połączenie komputera i umysłu ludzkiego było nadal tajemnicą państwową. Ujawnienie tego spowodowałoby na pewno o wiele większą rewolucję.

Zdawał sobie sprawę z upływu czasu. Wiedział dokładnie, która jest godzina według lokalnego czasu Terminusa i według standardowego czasu galaktycznego.

W jaki sposób przerwać kontakt z komputerem i wstać?

Zaledwie o tym pomyślał, gdy poczuł, że ręce ma wolne. Blat biurka wrócił do pierwotnego położenia i Trevize został sam ze swoimi nie wspieranymi już przez komputer zmysłami.

Czuł się ślepy i bezbronny, jak gdyby znalazł się pod opieką jakiejś nadludzkiej, istoty, a potem został porzucony. Gdyby nie wiedział o tym, że w każdej chwili może znowu nawiązać kontakt z komputerem, to uczucie to być może przywiodłoby go do płaczu.

W tej sytuacji starał się jednak odzyskać orientację i ponownie przystosować do granic postrzegania wyznaczonych przez nieuzbrojone zmysły. W końcu stanął niepewnie na nogach i wyszedł z kabiny.

Pelorat podniósł głowę. Nastawił, oczywiście, czytnik, więc teraz powiedział: — Działa bardzo dobrze.

Ma świetny program poszukiwań… Znalazłeś pulpit sterowniczy, mój chłopcze?

— Tak, profesorze. Wszystko jest w porządku.

— Czy w takim razie nie powinniśmy czegoś zrobić w związku ze startem? Chodzi mi o zabezpieczenie się. Może powinniśmy zapiąć pasy, czy coś takiego? Szukałem jakichś instrukcji, ale nic nie znalazłem i to mnie zdenerwowało. Musiałem wrócić do swojej biblioteki. Jakoś, kiedy zajmuję się swoją pracą…

Trevize wyciągnął ręce w stronę profesora, jakby chciał powstrzymać potok jego słów. Ponieważ nie odniosło to skutku, musiał go przekrzyczeć.

— To zupełnie zbyteczne, profesorze. Antygrawitacja jest odpowiednikiem braku bezwładności. Nie czujemy przyspieszenia, kiedy zmienia się prędkość, ponieważ wszystko, co znajduje się na statku, podlega tej zmianie w tym samym czasie.

— Chce pan przez to powiedzieć, że nie poczujemy, kiedy oderwiemy się od planety i znajdziemy się w przestrzeni?

— Dokładnie tak, bo właśnie w tej chwili startujemy. Za kilka minut przejdziemy przez górne warstwy atmosfery, a za pół godziny będziemy w otwartej przestrzeni.


16.

<p>16.</p>

Pelorat jakby skurczył się w sobie. Gapił się na Trevizego osłupiałymi oczyma. Jego długa, prostokątna twarz nie wyrażała nic, ale zdawał się z niej wprost promieniować ogromny niepokój. Po chwili zerknął ostrożnie w prawo, potem w lewo.

Trevize pamiętał, jak on sam czuł się podczas pierwszej podróży poza atmosferę.

Powiedział, starając się, by głos jego zabrzmiał jak najbardziej rzeczowo: — Janov (po raz pierwszy zwrócił się do profesora tak familiarnie, ale w tym przypadku osoba doświadczona zwracała się do niedoświadczonej i było konieczne, by stworzył pozory, iż to on jest starszy), jesteśmy tu całkowicie bezpieczni. Znajdujemy się w metalowym łonie statku floty wojennej Fundacji. Nie mamy pełnego uzbrojenia, ale nie ma takiego miejsca w Galaktyce, gdzie nie chroniłoby nas samo imię Fundacji. Nawet gdyby ktoś zwariował i zaatakował nas, to i tak w jednej chwili zdołalibyśmy umknąć poza zasięg jego pocisków. I zapewniam cię, że przekonałem się, iż potrafię doskonale kierować tym statkiem.

— Go… Golan, to myśl o nicości…

— Co też znowu? Przecież Terminus jest zewsząd otoczony nicością. Między nami na powierzchni, a nicością nad nami znajduje się tylko cienka warstwa rzadkiego powietrza. Wystarczy tylko przejść przez tę lichą warstwę. I właśnie to robimy.

— Może jest licha, ale w niej żyjemy i oddychamy.

— Tutaj też oddychamy. Powietrze na statku jest czyściejsze niż naturalna atmosfera Terminusa i będzie takie przez cały czas.

— A meteoryty?

— Co — meteoryty?

— Atmosfera chroni nas przed meteorytami. Przed promieniowaniem też, jeśli już o tym mowa.

— Zdaje mi się — rzekł Trevize — że ludzie podróżują w przestrzeni już od dwudziestu tysięcy lat…

— Od dwudziestu dwu tysięcy lat. Jeśli posłużymy się chronologią Hallblocka, to jest zupełnie jasne, że licząc…

— Wystarczy! Słyszałeś kiedy o wypadku spowodowanym przez meteoryt albo o czyjejś śmierci w wyniku promieniowania kosmicznego? To znaczy ostatnio?… To znaczy, jeśli chodzi o statki Fundacji?

— Nie śledzę takich wydarzeń, ale jestem historykiem, mój chłopcze, i…

— Historia oczywiście zna takie przypadki, ale technika stale się rozwija. Nie ma meteorytów na tyle dużych, żeby mogły uszkodzić nasz statek, gdyby zbliżyły się do nas na niebezpieczną odległość, zanim zdążylibyśmy podjąć odpowiednie przeciwdziałania. Mogłyby nas załatwić dopiero cztery meteoryty zbliżające się do nas równocześnie z czterech wierzchołków czworościanu, ale gdybyś obliczył stopień prawdopodobieństwa zaistnienia takiego zdarzenia, to przekonałbyś się, że masz miliard miliardów razy większe szansę umrzeć spokojnie ze starości niż zaobserwować to interesujące zjawisko.

— To znaczy, gdyby posługiwać się komputerem?

— Nie — odparł drwiącym tonem Trevize. — Gdybym posługiwał się komputerem, opierając się na swoich własnych obserwacjach, to meteoryt rąbnąłby we mnie zanim bym się zdążył zorientować, co się dzieje. To wykonuje sam komputer, który reaguje na sytuacje milion razy szybciej niż ty czy ja. — Wyciągnął nagle rękę. — Chodź, Janov, pokażę ci, co potrafi komputer. Przy okazji zobaczysz, czym jest przestrzeń.

Pelorat gapił się na niego wybałuszonymi oczami. Potem roześmiał się.

— Nie jestem pewien, Golan, czy chciałbym to widzieć.

— Jasne, że nie jesteś pewien, bo nie wiesz, co tam czeka na poznanie. Spróbuj, Janov! Chodź do mojej kabiny!

Trevize wziął go za rękę i trochę prowadząc go, a trochę ciągnąc, przywiódł do swojej kabiny. Gdy już zasiadł przy komputerze, spytał: — Czy widziałeś kiedy Galaktykę, Janov? Patrzyłeś na nią?

— To znaczy chcesz wiedzieć, czy patrzyłem na niebo? — spytał Pelorat.

— Tak, jasne. A na co?

— Pewnie, że patrzyłem i widziałem. Każdy widział. Wystarczy podnieść głowę do góry.

— A czy przyglądałeś się kiedyś niebu podczas ciemnej, bezchmurnej nocy, kiedy Diamenty są pod horyzontem?

Nazwa „Diamenty” odnosiła się do tych kilku gwiazd, które były na tyle blisko i miały na tyle silny blask, by świecić w miarę jasno na nocnym niebie Terminusa. Było to małe skupisko, zajmujące szerokość nie większą niż dwadzieścia stopni, i przez większą część nocy znajdowało się pod horyzontem. W bok od tego skupiska był zaledwie dostrzegalny nieuzbrojonym okiem zamglony rój gwiazd. Właściwie widać było tylko mleczne lśnienie Galaktyki, widok, którego można było się spodziewać na świecie takim jak Terminus, leżącym na samym końcu zewnętrznego ramienia spirali galaktycznej.

— Myślę, że tak, ale dlaczego miałbym się przyglądać? To pospolity widok.

— Oczywiście, że to pospolity, widok — powiedział Trevize. — I właśnie dlatego nikt nie zwraca na to uwagi. Po co przyglądać się czemuś, co się zawsze widzi? Ale teraz zobaczysz to, i to nie z Terminusa, gdzie zawsze przeszkadzają jakieś mgły czy chmury. Zobaczysz to, czego nigdy nie dostrzegłbyś z Terminusa, i to bez względu na to, jak byś wysilał wzrok i jak ciemna i bezchmurna byłaby noc. Jak bardzo pragnąłbym, by była to moja pierwsza podróż w przestrzeni i bym — tak jak ty — mógł po raz pierwszy podziwiać piękność nagiej Galaktyki.

Pchnął fotel w kierunku Pelorata. — Usiądź tam, Janov. Może mi to zająć trochę czasu. Jeszcze się nie zdążyłem przyzwyczaić do tego komputera. Z tego co do tej pory zrobiłem, wiem, że obraz jest holograficzny, nie będzie więc nam potrzebny żaden ekran ani nic w tym rodzaju. Komputer ma bezpośredni kontakt z moim mózgiem, ale myślę, że uda mi się uzyskać obiektywny obraz, który ty też będziesz mógł zobaczyć… Wyłącz światło, dobrze?… Nie, to głupie z mojej strony. Zrobi to komputer. Zostań na miejscu.

Trevize nawiązał kontakt z komputerem, czując ciepły, niemal intymny uścisk na dłoniach.

Światła ściemniały, a potem zgasły zupełnie. Siedząc w ciemności, Pelorat zaczął wiercić się na fotelu.

— Nie denerwuj się, Janov — powiedział Trevize. — Mogę mieć trochę problemów ze sterowaniem tym komputerem, ale zacznę powoli. Musisz uzbroić się w cierpliwość. O, widzisz to? Ten półksiężyc?

Wisiał w ciemnościach przed nimi. Najpierw był trochę zamglony i migotał, ale stopniowo stawał się coraz jaśniejszy i coraz bardziej wyraźny.

— To Terminus? — w głosie Pelorata słychać było strach. — Jesteśmy już tak daleko od niego?

— Tak, statek posuwa się z dużą szybkością. Wchodzili łukiem w cień pogrążonej w nocy części Terminusa, który pojawił się jaka szeroki, jasno świecący sierp. Przez chwilę korciło Trevizego, by skierować statek po szerszym łuku nad półkulę, na której był dzień, i pokazać planetę w całej jej urodzie, ale powstrzymał się przed tym.

Być może widok ten byłby czymś nowym i ciekawym dla Pelorata, ale dla niego nie miał już żadnego uroku. Było zbyt wiele zdjęć, zbyt wiele map, zbyt wiele modeli Terminusa. Każde dziecko wiedziało jak wygląda. Planeta bogata, aż nadmiernie, w wodę i uboga w minerały, o dobrze rozwiniętym rolnictwie i praktycznie bez przemyski ciężkiego, ale za to przodująca w całej Galaktyce w wysoko zaawansowanej inżynierii, technice i miniaturyzacji.

Gdyby mógł skłonić komputer do wykorzystania mikrofal i skonstruowania modelu optycznego, to ujrzeliby wszystkie z dziesięciu tysięcy zamieszkałych wysp Terminusa, wraz z tą, która była na tyle duża, że mogła być uważana za kontynent, z tą, na której leżało miasto Terminus i…

„Zmień obraz!”

Była to tylko myśl, próba sprawdzenia wpływu jego woli, ale obraz zmienił się od razu. Świecący półksiężyc przesunął się w stronę krawędzi obrazu i znikł za nią. Uderzyła go w oczy absolutna ciemność bezgwiezdnej przestrzeni.

Pelorat chrząknął. — Chciałbym, mój chłopcze, żebyś znowu wywołał obraz Terminusa. Mam wrażenie, że oślepłem — w jego glosie dało się wyczuć wyraźne napięcie.

— Nie oślepłeś. Patrz!

W polu widzenia pojawił się blado świecący, lekko przejrzysty obłok. Rozszerzał się i świecił coraz jaśniej, aż w końcu cala kabina wypełniła się blaskiem.

„Skurcz obraz!”

Była to następna próba woli. Galaktyka cofnęła się, jakby oglądana przez pomniejszający teleskop, którego siła pomniejszania stale rosła. Obraz skurczył się i zagęścił, a Galaktyka wyglądała teraz jak struktura utworzona z punktów o różnej jasności.

„Rozjaśnij obraz!”

Obraz pojaśniał, nie zmieniając wymiarów, a ponieważ układ gwiezdny, do którego należał Terminus, znajdował się powyżej płaszczyzny Galaktyki, widzieli ją nieco z ukosa, w silnym skrócie perspektywicznym, jako podwójną spiralę, spomiędzy ramion której wystrzeliwały w stronę oświetlonej części Terminusa, znacząc ją ciemnymi smugami, zakrzywione pasma mgławicy. Śmietankowej barwy jądro Galaktyki wydawało się małe i nieważne.

— Masz rację — szepnął Pelorat z podziwem. — Nigdy nie widziałem tego w ten sposób. Nigdy nie przypuszczałem, że jest tam takie bogactwo szczegółów.

— I nic w tym dziwnego. Nie mogłeś dojrzeć drugiej połowy Galaktyki, bo między nią a tobą była atmosfera Terminusa. Z naszej planety trudno zobaczyć nawet jądro.

— Jaka szkoda, że oglądamy ją prawie z boku.

— Nie jesteśmy na to skazani. Komputer może ją pokazać z dowolnej strony i pozycji. Wystarczy, że wyrażę swoje życzenie, i to nawet po cichu.

„Zmień współrzędne!”

Na pewno nie było to precyzyjne polecenie, ale kiedy obraz Galaktyki zaczął się powoli zmieniać, Trevize pokierował w myśli komputerem i uzyskał to, co chciał.

Galaktyka obracała się wolno, tak że mogli ją oglądać pod kątem prostym w stosunku do jej płaszczyzny. Wyglądała jak ogromny wir, wsysający jarzącą się ognistymi punkcikami ciemność do płonącego jaskrawo środka.

— Jak komputer może zarejestrować ten obraz z miejsca oddalonego o ponad pięćdziesiąt tysięcy parseków? — spytał Pelorat, ale zaraz dodał zduszonym głosem: — Przepraszam za to pytanie. Nic a nic się w tym nie wyznaję.

— Jeśli chodzi o ten komputer, to wiem niewiele więcej niż ty — powiedział Trevize. — Jednak nawet prosty komputer potrafi dobrać współrzędne i przedstawić obraz Galaktyki z dowolnego miejsca, wychodząc od danych, które może zebrać w pozycji naturalnej statku, to znaczy opierając się na tych danych, które odnoszą się do jego rzeczywistej pozycji w przestrzeni. Oczywiście opiera się tylko na danych wyjściowych, nic więc dziwnego, że kiedy pokazuje duży obraz, to są w nim luki, a pewne partie są niewyraźne czy zamazane. Ale w tym przypadku…

— Tak?

— Mamy naprawdę świetny obraz. Myślę, że do naszego komputera wprowadzono kompletną mapę Galaktyki, w związku z czym może nam ją pokazać z tą samą dokładnością pod dowolnym kątem.

— Co masz na myśli mówiąc „kompletna mapa”?

— To, że współrzędne przestrzenne każdej gwiazdy muszą znajdować się w pamięci komputera.

— Każdej gwiazdy? — spytał z podziwem Pelorat.

— No, może nie wszystkich trzystu miliardów. Ale na pewno zawiera współrzędne gwiazd, wokół których krążą zamieszkane planety, a prawdopodobnie też wszystkich gwiazd klasy spektralnej K i jaśniejszych. To znaczy, przynajmniej siedemdziesięciu pięciu miliardów.

— Każdej gwiazdy zamieszkanego układu?

— Nie dam za to głowy. Może nie wszystkie. W końcu w czasach Hariego Seldona było dwadzieścia pięć milionów zamieszkanych układów gwiezdnych, co wydaje się dużą liczbą, ale znaczy, że zamieszkany był tylko jeden na dwadzieścia tysięcy układów. Od tamtej pory minęło pięćset lat, a upadek Imperium przecież nie powstrzymał procesu kolonizacji. Myślę, że nawet przyspieszyliśmy ten proces. Jest jeszcze wiele planet, na których można żyć, więc teraz ogólna liczba zamieszkanych układów może sięgać trzydziestu milionów. Jest zupełnie możliwe, że w rejestrach Fundacji nie ma wszystkich nowo zasiedlonych.

— A te dawno zasiedlone? Chyba są tam wszystkie, bez wyjątku.

— Tak myślę. Oczywiście nie mogę za to ręczyć, ale zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że jakiś od dawna zamieszkany układ nie jest odnotowany w rejestrach Fundacji. Pozwól, że ci coś pokażę — jeśli potrafię na tyle sterować tym komputerem.

Trevize napiął nieco mięśnie rąk, jakby chciał je bardziej zagłębić w płytę biurka i nawiązać ściślejszy kontakt z komputerem. Być może nie było to potrzebne, może wystarczyłoby, żeby rzucił w myśli hasło „Terminus!”

Pomyślał o tym i w odpowiedzi na samym skraju wiru pojawił się błyszczący czerwony romb.

— To nasze słońce — powiedział z podnieceniem. — To słońce, wokół którego krąży Terminus.

— Ach! — westchnął przeciągle Pelorat.

W samym jądrze Galaktyki, ale dobrze w bok od płonącego środka, pojawił się jasnożółty świetlny punkt. Był raczej bliżej tej krawędzi, na której znajdował się Terminus, niż przeciwnej.

— A to — powiedział Trevize — jest słońce Trantora.

Pelorat wydał jeszcze jedno westchnienie, a potem spytał:

— Jesteś pewien? Zawsze słyszałem, że Trantor znajduje się w środku Galaktyki.

— W pewnym sensie tak jest. Znajduje się tak blisko środka, jak tylko nadająca się do zamieszkania planeta może się znajdować. Znajduje się bliżej środka niż którykolwiek z większych i zamieszkanych układów. Rzeczywisty środek Galaktyki to czarna dziura z około milionem gwiazd, a więc niebezpieczne miejsce. O ile nam wiadomo, nie ma tam życia i pewnie nie może tam ono istnieć w żadnej formie. Trantor znajduje się w najbliższym środka skręcie spiralnych ramion Galaktyki i, wierz mi, gdybyś ujrzał nocą niebo nad nim, to pomyślałbyś, że znajduje się w jej samym środku. Jest otoczony morzem gwiazd.

— Byłeś na Trantorze, Golan? — zapytał Pelorat z wyraźną zazdrością.

— Osobiście nie byłem, ale widziałem obrazy holograficzne jego nieba.

Trevize patrzył ponuro na Galaktykę. Jakie cuda wyczyniano z jej mapami w czasie wielkich poszukiwań Drugiej Fundacji za panowania Muła i ile tomów napisano i sfilmowano na ten temat!

A wszystko dlatego, że Hari Seldon powiedział na początku, iż Druga Fundacja zostanie założona „na drugim końcu Galaktyki”, w miejscu, które nazwał Krańcem Gwiazdy.

Na drugim końcu Galaktyki! Zaledwie Trevize pomyślał o tym, na obrazie pojawiła się cienka niebieska linia prowadząca od Terminusa przez czarną dziurę w środku Galaktyki do jej drugiego końca. Trevize aż podskoczył z wrażenia. Nie wydał polecenia komputerowi, aby wprowadził do obrazu tę linię, ale pomyślał o niej dość jasno i to wystarczyło.

Ale, oczywiście, prosta jak strzelił droga na drugą stronę Galaktyki niekoniecznie musiała prowadzić do „drugiego końca”, o którym mówił Seldon. Arkady Darell, jeśli wierzyć jej autobiografii, użyła zwrotu „koło nie ma końca”, aby wskazać na to, co teraz wszyscy zgodnie uważali za prawdę…

Chociaż Trevize starał się zaraz zdusić tę myśl, komputer był szybszy. Niebieska linia znikła, a zamiast niej pojawiło się koło, które opasało Galaktykę, przecinając na niebiesko intensywnie czerwoną kropkę oznaczającą słońce Terminusa.

Koło nie ma końca, więc jeśli zaczynało się na Terminusie, to szukając drugiego końca trzeba było po prostu wrócić na Terminusa. I faktycznie odkryto tam Drugą Fundację. Na tym samym świecie, na którym znajdowała się Pierwsza.

Ale jeśli w rzeczywistości nie odkryto jej, jeśli tak zwane odkrycie Drugiej Fundacji było tylko złudzeniem, to co dalej? Co, oprócz prostej linii i koła miało sens w tym kontekście?

— Tworzysz iluzje? — odezwał się Pelorat. — Co to za niebieskie koło?

— Po prostu wypróbowywałem komputer… Chcesz zlokalizować Ziemię?

Przez minutę czy dwie panowała cisza, aż w końcu Pelorat rzekł:

— Żarty sobie stroisz?

— Nie. Spróbuję. Spróbował. I nic.

— Przykro mi — powiedział Trevize.

— Nie ma jej tam? Nie ma Ziemi?

— Być może źle sformułowałem polecenie, ale to wydaje się mało prawdopodobne. Myślę, że jest bardziej prawdopodobne, że Ziemia nie została wprowadzona do pamięci komputera.

— Może jest pod inną nazwą — powiedział Pelorat.

Trevize natychmiast się tego uczepił.

— Pod jaką inną nazwą, Janov?

Pelorat nic nie odrzekł i Trevize uśmiechnął się w ciemności. Przyszło mu do głowy, że być może wszystko zaczyna się układać. Tylko tak dalej. Nie ma się co spieszyć. Trzeba poczekać, aż się to wyklaruje. Celowo zmienił temat.

— Zastanawiam się, czy możemy pokierować czasem — powiedział.

— Czasem! A jak moglibyśmy to zrobić?

— Galaktyka obraca się. Na jeden pełen obieg po dużym obwodzie Galaktyki Terminus potrzebuje prawie pół miliarda lat. Oczywiście gwiazdy, które znajdują się bliżej środka, kończą obrót znacznie szybciej. Ruch każdej gwiazdy względem zajmującej środek czarnej dziury może być zakodowany w pamięci komputera, a w takim przypadku można wydać mu polecenie, aby przyśpieszył ten ruch parę milionów razy, dzięki czemu można by to zobaczyć. Mogę spróbować, czy to się da zrobić.

Wytężył wolę, napinając mimowiednie mięśnie, jak gdyby własnymi rękami chwytał Galaktykę, skręcał ją i przyspieszał jej bieg, jak gdyby — pokonując ogromny opór — zmuszał ją do wirowania.

Galaktyka poruszała się. Powoli, majestatycznie, kręciła się w kierunku, który musiał ścisnąć jej ramiona.

Gdy tak patrzyli, czas — nierzeczywisty, sztuczny czas — płynął niewiarygodnie szybko, a w miarę jego upływu gwiazdy zmieniały się, stając się efemeryda — mi.

Niektóre z większych gwiazd — w różnych miejscach Galaktyki — poczerwieniały i stały się bardziej jaskrawe, powiększając się i zmieniając w czerwone olbrzymy. Potem jakaś gwiazda ze skupiska znajdującego się blisko środka eksplodowała bezgłośnie z oślepiającym błyskiem, który na ułamek sekundy pogrążył w mroku Galaktykę, i znikła. Potem eksplodowała inna, na jednym ze spiralnych ramion, a potem jeszcze jedna, niedaleko od tamtej.

— Supernowe — powiedział Trevize lekko drżącym głosem.

Czy to możliwe, żeby komputer mógł dokładnie przewidzieć, która gwiazda eksploduje i kiedy to się stanie? Czy może raczej był to uproszczony model, który pokazywał przyszłość gwiazd w znaczeniu ogólnym, a nie w odniesieniu do konkretnych ciał?

Pelorat powiedział ochrypłym szeptem:

— Galaktyka wygląda jak żywa istota pełznąca przez przestrzeń.

— Rzeczywiście — przytaknął Trevize — ale jestem zmęczony. Jeśli nie nauczę się robić tego z mniejszym napięciem, to nie będę mógł się długo bawić w tę grę.

Przerwał. Galaktyka zwolniła, potem zatrzymała się, a potem przechyliła się, aż w końcu ukazała się z tej strony, z której widzieli ją na początku.

Trevize zamknął oczy i głęboko odetchnął. — Czuł (czy widział), jak Terminus zostaje coraz bardziej z tyłu i kurczy się, jak ostatnie dostrzegalne strzępki atmosfery znikają z ich otoczenia. Czuł wszystkie przelatujące w ich pobliżu statki.

Nie przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić, czy któryś z tych statków nie wyróżnia się czymś szczególnym. Czy nie ma wśród nich takiego, jak jego własny, o napędzie grawitacyjnym, podążającego kursem zbyt zbliżonym do jego, żeby mógł to być przypadek.


Rozdział V

MÓWCA

17.

18.

19.

20.

<p>Rozdział V</p> <p>MÓWCA</p>
<p>17.</p>

Trantor.

Przez osiem tysięcy lat Trantor był stolicą jednostki politycznej, która obejmowała swym zasięgiem stale rozszerzający się związek układów planetarnych. Przez następne dwanaście tysięcy lat był stolicą jednostki politycznej, która obejmowała swym zasięgiem całą Galaktykę. Był centrum, sercem, istotą Imperium Galaktycznego. Nie sposób było myśleć o Imperium nie myśląc o Trantorze.

Trantor osiągnął szczyt rozwoju, kiedy rozkład Imperium był już daleko posunięty. Prawdę mówiąc, właśnie dlatego, że Trantor błyszczał polerowanym metalem, nikt nie spostrzegł, że Imperium straciło swój pęd i rozmach i że zamarł wszelki postęp.

Szczyt jego rozwoju przypadł na moment, kiedy był jednym obejmującym całą planetę miastem. Jego ludność utrzymywała się na (regulowanym przez prawo) poziomie czterdziestu pięciu miliardów, a jedynymi pokrytymi zielenią miejscami był teren wokół pałacu imperatora i Zespół Uniwersytecki połączony z biblioteką.

Powierzchnia Trantora pokryta była metalowym płaszczem. I pustynie, i żyzne ziemie zostały wchłonięte przez miasto i zamienione w rojowiska ludzi, dżungle urzędów, skomputeryzowane gigantyczne ośrodki, rozległe magazyny żywności i części zamiennych. Łańcuchy górskie zostały zrównane, a przepaści zasypane. Pod powierzchnią kontynentów wykopano niekończące się korytarze, a oceany zamieniono w rozległe podziemne zbiorniki wodnorolnicze, które stały się jedynym (nie wystarczającym dla zaspokojenia potrzeb) rodzimym źródłem żywności i minerałów.

Połączenia z zewnętrznymi światami, z których Trantor otrzymywał potrzebne produkty i surowce, podtrzymywało tysiąc portów kosmicznych, sto tysięcy statków handlowych i milion frachtowców kosmicznych, a chroniło dziesięć tysięcy statków wojennych.

Żadne inne tak rozległe miasto w dziejach ludzkości nie miało tak rozbudowanego zamkniętego obiegu wody. Żadna inna planeta w Galaktyce nie wykorzystywała tak dużych ilości energii słonecznej ani nie przedsięwzięła tak radykalnych środków, aby pozbywać się zużytego ciepła. Błyszczące radiatory sterczały w niebo, sięgając aż do cienkiej zewnętrznej warstwy atmosfery, na pogrążonej w nocnym mroku półkuli, a po drugiej, skąpanej w blasku dnia, schowane były pod metalową osłoną. W miarę obrotu planety i przechodzenia dnia w noc, wynurzały się stopniowo, podczas gdy te, które znajdowały się po stronie, gdzie zaczynało dnieć, chowały się pod metalową skorupę. W ten sposób Trantor zachowywał zawsze sztuczną symetrię, która stała się niemal jego symbolem.

Wtedy, będąc u szczytu swego rozwoju, Trantor rządził Galaktyką.

Rządził kiepsko, ale nikt i nic, żadna planeta, nie mogło rządzić dobrze takim imperium. Było ono zbyt rozległe, nawet dla najbardziej energicznych — władców. A poza tym, czy Trantor mógł rządzić dobrze, skoro w czasach rozkładu Imperium jego koroną frymarczyli przebiegli politycy, skoro nosili ją nieudolni władcy, a biurokracja wytworzyła specyficzną podkulturę przekupstwa?

Ale nawet w najgorszym okresie maszyna ta, raz puszczona w ruch, kręciła się sama. Imperium Galaktyczne nie mogło się obyć bez Trantora.

Imperium kruszyło się, ale tak długo jak Trantor pozostawał Trantorem, istniało jego jądro, a w nim atmosfera potęgi, dumy z liczącej tysiące lat tradycji i… egzaltacji.

Dopiero kiedy nastąpiło to, co było dotąd nie do pomyślenia, kiedy Trantor padł i został złupiony, kiedy zginęły miliony jego mieszkańców, a miliardy zaczęły ginąć z głodu, kiedy jego potężna metalowa skorupa została podziurawiona i porozrywana w wyniku ataku „barbarzyńskiej” floty, dopiero wtedy uznano, że Imperium przestało istnieć. Pozostali przy życiu niedobitkowie dokonali dzieła, i tak, za życia jednego pokolenia, Trantor przeistoczył się z największej planety, jaką kiedykolwiek władał rodzaj ludzki w niezmierzone morze ruin.

Minęło blisko dwieście pięćdziesiąt lat od tamtej chwili, ale Trantor wciąż trwał w pamięci mieszkańców reszty Galaktyki. Był ulubionym miejscem akcji powieści historycznych, ulubionym symbolem przeszłości, a jego nazwa stałym elementem takich powiedzeń, jak „Wszystkie statki lądują na Trantorze”, „To tak, jakby szukać kogoś na Trantorze” czy „Tak się ma do tego, jak do Trantora”.

Tak było w całej Galaktyce, ale nie na Trantorze. Tam zapomniano o świetnej przeszłości. Metalowy płaszcz okrywający przedtem planetę znikł prawie doszczętnie. Trantor był teraz rzadko zaludnionym światem samowystarczalnych rolników, miejscem, do którego rzadko zawijały statki handlowe, a te, które zawijały, nie były zbyt życzliwie witane. Samo słowo „Trantor”, mimo że nadal oficjalnie używane, zniknęło z języka potocznego. Współcześni Trantor — czycy mówiąc o nim, używali po prostu słowa „tutaj”, a siebie zwali Tutejszymi.

Quindor Shandess rozmyślał o tym i o innych sprawach, siedząc wygodnie w fotelu w stanie błogiej półdrzemki i pozwalając, by jego mózg snuł sam z siebie przędzę nieskoordynowanych myśli.

Był Pierwszym Mówcą Drugiej Fundacji już od osiemnastu lat i — jeśli jego umysł zachowa sprawność i jeśli dalej będzie w stanie brać udział w rozgrywkach politycznych — może nim pozostać jeszcze przez następnych dziesięć czy dwanaście.

Był analogiem, lustrzanym odbiciem, burmistrza Terminusa, który sprawował rządy w Pierwszej Fundacji, ale różnił się od niego (od niej) pod każdym względem. Burmistrza Terminusa znała cała Galaktyka, a Pierwsza Fundacja była dla wszystkich światów po prostu „Fundacją”, bez żadnych określeń. Pierwszego Mówcę Drugiej Fundacji znali tylko jego towarzysze.

A jednak to właśnie Druga Fundacja, tak za jego czasów, jak i za czasów jego poprzedników, sprawowała faktyczną władzę. Pierwsza Fundacja była potęgą w dziedzinie fizyki, techniki i — broni. Druga Fundacja była potęgą w dziedzinie psychologii, woli i umiejętności wpływania na innych. Gdyby doszło do konfliktu między Fundacjami, to jakie znaczenie miałoby to, iloma statkami i jaką bronią rozporządza Pierwsza Fundacja, skoro Druga mogłaby kierować poczynaniami tych, którzy kierują statkami i dysponują bronią?

Ale jak długo będzie mógł się rozkoszować swą ukrytą siłą?

Był dwudziestym piątym z kolei Pierwszym Mówcą i jego kadencja trwała już nieco dłużej niż przeciętna kadencja. Być może nie powinien już sprawować swej funkcji i dopuścić młodszych kandydatów? Choćby Mówcę Gendibala, najbystrzejszego, mimo że o najkrótszym stażu, uczestnika posiedzeń. Dzisiejszy wieczór mieli spędzić razem i Shandess właśnie go oczekiwał. Czy powinien oczekiwać również tego, by Gendibal zastąpił go pewnego dnia?

Problem w tym, że Shandess nie myślał poważnie o ustąpieniu ze swego stanowiska. Za bardzo je polubił.

Był stary, ale w pełni umysłowo sprawny i doskonale wywiązywał się ze swych obowiązków. Włosy miał już co prawda siwe, ale zawsze miały one jasny kolor, a poza tym strzygł je tylko na cal, tak że kolor niewiele znaczył. Miał wyblakłe niebieskie oczy, a jego ubiór dostosowany był do szarych strojów rolników trantorskich.

Gdyby chciał, Pierwszy Mówca mógłby uchodzić wśród tutejszej ludności za jednego z nich, ale istniała jeszcze jego skrywana moc. Wystarczyłoby, żeby skoncentrował wzrok i myśli na którymś z nich, by ten zrobił wszystko, co mu Shandess nakaże i zapominał zaraz o tym na zawsze.

Mógł to zrobić w każdej chwili, ale korzystał z tego rzadko. Prawie nigdy. Złota zasada Drugiej Fundacji głosiła: „Nie rób nic, dopóki nie musisz, a kiedy musisz działać — zastanów się”.

Pierwszy Mówca westchnął cicho. Żyjąc na terenie dawnego uniwersytetu i widząc majestatyczne ruiny pałacu imperatora znajdujące się nieopodal, miał nieraz okazję podziwiać słuszność owej złotej zasady.

W dniach Wielkiej Grabieży złota zasada omal nie została złamana. Nie można było ocalić Trantora nie poświęcając przy tym Planu Seldona i nie przekreślając nadziei na stworzenie Drugiego Imperium. Uratowanie czterdziestu pięciu miliardów istnień ludzkich byłoby niewątpliwie bardzo szlachetnym uczynkiem, ale nie można ich było uratować nie zachowując jednocześnie jądra Pierwszego Imperium, a to by tylko opóźniło to, co i tak nieuchronnie musiało nastąpić. Ba, doprowadziłoby to po kilku stuleciach do jeszcze większej katastrofy i być może Drugie Imperium nigdy by…

Nim doszło do zagłady, ówcześni Pierwsi Mówcy przez dziesiątki lat łamali sobie głowy nad tym, jak do niej nie dopuścić, ale nie znaleźli żadnego rozwiązania — żadnego sposobu, by ocalić Trantor i równocześnie zapewnić warunki dla utworzenia w przyszłości Drugiego Imperium. Trzeba było wybrać mniejsze zło, więc Trantor zginął.

Członkowie Drugiej Fundacji zdołali tylko — starając się w jak najmniejszym stopniu zdradzić ze swymi umiejętnościami — ocalić od zagłady zespół uniwersytecko — biblioteczny, a i to miano im odtąd za złe. Mimo iż nikt nigdy nie wykazał, że ocalenie tego zespołu doprowadziło w końcu do zawrotnej, choć krótkotrwałej kariery Muła, to zawsze istniało podejrzenie, że między tymi wydarzeniami był jakiś związek. Jak niewiele brakowało, by ten postępek zniszczył wszystko!

Ale po Wielkiej Grabieży i po Mule nastąpił złoty wiek Drugiej Fundacji. Wcześniej, przez dwieście pięćdziesiąt lat po śmierci Seldona, ludzie Drugiej Fundacji kryli się, niczym krety, w podziemiach biblioteki, starając się tylko o to, by schodzić z oczu ludziom Imperium. Żyjąc w rozkładającym się społeczeństwie, które coraz mniej obchodziła Biblioteka Galaktyczna, traktowana jako anachroniczny przeżytek, co najbardziej odpowiadało interesom Drugiej Fundacji, Fundacjoniści byli bibliotekarzami.

Było to podłe życie. Ich całe działanie ograniczało się do ochrony Planu, podczas gdy na końcu Galaktyki Pierwsza Fundacja — bez żadnej pomocy ze strony Drugiej, a praktycznie też i bez wiedzy o niej — walczyła z coraz to potężniejszymi wrogami o przetrwanie.

To właśnie Wielka Grabież przyniosła wolność Drugiej Fundacji. Był to jeszcze jeden (młody Gendibal, który miał odwagę, by to powiedzieć, twierdził, że główny) powód, dla którego nie zrobiono nic, żeby jej zapobiec.

Po Wielkiej Grabieży Imperium przestało istnieć i od tej pory ci z Trantorczyków, którym udało się przeżyć, nigdy nie ośmielili się wejść nieproszeni na terytorium Drugiej Fundacji. Fundacjoniści zadbali o to, by zespół uniwersytecko — biblioteczny, który przetrwał nienaruszony czasy Wielkiej Grabieży, przetrwał w takim samym stanie czasy Wielkiej Odnowy. Uchroniono też od tego ruiny pałacu imperatora. Z całej prawie reszty planety zdarto metal. Ogromne, niekończące się korytarze zasypano, zniszczono, zakryto i w końcu zapomniano o nich. Wszystko przykryła — ziemia, z wyjątkiem tych miejsc, gdzie metal wciąż odgradzał dawne otwarte przestrzenie.

Można je było uważać za pomniki dawnej wielkości, za grobowiec Imperium, ale dla Trantorczyków — teraz Tutejszych — były to miejsca nawiedzone, opanowane przez duchy, których lepiej było nie niepokoić. Tylko członkowie Drugiej Fundacji stąpali niekiedy po posadzkach starożytnych korytarzy i dotykali ścian z lśniącego tytanu.

A mimo to niewiele brakowało, by wszystko zniweczył Muł.

On sam zjawił się na Trantorze. Co by było, gdyby odkrył prawdziwe oblicze świata, na którym się znalazł? Jego broń fizyczna była potężniejsza niż ta, którą rozporządzała Druga Fundacja, a broń psychiczna prawie tak potężna, jak ich własna. Drugą Fundację powstrzymałby przed działaniem zakaz robienia czegokolwiek oprócz tego, co musiała robić, jak również świadomość, że zwycięstwo nad bezpośrednio zagrażającym w danej chwili wrogiem może grozić nieuchronną klęską w dalszej przyszłości.

Gdyby nie Bayta Darell i jej szybkie działanie… I to też odbyło się bez pomocy Drugiej Fundacji.

A potem nastał złoty wiek, kiedy to ówcześni Pierwsi Mówcy znaleźli jakoś sposób na to, żeby zacząć działać, powstrzymać Muła przed dalszymi podbojami i w końcu zdobyć władzę nad jego umysłem, a dalej na to, żeby powstrzymać samą Pierwszą Fundację, która zaczęła się zanadto interesować istotą i działaniem Drugiej Fundacji. To Preem Palver, dziewiętnasty i największy z Pierwszych Mówców, zdołał zażegnać wszystkie te niebezpieczeństwa i — nie bez bolesnych ofiar — uratować Plan Seldona.

Teraz, od stu dwudziestu lat, Druga Fundacja jest ponownie taka, jak dawniej i kryje się w zakamarkach Trantora. Nie kryje się już przed ludźmi z Imperium, lecz nadal przed Pierwszą Fundacją, która jest niemal tak potężna jak dawne Imperium Galaktyczne, a w dziedzinie techniki nawet potężniejsza niż ono.

Pierwszemu Mówcy zrobiło się ciepło i przyjemnie. Opadły mu powieki i zapadł w ten nieokreślony stan błogiego odprężenia, który nie jest jeszcze snem, ale nie jest już jawą.

Dość już tych ponurych rozważań. Wszystko dobrze się ułoży. Trantor wciąż jeszcze jest stolicą Galaktyki, bo istnieje tu Druga Fundacja, która jest potężniejsza i lepiej panuje nad sytuacją niż jakikolwiek imperator w jego dziejach. Pierwsza Fundacja zostanie okiełznana i tak pokierowana, żeby robiła to, co do niej należy. Choćby miała nie wiadomo jak wspaniałe statki i broń, nie może nic zrobić, dopóki można, w razie potrzeby, sterować myślami jej przywódców.

I w końcu powstanie Drugie Imperium, ale nie będzie ono podobne do pierwszego. Będzie federacją, której poszczególne części będą miały znaczną autonomię, dzięki czemu nie będzie ono stwarzało pozorów siły przy faktycznej słabości, jak to zawsze ma miejsce w scentralizowanych, autokratycznie rządzonych państwach. Nowe Imperium, składające się z luźniej połączonych części, stanie się strukturą bardziej giętką i elastyczną, bardziej odporną na wewnętrzne napięcia, a poza tym zawsze — zawsze — kierować nim będą z ukrycia mężczyźni i kobiety z Drugiej Fundacji. Trantor pozostanie zatem na zawsze jego stolicą, a czterdzieści tysięcy psychohistoryków będzie lepszą gwarancją jego potęgi niż zamieszkujące go dawniej czterdzieści pięć miliardów…

Pierwszy Mówca nagle się ocknął. Słońce było już nisko. Czyżby mruczał coś do siebie? Czyżby coś głośno mówił?

Jeśli Druga Fundacja musiała dużo wiedzieć i mało mówić, to Mówcy, którzy sprawowali władzę, musieli wiedzieć jeszcze więcej i mówić jeszcze mniej, a Pierwszy Mówca musiał wiedzieć najwięcej i mówić najmniej.

Uśmiechnął się krzywo. Zawsze istniało niebezpieczeństwo, że w Drugiej Fundacji rozbudzi się patriotyzm lokalny — że Drugie Imperium stanie się dla niej środkiem dla ustanowienia w Galaktyce hegemonii Trantora. Seldon ostrzegał przed tym. Przewidział to niebezpieczeństwo na pół tysiąca lat przed jego pojawieniem się.

Drzemka Pierwszego Mówcy nie trwała jednak zbyt długo. Było jeszcze dużo czasu do posłuchania wyznaczonego Gendibalowi.

Shandess wiązał z tym spotkaniem w cztery oczy pewne nadzieje. Gendibal był na tyle młody, żeby mieć świeże spojrzenie na Plan, a przy rym na tyle bystry, by dojrzeć to, co mogło umknąć innym. I było zupełnie możliwe, że Shandess może się czegoś od niego nauczyć.

Nikt się nigdy nie dowie ile Preem Palver — r sam wielki Palver — zawdzięczał rozmowie z młodym, nie mającym jeszcze trzydziestki, Kołem Benjoamem, który przyszedł podzielić się z nim uwagami na temat możliwych sposobów pokierowania Pierwszą Fundacją. Benjoam, który został później uznany za największego teoretyka od czasów Seldona, nigdy nie wspominał o tej rozmowie, ale w końcu został dwudziestym pierwszym Pierwszym Mówcą. Byli tacy, którzy wielkie sukcesy osiągnięte przez Drugą Fundację za rządów Palvera przypisywali raczej Benjoamowi niż Palverowi.

Shandess zastanawiał się, co też takiego może mu powiedzieć Gendibal. Zgodnie z tradycją, rokujący duże nadzieje młodzieńcy przedstawiali w czasie swego pierwszego spotkania z Pierwszym Mówcą swój wniosek już w pierwszym zdaniu. I na pewno nie zabiegali o to cenne pierwsze posłuchanie z błahych powodów, dla jakiegoś drobiazgu, który — gdyby został przez Pierwszego Mówcę poczytany za dowód ich niskiej sprawności intelektualnej — mógł zniszczyć ich całą przyszłą karierę.

Cztery godziny później Gendibal stanął naprzeciw niego. Nie zdradzał żadnych oznak zdenerwowania. Czekał spokojnie, aż przemówi Pierwszy Mówca.

— Prosiłeś o prywatną audiencję w sprawie wielkiej wagi — rzekł Shandess. — Czy mógłbyś mi krótko streścić o co chodzi?

— Pierwszy Mówco, Plan Seldona nie ma sensu! — powiedział Gendibal tak spokojnie, jakby opowiadał p tym, co właśnie jadł na obiad.

<p>18.</p>

Stor Gendibal nie potrzebował uznania innych, aby znać swoją wartość. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości co do tego, że jest niezwykłym człowiekiem. Został zwerbowany do Drugiej Fundacji, kiedy miał zaledwie dziesięć lat, przez agenta, który w porę zauważył jego nieprzeciętne zdolności.

Dawał sobie świetnie radę z nauką, a psychohistoria pociągała go tak, jak pole grawitacyjne przyciąga statek. Pociągała go, a on nieuchronnie zmierzał ku niej, czytając prace Seldona poświęcone jej podstawom, podczas gdy jego rówieśnicy próbowali dopiero rozwiązywać równania różniczkowe.

Kiedy miał piętnaście lat, rozpoczął studia na Uniwersytecie Galaktycznym (tak brzmiała oficjalna nazwa uniwersytetu trantorskiego). W czasie rozmowy kwalifikacyjnej przed rozpoczęciem studiów na pytanie o to, jakie są jego plany, odpowiedział zdecydowanie: „Zostać Pierwszym Mówcą zanim dojdę do czterdziestki”.

Nie przejmował się tym, że nie ma odpowiednich kwalifikacji, żeby ubiegać się o taki urząd. To, że w taki czy inny sposób dojdzie do tej godności, było dla niego zupełnie oczywiste. Chodziło mu tylko o to, żeby uzyskać ją w młodym wieku. Nawet Preem Palver został Pierwszym Mówcą dopiero w czterdziestym drugim roku życia.

Twarz egzaminatora drgnęła, kiedy usłyszał odpowiedź Gendibala, ale bystry młodzieniec znał już nieco psychojęzyk i zorientował się, co znaczy to drgnienie. Wiedział już, że w jego aktach znajdzie się krótka uwaga, iż będzie nim trudno kierować. Był tego tak pewien, jakby egzaminator oświadczył mu to wprost.

No i bardzo dobrze.

Gendibal chciał, żeby było nim trudno kierować.

Teraz miał trzydzieści lat. Za dwa miesiące będzie miał trzydzieści jeden, a już był członkiem Stołu Mówców. Zostało mu najwyżej dziewięć lat, żeby zostać Pierwszym Mówcą i wiedział, że nim zostanie. To spotkanie z obecnym Pierwszym Mówcą miało przełomowe znaczenie, więc przygotowując się dokładnie do tego, by zrobić na nim odpowiednie wrażenie, nie starał się nawet dobierać bardziej eleganckich sformułowań psychojęzyka.

Kiedy dwóch Mówców z Drugiej Fundacji komunikuje się ze sobą, to ich język nie przypomina żadnego innego języka. Jest to w takim samym stopniu język ulotnych gestów jak słów, jest to raczej odczytywanie wzorów zmian fal mózgowych u rozmówców niż cokolwiek innego.

Obcy słyszałby z tej rozmowy niewiele lub zgoła nic, a tymczasem umysły pozostające ze sobą w bezpośrednim kontakcie wymieniałyby informacje, które w ich literalnej formie, mogłyby być przekazane tylko innemu Mówcy.

Język Mówców posiadał tę przewagę nad innymi, że umożliwiał bardzo szybkie przekazanie nieskończenie dokładnych, subtelnych i niewyrażalnych w inny sposób informacji, ale jednocześnie miał pewną istotną wadę. Otóż było prawie niemożliwe, posługując się nim, ukryć swój prawdziwy sąd o temacie rozmowy.

Gendibal dobrze wiedział, co sądzi o obecnym Pierwszym Mówcy. W jego odczuciu Pierwszy Mówca miał już za sobą szczytowy okres sprawności umysłowej. Pierwszy Mówca nie spodziewał się — w ocenie Gendibala — żadnego kryzysu, nie miał odpowiedniego przygotowania, żeby mu stawić czoła, gdyby się pojawił, ani koniecznej przenikliwości, żeby mu zaradzić. Przy całej swej dobrej woli i życzliwości Shandess wręcz prowokował katastrofę.

Gendibal musiał uważać, aby nic z tego, co naprawdę sądził o Pierwszym Mówcy, nie pojawiło się nie tylko w jego słowach czy gestach, ale nawet w myślach. Za dobrodusznością i życzliwością Pierwszego Mówcy, zupełnie zresztą nieskrywaną i raczej szczerą, Gendibal wyczuwał pewną protekcjonalność i rozbawienie, wzmocnił więc kontrolę wewnętrzną, aby nie ujawnić, że go to oburza, a przynajmniej nie dopuścić do tego, aby jego irytacja stała się zbyt wyraźna.

Pierwszy. Mówca uśmiechnął się i poprawił się w fotelu. Nie położył co prawda nóg na biurku, ale jego poza zawierała akurat tyle spokojnej pewności siebie a jednocześnie życzliwości, by utrzymać Gendibala w niepewności co do efektu, jaki wywarło na Pierwszym Mówcy jego oświadczenie.

Ponieważ Gendibal nie otrzymał zaproszenia, żeby usiąść, miał niewielki wybór gestów i póz dla ukrycia tej niepewności. Było niemożliwe, żeby Pierwszy Mówca nie wiedział o tym.

— A więc Plan Seldona nie ma sensu? — spytał Pierwszy Mówca. — To doprawdy nadzwyczajne stwierdzenie! Czy korzystałeś ostatnio z Pierwszego Radianta?

— Często korzystam z jego informacji, Pierwszy Mówco. To dla mnie zarówno obowiązek, jak i przyjemność.

— A czy przypadkiem nie korzystasz tylko z tych informacji, które dotyczą tego, czym się obecnie zajmujesz? Czy nie korzystasz z danych w mikroskali, studiując tu jakiś zespół równań, tam ciąg poprawek i uzupełnień? To jest oczywiście bardzo ważne, ale zawsze uważałem, że prześledzenie całego wyliczenia jest wspaniałym ćwiczeniem dla umysłu. Studiowanie po kawałku rozwiązań zawartych w Pierwszym Radiancie jest pożyteczne, owszem — ale prześledzenie całości rozumowania jest inspirujące. Prawdę mówiąc, Mówco, ja sam już od dawna tego nie robiłem. Może zrobilibyśmy to razem?

Gendibal nie śmiał zbyt długo zwlekać z odpowiedzią. Trzeba to było zrobić, i to w sposób lekki i przyjemny, albo można sobie to było w ogóle darować. — To byłby dla mnie prawdziwy zaszczyt i przyjemność, Pierwszy Mówco — odrzekł.

Pierwszy Mówca nacisnął dźwignię umieszczoną z boku biurka. Taka dźwignia znajdowała się w gabinecie każdego Mówcy i ta, która była w gabinecie Gendibala, nie była w niczym gorsza od dźwigni w biurku Pierwszego Mówcy. W sprawach czysto zewnętrznych, a więc nieistotnych, Druga Fundacja była społecznością ludzi absolutnie równych. Jedyną oficjalną prerogatywą Pierwszego Mówcy było to, na co wskazywał jego tytuł, że zawsze zabierał głos pierwszy.

Z naciśnięciem dźwigni pokój pogrążył się w ciemności, ale ciemność ta zaraz zmieniła się w perłową szarość. Obie dłuższe ściany pokoju przybrały lekko kremowy kolor, potem jeszcze bardziej pojaśniały i stały się zupełnie białe, aż w końcu pojawiły się na nich zgrabne rządki równań, ale tak małe, że z trudnością można je było odczytać.

— Jeśli nie masz nic przeciw temu — powiedział Pierwszy Mówca tonem, który wskazywał, że jest to czysta grzeczność, bo i tak żaden sprzeciw nie zostanie uwzględniony — to zmniejszę powiększenie, żebyśmy mogli objąć spojrzeniem jak najwięcej.

Rządki równań wyglądały teraz jak cienkie, o grubości zaledwie włosa, czarne linie, wijące się niczym meandry na białoperłowej powierzchni ścian.

Pierwszy Mówca położył rękę na klawiszach małego pulpitu wbudowanego w poręcz fotela. — Cofniemy się do początku, do czasów Hariego Seldona i nastawimy aparat na powolne przesuwanie. Nastawimy przesłonę tak, żeby widzieć na raz tylko jedną dekadę. Będziemy czuć bieg historii, nie rozpraszając uwagi na śledzenie szczegółów. Ciekaw jestem, czy robiłeś to już kiedy.

— W dokładnie taki sposób nigdy, Pierwszy Mówco.

— A powinieneś. To cudowne uczucie! Zauważ jak rzadkie są odgałęzienia tych linii na początku. W kilku pierwszych dziesięcioleciach istniało tylko bardzo niewielkie prawdopodobieństwo alternatywnych dróg biegu wydarzeń. Jednak w miarę upływu czasu linia główna rośnie wykładnikowo. Gdyby nie fakt, że jak tylko wypadki zaczynają toczyć się wzdłuż którejś z tych odnóg, to automatycznie przestają się liczyć i znikają inne możliwości, to zorientowanie się w tej plątaninie, a co dopiero rozsupłanie jej, byłoby absolutnie niemożliwe. Oczywiście, zajmując się przyszłością, musimy być ostrożni w usuwaniu tych linii, które — naszym zdaniem — przestają się liczyć.

— Wiem o tym, Pierwszy Mówco — w odpowiedzi Gendibala dał się wyczuć ślad zniecierpliwienia, którego nie potrafił ukryć.

Pierwszy Mówca nie zareagował na to. — Zwróć uwagę na te wijące się ciągi czerwonych symboli. Jest w nich jakaś prawidłowość. Sądząc z pozorów, ich rozmieszczenie powinno być przypadkowe, jako — że każdy Mówca zdobywa swą pozycję dzięki wprowadzeniu poprawki czy rozwinięciu jakiegoś punktu pierwotnego Planu Seldona. Mogłoby się wydawać, że nie ma sposobu, żeby przewidzieć, w którym miejscu znajdzie się taka poprawka albo co zainteresuje jakiegoś Mówcę czy co będzie odpowiadało jego szczególnym zamiłowaniem lub zdolnościom, a jednak już od dawna podejrzewam, że to dodawanie przez Mówców czerwonych usprawnień do czarnego oryginału Seldona odbywa się zgodnie z jakimś ścisłym prawem, które jest zależne od czasu i chyba od niczego więcej.

Gendibal patrzył jak mijają lata i jak czarne i czerwone symbole układają się w niemal hipnotyzujący wzór. Ten wzór sam w sobie oczywiście nic nie znaczył. To, co się liczyło, to były symbole, z których wzór ten był utworzony.

To tu, to tam pojawiał się jasnobłękitny sznurek równań, pęczniał, rozrastał się, wypuszczał odnogi, aby wreszcie skurczyć się, zapaść i rozpłynąć w morzu czerni i czerwieni.

— Błękit dewiacji — powiedział Pierwszy Mówca i uczucie niesmaku, rodzące się na widok tego błękitu w każdym z nich, zalegało między nimi.

— Pojawia się coraz częściej, aż w końcu dojdziemy do stulecia Dewiacji.

No i doszli. Można było dokładnie stwierdzić w którym momencie ów zadziwiający fenomen, Muł, rozpoczął swą niszczycielską, rozsadzającą Galaktykę działalność, gdyż obraz wypełniły nagle rozrastające się i rozpadające na liczne odnogi ciągi niebieskich symboli, a było ich tyle, że nie wszystkie mogły być doprowadzone do końca — aż w końcu cały pokój zdawał się pogrążony w błękitnej poświacie, tak gęstniejące rządki niebieskich równań zanieczyściły (było to jedyne odpowiednie słowo) go swym blaskiem.

W pewnym momencie zanieczyszczenie to osiągnęło szczyt, a potem błękit zaczął stopniowo zanikać, niebieskie linie stawały się coraz cieńsze, aż wreszcie — po dobrym stuleciu — rozpłynęły się bez śladu. Kiedy ostatecznie znikły i Plan powrócił do czerni i czerwieni, było jasne, że przyłożył do tego rękę Preem Palver.

Dalej, dalej…

— To czasy obecne — rzekł z widocznym zadowoleniem Pierwszy Mówca.

Dalej, dalej… i w końcu ukazał się prawdziwy węzeł ciasno splecionych czarnych rzędów znaków z czerwoną kropką pośrodku.

— To moment ustanowienia Drugiego Imperium — powiedział Pierwszy Mówca.

Wyłączył Pierwszy Radiant i pokój zalało normalne światło.

— Było to wielkie przeżycie — rzekł Gendibal.

— Tak — uśmiechnął się Pierwszy Mówca — i jesteś na tyle ostrożny, żeby nie nazwać tego przeżycia bardziej precyzyjnie, a przynajmniej żeby starać się nie móc go określić. Ale to nieważne. Pozwól, że teraz przedstawię swoje uwagi.

Otóż, po pierwsze, zauważ, że poczynając od czasów Preema Palvera, nic ma w Planie prawie zupełnie błękitu Dewiacji. Weź pod uwagę, że nie istnieje żadna licząca się możliwość wystąpienia dewiacji powyżej piątek klasy w najbliższych pięciuset latach. Zauważ też, że zaczęliśmy stosować najnowsze zdobycze psychohistorii do okresu po ustanowieniu Drugiego Imperium. Jak na pewno wiesz, Hari Seldon, który niewątpliwie był geniuszem, nie był jednak, bo nie mógł być, wszechwiedzącym. Udoskonaliliśmy jego naukę. Wiemy dziś o psychohistorii więcej niż on.

Seldon zakończył swoje obliczenia na Drugim Imperium, a my prowadzimy je dalej. Mogę tu powiedzieć bez niczyjej obrazy, że nowy plan, Hiperplan, który obejmuje okres już po ustanowieniu Drugiego Imperium, jest w dużej części moim dziełem i jemu właśnie zawdzięczam swoje obecne stanowisko.

Mówię ci o tym wszystkim po to, żeby zaoszczędzić ci zbytniego gadania. Jak w tej sytuacji możesz twierdzić, że Plan Seldona nie ma sensu? Plan jest bezbłędny. Już sam fakt, że przetrwał stulecie Dewiacji jest — przy całym szacunku dla geniusza Palvera — tego niezbitym dowodem. Gdzie jest ten błąd, młodzieńcze, który — twoim zdaniem — czyni cały Plan bezsensownym?

Gendibal stał sztywno wyprostowany. — Masz rację, Pierwszy Mówco. Plan Seldona nie ma słabych punktów.

— A więc wycofujesz swoje oskarżenie?

— Nie, Pierwszy Mówco. Właśnie brak błędów jest jego błędem. Ta bezbłędność jest katastrofalna.

<p>19.</p>

Pierwszy Mówca patrzył na Gendibala ze spokojem. Nauczył się kontrolować swoje reakcje i bawiła go niezaradność Gendibala w tym względzie. Podczas każdej wymiany zdań młody człowiek starał się jak mógł ukryć swe emocje, ale za każdym razem ujawniał je w całej pełni.

Shandess przyglądał mu się chłodnym okiem. Gendibal był chudym mężczyzną, o wzroście nieco powyżej średniego, cienkich ustach i kościstych, niespokojnych rękach. Miał ciemne, poważne oczy, — w których zdawał się tlić ogień.

Pierwszy Mówca wiedział, że będzie ciężko wyperswadować mu jego poglądy.

— Lubisz paradoksy, Mówco.

— To brzmi jak paradoks, Pierwszy Mówco, bo wiele z tego, co jest zawarte w Planie Seldona, przyjmujemy za niepodważalny pewnik i za coś, czego nie sposób kwestionować.

— Co zatem kwestionujesz?

— Samą podstawę Planu. Wszyscy wiemy, że Plan przestanie działać, jeśli o jego istocie, a nawet tylko o istnieniu, dowie się zbyt wielu z tych, których zachowania ma przewidywać.

— Wydaje mi się, że Hari Seldon zdawał sobie z tego sprawę. Wydaje mi się nawet, że uczynił z tego jeden z dwóch podstawowych aksjomatów psychohistorii.

— Ale nie przewidział pojawienia się Muła, Pierwszy Mówco, a zatem nie mógł też przewidzieć do jakiego stopnia Druga Fundacja stanie się obsesją ludzi z Pierwszej Fundacji, kiedy Muł uświadomi im jej znaczenie.

— Hari Seldon… — zaczął Pierwszy Mówca, ale w tej chwili wzdrygnął się i zamilkł.

Wszyscy członkowie Drugiej Fundacji wiedzieli jak wyglądał Hari Seldon. Wszędzie pełno było jego dwu — i trójwymiarowych podobizn, fotografii i hologramów, rzeźb i płaskorzeźb, przedstawiających go w postawie siedzącej i stojącej. Wszystkie te podobizny przedstawiały go takim, jakim był w ostatnich latach swego życia, a więc jako starszego dobrodusznego pana, o mądrej, pokrytej zmarszczkami twarzy, która była niejako kwintesencją ludzkiego geniuszu.

Ale oto Pierwszy Mówca przypomniał sobie fotografię, która miała przedstawiać Seldona w latach młodości. Fotografia ta nie była znana ani uznawana, jako że samo zestawienie „młody Seldon” brzmiało niemal jak sprzeczność. Ale Shandess widział ją i teraz błysnęła mu nagle myśl, że Stor Gendibal przypomina do złudzenia młodego Seldona.

Bzdura! Było to przesądne uczucie, z rodzaju tych, które od czasu do czasu nawiedzają każdego, nawet stuprocentowych racjonalistów. Po prostu uległ złudzeniu. Gdyby miał przed sobą tę fotografię, to na pewno z miejsca by spostrzegł, że nie istnieje między Gendibalem a Seldonem żadne podobieństwo. Ale dlaczego ta głupia myśl przysźła mu do głowy akurat teraz?

Otrząsnął się. Było to chwilowe zaburzenie — przelotna utrata kontroli nad myślami, zbyt krótka, aby mógł ją spostrzec ktokolwiek poza Mówcą. Gendibal może to sobie interpretować, jak mu się podoba.

— Hari Seldon — powtórzył, tym razem stanowczo — bardzo dobrze wiedział, że istnieje nieskończona liczba możliwości, których nie może przewidzieć i właśnie dlatego powołał do istnienia Drugą Fundację. My też nie przewidzieliśmy pojawienia się Muła, ale poznaliśmy się na nim od razu, jak tylko wziął się za nas, i powstrzymaliśmy go. Nie przewidzieliśmy, że w następstwie działalności Muła Pierwsza Fundacja dostanie obsesji na naszym punkcie, ale zorientowaliśmy się w czym rzecz, kiedy się to zaczęło i położyliśmy temu kres. Czy możesz nam tu coś zarzucić?

— Po pierwsze — rzekł Gendibal — to obsesyjne zainteresowanie Pierwszej Fundacji nami bynajmniej nie wygasło.

Gendibal nie odnosił się już do Pierwszego Mówcy z taką pokorą, jak poprzednio. Dostrzegł w jego glosie ślad tego zaburzenia (tak ocenił to Shandess) i zinterpretował to sobie jako niepewność. Trzeba to było naprawić.

— Uprzedzę to, co chcesz powiedzieć — rzekł energicznie Pierwszy Mówca. — Znajdą się w Pierwszej Fundacji ludzie, którzy — porównując ogromne trudności, z jakimi musieli się mierzyć w czasie pierwszych czterech stuleci jej istnienia ze spokojną egzystencją, którą wiodą od dwunastu dziesiątków lat — dojdą do wniosku, że byłoby to niemożliwe, gdyby Druga Fundacja nie dbała o realizację Planu i — oczywiście — będą mieli rację. Pomyślą, że Druga Fundacja nie została jednak zniszczona i oczywiście będą mieli rację. Prawdę mówiąc, otrzymaliśmy doniesienia, że na stołecznym świecie Pierwszej Fundacji, na Terminusie, jest pewien młody człowiek, członek ich rządu, który jest całkowicie przekonany o tym… Zapomniałem, jak się nazywa…

— Golan Trevize — powiedział cicho Gendibal. — To ja pierwszy zwróciłem uwagę na te doniesienia i ja skierowałem tę sprawę do pana biura, Pierwszy Mówco.

— Ach tak? — rzekł Shandess z przesadną uprzejmością. — A jak to się stało, że skupiłeś na nim swoją uwagę?

— Jeden z naszych agentów na Terminusie przysłał nudny raport o nowo wybranych członkach ich Rady — zwykły formalny raport, jakie napływają stale i są lekceważone przez Mówców. Ten akurat zainteresował mnie z racji opisu jednego z.nowych radnych, Golana Trevize. Sądząc z tego opisu, jest to niezwykle pewny siebie i wojowniczy osobnik.

— Rozpoznałeś w nim pokrewną duszę, tak?

— Nic podobnego — odparł sztywno Gendibal. — Wydaje się, że jest lekkomyślny i lubi robić absurdalne rzeczy, a ten opis nie pasuje do mnie. W każdym razie przeprowadziłem dokładne badania. Szybko się zorientowałem, że byłby dla nas cennym nabytkiem, gdyby został zwerbowany w młodym wieku.

— Być może — powiedział Pierwszy Mówca — ale wiesz, że nie werbujemy na Terminusie.

— Wiem o tym dobrze. Tak czy inaczej, nawet bez naszego szkolenia ma niezwykłą intuicję. Oczywiście jest ona całkowicie niezorganizowana. Nie byłem więc szczególnie zaskoczony, że odkrył fakt dalszego istnienia Drugiej Fundacji. Uważałem, że jest to na tyle ważne, żeby skierować w rej sprawie notatkę do pana biura.

— Z twojego zachowania wnioskuję, że jest w tej sprawie coś nowego.

— Odkrywszy, dzięki swej wyjątkowej intuicji, fakt naszego istnienia, postąpił potem z tym odkryciem w charakterystyczny dla siebie, nierozsądny sposób i w rezultacie został skazany na wygnanie.

Pierwszy Mówca uniósł brwi. — Nagle przerwałeś. Chcesz, żebym docenił wagę tej sprawy i zinterpretował ją. Pozwól, że nie będę korzystał z komputera i dokonam w myśli przybliżonych obliczeń według równań Seldona. Zgaduję, że bystra burmistrz Terminusa, która może sama podejrzewać, że Druga Fundacja nadal istnieje, woli się pozbyć niezdyscypLionowanego osobnika, który mógłby wykrzyczeć swoje rewelacje na całą Galaktykę i tym samym ostrzec Drugą Fundację o grożącym jej niebezpieczeństwie. O ile dobrze zrozumiałem, Żelazna Branno zdecydowała, że Terminus będzie bezpieczniejszy bez Trevizego.

— Mogła go uwięzić albo zgładzić po cichu.

— Jak dobrze wiesz, nie można za bardzo polegać na równaniach w odniesieniu do pojedynczych osób. Stosują się one tylko do dużych skupisk ludzkich. Stąd zachowanie się poszczególnych jednostek jest nieprzewidywalne i można przypuścić, że burmistrz jest osobą, która uważa, że uwięzienie, nie mówiąc już o zabójstwie, jest okrucieństwem.

Gendibal przez chwilę nic nie mówił. Było to wymowne milczenie. Milczał tak długo, aby Pierwszy Mówca poczuł się niepewnie, ale nie na tyle długo, by wywołać jego gniew.

Obliczył, że wystarczy sekunda. Po jej upływie powiedział:

— Moja interpretacja jest inna. Uważam, że Trevize jest teraz ostrzem największego niebezpieczeństwa, jakie kiedykolwiek zawisło nad Drugą Fundacją, że jest dla nas nawet groźniejszy niż Muł.

<p>20.</p>

Gendibal był zadowolony. Siła tego stwierdzenia podziałała. Pierwszy Mówca nic spodziewał się takiego obrotu sprawy i został wytrącony z równowagi. Od tej chwili inicjatywa należała do Gendibala. Jeśli nawet nie był tego zupełnie pewien, to następna wypowiedź Pierwszego Mówcy rozproszyła jego wątpliwości.

— Czy to ma jakiś związek z twoim twierdzeniem, że Plan Seldona nie ma sensu?

Gendibal zagrał ostro, udał całkowitą pewność siebie i przyjął mentorską pozę, starając się nie dopuścić do tego, żeby Pierwszy Mówca się pozbierał. Powiedział:

— Pierwszy Mówco, opinia, że to Preem Palver uratował Plan po strasznych zniekształceniach, do których doszło w wieku Dewiacji, i że skierował Galaktykę ponownie na właściwe tory, stała się dla nas swego rodzaju artykułem wiary. Jeśli przestudiuje pan dokładnie to, co podaje Pierwszy Radiant, to przekona się pan, że dewiacje zanikają dopiero dwadzieścia lat po śmierci Palvera i że potem doszło też do niejednego zniekształcenia. Ich usunięcie można oczywiście przypisać Pierwszym Mówcom, którzy nastąpili po Palverze, ale to nieprawdopodobne.

— Nieprawdopodobne? Z pewnością nikt z nas nie był nowym Palverem, ale dlaczego miałoby to być nieprawdopodobne?

— Jeśli pozwolisz, Pierwszy Mówco, to zaraz tego dowiodę. Posługując się matematyką psychohistorii, jestem w stanie niezbicie wykazać, że prawdopodobieństwo całkowitego usunięcia dewiacji było stanowczo zbyt małe, aby mogła tego w jakikolwiek sposób dokonać Druga Fundacja. Zajęłoby mi to pół godziny, ale jeśli nie masz czasu czy ochoty na uważne prześledzenie moich wywodów, to nie musisz mnie słuchać. Mogę zamiast tego zażądać zwołania walnego zgromadzenia Mówców i przedstawić to na tym zebraniu. Oznaczałoby to jednak stratę czasu i niepotrzebne spory.

— Tak, a dla mnie utratę twarzy. Przedstaw mi to teraz. Ale ostrzegam cię — Pierwszy Mówca czynił heroiczne wysiłki, aby dojść do siebie. — Jeśli to, co mi przedstawisz, okaże się bezwartościowe, nie zapomnę tego.

— Jeśli okaże się bezwartościowe — powiedział Gendibal z takim spokojem i godnością, że zrobiło to wrażenie na Pierwszym Mówcy — to z miejsca złożę rezygnację.

Zajęło to jednak znacznie więcej czasu niż pół godziny, gdyż Pierwszy Mówca kwestionował prawidłowość obliczeń z bliską furii zaciekłością.

Przeciągnęłoby się to jeszcze bardziej, gdyby nie wprawa, z jaką Gendibal korzystał z mikroradianta. Urządzenie to, dzięki któremu można było szybko odnaleźć i przedstawić holograficznie dowolną część niezmiernie obszernego Planu bez potrzeby korzystania z pustej ściany i aparatury wielkości biurka — weszło w użycie dopiero dekadę wcześniej i Pierwszy Mówca nigdy nie posiadł sztuki posługiwania się nim. Gendibal wiedział o tym, a Pierwszy Mówca zdawał sobie sprawę z tego, że Gendibal wie.

Gendibal zawiesił mikroradiant na kciuku prawej dłoni, a pozostałymi palcami naciskał odpowiednie guziki, jak gdyby grał na jakimś instrumencie. (Prawdę powiedziawszy, napisał nawet swego czasu niewielki artykuł na temat analogii między operowaniem mikroradiantem a grą na instrumencie klawiszowym.)

Równania, które Gendibal ukazywał (i odnajdywał z zadziwiającą łatwością), poruszały się niczym posłuszne jego rozkazom węże, to wysuwając się w przód, to cofając dla zilustrowania odpowiednich partii jego teorii. W miarę potrzeby pojawiały się to definicje, to aksjomaty, to znów wykresy, i to zarówno dwu — jak i trójwymiarowe (nie mówiąc już o wielowymiarowych zależnościach).

Komentarz Gendibala był jasny i przekonujący, więc Pierwszy Mówca dał za wygraną. Przyznał słuszność Gendibalowi i powiedział: . — Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział analizę tego rodzaju. Czyje to dzieło?

— Moje własne, Pierwszy Mówco. Opublikowałem podstawy matematyki, którą tu zastosowałem.

— To bardzo pomysłowe, Mówco Gendibalu. Coś takiego może ci zapewnić godność Pierwszego Mówcy, jeśli umrę… lub ustąpię ze stanowiska.

— Wcale o tym nie myślałem, Pierwszy Mówco… ale ponieważ nie sądzę, żebyś mi uwierzył, odwołuję to oświadczenie. A więc tak, myślałem o tym i mam nadzieję, że zostanę Pierwszym Mówcą, bo ten, kto obejmie po tobie to stanowisko, będzie musiał zrobić coś, co tylko ja wiem, jak zrobić.

— Tak — rzekł Pierwszy Mówca — fałszywa skromność może być bardzo niebezpieczna. Ale co będzie musiał zrobić? Być może obecny Pierwszy Mówca będzie w stanie tego dokonać. Chociaż jestem za stary, żeby wpaść na to, na co ty wpadłeś, to nie jestem taki stary, żeby nie potrafić zrobić tego, co mi wskażesz.

To, że Pierwszy Mówca zdawał się na niego, pochlebiło Gendibalowi, więc poczuł, raczej nieoczekiwanie, że serce mu mięknie, choć w tej samej chwili uświadomił sobie, że o to właśnie chodziło Pierwszemu Mówcy.

— Dziękuję ci. Pierwszy Mówco, bo będę bardzo potrzebował twojej pomocy. Nie sądzę, żebym zdołał przekonać zgromadzenie bez twego światłego przewodnictwa. (Pochlebstwo za pochlebstwo.) A więc przypuszczam, że moje wywody przekonały cię, iż było zupełnie niemożliwe, żeby nasze zabiegi zlikwidowały straszliwe skutki stulecia Dewiacji albo zapobiegły występowaniu zniekształceń po tym okresie.

— Jest to dla mnie oczywiste — odparł Pierwszy Mówca. — Jeśli w twojej matematyce nie ma błędu, to po to, by Plan został uratowany, co faktycznie się stało, i działał tak znakomicie, jak wydaje się działać, musielibyśmy być w stanie obliczyć i przewidzieć reakcje niewielkich grup ludzi, nawet jednostek, i to z dość znaczną pewnością.

— Dokładnie tak. A ponieważ matematyka, na której opiera się psychohistoria, nie pozwala na dokonanie takich obliczeń, dewiacje nie tylko by nie znikły, ale nawet powstałyby nowe. Rozumiesz teraz, Pierwszy Mówco, co miałem na myśli mówiąc, że błędem Planu Seldona jest właśnie jego bezbłędność.

— A zatem — powiedział Pierwszy Mówca — albo Plan Seldona zawiera od początku momenty prowadzące do jego zniekształceń i dewiacji, albo w twojej matematyce jest jakiś błąd. Ponieważ muszę przyznać, że Plan Seldona przez całe stulecie, a nawet dłużej, nie wykazywał żadnej tendencji do dewiacji, musi być jakiś błąd w twoich obliczeniach, z tym, że ja nie wykryłem w nich żadnych pomyłek ani fałszywych kroków.

— Źle czynisz, Pierwszy Mówco — rzekł Gendibal — wykluczając trzecią możliwość. Jest przecież możliwe, że Plan Seldona nie zawiera niczego, co prowadziłoby do dewiacji, a mimo to moje obliczenia wskazujące, że to jest niemożliwe, są też bezbłędne.

— Nie widzę trzeciej możliwości.

— Przypuśćmy, że Plan Seldona jest regulowany i uzupełniany za pomocą jakiejś metody psychohistorycznej, która jest tak rozwinięta, że pozwala przewidywać zachowania małych grup ludzi, a nawet być może poszczególnych jednostek, za pomocą metody, której my, Druga Fundacja, nie znamy. Wtedy i tylko wtedy moje obliczenia wykazywałyby, że Plan Seldona faktycznie nie ulega żadnym zniekształceniom!

Przez chwilę (według pojęć Drugiej Fundacji) Pierwszy Mówca nic nie mówił. Potem powiedział:

— Nie ma takiej, na tyle zaawansowanej metody, która byłaby znana mnie czy, sądząc z twego przedstawienia tej sprawy, tobie. Jeśli nie znamy jej ani ty, ani ja, to prawdopodobieństwo, że jakiś inny Mówca, czy grupa Mówców, stworzył taką mikropsycho — historię — jeśli można ją tak nazwać — i utrzymał to w tajemnicy przed resztą, jest nieskończenie małe. Chyba się ze mną zgodzisz?

— Zgadzam się.

— A więc albo wykonana przez ciebie analiza jest błędna, albo mikropsychohistoria jest narzędziem w rękach jakiejś grupy ludzi spoza Drugiej Fundacji.

— No właśnie, Pierwszy Mówco, ta druga możliwość musi być prawdziwa.

— Możesz udowodnić prawdziwość tego twierdzenia?

— W sposób formalny nie mogę, ale zastanów się… Czy nie było do tej pory nikogo, kto potrafił wpłynąć na Plan Seldona, zajmując się jednostkami?

— Przypuszczam, że masz na myśli Muła.

— Oczywiście.

— Muł potrafił tylko niszczyć. Problem polega na tym, że Plan Seldona działa zbyt dobrze, że jest o wiele bliższy perfekcji, niż dopuszczają to twoje obliczenia. Trzeba by tu jakiegoś anty — Muła, kogoś, kto potrafiłby, tak jak Muł, zmienić Plan, ale kto działałby z zupełnie innych pobudek, kto zmieniałby nie po to, żeby niszczyć, ale po to, żeby poprawiać.

— Właśnie, Pierwszy Mówco. Żałuję, że sam nie pomyślałem o takim sformułowaniu. Kim był Muł? Mutantem. Ale skąd pochodził? Skąd się wziął? Nikt tego nie wie. A może jest ich więcej?

— Z pewnością nie. Jedyne, co dobrze wiemy o nim, to to, że był bezpłodny. Stąd jego przydomek. A może uważasz, że to bajka?

— Nie miałem na myśli jego potomków. Czy Muł nie mógł być anormalnym członkiem jakiejś większej grupy ludzi o takich samych zdolnościach, którzy — dla jakichś ważnych dla nich powodów — nie tylko nie niszczą — Planu Seldona, ale nawet go chronią?

— A dlaczego, na Galaktykę, mieliby go chronić? — A dlaczego my go chronimy? Chcemy stworzyć Drugie Imperium, w którym my, a raczej nasi intelektualni potomkowie, będą decydentami. Jeśli jakaś inna grupa chroni Plan bardziej skutecznie niż my, to na pewno nie po to, żeby później zostawić nam decydowanie o losach Drugiego Imperium. To oni będą decydowali, ale jaki będą mieli w tym cel? Czy nie powinniśmy postarać się dowiedzieć do jakiego Drugiego Imperium nas prowadzą?

— A jak, twoim zdaniem, mamy się o tym dowiedzieć?

— Dlaczego burmistrz Terminusa skazała na wygnanie Golana Trevizego? Robiąc to, pozwoliła potencjalnie niebezpiecznej osobie poruszać się swobodnie po całej Galaktyce. Nie wierzę, że zrobiła to z powodów humanitarnych. Władcy Pierwszej Fundacji zawsze postępowali racjonalnie, to znaczy, nie dbając o zasady moralne. Jeden z ich bohaterów, Salvor Hardin, nawet zalecał, żeby postępować wbrew zasadom moralnym. Nie, myślę, że burmistrz Terminusa działała pod wpływem agentów tych anty — Mułów, używając twojego, Pierwszy Mówco, sformułowania. Myślę, że Trevize został przez nich zwerbowany i że jest on grotem niebezpieczeństwa, które zawisło nad nami. Śmiertelnego niebezpieczeństwa.

— Na Seldona, możesz mieć rację! — rzekł Pierwszy Mówca. — Ale jak przekonamy o tym walne zgromadzenie?

— Nie doceniasz swych możliwości, Pierwszy Mówco.


17.

<p>17.</p>

Trantor.

Przez osiem tysięcy lat Trantor był stolicą jednostki politycznej, która obejmowała swym zasięgiem stale rozszerzający się związek układów planetarnych. Przez następne dwanaście tysięcy lat był stolicą jednostki politycznej, która obejmowała swym zasięgiem całą Galaktykę. Był centrum, sercem, istotą Imperium Galaktycznego. Nie sposób było myśleć o Imperium nie myśląc o Trantorze.

Trantor osiągnął szczyt rozwoju, kiedy rozkład Imperium był już daleko posunięty. Prawdę mówiąc, właśnie dlatego, że Trantor błyszczał polerowanym metalem, nikt nie spostrzegł, że Imperium straciło swój pęd i rozmach i że zamarł wszelki postęp.

Szczyt jego rozwoju przypadł na moment, kiedy był jednym obejmującym całą planetę miastem. Jego ludność utrzymywała się na (regulowanym przez prawo) poziomie czterdziestu pięciu miliardów, a jedynymi pokrytymi zielenią miejscami był teren wokół pałacu imperatora i Zespół Uniwersytecki połączony z biblioteką.

Powierzchnia Trantora pokryta była metalowym płaszczem. I pustynie, i żyzne ziemie zostały wchłonięte przez miasto i zamienione w rojowiska ludzi, dżungle urzędów, skomputeryzowane gigantyczne ośrodki, rozległe magazyny żywności i części zamiennych. Łańcuchy górskie zostały zrównane, a przepaści zasypane. Pod powierzchnią kontynentów wykopano niekończące się korytarze, a oceany zamieniono w rozległe podziemne zbiorniki wodnorolnicze, które stały się jedynym (nie wystarczającym dla zaspokojenia potrzeb) rodzimym źródłem żywności i minerałów.

Połączenia z zewnętrznymi światami, z których Trantor otrzymywał potrzebne produkty i surowce, podtrzymywało tysiąc portów kosmicznych, sto tysięcy statków handlowych i milion frachtowców kosmicznych, a chroniło dziesięć tysięcy statków wojennych.

Żadne inne tak rozległe miasto w dziejach ludzkości nie miało tak rozbudowanego zamkniętego obiegu wody. Żadna inna planeta w Galaktyce nie wykorzystywała tak dużych ilości energii słonecznej ani nie przedsięwzięła tak radykalnych środków, aby pozbywać się zużytego ciepła. Błyszczące radiatory sterczały w niebo, sięgając aż do cienkiej zewnętrznej warstwy atmosfery, na pogrążonej w nocnym mroku półkuli, a po drugiej, skąpanej w blasku dnia, schowane były pod metalową osłoną. W miarę obrotu planety i przechodzenia dnia w noc, wynurzały się stopniowo, podczas gdy te, które znajdowały się po stronie, gdzie zaczynało dnieć, chowały się pod metalową skorupę. W ten sposób Trantor zachowywał zawsze sztuczną symetrię, która stała się niemal jego symbolem.

Wtedy, będąc u szczytu swego rozwoju, Trantor rządził Galaktyką.

Rządził kiepsko, ale nikt i nic, żadna planeta, nie mogło rządzić dobrze takim imperium. Było ono zbyt rozległe, nawet dla najbardziej energicznych — władców. A poza tym, czy Trantor mógł rządzić dobrze, skoro w czasach rozkładu Imperium jego koroną frymarczyli przebiegli politycy, skoro nosili ją nieudolni władcy, a biurokracja wytworzyła specyficzną podkulturę przekupstwa?

Ale nawet w najgorszym okresie maszyna ta, raz puszczona w ruch, kręciła się sama. Imperium Galaktyczne nie mogło się obyć bez Trantora.

Imperium kruszyło się, ale tak długo jak Trantor pozostawał Trantorem, istniało jego jądro, a w nim atmosfera potęgi, dumy z liczącej tysiące lat tradycji i… egzaltacji.

Dopiero kiedy nastąpiło to, co było dotąd nie do pomyślenia, kiedy Trantor padł i został złupiony, kiedy zginęły miliony jego mieszkańców, a miliardy zaczęły ginąć z głodu, kiedy jego potężna metalowa skorupa została podziurawiona i porozrywana w wyniku ataku „barbarzyńskiej” floty, dopiero wtedy uznano, że Imperium przestało istnieć. Pozostali przy życiu niedobitkowie dokonali dzieła, i tak, za życia jednego pokolenia, Trantor przeistoczył się z największej planety, jaką kiedykolwiek władał rodzaj ludzki w niezmierzone morze ruin.

Minęło blisko dwieście pięćdziesiąt lat od tamtej chwili, ale Trantor wciąż trwał w pamięci mieszkańców reszty Galaktyki. Był ulubionym miejscem akcji powieści historycznych, ulubionym symbolem przeszłości, a jego nazwa stałym elementem takich powiedzeń, jak „Wszystkie statki lądują na Trantorze”, „To tak, jakby szukać kogoś na Trantorze” czy „Tak się ma do tego, jak do Trantora”.

Tak było w całej Galaktyce, ale nie na Trantorze. Tam zapomniano o świetnej przeszłości. Metalowy płaszcz okrywający przedtem planetę znikł prawie doszczętnie. Trantor był teraz rzadko zaludnionym światem samowystarczalnych rolników, miejscem, do którego rzadko zawijały statki handlowe, a te, które zawijały, nie były zbyt życzliwie witane. Samo słowo „Trantor”, mimo że nadal oficjalnie używane, zniknęło z języka potocznego. Współcześni Trantor — czycy mówiąc o nim, używali po prostu słowa „tutaj”, a siebie zwali Tutejszymi.

Quindor Shandess rozmyślał o tym i o innych sprawach, siedząc wygodnie w fotelu w stanie błogiej półdrzemki i pozwalając, by jego mózg snuł sam z siebie przędzę nieskoordynowanych myśli.

Był Pierwszym Mówcą Drugiej Fundacji już od osiemnastu lat i — jeśli jego umysł zachowa sprawność i jeśli dalej będzie w stanie brać udział w rozgrywkach politycznych — może nim pozostać jeszcze przez następnych dziesięć czy dwanaście.

Był analogiem, lustrzanym odbiciem, burmistrza Terminusa, który sprawował rządy w Pierwszej Fundacji, ale różnił się od niego (od niej) pod każdym względem. Burmistrza Terminusa znała cała Galaktyka, a Pierwsza Fundacja była dla wszystkich światów po prostu „Fundacją”, bez żadnych określeń. Pierwszego Mówcę Drugiej Fundacji znali tylko jego towarzysze.

A jednak to właśnie Druga Fundacja, tak za jego czasów, jak i za czasów jego poprzedników, sprawowała faktyczną władzę. Pierwsza Fundacja była potęgą w dziedzinie fizyki, techniki i — broni. Druga Fundacja była potęgą w dziedzinie psychologii, woli i umiejętności wpływania na innych. Gdyby doszło do konfliktu między Fundacjami, to jakie znaczenie miałoby to, iloma statkami i jaką bronią rozporządza Pierwsza Fundacja, skoro Druga mogłaby kierować poczynaniami tych, którzy kierują statkami i dysponują bronią?

Ale jak długo będzie mógł się rozkoszować swą ukrytą siłą?

Był dwudziestym piątym z kolei Pierwszym Mówcą i jego kadencja trwała już nieco dłużej niż przeciętna kadencja. Być może nie powinien już sprawować swej funkcji i dopuścić młodszych kandydatów? Choćby Mówcę Gendibala, najbystrzejszego, mimo że o najkrótszym stażu, uczestnika posiedzeń. Dzisiejszy wieczór mieli spędzić razem i Shandess właśnie go oczekiwał. Czy powinien oczekiwać również tego, by Gendibal zastąpił go pewnego dnia?

Problem w tym, że Shandess nie myślał poważnie o ustąpieniu ze swego stanowiska. Za bardzo je polubił.

Był stary, ale w pełni umysłowo sprawny i doskonale wywiązywał się ze swych obowiązków. Włosy miał już co prawda siwe, ale zawsze miały one jasny kolor, a poza tym strzygł je tylko na cal, tak że kolor niewiele znaczył. Miał wyblakłe niebieskie oczy, a jego ubiór dostosowany był do szarych strojów rolników trantorskich.

Gdyby chciał, Pierwszy Mówca mógłby uchodzić wśród tutejszej ludności za jednego z nich, ale istniała jeszcze jego skrywana moc. Wystarczyłoby, żeby skoncentrował wzrok i myśli na którymś z nich, by ten zrobił wszystko, co mu Shandess nakaże i zapominał zaraz o tym na zawsze.

Mógł to zrobić w każdej chwili, ale korzystał z tego rzadko. Prawie nigdy. Złota zasada Drugiej Fundacji głosiła: „Nie rób nic, dopóki nie musisz, a kiedy musisz działać — zastanów się”.

Pierwszy Mówca westchnął cicho. Żyjąc na terenie dawnego uniwersytetu i widząc majestatyczne ruiny pałacu imperatora znajdujące się nieopodal, miał nieraz okazję podziwiać słuszność owej złotej zasady.

W dniach Wielkiej Grabieży złota zasada omal nie została złamana. Nie można było ocalić Trantora nie poświęcając przy tym Planu Seldona i nie przekreślając nadziei na stworzenie Drugiego Imperium. Uratowanie czterdziestu pięciu miliardów istnień ludzkich byłoby niewątpliwie bardzo szlachetnym uczynkiem, ale nie można ich było uratować nie zachowując jednocześnie jądra Pierwszego Imperium, a to by tylko opóźniło to, co i tak nieuchronnie musiało nastąpić. Ba, doprowadziłoby to po kilku stuleciach do jeszcze większej katastrofy i być może Drugie Imperium nigdy by…

Nim doszło do zagłady, ówcześni Pierwsi Mówcy przez dziesiątki lat łamali sobie głowy nad tym, jak do niej nie dopuścić, ale nie znaleźli żadnego rozwiązania — żadnego sposobu, by ocalić Trantor i równocześnie zapewnić warunki dla utworzenia w przyszłości Drugiego Imperium. Trzeba było wybrać mniejsze zło, więc Trantor zginął.

Członkowie Drugiej Fundacji zdołali tylko — starając się w jak najmniejszym stopniu zdradzić ze swymi umiejętnościami — ocalić od zagłady zespół uniwersytecko — biblioteczny, a i to miano im odtąd za złe. Mimo iż nikt nigdy nie wykazał, że ocalenie tego zespołu doprowadziło w końcu do zawrotnej, choć krótkotrwałej kariery Muła, to zawsze istniało podejrzenie, że między tymi wydarzeniami był jakiś związek. Jak niewiele brakowało, by ten postępek zniszczył wszystko!

Ale po Wielkiej Grabieży i po Mule nastąpił złoty wiek Drugiej Fundacji. Wcześniej, przez dwieście pięćdziesiąt lat po śmierci Seldona, ludzie Drugiej Fundacji kryli się, niczym krety, w podziemiach biblioteki, starając się tylko o to, by schodzić z oczu ludziom Imperium. Żyjąc w rozkładającym się społeczeństwie, które coraz mniej obchodziła Biblioteka Galaktyczna, traktowana jako anachroniczny przeżytek, co najbardziej odpowiadało interesom Drugiej Fundacji, Fundacjoniści byli bibliotekarzami.

Było to podłe życie. Ich całe działanie ograniczało się do ochrony Planu, podczas gdy na końcu Galaktyki Pierwsza Fundacja — bez żadnej pomocy ze strony Drugiej, a praktycznie też i bez wiedzy o niej — walczyła z coraz to potężniejszymi wrogami o przetrwanie.

To właśnie Wielka Grabież przyniosła wolność Drugiej Fundacji. Był to jeszcze jeden (młody Gendibal, który miał odwagę, by to powiedzieć, twierdził, że główny) powód, dla którego nie zrobiono nic, żeby jej zapobiec.

Po Wielkiej Grabieży Imperium przestało istnieć i od tej pory ci z Trantorczyków, którym udało się przeżyć, nigdy nie ośmielili się wejść nieproszeni na terytorium Drugiej Fundacji. Fundacjoniści zadbali o to, by zespół uniwersytecko — biblioteczny, który przetrwał nienaruszony czasy Wielkiej Grabieży, przetrwał w takim samym stanie czasy Wielkiej Odnowy. Uchroniono też od tego ruiny pałacu imperatora. Z całej prawie reszty planety zdarto metal. Ogromne, niekończące się korytarze zasypano, zniszczono, zakryto i w końcu zapomniano o nich. Wszystko przykryła — ziemia, z wyjątkiem tych miejsc, gdzie metal wciąż odgradzał dawne otwarte przestrzenie.

Można je było uważać za pomniki dawnej wielkości, za grobowiec Imperium, ale dla Trantorczyków — teraz Tutejszych — były to miejsca nawiedzone, opanowane przez duchy, których lepiej było nie niepokoić. Tylko członkowie Drugiej Fundacji stąpali niekiedy po posadzkach starożytnych korytarzy i dotykali ścian z lśniącego tytanu.

A mimo to niewiele brakowało, by wszystko zniweczył Muł.

On sam zjawił się na Trantorze. Co by było, gdyby odkrył prawdziwe oblicze świata, na którym się znalazł? Jego broń fizyczna była potężniejsza niż ta, którą rozporządzała Druga Fundacja, a broń psychiczna prawie tak potężna, jak ich własna. Drugą Fundację powstrzymałby przed działaniem zakaz robienia czegokolwiek oprócz tego, co musiała robić, jak również świadomość, że zwycięstwo nad bezpośrednio zagrażającym w danej chwili wrogiem może grozić nieuchronną klęską w dalszej przyszłości.

Gdyby nie Bayta Darell i jej szybkie działanie… I to też odbyło się bez pomocy Drugiej Fundacji.

A potem nastał złoty wiek, kiedy to ówcześni Pierwsi Mówcy znaleźli jakoś sposób na to, żeby zacząć działać, powstrzymać Muła przed dalszymi podbojami i w końcu zdobyć władzę nad jego umysłem, a dalej na to, żeby powstrzymać samą Pierwszą Fundację, która zaczęła się zanadto interesować istotą i działaniem Drugiej Fundacji. To Preem Palver, dziewiętnasty i największy z Pierwszych Mówców, zdołał zażegnać wszystkie te niebezpieczeństwa i — nie bez bolesnych ofiar — uratować Plan Seldona.

Teraz, od stu dwudziestu lat, Druga Fundacja jest ponownie taka, jak dawniej i kryje się w zakamarkach Trantora. Nie kryje się już przed ludźmi z Imperium, lecz nadal przed Pierwszą Fundacją, która jest niemal tak potężna jak dawne Imperium Galaktyczne, a w dziedzinie techniki nawet potężniejsza niż ono.

Pierwszemu Mówcy zrobiło się ciepło i przyjemnie. Opadły mu powieki i zapadł w ten nieokreślony stan błogiego odprężenia, który nie jest jeszcze snem, ale nie jest już jawą.

Dość już tych ponurych rozważań. Wszystko dobrze się ułoży. Trantor wciąż jeszcze jest stolicą Galaktyki, bo istnieje tu Druga Fundacja, która jest potężniejsza i lepiej panuje nad sytuacją niż jakikolwiek imperator w jego dziejach. Pierwsza Fundacja zostanie okiełznana i tak pokierowana, żeby robiła to, co do niej należy. Choćby miała nie wiadomo jak wspaniałe statki i broń, nie może nic zrobić, dopóki można, w razie potrzeby, sterować myślami jej przywódców.

I w końcu powstanie Drugie Imperium, ale nie będzie ono podobne do pierwszego. Będzie federacją, której poszczególne części będą miały znaczną autonomię, dzięki czemu nie będzie ono stwarzało pozorów siły przy faktycznej słabości, jak to zawsze ma miejsce w scentralizowanych, autokratycznie rządzonych państwach. Nowe Imperium, składające się z luźniej połączonych części, stanie się strukturą bardziej giętką i elastyczną, bardziej odporną na wewnętrzne napięcia, a poza tym zawsze — zawsze — kierować nim będą z ukrycia mężczyźni i kobiety z Drugiej Fundacji. Trantor pozostanie zatem na zawsze jego stolicą, a czterdzieści tysięcy psychohistoryków będzie lepszą gwarancją jego potęgi niż zamieszkujące go dawniej czterdzieści pięć miliardów…

Pierwszy Mówca nagle się ocknął. Słońce było już nisko. Czyżby mruczał coś do siebie? Czyżby coś głośno mówił?

Jeśli Druga Fundacja musiała dużo wiedzieć i mało mówić, to Mówcy, którzy sprawowali władzę, musieli wiedzieć jeszcze więcej i mówić jeszcze mniej, a Pierwszy Mówca musiał wiedzieć najwięcej i mówić najmniej.

Uśmiechnął się krzywo. Zawsze istniało niebezpieczeństwo, że w Drugiej Fundacji rozbudzi się patriotyzm lokalny — że Drugie Imperium stanie się dla niej środkiem dla ustanowienia w Galaktyce hegemonii Trantora. Seldon ostrzegał przed tym. Przewidział to niebezpieczeństwo na pół tysiąca lat przed jego pojawieniem się.

Drzemka Pierwszego Mówcy nie trwała jednak zbyt długo. Było jeszcze dużo czasu do posłuchania wyznaczonego Gendibalowi.

Shandess wiązał z tym spotkaniem w cztery oczy pewne nadzieje. Gendibal był na tyle młody, żeby mieć świeże spojrzenie na Plan, a przy rym na tyle bystry, by dojrzeć to, co mogło umknąć innym. I było zupełnie możliwe, że Shandess może się czegoś od niego nauczyć.

Nikt się nigdy nie dowie ile Preem Palver — r sam wielki Palver — zawdzięczał rozmowie z młodym, nie mającym jeszcze trzydziestki, Kołem Benjoamem, który przyszedł podzielić się z nim uwagami na temat możliwych sposobów pokierowania Pierwszą Fundacją. Benjoam, który został później uznany za największego teoretyka od czasów Seldona, nigdy nie wspominał o tej rozmowie, ale w końcu został dwudziestym pierwszym Pierwszym Mówcą. Byli tacy, którzy wielkie sukcesy osiągnięte przez Drugą Fundację za rządów Palvera przypisywali raczej Benjoamowi niż Palverowi.

Shandess zastanawiał się, co też takiego może mu powiedzieć Gendibal. Zgodnie z tradycją, rokujący duże nadzieje młodzieńcy przedstawiali w czasie swego pierwszego spotkania z Pierwszym Mówcą swój wniosek już w pierwszym zdaniu. I na pewno nie zabiegali o to cenne pierwsze posłuchanie z błahych powodów, dla jakiegoś drobiazgu, który — gdyby został przez Pierwszego Mówcę poczytany za dowód ich niskiej sprawności intelektualnej — mógł zniszczyć ich całą przyszłą karierę.

Cztery godziny później Gendibal stanął naprzeciw niego. Nie zdradzał żadnych oznak zdenerwowania. Czekał spokojnie, aż przemówi Pierwszy Mówca.

— Prosiłeś o prywatną audiencję w sprawie wielkiej wagi — rzekł Shandess. — Czy mógłbyś mi krótko streścić o co chodzi?

— Pierwszy Mówco, Plan Seldona nie ma sensu! — powiedział Gendibal tak spokojnie, jakby opowiadał p tym, co właśnie jadł na obiad.


18.

<p>18.</p>

Stor Gendibal nie potrzebował uznania innych, aby znać swoją wartość. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości co do tego, że jest niezwykłym człowiekiem. Został zwerbowany do Drugiej Fundacji, kiedy miał zaledwie dziesięć lat, przez agenta, który w porę zauważył jego nieprzeciętne zdolności.

Dawał sobie świetnie radę z nauką, a psychohistoria pociągała go tak, jak pole grawitacyjne przyciąga statek. Pociągała go, a on nieuchronnie zmierzał ku niej, czytając prace Seldona poświęcone jej podstawom, podczas gdy jego rówieśnicy próbowali dopiero rozwiązywać równania różniczkowe.

Kiedy miał piętnaście lat, rozpoczął studia na Uniwersytecie Galaktycznym (tak brzmiała oficjalna nazwa uniwersytetu trantorskiego). W czasie rozmowy kwalifikacyjnej przed rozpoczęciem studiów na pytanie o to, jakie są jego plany, odpowiedział zdecydowanie: „Zostać Pierwszym Mówcą zanim dojdę do czterdziestki”.

Nie przejmował się tym, że nie ma odpowiednich kwalifikacji, żeby ubiegać się o taki urząd. To, że w taki czy inny sposób dojdzie do tej godności, było dla niego zupełnie oczywiste. Chodziło mu tylko o to, żeby uzyskać ją w młodym wieku. Nawet Preem Palver został Pierwszym Mówcą dopiero w czterdziestym drugim roku życia.

Twarz egzaminatora drgnęła, kiedy usłyszał odpowiedź Gendibala, ale bystry młodzieniec znał już nieco psychojęzyk i zorientował się, co znaczy to drgnienie. Wiedział już, że w jego aktach znajdzie się krótka uwaga, iż będzie nim trudno kierować. Był tego tak pewien, jakby egzaminator oświadczył mu to wprost.

No i bardzo dobrze.

Gendibal chciał, żeby było nim trudno kierować.

Teraz miał trzydzieści lat. Za dwa miesiące będzie miał trzydzieści jeden, a już był członkiem Stołu Mówców. Zostało mu najwyżej dziewięć lat, żeby zostać Pierwszym Mówcą i wiedział, że nim zostanie. To spotkanie z obecnym Pierwszym Mówcą miało przełomowe znaczenie, więc przygotowując się dokładnie do tego, by zrobić na nim odpowiednie wrażenie, nie starał się nawet dobierać bardziej eleganckich sformułowań psychojęzyka.

Kiedy dwóch Mówców z Drugiej Fundacji komunikuje się ze sobą, to ich język nie przypomina żadnego innego języka. Jest to w takim samym stopniu język ulotnych gestów jak słów, jest to raczej odczytywanie wzorów zmian fal mózgowych u rozmówców niż cokolwiek innego.

Obcy słyszałby z tej rozmowy niewiele lub zgoła nic, a tymczasem umysły pozostające ze sobą w bezpośrednim kontakcie wymieniałyby informacje, które w ich literalnej formie, mogłyby być przekazane tylko innemu Mówcy.

Język Mówców posiadał tę przewagę nad innymi, że umożliwiał bardzo szybkie przekazanie nieskończenie dokładnych, subtelnych i niewyrażalnych w inny sposób informacji, ale jednocześnie miał pewną istotną wadę. Otóż było prawie niemożliwe, posługując się nim, ukryć swój prawdziwy sąd o temacie rozmowy.

Gendibal dobrze wiedział, co sądzi o obecnym Pierwszym Mówcy. W jego odczuciu Pierwszy Mówca miał już za sobą szczytowy okres sprawności umysłowej. Pierwszy Mówca nie spodziewał się — w ocenie Gendibala — żadnego kryzysu, nie miał odpowiedniego przygotowania, żeby mu stawić czoła, gdyby się pojawił, ani koniecznej przenikliwości, żeby mu zaradzić. Przy całej swej dobrej woli i życzliwości Shandess wręcz prowokował katastrofę.

Gendibal musiał uważać, aby nic z tego, co naprawdę sądził o Pierwszym Mówcy, nie pojawiło się nie tylko w jego słowach czy gestach, ale nawet w myślach. Za dobrodusznością i życzliwością Pierwszego Mówcy, zupełnie zresztą nieskrywaną i raczej szczerą, Gendibal wyczuwał pewną protekcjonalność i rozbawienie, wzmocnił więc kontrolę wewnętrzną, aby nie ujawnić, że go to oburza, a przynajmniej nie dopuścić do tego, aby jego irytacja stała się zbyt wyraźna.

Pierwszy. Mówca uśmiechnął się i poprawił się w fotelu. Nie położył co prawda nóg na biurku, ale jego poza zawierała akurat tyle spokojnej pewności siebie a jednocześnie życzliwości, by utrzymać Gendibala w niepewności co do efektu, jaki wywarło na Pierwszym Mówcy jego oświadczenie.

Ponieważ Gendibal nie otrzymał zaproszenia, żeby usiąść, miał niewielki wybór gestów i póz dla ukrycia tej niepewności. Było niemożliwe, żeby Pierwszy Mówca nie wiedział o tym.

— A więc Plan Seldona nie ma sensu? — spytał Pierwszy Mówca. — To doprawdy nadzwyczajne stwierdzenie! Czy korzystałeś ostatnio z Pierwszego Radianta?

— Często korzystam z jego informacji, Pierwszy Mówco. To dla mnie zarówno obowiązek, jak i przyjemność.

— A czy przypadkiem nie korzystasz tylko z tych informacji, które dotyczą tego, czym się obecnie zajmujesz? Czy nie korzystasz z danych w mikroskali, studiując tu jakiś zespół równań, tam ciąg poprawek i uzupełnień? To jest oczywiście bardzo ważne, ale zawsze uważałem, że prześledzenie całego wyliczenia jest wspaniałym ćwiczeniem dla umysłu. Studiowanie po kawałku rozwiązań zawartych w Pierwszym Radiancie jest pożyteczne, owszem — ale prześledzenie całości rozumowania jest inspirujące. Prawdę mówiąc, Mówco, ja sam już od dawna tego nie robiłem. Może zrobilibyśmy to razem?

Gendibal nie śmiał zbyt długo zwlekać z odpowiedzią. Trzeba to było zrobić, i to w sposób lekki i przyjemny, albo można sobie to było w ogóle darować. — To byłby dla mnie prawdziwy zaszczyt i przyjemność, Pierwszy Mówco — odrzekł.

Pierwszy Mówca nacisnął dźwignię umieszczoną z boku biurka. Taka dźwignia znajdowała się w gabinecie każdego Mówcy i ta, która była w gabinecie Gendibala, nie była w niczym gorsza od dźwigni w biurku Pierwszego Mówcy. W sprawach czysto zewnętrznych, a więc nieistotnych, Druga Fundacja była społecznością ludzi absolutnie równych. Jedyną oficjalną prerogatywą Pierwszego Mówcy było to, na co wskazywał jego tytuł, że zawsze zabierał głos pierwszy.

Z naciśnięciem dźwigni pokój pogrążył się w ciemności, ale ciemność ta zaraz zmieniła się w perłową szarość. Obie dłuższe ściany pokoju przybrały lekko kremowy kolor, potem jeszcze bardziej pojaśniały i stały się zupełnie białe, aż w końcu pojawiły się na nich zgrabne rządki równań, ale tak małe, że z trudnością można je było odczytać.

— Jeśli nie masz nic przeciw temu — powiedział Pierwszy Mówca tonem, który wskazywał, że jest to czysta grzeczność, bo i tak żaden sprzeciw nie zostanie uwzględniony — to zmniejszę powiększenie, żebyśmy mogli objąć spojrzeniem jak najwięcej.

Rządki równań wyglądały teraz jak cienkie, o grubości zaledwie włosa, czarne linie, wijące się niczym meandry na białoperłowej powierzchni ścian.

Pierwszy Mówca położył rękę na klawiszach małego pulpitu wbudowanego w poręcz fotela. — Cofniemy się do początku, do czasów Hariego Seldona i nastawimy aparat na powolne przesuwanie. Nastawimy przesłonę tak, żeby widzieć na raz tylko jedną dekadę. Będziemy czuć bieg historii, nie rozpraszając uwagi na śledzenie szczegółów. Ciekaw jestem, czy robiłeś to już kiedy.

— W dokładnie taki sposób nigdy, Pierwszy Mówco.

— A powinieneś. To cudowne uczucie! Zauważ jak rzadkie są odgałęzienia tych linii na początku. W kilku pierwszych dziesięcioleciach istniało tylko bardzo niewielkie prawdopodobieństwo alternatywnych dróg biegu wydarzeń. Jednak w miarę upływu czasu linia główna rośnie wykładnikowo. Gdyby nie fakt, że jak tylko wypadki zaczynają toczyć się wzdłuż którejś z tych odnóg, to automatycznie przestają się liczyć i znikają inne możliwości, to zorientowanie się w tej plątaninie, a co dopiero rozsupłanie jej, byłoby absolutnie niemożliwe. Oczywiście, zajmując się przyszłością, musimy być ostrożni w usuwaniu tych linii, które — naszym zdaniem — przestają się liczyć.

— Wiem o tym, Pierwszy Mówco — w odpowiedzi Gendibala dał się wyczuć ślad zniecierpliwienia, którego nie potrafił ukryć.

Pierwszy Mówca nie zareagował na to. — Zwróć uwagę na te wijące się ciągi czerwonych symboli. Jest w nich jakaś prawidłowość. Sądząc z pozorów, ich rozmieszczenie powinno być przypadkowe, jako — że każdy Mówca zdobywa swą pozycję dzięki wprowadzeniu poprawki czy rozwinięciu jakiegoś punktu pierwotnego Planu Seldona. Mogłoby się wydawać, że nie ma sposobu, żeby przewidzieć, w którym miejscu znajdzie się taka poprawka albo co zainteresuje jakiegoś Mówcę czy co będzie odpowiadało jego szczególnym zamiłowaniem lub zdolnościom, a jednak już od dawna podejrzewam, że to dodawanie przez Mówców czerwonych usprawnień do czarnego oryginału Seldona odbywa się zgodnie z jakimś ścisłym prawem, które jest zależne od czasu i chyba od niczego więcej.

Gendibal patrzył jak mijają lata i jak czarne i czerwone symbole układają się w niemal hipnotyzujący wzór. Ten wzór sam w sobie oczywiście nic nie znaczył. To, co się liczyło, to były symbole, z których wzór ten był utworzony.

To tu, to tam pojawiał się jasnobłękitny sznurek równań, pęczniał, rozrastał się, wypuszczał odnogi, aby wreszcie skurczyć się, zapaść i rozpłynąć w morzu czerni i czerwieni.

— Błękit dewiacji — powiedział Pierwszy Mówca i uczucie niesmaku, rodzące się na widok tego błękitu w każdym z nich, zalegało między nimi.

— Pojawia się coraz częściej, aż w końcu dojdziemy do stulecia Dewiacji.

No i doszli. Można było dokładnie stwierdzić w którym momencie ów zadziwiający fenomen, Muł, rozpoczął swą niszczycielską, rozsadzającą Galaktykę działalność, gdyż obraz wypełniły nagle rozrastające się i rozpadające na liczne odnogi ciągi niebieskich symboli, a było ich tyle, że nie wszystkie mogły być doprowadzone do końca — aż w końcu cały pokój zdawał się pogrążony w błękitnej poświacie, tak gęstniejące rządki niebieskich równań zanieczyściły (było to jedyne odpowiednie słowo) go swym blaskiem.

W pewnym momencie zanieczyszczenie to osiągnęło szczyt, a potem błękit zaczął stopniowo zanikać, niebieskie linie stawały się coraz cieńsze, aż wreszcie — po dobrym stuleciu — rozpłynęły się bez śladu. Kiedy ostatecznie znikły i Plan powrócił do czerni i czerwieni, było jasne, że przyłożył do tego rękę Preem Palver.

Dalej, dalej…

— To czasy obecne — rzekł z widocznym zadowoleniem Pierwszy Mówca.

Dalej, dalej… i w końcu ukazał się prawdziwy węzeł ciasno splecionych czarnych rzędów znaków z czerwoną kropką pośrodku.

— To moment ustanowienia Drugiego Imperium — powiedział Pierwszy Mówca.

Wyłączył Pierwszy Radiant i pokój zalało normalne światło.

— Było to wielkie przeżycie — rzekł Gendibal.

— Tak — uśmiechnął się Pierwszy Mówca — i jesteś na tyle ostrożny, żeby nie nazwać tego przeżycia bardziej precyzyjnie, a przynajmniej żeby starać się nie móc go określić. Ale to nieważne. Pozwól, że teraz przedstawię swoje uwagi.

Otóż, po pierwsze, zauważ, że poczynając od czasów Preema Palvera, nic ma w Planie prawie zupełnie błękitu Dewiacji. Weź pod uwagę, że nie istnieje żadna licząca się możliwość wystąpienia dewiacji powyżej piątek klasy w najbliższych pięciuset latach. Zauważ też, że zaczęliśmy stosować najnowsze zdobycze psychohistorii do okresu po ustanowieniu Drugiego Imperium. Jak na pewno wiesz, Hari Seldon, który niewątpliwie był geniuszem, nie był jednak, bo nie mógł być, wszechwiedzącym. Udoskonaliliśmy jego naukę. Wiemy dziś o psychohistorii więcej niż on.

Seldon zakończył swoje obliczenia na Drugim Imperium, a my prowadzimy je dalej. Mogę tu powiedzieć bez niczyjej obrazy, że nowy plan, Hiperplan, który obejmuje okres już po ustanowieniu Drugiego Imperium, jest w dużej części moim dziełem i jemu właśnie zawdzięczam swoje obecne stanowisko.

Mówię ci o tym wszystkim po to, żeby zaoszczędzić ci zbytniego gadania. Jak w tej sytuacji możesz twierdzić, że Plan Seldona nie ma sensu? Plan jest bezbłędny. Już sam fakt, że przetrwał stulecie Dewiacji jest — przy całym szacunku dla geniusza Palvera — tego niezbitym dowodem. Gdzie jest ten błąd, młodzieńcze, który — twoim zdaniem — czyni cały Plan bezsensownym?

Gendibal stał sztywno wyprostowany. — Masz rację, Pierwszy Mówco. Plan Seldona nie ma słabych punktów.

— A więc wycofujesz swoje oskarżenie?

— Nie, Pierwszy Mówco. Właśnie brak błędów jest jego błędem. Ta bezbłędność jest katastrofalna.


19.

<p>19.</p>

Pierwszy Mówca patrzył na Gendibala ze spokojem. Nauczył się kontrolować swoje reakcje i bawiła go niezaradność Gendibala w tym względzie. Podczas każdej wymiany zdań młody człowiek starał się jak mógł ukryć swe emocje, ale za każdym razem ujawniał je w całej pełni.

Shandess przyglądał mu się chłodnym okiem. Gendibal był chudym mężczyzną, o wzroście nieco powyżej średniego, cienkich ustach i kościstych, niespokojnych rękach. Miał ciemne, poważne oczy, — w których zdawał się tlić ogień.

Pierwszy Mówca wiedział, że będzie ciężko wyperswadować mu jego poglądy.

— Lubisz paradoksy, Mówco.

— To brzmi jak paradoks, Pierwszy Mówco, bo wiele z tego, co jest zawarte w Planie Seldona, przyjmujemy za niepodważalny pewnik i za coś, czego nie sposób kwestionować.

— Co zatem kwestionujesz?

— Samą podstawę Planu. Wszyscy wiemy, że Plan przestanie działać, jeśli o jego istocie, a nawet tylko o istnieniu, dowie się zbyt wielu z tych, których zachowania ma przewidywać.

— Wydaje mi się, że Hari Seldon zdawał sobie z tego sprawę. Wydaje mi się nawet, że uczynił z tego jeden z dwóch podstawowych aksjomatów psychohistorii.

— Ale nie przewidział pojawienia się Muła, Pierwszy Mówco, a zatem nie mógł też przewidzieć do jakiego stopnia Druga Fundacja stanie się obsesją ludzi z Pierwszej Fundacji, kiedy Muł uświadomi im jej znaczenie.

— Hari Seldon… — zaczął Pierwszy Mówca, ale w tej chwili wzdrygnął się i zamilkł.

Wszyscy członkowie Drugiej Fundacji wiedzieli jak wyglądał Hari Seldon. Wszędzie pełno było jego dwu — i trójwymiarowych podobizn, fotografii i hologramów, rzeźb i płaskorzeźb, przedstawiających go w postawie siedzącej i stojącej. Wszystkie te podobizny przedstawiały go takim, jakim był w ostatnich latach swego życia, a więc jako starszego dobrodusznego pana, o mądrej, pokrytej zmarszczkami twarzy, która była niejako kwintesencją ludzkiego geniuszu.

Ale oto Pierwszy Mówca przypomniał sobie fotografię, która miała przedstawiać Seldona w latach młodości. Fotografia ta nie była znana ani uznawana, jako że samo zestawienie „młody Seldon” brzmiało niemal jak sprzeczność. Ale Shandess widział ją i teraz błysnęła mu nagle myśl, że Stor Gendibal przypomina do złudzenia młodego Seldona.

Bzdura! Było to przesądne uczucie, z rodzaju tych, które od czasu do czasu nawiedzają każdego, nawet stuprocentowych racjonalistów. Po prostu uległ złudzeniu. Gdyby miał przed sobą tę fotografię, to na pewno z miejsca by spostrzegł, że nie istnieje między Gendibalem a Seldonem żadne podobieństwo. Ale dlaczego ta głupia myśl przysźła mu do głowy akurat teraz?

Otrząsnął się. Było to chwilowe zaburzenie — przelotna utrata kontroli nad myślami, zbyt krótka, aby mógł ją spostrzec ktokolwiek poza Mówcą. Gendibal może to sobie interpretować, jak mu się podoba.

— Hari Seldon — powtórzył, tym razem stanowczo — bardzo dobrze wiedział, że istnieje nieskończona liczba możliwości, których nie może przewidzieć i właśnie dlatego powołał do istnienia Drugą Fundację. My też nie przewidzieliśmy pojawienia się Muła, ale poznaliśmy się na nim od razu, jak tylko wziął się za nas, i powstrzymaliśmy go. Nie przewidzieliśmy, że w następstwie działalności Muła Pierwsza Fundacja dostanie obsesji na naszym punkcie, ale zorientowaliśmy się w czym rzecz, kiedy się to zaczęło i położyliśmy temu kres. Czy możesz nam tu coś zarzucić?

— Po pierwsze — rzekł Gendibal — to obsesyjne zainteresowanie Pierwszej Fundacji nami bynajmniej nie wygasło.

Gendibal nie odnosił się już do Pierwszego Mówcy z taką pokorą, jak poprzednio. Dostrzegł w jego glosie ślad tego zaburzenia (tak ocenił to Shandess) i zinterpretował to sobie jako niepewność. Trzeba to było naprawić.

— Uprzedzę to, co chcesz powiedzieć — rzekł energicznie Pierwszy Mówca. — Znajdą się w Pierwszej Fundacji ludzie, którzy — porównując ogromne trudności, z jakimi musieli się mierzyć w czasie pierwszych czterech stuleci jej istnienia ze spokojną egzystencją, którą wiodą od dwunastu dziesiątków lat — dojdą do wniosku, że byłoby to niemożliwe, gdyby Druga Fundacja nie dbała o realizację Planu i — oczywiście — będą mieli rację. Pomyślą, że Druga Fundacja nie została jednak zniszczona i oczywiście będą mieli rację. Prawdę mówiąc, otrzymaliśmy doniesienia, że na stołecznym świecie Pierwszej Fundacji, na Terminusie, jest pewien młody człowiek, członek ich rządu, który jest całkowicie przekonany o tym… Zapomniałem, jak się nazywa…

— Golan Trevize — powiedział cicho Gendibal. — To ja pierwszy zwróciłem uwagę na te doniesienia i ja skierowałem tę sprawę do pana biura, Pierwszy Mówco.

— Ach tak? — rzekł Shandess z przesadną uprzejmością. — A jak to się stało, że skupiłeś na nim swoją uwagę?

— Jeden z naszych agentów na Terminusie przysłał nudny raport o nowo wybranych członkach ich Rady — zwykły formalny raport, jakie napływają stale i są lekceważone przez Mówców. Ten akurat zainteresował mnie z racji opisu jednego z.nowych radnych, Golana Trevize. Sądząc z tego opisu, jest to niezwykle pewny siebie i wojowniczy osobnik.

— Rozpoznałeś w nim pokrewną duszę, tak?

— Nic podobnego — odparł sztywno Gendibal. — Wydaje się, że jest lekkomyślny i lubi robić absurdalne rzeczy, a ten opis nie pasuje do mnie. W każdym razie przeprowadziłem dokładne badania. Szybko się zorientowałem, że byłby dla nas cennym nabytkiem, gdyby został zwerbowany w młodym wieku.

— Być może — powiedział Pierwszy Mówca — ale wiesz, że nie werbujemy na Terminusie.

— Wiem o tym dobrze. Tak czy inaczej, nawet bez naszego szkolenia ma niezwykłą intuicję. Oczywiście jest ona całkowicie niezorganizowana. Nie byłem więc szczególnie zaskoczony, że odkrył fakt dalszego istnienia Drugiej Fundacji. Uważałem, że jest to na tyle ważne, żeby skierować w rej sprawie notatkę do pana biura.

— Z twojego zachowania wnioskuję, że jest w tej sprawie coś nowego.

— Odkrywszy, dzięki swej wyjątkowej intuicji, fakt naszego istnienia, postąpił potem z tym odkryciem w charakterystyczny dla siebie, nierozsądny sposób i w rezultacie został skazany na wygnanie.

Pierwszy Mówca uniósł brwi. — Nagle przerwałeś. Chcesz, żebym docenił wagę tej sprawy i zinterpretował ją. Pozwól, że nie będę korzystał z komputera i dokonam w myśli przybliżonych obliczeń według równań Seldona. Zgaduję, że bystra burmistrz Terminusa, która może sama podejrzewać, że Druga Fundacja nadal istnieje, woli się pozbyć niezdyscypLionowanego osobnika, który mógłby wykrzyczeć swoje rewelacje na całą Galaktykę i tym samym ostrzec Drugą Fundację o grożącym jej niebezpieczeństwie. O ile dobrze zrozumiałem, Żelazna Branno zdecydowała, że Terminus będzie bezpieczniejszy bez Trevizego.

— Mogła go uwięzić albo zgładzić po cichu.

— Jak dobrze wiesz, nie można za bardzo polegać na równaniach w odniesieniu do pojedynczych osób. Stosują się one tylko do dużych skupisk ludzkich. Stąd zachowanie się poszczególnych jednostek jest nieprzewidywalne i można przypuścić, że burmistrz jest osobą, która uważa, że uwięzienie, nie mówiąc już o zabójstwie, jest okrucieństwem.

Gendibal przez chwilę nic nie mówił. Było to wymowne milczenie. Milczał tak długo, aby Pierwszy Mówca poczuł się niepewnie, ale nie na tyle długo, by wywołać jego gniew.

Obliczył, że wystarczy sekunda. Po jej upływie powiedział:

— Moja interpretacja jest inna. Uważam, że Trevize jest teraz ostrzem największego niebezpieczeństwa, jakie kiedykolwiek zawisło nad Drugą Fundacją, że jest dla nas nawet groźniejszy niż Muł.


20.

<p>20.</p>

Gendibal był zadowolony. Siła tego stwierdzenia podziałała. Pierwszy Mówca nic spodziewał się takiego obrotu sprawy i został wytrącony z równowagi. Od tej chwili inicjatywa należała do Gendibala. Jeśli nawet nie był tego zupełnie pewien, to następna wypowiedź Pierwszego Mówcy rozproszyła jego wątpliwości.

— Czy to ma jakiś związek z twoim twierdzeniem, że Plan Seldona nie ma sensu?

Gendibal zagrał ostro, udał całkowitą pewność siebie i przyjął mentorską pozę, starając się nie dopuścić do tego, żeby Pierwszy Mówca się pozbierał. Powiedział:

— Pierwszy Mówco, opinia, że to Preem Palver uratował Plan po strasznych zniekształceniach, do których doszło w wieku Dewiacji, i że skierował Galaktykę ponownie na właściwe tory, stała się dla nas swego rodzaju artykułem wiary. Jeśli przestudiuje pan dokładnie to, co podaje Pierwszy Radiant, to przekona się pan, że dewiacje zanikają dopiero dwadzieścia lat po śmierci Palvera i że potem doszło też do niejednego zniekształcenia. Ich usunięcie można oczywiście przypisać Pierwszym Mówcom, którzy nastąpili po Palverze, ale to nieprawdopodobne.

— Nieprawdopodobne? Z pewnością nikt z nas nie był nowym Palverem, ale dlaczego miałoby to być nieprawdopodobne?

— Jeśli pozwolisz, Pierwszy Mówco, to zaraz tego dowiodę. Posługując się matematyką psychohistorii, jestem w stanie niezbicie wykazać, że prawdopodobieństwo całkowitego usunięcia dewiacji było stanowczo zbyt małe, aby mogła tego w jakikolwiek sposób dokonać Druga Fundacja. Zajęłoby mi to pół godziny, ale jeśli nie masz czasu czy ochoty na uważne prześledzenie moich wywodów, to nie musisz mnie słuchać. Mogę zamiast tego zażądać zwołania walnego zgromadzenia Mówców i przedstawić to na tym zebraniu. Oznaczałoby to jednak stratę czasu i niepotrzebne spory.

— Tak, a dla mnie utratę twarzy. Przedstaw mi to teraz. Ale ostrzegam cię — Pierwszy Mówca czynił heroiczne wysiłki, aby dojść do siebie. — Jeśli to, co mi przedstawisz, okaże się bezwartościowe, nie zapomnę tego.

— Jeśli okaże się bezwartościowe — powiedział Gendibal z takim spokojem i godnością, że zrobiło to wrażenie na Pierwszym Mówcy — to z miejsca złożę rezygnację.

Zajęło to jednak znacznie więcej czasu niż pół godziny, gdyż Pierwszy Mówca kwestionował prawidłowość obliczeń z bliską furii zaciekłością.

Przeciągnęłoby się to jeszcze bardziej, gdyby nie wprawa, z jaką Gendibal korzystał z mikroradianta. Urządzenie to, dzięki któremu można było szybko odnaleźć i przedstawić holograficznie dowolną część niezmiernie obszernego Planu bez potrzeby korzystania z pustej ściany i aparatury wielkości biurka — weszło w użycie dopiero dekadę wcześniej i Pierwszy Mówca nigdy nie posiadł sztuki posługiwania się nim. Gendibal wiedział o tym, a Pierwszy Mówca zdawał sobie sprawę z tego, że Gendibal wie.

Gendibal zawiesił mikroradiant na kciuku prawej dłoni, a pozostałymi palcami naciskał odpowiednie guziki, jak gdyby grał na jakimś instrumencie. (Prawdę powiedziawszy, napisał nawet swego czasu niewielki artykuł na temat analogii między operowaniem mikroradiantem a grą na instrumencie klawiszowym.)

Równania, które Gendibal ukazywał (i odnajdywał z zadziwiającą łatwością), poruszały się niczym posłuszne jego rozkazom węże, to wysuwając się w przód, to cofając dla zilustrowania odpowiednich partii jego teorii. W miarę potrzeby pojawiały się to definicje, to aksjomaty, to znów wykresy, i to zarówno dwu — jak i trójwymiarowe (nie mówiąc już o wielowymiarowych zależnościach).

Komentarz Gendibala był jasny i przekonujący, więc Pierwszy Mówca dał za wygraną. Przyznał słuszność Gendibalowi i powiedział: . — Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział analizę tego rodzaju. Czyje to dzieło?

— Moje własne, Pierwszy Mówco. Opublikowałem podstawy matematyki, którą tu zastosowałem.

— To bardzo pomysłowe, Mówco Gendibalu. Coś takiego może ci zapewnić godność Pierwszego Mówcy, jeśli umrę… lub ustąpię ze stanowiska.

— Wcale o tym nie myślałem, Pierwszy Mówco… ale ponieważ nie sądzę, żebyś mi uwierzył, odwołuję to oświadczenie. A więc tak, myślałem o tym i mam nadzieję, że zostanę Pierwszym Mówcą, bo ten, kto obejmie po tobie to stanowisko, będzie musiał zrobić coś, co tylko ja wiem, jak zrobić.

— Tak — rzekł Pierwszy Mówca — fałszywa skromność może być bardzo niebezpieczna. Ale co będzie musiał zrobić? Być może obecny Pierwszy Mówca będzie w stanie tego dokonać. Chociaż jestem za stary, żeby wpaść na to, na co ty wpadłeś, to nie jestem taki stary, żeby nie potrafić zrobić tego, co mi wskażesz.

To, że Pierwszy Mówca zdawał się na niego, pochlebiło Gendibalowi, więc poczuł, raczej nieoczekiwanie, że serce mu mięknie, choć w tej samej chwili uświadomił sobie, że o to właśnie chodziło Pierwszemu Mówcy.

— Dziękuję ci. Pierwszy Mówco, bo będę bardzo potrzebował twojej pomocy. Nie sądzę, żebym zdołał przekonać zgromadzenie bez twego światłego przewodnictwa. (Pochlebstwo za pochlebstwo.) A więc przypuszczam, że moje wywody przekonały cię, iż było zupełnie niemożliwe, żeby nasze zabiegi zlikwidowały straszliwe skutki stulecia Dewiacji albo zapobiegły występowaniu zniekształceń po tym okresie.

— Jest to dla mnie oczywiste — odparł Pierwszy Mówca. — Jeśli w twojej matematyce nie ma błędu, to po to, by Plan został uratowany, co faktycznie się stało, i działał tak znakomicie, jak wydaje się działać, musielibyśmy być w stanie obliczyć i przewidzieć reakcje niewielkich grup ludzi, nawet jednostek, i to z dość znaczną pewnością.

— Dokładnie tak. A ponieważ matematyka, na której opiera się psychohistoria, nie pozwala na dokonanie takich obliczeń, dewiacje nie tylko by nie znikły, ale nawet powstałyby nowe. Rozumiesz teraz, Pierwszy Mówco, co miałem na myśli mówiąc, że błędem Planu Seldona jest właśnie jego bezbłędność.

— A zatem — powiedział Pierwszy Mówca — albo Plan Seldona zawiera od początku momenty prowadzące do jego zniekształceń i dewiacji, albo w twojej matematyce jest jakiś błąd. Ponieważ muszę przyznać, że Plan Seldona przez całe stulecie, a nawet dłużej, nie wykazywał żadnej tendencji do dewiacji, musi być jakiś błąd w twoich obliczeniach, z tym, że ja nie wykryłem w nich żadnych pomyłek ani fałszywych kroków.

— Źle czynisz, Pierwszy Mówco — rzekł Gendibal — wykluczając trzecią możliwość. Jest przecież możliwe, że Plan Seldona nie zawiera niczego, co prowadziłoby do dewiacji, a mimo to moje obliczenia wskazujące, że to jest niemożliwe, są też bezbłędne.

— Nie widzę trzeciej możliwości.

— Przypuśćmy, że Plan Seldona jest regulowany i uzupełniany za pomocą jakiejś metody psychohistorycznej, która jest tak rozwinięta, że pozwala przewidywać zachowania małych grup ludzi, a nawet być może poszczególnych jednostek, za pomocą metody, której my, Druga Fundacja, nie znamy. Wtedy i tylko wtedy moje obliczenia wykazywałyby, że Plan Seldona faktycznie nie ulega żadnym zniekształceniom!

Przez chwilę (według pojęć Drugiej Fundacji) Pierwszy Mówca nic nie mówił. Potem powiedział:

— Nie ma takiej, na tyle zaawansowanej metody, która byłaby znana mnie czy, sądząc z twego przedstawienia tej sprawy, tobie. Jeśli nie znamy jej ani ty, ani ja, to prawdopodobieństwo, że jakiś inny Mówca, czy grupa Mówców, stworzył taką mikropsycho — historię — jeśli można ją tak nazwać — i utrzymał to w tajemnicy przed resztą, jest nieskończenie małe. Chyba się ze mną zgodzisz?

— Zgadzam się.

— A więc albo wykonana przez ciebie analiza jest błędna, albo mikropsychohistoria jest narzędziem w rękach jakiejś grupy ludzi spoza Drugiej Fundacji.

— No właśnie, Pierwszy Mówco, ta druga możliwość musi być prawdziwa.

— Możesz udowodnić prawdziwość tego twierdzenia?

— W sposób formalny nie mogę, ale zastanów się… Czy nie było do tej pory nikogo, kto potrafił wpłynąć na Plan Seldona, zajmując się jednostkami?

— Przypuszczam, że masz na myśli Muła.

— Oczywiście.

— Muł potrafił tylko niszczyć. Problem polega na tym, że Plan Seldona działa zbyt dobrze, że jest o wiele bliższy perfekcji, niż dopuszczają to twoje obliczenia. Trzeba by tu jakiegoś anty — Muła, kogoś, kto potrafiłby, tak jak Muł, zmienić Plan, ale kto działałby z zupełnie innych pobudek, kto zmieniałby nie po to, żeby niszczyć, ale po to, żeby poprawiać.

— Właśnie, Pierwszy Mówco. Żałuję, że sam nie pomyślałem o takim sformułowaniu. Kim był Muł? Mutantem. Ale skąd pochodził? Skąd się wziął? Nikt tego nie wie. A może jest ich więcej?

— Z pewnością nie. Jedyne, co dobrze wiemy o nim, to to, że był bezpłodny. Stąd jego przydomek. A może uważasz, że to bajka?

— Nie miałem na myśli jego potomków. Czy Muł nie mógł być anormalnym członkiem jakiejś większej grupy ludzi o takich samych zdolnościach, którzy — dla jakichś ważnych dla nich powodów — nie tylko nie niszczą — Planu Seldona, ale nawet go chronią?

— A dlaczego, na Galaktykę, mieliby go chronić? — A dlaczego my go chronimy? Chcemy stworzyć Drugie Imperium, w którym my, a raczej nasi intelektualni potomkowie, będą decydentami. Jeśli jakaś inna grupa chroni Plan bardziej skutecznie niż my, to na pewno nie po to, żeby później zostawić nam decydowanie o losach Drugiego Imperium. To oni będą decydowali, ale jaki będą mieli w tym cel? Czy nie powinniśmy postarać się dowiedzieć do jakiego Drugiego Imperium nas prowadzą?

— A jak, twoim zdaniem, mamy się o tym dowiedzieć?

— Dlaczego burmistrz Terminusa skazała na wygnanie Golana Trevizego? Robiąc to, pozwoliła potencjalnie niebezpiecznej osobie poruszać się swobodnie po całej Galaktyce. Nie wierzę, że zrobiła to z powodów humanitarnych. Władcy Pierwszej Fundacji zawsze postępowali racjonalnie, to znaczy, nie dbając o zasady moralne. Jeden z ich bohaterów, Salvor Hardin, nawet zalecał, żeby postępować wbrew zasadom moralnym. Nie, myślę, że burmistrz Terminusa działała pod wpływem agentów tych anty — Mułów, używając twojego, Pierwszy Mówco, sformułowania. Myślę, że Trevize został przez nich zwerbowany i że jest on grotem niebezpieczeństwa, które zawisło nad nami. Śmiertelnego niebezpieczeństwa.

— Na Seldona, możesz mieć rację! — rzekł Pierwszy Mówca. — Ale jak przekonamy o tym walne zgromadzenie?

— Nie doceniasz swych możliwości, Pierwszy Mówco.


Rozdział VI

ZIEMIA

21.

22.

<p>Rozdział VI</p> <p>ZIEMIA</p>
<p>21.</p>

Trevize był zgrzany i zdenerwowany. Siedział z Peloratem w niewielkim pomieszczeniu służącym im za jadalnię. Właśnie skończyli jeść obiad.

— Jesteśmy w przestrzeni dopiero od dwóch dni, a już zdążyłem się przyzwyczaić — powiedział Pelorat. — Czuję się świetnie, chociaż brak mi świeżego powietrza, przyrody i tak dalej. To dziwne! Jakoś nigdy nie zauważałem tych rzeczy, kiedy miałem je wokół siebie. Niemniej jednak, dzięki mojemu dyskowi i temu twojemu wspaniałemu komputerowi, mam tu całą swoją bibliotekę, a w każdym razie to, co mi potrzebne. I w najmniejszym stopniu nie przejmuję się teraz tym, że jestem w przestrzeni. Zadziwiające!

Trevize mruknął coś wymijająco. Wzrok miał nieobecny. Najwyraźniej był czymś bardzo pochłonięty.

— Nie chcę się narzucać, Golan — rzekł cicho Pelorat — ale wydaje mi się, że nie słuchasz, co do ciebie mówię. Wiem, że nie jestem szczególnie ciekawą osobą — zawsze byłem trochę nudziarzem — ale zdaje się, że teraz nie o to chodzi. Martwisz się czymś… Marny kłopoty? Możesz mi śmiało powiedzieć. Nie sądzę, żebym mógł ci wiele pomóc, ale nie obawiaj się, drogi przyjacielu, nie wpadnę w panikę.

— Kłopoty? — Trevize zmarszczył czoło. Wyglądało na to, że przychodzi do siebie.

— Ze statkiem. To nowy model, więc myślę, że coś może być nie w porządku — Pelorat uśmiechnął się niepewnie.

Trevize energicznie pokręcił głową. — Co za idiota ze mnie, Janov, że tak długo trzymam, cię w niepewności! Ze statkiem wszystko jest w porządku. Wszystko świetnie działa. Chodzi o to, że zastanawiam się, gdzie tu może być schowany nadajnik nadprzestrzenny.

— Ach, tak, rozumiem… To znaczy, nie rozumiem. Co to takiego — nadajnik nadprzestrzenny?

— Hmm, zaraz ci to wyjaśnię, Janov. Jestem w kontakcie z Terminusem, a przynajmniej mogę się z nim w każdej chwili skontaktować, i tak samo Terminus ze mną. Znają położenie statku, bo można je obliczyć na podstawie obserwacji jego trajektorii. Zresztą, nawet gdyby go nie znali, to mogą nas w każdej chwili zlokalizować, przeszukując przestrzeń za pomocą detektora masy, który wykaże obecność statku, ewentualnie meteorytu w danym miejscu. Odkrywszy jakiś obiekt, mogę następnie ustalić jego wzór energetyczny, dzięki czemu można nie tylko odróżnić statek od meteoroidu, ale zidentyfikować każdy statek, jako że nie ma dwóch statków, które wykorzystywałyby energię dokładnie w ten sam sposób. Nasz wzór jest charakterystyczny tylko dla naszego statku i w pewnym sensie pozostaje zawsze taki sam, choćbyśmy włączali i wyłączali nie wiem jakie przyrządy i urządzenia. Oczywiście statek może być nieznany, ale jeśli jego wzór energetyczny został — tak jak wzór naszego statku — wprowadzony do rejestrów na Terminusie, to zostanie on zidentyfikowany jak tylko zostanie wykryty.

— Wydaje mi się, Golan, że rozwój cywilizacji zmierza w kierunku coraz większego ograniczania prawa jednostki do intymności — powiedział Pelorat.

— Być może masz rację. Jednak wcześniej czy później będziemy musieli wejść w nadprzestrzeń, bo inaczej przez resztę życia będziemy skazani na przebywanie w odległości parseka czy dwóch od Terminusa. W takim przypadku moglibyśmy sobie tylko pomarzyć o podróżach międzygwiezdnych. Natomiast przechodząc przez nadprzestrzeń, doświadczamy nieciągłości zwykłej przestrzeni. Przechodzimy stąd dotąd — co znaczy czasami setki parseków — w ułamku odczuwanego przez nas czasu. Odnajdujemy się nagle daleko od miejsca, w którym przed chwilą się znajdowaliśmy, a że można tak się poruszać w dowolnym kierunku, nie sposób przewidzieć, gdzie ponownie wynurzy się statek, więc praktycznie nie można go już śledzić.

— Rozumiem… Tak…

— Chyba że na pokładzie umieszczono nadajnik nadprzestrzenny. Nadajnik przesyła przez nadprzestrzeń sygnał, sygnał charakterystyczny dla danego statku, i w ten sposób władze na Terminusie wiedziałyby cały czas, gdzie się znajdujemy. Jak widzisz, potwierdza to twoje przypuszczenie. Jeśli jest tu gdzieś przekaźnik nadprzestrzenny, to nie ma w całej Galaktyce miejsca, gdzie moglibyśmy się skryć i żadna kombinacja skoków przez nadprzestrzeń nie pozwoli nam umknąć przed ich detektorami.

— Ale czy nie chcemy, żeby Fundacja nas ochraniała, Golan? — spytał cicho Pelorat.

— Owszem, Janov, ale tylko wtedy, gdy o to poprosimy. Powiedziałeś, że postęp cywilizacji oznacza coraz większe ograniczenie prawa jednostki do intymności… A ja nie chcę być aż taki postępowy. Chcę mieć swobodę poruszania się i nie chcę być śledzony, dopóki sam o to nie poproszę. Tak więc czułbym się lepiej, znacznie lepiej, gdyby na pokładzie naszego statku nie było nadajnika nadprzestrzennego.

— A znalazłeś go, Golan?

— Nie, nie znalazłem. Gdybym znalazł, to może udałoby mi się jakoś go wyłączyć.

— A zorientowałbyś się, że to właśnie nadajnik, gdybyś go zobaczył?

— To właśnie jedna z trudności. Może nie potrafiłbym go rozpoznać. Mam ogólne pojęcie o tym, jak wygląda nadajnik nadprzestrzenny i znam sposoby sprawdzania podejrzanych przedmiotów, ale to jest statek najnowszego typu, przeznaczony do specjalnych zadań. Zupełnie możliwe, że został wbudowany w konstrukcję statku, tak by nic nie zdradzało, że jest tutaj.

Z drugiej strony, może nie ma tu żadnego nadajnika nadprzestrzennego i dlatego nie udało mi się go znaleźć. Boję się przyjmować tę drugą ewentualność i nie myślę robić skoku dopóki nie będę wiedział na pewno, czy tu jest, czy nie.

Pelorat wyglądał, jakby doznał olśnienia. — To dlatego dryfujemy w przestrzeni! Zastanawiałem się, czemu dotąd nie skoczyliśmy. Słyszałem o skokach, rozumiesz, i trochę się denerwowałem, to znaczy… zastanawiałem się, dlaczego nie każesz mi zapiąć pasów albo wziąć jakąś pigułkę czy coś takiego.

Trevize zdobył się na uśmiech. — Nie masz się czego obawiać. Nie żyjemy w dawnych czasach. Na takim statku jak ten zostawia się to wszystko komputerowi. Dajesz instrukcje, a on już robi resztę. Nie zorientujesz się nawet, że coś się zdarzyło, tyle że nagle zmieni się obraz przestrzeni. Jeśli kiedy oglądałeś projekcję przeźroczy, to wiesz, co się dzieje, kiedy jedno przeźrocze zastąpi się nagle innym. No i właśnie mniej więcej takie wrażenie masz przy skoku.

— O rany! Nic się nie czuje? To dziwne. Jestem trochę rozczarowany.

— Ja w każdym razie nigdy nic nie czułem, a latałem na statkach, którym było daleko do tego… Ale nie tylko z powodu tego nadajnika zwlekam ze skokiem. Musimy się jeszcze trochę oddalić od Terminusa… i od słońca. Im dalej będziemy od jakiegokolwiek ciała o dużej masie, tym łatwiej będzie nam panować nad statkiem w czasie skoku i wynurzyć się w tym miejscu przestrzeni, w którym chcemy. W razie nagłej potrzeby można zaryzykować skok znajdując się w odległości dwustu kilometrów od powierzchni planety i liczyć na to, że się ma szczęście i że się wyjdzie z tego cało. Ponieważ w Galaktyce jest o wiele więcej bezpiecznej niż niebezpiecznej przestrzeni, można się tego spodziewać całkiem zasadnie. Jednak, mimo to, istnieje zawsze możliwość, że jakieś przypadkowe czynniki spowodują, że wynurzysz się o parę milionów kilometrów od jakiejś dużej gwiazdy w centrum Galaktyki i spłoniesz, zanim zdążysz mrugnąć okiem. Im dalej jest się od ciała o dużej masie, tym mniej tych czynników i tym mniejsze szansę, że wydarzy się coś niemiłego…

— Wobec tego zalecam rozwagę. Nic nas nie zmusza do takiego pośpiechu.

— Właśnie. Tym bardziej, że chciałbym znaleźć ten nadajnik nadprzestrzenny, zanim wykonam jakiś ruch. Albo coś, co przekona mnie, że nie ma tu żadnego przekaźnika.

Wyglądało na to, że Trevize ma zamiar znowu pogrążyć się w swych rozmyślaniach, więc Pelorat powiedział, podnosząc nieco głos, aby przebić się przez barierę zaabsorbowania, którą jego towarzysz odgradzał się od świata.

— Ile jeszcze musimy czekać?

— Co?

— Pytam o to, kiedy wykonałbyś skok, gdybyś nie musiał szukać tego nadajnika.

— Przy naszej obecnej szybkości i trajektorii lotu powiedziałbym, że czwartego dnia podróży. Obliczę odpowiedni moment na komputerze.

— No to masz jeszcze dwa dni na poszukiwania. Czy mogę ci podsunąć pewien pomysł?

— Mów.

— Podczas mojej pracy, oczywiście zupełnie innej niż twoja, ale chyba możemy to uogólnić, przekonywałem się wielokrotnie, że bezwzględne koncentrowanie się na jakimś jednym problemie kończy się z reguły niepowodzeniem. Lepiej jest odprężyć się i porozmawiać o czymś zupełnie innym, a tymczasem umysł uwolniony spod presji skoncentrowanej myśli i pracujący bez udziału twojej świadomości może sam znaleźć rozwiązanie.

Trevize spojrzał na niego z irytacją, ale po chwili roześmiał się.

— No cóż, mogę spróbować… Powiedz mi, co spowodowało, że zainteresowałeś się Ziemią? Skąd wziął się ten dziwny pomysł, że jest jakaś jedna planeta, z której wywodzimy się my wszyscy?

— Hmm — Pelorat w zamyśleniu pokiwał głową. — To się zaczęło kawałek czasu temu. Ponad trzydzieści lat temu. Miałem zamiar zostać biologiem, kiedy poszedłem na uniwersytet. Szczególnie interesowały mnie różnice między gatunkami zwierząt na różnych planetach. Różnice te, jak wiesz… no, możesz o tym nie wiedzieć, więc chyba nie masz nic przeciw temu, że ci o tym powiem — są bardzo niewielkie. Wszystkie formy życia w Galaktyce, przynajmniej wszystkie znane nam, powstają i rozwijają się w wyniku procesów chemicznych, w których główną rolę grają woda, białko i kwas nukleinowy.

— Chodziłem do szkoły wojskowej, gdzie największy nacisk kładziono na grawitykę i nukleonikę, ale nie jestem aż tak wąskim specjalistą, żebym nie miał pojęcia o niczym oprócz swojej dziedziny. Wiem trochę o chemicznych podstawach życia. Uczono, mnie, że tylko woda, białko i kwasy nukleinowe mogą być podstawą powstania życia.

— Taki wniosek jest, myślę, nieuzasadniony. Bezpieczniej jest powiedzieć, że nie znaleziono jeszcze — a w każdym razie nie rozpoznano — żadnej innej formy życia, i na tym poprzestać. Bardziej zastanawiające jest to, że gatunki endemiczne, to znaczy gatunki, których obecność stwierdzono tylko na jednej planecie i nigdzie indziej, są bardzo nieliczne. Większość istniejących gatunków, w tym w szczególności homo sapiens, rozprzestrzeniła się na wszystkie lub prawie wszystkie, zamieszkałe światy w Galaktyce i jest bardzo zbliżona do siebie pod względem biochemicznym, fizjologicznym i morfologicznym. Gatunki endemiczne, z drugiej strony, bardzo się różnią cechami od form szeroko rozprzestrzenionych i między sobą nawzajem.

— No i co z tego?

— Wniosek z tego taki, że jeden świat w Galaktyce, tylko jeden świat, różni się od reszty. Na dziesiątkach milionów światów Galaktyki — nikt dokładnie nie wie ilu — powstało życie. Były to proste, słabo rozwinięte, rzadko rozsiane i niezbyt skomplikowane formy życia. Nie miały dużej siły przetrwania i niełatwo się rozprzestrzeniały. Ale na jednym świecie, tylko na jednym świecie, rozwinęło się życie w milionach form. Powstały miliony gatunków, niektóre bardzo wyspecjalizowane, wysoko rozwinięte, zdolne do szybkiego rozmnażania się i rozprzestrzeniania. Jednym z tych gatunków jesteśmy my. Byliśmy na tyle inteligentni, żeby stworzyć cywilizację, opanować loty w nadprzestrzeń, skolonizować Galaktykę i — rozprzestrzeniając się na całą Galaktykę — zabraliśmy ze sobą inne formy życia, formy spokrewnione ze sobą nawzajem i z nami.

— Jeśli zastanowić się nad tym chwilę — rzekł Trevize obojętnie — to wydaje się to rozsądne. Chodzi mi o to, że żyjemy w ludzkiej Galaktyce. Jeśli założymy, że to wszystko zaczęło się na jakimś jednym świecie, to ten świat musiałby być inny. A zresztą dlaczego nie? Szansę na powstanie życia w taki kapryśny sposób muszą być faktycznie nikłe, może jedna na sto milionów, a więc możliwe jest, że zdarzyło się to tylko na jednym ze stu milionów światów, na których istniało życie w pierwotnej formie. Tak, musiał być tylko jeden taki świat.

— Ale co spowodowało, że ten jeden świat tak bardzo różnił się od innych? — powiedział z ożywieniem Pelorat. — Jakie to warunki złożyły się na jego unikalność?

— Może był to czysty przypadek. W końcu istoty ludzkie i te formy życia, które zabrały one ze sobą, egzystują teraz na dziesiątkach milionów planet, z których każda ma odpowiednie warunki do tego. Wniosek stąd taki, że mogło się to zacząć na każdej z nich.

— Nie! Kiedy już powstał i rozwinął się rodzaj ludzki, kiedy stworzył technikę, kiedy zahartował się w ciężkiej walce o przetrwanie, to mógł przystosować się do życia na każdej planecie, która choćby w minimalnym stopniu nadawała się do tego — na przykład na Terminusie. Ale czy możesz sobie wyobrazić, żeby na Terminusie rozwinęły się istoty inteligentne? Kiedy, w czasach Encyklopedystów, pojawili się na Terminusie pierwsi ludzie, to najwyższą formą życia roślinnego, którą tam zastali, były mchopodobne porosty naskalne, a najwyżej zorganizowanymi przedstawicielami fauny podobne do korali zwierzęta żyjące w oceanie i owadopodobne organizmy na lądzie. Wytępiliśmy je niemal doszczętnie i zapełniliśmy morza rybami, a lądy królikami, kozami, trawą, zbożem, drzewami i tak dalej. Z miejscowej flory i fauny uchowało się tylko to, co jest w ogrodach zoologicznych i akwariach.

— Hmm — mruknął Trevize.

Pelorat przyglądał mu się dobrą minutę, a potem westchnął i powiedział:

— Tak po prawdzie, to nic cię to nie obchodzi, co? To nadzwyczajne! Jakoś nie mogę znaleźć nikogo, kogo by to obchodziło. Myślę, że to moja wina. Nie potrafię przedstawić tego w interesujący sposób, mimo że sam tak bardzo się tym interesuję.

— To przecież jest interesujące. Na pewno. Ale… ale… co z tego?

— Czy nie rozumiesz, że to może być interesujące doświadczenie naukowe — móc zbadać świat, na którym istniała jedyna w Galaktyce trwała równowaga ekologiczna między endemicznymi formami życia?

— Dla biologa może tak. Ale ja nie jestem biologiem. Musisz mi wybaczyć.

— Oczywiście, drogi przyjacielu. Chodzi właśnie o to, że nigdy nie spotkałem biologa, którego by to interesowało. Mówiłem ci, że wybrałem najpierw biologię. Zwróciłem się z tym problemem do swojego profesora i okazało się, że go to nie interesuje. Powiedział mi, żebym zajął się jakimś praktycznym zagadnieniem. To mnie tak rozczarowało, że przeszedłem na historię, która zresztą była moim hobby od dzieciństwa, i zająłem się Problemem Pochodzenia od tej strony.

— No, ale przynajmniej zapewniło ci to pracę na całe życie, więc powinieneś być wdzięczny temu profesorowi za to, że okazał się taki nieoświecony.

— Tak, myślę, że można na to tak spojrzeć. A przy tym praca ta jest naprawdę interesująca i nigdy mnie nie nuży… Ale szkoda, że ciebie to nie interesuje. Mam stale uczucie, że mówię sam do siebie. Nie cierpię tego uczucia.

Trevize odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się serdecznie.

Pelorat poczuł się dotknięty do żywego. — Dlaczego się ze mnie śmiejesz? — spytał.

— Nie z ciebie, Janov — odparł Trevize. — Śmiałem się ze swojej własnej głupoty. Jeśli chodzi o ciebie, to jestem ci bardzo wdzięczny. Wiesz, miałeś faktycznie rację.

— Że zająłem się sprawą początków ludzkości?

— Nie, nie… To znaczy, to też, owszem… Ale mówiąc, że miałeś faktycznie rację, miałem na myśli twoją radę, żeby przestać myśleć o tym, co mnie zaprząta i zająć umysł czymś innym. To podziałało. Kiedy mówiłeś o sposobie, w jaki rozwijało się życie, uświadomiłem sobie nagle, że wiem jak znaleźć ten nadajnik nadprzestrzenny — jeśli w ogóle jest tu zamontowany.

— Ach, o to chodzi!

— Tak, o to. To jest w tej chwili moją obsesją. Szukałem tego nadajnika zupełnie tak, jakbym był na mojej starej szkolnej łajbie. Oglądałem dokładnie każdą część statku, szukając czegoś, co by odstawało od reszty. Zupełnie zapomniałem, że statek, na którym jestem, to owoc tysięcy lat ewolucji technologicznej. Nie rozumiesz?

— Niestety, Golan.

— Mamy przecież na pokładzie komputer. Jak mogłem o tym zapomnieć?

Machnął ręką i poszedł do swojej kabiny, ciągnąc Pelorata za sobą.

— Muszę tylko spróbować się połączyć — powiedział umieszczając dłonie na płycie kontaktowej komputera.

„Połącz! Mów!” Było to zupełnie tak, jak gdyby zakończenia jego nerwów rozgałęziały się i wydłużały, rosnąc z oszałamiającą prędkością — z prędkością światła, oczywiście — i sięgając miejsca, z którym chciał uzyskać połączenie.

Trevize czuł, że dotyka… nie, nie dotyka, ale czuje… nie, niezupełnie czuje, ale — nie, nie istniało odpowiednie słowo na określenie tego, co odczuwał.

Czuł, że Terminus jest w jego zasięgu i mimo że odległość między nim a planetą zwiększała się z każdą sekundą o dwadzieścia kilometrów, połączenie było tak doskonałe, jakby statek spoczywał w bezruchu i dzieliło go od jego świata nie więcej niż kilka metrów.

Nic nie mówił. Zacisnął szczęki. Sprawdzał tylko zasadę komunikowania się, ale nie korzystał z niej czynnie.

Tam gdzieś, w odległości ośmiu parseków, „na podwórku” — według kryteriów galaktycznych, znajdował się Anakreon, najbliższa duża planeta. Wysłanie na Anakreona wiadomości za pomocą tego samego systemu, który umożliwił mu połączenie z Terminusem, to znaczy z prędkością światła, i otrzymanie odpowiedzi na tę wiadomość, zajęłoby pięćdziesiąt dwa lata.

„Złap Anakreon! Myśl o Anakreonie”. Myśl tak wyraźnie, jak potrafisz. Znasz jego położenie względem Terminusa i jądra Galaktyki, studiowałeś jego planetografię i historię, rozwiązywałeś zagadnienia natury wojskowej związane z potrzebą odbicia Anakreona (w nieprawdopodobnym w obecnych czasach przypadku, to znaczy, gdyby został zajęty przez nieprzyjaciela). Na przestrzeń! Był na Anakreonie.

Przedstaw jego obraz! Przedstaw jego obraz! Tak, jakbyś widział go za pomocą nadajnika nadprzestrzennego.

Nic! Zakończenia jego nerwów zadrgały i spoczęły w nieokreślonej przestrzeni.

Trevize oderwał się od pulpitu. — Na pokładzie „Odległej Gwiazdy” nie ma żadnego nadajnika, Janov. Jestem tego pewien. Ciekaw jestem, ile czasu zajęłoby mi ustalenie tego, gdybym nie posłuchał twojej rady.

Twarz Pelorata, mimo że nie drgnął w niej żaden mięsień, wyraźnie pojaśniała. — Tak się cieszę, że mogłem być w czymś pomocny — powiedział. — Czy to znaczy, że skaczemy?

— Nie, poczekamy jeszcze dwa dni, żeby nic nam nie groziło. Musimy oddalić się od ciężkich ciał, pamiętasz? Normalnie, biorąc pod uwagę fakt, że mam nowy, niewypróbowany jeszcze statek, którego prawie zupełnie nie znam, musiałbym stracić dwa dni, żeby dokładnie wszystko obliczyć, w szczególności odpowiednią siłę ciągu potrzebną do wykonania pierwszego skoku, ale czuję, że to wszystko zrobi za mnie komputer.

— O rany, to znaczy, że mamy przed sobą jeszcze kawał czasu. Wydaje mi się, że się porządnie wynudzimy.

— Wynudzimy? — uśmiechnął się szeroko Trevize. — Na pewno nie! Będziemy rozmawiali o Ziemi, Janov.

— Naprawdę? — spytał Pelorat. — Chcesz sprawić przyjemność staremu maniakowi? To miło z twojej strony. Naprawdę miło.

— Bzdura! Chcę sprawić przyjemność sobie. Ja — nov, masz przed sobą neofitę. Po tym, co mi powiedziałeś, uświadomiłem sobie, że Ziemia jest najważniejszym i najbardziej interesującym obiektem w całym wszechświecie.

<p>22.</p>

Musiało to na pewno uderzyć Trevizego już w chwili, kiedy Pelorat przedstawił swoją wizję Ziemi. Nie zareagował od razu tylko dlatego, że jego umysł pochłonięty był sprawą nadajnika nadprzestrzenne — go. Jak tylko problem nadajnika przestał istnieć, myśli Trevizego skupiły się na tym, co mimo woli zasugerował Pelorat.

Chyba najbardziej znaną wypowiedzią Hariego Seldona była jego uwaga dotycząca Drugiej Fundacji, a mówiąca o tym, że znajduje się ona „na przeciwnym końcu Galaktyki” niż Terminus. Seldon nawet wymienił nazwę tego miejsca. Miało ono znajdować się „na Krańcu Gwiazdy”.

Zostało to zapisane przez Gaala Dornicka w jego relacji z dnia poprzedzającego proces Seldona przed sądem Imperium. „Drugi koniec Galaktyki” — tak brzmiały słowa, które Seldon skierował do Dornicka, słowa, nad znaczeniem których łamano sobie od tamtej pory głowy.

Co łączyło jeden koniec Galaktyki z tym „drugim końcem”? Czy była to linia prosta czy spirala, czy koło, czy jeszcze coś innego?

I oto teraz stało się nagle jasne dla Trevizego, zupełnie jakby doznał olśnienia, że nie była to ani linia prosta, ani krzywa, którą trzeba by, czy można by, wytyczyć na mapie Galaktyki. Określenie Seldona było o wiele bardziej subtelne.

Było całkowicie jasne, że na jednym końcu Galaktyki znajdował się Terminus. Leżał on na samym skraju Galaktyki — tak, na skraju ich Fundacji — co nadawało słowu „koniec” dosłowne znaczenie. Był on jednak w czasie kiedy Seldon wypowiadał swe słowa również najmłodszym światem Galaktyki, światem, który dopiero miał być zasiedlony, światem, który właściwie jeszcze nie istniał.

Co, w tym świetle, mogło być drugim końcem Galaktyki? Drugim skrajem Fundacji? Chyba tylko najstarszy świat. I zgodnie z argumentacją, którą przedstawił Pelorat, nie wiedząc w ogóle, że ją przedstawia, mogła to być tylko Ziemia. Druga Fundacja mogła znajdować się na Ziemi.

Ale Seldon powiedział przecież, że drugi koniec Galaktyki był na krańcu gwiazdy. Czy jednak można było stwierdzić, że nie było to określenie metaforyczne? Jeśli prześledzić wstecz historię ludzkości, tak jak to zrobił Pelorat, i przeprowadzić linię prowadzącą od jednego systemu planetarnego do drugiego, od jednej gwiazdy, która świeciła na zamieszkanej planecie do drugiej, z której mogli przybyć na tę pierwszą emigranci, od tej z kolei do innej, która była słońcem systemu planetarnego zasiedlonego jeszcze wcześniej, stamtąd do jeszcze innej i tak dalej, to w końcu musi się dojść do miejsca, gdzie zbiegają się te wszystkie linie, do planety, na której powstała ludzkość. „Krańcem Gwiazdy” była gwiazda, która była słońcem Ziemi.

Trevize uśmiechnął się i rzekł niemal czule:

— Janov, powiedz mi coś więcej o Ziemi.

Pelorat potrząsnął głową.

— Powiedziałem ci wszystko, co wiem. Naprawdę. Więcej znajdziemy na Trantorze.

— Nie, Janov. Nic tam nie znajdziemy. A dlaczego? Dlatego, że nie lecimy na Trantor. Ja kieruję tym statkiem i zapewniam cię, że tam nie lecimy.

Pelorat otworzył usta ze zdziwienia. Przez chwilę starał się złapać oddech i wreszcie powiedział zrozpaczonym głosem:

— Och, drogi przyjacielu!

— Daj spokój, Janov! — odparł Trevize. — Nie rób takiej miny. Znajdziemy Ziemię.

— Ale tylko na Trantorze można…

— Nie, nie można. Trantor jest miejscem, gdzie możesz tylko studiować pokryte kurzem dokumenty i kruche filmy i w końcu stać się tak samo zakurzony i kruchy jak one.

— Przez dziesiątki lat marzyłem…

— Marzyłeś o znalezieniu Ziemi.

— Ale to tylko…

Trevize wstał, pochylił się nad Peloratem, schwycił fałdę jego tuniki i powiedział:

— Nie powtarzaj tego, profesorze. Nie powtarzaj już tego. Kiedy powiedziałeś mi, zanim w ogóle jeszcze wsiedliśmy na ten statek, że mamy szukać Ziemi, to dodałeś, że jesteś pewien, że ją znajdziemy, bo — cytuję twoje własne słowa — „masz wspaniały pomysł”. Teraz nie chcę już słyszeć ani słowa o Trantorze. Chcę, żebyś opowiedział mi o tym wspaniałym pomyśle.

— Ale to musi najpierw zostać potwierdzone! Na razie to tylko pomysł, nadzieja, pewna możliwość.

— Dobrze. Powiedz mi o tym.

— Nie rozumiesz mnie. Po prostu nie rozumiesz. To jest dziedzina, w której nikt poza mną nie przeprowadzał żadnych badań. Nie ma tu nic pewnego. Nic nie jest stwierdzone czy rzetelnie udokumentowane. Mówi się o Ziemi tak, jakby jej istnienie było faktem, ale również tak, jakby było mitem. Są na ten temat miliony sprzecznych opowieści…

— No dobrze, to na czym wobec tego polegają twoje badania?

— Jestem zmuszony zbierać wszelkie podania, wszelkie legendy, mgliste mity, okruchy rzekomej historii. Nawet dzieła literackie. Słowem, wszystkie teksty, które zawierają słowo Ziemia czy wyrażenie „planeta, z której pochodzi ludzkość”. Od ponad trzydziestu lat zbieram wszystko, co można znaleźć na ten temat na jakimkolwiek świecie. Gdybym teraz mógł zdobyć jakieś bardziej wiarygodne informacje w Bibliotece Galaktycznej na… Ale nie chcesz, żebym nawet wymawiał tę nazwę.

— Tak… Nie wymawiaj jej. Powiedz mi lepiej, że jedna z tych wzmianek zwróciła twoją uwagę i wyjaśnij, dlaczego uważasz, że ta jedna jedyna może być prawdziwa.

Pelorat potrząsnął głową. — Wybacz mi, Golan, to co powiem, ale mówisz jak polityk albo żołnierz. Historyk nie postępuje w taki sposób.

Trevize wziął głęboki oddech, żeby opanować zniecierpliwienie.

— W porządku, Janov. Powiedz mi, jak postępuje historyk. Mamy dwa dni. Oświeć mnie.

— Nie można opierać się na jakimś jednym micie czy nawet na jednej grupie mitów. Musiałem zebrać je wszystkie, przeanalizować, poklasyfikować, zastąpić odpowiednimi symbolami różne aspekty przedstawionych w nich sytuacji, takie, na przykład, jak opowieści o nieprawdopodobnych warunkach pogodowych, szczegóły astronomiczne systemów planetarnych będące w sprzeczności ze stanem faktycznym, miejsce pochodzenia mitycznych herosów, których przekazy określają jako przybyłych z innych planet i setki innych rzeczy. Nie ma sensu przedstawiać tu pełnej listy. Nie starczyłoby nawet dwóch dni. Poświęciłem na to ponad trzydzieści lat, mówię ci.

Potem opracowałem dla komputera specjalny program, który miał mi umożliwić znalezienie elementów wspólnych dla wszystkich tych mitów, legend i tak dalej i wyeliminowanie faktycznych niedorzeczności i nieprawdopodobieństw. W ten sposób stopniowo uzyskałem model planety, któremu musiała odpowiadać Ziemia. W końcu, jeśli wszystkie istoty ludzkie pochodzą z jednej planety, to ta planeta musi posiadać cechę, o której mówią wszystkie mity o pochodzeniu, wszystkie opowieści o herosach… Chcesz, żebym ci to przedstawił ze wszystkimi szczegółami matematycznymi?

— Nie w tej chwili, dziękuję — powiedział Trevize. — A skąd wiesz, że te twoje obliczenia nie wywiodą cię w pole? Wiemy na pewno, że Terminus został założony pięćset lat temu i że pierwsi osadnicy przybyli tu co prawda z Trantora, ale zostali zebrani z dziesiątków, jeśli nie setek, innych światów. Gdyby jednak ktoś nie wiedział o tym, to mógłby przypuszczać, że Hari Seldon i Salvor Hardin, z których żaden nie urodził się na Terminusie, przybyli tam z Ziemi i że Trantor był w rzeczywistości inną nazwą

Ziemi. A sam Trantor, gdyby szukano go, opierając się na jego opisie z czasów Seldona, przedstawiającym go jako świat pokryty w całości metalem, nigdy nie zostałby znaleziony i mógłby też być poczytany za mit. Pelorat wyglądał na zadowolonego.

— Cofam to, co powiedziałem wcześniej, porównując cię do polityka i żołnierza, drogi przyjacielu. Masz zdumiewającą intuicję. Oczywiście, musiałem sprawdzić swoje hipotezy. Wymyśliłem dobrą setkę opowieści opartych na rzeczywistych wydarzeniach historycznych, ale zniekształcających je i imitujących ten rodzaj mitów, które zbierałem. Potem spróbowałem włączyć je do modelu stworzonego przez komputer. Jedna z wymyślonych przeze mnie historyjek była nawet oparta na zdarzeniach z wczesnych dziejów Terminusa. I komputer odrzucił je wszystkie. Co do jednej. Z pewnością, może to znaczyć tylko tyle, że brak mi talentu, żeby stworzyć coś przekonującego, ale starałem się, jak mogłem.

— Jestem o tym przekonany, Janov. A czego dowiedziałeś się z tego modelu o Ziemi?

— Sporo rzeczy o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Otrzymałem coś w rodzaju zarysu. Na przykład, około 90 procent zamieszkanych planet w Galaktyce ma okresy obrotu wynoszące od dwudziestu dwóch do dwudziestu sześciu Standardowych Godzin Galaktycznych. No więc…

— Mam nadzieję, Janov, że nie traciłeś czasu na zajmowanie się tą sprawą. Nie ma w niej nic tajemniczego. Żeby planeta nadawała się do zamieszkania, nie może obracać się zbyt szybko, bo w takim przypadku cyrkulacja powietrza powoduje ustawiczne burze, ani zbyt wolno, gdyż wówczas różnice temperatury są nie do zniesienia. To jest właściwość, która z miejsca eliminuje takie planety z grupy nadających się do zasiedlenia. Istoty ludzkie wolą planety, których właściwości zapewniają im odpowiednie warunki do życia, toteż kiedy niektórzy, widząc jak wszystkie zamieszkane planety są do siebie podobne pod względem tych właściwości, powiadają „Co za zadziwiający zbieg okoliczności!”, to nie jest to nie tylko zadziwiające, ale nawet nie ma w tym żadnego zbiegu okoliczności.

— Prawdę mówiąc — powiedział spokojnie Pelorat — jest to zjawisko dobrze znane naukom społecznym. Przypuszczam, że fizyce też, ale nie jestem fizykiem, więc nie twierdzę, że jest tak na pewno. W każdym razie określa się to mianem zasady antropomorfizacji. Obserwator wpływa na zdarzenia, które obserwuje przez sam fakt obserwowania ich czy nawet przez samą swoją obecność przy tych zdarzeniach. Ale, wracając do tematu, powstaje pytanie, gdzie jest ta planeta, która posłużyła jako model? Która planeta ma okres obrotu równy jednemu Standardowemu Dniowi Galaktycznemu składającemu się z dwudziestu czterech Standardowych Godzin Galaktycznych?

Trevize zamyślił się. Wysunął dolną wargę i powiedział: — Myślisz, że to mogła być Ziemia? Przecież Standardowy Dzień Galaktyczny może się opierać na cechach szczególnych dowolnego świata.

— To niemożliwe. Byłoby to sprzeczne z naszymi ludzkimi nawykami myślenia. Trantor był przez dwanaście tysięcy lat stolicą Galaktyki, był przez dwanaście tysięcy lat najludniejszym światem, a mimo tego czas jego obrotu, który równa się 1,08 Standardowego Dnia Galaktycznego, nie stał się miarą czasu używaną w całej Galaktyce. Obrót Terminusa wynosi 0,91 SDG, ale nie narzucamy go planetom, nad którymi sprawujemy władzę. Każda planeta używa w swych wewnętrznych obliczeniach miar czasu opartych na Lokalnym Dniu Planetarnym, a w sprawach wagi międzyplanetarnej posługuje się jednostkami SDG, przeliczając za pomocą komputerów SDG na LDP i odwrotnie. Standardowy Dzień Galaktyczny musi wywodzić się z Ziemi!

— Dlaczego „musi”?

— Po pierwsze, skoro Ziemia była kiedyś jedynym zamieszkanym światem, to z natury rzeczy ziemski rok i dzień były standardowymi miarami czasu i — prawdopodobnie na zasadzie inercji — pozostały nimi, kiedy już skolonizowano inne planety. Poza tym, model Ziemi, który na podstawie posiadanych przeze mnie informacji stworzył komputer, przedstawiał planetę, której obrót wokół własnej osi trwał dokładnie dwadzieścia cztery Standardowe Godziny Galaktyczne, a obrót wokół jej słońca dokładnie jeden Standardowy Rok Galaktyczny.

— Może to zwykły zbieg okoliczności? Pelorat roześmiał się. — Teraz znowu ty zaczynasz opowiadać o zbiegach okoliczności. Założyłbyś się, że taka rzecz mogła się zdarzyć przez zbieg okoliczności?

— No, no… — mruknął Trevize.

— Właściwie jest jeszcze coś, co przemawia za tą tezą. Jest taka archaiczna miara czasu, która nazywa się miesiącem…

— Słyszałem o niej.

— Otóż odpowiada ona najwyraźniej okresowi obiegu Ziemi przez jej satelitę. Jednakże…

— Tak?

— Widzisz, mój model wykazuje jedną raczej zaskakującą cechę, mianowicie ten satelita, o którym przed chwilą mówiłem, jest potężny — jego średnica mierzy ponad jedną czwartą średnicy Ziemi.

— Pierwszy raz słyszę o czymś takim, Janov. Nie ma w całej Galaktyce zamieszkanej planety z takim satelitą.

— No i bardzo dobrze — rzekł z ożywieniem Pelorat. — Jeśli Ziemia, ze względu na różnorodność istniejących na niej gatunków biologicznych i powstanie istot inteligentnych, była światem unikalnym w skali Galaktyki, to musi posiadać jakieś unikalne cechy fizyczne.

— Ale co wspólnego może mieć duży satelita z różnorodnością gatunków biologicznych, istotami inteligentnymi i tymi wszystkimi rzeczami?

— Otóż to! Dotknąłeś istoty problemu. Naprawdę nie wiem. Ale warto to zbadać, nie uważasz?

Trevize wstał, założył ręce na piersi i rzekł:

— No to gdzie tu problem? Przejrzyj dane statystyczne zamieszkanych planet i znajdź tę, której okresy obrotu wokół własnej osi i wokół słońca wynoszą dokładnie jeden Standardowy Dzień Galaktyczny i jeden Standardowy Rok Galaktyczny. A jeśli przy tym będzie miała gigantycznego satelitę, to po problemie. Z tego, co mówiłeś o swoim „znakomitym pomyśle”, wnioskuję, że już to zrobiłeś i znalazłeś ten swój świat.

Pelorat zrobił zakłopotaną minę. — Tak, ale niezupełnie jest tak, jak myślisz. Przejrzałem dane statystyczne, a w każdym razie zrobił to dla mnie wydział astronomii i — mówiąc krótko — nie ma takiego świata.

Trevize usiadł gwałtownie.

— Ależ to znaczy, że cała twoja teoria zawaliła się.

— Myślę, że niezupełnie.

— Jak to, niezupełnie? Tworzysz model ze wszystkimi szczegółami i nie możesz znaleźć nic, co do niego pasuje. To znaczy, że ten model jest do niczego. Musisz zaczynać od początku.

— Nie muszę. Znaczy to tylko tyle, że dane statystyczne dotyczące zamieszkanych planet są niekompletne. W końcu są dziesiątki milionów takich planet, a niektóre są zupełnie zapomniane. Nie ma, na przykład, porządnych danych o ludności prawie połowy z nich. A w przypadku sześciuset czterdziestu tysięcy światów dane ograniczają się do podania ich nazw i, czasami, położenia. Niektórzy galaktografowie uważają, że liczba zamieszkanych planet, które w ogóle nie są ujęte w żadnych statystykach, może wynosić około dziesięciu tysięcy. Prawdopodobnie jest to na rękę ich mieszkańcom. W epoce imperium stwarzało im to możliwość uniknięcia podatków.

— A w późniejszych wiekach — zauważył cynicznie Trevize — stwarzało im to możliwość założenia baz pirackich, co w pewnych sytuacjach mogło przynosić większe zyski niż handel.

— Nic mi o tym nie wiadomo — rzekł Pelorat z powątpiewaniem.

— Tak czy inaczej, wydaje mi się, że Ziemia, bez względu na to, co sobie życzą jej mieszkańcy, powinna znajdować się na liście zamieszkanych planet. Jeśli twoja teoria jest prawdziwa, to jest ona najstarszą siedzibą ludzkości, więc nie mogła zostać przeoczona ani zapomniana w pierwszych wiekach rozwoju cywilizacji galaktycznej. A gdyby raz znalazła się na liście, to już by tam została na zawsze. Na zasadzie inercji, o której już wspomniałeś.

Pelorat zawahał się na chwilę, po czym rzekł ze zbolałą miną:

— Prawdę mówiąc, jest na liście zamieszkanych planet taka, która zwie się Ziemia.

Trevize otworzył szeroko oczy. — Mam wrażenie, jakbyś przed chwilą twierdził, że Ziemi nie ma na tej liście — powiedział.

— Nie ma jej pod tą nazwą, ale jest za to Gaja.

— A co to ma wspólnego z Ziemią. Gayah?

— Nie. Przeliteruję ci. G — A — J — A. Znaczy to — Ziemia.

— A niby dlaczego Gaja ma znaczyć Ziemia, a nie coś innego? Dla mnie to słowo nic nie znaczy.

Nieruchomą zazwyczaj twarz Pelorata wykrzywił grymas. — Nie wiem, czy w to uwierzysz, ale… Z przeprowadzonej przeze mnie analizy mitów wynika, że na Ziemi używano wielu różnych, wzajemnie niezrozumiałych języków.

— Co?

— Tak. W końcu w Galaktyce mamy tysiąc różnych sposobów mówienia…

— W Galaktyce jest na pewno wiele różniących się między sobą dialektów, ale nie są one wzajemnie niezrozumiałe. A nawet jeśli niektóre z nich trudno zrozumieć, to mamy przecież wspólny dla wszystkich uniwersalny język galaktyczny.

— Oczywiście, ale mamy też ciągłe podróże międzygwiezdne. A gdyby jakiś świat był odizolowany od reszty przez dłuższy czas?

— Przecież mówisz o Ziemi. O jednej planecie. Gdzie tu izolacja?

— Nie zapominaj, że Ziemia jest kolebką ludzkości, i że jej mieszkańcy byli kiedyś istotami tak prymitywnymi, że trudno to sobie wyobrazić. Nie znali nie tylko podróży międzygwiezdnych i komputerów, ale nawet żadnej technologii. Przecież wywodzili się od zwierzęcych przodków.

— To naprawdę śmieszne.

Pelorat zwiesił głowę z zakłopotaniem.

— Chyba nie ma sensu dyskutować o tym, przyjacielu. Jeszcze nigdy nie udało mi się kogoś o tym przekonać. To na pewno moja wina.

Trevize natychmiast spoważniał. — Wybacz mi, Janov — powiedział ze skruchą. — Mówiłem bez zastanowienia. Ale w końcu po raz pierwszy w życiu usłyszałem coś takiego. Tworzyłeś swoją teorię przez ponad trzydzieści lat, a mnie przedstawiłeś ją od razu… Słuchaj, mogę sobie wyobrazić, że oto mamy na Ziemi prymitywnych ludzi, używających dwu zupełnie różnych, wzajemnie niezrozumiałych języków…

— Pewnie pół tuzina — wtrącił nieśmiało Pelorat. — Ziemia mogła dzielić się na wiele kontynentów i całkiem możliwe, że początkowo nie było między nimi żadnej łączności. W takiej sytuacji mieszkańcy każdego z kontynentów mogli stworzyć swój, zupełnie inny od pozostałych język.

— A kiedy mieszkańcy tych kontynentów — powiedział Trevize, starając się, by zabrzmiało to jak najbardziej poważnie — uświadomili sobie, że istnieją też inne lądy i że żyją na nich ludzie, mogli zainteresować się Problemem Istnienia i zacząć zastanawiać się, na którym z nich powstały z innych zwierząt pierwsze istoty ludzkie.

— Z pewnością mogło tak być, Golan. Byłoby to zupełnie naturalne.

— I w jednym z tych języków Gaja znaczyło Ziemia. Natomiast słowo „Ziemia” pochodzi z innego z tych języków.

— Tak, tak.

— I podczas gdy uniwersalny język galaktyczny powstał z języka, w którym „Ziemia” znaczyło „Ziemia”, to ludzie na Ziemi woleli z jakichś względów nazwać swoją planetę słowem „Gaja” wywodzącym się z innego języka.

— Tak jest! Jesteś naprawdę bystry, Golan.

— Niemniej jednak wydaje mi się, że niepotrzebnie gmatwasz tę sprawę. Jeśli Gaja, mimo innej nazwy, jest Ziemią, to — zgodnie z twoimi wcześniejszymi wywodami — okres jej obrotu wokół własnej osi powinien wynosić jeden Dzień Galaktyczny, okres obrotu wokół jej słońca — jeden Rok Galaktyczny, a poza tym powinna mieć gigantycznego satelitę, który obiega ją w okresie jednego miesiąca.

— Tak powinno być.

— No więc jak, czy Gaja spełnia te wymogi, czy nie?

— Nie wiem. W tabelach nie ma nic na ten temat.

— Tak? No to ee, Janov, lecimy na Gaje, żeby zmierzyć czas jej obrotów i zobaczyć jej satelitę?

— Bardzo bym tego chciał, Golan — Pelorat urwał na chwilę. — Kłopot w tym, że jej położenie też nie jest nigdzie dokładnie podane.

— Chcesz powiedzieć, że wszystko, co masz na ten temat, ogranicza się do nazwy? I to jest ten twój znakomity pomysł?

— No przecież właśnie dlatego chciałem przejrzeć zbiory Biblioteki Galaktycznej!

— Zaraz, zaczekaj. Mówisz, że tablice nie podają jej dokładnego położenia. A podają w ogóle jakieś informacje na ten temat?

— Umiejscawiają ją w sektorze Sayshell… ze znakiem zapytania.

— No to, Janov, nie martw się. Polecimy do sektora Sayshell i jakoś znajdziemy Gaje.


21.

<p>21.</p>

Trevize był zgrzany i zdenerwowany. Siedział z Peloratem w niewielkim pomieszczeniu służącym im za jadalnię. Właśnie skończyli jeść obiad.

— Jesteśmy w przestrzeni dopiero od dwóch dni, a już zdążyłem się przyzwyczaić — powiedział Pelorat. — Czuję się świetnie, chociaż brak mi świeżego powietrza, przyrody i tak dalej. To dziwne! Jakoś nigdy nie zauważałem tych rzeczy, kiedy miałem je wokół siebie. Niemniej jednak, dzięki mojemu dyskowi i temu twojemu wspaniałemu komputerowi, mam tu całą swoją bibliotekę, a w każdym razie to, co mi potrzebne. I w najmniejszym stopniu nie przejmuję się teraz tym, że jestem w przestrzeni. Zadziwiające!

Trevize mruknął coś wymijająco. Wzrok miał nieobecny. Najwyraźniej był czymś bardzo pochłonięty.

— Nie chcę się narzucać, Golan — rzekł cicho Pelorat — ale wydaje mi się, że nie słuchasz, co do ciebie mówię. Wiem, że nie jestem szczególnie ciekawą osobą — zawsze byłem trochę nudziarzem — ale zdaje się, że teraz nie o to chodzi. Martwisz się czymś… Marny kłopoty? Możesz mi śmiało powiedzieć. Nie sądzę, żebym mógł ci wiele pomóc, ale nie obawiaj się, drogi przyjacielu, nie wpadnę w panikę.

— Kłopoty? — Trevize zmarszczył czoło. Wyglądało na to, że przychodzi do siebie.

— Ze statkiem. To nowy model, więc myślę, że coś może być nie w porządku — Pelorat uśmiechnął się niepewnie.

Trevize energicznie pokręcił głową. — Co za idiota ze mnie, Janov, że tak długo trzymam, cię w niepewności! Ze statkiem wszystko jest w porządku. Wszystko świetnie działa. Chodzi o to, że zastanawiam się, gdzie tu może być schowany nadajnik nadprzestrzenny.

— Ach, tak, rozumiem… To znaczy, nie rozumiem. Co to takiego — nadajnik nadprzestrzenny?

— Hmm, zaraz ci to wyjaśnię, Janov. Jestem w kontakcie z Terminusem, a przynajmniej mogę się z nim w każdej chwili skontaktować, i tak samo Terminus ze mną. Znają położenie statku, bo można je obliczyć na podstawie obserwacji jego trajektorii. Zresztą, nawet gdyby go nie znali, to mogą nas w każdej chwili zlokalizować, przeszukując przestrzeń za pomocą detektora masy, który wykaże obecność statku, ewentualnie meteorytu w danym miejscu. Odkrywszy jakiś obiekt, mogę następnie ustalić jego wzór energetyczny, dzięki czemu można nie tylko odróżnić statek od meteoroidu, ale zidentyfikować każdy statek, jako że nie ma dwóch statków, które wykorzystywałyby energię dokładnie w ten sam sposób. Nasz wzór jest charakterystyczny tylko dla naszego statku i w pewnym sensie pozostaje zawsze taki sam, choćbyśmy włączali i wyłączali nie wiem jakie przyrządy i urządzenia. Oczywiście statek może być nieznany, ale jeśli jego wzór energetyczny został — tak jak wzór naszego statku — wprowadzony do rejestrów na Terminusie, to zostanie on zidentyfikowany jak tylko zostanie wykryty.

— Wydaje mi się, Golan, że rozwój cywilizacji zmierza w kierunku coraz większego ograniczania prawa jednostki do intymności — powiedział Pelorat.

— Być może masz rację. Jednak wcześniej czy później będziemy musieli wejść w nadprzestrzeń, bo inaczej przez resztę życia będziemy skazani na przebywanie w odległości parseka czy dwóch od Terminusa. W takim przypadku moglibyśmy sobie tylko pomarzyć o podróżach międzygwiezdnych. Natomiast przechodząc przez nadprzestrzeń, doświadczamy nieciągłości zwykłej przestrzeni. Przechodzimy stąd dotąd — co znaczy czasami setki parseków — w ułamku odczuwanego przez nas czasu. Odnajdujemy się nagle daleko od miejsca, w którym przed chwilą się znajdowaliśmy, a że można tak się poruszać w dowolnym kierunku, nie sposób przewidzieć, gdzie ponownie wynurzy się statek, więc praktycznie nie można go już śledzić.

— Rozumiem… Tak…

— Chyba że na pokładzie umieszczono nadajnik nadprzestrzenny. Nadajnik przesyła przez nadprzestrzeń sygnał, sygnał charakterystyczny dla danego statku, i w ten sposób władze na Terminusie wiedziałyby cały czas, gdzie się znajdujemy. Jak widzisz, potwierdza to twoje przypuszczenie. Jeśli jest tu gdzieś przekaźnik nadprzestrzenny, to nie ma w całej Galaktyce miejsca, gdzie moglibyśmy się skryć i żadna kombinacja skoków przez nadprzestrzeń nie pozwoli nam umknąć przed ich detektorami.

— Ale czy nie chcemy, żeby Fundacja nas ochraniała, Golan? — spytał cicho Pelorat.

— Owszem, Janov, ale tylko wtedy, gdy o to poprosimy. Powiedziałeś, że postęp cywilizacji oznacza coraz większe ograniczenie prawa jednostki do intymności… A ja nie chcę być aż taki postępowy. Chcę mieć swobodę poruszania się i nie chcę być śledzony, dopóki sam o to nie poproszę. Tak więc czułbym się lepiej, znacznie lepiej, gdyby na pokładzie naszego statku nie było nadajnika nadprzestrzennego.

— A znalazłeś go, Golan?

— Nie, nie znalazłem. Gdybym znalazł, to może udałoby mi się jakoś go wyłączyć.

— A zorientowałbyś się, że to właśnie nadajnik, gdybyś go zobaczył?

— To właśnie jedna z trudności. Może nie potrafiłbym go rozpoznać. Mam ogólne pojęcie o tym, jak wygląda nadajnik nadprzestrzenny i znam sposoby sprawdzania podejrzanych przedmiotów, ale to jest statek najnowszego typu, przeznaczony do specjalnych zadań. Zupełnie możliwe, że został wbudowany w konstrukcję statku, tak by nic nie zdradzało, że jest tutaj.

Z drugiej strony, może nie ma tu żadnego nadajnika nadprzestrzennego i dlatego nie udało mi się go znaleźć. Boję się przyjmować tę drugą ewentualność i nie myślę robić skoku dopóki nie będę wiedział na pewno, czy tu jest, czy nie.

Pelorat wyglądał, jakby doznał olśnienia. — To dlatego dryfujemy w przestrzeni! Zastanawiałem się, czemu dotąd nie skoczyliśmy. Słyszałem o skokach, rozumiesz, i trochę się denerwowałem, to znaczy… zastanawiałem się, dlaczego nie każesz mi zapiąć pasów albo wziąć jakąś pigułkę czy coś takiego.

Trevize zdobył się na uśmiech. — Nie masz się czego obawiać. Nie żyjemy w dawnych czasach. Na takim statku jak ten zostawia się to wszystko komputerowi. Dajesz instrukcje, a on już robi resztę. Nie zorientujesz się nawet, że coś się zdarzyło, tyle że nagle zmieni się obraz przestrzeni. Jeśli kiedy oglądałeś projekcję przeźroczy, to wiesz, co się dzieje, kiedy jedno przeźrocze zastąpi się nagle innym. No i właśnie mniej więcej takie wrażenie masz przy skoku.

— O rany! Nic się nie czuje? To dziwne. Jestem trochę rozczarowany.

— Ja w każdym razie nigdy nic nie czułem, a latałem na statkach, którym było daleko do tego… Ale nie tylko z powodu tego nadajnika zwlekam ze skokiem. Musimy się jeszcze trochę oddalić od Terminusa… i od słońca. Im dalej będziemy od jakiegokolwiek ciała o dużej masie, tym łatwiej będzie nam panować nad statkiem w czasie skoku i wynurzyć się w tym miejscu przestrzeni, w którym chcemy. W razie nagłej potrzeby można zaryzykować skok znajdując się w odległości dwustu kilometrów od powierzchni planety i liczyć na to, że się ma szczęście i że się wyjdzie z tego cało. Ponieważ w Galaktyce jest o wiele więcej bezpiecznej niż niebezpiecznej przestrzeni, można się tego spodziewać całkiem zasadnie. Jednak, mimo to, istnieje zawsze możliwość, że jakieś przypadkowe czynniki spowodują, że wynurzysz się o parę milionów kilometrów od jakiejś dużej gwiazdy w centrum Galaktyki i spłoniesz, zanim zdążysz mrugnąć okiem. Im dalej jest się od ciała o dużej masie, tym mniej tych czynników i tym mniejsze szansę, że wydarzy się coś niemiłego…

— Wobec tego zalecam rozwagę. Nic nas nie zmusza do takiego pośpiechu.

— Właśnie. Tym bardziej, że chciałbym znaleźć ten nadajnik nadprzestrzenny, zanim wykonam jakiś ruch. Albo coś, co przekona mnie, że nie ma tu żadnego przekaźnika.

Wyglądało na to, że Trevize ma zamiar znowu pogrążyć się w swych rozmyślaniach, więc Pelorat powiedział, podnosząc nieco głos, aby przebić się przez barierę zaabsorbowania, którą jego towarzysz odgradzał się od świata.

— Ile jeszcze musimy czekać?

— Co?

— Pytam o to, kiedy wykonałbyś skok, gdybyś nie musiał szukać tego nadajnika.

— Przy naszej obecnej szybkości i trajektorii lotu powiedziałbym, że czwartego dnia podróży. Obliczę odpowiedni moment na komputerze.

— No to masz jeszcze dwa dni na poszukiwania. Czy mogę ci podsunąć pewien pomysł?

— Mów.

— Podczas mojej pracy, oczywiście zupełnie innej niż twoja, ale chyba możemy to uogólnić, przekonywałem się wielokrotnie, że bezwzględne koncentrowanie się na jakimś jednym problemie kończy się z reguły niepowodzeniem. Lepiej jest odprężyć się i porozmawiać o czymś zupełnie innym, a tymczasem umysł uwolniony spod presji skoncentrowanej myśli i pracujący bez udziału twojej świadomości może sam znaleźć rozwiązanie.

Trevize spojrzał na niego z irytacją, ale po chwili roześmiał się.

— No cóż, mogę spróbować… Powiedz mi, co spowodowało, że zainteresowałeś się Ziemią? Skąd wziął się ten dziwny pomysł, że jest jakaś jedna planeta, z której wywodzimy się my wszyscy?

— Hmm — Pelorat w zamyśleniu pokiwał głową. — To się zaczęło kawałek czasu temu. Ponad trzydzieści lat temu. Miałem zamiar zostać biologiem, kiedy poszedłem na uniwersytet. Szczególnie interesowały mnie różnice między gatunkami zwierząt na różnych planetach. Różnice te, jak wiesz… no, możesz o tym nie wiedzieć, więc chyba nie masz nic przeciw temu, że ci o tym powiem — są bardzo niewielkie. Wszystkie formy życia w Galaktyce, przynajmniej wszystkie znane nam, powstają i rozwijają się w wyniku procesów chemicznych, w których główną rolę grają woda, białko i kwas nukleinowy.

— Chodziłem do szkoły wojskowej, gdzie największy nacisk kładziono na grawitykę i nukleonikę, ale nie jestem aż tak wąskim specjalistą, żebym nie miał pojęcia o niczym oprócz swojej dziedziny. Wiem trochę o chemicznych podstawach życia. Uczono, mnie, że tylko woda, białko i kwasy nukleinowe mogą być podstawą powstania życia.

— Taki wniosek jest, myślę, nieuzasadniony. Bezpieczniej jest powiedzieć, że nie znaleziono jeszcze — a w każdym razie nie rozpoznano — żadnej innej formy życia, i na tym poprzestać. Bardziej zastanawiające jest to, że gatunki endemiczne, to znaczy gatunki, których obecność stwierdzono tylko na jednej planecie i nigdzie indziej, są bardzo nieliczne. Większość istniejących gatunków, w tym w szczególności homo sapiens, rozprzestrzeniła się na wszystkie lub prawie wszystkie, zamieszkałe światy w Galaktyce i jest bardzo zbliżona do siebie pod względem biochemicznym, fizjologicznym i morfologicznym. Gatunki endemiczne, z drugiej strony, bardzo się różnią cechami od form szeroko rozprzestrzenionych i między sobą nawzajem.

— No i co z tego?

— Wniosek z tego taki, że jeden świat w Galaktyce, tylko jeden świat, różni się od reszty. Na dziesiątkach milionów światów Galaktyki — nikt dokładnie nie wie ilu — powstało życie. Były to proste, słabo rozwinięte, rzadko rozsiane i niezbyt skomplikowane formy życia. Nie miały dużej siły przetrwania i niełatwo się rozprzestrzeniały. Ale na jednym świecie, tylko na jednym świecie, rozwinęło się życie w milionach form. Powstały miliony gatunków, niektóre bardzo wyspecjalizowane, wysoko rozwinięte, zdolne do szybkiego rozmnażania się i rozprzestrzeniania. Jednym z tych gatunków jesteśmy my. Byliśmy na tyle inteligentni, żeby stworzyć cywilizację, opanować loty w nadprzestrzeń, skolonizować Galaktykę i — rozprzestrzeniając się na całą Galaktykę — zabraliśmy ze sobą inne formy życia, formy spokrewnione ze sobą nawzajem i z nami.

— Jeśli zastanowić się nad tym chwilę — rzekł Trevize obojętnie — to wydaje się to rozsądne. Chodzi mi o to, że żyjemy w ludzkiej Galaktyce. Jeśli założymy, że to wszystko zaczęło się na jakimś jednym świecie, to ten świat musiałby być inny. A zresztą dlaczego nie? Szansę na powstanie życia w taki kapryśny sposób muszą być faktycznie nikłe, może jedna na sto milionów, a więc możliwe jest, że zdarzyło się to tylko na jednym ze stu milionów światów, na których istniało życie w pierwotnej formie. Tak, musiał być tylko jeden taki świat.

— Ale co spowodowało, że ten jeden świat tak bardzo różnił się od innych? — powiedział z ożywieniem Pelorat. — Jakie to warunki złożyły się na jego unikalność?

— Może był to czysty przypadek. W końcu istoty ludzkie i te formy życia, które zabrały one ze sobą, egzystują teraz na dziesiątkach milionów planet, z których każda ma odpowiednie warunki do tego. Wniosek stąd taki, że mogło się to zacząć na każdej z nich.

— Nie! Kiedy już powstał i rozwinął się rodzaj ludzki, kiedy stworzył technikę, kiedy zahartował się w ciężkiej walce o przetrwanie, to mógł przystosować się do życia na każdej planecie, która choćby w minimalnym stopniu nadawała się do tego — na przykład na Terminusie. Ale czy możesz sobie wyobrazić, żeby na Terminusie rozwinęły się istoty inteligentne? Kiedy, w czasach Encyklopedystów, pojawili się na Terminusie pierwsi ludzie, to najwyższą formą życia roślinnego, którą tam zastali, były mchopodobne porosty naskalne, a najwyżej zorganizowanymi przedstawicielami fauny podobne do korali zwierzęta żyjące w oceanie i owadopodobne organizmy na lądzie. Wytępiliśmy je niemal doszczętnie i zapełniliśmy morza rybami, a lądy królikami, kozami, trawą, zbożem, drzewami i tak dalej. Z miejscowej flory i fauny uchowało się tylko to, co jest w ogrodach zoologicznych i akwariach.

— Hmm — mruknął Trevize.

Pelorat przyglądał mu się dobrą minutę, a potem westchnął i powiedział:

— Tak po prawdzie, to nic cię to nie obchodzi, co? To nadzwyczajne! Jakoś nie mogę znaleźć nikogo, kogo by to obchodziło. Myślę, że to moja wina. Nie potrafię przedstawić tego w interesujący sposób, mimo że sam tak bardzo się tym interesuję.

— To przecież jest interesujące. Na pewno. Ale… ale… co z tego?

— Czy nie rozumiesz, że to może być interesujące doświadczenie naukowe — móc zbadać świat, na którym istniała jedyna w Galaktyce trwała równowaga ekologiczna między endemicznymi formami życia?

— Dla biologa może tak. Ale ja nie jestem biologiem. Musisz mi wybaczyć.

— Oczywiście, drogi przyjacielu. Chodzi właśnie o to, że nigdy nie spotkałem biologa, którego by to interesowało. Mówiłem ci, że wybrałem najpierw biologię. Zwróciłem się z tym problemem do swojego profesora i okazało się, że go to nie interesuje. Powiedział mi, żebym zajął się jakimś praktycznym zagadnieniem. To mnie tak rozczarowało, że przeszedłem na historię, która zresztą była moim hobby od dzieciństwa, i zająłem się Problemem Pochodzenia od tej strony.

— No, ale przynajmniej zapewniło ci to pracę na całe życie, więc powinieneś być wdzięczny temu profesorowi za to, że okazał się taki nieoświecony.

— Tak, myślę, że można na to tak spojrzeć. A przy tym praca ta jest naprawdę interesująca i nigdy mnie nie nuży… Ale szkoda, że ciebie to nie interesuje. Mam stale uczucie, że mówię sam do siebie. Nie cierpię tego uczucia.

Trevize odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się serdecznie.

Pelorat poczuł się dotknięty do żywego. — Dlaczego się ze mnie śmiejesz? — spytał.

— Nie z ciebie, Janov — odparł Trevize. — Śmiałem się ze swojej własnej głupoty. Jeśli chodzi o ciebie, to jestem ci bardzo wdzięczny. Wiesz, miałeś faktycznie rację.

— Że zająłem się sprawą początków ludzkości?

— Nie, nie… To znaczy, to też, owszem… Ale mówiąc, że miałeś faktycznie rację, miałem na myśli twoją radę, żeby przestać myśleć o tym, co mnie zaprząta i zająć umysł czymś innym. To podziałało. Kiedy mówiłeś o sposobie, w jaki rozwijało się życie, uświadomiłem sobie nagle, że wiem jak znaleźć ten nadajnik nadprzestrzenny — jeśli w ogóle jest tu zamontowany.

— Ach, o to chodzi!

— Tak, o to. To jest w tej chwili moją obsesją. Szukałem tego nadajnika zupełnie tak, jakbym był na mojej starej szkolnej łajbie. Oglądałem dokładnie każdą część statku, szukając czegoś, co by odstawało od reszty. Zupełnie zapomniałem, że statek, na którym jestem, to owoc tysięcy lat ewolucji technologicznej. Nie rozumiesz?

— Niestety, Golan.

— Mamy przecież na pokładzie komputer. Jak mogłem o tym zapomnieć?

Machnął ręką i poszedł do swojej kabiny, ciągnąc Pelorata za sobą.

— Muszę tylko spróbować się połączyć — powiedział umieszczając dłonie na płycie kontaktowej komputera.

„Połącz! Mów!” Było to zupełnie tak, jak gdyby zakończenia jego nerwów rozgałęziały się i wydłużały, rosnąc z oszałamiającą prędkością — z prędkością światła, oczywiście — i sięgając miejsca, z którym chciał uzyskać połączenie.

Trevize czuł, że dotyka… nie, nie dotyka, ale czuje… nie, niezupełnie czuje, ale — nie, nie istniało odpowiednie słowo na określenie tego, co odczuwał.

Czuł, że Terminus jest w jego zasięgu i mimo że odległość między nim a planetą zwiększała się z każdą sekundą o dwadzieścia kilometrów, połączenie było tak doskonałe, jakby statek spoczywał w bezruchu i dzieliło go od jego świata nie więcej niż kilka metrów.

Nic nie mówił. Zacisnął szczęki. Sprawdzał tylko zasadę komunikowania się, ale nie korzystał z niej czynnie.

Tam gdzieś, w odległości ośmiu parseków, „na podwórku” — według kryteriów galaktycznych, znajdował się Anakreon, najbliższa duża planeta. Wysłanie na Anakreona wiadomości za pomocą tego samego systemu, który umożliwił mu połączenie z Terminusem, to znaczy z prędkością światła, i otrzymanie odpowiedzi na tę wiadomość, zajęłoby pięćdziesiąt dwa lata.

„Złap Anakreon! Myśl o Anakreonie”. Myśl tak wyraźnie, jak potrafisz. Znasz jego położenie względem Terminusa i jądra Galaktyki, studiowałeś jego planetografię i historię, rozwiązywałeś zagadnienia natury wojskowej związane z potrzebą odbicia Anakreona (w nieprawdopodobnym w obecnych czasach przypadku, to znaczy, gdyby został zajęty przez nieprzyjaciela). Na przestrzeń! Był na Anakreonie.

Przedstaw jego obraz! Przedstaw jego obraz! Tak, jakbyś widział go za pomocą nadajnika nadprzestrzennego.

Nic! Zakończenia jego nerwów zadrgały i spoczęły w nieokreślonej przestrzeni.

Trevize oderwał się od pulpitu. — Na pokładzie „Odległej Gwiazdy” nie ma żadnego nadajnika, Janov. Jestem tego pewien. Ciekaw jestem, ile czasu zajęłoby mi ustalenie tego, gdybym nie posłuchał twojej rady.

Twarz Pelorata, mimo że nie drgnął w niej żaden mięsień, wyraźnie pojaśniała. — Tak się cieszę, że mogłem być w czymś pomocny — powiedział. — Czy to znaczy, że skaczemy?

— Nie, poczekamy jeszcze dwa dni, żeby nic nam nie groziło. Musimy oddalić się od ciężkich ciał, pamiętasz? Normalnie, biorąc pod uwagę fakt, że mam nowy, niewypróbowany jeszcze statek, którego prawie zupełnie nie znam, musiałbym stracić dwa dni, żeby dokładnie wszystko obliczyć, w szczególności odpowiednią siłę ciągu potrzebną do wykonania pierwszego skoku, ale czuję, że to wszystko zrobi za mnie komputer.

— O rany, to znaczy, że mamy przed sobą jeszcze kawał czasu. Wydaje mi się, że się porządnie wynudzimy.

— Wynudzimy? — uśmiechnął się szeroko Trevize. — Na pewno nie! Będziemy rozmawiali o Ziemi, Janov.

— Naprawdę? — spytał Pelorat. — Chcesz sprawić przyjemność staremu maniakowi? To miło z twojej strony. Naprawdę miło.

— Bzdura! Chcę sprawić przyjemność sobie. Ja — nov, masz przed sobą neofitę. Po tym, co mi powiedziałeś, uświadomiłem sobie, że Ziemia jest najważniejszym i najbardziej interesującym obiektem w całym wszechświecie.


22.

<p>22.</p>

Musiało to na pewno uderzyć Trevizego już w chwili, kiedy Pelorat przedstawił swoją wizję Ziemi. Nie zareagował od razu tylko dlatego, że jego umysł pochłonięty był sprawą nadajnika nadprzestrzenne — go. Jak tylko problem nadajnika przestał istnieć, myśli Trevizego skupiły się na tym, co mimo woli zasugerował Pelorat.

Chyba najbardziej znaną wypowiedzią Hariego Seldona była jego uwaga dotycząca Drugiej Fundacji, a mówiąca o tym, że znajduje się ona „na przeciwnym końcu Galaktyki” niż Terminus. Seldon nawet wymienił nazwę tego miejsca. Miało ono znajdować się „na Krańcu Gwiazdy”.

Zostało to zapisane przez Gaala Dornicka w jego relacji z dnia poprzedzającego proces Seldona przed sądem Imperium. „Drugi koniec Galaktyki” — tak brzmiały słowa, które Seldon skierował do Dornicka, słowa, nad znaczeniem których łamano sobie od tamtej pory głowy.

Co łączyło jeden koniec Galaktyki z tym „drugim końcem”? Czy była to linia prosta czy spirala, czy koło, czy jeszcze coś innego?

I oto teraz stało się nagle jasne dla Trevizego, zupełnie jakby doznał olśnienia, że nie była to ani linia prosta, ani krzywa, którą trzeba by, czy można by, wytyczyć na mapie Galaktyki. Określenie Seldona było o wiele bardziej subtelne.

Było całkowicie jasne, że na jednym końcu Galaktyki znajdował się Terminus. Leżał on na samym skraju Galaktyki — tak, na skraju ich Fundacji — co nadawało słowu „koniec” dosłowne znaczenie. Był on jednak w czasie kiedy Seldon wypowiadał swe słowa również najmłodszym światem Galaktyki, światem, który dopiero miał być zasiedlony, światem, który właściwie jeszcze nie istniał.

Co, w tym świetle, mogło być drugim końcem Galaktyki? Drugim skrajem Fundacji? Chyba tylko najstarszy świat. I zgodnie z argumentacją, którą przedstawił Pelorat, nie wiedząc w ogóle, że ją przedstawia, mogła to być tylko Ziemia. Druga Fundacja mogła znajdować się na Ziemi.

Ale Seldon powiedział przecież, że drugi koniec Galaktyki był na krańcu gwiazdy. Czy jednak można było stwierdzić, że nie było to określenie metaforyczne? Jeśli prześledzić wstecz historię ludzkości, tak jak to zrobił Pelorat, i przeprowadzić linię prowadzącą od jednego systemu planetarnego do drugiego, od jednej gwiazdy, która świeciła na zamieszkanej planecie do drugiej, z której mogli przybyć na tę pierwszą emigranci, od tej z kolei do innej, która była słońcem systemu planetarnego zasiedlonego jeszcze wcześniej, stamtąd do jeszcze innej i tak dalej, to w końcu musi się dojść do miejsca, gdzie zbiegają się te wszystkie linie, do planety, na której powstała ludzkość. „Krańcem Gwiazdy” była gwiazda, która była słońcem Ziemi.

Trevize uśmiechnął się i rzekł niemal czule:

— Janov, powiedz mi coś więcej o Ziemi.

Pelorat potrząsnął głową.

— Powiedziałem ci wszystko, co wiem. Naprawdę. Więcej znajdziemy na Trantorze.

— Nie, Janov. Nic tam nie znajdziemy. A dlaczego? Dlatego, że nie lecimy na Trantor. Ja kieruję tym statkiem i zapewniam cię, że tam nie lecimy.

Pelorat otworzył usta ze zdziwienia. Przez chwilę starał się złapać oddech i wreszcie powiedział zrozpaczonym głosem:

— Och, drogi przyjacielu!

— Daj spokój, Janov! — odparł Trevize. — Nie rób takiej miny. Znajdziemy Ziemię.

— Ale tylko na Trantorze można…

— Nie, nie można. Trantor jest miejscem, gdzie możesz tylko studiować pokryte kurzem dokumenty i kruche filmy i w końcu stać się tak samo zakurzony i kruchy jak one.

— Przez dziesiątki lat marzyłem…

— Marzyłeś o znalezieniu Ziemi.

— Ale to tylko…

Trevize wstał, pochylił się nad Peloratem, schwycił fałdę jego tuniki i powiedział:

— Nie powtarzaj tego, profesorze. Nie powtarzaj już tego. Kiedy powiedziałeś mi, zanim w ogóle jeszcze wsiedliśmy na ten statek, że mamy szukać Ziemi, to dodałeś, że jesteś pewien, że ją znajdziemy, bo — cytuję twoje własne słowa — „masz wspaniały pomysł”. Teraz nie chcę już słyszeć ani słowa o Trantorze. Chcę, żebyś opowiedział mi o tym wspaniałym pomyśle.

— Ale to musi najpierw zostać potwierdzone! Na razie to tylko pomysł, nadzieja, pewna możliwość.

— Dobrze. Powiedz mi o tym.

— Nie rozumiesz mnie. Po prostu nie rozumiesz. To jest dziedzina, w której nikt poza mną nie przeprowadzał żadnych badań. Nie ma tu nic pewnego. Nic nie jest stwierdzone czy rzetelnie udokumentowane. Mówi się o Ziemi tak, jakby jej istnienie było faktem, ale również tak, jakby było mitem. Są na ten temat miliony sprzecznych opowieści…

— No dobrze, to na czym wobec tego polegają twoje badania?

— Jestem zmuszony zbierać wszelkie podania, wszelkie legendy, mgliste mity, okruchy rzekomej historii. Nawet dzieła literackie. Słowem, wszystkie teksty, które zawierają słowo Ziemia czy wyrażenie „planeta, z której pochodzi ludzkość”. Od ponad trzydziestu lat zbieram wszystko, co można znaleźć na ten temat na jakimkolwiek świecie. Gdybym teraz mógł zdobyć jakieś bardziej wiarygodne informacje w Bibliotece Galaktycznej na… Ale nie chcesz, żebym nawet wymawiał tę nazwę.

— Tak… Nie wymawiaj jej. Powiedz mi lepiej, że jedna z tych wzmianek zwróciła twoją uwagę i wyjaśnij, dlaczego uważasz, że ta jedna jedyna może być prawdziwa.

Pelorat potrząsnął głową. — Wybacz mi, Golan, to co powiem, ale mówisz jak polityk albo żołnierz. Historyk nie postępuje w taki sposób.

Trevize wziął głęboki oddech, żeby opanować zniecierpliwienie.

— W porządku, Janov. Powiedz mi, jak postępuje historyk. Mamy dwa dni. Oświeć mnie.

— Nie można opierać się na jakimś jednym micie czy nawet na jednej grupie mitów. Musiałem zebrać je wszystkie, przeanalizować, poklasyfikować, zastąpić odpowiednimi symbolami różne aspekty przedstawionych w nich sytuacji, takie, na przykład, jak opowieści o nieprawdopodobnych warunkach pogodowych, szczegóły astronomiczne systemów planetarnych będące w sprzeczności ze stanem faktycznym, miejsce pochodzenia mitycznych herosów, których przekazy określają jako przybyłych z innych planet i setki innych rzeczy. Nie ma sensu przedstawiać tu pełnej listy. Nie starczyłoby nawet dwóch dni. Poświęciłem na to ponad trzydzieści lat, mówię ci.

Potem opracowałem dla komputera specjalny program, który miał mi umożliwić znalezienie elementów wspólnych dla wszystkich tych mitów, legend i tak dalej i wyeliminowanie faktycznych niedorzeczności i nieprawdopodobieństw. W ten sposób stopniowo uzyskałem model planety, któremu musiała odpowiadać Ziemia. W końcu, jeśli wszystkie istoty ludzkie pochodzą z jednej planety, to ta planeta musi posiadać cechę, o której mówią wszystkie mity o pochodzeniu, wszystkie opowieści o herosach… Chcesz, żebym ci to przedstawił ze wszystkimi szczegółami matematycznymi?

— Nie w tej chwili, dziękuję — powiedział Trevize. — A skąd wiesz, że te twoje obliczenia nie wywiodą cię w pole? Wiemy na pewno, że Terminus został założony pięćset lat temu i że pierwsi osadnicy przybyli tu co prawda z Trantora, ale zostali zebrani z dziesiątków, jeśli nie setek, innych światów. Gdyby jednak ktoś nie wiedział o tym, to mógłby przypuszczać, że Hari Seldon i Salvor Hardin, z których żaden nie urodził się na Terminusie, przybyli tam z Ziemi i że Trantor był w rzeczywistości inną nazwą

Ziemi. A sam Trantor, gdyby szukano go, opierając się na jego opisie z czasów Seldona, przedstawiającym go jako świat pokryty w całości metalem, nigdy nie zostałby znaleziony i mógłby też być poczytany za mit. Pelorat wyglądał na zadowolonego.

— Cofam to, co powiedziałem wcześniej, porównując cię do polityka i żołnierza, drogi przyjacielu. Masz zdumiewającą intuicję. Oczywiście, musiałem sprawdzić swoje hipotezy. Wymyśliłem dobrą setkę opowieści opartych na rzeczywistych wydarzeniach historycznych, ale zniekształcających je i imitujących ten rodzaj mitów, które zbierałem. Potem spróbowałem włączyć je do modelu stworzonego przez komputer. Jedna z wymyślonych przeze mnie historyjek była nawet oparta na zdarzeniach z wczesnych dziejów Terminusa. I komputer odrzucił je wszystkie. Co do jednej. Z pewnością, może to znaczyć tylko tyle, że brak mi talentu, żeby stworzyć coś przekonującego, ale starałem się, jak mogłem.

— Jestem o tym przekonany, Janov. A czego dowiedziałeś się z tego modelu o Ziemi?

— Sporo rzeczy o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Otrzymałem coś w rodzaju zarysu. Na przykład, około 90 procent zamieszkanych planet w Galaktyce ma okresy obrotu wynoszące od dwudziestu dwóch do dwudziestu sześciu Standardowych Godzin Galaktycznych. No więc…

— Mam nadzieję, Janov, że nie traciłeś czasu na zajmowanie się tą sprawą. Nie ma w niej nic tajemniczego. Żeby planeta nadawała się do zamieszkania, nie może obracać się zbyt szybko, bo w takim przypadku cyrkulacja powietrza powoduje ustawiczne burze, ani zbyt wolno, gdyż wówczas różnice temperatury są nie do zniesienia. To jest właściwość, która z miejsca eliminuje takie planety z grupy nadających się do zasiedlenia. Istoty ludzkie wolą planety, których właściwości zapewniają im odpowiednie warunki do życia, toteż kiedy niektórzy, widząc jak wszystkie zamieszkane planety są do siebie podobne pod względem tych właściwości, powiadają „Co za zadziwiający zbieg okoliczności!”, to nie jest to nie tylko zadziwiające, ale nawet nie ma w tym żadnego zbiegu okoliczności.

— Prawdę mówiąc — powiedział spokojnie Pelorat — jest to zjawisko dobrze znane naukom społecznym. Przypuszczam, że fizyce też, ale nie jestem fizykiem, więc nie twierdzę, że jest tak na pewno. W każdym razie określa się to mianem zasady antropomorfizacji. Obserwator wpływa na zdarzenia, które obserwuje przez sam fakt obserwowania ich czy nawet przez samą swoją obecność przy tych zdarzeniach. Ale, wracając do tematu, powstaje pytanie, gdzie jest ta planeta, która posłużyła jako model? Która planeta ma okres obrotu równy jednemu Standardowemu Dniowi Galaktycznemu składającemu się z dwudziestu czterech Standardowych Godzin Galaktycznych?

Trevize zamyślił się. Wysunął dolną wargę i powiedział: — Myślisz, że to mogła być Ziemia? Przecież Standardowy Dzień Galaktyczny może się opierać na cechach szczególnych dowolnego świata.

— To niemożliwe. Byłoby to sprzeczne z naszymi ludzkimi nawykami myślenia. Trantor był przez dwanaście tysięcy lat stolicą Galaktyki, był przez dwanaście tysięcy lat najludniejszym światem, a mimo tego czas jego obrotu, który równa się 1,08 Standardowego Dnia Galaktycznego, nie stał się miarą czasu używaną w całej Galaktyce. Obrót Terminusa wynosi 0,91 SDG, ale nie narzucamy go planetom, nad którymi sprawujemy władzę. Każda planeta używa w swych wewnętrznych obliczeniach miar czasu opartych na Lokalnym Dniu Planetarnym, a w sprawach wagi międzyplanetarnej posługuje się jednostkami SDG, przeliczając za pomocą komputerów SDG na LDP i odwrotnie. Standardowy Dzień Galaktyczny musi wywodzić się z Ziemi!

— Dlaczego „musi”?

— Po pierwsze, skoro Ziemia była kiedyś jedynym zamieszkanym światem, to z natury rzeczy ziemski rok i dzień były standardowymi miarami czasu i — prawdopodobnie na zasadzie inercji — pozostały nimi, kiedy już skolonizowano inne planety. Poza tym, model Ziemi, który na podstawie posiadanych przeze mnie informacji stworzył komputer, przedstawiał planetę, której obrót wokół własnej osi trwał dokładnie dwadzieścia cztery Standardowe Godziny Galaktyczne, a obrót wokół jej słońca dokładnie jeden Standardowy Rok Galaktyczny.

— Może to zwykły zbieg okoliczności? Pelorat roześmiał się. — Teraz znowu ty zaczynasz opowiadać o zbiegach okoliczności. Założyłbyś się, że taka rzecz mogła się zdarzyć przez zbieg okoliczności?

— No, no… — mruknął Trevize.

— Właściwie jest jeszcze coś, co przemawia za tą tezą. Jest taka archaiczna miara czasu, która nazywa się miesiącem…

— Słyszałem o niej.

— Otóż odpowiada ona najwyraźniej okresowi obiegu Ziemi przez jej satelitę. Jednakże…

— Tak?

— Widzisz, mój model wykazuje jedną raczej zaskakującą cechę, mianowicie ten satelita, o którym przed chwilą mówiłem, jest potężny — jego średnica mierzy ponad jedną czwartą średnicy Ziemi.

— Pierwszy raz słyszę o czymś takim, Janov. Nie ma w całej Galaktyce zamieszkanej planety z takim satelitą.

— No i bardzo dobrze — rzekł z ożywieniem Pelorat. — Jeśli Ziemia, ze względu na różnorodność istniejących na niej gatunków biologicznych i powstanie istot inteligentnych, była światem unikalnym w skali Galaktyki, to musi posiadać jakieś unikalne cechy fizyczne.

— Ale co wspólnego może mieć duży satelita z różnorodnością gatunków biologicznych, istotami inteligentnymi i tymi wszystkimi rzeczami?

— Otóż to! Dotknąłeś istoty problemu. Naprawdę nie wiem. Ale warto to zbadać, nie uważasz?

Trevize wstał, założył ręce na piersi i rzekł:

— No to gdzie tu problem? Przejrzyj dane statystyczne zamieszkanych planet i znajdź tę, której okresy obrotu wokół własnej osi i wokół słońca wynoszą dokładnie jeden Standardowy Dzień Galaktyczny i jeden Standardowy Rok Galaktyczny. A jeśli przy tym będzie miała gigantycznego satelitę, to po problemie. Z tego, co mówiłeś o swoim „znakomitym pomyśle”, wnioskuję, że już to zrobiłeś i znalazłeś ten swój świat.

Pelorat zrobił zakłopotaną minę. — Tak, ale niezupełnie jest tak, jak myślisz. Przejrzałem dane statystyczne, a w każdym razie zrobił to dla mnie wydział astronomii i — mówiąc krótko — nie ma takiego świata.

Trevize usiadł gwałtownie.

— Ależ to znaczy, że cała twoja teoria zawaliła się.

— Myślę, że niezupełnie.

— Jak to, niezupełnie? Tworzysz model ze wszystkimi szczegółami i nie możesz znaleźć nic, co do niego pasuje. To znaczy, że ten model jest do niczego. Musisz zaczynać od początku.

— Nie muszę. Znaczy to tylko tyle, że dane statystyczne dotyczące zamieszkanych planet są niekompletne. W końcu są dziesiątki milionów takich planet, a niektóre są zupełnie zapomniane. Nie ma, na przykład, porządnych danych o ludności prawie połowy z nich. A w przypadku sześciuset czterdziestu tysięcy światów dane ograniczają się do podania ich nazw i, czasami, położenia. Niektórzy galaktografowie uważają, że liczba zamieszkanych planet, które w ogóle nie są ujęte w żadnych statystykach, może wynosić około dziesięciu tysięcy. Prawdopodobnie jest to na rękę ich mieszkańcom. W epoce imperium stwarzało im to możliwość uniknięcia podatków.

— A w późniejszych wiekach — zauważył cynicznie Trevize — stwarzało im to możliwość założenia baz pirackich, co w pewnych sytuacjach mogło przynosić większe zyski niż handel.

— Nic mi o tym nie wiadomo — rzekł Pelorat z powątpiewaniem.

— Tak czy inaczej, wydaje mi się, że Ziemia, bez względu na to, co sobie życzą jej mieszkańcy, powinna znajdować się na liście zamieszkanych planet. Jeśli twoja teoria jest prawdziwa, to jest ona najstarszą siedzibą ludzkości, więc nie mogła zostać przeoczona ani zapomniana w pierwszych wiekach rozwoju cywilizacji galaktycznej. A gdyby raz znalazła się na liście, to już by tam została na zawsze. Na zasadzie inercji, o której już wspomniałeś.

Pelorat zawahał się na chwilę, po czym rzekł ze zbolałą miną:

— Prawdę mówiąc, jest na liście zamieszkanych planet taka, która zwie się Ziemia.

Trevize otworzył szeroko oczy. — Mam wrażenie, jakbyś przed chwilą twierdził, że Ziemi nie ma na tej liście — powiedział.

— Nie ma jej pod tą nazwą, ale jest za to Gaja.

— A co to ma wspólnego z Ziemią. Gayah?

— Nie. Przeliteruję ci. G — A — J — A. Znaczy to — Ziemia.

— A niby dlaczego Gaja ma znaczyć Ziemia, a nie coś innego? Dla mnie to słowo nic nie znaczy.

Nieruchomą zazwyczaj twarz Pelorata wykrzywił grymas. — Nie wiem, czy w to uwierzysz, ale… Z przeprowadzonej przeze mnie analizy mitów wynika, że na Ziemi używano wielu różnych, wzajemnie niezrozumiałych języków.

— Co?

— Tak. W końcu w Galaktyce mamy tysiąc różnych sposobów mówienia…

— W Galaktyce jest na pewno wiele różniących się między sobą dialektów, ale nie są one wzajemnie niezrozumiałe. A nawet jeśli niektóre z nich trudno zrozumieć, to mamy przecież wspólny dla wszystkich uniwersalny język galaktyczny.

— Oczywiście, ale mamy też ciągłe podróże międzygwiezdne. A gdyby jakiś świat był odizolowany od reszty przez dłuższy czas?

— Przecież mówisz o Ziemi. O jednej planecie. Gdzie tu izolacja?

— Nie zapominaj, że Ziemia jest kolebką ludzkości, i że jej mieszkańcy byli kiedyś istotami tak prymitywnymi, że trudno to sobie wyobrazić. Nie znali nie tylko podróży międzygwiezdnych i komputerów, ale nawet żadnej technologii. Przecież wywodzili się od zwierzęcych przodków.

— To naprawdę śmieszne.

Pelorat zwiesił głowę z zakłopotaniem.

— Chyba nie ma sensu dyskutować o tym, przyjacielu. Jeszcze nigdy nie udało mi się kogoś o tym przekonać. To na pewno moja wina.

Trevize natychmiast spoważniał. — Wybacz mi, Janov — powiedział ze skruchą. — Mówiłem bez zastanowienia. Ale w końcu po raz pierwszy w życiu usłyszałem coś takiego. Tworzyłeś swoją teorię przez ponad trzydzieści lat, a mnie przedstawiłeś ją od razu… Słuchaj, mogę sobie wyobrazić, że oto mamy na Ziemi prymitywnych ludzi, używających dwu zupełnie różnych, wzajemnie niezrozumiałych języków…

— Pewnie pół tuzina — wtrącił nieśmiało Pelorat. — Ziemia mogła dzielić się na wiele kontynentów i całkiem możliwe, że początkowo nie było między nimi żadnej łączności. W takiej sytuacji mieszkańcy każdego z kontynentów mogli stworzyć swój, zupełnie inny od pozostałych język.

— A kiedy mieszkańcy tych kontynentów — powiedział Trevize, starając się, by zabrzmiało to jak najbardziej poważnie — uświadomili sobie, że istnieją też inne lądy i że żyją na nich ludzie, mogli zainteresować się Problemem Istnienia i zacząć zastanawiać się, na którym z nich powstały z innych zwierząt pierwsze istoty ludzkie.

— Z pewnością mogło tak być, Golan. Byłoby to zupełnie naturalne.

— I w jednym z tych języków Gaja znaczyło Ziemia. Natomiast słowo „Ziemia” pochodzi z innego z tych języków.

— Tak, tak.

— I podczas gdy uniwersalny język galaktyczny powstał z języka, w którym „Ziemia” znaczyło „Ziemia”, to ludzie na Ziemi woleli z jakichś względów nazwać swoją planetę słowem „Gaja” wywodzącym się z innego języka.

— Tak jest! Jesteś naprawdę bystry, Golan.

— Niemniej jednak wydaje mi się, że niepotrzebnie gmatwasz tę sprawę. Jeśli Gaja, mimo innej nazwy, jest Ziemią, to — zgodnie z twoimi wcześniejszymi wywodami — okres jej obrotu wokół własnej osi powinien wynosić jeden Dzień Galaktyczny, okres obrotu wokół jej słońca — jeden Rok Galaktyczny, a poza tym powinna mieć gigantycznego satelitę, który obiega ją w okresie jednego miesiąca.

— Tak powinno być.

— No więc jak, czy Gaja spełnia te wymogi, czy nie?

— Nie wiem. W tabelach nie ma nic na ten temat.

— Tak? No to ee, Janov, lecimy na Gaje, żeby zmierzyć czas jej obrotów i zobaczyć jej satelitę?

— Bardzo bym tego chciał, Golan — Pelorat urwał na chwilę. — Kłopot w tym, że jej położenie też nie jest nigdzie dokładnie podane.

— Chcesz powiedzieć, że wszystko, co masz na ten temat, ogranicza się do nazwy? I to jest ten twój znakomity pomysł?

— No przecież właśnie dlatego chciałem przejrzeć zbiory Biblioteki Galaktycznej!

— Zaraz, zaczekaj. Mówisz, że tablice nie podają jej dokładnego położenia. A podają w ogóle jakieś informacje na ten temat?

— Umiejscawiają ją w sektorze Sayshell… ze znakiem zapytania.

— No to, Janov, nie martw się. Polecimy do sektora Sayshell i jakoś znajdziemy Gaje.


Rozdział VII

WIEŚNIAK

23.

24.

25.

<p>Rozdział VII</p> <p>WIEŚNIAK</p>
<p>23.</p>

Stor Gendibal biegł sobie wolno drogą wśród pól. Członkowie Drugiej Fundacji nie mieli raczej zwyczaju zapuszczać się na tereny zamieszkane przez rolników. Oczywiście nikt im tego nie zabraniał, ale mimo to, jeśli już ktoś z nich zaryzykował wyprawę poza teren uniwersytetu, to nie była ona daleka i nie trwała długo.

Gendibal był wyjątkiem i dawniej zastanawiał się, dlaczego. Zastanawianie się nad sobą oznaczało badanie swojego umysłu, a więc coś, co Mówca powinien był robić. Umysł Mówcy był zarazem jego bronią i tarczą, musiał więc on dbać o to, by był zawsze sprawny i gotowy tak do ataku, jak i do obrony.

Gendibal, ku swemu wielkiemu zadowoleniu, odkrył, co było powodem jego odmienności. Otóż pochodził on z planety, która była większa i chłodniejsza niż większość pozostałych zamieszkanych planet. Kiedy zatem sprowadzono go, jako młodego chłopca, na Trantor (za pośrednictwem siatki agentów Drugiej Fundacji, która wyławiała z Galaktyki dzieci o odpowiednich zdolnościach), znalazł się w słabszym polu grawitacyjnym i łagodniejszym klimacie. Nic więc dziwnego, że o wiele bardziej niż inni lubił przebywać na powietrzu.

Już w pierwszych latach swego pobytu na Trantorze zorientował się, że jest wątłej budowy ciała, toteż obawiał się, że wygodny tryb życia może z niego zrobić zupełnego słabeusza. Żeby do tego nie dopuścić, zaczął intensywnie uprawiać ćwiczenia fizyczne, które co prawda nie uczyniły z niego atlety, ale dały mu wigor i energię. Do ćwiczeń tych należały długie marsze i biegi, na co część Mówców patrzyła trochę krzywym okiem. Gendibal jednak nie przejmował się ich gadaniem i robił swoje, chociaż — w przeciwieństwie do reszty Mówców, którzy należeli do drugiego lub trzeciego pokolenia Fundacjonistów, a więc kultywowali pewne tradycje rodzinne — był człowiekiem nowym. Zresztą wszyscy oni byli starsi od niego. Czy więc można się było dziwić, że mruczą na niego?

Zgodnie ze starym zwyczajem, nikt nie krył swych myśli podczas zebrań Stołu Mówców (pozornie, gdyż rzadko się zdarzało, by któryś z Mówców nie zachował jakiegoś kącika prywatności, co oczywiście nie udawało się na dłuższą metę), więc Gendibal wiedział, że uczucie, które do niego żywią, to zawiść. Oni zresztą też o tym wiedzieli, podobnie jak Gendibal, który był w pełni świadom tego, że jego postawa wobec nich jest zdominowana przez niczym nieposkromioną ambicję. O tym też wiedzieli.

Poza rym (umysł Gendibala wrócił do powodów jego wypraw na tereny nieuniwersyteckie) spędził dzieciństwo nie na jakimś ograniczonym kawałku przestrzeni, ale na dużym, otwartym świecie o bardzo urozmaiconej rzeźbie terenu. Bardzo dobrze pamiętał żyzną dolinę, otoczoną najpiękniejszymi — jego zdaniem — górami w całej Galaktyce. Wyglądały szczególnie pięknie zimą. A zimy były tam wyjątkowo surowe. Nie zapomniał ojczystej planety i uroków — odległego już dzieciństwa. Często śnił o tamtych dniach. Czy w tej sytuacji mógł się dobrowolnie zgodzić na stałe przebywanie na paru dziesiątkach mil kwadratowych zabudowanych starodawnymi gmachami?

Biegnąc patrzył na otoczenie z pewnym lekceważeniem. Trantor był światem o łagodnym, przyjemnym klimacie, ale o monotonnym, nieciekawym krajobrazie. Mimo iż był światem rolniczym, nie był żyzną planetą. I nigdy nią nie był. Być może był to właśnie jeden z czynników, które spowodowały, że stał się centrum administracyjnym pierwszego związku planet, a potem Imperium Galaktycznego. Nie dysponował niczym, co mogłoby predestynować go do innej roli. Nie był na tyle dobry, żeby stać się czymś innym.

Po splądrowaniu Trantora jedyną rzeczą, która umożliwiła mu przetrwanie, były ogromne zasoby metali. Stał się jakby wielką kopalnią, zaopatrującą pół setki innych światów w tanią stal, aluminium, tytan, miedź i magnez, zwracając w ten sposób to, co brał od nich przez tysiące lat i eksploatując swoje zasoby w tempie sto razy szybszym, niż je poprzednio gromadził.

Miał zresztą nadal ogromne zasoby metali, ale znajdowały się one pod ziemią i były trudne do wydobycia. Tutejsi wieśniacy (którzy nigdy nie określali się mianem Trantorczyków, uważając, iż przynosi ono nieszczęście, skutkiem czego ograniczało się ono tylko do członków Drugiej Fundacji) stracili ochotę do zajmowania się metalem. Niewątpliwie był to zwykły przesąd.

Zresztą było to głupie. Metal, który pozostał pod ziemią, mógł zatruwać glebę i jeszcze bardziej obniżać jej żyzność. Ale, z drugiej strony, gospodarstwa były bardzo rozproszone, tak że wszystkie mogły utrzymać się z uprawy roli. No, a poza tym, zawsze jednak sprzedawano innym światom pewne ilości metali.

Gendibal błądził wzrokiem po rozległej, płaskiej aż po horyzont równinie. Na Trantorze, jak niemal na wszystkich zamieszkanych planetach, nadal trwały procesy geologiczne, ale minęło już przynajmniej sto milionów lat od ostatniego poważniejszego okresu górotwórczego. Wszystkie istniejące niegdyś na Trantorze góry zmieniły się, w wyniku erozji, w łagodne wzgórza. Zresztą wiele z nich zostało zrównanych w okresie, kiedy pokrywano planetę metalowym płaszczem.

Na południu, poza zasięgiem wzroku, znajdowała się Zatoka Stołeczna, a za nią rozciągał się Ocean Wschodni. Zarówno zatoka, jak i ocean pojawiły się ponownie po zniszczeniu podziemnych zbiorników.

Na północy wznosiły się wieżowce Uniwersytetu Galaktycznego, zasłaniające niską, lecz rozległą Bibliotekę (której większa część znajdowała się pod ziemią) i szczątki Pałacu Imperatora, leżącego jeszcze dalej na północ.

Po obu stronach drogi rozciągały się pola, na których tu i ówdzie rozrzucone były budynki gospodarstw. Mijał stada bydła, kóz, kur i innych zwierząt domowych, jakie można było znaleźć w każdym gospodarstwie na Trantorze. Nie zwracały na niego uwagi.

Gendibal pomyślał przelotnie, że zwierzęta te można spotkać w całej Galaktyce, na każdej z ogromnej liczby zasiedlonych planet, i że na żadnych dwu światach nie są one dokładnie takie same. Przypomniał sobie kozy ze swej rodzinnej planety, szczególnie jedną, łagodną kózkę, którą sam doił. Były większe i bardziej uparte niż te małe, filozoficznie nastawione przeżuwacze, które sprowadzono na Trantor po Wielkiej Grabieży. Na zamieszkanych światach Galaktyki wyhodowano prawie nieprzeliczoną liczbę ras wszystkich gatunków zwierząt domowych i na każdej planecie znalazł się zawsze jakiś mądrala, który udowadniał, że ta właśnie konkretna rasa jest najlepsza ze względu na mięso, wełnę, jaja czy jeszcze coś innego.

Jak zwykle, nie było w polu widzenia żadnego Tutejszego. Gendibal miał wrażenie, że wieśniacy celowo unikali spotkania z tymi, których określali mianem „badawców”.

Zerknął na słońce. Znajdowało się dość wysoko na niebie, ale j ego promienie nie były palące. W tej szerokości geograficznej panowało zawsze przyjemne ciepło, nie było upałów ani przenikliwego zimna (Gendibalowi nawet brakowało czasami szczypiących mrozów, a może tak mu się tylko wydawało. Od przybycia na Trantor nigdy nie odwiedził swego ojczystego świata. Być może dlatego — przyznawał sam przed sobą — że obawiał się rozczarowania). Czuł przyjemne napięcie rozgrzanych mięśni, zdecydował więc, że starczy już biegu. Zaczął spokojnie iść, oddychając głęboko.

Był teraz gotów stawić czoła walnemu zgromadzeniu Mówców i przeforsować zmianę polityki, zmienić ich nastawienie, by uświadomili sobie zagrożenie narastające ze strony Pierwszej Fundacji i nie tylko, by przestali wreszcie ślepo wierzyć w „bezbłędne” działanie Planu. Kiedy wreszcie zrozumieją, że ta bezbłędność jest właśnie najpewniejszą oznaką zbliżającego się niebezpieczeństwa?

Wiedział, że gdyby przedstawił to ktoś inny, ktokolwiek, byle nie on, to projekt zostałby przyjęty bez większych sprzeciwów. Tak jednak, jak się rzeczy miały, nie obejdzie się bez protestów, ale projekt i tak przejdzie, bo ma poparcie starego Shandessa. Shandess na pewno się nie wycofa, bo nie chciałby figurować w przyszłych podręcznikach historii jako ten Pierwszy Mówca, za którego kadencji Druga Fundacja straciła swe znaczenie. Tutejszy!

Gendibal był zaskoczony. Wyczuł umysł, zanim zobaczył osobę. Był to umysł Tutejszego — prostacki umysł nieokrzesanego wieśniaka. Gendibal wycofał się ostrożnie z jego jaźni, zostawiając ślad tak nikły, że praktycznie nie do wykrycia. W tym względzie obowiązywały w Drugiej Fundacji surowe zasady. Wieśniacy nieświadomie tworzyli osłonę dla nich. Musieli pozostać nietknięci, a w każdym razie należało ingerencje ograniczyć do niezbędnego minimum.

Nikt, kto przybywał na Trantor w celach handlowych czy turystycznych, nie widział nigdy nikogo poza wieśniakami i ewentualnie paroma żyjącymi przeszłością uczonymi. Wystarczyło usunąć wieśniaków albo zacząć ingerować w ich psychikę, by owi uczeni zaczęli nagle być widoczni. Skutki byłyby straszliwe. (Było to jedno z klasycznych ćwiczeń, które nowo przyjęci na uniwersytet musieli rozwiązać sami. Pierwszy Radiant pokazywał, że dewiacje, do których doszłoby w wyniku niewielkiej nawet ingerencji w psychikę wieśniaków, byłyby ogromne.)

Gendibal ujrzał go. Był to na pewno wieśniak, stuprocentowy Tutejszy. Wydawał się prawie karykaturą chłopa trantorskiego — wysoki, potężny w ramionach, o ogorzałej cerze, ciemnych włosach i oczach. Poruszał się niezgrabnie, wielkimi krokami. Miał na sobie prosty ubiór z grubego materiału. Ramiona miał gołe. Gendibalowi wydawało się, że cały przesiąknięty jest zapachem obory. (Tylko bez wyższości — pomyślał. — Preem Palver nie miał nic przeciwko graniu roli wieśniaka, kiedy okazało się to potrzebne dla zrealizowania jego planu. Zresztą było w nim coś z wieśniaka — był niski i przysadzisty. To jego umysł, nie wygląd, wprowadził w błąd kilkunastoletnią Arkadię.)

Wieśniak szedł w jego kierunku, stąpając ciężko i patrząc mu prosto w twarz — co spowodowało, że Gendibal zmarszczył czoło. Żaden Tutejszy ani Tutejsza nie odważyli się nigdy patrzeć na niego w ten sposób. Nawet dzieci uciekały i przyglądały się dopiero z bezpiecznej odległości.

Gendibal nie zwolnił kroku. Było dość miejsca, żeby minąć tamtego bez słowa, a nawet bez patrzenia na niego i zdecydował się, że tak będzie najlepiej. Postanowił trzymać się z daleka od umysłu wieśniaka.

Zszedł na bok drogi, ale wieśniak wyraźnie nie miał zamiaru go minąć. Stanął, rozstawił szeroko nogi, rozpostarł potężne ramiona, jakby chciał mu zagrodzić przejście i rzekł tubalnym głosem: — Hej, ty! Ty badawca?

Wbrew swemu wcześniejszemu postanowieniu, Gendibal nie mógł się powstrzymać od wysondowania zamiarów chłopa. Wyczuł w nim wyraźną chęć do zwady. Zatrzymał się. Nie mógł w tej sytuacji przejść bez słowa, choć rozmowa z wieśniakiem musiała być, sama w sobie, bardzo męcząca. Dla kogoś, kto jak on przywykł do bezpośredniej, szybkiej i precyzyjnej wymiany myśli, kto w niewielkim stopniu korzystał z głosu, mimiki i gestów, wypowiadanie się tylko za pomocą kombinacji słów było czynnością bardzo uciążliwą. Było to zupełnie tak, jakby próbował podważyć głaz ramieniem, gdy tymczasem tuż obok leżał i aż prosił się o użycie poręczny łom.

— Tak, jestem badaczem — powiedział spokojnym głosem, starannie ukrywając zniecierpliwienie i gniew, Gendibal.

— Ooo! Jestem badawco… Po jakiemu to gada! Co, ja oczów ni mam, czy co? Toć widzę, że badawca. Jestem badawco! — pochylił nagle głowę w szyderczym ukłonie. — Taki blady chudziak z pomarszczono gembo, co się tak wypina, to niby chto ma być?

— Czego chcesz ode mnie, Tutejszy? — spytał Gendibal, nie zmieniając tonu.

— Rufirant mnie wołają. Karoll — mówił osiłek z coraz silniejszym tutejszym akcentem, gardłowo wymawiając „r”.

— Czego ode mnie chcesz, Karollu Rufirant? — powtórzył Gendibal.

— A ciebie, badawca, jak wołają?

— A co to ma do rzeczy? Możesz dalej mówić do mnie „badawca”.

— Jak się pytam, chudziaku, to musi, co ma do rzeczy.

— No dobrze. Jestem Stor Gendibal. A teraz muszę już iść do swojej pracy.

— Do jakiej pracy?

Gendibal poczuł, że jeżą mu się włosy na karku. Czuł inne umysły. Nie musiał się odwracać. Wiedział, że stoi za nim jeszcze trzech Tutejszych. A dalej byli jeszcze inni. Zapach, który wydzielali, stawał się coraz bardziej intensywny.

— Nic ci do mojej pracy, Karollu Rufirant.

— Tak gadasz? Chłopy, on gada, co nic nam do jego pracy!

Z tylu rozległ się śmiech, a potem ktoś powiedział: — Dobrze gada, bo się babra w ksionżkach i pucuje konfuter. To nie je robota la chłopa.

— Nieważne, czym się zajmuję. Teraz idę do swojej pracy — rzekł stanowczo Gendibal.

— Taa? A jak niby to zrobisz, chudziaku? — zarechotał Rufirant.

— Zwyczajnie. Pójdę dalej przed siebie.

— A jak ja cię zatrzymie, to co? Ni masz stracha?

— Wy mnie zatrzymacie? A może ty sam jeden? — Gendibal przeszedł nagle na gwarę Tutejszych. — Ni masz stracha?

Prawdę mówiąc, nie powinien był się tak odzywać, gdyż mógł w ten sposób jeszcze bardziej rozdrażnić osiłka, ale jeśli chciał uniknąć bezpośredniej ingerencji w ich umysły, to nie mógł dopuścić do tego, by rzucili się na niego wszyscy naraz.

Podziałało. Twarz Rufiranta wydłużyła się. — Jak tu chto ma stracha, to ty. Chłopy, zróbta miejsce. Odsuńta się, niech przejdzie i zobaczy, czy ja mam stracha. — Rozłożył swe potężne ramiona i odsunął resztę na boki.

Gendibal nie obawiał się pięściarskich umiejętności przeciwnika, ale zawsze istniała możliwość, że na jego szczęce wyląduje potężny cios. Podszedł do niego ostrożnie, zająwszy się jednocześnie delikatnie jego mózgiem. Nie zmienił w nim wiele — było to zaledwie muśnięcie — ale wystarczyło, by spowolnić reakcje tego akurat fałdu, który decydował o walce. Potem szybko wycofał się i zajął się resztą Tutejszych, których przybywało coraz więcej. Myśl Gendibala uderzała precyzyjnie i szybko wycofywała się, nie zatrzymując się w żadnym z mózgów na tyle długo, by zostawić jakiś ślad jego ingerencji, ale wystarczająco długo, by wykryć tam coś, co mogłoby mu się przydać.

Zbliżał się do wieśniaka jak kot, stąpając miękko i ostrożnie. Był czujny, ale jednocześnie rozluźniony, gdyż wiedział, że nikt inny nie wmiesza się do bójki.

Rufirant nagle uderzył potężnie, ale Gendibal odczytał ten zamiar w jego mózgu, zanim zdążył się napiąć choćby jeden jego mięsień i zrobił unik. Cios przeszedł tuż obok głowy. Gendibal stał nietknięty. Reszta wydala przeciągłe westchnienie.

Gendibal nie próbował odparować ciosu ani odpowiedzieć kontratakiem. Nie mógł zablokować uderzenia nie ryzykując przy tym sparaliżowania całej ręki, a kontratak nie zdałby się na nic, bo wieśniak wytrzymałby jego cios bez trudu.

Mógł tylko robić uniki, jak przed atakiem rozjuszonego byka. Mogło to zawstydzić przeciwnika i sprawić, że da mu spokój, podczas gdy jakiekolwiek uderzenie rozjuszyłoby, go na pewno jeszcze bardziej.

Rufirant jednak nie dawał za wygraną. Pieniąc się i rycząc z wściekłości, usiłował dosięgnąć Gendibala. Ten jednak uprzedzał każdy cios, odchylając się albo odskakując na boki. Cios — unik. Cios — unik.

Oddech Gendibala stawał się coraz bardziej świszczący. Walka nie wymagała z jego strony dużego fizycznego wysiłku, ale ciągłe, śledzenie pracy mózgu Rufiranta z zachowaniem ostrożności, by nie zostawić tam żadnych śladów ingerencji, było niezwykle wyczerpujące. Wiedział, że nie wytrzyma już długo.

Powiedział więc, starając się, by wypadło to jak najbardziej spokojnie i jednocześnie próbując jak najdelikatniej wpłynąć na mechanizm blokujący uczucie strachu, by wyzwolił stłumiony teraz co prawda, ale na pewno głęboko zakodowany w umyśle Rufiranta przesądny lęk przed badaczami:

— Teraz idę do swojej pracy.

Twarz Rufiranta wykrzywił grymas wściekłości, ale na chwilę osiłek zastygł w bezruchu. Gendibal śledził jego myśli. „Ten chudziak — badawca rozpływa się w powietrzu… to jakieś czary”. Gendibal czuł, że w umyśle Rufiranta rodzi się lęk i za chwilę…

Ale nagły przypływ wściekłości stłumił lęk. Rufirant wrzasnął:

— Chłopy! Badawca się miga. Skaka, robi uniki i śmieje się z nas. Nie bije się jak chłop. Złapta go i trzymajta. Bedziem się bić po naszemu. Cios za cios. Niech on wali pierwszy, ja będę… ja będę ostatni.

Gendibal dostrzegł luki w otaczającej go ciżbie. Jego jedyną szansą było utrzymanie jakiejś luki na tyle długo, by zdążył się wymknąć i uciec, ufając swej szybkości i umiejętności powstrzymania na moment wieśniaków przed udaniem się za nim w pościg.

Jego myśli uwijały się wśród wieśniaków, to doskakując, to cofając się, aż wydawało mu się, że mózg drętwieje mu z wysiłku.

Na próżno. Było ich zbyt wielu, a bezwzględna konieczność ścisłego przestrzegania zasad obowiązujących członków Drugiej Fundacji nie pozwalała na podjęcie bardziej stanowczej akcji.

Poczuł dłonie na ramionach. Mieli go.

Musiałby opanować przynajmniej kilka mózgów. Byłoby to niewybaczalne pogwałcenie zasad i koniec jego kariery. Ale zagrożone było jego życie, już nie kariera, lecz życie.

Jak mogło dojść do tego?

<p>24.</p>

Otwarcie posiedzenia Stołu Mówców przeciągało się, bo członkowie nie stawili się w komplecie.

Nie było zwyczaju czekać na spóźnionych Mówców. Zresztą, tak czy inaczej, zgromadzeni nie mieli na to ochoty. Stor Gendibal był najmłodszy z nich, a w dodatku zdawał się nie dostrzegać tego faktu albo nie rozumieć jego konsekwencji. Zachowywał się tak, jakby młodość była cnotą samą w sobie, a wiek dojrzały i podeszły dyskwalifikował człowieka, w każdym razie pozwalał go lekceważyć. Gendibal nie cieszył się sympatią innych Mówców. Szczerze mówiąc, on, Shandess, też nie darzył go zbytnią sympatią.

Ale nie sympatia miała być tematem obrad.

Jego rozmyślania przerwała Delora Delarmi. Patrzyła na niego swymi dużymi niebieskimi oczami. Wyglądała jak wcielenie niewinności, ale jej okrągła, przyjazna twarz kryła (przed wszystkimi oprócz towarzyszy z Drugiej Fundacji) przenikliwy umysł zdolny do niezwykłej koncentracji i niemiły charakter.

— Czekamy jeszcze, Pierwszy Mówco? — spytała z uśmiechem (zebranie formalnie jeszcze się nie rozpoczęło, mogła więc zacząć rozmowę, choć inny Mówca może zaczekałby, aż zabierze głos Shandess, któremu należało się to z racji jego stanowiska potwierdzonego tytułem.)

Mimo jej niezbyt uprzejmego odezwania, Shandess spojrzał na nią rozbrajająco.

— W normalnej sytuacji nie czekalibyśmy, Mówco Delarmi, ale ponieważ zebraliśmy się tu specjalnie po to, aby wysłuchać Mówcy Gendibala, wypada zrobić pewne odstępstwo od reguł i zaczekać.

— A gdzie on teraz jest, Pierwszy Mówco?

— Tego nie wiem, Mówco Delarmi.

Delarmi popatrzyła na twarze siedzących wokół prostokątnego stołu. Był tam Pierwszy Mówca i dziesięciu (a powinno być jedenastu) pozostałych członków Stołu. Cały Stół składał się zaledwie z dwunastu osób. W ciągu pięciuset lat Druga Fundacja wzrosła w siłę, rozszerzyły się jej wpływy i obowiązki, ale rada nadal liczyła dwanaście osób.

Było ich dwunastu po śmierci Seldona, kiedy ustanowił ten organ drugi z kolei Pierwszy Mówca (Seldon był zawsze uważany za pierwszego), i dwunastu pozostało. Nie powiodły się żadne próby zwiększenia składu Stołu.

Dlaczego akurat dwunastu? Liczba ta dawała się łatwo podzielić na grupy o identycznej liczebności. Zatem rada była wystarczająco mała, aby mogła się zbierać w całości i wystarczająco duża, aby pracować w podgrupach. Gdyby członków było więcej, rada byłaby zbyt ociężała i mało sprawna, gdyby ich było mniej, byłaby za mało elastyczna.

Takie były oficjalne wyjaśnienia. W rzeczywistości nikt naprawdę nie wiedział, dlaczego zdecydowano się na tę właśnie liczbę ani dlaczego musiała ona pozostać niezmienna. No cóż, nawet Druga Fundacja mogła być bardzo przywiązana do pewnych tradycji.

Rozmyślania te zajęły Delarmi dokładnie tyle czasu, ile potrzebowała na to, aby obrzucić spojrzeniem wszystkie twarze i ogarnąć myślą wszystkie umysły, czyli jedną chwilę. Na koniec popatrzyła szyderczo na puste miejsce, miejsce dla najmłodszego członka rady.

Stwierdziła z zadowoleniem, że Gendibal nie cieszy się sympatią członków rady. Zawsze uważała, że ma on akurat tyle wdzięku, co stonoga i że powinien być jak stonoga traktowany. Jak dotąd, tylko jego niekwestionowany przez nikogo talent powstrzymywał Mówców od otwartego wystąpienia z wnioskiem o usunięcie go ze składu rady (w całej pięćsetletniej historii Drugiej Fundacji zdarzyły się tylko dwa wypadki postawienia Mówców w stan oskarżenia, ale żadnemu z nich nie udowodniono winy).

Jednakże tak oczywiste zlekceważenie rady jak opuszczenie jej posiedzenia było wykroczeniem poważniejszym niż jakakolwiek zniewaga i Delarmi z satysfakcją stwierdziła, że nastroje zebranych zbliżyły się do punktu, w którym żądanie przeprowadzenia rozprawy nad Gendibalem będzie sprawą chwili.

— Pierwszy Mówco — powiedziała — jeśli nie wiesz, gdzie znajduje się Mówca Gendibal, to z chęcią poinformuję cię o tym.

— Słucham.

— Któż spośród nas nie wie, że ten młody człowiek (mówiąc o nim, pominęła jego tytuł, co oczywiście zostało przez wszystkich zauważone) ma stale jakieś konszachty z Tutejszymi? Nie wnikam w to, jakiego rodzaju są to sprawy, ale jest teraz wśród nich i, jak widać, uważa to za ważniejsze niż posiedzenie rady.

— Zdaje mi się — odezwał się któryś z Mówców — że on po prostu uprawia biegi czy marsze, traktując to jako pewnego rodzaju ćwiczenia fizyczne.

Delarmi znów się uśmiechnęła. Lubiła się uśmiechać. Nic to ją nie kosztowało. — Uniwersytet, Biblioteka, pałac i cały rejon wokół tych budynków należą do nas. W porównaniu z całą planetą, jest to co prawda obszar niewielki, ale — myślę — wystarczająco duży dla uprawiania ćwiczeń fizycznych. Pierwszy Mówco, — nie moglibyśmy już zacząć?

Pierwszy Mówca westchnął w głębi duszy. Miał wystarczające uprawnienia, aby zmusić radę do dalszego czekania, a nawet odroczyć zebranie do czasu, aż zjawi się Gendibal. Jednakże żaden Pierwszy Mówca nie mógł działać sprawnie bez przynajmniej biernego poparcia innych Mówców, więc zawsze lepiej było nie irytować ich. Nawet Preem Palver bywał czasami zmuszony uciekać się do pochlebstw, by przeprowadzić swój projekt. A poza tym nieobecność Gendibala zaczynała denerwować nawet Pierwszego Mówcę. Ten młody Mówca mógłby wreszcie pojąć, że sam nie stanowi praw dla siebie.

Więc teraz przemówił już oficjalnie jako Pierwszy Mówca, jako ten, który zabiera głos pierwszy:

— Zaczniemy. Mówca Gendibal przedstawił kilka wstrząsających wniosków, do których doszedł na podstawie analizy danych Pierwszego Radianta. Uważa on, że istnieje jakaś organizacja, która dba o realizację Planu Seldona bardziej skutecznie niż my i czyni to dla swoich własnych celów. Dlatego musimy, jego zdaniem, dowiedzieć się czegoś więcej o tej organizacji i przedsięwziąć środki obrony. Wszyscy zostaliście o tym poinformowani, a to zebranie ma wam dać możliwość zwrócenia się do Mówcy Gendibala z ewentualnymi pytaniami oraz posłużyć nam dla wypracowania wytycznych co do naszej przyszłej polityki.

Prawdę mówiąc, nie musiał mówić aż tyle. Myślał otwarcie, więc wszyscy wiedzieli, o co chodzi.

Jego przemówienie było po prostu kurtuazyjnym gestem.

Delarmi rozejrzała się szybko. Pozostała dziesiątka wydawała się zadowolona, że wzięła na siebie rolę rzecznika przeciwników Gendibala. — Ale Gendibal (znowu opuściła jego tytuł) nie wie i nie potrafi powiedzieć, co to za organizacja ani kto ją stworzył — rzekła.

Było to niedwuznaczne, niemal obraźliwe stwierdzenie i znaczyło tyle, co „Po co tyle gadasz, i tak wiem, co myślisz”.

Pierwszy Mówca oczywiście natychmiast zrozumiał jej intencje, ale szybko zdecydował, że lepiej będzie zignorować obelgę.

— Fakt, że Mówca Gendibal (w przeciwieństwie do Delarmi, Shandess ani razu nie pominął jego tytułu, ale też nie podkreślał tego faktu, akcentując ów tytuł zbyt mocno) nie wie i nie potrafi powiedzieć, co to za organizacja, nie znaczy, że organizacja taka nie istnieje. Ludzie z Pierwszej Fundacji przez bardzo długi czas absolutnie nic o nas nie wiedzieli, a i teraz wiedzą prawie tyle, co nic. Czy to znaczy, że my nie istniejemy?

— Z tego, że nic o nas nie wiedzą, chociaż istniejemy, wcale nie wynika, że po to, żeby coś istniało wystarczy, żeby nikt o tym nic nie wiedział — powiedziała Delarmi i roześmiała się beztrosko.

— Faktycznie. I właśnie dlatego trzeba dokładnie przeanalizować twierdzenie Mówcy Gendibala. Opiera się ono na ścisłych wyliczeniach, które sam przestudiowałem i z którymi wy wszyscy też powinniście się zapoznać. Usilnie was o to proszę. Nie jest to wywód (zastanawiał się przez ułamek sekundy nad doborem stanu umysłu, który najlepiej oddawałby jego zdanie) nieprzekonywający.

— A ten człowiek z Pierwszej Fundacji, Golan Trevize, o którym myślisz, ale którego nie wymieniasz? — spytała Delarmi. (Był to kolejny nietakt i tym razem Pierwszy Mówca nieco się zarumienił.) — Co on ma z tym wspólnego?

— Zdaniem Mówcy Gendibala — odparł Shandess — ten człowiek, Trevize, jest narzędziem, być może nieświadomym, w rękach tej organizacji i dlatego musimy na niego zwrócić uwagę.

— Jeśli — powiedziała Delarmi, poprawiając się na krześle i odgarniając z czoła swe siwiejące włosy — ta organizacja istnieje, bez względu na to, czym faktycznie jest, jeśli dysponuje tak potężnymi i niebezpiecznymi dla nas możliwościami wpływania na psychikę innych i jeśli się tak starannie kryje, to dlaczego miałaby się posłużyć tak otwarcie osobą tak znaną jak radny z Pierwszej Fundacji? Czy to prawdopodobne?

— Można by pomyśleć, że nie — odparł poważnie Pierwszy Mówca. — A jednak zauważyłem coś bardzo niepokojącego. Nie rozumiem tego. — Niemal bezwiednie ukrył tę myśl, jakby zawstydzony, że mogą ją zauważyć.

Zauważyli to wszyscy Mówcy i, zgodnie z rygorystycznie przestrzeganą zasadą, uszanowali jego prawo do ukrycia uczucia wstydu. Zrobiła to również Delarmi, ale z wyraźną irytacją. Powiedziała, używając wymaganej w takiej sytuacji formułki: — Prosimy, żebyś podzielił się z nami swoimi myślami, jako że rozumiemy i wybaczamy twoje zawstydzenie.

— Tak jak wy — rzekł na to Pierwszy Mówca — nie rozumiem na jakiej podstawie można podejrzewać radnego Trevize o to, że jest narzędziem w rękach innej organizacji. Nie rozumiem też w jakim celu mieliby się nim posłużyć, gdyby rzeczywiście był ich narzędziem. Jednak Mówca Gendibal wydaje się całkowicie pewny swego, a nie można lekceważyć intuicyjnego przeczucia u kogoś, kto został przygotowany do roli Mówcy. Dlatego też spróbowałem zastosować Plan do Trevizego.

— Do jednej osoby? — spytał któryś z Mówców z zaskoczeniem i z miejsca wyraził skruchę za towarzyszącą pytaniu myśl, która była dokładnym odpowiednikiem okrzyku „Co za głupiec!”.

— Do jednej osoby — odparł Pierwszy Mówca. — Masz rację. Co za głupiec ze mnie! Wiem bardzo dobrze, że Plan nie może być stosowany w odniesieniu do pojedynczych osób ani nawet w odniesieniu do niewielkich grup ludzi. Niemniej, byłem ciekaw. Wyekstrapolowałem interpersonalne punkty przecięcia znacznie poza dopuszczalne granice, ale zrobiłem to na szesnaście różnych sposobów. Uzyskałem w ten sposób coś, co można raczej określić mianem rejonu niż punktu. Potem wykorzystałem wszystko, co wiemy o Trevizem — radny Pierwszej Fundacji nie jest osobą zupełnie nieznaną — i o burmistrzu Fundacji. Następnie wrzuciłem to wszystko razem, pomieszane — obawiam się — jak groch ż kapustą… — przerwał.

— No i? — spytała Delarmi. — Wnoszę z tego, że… Czy wyniki były zaskakujące?

— Jak można było przypuszczać, nie było żadnych wyników — odparł Pierwszy Mówca. — Nic nie można zrobić, jeśli chodzi o pojedynczą osobę, a jednak… a jednak…

— A jednak co?

— Od czterdziestu lat analizuję wyniki i doszedłem do tego, że zupełnie wyraźnie przeczuwam, jakie one będą, zanim jeszcze je uzyskam. Bardzo rzadko zdarza mi się pomylić. Otóż w tym przypadku, mimo iż nie uzyskałem żadnych wyników, czuję, że Gendibal ma rację i że nie można Trevizego zostawić samego sobie.

— A dlaczegóż to, Pierwszy Mówco? — spytała Delarmi, wyraźnie zaskoczona intensywnością tego uczucia promieniującą od Pierwszego Mówcy.

— Wstyd mi — rzekł Pierwszy Mówca — że uległem pokusie użycia Planu do celu, do którego nie jest przeznaczony. Wstyd mi, że pozwalam sobie kierować się czystą intuicją… Ale muszę tak postępować, bo jestem o tym wewnętrznie przekonany. Jeśli Mówca Gendibal ma rację, jeśli grozi nam niebezpieczeństwo z niewiadomego kierunku, to czuję, że gdy nadejdzie czas rozstrzygnięć, osobą, która będzie miała w ręku atutową kartę i rozegra ją, będzie właśnie Trevize.

— A na jakiej podstawie opierasz to przeczucie. Pierwszy Mówco? — spytała zaskoczona Delarmi.

Pierwszy Mówca, Shandess popatrzył na zebranych z przygnębieniem. — Niestety, nie mam do tego żadnych racjonalnych podstaw. Obliczenia psychohistoryczne nic nie wykazały, ale kiedy śledziłem grę zależności różnych czynników, wydało mi się, że kluczem do wszystkiego jest Trevize. Trzeba uważać na tego młodego człowieka.

<p>25.</p>

Gendibal wiedział, że nie zdąży wrócić przed rozpoczęciem posiedzenia Rady. Być może nigdy już nie wróci.

Trzymali go mocno. Rozpaczliwie starał się zorientować, jak najlepiej zmusić ich do puszczenia go.

Stanął przed nim Rufirant z triumfującą miną.

— No co, badawca, możem zaczynać? Cios za cios, po tutejszemu. No to ju, ty mniejszy, to wal pierwszy.

— A ciebie kto będzie trzymał, jak mnie tu trzymią? — powiedział Gendibal.

— Puśćta go — rzekł Rufirant. — Nie, nie. Tyło rence. Puśćta rence, ale trzymajta za nogi. Co by nie skakał.

Gendibal czuł się tak, jakby przyszpilono go do ziemi. Ręce miał wolne.

— No wal, badawca! — krzyknął Rufirant. — Uderz mnie.

I właśnie w tym momencie umysł Gendibala znalazł coś, czego mu było trzeba — oburzenie, litość i uczucie, że dzieje się niesprawiedliwość. Nie miał wyboru — musiał zaryzykować i bezpośrednio wzmocnić to uczucie, a potem improwizować w oparciu o…

Nie było takiej potrzeby. Nie zdążył nawet dotknąć tego umysłu, a mimo to reakcja była taka, jakiej sobie życzył. Dokładnie taka.

Zauważył nagle niewielką, krępą postać o długich, splątanych czarnych włosach i wyciągniętych rękach, która przepychała się gwałtownie w stronę jego przeciwnika.

Była to kobieta. Gendibal pomyślał ponuro, że fakt, iż zdał sobie sprawę z jej obecności dopiero w chwili kiedy ją zobaczył, najlepiej świadczył o jego napięciu i zaabsorbowaniu sytuacją.

— Rufirant! — wrzasnęła na wieśniaka. — Taki byk i taki tchórz! Cios za cios, po tutejszemu? Toć ty dwa razy wienkszy od tego badawcy. Ze mno by ci poszło trudniej! A to ci dopiro chwała stłuc takiego kurdupla! Bedo cię pokazować palcamy i gadać „Ło, to ten Rufirant, co leje dzieciaków”. Śmiać się z ciebie bedo, nicht porzondny się z tobo nie napije i żadna dziewucha nie będzie chciała z tobo gadać.

Rufirant próbował powstrzymać ten potok słów, zasłaniając się przed jej ciosami i mówiąc pojednawczo: — No co ty, Sura. No co ty, Sura.

Gendibal uświadomił sobie, że nikt go już nie trzyma, że Rufirant już nie patrzy na niego, że umysły zebranych nie są już zwrócone na niego.

Sura też nie zwracała na niego uwagi. Jej wściekłość skupiła się tylko na Rufirancie. Doszedłszy do siebie, Gendibal zastanawiał się jakich użyć środków, aby podtrzymać jej wściekłość i spotęgować uczucie wstydu ogarniające umysł Rufiranta, nie zostawiając przy tym żadnego śladu swojej ingerencji, ale i tym razem okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

— Cofnijta się wszystkie — powiedziała jego wybawicielka. — Patrzajta no, to nie wystarczy, że ten byk Rufirant je jak olbrzym przy tym głodomorze, ale jeszcze pomaga mu z pieńciu abo i sześciu chłopów. No, idźta tera do domu się chwalić jakie z was bohatery, jak lejeta dzieciaków! Idź jeden z drugim i powiedz: „Ja trzymał tego kurdupla za renkie, jak Rufirant walnoł go w pysk”. A ty powiedz: „Ale ja go trzymał za nogie, to i ja sławny”. A ty, Rufirant, powiedz: „Ja go nie mog sam dostać, ale moje kumple go przytrzymali we sześciu i dał ja mu manto”.

— Ale co ty, Sura — prawie jęknął Rufirant — ja jemu powiedział, co by on lał pierwszy.

— No i bojał ty się jego cienkich renków, co? Chodźta. Niech se idzie, dzie ma iść, a wy wracajta do domów, żeli was tam bedo chcieli widzieć. Chcielibyśta teraz, żeby nalepi zapomnieli jakie z was bohatery. Akurat! Jak mnie jeszcze barziej zgniewa — ta, to się wszystkie naobkoło o tem dowiedzo.

Oddalili się grupkami, cicho i ze spuszczonymi głowami, nie oglądając się za siebie.

Gendibal popatrzył za nimi, a potem przeniósł wzrok na kobietę. Była ubrana w bluzę i spodnie, na nogach miała proste obuwie. Jej twarz była mokra od potu. Ciężko oddychała. Miała dość duży nos, ciężkie piersi (co było widać mimo luźnej bluzy) i gołe, muskularne ramiona. No cóż, kobiety tutejsze pracowały w polu razem z mężczyznami.

Patrzyła na niego surowo, ująwszy się pod boki. — No, badawca, czemu tu jeszcze stoisz. Idź do Miejsca Badawców. Boisz się? Chcesz, żeby cię odprowadzić?

Gendibal czuł zapach potu bijący od dawno nie pranej odzieży, ale w tych okolicznościach byłoby grubiaństwem i niewdzięcznością okazać, że budzi w nim to wstręt.

— Dziękuję, panno Sura…

— Nazywam się Novi — powiedziała szorstko. — Sura Novi. Może mówić Novi. Nie trza nic dodawać.

— Dziękuję ci, Novi. Bardzo mi pomogłaś. Cieszę się, że chcesz mnie odprowadzić, ale nie dlatego, że się boję, tylko dlatego, że to będzie dla mnie prawdziwa przyjemność. — Ukłonił się z wdziękiem, jak gdyby była młodą damą z uniwersytetu.

Novi zarumieniła się. Zawahała się chwilę, a potem, starając się naśladować go, oddała mu niezgrabnie ukłon. — Przyjemność …będzie po mojej stronie — powiedziała wolno, jakby szukając słów, które dobrze wyraziłyby, co czuje i pokazały, że nie jest pozbawiona ogłady.

Poszli spacerkiem. Gendibal zdawał sobie sprawę z tego, że każdy krok w tym tempie coraz bardziej zwiększa jego i tak niewybaczalne spóźnienie na zebranie, ale ponieważ zdążył już sobie przemyśleć to, co się wydarzyło, fakt, że spóźnienie rośnie, napawał go zimną satysfakcją.

Zaczęły się już wyłaniać z oddali budynki uniwersyteckie, kiedy Sura zatrzymała się i rzekła z ociąganiem: — Panie badawca…

Gendibal pomyślał, że w miarę jak zbliżają się do tego, co określała mianem Miejsca Badawców, stawała się coraz grzeczniejsza. Naszła go ochota, aby powiedzieć „Nie mówisz już do mnie «kurduplu»?”, ale powstrzymał się, gdyż na pewno niesamowicie by ją to zmieszało.

— Słucham, Novi.

— Barzo pienknie i bogato je w Miejscu Badawców?

— Jest przyjemnie — odparł Gendibal.

— Ja se tak kiedyś roiła, co ja je tam. I… i co ja jest badawca.

— Kiedyś pokażę ci je — rzekł Gendibal uprzejmie.

Jej spojrzenie wymownie świadczyło, że nie wzięła tego za zwykłą uprzejmość. — Ja umie pisać — powiedziała. — Nauczyciel mię nauczył. Jak napisze list do was — starała się, by zabrzmiało to obojętnie — to co mam zaznaczyć, żeby do was doszedł?

— Po prostu „Dom Mówców, pokój nr 27”. Na pewno dojdzie. Ale teraz muszę już iść, Novi.

Ponownie ukłonił się i ponownie starała się naśladować jego ruch. Poszli w przeciwnych kierunkach i Gendibal z miejsca przestał o niej myśleć. Teraz myślał o posiedzeniu Stołu Mówców, a szczególnie o Mówczyni Delorze Delarmi. Jego myśli nie były przyjazne.


23.

<p>23.</p>

Stor Gendibal biegł sobie wolno drogą wśród pól. Członkowie Drugiej Fundacji nie mieli raczej zwyczaju zapuszczać się na tereny zamieszkane przez rolników. Oczywiście nikt im tego nie zabraniał, ale mimo to, jeśli już ktoś z nich zaryzykował wyprawę poza teren uniwersytetu, to nie była ona daleka i nie trwała długo.

Gendibal był wyjątkiem i dawniej zastanawiał się, dlaczego. Zastanawianie się nad sobą oznaczało badanie swojego umysłu, a więc coś, co Mówca powinien był robić. Umysł Mówcy był zarazem jego bronią i tarczą, musiał więc on dbać o to, by był zawsze sprawny i gotowy tak do ataku, jak i do obrony.

Gendibal, ku swemu wielkiemu zadowoleniu, odkrył, co było powodem jego odmienności. Otóż pochodził on z planety, która była większa i chłodniejsza niż większość pozostałych zamieszkanych planet. Kiedy zatem sprowadzono go, jako młodego chłopca, na Trantor (za pośrednictwem siatki agentów Drugiej Fundacji, która wyławiała z Galaktyki dzieci o odpowiednich zdolnościach), znalazł się w słabszym polu grawitacyjnym i łagodniejszym klimacie. Nic więc dziwnego, że o wiele bardziej niż inni lubił przebywać na powietrzu.

Już w pierwszych latach swego pobytu na Trantorze zorientował się, że jest wątłej budowy ciała, toteż obawiał się, że wygodny tryb życia może z niego zrobić zupełnego słabeusza. Żeby do tego nie dopuścić, zaczął intensywnie uprawiać ćwiczenia fizyczne, które co prawda nie uczyniły z niego atlety, ale dały mu wigor i energię. Do ćwiczeń tych należały długie marsze i biegi, na co część Mówców patrzyła trochę krzywym okiem. Gendibal jednak nie przejmował się ich gadaniem i robił swoje, chociaż — w przeciwieństwie do reszty Mówców, którzy należeli do drugiego lub trzeciego pokolenia Fundacjonistów, a więc kultywowali pewne tradycje rodzinne — był człowiekiem nowym. Zresztą wszyscy oni byli starsi od niego. Czy więc można się było dziwić, że mruczą na niego?

Zgodnie ze starym zwyczajem, nikt nie krył swych myśli podczas zebrań Stołu Mówców (pozornie, gdyż rzadko się zdarzało, by któryś z Mówców nie zachował jakiegoś kącika prywatności, co oczywiście nie udawało się na dłuższą metę), więc Gendibal wiedział, że uczucie, które do niego żywią, to zawiść. Oni zresztą też o tym wiedzieli, podobnie jak Gendibal, który był w pełni świadom tego, że jego postawa wobec nich jest zdominowana przez niczym nieposkromioną ambicję. O tym też wiedzieli.

Poza rym (umysł Gendibala wrócił do powodów jego wypraw na tereny nieuniwersyteckie) spędził dzieciństwo nie na jakimś ograniczonym kawałku przestrzeni, ale na dużym, otwartym świecie o bardzo urozmaiconej rzeźbie terenu. Bardzo dobrze pamiętał żyzną dolinę, otoczoną najpiękniejszymi — jego zdaniem — górami w całej Galaktyce. Wyglądały szczególnie pięknie zimą. A zimy były tam wyjątkowo surowe. Nie zapomniał ojczystej planety i uroków — odległego już dzieciństwa. Często śnił o tamtych dniach. Czy w tej sytuacji mógł się dobrowolnie zgodzić na stałe przebywanie na paru dziesiątkach mil kwadratowych zabudowanych starodawnymi gmachami?

Biegnąc patrzył na otoczenie z pewnym lekceważeniem. Trantor był światem o łagodnym, przyjemnym klimacie, ale o monotonnym, nieciekawym krajobrazie. Mimo iż był światem rolniczym, nie był żyzną planetą. I nigdy nią nie był. Być może był to właśnie jeden z czynników, które spowodowały, że stał się centrum administracyjnym pierwszego związku planet, a potem Imperium Galaktycznego. Nie dysponował niczym, co mogłoby predestynować go do innej roli. Nie był na tyle dobry, żeby stać się czymś innym.

Po splądrowaniu Trantora jedyną rzeczą, która umożliwiła mu przetrwanie, były ogromne zasoby metali. Stał się jakby wielką kopalnią, zaopatrującą pół setki innych światów w tanią stal, aluminium, tytan, miedź i magnez, zwracając w ten sposób to, co brał od nich przez tysiące lat i eksploatując swoje zasoby w tempie sto razy szybszym, niż je poprzednio gromadził.

Miał zresztą nadal ogromne zasoby metali, ale znajdowały się one pod ziemią i były trudne do wydobycia. Tutejsi wieśniacy (którzy nigdy nie określali się mianem Trantorczyków, uważając, iż przynosi ono nieszczęście, skutkiem czego ograniczało się ono tylko do członków Drugiej Fundacji) stracili ochotę do zajmowania się metalem. Niewątpliwie był to zwykły przesąd.

Zresztą było to głupie. Metal, który pozostał pod ziemią, mógł zatruwać glebę i jeszcze bardziej obniżać jej żyzność. Ale, z drugiej strony, gospodarstwa były bardzo rozproszone, tak że wszystkie mogły utrzymać się z uprawy roli. No, a poza tym, zawsze jednak sprzedawano innym światom pewne ilości metali.

Gendibal błądził wzrokiem po rozległej, płaskiej aż po horyzont równinie. Na Trantorze, jak niemal na wszystkich zamieszkanych planetach, nadal trwały procesy geologiczne, ale minęło już przynajmniej sto milionów lat od ostatniego poważniejszego okresu górotwórczego. Wszystkie istniejące niegdyś na Trantorze góry zmieniły się, w wyniku erozji, w łagodne wzgórza. Zresztą wiele z nich zostało zrównanych w okresie, kiedy pokrywano planetę metalowym płaszczem.

Na południu, poza zasięgiem wzroku, znajdowała się Zatoka Stołeczna, a za nią rozciągał się Ocean Wschodni. Zarówno zatoka, jak i ocean pojawiły się ponownie po zniszczeniu podziemnych zbiorników.

Na północy wznosiły się wieżowce Uniwersytetu Galaktycznego, zasłaniające niską, lecz rozległą Bibliotekę (której większa część znajdowała się pod ziemią) i szczątki Pałacu Imperatora, leżącego jeszcze dalej na północ.

Po obu stronach drogi rozciągały się pola, na których tu i ówdzie rozrzucone były budynki gospodarstw. Mijał stada bydła, kóz, kur i innych zwierząt domowych, jakie można było znaleźć w każdym gospodarstwie na Trantorze. Nie zwracały na niego uwagi.

Gendibal pomyślał przelotnie, że zwierzęta te można spotkać w całej Galaktyce, na każdej z ogromnej liczby zasiedlonych planet, i że na żadnych dwu światach nie są one dokładnie takie same. Przypomniał sobie kozy ze swej rodzinnej planety, szczególnie jedną, łagodną kózkę, którą sam doił. Były większe i bardziej uparte niż te małe, filozoficznie nastawione przeżuwacze, które sprowadzono na Trantor po Wielkiej Grabieży. Na zamieszkanych światach Galaktyki wyhodowano prawie nieprzeliczoną liczbę ras wszystkich gatunków zwierząt domowych i na każdej planecie znalazł się zawsze jakiś mądrala, który udowadniał, że ta właśnie konkretna rasa jest najlepsza ze względu na mięso, wełnę, jaja czy jeszcze coś innego.

Jak zwykle, nie było w polu widzenia żadnego Tutejszego. Gendibal miał wrażenie, że wieśniacy celowo unikali spotkania z tymi, których określali mianem „badawców”.

Zerknął na słońce. Znajdowało się dość wysoko na niebie, ale j ego promienie nie były palące. W tej szerokości geograficznej panowało zawsze przyjemne ciepło, nie było upałów ani przenikliwego zimna (Gendibalowi nawet brakowało czasami szczypiących mrozów, a może tak mu się tylko wydawało. Od przybycia na Trantor nigdy nie odwiedził swego ojczystego świata. Być może dlatego — przyznawał sam przed sobą — że obawiał się rozczarowania). Czuł przyjemne napięcie rozgrzanych mięśni, zdecydował więc, że starczy już biegu. Zaczął spokojnie iść, oddychając głęboko.

Był teraz gotów stawić czoła walnemu zgromadzeniu Mówców i przeforsować zmianę polityki, zmienić ich nastawienie, by uświadomili sobie zagrożenie narastające ze strony Pierwszej Fundacji i nie tylko, by przestali wreszcie ślepo wierzyć w „bezbłędne” działanie Planu. Kiedy wreszcie zrozumieją, że ta bezbłędność jest właśnie najpewniejszą oznaką zbliżającego się niebezpieczeństwa?

Wiedział, że gdyby przedstawił to ktoś inny, ktokolwiek, byle nie on, to projekt zostałby przyjęty bez większych sprzeciwów. Tak jednak, jak się rzeczy miały, nie obejdzie się bez protestów, ale projekt i tak przejdzie, bo ma poparcie starego Shandessa. Shandess na pewno się nie wycofa, bo nie chciałby figurować w przyszłych podręcznikach historii jako ten Pierwszy Mówca, za którego kadencji Druga Fundacja straciła swe znaczenie. Tutejszy!

Gendibal był zaskoczony. Wyczuł umysł, zanim zobaczył osobę. Był to umysł Tutejszego — prostacki umysł nieokrzesanego wieśniaka. Gendibal wycofał się ostrożnie z jego jaźni, zostawiając ślad tak nikły, że praktycznie nie do wykrycia. W tym względzie obowiązywały w Drugiej Fundacji surowe zasady. Wieśniacy nieświadomie tworzyli osłonę dla nich. Musieli pozostać nietknięci, a w każdym razie należało ingerencje ograniczyć do niezbędnego minimum.

Nikt, kto przybywał na Trantor w celach handlowych czy turystycznych, nie widział nigdy nikogo poza wieśniakami i ewentualnie paroma żyjącymi przeszłością uczonymi. Wystarczyło usunąć wieśniaków albo zacząć ingerować w ich psychikę, by owi uczeni zaczęli nagle być widoczni. Skutki byłyby straszliwe. (Było to jedno z klasycznych ćwiczeń, które nowo przyjęci na uniwersytet musieli rozwiązać sami. Pierwszy Radiant pokazywał, że dewiacje, do których doszłoby w wyniku niewielkiej nawet ingerencji w psychikę wieśniaków, byłyby ogromne.)

Gendibal ujrzał go. Był to na pewno wieśniak, stuprocentowy Tutejszy. Wydawał się prawie karykaturą chłopa trantorskiego — wysoki, potężny w ramionach, o ogorzałej cerze, ciemnych włosach i oczach. Poruszał się niezgrabnie, wielkimi krokami. Miał na sobie prosty ubiór z grubego materiału. Ramiona miał gołe. Gendibalowi wydawało się, że cały przesiąknięty jest zapachem obory. (Tylko bez wyższości — pomyślał. — Preem Palver nie miał nic przeciwko graniu roli wieśniaka, kiedy okazało się to potrzebne dla zrealizowania jego planu. Zresztą było w nim coś z wieśniaka — był niski i przysadzisty. To jego umysł, nie wygląd, wprowadził w błąd kilkunastoletnią Arkadię.)

Wieśniak szedł w jego kierunku, stąpając ciężko i patrząc mu prosto w twarz — co spowodowało, że Gendibal zmarszczył czoło. Żaden Tutejszy ani Tutejsza nie odważyli się nigdy patrzeć na niego w ten sposób. Nawet dzieci uciekały i przyglądały się dopiero z bezpiecznej odległości.

Gendibal nie zwolnił kroku. Było dość miejsca, żeby minąć tamtego bez słowa, a nawet bez patrzenia na niego i zdecydował się, że tak będzie najlepiej. Postanowił trzymać się z daleka od umysłu wieśniaka.

Zszedł na bok drogi, ale wieśniak wyraźnie nie miał zamiaru go minąć. Stanął, rozstawił szeroko nogi, rozpostarł potężne ramiona, jakby chciał mu zagrodzić przejście i rzekł tubalnym głosem: — Hej, ty! Ty badawca?

Wbrew swemu wcześniejszemu postanowieniu, Gendibal nie mógł się powstrzymać od wysondowania zamiarów chłopa. Wyczuł w nim wyraźną chęć do zwady. Zatrzymał się. Nie mógł w tej sytuacji przejść bez słowa, choć rozmowa z wieśniakiem musiała być, sama w sobie, bardzo męcząca. Dla kogoś, kto jak on przywykł do bezpośredniej, szybkiej i precyzyjnej wymiany myśli, kto w niewielkim stopniu korzystał z głosu, mimiki i gestów, wypowiadanie się tylko za pomocą kombinacji słów było czynnością bardzo uciążliwą. Było to zupełnie tak, jakby próbował podważyć głaz ramieniem, gdy tymczasem tuż obok leżał i aż prosił się o użycie poręczny łom.

— Tak, jestem badaczem — powiedział spokojnym głosem, starannie ukrywając zniecierpliwienie i gniew, Gendibal.

— Ooo! Jestem badawco… Po jakiemu to gada! Co, ja oczów ni mam, czy co? Toć widzę, że badawca. Jestem badawco! — pochylił nagle głowę w szyderczym ukłonie. — Taki blady chudziak z pomarszczono gembo, co się tak wypina, to niby chto ma być?

— Czego chcesz ode mnie, Tutejszy? — spytał Gendibal, nie zmieniając tonu.

— Rufirant mnie wołają. Karoll — mówił osiłek z coraz silniejszym tutejszym akcentem, gardłowo wymawiając „r”.

— Czego ode mnie chcesz, Karollu Rufirant? — powtórzył Gendibal.

— A ciebie, badawca, jak wołają?

— A co to ma do rzeczy? Możesz dalej mówić do mnie „badawca”.

— Jak się pytam, chudziaku, to musi, co ma do rzeczy.

— No dobrze. Jestem Stor Gendibal. A teraz muszę już iść do swojej pracy.

— Do jakiej pracy?

Gendibal poczuł, że jeżą mu się włosy na karku. Czuł inne umysły. Nie musiał się odwracać. Wiedział, że stoi za nim jeszcze trzech Tutejszych. A dalej byli jeszcze inni. Zapach, który wydzielali, stawał się coraz bardziej intensywny.

— Nic ci do mojej pracy, Karollu Rufirant.

— Tak gadasz? Chłopy, on gada, co nic nam do jego pracy!

Z tylu rozległ się śmiech, a potem ktoś powiedział: — Dobrze gada, bo się babra w ksionżkach i pucuje konfuter. To nie je robota la chłopa.

— Nieważne, czym się zajmuję. Teraz idę do swojej pracy — rzekł stanowczo Gendibal.

— Taa? A jak niby to zrobisz, chudziaku? — zarechotał Rufirant.

— Zwyczajnie. Pójdę dalej przed siebie.

— A jak ja cię zatrzymie, to co? Ni masz stracha?

— Wy mnie zatrzymacie? A może ty sam jeden? — Gendibal przeszedł nagle na gwarę Tutejszych. — Ni masz stracha?

Prawdę mówiąc, nie powinien był się tak odzywać, gdyż mógł w ten sposób jeszcze bardziej rozdrażnić osiłka, ale jeśli chciał uniknąć bezpośredniej ingerencji w ich umysły, to nie mógł dopuścić do tego, by rzucili się na niego wszyscy naraz.

Podziałało. Twarz Rufiranta wydłużyła się. — Jak tu chto ma stracha, to ty. Chłopy, zróbta miejsce. Odsuńta się, niech przejdzie i zobaczy, czy ja mam stracha. — Rozłożył swe potężne ramiona i odsunął resztę na boki.

Gendibal nie obawiał się pięściarskich umiejętności przeciwnika, ale zawsze istniała możliwość, że na jego szczęce wyląduje potężny cios. Podszedł do niego ostrożnie, zająwszy się jednocześnie delikatnie jego mózgiem. Nie zmienił w nim wiele — było to zaledwie muśnięcie — ale wystarczyło, by spowolnić reakcje tego akurat fałdu, który decydował o walce. Potem szybko wycofał się i zajął się resztą Tutejszych, których przybywało coraz więcej. Myśl Gendibala uderzała precyzyjnie i szybko wycofywała się, nie zatrzymując się w żadnym z mózgów na tyle długo, by zostawić jakiś ślad jego ingerencji, ale wystarczająco długo, by wykryć tam coś, co mogłoby mu się przydać.

Zbliżał się do wieśniaka jak kot, stąpając miękko i ostrożnie. Był czujny, ale jednocześnie rozluźniony, gdyż wiedział, że nikt inny nie wmiesza się do bójki.

Rufirant nagle uderzył potężnie, ale Gendibal odczytał ten zamiar w jego mózgu, zanim zdążył się napiąć choćby jeden jego mięsień i zrobił unik. Cios przeszedł tuż obok głowy. Gendibal stał nietknięty. Reszta wydala przeciągłe westchnienie.

Gendibal nie próbował odparować ciosu ani odpowiedzieć kontratakiem. Nie mógł zablokować uderzenia nie ryzykując przy tym sparaliżowania całej ręki, a kontratak nie zdałby się na nic, bo wieśniak wytrzymałby jego cios bez trudu.

Mógł tylko robić uniki, jak przed atakiem rozjuszonego byka. Mogło to zawstydzić przeciwnika i sprawić, że da mu spokój, podczas gdy jakiekolwiek uderzenie rozjuszyłoby, go na pewno jeszcze bardziej.

Rufirant jednak nie dawał za wygraną. Pieniąc się i rycząc z wściekłości, usiłował dosięgnąć Gendibala. Ten jednak uprzedzał każdy cios, odchylając się albo odskakując na boki. Cios — unik. Cios — unik.

Oddech Gendibala stawał się coraz bardziej świszczący. Walka nie wymagała z jego strony dużego fizycznego wysiłku, ale ciągłe, śledzenie pracy mózgu Rufiranta z zachowaniem ostrożności, by nie zostawić tam żadnych śladów ingerencji, było niezwykle wyczerpujące. Wiedział, że nie wytrzyma już długo.

Powiedział więc, starając się, by wypadło to jak najbardziej spokojnie i jednocześnie próbując jak najdelikatniej wpłynąć na mechanizm blokujący uczucie strachu, by wyzwolił stłumiony teraz co prawda, ale na pewno głęboko zakodowany w umyśle Rufiranta przesądny lęk przed badaczami:

— Teraz idę do swojej pracy.

Twarz Rufiranta wykrzywił grymas wściekłości, ale na chwilę osiłek zastygł w bezruchu. Gendibal śledził jego myśli. „Ten chudziak — badawca rozpływa się w powietrzu… to jakieś czary”. Gendibal czuł, że w umyśle Rufiranta rodzi się lęk i za chwilę…

Ale nagły przypływ wściekłości stłumił lęk. Rufirant wrzasnął:

— Chłopy! Badawca się miga. Skaka, robi uniki i śmieje się z nas. Nie bije się jak chłop. Złapta go i trzymajta. Bedziem się bić po naszemu. Cios za cios. Niech on wali pierwszy, ja będę… ja będę ostatni.

Gendibal dostrzegł luki w otaczającej go ciżbie. Jego jedyną szansą było utrzymanie jakiejś luki na tyle długo, by zdążył się wymknąć i uciec, ufając swej szybkości i umiejętności powstrzymania na moment wieśniaków przed udaniem się za nim w pościg.

Jego myśli uwijały się wśród wieśniaków, to doskakując, to cofając się, aż wydawało mu się, że mózg drętwieje mu z wysiłku.

Na próżno. Było ich zbyt wielu, a bezwzględna konieczność ścisłego przestrzegania zasad obowiązujących członków Drugiej Fundacji nie pozwalała na podjęcie bardziej stanowczej akcji.

Poczuł dłonie na ramionach. Mieli go.

Musiałby opanować przynajmniej kilka mózgów. Byłoby to niewybaczalne pogwałcenie zasad i koniec jego kariery. Ale zagrożone było jego życie, już nie kariera, lecz życie.

Jak mogło dojść do tego?


24.

<p>24.</p>

Otwarcie posiedzenia Stołu Mówców przeciągało się, bo członkowie nie stawili się w komplecie.

Nie było zwyczaju czekać na spóźnionych Mówców. Zresztą, tak czy inaczej, zgromadzeni nie mieli na to ochoty. Stor Gendibal był najmłodszy z nich, a w dodatku zdawał się nie dostrzegać tego faktu albo nie rozumieć jego konsekwencji. Zachowywał się tak, jakby młodość była cnotą samą w sobie, a wiek dojrzały i podeszły dyskwalifikował człowieka, w każdym razie pozwalał go lekceważyć. Gendibal nie cieszył się sympatią innych Mówców. Szczerze mówiąc, on, Shandess, też nie darzył go zbytnią sympatią.

Ale nie sympatia miała być tematem obrad.

Jego rozmyślania przerwała Delora Delarmi. Patrzyła na niego swymi dużymi niebieskimi oczami. Wyglądała jak wcielenie niewinności, ale jej okrągła, przyjazna twarz kryła (przed wszystkimi oprócz towarzyszy z Drugiej Fundacji) przenikliwy umysł zdolny do niezwykłej koncentracji i niemiły charakter.

— Czekamy jeszcze, Pierwszy Mówco? — spytała z uśmiechem (zebranie formalnie jeszcze się nie rozpoczęło, mogła więc zacząć rozmowę, choć inny Mówca może zaczekałby, aż zabierze głos Shandess, któremu należało się to z racji jego stanowiska potwierdzonego tytułem.)

Mimo jej niezbyt uprzejmego odezwania, Shandess spojrzał na nią rozbrajająco.

— W normalnej sytuacji nie czekalibyśmy, Mówco Delarmi, ale ponieważ zebraliśmy się tu specjalnie po to, aby wysłuchać Mówcy Gendibala, wypada zrobić pewne odstępstwo od reguł i zaczekać.

— A gdzie on teraz jest, Pierwszy Mówco?

— Tego nie wiem, Mówco Delarmi.

Delarmi popatrzyła na twarze siedzących wokół prostokątnego stołu. Był tam Pierwszy Mówca i dziesięciu (a powinno być jedenastu) pozostałych członków Stołu. Cały Stół składał się zaledwie z dwunastu osób. W ciągu pięciuset lat Druga Fundacja wzrosła w siłę, rozszerzyły się jej wpływy i obowiązki, ale rada nadal liczyła dwanaście osób.

Było ich dwunastu po śmierci Seldona, kiedy ustanowił ten organ drugi z kolei Pierwszy Mówca (Seldon był zawsze uważany za pierwszego), i dwunastu pozostało. Nie powiodły się żadne próby zwiększenia składu Stołu.

Dlaczego akurat dwunastu? Liczba ta dawała się łatwo podzielić na grupy o identycznej liczebności. Zatem rada była wystarczająco mała, aby mogła się zbierać w całości i wystarczająco duża, aby pracować w podgrupach. Gdyby członków było więcej, rada byłaby zbyt ociężała i mało sprawna, gdyby ich było mniej, byłaby za mało elastyczna.

Takie były oficjalne wyjaśnienia. W rzeczywistości nikt naprawdę nie wiedział, dlaczego zdecydowano się na tę właśnie liczbę ani dlaczego musiała ona pozostać niezmienna. No cóż, nawet Druga Fundacja mogła być bardzo przywiązana do pewnych tradycji.

Rozmyślania te zajęły Delarmi dokładnie tyle czasu, ile potrzebowała na to, aby obrzucić spojrzeniem wszystkie twarze i ogarnąć myślą wszystkie umysły, czyli jedną chwilę. Na koniec popatrzyła szyderczo na puste miejsce, miejsce dla najmłodszego członka rady.

Stwierdziła z zadowoleniem, że Gendibal nie cieszy się sympatią członków rady. Zawsze uważała, że ma on akurat tyle wdzięku, co stonoga i że powinien być jak stonoga traktowany. Jak dotąd, tylko jego niekwestionowany przez nikogo talent powstrzymywał Mówców od otwartego wystąpienia z wnioskiem o usunięcie go ze składu rady (w całej pięćsetletniej historii Drugiej Fundacji zdarzyły się tylko dwa wypadki postawienia Mówców w stan oskarżenia, ale żadnemu z nich nie udowodniono winy).

Jednakże tak oczywiste zlekceważenie rady jak opuszczenie jej posiedzenia było wykroczeniem poważniejszym niż jakakolwiek zniewaga i Delarmi z satysfakcją stwierdziła, że nastroje zebranych zbliżyły się do punktu, w którym żądanie przeprowadzenia rozprawy nad Gendibalem będzie sprawą chwili.

— Pierwszy Mówco — powiedziała — jeśli nie wiesz, gdzie znajduje się Mówca Gendibal, to z chęcią poinformuję cię o tym.

— Słucham.

— Któż spośród nas nie wie, że ten młody człowiek (mówiąc o nim, pominęła jego tytuł, co oczywiście zostało przez wszystkich zauważone) ma stale jakieś konszachty z Tutejszymi? Nie wnikam w to, jakiego rodzaju są to sprawy, ale jest teraz wśród nich i, jak widać, uważa to za ważniejsze niż posiedzenie rady.

— Zdaje mi się — odezwał się któryś z Mówców — że on po prostu uprawia biegi czy marsze, traktując to jako pewnego rodzaju ćwiczenia fizyczne.

Delarmi znów się uśmiechnęła. Lubiła się uśmiechać. Nic to ją nie kosztowało. — Uniwersytet, Biblioteka, pałac i cały rejon wokół tych budynków należą do nas. W porównaniu z całą planetą, jest to co prawda obszar niewielki, ale — myślę — wystarczająco duży dla uprawiania ćwiczeń fizycznych. Pierwszy Mówco, — nie moglibyśmy już zacząć?

Pierwszy Mówca westchnął w głębi duszy. Miał wystarczające uprawnienia, aby zmusić radę do dalszego czekania, a nawet odroczyć zebranie do czasu, aż zjawi się Gendibal. Jednakże żaden Pierwszy Mówca nie mógł działać sprawnie bez przynajmniej biernego poparcia innych Mówców, więc zawsze lepiej było nie irytować ich. Nawet Preem Palver bywał czasami zmuszony uciekać się do pochlebstw, by przeprowadzić swój projekt. A poza tym nieobecność Gendibala zaczynała denerwować nawet Pierwszego Mówcę. Ten młody Mówca mógłby wreszcie pojąć, że sam nie stanowi praw dla siebie.

Więc teraz przemówił już oficjalnie jako Pierwszy Mówca, jako ten, który zabiera głos pierwszy:

— Zaczniemy. Mówca Gendibal przedstawił kilka wstrząsających wniosków, do których doszedł na podstawie analizy danych Pierwszego Radianta. Uważa on, że istnieje jakaś organizacja, która dba o realizację Planu Seldona bardziej skutecznie niż my i czyni to dla swoich własnych celów. Dlatego musimy, jego zdaniem, dowiedzieć się czegoś więcej o tej organizacji i przedsięwziąć środki obrony. Wszyscy zostaliście o tym poinformowani, a to zebranie ma wam dać możliwość zwrócenia się do Mówcy Gendibala z ewentualnymi pytaniami oraz posłużyć nam dla wypracowania wytycznych co do naszej przyszłej polityki.

Prawdę mówiąc, nie musiał mówić aż tyle. Myślał otwarcie, więc wszyscy wiedzieli, o co chodzi.

Jego przemówienie było po prostu kurtuazyjnym gestem.

Delarmi rozejrzała się szybko. Pozostała dziesiątka wydawała się zadowolona, że wzięła na siebie rolę rzecznika przeciwników Gendibala. — Ale Gendibal (znowu opuściła jego tytuł) nie wie i nie potrafi powiedzieć, co to za organizacja ani kto ją stworzył — rzekła.

Było to niedwuznaczne, niemal obraźliwe stwierdzenie i znaczyło tyle, co „Po co tyle gadasz, i tak wiem, co myślisz”.

Pierwszy Mówca oczywiście natychmiast zrozumiał jej intencje, ale szybko zdecydował, że lepiej będzie zignorować obelgę.

— Fakt, że Mówca Gendibal (w przeciwieństwie do Delarmi, Shandess ani razu nie pominął jego tytułu, ale też nie podkreślał tego faktu, akcentując ów tytuł zbyt mocno) nie wie i nie potrafi powiedzieć, co to za organizacja, nie znaczy, że organizacja taka nie istnieje. Ludzie z Pierwszej Fundacji przez bardzo długi czas absolutnie nic o nas nie wiedzieli, a i teraz wiedzą prawie tyle, co nic. Czy to znaczy, że my nie istniejemy?

— Z tego, że nic o nas nie wiedzą, chociaż istniejemy, wcale nie wynika, że po to, żeby coś istniało wystarczy, żeby nikt o tym nic nie wiedział — powiedziała Delarmi i roześmiała się beztrosko.

— Faktycznie. I właśnie dlatego trzeba dokładnie przeanalizować twierdzenie Mówcy Gendibala. Opiera się ono na ścisłych wyliczeniach, które sam przestudiowałem i z którymi wy wszyscy też powinniście się zapoznać. Usilnie was o to proszę. Nie jest to wywód (zastanawiał się przez ułamek sekundy nad doborem stanu umysłu, który najlepiej oddawałby jego zdanie) nieprzekonywający.

— A ten człowiek z Pierwszej Fundacji, Golan Trevize, o którym myślisz, ale którego nie wymieniasz? — spytała Delarmi. (Był to kolejny nietakt i tym razem Pierwszy Mówca nieco się zarumienił.) — Co on ma z tym wspólnego?

— Zdaniem Mówcy Gendibala — odparł Shandess — ten człowiek, Trevize, jest narzędziem, być może nieświadomym, w rękach tej organizacji i dlatego musimy na niego zwrócić uwagę.

— Jeśli — powiedziała Delarmi, poprawiając się na krześle i odgarniając z czoła swe siwiejące włosy — ta organizacja istnieje, bez względu na to, czym faktycznie jest, jeśli dysponuje tak potężnymi i niebezpiecznymi dla nas możliwościami wpływania na psychikę innych i jeśli się tak starannie kryje, to dlaczego miałaby się posłużyć tak otwarcie osobą tak znaną jak radny z Pierwszej Fundacji? Czy to prawdopodobne?

— Można by pomyśleć, że nie — odparł poważnie Pierwszy Mówca. — A jednak zauważyłem coś bardzo niepokojącego. Nie rozumiem tego. — Niemal bezwiednie ukrył tę myśl, jakby zawstydzony, że mogą ją zauważyć.

Zauważyli to wszyscy Mówcy i, zgodnie z rygorystycznie przestrzeganą zasadą, uszanowali jego prawo do ukrycia uczucia wstydu. Zrobiła to również Delarmi, ale z wyraźną irytacją. Powiedziała, używając wymaganej w takiej sytuacji formułki: — Prosimy, żebyś podzielił się z nami swoimi myślami, jako że rozumiemy i wybaczamy twoje zawstydzenie.

— Tak jak wy — rzekł na to Pierwszy Mówca — nie rozumiem na jakiej podstawie można podejrzewać radnego Trevize o to, że jest narzędziem w rękach innej organizacji. Nie rozumiem też w jakim celu mieliby się nim posłużyć, gdyby rzeczywiście był ich narzędziem. Jednak Mówca Gendibal wydaje się całkowicie pewny swego, a nie można lekceważyć intuicyjnego przeczucia u kogoś, kto został przygotowany do roli Mówcy. Dlatego też spróbowałem zastosować Plan do Trevizego.

— Do jednej osoby? — spytał któryś z Mówców z zaskoczeniem i z miejsca wyraził skruchę za towarzyszącą pytaniu myśl, która była dokładnym odpowiednikiem okrzyku „Co za głupiec!”.

— Do jednej osoby — odparł Pierwszy Mówca. — Masz rację. Co za głupiec ze mnie! Wiem bardzo dobrze, że Plan nie może być stosowany w odniesieniu do pojedynczych osób ani nawet w odniesieniu do niewielkich grup ludzi. Niemniej, byłem ciekaw. Wyekstrapolowałem interpersonalne punkty przecięcia znacznie poza dopuszczalne granice, ale zrobiłem to na szesnaście różnych sposobów. Uzyskałem w ten sposób coś, co można raczej określić mianem rejonu niż punktu. Potem wykorzystałem wszystko, co wiemy o Trevizem — radny Pierwszej Fundacji nie jest osobą zupełnie nieznaną — i o burmistrzu Fundacji. Następnie wrzuciłem to wszystko razem, pomieszane — obawiam się — jak groch ż kapustą… — przerwał.

— No i? — spytała Delarmi. — Wnoszę z tego, że… Czy wyniki były zaskakujące?

— Jak można było przypuszczać, nie było żadnych wyników — odparł Pierwszy Mówca. — Nic nie można zrobić, jeśli chodzi o pojedynczą osobę, a jednak… a jednak…

— A jednak co?

— Od czterdziestu lat analizuję wyniki i doszedłem do tego, że zupełnie wyraźnie przeczuwam, jakie one będą, zanim jeszcze je uzyskam. Bardzo rzadko zdarza mi się pomylić. Otóż w tym przypadku, mimo iż nie uzyskałem żadnych wyników, czuję, że Gendibal ma rację i że nie można Trevizego zostawić samego sobie.

— A dlaczegóż to, Pierwszy Mówco? — spytała Delarmi, wyraźnie zaskoczona intensywnością tego uczucia promieniującą od Pierwszego Mówcy.

— Wstyd mi — rzekł Pierwszy Mówca — że uległem pokusie użycia Planu do celu, do którego nie jest przeznaczony. Wstyd mi, że pozwalam sobie kierować się czystą intuicją… Ale muszę tak postępować, bo jestem o tym wewnętrznie przekonany. Jeśli Mówca Gendibal ma rację, jeśli grozi nam niebezpieczeństwo z niewiadomego kierunku, to czuję, że gdy nadejdzie czas rozstrzygnięć, osobą, która będzie miała w ręku atutową kartę i rozegra ją, będzie właśnie Trevize.

— A na jakiej podstawie opierasz to przeczucie. Pierwszy Mówco? — spytała zaskoczona Delarmi.

Pierwszy Mówca, Shandess popatrzył na zebranych z przygnębieniem. — Niestety, nie mam do tego żadnych racjonalnych podstaw. Obliczenia psychohistoryczne nic nie wykazały, ale kiedy śledziłem grę zależności różnych czynników, wydało mi się, że kluczem do wszystkiego jest Trevize. Trzeba uważać na tego młodego człowieka.


25.

<p>25.</p>

Gendibal wiedział, że nie zdąży wrócić przed rozpoczęciem posiedzenia Rady. Być może nigdy już nie wróci.

Trzymali go mocno. Rozpaczliwie starał się zorientować, jak najlepiej zmusić ich do puszczenia go.

Stanął przed nim Rufirant z triumfującą miną.

— No co, badawca, możem zaczynać? Cios za cios, po tutejszemu. No to ju, ty mniejszy, to wal pierwszy.

— A ciebie kto będzie trzymał, jak mnie tu trzymią? — powiedział Gendibal.

— Puśćta go — rzekł Rufirant. — Nie, nie. Tyło rence. Puśćta rence, ale trzymajta za nogi. Co by nie skakał.

Gendibal czuł się tak, jakby przyszpilono go do ziemi. Ręce miał wolne.

— No wal, badawca! — krzyknął Rufirant. — Uderz mnie.

I właśnie w tym momencie umysł Gendibala znalazł coś, czego mu było trzeba — oburzenie, litość i uczucie, że dzieje się niesprawiedliwość. Nie miał wyboru — musiał zaryzykować i bezpośrednio wzmocnić to uczucie, a potem improwizować w oparciu o…

Nie było takiej potrzeby. Nie zdążył nawet dotknąć tego umysłu, a mimo to reakcja była taka, jakiej sobie życzył. Dokładnie taka.

Zauważył nagle niewielką, krępą postać o długich, splątanych czarnych włosach i wyciągniętych rękach, która przepychała się gwałtownie w stronę jego przeciwnika.

Była to kobieta. Gendibal pomyślał ponuro, że fakt, iż zdał sobie sprawę z jej obecności dopiero w chwili kiedy ją zobaczył, najlepiej świadczył o jego napięciu i zaabsorbowaniu sytuacją.

— Rufirant! — wrzasnęła na wieśniaka. — Taki byk i taki tchórz! Cios za cios, po tutejszemu? Toć ty dwa razy wienkszy od tego badawcy. Ze mno by ci poszło trudniej! A to ci dopiro chwała stłuc takiego kurdupla! Bedo cię pokazować palcamy i gadać „Ło, to ten Rufirant, co leje dzieciaków”. Śmiać się z ciebie bedo, nicht porzondny się z tobo nie napije i żadna dziewucha nie będzie chciała z tobo gadać.

Rufirant próbował powstrzymać ten potok słów, zasłaniając się przed jej ciosami i mówiąc pojednawczo: — No co ty, Sura. No co ty, Sura.

Gendibal uświadomił sobie, że nikt go już nie trzyma, że Rufirant już nie patrzy na niego, że umysły zebranych nie są już zwrócone na niego.

Sura też nie zwracała na niego uwagi. Jej wściekłość skupiła się tylko na Rufirancie. Doszedłszy do siebie, Gendibal zastanawiał się jakich użyć środków, aby podtrzymać jej wściekłość i spotęgować uczucie wstydu ogarniające umysł Rufiranta, nie zostawiając przy tym żadnego śladu swojej ingerencji, ale i tym razem okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

— Cofnijta się wszystkie — powiedziała jego wybawicielka. — Patrzajta no, to nie wystarczy, że ten byk Rufirant je jak olbrzym przy tym głodomorze, ale jeszcze pomaga mu z pieńciu abo i sześciu chłopów. No, idźta tera do domu się chwalić jakie z was bohatery, jak lejeta dzieciaków! Idź jeden z drugim i powiedz: „Ja trzymał tego kurdupla za renkie, jak Rufirant walnoł go w pysk”. A ty powiedz: „Ale ja go trzymał za nogie, to i ja sławny”. A ty, Rufirant, powiedz: „Ja go nie mog sam dostać, ale moje kumple go przytrzymali we sześciu i dał ja mu manto”.

— Ale co ty, Sura — prawie jęknął Rufirant — ja jemu powiedział, co by on lał pierwszy.

— No i bojał ty się jego cienkich renków, co? Chodźta. Niech se idzie, dzie ma iść, a wy wracajta do domów, żeli was tam bedo chcieli widzieć. Chcielibyśta teraz, żeby nalepi zapomnieli jakie z was bohatery. Akurat! Jak mnie jeszcze barziej zgniewa — ta, to się wszystkie naobkoło o tem dowiedzo.

Oddalili się grupkami, cicho i ze spuszczonymi głowami, nie oglądając się za siebie.

Gendibal popatrzył za nimi, a potem przeniósł wzrok na kobietę. Była ubrana w bluzę i spodnie, na nogach miała proste obuwie. Jej twarz była mokra od potu. Ciężko oddychała. Miała dość duży nos, ciężkie piersi (co było widać mimo luźnej bluzy) i gołe, muskularne ramiona. No cóż, kobiety tutejsze pracowały w polu razem z mężczyznami.

Patrzyła na niego surowo, ująwszy się pod boki. — No, badawca, czemu tu jeszcze stoisz. Idź do Miejsca Badawców. Boisz się? Chcesz, żeby cię odprowadzić?

Gendibal czuł zapach potu bijący od dawno nie pranej odzieży, ale w tych okolicznościach byłoby grubiaństwem i niewdzięcznością okazać, że budzi w nim to wstręt.

— Dziękuję, panno Sura…

— Nazywam się Novi — powiedziała szorstko. — Sura Novi. Może mówić Novi. Nie trza nic dodawać.

— Dziękuję ci, Novi. Bardzo mi pomogłaś. Cieszę się, że chcesz mnie odprowadzić, ale nie dlatego, że się boję, tylko dlatego, że to będzie dla mnie prawdziwa przyjemność. — Ukłonił się z wdziękiem, jak gdyby była młodą damą z uniwersytetu.

Novi zarumieniła się. Zawahała się chwilę, a potem, starając się naśladować go, oddała mu niezgrabnie ukłon. — Przyjemność …będzie po mojej stronie — powiedziała wolno, jakby szukając słów, które dobrze wyraziłyby, co czuje i pokazały, że nie jest pozbawiona ogłady.

Poszli spacerkiem. Gendibal zdawał sobie sprawę z tego, że każdy krok w tym tempie coraz bardziej zwiększa jego i tak niewybaczalne spóźnienie na zebranie, ale ponieważ zdążył już sobie przemyśleć to, co się wydarzyło, fakt, że spóźnienie rośnie, napawał go zimną satysfakcją.

Zaczęły się już wyłaniać z oddali budynki uniwersyteckie, kiedy Sura zatrzymała się i rzekła z ociąganiem: — Panie badawca…

Gendibal pomyślał, że w miarę jak zbliżają się do tego, co określała mianem Miejsca Badawców, stawała się coraz grzeczniejsza. Naszła go ochota, aby powiedzieć „Nie mówisz już do mnie «kurduplu»?”, ale powstrzymał się, gdyż na pewno niesamowicie by ją to zmieszało.

— Słucham, Novi.

— Barzo pienknie i bogato je w Miejscu Badawców?

— Jest przyjemnie — odparł Gendibal.

— Ja se tak kiedyś roiła, co ja je tam. I… i co ja jest badawca.

— Kiedyś pokażę ci je — rzekł Gendibal uprzejmie.

Jej spojrzenie wymownie świadczyło, że nie wzięła tego za zwykłą uprzejmość. — Ja umie pisać — powiedziała. — Nauczyciel mię nauczył. Jak napisze list do was — starała się, by zabrzmiało to obojętnie — to co mam zaznaczyć, żeby do was doszedł?

— Po prostu „Dom Mówców, pokój nr 27”. Na pewno dojdzie. Ale teraz muszę już iść, Novi.

Ponownie ukłonił się i ponownie starała się naśladować jego ruch. Poszli w przeciwnych kierunkach i Gendibal z miejsca przestał o niej myśleć. Teraz myślał o posiedzeniu Stołu Mówców, a szczególnie o Mówczyni Delorze Delarmi. Jego myśli nie były przyjazne.


Rozdział VIII

WIEŚNIACZKA

26.

27.

28.

29.

30.

<p>Rozdział VIII</p> <p>WIEŚNIACZKA</p>
<p>26.</p>

Mówcy siedzieli wokół stołu, schowani za swymi ekranami psychicznymi. Wyglądało to tak, jakby na dany znak schowali swe umysły, aby nie urazić Pierwszego Mówcy tym, co sobie o nim pomyśleli, usłyszawszy jego zdanie na temat Trevizego. Spoglądali ukradkiem w stronę Mówczyni Delarmi i to już było bardzo wymowne. Była ona najbardziej z nich wszystkich znana z braku szacunku dla przyjętych zasad. Nawet Gendibal lepiej udawał, że przestrzega konwenansów.

Delarmi widziała te spojrzenia i zdawała sobie sprawę, że nie ma innego wyboru niż stawić czoła wyzwaniu i spróbować się odnaleźć w tej niesamowitej sytuacji. Zresztą, prawdę mówiąc, nie chciała się uchylać przed tym, czego od niej oczekiwali. W całej historii Drugiej Fundacji nie zdarzyło się nigdy, by Pierwszemu Mówcy postawiono zarzut błędnego rozeznania sytuacji (to sformułowanie było wymyślonym przez nią eufemizmem na określenie tego, czego nikt otwarcie nie ośmieliłby się stwierdzić, a mianowicie niekompetencji). Teraz stało się to możliwe. Za nic nie cofnęłaby się przed postawieniem takiego zarzutu.

— Pierwszy Mówco! — powiedziała łagodnie. Jej cienkie, blade wargi jeszcze bardziej niż zwykle stopiły się w jedno z ogólną bladością jej twarzy.

— Sam powiedziałeś, że nie możesz oprzeć swej opinii na żadnych racjonalnych podstawach, że obliczenia psychohistoryczne nic nie wykazały. Czy chcesz, żebyśmy podjęli przełomową decyzję w oparciu o jakieś mistyczne przeczucia?

Pierwszy Mówca podniósł głowę i zmarszczył czoło. Czuł, że wszyscy schowali się za swoimi ekranami. Wiedział, co to oznacza. Powiedział zimno:

Nie kryję tego, że nie mam dowodów. Nie ofiarowuję wam niczego fałszywie. To, co wam daję, to intuicyjne, lecz silne przeczucie Pierwszego Mówcy o kilkudziesięcioletnim doświadczeniu, który niemal całe życie spędził analizując dokładnie Plan Seldona. — Rozejrzał się wokół, spoglądając na Mówców z rzadko u niego widywaną dumą i stanowczością, i ekrany psychiczne z wolna zmiękły i, jeden po drugim, opadły. Ekran Delarmi (kiedy zwrócił się w jej stronę) opadł jako ostatni.

Powiedziała z rozbrajającą szczerością, która wypełniła jej umysł, jakby nigdy nie było tam nic innego:

— Oczywiście przyjmuję twoje stwierdzenie, Pierwszy Mówco. Niemniej sądzę, że mógłbyś je być może raz jeszcze przemyśleć. Gdy myślisz o tym teraz, przyznawszy już, że wstyd ci polegać na intuicji, może życzyłbyś sobie, by twoje uwagi zostały wymazane z zapisu obrad… jeśli, twoim zdaniem, powinny by one…

Przerwał jej głos Gendibala:

— Co to za uwagi, które powinny zostać wymazane z zapisu?

Oczy wszystkich, jak na komendę, zwróciły się na niego. Gdyby w krytycznej chwili nie kryli się byli za swoimi ekranami, wyczuliby, że nadchodzi, jeszcze zanim znalazł się w drzwiach.

— A więc przed chwilą wszyscy kryli się za ekranami? Nikt nie wyczuł mego nadejścia? — spytał drwiąco Gendibal. — Jakież banalne jest to dzisiejsze posiedzenie Stołu. Nikt nie czuwał, żeby być gotowym na moje przyjście? A może wszyscy byliście pewni, że nie przyjdę?

Ten wybuch był jaskrawym pogwałceniem wszystkich reguł. Już to, że Gendibal spóźnił się, było naganne. To, że przybył bez zapowiedzi, jeszcze bardziej. A już najgorsze było to, że odezwał się, zanim Pierwszy Mówca oficjalnie stwierdził jego obecność.

Pierwszy Mówca odwrócił się w jego stronę. Wszystko inne zostało odsunięte na bok. Najważniejsza stała się sprawa dyscypliny.

— Mówco Gendibal — powiedział — spóźniłeś się. Przybyłeś bez zapowiedzi. Zabierasz głos nieproszony. Powinieneś zostać zawieszony w prawach Mówcy na okres trzydziestu dni. — Czy masz coś na swoje usprawiedliwienie?

— Oczywiście. Sprawa zawieszenia mnie w prawach Mówcy nie powinna być w ogóle rozpatrywana, zanim nie ustalimy, kto postarał się o to, żebym na pewno się spóźnił i dlaczego to zrobił — słowa Gendibala były spokojne i wyważone, ale umysł miał przepełniony gniewem i nie zwracał uwagi na to, że ktoś może to wyczuć.

Wyczuła to na pewno Delarmi. Powiedziała gwałtownie:

— Ten człowiek jest szalony!

— Szalony? To ta kobieta jest szalona, żeby tak mówić. Albo świadoma winy… Pierwszy Mówco, proszę o zapewnienie, że nie zostaną w stosunku do mojej osoby wyciągnięte żadne konsekwencje za to, co teraz powiem.

— Co chcesz powiedzieć?

— Pierwszy Mówco, oskarżam jedną z obecnych tu osób o usiłowanie popełnienia morderstwa.

Zdawało się, że w tym momencie pokój eksplodował. Wszyscy Mówcy poderwali się na równe nogi. W rozgardiaszu słów, min, gestów i myśli nie można było nic rozróżnić.

Pierwszy Mówca uniósł w górę obie ręce. — Musimy dać Mówcy Gendibalowi możliwość przedstawienia tego oskarżenia — krzyknął. Nie odniosło to żadnego skutku, poczuł się więc zmuszony do narzucenia zebranym posłuchu w sposób, którego nie przystało używać w tym miejscu, ale nie miał wyboru. Natężył całą silę woli.

Gwar zaczął powoli cichnąć. Gendibal czekał nieruchomo aż zebrani zupełnie umilkną i uspokoją swoje myśli. Wreszcie rzekł:

— Śpiesząc tutaj z szybkością, która na pewno zapewniłaby mi punktualne przybycie na zebranie, zostałem zatrzymany na drodze przez grupę tutejszych wieśniaków i ledwie uniknąłem pobicia, a może nawet śmierci. Dlatego zjawiłem się dopiero teraz. Chciałbym na wstępie zwrócić waszą uwagę na fakt, że od czasu Wielkiej Grabieży nie zdarzyło się ani razu, aby Tutejsi zwrócili się do kogoś z Drugiej Fundacji bez szacunku, nie mówiąc już o tym, by ośmielili się zatrzymać go siłą. W każdym razie ja o niczym takim nie słyszałem.

— Ja też — rzekł Pierwszy Mówca.

— Nikt z nas nie ma zwyczaju spacerować samotnie po terytorium Tutejszych! — wrzasnęła Delarmi. — Sam się prosiłeś o to, co cię spotkało!

— To prawda — rzekł na to Gendibal — że mam zwyczaj spacerować samotnie po terytorium Tutejszych. Robiłem to już co najmniej trzysta razy i to w różnych miejscach. Jednak nigdy jakoś nie zostałem przez nikogo zaczepiony ani nawet zagadnięty. Inni nie korzystają z przechadzek w takim stopniu jak ja, ale nikt z nas nie odgradza się od świata ani nie zamyka się na całe życie w murach uniwersytetu, a mimo to nikt nigdy nie został zaczepiony. Przypominam sobie, że Delarmi… — tu przerwał, jakby zorientowawszy się po niewczasie, że pominął jej tytuł i — pozornie naprawiając potknięcie — rzekł coś, co zabrzmiało jak obelga — że Mówczyni Delarmi też bywała niekiedy na terytorium Tutejszych ale jej jakoś nikt nie zaczepił.

— Może dlatego — powiedziała Delarmi, patrząc na niego z wściekłością — że nie odzywałam się do nich pierwsza i że zawsze zachowywałam dystans. Dlatego, że zachowywałam się tak, jakby należał mi się szacunek, odnosili się do mnie z szacunkiem.

— To dziwne — powiedział Gendibal. — Miałem już powiedzieć, że dlatego, iż wyglądasz groźniej niż ja. W końcu nawet tutaj niewielu ośmiela się do ciebie zbliżyć… Ale powiedz mi, dlaczego mając tyle okazji, żeby mnie zaczepić, Tutejsi wybrali właśnie dzisiejszy dzień, dzień, w którym miałem wziąć udział w ważnym posiedzeniu Stołu?

— Jeśli nie sprowokowałeś ich swoim zachowaniem, to musiał to być przypadek — powiedziała Delarmi. — O ile mi wiadomo, nawet cała matematyka Seldona nie wyeliminowała z historii Galaktyki roli przypadku, a już na pewno, jeśli chodzi o zdarzenia dotyczące pojedynczych osób. A może ty też mówisz pod wpływem jakiejś inspiracji czy intuicji? (Jeden czy dwóch Mówców przyjęło z wewnętrznym westchnieniem to pchnięcie zadane mimochodem Pierwszemu Mówcy.)

— To nie było spowodowane moim zachowaniem. To nie był przypadek. To była przemyślana ingerencja — odparł Gendibal.

— A skąd możemy o tym wiedzieć? — spytał łagodnie Pierwszy Mówca. Ostatnia uwaga Delarmi spowodowała, że patrzył teraz życzliwszym okiem na Gendibala.

— Mój umysł jest przed tobą otwarty, Pierwszy Mówco. Przekazuję ci — i całemu Stołowi — moją pamięć zdarzeń.

Przekaz trwał zaledwie kilka sekund. Kiedy się zakończył, Pierwszy Mówca powiedział:

— To wstrząsające! Zachowałeś się, Mówco, bardzo dobrze w tych warunkach. Zgadzam się, że zachowanie Tutejszych jest nienormalne i daje podstawę do wszczęcia śledztwa. Tymczasem proszę, żebyś zajął miejsce…

— Chwileczkę! — przerwała mu Delarmi. — A skąd możemy mieć pewność, że jego przekaz jest wierny?

Była to obelga. Nozdrza Gendibala rozdęły się z gniewu, ale zachował spokój. — Mój umysł jest otwarty — powtórzył.

— Znałam otwarte umysły, które wcale nie były otwarte.

— Nie wątpię w to — rzekł Gendibal — jako że, jak wszyscy z nas, musisz cały czas kontrolować swój umysł. Jednak mój umysł kiedy jest otwarty, to jest otwarty.

— Skończmy już z tymi… — zaczął Pierwszy Mówca.

— Przepraszam, że przerywam, Pierwszy Mówco — powiedziała Delarmi — ale domagam się prawa głosu.

— W jakiej sprawie, Mówco?

— Mówca Gendibal powiedział, że ktoś spośród nas usiłował popełnić morderstwo, przypuszczalnie nakłaniając tego wieśniaka do zaatakowania go. Dopóki oskarżenie to nie zostanie wycofane, ja, jak każda inna z obecnych tu osób, włączając w to ciebie, Pierwszy Mówco, muszę być uważana za przypuszczalnego mordercę.

— Czy wycofujesz to oskarżenie, Mówco Gendibal? — spytał Pierwszy Mówca.

Gendibal zajął swoje miejsce, objął dłońmi ramiona, ściskając je mocno, jak gdyby chciał je objąć w posiadanie i powiedział:

— Wycofam je natychmiast, gdy tylko ktoś mi wytłumaczy, dlaczego tutejszy wieśniak, dobierając sobie jeszcze paru kompanów, zasadził się specjalnie na mnie, aby zatrzymać mnie w drodze na to zebranie.

— Mogło być tysiąc powodów — rzekł Pierwszy Mówca. — Powtarzam, że ten wypadek zostanie zbadany. Czy teraz, w interesie kontynuowania obecnej dyskusji, wycofasz, Mówco Gendibal, swoje oskarżenie?

— Nie mogę, Pierwszy Mówco. Przez wiele minut próbowałem, tak delikatnie, jak mogłem, znaleźć w jego umyśle coś, dzięki czemu mógłbym zmienić jego zachowanie bez szkody dla jego mózgu, ale nic takiego nie znalazłem. Jego umysł nie miał tej elastyczności, którą powinien był posiadać. Jego uczucia były sztywne, jak gdyby utrwalone przez jakiś inny umysł.

— I myślisz, że to ktoś z nas był tym innym umysłem? — powiedziała Delarmi z uśmieszkiem. — A czy nie mogła to być ta twoja tajemnicza organizacja, która z nami rywalizuje i która jest potężniejsza od nas?

— Mogła — zgodził się Gendibal.

— W takim razie my, którzy nie jesteśmy członkami tej organizacji znanej tylko tobie — jesteśmy niewinni i powinieneś wycofać swoje oskarżenie. A może oskarżasz kogoś o to, że znajduje się pod wpływem tej dziwnej organizacji? Może ktoś z nas jest niezupełnie tym, kim się wydaje?

— Może — odparł bez wahania Gendibal, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że Delarmi kręci na niego pętlę.

— Mogłoby się wydawać — powiedziała Delarmi, ujmując pętlę i gotując się do zaciśnięcia jej wokół jego szyi — że twój sen o tajemniczej, nieznanej, ukrytej gdzieś organizacji jest halucynacją paranoika. Pasowałoby to zresztą świetnie do twoich paranoicznych rojeń, że tutejsi wieśniacy są pod wpływem z zewnątrz oraz że Mówcy są przez kogoś skrycie manipulowani. Chcę jednak jeszcze przez chwilę podążać tokiem twojego rozumowania. Jak sądzisz, Mówco, kto z nas tu obecnych jest manipulowany? Może ja?

— Nie przypuszczam, Mówco — odparł Gendibal — Gdybyś chciała usunąć mnie w tak okrężny sposób, to nie okazywałabyś tak otwarcie swojej niechęci do mnie.

— A może właśnie o to mi chodziło, żebyś tak myślał? — rzekła Delarmi. Niemal mruczała z zadowolenia. — To byłby naturalny wniosek dla paranoika.

— Być może. Masz większe doświadczenie w tych sprawach niż ja.

W tym momencie wtrącił się Mówca Lestim Gianni:

— Słuchaj, Mówco, jeśli wycofujesz swoje oskarżenie w stosunku do Mówcy Delarmi, to tym bardziej godzisz w pozostałych. Jaki ktoś z nas miałby w tym interes, żeby opóźnić twoje przyjście na zebranie, nic mówiąc już o zabiciu ci??

Gendibal odparł szybko, jakby czekał na to pytanie:

— Kiedy tu wszedłem, dyskutowano właśnie nad usunięciem z zapisu obrad uwag, które zgłosił Pierwszy Mówca. Otóż ja byłem jedynym Mówcą, który nie mógł wysłuchać tych uwag. Zapoznajcie mnie z nimi, a sądzę, że będę mógł przedstawić wam powód, dla którego starano się opóźnić moje przybycie.

— Stwierdziłem — rzekł Pierwszy Mówca — i było to coś, do czego Mówca Delarmi i pozostali mieli poważne zastrzeżenia — że, opierając się na mojej intuicji i bardzo niewłaściwym użyciu matematyki psychohistorii, doszedłem do wniosku, iż cała przyszłość Planu może zależeć od wygnanego z Pierwszej Fundacji Golana Trevize.

— To, co myślą inni Mówcy, jest ich sprawą — powiedział Gendibal. — Jeśli jednak chodzi o mnie, to zgadzam się z tą hipotezą. Trevize jest kluczem do całej sprawy. Uważam, że jego nagłe wydalenie z Pierwszej Fundacji było zbyt dziwne, żeby traktować je jako nieszkodliwe.

— Czyżbyś chciał powiedzieć przez to, Mówco Gendibalu — rzekła Delarmi — że Trevize albo ci, którzy skazali go na wygnanie, znajdują się we władzy tej tajemniczej organizacji? A może kontrolują oni wszystkich i wszystko, z wyjątkiem ciebie i Pierwszego Mówcy… i mnie, bo — jak oświadczyłeś — nie jestem manipulowana.

— Na te szalone brednie nie trzeba dawać żadnej odpowiedzi. Zamiast tego chciałbym spytać, czy jest tu jakiś Mówca, który zgadza się w tej sprawie z Pierwszym Mówcą i ze mną? Czytaliście, przypuszczam, matematyczne opracowanie tego problemu, które — za zgodą Pierwszego Mówcy — wam udostępniłem.

Odpowiedziało mu milczenie.

— Ponawiam pytanie — rzekł Gendibal. — Czy ktoś się zgadza?

Odpowiedziało mu milczenie.

— Pierwszy Mówco, masz oto powód, dla którego starano się opóźnić moje przybycie.

— Wyjaśnij to dokładnie — powiedział Pierwszy Mówca.

— Stwierdziłeś, że trzeba zająć się Trevizem, tym wygnańcem z Pierwszej Fundacji. To ważna inicjatywa, zmierzająca do zmiany naszej polityki i jeśli Mówcy przeczytali moje opracowanie, to z grubsza wiedzieli o co chodzi. Jeśli jednak jednomyślnie — jednomyślnie — opowiedzieli się przeciwko twojej inicjatywie, to zgodnie z naszą starą zasadą samoograniczania się nie mógłbyś jej wprowadzić w życie. Natomiast gdyby poparł cię przynajmniej jeden Mówca, to mógłbyś zmienić naszą politykę. Każdy, kto czytał moje opracowanie, dobrze wiedział, że ja byłem tym jedynym Mówcą, który poparłby cię. Dlatego za nic nie wolno było dopuścić mnie do udziału w zebraniu. Ta sztuczka prawie się udała, ale jestem tu teraz i udzielam Pierwszemu Mówcy swego poparcia. Zgadzam się z nim i teraz, zgodnie z tradycją, może nie zważać na sprzeciw innych i robić, co uważa za stosowne.

Delarmi uderzyła pięścią w stół.

— Z tego wynika, że ktoś wiedział z góry, co zaproponuje Pierwszy Mówca, że wiedział z góry, że poprze to Mówca Gendibal, a cała reszta nie… że ktoś wiedział to, czego w żaden sposób nie mógł wiedzieć. Wynika też z tego, że inicjatywa Pierwszego Mówcy nie podoba się tej organizacji z paranoicznych halucynacji Mówcy Gendibala i że usilnie starają się zapobiec jej i że dlatego jedna lub więcej osób spośród nas znajduje się pod wpływem tej organizacji.

— Tak istotnie z tego wynika — przyznał Gendibal. — Przeprowadziłaś tę analizę po mistrzowsku.

— No więc, kogo oskarżasz? — krzyknęła Delarmi.

— Nikogo. Proszę Pierwszego Mówcę, żeby zajął się tą sprawą. Jest oczywiste, że w naszej organizacji jest ktoś, kto pracuje przeciw nam. Proponuję, żeby umysły wszystkich pracujących dla Drugiej Fundacji poddać dokładnej analizie. Wszystkich, włącznie z Mówcami. Włączając w to nawet mnie… i Pierwszego Mówcę.

Jeszcze nigdy zebranie Stołu nie kończyło się w atmosferze takiego podniecenia i zmieszania.

A kiedy Pierwszy Mówca ogłosił w końcu zamknięcie posiedzenia, Gendibal — nie odzywając się do nikogo słowem — wrócił do swego pokoju. Wiedział dobrze, że wśród Mówców nie ma żadnego przyjaciela, że nawet to poparcie, które może mu zapewnić Pierwszy Mówca, będzie wymuszone.

Nie potrafił powiedzieć, czy boi się o siebie czy o całą Drugą Fundację. Czuł w sercu gorycz, jakby już poniósł klęskę.

<p>27.</p>

Gendibal nie spał dobrze. Śnił, że kłóci się z Delorą Delarmi. W jednym z tych snów doszło nawet do osobliwego zlania się w jedno Delarmi z tutejszym wieśniakiem, Rufirantem, tak że Gendibal znalazł się nagle naprzeciw nieproporcjonalnie zbudowanej Delarmi nacierającej na niego z uniesionymi do ciosu potężnymi pięściami i pokazującej w swym słodkim jak zwykle uśmiechu zęby ostre jak szpilki.

Kiedy się w końcu obudził, później niż zazwyczaj, czuł się tak, jakby w ogóle nie spał. Na nocnym stoliku hałasował, umieszczony tam, brzęczyk. Przekręcił się, aby zakryć ręką kontakt.

— Słucham… O co chodzi?

— Mówco — usłyszał głos pedla z jego piętra. W głosie było mniej szacunku niż powinno było być. — Ma pan gościa.

— Gościa? — Gendibal wcisnął klawisz, żeby spojrzeć w kalendarz umówionych spotkań i zerknął na ekran. Nie miał żadnego spotkania przed południem: Nacisnął guzik zegara. Była 8.32 rano. — Kto to jest, na przestrzeń i czas? — spytał z irytacją.

— Nie chce podać nazwiska, Mówco. — Po chwili dodał z wyraźną dezaprobatą: — To ktoś z tych Tutejszych, Mówco. Mówi, że przychodzi na pana zaproszenie. — Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z jeszcze większą dezaprobatą.

— Niech zaczeka w recepcji, aż przyjdę. Zajmie to trochę czasu.

Gendibal nie spieszył się. Dokonywał porannych ablucji pogrążony w myślach. To, że ktoś użył tego Tutejszego, aby pokrzyżować mu szyki, było pewne, ale chciałby wiedzieć, kim był ten ktoś. A co miało znaczyć to nowe najście Tutejszego, i to w jego własnym domu? Czyżby była to jakaś przemyślna zasadzka?

Jak, na miłość Seldona, mógł się Tutejszy dostać na teren Uniwersytetu? Jaki mógł podać powód? I jaki miał faktyczny powód?

Przez chwilę Gendibal zastanawiał się, czy nie powinien zabrać ze sobą broni, ale niemal natychmiast odrzucił ten pomysł. Był całkowicie pewien, że na terenie Uniwersytetu jest w stanie kierować wolą i zachowaniem każdego pojedynczego wieśniaka bez obawy o siebie i bez zostawienia jakichkolwiek wykrywalnych śladów ingerencji w jego umyśle.

Stwierdził też, że incydent z Karollem Rufirantem stanowczo zbyt silnie go poruszył… A może to właśnie on tu przyszedł? Być może wpływ, który ten ktoś czy to coś wywierało na niego, już ustał? W takim przypadku niewykluczone, że — bojąc się kary — mógł tu przyjść, aby przeprosić Gendibala za swoje wczorajsze zachowanie. …Ale skąd wiedziałby, gdzie go znaleźć? Skąd wiedziałby, do kogo się zwrócić?

Gendibal przeszedł przez korytarz i zdecydowanym ruchem otworzył drzwi do recepcji. Stanął, zaskoczony, w progu, a potem zwrócił się do pedla, który krzątał się w swej szklanej budce, udając, że jest bardzo zajęty.

— Nie powiedziałeś, że gościem jest kobieta. Pedel odparł spokojnie:

— Mówco, powiedziałem, że to ktoś z Tutejszych. Nie pytał pan dalej.

— Minimum informacji, tak? Muszę zapamiętać, że to jedna z twoich cech szczególnych. (Musi też sprawdzić, czy pedel nie jest protegowanym Delar — mi. Musi też pamiętać, żeby — poczynając od tej pory — zwracać uwagę na otaczający go personel pomocniczy, na „Niższych”, których — jeśli się jest od niedawna Mówcą — tak łatwo lekceważyć i nie dostrzegać.) Czy jest wolny któryś z pokojów konferencyjnych?

— Wolna jest tylko czwórka, Mówco — odparł pedel. — Będzie potrzebna dopiero za trzy godziny. — Zerknął na Tutejszą, a potem spojrzał z niewinną miną na Gendibala.

— Skorzystam z czwórki i radzę ci uważać na to, co myślisz — Gendibal uderzył. Ekran pedla opadł o wiele za wolno. Gendibal wiedział, że zmaltretowanie niższego umysłu nie licowałoby z jego godnością Mówcy, ale z drugiej strony osoba, która nie potrafiła ukryć niestosownych myśli na temat swych przełożonych, powinna dostać nauczkę, że nie można sobie pozwalać na coś takiego. Pedel będzie miał przez kilka godzin lekki ból głowy. Zasłużył sobie na to.

<p>28.</p>

Gendibal nie mógł sobie na poczekaniu przypomnieć jej nazwiska, a nie był w nastroju, żeby szukać w głębszych pokładach pamięci. Zresztą na pewno nie spodziewała się, że będzie je pamiętał.

— Jesteś… — powiedział poirytowanym głosem.

— Ja Novi, panie — wykrztusiła. — Na pierwsze mam Sura, ale wołają mnie prosto Novi.

— Tak, Novi. Teraz sobie przypominam… spotkaliśmy się wczoraj. Nie zapomniałem, że stanęłaś W mojej obronie — jakoś nie potrafił przejść na dialekt Tutejszych na terenie uniwersytetu. — A jak się tu dostałaś?

— Pan mówił, co mogie napisać list. Pan mówił, co by na nim stało „Dom Mówców, pokój 27”. Ja sama go przyniosła. Pokaże pisanie — moje własne pisanie, panie — powiedziała nieśmiało, ale z pewną dumą. — Pytajo mnie „do kogo te pisanie”? Ja słyszała pana przezwisko, jak pan mówił do tego głupiego barana Rufiranta. No to ja mówię, co to la pana badawcy Stora Gendibala.

— I pozwolili ci wejść, Novi? Nie kazali sobie pokazać tego listu?

— Ja się wystraszyła. Myślała, co może oni mnie nie puszczo. No to ja powiedziało „Badawca Gendibal przyobiecał, co mnie pokaże Miejsce Badawców”. I oni się śmiali. Jeden przy bramie powiedział do takiego drugiego „I pewnie jej jeszcze co inne pokaże”. I pokazali mnie jak iść i mówili, co by nigdzie indziej, bo mnie z miejsca wyrzuco.

Gendibal lekko, poczerwieniał. Na Seldona, gdyby się chciał zabawić z Tutejszą, to nie robiłby tego tak otwarcie i wybrałby z większym gustem. Popatrzył na nią kręcąc wewnętrznie głową.

Wydawała się dosyć młoda. Pewnie była młodsza, niż na to wyglądała, ale ciężka praca w gospodarstwie postarzała każdego. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. W tym wieku kobiety Tutejszych były już zazwyczaj zamężne. Jej czarne włosy były zaplecione w warkocze, co oznaczało, że jest panną — a właściwie dziewicą — i nie dziwiło go to. Jej wczorajszy występ pokazał, że miała nadzwyczajne zadatki na sekutnicę, więc wątpił, czy znalazłby się Tutejszy, który miałby ochotę skazywać się na jej ostry język i tęgie kuksańce. Jej powierzchowność też nie była zbytnio atrakcyjna. Chociaż widać było, że się bardzo starała o swój wygląd, to jednak nic nie mogło ukryć faktu, że ma kanciastą, niezbyt urodziwą twarz i czerwone, żylaste ręce. Na ile pozwalało to ocenić jej luźne ubranie, natura stworzyła jej figurę z myślą raczej o przetrwaniu niż o wdzięku.

Pod jego badawczym spojrzeniem spuściła oczy. Zaczęła jej drżeć dolna warga. Widział zupełnie wyraźnie jej zmieszanie i lęk, więc ogarnęło go współczucie. W końcu naprawdę pomogła mu wczoraj i tylko to się liczyło.

Powiedział, starając się, by zabrzmiało to życzliwie i uspokajająco:

— A więc przyszłaś, aby zobaczyć… eee… Miejsce Badaczy?

Otworzyła szeroko swe czarne oczy (były raczej ładne) i rzekła:

— Panie, nie gniewaj się na mnie, ale ja przyszła co by sama być badawco.

Spadło to na Gendibala jak piorun z jasnego nieba. — Chcesz być badacze m? — powiedział. — Moja dobra kobieto… — zaczął i przerwał. Jak na przestrzeń mógłby wyjaśnić prostej kobiecie wiejskiej, jaką trzeba mieć inteligencję, jaką siłę umysłu i ile trzeba ćwiczyć, aby zostać tym, kogo Trantorczycy zwali „badawcą”?

Ale Sura Novi zawzięła się:

— Ja pisze i czytam. Ja przeczytała kupę ksionżek, od poczontku do końca. I ja chce być badawco. Ja nie chce być żono chłopa. Ja nie chce na gospodarkie. Nic wyjdę za gospodarza i nie będę z nim miała dzieciów. — Podniosła głowę i powiedziała dumnie: — O mnie się starali. Nie raz. A ja zawsze „nie”. Grzecznie, ale „nie”.

Gendibal widział doskonale, że kłamie. Nikt się o nią nigdy nie starał. Nie pokazał tego jednak po sobie. — Co z sobą zrobisz, jeśli nie wyjdziesz za mąż? — spytał.

Novi położyła dłoń płasko na stole.

— Będę badawco. Nie będę gospodynie.

— No a jeśli nie uda mi się zrobić z ciebie badacza?

— To nic ze mnie nie będzie i będę czekać na śmierć. Jak nie będę badawco, to nic ze mnie nie będzie.

Przez chwilę miał ochotę przeszukać jej mózg i stwierdzić, jak silne jest jej pragnienie zostania badaczem. Ale byłoby to niewłaściwe z jego strony. Mówca nie zabawia się szperaniem w bezbronnych mózgach innych osób. Nauka i technika kontroli umysłowej, mentalistyka, miała — jak inne profesje — swój kodeks zawodowy. A przynajmniej powinna mieć. .(W tej chwili ogarnęły go wyrzuty sumienia, że uderzył pedla.)

— A dlaczego nie chcesz być gospodynią, Novi? — spytał. Mógłby bez zbytniego wysiłku sprawić, by zapragnęła zostać gospodynią i równie łatwo skłonić jakiegoś Tutejszego prostaka, by się z nią ożenił i był szczęśliwy. Nie zrobiłby jej w ten sposób żadnej krzywdy. Byłby to dobry uczynek… Niestety, było to sprzeczne z prawem i nie do pomyślenia.

— Nie będę — powiedziała. — Chłop to je snop. Wionże snopy i sam się robi jak snop. Jak by ja została gospodynie, to by też była jak snop. Nie miała by czasu czytać i pisać i by zapomniała. Moja głowa — dotknęła ręką skroni — by była pusta. Nie! Badawcą je inny. Rozważny! (Jak Gendibal zauważył, słowo to oznaczało dla niej raczej „inteligentny” niż „rozsądny”.)

— Badawcą — mówiła — żyje ksionżkami i… i… ja zapomniała jak to się nazywa. — Zrobiła jakiś nieokreślony gest, który miał wyjaśnić, o co jej chodzi, ale nic nie mówiłby Gendibalowi, gdyby nie kierował się on promieniowaniem wysyłanym przez jej mózg.

— Mikrofilmami — powiedział. — Gdzie słyszałaś o mikrofilmach?

— W ksionżkach ja czytała o różnych rzeczach — powiedziała z dumą.

Gendibal nie był już w stanie dłużej opierać się chęci dowiedzenia się czegoś więcej. Novi była niezwykłą Tutejszą; nigdy nie słyszał o kimś takim.

Nigdy nic werbowali członków spośród Tutejszych, ale gdyby Novi była młodsza, powiedzmy, o piętnaście lat…

Jaka strata! Nie niepokoiłby jej, absolutnie nie niepokoiłby, ale co za sens miałoby bycie Mówcą, gdyby nie można było badać niezwykłych umysłów i uczyć się w ten sposób? Powiedział:

— Novi, chcę, żebyś na chwilę tam usiadła. Bądź cicho. Nic nie mów. Nawet nie myśl o tym, żeby coś powiedzieć. Myśl o tym, że chcesz zasnąć. Rozumiesz?

Znowu ogarnął ją lęk. — Po co ja to musze robić, panie?

— Po to, żebym mógł się zastanowić, jak z ciebie zrobić badacza.

W końcu, bez względu na to, co czytała, nie mogła się w żaden sposób dowiedzieć, co naprawdę znaczyło słowo „badacz”. Dlatego trzeba było się przekonać czym — w jej mniemaniu — był badacz.

Sondował jej umysł bardzo ostrożnie i delikatnie, wyczuwając, co myśli bez dotykania jej mózgu — zupełnie jakby kładł dłoń na płycie z gładkiego, polerowanego metalu, nie zostawiając na niej odcisków palców. „Być badaczem” znaczyło „być kimś, kto stale czyta książki”. Nie miała najmniejszego pojęcia po co się czyta. „Zostać samą badaczem” znaczyło wykonywać pracę, którą dobrze znała — obraz w jej umyśle był wyraźny — gotować, sprzątać, robić sprawunki, ale na terenie uniwersytetu, gdzie były dostępne książki i gdzie miałaby czas je czytać i — w jakimś nieokreślonym sensie — „zostać uczoną”. Sprowadzało się to do tego, że chciała zostać służącą — jego służącą.

Gendibal zmarszczył czoło, Tutejsza służąca, do tego taka, która nie ma ani wdzięku, ani wykształcenia, która zaledwie potrafi czytać i pisać. To rzecz zupełnie nie do pomyślenia.

Musi po prostu skierować jej umysł na inne tory. Musi być jakiś sposób nastawienia jej pragnień tak, aby pogodziła się z rolą wieśniaczki, sposób, który nie zostawi żadnych śladów, który nawet Delarmi nie da okazji do oskarżeń.

… A może to Delarmi ją nasłała? Może była to misterna intryga, którą obmyśliła po to, by dał się skusić na manipulowanie umysłem Tutejszej, aby potem złapać go na gorącym uczynku i oskarżyć?

Nie, to śmieszne. Był na najlepszej drodze do paranoi. Gdzieś wśród prostych wici jej nieskomplikowanego umysłu biegł strumień myśli, który trzeba było tylko nieznacznie uregulować. Wystarczy lekkie pchnięcie i wszystko będzie dobrze.

Było to co prawda sprzeczne z prawem, ale nie wyrządzi to jej żadnej szkody i nikt tego nigdy nawet nie zauważy.

Zatrzymał się.

Zaraz, zaraz — musi się cofnąć. Jeszcze trochę. I jeszcze trochę.

Na przestrzeń! Omal tego nie przegapił!

Czyżby padł ofiarą złudzenia?

Nie! Teraz, kiedy skoncentrował na tym całą uwagę, mógł to dostrzec zupełnie wyraźnie. Najdrobniejsza wić była minimalnie skrzywiona — nienormalnie skrzywiona. Było to jednak odchylenie nadzwyczaj delikatne — wić nie rozwidlała się — ani nic miała żadnych wypustek.

Gendibal wycofał się. Powiedział łagodnie: — Novi.

Ocknęła się. Powiedziała: — Słucham, panie.

— Możesz pracować ze mną — rzekł Gendibal. — Zrobię z ciebie badacza.

Zawołała radośnie, z blaskiem w oczach:

— Panie…

Odkrył natychmiast jej zamiar. Chciała się rzucić do jego stóp. Położył jej ręce na ramionach i trzymając ją mocno, zmusił, by nie wstawała.

— Nie ruszaj się, Novi. Zostań tu, gdzie jesteś… Zostań! — Czuł pod palcami jej twarde mięśnie.

Równie dobrze mógłby tak mówić do częściowo ułożonego zwierzęcia. Kiedy upewnił się, że polecenie do niej dotarło, puścił ją. Powiedział:

— Jeśli chcesz zostać badaczem, to musisz się zachowywać jak badaczowi przystało. Znaczy to, że zawsze musisz mówić cicho i spokojnie, zawsze robić to, co ci powiem. I musisz się nauczyć mówić tak, jak ja. Będziesz również musiała poznać innych badaczy. Nie będziesz się bała?

— Nie będę się bojała — bała, panie, jak będziesz ze mno.

— Będę przy tobie. Ale teraz… przede wszystkim muszę ci znaleźć pokój, załatwić, żeby przydzielono ci łazienkę, miejsce w jadalni, a także ubranie. Będziesz musiała nosić ubranie bardziej odpowiednie dla badacza, Novi.

— To je wszystko, co… — zaczęła płaczliwie.

— Dostaniesz inne.

Oczywiście będzie musiał znaleźć jakąś kobietę, która załatwi nowe ubranie dla Novi. Będzie musiał się także postarać o kogoś, kto nauczy ją dbać o higienę osobistą. W końcu, mimo iż ubranie, które miała na sobie, było prawdopodobnie najlepszym, jakie posiadała, nadal czuć było od niej niezbyt przyjemny zapach.

I będzie musiał postarać się o to, żeby istota związku między nim i Novi była dla wszystkich jasna. Było tajemnicą poliszynela, że mężczyźni (i kobiety) z Drugiej Fundacji brali sobie dla przyjemności od czasu do czasu kogoś z Tutejszych. Jeśli obywało się to bez ingerencji w umysły Tutejszych, to nikt nie myślał nawet o tym, żeby robić szum z tego powodu. Gendibal nigdy nie pozwalał sobie na takie rozrywki i pochlebiał sobie, że nie bierze w tym udziału dlatego, iż nie czuje potrzeby ani nie ma ochoty na seks bardziej wulgarny czy pikantny niż ten, któryjest dostępny na terenie uniwersytetu. Kobiety z Drugiej Fundacji były na pewno bledsze niż Tutejsze, ale za to miały gładką skórę i były czyste.

Ale nawet gdyby cała ta sprawa została opacznie zrozumiana i chichotano by za jego plecami, że oto znalazł się Mówca, który nie tylko posmakował w Tutejszych kobietach, ale nawet ściągnął sobie jedną do domu, to i tak będzie musiał to znieść. Tak jak się sprawy miały, Sura Novi była jego kluczem do zwycięstwa w nieuchronnym pojedynku z Mówcą Delarmi i resztą Stołu.

<p>29.</p>

Gendibal nie widział Novi aż do poobiedniego odpoczynku, kiedy to przyprowadziła ją do niego kobieta, której musiał bez końca wyjaśniać tę sytuację, a przynajmniej jej nieseksualny charakter. Wreszcie zrozumiała, a przynajmniej nie śmiała pokazać, że nie rozumie, co chyba na jedno wychodziło.

Novi stanęła przed nim zarazem zawstydzona i dumna z siebie, zakłopotana i triumfująca — zaiste przedziwna mieszanka wykluczających się uczuć.

— Wyglądasz bardzo dobrze, Novi — powiedział.

Ubranie, które dostała, zdumiewająco pasowało do jej figury i nie było wątpliwości, że nie wygląda w nim śmiesznie. Czyżby ścisnęli ją w talii? A może podnieśli jej piersi? A może po prostu przedtem zniekształcało jej sylwetkę wiejskie ubranie?

Miała dość wydatne pośladki, ale nie sprawiało to przykrego wrażenia. Rysy jej twarzy pozostały, oczywiście, pospolite, ale kiedy zblednie jej opalenizna i kiedy nauczy się dbać o cerę, nie będzie zupełnie brzydka.

Na Stare Imperium, ta kobieta naprawdę pomyślała, że Novi jest jego przyjaciółką. Starała się zrobić ją piękną dla niego.

A potem pomyślał: „A właściwie, czemu nie?”

Novi będzie musiała stanąć przed Stołem Mówców i im bardziej wyda się atrakcyjna, tym łatwiej będzie mu przeprowadzić swój zamiar.

Właśnie o tym myślał, kiedy dotarła do niego . wiadomość od Pierwszego Mówcy. Było to zjawisko szczególnego rodzaju, jakie zwykle spotyka się w społeczności mentalistów. Określano je, mniej czy bardziej nieoficjalnie, jako „efekt koincydencji”. Jeśli myślisz luźno o kimś w tym samym czasie, kiedy ten ktoś myśli o tobie, to dochodzi do wzajemnej, potęgującej się stymulacji, dzięki której w ciągu paru sekund skierowane ku sobie myśli obu osób nabierają ostrości i precyzji i, sądząc z wszelkich oznak, stają się równoczesne.

Może to wywrzeć wrażenie nawet na osobie, która rozumie to zjawisko, szczególnie jeśli poprzedzające ten proces luźne myśli były tak nieokreślone, że — u jednej czy drugiej strony (albo nawet u obu) — znajdowały się pod progiem świadomości.

— Nie mogę być z tobą dziś wieczorem, Novi — powiedział Gendibal. — Mam coś do zrobienia. Zaprowadzę cię do twojego pokoju. Będzie tam trochę książek, więc będziesz mogła poćwiczyć sobie czytanie. Pokażę ci jak się uruchamia dzwonek — gdybyś potrzebowała w czymś pomocy. Zobaczymy się jutro.

<p>30.</p>

— Tak, Pierwszy Mówco — rzekł grzecznie Gendibal.

Shandess skinął tylko głową. Miał surowe spojrzenie i w pełni wyglądał na swój wiek. Wyglądał jak człowiek, który nigdy nie pije, ale tym razem trochę sobie pozwolił. W końcu powiedział: — Wezwałem cię…

— Bez pomocy posłańca. Z tego bezpośredniego „wezwania” wnoszę, że to ważna sprawa.

— Tak. Twoja zdobycz… ten człowiek z Pierwszej Fundacji… Trevize…

— Tak?

— Nie leci na Trantor.

Gendibal nie wydawał się zaskoczony. — A dlaczego miałby tu lecieć? Z informacji, którą otrzymaliśmy, wynika, że odleciał z profesorem historii starożytnej, który poszukuje Ziemi.

— Tak, legendarnej Pierwotnej Planety. I właśnie dlatego powinien przylecieć na Trantor. W końcu, czy ten profesor wie, gdzie znajduje się Ziemia? Czy ty to wiesz? Albo ja? Czy możemy mieć pewność, że w ogóle istnieje albo kiedykolwiek istniała? Na pewno powinni przylecieć do naszej biblioteki, aby uzyskać konieczne informacje… gdyby je można było gdzieś tu znaleźć. Aż do tej pory uważałem, że sytuacja nie jest jeszcze kryzysowa… że ten Trevize przyleci tutaj, że dowiemy się przez niego tego, co nam trzeba.

— Co na pewno jest powodem, żeby mu nie pozwolili na przylot tutaj.

— Ale wobec tego dokąd on leci?

— Rozumiem, że tego jeszcze nie wierny.

— Wydaje się, że cię to nie zmartwiło — powiedział z rozdrażnieniem Pierwszy Mówca.

— Zastanawiam się, czy to nie lepiej, że tak się stało — rzekł Gendibal. — Chciałbyś, żeby przyleciał na Trantor, bo wtedy miałbyś go na oku i wykorzystał jako źródło informacji. Ale czy nie stanie się on źródłem znacznie ważniejszych informacji, dotyczących osób ważniejszych niż on, jeśli poleci tam, gdzie chce lecieć i .zrobi to, co chce zrobić, o ile oczywiście nie stracimy go z pola widzenia?

Niezupełnie! powiedział Pierwszy Mówca. Wmówiłeś mi, że istnieje nowy wróg naszej Fundacji i teraz nie mam spokoju. Co gorsza, ja sam wmówiłem sobie, że musimy tu zatrzymać Trevize — go, bo inaczej wszystko stracimy. Nie mogę uwolnić się od uczucia, że on, tylko on — jest kluczem do rozwiązania tego problemu. Gendibal powiedział z naciskiem:

Cokolwiek się stanie, Pierwszy Mówco, my nie przegramy To byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby ta społeczność anty — Mułów — żeby raz jeszcze użyć .twego określenia ryła pod nami niezauważona. Jeśli będziemy ze sobą współpracować, to na następnym posiedzeniu Stołu zaczniemy kontratak.

— To nie sprawa Trevizego spowodowała, że cię wezwałem. — rzekł Pierwszy Mówca. — Zacząłem od niej, bo wydawało mi się, że jest to moja osobista porażka. Błędnie zanalizowałem ten aspekt sytuacji. Źle zrobiłem, stawiając osobiste niepowodzenia ponad sprawy dotyczące wszystkich i przepraszam za to. Jest jeszcze inna sprawa.

— Bardziej poważna, Pierwszy Mówco?

— Bardziej poważna, Mówco Gendibal. — Pierwszy Mówca westchnął i zaczął bębnić palcami po biurku. Gendibal stał i cierpliwie czekał.

W końcu Pierwszy Mówca powiedział oględnie, jakby chcąc złagodzić cios:

— Na nadzwyczajnym posiedzeniu Stołu, zwołanym z inicjatywy Mówcy Delarmi…

— Bez twojej zgody, Pierwszy Mówco?

— Do tego, czego chciała, potrzebna jej była zgoda tylko trzech innych Mówców, nie włączając w to mnie. Na nadzwyczajnym posiedzeniu, które zostało potem zwołane, zostałeś, Mówco Gendibalu, postawiony w stan oskarżenia. Postawiono zarzut, że nie jesteś godzien stanowiska Mówcy i w związku z tym zostanie ci wytoczony proces. Po raz pierwszy od trzystu lat wniesiono oskarżenie przeciw Mówcy…

— Chyba ty sam nie głosowałeś za wniesieniem tego oskarżenia? — powiedział Gendibal, tłumiąc wzbierający w nim gniew.

— Ja nie, ale mój głos był odosobniony. Reszta Mówców była jednomyślna i wynik głosowania brzmiał — dziesięć przeciw jednemu za oskarżeniem. Jak wiesz, do wniesienia oskarżenia wymagane jest osiem głosów, jeśli jest w tej liczbie głos Pierwszego Mówcy albo dziesięć, jeśli on jest przeciw czy wstrzymuje się od głosu.

— Ale ja nie byłem obecny.

— Nie mógłbyś brać udziału w głosowaniu.

— Mógłbym powiedzieć coś w swojej obronie.

— Nie na tym etapie. Jest tylko kilka precedensów, ale są one oczywiste. Będziesz mógł zabrać głos w swojej obronie na procesie, który naturalnie odbędzie się tak szybko, jak to tylko możliwe.

Gendibal pochylił głowę w zamyśleniu. Potem powiedział:

— Nie przejmuję się tym zbytnio, Pierwszy Mówco. Myślę, że instynktownie ustaliłeś właściwą hierarchię spraw. Sprawa Trevizego jest ważniejsza. Czy nie mógłbyś na tej podstawie odroczyć procesu?

Pierwszy Mówca wzniósł dłoń do góry. — Nie dziwię ci się, Mówco, że nie rozumiesz sytuacji. Postawienie Mówcy w stan oskarżenia jest tak rzadkim przypadkiem, że ja sam zostałem zmuszony do odszukania odpowiedniej procedury prawnej. Nic teraz nie jest ważniejsze od tej sprawy. Jesteśmy zmuszeni przygotować proces, odsuwając wszystko inne na później.

Gendibal oparł się pięściami o biurko i pochylił w stronę Pierwszego Mówcy:

— Nie mówisz chyba tego poważnie?

— Takie jest prawo.

— Nie można pozwolić na to, aby prawo przesłoniło oczywiste, aktualnie zagrażające nam niebezpieczeństwo.

— Dla Stołu, Mówco Gendibalu, ty jesteś oczywistym i aktualnie zagrażającym nam niebezpieczeństwem… Chwileczkę, wysłuchaj mnie! Prawo to opiera się na przekonaniu, że nic nie może być ważniejsze niż przypadek korupcji albo nadużycia władzy przez Mówcę.

— Ale ja, Pierwszy Mówco, nie popełniłem ani jednego, ani drugiego, i dobrze wiesz o tym. To osobista zemsta Mówczyni Delarmi. Jeśli można tu mówić o nadużyciu władzy, to tylko z jej strony. Moją winą jest to, że nigdy nie zabiegałem o zdobycie popularności, przyznaję to, i za mało uwagi poświęcałem głupcom, którzy są na tyle starzy, że cierpią na uwiąd starczy, ale jednocześnie na tyle młodzi, że mają władzę.

— Takim jak ja? Gendibal westchnął.

— Widzisz, i znowu mnie poniosło. Nie ciebie miałem na myśli, Pierwszy Mówco… A zatem dobrze, niech proces odbędzie się niezwłocznie. Jutro. A jeszcze lepiej dziś wieczorem. Załatwmy to i zajmijmy się sprawą Trevizego. Nie wolno nam zwlekać.

— Mówco Gendibal — rzekł Pierwszy Mówca. — Nie wydaje mi się, żebyś zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Były już przypadki postawienia Mówców w stan oskarżenia… nie było ich dużo — tylko dwa. Żaden nie zakończył się wyrokiem skazującym. Ale ty zostaniesz skazany! Nie będziesz już członkiem Stołu i nie będziesz miał już nic do powiedzenia w sprawach naszej polityki. Nie będziesz nawet miał prawa głosu na corocznych walnych zgromadzeniach.

— I nie zrobisz nic, żeby temu zapobiec?

— Nie mogę. Zostałbym natychmiast jednomyślnie przegłosowany. Wtedy musiałbym ustąpić i myślę, że o to im właśnie chodzi.

— A Pierwszym Mówcą zostałaby Delarmi?

— To jest bardzo prawdopodobne.

— Ależ nie można do tego dopuścić!

— Właśnie! I dlatego będę musiał głosować za wyrokiem skazującym cię.

Gendibal wciągnął głęboko powietrze.

— Nadal domagam się, żeby proces odbył się niezwłocznie.

— Musisz mieć czas, żeby przygotować sobie obronę.

— Jaką obronę? Nie będą słuchali żadnej obrony. Chcę, żeby proces odbył się niezwłocznie!

— Stół musi mieć czas, żeby zgromadzić dowody.

— Nie mają i nie będą mieli żadnych dowodów. W swoich myślach uznali mnie już za winnego i skazali, i nie potrzebują nic więcej. Prawdę mówiąc, będą woleli skazać mnie raczej jutro niż pojutrze… raczej dziś wieczorem niż jutro. Zostaw to im.

Pierwszy Mówca podniósł się z miejsca. Popatrzyli na siebie ponad biurkiem. Pierwszy Mówca spytał: — Dlaczego tak ci się spieszy?

— Sprawa Trevizego nie może czekać.

— Co będzie można zrobić, kiedy zostaniesz skazany, a ja stanę sam przeciwko całemu zjednoczonemu w oporze Stołowi?

Gendibal szepnął z optymizmem:

— Nie obawiaj się! Na przekór wszystkim, nie zostanę skazany!


26.

<p>26.</p>

Mówcy siedzieli wokół stołu, schowani za swymi ekranami psychicznymi. Wyglądało to tak, jakby na dany znak schowali swe umysły, aby nie urazić Pierwszego Mówcy tym, co sobie o nim pomyśleli, usłyszawszy jego zdanie na temat Trevizego. Spoglądali ukradkiem w stronę Mówczyni Delarmi i to już było bardzo wymowne. Była ona najbardziej z nich wszystkich znana z braku szacunku dla przyjętych zasad. Nawet Gendibal lepiej udawał, że przestrzega konwenansów.

Delarmi widziała te spojrzenia i zdawała sobie sprawę, że nie ma innego wyboru niż stawić czoła wyzwaniu i spróbować się odnaleźć w tej niesamowitej sytuacji. Zresztą, prawdę mówiąc, nie chciała się uchylać przed tym, czego od niej oczekiwali. W całej historii Drugiej Fundacji nie zdarzyło się nigdy, by Pierwszemu Mówcy postawiono zarzut błędnego rozeznania sytuacji (to sformułowanie było wymyślonym przez nią eufemizmem na określenie tego, czego nikt otwarcie nie ośmieliłby się stwierdzić, a mianowicie niekompetencji). Teraz stało się to możliwe. Za nic nie cofnęłaby się przed postawieniem takiego zarzutu.

— Pierwszy Mówco! — powiedziała łagodnie. Jej cienkie, blade wargi jeszcze bardziej niż zwykle stopiły się w jedno z ogólną bladością jej twarzy.

— Sam powiedziałeś, że nie możesz oprzeć swej opinii na żadnych racjonalnych podstawach, że obliczenia psychohistoryczne nic nie wykazały. Czy chcesz, żebyśmy podjęli przełomową decyzję w oparciu o jakieś mistyczne przeczucia?

Pierwszy Mówca podniósł głowę i zmarszczył czoło. Czuł, że wszyscy schowali się za swoimi ekranami. Wiedział, co to oznacza. Powiedział zimno:

Nie kryję tego, że nie mam dowodów. Nie ofiarowuję wam niczego fałszywie. To, co wam daję, to intuicyjne, lecz silne przeczucie Pierwszego Mówcy o kilkudziesięcioletnim doświadczeniu, który niemal całe życie spędził analizując dokładnie Plan Seldona. — Rozejrzał się wokół, spoglądając na Mówców z rzadko u niego widywaną dumą i stanowczością, i ekrany psychiczne z wolna zmiękły i, jeden po drugim, opadły. Ekran Delarmi (kiedy zwrócił się w jej stronę) opadł jako ostatni.

Powiedziała z rozbrajającą szczerością, która wypełniła jej umysł, jakby nigdy nie było tam nic innego:

— Oczywiście przyjmuję twoje stwierdzenie, Pierwszy Mówco. Niemniej sądzę, że mógłbyś je być może raz jeszcze przemyśleć. Gdy myślisz o tym teraz, przyznawszy już, że wstyd ci polegać na intuicji, może życzyłbyś sobie, by twoje uwagi zostały wymazane z zapisu obrad… jeśli, twoim zdaniem, powinny by one…

Przerwał jej głos Gendibala:

— Co to za uwagi, które powinny zostać wymazane z zapisu?

Oczy wszystkich, jak na komendę, zwróciły się na niego. Gdyby w krytycznej chwili nie kryli się byli za swoimi ekranami, wyczuliby, że nadchodzi, jeszcze zanim znalazł się w drzwiach.

— A więc przed chwilą wszyscy kryli się za ekranami? Nikt nie wyczuł mego nadejścia? — spytał drwiąco Gendibal. — Jakież banalne jest to dzisiejsze posiedzenie Stołu. Nikt nie czuwał, żeby być gotowym na moje przyjście? A może wszyscy byliście pewni, że nie przyjdę?

Ten wybuch był jaskrawym pogwałceniem wszystkich reguł. Już to, że Gendibal spóźnił się, było naganne. To, że przybył bez zapowiedzi, jeszcze bardziej. A już najgorsze było to, że odezwał się, zanim Pierwszy Mówca oficjalnie stwierdził jego obecność.

Pierwszy Mówca odwrócił się w jego stronę. Wszystko inne zostało odsunięte na bok. Najważniejsza stała się sprawa dyscypliny.

— Mówco Gendibal — powiedział — spóźniłeś się. Przybyłeś bez zapowiedzi. Zabierasz głos nieproszony. Powinieneś zostać zawieszony w prawach Mówcy na okres trzydziestu dni. — Czy masz coś na swoje usprawiedliwienie?

— Oczywiście. Sprawa zawieszenia mnie w prawach Mówcy nie powinna być w ogóle rozpatrywana, zanim nie ustalimy, kto postarał się o to, żebym na pewno się spóźnił i dlaczego to zrobił — słowa Gendibala były spokojne i wyważone, ale umysł miał przepełniony gniewem i nie zwracał uwagi na to, że ktoś może to wyczuć.

Wyczuła to na pewno Delarmi. Powiedziała gwałtownie:

— Ten człowiek jest szalony!

— Szalony? To ta kobieta jest szalona, żeby tak mówić. Albo świadoma winy… Pierwszy Mówco, proszę o zapewnienie, że nie zostaną w stosunku do mojej osoby wyciągnięte żadne konsekwencje za to, co teraz powiem.

— Co chcesz powiedzieć?

— Pierwszy Mówco, oskarżam jedną z obecnych tu osób o usiłowanie popełnienia morderstwa.

Zdawało się, że w tym momencie pokój eksplodował. Wszyscy Mówcy poderwali się na równe nogi. W rozgardiaszu słów, min, gestów i myśli nie można było nic rozróżnić.

Pierwszy Mówca uniósł w górę obie ręce. — Musimy dać Mówcy Gendibalowi możliwość przedstawienia tego oskarżenia — krzyknął. Nie odniosło to żadnego skutku, poczuł się więc zmuszony do narzucenia zebranym posłuchu w sposób, którego nie przystało używać w tym miejscu, ale nie miał wyboru. Natężył całą silę woli.

Gwar zaczął powoli cichnąć. Gendibal czekał nieruchomo aż zebrani zupełnie umilkną i uspokoją swoje myśli. Wreszcie rzekł:

— Śpiesząc tutaj z szybkością, która na pewno zapewniłaby mi punktualne przybycie na zebranie, zostałem zatrzymany na drodze przez grupę tutejszych wieśniaków i ledwie uniknąłem pobicia, a może nawet śmierci. Dlatego zjawiłem się dopiero teraz. Chciałbym na wstępie zwrócić waszą uwagę na fakt, że od czasu Wielkiej Grabieży nie zdarzyło się ani razu, aby Tutejsi zwrócili się do kogoś z Drugiej Fundacji bez szacunku, nie mówiąc już o tym, by ośmielili się zatrzymać go siłą. W każdym razie ja o niczym takim nie słyszałem.

— Ja też — rzekł Pierwszy Mówca.

— Nikt z nas nie ma zwyczaju spacerować samotnie po terytorium Tutejszych! — wrzasnęła Delarmi. — Sam się prosiłeś o to, co cię spotkało!

— To prawda — rzekł na to Gendibal — że mam zwyczaj spacerować samotnie po terytorium Tutejszych. Robiłem to już co najmniej trzysta razy i to w różnych miejscach. Jednak nigdy jakoś nie zostałem przez nikogo zaczepiony ani nawet zagadnięty. Inni nie korzystają z przechadzek w takim stopniu jak ja, ale nikt z nas nie odgradza się od świata ani nie zamyka się na całe życie w murach uniwersytetu, a mimo to nikt nigdy nie został zaczepiony. Przypominam sobie, że Delarmi… — tu przerwał, jakby zorientowawszy się po niewczasie, że pominął jej tytuł i — pozornie naprawiając potknięcie — rzekł coś, co zabrzmiało jak obelga — że Mówczyni Delarmi też bywała niekiedy na terytorium Tutejszych ale jej jakoś nikt nie zaczepił.

— Może dlatego — powiedziała Delarmi, patrząc na niego z wściekłością — że nie odzywałam się do nich pierwsza i że zawsze zachowywałam dystans. Dlatego, że zachowywałam się tak, jakby należał mi się szacunek, odnosili się do mnie z szacunkiem.

— To dziwne — powiedział Gendibal. — Miałem już powiedzieć, że dlatego, iż wyglądasz groźniej niż ja. W końcu nawet tutaj niewielu ośmiela się do ciebie zbliżyć… Ale powiedz mi, dlaczego mając tyle okazji, żeby mnie zaczepić, Tutejsi wybrali właśnie dzisiejszy dzień, dzień, w którym miałem wziąć udział w ważnym posiedzeniu Stołu?

— Jeśli nie sprowokowałeś ich swoim zachowaniem, to musiał to być przypadek — powiedziała Delarmi. — O ile mi wiadomo, nawet cała matematyka Seldona nie wyeliminowała z historii Galaktyki roli przypadku, a już na pewno, jeśli chodzi o zdarzenia dotyczące pojedynczych osób. A może ty też mówisz pod wpływem jakiejś inspiracji czy intuicji? (Jeden czy dwóch Mówców przyjęło z wewnętrznym westchnieniem to pchnięcie zadane mimochodem Pierwszemu Mówcy.)

— To nie było spowodowane moim zachowaniem. To nie był przypadek. To była przemyślana ingerencja — odparł Gendibal.

— A skąd możemy o tym wiedzieć? — spytał łagodnie Pierwszy Mówca. Ostatnia uwaga Delarmi spowodowała, że patrzył teraz życzliwszym okiem na Gendibala.

— Mój umysł jest przed tobą otwarty, Pierwszy Mówco. Przekazuję ci — i całemu Stołowi — moją pamięć zdarzeń.

Przekaz trwał zaledwie kilka sekund. Kiedy się zakończył, Pierwszy Mówca powiedział:

— To wstrząsające! Zachowałeś się, Mówco, bardzo dobrze w tych warunkach. Zgadzam się, że zachowanie Tutejszych jest nienormalne i daje podstawę do wszczęcia śledztwa. Tymczasem proszę, żebyś zajął miejsce…

— Chwileczkę! — przerwała mu Delarmi. — A skąd możemy mieć pewność, że jego przekaz jest wierny?

Była to obelga. Nozdrza Gendibala rozdęły się z gniewu, ale zachował spokój. — Mój umysł jest otwarty — powtórzył.

— Znałam otwarte umysły, które wcale nie były otwarte.

— Nie wątpię w to — rzekł Gendibal — jako że, jak wszyscy z nas, musisz cały czas kontrolować swój umysł. Jednak mój umysł kiedy jest otwarty, to jest otwarty.

— Skończmy już z tymi… — zaczął Pierwszy Mówca.

— Przepraszam, że przerywam, Pierwszy Mówco — powiedziała Delarmi — ale domagam się prawa głosu.

— W jakiej sprawie, Mówco?

— Mówca Gendibal powiedział, że ktoś spośród nas usiłował popełnić morderstwo, przypuszczalnie nakłaniając tego wieśniaka do zaatakowania go. Dopóki oskarżenie to nie zostanie wycofane, ja, jak każda inna z obecnych tu osób, włączając w to ciebie, Pierwszy Mówco, muszę być uważana za przypuszczalnego mordercę.

— Czy wycofujesz to oskarżenie, Mówco Gendibal? — spytał Pierwszy Mówca.

Gendibal zajął swoje miejsce, objął dłońmi ramiona, ściskając je mocno, jak gdyby chciał je objąć w posiadanie i powiedział:

— Wycofam je natychmiast, gdy tylko ktoś mi wytłumaczy, dlaczego tutejszy wieśniak, dobierając sobie jeszcze paru kompanów, zasadził się specjalnie na mnie, aby zatrzymać mnie w drodze na to zebranie.

— Mogło być tysiąc powodów — rzekł Pierwszy Mówca. — Powtarzam, że ten wypadek zostanie zbadany. Czy teraz, w interesie kontynuowania obecnej dyskusji, wycofasz, Mówco Gendibal, swoje oskarżenie?

— Nie mogę, Pierwszy Mówco. Przez wiele minut próbowałem, tak delikatnie, jak mogłem, znaleźć w jego umyśle coś, dzięki czemu mógłbym zmienić jego zachowanie bez szkody dla jego mózgu, ale nic takiego nie znalazłem. Jego umysł nie miał tej elastyczności, którą powinien był posiadać. Jego uczucia były sztywne, jak gdyby utrwalone przez jakiś inny umysł.

— I myślisz, że to ktoś z nas był tym innym umysłem? — powiedziała Delarmi z uśmieszkiem. — A czy nie mogła to być ta twoja tajemnicza organizacja, która z nami rywalizuje i która jest potężniejsza od nas?

— Mogła — zgodził się Gendibal.

— W takim razie my, którzy nie jesteśmy członkami tej organizacji znanej tylko tobie — jesteśmy niewinni i powinieneś wycofać swoje oskarżenie. A może oskarżasz kogoś o to, że znajduje się pod wpływem tej dziwnej organizacji? Może ktoś z nas jest niezupełnie tym, kim się wydaje?

— Może — odparł bez wahania Gendibal, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że Delarmi kręci na niego pętlę.

— Mogłoby się wydawać — powiedziała Delarmi, ujmując pętlę i gotując się do zaciśnięcia jej wokół jego szyi — że twój sen o tajemniczej, nieznanej, ukrytej gdzieś organizacji jest halucynacją paranoika. Pasowałoby to zresztą świetnie do twoich paranoicznych rojeń, że tutejsi wieśniacy są pod wpływem z zewnątrz oraz że Mówcy są przez kogoś skrycie manipulowani. Chcę jednak jeszcze przez chwilę podążać tokiem twojego rozumowania. Jak sądzisz, Mówco, kto z nas tu obecnych jest manipulowany? Może ja?

— Nie przypuszczam, Mówco — odparł Gendibal — Gdybyś chciała usunąć mnie w tak okrężny sposób, to nie okazywałabyś tak otwarcie swojej niechęci do mnie.

— A może właśnie o to mi chodziło, żebyś tak myślał? — rzekła Delarmi. Niemal mruczała z zadowolenia. — To byłby naturalny wniosek dla paranoika.

— Być może. Masz większe doświadczenie w tych sprawach niż ja.

W tym momencie wtrącił się Mówca Lestim Gianni:

— Słuchaj, Mówco, jeśli wycofujesz swoje oskarżenie w stosunku do Mówcy Delarmi, to tym bardziej godzisz w pozostałych. Jaki ktoś z nas miałby w tym interes, żeby opóźnić twoje przyjście na zebranie, nic mówiąc już o zabiciu ci??

Gendibal odparł szybko, jakby czekał na to pytanie:

— Kiedy tu wszedłem, dyskutowano właśnie nad usunięciem z zapisu obrad uwag, które zgłosił Pierwszy Mówca. Otóż ja byłem jedynym Mówcą, który nie mógł wysłuchać tych uwag. Zapoznajcie mnie z nimi, a sądzę, że będę mógł przedstawić wam powód, dla którego starano się opóźnić moje przybycie.

— Stwierdziłem — rzekł Pierwszy Mówca — i było to coś, do czego Mówca Delarmi i pozostali mieli poważne zastrzeżenia — że, opierając się na mojej intuicji i bardzo niewłaściwym użyciu matematyki psychohistorii, doszedłem do wniosku, iż cała przyszłość Planu może zależeć od wygnanego z Pierwszej Fundacji Golana Trevize.

— To, co myślą inni Mówcy, jest ich sprawą — powiedział Gendibal. — Jeśli jednak chodzi o mnie, to zgadzam się z tą hipotezą. Trevize jest kluczem do całej sprawy. Uważam, że jego nagłe wydalenie z Pierwszej Fundacji było zbyt dziwne, żeby traktować je jako nieszkodliwe.

— Czyżbyś chciał powiedzieć przez to, Mówco Gendibalu — rzekła Delarmi — że Trevize albo ci, którzy skazali go na wygnanie, znajdują się we władzy tej tajemniczej organizacji? A może kontrolują oni wszystkich i wszystko, z wyjątkiem ciebie i Pierwszego Mówcy… i mnie, bo — jak oświadczyłeś — nie jestem manipulowana.

— Na te szalone brednie nie trzeba dawać żadnej odpowiedzi. Zamiast tego chciałbym spytać, czy jest tu jakiś Mówca, który zgadza się w tej sprawie z Pierwszym Mówcą i ze mną? Czytaliście, przypuszczam, matematyczne opracowanie tego problemu, które — za zgodą Pierwszego Mówcy — wam udostępniłem.

Odpowiedziało mu milczenie.

— Ponawiam pytanie — rzekł Gendibal. — Czy ktoś się zgadza?

Odpowiedziało mu milczenie.

— Pierwszy Mówco, masz oto powód, dla którego starano się opóźnić moje przybycie.

— Wyjaśnij to dokładnie — powiedział Pierwszy Mówca.

— Stwierdziłeś, że trzeba zająć się Trevizem, tym wygnańcem z Pierwszej Fundacji. To ważna inicjatywa, zmierzająca do zmiany naszej polityki i jeśli Mówcy przeczytali moje opracowanie, to z grubsza wiedzieli o co chodzi. Jeśli jednak jednomyślnie — jednomyślnie — opowiedzieli się przeciwko twojej inicjatywie, to zgodnie z naszą starą zasadą samoograniczania się nie mógłbyś jej wprowadzić w życie. Natomiast gdyby poparł cię przynajmniej jeden Mówca, to mógłbyś zmienić naszą politykę. Każdy, kto czytał moje opracowanie, dobrze wiedział, że ja byłem tym jedynym Mówcą, który poparłby cię. Dlatego za nic nie wolno było dopuścić mnie do udziału w zebraniu. Ta sztuczka prawie się udała, ale jestem tu teraz i udzielam Pierwszemu Mówcy swego poparcia. Zgadzam się z nim i teraz, zgodnie z tradycją, może nie zważać na sprzeciw innych i robić, co uważa za stosowne.

Delarmi uderzyła pięścią w stół.

— Z tego wynika, że ktoś wiedział z góry, co zaproponuje Pierwszy Mówca, że wiedział z góry, że poprze to Mówca Gendibal, a cała reszta nie… że ktoś wiedział to, czego w żaden sposób nie mógł wiedzieć. Wynika też z tego, że inicjatywa Pierwszego Mówcy nie podoba się tej organizacji z paranoicznych halucynacji Mówcy Gendibala i że usilnie starają się zapobiec jej i że dlatego jedna lub więcej osób spośród nas znajduje się pod wpływem tej organizacji.

— Tak istotnie z tego wynika — przyznał Gendibal. — Przeprowadziłaś tę analizę po mistrzowsku.

— No więc, kogo oskarżasz? — krzyknęła Delarmi.

— Nikogo. Proszę Pierwszego Mówcę, żeby zajął się tą sprawą. Jest oczywiste, że w naszej organizacji jest ktoś, kto pracuje przeciw nam. Proponuję, żeby umysły wszystkich pracujących dla Drugiej Fundacji poddać dokładnej analizie. Wszystkich, włącznie z Mówcami. Włączając w to nawet mnie… i Pierwszego Mówcę.

Jeszcze nigdy zebranie Stołu nie kończyło się w atmosferze takiego podniecenia i zmieszania.

A kiedy Pierwszy Mówca ogłosił w końcu zamknięcie posiedzenia, Gendibal — nie odzywając się do nikogo słowem — wrócił do swego pokoju. Wiedział dobrze, że wśród Mówców nie ma żadnego przyjaciela, że nawet to poparcie, które może mu zapewnić Pierwszy Mówca, będzie wymuszone.

Nie potrafił powiedzieć, czy boi się o siebie czy o całą Drugą Fundację. Czuł w sercu gorycz, jakby już poniósł klęskę.


27.

<p>27.</p>

Gendibal nie spał dobrze. Śnił, że kłóci się z Delorą Delarmi. W jednym z tych snów doszło nawet do osobliwego zlania się w jedno Delarmi z tutejszym wieśniakiem, Rufirantem, tak że Gendibal znalazł się nagle naprzeciw nieproporcjonalnie zbudowanej Delarmi nacierającej na niego z uniesionymi do ciosu potężnymi pięściami i pokazującej w swym słodkim jak zwykle uśmiechu zęby ostre jak szpilki.

Kiedy się w końcu obudził, później niż zazwyczaj, czuł się tak, jakby w ogóle nie spał. Na nocnym stoliku hałasował, umieszczony tam, brzęczyk. Przekręcił się, aby zakryć ręką kontakt.

— Słucham… O co chodzi?

— Mówco — usłyszał głos pedla z jego piętra. W głosie było mniej szacunku niż powinno było być. — Ma pan gościa.

— Gościa? — Gendibal wcisnął klawisz, żeby spojrzeć w kalendarz umówionych spotkań i zerknął na ekran. Nie miał żadnego spotkania przed południem: Nacisnął guzik zegara. Była 8.32 rano. — Kto to jest, na przestrzeń i czas? — spytał z irytacją.

— Nie chce podać nazwiska, Mówco. — Po chwili dodał z wyraźną dezaprobatą: — To ktoś z tych Tutejszych, Mówco. Mówi, że przychodzi na pana zaproszenie. — Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z jeszcze większą dezaprobatą.

— Niech zaczeka w recepcji, aż przyjdę. Zajmie to trochę czasu.

Gendibal nie spieszył się. Dokonywał porannych ablucji pogrążony w myślach. To, że ktoś użył tego Tutejszego, aby pokrzyżować mu szyki, było pewne, ale chciałby wiedzieć, kim był ten ktoś. A co miało znaczyć to nowe najście Tutejszego, i to w jego własnym domu? Czyżby była to jakaś przemyślna zasadzka?

Jak, na miłość Seldona, mógł się Tutejszy dostać na teren Uniwersytetu? Jaki mógł podać powód? I jaki miał faktyczny powód?

Przez chwilę Gendibal zastanawiał się, czy nie powinien zabrać ze sobą broni, ale niemal natychmiast odrzucił ten pomysł. Był całkowicie pewien, że na terenie Uniwersytetu jest w stanie kierować wolą i zachowaniem każdego pojedynczego wieśniaka bez obawy o siebie i bez zostawienia jakichkolwiek wykrywalnych śladów ingerencji w jego umyśle.

Stwierdził też, że incydent z Karollem Rufirantem stanowczo zbyt silnie go poruszył… A może to właśnie on tu przyszedł? Być może wpływ, który ten ktoś czy to coś wywierało na niego, już ustał? W takim przypadku niewykluczone, że — bojąc się kary — mógł tu przyjść, aby przeprosić Gendibala za swoje wczorajsze zachowanie. …Ale skąd wiedziałby, gdzie go znaleźć? Skąd wiedziałby, do kogo się zwrócić?

Gendibal przeszedł przez korytarz i zdecydowanym ruchem otworzył drzwi do recepcji. Stanął, zaskoczony, w progu, a potem zwrócił się do pedla, który krzątał się w swej szklanej budce, udając, że jest bardzo zajęty.

— Nie powiedziałeś, że gościem jest kobieta. Pedel odparł spokojnie:

— Mówco, powiedziałem, że to ktoś z Tutejszych. Nie pytał pan dalej.

— Minimum informacji, tak? Muszę zapamiętać, że to jedna z twoich cech szczególnych. (Musi też sprawdzić, czy pedel nie jest protegowanym Delar — mi. Musi też pamiętać, żeby — poczynając od tej pory — zwracać uwagę na otaczający go personel pomocniczy, na „Niższych”, których — jeśli się jest od niedawna Mówcą — tak łatwo lekceważyć i nie dostrzegać.) Czy jest wolny któryś z pokojów konferencyjnych?

— Wolna jest tylko czwórka, Mówco — odparł pedel. — Będzie potrzebna dopiero za trzy godziny. — Zerknął na Tutejszą, a potem spojrzał z niewinną miną na Gendibala.

— Skorzystam z czwórki i radzę ci uważać na to, co myślisz — Gendibal uderzył. Ekran pedla opadł o wiele za wolno. Gendibal wiedział, że zmaltretowanie niższego umysłu nie licowałoby z jego godnością Mówcy, ale z drugiej strony osoba, która nie potrafiła ukryć niestosownych myśli na temat swych przełożonych, powinna dostać nauczkę, że nie można sobie pozwalać na coś takiego. Pedel będzie miał przez kilka godzin lekki ból głowy. Zasłużył sobie na to.


28.

<p>28.</p>

Gendibal nie mógł sobie na poczekaniu przypomnieć jej nazwiska, a nie był w nastroju, żeby szukać w głębszych pokładach pamięci. Zresztą na pewno nie spodziewała się, że będzie je pamiętał.

— Jesteś… — powiedział poirytowanym głosem.

— Ja Novi, panie — wykrztusiła. — Na pierwsze mam Sura, ale wołają mnie prosto Novi.

— Tak, Novi. Teraz sobie przypominam… spotkaliśmy się wczoraj. Nie zapomniałem, że stanęłaś W mojej obronie — jakoś nie potrafił przejść na dialekt Tutejszych na terenie uniwersytetu. — A jak się tu dostałaś?

— Pan mówił, co mogie napisać list. Pan mówił, co by na nim stało „Dom Mówców, pokój 27”. Ja sama go przyniosła. Pokaże pisanie — moje własne pisanie, panie — powiedziała nieśmiało, ale z pewną dumą. — Pytajo mnie „do kogo te pisanie”? Ja słyszała pana przezwisko, jak pan mówił do tego głupiego barana Rufiranta. No to ja mówię, co to la pana badawcy Stora Gendibala.

— I pozwolili ci wejść, Novi? Nie kazali sobie pokazać tego listu?

— Ja się wystraszyła. Myślała, co może oni mnie nie puszczo. No to ja powiedziało „Badawca Gendibal przyobiecał, co mnie pokaże Miejsce Badawców”. I oni się śmiali. Jeden przy bramie powiedział do takiego drugiego „I pewnie jej jeszcze co inne pokaże”. I pokazali mnie jak iść i mówili, co by nigdzie indziej, bo mnie z miejsca wyrzuco.

Gendibal lekko, poczerwieniał. Na Seldona, gdyby się chciał zabawić z Tutejszą, to nie robiłby tego tak otwarcie i wybrałby z większym gustem. Popatrzył na nią kręcąc wewnętrznie głową.

Wydawała się dosyć młoda. Pewnie była młodsza, niż na to wyglądała, ale ciężka praca w gospodarstwie postarzała każdego. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. W tym wieku kobiety Tutejszych były już zazwyczaj zamężne. Jej czarne włosy były zaplecione w warkocze, co oznaczało, że jest panną — a właściwie dziewicą — i nie dziwiło go to. Jej wczorajszy występ pokazał, że miała nadzwyczajne zadatki na sekutnicę, więc wątpił, czy znalazłby się Tutejszy, który miałby ochotę skazywać się na jej ostry język i tęgie kuksańce. Jej powierzchowność też nie była zbytnio atrakcyjna. Chociaż widać było, że się bardzo starała o swój wygląd, to jednak nic nie mogło ukryć faktu, że ma kanciastą, niezbyt urodziwą twarz i czerwone, żylaste ręce. Na ile pozwalało to ocenić jej luźne ubranie, natura stworzyła jej figurę z myślą raczej o przetrwaniu niż o wdzięku.

Pod jego badawczym spojrzeniem spuściła oczy. Zaczęła jej drżeć dolna warga. Widział zupełnie wyraźnie jej zmieszanie i lęk, więc ogarnęło go współczucie. W końcu naprawdę pomogła mu wczoraj i tylko to się liczyło.

Powiedział, starając się, by zabrzmiało to życzliwie i uspokajająco:

— A więc przyszłaś, aby zobaczyć… eee… Miejsce Badaczy?

Otworzyła szeroko swe czarne oczy (były raczej ładne) i rzekła:

— Panie, nie gniewaj się na mnie, ale ja przyszła co by sama być badawco.

Spadło to na Gendibala jak piorun z jasnego nieba. — Chcesz być badacze m? — powiedział. — Moja dobra kobieto… — zaczął i przerwał. Jak na przestrzeń mógłby wyjaśnić prostej kobiecie wiejskiej, jaką trzeba mieć inteligencję, jaką siłę umysłu i ile trzeba ćwiczyć, aby zostać tym, kogo Trantorczycy zwali „badawcą”?

Ale Sura Novi zawzięła się:

— Ja pisze i czytam. Ja przeczytała kupę ksionżek, od poczontku do końca. I ja chce być badawco. Ja nie chce być żono chłopa. Ja nie chce na gospodarkie. Nic wyjdę za gospodarza i nie będę z nim miała dzieciów. — Podniosła głowę i powiedziała dumnie: — O mnie się starali. Nie raz. A ja zawsze „nie”. Grzecznie, ale „nie”.

Gendibal widział doskonale, że kłamie. Nikt się o nią nigdy nie starał. Nie pokazał tego jednak po sobie. — Co z sobą zrobisz, jeśli nie wyjdziesz za mąż? — spytał.

Novi położyła dłoń płasko na stole.

— Będę badawco. Nie będę gospodynie.

— No a jeśli nie uda mi się zrobić z ciebie badacza?

— To nic ze mnie nie będzie i będę czekać na śmierć. Jak nie będę badawco, to nic ze mnie nie będzie.

Przez chwilę miał ochotę przeszukać jej mózg i stwierdzić, jak silne jest jej pragnienie zostania badaczem. Ale byłoby to niewłaściwe z jego strony. Mówca nie zabawia się szperaniem w bezbronnych mózgach innych osób. Nauka i technika kontroli umysłowej, mentalistyka, miała — jak inne profesje — swój kodeks zawodowy. A przynajmniej powinna mieć. .(W tej chwili ogarnęły go wyrzuty sumienia, że uderzył pedla.)

— A dlaczego nie chcesz być gospodynią, Novi? — spytał. Mógłby bez zbytniego wysiłku sprawić, by zapragnęła zostać gospodynią i równie łatwo skłonić jakiegoś Tutejszego prostaka, by się z nią ożenił i był szczęśliwy. Nie zrobiłby jej w ten sposób żadnej krzywdy. Byłby to dobry uczynek… Niestety, było to sprzeczne z prawem i nie do pomyślenia.

— Nie będę — powiedziała. — Chłop to je snop. Wionże snopy i sam się robi jak snop. Jak by ja została gospodynie, to by też była jak snop. Nie miała by czasu czytać i pisać i by zapomniała. Moja głowa — dotknęła ręką skroni — by była pusta. Nie! Badawcą je inny. Rozważny! (Jak Gendibal zauważył, słowo to oznaczało dla niej raczej „inteligentny” niż „rozsądny”.)

— Badawcą — mówiła — żyje ksionżkami i… i… ja zapomniała jak to się nazywa. — Zrobiła jakiś nieokreślony gest, który miał wyjaśnić, o co jej chodzi, ale nic nie mówiłby Gendibalowi, gdyby nie kierował się on promieniowaniem wysyłanym przez jej mózg.

— Mikrofilmami — powiedział. — Gdzie słyszałaś o mikrofilmach?

— W ksionżkach ja czytała o różnych rzeczach — powiedziała z dumą.

Gendibal nie był już w stanie dłużej opierać się chęci dowiedzenia się czegoś więcej. Novi była niezwykłą Tutejszą; nigdy nie słyszał o kimś takim.

Nigdy nic werbowali członków spośród Tutejszych, ale gdyby Novi była młodsza, powiedzmy, o piętnaście lat…

Jaka strata! Nie niepokoiłby jej, absolutnie nie niepokoiłby, ale co za sens miałoby bycie Mówcą, gdyby nie można było badać niezwykłych umysłów i uczyć się w ten sposób? Powiedział:

— Novi, chcę, żebyś na chwilę tam usiadła. Bądź cicho. Nic nie mów. Nawet nie myśl o tym, żeby coś powiedzieć. Myśl o tym, że chcesz zasnąć. Rozumiesz?

Znowu ogarnął ją lęk. — Po co ja to musze robić, panie?

— Po to, żebym mógł się zastanowić, jak z ciebie zrobić badacza.

W końcu, bez względu na to, co czytała, nie mogła się w żaden sposób dowiedzieć, co naprawdę znaczyło słowo „badacz”. Dlatego trzeba było się przekonać czym — w jej mniemaniu — był badacz.

Sondował jej umysł bardzo ostrożnie i delikatnie, wyczuwając, co myśli bez dotykania jej mózgu — zupełnie jakby kładł dłoń na płycie z gładkiego, polerowanego metalu, nie zostawiając na niej odcisków palców. „Być badaczem” znaczyło „być kimś, kto stale czyta książki”. Nie miała najmniejszego pojęcia po co się czyta. „Zostać samą badaczem” znaczyło wykonywać pracę, którą dobrze znała — obraz w jej umyśle był wyraźny — gotować, sprzątać, robić sprawunki, ale na terenie uniwersytetu, gdzie były dostępne książki i gdzie miałaby czas je czytać i — w jakimś nieokreślonym sensie — „zostać uczoną”. Sprowadzało się to do tego, że chciała zostać służącą — jego służącą.

Gendibal zmarszczył czoło, Tutejsza służąca, do tego taka, która nie ma ani wdzięku, ani wykształcenia, która zaledwie potrafi czytać i pisać. To rzecz zupełnie nie do pomyślenia.

Musi po prostu skierować jej umysł na inne tory. Musi być jakiś sposób nastawienia jej pragnień tak, aby pogodziła się z rolą wieśniaczki, sposób, który nie zostawi żadnych śladów, który nawet Delarmi nie da okazji do oskarżeń.

… A może to Delarmi ją nasłała? Może była to misterna intryga, którą obmyśliła po to, by dał się skusić na manipulowanie umysłem Tutejszej, aby potem złapać go na gorącym uczynku i oskarżyć?

Nie, to śmieszne. Był na najlepszej drodze do paranoi. Gdzieś wśród prostych wici jej nieskomplikowanego umysłu biegł strumień myśli, który trzeba było tylko nieznacznie uregulować. Wystarczy lekkie pchnięcie i wszystko będzie dobrze.

Było to co prawda sprzeczne z prawem, ale nie wyrządzi to jej żadnej szkody i nikt tego nigdy nawet nie zauważy.

Zatrzymał się.

Zaraz, zaraz — musi się cofnąć. Jeszcze trochę. I jeszcze trochę.

Na przestrzeń! Omal tego nie przegapił!

Czyżby padł ofiarą złudzenia?

Nie! Teraz, kiedy skoncentrował na tym całą uwagę, mógł to dostrzec zupełnie wyraźnie. Najdrobniejsza wić była minimalnie skrzywiona — nienormalnie skrzywiona. Było to jednak odchylenie nadzwyczaj delikatne — wić nie rozwidlała się — ani nic miała żadnych wypustek.

Gendibal wycofał się. Powiedział łagodnie: — Novi.

Ocknęła się. Powiedziała: — Słucham, panie.

— Możesz pracować ze mną — rzekł Gendibal. — Zrobię z ciebie badacza.

Zawołała radośnie, z blaskiem w oczach:

— Panie…

Odkrył natychmiast jej zamiar. Chciała się rzucić do jego stóp. Położył jej ręce na ramionach i trzymając ją mocno, zmusił, by nie wstawała.

— Nie ruszaj się, Novi. Zostań tu, gdzie jesteś… Zostań! — Czuł pod palcami jej twarde mięśnie.

Równie dobrze mógłby tak mówić do częściowo ułożonego zwierzęcia. Kiedy upewnił się, że polecenie do niej dotarło, puścił ją. Powiedział:

— Jeśli chcesz zostać badaczem, to musisz się zachowywać jak badaczowi przystało. Znaczy to, że zawsze musisz mówić cicho i spokojnie, zawsze robić to, co ci powiem. I musisz się nauczyć mówić tak, jak ja. Będziesz również musiała poznać innych badaczy. Nie będziesz się bała?

— Nie będę się bojała — bała, panie, jak będziesz ze mno.

— Będę przy tobie. Ale teraz… przede wszystkim muszę ci znaleźć pokój, załatwić, żeby przydzielono ci łazienkę, miejsce w jadalni, a także ubranie. Będziesz musiała nosić ubranie bardziej odpowiednie dla badacza, Novi.

— To je wszystko, co… — zaczęła płaczliwie.

— Dostaniesz inne.

Oczywiście będzie musiał znaleźć jakąś kobietę, która załatwi nowe ubranie dla Novi. Będzie musiał się także postarać o kogoś, kto nauczy ją dbać o higienę osobistą. W końcu, mimo iż ubranie, które miała na sobie, było prawdopodobnie najlepszym, jakie posiadała, nadal czuć było od niej niezbyt przyjemny zapach.

I będzie musiał postarać się o to, żeby istota związku między nim i Novi była dla wszystkich jasna. Było tajemnicą poliszynela, że mężczyźni (i kobiety) z Drugiej Fundacji brali sobie dla przyjemności od czasu do czasu kogoś z Tutejszych. Jeśli obywało się to bez ingerencji w umysły Tutejszych, to nikt nie myślał nawet o tym, żeby robić szum z tego powodu. Gendibal nigdy nie pozwalał sobie na takie rozrywki i pochlebiał sobie, że nie bierze w tym udziału dlatego, iż nie czuje potrzeby ani nie ma ochoty na seks bardziej wulgarny czy pikantny niż ten, któryjest dostępny na terenie uniwersytetu. Kobiety z Drugiej Fundacji były na pewno bledsze niż Tutejsze, ale za to miały gładką skórę i były czyste.

Ale nawet gdyby cała ta sprawa została opacznie zrozumiana i chichotano by za jego plecami, że oto znalazł się Mówca, który nie tylko posmakował w Tutejszych kobietach, ale nawet ściągnął sobie jedną do domu, to i tak będzie musiał to znieść. Tak jak się sprawy miały, Sura Novi była jego kluczem do zwycięstwa w nieuchronnym pojedynku z Mówcą Delarmi i resztą Stołu.


29.

<p>29.</p>

Gendibal nie widział Novi aż do poobiedniego odpoczynku, kiedy to przyprowadziła ją do niego kobieta, której musiał bez końca wyjaśniać tę sytuację, a przynajmniej jej nieseksualny charakter. Wreszcie zrozumiała, a przynajmniej nie śmiała pokazać, że nie rozumie, co chyba na jedno wychodziło.

Novi stanęła przed nim zarazem zawstydzona i dumna z siebie, zakłopotana i triumfująca — zaiste przedziwna mieszanka wykluczających się uczuć.

— Wyglądasz bardzo dobrze, Novi — powiedział.

Ubranie, które dostała, zdumiewająco pasowało do jej figury i nie było wątpliwości, że nie wygląda w nim śmiesznie. Czyżby ścisnęli ją w talii? A może podnieśli jej piersi? A może po prostu przedtem zniekształcało jej sylwetkę wiejskie ubranie?

Miała dość wydatne pośladki, ale nie sprawiało to przykrego wrażenia. Rysy jej twarzy pozostały, oczywiście, pospolite, ale kiedy zblednie jej opalenizna i kiedy nauczy się dbać o cerę, nie będzie zupełnie brzydka.

Na Stare Imperium, ta kobieta naprawdę pomyślała, że Novi jest jego przyjaciółką. Starała się zrobić ją piękną dla niego.

A potem pomyślał: „A właściwie, czemu nie?”

Novi będzie musiała stanąć przed Stołem Mówców i im bardziej wyda się atrakcyjna, tym łatwiej będzie mu przeprowadzić swój zamiar.

Właśnie o tym myślał, kiedy dotarła do niego . wiadomość od Pierwszego Mówcy. Było to zjawisko szczególnego rodzaju, jakie zwykle spotyka się w społeczności mentalistów. Określano je, mniej czy bardziej nieoficjalnie, jako „efekt koincydencji”. Jeśli myślisz luźno o kimś w tym samym czasie, kiedy ten ktoś myśli o tobie, to dochodzi do wzajemnej, potęgującej się stymulacji, dzięki której w ciągu paru sekund skierowane ku sobie myśli obu osób nabierają ostrości i precyzji i, sądząc z wszelkich oznak, stają się równoczesne.

Może to wywrzeć wrażenie nawet na osobie, która rozumie to zjawisko, szczególnie jeśli poprzedzające ten proces luźne myśli były tak nieokreślone, że — u jednej czy drugiej strony (albo nawet u obu) — znajdowały się pod progiem świadomości.

— Nie mogę być z tobą dziś wieczorem, Novi — powiedział Gendibal. — Mam coś do zrobienia. Zaprowadzę cię do twojego pokoju. Będzie tam trochę książek, więc będziesz mogła poćwiczyć sobie czytanie. Pokażę ci jak się uruchamia dzwonek — gdybyś potrzebowała w czymś pomocy. Zobaczymy się jutro.


30.

<p>30.</p>

— Tak, Pierwszy Mówco — rzekł grzecznie Gendibal.

Shandess skinął tylko głową. Miał surowe spojrzenie i w pełni wyglądał na swój wiek. Wyglądał jak człowiek, który nigdy nie pije, ale tym razem trochę sobie pozwolił. W końcu powiedział: — Wezwałem cię…

— Bez pomocy posłańca. Z tego bezpośredniego „wezwania” wnoszę, że to ważna sprawa.

— Tak. Twoja zdobycz… ten człowiek z Pierwszej Fundacji… Trevize…

— Tak?

— Nie leci na Trantor.

Gendibal nie wydawał się zaskoczony. — A dlaczego miałby tu lecieć? Z informacji, którą otrzymaliśmy, wynika, że odleciał z profesorem historii starożytnej, który poszukuje Ziemi.

— Tak, legendarnej Pierwotnej Planety. I właśnie dlatego powinien przylecieć na Trantor. W końcu, czy ten profesor wie, gdzie znajduje się Ziemia? Czy ty to wiesz? Albo ja? Czy możemy mieć pewność, że w ogóle istnieje albo kiedykolwiek istniała? Na pewno powinni przylecieć do naszej biblioteki, aby uzyskać konieczne informacje… gdyby je można było gdzieś tu znaleźć. Aż do tej pory uważałem, że sytuacja nie jest jeszcze kryzysowa… że ten Trevize przyleci tutaj, że dowiemy się przez niego tego, co nam trzeba.

— Co na pewno jest powodem, żeby mu nie pozwolili na przylot tutaj.

— Ale wobec tego dokąd on leci?

— Rozumiem, że tego jeszcze nie wierny.

— Wydaje się, że cię to nie zmartwiło — powiedział z rozdrażnieniem Pierwszy Mówca.

— Zastanawiam się, czy to nie lepiej, że tak się stało — rzekł Gendibal. — Chciałbyś, żeby przyleciał na Trantor, bo wtedy miałbyś go na oku i wykorzystał jako źródło informacji. Ale czy nie stanie się on źródłem znacznie ważniejszych informacji, dotyczących osób ważniejszych niż on, jeśli poleci tam, gdzie chce lecieć i .zrobi to, co chce zrobić, o ile oczywiście nie stracimy go z pola widzenia?

Niezupełnie! powiedział Pierwszy Mówca. Wmówiłeś mi, że istnieje nowy wróg naszej Fundacji i teraz nie mam spokoju. Co gorsza, ja sam wmówiłem sobie, że musimy tu zatrzymać Trevize — go, bo inaczej wszystko stracimy. Nie mogę uwolnić się od uczucia, że on, tylko on — jest kluczem do rozwiązania tego problemu. Gendibal powiedział z naciskiem:

Cokolwiek się stanie, Pierwszy Mówco, my nie przegramy To byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby ta społeczność anty — Mułów — żeby raz jeszcze użyć .twego określenia ryła pod nami niezauważona. Jeśli będziemy ze sobą współpracować, to na następnym posiedzeniu Stołu zaczniemy kontratak.

— To nie sprawa Trevizego spowodowała, że cię wezwałem. — rzekł Pierwszy Mówca. — Zacząłem od niej, bo wydawało mi się, że jest to moja osobista porażka. Błędnie zanalizowałem ten aspekt sytuacji. Źle zrobiłem, stawiając osobiste niepowodzenia ponad sprawy dotyczące wszystkich i przepraszam za to. Jest jeszcze inna sprawa.

— Bardziej poważna, Pierwszy Mówco?

— Bardziej poważna, Mówco Gendibal. — Pierwszy Mówca westchnął i zaczął bębnić palcami po biurku. Gendibal stał i cierpliwie czekał.

W końcu Pierwszy Mówca powiedział oględnie, jakby chcąc złagodzić cios:

— Na nadzwyczajnym posiedzeniu Stołu, zwołanym z inicjatywy Mówcy Delarmi…

— Bez twojej zgody, Pierwszy Mówco?

— Do tego, czego chciała, potrzebna jej była zgoda tylko trzech innych Mówców, nie włączając w to mnie. Na nadzwyczajnym posiedzeniu, które zostało potem zwołane, zostałeś, Mówco Gendibalu, postawiony w stan oskarżenia. Postawiono zarzut, że nie jesteś godzien stanowiska Mówcy i w związku z tym zostanie ci wytoczony proces. Po raz pierwszy od trzystu lat wniesiono oskarżenie przeciw Mówcy…

— Chyba ty sam nie głosowałeś za wniesieniem tego oskarżenia? — powiedział Gendibal, tłumiąc wzbierający w nim gniew.

— Ja nie, ale mój głos był odosobniony. Reszta Mówców była jednomyślna i wynik głosowania brzmiał — dziesięć przeciw jednemu za oskarżeniem. Jak wiesz, do wniesienia oskarżenia wymagane jest osiem głosów, jeśli jest w tej liczbie głos Pierwszego Mówcy albo dziesięć, jeśli on jest przeciw czy wstrzymuje się od głosu.

— Ale ja nie byłem obecny.

— Nie mógłbyś brać udziału w głosowaniu.

— Mógłbym powiedzieć coś w swojej obronie.

— Nie na tym etapie. Jest tylko kilka precedensów, ale są one oczywiste. Będziesz mógł zabrać głos w swojej obronie na procesie, który naturalnie odbędzie się tak szybko, jak to tylko możliwe.

Gendibal pochylił głowę w zamyśleniu. Potem powiedział:

— Nie przejmuję się tym zbytnio, Pierwszy Mówco. Myślę, że instynktownie ustaliłeś właściwą hierarchię spraw. Sprawa Trevizego jest ważniejsza. Czy nie mógłbyś na tej podstawie odroczyć procesu?

Pierwszy Mówca wzniósł dłoń do góry. — Nie dziwię ci się, Mówco, że nie rozumiesz sytuacji. Postawienie Mówcy w stan oskarżenia jest tak rzadkim przypadkiem, że ja sam zostałem zmuszony do odszukania odpowiedniej procedury prawnej. Nic teraz nie jest ważniejsze od tej sprawy. Jesteśmy zmuszeni przygotować proces, odsuwając wszystko inne na później.

Gendibal oparł się pięściami o biurko i pochylił w stronę Pierwszego Mówcy:

— Nie mówisz chyba tego poważnie?

— Takie jest prawo.

— Nie można pozwolić na to, aby prawo przesłoniło oczywiste, aktualnie zagrażające nam niebezpieczeństwo.

— Dla Stołu, Mówco Gendibalu, ty jesteś oczywistym i aktualnie zagrażającym nam niebezpieczeństwem… Chwileczkę, wysłuchaj mnie! Prawo to opiera się na przekonaniu, że nic nie może być ważniejsze niż przypadek korupcji albo nadużycia władzy przez Mówcę.

— Ale ja, Pierwszy Mówco, nie popełniłem ani jednego, ani drugiego, i dobrze wiesz o tym. To osobista zemsta Mówczyni Delarmi. Jeśli można tu mówić o nadużyciu władzy, to tylko z jej strony. Moją winą jest to, że nigdy nie zabiegałem o zdobycie popularności, przyznaję to, i za mało uwagi poświęcałem głupcom, którzy są na tyle starzy, że cierpią na uwiąd starczy, ale jednocześnie na tyle młodzi, że mają władzę.

— Takim jak ja? Gendibal westchnął.

— Widzisz, i znowu mnie poniosło. Nie ciebie miałem na myśli, Pierwszy Mówco… A zatem dobrze, niech proces odbędzie się niezwłocznie. Jutro. A jeszcze lepiej dziś wieczorem. Załatwmy to i zajmijmy się sprawą Trevizego. Nie wolno nam zwlekać.

— Mówco Gendibal — rzekł Pierwszy Mówca. — Nie wydaje mi się, żebyś zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Były już przypadki postawienia Mówców w stan oskarżenia… nie było ich dużo — tylko dwa. Żaden nie zakończył się wyrokiem skazującym. Ale ty zostaniesz skazany! Nie będziesz już członkiem Stołu i nie będziesz miał już nic do powiedzenia w sprawach naszej polityki. Nie będziesz nawet miał prawa głosu na corocznych walnych zgromadzeniach.

— I nie zrobisz nic, żeby temu zapobiec?

— Nie mogę. Zostałbym natychmiast jednomyślnie przegłosowany. Wtedy musiałbym ustąpić i myślę, że o to im właśnie chodzi.

— A Pierwszym Mówcą zostałaby Delarmi?

— To jest bardzo prawdopodobne.

— Ależ nie można do tego dopuścić!

— Właśnie! I dlatego będę musiał głosować za wyrokiem skazującym cię.

Gendibal wciągnął głęboko powietrze.

— Nadal domagam się, żeby proces odbył się niezwłocznie.

— Musisz mieć czas, żeby przygotować sobie obronę.

— Jaką obronę? Nie będą słuchali żadnej obrony. Chcę, żeby proces odbył się niezwłocznie!

— Stół musi mieć czas, żeby zgromadzić dowody.

— Nie mają i nie będą mieli żadnych dowodów. W swoich myślach uznali mnie już za winnego i skazali, i nie potrzebują nic więcej. Prawdę mówiąc, będą woleli skazać mnie raczej jutro niż pojutrze… raczej dziś wieczorem niż jutro. Zostaw to im.

Pierwszy Mówca podniósł się z miejsca. Popatrzyli na siebie ponad biurkiem. Pierwszy Mówca spytał: — Dlaczego tak ci się spieszy?

— Sprawa Trevizego nie może czekać.

— Co będzie można zrobić, kiedy zostaniesz skazany, a ja stanę sam przeciwko całemu zjednoczonemu w oporze Stołowi?

Gendibal szepnął z optymizmem:

— Nie obawiaj się! Na przekór wszystkim, nie zostanę skazany!


Rozdział IX

NADPRZESTRZEŃ

31.

32.

<p>Rozdział IX</p> <p>NADPRZESTRZEŃ</p>
<p>31.</p>

— Jesteś gotowy, Janov? — spytał Trevize. Pelorat podniósł wzrok znad książki, którą oglądał, i powiedział:

— To znaczy, do skoku, drogi przyjacielu?

— Tak. Do skoku przez nadprzestrzeń. Pelorat przełknął ślinę. — No cóż, skoro jesteś pewien, że nie będzie to się wiązało z żadnymi nieprzyjemnymi wrażeniami… Wiem, że to głupio z mojej strony mieć jakieś obawy, ale sama myśl 0 tym, że mam zostać zredukowany do niematerialnych tachyonów, których nikt nigdy nie widział ani nie zaobserwował…

— Daj spokój, Janov, to dokładnie sprawdzona i opanowana metoda. Słowo honoru! Ze skoków, jak sam mówiłeś, korzysta się od dwudziestu dwóch tysięcy lat i nigdy nie słyszałem, żeby zdarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek w nadprzestrzeni. Możemy się wyłonić z nadprzestrzeni w niespodziewanym miejscu, ale wówczas wypadek zdarzyłby się w przestrzeni, a nie wtedy, kiedy składalibyśmy się z tachyonów.

— Wydaje mi się, że to niewielka pociecha.

— Nie wyjdziemy z nadprzestrzeni w złym miejscu. Jeśli mam ci powiedzieć prawdę, to myślałem, żeby przeprowadzić ten manewr, nie mówiąc ci o tym ani słowa, tak że w ogóle nie zorientowałbyś się, że jest już po wszystkim. Doszedłem jednak do wniosku, że lepiej będzie, jeśli przeżyjesz to świadomie. Przekonasz się, że to żaden problem i nie będziesz już na to więcej zwracał uwagi.

— No cóż… — powiedział Pelorat z powątpiewaniem. — Przypuszczam, że masz rację, ale, szczerze mówiąc, nie spieszy mi się tak bardzo.

— Zapewniam cię…

— Nie, nie, przyjacielu, przyjmuję twoje zapewnienia bez zastrzeżeń. Tylko… Czytałeś kiedy Santerestila Matta)

— Oczywiście. Nie jestem analfabetą.

— Tak, tak. Nie powinienem był o to pytać. Pamiętasz treść?

— Nie cierpię też na amnezję.

— Wygląda na to, że mam wyjątkowy talent do obrażania ludzi. Chcę tylko powiedzieć, że myślę o tych scenach, gdzie Santerestil i jego przyjaciel, Bań, uciekli z Planety 17 i czują się zagubieni w przestrzeni. Myślę o tych naprawdę hipnotyzujących scenach, kiedy znajdują się wśród gwiazd poruszających się leniwie w przejmującej ciszy, w odwiecznym trwaniu, w… Widzisz, nigdy nie wierzyłem, że ten opis jest prawdziwy. Wzruszał mnie i porywał, ale naprawdę nigdy nie wierzyłem, że jest prawdziwy. Teraz jednak, kiedy przywykłem już do przebywania w przestrzeni, sam widzę to wszystko, sam tego doświadczam i… wiem, że to niemądre… ale nie chcę tego przerywać. Wydaje mi się, jakbym sam był Santerestilem…

— A ja Banem — powiedział Trevize z lekką nutą zniecierpliwienia.

— W pewnym sensie. To małe, rzadkie skupisko przyćmionych gwiazd, o tam, wydaje się trwać w bezruchu, z wyjątkiem, oczywiście, naszego słońca, które musi się teraz kurczyć i niknąć, ale my tego nie widzimy. Galaktyka roztacza przed nami cały swój nieruchomy majestat. Otacza nas cisza przestrzeni i nic nie rozprasza mojej uwagi i nie przeszkadza mi w kontemplacji.

— Nic, oprócz mnie.

— Oprócz ciebie… Ale muszę ci powiedzieć, Golan, stary druhu, że rozmowa z tobą o Ziemi i o prehistorii, próba przekazania ci części wiedzy o tym, ma również swoje uroki. I też nie chciałbym, żeby się to już skończyło.

— Nie skończy się. W każdym razie, nie zaraz. Chyba nie przypuszczasz, że zrobimy skok i wylądujemy na powierzchni jakiejś planety, co? Nadal będziemy znajdowali się w przestrzeni, a skok zajmie tyle czasu, że nie będzie go można w ogóle zmierzyć. Może potrwać z tydzień, zanim znajdziemy się na jakiejś planecie, możesz się więc odprężyć.

— Mówiąc o planecie, z pewnością nie masz na myśli Gai? Kiedy wyjdziemy z nadprzestrzeni, możemy znaleźć się w rejonie, gdzie w ogóle nie ma Gai.

— Wiem o tym, Janov, ale znajdziemy się we właściwym sektorze — jeśli, oczywiście, twoje dane są prawdziwe. A jeśli nie… no cóż…

Pelorat potrząsnął głową i rzekł posępnie:

— A co to nam pomoże, że znajdziemy się we właściwym sektorze, jeśli nie znamy współrzędnych Gai?

— Janov — rzekł na to Trevize — wyobraź sobie, że jesteś na Terminusie i chcesz się dostać do Argyropolu. Nie wiesz, gdzie leży to miasto, ale wiesz, że znajduje się gdzieś nad przesmykiem. No i co robisz, kiedy już znajdziesz się nad tym przesmykiem?

Pelorat przez chwilę milczał, jak gdyby obawiał się, że musi to być jakieś niezwykle skomplikowane zadanie. W końcu poddał się:

— Przypuszczam, że bym po prostu kogoś spytał.

— Bardzo dobrze! Czy można zrobić coś innego?… No co, jesteś już gotów?

— Już? To znaczy teraz? — Pelorat wygramolił się z fotela. Jego miła, lecz nie ukazująca nigdy żadnych uczuć twarz teraz nieomal zdradzała niepokój. — Co mam robić? Usiąść? Stać? Czy zrobić jeszcze coś innego?

— Na czas i przestrzeń, Janov, nie musisz nic robić. Chodź po prostu ze mną do mojej kabiny, żebym mógł skorzystać z komputera, a tam możesz sobie siedzieć, stać albo fikać koziołki. Możesz sobie robić, co ci się podoba. Proponuję ci jednak, żebyś usiadł przed ekranem i dokładnie go obserwował. To na pewno będzie zajmujące. Chodź!

Przeszli krótkim korytarzem do kabiny Trevizego i Trevize usiadł przy komputerze. — A może ty chciałbyś to zrobić, Janov? — spytał nagle. — Podam ci liczby i wystarczy, żebyś je pomyślał. Całą resztę wykona komputer.

— Nie, dziękuję — odparł Pelorat. — Ten komputer jakoś niezbyt dobrze ze mną współpracuje. Wiem, co powiesz — że brak mi wprawy, ale nie wierzę w to. Jest coś w twoim umyśle, Golan…

— Nie opowiadaj głupstw.

— Ależ skąd. Ten komputer wydaje się po prostu pasować do ciebie. Kiedy się z nim połączysz, to wydaje się, że tworzycie jeden organizm. Kiedy ja się połączę, to jest to zespół dwu działających podmiotów — Janova Pelorata i komputera. To nie to samo.

— To śmieszne — powiedział Trevize, ale stwierdzenie Pelorata sprawiło mu satysfakcję. Pogładził niemal z miłością wgłębienia na dłonie.

— Tak, że wolę raczej patrzeć — rzekł Pelorat. — To znaczy, wolałbym, żebyśmy w ogóle tego nie robili, ale skoro się uparłeś, to wolę patrzeć. — Utkwił wzrok w ekran, który ukazywał zamgloną Galaktykę, jakby posypaną pudrem bladych gwiazd na pierwszym planie. — Daj mi znać, kiedy będziesz miał zacząć. — Oparł się powoli o ścianę i zbierał siły na ten moment.

Trevize uśmiechnął się. Włożył dłonie we wgłębienia na płycie biurka i poczuł, że ma kontakt umysłowy z komputerem. Z dnia na dzień przychodziło mu to łatwiej, a przy tym kontakt stawał się jak gdyby bardziej intymny i mimo iż kpił sobie z tego, co mówił Pelorat, faktycznie czuł to. Wydawało się, że nawet nie musi wyraźnie myśleć o współrzędnych, tak jak gdyby komputer wiedział, czego on chce, nawet bez wyraźnego formułowania poleceń. Sam czerpał informację z mózgu Trevize — go.

Ale, mimo to, Trevize „powiedział”, czego chce i polecił, by poprzedzić skok dwuminutowym odliczaniem.

— W porządku, Janov. Mamy dwie minuty: 120 — 115 — 110 — … Patrz tylko na ekran.

Pelorat wpatrywał się intensywnie w ekran, zaciskając kąciki ust i wstrzymując oddech.

Trevize mówił cicho: 15 — 10 — 5 — 4 — 3 — 2 — 1 — 0.

Obraz na ekranie zmienił się bez żadnego zauważalnego ruchu. Pelorat nie odczuł absolutnie nic. Gwiazdy wyraźnie się zagęściły i Galaktyka znikła.

Pelorat drgnął i spytał:

— Czy to było to?

— Czy to było co? Drgnąłeś. Ale to twoja wina. Nie czułeś nic. Przyznaj się.

— Przyznaję.

— A więc to jest to. Dawniej, kiedy podróże w nadprzestrzeń były względną nowością — przynajmniej tak podają książki — towarzyszyło temu dziwne uczucie, jakby lekkie szarpnięcie, i niektórzy ludzie odczuwali nudności albo lekki zawrót głowy. Może było to zjawisko psychogenne, a może nie. W każdym razie w miarę jak ludzie zdobywali coraz większe doświadczenie w zakresie skoków i doskonalono aparaturę, doznania te stawały się coraz rzadsze. Przy takim komputerze jak ten na pokładzie wpływ wywierany przez skok na organizm znajduje się poniżej progu percepcji. Przynajmniej ja tak to odczuwam.

— Muszę przyznać, że ja też. Gdzie teraz jesteśmy, Golan?

— Tylko o krok dalej. W rejonie Kalgana. Mamy jeszcze długą drogę przed sobą i zanim wykonamy następny skok, musimy sprawdzić, czy ten był precyzyjny.

— Niepokoi mnie, gdzie się podziała Galaktyka.

— Jest wszędzie wokół nas, Janov. Teraz jesteśmy już wewnątrz niej. Jeśli nastawimy odpowiednio ekran, to ujrzymy jej bardziej oddalone rejony w postaci jasnego pasma na niebie.

— Droga Mleczna! — krzyknął radośnie Pelorat. — Prawie każdy świat ma ją na swoim niebie, ale my, na Terminusie, nie widzimy jej. Pokaż mi ją, stary druhu!

Obraz na ekranie przechylił się, tak iż zdawało się, że przepływa przezeń strumień gwiazd, a potem pokazał się szeroki, jarzący się perłowym światłem pas, który wypełnił prawie cały ekran. Ekran przesunął się wzdłuż niego, ukazując jak zwęża się, a potem znowu rozszerza.

— Im bliżej środka Galaktyki, tym jest gęściejsza. Nie jest jednak tak gęsta ani tak jasna, jak mogłaby być, gdyż w spiralnych ramionach są ciemne chmury. Coś takiego jak teraz mógłbyś zobaczyć z większości zamieszkanych światów.

— I z Ziemi…

— To nie jest żadna wskazówka. Nie można tego traktować jako cechy rozpoznawczej.

— Oczywiście, że nie. Ale wiesz co… Nie studiowałeś historii nauki, prawda?

— Rzeczywiście nie, chociaż, naturalnie, coś z tego liznąłem. Mimo to, jeśli masz jakieś pytania, nie traktuj mnie jak eksperta.

— Nie, chodzi mi tylko o to, że ten skok przypomniał mi o czymś, co zawsze mnie zastanawiało. Można stworzyć opis wszechświata, w którym podróże nadprzestrzenne są niemożliwe i w którym prędkość światła w próżni jest absolutnie największą prędkością.

— Oczywiście.

— W takich warunkach geometria wszechświata jest tego rodzaju, że jest niemożliwością odbyć podróż, którą właśnie rozpoczęliśmy, w czasie krótszym niż ten, którego potrzebuje promień światła dla przebycia określonej drogi. I gdybyśmy podróżowali z prędkością światła, to dla nas upływ czasu byłby inny niż dla całego wszechświata. Jeśli punkt, w którym się teraz znajdujemy, jest oddalony, powiedzmy, o pięćdziesiąt parseków od Terminusa, to gdybyśmy dotarli tu z prędkością światła, nie czulibyśmy w ogóle upływu czasu, natomiast na Terminusie i w całej Galaktyce minęłoby sto trzydzieści lat. Tymczasem dotarliśmy tu nie z prędkością światła, ale z prędkością większą od niej tysiąc razy i nie ma żadnej różnicy w upływie czasu między nami a jakimkolwiek innym miejscem w Galaktyce. Przynajmniej mam nadzieję, że nie ma.

— Nie spodziewaj się, że wyłożę ci tu zaraz teorię nadprzestrzeni Olanjena. Mogę ci powiedzieć tylko tyle, że gdybyś podróżował z prędkością światła w zwykłej przestrzeni, to — jak to opisałeś — czas mijałby dla ciebie wolniej o 3,26 roku na parsek. Tak zwany względny wszechświat, którego istotę ludzkość znała już tak dawno, jak sięgają nasze badania prehistoryczne — chociaż myślę, że to akurat twoja dziedzina — nie zmienił swych własności, a prawa w nim obowiązujące nie zostały uchylone. Jednak podczas skoków nadprzestrzennych znajdujemy się w stanie, kiedy warunki determinujące względność po prostu nie istnieją i w związku z tym działają inne prawa. Traktowana nadprzestrzennie Galaktyka jest mikroskopijnym obiektem, idealnie bezwymiarowym punktem, gdzie nie zachodzą żadne efekty względności.

Prawdę mówiąc, w matematycznych formułach kosmologii używa się dwóch symboli na oznaczenie Galaktyki — Gw na oznaczenie „Galaktyki względnej”, gdzie największą możliwą prędkością jest prędkość światła i GN, na oznaczenie „Galaktyki nadprzestrzennej”, gdzie prędkość nie ma zupełnie żadnego znaczenia, po prostu nie istnieje. W nadprzestrzeni wartość każdej prędkości jest równa zeru, nic więc się tam nie porusza, natomiast to samo ciało ma względem przestrzeni nieskończoną prędkość. Nie potrafię tego dokładnie wyjaśnić.

Aha, warto dodać, że ulubioną pułapką profesorów zastawianą na studentów podczas ćwiczeń z fizyki teoretycznej jest wstawianie symboli czy wartości, które mają znaczenie w Gw do równań odnoszących się do GN i odwrotnie. Najczęściej student wpada w taką pułapkę i nie może się stamtąd nijak wydostać. Poci się i męczy, bo nic mu nie wychodzi, dopóki nie zlituje się nad nim któryś ze starszych kolegów i nie wyjaśni w czym rzecz. Ja też dałem się kiedyś na to nabrać.

Pelorat przez chwilę poważnie zastanawiał się nad tym, a potem zmieszany spytał:

— No, ale która z tych Galaktyk jest prawdziwa?

— I jedna, i druga — w zależności od tego, co w danej chwili robisz. Jeśli znajdziesz się na powrót na Terminusie, to po to, żeby przebyć jakąś odległość lądem, skorzystasz z samochodu, a po to, żeby przebyć taką samą odległość morzem — ze statku. W każdym z tych przypadków warunki są inne. No i który Terminus jest prawdziwy — ląd czy morze?

Pelorat pokiwał głową. — Analogie są zawsze ryzykowne — powiedział — jednak w tym przypadku wolę przyjąć twoje wyjaśnienia niż zastanawiając się dłużej nad nadprzestrzenią ryzykować popadniecie w chorobę psychiczną. Skoncentruję się na tym, co robimy teraz.

— Spójrz na to, co właśnie zrobiliśmy — rzekł Trevize — jako na nasz pierwszy skok w kierunku Ziemi.

„I zastanawiam się, ku czemu jeszcze” — pomyślał.

<p>32.</p>

— No tak — rzekł Trevize — zmarnowałem dzień.

— O! — zdziwił się Pelorat — podnosząc głowę znad swych katalogów. — Jak to?

Trevize rozłożył ręce. — Nie ufałem komputerowi. Nie śmiałem mu wierzyć, więc porównałem naszą obecną pozycję z pozycją, którą chcieliśmy osiągnąć po skoku. Różnica była nieuchwytna. Nie było żadnego zauważalnego błędu.

— To chyba dobrze, co?

— Więcej niż dobrze. To niewiarygodne. Nigdy o niczym takim nie słyszałem. Wykonałem wiele skoków, wiele skoków sam obliczyłem różnymi sposobami i przy użyciu różnych urządzeń. Kiedy byłem jeszcze w szkole, musiałem obliczyć parametry pewnego skoku na ręcznym komputerze, a potem sprawdziłem wynik za pomocą nadajnika nadprze — strzennego. Naturalnie nie mogłem wysłać prawdziwego statku, gdyż — pomijając już koszty — mógłbym go wpakować w sam środek jakiejś gwiazdy na drugim końcu drogi przez nadprzestrzeń.

Oczywiście nigdy nie skończyło się aż tak źle — kontynuował Trevize — ale zawsze był jakiś, i to spory, błąd. Błędy zdarzają się zawsze, nie mogą się przed nimi ustrzec nawet eksperci. Po prostu nie sposób nie popełnić błędu, jeśli ma się do czynienia 2 tyloma zmiennymi. Ujmijmy to w ten sposób — geometria przestrzeni jest zbyt skomplikowana, aby można sobie było z nią łatwo poradzić, a nadprzestrzeń, ze swą własną złożoną naturą, co do której nawet nie udajemy, że potrafimy ją zrozumieć, komplikuje sprawę jeszcze bardziej. Właśnie dlatego musimy posuwać się etapami, zamiast wykonać jeden wielki skok stąd aż do Sayshell. Wraz ze wzrostem odległości wzrasta rozmiar błędu.

— Ale powiedziałeś, że ten komputer nie zrobił błędu — rzekł na to Pelorat.

— To on, komputer, powiedział, że nie zrobił błędu. Poleciłem mu, aby porównał naszą rzeczywistą pozycję z pozycją wcześniej zaplanowaną i wyliczoną, „to, co jest” z „tym, co miało być”. Powiedział, że — w granicach jego możliwości pomiaru — obie pozycje są identyczne, a ja pomyślałem „A jeśli kłamie?”

Aż do tej chwili Pelorat trzymał w ręku kopiarkę. Teraz odłożył ją. Wydawał się poruszony tym, co usłyszał:

— Chyba żartujesz! Komputer nie potrafi kłamać. Chyba że chcesz przez to powiedzieć, że myślałeś czy nie jest zepsuty.

— Nie, wcale tak nie myślałem. Na przestrzeń! Myślałem, że kłamie. Ten komputer jest tak doskonały, że nie mogę o nim myśleć inaczej, jak o istocie ludzkiej, a może nawet nadludzkiej. O istocie na tyle ludzkiej, żeby mogła czuć dumę… i żeby kłamała. Dałem mu polecenie, aby wytyczył przez nadprzestrzeń kurs do pozycji znajdującej się w pobliżu planety Sayshell, stolicy Związku Sayshellskiego. Zrobił to. Wytyczył kurs w dwudziestu dziewięciu skokach, co jest arogancją w najwyższym stopniu.

— Dlaczego arogancją?

— Błąd popełniony podczas pierwszego skoku sprawia, że drugi jest o wiele mniej pewny, błąd popełniony przy drugim skoku sprawia, że trzeci jest jeszcze bardziej niepewny, i tak dalej. Jak można obliczyć dwadzieścia dziewięć skoków od razu? Dwudziesty dziewiąty mógłby się skończyć w jakimkolwiek miejscu w Galaktyce, dosłownie w każdym miejscu. Tak więc poleciłem mu wykonać tylko pierwszy skok. Będziemy mog i sprawdzić wynik, zanim zdecydujemy się na następne.

— To ostrożne podejście — powiedział Pelorat z uznaniem. — Popieram to!

— Tak, ale czy zrobiwszy pierwszy skok komputer nie poczuje się dotknięty moim brakiem zaufania? Czy nie będzie czuł się zmuszony ocalić swą dumę mówiąc mi, że kiedy go pytałem, nie było w jego wyliczeniach żadnego błędu? Czy nie stwierdzi, że nie może się przyznać do pomyłki, do swojej niedoskonałości? Gdyby miało tak być, to równie dobrze moglibyśmy nie mieć żadnego komputera.

Długa, łagodna twarz Pelorata posmutniała:

— Co możemy zrobić w takim przypadku, Golan?

— Możemy zrobić to, co właśnie zrobiłem — zmarnować dzień. Sprawdziłem pozycje wielu z otaczających nas gwiazd stosując najbardziej prymitywne metody — obserwację teleskopową, fotografię i pomiar ręczny. Porównałem rzeczywistą pozycję każdej z nich z tymi, w których powinny się znajdować, gdyby w obliczeniach nie było błędu. Praca ta zajęła mi cały dzień, a wyniki zupełnie mnie załamały.

— No, a co się stało?

— Znalazłem dwa ogromne błędy, sprawdziłem, je ponownie i okazało się, że tkwią w moich obliczeniach. To ja sam je popełniłem. Poprawiłem obliczenia, a potem wykonałem je od samego początku za pomocą komputera — po to tylko, żeby zobaczyć, czy on sam da identyczne rozwiązania. Oprócz tego, że przedstawił wyniki z dokładnością do wielu miejsc po przecinku, okazało się, że moje liczby były prawidłowe, a one wykazały, że komputer nie popełnił żadnego błędu. Ten komputer może być aroganckim Mulim synem, ale ma coś, co mu daje faktyczny powód do takiej arogancji.

Pelorat wciągnął głęboki haust powietrza. — No to dobrze.

— Istotnie. A więc mam zamiar polecić mu, żeby wykonał pozostałe dwadzieścia osiem skoków.

— Wszystkie za jednym zamachem? Ale…

— Nie za jednym zamachem. Nie martw się. Jeszcze nie jestem wariatem. Będzie robił skoki jeden po drugim, ale po każdym sprawdzi nasze otoczenie i dopiero jeśli okaże się, że jesteśmy mniej więcej w miejscu, w którym powinniśmy być, będzie mógł wykonać następny. Jeśli za którymś razem okaże się, że różnica jest zbyt duża — a wierz mi, granicy błędu nie ustaliłem zbyt wysoko — to będzie musiał przerwać i na nowo wyliczyć pozostałe skoki.

— Kiedy masz zamiar to zrobić?

— Kiedy? Zaraz… Widzę, że katalogujesz swoje zbiory…

— Tak, Golan, to dla mnie jedyna okazja, żeby to zrobić. Już od paru lat miałem się za to zabrać, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie.

— Nie mam nic przeciwko temu. Zajmij się swoją pracą i nie przejmuj się. Skup się na katalogowaniu, a ja zajmę się całą resztą.

Pelorat potrząsnął głową. — Nie żartuj. Nie uspokoję się, dopóki nie będziemy tego mieli za sobą. Prawie trzęsę się ze strachu.

— A więc nie powinienem ci tego mówić, ale… muszę się tym z kimś podzielić, a oprócz ciebie nie ma tu nikogo. Wyznam ci szczerze, że zawsze istnieje możliwość, że znajdziemy się co prawda w dokładnie wyliczonym miejscu w przestrzeni międzygwiezdnej, ale będzie to akurat miejsce, gdzie znajdzie się lecący z dużą prędkością meteoryt albo mała czarna dziura. Wtedy będzie i po statku, i po nas. Teoretycznie rzecz biorąc, może się coś takiego zdarzyć, chociaż prawdopodobieństwo zaistnienia takiej sytuacji jest małe…

No, ale równie dobrze może się zdarzyć, że siedzisz sobie w swoim gabinecie na Terminusie i przeglądasz swoje zbiory albo śpisz smacznie w swoim własnym łóżku, a jakiś zabłąkany meteoryt, który przedostał się przez atmosferę, trafia cię prosto w głowę i kładzie trupem. Ale, jak powiedziałem, jest to mało prawdopodobne.

Szczerze mówiąc,, prawdopodobieństwo przecięcia po zakończeniu skoku drogi jakiemuś ciału, zetknięcie z którym groziłoby nam katastrofą i śmiercią, ale które byłoby zbyt małe, by zdołał je wykryć komputer, jest o wiele mniejsze niż prawdopodobieństwo zostania ofiarą uderzenia meteorytu w swoim własnym domu. A inne rodzaje ryzyka, jak na przykład wylądowanie w środku jakiejś gwiazdy, są jeszcze mniejsze.

— No to po co mi mówisz o tym wszystkim, Golan? — spytał Pelorat.

Trevize zawahał się, potem spuścił głowę, jakby zastanawiał się, co ma odpowiedzieć, i wreszcie rzekł:

— Widzisz, myślę, że choćby ryzyko katastrofy było nie wiem jak małe, to jeśli wystarczająco duża liczba ludzi podejmuje to ryzyko, kiedyś musi w końcu dojść do katastrofy. I chociaż jestem absolutnie pewien, że nie przydarzy się nam nic złego, to jednak jakiś wewnętrzny głos mówi mi „A może stanie się to akurat tym razem”. A to sprawia, że czuję się wobec ciebie winny… Myślę, że właśnie dlatego mówię ci o tym. Janov, jeśli stanie się coś złego, to wybacz mi.

— Ależ, Golan, drogi przyjacielu, jeśli stanie się coś złego, to obaj zginiemy w tej samej sekundzie. Ani ja nie będę ci mógł wybaczyć, ani ty nie usłyszysz mego wybaczenia.

— Wiem o tym, więc wybacz mi teraz, dobrze? Pelorat uśmiechnął się:

— Nie wiem dlaczego, ale to mi dodaje ducha. Jest w tym coś zabawnego. Oczywiście, Golan, wybaczam ci. W literaturze światowej jest wiele mitów o istnieniu w jakiejś formie życia pozagrobowego i jeśli rzeczywiście istnieje gdzieś takie miejsce — a szansę, że istnieje, są, myślę, takie same jak szansę wylądowania w czarnej minidziurze albo nawet mniejsze — i jeśli obaj znajdziemy się w tym miejscu, to zaświadczę słowem honoru, że zrobiłeś, co mogłeś, aby mnie uratować i że nie jesteś winien mojej śmierci.

— Dziękuję ci. Teraz mi ulżyło. Chcę zaryzykować, ale nie dawała mi spokoju myśl, że w ten sposób ty też zaryzykujesz, nic o tym nie wiedząc.

Pelorat uścisnął mu dłoń:

— Wiesz, Golan, znam cię dopiero niecały tydzień i przypuszczam, że nie powinienem w takich sprawach wydawać pospiesznych sądów, ale myślę, że jesteś wspaniałym facetem. A teraz zróbmy to i miejmy to już z głowy.

— Oczywiście! Wystarczy tylko, żebym nacisnął ten mały klawisz. Komputer dostał już instrukcje i tylko czeka, aż powiem „Start!”… Może chciałbyś…

— Nigdy! To twoja sprawa! I twój komputer.

— W porządku. I moja odpowiedzialność. Jak widzisz, stale staram się jej uniknąć. Nie spuszczaj oka z ekranu!

Z uśmiechem, który wyglądał na całkowicie autentyczny i nieudawany, Trevize położył dłonie na pulpicie i nawiązał kontakt z komputerem.

Przez chwilę nic się nie działo. Potem obraz pola gwiezdnego zmienił się — potem raz jeszcze — i jeszcze raz. Gwiazdy widziane na ekranie stawały się coraz gęściejsze i jaśniejsze.

Pelorat liczył, wstrzymując oddech. Kiedy doszedł do piętnastu, obraz zatrzymał się, jak gdyby coś się zacięło w aparacie.

Pelorat spytał szeptem, wyraźnie obawiając się, że jakiś głośniejszy dźwięk może fatalnie uszkodzić mechanizm:

— Co się stało? Coś się zepsuło? Trevize wzruszył ramionami:

— Myślę, że koryguje obliczenia. Jakiś obiekt w przestrzeni — obiekt nie uwzględniony w obliczeniach — karzeł, którego nie ma na mapach albo wędrująca planeta — spowodował zauważalne zaburzenia i odkształcił ogólne pole grawitacyjne…

— Czy grozi to nam niebezpieczeństwem?

— Skoro jeszcze żyjemy, to prawie na pewno niczym to nam nie grozi. Jeśli to planeta, to może być oddalona od nas nawet o sto milionów kilometrów, co nie przeszkadza, że zmiany powodowane przez nią w polu grawitacyjnym wymagają przeprowadzenia obliczeń na nowo. Karzeł może być nawet o dziesięć miliardów kilometrów stąd, ale…

Obraz znowu się zmienił i Trevize zamilkł. Zmieniał się jeszcze kilkakrotnie. Wreszcie, kiedy Pelorat doliczył do dwudziestu ośmiu, ruch ustał.

Trevize skontaktował się z komputerem. — Jesteśmy na miejscu — powiedział.

— Liczyłem pierwszy skok jako „l”, a w tej serii zacząłem liczyć od 2. To w sumie dało dwadzieścia osiem skoków, a mówiłeś, że ma być dwadzieścia dziewięć.

— Korekta obliczeń przy skoku 15 prawdopodobnie skróciła całą podróż o jeden skok. Mogę, jeśli chcesz, sprawdzić to na komputerze, ale naprawdę nie ma takiej potrzeby. Jesteśmy w pobliżu planety Sayshell. Tak podaje komputer i wierzę mu. Gdybym nastawił ekran na odpowiedni kierunek, to ujrzelibyśmy jasne słońce, ale nie ma sensu przeciążać bez potrzeby jego wydolności. Planeta Sayshell to ta czwarta, o widzisz, tam. Jesteśmy — teraz od niej oddaleni o 3,2 miliona kilometrów, a to jest odległość, przy której wypada już zakończyć skoki. Możemy tam być za trzy dni… za dwa, jeśli się pospieszymy.

Trevize zaczerpnął głęboko powietrza i czekał, aż opuści go napięcie.

— Zdajesz sobie sprawę, Janov, co to znaczy? — spytał. — Żaden statek, na którym byłem czy o którym słyszałem, nie wykonałby tych skoków bez przynajmniej jednego dnia przerwy, wypełnionego pracochłonnymi obliczeniami i sprawdzaniem wyników obliczeń, między kolejnymi skokami. I to nawet z wykorzystaniem, komputera. Ta podróż zajęłaby nam prawie miesiąc. No, może dwa albo trzy tygodnie, gdybyśmy szarżowali. A odbyliśmy ją w ciągu pół godziny. Kiedy każdy statek będzie wyposażony w taki komputer jak nasz…

— Zastanawiam się, dlaczego burmistrz dała nam do dyspozycji tak nowoczesny statek — powiedział Pelorat. — Musi być niewiarygodnie kosztowny.

— To statek eksperymentalny — rzekł sucho Trevize. — Być może ta dobra kobieta chciała, abyśmy go wypróbowali, żeby się przekonać, czy nie wyjdą na jaw jakieś braki albo usterki.

— Mówisz to poważnie?

— Nie denerwuj się. W końcu nie ma się czym przejmować. Nie ma tu żadnych usterek. Ale nie zdziwiłbym się, gdyby były, a my posłużylibyśmy jako króliki doświadczalne. Na pewno nie musiałaby walczyć z własnym sumieniem, żeby zrobić coś takiego. Poza tym nie zaufała nam na tyle, żeby wyposażyć statek w broń zaczepną, a to bardzo zmniejszyło koszty.

— Myślę o tym komputerze — powiedział z zadumą Pelorat. — Wydaje się znakomicie dostosowany do ciebie… nie można go równie dobrze dostosować do każdego. Ze mną ledwie współpracuje.

— Tym lepiej dla nas, że tak dobrze współpracuje z jednym z nas.

— Zgoda, ale czy to zwykły przypadek?

— A co innego, Janov?

— Na pewno burmistrz zna cię bardzo dobrze.

— Myślę, że tak. Stara krążownica.

— Czy nie mogła polecić zaprojektowania komputera specjalnie dla ciebie?

— A to dlaczego?

— Właśnie zastanawiam się, czy przypadkiem nie lecimy tam, gdzie komputer chce, żebyśmy lecieli.

Trevize otworzył szeroko oczy ze zdumienia:

— Chcesz powiedzieć, że kiedy jestem połączony z komputerem, to on, a nie ja, jest tym, który kieruje?

— Tylko się nad tym zastanawiam.

— To absurd! Paranoja. Daj spokój, Janov.

Trevize wrócił do komputera, aby nastawić ekran na planetę Sayshell i wytyczyć kurs do niej przez zwykłą przestrzeń.

Zupełny absurd!

Ale dlaczego Pelorat nabił mu tym głowę?


31.

<p>31.</p>

— Jesteś gotowy, Janov? — spytał Trevize. Pelorat podniósł wzrok znad książki, którą oglądał, i powiedział:

— To znaczy, do skoku, drogi przyjacielu?

— Tak. Do skoku przez nadprzestrzeń. Pelorat przełknął ślinę. — No cóż, skoro jesteś pewien, że nie będzie to się wiązało z żadnymi nieprzyjemnymi wrażeniami… Wiem, że to głupio z mojej strony mieć jakieś obawy, ale sama myśl 0 tym, że mam zostać zredukowany do niematerialnych tachyonów, których nikt nigdy nie widział ani nie zaobserwował…

— Daj spokój, Janov, to dokładnie sprawdzona i opanowana metoda. Słowo honoru! Ze skoków, jak sam mówiłeś, korzysta się od dwudziestu dwóch tysięcy lat i nigdy nie słyszałem, żeby zdarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek w nadprzestrzeni. Możemy się wyłonić z nadprzestrzeni w niespodziewanym miejscu, ale wówczas wypadek zdarzyłby się w przestrzeni, a nie wtedy, kiedy składalibyśmy się z tachyonów.

— Wydaje mi się, że to niewielka pociecha.

— Nie wyjdziemy z nadprzestrzeni w złym miejscu. Jeśli mam ci powiedzieć prawdę, to myślałem, żeby przeprowadzić ten manewr, nie mówiąc ci o tym ani słowa, tak że w ogóle nie zorientowałbyś się, że jest już po wszystkim. Doszedłem jednak do wniosku, że lepiej będzie, jeśli przeżyjesz to świadomie. Przekonasz się, że to żaden problem i nie będziesz już na to więcej zwracał uwagi.

— No cóż… — powiedział Pelorat z powątpiewaniem. — Przypuszczam, że masz rację, ale, szczerze mówiąc, nie spieszy mi się tak bardzo.

— Zapewniam cię…

— Nie, nie, przyjacielu, przyjmuję twoje zapewnienia bez zastrzeżeń. Tylko… Czytałeś kiedy Santerestila Matta)

— Oczywiście. Nie jestem analfabetą.

— Tak, tak. Nie powinienem był o to pytać. Pamiętasz treść?

— Nie cierpię też na amnezję.

— Wygląda na to, że mam wyjątkowy talent do obrażania ludzi. Chcę tylko powiedzieć, że myślę o tych scenach, gdzie Santerestil i jego przyjaciel, Bań, uciekli z Planety 17 i czują się zagubieni w przestrzeni. Myślę o tych naprawdę hipnotyzujących scenach, kiedy znajdują się wśród gwiazd poruszających się leniwie w przejmującej ciszy, w odwiecznym trwaniu, w… Widzisz, nigdy nie wierzyłem, że ten opis jest prawdziwy. Wzruszał mnie i porywał, ale naprawdę nigdy nie wierzyłem, że jest prawdziwy. Teraz jednak, kiedy przywykłem już do przebywania w przestrzeni, sam widzę to wszystko, sam tego doświadczam i… wiem, że to niemądre… ale nie chcę tego przerywać. Wydaje mi się, jakbym sam był Santerestilem…

— A ja Banem — powiedział Trevize z lekką nutą zniecierpliwienia.

— W pewnym sensie. To małe, rzadkie skupisko przyćmionych gwiazd, o tam, wydaje się trwać w bezruchu, z wyjątkiem, oczywiście, naszego słońca, które musi się teraz kurczyć i niknąć, ale my tego nie widzimy. Galaktyka roztacza przed nami cały swój nieruchomy majestat. Otacza nas cisza przestrzeni i nic nie rozprasza mojej uwagi i nie przeszkadza mi w kontemplacji.

— Nic, oprócz mnie.

— Oprócz ciebie… Ale muszę ci powiedzieć, Golan, stary druhu, że rozmowa z tobą o Ziemi i o prehistorii, próba przekazania ci części wiedzy o tym, ma również swoje uroki. I też nie chciałbym, żeby się to już skończyło.

— Nie skończy się. W każdym razie, nie zaraz. Chyba nie przypuszczasz, że zrobimy skok i wylądujemy na powierzchni jakiejś planety, co? Nadal będziemy znajdowali się w przestrzeni, a skok zajmie tyle czasu, że nie będzie go można w ogóle zmierzyć. Może potrwać z tydzień, zanim znajdziemy się na jakiejś planecie, możesz się więc odprężyć.

— Mówiąc o planecie, z pewnością nie masz na myśli Gai? Kiedy wyjdziemy z nadprzestrzeni, możemy znaleźć się w rejonie, gdzie w ogóle nie ma Gai.

— Wiem o tym, Janov, ale znajdziemy się we właściwym sektorze — jeśli, oczywiście, twoje dane są prawdziwe. A jeśli nie… no cóż…

Pelorat potrząsnął głową i rzekł posępnie:

— A co to nam pomoże, że znajdziemy się we właściwym sektorze, jeśli nie znamy współrzędnych Gai?

— Janov — rzekł na to Trevize — wyobraź sobie, że jesteś na Terminusie i chcesz się dostać do Argyropolu. Nie wiesz, gdzie leży to miasto, ale wiesz, że znajduje się gdzieś nad przesmykiem. No i co robisz, kiedy już znajdziesz się nad tym przesmykiem?

Pelorat przez chwilę milczał, jak gdyby obawiał się, że musi to być jakieś niezwykle skomplikowane zadanie. W końcu poddał się:

— Przypuszczam, że bym po prostu kogoś spytał.

— Bardzo dobrze! Czy można zrobić coś innego?… No co, jesteś już gotów?

— Już? To znaczy teraz? — Pelorat wygramolił się z fotela. Jego miła, lecz nie ukazująca nigdy żadnych uczuć twarz teraz nieomal zdradzała niepokój. — Co mam robić? Usiąść? Stać? Czy zrobić jeszcze coś innego?

— Na czas i przestrzeń, Janov, nie musisz nic robić. Chodź po prostu ze mną do mojej kabiny, żebym mógł skorzystać z komputera, a tam możesz sobie siedzieć, stać albo fikać koziołki. Możesz sobie robić, co ci się podoba. Proponuję ci jednak, żebyś usiadł przed ekranem i dokładnie go obserwował. To na pewno będzie zajmujące. Chodź!

Przeszli krótkim korytarzem do kabiny Trevizego i Trevize usiadł przy komputerze. — A może ty chciałbyś to zrobić, Janov? — spytał nagle. — Podam ci liczby i wystarczy, żebyś je pomyślał. Całą resztę wykona komputer.

— Nie, dziękuję — odparł Pelorat. — Ten komputer jakoś niezbyt dobrze ze mną współpracuje. Wiem, co powiesz — że brak mi wprawy, ale nie wierzę w to. Jest coś w twoim umyśle, Golan…

— Nie opowiadaj głupstw.

— Ależ skąd. Ten komputer wydaje się po prostu pasować do ciebie. Kiedy się z nim połączysz, to wydaje się, że tworzycie jeden organizm. Kiedy ja się połączę, to jest to zespół dwu działających podmiotów — Janova Pelorata i komputera. To nie to samo.

— To śmieszne — powiedział Trevize, ale stwierdzenie Pelorata sprawiło mu satysfakcję. Pogładził niemal z miłością wgłębienia na dłonie.

— Tak, że wolę raczej patrzeć — rzekł Pelorat. — To znaczy, wolałbym, żebyśmy w ogóle tego nie robili, ale skoro się uparłeś, to wolę patrzeć. — Utkwił wzrok w ekran, który ukazywał zamgloną Galaktykę, jakby posypaną pudrem bladych gwiazd na pierwszym planie. — Daj mi znać, kiedy będziesz miał zacząć. — Oparł się powoli o ścianę i zbierał siły na ten moment.

Trevize uśmiechnął się. Włożył dłonie we wgłębienia na płycie biurka i poczuł, że ma kontakt umysłowy z komputerem. Z dnia na dzień przychodziło mu to łatwiej, a przy tym kontakt stawał się jak gdyby bardziej intymny i mimo iż kpił sobie z tego, co mówił Pelorat, faktycznie czuł to. Wydawało się, że nawet nie musi wyraźnie myśleć o współrzędnych, tak jak gdyby komputer wiedział, czego on chce, nawet bez wyraźnego formułowania poleceń. Sam czerpał informację z mózgu Trevize — go.

Ale, mimo to, Trevize „powiedział”, czego chce i polecił, by poprzedzić skok dwuminutowym odliczaniem.

— W porządku, Janov. Mamy dwie minuty: 120 — 115 — 110 — … Patrz tylko na ekran.

Pelorat wpatrywał się intensywnie w ekran, zaciskając kąciki ust i wstrzymując oddech.

Trevize mówił cicho: 15 — 10 — 5 — 4 — 3 — 2 — 1 — 0.

Obraz na ekranie zmienił się bez żadnego zauważalnego ruchu. Pelorat nie odczuł absolutnie nic. Gwiazdy wyraźnie się zagęściły i Galaktyka znikła.

Pelorat drgnął i spytał:

— Czy to było to?

— Czy to było co? Drgnąłeś. Ale to twoja wina. Nie czułeś nic. Przyznaj się.

— Przyznaję.

— A więc to jest to. Dawniej, kiedy podróże w nadprzestrzeń były względną nowością — przynajmniej tak podają książki — towarzyszyło temu dziwne uczucie, jakby lekkie szarpnięcie, i niektórzy ludzie odczuwali nudności albo lekki zawrót głowy. Może było to zjawisko psychogenne, a może nie. W każdym razie w miarę jak ludzie zdobywali coraz większe doświadczenie w zakresie skoków i doskonalono aparaturę, doznania te stawały się coraz rzadsze. Przy takim komputerze jak ten na pokładzie wpływ wywierany przez skok na organizm znajduje się poniżej progu percepcji. Przynajmniej ja tak to odczuwam.

— Muszę przyznać, że ja też. Gdzie teraz jesteśmy, Golan?

— Tylko o krok dalej. W rejonie Kalgana. Mamy jeszcze długą drogę przed sobą i zanim wykonamy następny skok, musimy sprawdzić, czy ten był precyzyjny.

— Niepokoi mnie, gdzie się podziała Galaktyka.

— Jest wszędzie wokół nas, Janov. Teraz jesteśmy już wewnątrz niej. Jeśli nastawimy odpowiednio ekran, to ujrzymy jej bardziej oddalone rejony w postaci jasnego pasma na niebie.

— Droga Mleczna! — krzyknął radośnie Pelorat. — Prawie każdy świat ma ją na swoim niebie, ale my, na Terminusie, nie widzimy jej. Pokaż mi ją, stary druhu!

Obraz na ekranie przechylił się, tak iż zdawało się, że przepływa przezeń strumień gwiazd, a potem pokazał się szeroki, jarzący się perłowym światłem pas, który wypełnił prawie cały ekran. Ekran przesunął się wzdłuż niego, ukazując jak zwęża się, a potem znowu rozszerza.

— Im bliżej środka Galaktyki, tym jest gęściejsza. Nie jest jednak tak gęsta ani tak jasna, jak mogłaby być, gdyż w spiralnych ramionach są ciemne chmury. Coś takiego jak teraz mógłbyś zobaczyć z większości zamieszkanych światów.

— I z Ziemi…

— To nie jest żadna wskazówka. Nie można tego traktować jako cechy rozpoznawczej.

— Oczywiście, że nie. Ale wiesz co… Nie studiowałeś historii nauki, prawda?

— Rzeczywiście nie, chociaż, naturalnie, coś z tego liznąłem. Mimo to, jeśli masz jakieś pytania, nie traktuj mnie jak eksperta.

— Nie, chodzi mi tylko o to, że ten skok przypomniał mi o czymś, co zawsze mnie zastanawiało. Można stworzyć opis wszechświata, w którym podróże nadprzestrzenne są niemożliwe i w którym prędkość światła w próżni jest absolutnie największą prędkością.

— Oczywiście.

— W takich warunkach geometria wszechświata jest tego rodzaju, że jest niemożliwością odbyć podróż, którą właśnie rozpoczęliśmy, w czasie krótszym niż ten, którego potrzebuje promień światła dla przebycia określonej drogi. I gdybyśmy podróżowali z prędkością światła, to dla nas upływ czasu byłby inny niż dla całego wszechświata. Jeśli punkt, w którym się teraz znajdujemy, jest oddalony, powiedzmy, o pięćdziesiąt parseków od Terminusa, to gdybyśmy dotarli tu z prędkością światła, nie czulibyśmy w ogóle upływu czasu, natomiast na Terminusie i w całej Galaktyce minęłoby sto trzydzieści lat. Tymczasem dotarliśmy tu nie z prędkością światła, ale z prędkością większą od niej tysiąc razy i nie ma żadnej różnicy w upływie czasu między nami a jakimkolwiek innym miejscem w Galaktyce. Przynajmniej mam nadzieję, że nie ma.

— Nie spodziewaj się, że wyłożę ci tu zaraz teorię nadprzestrzeni Olanjena. Mogę ci powiedzieć tylko tyle, że gdybyś podróżował z prędkością światła w zwykłej przestrzeni, to — jak to opisałeś — czas mijałby dla ciebie wolniej o 3,26 roku na parsek. Tak zwany względny wszechświat, którego istotę ludzkość znała już tak dawno, jak sięgają nasze badania prehistoryczne — chociaż myślę, że to akurat twoja dziedzina — nie zmienił swych własności, a prawa w nim obowiązujące nie zostały uchylone. Jednak podczas skoków nadprzestrzennych znajdujemy się w stanie, kiedy warunki determinujące względność po prostu nie istnieją i w związku z tym działają inne prawa. Traktowana nadprzestrzennie Galaktyka jest mikroskopijnym obiektem, idealnie bezwymiarowym punktem, gdzie nie zachodzą żadne efekty względności.

Prawdę mówiąc, w matematycznych formułach kosmologii używa się dwóch symboli na oznaczenie Galaktyki — Gw na oznaczenie „Galaktyki względnej”, gdzie największą możliwą prędkością jest prędkość światła i GN, na oznaczenie „Galaktyki nadprzestrzennej”, gdzie prędkość nie ma zupełnie żadnego znaczenia, po prostu nie istnieje. W nadprzestrzeni wartość każdej prędkości jest równa zeru, nic więc się tam nie porusza, natomiast to samo ciało ma względem przestrzeni nieskończoną prędkość. Nie potrafię tego dokładnie wyjaśnić.

Aha, warto dodać, że ulubioną pułapką profesorów zastawianą na studentów podczas ćwiczeń z fizyki teoretycznej jest wstawianie symboli czy wartości, które mają znaczenie w Gw do równań odnoszących się do GN i odwrotnie. Najczęściej student wpada w taką pułapkę i nie może się stamtąd nijak wydostać. Poci się i męczy, bo nic mu nie wychodzi, dopóki nie zlituje się nad nim któryś ze starszych kolegów i nie wyjaśni w czym rzecz. Ja też dałem się kiedyś na to nabrać.

Pelorat przez chwilę poważnie zastanawiał się nad tym, a potem zmieszany spytał:

— No, ale która z tych Galaktyk jest prawdziwa?

— I jedna, i druga — w zależności od tego, co w danej chwili robisz. Jeśli znajdziesz się na powrót na Terminusie, to po to, żeby przebyć jakąś odległość lądem, skorzystasz z samochodu, a po to, żeby przebyć taką samą odległość morzem — ze statku. W każdym z tych przypadków warunki są inne. No i który Terminus jest prawdziwy — ląd czy morze?

Pelorat pokiwał głową. — Analogie są zawsze ryzykowne — powiedział — jednak w tym przypadku wolę przyjąć twoje wyjaśnienia niż zastanawiając się dłużej nad nadprzestrzenią ryzykować popadniecie w chorobę psychiczną. Skoncentruję się na tym, co robimy teraz.

— Spójrz na to, co właśnie zrobiliśmy — rzekł Trevize — jako na nasz pierwszy skok w kierunku Ziemi.

„I zastanawiam się, ku czemu jeszcze” — pomyślał.


32.

<p>32.</p>

— No tak — rzekł Trevize — zmarnowałem dzień.

— O! — zdziwił się Pelorat — podnosząc głowę znad swych katalogów. — Jak to?

Trevize rozłożył ręce. — Nie ufałem komputerowi. Nie śmiałem mu wierzyć, więc porównałem naszą obecną pozycję z pozycją, którą chcieliśmy osiągnąć po skoku. Różnica była nieuchwytna. Nie było żadnego zauważalnego błędu.

— To chyba dobrze, co?

— Więcej niż dobrze. To niewiarygodne. Nigdy o niczym takim nie słyszałem. Wykonałem wiele skoków, wiele skoków sam obliczyłem różnymi sposobami i przy użyciu różnych urządzeń. Kiedy byłem jeszcze w szkole, musiałem obliczyć parametry pewnego skoku na ręcznym komputerze, a potem sprawdziłem wynik za pomocą nadajnika nadprze — strzennego. Naturalnie nie mogłem wysłać prawdziwego statku, gdyż — pomijając już koszty — mógłbym go wpakować w sam środek jakiejś gwiazdy na drugim końcu drogi przez nadprzestrzeń.

Oczywiście nigdy nie skończyło się aż tak źle — kontynuował Trevize — ale zawsze był jakiś, i to spory, błąd. Błędy zdarzają się zawsze, nie mogą się przed nimi ustrzec nawet eksperci. Po prostu nie sposób nie popełnić błędu, jeśli ma się do czynienia 2 tyloma zmiennymi. Ujmijmy to w ten sposób — geometria przestrzeni jest zbyt skomplikowana, aby można sobie było z nią łatwo poradzić, a nadprzestrzeń, ze swą własną złożoną naturą, co do której nawet nie udajemy, że potrafimy ją zrozumieć, komplikuje sprawę jeszcze bardziej. Właśnie dlatego musimy posuwać się etapami, zamiast wykonać jeden wielki skok stąd aż do Sayshell. Wraz ze wzrostem odległości wzrasta rozmiar błędu.

— Ale powiedziałeś, że ten komputer nie zrobił błędu — rzekł na to Pelorat.

— To on, komputer, powiedział, że nie zrobił błędu. Poleciłem mu, aby porównał naszą rzeczywistą pozycję z pozycją wcześniej zaplanowaną i wyliczoną, „to, co jest” z „tym, co miało być”. Powiedział, że — w granicach jego możliwości pomiaru — obie pozycje są identyczne, a ja pomyślałem „A jeśli kłamie?”

Aż do tej chwili Pelorat trzymał w ręku kopiarkę. Teraz odłożył ją. Wydawał się poruszony tym, co usłyszał:

— Chyba żartujesz! Komputer nie potrafi kłamać. Chyba że chcesz przez to powiedzieć, że myślałeś czy nie jest zepsuty.

— Nie, wcale tak nie myślałem. Na przestrzeń! Myślałem, że kłamie. Ten komputer jest tak doskonały, że nie mogę o nim myśleć inaczej, jak o istocie ludzkiej, a może nawet nadludzkiej. O istocie na tyle ludzkiej, żeby mogła czuć dumę… i żeby kłamała. Dałem mu polecenie, aby wytyczył przez nadprzestrzeń kurs do pozycji znajdującej się w pobliżu planety Sayshell, stolicy Związku Sayshellskiego. Zrobił to. Wytyczył kurs w dwudziestu dziewięciu skokach, co jest arogancją w najwyższym stopniu.

— Dlaczego arogancją?

— Błąd popełniony podczas pierwszego skoku sprawia, że drugi jest o wiele mniej pewny, błąd popełniony przy drugim skoku sprawia, że trzeci jest jeszcze bardziej niepewny, i tak dalej. Jak można obliczyć dwadzieścia dziewięć skoków od razu? Dwudziesty dziewiąty mógłby się skończyć w jakimkolwiek miejscu w Galaktyce, dosłownie w każdym miejscu. Tak więc poleciłem mu wykonać tylko pierwszy skok. Będziemy mog i sprawdzić wynik, zanim zdecydujemy się na następne.

— To ostrożne podejście — powiedział Pelorat z uznaniem. — Popieram to!

— Tak, ale czy zrobiwszy pierwszy skok komputer nie poczuje się dotknięty moim brakiem zaufania? Czy nie będzie czuł się zmuszony ocalić swą dumę mówiąc mi, że kiedy go pytałem, nie było w jego wyliczeniach żadnego błędu? Czy nie stwierdzi, że nie może się przyznać do pomyłki, do swojej niedoskonałości? Gdyby miało tak być, to równie dobrze moglibyśmy nie mieć żadnego komputera.

Długa, łagodna twarz Pelorata posmutniała:

— Co możemy zrobić w takim przypadku, Golan?

— Możemy zrobić to, co właśnie zrobiłem — zmarnować dzień. Sprawdziłem pozycje wielu z otaczających nas gwiazd stosując najbardziej prymitywne metody — obserwację teleskopową, fotografię i pomiar ręczny. Porównałem rzeczywistą pozycję każdej z nich z tymi, w których powinny się znajdować, gdyby w obliczeniach nie było błędu. Praca ta zajęła mi cały dzień, a wyniki zupełnie mnie załamały.

— No, a co się stało?

— Znalazłem dwa ogromne błędy, sprawdziłem, je ponownie i okazało się, że tkwią w moich obliczeniach. To ja sam je popełniłem. Poprawiłem obliczenia, a potem wykonałem je od samego początku za pomocą komputera — po to tylko, żeby zobaczyć, czy on sam da identyczne rozwiązania. Oprócz tego, że przedstawił wyniki z dokładnością do wielu miejsc po przecinku, okazało się, że moje liczby były prawidłowe, a one wykazały, że komputer nie popełnił żadnego błędu. Ten komputer może być aroganckim Mulim synem, ale ma coś, co mu daje faktyczny powód do takiej arogancji.

Pelorat wciągnął głęboki haust powietrza. — No to dobrze.

— Istotnie. A więc mam zamiar polecić mu, żeby wykonał pozostałe dwadzieścia osiem skoków.

— Wszystkie za jednym zamachem? Ale…

— Nie za jednym zamachem. Nie martw się. Jeszcze nie jestem wariatem. Będzie robił skoki jeden po drugim, ale po każdym sprawdzi nasze otoczenie i dopiero jeśli okaże się, że jesteśmy mniej więcej w miejscu, w którym powinniśmy być, będzie mógł wykonać następny. Jeśli za którymś razem okaże się, że różnica jest zbyt duża — a wierz mi, granicy błędu nie ustaliłem zbyt wysoko — to będzie musiał przerwać i na nowo wyliczyć pozostałe skoki.

— Kiedy masz zamiar to zrobić?

— Kiedy? Zaraz… Widzę, że katalogujesz swoje zbiory…

— Tak, Golan, to dla mnie jedyna okazja, żeby to zrobić. Już od paru lat miałem się za to zabrać, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie.

— Nie mam nic przeciwko temu. Zajmij się swoją pracą i nie przejmuj się. Skup się na katalogowaniu, a ja zajmę się całą resztą.

Pelorat potrząsnął głową. — Nie żartuj. Nie uspokoję się, dopóki nie będziemy tego mieli za sobą. Prawie trzęsę się ze strachu.

— A więc nie powinienem ci tego mówić, ale… muszę się tym z kimś podzielić, a oprócz ciebie nie ma tu nikogo. Wyznam ci szczerze, że zawsze istnieje możliwość, że znajdziemy się co prawda w dokładnie wyliczonym miejscu w przestrzeni międzygwiezdnej, ale będzie to akurat miejsce, gdzie znajdzie się lecący z dużą prędkością meteoryt albo mała czarna dziura. Wtedy będzie i po statku, i po nas. Teoretycznie rzecz biorąc, może się coś takiego zdarzyć, chociaż prawdopodobieństwo zaistnienia takiej sytuacji jest małe…

No, ale równie dobrze może się zdarzyć, że siedzisz sobie w swoim gabinecie na Terminusie i przeglądasz swoje zbiory albo śpisz smacznie w swoim własnym łóżku, a jakiś zabłąkany meteoryt, który przedostał się przez atmosferę, trafia cię prosto w głowę i kładzie trupem. Ale, jak powiedziałem, jest to mało prawdopodobne.

Szczerze mówiąc,, prawdopodobieństwo przecięcia po zakończeniu skoku drogi jakiemuś ciału, zetknięcie z którym groziłoby nam katastrofą i śmiercią, ale które byłoby zbyt małe, by zdołał je wykryć komputer, jest o wiele mniejsze niż prawdopodobieństwo zostania ofiarą uderzenia meteorytu w swoim własnym domu. A inne rodzaje ryzyka, jak na przykład wylądowanie w środku jakiejś gwiazdy, są jeszcze mniejsze.

— No to po co mi mówisz o tym wszystkim, Golan? — spytał Pelorat.

Trevize zawahał się, potem spuścił głowę, jakby zastanawiał się, co ma odpowiedzieć, i wreszcie rzekł:

— Widzisz, myślę, że choćby ryzyko katastrofy było nie wiem jak małe, to jeśli wystarczająco duża liczba ludzi podejmuje to ryzyko, kiedyś musi w końcu dojść do katastrofy. I chociaż jestem absolutnie pewien, że nie przydarzy się nam nic złego, to jednak jakiś wewnętrzny głos mówi mi „A może stanie się to akurat tym razem”. A to sprawia, że czuję się wobec ciebie winny… Myślę, że właśnie dlatego mówię ci o tym. Janov, jeśli stanie się coś złego, to wybacz mi.

— Ależ, Golan, drogi przyjacielu, jeśli stanie się coś złego, to obaj zginiemy w tej samej sekundzie. Ani ja nie będę ci mógł wybaczyć, ani ty nie usłyszysz mego wybaczenia.

— Wiem o tym, więc wybacz mi teraz, dobrze? Pelorat uśmiechnął się:

— Nie wiem dlaczego, ale to mi dodaje ducha. Jest w tym coś zabawnego. Oczywiście, Golan, wybaczam ci. W literaturze światowej jest wiele mitów o istnieniu w jakiejś formie życia pozagrobowego i jeśli rzeczywiście istnieje gdzieś takie miejsce — a szansę, że istnieje, są, myślę, takie same jak szansę wylądowania w czarnej minidziurze albo nawet mniejsze — i jeśli obaj znajdziemy się w tym miejscu, to zaświadczę słowem honoru, że zrobiłeś, co mogłeś, aby mnie uratować i że nie jesteś winien mojej śmierci.

— Dziękuję ci. Teraz mi ulżyło. Chcę zaryzykować, ale nie dawała mi spokoju myśl, że w ten sposób ty też zaryzykujesz, nic o tym nie wiedząc.

Pelorat uścisnął mu dłoń:

— Wiesz, Golan, znam cię dopiero niecały tydzień i przypuszczam, że nie powinienem w takich sprawach wydawać pospiesznych sądów, ale myślę, że jesteś wspaniałym facetem. A teraz zróbmy to i miejmy to już z głowy.

— Oczywiście! Wystarczy tylko, żebym nacisnął ten mały klawisz. Komputer dostał już instrukcje i tylko czeka, aż powiem „Start!”… Może chciałbyś…

— Nigdy! To twoja sprawa! I twój komputer.

— W porządku. I moja odpowiedzialność. Jak widzisz, stale staram się jej uniknąć. Nie spuszczaj oka z ekranu!

Z uśmiechem, który wyglądał na całkowicie autentyczny i nieudawany, Trevize położył dłonie na pulpicie i nawiązał kontakt z komputerem.

Przez chwilę nic się nie działo. Potem obraz pola gwiezdnego zmienił się — potem raz jeszcze — i jeszcze raz. Gwiazdy widziane na ekranie stawały się coraz gęściejsze i jaśniejsze.

Pelorat liczył, wstrzymując oddech. Kiedy doszedł do piętnastu, obraz zatrzymał się, jak gdyby coś się zacięło w aparacie.

Pelorat spytał szeptem, wyraźnie obawiając się, że jakiś głośniejszy dźwięk może fatalnie uszkodzić mechanizm:

— Co się stało? Coś się zepsuło? Trevize wzruszył ramionami:

— Myślę, że koryguje obliczenia. Jakiś obiekt w przestrzeni — obiekt nie uwzględniony w obliczeniach — karzeł, którego nie ma na mapach albo wędrująca planeta — spowodował zauważalne zaburzenia i odkształcił ogólne pole grawitacyjne…

— Czy grozi to nam niebezpieczeństwem?

— Skoro jeszcze żyjemy, to prawie na pewno niczym to nam nie grozi. Jeśli to planeta, to może być oddalona od nas nawet o sto milionów kilometrów, co nie przeszkadza, że zmiany powodowane przez nią w polu grawitacyjnym wymagają przeprowadzenia obliczeń na nowo. Karzeł może być nawet o dziesięć miliardów kilometrów stąd, ale…

Obraz znowu się zmienił i Trevize zamilkł. Zmieniał się jeszcze kilkakrotnie. Wreszcie, kiedy Pelorat doliczył do dwudziestu ośmiu, ruch ustał.

Trevize skontaktował się z komputerem. — Jesteśmy na miejscu — powiedział.

— Liczyłem pierwszy skok jako „l”, a w tej serii zacząłem liczyć od 2. To w sumie dało dwadzieścia osiem skoków, a mówiłeś, że ma być dwadzieścia dziewięć.

— Korekta obliczeń przy skoku 15 prawdopodobnie skróciła całą podróż o jeden skok. Mogę, jeśli chcesz, sprawdzić to na komputerze, ale naprawdę nie ma takiej potrzeby. Jesteśmy w pobliżu planety Sayshell. Tak podaje komputer i wierzę mu. Gdybym nastawił ekran na odpowiedni kierunek, to ujrzelibyśmy jasne słońce, ale nie ma sensu przeciążać bez potrzeby jego wydolności. Planeta Sayshell to ta czwarta, o widzisz, tam. Jesteśmy — teraz od niej oddaleni o 3,2 miliona kilometrów, a to jest odległość, przy której wypada już zakończyć skoki. Możemy tam być za trzy dni… za dwa, jeśli się pospieszymy.

Trevize zaczerpnął głęboko powietrza i czekał, aż opuści go napięcie.

— Zdajesz sobie sprawę, Janov, co to znaczy? — spytał. — Żaden statek, na którym byłem czy o którym słyszałem, nie wykonałby tych skoków bez przynajmniej jednego dnia przerwy, wypełnionego pracochłonnymi obliczeniami i sprawdzaniem wyników obliczeń, między kolejnymi skokami. I to nawet z wykorzystaniem, komputera. Ta podróż zajęłaby nam prawie miesiąc. No, może dwa albo trzy tygodnie, gdybyśmy szarżowali. A odbyliśmy ją w ciągu pół godziny. Kiedy każdy statek będzie wyposażony w taki komputer jak nasz…

— Zastanawiam się, dlaczego burmistrz dała nam do dyspozycji tak nowoczesny statek — powiedział Pelorat. — Musi być niewiarygodnie kosztowny.

— To statek eksperymentalny — rzekł sucho Trevize. — Być może ta dobra kobieta chciała, abyśmy go wypróbowali, żeby się przekonać, czy nie wyjdą na jaw jakieś braki albo usterki.

— Mówisz to poważnie?

— Nie denerwuj się. W końcu nie ma się czym przejmować. Nie ma tu żadnych usterek. Ale nie zdziwiłbym się, gdyby były, a my posłużylibyśmy jako króliki doświadczalne. Na pewno nie musiałaby walczyć z własnym sumieniem, żeby zrobić coś takiego. Poza tym nie zaufała nam na tyle, żeby wyposażyć statek w broń zaczepną, a to bardzo zmniejszyło koszty.

— Myślę o tym komputerze — powiedział z zadumą Pelorat. — Wydaje się znakomicie dostosowany do ciebie… nie można go równie dobrze dostosować do każdego. Ze mną ledwie współpracuje.

— Tym lepiej dla nas, że tak dobrze współpracuje z jednym z nas.

— Zgoda, ale czy to zwykły przypadek?

— A co innego, Janov?

— Na pewno burmistrz zna cię bardzo dobrze.

— Myślę, że tak. Stara krążownica.

— Czy nie mogła polecić zaprojektowania komputera specjalnie dla ciebie?

— A to dlaczego?

— Właśnie zastanawiam się, czy przypadkiem nie lecimy tam, gdzie komputer chce, żebyśmy lecieli.

Trevize otworzył szeroko oczy ze zdumienia:

— Chcesz powiedzieć, że kiedy jestem połączony z komputerem, to on, a nie ja, jest tym, który kieruje?

— Tylko się nad tym zastanawiam.

— To absurd! Paranoja. Daj spokój, Janov.

Trevize wrócił do komputera, aby nastawić ekran na planetę Sayshell i wytyczyć kurs do niej przez zwykłą przestrzeń.

Zupełny absurd!

Ale dlaczego Pelorat nabił mu tym głowę?


Rozdział X

STÓŁ

33.

34.

35.

36.

37.

38.

<p>Rozdział X</p> <p>STÓŁ</p>
<p>33.</p>

Minęły dwa dni i Gendibal stwierdził, że jest nie tyle przygnębiony, ile wściekły. Nie było żadnego powodu, żeby zwlekać ż przesłuchaniem go. Gdyby był nieprzygotowany, gdyby potrzebował czasu, o, to wtedy — był całkowicie tego pewien — przesłuchanie zarządzono by natychmiast.

No, ale skoro Druga Fundacja stanęła w obliczu czegoś tak nieistotnego jak największy kryzys od czasów Muła, mogli sobie pozwolić na zwłokę. Marnowali czas po to tylko, żeby go zirytować.

I faktycznie, zirytowali go, ale, na Seldona, skutek tego będzie taki, że jego kontratak będzie tym silniejszy. Był na to całkowicie zdecydowany.

Rozejrzał się. Przedpokój był pusty. Sytuacja ta trwała od dwóch dni. Był człowiekiem napiętnowanym, Mówcą, który — jak wszyscy wiedzieli — utraci wkrótce, w wyniku akcji nie mającej precedensu w całej, pięćsetletniej historii Drugiej Fundacji, swoje stanowisko i pozycję. Zostanie zdegradowany do roli zwykłego, szeregowego członka Drugiej Fundacji.

I owszem, status szeregowego członka Drugiej Fundacji, szczególnie jeśli towarzyszył mu godny tytuł, a Gendibal mógł zachować swój tytuł nawet po procesie, to nie było byle co, ba, to był zaszczyt. Ale zostać zdegradowanym ze stanowiska Mówcy do roli szeregowego członka, to była zupełnie inna sprawa. Ale — myślał z wściekłością Gendibal — nigdy do tego nie dojdzie, nawet jeśli od dwóch dni wszyscy go starannie unikali. Tylko Sura Novi traktowała go tak, jak poprzednio, lecz ona była zbyt naiwna, aby orientować się w sytuacji. Dla niej Gendibal nadal był „panem”.

Gendibala irytował fakt, że była ona dla niego pewną pociechą w tych dniach. Ogarnął go wstyd, kiedy zauważył, że jej bałwochwalcze spojrzenie dodaje mu ducha. Czyżby zaczynał już być wdzięczny za tak niewiele?

Z izby posiedzeń wyszedł urzędnik, aby poinformować go, że Stół czeka na niego. Gendibal wkroczył do środka. Urzędnik był dobrze znany Gendibalowi, należał on do gatunku tych, którzy dokładnie wiedzieli, ile szacunku należy się temu, a ile innemu Mówcy i z jaką — w związku z tym — dozą uprzejmości można się do każdego z nich odnosić. W tej chwili jego szacunek dla Gendibała był przerażająco mały. A więc nawet urzędnik uważał, że jego los jest już przesądzony.

Wszyscy siedzieli już wokół stołu w czarnych togach wkładanych specjalnie na proces. Mieli poważne miny. Pierwszy Mówca Shandess sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego, ale pilnie baczył, aby na jego twarzy nie pojawiła się nawet najmniejsza oznaka sympatii. Delarmi — jedna z trzech kobiet wśród Mówców — nawet nie spojrzała na Gendibala.

Pierwszy Mówca zaczął:

— Mówco Storze Gendibalu, jesteś oskarżony o zachowanie niegodne Mówcy. W obecności nas wszystkich tu zebranych oskarżyłeś Stół o zdradę i o usiłowanie popełnienia morderstwa, nie przedstawiając na to żadnych dowodów. Dałeś jasno do zrozumienia, że umysły wszystkich członków Drugiej Fundacji, włączając w to Mówców razem z Pierwszym Mówcą, powinny zostać poddane dokładnej analizie w celu stwierdzenia komu spośród nas nie można już ufać. Takie zachowanie niszczy łączące nas więzy, więzy, bez których Druga Fundacja nie byłaby w stanie kontrolować skomplikowanej i potencjalnie wrogiej nam Galaktyki, bez których nie moglibyśmy z pewnością stworzyć zdrowego Drugiego Imperium.

Ponieważ wszyscy byliśmy świadkami tego zniesławienia, pominiemy tu przedstawienie formalnego aktu oskarżenia. Możemy zatem przejść od razu do następnej fazy. Mówco Storze Gendibalu, czy masz coś na swoją obronę?

W tym miejscu Delarmi — nadal nie patrząc na niego — pozwoliła sobie na złośliwy uśmieszek.

— Jeśli prawda może świadczyć na moją korzyść — rzekł Gendibal — to mam coś na swoją obronę. Są powody, by przypuszczać, że istnieją stąd przecieki. Może t o się łączyć z poddaniem przez kogoś kontroli psychicznej jednego lub więcej członków Drugiej Fundacji, nie wykluczając osób tu obecnych, a to stawia Drugą Fundację w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Jeśli faktycznie przyspieszyliście ten proces, gdyż nie chcecie tracić czasu, to być może wszyscy niejasno zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji, ale dlaczego w takim przypadku zmarnowaliście dwa dni, mimo iż złożyłem formalny wniosek o natychmiastowy proces? Proszę łaskawie wziąć pod uwagę, że właśnie to śmiertelne niebezpieczeństwo zmusiło mnie do powiedzenia tego, co powiedziałem. Zachowałbym się w sposób niegodny Mówcy, gdybym tego nie zrobił.

— On po prostu powtarza zniesławienie, Pierwszy Mówco — powiedziała słodko Delarmi.

Krzesło Gendibala ustawiono w większej odległości od stołu niż krzesła pozostałych Mówców, co samo w sobie było już oznaką degradacji. Odsunął je jeszcze dalej, jak gdyby nie dbał o to, i powstał.

— Oskarżycie i skarzecie mnie z miejsca, mając prawo za nic, czy mogę kontynuować swoją obronę? — spytał.

Odpowiedział mu Pierwszy Mówca.

— To nie jest posiedzenie zwołane wbrew prawu czy niezgodne ,z prawem, Mówco. Chociaż nie ma zbyt wielu precedensów, którymi moglibyśmy się kierować w tej sprawie, to jednak dajemy ci pełną możliwość wypowiedzenia się. Uważamy bowiem, że gdyby nasze ponadludzkie zdolności miały doprowadzić nas do pogwałcenia zasad sprawiedliwości, to lepiej by było uniewinnić winnego niż skazać niewinnego. Dlatego, aczkolwiek sprawa, którą tu rozpatrujemy, jest zbyt poważna, byśmy pochopnie mieli uwolnić z zarzutów winnego, pozwalamy ci przedstawić tu twoje argumenty w taki sposób, jaki uznasz za stosowny i mówić tak długo, jak będziesz potrzebował, dopóki wszyscy, włączając w to mnie (zaakcentował to, podnosząc głos), nie uznamy jednomyślnie, że usłyszeliśmy już dosyć.

— Pozwólcie zatem, że zacznę od informacji, iż Golan Trevize, ten radny z Pierwszej Fundacji, który został skazany na wygnanie i który — zdaniem Pierwszego Mówcy i moim — jest ostrzem nadciągającego niebezpieczeństwa, oddalił się w nieoczekiwanym kierunku.

— W kwestii formalnej — rzekła słodko Delarmi. — Skąd ten mówca (intonacja wyraźnie wskazywała na to, że słowo „mówca” wypowiedziała z małej litery) wie o tym?

— Zostałem o tym poinformowany przez Pierwszego Mówcę — rzekł Gendibal — ale potwierdzam to na podstawie swojej własnej wiedzy. Jednak w obecnej sytuacji, mając na względzie fakt, że — jak już powiedziałem — nie ma gwarancji, iż nic z tego, co się tu mówi, nie przedostanie się poza ściany tej sali, nie mogę ujawnić źródeł swoich informacji.

— Na razie wstrzymujemy się od osądu w tej sprawie — powiedział Pierwszy Mówca. — Będziemy kontynuować bez tej informacji, jednak jeśli — w opinii Stołu — okaże się to konieczne, Mówca Gendibal będzie musiał ujawnić swoje źródła.

— Jeśli ten mówca nie ujawni ich teraz — odezwała się Delarmi — to będę miała powody przypuszczać, że ma on swojego prywatnego agenta, którego zatrudnił dla swych własnych celów i o którym Stół nic nie wie. Nie możemy mieć pewności, czy taki agent przestrzega zasad obowiązujących personel Drugiej Fundacji.

Pierwszy Mówca rzekł z lekką irytacją:

— Zdaję sobie doskonale sprawę z wszystkich implikacji stwierdzenia Mówcy Gendibala, Mówco Delarmi. Nic musisz mi ich tu wykładać jak dziecku.

— Wspominam o tym, Pierwszy Mówco, tylko dlatego, by umieszczono to w aktach sprawy. Jest to dodatkowa okoliczność obciążająca, nie ma jej jednak w akcie oskarżenia, który — nawiasem mówiąc — nie został tu w pełni przedstawiony. Zgłaszam zatem wniosek, by uzupełniono oskarżenie o tę okoliczność.

— Proszę umieścić ten punkt w akcie oskarżenia — rzekł Pierwszy Mówca, zwracając się do urzędnika. — Zostanie rozwinięty i sformułowany zgodnie z literą prawa w odpowiednim czasie. … Mówco Gendibal (on przynajmniej wymawiał jego tytuł z dużej litery), jak dotąd, twoje wyjaśnienia faktycznie pogarszają tylko twoją sytuację. Mów dalej.

— Trevize — podjął na nowo Gendibal — nie tylko udał się w nieoczekiwanym kierunku, ale w dodatku podróżuje z nieznaną dotąd prędkością. Z moich informacji, których nie zna jeszcze Pierwszy Mówca, wynika, że przebył blisko dziesięć tysięcy parseków w czasie niespełna godziny.

— Jednym skokiem? — spytał z niedowierzaniem któryś z Mówców.

— Nie jednym, lecz ponad dwudziestoma skokami, następującymi jeden po drugim, bez prawie żadnych przerw między nimi — odparł Gendibal — co nawet trudniej sobie wyobrazić niż jeden tak wielki skok. Nawet jeśli uda się teraz ustalić jego położenie, to dotarcie do niego zajmie sporo czasu, a jeśli nas wyśledzi i będzie chciał nam umknąć, to absolutnie nie będziemy w stanie go dogonić… A wy tu tracicie czas na zabawy w oskarżenia i procesy i nawet zwlekacie z tą sprawą dwa dni, żeby się nią jeszcze bardziej delektować.

Pierwszemu Mówcy udało się ukryć zniecierpliwienie. — Proszę, Mówco Gendibalu — powiedział — żebyś wyjaśnił nam, jakie to, twoim zdaniem, ma znaczenie.

— Świadczy to wymownie, Pierwszy Mówco, o niesłychanym postępie technologicznym, który nastąpił w Pierwszej Fundacji. Są oni teraz o wiele potężniejsi niż w czasach Preema Palvera. Gdyby nas odkryli i mogli swobodnie działać, to nie mielibyśmy żadnych szans.

Mówca Delarmi podniosła się z miejsca. — Pierwszy Mówco — powiedziała — szkoda naszego czasu na słuchanie takich rzeczy. To nie ma nic wspólnego ze sprawą. Nie jesteśmy dziećmi, żeby nas tu straszyć bajkami Babci Czarnej Dziury. Dopóki jesteśmy w stanie kontrolować ich wolę i umysły, fakt, że posiadają fantastyczne maszyny, nie ma żadnego znaczenia.

— Co na to powiesz. Mówco Gendibal? — spytał Pierwszy Mówca.

— Tylko to, że kontrolą woli i umysłu zajmiemy się w odpowiednim czasie. Na razie chcę po prostu podkreślić ogromną — i stale rosnącą — przewagę technologiczną Pierwszej Fundacji.

— Przejdź do następnego punktu, Mówco Gendibal — rzekł Pierwszy Mówca. — Muszę ci wyznać, że to, co powiedziałeś do tej pory, nie wydaje mi się zbytnio związane z zarzutami zawartymi w akcie oskarżenia.

Zachowanie reszty Mówców wymownie świadczyło, że zgadzają się w pełni ze zdaniem Pierwszego Mówcy.

— Proszę bardzo, już przechodzę — powiedział Gendibal. — Trevize nie podróżuje sam. Towarzyszy mu niejaki — przerwał na chwilę, zastanawiając się jak wymawia się to nazwisko — Janov Pelorat, uczony bez jakichś specjalnych osiągnięć, który poświęcił całe życie na zbieranie mitów i legend dotyczących Ziemi.

— Widzę, że wiesz o nim wszystko — wtrąciła się Delarmi, która z widoczną przyjemnością przyjęła na siebie rolę oskarżyciela. — Pewnie to znowu owo tajemnicze źródło informacji?

— Owszem, wiem o nim wszystko — odparł spokojnie Gendibal. — Kilka miesięcy ternu burmistrz Terminusa, zdolna i energiczna kobieta, zainteresowała się nim bez żadnego wyraźnego powodu, a więc siłą rzeczy ja też się nim zainteresowałem. Zresztą nie robiłem z tego tajemnicy. Wszystkie informacje, które udało mi się uzyskać, przekazałem Pierwszemu Mówcy.

— Potwierdzam to — rzekł cicho Pierwszy Mówca.

Jeden ze starszych Mówców spytał:

— A co to takiego ta Ziemia? Czy to ten znany z baśni świat, z którego jakoby wywodzi się ludzkość? Ten, wokół którego było tyle zamieszania w starym Imperium?

Gendibal skinął twierdząco głową.

— Znany z bajek Babci Czarnej Dziury, jak by powiedziała Mówczyni Delarmi… Podejrzewam, że marzeniem Pelorata była podróż na Trantor i przeszukanie Biblioteki Galaktycznej w celu znalezienia informacji dotyczących Ziemi, informacji, których nie mógł uzyskać za pośrednictwem działającej na Terminusie międzygwiezdnej wymiany bibliotecznej.

Kiedy odlatywał z Trevizem z Terminusa, musiał być przekonany, że jego marzenie ma się właśnie spełnić. W każdym razie my spodziewaliśmy się ich przybycia i liczyliśmy na to, że będziemy mogli, dla naszego dobra, przebadać ich. Jak się okazuje, i jak już teraz wszyscy wiecie, nie przylecą tu. Nie wiadomo jeszcze dokąd i po co lecą.

Delarmi, z miną aniołka na swej pucołowatej twarzy spytała:

— A dlaczego ma to nas niepokoić? Z pewnością ich nieobecność na Trantorze nie pogorszyła naszej sytuacji. Prawdę mówiąc, fakt, że tak łatwo zrezygnowali z odwiedzenia Trantora, zdaje się wskazywać, iż Pierwsza Fundacja nie wie nic o jego prawdziwym charakterze. Możemy tylko podziwiać kunszt Preema Palvera.

— Gdybyśmy nie zastanawiali się nad tym głębiej, to faktycznie moglibyśmy dojść do takiego pocieszającego wniosku. Ale czy nie mogło być tak, że zmiana ich planów nie wynikła bynajmniej z braku orientacji co do roli Trantora? A może zmiana ta spowodowana została właśnie obawą, by Trantor — przebadawszy ich obu — nie zorientował się, jak ważną rolę odgrywa w tym wszystkim Ziemia? Wśród Mówców zapanowało poruszenie.

— Każdy — powiedziała zimno Delarmi — potrafi wymyślać znakomite hipotezy i przedstawiać je w sugestywnych zdaniach. Ale czy to znaczy, że są one tylko dlatego sensowne? Czy miałoby kogokolwiek obchodzić to, co Druga Fundacja myśli o Ziemi? To, czy jest ona naprawdę planetą, z której pochodzi rodzaj ludzki, czy tylko mitem, a przede wszystkim czy w ogóle jest jakaś jedna planeta, z której pochodzą ludzie, jest na pewno problemem, którym powinni się zajmować historycy, antropolodzy i zbieracze podań, tacy jak ten twój Pelorat. Ale dlaczego mielibyśmy się tym zajmować my?

— No właśnie, dlaczego? — podchwycił Gendibal. — A dlaczego w bibliotece nie ma żadnej wzmianki na temat Ziemi? Jak to możliwe?

Po raz pierwszy w atmosferze panującej wokół Stołu dało się odczuć coś innego niż wrogość.

— A nie ma? — powiedziała Delarmi.

— Kiedy dotarła do mnie wiadomość — rzekł zupełnie spokojnie Gendibal — że Trevize i Pelorat mogą przybyć tutaj w poszukiwaniu informacji dotyczących Ziemi, to oczywiście poleciłem naszemu komputerowi bibliotecznemu, żeby sporządził listę dokumentów zawierających takie informacje. Specjalnie się nie przejąłem, kiedy okazało się, że w bibliotece nie ma nic na ten temat. Zupełnie nic. Najmniejszej wzmianki… Nic!

Ale potem uparliście się kazać mi czekać dwa dni na ten proces i w tym samym czasie dowiedziałem się, że w końcu Trevize i Pelorat nie mają zamiaru tu przylecieć. To pobudziło moją ciekawość. Zresztą musiałem się jakoś rozerwać i czymś zająć. A więc podczas gdy — jak głosi stare porzekadło — siedzieliście tu popijając wino, a dom się walił, ja przejrzałem stare książki historyczne w swoich prywatnych zbiorach. Znalazłem w nich ustępy, które wyraźnie mówiły o badaniach dotyczących „Problemu Pochodzenia”, prowadzonych u schyłku Imperium. Powoływano się tam na konkretne dokumenty, zarówno druki, jak i mikrofilmy, a nawet cytowano niektóre z nich. Poszedłem więc raz jeszcze do biblioteki i sam próbowałem je znaleźć. Zapewniam was, że nie znalazłem nic.

— Nawet jeśli jest tak, jak mówisz — powiedziała Delarmi — to niekoniecznie musi być w tym coś dziwnego. Jeśli Ziemia jest faktycznie mitem…

— To znalazłbym coś na ten temat w dziale mitologii. Gdyby była to opowieść Babci Czarnej Dziury, to znalazłbym to w zbiorze opowieści Babci Czarnej Dziury. Gdyby był to wytwór chorego umysłu, to znalazłbym to w dziale psychopatologii. Jest faktem, ,że istnieje coś na temat Ziemi, bo w przeciwnym razie nikt z was nic by o tym nie słyszał, a tymczasem z miejsca zorientowaliście się, że jest to nazwa planety, z której przypuszczalnie pochodzi rodzaj ludzki. Dlaczego wobec tego nie ma na ten temat ani jednej wzmianki w bibliotece, i to w żadnym dziale?

Delarmi tym razem nic nie powiedziała, za to odezwał się inny Mówca. Był to Leonis Cheng, dość niski mężczyzna, o encyklopedycznej zaiste wiedzy na temat najdrobniejszych szczegółów Planu Seldona, ale o krótkowzrocznym stosunku do faktycznie istniejącej Galaktyki. Miał zwyczaj mrugać szybko powiekami, kiedy mówił.

— Jest rzeczą ogólnie znaną, że u swego schyłku Imperium starało się stworzyć kult imperatora, starannie tłumiąc wszelkie objawy zainteresowania czasami przedimperialnymi.

Gendibal skinął głową:

— Tłumienie to precyzyjny termin, Mówco Cheng. Nie jest to równoznaczne z niszczeniem dowodów. Powinieneś wiedzieć o tym lepiej niż ktokolwiek z tu obecnych, że inną charakterystyczną cechą okresu schyłkowego Imperium był nagły przypływ zainteresowania wcześniejszymi — i przypuszczalnie lepszymi — czasami. Mam tu na myśli wzrost zainteresowania „Problemem Pochodzenia” w czasach Hari Seldona. Cheng przerwał mu głośnym chrząknięciem:

— Wiem o tym bardzo dobrze, młody człowieku. O społecznych problemach okresu schyłkowego Imperium wiem o wiele więcej, niż przypuszczasz. Proces „imperializacji” wziął ostatecznie górę nad tymi dyletanckimi rozważaniami dotyczącymi Ziemi. Za rządów Cleona II, w ostatnim okresie pewnego ożywienia Imperium, proces ten osiągnął punkt kulminacyjny i ustały wszelkie spekulacje na temat Ziemi. Było to dwieście lat po Seldonie. W czasach Cleona został nawet wydany edykt, w którym zainteresowanie takimi rzeczami określano (myślę, że cytuję dokładnie) jako „jałowe i nieproduktywne spekulacje, które prowadzą do podważenia zaufania i miłości ludu do tronu Imperium”.

Gendibal uśmiechnął się.

— A zatem, Mówco Cheng, skłonny byłbyś datować zniszczenie wszystkich danych dotyczących Ziemi na okres panowania Cleona II?

— Nie wyciągam żadnych wniosków. Po prostu stwierdziłem to, co stwierdziłem.

— Sprytnie się z tego wywinąłeś, nie wyciągając żadnych wniosków. Za czasów Cleona Imperium mogło przeżywać pewien renesans, ale przynajmniej Uniwersytet i biblioteka znajdowały się w naszych rękach, a w każdym razie w rękach naszych poprzedników. Usunięcie jakichkolwiek materiałów z biblioteki bez wiedzy Mówców z Drugiej Fundacji było niemożliwe. Prawdę mówiąc, zadanie to zostałoby powierzone właśnie Mówcom, choć ginące Imperium nie zdawałoby sobie z tego sprawy.

Gendibal przerwał, ale Cheng nie powiedział nic, spoglądając w jakiś punkt ponad jego głową.

— Wynika z tego — podjął Gendibal na nowo — że materiały dotyczące Ziemi nie mogły zostać usunięte z biblioteki za czasów Seldona, gdyż zainteresowanie Problemem Pochodzenia było wówczas zbyt duże. Nie mogły też zostać usunięte później, gdyż wówczas biblioteka znajdowała się już w pieczy Drugiej Fundacji. A mimo to nie ma ich teraz w bibliotece. Jak to możliwe?

— Może przestaniesz wreszcie rozwodzić się nad tym dylematem, Gendibal — wtrąciła niecierpliwie Delarmi. — Rozumiemy, o co chodzi. Jakie jest, twoim zdaniem, rozwiązanie? Że ty sam usunąłeś te dokumenty?

— Jak zwykle, Delarmi, zaskakujesz swą przenikliwością — Gendibal pochylił głowę w szyderczym ukłonie (na który odpowiedziała lekkim wydęciem ust). — Jedno z możliwych rozwiązań tej zagadki jest takie, że oczyścił bibliotekę z tych materiałów któryś z Mówców Drugiej Fundacji, czyli ktoś, kto wiedział, jak skłonić do tego kustoszy, nie zostawiając żadnego śladu o tym w ich pamięci, i jak skorzystać z komputerów, nie zostawiając żadnego śladu w ich danych.

Pierwszy Mówca Shandess poczerwieniał.

— To absurd, Mówco Gendibal. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby zrobił to jakiś Mówca. Czym miałby się w tym kierować? Nawet gdyby, z jakiegoś powodu, materiały dotyczące Ziemi zostały usunięte, to dlaczego miałoby to się odbyć w tajemnicy przed innymi Mówcami? Dlaczego ktoś miałby ryzykować całą swoją karierę robiąc jakieś machinacje w bibliotece, kiedy szansę, że się to nie wykryje, były tak nikłe? Poza tym, nie sądzę, żeby nawet najzdolniejszy Mówca był w stanie dokonać tego nie zostawiając żadnego śladu.

— A zatem, Pierwszy MÓWCO, nie zgadzasz się z sugestią Mówcy Delarmi, że zrobiłem to ja.

— Oczywiście, że nie — odparł Pierwszy Mówca. — Czasem mam wątpliwości, czy zachowujesz się rozsądnie, ale nie przypuszczam, żebyś kompletnie zwariował.

— Wobec tego, Pierwszy Mówco, coś takiego nie mogło w ogóle mieć miejsca. Ponieważ wyeliminowaliśmy wszystkie możliwe sposoby usunięcia z biblioteki materiałów dotyczących Ziemi, powinny się one tam nadal znajdować. A jednak nie ma ich.

— No dobrze już, dobrze, kończmy to — powiedziała Delarmi ze sztucznym znużeniem. — Powtarzam raz jeszcze, jakie jest — twoim zdaniem — rozwiązanie? Jestem pewna, że masz jakiś pomysł.

— Jeśli ty jesteś tego pewna, Mówco, to my też możemy być pewni. Moim zdaniem, biblioteka została wyczyszczona z tych materiałów przez kogoś z Drugiej Fundacji, kto znajdował się pod wpływem jakiejś subtelnie działającej siły spoza Drugiej Fundacji. Nie zauważono zniknięcia tych materiałów, ponieważ ta sama siła dopilnowała, żeby nikt z nas tego nie spostrzegł.

Delarmi roześmiała się.

— Aż wreszcie ty to odkryłeś! Ty — jedyna osoba, na którą nikt nie ma, bo nie może mieć wpływu! Jeśli ta tajemnicza siła naprawdę istnieje, to jak to się stało, że odkryłeś brak tych materiałów w bibliotece? Dlaczego nie wywarli na ciebie wpływu, żebyś niczego nie odkrył?

— Nie ma w tym nic do śmiechu, Mówco — rzekł poważnie Gendibal. — Może uważają, tak jak my, że wpływanie na innych i manipulowanie ich zachowaniami powinno ograniczać się do niezbędnego minimum. Kiedy kilka dni temu moje życie znalazło się w niebezpieczeństwie, to więcej myślałem o tym, jak powstrzymać się od ingerencji w umysł wieśniaka niż jak się bronić. Tak samo może być z nimi — jak tylko zorientowali się, że pora przestać, zaprzestali ingerencji. I to jest realne niebezpieczeństwo, śmiertelne niebezpieczeństwo. Fakt, że mogłem odkryć, co się stało z tymi materiałami, może oznaczać, że już im na tym nie zależy. A fakt, że już im na tym nie zależy, może oznaczać, że uważają, iż już wygrali. A my tu gramy w swoje gierki!

— Ale jaki mają w tym wszystkim cel? Jaki mogą mieć w tym cel? — nalegała Delarmi, szurając nogami i zagryzając wargi. Czuła, że jej wpływ słabnie w miarę jak Mówcy zaczynają odczuwać coraz większe zainteresowanie wywodami Gendibala.

— Pomyśl tylko… — rzekł Gendibal. — Pierwsza Fundacja, z jej niesłychanie potężnym arsenałem broni fizycznej, szuka Ziemi. Upozorowali wygnanie dwóch osób, mając nadzieję, że się na to nabierzemy, ale czy daliby im do dyspozycji statek o niewiarygodnych wręcz zaletach — statek, który może przebyć dziesięć tysięcy parseków w czasie niespełna godziny — gdyby byli to naprawdę wygnańcy?

Natomiast my, Druga Fundacja, ani nie szukaliśmy, ani nie szukamy Ziemi.” Co więcej, podjęto — o czym nie mieliśmy absolutnie żadnego pojęcia — odpowiednie kroki, aby nie dopuścić nas do żadnych informacji na temat Ziemi. Pierwsza Fundacja jest teraz tak blisko, a my tak daleko od znalezienia jej, że…

Gendibal przerwał i Delarmi natychmiast spytała:

— Że co? Kończ te swoje dziecinne gadki. Wiesz coś czy nie?

— Nie wiem wszystkiego, Mówco. Nie wiem, jak mocna jest ta sieć, która nas oplata, ale wiem, że ona istnieje. Nie wiem, jakie może mieć znaczenie znalezienie Ziemi, ale jestem pewien, że Druga Fundacja, a wraz z nią Plan Seldona i przyszłość całej ludzkości znalazły się w wielkim niebezpieczeństwie.

Delarmi wstała z miejsca. Nie uśmiechała się już. Powiedziała napiętym, ale nie wymykającym się spod jej kontroli głosem:

— To bzdury! Pierwszy Mówco, połóż temu wreszcie kres! Zebraliśmy się tu po to, aby ocenić zachowanie oskarżonego. To, co nam tu opowiada, jest nie tylko zupełnie dziecinne, ale w dodatku nie ma nic do rzeczy. Nie może on usprawiedliwić swojego zachowania tworząc istną plątaninę teorii, które mają sens tylko w jego mniemaniu. Domagam się, abyśmy zaraz przystąpili do głosowania w tej sprawie, abyśmy jednomyślnie uznali, że jest winien.

— Chwileczkę! — rzekł ostro Gendibal. — Powiedziano mi, że będę miał możliwość obrony. Została mi jeszcze jedna sprawa… tylko jedna sprawa. Pozwólcie, że ją przedstawię, a potem możecie przystąpić do głosowania bez żadnego sprzeciwu z mojej strony.

Pierwszy Mówca przetarł oczy znużonym gestem.

— Możesz mówić dalej, Mówco Gendibalu — rzekł. — Pozwolę sobie zwrócić uwagę Stołu na fakt, że uznanie Mówcy za winnego zarzucanych mu w oficjalnym akcie oskarżenia czynów jest sprawą tak wielkiej wagi, zdarzeniem nie mającym precedensu w całej naszej historii, że nie możemy pozwolić na to, aby był choć cień podejrzenia, że nie dano oskarżonemu pełnej możliwości obrony. Pamiętajcie też o tym, że może się zdarzyć tak, że choć końcowy werdykt zadowoli nas, to nie zadowoli tych, którzy przyjdą po nas, a nie wątpię w to, że członek Drugiej Fundacji, zajmujący nawet najniższe stanowisko, zdaje sobie doskonale sprawę z wagi i roli perspektywy historycznej. Działajmy tak, abyśmy mogli być pewni uznania dla naszych postanowień ze strony Mówców, którzy przyjdą po nas.

— Ryzykujemy, Pierwszy Mówco, że potomność będzie śmiała się z nas za to, że niepotrzebnie traciliśmy czas na wyjaśnienie tego, co było zupełnie oczywiste — zauważyła zgryźliwie Delarmi. — To ty podjąłeś decyzję, żeby mógł kontynuować swą obronę.

Gendibal wziął głęboki oddech:

— Zgodnie zatem z twoją decyzją, Pierwszy Mówco, chcę powołać świadka — młodą kobietę, którą spotkałem trzy dni temu i bez której, zamiast się spóźnić na posiedzenie Stołu, nie dotarłbym tu w ogóle.

— Czy kobieta, o której mówisz, jest znana Stołowi? — spytał Pierwszy Mówca.

— Nie, Pierwszy Mówco. To rodowita mieszkanka tej planety.

Delarmi szeroko otworzyła oczy. — Tutejsza?

— Tak. Właśnie tak!

— A co mamy wspólnego z kimkolwiek z nich? To, co mogą mieć do powiedzenia, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Oni dla nas nie istnieją!

Wargi Gendibala ściągnęły się, odsłaniając zęby. Na pewno nikt nie mógł wziąć tego za uśmiech.

— Fizycznie, wszyscy Tutejsi istnieją — rzekł ostro. — Są istotami ludzkimi i odgrywają odpowiednią rolę w Planie Seldona. Chroniąc pośrednio Drugą Fundację, odgrywają bardzo istotną rolę. Pragnę odciąć się zdecydowanie od nieludzkiej postawy Mówcy Delarmi. Mam nadzieję, że jej uwaga znajdzie się w dokładnym brzmieniu w protokole procesu i zostanie potraktowana jako dowód, że nie powinna sprawować funkcji Mówcy… A może reszta Stołu zgadza się z niesamowitą opinią Mówcy Delarmi i chce pozbawić mnie możliwości powołania świadka?

— Możesz wezwać swego świadka, Mówco — rzekł Pierwszy Mówca.

Wargi Gendibala rozluźniły się i jego twarz przybrała na powrót beznamiętny wyraz, charakterystyczny dla Mówcy w stanie napięcia. Jego umysł był skupiony w sobie i odgrodzony od innych, ale schowany za tą ochronną barierą czuł, że niebezpieczeństwo minęło i że już wygrał.

<p>34.</p>

Sura Novi wyglądała na zdenerwowaną. Miała rozszerzone oczy, a jej dolna warga lekko drżała. Bez przerwy zaciskała i rozwierała dłonie, a jej pierś nieznacznie falowała. Włosy miała zaczesane do tyłu i zaplecione w kok. Spaloną słońcem twarz przebiegał co pewien czas skurcz. Przebierała dłońmi w fałdach długiej spódnicy. Zerkała szybko to na jednego, to na drugiego Mówcę przestraszonym wzrokiem.

Patrzyli na nią z mieszaniną pogardy i zażenowania. Delarmi spoglądała gdzieś ponad jej głową, jakby jej nie dostrzegała.

Gendibal delikatnie dotknął powłoki jej jaźni, uspakajając ją i dodając jej ducha. Mógłby to równie dobrze zrobić, głaszcząc jej dłoń lub gładząc policzek, ale w tych warunkach było to oczywiście niemożliwe.

— Pierwszy Mówco — powiedział — wyłączam jej świadomość, aby jej świadectwo nie zostało zniekształcone przez lęk. Może zechcesz — może wszyscy zechcecie — przyłączyć się do mnie i sprawdzić, że w żaden sposób nie zmieniam jej jaźni.

Novi cofnęła się w popłochu na dźwięk jego głosu. Gendibal nie był tym zaskoczony. Zdawał sobie sprawę, że nigdy nie słyszała rozmawiających ze sobą członków Drugiej Fundacji w tej randze. Nigdy przedtem nie miała okazji spotkać się z tą dziwną mieszaniną szybko rzucanych słów, min, gestów i myśli. Jednakże lęk znikł równie szybko, jak się pojawił, gdyż Gendibal uśmierzył go. Jej twarz rozpogodziła się.

— Za tobą stoi krzesło, Novi — powiedział Gendibal. — Usiądź na nim.

Novi niezgrabnie skłoniła się i usiadła sztywno.

Mówiła zupełnie wyraźnie, ale w momentach kiedy uciekała się do gwarowych określeń, Gendibal prosił ją o powtórzenie wypowiedzi. A ponieważ, z szacunku dla Stołu, sam posługiwał się językiem urzędowym, musiał też niekiedy powtarzać swoje pytania, by go zrozumiała.

Opisała spokojnie i dokładnie scenę jego walki z Rufirantem.

— Sama to wszystko widziałaś, Novi? — spytał Gendibal.

— Nie, panie, bo jak ja by widziała, to by szybciej go zatrzymała. Rufirant to dobry chłop, ale wolno myśli.

— Ale opisałaś wszystko. Jak to możliwe, skoro nie widziałaś wszystkiego?

— Rufirant mnie potem opowiedziała jak ja go pytała. Wstydził się.

— Wstydził? Czy widziałaś wcześniej, żeby tak się zachowywał?

— Rufirant? Nie, panie. On je duży, ale spokojny. Z niego nie je żaden zabijaka i on się boi badawców. Czensto mówi, że oni so mocne i rzondzo tu.

— Dlaczego nie czuł strachu, kiedy mnie spotkał?

— To dziw. Nie idzie zrozumieć. — Potrząsnęła głową. — Nie wie, co się z nim zrobiło. Ja go pytała „Ty tempa głowo, jak ty mog chcieć zabić badawce?” A on mnie mówi „Ja nie wiem, jak to się stało. Ja czuje, jakby ja stał z boku i patrzał, jakby to nie był ja”.

Przerwał jej Mówca Cheng.

— Pierwszy Mówco, jaką wartość ma dla nas to, co ta kobieta opowiada? Relacjonuje, co jej powiedział jakiś człowiek. Czy tego człowieka nie można przesłuchać?

— Można — odparł Gendibal. — Jeśli Stół będzie życzył sobie nowych dowodów, kiedy ta kobieta złoży swoje zeznania, to chętnie wezwę Karolla Rufiranta, mojego byłego przeciwnika, na rozprawę. Jeśli nie, to Stół będzie mógł wydać wyrok, jak tylko skończę z tym świadkiem.

— Bardzo dobrze — powiedział Pierwszy Mówca. — Pytaj dalej swego świadka.

— A ty, Novi? — spytał Gendibal. — Czy to do ciebie podobne, żeby w taki sposób mieszać się do bójki?

Przez chwilę Novi nie odpowiadała. Między jej gęstymi brwiami pojawiła się i zaraz znikła niewielka zmarszczka. Powiedziała:

— Nie wiem. Ja nie chce, coby badawcom się co stało. Coś mnie pchło i ja nawet nie myślała, co robię. — Przerwała na chwilę, a potem dodała: — Zrobię to jeszcze raz jak będzie trza.

— Novi, teraz zaśniesz — powiedział Gendibal. — Nie myśl o niczym. Odpoczniesz i nawet nie będzie ci się nic śnić.

Novi coś wymamrotała, a potem oczy jej się zamknęły i głowa przechyliła się na oparcie krzesła. Gendibal odczekał chwilę i powiedział:

— Pierwszy Mówco, bardzo proszę, żebyś wniknął ze mną w głąb umysłu tej kobiety. Przekonasz się, że jest niezwykle prosty i symetryczny, co jest szczęśliwą okolicznością, gdyż w przeciwnym razie to, co zobaczysz, mogłoby umknąć obserwacji. … Tutaj… tutaj. Widzisz to? Może reszta Mówców też zechce się zagłębić… będzie łatwiej, jeśli zrobi się to za jednym razem.

Wśród Mówców podniósł się szmer, który coraz bardziej się potęgował.

— Czy ktoś z was ma jakieś wątpliwości? — spytał Gendibal.

— Ja mam — powiedziała Delarmi — bo… — Przerwała, gdyż nawet dla niej było to nie do wypowiedzenia.

Zrobił to za nią Gendiba

— Myślisz, że specjalnie manipulowałem w jej umyśle, aby uzyskać fałszywe dowody mojej niewinności, tak? A więc uważasz, że potrafię dokonać tak delikatnej zmiany? Że potrafię odkształcić tylko jedno włókno, nie naruszając w najmniejszym nawet stopniu jego otoczenia? Czy musiałbym urządzać takie przedstawienia, gdybym potrafił to zrobić? Czy dopuściłbym do tego poniżającego dla mnie procesu? Czy wysilałbym się, żeby was przekonać? Gdybym potrafił zrobić to, co widzicie w umyśle tej kobiety, to zanim zdołalibyście się zorientować, bylibyście już wszyscy w mojej mocy… Jest niepodważalnym faktem, że nikt z was nie potrafiłby wywołać takiej zmiany, jaką wywołano w umyśle tej kobiety. Ja też tego nie potrafię. A mimo to, ktoś to zrobił.

Przerwał, popatrzył po kolei na każdego z Mówców, a potem utkwił wzrok w Delarmi.

— A teraz — rzekł wolno — jeśli chcecie dodatkowych dowodów, wezwę tego wieśniaka, Karolla Rufiranta, którego umysł też zbadałem i z którym zrobiono to samo, co z tą kobietą.

— To nie będzie potrzebne — powiedział Pierwszy Mówca. Na jego twarzy widać było trwogę. — To, co zobaczyliśmy, jest przerażające.

— W takim razie — rzekł Gendibal — mogę chyba zbudzić i odprawić tę Tutejszą? Postarałem się, żeby na zewnątrz czekał na nią ktoś, kto pomoże jej dojść do siebie.

Gendibal odprowadził Novi, delikatnie trzymając ją za łokieć, do drzwi, a kiedy wyszła, powiedział:

— Postaram się teraz szybko wszystko podsumować. Można, jak widać, wpływać na umysły metodami, które są dla nas niedostępne. W taki sam sposób być może postąpiono z kustoszami, którzy usunęli z biblioteki materiały odnoszące się do Ziemi. Nie wiedzieliśmy o tym ani my, ani oni. Wiemy teraz, w jaki sposób postarano się o to, żebym spóźnił się na posiedzenie Stołu. Zagrożono memu życiu, a potem mnie uratowano. W wyniku tego zostałem oskarżony. W rezultacie tego pozornie naturalnego zbiegu okoliczności mogę zostać odsunięty od udziału w podejmowaniu decyzji i gorąco propagowana przeze mnie zmiana kursu naszej polityki, zmiana, której ci ludzie się obawiają, może nie dojść do skutku.

Delarmi pochyliła się do przodu. Była wyraźnie wstrząśnięta.

— Jeśli ta tajemnicza organizacja jest tak sprytna, to jak ci się udało wpaść na jej trop?

Teraz Gendibal mógł się już swobodnie uśmiechnąć.

— To nie jest żadna wielka zasługa z mojej strony — powiedział. — Nie uważam się za lepszego od innych Mówców, a już na pewno nie od Pierwszego Mówcy. Po prostu ta organizacja anty — Mułów — jak ich trafnie określił Pierwszy Mówca — nie składa się ani z nieskończenie mądrych, ani z zupełnie niezależnych od przypadku ludzi. Być może wybrali akurat tę Tutejszą właśnie dlatego, że potrzebna była tylko niewielka zmienna, aby dostosować jej umysł do ich celów. Była z natury nastawiona przychylnie do tych, których nazywa badawcami i bardzo ich podziwiała.

Ale nie przewidzieli tego, że krótkotrwały kontakt ze mną pobudzi jej fantazję i że sama zapragnie zostać uczoną. Przyszła do mnie nazajutrz po incydencie z tym właśnie zamiarem. Zaintrygowała mnie ta jej ambicja zostania uczoną i zbadałem jej umysł, czego z pewnością w innej sytuacji bym nie zrobił. I tak, raczej przez przypadek, odkryłem tę zmianę i zrozumiałem jej znaczenie. Gdyby wybrali inną kobietę, o słabszych skłonnościach do nauki, to być może musieliby się więcej napracować, żeby ją przystosować do swoich potrzeb, ale nie miałoby to takich następstw ł nigdy bym się o tym nie dowiedział. Organizacja anty — Mułów przeliczyła się albo — nie była w stanie wszystkiego przewidzieć. Fakt, że zdarzają im się błędy, napełnia mnie otuchą.

— Pierwszy Mówca i ty — odezwała się Delarmi — nazywacie tę organizację anty — Mułami dlatego, jak przypuszczam, że starają się, aby Galaktyka kroczyła drogą wytyczoną przez Plan Seldona, zamiast, jak Muł, próbować ten Plan zniweczyć. Jeśli tak postępują, to dlaczego mają być dla nas niebezpieczni?

— A dlaczego starają się to robić? Muszą mieć w tym swój cel. Nie wiemy, co jest tym celem. Cynik mógłby powiedzieć, że mają zamiar wkroczyć w jakimś momencie i zwrócić bieg wydarzeń w kierunku, który będzie bardziej dogodny dla nich niż dla nas.

Ja sam tak uważam, mimo iż cynizm jest mi z natury obcy. Czyżby Mówca Delarmi, kierując się miłością i ufnością, które — jak wszyscy wiemy — tworzą zasadniczy zrąb jej charakteru, chciała nam powiedzieć, że są to jacyś kosmiczni altruiści, którzy wykonają za nas naszą pracę, nie myśląc nawet o nagrodzie?

Cały Stół zareagował na to cichym śmiechem i Gendibal wiedział już, że wygrał. A Delarmi wiedziała, że przegrała, gdyż przez szorstką zasłonę opanowania skrywającą jej umysł przebił się, jak promień słońca przez gęste listowie, błysk wściekłości.

— Kiedy spotkał mnie ten incydent z Tutejszym — podjął na nowo Gendibal — doszedłem, zbyt pospiesznie, do wniosku, że kryje się za tym inny Mówca. Kiedy jednak dostrzegłem zmianę w umyśle tej kobiety, zrozumiałem, że miałem rację widząc w tym spisek, ale myliłem się co do osoby spiskowca. Przepraszam za błędną interpretację wypadków i proszę, byście potraktowali niezwykły charakter tej sytuacji jako okoliczność łagodzącą.

— Myślę — powiedział Pierwszy Mówca — że możemy to uważać za przeprosiny…

Przerwała mu Delarmi. Doszła już do siebie i była znowu spokojna i łagodna — jej twarz promieniowała życzliwością, a głos miała słodki jak sacharyna:

— Jeśli wolno mi coś wtrącić, Pierwszy Mówco… Zostawmy już sprawę oskarżenia. W tej chwili nie mogłabym już głosować za uznaniem go za winnego i przypuszczam, że reszta uważa tak samo. Proponowałabym nawet usunąć wszelkie wzmianki o tym procesie z naszych, będących dotąd bez skazy, akt. Mówca Gendibal znakomicie oczyścił się z wszelkich zarzutów. Gratuluję mu tego, jak również odkrycia grożącego nam niebezpieczeństwa, na które zapewne nikt z nas nie zwróciłby uwagi. Pociągnęłoby to za sobą zupełnie nieobliczalne skutki. Przepraszam Mówcę Gendibala z całego serca za niechęć, którą mu przedtem okazałam.

Dosłownie promieniowała życzliwością dla Gendibala, który — mimo całej niechęci do niej — nie mógł się oprzeć uczuciu podziwu dla zręczności, z jaką nagle zmieniła swoje nastawienie, ratując w ten sposób twarz. Był pewien, że to, co zaraz nastąpi, nie będzie bynajmniej przyjemne.

<p>35.</p>

Kiedy Mówca Delora Delarmi starała się być czarująca, używała zawsze tych samych sposobów. Przemawiała miękkim, łagodnym głosem, uśmiechała się życzliwie, patrzyła promiennie i w ogóle cała zamieniała się w jedną wielką słodycz. W takich razach nikt nie śmiał jej przerywać i każdy czekał na cios.

— Dzięki Mówcy Gendibalowi — mówiła teraz — wszyscy, myślę, wiemy, co mamy robić. Nie znamy tych anty — Mułów i nic o nich nie wiemy. Jedynym dowodem ich istnienia i działania są te ulotne ślady, które zostawili w umysłach ludzi właśnie tutaj, w głównej twierdzy Drugiej Fundacji. Nie wiemy, co knuje ośrodek władzy Pierwszej Fundacji. Możemy nagle stanąć wobec sojuszu tych anty — Mułów i Pierwszej Fundacji. Nie wiadomo, co się może jeszcze zdarzyć.

Wiemy natomiast, że ten Golan Trevize i jego towarzysz, którego nazwiska nie mogę sobie teraz przypomnieć, lecą w nieznanym kierunku i że Pierwszy Mówca i Gendibal uważają, iż Trevize ma w swym ręku klucz do zażegnania grożącego nam Wielkiego Kryzysu. Co zatem mamy robić? Jest oczywistym, że musimy dowiedzieć, ile się da o Trevizem, dokąd zmierza, co obmyśla, jaki może mieć cel, czy w ogóle leci w jakieś konkretne miejsce, czy coś obmyśla, czy w rzeczywistości nie jest tylko narzędziem w rękach kogoś potężniejszego od siebie.

— Jest pod obserwacją — powiedział Gendibal. Delatmi uśmiechnęła się pobłażliwie:

— Pod czyją obserwacją? Któregoś z naszych agentów spoza Trantora? Czy można liczyć na to, że tacy agenci oprą się potędze, której próbkę możliwości właśnie zobaczyliśmy? Na pewno nie. W czasach Muła, a także później, Druga Fundacja nie wahała się wysłać, a nawet poświęcić ochotników rekrutujących się spośród jej najzdolniejszych członków, gdyż inni mogliby nie dać sobie rady. Kiedy trzeba było ratować Plan Seldona, sam Preem Palver przemierzył, w przebraniu handlarza trantorskiego, Galaktykę i sprowadził tu tę dziewczynkę, Arkady. Teraz, kiedy grozi nam może większe jeszcze niebezpieczeństwo niż w przypadku tych dwóch poprzednich kryzysów, nie możemy siedzieć tu z założonymi rękami i czekać. Nie możemy liczyć na podrzędnych funkcjonariuszy — obserwatorów i posłańców.

— Chyba nie proponujesz, żeby i tym razem zrobił to Pierwszy Mówca? — powiedział Gendibal.

— Oczywiście, że nie — odparła Delarmi. — Tutaj jest bardziej potrzebny. Ale przecież mamy ciebie, Mówco Gendibal. To ty wyczułeś i trafnie oceniłeś zagrażające nam niebezpieczeństwo. To ty odkryłeś w bibliotece i umysłach Tutejszych ślady ingerencji z zewnątrz. To ty broniłeś twardo swego stanowiska przed zmasowanym atakiem całego Stołu i wygrałeś. Nikt nie widział tego tak jasno jak ty i na nikim nie można w tej sprawie polegać tak jak na tobie. Moim zdaniem, to ty musisz udać się w podróż i stawić czoła wrogowi. Czy mogę sprawdzić, jakie jest w tej sprawie stanowisko Stołu?

Nie było trzeba przeprowadzać formalnego głosowania, żeby poznać stanowisko Stołu. Każdy z Mówców znał myśli pozostałych i stało się nagle przeraźliwie jasne dla oszołomionego Gendibala, że w momencie jego zwycięstwa i klęski Delarmi ta niezwykła kobieta zdołała odwrócić sytuację i zesłać go nieodwołalnie na wygnanie, że udało się jej obarczyć go zadaniem, którego wykonanie może nie wiadomo jak długo trzymać go z dala od Trantora, gdy tymczasem ona zostanie tu i zdominuje cały Stół, skazując być może tym samym Drugą Fundację, a przez to całą Galaktykę na zagładę.

A gdyby Gendibalowi udało się jednak w jakiś sposób zebrać informacje, dzięki którym Druga Fundacja mogłaby uniknąć niebezpieczeństwa, to cała chwała za to spadłaby na Delarmi, która wpadła na pomysł wysłania go z tą misją, i jego sukces utwierdziłby tylko jeszcze bardziej jej władzę.

Był to wspaniały manewr, niewiarygodne zwycięstwo.

Nawet teraz tak zdominowała resztę Mówców, że panoszyła się pr,zy stole, jakby to ona była Pierwszym Mówcą. Gendibal właśnie myślał o tym, gdy wyczuł falę wściekłości płynącą od Pierwszego Mówcy. Obrócił się w jego stronę. Pierwszy Mówca nie starał się nawet ukryć swego gniewu i stało się jasne, że dopiero co szczęśliwie zażegnany kryzys wewnętrzny ustępuje miejsca nowemu.

<p>36.</p>

Quindor Shandess, dwudziesty piąty Pierwszy Mówca, nie miał żadnych złudzeń co do swej osoby.

Wiedział, że nie jest jednym z tych kilku dynamicznych Pierwszych Mówców, którzy dodawali blasku pięćsetletnim dziejom Pierwszej Fundacji, ale w końcu nie musiał takim być: Nie było takiej potrzeby. Okres, w którym przewodniczył Stołowi, okres spokoju i dobrobytu panującego w całej Galaktyce, nie wymagał od przywódców dynamizmu. Wydawało się, że jest to czas, kiedy wystarcza pilnować tego, co się ma i Shandess świetnie nadawał się do tej roli. Z tego właśnie powodu wybrał go jego poprzednik.

— Nie jesteś poszukiwaczem przygód. Jesteś badaczem — powiedział dwudziesty czwarty Pierwszy Mówca. — Ochronisz Plan, podczas gdy poszukiwacz przygód mógłby go — zniszczyć. Chronić! Niech to słowo stanie się hasłem przewodnim w czasie twojej kadencji.

I starał się to robić, choć oznaczało to bierność, a czasami poczytywane było za przejaw słabości. Co pewien czas pojawiały się plotki, że zamierza zrezygnować ze swej funkcji i otwarcie snuto intrygi, aby zapewnić sukcesję tej czy innej orientacji.

Shandess nie miał żadnych wątpliwości, że prym w tych walkach wiodła Delarmi. Była najsilniejszą osobowością w składzie Stołu i nawet Gendibal, mimo swej młodzieńczej pasji i bezkompromisowości, rejterował przed nią tak, jak to zrobił teraz. Lecz on, Shandess, może być bierny, może być nawet słaby, ale, na Seldona, jest jedna prerogatywa tego urzędu, której nigdy nie oddał żaden z Pierwszych Mówców, i której on także nie zamierza oddać. Podniósł się, aby przemówić i od razu zrobiło się cicho. Kiedy Pierwszy Mówca podnosił się, aby przemówić, nie mógł się nikt wtrącić. Nawet Delarmi i Gendibal nie ośmieliliby się mu przerwać.

— Mówcy! — powiedział. — Zgadzam się, że stoimy wobec wielkiego niebezpieczeństwa i musimy podjąć odpowiednio silne przeciwdziałanie. To ja powinienem wyruszyć na spotkanie wroga. Mówca Delarmi, z wrodzoną sobie szlachetnością, chce uwolnić mnie od tego obowiązku, twierdząc, że jestem potrzebny tutaj. Prawda jednak jest taka, że nie jestem potrzebny ani tutaj, ani tam. Starzeję się, moje obowiązki zaczynają mi już za bardzo ciążyć. Od dawna oczekuje się, że lada dzień złożę rezygnację ze swego urzędu i być może powinienem to zrobić. Kiedy szczęśliwie przezwyciężymy obecny kryzys, zrezygnuję.

Ale, oczywiście, jest przywilejem Pierwszego Mówcy wyznaczyć swego następcę. Mam zamiar zrobić to teraz. Jest wśród nas Mówca, który od dawna nadaje ton posiedzeniom Stołu, Mówca, który z racji siły swej osobowości często przejmował przewodnictwo z moich rąk. Wszyscy wiecie, że myślę o Mówcy Delarmi.

Przerwał na chwilę, a potem mówił dalej:

— Mówco Gendibalu, ty jeden wyrażasz dezaprobatę dla moich słów. Czy mogę spytać dlaczego? — Usiadł, tak że Gendibal miał teraz prawo odpowiedzieć.

— Nie wyrażam dezaprobaty, Pierwszy Mówco — powiedział cicho Gendibal. — Jest twoim przywilejem wybrać następcę.

— I skorzystam z niego. Kiedy powrócisz zapoczątkowawszy proces, który doprowadzi do przezwyciężenia tego kryzysu, nadejdzie pora, abym złożył rezygnację. Ten, kto nastąpi po mnie, będzie wówczas mógł prowadzić taką politykę, jaka okaże się konieczna dla pomyślnego zakończenia tego procesu… Czy masz coś do powiedzenia, Mówco Gendibal?

— Kiedy uczynisz Mówcę Delarmi swoim następcą — odparł cicho Gendibal — mam nadzieję, że będziesz uważał za stosowne poradzić jej, aby…

Pierwszy Mówca przerwał mu szorstko:

— Mówiłem o Mówcy Delarmi, ale nie nazwałem jej swoim następcą, A teraz co masz jeszcze do powiedzenia?

— Przepraszam, Pierwszy Mówco. Powinienem był powiedzieć „zakładając, że uczynisz Mówcę Delarmi swoim następcą po moim powrocie z tej misji, czy będziesz uważał za stosowne poradzić jej, aby…”

— Nie uczynię jej swoim następcą również w przyszłości pod żadnym warunkiem. A co teraz masz do powiedzenia? — Pierwszy Mówca nie potrafił ukryć satysfakcji, z jaką wymierzył tym oświadczeniem cios Delarmi. Nie mógł jej bardziej upokorzyć. — No więc, Mówco Gendibalu, co masz do powiedzenia?

— Że jestem zmieszany.

Pierwszy Mówca podniósł się znowu. Powiedział:

— Mówca Delarmi nadaje ton posiedzeniom i przewodzi, ale to nie jest wszystko, co jest potrzebne na stanowisku Pierwszego Mówcy. Mówca Gendibal dostrzegł to, czego my nie dostrzegliśmy. Stawił czoła całemu wrogo nastawionemu do niego Stołowi, zmusił nas do ponownego przemyślenia sprawy i do przyjęcia jego argumentów. Podejrzewam, że Mówca Delarmi kierowała się nieco innymi motywami niż te, które tu wyłożyła, składając odpowiedzialność za odszukanie Golana Trevizego na barki Mówcy Gendibala, ale jest faktem, że obarczyła nią właściwą osobę. Wiem, że mu się to uda… ufam w tym względzie swojej intuicji… a kiedy wróci, to on zostanie dwudziestym szóstym Pierwszym Mówcą.

Usiadł. W chaosie dźwięków, myśli, min i gestów, który potem zapanował, poszczególni Mówcy starali się wyrazić jasno swoje opinie. Pierwszy Mówca nie zwracał uwagi na tę kakofonię, patrząc obojętnie przed siebie. Teraz, kiedy już to zrobił, uświadomił sobie z pewnym zaskoczeniem, jak przyjemnie jest zdjąć ze swych barków ciężar odpowiedzialności. Powinien był zrobić to wcześniej… ale nie mógł. Dopiero teraz znalazł godnego następcę, W chwili kiedy to myślał, jego umysł nawiązał jakoś kontakt z umysłem Delarmi. Spojrzał na nią. Na Seldona! Była spokojna i uśmiechała się. Nie okazywała rozczarowania… a więc nie poddała się. Przebiegło mu przez myśl, czy przypadkiem nie ułatwił jej zadania. Co teraz pozostawało jej zrobić?

<p>37.</p>

Delora Delarmi nie zawahałaby się okazać otwarcie rozpaczy i niezadowolenia, gdyby mogło jej to przynieść jakąś korzyść.

Sprawiłoby jej wielką satysfakcję, gdyby uderzyła w tego zgrzybiałego głupca, który kierował Stołem albo w tego młodego idiotę, któremu sprzyjał los, ale satysfakcja nie była tym, czego chciała. Chciała czegoś więcej. Chciała zostać Pierwszym Mówcą.

A skoro została jeszcze jedna karta, którą można było zagrać, zagra nią. Uśmiechnęła się łagodnie i uniosła rękę, jak gdyby miała zaraz coś powiedzieć. Trwała w tej pozycji wystarczająco długo, by się upewnić, że kiedy zacznie mówić, będzie nie tylko cicho, ale wszyscy będą słuchać jej z uwagą. Wreszcie powiedziała:

— Pierwszy Mówco, powiem to samo, co wcześniej Mówca Gendibal — nie wyrażam dezaprobaty. Wybór następcy to twój przywilej. Jeśli zabieram teraz głos, to robię to tylko po to, by przyczynić się do powodzenia misji Mówcy Gendibala. Czy mogę powiedzieć, co myślę, Pierwszy Mówco?

— Proszę — odparł krótko Pierwszy Mówca. Wydawała mu się podejrzanie zgodna i przymilna.

Delarmi pochyliła głowę. Już się nie uśmiechała. Powiedziała z wyrazem powagi na twarzy:

— Mamy statki. Nie są one takimi cudami techniki, jak statki Pierwszej Fundacji, ale można nimi latać. Myślę, że Mówca Gendibal potrafi, jak każdy z nas, poprowadzić statek. Mamy swoich przedstawicieli na każdej większej planecie w Galaktyce, więc wszędzie będzie godnie przyjmowany. Co więcej, teraz kiedy zdaje sobie sprawę z natury grożącego nam niebezpieczeństwa, potrafi się obronić przed tymi anty — Mułami. Zresztą nawet gdybyśmy nie zdawali sobie z tego sprawy, to podejrzewam, że wolą oni zajmować się klasami niższymi, .nawet wieśniakami na Trantorze. Oczywiście zbadamy dokładnie umysły wszystkich członków Drugiej Fundacji, nie wyłączając Mówców, ale jestem pewna, że pozostały one nietknięte. Nie ośmieliliby się ingerować w nasze umysły.

Nie ma wszakże powodu, żeby Mówca Gendibal ryzykował bardziej, niż musi. Nie ma przecież zamiaru dokonywać żadnych bohaterskich czynów i byłoby najlepiej, gdyby jego misja została ukryta pod przykrywką jakiejś innej wyprawy — żeby zaskoczył ich nieprzygotowanych. Myślę, że dobrze będzie, jeśli wyruszy jako tutejszy kupiec. Preem Palver, jak wszyscy wiemy, udawał kupca.

— Preem Palver miał w tym swój cel, a Mówca Gendibal nie ma — rzekł Pierwszy Mówca. — Jeśli okaże się, że będzie potrzebne jakieś przebranie, to jestem pewien, że Mówca Gendibal sam potrafi wymyśleć coś odpowiedniego.

— Pozostając z całym szacunkiem, Pierwszy Mówco, dla twego zdania, chciałabym zaproponować znakomite przebranie. Jak zapewne pamiętasz, Preem Palver zabrał ze sobą w podróż swą żonę. Nic tak nie podkreślało jego chłopskiego pochodzenia, jak właśnie fakt, że podróżuje z żoną. To rozpraszało wszelkie podejrzenia.

— Ale ja nie mam żony — rzekł Gendibal. — Miałem co prawda przyjaciółki, ale wątpię, żeby któraś z nich zgodziła się teraz odgrywać rolę mojej żony.

— Dobrze o tym wiemy, Mówco Gendibalu — powiedziała Delarmi — ale ludzie wezmą za twoją żonę każdą kobietę, która będzie z tobą. Na pewno da się znaleźć jakąś ochotniczkę. A jeśli uważasz, że będzie dodatkowo potrzebny jakiś dokument poświadczający, że jesteście małżeństwem, to da się to załatwić. Uważam, że powinna z tobą lecieć jakaś kobieta.

Gendibal na chwilę aż zaniemówił z wrażenia. Chyba nie chce ona przez to powiedzieć, że…

Czyżby była to sztuczka, która miała jej zapewnić udział w jego sukcesie? Czyżby chciała uzyskać stanowisko Pierwszego Mówcy na zasadzie współudziału albo rotacji?

— Pochlebia mi — powiedział ponuro — że Mówca Delarmi uważa, iż sama…

W tym momencie Delarmi wybuchnęła głośnym śmiechem i spojrzała na Gendibala niemal z prawdziwym uczuciem. Dał się złapać w potrzask i wyszedł na głupiego. Stół na pewno tego nie zapomni.

— Mówco Gendibał — powiedziała — nie jestem taką impertynentką, żeby próbować wkręcić się do udziału w twoim przedsięwzięciu. Jest to twoje i tylko twoje zadanie, tak jak stanowisko Pierwszego Mówcy będzie twoje i tylko twoje. Nie śmiałabym nawet pomyśleć, że chciałbyś mnie wziąć ze sobą. Naprawdę, Mówco, w moim wieku nie uważam się już za atrakcyjną…

Na twarzach Mówców pojawił się wyraz rozbawienia. Nawet Pierwszy Mówca starał się ukryć uśmiech.

Gendibal odczuł ten cios i starał się nie powiększać swej wpadki przez zbyt poważne przyjęcie jej lekkich słów. Ale starał się na próżno. Spytał, próbując przynajmniej ukryć ogarniającą go wściekłość:

— Co zatem proponujesz? Zapewniam cię, że nie pomyślałem nawet przez chwilę, że chciałabyś mi towarzyszyć. Wiem, że najlepiej czujesz się na posiedzeniach Stołu, a nie w rozgardiaszu Galaktyki.

— Zgoda, Mówco Gendibalu, zgoda — odparła Delarmi. — Moja propozycja łączy się bezpośrednio z poprzednią, mianowicie, żebyś udawał tutejszego kupca. Czy komuś przyjdzie do głowy, że nim nie jesteś, jeśli będziesz miał przy sobie Tutejszą, chłopkę?

— Chłopkę? — Już po raz drugi w krótkim okresie czasu Gendibal dał się zaskoczyć i Stół dobrze się bawił.

— Tak, chłopkę — powiedziała Delarmi. — Tę, która uratowała cię przed pobiciem. Tę, która patrzy na ciebie z taką czcią. Tę, której umysł zbadałeś, i — która uratowała cię ponownie, tym razem przed czymś o wiele poważniejszym niż pobicie. Proponuję, żebyś wziął ją ze sobą.

Gendibal w pierwszej chwili chciał się żachnąć, ale wiedział, że to byłaby akurat ta reakcja, której oczekiwała. Oznaczałoby to jeszcze lepszą zabawę dla Stołu. Stało się teraz jasne, że Pierwszy Mówca, chcąc uderzyć w Delarmi, zrobił błąd i niepotrzebnie przedwcześnie wyjawił, że jego następcą będzie Gendibal, a w każdym razie, że Delarmi natychmiast wykorzystała to dla swoich celów.

Gendibal był najmłodszym z Mówców. Najpierw rozzłościł cały Stół, a potem udało mu się uniknąć potępienia i kary. Faktycznie upokorzył ich. Trudno było oczekiwać, by ktoś z nich przyjął bez niechęci wyznaczenie go przez Pierwszego Mówcę na swojego następcę.

Już i tego było dosyć, by stawili mu silny opór, a tu jeszcze doszła ta sprawa. Będą zawsze pamiętali, Z jaką łatwością Delarmi go ośmieszyła i jak im się to podobało. A Delarmi nie omieszka skorzystać z tego, by przekonać ich bez zbytnich trudności, że nie nadaje się na stanowisko Mówcy, bo jest za młody i brak mu doświadczenia. Kiedy jego nie będzie tutaj, Pierwszy Mówca zmieni, pod ich silną presją, swoją decyzję. A jeśli Pierwszy Mówca się nie ugnie, to Gendibal, zastąpiwszy go na tym stanowisku, będzie bezradny wobec ich zjednoczonej opozycji.

Potrzebował zaledwie ułamka sekundy, by sobie to wszystko uświadomić, a więc, kiedy odezwał się, wyglądało na to, że mówi bez żadnego wahania czy namysłu.

— Mówco Delarmi — rzekł — podziwiam twą przenikliwość. Myślałem, że moja decyzja zaskoczy was wszystkich. Rzeczywiście miałem zamiar zabrać ze sobą tę chłopkę, aczkolwiek z nieco innych względów niż te, które tu przedstawiłaś. Otóż chcę ją zabrać ze sobą ze względu na zalety jej umysłu. Wszyscy mogliśmy zbadać jej umysł. Przekonaliście się, jaki jest zadziwiająco bystry, ale nadto prosty, jasny i szczery, bez najmniejszych oznak przebiegłości czy chytrości. Żadna, nawet najmniejsza ingerencja w jej umysł z zewnątrz nie może pozostać niezauważona. Jestem pewien, że wszyscy doszliście do tego wniosku.

Zastanawiam się, Mówco Delarmi, czy przyszło ci do głowy, że ta wieśniaczka może zostać wykorzystana jako wspaniały system wczesnego ostrzega — . nią. Sądzę, że w jej umyśle wykryłbym pierwsze symptomy ingerencji psychicznej o wiele szybciej niż w swoim.

Reakcją na te słowa była pełna zaskoczenia cisza. Zakończył więc niefrasobliwą uwagą:

— Ach, więc nikt z was na to nie wpadł. No cóż, mniejsza z tym! A teraz już sobie pójdę. Nie mamy czasu do stracenia.

— Zaczekaj — powiedziała Delarmi, widząc jak po raz trzeci inicjatywa wymyka się jej z rąk. — Co chcesz zrobić?

— Po co wnikać w szczegóły? — spytał Gendibal z lekkim wzruszeniem ramion. — Im mniej Stół wie, tym większa szansa, że anty — Muły nie będą próbowali ingerować w jego sprawy.

Zabrzmiało to tak, jak gdyby bezpieczeństwo Stołu było dla niego sprawą największej wagi. Wypełnił tym uczuciem cały swój umysł i postarał się, żeby wszyscy to dostrzegli.

To im na pewno pochlebi. Co więcej, zadowolenie płynące z tego faktu może powstrzymać ich przed zastanawianiem się, czy Gendibal naprawdę wie dokładnie, co zamierza robić.

<p>38.</p>

Tego wieczoru Pierwszy Mówca rozmawiał z Gendibalem w cztery oczy.

— Miałeś rację — powiedział. — Nie mogłem się powstrzymać przed wysondowaniem tego, co naprawdę myślałeś. Stwierdziłem, że uważasz moje oświadczenie za błąd. Istotnie, był to błąd. Miałem już dosyć tego jej stałego uśmieszku ł ciągłego przywłaszczania sobie moich praw i władzy, więc trochę mnie poniosło i nie zastanowiłem się nad wszelkimi konsekwencjami tego, co robię.

— Być może byłoby lepiej — rzekł łagodnie Gendibal — gdybyś powiedział mi o tym prywatnie. Wtedy zaczekalibyśmy do mego powrotu.

— Tak, ale nie miałbym wtedy okazji, żeby jej przyłożyć… Wiem, że to motywacja trochę dziwna jak na Pierwszego Mówcę.

— To jej nie powstrzyma, Pierwszy Mówco. Będzie dalej intrygowała, żeby dostać to stanowisko i być może okoliczności jej sprzyjają. Jestem pewien, że znajdzie się parę osób, które są zdania, że nie powinienem przyjąć twojej nominacji. Nietrudno byłoby przekonać im resztę, że Mówca Delarmi jest najlepszym umysłem przy Stole i że ona byłaby najlepszym Pierwszym Mówcą.

— Najlepszym umysłem przy Stole, ale nie poza nim — mruknął Shandess. — Dla niej rzeczywistymi wrogami są tylko inni Mówcy. Ona nie powinna była w ogóle zostać Mówcą. Ale zostawmy to. Chcesz, żebym zabronił ci zabrać tę chłopkę ze sobą? Wiem, że to Delarmi cię w to wrobiła.

— Nie, nie, powód, który przedstawiłem, jest prawdziwy. Ona naprawdę posłuży mi jako system wczesnego ostrzegania i powinienem być wdzięczny Mówcy Delarmi, że mnie do tego popchnęła, bo wtedy uświadomiłem sobie płynącą z tego korzyść. Jestem przekonany, że ta kobieta bardzo mi się przyda.

— A więc dobrze. Przy okazji — ja też nie kłamałem. Jestem naprawdę pewien, że zrobisz to, co trzeba, aby zakończyć ten kryzys… Myślę, że mogę polegać na swojej intuicji.

— Myślę, że ja też mogę na niej polegać, bo zgadzam się w pełni z tobą. Przyrzekam ci, że bez względu na to, co się wydarzy, wrócę z lepszymi osiągnięciami, niż odlatuję. Wrócę i zostanę Pierwszym Mówcą, choćby te anty — Muły… czy Mówca Delarmi… stawały na głowie, żeby do tego nie dopuścić.

Mówiąc to, Gendibal zastanawiał się, dlaczego sprawia mu to taką satysfakcję. Dlaczego tak bardzo zależało mu na tej samotnej wyprawie w przestrzeń? Powodem była, oczywiście, ambicja. Coś takiego zrobił kiedyś Preem Palver i on, Stor Gendibal, pragnął wykazać, że nie jest od niego gorszy. A potem nikt już nie ośmieli się mówić, że nie należy mu się stanowisko Pierwszego Mówcy. A może kryło się za tym coś więcej niż ambicja? Może kusiła go perspektywa stoczenia walki? Może było to pragnienie zmierzenia się ze światem, nie dziwne u kogoś, kto przez całe swe dotychczasowe życie skazany był na uprawianie swojej grządki na zabitej deskami planecie? Nie wiedział dokładnie, jakie kierowały nim motywy, ale wiedział na pewno, że bardzo pragnie udać się na tę wyprawę.


33.

<p>33.</p>

Minęły dwa dni i Gendibal stwierdził, że jest nie tyle przygnębiony, ile wściekły. Nie było żadnego powodu, żeby zwlekać ż przesłuchaniem go. Gdyby był nieprzygotowany, gdyby potrzebował czasu, o, to wtedy — był całkowicie tego pewien — przesłuchanie zarządzono by natychmiast.

No, ale skoro Druga Fundacja stanęła w obliczu czegoś tak nieistotnego jak największy kryzys od czasów Muła, mogli sobie pozwolić na zwłokę. Marnowali czas po to tylko, żeby go zirytować.

I faktycznie, zirytowali go, ale, na Seldona, skutek tego będzie taki, że jego kontratak będzie tym silniejszy. Był na to całkowicie zdecydowany.

Rozejrzał się. Przedpokój był pusty. Sytuacja ta trwała od dwóch dni. Był człowiekiem napiętnowanym, Mówcą, który — jak wszyscy wiedzieli — utraci wkrótce, w wyniku akcji nie mającej precedensu w całej, pięćsetletniej historii Drugiej Fundacji, swoje stanowisko i pozycję. Zostanie zdegradowany do roli zwykłego, szeregowego członka Drugiej Fundacji.

I owszem, status szeregowego członka Drugiej Fundacji, szczególnie jeśli towarzyszył mu godny tytuł, a Gendibal mógł zachować swój tytuł nawet po procesie, to nie było byle co, ba, to był zaszczyt. Ale zostać zdegradowanym ze stanowiska Mówcy do roli szeregowego członka, to była zupełnie inna sprawa. Ale — myślał z wściekłością Gendibal — nigdy do tego nie dojdzie, nawet jeśli od dwóch dni wszyscy go starannie unikali. Tylko Sura Novi traktowała go tak, jak poprzednio, lecz ona była zbyt naiwna, aby orientować się w sytuacji. Dla niej Gendibal nadal był „panem”.

Gendibala irytował fakt, że była ona dla niego pewną pociechą w tych dniach. Ogarnął go wstyd, kiedy zauważył, że jej bałwochwalcze spojrzenie dodaje mu ducha. Czyżby zaczynał już być wdzięczny za tak niewiele?

Z izby posiedzeń wyszedł urzędnik, aby poinformować go, że Stół czeka na niego. Gendibal wkroczył do środka. Urzędnik był dobrze znany Gendibalowi, należał on do gatunku tych, którzy dokładnie wiedzieli, ile szacunku należy się temu, a ile innemu Mówcy i z jaką — w związku z tym — dozą uprzejmości można się do każdego z nich odnosić. W tej chwili jego szacunek dla Gendibała był przerażająco mały. A więc nawet urzędnik uważał, że jego los jest już przesądzony.

Wszyscy siedzieli już wokół stołu w czarnych togach wkładanych specjalnie na proces. Mieli poważne miny. Pierwszy Mówca Shandess sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego, ale pilnie baczył, aby na jego twarzy nie pojawiła się nawet najmniejsza oznaka sympatii. Delarmi — jedna z trzech kobiet wśród Mówców — nawet nie spojrzała na Gendibala.

Pierwszy Mówca zaczął:

— Mówco Storze Gendibalu, jesteś oskarżony o zachowanie niegodne Mówcy. W obecności nas wszystkich tu zebranych oskarżyłeś Stół o zdradę i o usiłowanie popełnienia morderstwa, nie przedstawiając na to żadnych dowodów. Dałeś jasno do zrozumienia, że umysły wszystkich członków Drugiej Fundacji, włączając w to Mówców razem z Pierwszym Mówcą, powinny zostać poddane dokładnej analizie w celu stwierdzenia komu spośród nas nie można już ufać. Takie zachowanie niszczy łączące nas więzy, więzy, bez których Druga Fundacja nie byłaby w stanie kontrolować skomplikowanej i potencjalnie wrogiej nam Galaktyki, bez których nie moglibyśmy z pewnością stworzyć zdrowego Drugiego Imperium.

Ponieważ wszyscy byliśmy świadkami tego zniesławienia, pominiemy tu przedstawienie formalnego aktu oskarżenia. Możemy zatem przejść od razu do następnej fazy. Mówco Storze Gendibalu, czy masz coś na swoją obronę?

W tym miejscu Delarmi — nadal nie patrząc na niego — pozwoliła sobie na złośliwy uśmieszek.

— Jeśli prawda może świadczyć na moją korzyść — rzekł Gendibal — to mam coś na swoją obronę. Są powody, by przypuszczać, że istnieją stąd przecieki. Może t o się łączyć z poddaniem przez kogoś kontroli psychicznej jednego lub więcej członków Drugiej Fundacji, nie wykluczając osób tu obecnych, a to stawia Drugą Fundację w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Jeśli faktycznie przyspieszyliście ten proces, gdyż nie chcecie tracić czasu, to być może wszyscy niejasno zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji, ale dlaczego w takim przypadku zmarnowaliście dwa dni, mimo iż złożyłem formalny wniosek o natychmiastowy proces? Proszę łaskawie wziąć pod uwagę, że właśnie to śmiertelne niebezpieczeństwo zmusiło mnie do powiedzenia tego, co powiedziałem. Zachowałbym się w sposób niegodny Mówcy, gdybym tego nie zrobił.

— On po prostu powtarza zniesławienie, Pierwszy Mówco — powiedziała słodko Delarmi.

Krzesło Gendibala ustawiono w większej odległości od stołu niż krzesła pozostałych Mówców, co samo w sobie było już oznaką degradacji. Odsunął je jeszcze dalej, jak gdyby nie dbał o to, i powstał.

— Oskarżycie i skarzecie mnie z miejsca, mając prawo za nic, czy mogę kontynuować swoją obronę? — spytał.

Odpowiedział mu Pierwszy Mówca.

— To nie jest posiedzenie zwołane wbrew prawu czy niezgodne ,z prawem, Mówco. Chociaż nie ma zbyt wielu precedensów, którymi moglibyśmy się kierować w tej sprawie, to jednak dajemy ci pełną możliwość wypowiedzenia się. Uważamy bowiem, że gdyby nasze ponadludzkie zdolności miały doprowadzić nas do pogwałcenia zasad sprawiedliwości, to lepiej by było uniewinnić winnego niż skazać niewinnego. Dlatego, aczkolwiek sprawa, którą tu rozpatrujemy, jest zbyt poważna, byśmy pochopnie mieli uwolnić z zarzutów winnego, pozwalamy ci przedstawić tu twoje argumenty w taki sposób, jaki uznasz za stosowny i mówić tak długo, jak będziesz potrzebował, dopóki wszyscy, włączając w to mnie (zaakcentował to, podnosząc głos), nie uznamy jednomyślnie, że usłyszeliśmy już dosyć.

— Pozwólcie zatem, że zacznę od informacji, iż Golan Trevize, ten radny z Pierwszej Fundacji, który został skazany na wygnanie i który — zdaniem Pierwszego Mówcy i moim — jest ostrzem nadciągającego niebezpieczeństwa, oddalił się w nieoczekiwanym kierunku.

— W kwestii formalnej — rzekła słodko Delarmi. — Skąd ten mówca (intonacja wyraźnie wskazywała na to, że słowo „mówca” wypowiedziała z małej litery) wie o tym?

— Zostałem o tym poinformowany przez Pierwszego Mówcę — rzekł Gendibal — ale potwierdzam to na podstawie swojej własnej wiedzy. Jednak w obecnej sytuacji, mając na względzie fakt, że — jak już powiedziałem — nie ma gwarancji, iż nic z tego, co się tu mówi, nie przedostanie się poza ściany tej sali, nie mogę ujawnić źródeł swoich informacji.

— Na razie wstrzymujemy się od osądu w tej sprawie — powiedział Pierwszy Mówca. — Będziemy kontynuować bez tej informacji, jednak jeśli — w opinii Stołu — okaże się to konieczne, Mówca Gendibal będzie musiał ujawnić swoje źródła.

— Jeśli ten mówca nie ujawni ich teraz — odezwała się Delarmi — to będę miała powody przypuszczać, że ma on swojego prywatnego agenta, którego zatrudnił dla swych własnych celów i o którym Stół nic nie wie. Nie możemy mieć pewności, czy taki agent przestrzega zasad obowiązujących personel Drugiej Fundacji.

Pierwszy Mówca rzekł z lekką irytacją:

— Zdaję sobie doskonale sprawę z wszystkich implikacji stwierdzenia Mówcy Gendibala, Mówco Delarmi. Nic musisz mi ich tu wykładać jak dziecku.

— Wspominam o tym, Pierwszy Mówco, tylko dlatego, by umieszczono to w aktach sprawy. Jest to dodatkowa okoliczność obciążająca, nie ma jej jednak w akcie oskarżenia, który — nawiasem mówiąc — nie został tu w pełni przedstawiony. Zgłaszam zatem wniosek, by uzupełniono oskarżenie o tę okoliczność.

— Proszę umieścić ten punkt w akcie oskarżenia — rzekł Pierwszy Mówca, zwracając się do urzędnika. — Zostanie rozwinięty i sformułowany zgodnie z literą prawa w odpowiednim czasie. … Mówco Gendibal (on przynajmniej wymawiał jego tytuł z dużej litery), jak dotąd, twoje wyjaśnienia faktycznie pogarszają tylko twoją sytuację. Mów dalej.

— Trevize — podjął na nowo Gendibal — nie tylko udał się w nieoczekiwanym kierunku, ale w dodatku podróżuje z nieznaną dotąd prędkością. Z moich informacji, których nie zna jeszcze Pierwszy Mówca, wynika, że przebył blisko dziesięć tysięcy parseków w czasie niespełna godziny.

— Jednym skokiem? — spytał z niedowierzaniem któryś z Mówców.

— Nie jednym, lecz ponad dwudziestoma skokami, następującymi jeden po drugim, bez prawie żadnych przerw między nimi — odparł Gendibal — co nawet trudniej sobie wyobrazić niż jeden tak wielki skok. Nawet jeśli uda się teraz ustalić jego położenie, to dotarcie do niego zajmie sporo czasu, a jeśli nas wyśledzi i będzie chciał nam umknąć, to absolutnie nie będziemy w stanie go dogonić… A wy tu tracicie czas na zabawy w oskarżenia i procesy i nawet zwlekacie z tą sprawą dwa dni, żeby się nią jeszcze bardziej delektować.

Pierwszemu Mówcy udało się ukryć zniecierpliwienie. — Proszę, Mówco Gendibalu — powiedział — żebyś wyjaśnił nam, jakie to, twoim zdaniem, ma znaczenie.

— Świadczy to wymownie, Pierwszy Mówco, o niesłychanym postępie technologicznym, który nastąpił w Pierwszej Fundacji. Są oni teraz o wiele potężniejsi niż w czasach Preema Palvera. Gdyby nas odkryli i mogli swobodnie działać, to nie mielibyśmy żadnych szans.

Mówca Delarmi podniosła się z miejsca. — Pierwszy Mówco — powiedziała — szkoda naszego czasu na słuchanie takich rzeczy. To nie ma nic wspólnego ze sprawą. Nie jesteśmy dziećmi, żeby nas tu straszyć bajkami Babci Czarnej Dziury. Dopóki jesteśmy w stanie kontrolować ich wolę i umysły, fakt, że posiadają fantastyczne maszyny, nie ma żadnego znaczenia.

— Co na to powiesz. Mówco Gendibal? — spytał Pierwszy Mówca.

— Tylko to, że kontrolą woli i umysłu zajmiemy się w odpowiednim czasie. Na razie chcę po prostu podkreślić ogromną — i stale rosnącą — przewagę technologiczną Pierwszej Fundacji.

— Przejdź do następnego punktu, Mówco Gendibal — rzekł Pierwszy Mówca. — Muszę ci wyznać, że to, co powiedziałeś do tej pory, nie wydaje mi się zbytnio związane z zarzutami zawartymi w akcie oskarżenia.

Zachowanie reszty Mówców wymownie świadczyło, że zgadzają się w pełni ze zdaniem Pierwszego Mówcy.

— Proszę bardzo, już przechodzę — powiedział Gendibal. — Trevize nie podróżuje sam. Towarzyszy mu niejaki — przerwał na chwilę, zastanawiając się jak wymawia się to nazwisko — Janov Pelorat, uczony bez jakichś specjalnych osiągnięć, który poświęcił całe życie na zbieranie mitów i legend dotyczących Ziemi.

— Widzę, że wiesz o nim wszystko — wtrąciła się Delarmi, która z widoczną przyjemnością przyjęła na siebie rolę oskarżyciela. — Pewnie to znowu owo tajemnicze źródło informacji?

— Owszem, wiem o nim wszystko — odparł spokojnie Gendibal. — Kilka miesięcy ternu burmistrz Terminusa, zdolna i energiczna kobieta, zainteresowała się nim bez żadnego wyraźnego powodu, a więc siłą rzeczy ja też się nim zainteresowałem. Zresztą nie robiłem z tego tajemnicy. Wszystkie informacje, które udało mi się uzyskać, przekazałem Pierwszemu Mówcy.

— Potwierdzam to — rzekł cicho Pierwszy Mówca.

Jeden ze starszych Mówców spytał:

— A co to takiego ta Ziemia? Czy to ten znany z baśni świat, z którego jakoby wywodzi się ludzkość? Ten, wokół którego było tyle zamieszania w starym Imperium?

Gendibal skinął twierdząco głową.

— Znany z bajek Babci Czarnej Dziury, jak by powiedziała Mówczyni Delarmi… Podejrzewam, że marzeniem Pelorata była podróż na Trantor i przeszukanie Biblioteki Galaktycznej w celu znalezienia informacji dotyczących Ziemi, informacji, których nie mógł uzyskać za pośrednictwem działającej na Terminusie międzygwiezdnej wymiany bibliotecznej.

Kiedy odlatywał z Trevizem z Terminusa, musiał być przekonany, że jego marzenie ma się właśnie spełnić. W każdym razie my spodziewaliśmy się ich przybycia i liczyliśmy na to, że będziemy mogli, dla naszego dobra, przebadać ich. Jak się okazuje, i jak już teraz wszyscy wiecie, nie przylecą tu. Nie wiadomo jeszcze dokąd i po co lecą.

Delarmi, z miną aniołka na swej pucołowatej twarzy spytała:

— A dlaczego ma to nas niepokoić? Z pewnością ich nieobecność na Trantorze nie pogorszyła naszej sytuacji. Prawdę mówiąc, fakt, że tak łatwo zrezygnowali z odwiedzenia Trantora, zdaje się wskazywać, iż Pierwsza Fundacja nie wie nic o jego prawdziwym charakterze. Możemy tylko podziwiać kunszt Preema Palvera.

— Gdybyśmy nie zastanawiali się nad tym głębiej, to faktycznie moglibyśmy dojść do takiego pocieszającego wniosku. Ale czy nie mogło być tak, że zmiana ich planów nie wynikła bynajmniej z braku orientacji co do roli Trantora? A może zmiana ta spowodowana została właśnie obawą, by Trantor — przebadawszy ich obu — nie zorientował się, jak ważną rolę odgrywa w tym wszystkim Ziemia? Wśród Mówców zapanowało poruszenie.

— Każdy — powiedziała zimno Delarmi — potrafi wymyślać znakomite hipotezy i przedstawiać je w sugestywnych zdaniach. Ale czy to znaczy, że są one tylko dlatego sensowne? Czy miałoby kogokolwiek obchodzić to, co Druga Fundacja myśli o Ziemi? To, czy jest ona naprawdę planetą, z której pochodzi rodzaj ludzki, czy tylko mitem, a przede wszystkim czy w ogóle jest jakaś jedna planeta, z której pochodzą ludzie, jest na pewno problemem, którym powinni się zajmować historycy, antropolodzy i zbieracze podań, tacy jak ten twój Pelorat. Ale dlaczego mielibyśmy się tym zajmować my?

— No właśnie, dlaczego? — podchwycił Gendibal. — A dlaczego w bibliotece nie ma żadnej wzmianki na temat Ziemi? Jak to możliwe?

Po raz pierwszy w atmosferze panującej wokół Stołu dało się odczuć coś innego niż wrogość.

— A nie ma? — powiedziała Delarmi.

— Kiedy dotarła do mnie wiadomość — rzekł zupełnie spokojnie Gendibal — że Trevize i Pelorat mogą przybyć tutaj w poszukiwaniu informacji dotyczących Ziemi, to oczywiście poleciłem naszemu komputerowi bibliotecznemu, żeby sporządził listę dokumentów zawierających takie informacje. Specjalnie się nie przejąłem, kiedy okazało się, że w bibliotece nie ma nic na ten temat. Zupełnie nic. Najmniejszej wzmianki… Nic!

Ale potem uparliście się kazać mi czekać dwa dni na ten proces i w tym samym czasie dowiedziałem się, że w końcu Trevize i Pelorat nie mają zamiaru tu przylecieć. To pobudziło moją ciekawość. Zresztą musiałem się jakoś rozerwać i czymś zająć. A więc podczas gdy — jak głosi stare porzekadło — siedzieliście tu popijając wino, a dom się walił, ja przejrzałem stare książki historyczne w swoich prywatnych zbiorach. Znalazłem w nich ustępy, które wyraźnie mówiły o badaniach dotyczących „Problemu Pochodzenia”, prowadzonych u schyłku Imperium. Powoływano się tam na konkretne dokumenty, zarówno druki, jak i mikrofilmy, a nawet cytowano niektóre z nich. Poszedłem więc raz jeszcze do biblioteki i sam próbowałem je znaleźć. Zapewniam was, że nie znalazłem nic.

— Nawet jeśli jest tak, jak mówisz — powiedziała Delarmi — to niekoniecznie musi być w tym coś dziwnego. Jeśli Ziemia jest faktycznie mitem…

— To znalazłbym coś na ten temat w dziale mitologii. Gdyby była to opowieść Babci Czarnej Dziury, to znalazłbym to w zbiorze opowieści Babci Czarnej Dziury. Gdyby był to wytwór chorego umysłu, to znalazłbym to w dziale psychopatologii. Jest faktem, ,że istnieje coś na temat Ziemi, bo w przeciwnym razie nikt z was nic by o tym nie słyszał, a tymczasem z miejsca zorientowaliście się, że jest to nazwa planety, z której przypuszczalnie pochodzi rodzaj ludzki. Dlaczego wobec tego nie ma na ten temat ani jednej wzmianki w bibliotece, i to w żadnym dziale?

Delarmi tym razem nic nie powiedziała, za to odezwał się inny Mówca. Był to Leonis Cheng, dość niski mężczyzna, o encyklopedycznej zaiste wiedzy na temat najdrobniejszych szczegółów Planu Seldona, ale o krótkowzrocznym stosunku do faktycznie istniejącej Galaktyki. Miał zwyczaj mrugać szybko powiekami, kiedy mówił.

— Jest rzeczą ogólnie znaną, że u swego schyłku Imperium starało się stworzyć kult imperatora, starannie tłumiąc wszelkie objawy zainteresowania czasami przedimperialnymi.

Gendibal skinął głową:

— Tłumienie to precyzyjny termin, Mówco Cheng. Nie jest to równoznaczne z niszczeniem dowodów. Powinieneś wiedzieć o tym lepiej niż ktokolwiek z tu obecnych, że inną charakterystyczną cechą okresu schyłkowego Imperium był nagły przypływ zainteresowania wcześniejszymi — i przypuszczalnie lepszymi — czasami. Mam tu na myśli wzrost zainteresowania „Problemem Pochodzenia” w czasach Hari Seldona. Cheng przerwał mu głośnym chrząknięciem:

— Wiem o tym bardzo dobrze, młody człowieku. O społecznych problemach okresu schyłkowego Imperium wiem o wiele więcej, niż przypuszczasz. Proces „imperializacji” wziął ostatecznie górę nad tymi dyletanckimi rozważaniami dotyczącymi Ziemi. Za rządów Cleona II, w ostatnim okresie pewnego ożywienia Imperium, proces ten osiągnął punkt kulminacyjny i ustały wszelkie spekulacje na temat Ziemi. Było to dwieście lat po Seldonie. W czasach Cleona został nawet wydany edykt, w którym zainteresowanie takimi rzeczami określano (myślę, że cytuję dokładnie) jako „jałowe i nieproduktywne spekulacje, które prowadzą do podważenia zaufania i miłości ludu do tronu Imperium”.

Gendibal uśmiechnął się.

— A zatem, Mówco Cheng, skłonny byłbyś datować zniszczenie wszystkich danych dotyczących Ziemi na okres panowania Cleona II?

— Nie wyciągam żadnych wniosków. Po prostu stwierdziłem to, co stwierdziłem.

— Sprytnie się z tego wywinąłeś, nie wyciągając żadnych wniosków. Za czasów Cleona Imperium mogło przeżywać pewien renesans, ale przynajmniej Uniwersytet i biblioteka znajdowały się w naszych rękach, a w każdym razie w rękach naszych poprzedników. Usunięcie jakichkolwiek materiałów z biblioteki bez wiedzy Mówców z Drugiej Fundacji było niemożliwe. Prawdę mówiąc, zadanie to zostałoby powierzone właśnie Mówcom, choć ginące Imperium nie zdawałoby sobie z tego sprawy.

Gendibal przerwał, ale Cheng nie powiedział nic, spoglądając w jakiś punkt ponad jego głową.

— Wynika z tego — podjął Gendibal na nowo — że materiały dotyczące Ziemi nie mogły zostać usunięte z biblioteki za czasów Seldona, gdyż zainteresowanie Problemem Pochodzenia było wówczas zbyt duże. Nie mogły też zostać usunięte później, gdyż wówczas biblioteka znajdowała się już w pieczy Drugiej Fundacji. A mimo to nie ma ich teraz w bibliotece. Jak to możliwe?

— Może przestaniesz wreszcie rozwodzić się nad tym dylematem, Gendibal — wtrąciła niecierpliwie Delarmi. — Rozumiemy, o co chodzi. Jakie jest, twoim zdaniem, rozwiązanie? Że ty sam usunąłeś te dokumenty?

— Jak zwykle, Delarmi, zaskakujesz swą przenikliwością — Gendibal pochylił głowę w szyderczym ukłonie (na który odpowiedziała lekkim wydęciem ust). — Jedno z możliwych rozwiązań tej zagadki jest takie, że oczyścił bibliotekę z tych materiałów któryś z Mówców Drugiej Fundacji, czyli ktoś, kto wiedział, jak skłonić do tego kustoszy, nie zostawiając żadnego śladu o tym w ich pamięci, i jak skorzystać z komputerów, nie zostawiając żadnego śladu w ich danych.

Pierwszy Mówca Shandess poczerwieniał.

— To absurd, Mówco Gendibal. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby zrobił to jakiś Mówca. Czym miałby się w tym kierować? Nawet gdyby, z jakiegoś powodu, materiały dotyczące Ziemi zostały usunięte, to dlaczego miałoby to się odbyć w tajemnicy przed innymi Mówcami? Dlaczego ktoś miałby ryzykować całą swoją karierę robiąc jakieś machinacje w bibliotece, kiedy szansę, że się to nie wykryje, były tak nikłe? Poza tym, nie sądzę, żeby nawet najzdolniejszy Mówca był w stanie dokonać tego nie zostawiając żadnego śladu.

— A zatem, Pierwszy MÓWCO, nie zgadzasz się z sugestią Mówcy Delarmi, że zrobiłem to ja.

— Oczywiście, że nie — odparł Pierwszy Mówca. — Czasem mam wątpliwości, czy zachowujesz się rozsądnie, ale nie przypuszczam, żebyś kompletnie zwariował.

— Wobec tego, Pierwszy Mówco, coś takiego nie mogło w ogóle mieć miejsca. Ponieważ wyeliminowaliśmy wszystkie możliwe sposoby usunięcia z biblioteki materiałów dotyczących Ziemi, powinny się one tam nadal znajdować. A jednak nie ma ich.

— No dobrze już, dobrze, kończmy to — powiedziała Delarmi ze sztucznym znużeniem. — Powtarzam raz jeszcze, jakie jest — twoim zdaniem — rozwiązanie? Jestem pewna, że masz jakiś pomysł.

— Jeśli ty jesteś tego pewna, Mówco, to my też możemy być pewni. Moim zdaniem, biblioteka została wyczyszczona z tych materiałów przez kogoś z Drugiej Fundacji, kto znajdował się pod wpływem jakiejś subtelnie działającej siły spoza Drugiej Fundacji. Nie zauważono zniknięcia tych materiałów, ponieważ ta sama siła dopilnowała, żeby nikt z nas tego nie spostrzegł.

Delarmi roześmiała się.

— Aż wreszcie ty to odkryłeś! Ty — jedyna osoba, na którą nikt nie ma, bo nie może mieć wpływu! Jeśli ta tajemnicza siła naprawdę istnieje, to jak to się stało, że odkryłeś brak tych materiałów w bibliotece? Dlaczego nie wywarli na ciebie wpływu, żebyś niczego nie odkrył?

— Nie ma w tym nic do śmiechu, Mówco — rzekł poważnie Gendibal. — Może uważają, tak jak my, że wpływanie na innych i manipulowanie ich zachowaniami powinno ograniczać się do niezbędnego minimum. Kiedy kilka dni temu moje życie znalazło się w niebezpieczeństwie, to więcej myślałem o tym, jak powstrzymać się od ingerencji w umysł wieśniaka niż jak się bronić. Tak samo może być z nimi — jak tylko zorientowali się, że pora przestać, zaprzestali ingerencji. I to jest realne niebezpieczeństwo, śmiertelne niebezpieczeństwo. Fakt, że mogłem odkryć, co się stało z tymi materiałami, może oznaczać, że już im na tym nie zależy. A fakt, że już im na tym nie zależy, może oznaczać, że uważają, iż już wygrali. A my tu gramy w swoje gierki!

— Ale jaki mają w tym wszystkim cel? Jaki mogą mieć w tym cel? — nalegała Delarmi, szurając nogami i zagryzając wargi. Czuła, że jej wpływ słabnie w miarę jak Mówcy zaczynają odczuwać coraz większe zainteresowanie wywodami Gendibala.

— Pomyśl tylko… — rzekł Gendibal. — Pierwsza Fundacja, z jej niesłychanie potężnym arsenałem broni fizycznej, szuka Ziemi. Upozorowali wygnanie dwóch osób, mając nadzieję, że się na to nabierzemy, ale czy daliby im do dyspozycji statek o niewiarygodnych wręcz zaletach — statek, który może przebyć dziesięć tysięcy parseków w czasie niespełna godziny — gdyby byli to naprawdę wygnańcy?

Natomiast my, Druga Fundacja, ani nie szukaliśmy, ani nie szukamy Ziemi.” Co więcej, podjęto — o czym nie mieliśmy absolutnie żadnego pojęcia — odpowiednie kroki, aby nie dopuścić nas do żadnych informacji na temat Ziemi. Pierwsza Fundacja jest teraz tak blisko, a my tak daleko od znalezienia jej, że…

Gendibal przerwał i Delarmi natychmiast spytała:

— Że co? Kończ te swoje dziecinne gadki. Wiesz coś czy nie?

— Nie wiem wszystkiego, Mówco. Nie wiem, jak mocna jest ta sieć, która nas oplata, ale wiem, że ona istnieje. Nie wiem, jakie może mieć znaczenie znalezienie Ziemi, ale jestem pewien, że Druga Fundacja, a wraz z nią Plan Seldona i przyszłość całej ludzkości znalazły się w wielkim niebezpieczeństwie.

Delarmi wstała z miejsca. Nie uśmiechała się już. Powiedziała napiętym, ale nie wymykającym się spod jej kontroli głosem:

— To bzdury! Pierwszy Mówco, połóż temu wreszcie kres! Zebraliśmy się tu po to, aby ocenić zachowanie oskarżonego. To, co nam tu opowiada, jest nie tylko zupełnie dziecinne, ale w dodatku nie ma nic do rzeczy. Nie może on usprawiedliwić swojego zachowania tworząc istną plątaninę teorii, które mają sens tylko w jego mniemaniu. Domagam się, abyśmy zaraz przystąpili do głosowania w tej sprawie, abyśmy jednomyślnie uznali, że jest winien.

— Chwileczkę! — rzekł ostro Gendibal. — Powiedziano mi, że będę miał możliwość obrony. Została mi jeszcze jedna sprawa… tylko jedna sprawa. Pozwólcie, że ją przedstawię, a potem możecie przystąpić do głosowania bez żadnego sprzeciwu z mojej strony.

Pierwszy Mówca przetarł oczy znużonym gestem.

— Możesz mówić dalej, Mówco Gendibalu — rzekł. — Pozwolę sobie zwrócić uwagę Stołu na fakt, że uznanie Mówcy za winnego zarzucanych mu w oficjalnym akcie oskarżenia czynów jest sprawą tak wielkiej wagi, zdarzeniem nie mającym precedensu w całej naszej historii, że nie możemy pozwolić na to, aby był choć cień podejrzenia, że nie dano oskarżonemu pełnej możliwości obrony. Pamiętajcie też o tym, że może się zdarzyć tak, że choć końcowy werdykt zadowoli nas, to nie zadowoli tych, którzy przyjdą po nas, a nie wątpię w to, że członek Drugiej Fundacji, zajmujący nawet najniższe stanowisko, zdaje sobie doskonale sprawę z wagi i roli perspektywy historycznej. Działajmy tak, abyśmy mogli być pewni uznania dla naszych postanowień ze strony Mówców, którzy przyjdą po nas.

— Ryzykujemy, Pierwszy Mówco, że potomność będzie śmiała się z nas za to, że niepotrzebnie traciliśmy czas na wyjaśnienie tego, co było zupełnie oczywiste — zauważyła zgryźliwie Delarmi. — To ty podjąłeś decyzję, żeby mógł kontynuować swą obronę.

Gendibal wziął głęboki oddech:

— Zgodnie zatem z twoją decyzją, Pierwszy Mówco, chcę powołać świadka — młodą kobietę, którą spotkałem trzy dni temu i bez której, zamiast się spóźnić na posiedzenie Stołu, nie dotarłbym tu w ogóle.

— Czy kobieta, o której mówisz, jest znana Stołowi? — spytał Pierwszy Mówca.

— Nie, Pierwszy Mówco. To rodowita mieszkanka tej planety.

Delarmi szeroko otworzyła oczy. — Tutejsza?

— Tak. Właśnie tak!

— A co mamy wspólnego z kimkolwiek z nich? To, co mogą mieć do powiedzenia, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Oni dla nas nie istnieją!

Wargi Gendibala ściągnęły się, odsłaniając zęby. Na pewno nikt nie mógł wziąć tego za uśmiech.

— Fizycznie, wszyscy Tutejsi istnieją — rzekł ostro. — Są istotami ludzkimi i odgrywają odpowiednią rolę w Planie Seldona. Chroniąc pośrednio Drugą Fundację, odgrywają bardzo istotną rolę. Pragnę odciąć się zdecydowanie od nieludzkiej postawy Mówcy Delarmi. Mam nadzieję, że jej uwaga znajdzie się w dokładnym brzmieniu w protokole procesu i zostanie potraktowana jako dowód, że nie powinna sprawować funkcji Mówcy… A może reszta Stołu zgadza się z niesamowitą opinią Mówcy Delarmi i chce pozbawić mnie możliwości powołania świadka?

— Możesz wezwać swego świadka, Mówco — rzekł Pierwszy Mówca.

Wargi Gendibala rozluźniły się i jego twarz przybrała na powrót beznamiętny wyraz, charakterystyczny dla Mówcy w stanie napięcia. Jego umysł był skupiony w sobie i odgrodzony od innych, ale schowany za tą ochronną barierą czuł, że niebezpieczeństwo minęło i że już wygrał.


34.

<p>34.</p>

Sura Novi wyglądała na zdenerwowaną. Miała rozszerzone oczy, a jej dolna warga lekko drżała. Bez przerwy zaciskała i rozwierała dłonie, a jej pierś nieznacznie falowała. Włosy miała zaczesane do tyłu i zaplecione w kok. Spaloną słońcem twarz przebiegał co pewien czas skurcz. Przebierała dłońmi w fałdach długiej spódnicy. Zerkała szybko to na jednego, to na drugiego Mówcę przestraszonym wzrokiem.

Patrzyli na nią z mieszaniną pogardy i zażenowania. Delarmi spoglądała gdzieś ponad jej głową, jakby jej nie dostrzegała.

Gendibal delikatnie dotknął powłoki jej jaźni, uspakajając ją i dodając jej ducha. Mógłby to równie dobrze zrobić, głaszcząc jej dłoń lub gładząc policzek, ale w tych warunkach było to oczywiście niemożliwe.

— Pierwszy Mówco — powiedział — wyłączam jej świadomość, aby jej świadectwo nie zostało zniekształcone przez lęk. Może zechcesz — może wszyscy zechcecie — przyłączyć się do mnie i sprawdzić, że w żaden sposób nie zmieniam jej jaźni.

Novi cofnęła się w popłochu na dźwięk jego głosu. Gendibal nie był tym zaskoczony. Zdawał sobie sprawę, że nigdy nie słyszała rozmawiających ze sobą członków Drugiej Fundacji w tej randze. Nigdy przedtem nie miała okazji spotkać się z tą dziwną mieszaniną szybko rzucanych słów, min, gestów i myśli. Jednakże lęk znikł równie szybko, jak się pojawił, gdyż Gendibal uśmierzył go. Jej twarz rozpogodziła się.

— Za tobą stoi krzesło, Novi — powiedział Gendibal. — Usiądź na nim.

Novi niezgrabnie skłoniła się i usiadła sztywno.

Mówiła zupełnie wyraźnie, ale w momentach kiedy uciekała się do gwarowych określeń, Gendibal prosił ją o powtórzenie wypowiedzi. A ponieważ, z szacunku dla Stołu, sam posługiwał się językiem urzędowym, musiał też niekiedy powtarzać swoje pytania, by go zrozumiała.

Opisała spokojnie i dokładnie scenę jego walki z Rufirantem.

— Sama to wszystko widziałaś, Novi? — spytał Gendibal.

— Nie, panie, bo jak ja by widziała, to by szybciej go zatrzymała. Rufirant to dobry chłop, ale wolno myśli.

— Ale opisałaś wszystko. Jak to możliwe, skoro nie widziałaś wszystkiego?

— Rufirant mnie potem opowiedziała jak ja go pytała. Wstydził się.

— Wstydził? Czy widziałaś wcześniej, żeby tak się zachowywał?

— Rufirant? Nie, panie. On je duży, ale spokojny. Z niego nie je żaden zabijaka i on się boi badawców. Czensto mówi, że oni so mocne i rzondzo tu.

— Dlaczego nie czuł strachu, kiedy mnie spotkał?

— To dziw. Nie idzie zrozumieć. — Potrząsnęła głową. — Nie wie, co się z nim zrobiło. Ja go pytała „Ty tempa głowo, jak ty mog chcieć zabić badawce?” A on mnie mówi „Ja nie wiem, jak to się stało. Ja czuje, jakby ja stał z boku i patrzał, jakby to nie był ja”.

Przerwał jej Mówca Cheng.

— Pierwszy Mówco, jaką wartość ma dla nas to, co ta kobieta opowiada? Relacjonuje, co jej powiedział jakiś człowiek. Czy tego człowieka nie można przesłuchać?

— Można — odparł Gendibal. — Jeśli Stół będzie życzył sobie nowych dowodów, kiedy ta kobieta złoży swoje zeznania, to chętnie wezwę Karolla Rufiranta, mojego byłego przeciwnika, na rozprawę. Jeśli nie, to Stół będzie mógł wydać wyrok, jak tylko skończę z tym świadkiem.

— Bardzo dobrze — powiedział Pierwszy Mówca. — Pytaj dalej swego świadka.

— A ty, Novi? — spytał Gendibal. — Czy to do ciebie podobne, żeby w taki sposób mieszać się do bójki?

Przez chwilę Novi nie odpowiadała. Między jej gęstymi brwiami pojawiła się i zaraz znikła niewielka zmarszczka. Powiedziała:

— Nie wiem. Ja nie chce, coby badawcom się co stało. Coś mnie pchło i ja nawet nie myślała, co robię. — Przerwała na chwilę, a potem dodała: — Zrobię to jeszcze raz jak będzie trza.

— Novi, teraz zaśniesz — powiedział Gendibal. — Nie myśl o niczym. Odpoczniesz i nawet nie będzie ci się nic śnić.

Novi coś wymamrotała, a potem oczy jej się zamknęły i głowa przechyliła się na oparcie krzesła. Gendibal odczekał chwilę i powiedział:

— Pierwszy Mówco, bardzo proszę, żebyś wniknął ze mną w głąb umysłu tej kobiety. Przekonasz się, że jest niezwykle prosty i symetryczny, co jest szczęśliwą okolicznością, gdyż w przeciwnym razie to, co zobaczysz, mogłoby umknąć obserwacji. … Tutaj… tutaj. Widzisz to? Może reszta Mówców też zechce się zagłębić… będzie łatwiej, jeśli zrobi się to za jednym razem.

Wśród Mówców podniósł się szmer, który coraz bardziej się potęgował.

— Czy ktoś z was ma jakieś wątpliwości? — spytał Gendibal.

— Ja mam — powiedziała Delarmi — bo… — Przerwała, gdyż nawet dla niej było to nie do wypowiedzenia.

Zrobił to za nią Gendiba

— Myślisz, że specjalnie manipulowałem w jej umyśle, aby uzyskać fałszywe dowody mojej niewinności, tak? A więc uważasz, że potrafię dokonać tak delikatnej zmiany? Że potrafię odkształcić tylko jedno włókno, nie naruszając w najmniejszym nawet stopniu jego otoczenia? Czy musiałbym urządzać takie przedstawienia, gdybym potrafił to zrobić? Czy dopuściłbym do tego poniżającego dla mnie procesu? Czy wysilałbym się, żeby was przekonać? Gdybym potrafił zrobić to, co widzicie w umyśle tej kobiety, to zanim zdołalibyście się zorientować, bylibyście już wszyscy w mojej mocy… Jest niepodważalnym faktem, że nikt z was nie potrafiłby wywołać takiej zmiany, jaką wywołano w umyśle tej kobiety. Ja też tego nie potrafię. A mimo to, ktoś to zrobił.

Przerwał, popatrzył po kolei na każdego z Mówców, a potem utkwił wzrok w Delarmi.

— A teraz — rzekł wolno — jeśli chcecie dodatkowych dowodów, wezwę tego wieśniaka, Karolla Rufiranta, którego umysł też zbadałem i z którym zrobiono to samo, co z tą kobietą.

— To nie będzie potrzebne — powiedział Pierwszy Mówca. Na jego twarzy widać było trwogę. — To, co zobaczyliśmy, jest przerażające.

— W takim razie — rzekł Gendibal — mogę chyba zbudzić i odprawić tę Tutejszą? Postarałem się, żeby na zewnątrz czekał na nią ktoś, kto pomoże jej dojść do siebie.

Gendibal odprowadził Novi, delikatnie trzymając ją za łokieć, do drzwi, a kiedy wyszła, powiedział:

— Postaram się teraz szybko wszystko podsumować. Można, jak widać, wpływać na umysły metodami, które są dla nas niedostępne. W taki sam sposób być może postąpiono z kustoszami, którzy usunęli z biblioteki materiały odnoszące się do Ziemi. Nie wiedzieliśmy o tym ani my, ani oni. Wiemy teraz, w jaki sposób postarano się o to, żebym spóźnił się na posiedzenie Stołu. Zagrożono memu życiu, a potem mnie uratowano. W wyniku tego zostałem oskarżony. W rezultacie tego pozornie naturalnego zbiegu okoliczności mogę zostać odsunięty od udziału w podejmowaniu decyzji i gorąco propagowana przeze mnie zmiana kursu naszej polityki, zmiana, której ci ludzie się obawiają, może nie dojść do skutku.

Delarmi pochyliła się do przodu. Była wyraźnie wstrząśnięta.

— Jeśli ta tajemnicza organizacja jest tak sprytna, to jak ci się udało wpaść na jej trop?

Teraz Gendibal mógł się już swobodnie uśmiechnąć.

— To nie jest żadna wielka zasługa z mojej strony — powiedział. — Nie uważam się za lepszego od innych Mówców, a już na pewno nie od Pierwszego Mówcy. Po prostu ta organizacja anty — Mułów — jak ich trafnie określił Pierwszy Mówca — nie składa się ani z nieskończenie mądrych, ani z zupełnie niezależnych od przypadku ludzi. Być może wybrali akurat tę Tutejszą właśnie dlatego, że potrzebna była tylko niewielka zmienna, aby dostosować jej umysł do ich celów. Była z natury nastawiona przychylnie do tych, których nazywa badawcami i bardzo ich podziwiała.

Ale nie przewidzieli tego, że krótkotrwały kontakt ze mną pobudzi jej fantazję i że sama zapragnie zostać uczoną. Przyszła do mnie nazajutrz po incydencie z tym właśnie zamiarem. Zaintrygowała mnie ta jej ambicja zostania uczoną i zbadałem jej umysł, czego z pewnością w innej sytuacji bym nie zrobił. I tak, raczej przez przypadek, odkryłem tę zmianę i zrozumiałem jej znaczenie. Gdyby wybrali inną kobietę, o słabszych skłonnościach do nauki, to być może musieliby się więcej napracować, żeby ją przystosować do swoich potrzeb, ale nie miałoby to takich następstw ł nigdy bym się o tym nie dowiedział. Organizacja anty — Mułów przeliczyła się albo — nie była w stanie wszystkiego przewidzieć. Fakt, że zdarzają im się błędy, napełnia mnie otuchą.

— Pierwszy Mówca i ty — odezwała się Delarmi — nazywacie tę organizację anty — Mułami dlatego, jak przypuszczam, że starają się, aby Galaktyka kroczyła drogą wytyczoną przez Plan Seldona, zamiast, jak Muł, próbować ten Plan zniweczyć. Jeśli tak postępują, to dlaczego mają być dla nas niebezpieczni?

— A dlaczego starają się to robić? Muszą mieć w tym swój cel. Nie wiemy, co jest tym celem. Cynik mógłby powiedzieć, że mają zamiar wkroczyć w jakimś momencie i zwrócić bieg wydarzeń w kierunku, który będzie bardziej dogodny dla nich niż dla nas.

Ja sam tak uważam, mimo iż cynizm jest mi z natury obcy. Czyżby Mówca Delarmi, kierując się miłością i ufnością, które — jak wszyscy wiemy — tworzą zasadniczy zrąb jej charakteru, chciała nam powiedzieć, że są to jacyś kosmiczni altruiści, którzy wykonają za nas naszą pracę, nie myśląc nawet o nagrodzie?

Cały Stół zareagował na to cichym śmiechem i Gendibal wiedział już, że wygrał. A Delarmi wiedziała, że przegrała, gdyż przez szorstką zasłonę opanowania skrywającą jej umysł przebił się, jak promień słońca przez gęste listowie, błysk wściekłości.

— Kiedy spotkał mnie ten incydent z Tutejszym — podjął na nowo Gendibal — doszedłem, zbyt pospiesznie, do wniosku, że kryje się za tym inny Mówca. Kiedy jednak dostrzegłem zmianę w umyśle tej kobiety, zrozumiałem, że miałem rację widząc w tym spisek, ale myliłem się co do osoby spiskowca. Przepraszam za błędną interpretację wypadków i proszę, byście potraktowali niezwykły charakter tej sytuacji jako okoliczność łagodzącą.

— Myślę — powiedział Pierwszy Mówca — że możemy to uważać za przeprosiny…

Przerwała mu Delarmi. Doszła już do siebie i była znowu spokojna i łagodna — jej twarz promieniowała życzliwością, a głos miała słodki jak sacharyna:

— Jeśli wolno mi coś wtrącić, Pierwszy Mówco… Zostawmy już sprawę oskarżenia. W tej chwili nie mogłabym już głosować za uznaniem go za winnego i przypuszczam, że reszta uważa tak samo. Proponowałabym nawet usunąć wszelkie wzmianki o tym procesie z naszych, będących dotąd bez skazy, akt. Mówca Gendibal znakomicie oczyścił się z wszelkich zarzutów. Gratuluję mu tego, jak również odkrycia grożącego nam niebezpieczeństwa, na które zapewne nikt z nas nie zwróciłby uwagi. Pociągnęłoby to za sobą zupełnie nieobliczalne skutki. Przepraszam Mówcę Gendibala z całego serca za niechęć, którą mu przedtem okazałam.

Dosłownie promieniowała życzliwością dla Gendibala, który — mimo całej niechęci do niej — nie mógł się oprzeć uczuciu podziwu dla zręczności, z jaką nagle zmieniła swoje nastawienie, ratując w ten sposób twarz. Był pewien, że to, co zaraz nastąpi, nie będzie bynajmniej przyjemne.


35.

<p>35.</p>

Kiedy Mówca Delora Delarmi starała się być czarująca, używała zawsze tych samych sposobów. Przemawiała miękkim, łagodnym głosem, uśmiechała się życzliwie, patrzyła promiennie i w ogóle cała zamieniała się w jedną wielką słodycz. W takich razach nikt nie śmiał jej przerywać i każdy czekał na cios.

— Dzięki Mówcy Gendibalowi — mówiła teraz — wszyscy, myślę, wiemy, co mamy robić. Nie znamy tych anty — Mułów i nic o nich nie wiemy. Jedynym dowodem ich istnienia i działania są te ulotne ślady, które zostawili w umysłach ludzi właśnie tutaj, w głównej twierdzy Drugiej Fundacji. Nie wiemy, co knuje ośrodek władzy Pierwszej Fundacji. Możemy nagle stanąć wobec sojuszu tych anty — Mułów i Pierwszej Fundacji. Nie wiadomo, co się może jeszcze zdarzyć.

Wiemy natomiast, że ten Golan Trevize i jego towarzysz, którego nazwiska nie mogę sobie teraz przypomnieć, lecą w nieznanym kierunku i że Pierwszy Mówca i Gendibal uważają, iż Trevize ma w swym ręku klucz do zażegnania grożącego nam Wielkiego Kryzysu. Co zatem mamy robić? Jest oczywistym, że musimy dowiedzieć, ile się da o Trevizem, dokąd zmierza, co obmyśla, jaki może mieć cel, czy w ogóle leci w jakieś konkretne miejsce, czy coś obmyśla, czy w rzeczywistości nie jest tylko narzędziem w rękach kogoś potężniejszego od siebie.

— Jest pod obserwacją — powiedział Gendibal. Delatmi uśmiechnęła się pobłażliwie:

— Pod czyją obserwacją? Któregoś z naszych agentów spoza Trantora? Czy można liczyć na to, że tacy agenci oprą się potędze, której próbkę możliwości właśnie zobaczyliśmy? Na pewno nie. W czasach Muła, a także później, Druga Fundacja nie wahała się wysłać, a nawet poświęcić ochotników rekrutujących się spośród jej najzdolniejszych członków, gdyż inni mogliby nie dać sobie rady. Kiedy trzeba było ratować Plan Seldona, sam Preem Palver przemierzył, w przebraniu handlarza trantorskiego, Galaktykę i sprowadził tu tę dziewczynkę, Arkady. Teraz, kiedy grozi nam może większe jeszcze niebezpieczeństwo niż w przypadku tych dwóch poprzednich kryzysów, nie możemy siedzieć tu z założonymi rękami i czekać. Nie możemy liczyć na podrzędnych funkcjonariuszy — obserwatorów i posłańców.

— Chyba nie proponujesz, żeby i tym razem zrobił to Pierwszy Mówca? — powiedział Gendibal.

— Oczywiście, że nie — odparła Delarmi. — Tutaj jest bardziej potrzebny. Ale przecież mamy ciebie, Mówco Gendibal. To ty wyczułeś i trafnie oceniłeś zagrażające nam niebezpieczeństwo. To ty odkryłeś w bibliotece i umysłach Tutejszych ślady ingerencji z zewnątrz. To ty broniłeś twardo swego stanowiska przed zmasowanym atakiem całego Stołu i wygrałeś. Nikt nie widział tego tak jasno jak ty i na nikim nie można w tej sprawie polegać tak jak na tobie. Moim zdaniem, to ty musisz udać się w podróż i stawić czoła wrogowi. Czy mogę sprawdzić, jakie jest w tej sprawie stanowisko Stołu?

Nie było trzeba przeprowadzać formalnego głosowania, żeby poznać stanowisko Stołu. Każdy z Mówców znał myśli pozostałych i stało się nagle przeraźliwie jasne dla oszołomionego Gendibala, że w momencie jego zwycięstwa i klęski Delarmi ta niezwykła kobieta zdołała odwrócić sytuację i zesłać go nieodwołalnie na wygnanie, że udało się jej obarczyć go zadaniem, którego wykonanie może nie wiadomo jak długo trzymać go z dala od Trantora, gdy tymczasem ona zostanie tu i zdominuje cały Stół, skazując być może tym samym Drugą Fundację, a przez to całą Galaktykę na zagładę.

A gdyby Gendibalowi udało się jednak w jakiś sposób zebrać informacje, dzięki którym Druga Fundacja mogłaby uniknąć niebezpieczeństwa, to cała chwała za to spadłaby na Delarmi, która wpadła na pomysł wysłania go z tą misją, i jego sukces utwierdziłby tylko jeszcze bardziej jej władzę.

Był to wspaniały manewr, niewiarygodne zwycięstwo.

Nawet teraz tak zdominowała resztę Mówców, że panoszyła się pr,zy stole, jakby to ona była Pierwszym Mówcą. Gendibal właśnie myślał o tym, gdy wyczuł falę wściekłości płynącą od Pierwszego Mówcy. Obrócił się w jego stronę. Pierwszy Mówca nie starał się nawet ukryć swego gniewu i stało się jasne, że dopiero co szczęśliwie zażegnany kryzys wewnętrzny ustępuje miejsca nowemu.


36.

<p>36.</p>

Quindor Shandess, dwudziesty piąty Pierwszy Mówca, nie miał żadnych złudzeń co do swej osoby.

Wiedział, że nie jest jednym z tych kilku dynamicznych Pierwszych Mówców, którzy dodawali blasku pięćsetletnim dziejom Pierwszej Fundacji, ale w końcu nie musiał takim być: Nie było takiej potrzeby. Okres, w którym przewodniczył Stołowi, okres spokoju i dobrobytu panującego w całej Galaktyce, nie wymagał od przywódców dynamizmu. Wydawało się, że jest to czas, kiedy wystarcza pilnować tego, co się ma i Shandess świetnie nadawał się do tej roli. Z tego właśnie powodu wybrał go jego poprzednik.

— Nie jesteś poszukiwaczem przygód. Jesteś badaczem — powiedział dwudziesty czwarty Pierwszy Mówca. — Ochronisz Plan, podczas gdy poszukiwacz przygód mógłby go — zniszczyć. Chronić! Niech to słowo stanie się hasłem przewodnim w czasie twojej kadencji.

I starał się to robić, choć oznaczało to bierność, a czasami poczytywane było za przejaw słabości. Co pewien czas pojawiały się plotki, że zamierza zrezygnować ze swej funkcji i otwarcie snuto intrygi, aby zapewnić sukcesję tej czy innej orientacji.

Shandess nie miał żadnych wątpliwości, że prym w tych walkach wiodła Delarmi. Była najsilniejszą osobowością w składzie Stołu i nawet Gendibal, mimo swej młodzieńczej pasji i bezkompromisowości, rejterował przed nią tak, jak to zrobił teraz. Lecz on, Shandess, może być bierny, może być nawet słaby, ale, na Seldona, jest jedna prerogatywa tego urzędu, której nigdy nie oddał żaden z Pierwszych Mówców, i której on także nie zamierza oddać. Podniósł się, aby przemówić i od razu zrobiło się cicho. Kiedy Pierwszy Mówca podnosił się, aby przemówić, nie mógł się nikt wtrącić. Nawet Delarmi i Gendibal nie ośmieliliby się mu przerwać.

— Mówcy! — powiedział. — Zgadzam się, że stoimy wobec wielkiego niebezpieczeństwa i musimy podjąć odpowiednio silne przeciwdziałanie. To ja powinienem wyruszyć na spotkanie wroga. Mówca Delarmi, z wrodzoną sobie szlachetnością, chce uwolnić mnie od tego obowiązku, twierdząc, że jestem potrzebny tutaj. Prawda jednak jest taka, że nie jestem potrzebny ani tutaj, ani tam. Starzeję się, moje obowiązki zaczynają mi już za bardzo ciążyć. Od dawna oczekuje się, że lada dzień złożę rezygnację ze swego urzędu i być może powinienem to zrobić. Kiedy szczęśliwie przezwyciężymy obecny kryzys, zrezygnuję.

Ale, oczywiście, jest przywilejem Pierwszego Mówcy wyznaczyć swego następcę. Mam zamiar zrobić to teraz. Jest wśród nas Mówca, który od dawna nadaje ton posiedzeniom Stołu, Mówca, który z racji siły swej osobowości często przejmował przewodnictwo z moich rąk. Wszyscy wiecie, że myślę o Mówcy Delarmi.

Przerwał na chwilę, a potem mówił dalej:

— Mówco Gendibalu, ty jeden wyrażasz dezaprobatę dla moich słów. Czy mogę spytać dlaczego? — Usiadł, tak że Gendibal miał teraz prawo odpowiedzieć.

— Nie wyrażam dezaprobaty, Pierwszy Mówco — powiedział cicho Gendibal. — Jest twoim przywilejem wybrać następcę.

— I skorzystam z niego. Kiedy powrócisz zapoczątkowawszy proces, który doprowadzi do przezwyciężenia tego kryzysu, nadejdzie pora, abym złożył rezygnację. Ten, kto nastąpi po mnie, będzie wówczas mógł prowadzić taką politykę, jaka okaże się konieczna dla pomyślnego zakończenia tego procesu… Czy masz coś do powiedzenia, Mówco Gendibal?

— Kiedy uczynisz Mówcę Delarmi swoim następcą — odparł cicho Gendibal — mam nadzieję, że będziesz uważał za stosowne poradzić jej, aby…

Pierwszy Mówca przerwał mu szorstko:

— Mówiłem o Mówcy Delarmi, ale nie nazwałem jej swoim następcą, A teraz co masz jeszcze do powiedzenia?

— Przepraszam, Pierwszy Mówco. Powinienem był powiedzieć „zakładając, że uczynisz Mówcę Delarmi swoim następcą po moim powrocie z tej misji, czy będziesz uważał za stosowne poradzić jej, aby…”

— Nie uczynię jej swoim następcą również w przyszłości pod żadnym warunkiem. A co teraz masz do powiedzenia? — Pierwszy Mówca nie potrafił ukryć satysfakcji, z jaką wymierzył tym oświadczeniem cios Delarmi. Nie mógł jej bardziej upokorzyć. — No więc, Mówco Gendibalu, co masz do powiedzenia?

— Że jestem zmieszany.

Pierwszy Mówca podniósł się znowu. Powiedział:

— Mówca Delarmi nadaje ton posiedzeniom i przewodzi, ale to nie jest wszystko, co jest potrzebne na stanowisku Pierwszego Mówcy. Mówca Gendibal dostrzegł to, czego my nie dostrzegliśmy. Stawił czoła całemu wrogo nastawionemu do niego Stołowi, zmusił nas do ponownego przemyślenia sprawy i do przyjęcia jego argumentów. Podejrzewam, że Mówca Delarmi kierowała się nieco innymi motywami niż te, które tu wyłożyła, składając odpowiedzialność za odszukanie Golana Trevizego na barki Mówcy Gendibala, ale jest faktem, że obarczyła nią właściwą osobę. Wiem, że mu się to uda… ufam w tym względzie swojej intuicji… a kiedy wróci, to on zostanie dwudziestym szóstym Pierwszym Mówcą.

Usiadł. W chaosie dźwięków, myśli, min i gestów, który potem zapanował, poszczególni Mówcy starali się wyrazić jasno swoje opinie. Pierwszy Mówca nie zwracał uwagi na tę kakofonię, patrząc obojętnie przed siebie. Teraz, kiedy już to zrobił, uświadomił sobie z pewnym zaskoczeniem, jak przyjemnie jest zdjąć ze swych barków ciężar odpowiedzialności. Powinien był zrobić to wcześniej… ale nie mógł. Dopiero teraz znalazł godnego następcę, W chwili kiedy to myślał, jego umysł nawiązał jakoś kontakt z umysłem Delarmi. Spojrzał na nią. Na Seldona! Była spokojna i uśmiechała się. Nie okazywała rozczarowania… a więc nie poddała się. Przebiegło mu przez myśl, czy przypadkiem nie ułatwił jej zadania. Co teraz pozostawało jej zrobić?


37.

<p>37.</p>

Delora Delarmi nie zawahałaby się okazać otwarcie rozpaczy i niezadowolenia, gdyby mogło jej to przynieść jakąś korzyść.

Sprawiłoby jej wielką satysfakcję, gdyby uderzyła w tego zgrzybiałego głupca, który kierował Stołem albo w tego młodego idiotę, któremu sprzyjał los, ale satysfakcja nie była tym, czego chciała. Chciała czegoś więcej. Chciała zostać Pierwszym Mówcą.

A skoro została jeszcze jedna karta, którą można było zagrać, zagra nią. Uśmiechnęła się łagodnie i uniosła rękę, jak gdyby miała zaraz coś powiedzieć. Trwała w tej pozycji wystarczająco długo, by się upewnić, że kiedy zacznie mówić, będzie nie tylko cicho, ale wszyscy będą słuchać jej z uwagą. Wreszcie powiedziała:

— Pierwszy Mówco, powiem to samo, co wcześniej Mówca Gendibal — nie wyrażam dezaprobaty. Wybór następcy to twój przywilej. Jeśli zabieram teraz głos, to robię to tylko po to, by przyczynić się do powodzenia misji Mówcy Gendibala. Czy mogę powiedzieć, co myślę, Pierwszy Mówco?

— Proszę — odparł krótko Pierwszy Mówca. Wydawała mu się podejrzanie zgodna i przymilna.

Delarmi pochyliła głowę. Już się nie uśmiechała. Powiedziała z wyrazem powagi na twarzy:

— Mamy statki. Nie są one takimi cudami techniki, jak statki Pierwszej Fundacji, ale można nimi latać. Myślę, że Mówca Gendibal potrafi, jak każdy z nas, poprowadzić statek. Mamy swoich przedstawicieli na każdej większej planecie w Galaktyce, więc wszędzie będzie godnie przyjmowany. Co więcej, teraz kiedy zdaje sobie sprawę z natury grożącego nam niebezpieczeństwa, potrafi się obronić przed tymi anty — Mułami. Zresztą nawet gdybyśmy nie zdawali sobie z tego sprawy, to podejrzewam, że wolą oni zajmować się klasami niższymi, .nawet wieśniakami na Trantorze. Oczywiście zbadamy dokładnie umysły wszystkich członków Drugiej Fundacji, nie wyłączając Mówców, ale jestem pewna, że pozostały one nietknięte. Nie ośmieliliby się ingerować w nasze umysły.

Nie ma wszakże powodu, żeby Mówca Gendibal ryzykował bardziej, niż musi. Nie ma przecież zamiaru dokonywać żadnych bohaterskich czynów i byłoby najlepiej, gdyby jego misja została ukryta pod przykrywką jakiejś innej wyprawy — żeby zaskoczył ich nieprzygotowanych. Myślę, że dobrze będzie, jeśli wyruszy jako tutejszy kupiec. Preem Palver, jak wszyscy wiemy, udawał kupca.

— Preem Palver miał w tym swój cel, a Mówca Gendibal nie ma — rzekł Pierwszy Mówca. — Jeśli okaże się, że będzie potrzebne jakieś przebranie, to jestem pewien, że Mówca Gendibal sam potrafi wymyśleć coś odpowiedniego.

— Pozostając z całym szacunkiem, Pierwszy Mówco, dla twego zdania, chciałabym zaproponować znakomite przebranie. Jak zapewne pamiętasz, Preem Palver zabrał ze sobą w podróż swą żonę. Nic tak nie podkreślało jego chłopskiego pochodzenia, jak właśnie fakt, że podróżuje z żoną. To rozpraszało wszelkie podejrzenia.

— Ale ja nie mam żony — rzekł Gendibal. — Miałem co prawda przyjaciółki, ale wątpię, żeby któraś z nich zgodziła się teraz odgrywać rolę mojej żony.

— Dobrze o tym wiemy, Mówco Gendibalu — powiedziała Delarmi — ale ludzie wezmą za twoją żonę każdą kobietę, która będzie z tobą. Na pewno da się znaleźć jakąś ochotniczkę. A jeśli uważasz, że będzie dodatkowo potrzebny jakiś dokument poświadczający, że jesteście małżeństwem, to da się to załatwić. Uważam, że powinna z tobą lecieć jakaś kobieta.

Gendibal na chwilę aż zaniemówił z wrażenia. Chyba nie chce ona przez to powiedzieć, że…

Czyżby była to sztuczka, która miała jej zapewnić udział w jego sukcesie? Czyżby chciała uzyskać stanowisko Pierwszego Mówcy na zasadzie współudziału albo rotacji?

— Pochlebia mi — powiedział ponuro — że Mówca Delarmi uważa, iż sama…

W tym momencie Delarmi wybuchnęła głośnym śmiechem i spojrzała na Gendibala niemal z prawdziwym uczuciem. Dał się złapać w potrzask i wyszedł na głupiego. Stół na pewno tego nie zapomni.

— Mówco Gendibał — powiedziała — nie jestem taką impertynentką, żeby próbować wkręcić się do udziału w twoim przedsięwzięciu. Jest to twoje i tylko twoje zadanie, tak jak stanowisko Pierwszego Mówcy będzie twoje i tylko twoje. Nie śmiałabym nawet pomyśleć, że chciałbyś mnie wziąć ze sobą. Naprawdę, Mówco, w moim wieku nie uważam się już za atrakcyjną…

Na twarzach Mówców pojawił się wyraz rozbawienia. Nawet Pierwszy Mówca starał się ukryć uśmiech.

Gendibal odczuł ten cios i starał się nie powiększać swej wpadki przez zbyt poważne przyjęcie jej lekkich słów. Ale starał się na próżno. Spytał, próbując przynajmniej ukryć ogarniającą go wściekłość:

— Co zatem proponujesz? Zapewniam cię, że nie pomyślałem nawet przez chwilę, że chciałabyś mi towarzyszyć. Wiem, że najlepiej czujesz się na posiedzeniach Stołu, a nie w rozgardiaszu Galaktyki.

— Zgoda, Mówco Gendibalu, zgoda — odparła Delarmi. — Moja propozycja łączy się bezpośrednio z poprzednią, mianowicie, żebyś udawał tutejszego kupca. Czy komuś przyjdzie do głowy, że nim nie jesteś, jeśli będziesz miał przy sobie Tutejszą, chłopkę?

— Chłopkę? — Już po raz drugi w krótkim okresie czasu Gendibal dał się zaskoczyć i Stół dobrze się bawił.

— Tak, chłopkę — powiedziała Delarmi. — Tę, która uratowała cię przed pobiciem. Tę, która patrzy na ciebie z taką czcią. Tę, której umysł zbadałeś, i — która uratowała cię ponownie, tym razem przed czymś o wiele poważniejszym niż pobicie. Proponuję, żebyś wziął ją ze sobą.

Gendibal w pierwszej chwili chciał się żachnąć, ale wiedział, że to byłaby akurat ta reakcja, której oczekiwała. Oznaczałoby to jeszcze lepszą zabawę dla Stołu. Stało się teraz jasne, że Pierwszy Mówca, chcąc uderzyć w Delarmi, zrobił błąd i niepotrzebnie przedwcześnie wyjawił, że jego następcą będzie Gendibal, a w każdym razie, że Delarmi natychmiast wykorzystała to dla swoich celów.

Gendibal był najmłodszym z Mówców. Najpierw rozzłościł cały Stół, a potem udało mu się uniknąć potępienia i kary. Faktycznie upokorzył ich. Trudno było oczekiwać, by ktoś z nich przyjął bez niechęci wyznaczenie go przez Pierwszego Mówcę na swojego następcę.

Już i tego było dosyć, by stawili mu silny opór, a tu jeszcze doszła ta sprawa. Będą zawsze pamiętali, Z jaką łatwością Delarmi go ośmieszyła i jak im się to podobało. A Delarmi nie omieszka skorzystać z tego, by przekonać ich bez zbytnich trudności, że nie nadaje się na stanowisko Mówcy, bo jest za młody i brak mu doświadczenia. Kiedy jego nie będzie tutaj, Pierwszy Mówca zmieni, pod ich silną presją, swoją decyzję. A jeśli Pierwszy Mówca się nie ugnie, to Gendibal, zastąpiwszy go na tym stanowisku, będzie bezradny wobec ich zjednoczonej opozycji.

Potrzebował zaledwie ułamka sekundy, by sobie to wszystko uświadomić, a więc, kiedy odezwał się, wyglądało na to, że mówi bez żadnego wahania czy namysłu.

— Mówco Delarmi — rzekł — podziwiam twą przenikliwość. Myślałem, że moja decyzja zaskoczy was wszystkich. Rzeczywiście miałem zamiar zabrać ze sobą tę chłopkę, aczkolwiek z nieco innych względów niż te, które tu przedstawiłaś. Otóż chcę ją zabrać ze sobą ze względu na zalety jej umysłu. Wszyscy mogliśmy zbadać jej umysł. Przekonaliście się, jaki jest zadziwiająco bystry, ale nadto prosty, jasny i szczery, bez najmniejszych oznak przebiegłości czy chytrości. Żadna, nawet najmniejsza ingerencja w jej umysł z zewnątrz nie może pozostać niezauważona. Jestem pewien, że wszyscy doszliście do tego wniosku.

Zastanawiam się, Mówco Delarmi, czy przyszło ci do głowy, że ta wieśniaczka może zostać wykorzystana jako wspaniały system wczesnego ostrzega — . nią. Sądzę, że w jej umyśle wykryłbym pierwsze symptomy ingerencji psychicznej o wiele szybciej niż w swoim.

Reakcją na te słowa była pełna zaskoczenia cisza. Zakończył więc niefrasobliwą uwagą:

— Ach, więc nikt z was na to nie wpadł. No cóż, mniejsza z tym! A teraz już sobie pójdę. Nie mamy czasu do stracenia.

— Zaczekaj — powiedziała Delarmi, widząc jak po raz trzeci inicjatywa wymyka się jej z rąk. — Co chcesz zrobić?

— Po co wnikać w szczegóły? — spytał Gendibal z lekkim wzruszeniem ramion. — Im mniej Stół wie, tym większa szansa, że anty — Muły nie będą próbowali ingerować w jego sprawy.

Zabrzmiało to tak, jak gdyby bezpieczeństwo Stołu było dla niego sprawą największej wagi. Wypełnił tym uczuciem cały swój umysł i postarał się, żeby wszyscy to dostrzegli.

To im na pewno pochlebi. Co więcej, zadowolenie płynące z tego faktu może powstrzymać ich przed zastanawianiem się, czy Gendibal naprawdę wie dokładnie, co zamierza robić.


38.

<p>38.</p>

Tego wieczoru Pierwszy Mówca rozmawiał z Gendibalem w cztery oczy.

— Miałeś rację — powiedział. — Nie mogłem się powstrzymać przed wysondowaniem tego, co naprawdę myślałeś. Stwierdziłem, że uważasz moje oświadczenie za błąd. Istotnie, był to błąd. Miałem już dosyć tego jej stałego uśmieszku ł ciągłego przywłaszczania sobie moich praw i władzy, więc trochę mnie poniosło i nie zastanowiłem się nad wszelkimi konsekwencjami tego, co robię.

— Być może byłoby lepiej — rzekł łagodnie Gendibal — gdybyś powiedział mi o tym prywatnie. Wtedy zaczekalibyśmy do mego powrotu.

— Tak, ale nie miałbym wtedy okazji, żeby jej przyłożyć… Wiem, że to motywacja trochę dziwna jak na Pierwszego Mówcę.

— To jej nie powstrzyma, Pierwszy Mówco. Będzie dalej intrygowała, żeby dostać to stanowisko i być może okoliczności jej sprzyjają. Jestem pewien, że znajdzie się parę osób, które są zdania, że nie powinienem przyjąć twojej nominacji. Nietrudno byłoby przekonać im resztę, że Mówca Delarmi jest najlepszym umysłem przy Stole i że ona byłaby najlepszym Pierwszym Mówcą.

— Najlepszym umysłem przy Stole, ale nie poza nim — mruknął Shandess. — Dla niej rzeczywistymi wrogami są tylko inni Mówcy. Ona nie powinna była w ogóle zostać Mówcą. Ale zostawmy to. Chcesz, żebym zabronił ci zabrać tę chłopkę ze sobą? Wiem, że to Delarmi cię w to wrobiła.

— Nie, nie, powód, który przedstawiłem, jest prawdziwy. Ona naprawdę posłuży mi jako system wczesnego ostrzegania i powinienem być wdzięczny Mówcy Delarmi, że mnie do tego popchnęła, bo wtedy uświadomiłem sobie płynącą z tego korzyść. Jestem przekonany, że ta kobieta bardzo mi się przyda.

— A więc dobrze. Przy okazji — ja też nie kłamałem. Jestem naprawdę pewien, że zrobisz to, co trzeba, aby zakończyć ten kryzys… Myślę, że mogę polegać na swojej intuicji.

— Myślę, że ja też mogę na niej polegać, bo zgadzam się w pełni z tobą. Przyrzekam ci, że bez względu na to, co się wydarzy, wrócę z lepszymi osiągnięciami, niż odlatuję. Wrócę i zostanę Pierwszym Mówcą, choćby te anty — Muły… czy Mówca Delarmi… stawały na głowie, żeby do tego nie dopuścić.

Mówiąc to, Gendibal zastanawiał się, dlaczego sprawia mu to taką satysfakcję. Dlaczego tak bardzo zależało mu na tej samotnej wyprawie w przestrzeń? Powodem była, oczywiście, ambicja. Coś takiego zrobił kiedyś Preem Palver i on, Stor Gendibal, pragnął wykazać, że nie jest od niego gorszy. A potem nikt już nie ośmieli się mówić, że nie należy mu się stanowisko Pierwszego Mówcy. A może kryło się za tym coś więcej niż ambicja? Może kusiła go perspektywa stoczenia walki? Może było to pragnienie zmierzenia się ze światem, nie dziwne u kogoś, kto przez całe swe dotychczasowe życie skazany był na uprawianie swojej grządki na zabitej deskami planecie? Nie wiedział dokładnie, jakie kierowały nim motywy, ale wiedział na pewno, że bardzo pragnie udać się na tę wyprawę.


Rozdział XI

SAYSHELL

39.

40.

41.

42.

<p>Rozdział XI</p> <p>SAYSHELL</p>
<p>39.</p>

Janov Pelorat patrzył po raz pierwszy w życiu, jak — po manewrze, który Trevize określił mianem mikroskoku — jasna gwiazda zmienia się powoli w kulę. Sayshell, cel ich podróży, czwarta i jedyna zamieszkana planeta systemu, rósł jednak znacznie wolniej. Na zbliżenie się do niego potrzebowali kilku dni.

Komputer wykreślił jego mapę i przedstawił na małym, przenośnym ekranie, który Pelorat trzymał w rękach.

Trevize, ze spokojem i pewnością kogoś, kto w swoim czasie zwiedził parę dziesiątków planet, powiedział:

— Nie oczekuj, że od razu dużo zobaczysz. Najpierw będziemy musieli przejść przez stację wejściową, a to może być nudne.

Pelorat podniósł głowę znad ekranu:

— Ale to na pewno tylko formalność.

— Tak. Niemniej jednak może to być nudne.

— Ale przecież w Galaktyce panuje pokój.

— Oczywiście. Znaczy to, że nas wpuszczą. Ale jest jeszcze sprawa równowagi ekologicznej. Żadna planeta nie chce dopuścić do tego, żeby została zachwiana, jest więc zupełnie naturalne, że dokładnie sprawdzają każdy statek, szukając niepożądanych organizmów. To zupełnie zrozumiała ostrożność.

— Wydaje mi się, że na naszym statku nie ma nic z tych rzeczy.

— Oczywiście, że nie ma, ale muszą to sprawdzić. Pamiętaj też o tym, że Sayshell nie jest członkiem Federacji Fundacyjnej, a więc na pewno będą trochę przeciągać formalności, ażeby zademonstrować swoją niezależność.

Podleciał do nich mały statek służby granicznej i na pokład wszedł urzędnik celny. Trevize mówił energicznym głosem, krótkimi zdaniami. Nie zapomniał jeszcze czasów, kiedy odbywał służbę wojskową.

— „Odległa Gwiazda”, z Terminusa. Papiery — statku — powiedział, wręczając je urzędnikowi. — Nieuzbrojony, prywatny statek. Oto mój paszport. Mam jednego pasażera. To jego paszport. Jesteśmy turystami.

Urzędnik celny miał na sobie uniform w jaskrawych kolorach, z przewagą szkarłatu. Policzki i górną wargę miał gładko wygolone, ale nosił rozwidloną na końcu brodę. — Statek z Fundacji? — spytał.

W rzeczywistości powiedział „statek z Fundacji”, ale Trevize pilnował się, aby nie pokazać niczym, że go to rozśmieszyło. Nie próbował też go poprawiać. Uniwersalny język galaktyczny miał tyle odmian, ile było planet i mieszkańcy każdej z nich mówili po swojemu. Skoro potrafili się między sobą porozumieć, to różnice między poszczególnymi dialektami były nieistotne.

— Tak — rzekł Trevize. — Statek z Fundacji. Prywatny.

— Bardzo dobrze… Jaki macie przewóz?

— Przepraszam, co?

— Przewóz. Co przewozicie?

— A, ładunek… Oto dokładny spis. Tylko rzeczy osobiste. Nie przylecieliśmy tu na handel. Jak już mówiłem, jesteśmy turystami.

Urzędnik rozejrzał się z zaciekawieniem. — Trochę za dobry statek, jak na turystów — powiedział.

— Ale nie według kryteriów Fundacji — odparł Trevize, udając, że jest w świetnym nastroju. — Poza tym dobrze mi się powodzi i mogę sobie na taki pozwolić.

— Chce pan przez to powiedzieć, że mogę się wzbogacić? — urzędnik spojrzał na niego, a potem szybko odwrócił wzrok.

Trevize wahał się przez chwilę, nie wiedząc jak zinterpretować jego słowa, ale szybko zdecydował się. — Nie, skądże, nie chcę pana przekupić — powiedział. — Nie mam powodu tego robić… a poza tym nie wygląda pan na kogoś, kogo można przekupić, nawet gdybym tego chciał. Może pan przeszukać statek, jeśli pan chce.

— Nie ma potrzeby — rzekł urzędnik, odkładając kieszonkowy szperacz. — Wasz statek został już przebadany pod kątem ewentualnego przemytu jakiejś infekcji i nic nie znaleźliśmy. Przydzielono wam falę radiową, która naprowadzi was na lądowisko.

I wyszedł. Cała procedura trwała piętnaście minut.

— Mógł nam robić trudności? — spytał cicho Pelorat. — Naprawdę spodziewał się, że dostanie w łapę?

Trevize wzruszył ramionami. — Przekupywanie celników jest równie stare jak Galaktyka i na pewno dałbym mu łapówkę, gdyby jeszcze raz zrobił do tego jakąś aluzję. Ale przypuszczam, że wolał nie próbować na statku Fundacji, do tego takim dziwnym. Ta stara jędza Branno mówiła, że wszędzie, gdzie się znajdziemy, będzie nas chroniła nazwa Fundacji i nie myliła się… Mogło to nam zająć o wiele więcej czasu.

— Dlaczego? Wydawało mi się, że dowiedział się wszystkiego, czego chciał.

— Tak, ale był na tyle uprzejmy, że sprawdził statek przez radiodetektor, na odległość. Gdyby chciał, to mógłby przeszukać statek za pomocą urządzenia ręcznego, a to trwałoby długie godziny. Poza tym mógł nas umieścić w szpitalu polowym i trzymać tam przez wiele dni.

— Co takiego? Ależ, drogi przyjacielu!

— Nie podniecaj się tak. Przecież nie zrobił tego. Myślę, że mógł, ale nie zrobił. Znaczy to, że możemy swobodnie lądować. Najchętniej zrobiłbym to grawitacyjnie, co zajęłoby nam piętnaście minut, ale nie wiem, gdzie nam wyznaczyli lądowisko i nie chcę im. sprawiać kłopotu. Znaczy to, że będziemy musieli się kierować sygnałem radiowym i zrobić parę okrążeń wokół planety, co potrwa parę godzin. Pelorat zrobił zachwyconą minę:

— To wspaniale, Golan. Czy będziemy lecieli na tyle wolno, żeby przyjrzeć się planecie? — Podniósł swój przenośny ekran, pokazujący mapę Sayshell w niedużym powiększeniu.

— W pewnym sensie. Musimy zejść poniżej pułapu chmur, a będziemy się poruszali z prędkością kilku kilometrów na sekundę. To nie to samo, co podróż balonem, ale zorientujesz się w planetografii tego miejsca.

— Wspaniale! Wspaniale!

— Zastanawiam się jednak — rzekł z namysłem Trevize — czy zostaniemy na Sayshell tyle czasu, żeby warto było przestawić zegar pokładowy na czas lokalny.

— Myślę, że to zależy od tego, co mamy zamiar tu robić. Jak myślisz, Golan, co będziemy robić?

— Naszym zadaniem jest znaleźć Gaje. Nie wiem ile czasu nam to zabierze.

— Możemy przestawić nasze zegarki, a zegar pokładowy zostawić w spokoju — powiedział Pelorat.

— Dobra myśl — rzekł Trevize. Spojrzał na planetę rozciągającą się pod nimi. — Nie ma sensu dłużej czekać. Nakieruję komputer na przydzieloną nam falę radiową. Z jego pomocą możemy tak ustawić nasz napęd grawitacyjny, żeby nasz lot przypominał lot z użyciem silników konwencjonalnych. A więc, Janov, schodzimy do lądowania. Zobaczymy, co uda nam się znaleźć.

Patrzył w zamyśleniu na planetę, a tymczasem statek zaczął wchodzić na kurs przystosowany do pola grawitacyjnego planety.

Trevize nigdy przedtem nie był w Związku Sayshellskim, ale wiedział, że przez ostatnie sto lat był on nastawiony zdecydowanie nieprzyjaźnie do Fundacji. Był zaskoczony — i trochę skonsternowany — faktem, że tak szybko i gładko poszło im z Urzędem Celnym. Coś mu tu nie pasowało.

<p>40.</p>

Urzędnikiem celnym, który ich wpuścił, był Jogoroth Sobhaddartha. Spędził on na swej placówce pół życia, z niewielkimi przerwami.

Nie uskarżał się na takie życie, bo dzięki temu mógł przebywać co trzeci miesiąc z ulubionymi książkami, przy ulubionej muzyce, z dala od żony i dorastającego syna.

Oczywiście irytowało go, że od dwu lat szefem Urzędu Celnego był Śniciel. Trudno o bardziej nieznośną osobę niż ktoś, kto każde swoje działanie tłumaczy tym, że zostało mu ono nakazane w snach.

Sobhaddartha absolutnie nie wierzył w takie rzeczy, ale był na tyle przezorny, żeby tego głośno nie rozpowiadać. Większość mieszkańców Sayshell odnosiła się nieżyczliwie do ludzi powątpiewających w realność tego rodzaju zjawisk psychicznych. Gdyby zyskał sobie opinię materialisty, to jego emerytura stanęłaby pod znakiem zapytania.

Pogładził oba końce swej brody, jeden lewą, drugi prawą ręką, odchrząknął dość głośno i spytał, z raczej nieodpowiednią w stosunku do zwierzchnika obojętnością:

— Czy to ten statek, szefie?

Szef, który nosił tak samo sayshellskie nazwisko jak Sobhaddartha, a mianowicie nazywał się Namarath Godhisavatta, był akurat zajęty jakimiś danymi komputerowymi, więc nie podniósł nawet głowy. — Jaki statek? — spytał.

— „Odległa Gwiazda”, ten statek z Fundacji. Ten, który właśnie przepuściłem. Ten, który zholografowaliśmy z każdej strony. Czy to właśnie ten, który widział pan w śnie?

Teraz Godhisayatta podniósł głowę znad biurka. Był niskim mężczyzną, o niemal zupełnie czarnych oczach otoczonych siecią zmarszczek, które bynajmniej nie powstały od ciągłego uśmiechania się. — Dlaczego pan pyta?

Sobhaddartha wyprostował się i ściągnął swe ciemne, gęste brwi, tak że tworzyły prawie jedną kreskę.

— Powiedzieli, że są turystami, ale nigdy jeszcze nie widziałem takiego statku. Moim zdaniem, to agenci Fundacji.

Godhisayatta usiadł wygodniej na krześle.

— Kochany panie, nie przypominam sobie, żebym pytał o pańskie zdanie.

— Uważam, szefie, że jest moim patriotycznym obowiązkiem zwrócić pana uwagę na…

Godhisayatta skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał groźnie na podwładnego, który (choć wyglądał bardziej okazale niż on) pod tym spojrzeniem skurczył się nieco i przybrał niepewną minę. — Drogi panie — powiedział — jeśli dba pan trochę o swoje interesy, to niech pan robi, co pan ma robić, bez żadnych komentarzy, bo jeśli jeszcze raz usłyszę, że zabiera pan głos w sprawach, które do pana nie należą, to postaram się, żeby nie dostał pan emerytury.

— Tak jest, proszę pana — odparł cicho Sobhaddartha, ale zaraz dodał z podejrzaną służalczością w głosie: — Czy zameldowanie panu, że w zasięgu naszych ekranów znalazł się drugi statek, należy do moich obowiązków?

— Niech pan uważa, że już pan o tym zameldował — rzekł z irytacją Godhisayatta i powrócił do swych zajęć.

— Jest to statek — rzekł Sobhaddartha jeszcze bardziej uniżonym głosem — o cechach bardzo podobnych do tego, który właśnie przepuściłem.

Godhisayatta oparł ręce na biurku i podniósł się. — Drugi taki sam? — powiedział.

Sobhaddartha uśmiechnął się w duchu. Ten zrodzony z nieprawego łoża osobnik o krwiożerczych instynktach (miał na myśli swego przełożonego) najwidoczniej nie śnił o dwu statkach. — Wszystko na to wskazuje — powiedział głośno. — Zaraz wracam na swoje stanowisko i czekam na rozkazy. Mam nadzieję, że…

— Słucham?

Sobhaddartha nie mógł się powstrzymać od złośliwego komentarza, nawet za cenę utraty prawa do emerytury:

— Mam nadzieję, że przepuściliśmy właściwy.

<p>41.</p>

„Odległa Gwiazda” leciała szybko nad powierzchnią planety. Pelorat patrzył, zafascynowany, na przesuwające się w dole widoki. Warstwa chmur nad Sayshell była cieńsza i rzadsza niż nad Terminusem, a lądy, dokładnie tak, jak pokazywała mapa, bardziej zwarte i rozległejsze. Sądząc z rdzawego koloru dużych połaci lądów, znaczną część kontynentów zajmowały pustynie.

Nie widać było żadnych oznak życia. Sayshell wydawał się składać wyłącznie z jałowych pustyń, szarych równin, rozległych pofałdowań, które prawdopodobnie były łańcuchami górskimi i oczywiście z oceanów.

— Wygląda na świat pozbawiony życia — mruknął Pelorat.

— Chyba nie spodziewasz się dojrzeć oznak życia z tej wysokości — powiedział Trevize. — Kiedy zejdziemy niżej, zobaczysz pasma zieleni. Ale przedtem ujrzysz po stronie, gdzie jest teraz noc, krajobraz — usiany punkcikami świateł. Istoty ludzkie mają skłonność do oświetlania swoich światów nocą. Nigdy nie słyszałem, żeby jakiś świat był wyjątkiem od tej reguły. Innymi słowy, pierwsza oznaka życia, którą dostrzeżesz, będzie technologicznej natury.

— W końcu istoty ludzkie są stworzeniami dziennymi — rzekł z zadumą Pelorat. — Wydaje mi się, że jednym z najważniejszych zadań zaawansowanej techniki będzie zmiana nocy w dzień. Prawdę mówiąc, jeśli jakiś świat rozwijał technikę od zera, to rozwój ten można prześledzić studiując stopniowy wzrost siły oświetlenia jego zacienionej strony. Jak myślisz, ile czasu zajęłoby przejście od jednolitej ciemności do jednolitej jasności?

Trevize roześmiał się:

— Masz dziwne pomysły, ale myślę, że to się bierze stąd, że zajmujesz się mitami. Nie sądzę, żeby jakiś świat osiągnął kiedykolwiek jednolitą jasność. Oświetlenie nocne jest proporcjonalne do zagęszczenia ludności, a zatem żaden kontynent nie może być oświetlony równomiernie. Nawet Trantor u szczytu swego rozwoju, kiedy był jednym wielkim miastem, nie był jednakowo oświetlony we wszystkich miejscach.

Tak jak Trevize powiedział, pojawiły się na powierzchni planety smugi zieleni, a podczas ostatniego okrążenia globu Trevize wskazał Peloratowi plamy, które według niego były miastami. — To nie jest typowo miejski świat. Nigdy przedtem nie byłem w Związku Sayshellskim, ale z informacji, których dostarczył mi komputer, wynika, że są przywiązani do przeszłości. Technika kojarzy się całej Galaktyce z Fundacją i dlatego tam, gdzie Fundacja nie cieszy się sympatią, ludzie chętnie pielęgnują tradycję i podkreślają swe związki z przeszłością… Nie dotyczy to, rzecz jasna, broni. Zapewniam cię, że w tym względzie Sayshell bynajmniej nie jest staroświecki.

— Ojej, Golan, to chyba nie będzie nieprzyjemne, co? Jesteśmy przecież obywatelami Fundacji znajdującymi się na terytorium wroga…

— To nie jest terytorium wroga, Janov. Nie bój się, na pewno będą dla nas bardzo uprzejmi. Po prostu Fundacja nie cieszy się tu sympatią i tyle. Sayshell nie jest członkiem Federacji Fundacyjnej. I ponieważ są dumni ze swej niezawisłości, a także dlatego, że nie chcą się przyznać sami przed sobą, iż są znacznie słabsi od Fundacji i swoją niepodległość i niezawisłość zawdzięczają tylko temu, że Fundacji akurat to odpowiada, mogą sobie pozwolić na luksus nielubienia nas.

— Boją się, że tak czy inaczej pobyt tutaj nie będzie dla nas przyjemny — powiedział z przygnębieniem Pelorat.

— Skądże znowu — rzekł Trevize. — Daj spokój, Janov. Mówię o oficjalnym stanowisku rządu sayshellskiego. Natomiast pojedynczy ludzie na tej planecie są takimi samymi ludźmi jak my i jeśli tylko będziemy w stosunku do nich uprzejmi i nie będziemy się zachowywali, jakbyśmy byli panami Galaktyki, to oni też będą uprzejmi. Nie przylecieliśmy tutaj po to, żeby ustanowić panowanie Fundacji. Jesteśmy zwykłymi turystami i będziemy pytać tylko o to, o co zapytałby każdy turysta.

A jeśli sytuacja na to pozwoli, to trochę się zabawimy. Nic złego się nie stanie, jeśli zostaniemy tu parę dni i skorzystamy z rozrywek, które oferują turystom. Może mają ciekawą kulturę, ciekawe krajobrazy, dobre jedzenie, a jeśli nie, to może są tu atrakcyjne kobiety. Mamy przecież pieniądze.

Pelorat zmarszczył czoło. — Ależ, drogi przyjacielu! — westchnął.

— Daj spokój — rzekł Trevize. — Nie jesteś taki stary. Nie interesuje cię to?

— Nie powiem, żebym kiedyś nie potrafił dobrze grać tej roli, ale teraz nie czas na to. Mamy misję do spełnienia. Musimy odnaleźć Gaje. Nie mam nic przeciwko rozrywkom, naprawdę, ale jeśli damy się w nie wciągnąć, to może nam być trudno oderwać się od nich. — Potrząsnął głową i powiedział: — Myślę, że bałeś się, że Biblioteka Galaktyczna na Trantorze może mnie tak wciągnąć, że nie będę mógł się od niej oderwać. Otóż atrakcyjna czarnooka panienka albo pięć czy sześć panienek może być dla ciebie tym samym, czym dla mnie Biblioteka.

— Nie jestem hulaką Janov, ale nie mam też zamiaru zostać ascetą. Dobrze więc, obiecuję ci, że zajmiemy się Gają, ale jeśli zdarzy mi się spotkać coś przyjemnego, to nie widzę żadnego powodu, żebym nie miał zareagować normalnie.

— Jeśli tylko będziesz stawiał sprawę Gai na pierwszym miejscu…

— Będę. Ale pamiętaj, nie mów nikomu, że jesteśmy z Fundacji. I tak będą o tym wiedzieli, bo mamy kredyty fundacyjne i mówimy dialektem terminuskim, ale jeśli nie będziemy nic o tym mówili, to będą nas traktowali przyjaźnie, jakbyśmy pochodzili z całkiem innej planety. Natomiast jeśli będziemy podkreślali, że jesteśmy z Fundacji, to co prawda będą się do nas zwracali uprzejmie, ale nic nam nie powiedzą, nic nam nie pokażą, nigdzie nas nie zaprowadzą i w ogóle będziemy zdani sami na siebie.

— Nigdy nie zdołam zrozumieć ludzi — westchnął Pelorat.

— To nie ma nic do rzeczy. Wystarczy, żebyś się przyjrzał dokładnie sam sobie, a zrozumiesz innych. Niczym nie różnimy się od innych ludzi. Czy Seldon mógłby opracować swój Plan, nawet posługując się nie wiem jak doskonałą matematyką, gdyby nie rozumiał ludzi? I jak mógłby zrozumieć ludzi, gdyby nie było to łatwe? Pokaż mi kogoś, kto nie potrafi zrozumieć ludzi, a ja ci wykażę, że to ktoś, kto stworzył fałszywy obraz swej własnej osoby. Nie bierz tego do siebie.

— Nie biorę. Muszę przyznać, że brak mi doświadczenia w tych sprawach i że prowadziłem raczej samotne życie, nie zwracając uwagi na innych. Być może, że tak naprawdę nigdy nie spróbowałem przyjrzeć się sam sobie. A więc tam, gdzie chodzi o innych ludzi, będę polegał na twoich radach.

— Dobrze. Wobec tego przyjmij moją radę i na razie oglądaj krajobraz. Niedługo wylądujemy. Zapewniam cię, że nic nie poczujesz. Komputer i ja zajmiemy się wszystkim.

— Golan, nie złość się na mnie. Jeśli jakaś kobieta…

— Daj już temu spokój. Teraz muszę się zająć przygotowaniami do lądowania.

Pelorat skupił uwagę na planecie, ku której się zbliżali, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi. Będzie to pierwszy obcy świat, na którym stanie. Świadomość tego zrodziła w nim w jakiś niewytłumaczalny sposób przeczucie, że spotka ich coś złego. A przecież wszystkie z tych milionów zamieszkanych planet w Galaktyce zostały skolonizowane przez ludzi, którzy się na nich nie urodzili. „Wszystkie, z wyjątkiem jednej” — pomyślał z dreszczykiem emocji.

<p>42.</p>

W porównaniu z portami Fundacji, port kosmiczny na Sayshell nie był duży, ale dobrze utrzymany. Trevize dopilnował odstawienia „Odległej Gwiazdy” na miejsce postojowe. Dostali szczegółowy kwit, z mnóstwem zakodowanych danych.

— Zostawimy tak statek? — spytał cicho Pelorat.

Trevize skinął głową i położył uspokajającym gestem dłoń na jego ramieniu. — Nie martw się — powiedział równie cichym głosem.

Wsiedli do samochodu, który wypożyczyli na miejscu i Trevize zaczął studiować mapę miasta, którego wieżowce widać było na horyzoncie.

— Sayshell, stolica planety — powiedział. — Miasto, planeta i gwiazda, wokół której krąży — wszystko ma tę samą nazwę, Sayshell.

— Niepokoję się o statek — rzekł Pelorat.

— Nie ma się o co niepokoić — odparł Trevize. — Wieczorem wrócimy, bo jeśli będziemy musieli zostać tu dłużej niż parę godzin, będziemy nocować na statku. Musisz też wiedzieć, że we wszystkich portach Galaktyki przestrzega się międzygwiezdnego kodeksu moralnego i — o ile mi wiadomo — nie złamano jego zasad ani razu, nawet podczas wojny. Statki, które przylatują w pokojowych celach, są nietykalne. Gdyby nie przestrzegano tej zasady, to nikt nie czułby się bezpiecznie i nie byłoby w ogóle mowy o handlu. Gdyby jakiś świat złamał tę zasadę, to zostałby zbojkotowany przez wszystkich pilotów w Galaktyce. Możesz być pewien, że żaden świat nie chciałby tego ryzykować. Poza tym…

— Poza tym co?

— Poza tym komputer otrzymał polecenie, żeby każdy, kto nie wygląda i nie mówi jak my, został zabity przy próbie dostania się na statek. Pozwoliłem sobie wyjaśnić to komendantowi portu. Powiedziałem mu bardzo grzecznie, że chciałbym wyłączyć to urządzenie przez wzgląd na dobrą sławę, jaką cieszy się w Galaktyce port kosmiczny Sayshell, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i nienaruszalność obcych statków, ale że nasz statek jest nowym modelem i po prostu nie wiem, jak się to wyłącza.

— Na pewno ci nie uwierzył.

— Oczywiście, że nie. Ale musiał udawać, że wierzy, bo w przeciwnym razie musiałby poczuć się obrażony. A ponieważ w takim przypadku nie mógłby nic zrobić, byłoby to dla niego upokorzeniem. A ponieważ nie chciał zostać upokorzony, to jedynym wyjściem było udawać, że mi wierzy.

— To ma być kolejny przykład na to, jacy są ludzie?

— Tak. Przyzwyczaisz się do tego.

— A skąd wiesz, że ten samochód nie jest na podsłuchu?

— Pomyślałem, że to całkiem możliwe i kiedy mi zaproponowali wóz, to wybrałem inny, na chybił trafił. A jeśli wszystkie są na podsłuchu… w końcu nie rozmawiamy o niczym strasznym, prawda?

Pelorat miał nieszczęśliwą minę. — Nie wiem, jak to powiedzieć. Nie wypada się skarżyć, ale nie podoba mi się ten zapach. Jakoś tu… śmierdzi.

— W samochodzie?

— Przede wszystkim w porcie. Myślę, że to normalny zapach portu kosmicznego, ale ten smród został w samochodzie. Może otworzymy okna?

Trevize wybuchnął śmiechem. — Przypuszczam, że potrafiłbym znaleźć odpowiedni przycisk na desce rozdzielczej, ale to nic nie pomoże. To ta planeta śmierdzi. Czy ci to aż tak bardzo przeszkadza?

— Ten zapach nie jest silny, ale wyczuwalny… i trochę mnie odrzuca. Cały ten świat tak śmierdzi?

— Stale zapominam, że nigdy jeszcze nie byłeś na żadnym obcym świecie. Każdy zamieszkany świat ma swój specyficzny zapach. To w głównej mierze sprawa lokalnej roślinności, ale myślę, że dokładają się do tego zwierzęta, a nawet ludzie. O ile mi wiadomo, nikomu nie podoba się zapach świata, na którym po raz pierwszy się znajdzie. Ale przyzwyczaisz się do tego, Janov. Zobaczysz, że za parę godzin nie będziesz już tego czuł.

— Nie chcesz chyba powiedzieć, że wszystkie światy pachną tak, jak ten.

— Skądże. Powiedziałem już, że każdy ma swój własny zapach. Gdybyśmy na to zwracali szczególną uwagę albo gdybyśmy mieli czulszy węch, jak na przykład anakreońskie psy, to prawdopodobnie moglibyśmy po zapachu rozpoznać każdy świat. Kiedy byłem we flocie wojennej, to podczas pierwszego dnia pobytu na jakimś nowym świecie nie mogłem w ogóle jeść. Potem poznałem stary przestrzeniarski sposób — trzeba podczas lądowania na jakimś świecie wąchać chusteczkę z zapachem tego świata. Kiedy się potem człowiek znajdzie na wolnym powietrzu, nic już nie czuje. A po pewnym czasie obojętnieje się na to w ogóle; po prostu przestaje się zwracać uwagę na takie rzeczy… Prawdę mówiąc, najgorszy jest zawsze powrót do domu.

— Dlaczego?

— Myślisz, że Terminus nie ma swojego zapachu?

— Chcesz przez to powiedzieć, że ma?

— Oczywiście, że ma. Kiedy się już przyzwyczaisz do zapachu innego świata, powiedzmy Sayshell, to dopiero przekonasz się, jak śmierdzi Terminus. W dawnych czasach, kiedy po dłuższej służbie w przestrzeni statek wracał i otwierały się luki, cała załoga krzyczała „Z powrotem w domu i w gównie”.

Pelorat zrobił obrażoną minę.

Wieżowce były coraz bliżej, ale Pelorat przyglądał się najbliższemu otoczeniu. W obu kierunkach mknęły samochody, a od czasu do czasu pokazywał się samolot, ale Pelorat przyglądał się drzewom.

— Dziwne są tutaj rośliny. — powiedział. — Jak myślisz, czy któreś z nich są endemiczne?

— Wątpię — odparł Trevize, pochłonięty czym innym. Studiował mapę i starał się nastawić programowanie komputera samochodowego. — Wśród zamieszkanych przez ludzi planet nie ma takiej, na której zachowałoby się dużo endemicznych form życia. Osadnicy zawsze sprowadzali ze sobą rośliny i zwierzęta — albo już w momencie osiedlenia się, albo niedługo potem.

— A jednak tutejsze rośliny wydają się dziwne.

— Nie spodziewasz się chyba, Janov, że na każdym świecie znajdziesz te same odmiany. Ktoś mi kiedyś mówił, że Encyklopedyści, wiesz ci od Encyklopedii Galaktycznej, opracowali atlas odmian roślin i zwierząt, który składał się z osiemdziesięciu siedmiu grubych dysków komputerowych, a mimo to nie był kompletny, a co więcej — w chwili, kiedy został ukończony, był już nieaktualny.

Kiedy tak rozmawiali, samochód szybko mknął przed siebie i po chwili rozwarły się przed nimi i pochłonęły ich przedmieścia Sayshell. Pelorat lekko drżał. — Niezbyt mi się podoba ich architektura — powiedział.

— Co kraj, to obyczaj — odparł Trevize obojętnym tonem obieżyświata.

— A dokąd właściwie jedziemy?

— Ba, żebym to ja wiedział — powiedział Trevize z lekką irytacją. — Próbuję nastawić komputer, żeby zaprowadził nas do centralnej informacji turystycznej. Mam nadzieję, że ten komputer orientuje się w ulicach jednokierunkowych i zasadach ruchu, bo ja nie.

— A co tam mamy robić, Golan?

— Po pierwsze jesteśmy turystami, a to jest właśnie miejsce, od którego zaczyna każdy normalny turysta. Nie chcemy się rzucać w oczy, więc musimy się zachowywać jak najnaturalniej. A po drugie, gdzie chciałbyś zdobyć wiadomości na temat Gai?

— Na uniwersytecie… albo w jakimś towarzystwie antropologicznym… albo w muzeum… Na pewno nie w centralnej informacji turystycznej.

— No i jesteś w błędzie. W informacji turystycznej będziemy wyglądali na intelektualistów, którzy chcą dostać wykaz wyższych uczelni znajdujących się w mieście, muzeów i tak dalej. Potem pomyślimy, gdzie się najpierw skierować i tam, gdzie pojedziemy, możemy znaleźć kompetentne osoby, które udzielą nam informacji z dziedziny historii starożytnej, galaktografii, mitologii, antropologii czy co tam jeszcze będziesz chciał. Ale musimy zacząć od informacji turystycznej, żeby wiedzieć gdzie co jest.

Pelorat nic na to nie powiedział. Samochód włączył się do ruchu ulicznego i posuwał się już wolniej, zwalniając, stając i przyspieszając na przemian. Skręcili w jakąś boczną ulicę i jechali mijając znaki, które być może oznaczały zakazy, nakazy i inne instrukcje, ale miały tak zawiłe napisy, że prawie nie sposób było je odcyfrować.

Na szczęście samochód zachowywał się tak, jak gdyby sam znał drogę i kiedy zatrzymał się i ustawił na parkingu, zobaczyli znak z napisem „Sayshellskie środowisko przybyszów z innych światów”, zredagowanym tym samym zawiłym pismem, co inne znaki drogowe i tabliczkę z normalnymi, łatwymi do odczytania literami głoszącą, że jest to „Centralna Informacja Turystyczna na Sayshell”.

Weszli do budynku, który okazał się mniejszy, niż można było sądzić przyglądając mu się z zewnątrz. Nie było tam zbyt dużego ruchu.

Z jednej strony znajdował się rząd kabin, z których jedna zajęta była przez mężczyznę czytającego paski z najnowszymi wiadomościami wysuwające się wolno z niewielkiego aparatu, inna przez dwie kobiety, które wydawały się pochłonięte skomplikowaną grą w karty i jakieś płytki. Za komputerem, stanowczo zbyt dużym dla niego, nad klawiaturą, która wydawała się zbyt skomplikowana, tkwił znudzony urzędnik w uniformie, który przypominał wielobarwną szachownicę. Pelorat zagapił się na niego i rzekł szeptem:

— Mają tu ekstrawagancką modę.

— Tak — odparł Trevize. — Zdążyłem to zauważyć. No cóż, każdy świat, a niekiedy każdy region tego samego świata, ma swoją modę. Zresztą moda zmienia się. Niewykluczone, że pięćdziesiąt lat temu na Sayshell wszyscy ubierali się na czarno. Nie zwracaj na to uwagi, Janov.

— Myślę, że będę musiał się do tego zastosować — powiedział Pelorat — ale — wolę naszą własną modę. Przynajmniej nie razi oczu.

— Dlatego, że tylu ludzi u nas lubi szary kolor? To razi wiele osób. Sam słyszałem, jak ktoś nazwał to „ubieraniem się w brudne łachy”. A poza tym, to prawdopodobnie nasze szare ubiory spowodowały, że ludzie tutaj stroją się we wszystkie kolory tęczy. Chcą w ten sposób podkreślić swoją odmienność i niezawisłość. Tak czy inaczej, przyzwyczaisz się do tego wszystkiego… Idziemy, Janov.

Skierowali się w stronę urzędnika i w tej samej chwili mężczyzna czytający dotąd wiadomości podniósł się, wyszedł z kabiny i z uśmiechem podszedł do nich. Jego ubranie było szare.

Trevize w pierwszej chwili nie zwrócił na niego uwagi, ale kiedy spojrzał, zamarł.

Zaczerpnął głęboko powietrza. — Na Galaktykę… — zawołał. — To ten zdrajca!


39.

<p>39.</p>

Janov Pelorat patrzył po raz pierwszy w życiu, jak — po manewrze, który Trevize określił mianem mikroskoku — jasna gwiazda zmienia się powoli w kulę. Sayshell, cel ich podróży, czwarta i jedyna zamieszkana planeta systemu, rósł jednak znacznie wolniej. Na zbliżenie się do niego potrzebowali kilku dni.

Komputer wykreślił jego mapę i przedstawił na małym, przenośnym ekranie, który Pelorat trzymał w rękach.

Trevize, ze spokojem i pewnością kogoś, kto w swoim czasie zwiedził parę dziesiątków planet, powiedział:

— Nie oczekuj, że od razu dużo zobaczysz. Najpierw będziemy musieli przejść przez stację wejściową, a to może być nudne.

Pelorat podniósł głowę znad ekranu:

— Ale to na pewno tylko formalność.

— Tak. Niemniej jednak może to być nudne.

— Ale przecież w Galaktyce panuje pokój.

— Oczywiście. Znaczy to, że nas wpuszczą. Ale jest jeszcze sprawa równowagi ekologicznej. Żadna planeta nie chce dopuścić do tego, żeby została zachwiana, jest więc zupełnie naturalne, że dokładnie sprawdzają każdy statek, szukając niepożądanych organizmów. To zupełnie zrozumiała ostrożność.

— Wydaje mi się, że na naszym statku nie ma nic z tych rzeczy.

— Oczywiście, że nie ma, ale muszą to sprawdzić. Pamiętaj też o tym, że Sayshell nie jest członkiem Federacji Fundacyjnej, a więc na pewno będą trochę przeciągać formalności, ażeby zademonstrować swoją niezależność.

Podleciał do nich mały statek służby granicznej i na pokład wszedł urzędnik celny. Trevize mówił energicznym głosem, krótkimi zdaniami. Nie zapomniał jeszcze czasów, kiedy odbywał służbę wojskową.

— „Odległa Gwiazda”, z Terminusa. Papiery — statku — powiedział, wręczając je urzędnikowi. — Nieuzbrojony, prywatny statek. Oto mój paszport. Mam jednego pasażera. To jego paszport. Jesteśmy turystami.

Urzędnik celny miał na sobie uniform w jaskrawych kolorach, z przewagą szkarłatu. Policzki i górną wargę miał gładko wygolone, ale nosił rozwidloną na końcu brodę. — Statek z Fundacji? — spytał.

W rzeczywistości powiedział „statek z Fundacji”, ale Trevize pilnował się, aby nie pokazać niczym, że go to rozśmieszyło. Nie próbował też go poprawiać. Uniwersalny język galaktyczny miał tyle odmian, ile było planet i mieszkańcy każdej z nich mówili po swojemu. Skoro potrafili się między sobą porozumieć, to różnice między poszczególnymi dialektami były nieistotne.

— Tak — rzekł Trevize. — Statek z Fundacji. Prywatny.

— Bardzo dobrze… Jaki macie przewóz?

— Przepraszam, co?

— Przewóz. Co przewozicie?

— A, ładunek… Oto dokładny spis. Tylko rzeczy osobiste. Nie przylecieliśmy tu na handel. Jak już mówiłem, jesteśmy turystami.

Urzędnik rozejrzał się z zaciekawieniem. — Trochę za dobry statek, jak na turystów — powiedział.

— Ale nie według kryteriów Fundacji — odparł Trevize, udając, że jest w świetnym nastroju. — Poza tym dobrze mi się powodzi i mogę sobie na taki pozwolić.

— Chce pan przez to powiedzieć, że mogę się wzbogacić? — urzędnik spojrzał na niego, a potem szybko odwrócił wzrok.

Trevize wahał się przez chwilę, nie wiedząc jak zinterpretować jego słowa, ale szybko zdecydował się. — Nie, skądże, nie chcę pana przekupić — powiedział. — Nie mam powodu tego robić… a poza tym nie wygląda pan na kogoś, kogo można przekupić, nawet gdybym tego chciał. Może pan przeszukać statek, jeśli pan chce.

— Nie ma potrzeby — rzekł urzędnik, odkładając kieszonkowy szperacz. — Wasz statek został już przebadany pod kątem ewentualnego przemytu jakiejś infekcji i nic nie znaleźliśmy. Przydzielono wam falę radiową, która naprowadzi was na lądowisko.

I wyszedł. Cała procedura trwała piętnaście minut.

— Mógł nam robić trudności? — spytał cicho Pelorat. — Naprawdę spodziewał się, że dostanie w łapę?

Trevize wzruszył ramionami. — Przekupywanie celników jest równie stare jak Galaktyka i na pewno dałbym mu łapówkę, gdyby jeszcze raz zrobił do tego jakąś aluzję. Ale przypuszczam, że wolał nie próbować na statku Fundacji, do tego takim dziwnym. Ta stara jędza Branno mówiła, że wszędzie, gdzie się znajdziemy, będzie nas chroniła nazwa Fundacji i nie myliła się… Mogło to nam zająć o wiele więcej czasu.

— Dlaczego? Wydawało mi się, że dowiedział się wszystkiego, czego chciał.

— Tak, ale był na tyle uprzejmy, że sprawdził statek przez radiodetektor, na odległość. Gdyby chciał, to mógłby przeszukać statek za pomocą urządzenia ręcznego, a to trwałoby długie godziny. Poza tym mógł nas umieścić w szpitalu polowym i trzymać tam przez wiele dni.

— Co takiego? Ależ, drogi przyjacielu!

— Nie podniecaj się tak. Przecież nie zrobił tego. Myślę, że mógł, ale nie zrobił. Znaczy to, że możemy swobodnie lądować. Najchętniej zrobiłbym to grawitacyjnie, co zajęłoby nam piętnaście minut, ale nie wiem, gdzie nam wyznaczyli lądowisko i nie chcę im. sprawiać kłopotu. Znaczy to, że będziemy musieli się kierować sygnałem radiowym i zrobić parę okrążeń wokół planety, co potrwa parę godzin. Pelorat zrobił zachwyconą minę:

— To wspaniale, Golan. Czy będziemy lecieli na tyle wolno, żeby przyjrzeć się planecie? — Podniósł swój przenośny ekran, pokazujący mapę Sayshell w niedużym powiększeniu.

— W pewnym sensie. Musimy zejść poniżej pułapu chmur, a będziemy się poruszali z prędkością kilku kilometrów na sekundę. To nie to samo, co podróż balonem, ale zorientujesz się w planetografii tego miejsca.

— Wspaniale! Wspaniale!

— Zastanawiam się jednak — rzekł z namysłem Trevize — czy zostaniemy na Sayshell tyle czasu, żeby warto było przestawić zegar pokładowy na czas lokalny.

— Myślę, że to zależy od tego, co mamy zamiar tu robić. Jak myślisz, Golan, co będziemy robić?

— Naszym zadaniem jest znaleźć Gaje. Nie wiem ile czasu nam to zabierze.

— Możemy przestawić nasze zegarki, a zegar pokładowy zostawić w spokoju — powiedział Pelorat.

— Dobra myśl — rzekł Trevize. Spojrzał na planetę rozciągającą się pod nimi. — Nie ma sensu dłużej czekać. Nakieruję komputer na przydzieloną nam falę radiową. Z jego pomocą możemy tak ustawić nasz napęd grawitacyjny, żeby nasz lot przypominał lot z użyciem silników konwencjonalnych. A więc, Janov, schodzimy do lądowania. Zobaczymy, co uda nam się znaleźć.

Patrzył w zamyśleniu na planetę, a tymczasem statek zaczął wchodzić na kurs przystosowany do pola grawitacyjnego planety.

Trevize nigdy przedtem nie był w Związku Sayshellskim, ale wiedział, że przez ostatnie sto lat był on nastawiony zdecydowanie nieprzyjaźnie do Fundacji. Był zaskoczony — i trochę skonsternowany — faktem, że tak szybko i gładko poszło im z Urzędem Celnym. Coś mu tu nie pasowało.


40.

<p>40.</p>

Urzędnikiem celnym, który ich wpuścił, był Jogoroth Sobhaddartha. Spędził on na swej placówce pół życia, z niewielkimi przerwami.

Nie uskarżał się na takie życie, bo dzięki temu mógł przebywać co trzeci miesiąc z ulubionymi książkami, przy ulubionej muzyce, z dala od żony i dorastającego syna.

Oczywiście irytowało go, że od dwu lat szefem Urzędu Celnego był Śniciel. Trudno o bardziej nieznośną osobę niż ktoś, kto każde swoje działanie tłumaczy tym, że zostało mu ono nakazane w snach.

Sobhaddartha absolutnie nie wierzył w takie rzeczy, ale był na tyle przezorny, żeby tego głośno nie rozpowiadać. Większość mieszkańców Sayshell odnosiła się nieżyczliwie do ludzi powątpiewających w realność tego rodzaju zjawisk psychicznych. Gdyby zyskał sobie opinię materialisty, to jego emerytura stanęłaby pod znakiem zapytania.

Pogładził oba końce swej brody, jeden lewą, drugi prawą ręką, odchrząknął dość głośno i spytał, z raczej nieodpowiednią w stosunku do zwierzchnika obojętnością:

— Czy to ten statek, szefie?

Szef, który nosił tak samo sayshellskie nazwisko jak Sobhaddartha, a mianowicie nazywał się Namarath Godhisavatta, był akurat zajęty jakimiś danymi komputerowymi, więc nie podniósł nawet głowy. — Jaki statek? — spytał.

— „Odległa Gwiazda”, ten statek z Fundacji. Ten, który właśnie przepuściłem. Ten, który zholografowaliśmy z każdej strony. Czy to właśnie ten, który widział pan w śnie?

Teraz Godhisayatta podniósł głowę znad biurka. Był niskim mężczyzną, o niemal zupełnie czarnych oczach otoczonych siecią zmarszczek, które bynajmniej nie powstały od ciągłego uśmiechania się. — Dlaczego pan pyta?

Sobhaddartha wyprostował się i ściągnął swe ciemne, gęste brwi, tak że tworzyły prawie jedną kreskę.

— Powiedzieli, że są turystami, ale nigdy jeszcze nie widziałem takiego statku. Moim zdaniem, to agenci Fundacji.

Godhisayatta usiadł wygodniej na krześle.

— Kochany panie, nie przypominam sobie, żebym pytał o pańskie zdanie.

— Uważam, szefie, że jest moim patriotycznym obowiązkiem zwrócić pana uwagę na…

Godhisayatta skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał groźnie na podwładnego, który (choć wyglądał bardziej okazale niż on) pod tym spojrzeniem skurczył się nieco i przybrał niepewną minę. — Drogi panie — powiedział — jeśli dba pan trochę o swoje interesy, to niech pan robi, co pan ma robić, bez żadnych komentarzy, bo jeśli jeszcze raz usłyszę, że zabiera pan głos w sprawach, które do pana nie należą, to postaram się, żeby nie dostał pan emerytury.

— Tak jest, proszę pana — odparł cicho Sobhaddartha, ale zaraz dodał z podejrzaną służalczością w głosie: — Czy zameldowanie panu, że w zasięgu naszych ekranów znalazł się drugi statek, należy do moich obowiązków?

— Niech pan uważa, że już pan o tym zameldował — rzekł z irytacją Godhisayatta i powrócił do swych zajęć.

— Jest to statek — rzekł Sobhaddartha jeszcze bardziej uniżonym głosem — o cechach bardzo podobnych do tego, który właśnie przepuściłem.

Godhisayatta oparł ręce na biurku i podniósł się. — Drugi taki sam? — powiedział.

Sobhaddartha uśmiechnął się w duchu. Ten zrodzony z nieprawego łoża osobnik o krwiożerczych instynktach (miał na myśli swego przełożonego) najwidoczniej nie śnił o dwu statkach. — Wszystko na to wskazuje — powiedział głośno. — Zaraz wracam na swoje stanowisko i czekam na rozkazy. Mam nadzieję, że…

— Słucham?

Sobhaddartha nie mógł się powstrzymać od złośliwego komentarza, nawet za cenę utraty prawa do emerytury:

— Mam nadzieję, że przepuściliśmy właściwy.


41.

<p>41.</p>

„Odległa Gwiazda” leciała szybko nad powierzchnią planety. Pelorat patrzył, zafascynowany, na przesuwające się w dole widoki. Warstwa chmur nad Sayshell była cieńsza i rzadsza niż nad Terminusem, a lądy, dokładnie tak, jak pokazywała mapa, bardziej zwarte i rozległejsze. Sądząc z rdzawego koloru dużych połaci lądów, znaczną część kontynentów zajmowały pustynie.

Nie widać było żadnych oznak życia. Sayshell wydawał się składać wyłącznie z jałowych pustyń, szarych równin, rozległych pofałdowań, które prawdopodobnie były łańcuchami górskimi i oczywiście z oceanów.

— Wygląda na świat pozbawiony życia — mruknął Pelorat.

— Chyba nie spodziewasz się dojrzeć oznak życia z tej wysokości — powiedział Trevize. — Kiedy zejdziemy niżej, zobaczysz pasma zieleni. Ale przedtem ujrzysz po stronie, gdzie jest teraz noc, krajobraz — usiany punkcikami świateł. Istoty ludzkie mają skłonność do oświetlania swoich światów nocą. Nigdy nie słyszałem, żeby jakiś świat był wyjątkiem od tej reguły. Innymi słowy, pierwsza oznaka życia, którą dostrzeżesz, będzie technologicznej natury.

— W końcu istoty ludzkie są stworzeniami dziennymi — rzekł z zadumą Pelorat. — Wydaje mi się, że jednym z najważniejszych zadań zaawansowanej techniki będzie zmiana nocy w dzień. Prawdę mówiąc, jeśli jakiś świat rozwijał technikę od zera, to rozwój ten można prześledzić studiując stopniowy wzrost siły oświetlenia jego zacienionej strony. Jak myślisz, ile czasu zajęłoby przejście od jednolitej ciemności do jednolitej jasności?

Trevize roześmiał się:

— Masz dziwne pomysły, ale myślę, że to się bierze stąd, że zajmujesz się mitami. Nie sądzę, żeby jakiś świat osiągnął kiedykolwiek jednolitą jasność. Oświetlenie nocne jest proporcjonalne do zagęszczenia ludności, a zatem żaden kontynent nie może być oświetlony równomiernie. Nawet Trantor u szczytu swego rozwoju, kiedy był jednym wielkim miastem, nie był jednakowo oświetlony we wszystkich miejscach.

Tak jak Trevize powiedział, pojawiły się na powierzchni planety smugi zieleni, a podczas ostatniego okrążenia globu Trevize wskazał Peloratowi plamy, które według niego były miastami. — To nie jest typowo miejski świat. Nigdy przedtem nie byłem w Związku Sayshellskim, ale z informacji, których dostarczył mi komputer, wynika, że są przywiązani do przeszłości. Technika kojarzy się całej Galaktyce z Fundacją i dlatego tam, gdzie Fundacja nie cieszy się sympatią, ludzie chętnie pielęgnują tradycję i podkreślają swe związki z przeszłością… Nie dotyczy to, rzecz jasna, broni. Zapewniam cię, że w tym względzie Sayshell bynajmniej nie jest staroświecki.

— Ojej, Golan, to chyba nie będzie nieprzyjemne, co? Jesteśmy przecież obywatelami Fundacji znajdującymi się na terytorium wroga…

— To nie jest terytorium wroga, Janov. Nie bój się, na pewno będą dla nas bardzo uprzejmi. Po prostu Fundacja nie cieszy się tu sympatią i tyle. Sayshell nie jest członkiem Federacji Fundacyjnej. I ponieważ są dumni ze swej niezawisłości, a także dlatego, że nie chcą się przyznać sami przed sobą, iż są znacznie słabsi od Fundacji i swoją niepodległość i niezawisłość zawdzięczają tylko temu, że Fundacji akurat to odpowiada, mogą sobie pozwolić na luksus nielubienia nas.

— Boją się, że tak czy inaczej pobyt tutaj nie będzie dla nas przyjemny — powiedział z przygnębieniem Pelorat.

— Skądże znowu — rzekł Trevize. — Daj spokój, Janov. Mówię o oficjalnym stanowisku rządu sayshellskiego. Natomiast pojedynczy ludzie na tej planecie są takimi samymi ludźmi jak my i jeśli tylko będziemy w stosunku do nich uprzejmi i nie będziemy się zachowywali, jakbyśmy byli panami Galaktyki, to oni też będą uprzejmi. Nie przylecieliśmy tutaj po to, żeby ustanowić panowanie Fundacji. Jesteśmy zwykłymi turystami i będziemy pytać tylko o to, o co zapytałby każdy turysta.

A jeśli sytuacja na to pozwoli, to trochę się zabawimy. Nic złego się nie stanie, jeśli zostaniemy tu parę dni i skorzystamy z rozrywek, które oferują turystom. Może mają ciekawą kulturę, ciekawe krajobrazy, dobre jedzenie, a jeśli nie, to może są tu atrakcyjne kobiety. Mamy przecież pieniądze.

Pelorat zmarszczył czoło. — Ależ, drogi przyjacielu! — westchnął.

— Daj spokój — rzekł Trevize. — Nie jesteś taki stary. Nie interesuje cię to?

— Nie powiem, żebym kiedyś nie potrafił dobrze grać tej roli, ale teraz nie czas na to. Mamy misję do spełnienia. Musimy odnaleźć Gaje. Nie mam nic przeciwko rozrywkom, naprawdę, ale jeśli damy się w nie wciągnąć, to może nam być trudno oderwać się od nich. — Potrząsnął głową i powiedział: — Myślę, że bałeś się, że Biblioteka Galaktyczna na Trantorze może mnie tak wciągnąć, że nie będę mógł się od niej oderwać. Otóż atrakcyjna czarnooka panienka albo pięć czy sześć panienek może być dla ciebie tym samym, czym dla mnie Biblioteka.

— Nie jestem hulaką Janov, ale nie mam też zamiaru zostać ascetą. Dobrze więc, obiecuję ci, że zajmiemy się Gają, ale jeśli zdarzy mi się spotkać coś przyjemnego, to nie widzę żadnego powodu, żebym nie miał zareagować normalnie.

— Jeśli tylko będziesz stawiał sprawę Gai na pierwszym miejscu…

— Będę. Ale pamiętaj, nie mów nikomu, że jesteśmy z Fundacji. I tak będą o tym wiedzieli, bo mamy kredyty fundacyjne i mówimy dialektem terminuskim, ale jeśli nie będziemy nic o tym mówili, to będą nas traktowali przyjaźnie, jakbyśmy pochodzili z całkiem innej planety. Natomiast jeśli będziemy podkreślali, że jesteśmy z Fundacji, to co prawda będą się do nas zwracali uprzejmie, ale nic nam nie powiedzą, nic nam nie pokażą, nigdzie nas nie zaprowadzą i w ogóle będziemy zdani sami na siebie.

— Nigdy nie zdołam zrozumieć ludzi — westchnął Pelorat.

— To nie ma nic do rzeczy. Wystarczy, żebyś się przyjrzał dokładnie sam sobie, a zrozumiesz innych. Niczym nie różnimy się od innych ludzi. Czy Seldon mógłby opracować swój Plan, nawet posługując się nie wiem jak doskonałą matematyką, gdyby nie rozumiał ludzi? I jak mógłby zrozumieć ludzi, gdyby nie było to łatwe? Pokaż mi kogoś, kto nie potrafi zrozumieć ludzi, a ja ci wykażę, że to ktoś, kto stworzył fałszywy obraz swej własnej osoby. Nie bierz tego do siebie.

— Nie biorę. Muszę przyznać, że brak mi doświadczenia w tych sprawach i że prowadziłem raczej samotne życie, nie zwracając uwagi na innych. Być może, że tak naprawdę nigdy nie spróbowałem przyjrzeć się sam sobie. A więc tam, gdzie chodzi o innych ludzi, będę polegał na twoich radach.

— Dobrze. Wobec tego przyjmij moją radę i na razie oglądaj krajobraz. Niedługo wylądujemy. Zapewniam cię, że nic nie poczujesz. Komputer i ja zajmiemy się wszystkim.

— Golan, nie złość się na mnie. Jeśli jakaś kobieta…

— Daj już temu spokój. Teraz muszę się zająć przygotowaniami do lądowania.

Pelorat skupił uwagę na planecie, ku której się zbliżali, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi. Będzie to pierwszy obcy świat, na którym stanie. Świadomość tego zrodziła w nim w jakiś niewytłumaczalny sposób przeczucie, że spotka ich coś złego. A przecież wszystkie z tych milionów zamieszkanych planet w Galaktyce zostały skolonizowane przez ludzi, którzy się na nich nie urodzili. „Wszystkie, z wyjątkiem jednej” — pomyślał z dreszczykiem emocji.


42.

<p>42.</p>

W porównaniu z portami Fundacji, port kosmiczny na Sayshell nie był duży, ale dobrze utrzymany. Trevize dopilnował odstawienia „Odległej Gwiazdy” na miejsce postojowe. Dostali szczegółowy kwit, z mnóstwem zakodowanych danych.

— Zostawimy tak statek? — spytał cicho Pelorat.

Trevize skinął głową i położył uspokajającym gestem dłoń na jego ramieniu. — Nie martw się — powiedział równie cichym głosem.

Wsiedli do samochodu, który wypożyczyli na miejscu i Trevize zaczął studiować mapę miasta, którego wieżowce widać było na horyzoncie.

— Sayshell, stolica planety — powiedział. — Miasto, planeta i gwiazda, wokół której krąży — wszystko ma tę samą nazwę, Sayshell.

— Niepokoję się o statek — rzekł Pelorat.

— Nie ma się o co niepokoić — odparł Trevize. — Wieczorem wrócimy, bo jeśli będziemy musieli zostać tu dłużej niż parę godzin, będziemy nocować na statku. Musisz też wiedzieć, że we wszystkich portach Galaktyki przestrzega się międzygwiezdnego kodeksu moralnego i — o ile mi wiadomo — nie złamano jego zasad ani razu, nawet podczas wojny. Statki, które przylatują w pokojowych celach, są nietykalne. Gdyby nie przestrzegano tej zasady, to nikt nie czułby się bezpiecznie i nie byłoby w ogóle mowy o handlu. Gdyby jakiś świat złamał tę zasadę, to zostałby zbojkotowany przez wszystkich pilotów w Galaktyce. Możesz być pewien, że żaden świat nie chciałby tego ryzykować. Poza tym…

— Poza tym co?

— Poza tym komputer otrzymał polecenie, żeby każdy, kto nie wygląda i nie mówi jak my, został zabity przy próbie dostania się na statek. Pozwoliłem sobie wyjaśnić to komendantowi portu. Powiedziałem mu bardzo grzecznie, że chciałbym wyłączyć to urządzenie przez wzgląd na dobrą sławę, jaką cieszy się w Galaktyce port kosmiczny Sayshell, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i nienaruszalność obcych statków, ale że nasz statek jest nowym modelem i po prostu nie wiem, jak się to wyłącza.

— Na pewno ci nie uwierzył.

— Oczywiście, że nie. Ale musiał udawać, że wierzy, bo w przeciwnym razie musiałby poczuć się obrażony. A ponieważ w takim przypadku nie mógłby nic zrobić, byłoby to dla niego upokorzeniem. A ponieważ nie chciał zostać upokorzony, to jedynym wyjściem było udawać, że mi wierzy.

— To ma być kolejny przykład na to, jacy są ludzie?

— Tak. Przyzwyczaisz się do tego.

— A skąd wiesz, że ten samochód nie jest na podsłuchu?

— Pomyślałem, że to całkiem możliwe i kiedy mi zaproponowali wóz, to wybrałem inny, na chybił trafił. A jeśli wszystkie są na podsłuchu… w końcu nie rozmawiamy o niczym strasznym, prawda?

Pelorat miał nieszczęśliwą minę. — Nie wiem, jak to powiedzieć. Nie wypada się skarżyć, ale nie podoba mi się ten zapach. Jakoś tu… śmierdzi.

— W samochodzie?

— Przede wszystkim w porcie. Myślę, że to normalny zapach portu kosmicznego, ale ten smród został w samochodzie. Może otworzymy okna?

Trevize wybuchnął śmiechem. — Przypuszczam, że potrafiłbym znaleźć odpowiedni przycisk na desce rozdzielczej, ale to nic nie pomoże. To ta planeta śmierdzi. Czy ci to aż tak bardzo przeszkadza?

— Ten zapach nie jest silny, ale wyczuwalny… i trochę mnie odrzuca. Cały ten świat tak śmierdzi?

— Stale zapominam, że nigdy jeszcze nie byłeś na żadnym obcym świecie. Każdy zamieszkany świat ma swój specyficzny zapach. To w głównej mierze sprawa lokalnej roślinności, ale myślę, że dokładają się do tego zwierzęta, a nawet ludzie. O ile mi wiadomo, nikomu nie podoba się zapach świata, na którym po raz pierwszy się znajdzie. Ale przyzwyczaisz się do tego, Janov. Zobaczysz, że za parę godzin nie będziesz już tego czuł.

— Nie chcesz chyba powiedzieć, że wszystkie światy pachną tak, jak ten.

— Skądże. Powiedziałem już, że każdy ma swój własny zapach. Gdybyśmy na to zwracali szczególną uwagę albo gdybyśmy mieli czulszy węch, jak na przykład anakreońskie psy, to prawdopodobnie moglibyśmy po zapachu rozpoznać każdy świat. Kiedy byłem we flocie wojennej, to podczas pierwszego dnia pobytu na jakimś nowym świecie nie mogłem w ogóle jeść. Potem poznałem stary przestrzeniarski sposób — trzeba podczas lądowania na jakimś świecie wąchać chusteczkę z zapachem tego świata. Kiedy się potem człowiek znajdzie na wolnym powietrzu, nic już nie czuje. A po pewnym czasie obojętnieje się na to w ogóle; po prostu przestaje się zwracać uwagę na takie rzeczy… Prawdę mówiąc, najgorszy jest zawsze powrót do domu.

— Dlaczego?

— Myślisz, że Terminus nie ma swojego zapachu?

— Chcesz przez to powiedzieć, że ma?

— Oczywiście, że ma. Kiedy się już przyzwyczaisz do zapachu innego świata, powiedzmy Sayshell, to dopiero przekonasz się, jak śmierdzi Terminus. W dawnych czasach, kiedy po dłuższej służbie w przestrzeni statek wracał i otwierały się luki, cała załoga krzyczała „Z powrotem w domu i w gównie”.

Pelorat zrobił obrażoną minę.

Wieżowce były coraz bliżej, ale Pelorat przyglądał się najbliższemu otoczeniu. W obu kierunkach mknęły samochody, a od czasu do czasu pokazywał się samolot, ale Pelorat przyglądał się drzewom.

— Dziwne są tutaj rośliny. — powiedział. — Jak myślisz, czy któreś z nich są endemiczne?

— Wątpię — odparł Trevize, pochłonięty czym innym. Studiował mapę i starał się nastawić programowanie komputera samochodowego. — Wśród zamieszkanych przez ludzi planet nie ma takiej, na której zachowałoby się dużo endemicznych form życia. Osadnicy zawsze sprowadzali ze sobą rośliny i zwierzęta — albo już w momencie osiedlenia się, albo niedługo potem.

— A jednak tutejsze rośliny wydają się dziwne.

— Nie spodziewasz się chyba, Janov, że na każdym świecie znajdziesz te same odmiany. Ktoś mi kiedyś mówił, że Encyklopedyści, wiesz ci od Encyklopedii Galaktycznej, opracowali atlas odmian roślin i zwierząt, który składał się z osiemdziesięciu siedmiu grubych dysków komputerowych, a mimo to nie był kompletny, a co więcej — w chwili, kiedy został ukończony, był już nieaktualny.

Kiedy tak rozmawiali, samochód szybko mknął przed siebie i po chwili rozwarły się przed nimi i pochłonęły ich przedmieścia Sayshell. Pelorat lekko drżał. — Niezbyt mi się podoba ich architektura — powiedział.

— Co kraj, to obyczaj — odparł Trevize obojętnym tonem obieżyświata.

— A dokąd właściwie jedziemy?

— Ba, żebym to ja wiedział — powiedział Trevize z lekką irytacją. — Próbuję nastawić komputer, żeby zaprowadził nas do centralnej informacji turystycznej. Mam nadzieję, że ten komputer orientuje się w ulicach jednokierunkowych i zasadach ruchu, bo ja nie.

— A co tam mamy robić, Golan?

— Po pierwsze jesteśmy turystami, a to jest właśnie miejsce, od którego zaczyna każdy normalny turysta. Nie chcemy się rzucać w oczy, więc musimy się zachowywać jak najnaturalniej. A po drugie, gdzie chciałbyś zdobyć wiadomości na temat Gai?

— Na uniwersytecie… albo w jakimś towarzystwie antropologicznym… albo w muzeum… Na pewno nie w centralnej informacji turystycznej.

— No i jesteś w błędzie. W informacji turystycznej będziemy wyglądali na intelektualistów, którzy chcą dostać wykaz wyższych uczelni znajdujących się w mieście, muzeów i tak dalej. Potem pomyślimy, gdzie się najpierw skierować i tam, gdzie pojedziemy, możemy znaleźć kompetentne osoby, które udzielą nam informacji z dziedziny historii starożytnej, galaktografii, mitologii, antropologii czy co tam jeszcze będziesz chciał. Ale musimy zacząć od informacji turystycznej, żeby wiedzieć gdzie co jest.

Pelorat nic na to nie powiedział. Samochód włączył się do ruchu ulicznego i posuwał się już wolniej, zwalniając, stając i przyspieszając na przemian. Skręcili w jakąś boczną ulicę i jechali mijając znaki, które być może oznaczały zakazy, nakazy i inne instrukcje, ale miały tak zawiłe napisy, że prawie nie sposób było je odcyfrować.

Na szczęście samochód zachowywał się tak, jak gdyby sam znał drogę i kiedy zatrzymał się i ustawił na parkingu, zobaczyli znak z napisem „Sayshellskie środowisko przybyszów z innych światów”, zredagowanym tym samym zawiłym pismem, co inne znaki drogowe i tabliczkę z normalnymi, łatwymi do odczytania literami głoszącą, że jest to „Centralna Informacja Turystyczna na Sayshell”.

Weszli do budynku, który okazał się mniejszy, niż można było sądzić przyglądając mu się z zewnątrz. Nie było tam zbyt dużego ruchu.

Z jednej strony znajdował się rząd kabin, z których jedna zajęta była przez mężczyznę czytającego paski z najnowszymi wiadomościami wysuwające się wolno z niewielkiego aparatu, inna przez dwie kobiety, które wydawały się pochłonięte skomplikowaną grą w karty i jakieś płytki. Za komputerem, stanowczo zbyt dużym dla niego, nad klawiaturą, która wydawała się zbyt skomplikowana, tkwił znudzony urzędnik w uniformie, który przypominał wielobarwną szachownicę. Pelorat zagapił się na niego i rzekł szeptem:

— Mają tu ekstrawagancką modę.

— Tak — odparł Trevize. — Zdążyłem to zauważyć. No cóż, każdy świat, a niekiedy każdy region tego samego świata, ma swoją modę. Zresztą moda zmienia się. Niewykluczone, że pięćdziesiąt lat temu na Sayshell wszyscy ubierali się na czarno. Nie zwracaj na to uwagi, Janov.

— Myślę, że będę musiał się do tego zastosować — powiedział Pelorat — ale — wolę naszą własną modę. Przynajmniej nie razi oczu.

— Dlatego, że tylu ludzi u nas lubi szary kolor? To razi wiele osób. Sam słyszałem, jak ktoś nazwał to „ubieraniem się w brudne łachy”. A poza tym, to prawdopodobnie nasze szare ubiory spowodowały, że ludzie tutaj stroją się we wszystkie kolory tęczy. Chcą w ten sposób podkreślić swoją odmienność i niezawisłość. Tak czy inaczej, przyzwyczaisz się do tego wszystkiego… Idziemy, Janov.

Skierowali się w stronę urzędnika i w tej samej chwili mężczyzna czytający dotąd wiadomości podniósł się, wyszedł z kabiny i z uśmiechem podszedł do nich. Jego ubranie było szare.

Trevize w pierwszej chwili nie zwrócił na niego uwagi, ale kiedy spojrzał, zamarł.

Zaczerpnął głęboko powietrza. — Na Galaktykę… — zawołał. — To ten zdrajca!


Rozdział XII

AGENT

43.

44.

45.

46.

47.

48.

49.

<p>Rozdział XII</p> <p>AGENT</p>
<p>43.</p>

Munn Li Compor, radny z Terminusa, wyciągnął z niepewną miną rękę do Trevizego. Trevize obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem i rzekł, jakby mówił w powietrze:

— Nie chcę stwarzać sytuacji, w wyniku której mógłbym zostać zaaresztowany za zakłócanie spokoju na obcej planecie, ale jeśli to indywiduum zrobi jeszcze krok w moją stronę, to nie odpowiadam za siebie.

Compor zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę nie wiedział, co robić, a potem — rzuciwszy niepewne spojrzenie na Pelorata — rzekł cicho:

— Czy mogę chwilę z tobą porozmawiać? Chcę coś wyjaśnić. Wysłuchasz mnie?

Pelorat spoglądał to na jednego, to na drugiego, lekko marszcząc swą długą twarz. — O co tu chodzi, Golan? — spytał. — Ledwie przylecieliśmy na ten odległy świat, a już spotykasz jakiegoś znajomego?

Trevize miał wzrok utkwiony w Compora, ale obrócił nieco tułów, aby było jasne, że zwraca się do Pelorata. — To indywiduum tutaj, istota ludzka, sądząc z pozorów, było kiedyś moim przyjacielem. Ufałem mu, tak jak się ufa przyjaciołom. Zwierzyłem mu się z moich myśli, których raczej nie należało szeroko rozgłaszać, a on powtórzył wszystko szczegółowo władzom i nie zadał sobie trudu, żeby mnie o tym fakcie powiadomić. Tym sposobem wpadłem w zręcznie zastawioną pułapkę i w efekcie jestem teraz na wygnaniu. I teraz to indywiduum chce, żebym traktował go jak przyjaciela.

Obrócił się całym ciałem do Compora i przeczesał palcami włosy, przez co stały się jeszcze bardziej potargane. — Słuchaj no — powiedział. — Mam do ciebie pytanie. Co tutaj robisz? W Galaktyce jest tyle światów, a ty znalazłeś się akurat na tym. Dlaczego? I dlaczego właśnie teraz?

Wyciągnięta aż do tej chwili ręka Compora opadła i uśmiech zniknął z jego twarzy. Zniknęła też jego zwykła pewność siebie. Wyglądał teraz na młodszego, niż był w istocie. Wydawał się też nieco przygnębiony. — Zaraz wszystko wyjaśnię — powiedział — ale muszę zacząć od początku.

Trevize rozejrzał się szybko. — Tutaj? Naprawdę chcesz mówić o tym tutaj? W miejscu publicznym? Chcesz, żebym cię walnął tutaj, kiedy już będę miał dosyć twoich łgarstw?

Compor podniósł obie ręce w uspokajającym geście. — Tu jest najbezpieczniej, wierz mi. — I zaraz, domyślając się, co Trevize ma zamiar powiedzieć, poprawił się: — Zresztą, jak chcesz, to możesz mi nie wierzyć. To nieważne. Mówię szczerą prawdę. Jestem na tej planecie parę godzin dłużej niż wy i sprawdziłem to. Dzisiaj jest jakiś szczególny dzień dla mieszkańców Sayshell. Jest to, z jakiegoś powodu, dzień medytacji. Prawie wszyscy są w swoich domach, a przynajmniej powinni tam być… Widzisz, jakie tu pustki. Chyba nie przypuszczasz, że jest tu tak codziennie.

Pelorat kiwnął głową i powiedział: — Właśnie zastanawiałem się, dlaczego tu tak pusto. — Nachylił się do ucha Trevizego i szepnął: — Dlaczego nie chcesz go wysłuchać, Golan? Wygląda na nieszczęśliwego i może chce spróbować cię przeprosić. To nieładnie nie dać mu takiej szansy.

— Wydaje się, że profesor Pelorat ma ochotę cię wysłuchać — rzekł Trevize. — Wyświadczę mu tę przysługę, ale ty mnie wyświadczysz przysługę, jeśli będziesz się streszczał. W dzisiejszym dniu mogę sobie pozwolić na to, żeby stracić cierpliwość. Jeśli wszyscy pogrążeni są w medytacji, to być może zakłócenie spokoju w miejscu publicznym nie ściągnie stróżów prawa. Juro mogę już nie mieć takiej okazji. Dlaczego nie miałbym więc skorzystać z tej, która właśnie mi się nadarza?

— Słuchaj — powiedział Compor nieswoim głosem — jeśli chcesz mnie walnąć, to proszę bardzo. Nawet nie będę próbował się bronić. No śmiało — uderz mnie, ale wysłuchaj tego, co chcę powiedzieć.

— No więc mów. Daję ci parę minut.

— Po pierwsze, Golan…

— Proszę, żebyś mówił do mnie Trevize. Nie jestem już z tobą po imieniu.

— Po pierwsze, Trevize, dobrze zrobiłeś, przekonując mnie do swoich poglądów…

— Dobrze ukryłeś to swoje przekonanie. Przysiągłbym, że cię tym tylko ubawiłem.

— Udawałem ubawionego, żeby ukryć przed samym sobą niepokój, jaki we mnie wzbudziłeś… Słuchaj, usiądźmy tam, pod ścianą. Jest tu co prawda pusto, ale może ktoś wejść, a sądzę, że nie musimy niepotrzebnie rzucać się komuś w oczy.

Przeszli powoli przez całą salę. Compor znowu miał na twarzy niepewny uśmiech, ale na wszelki wypadek trzymał się w bezpiecznej odległości od Trevizego.

Usiedli w fotelach, których siedzenia poddały się ciężarowi ich ciał i dopasowały się do kształtów ich bioder i pośladków. Pelorat zrobił zaskoczoną minę i wykonał ruch, jak gdyby chciał się podnieść.

— Niech pan się uspokoi, profesorze — powiedział Compor. — Ja mam już to za sobą. Jak widać, wyprzedzili nas w pewnych rzeczach. Sayshell to świat, gdzie ceni się drobne wygody.

Obrócił się do Trevizego, kładąc rękę na oparciu fotela. Teraz mówił już spokojnym głosem.

— Wzbudziłeś we mnie niepokój. Zacząłem wierzyć, że Druga Fundacja naprawdę istnieje i było to bardzo nieprzyjemne uczucie. Zastanów się, co by się stało, gdyby istnieli. Czy nie jest prawdopodobne, że zajęliby się tobą? Że usunęliby cię w jakiś sposób, żebyś im nie przeszkadzał? Otóż gdybym zachowywał się tak, jak gdybym ci uwierzył, to mnie też mogliby usunąć. Rozumiesz o co mi chodzi?

— Rozumiem, że jesteś tchórzem.

— A co by komu przyszło z tego, że zachowywałbym się jak bohater jakiejś powieści przygodowej? — spytał Compor spokojnie, ale w jego oczach widać było oburzenie. — Czy ty albo ja mamy jakieś szansę z. organizacją, która może dowolnie kształtować nasze uczucia i myśli? Jeśli chce się walczyć z takimi ludźmi i wygrać, to trzeba zacząć od tego, żeby starannie ukryć fakt, że się w ogóle coś wie o nich.

— A więc ukryłeś ten fakt i czułeś się bezpiecznie, tak? Ale jakoś nie zatroszczyłeś się o to, żeby ukryć go przed Branno, prawda? To przecież było ryzykowne.

— Tak. Ale myślałem, że to się opłaci. Nasze rozmowy na ten temat mogły doprowadzić tylko do tego, że zaczęliby manipulować naszymi myślami albo doprowadzili nas do zupełnej demencji. Z drugiej strony, jeśli powiedziałem o tym burmistrzowi, to … Wiesz o tym, że znała dobrze mojego ojca. Obaj z ojcem byliśmy emigrantami ze Smyrno, a babka Branno…

— Tak, tak — przerwał mu niecierpliwie Trevize — a twoi przodkowie sprzed iluś tam pokoleń wywodzili się z sektora Syriusza. Opowiadasz o tym wszystkim swoim znajomym. Daj już temu spokój, Compor.

— No dobrze… A więc wysłuchała mnie. Gdybym mógł, używając twoich argumentów, przekonać burmistrza, że z tej strony grozi nam niebezpieczeństwo, to Federacja mogłaby podjąć odpowiednie działania. Nie jesteśmy już tacy bezbronni jak w czasach Muła, a w najgorszym wypadku fakt istnienia Drugiej Fundacji stałby się szeroko znany i my dwaj nie bylibyśmy już w takim niebezpieczeństwie, jak przedtem.

— No tak, lepiej wystawić na niebezpieczeństwo całą Fundację i ocalić własną skórę — rzekł drwiąco Trevize. — To się nazywa patriotyzm.

— To byłaby najgorsza ewentualność. Liczyłem na najlepszą — czoło Compora pokryło się kroplami potu. Widać było, że bardzo męczy go walka z niezłomną pogardą, którą okazywał mu Trevize.

— Ale nie pomyślałeś o tym, żeby mi powiedzieć o tym swoim sprytnym planie, co?

— Nie, nie pomyślałem i bardzo cię za to przepraszam, Trevize. Burmistrz mi zabroniła. Powiedziała, że chce wiedzieć wszystko, co ty wiesz, ale że jesteś taki, że zaraz byś się zamknął w. sobie, gdybyś się zorientował, że przekazuję jej twoje opinie.

— I miała rację!

— Nie wiedziałem… nie domyślałem się… nie przyszło mi do głowy, że chce cię zaaresztować i zesłać na wygnanie.

— Czekała tylko na odpowiedni moment, na chwilę, kiedy moja pozycja radnego nie będzie mnie mogła przed tym uchronić. Nie przewidziałeś tego?

— A jak miałem to przewidzieć? Ty sam się tego nie spodziewałeś.

— Gdybym wiedział, że zna moje opinie, to bym się spodziewał.

— Łatwo tak mówić po fakcie — powiedział Compor. W tej sytuacji wyglądało to na bezczelność.

— A czego chcesz tutaj ode mnie? Teraz ty też mówisz po fakcie.

— Chcę to wszystko naprawić. Chcę naprawić krzywdę, którą ci niechcący — niechcący — wyrządziłem.

— Coś takiego — rzekł sucho Trevize. — To bardzo miło z twojej strony. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Jak to się stało, że znalazłeś się na tej samej planecie, co ja?

— Odpowiedź jest prosta. Przyleciałem twoim śladem! — odparł Compor.

— Przez nadprzestrzeń? Po całej serii skoków, które zrobiłem?

Compor potrząsnął głową. — Nie ma w tym nic tajemniczego. Mam taki sam statek jak ty, z takim samym komputerem. Wiesz o tym, że zawsze miałem pewną intuicyjną zdolność zgadywania w jakim kierunku poleci przez nadprzestrzeń dany statek. Nie robiłem tego bezbłędnie — myliłem się dwa razy na trzy, ale z komputerem idzie mi to o wiele lepiej. A przy tym na początku trochę zwlekałeś ze skokiem, co dało mi możliwość ocenienia kierunku twego statku i szybkości, z jaką się poruszałeś, jeszcze zanim wszedłeś w nadprzestrzeń. Wprowadziłem do komputera odpowiednie dane razem z moimi intuicyjnymi wyliczeniami, a on zrobił resztę.

— I zdążyłeś dotrzeć tu przede mną?

— Tak. Nie korzystałeś z grawitacji, a ja tak. Domyśliłem się, że przylecisz do stolicy, więc udałem się tam prostą drogą, gdy tymczasem ty… — Compor zatoczył palcami krótką spiralę, naśladując statek okrążający planetę zgodnie z naprowadzającym sygnałem radiowym.

— Mogłeś narazić się na kłopoty z sayshellską biurokracją.

— No cóż… — na twarzy Compora pojawił się rozbrajający uśmiech i Trevize poczuł, że jego niechęć z wolna zaczyna topnieć. — Nie zawsze jestem tchórzem.

Trevize ponownie nasrożył się. — Jak to się stało, że dostałeś taki sam statek jak ja?

— Dostałem go dokładnie tak samo, jak ty. Przydzieliła mi go Branno.

— Dlaczego?

— Jestem z tobą całkowicie szczery. Miałem za zadanie śledzić cię. Burmistrz chciała wiedzieć dokąd się udasz i co będziesz robić.

— I myślę, że informowałeś ją wiernie o wszystkim… A może ją także zawiodłeś?

— Informowałem ją. Praktycznie nie miałem wyboru. Umieściła na moim statku nadajnik nadprzestrzenny. Myślała, że go nie znajdę, ale znalazłem.

— No i co?

— Niestety, został tak zainstalowany, że nie można go usunąć nie unieruchamiając statku. A w każdym razie, ja tego nie potrafię. W konsekwencji wie, gdzie jestem… a stąd, gdzie ty.

— Załóżmy, że nie mógłbyś za mną lecieć. Wtedy przecież nie dowiedziałaby się, gdzie jestem. Nie pomyślałeś o tym?

— Oczywiście, że pomyślałem. Myślałem już o tym, żeby donieść jej, że zgubiłem twój ślad, ale przecież nie dałaby temu wiary. W takim przypadku nie mógłbym powrócić na Terminusa przez nie wiadomo ile czasu. A ja jestem w innej sytuacji, Trevize, niż ty. Nie jestem samotną osobą, bez żadnych zobowiązań. Zostawiłem na Terminusie żonę, która akurat jest w ciąży i chcę do niej wrócić. Ty możesz myśleć tylko o sobie. Ja nie mogę… Poza tym przyleciałem tu, żeby cię ostrzec. Na Seldona, naprawdę chcę to zrobić, ale ty mnie nie słuchasz. Cały czas mówisz o czym innym.

— Twoja nagła troska o mnie nie robi na mnie wrażenia. Przed czym możesz mnie ostrzec? Wydaje mi się, że właśnie ty jesteś tym, przed czym trzeba mnie ostrzec. Zdradziłeś mnie, a teraz depczesz mi po piętach, żeby mnie zdradzić jeszcze raz. Nikt inny mi nie szkodzi.

— Człowieku, zostaw te teatralne gesty — powiedział żarliwie Compor. — Trevize, ty masz ściągnąć na siebie burzę! Masz być naszym piorunochronem! Zostałeś wysłany, żeby sprowokować Drugą Fundację… jeśli ona faktycznie istnieje. Moja intuicja nie ogranicza się tylko do wyczuwania kierunku statków w nadprzestrzeni. Jestem pewien, że o to właśnie jej chodzi. Jeśli będziesz nadal próbował znaleźć Drugą Fundację, to zorientują się, jakie masz zamiary i zrobią coś, żeby cię powstrzymać. A jeśli to zrobią, to w ten sposób zdradzą się. I wtedy Branno dobierze się do nich.

— Szkoda, że zabrakło ci intuicji, kiedy Branno planowała moje uwięzienie.

Compor zaczerwienił się i wybąkał:

— Wiesz, że intuicja niekiedy zawodzi.

— Za to teraz podpowiada ci, że ona chce zaatakować Drugą Fundację. Nigdy nie odważy się tego zrobić.

— Myślę, że się odważy. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że teraz posłużyła się tobą jako przynętą.

— A więc?

— A więc, na wszystkie czarne dziury w przestrzeni, daj temu spokój! Nie szukaj Drugiej Fundacji. Ją nie obchodzi nic a nic, że możesz zginąć, ale mnie to obchodzi. Czuję się winny i dlatego nie chcę do tego dopuścić.

— Jestem tym naprawdę głęboko wzruszony — rzekł zimno Trevize — ale tak się składa, że w tej chwili mam zupełnie inny cel na oku.

— Naprawdę?

— Pelorat i ja jesteśmy na dobrej drodze do znalezienia Ziemi, planety, która — zdaniem pewnych badaczy — była pierwotną siedzibą ludzkości. Prawda, Janov?

Pelorat skinął głową. — Tak, to sprawa czysto naukowa, która od dawna mnie interesuje.

Compor zmieszał się. — Szukacie Ziemi? — spytał po chwili. — Ale po co?

— Aby ją zbadać — powiedział Pelorat. — Powinna być fascynującym obiektem badań, jako jedyny świat, na którym powstały istoty ludzkie — prawdopodobnie z niższych form życia — a nie, jak na innych światach gdzie przybyły ostatecznie już uformowane.

— I — powiedział Trevize — jako świat, na którym być może dowiem się czegoś więcej o Drugiej Fundacji… Być może.

— Ale przecież nie ma żadnej Ziemi — rzekł Compor. — Nie wiecie o tym?

— Nie ma Ziemi? — Pelorat. zrobił obojętną minę, jak zawsze, kiedy upierał się przy czymś. — Chce pan powiedzieć, że nie ma planety, na której narodziła się ludzkość?

— Ależ skąd! Oczywiście, Ziemia istniała. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Ale teraz nie ma już Ziemi. A w każdym razie nie jest zamieszkana. Już po niej!

— Istnieją przekazy… — zaczął niewzruszony Pelorat.

— Chwileczkę, Janov — przerwał mu Trevize. — A ty skąd o tym wiesz, Compor?

— Jak to skąd? To należy do mojej rodzinnej tradycji. Muszę znowu przypomnieć fakt, którego powtarzanie tak cię nudzi — mój ród wywodzi się z sektora Syriusza. W tym sektorze wiedzą o Ziemi wszystko. Leży ona właśnie w tym sektorze. Znaczy to, że nie jest częścią Federacji Fundacyjnej i dlatego właśnie nie obchodzi nikogo na Terminusie. Ale nie zmienia to faktu, że Ziemia jest właśnie tam.

— Istnieje taka hipoteza, zgoda — powiedział Pelorat. — W czasach Imperium „teoria Syriusza”, jak wtedy nazywano tę hipotezę, miała wielu gorących zwolenników.

— To nie jest teoria — rzekł porywczo Compor. — To fakt.

— A co by pan powiedział, gdybym panu oznajmił, że słyszałem o wielu różnych miejscach w Galaktyce, które są lub były zwane Ziemią przez ludzi żyjących w ich sąsiedztwie? — spytał Pelorat.

— Ale to jest rzecz pewna — powiedział Compor. — Sektor Syriusza jest najstarszą zamieszkaną częścią Galaktyki. Wszyscy o tym wiedzą.

— Rzeczywiście, tak twierdzą Syriańczycy — powiedział niewzruszonym głosem Pelorat.

Compor miał przygnębioną minę. — Mówię wam…

— Powiedz lepiej, co się stało z Ziemią — przerwał mu Trevize. — Powiedziałeś, że nie jest już zamieszkana. Dlaczego?

— Ze względu na radioaktywność. Cała jej powierzchnia jest radioaktywna. Może w wyniku reakcji jądrowych, które wymknęły się spod kontroli, a może z powodu wojny jądrowej — nie wiem, ale nie może tam istnieć życie.

Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu, a potem Compor widocznie stwierdził, że musi to powtórzyć. — Mówię wam, że nie ma żadnej Ziemi. Nie ma sensu jej szukać — powiedział.

<p>44.</p>

Twarz Pelorata straciła naraz poprzedni, obojętny wyraz. Nie znaczy to, że pojawił się na niej gniew, złość czy jakieś inne niestałe uczucie. Ale jego oczy zwęziły się i — napiął się każdy mięsień jego twarzy.

— Skąd — powiada pan — wie pan o tym? — spytał. W jego głosie nie było ani śladu typowej dla niego niepewności.

— Mówiłem już, że to należy do mojej rodzinnej tradycji — powiedział Compor.

— Niech pan nie będzie niemądry, młody człowieku. Jest pan radnym. Znaczy to, że musiał się pan urodzić na którymś ze światów Federacji… Na Smyrno, wydaje mi się, powiedział pan wcześniej.

— Zgadza się.

— No to o jakiej tradycji rodzinnej pan mówi? Chce pan mi wmówić, że w pana syriańskich genach zakodowane są syriańskie mity dotyczące Ziemi? Że to wiedza wrodzona?

— Ależ skąd! — żachnął się Compor.

— No to o czym pan właściwie mówi?

Compor milczał przez chwilę i zdawał się zbierać myśli. W końcu powiedział cicho:

— Moja rodzina posiada stare książki dotyczące historii Syriusza. Jest to więc wiedza nabyta, nie wrodzona. To nie jest coś, o czym rozmawiamy z obcymi, szczególnie jeśli ktoś jest zdecydowany zrobić karierę polityczną.

Trevize pewnie myśli, że ja o tym marzę, ale — wierzcie mi — to, co wam powiedziałem, mówię tylko dobrym przyjaciołom.

W jego głosie brzmiała gorycz. — Teoretycznie, wszyscy obywatele Fundacji są równi, ale ci, którzy pochodzą ze światów od dawna należących do Federacji, są równiejsi, a ci, których rodziny pochodzą ze światów spoza Federacji, są najmniej równi. Ale mniejsza z tym. Oprócz tego, że czytałem te książki, odwiedziłem kiedyś te stare światy. Trevize, hej…

Trevize podczas tej rozmowy podszedł do drugiej ściany i właśnie wyglądał przez trójkątne okno. Ukazywało ono niebo i pomniejszony widok miasta, dając więcej światła i stwarzając bardziej intymny nastrój. Trevize wspiął się na palce, aby spojrzeć na dół.

Teraz wrócił do nich. — Ciekawe okno — powiedział. — Wołałeś mnie, Compor?

— Tak. Pamiętasz, jak wybrałem się w tę podróż po studiach?

— Po studiach? Pamiętam doskonale. Byliśmy przyjaciółmi. Była to dozgonna przyjaźń. Wzajemne zaufanie. Mieliśmy ramię w ramię ruszyć na podbój świata. Ty wybrałeś się w tę swoją podróż. Ja, przepełniony patriotyzmem, wstąpiłem do floty wojennej. Jakoś nie czułem pokusy, żeby się wybrać z tobą… powstrzymywał mnie przed tym jakiś instynkt. Szkoda, że później mi go zabrakło.

Compor udał, że nie chwyta aluzji. — Poleciałem na Comporellon — powiedział. — Według rodzinnej tradycji stamtąd pochodzili moi przodkowie, przynajmniej ze strony ojca. W zamierzchłych czasach, zanim wchłonęło nas Imperium, mój ród władał tą planetą, od niej właśnie pochodzi moje nazwisko… tak w każdym razie podaje tradycja rodzinna. W naszym języku zachowała się stara, poetycka nazwa gwiazdy, wokół której krążył Comporellon — Epsilon Eridani.

— Co to znaczy? — spytał Pelorat.

Compor potrząsnął głową. — Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy to w ogóle coś znaczy. Ot, po prostu tradycja. W ogóle kultywują tam różne tradycje. To stary świat. Mają długie, szczegółowe opisy historii Ziemi, ale nie lubią o tym rozmawiać. Są w tym względzie bardzo przesądni. Za każdym razem, kiedy pada to słowo, podnoszą w górę obie ręce ze skrzyżowanymi palcami środkowym i wskazującym, co ma odegnać nieszczęście.

— Mówiłeś o tym komuś, po powrocie stamtąd?

— Oczywiście, że nie. Kogo by to zainteresowało? Nie miałem zamiaru zmuszać nikogo do słuchania takich opowieści. Nie, dziękuję! Chciałem zrobić karierę polityczną i podkreślanie mojego obcego pochodzenia byłoby ostatnią rzeczą, na którą bym się zdecydował.

— A co z satelitą? Niech pan powie, jak wyglądał — rzekł ostro Pelorat.

Na twarzy Compora pojawiło się zdumienie.

— Nic o tym nie wiem — powiedział.

— Nie ma satelity?

— Nie przypominam sobie, żebym o tym słyszał albo czytał. Ale jestem pewien, że gdyby pan przejrzał zapisy comporelliańskie, to znalazłby pan informacje o tym.

— Ale pan nic o tym nie wie?

— O satelicie — nic. Nie przypominam sobie.

— Ha! A jak doszło do tęgo, że Ziemia stała się radioaktywna?

Compor potrząsnął głową i nic nie powiedział.

— Niech pan pomyśli! — rzekł Pelorat. — Musiał pan coś słyszeć.

— To było siedem lat temu, profesorze. Nie przypuszczałem wtedy, że teraz będzie mnie pan o to wypytywał. Jest tam jakaś legenda o tym… oni uważają, że to prawdziwa historia…

— Jaka to legenda?

— Że Ziemia była radioaktywna… że Imperium miało do niej zły stosunek i nie chciało z nią utrzymywać żadnych kontaktów… że kurczyła się liczba jej mieszkańców… że Ziemia chciała w jakiś sposób zniszczyć Imperium.

— Jeden ginący świat miałby zniszczyć całe Imperium? — wtrącił się Trevize.

— Mówiłem, że to legenda — powiedział, usprawiedliwiając się, Compor. — Nie znam szczegółów.

Wiem, że miał z tą opowieścią jakiś związek Bel Afvardan.

— A kto to był? — spytał Trevize.

— Postać historyczna. Sprawdziłem to. Był rzetelnym archeologiem, żyjącym w początkach istnienia Imperium. Utrzymywał, że Ziemia leży w sektorze Syriusza.

— Słyszałem to nazwisko — powiedział Pelorat.

— On jest bohaterem opowieści ludowych na Comporellonie. Słuchajcie, jeśli interesują was te rzeczy, to lećcie na Comporellon. Nie ma sensu tkwić tutaj.

— Więc — jak pan powiada — Ziemia zamierzała zniszczyć Imperium? — spytał Pelorat.

— Nie wiem — w głosie Compora słychać już było pewne zniecierpliwienie.

— Czy ta radiacja miała z tym coś wspólnego?

— Nie wiem. Opowieści mówią o jakimś urządzeniu wynalezionym na Ziemi, które jakoby miało potęgować możliwości mózgu… o jakimś synapsofikatorze czy o czymś takim.

— Czy to urządzenie wytwarzało supermózgi? — spytał Pelorat z głębokim niedowierzeniem.

— Nie wiem. Pamiętam tylko, że to się nie udało. Ludzie zyskiwali nadzwyczajne zdolności intelektualne, ale młodo umierali.

— To prawdopodobnie umoralniająca opowieść mitologiczna — powiedział Trevize. — Jeśli chcesz mieć za dużo, to tracisz nawet to, co już masz.

— A co ty możesz wiedzieć o umoralniających opowieściach mitologicznych? — rzekł do niego z nagłą irytacją Pelorat.

Trevize uniósł w górę brwi. — To, że nie jestem ekspertem w twojej dziedzinie, Janov, nie znaczy jeszcze, że jestem w tych sprawach zupełnym ignorantem — powiedział.

— Pamięta pan coś więcej, panie radny — zwrócił się Pelorat do Compora — o tym urządzeniu, które nazywa pan synapsyfikatorem?

— Nie pamiętani i nie mam zamiaru poddawać się

dłużej temu przesłuchaniu. Śledziłem was na polecenie burmistrz Branno. Branno nie kazała mi kontaktować się z wami osobiście. Zrobiłem to tylko po to, żeby was ostrzec, że jesteście śledzeni i że, wysyłając was, Branno miała w tym swój cel. Nie rozmawiałbym z warni o niczym więcej, gdybyście niespodziewanie nie poruszyli sprawy Ziemi. A więc powtarzam jeszcze raz — to wszystko, co było w przeszłości, Bel Arvardan, synapsyfikator i wszystko inne, nie ma nic wspólnego z tym, co jest teraz. Mówię wam jeszcze raz: Ziemia jest martwą planetą. Radzę wam gorąco — lećcie na Comporellon. Tam dowiecie się wszystkiego, co chcecie wiedzieć. Tylko nie zostawajcie tutaj.

— A ty, oczywiście natychmiast zameldujesz burmistrz Branno, że lecimy na Comporellon… i polecisz za nami, żeby się upewnić, czy naprawdę tam się udamy. A może Branno wie już o tym? Przypuszczam, że dokładnie ci powiedziała, co masz nam tu mówić i że nauczyłeś się tego na pamięć i powtarzasz słowo w słowo, bo ona chce, żebyśmy polecieli na Comporellon. Może nie?

Twarz Compora pobladła. Poderwał się na równe nogi. Powiedział, z trudem starając się opanować głos:

— Starałem się wyjaśnić sprawę. Starałem się wam pomóc. Nie powinienem był tego robić. Trevize, możesz się zapaść w czarną dziurę.

Odwrócił się na pięcie i odszedł szybko, nie oglądając się.

Pelorat miał z lekka osłupiałą minę. — To było trochę nietaktowne, Golan. Może udałoby mi się wyciągnąć z niego coś więcej.

— Na pewno nie udałoby ci się — odparł poważnie Trevize. — Nie udałoby ci się wyciągnąć z niego nic oprócz tego, co sam chciał powiedzieć. Nie znasz go, Janov… Do dzisiejszego dnia ja też go nie znałem.

<p>45.</p>

Trevize siedział nieruchomo w swym fotelu, pogrążony w myślach. Pelorat nie mógł się zdecydować, żeby przerwać te rozmyślania. W końcu przełamał się i rzekł:

— Będziemy tak siedzieć całą noc, Golan? Trevize drgnął. — Nie, skąd! Masz rację, poczujemy się lepiej wśród ludzi. Chodź!

Pelorat wstał. — Nie znajdziemy żadnych ludzi. Compor mówił, że dziś jest tu jakiś dzień medytacji — powiedział.

— Tak mówił? Był ruch na ulicach, kiedy tu jechaliśmy samochodem?

— Tak, niewielki.

— Ja myślę, że całkiem duży. A zresztą, czy miasto było puste, kiedy tu przybyliśmy?

— Nie bardzo… Mimo to musisz przyznać, że tutaj jest pusto.

— Owszem, jest. Zauważyłem to… Ale idziemy, Janov. Jestem głodny. Musi być tu gdzieś jakieś miejsce, gdzie można coś zjeść. Możemy sobie pozwolić na dobry lokal. W każdym razie możemy znaleźć jakiś lokal, gdzie podają jakieś specjalności kuchni sayshellskiej, a jeśli nam to nie posmakuje, to zamówimy sobie coś z dań ogólnogalaktycznych… No chodź, a jak znajdziemy się w bezpiecznym otoczeniu, to powiem ci, co — moim zdaniem — naprawdę się tu wydarzyło.

<p>46.</p>

Trevize oparł się o poręcz krzesła z przyjemnym uczuciem odprężenia. Restauracja była z pewnością oryginalna i, w porównaniu z lokalami na Terminusie, niedroga. Potrawy przygotowywano na otwartym palenisku, które, znajdując się w sali, częściowo ją ogrzewało. Mięso podawano pokrajane na małe kawałki, z dodatkiem przeróżnych ostrych sosów. Jadło się je palcami, ujmując — aby się nie pobrudzić i nie poparzyć — przez gładkie, zielone liście, które były chłodne i wilgotne i miały lekko miętowy smak. Zawijało się kawałek mięsa w liść i wkładało się cały kęs do ust. Kelner dokładnie wytłumaczył im, jak się to robi. Najwidoczniej przyzwyczajony do gości z innych planet, uśmiechał się pobłażliwie, kiedy Trevize i Pelorat ostrożnie zabierali się do parujących kawałków mięsa i był wyraźnie ucieszony, kiedy zobaczył, z jaką ulgą stwierdzili, że liście nie tylko chronią palce przed poparzeniem, ale także ochładzają nieco mięso wkładane do ust.

— Pyszne! — stwierdził Trevize i zamówił jeszcze raz to samo. Pelorat też.

Siedzieli teraz nad gąbczastym, o słodkawym smaku, deserem i kawą, która miała zapach karmelu. Pokręcili nieco głowami i dodali do niej syropu, na co z kolei kelner pokręcił głową.

— No więc, co się zdarzyło w centralnej informacji turystycznej? — spytał Pelorat.

— Myślisz o Comporze?

— A czy stało się coś jeszcze, o czym warto by było rozmawiać?

Trevize rozejrzał się. Siedzieli w głębokiej niszy, w pewnym odosobnieniu od reszty sali, ale w restauracji było tłoczno i naturalny w takiej sytuacji gwar doskonale zagłuszał ich rozmowę, chroniąc przed ewentualnym podsłuchem. Powiedział cicho:

— Czy to nie dziwne, że leciał za nami aż do Sayshell?

— Powiedział, że ma intuicyjną zdolność odgadywania kierunku, w którym leci jakiś statek.

— Tak, był uniwersyteckim mistrzem w tropieniu statków przez nadprzestrzeń. Aż do dzisiejszego dnia nie dziwiło mnie to. Rozumiem, że — jeśli się ma odpowiednie wrodzone zdolności — to na podstawie czyichś przygotowań do skoku można przewidzieć, gdzie się ten ktoś znajdzie po skoku, ale nie rozumiem, jak można przewidzieć całą serię skoków. Przygotowujesz się tylko przed pierwszym skokiem, pozostałe oblicza komputer. Tropiciel może przewidzieć ten pierwszy, ale za pomocą jakich czarów może odgadnąć, co obliczy komputer?

— Ale on to zrobił, Golan.

— Oczywiście, że zrobił — rzekł Trevize — i jedyne możliwe wytłumaczenie tego faktu jest takie, że z góry wiedział, gdzie chcemy lecieć. Że wiedział, a nie, że przewidział.

Pelorat zastanawiał się nad tym przez chwilę. — Nie, mój drogi, to zupełnie niemożliwe — powiedział w końcu. — Skąd mógłby o tym wiedzieć? O tym, dokąd lecimy, zdecydowaliśmy dopiero wtedy, kiedy byliśmy już na pokładzie „Odległej Gwiazdy”.

— Wiem o tym… A ta historia z dniem medytacji?

— Compor nic kłamał, jeśli chodzi o to. Kelner przecież potwierdził, że dzisiaj jest dzień medytacji.

— Owszem, potwierdził, ale powiedział też, że restauracje nie są w tym dniu zamknięte. Dokładnie powiedział tak: „Nie jesteśmy jakąś zapadłą dziurą. Życie u nas nie zamiera”. Mówiąc innymi słowy, mieszkańcy Sąyshell święcą co prawda dzień medytacji, ale nie dotyczy to wielkich miast, gdzie ludzie są bardziej światli i gdzie nie ma miejsca na małomiasteczkową pobożność. I dlatego na ulicach jest ruch. Może nie tak duży, jak w normalny dzień, ale jest.

— Jednak kiedy byliśmy w centralnej informacji turystycznej, nikt tam nie wszedł. Widziałem dobrze, że nikt nie wszedł.

— Ja też to zauważyłem. W pewnej chwili podszedłem nawet do okna, żeby się przekonać, czy na ulicach jest pusto. Wyjrzałem i stwierdziłem, że jest pełno pieszych i samochodów, ale mimo to nikt jakoś nie wszedł do budynku. Dzień medytacji był doskonałym wytłumaczeniem tego faktu. Nie przyszłoby nam do głowy zastanawiać się, jak to dziwnie szczęśliwie dla Compora złożyło się, że byliśmy z nim tam sami, gdybym nie postanowił mieć się na baczności i absolutnie mu nie ufać.

— No i o czym to wszystko ma świadczyć? — spytał Pelorat.

— Myślę, Janov, że to proste. Oto mamy tu kogoś, kto, mimo iż znajduje się w innym statku, od pierwszej chwili naszej podróży wie, dokąd lecimy. Dalej — mimo iż wokół budynku znajdują się ludzie — potrafił zadbać o to, żeby nikt do niego nie wszedł, żebyśmy mogli rozmawiać w pustej sali.

— Chcesz, żebym uwierzył, że on potrafi czynić cuda?

— Oczywiście. Jeśli tak się składa, że Compor jest agentem Drugiej Fundacji i potrafi wpływać na umysły innych ludzi, jeśli potrafi odczytać twoje i moje myśli, chociaż znajdujemy się w statku znacznie oddalonym od niego, jeśli potrafi tak wpłynąć na celników, że natychmiast przepuszczają jego statek, jeśli potrafi wylądować grawitacyjnie nie zatrzymywany przez żaden patrol z powodu pogwałcenia zasad ruchu i jeśli potrafi tak wpływać na umysły, że nikt nie wejdzie do budynku, kiedy on tego nie chce, to jak to nazwać?

Na wszystkie gwiazdy! — ciągnął dalej Trevize z wyraźną nutą żalu. — Teraz dopiero widzę, że tak samo było wtedy, kiedy skończyliśmy studia. Nie poleciałem z nim w tę podróż. Pamiętam, że nie chciałem lecieć. Czy to nie on skłonił mnie do tego, że nie chciałem? Musiał być sam. Gdzie on wtedy naprawdę poleciał?

Pelorat odsunął od siebie naczynie, jak gdyby chciał mieć więcej miejsca, żeby spokojnie pomyśleć. Gest ten był chyba sygnałem dla robota, samoczynnie poruszającego się stolika, bo zjawił się zaraz koło nich i czekał aż ułożą na nim naczynia i sztućce.

Kiedy robot odjechał, Pelorat powiedział:

— To szalony pomysł. Nie zdarzyło się nic takiego, co nie mogłoby się zdarzyć zupełnie naturalnie. Kiedy wbijesz sobie do głowy, że ktoś kieruje zdarzeniami, to możesz wszystko interpretować w ten sposób i nigdzie nie znajdziesz żadnego zupełnie przekonującego, rozsądnego wyjaśnienia. Daj spokój, przyjacielu, to wszystko sprawa przypadku i można to różnie tłumaczyć. Nie pogrążaj się w paranoję.

— Ale nie mam też zamiaru pogrążać się w błogostanie.

— No dobrze, przeanalizujmy to logicznie. Załóżmy, że Compor jest agentem Drugiej Fundacji. Dlaczego miałby wzbraniać komuś wstępu do biura informacji, ryzykując w ten sposób, że wzbudzi w nas podejrzenia? Czy powiedział coś aż tak ważnego, że nie chciał, żeby było przy tym nawet parę osób znajdujących się w innym miejscu sali .i zajętych przecież swoimi własnymi sprawami?

— Odpowiedź na to jest prosta, Janov. Musiał śledzić reakcje naszych umysłów, więc nie chciał, żeby mu w tym przeszkadzały fale wytworzone przez mózgi innych osób. Nie życzył sobie żadnego pola statycznego. Chciał wyeliminować możliwość chaosu w przestrzeni psychicznej.

— To znowu tylko twoja interpretacja. O jakich to ważnych sprawach rozmawialiśmy z nim? Możemy przyjąć, że — jak sam mówił — spotkał się z nami tylko po to, żeby się wytłumaczyć z tego, co zrobił, przeprosić cię i przestrzec nas przed ewentualnymi kłopotami. To ma sens. Dlaczego mamy się w tym doszukiwać jakichś innych powodów?

Znajdujący się na drugim końcu stołu kasownik zamrugał dyskretnie i w jego okienku pojawiły się cyfry wskazujące rachunek za kolację. Trevize wsunął rękę za pas, szukający karty kredytowej, która — mając nadruk Fundacji — była respektowana w każdym miejscu Galaktyki, a w każdym razie w każdym miejscu, do którego mógł się udać obywatel Fundacji. Włożył ją w odpowiedni otwór. Opłacenie rachunku zajęło chwilę. Trevize (z charakterystyczną dla Fundacjonistów dokładnością w interesach) sprawdził resztę, zanim wsunął kartę z powrotem do kieszeni.

Rozejrzał się wokół z pozornym roztargnieniem, aby upewnić się, czy na twarzach kilku znajdujących się jeszcze w restauracji gości nie widać niepożądanego zainteresowania jego osobą, a potem powiedział:

— Pytasz, dlaczego mamy się w tym doszukiwać jakichś innych powodów? Dlaczego? Dlatego, że mówił nie tylko o tym. Mówił też o Ziemi. Powiedział nam, że Ziemia jest martwa i bardzo nalegał, żebyśmy polecieli na Comporellon. No i co, polecimy?

— Zastanawiałem się nad tym, Golan — przyznał Pelorat.

— Po prostu odlecimy stąd?

— Możemy tu wrócić po sprawdzeniu sektora Syriusza.

— Nie przyszło ci do głowy, że jedynym powodem jego spotkania z nami było odciągnięcie nas od Sayshell i pozbycie się nas stąd? Że chodziło mu o to, żebyśmy polecieli gdziekolwiek, byleby tu nie zostawać?

— Dlaczego?

— Tego nie wiem. Zauważ, że spodziewali się, iż polecimy na Trantor. To było to, co ty chciałeś zrobić i możliwe, że liczyli na to. Tymczasem ja się wmieszałem i wszystko pokręciłem, upierając się, żebyśmy lecieli na Sayshell, a to jest ostatnia rzecz, jakiej sobie życzą, a więc teraz muszą się nas stąd pozbyć.

Pelorat miał wyraźnie nieszczęśliwą minę. — Ależ, Golan, to są czcze słowa. Dlaczego mieliby nie życzyć sobie nas na Sayshell?

— Nie wiem, Janov. Ale wystarczy, że nie chcą, żebyśmy tutaj byli. Ja zostaję. Nie mam zamiaru ruszać się stąd.

— Ale… ale… słuchaj, Golan, gdyby Druga Fundacja chciała, żebyśmy stąd odlecieli, to czy po prostu nie wpłynęłaby tak na nasze umysły, że sami chcielibyśmy stąd odlecieć? Dlaczego mieliby się wysilać, żeby nas do tego przekonać?

— Skoro sam podniosłeś tę sprawę… czy przypadkiem nie zrobili tak w twoim przypadku? — Trevize zmrużył podejrzliwie oczy. — Czy ty nie chcesz odlecieć?

Pelorat spojrzał ze zdziwieniem na Trevizego. — Po prostu myślę, że to nie jest takie głupie.

— Oczywiście tak właśnie byś myślał, gdyby wpłynęli na twój umysł.

— Ale nie…

— Oczywiście przysiągłbyś też, że nie wpłynęli, gdyby wpłynęli.

— To są twierdzenia bez pokrycia, ale jeśli dyskutujesz w ten sposób, to wszystkie moje argumenty zdadzą się na nic. Co zamierzasz zrobić?

— Zostanę na Sayshell. Ty też zostaniesz. Nie potrafisz sam pokierować statkiem, więc jeśli Compor wpłynął na twój umysł, to wybrał nie ten umysł, który trzeba.

— Bardzo dobrze. Pozostaniemy na Sayshell dopóki nie będziemy mieli innych powodów, żeby stąd odlecieć. W końcu najgorsze, co możemy zrobić, znacznie gorsze od pozostania tu czy odlecenia stąd, to pokłócić się. No, stary, powiedz, czy gdybym był pod wpływem Drugiej Fundacji, to byłbym w stanie rozmyślić się i bez żalu zostać z tobą? Bo właśnie mam zamiar to zrobić.

Trevize zastanawiał się przez chwilę, a potem jak gdyby otrząsnął się, uśmiechnął i wyciągnął dłoń:

— Zgoda, Janov. Teraz wracajmy na statek, a jutro znowu wybierzemy się na poszukiwania… Jeśli zdołamy obmyśleć jakiś plan.

<p>47.</p>

Munn Li Compor nie pamiętał, kiedy został zwerbowany. Po pierwsze był wtedy dzieckiem, a po drugie agenci Drugiej Fundacji starali się zacierać ślady tak dokładnie, jak to tylko było możliwe.

Compor był „obserwatorem” i było to od razu jasne dla każdego członka Drugiej Fundacji, który się z nim zetknął.

Oznaczało to, że Compor był obeznany z mentalistyką i mógł się w pewnej mierze porozumiewać z członkami Drugiej Fundacji w charakterystyczny dla nich sposób, ale też to, że znajdował się na najniższym szczeblu w hierarchii społeczeństwa Drugiej Fundacji. Potrafił czytać w myślach, ale nie potrafił kierować nimi. Nigdy nie osiągnął takiego poziomu edukacji. Był obserwatorem, a nie manipulatorem.

Jego rola była zatem drugorzędna, ale nie przejmował się tym za bardzo. Znał swoje miejsce.

W pierwszych stuleciach swego istnienia Druga Fundacja nie doceniała ogromu stojącego przed nią zadania. Myślała, że garstka jej członków może kontrolować całą Galaktykę i że dla właściwego funkcjonowania Planu Seldona wystarczy tylko od czasu do czasu wprowadzić zupełnie minimalną korektę.

Muł pozbawił ich tych iluzji. Pojawił się nagle znikąd, wziął Drugą Fundację (i oczywiście Pierwszą, ale to nie miało znaczenia) przez zaskoczenie i spowodował, że stali się zupełnie bezradni. Przygotowanie kontrataku zajęło im całe pięć lat, a i tak operacja ta pochłonęła wiele ofiar.

Doszli do siebie dopiero za czasów i za sprawą Palvera, choć i tym razem nie obyło się bez znacznych strat. Ostatecznie jednak podjęli odpowiednie kroki, aby nie dopuścić do takiej sytuacji w przyszłości. Palver zadecydował, że trzeba znacznie rozszerzyć działalność Drugiej Fundacji, minimalizując jednak możliwości jej wykrycia, i powołał do życia korpus obserwatorów.

Compor nie wiedział ilu obserwatorów jest w Galaktyce, a nawet ilu jest ich na Terminusie: To nie była jego sprawa. Między obserwatorami nie powinno być żadnych wykrywalnych związków, aby ewentualna wpadka jednego z nich nie pociągnęła za sobą wpadki drugiego. Wszyscy obserwatorzy kontaktowali się bezpośrednio tylko ze swymi zwierzchnikami na Trantorze.

Marzeniem i ambicją Compora było znaleźć się kiedyś na Trantorze. Zdawał sobie sprawę, że jest to bardzo mało prawdopodobne, wiedział jednak, że zdarzało się niekiedy, że ktoś z obserwatorów był wzywany na Trantor i awansował. Były to jednak rzadkie przypadki. Cechy, dzięki którym można było być dobrym obserwatorem, nie były jednak cechami, które kwalifikowałyby kogoś do Stołu Mówców.

Na przykład taki Gendibal był cztery lata młodszy od Compora. Musiał zostać, podobnie jak Compor, zwerbowany kiedy jeszcze był chłopcem, ale jego zabrano od razu na Trantor i teraz był już Mówcą. Compor nie miał żadnych wątpliwości co do tego, dlaczego tak się stało. Ostatnio często kontaktował się z Gendibalem i przekonał się o sile jego umysłu. Nie mógłby mu stawić oporu nawet przez sekundę.

Compor niezbyt często miał okazję, żeby odczuć swą niską pozycję. W końcu („tak jak w przypadku innych obserwatorów” myślał) pozycja ta była niska tylko wtedy, kiedy oceniało się ją według kryteriów przyjętych na Trantorze. Na swoich ojczystych planetach, żyjąc w normalnych, niementalistycznych społecznościach, obserwatorzy łatwo osiągali wysokie pozycje i stanowiska.

Compor, na przykład, nigdy nie miał problemów z dostaniem się do dobrej szkoły czy do dobrego towarzystwa. Potrafił w prosty sposób skorzystać ze swej znajomości mentalistyki, aby wzmóc swą naturalną intuicję (był pewien, że to właśnie dzięki tej wrodzonej zdolności został zwerbowany przez Drugą Fundację) i stać się asem gonitw w nadprzestrzeni. Już na uniwersytecie był gwiazdą tego sportu i dzięki temu wspiął się na pierwszy szczebel kariery politycznej. Nie można nawet przewidzieć, jak wysoko zajdzie kiedy zakończy się obecny kryzys.

Jeśli kryzys zakończy się szczęśliwie, a nie wątpił, że tak się stanie, to czy będą pamiętać, że to on właśnie, Compor, pierwszy właściwie ocenił Trevizego nie jako człowieka (bo to w końcu mógłby zrobić każdy), ale jako umysł?

Poznał Trevizego na uniwersytecie i początkowo widział w nim tylko wesołego i bystrego kompana. Jednak pewnego ranka, budząc się ze snu, poczuł w strumieniu podświadomości, który towarzyszył temu nieokreślonemu stanowi pół — snu, pół — jawy, żal, że Trevize nie został zwerbowany.

Trevize oczywiście nie mógł zostać zwerbowany, ponieważ był rodowitym Terminusczykiem, a nie, jak Compor, potomkiem rodu z innej planety. A zresztą i tak było już na to za późno. Tylko zupełnie młode osoby, dzieci, mają wystarczająco plastyczne umysły, aby można je było poddać kształceniu mentalistycznemu.

Żmudne wprowadzanie zasad tej sztuki — bo było to coś więcej niż nauka — do umysłów dorosłych, okrzepłych w nawykach i poruszających się utartymi koleinami, było konieczne tylko przez pierwsze dwa pokolenia po Seldonie.

Ale skoro Trevize nie mógł zostać zwerbowany z powodu pewnych, obowiązujących w Drugiej Fundacji zasad, a poza tym i tak już dawno przekroczył wiek, w którym można by go było zwerbować, to dlaczego Compor tak się tym przejął?

Otóż przy następnym spotkaniu z Trevizem Compor zagłębił się w jego umysł i odkrył to, co musiało go zaniepokoić na początku. Umysł Trevizego charakteryzował się cechami zupełnie nie pasującymi do reguł, których nauczono Compora. Po prostu wymykał się mu. Śledząc pracę jego mózgu, Compor odkrył luki… nie, właściwie to nie były luki, raczej miejsca, gdzie nic nie było. Były to miejsca, w których zupełnie nie można było prześledzić myśli Trevizego. Po prostu Compor nie był w stanie przeniknąć tak głęboko.

Compor nie potrafił określić, co to znaczy, ale zaczął uważnie analizować zachowanie Trevizego w świetle tego, co odkrył i nabrał podejrzenia, że Trevize ma niesamowitą zdolność wyciągania trafnych wniosków z danych, które wydawały się dalece niekompletne.

Czy miało to coś wspólnego z owymi lukami? Z pewnością był to problem, którego rozwiązanie przekraczała jego siły i wymagało zaangażowania wybitnych mentalistów, może nawet samego Stołu.

Compor miał przykre uczucie, że Trevize sarn nie w pełni zdaje sobie sprawę ze swych niezwykłych umiejętności podejmowania trafnych decyzji i że może jest nawet w stanie zrobić…

Co zrobić? Wiedza Compora w tym zakresie była niewystarczająca. Prawie dostrzegał znaczenie zdolności, które posiadał Trevize, ale nie potrafił tego dokładnie określić. Domyślał się intuicyjnie, a może raczej odgadywał, że Trevize może potencjalnie być osobą o nadzwyczajnym znaczeniu.

Musiał założyć, że tak właśnie jest i zaryzykować, że może to być przez Stół pocz} tane jako dowód, że nie nadaje się na swoje stanowisko. Ale w końcu, gdyby okazało się, że ma rację…

Teraz, spoglądając wstecz, sam nie wiedział, skąd wziął odwagę, aby trwać przy swym postanowieniu. Nie mógł się przebić przez administracyjne bariery odgradzające Stół od takich jak on. Już prawie pogodził się z myślą, że będzie miał nadszarpniętą reputację. W końcu zrobił rozpaczliwy krok i zwrócił się do najmłodszego członka Stołu. Stor Gendibal odpowiedział na jego wezwanie.

Gendibal wysłuchał go cierpliwie i od tamtej pory utrzymywał z nim specjalne stosunki. To Gendibal polecił mu kontynuować przyjaźń z Trevizem i udzielił wskazówek, jak ma zaaranżować sytuację, która doprowadziła do skazania Trevizego na wygnanie. I właśnie za pośrednictwem Gendibala Compor mógł (zaczynał mieć taką nadzieję) zrealizować swoje marzenie i dostać awans na Trantorze.

Jednak wszystkie przygotowania biegły w tym kierunku, aby ściągnąć Trevizego na Trantor. Jego odmowa udania się tam zupełnie zaskoczyła Compora i — jak myślał — także Gendibal nie przewidział takiego obrotu rzeczy.

W każdym razie Gendibal miał przybyć na miejsce i dla Compora oznaczało to, że kryzys jest znacznie głębszy, niż przypuszczał.

Compor wysłał swój sygnał przez nadprzestrzeń.

<p>48.</p>

Gendibala wyrwało ze snu lekkie muśnięcie czyjejś myśli. Nie było to przykre, choć wywarło odpowiedni skutek. Został muśnięty ośrodek dyspozycji snu, więc po prostu Gendibal się przebudził.

Siadł na łóżku. Zsunęło się prześcieradło, którym był okryty, ukazując dobrze zbudowane ciało. Od razu rozpoznał to muśnięcie. Różnice między myślowymi dotykami poszczególnych osób były dla mentalistów równie wyraźne jak różnice głosów dla tych, którzy porozumiewali się głównie za pomocą słów.

Gendibal wysłał normalny sygnał potwierdzający odbiór i spytał, czy może się nieco spóźnić. W odpowiedzi usłyszał, że nic nie nagli. A zatem, bez zbytniego pośpiechu, zabrał się do zwykłych czynności porannych. Był jeszcze pod prysznicem (zużyta woda poddawana była procesowi powtórnego uzdatniania), kiedy znowu nawiązał kontakt.

— Compor?

— Słucham, Mówco.

— Rozmawiałeś z Trevizem i tym drugim.

— Z Peloratem. Z Janovem Peloratem. Tak.

— Dobrze. Poczekaj jeszcze pięć minut, to ustanowię kontakt wzrokowy. Idąc do sterowni, minął Surę Novi. Spojrzała na niego pytająco i zrobiła taki ruch, jakby chciała coś powiedzieć, ale położył palec na ustach i od razu wycofała się. Gendibal wciąż jeszcze czuł się nieco skrępowany intensywną mieszanką adoracji i szacunku, którą widział w jej umyśle, ale powoli zaczynał się do tego przyzwyczajać jak do czegoś normalnego, a nawet sprawiało mu to pewną przyjemność.

Połączył jedną z wypustek swego umysłu z jej umysłem i nie sposób było teraz wpłynąć na nią, nie alarmując go od razu. Prostota jej umysłu (Gendibal nic mógł się oprzeć myśli, że kontemplacja prostej, szlachetnej symetrii jej mózgu była wspaniałym przeżyciem estetycznym) sprawiała, że było niemożliwe, aby pojawiło się w ich pobliżu jakieś obce pole myślowe i pozostało niewykryte. Poczuł nagły przypływ radości, że kiedy tak stał z nią wtedy przed bramą uniwersytetu, zrodził się w nim szlachetny odruch, który doprowadził niespodziewanie do tego, iż zjawiła się akurat w momencie, kiedy mogła być bardzo przydatna.

— Compor? — rzekł.

— Tak, Mówco.

— Odpręż się, proszę. Muszę zbadać twój umysł. Nie obrażaj się.

— Jak sobie życzysz, Mówco. Czy mogę wiedzieć w jakim celu?

— Aby upewnić się, czy nie zostałeś przez kogoś odmieniony.

— Wiem, Mówco, że masz przeciwników wśród członków Stołu — powiedział Compor — ale na pewno nikt z nich…

— Nie spekuluj, Compor. Odpręż się… Tak, jesteś nietknięty. Teraz, jeśli mi pomożesz, nawiążemy kontakt wzrokowy.

To, co potem nastąpiło, było iluzją w dosłownym znaczeniu tego terminu, bo nikt poza dysponującym siłą mentalną i do tego dobrze wyszkolonym członkiem Drugiej Fundacji nie byłby w stanie nic wyśledzić, i to nie tylko korzystając z własnych zmysłów, ale nawet posługując się urządzeniami do wykrywania.

Było to budowanie obrazu twarzy z konturów umysłu i nawet najlepszy mentalista nie potrafił stworzyć nic więcej poza mglistą J nieco nieokreśloną postacią. Gendibal ujrzał przed sobą, jakby zawieszoną w przestrzeni, twarz Compora. Oglądał ją jak przez falującą cienką warstwę gazy i wiedział, że jego własna twarz pojawiła się dokładnie w taki sam sposób przed Comporem.

Można było ustanowić łączność fizyczną, przez nadprzestrzeń, i wówczas obraz byłby tak wyraźny, że rozmówcy oddaleni od siebie o tysiące parseków widzieliby się tak dokładnie, jak gdyby stali twarzą w twarz. Statek Gendibala był wyposażony w odpowiednią do tego aparaturę.

Jednak wizja mentalistyczna miała swoje zalety. Podstawowa zaleta polegała na tym, że obrazu tego nie można było przechwycić za pomocą żadnych znanych Pierwszej Fundacji urządzeń. Zresztą, jeśli już o tym mowa, nie mógł go uchwycić także inny członek Drugiej Fundacji. Można było, co prawda, śledzić wymianę myśli, ale subtelne zmiany wyrazu twarzy, które były istotną cechą tego rodzaju komunikacji, pozostawały ukryte.

A jeśli chodzi o anty — Mułów… Czysty obraz umysłu Novi był najlepszym dowodem, że żadnego z nich nie było w pobliżu.

— Compor, zrelacjonuj mi dokładnie rozmowę, którą przeprowadziłeś z Trevizem i tym Peloratem. Z dokładnością do stanu umysłu — rzekł Gendibal.

— Oczywiście, Mówco — powiedział Compor.

Nie zajęło to dużo czasu. Połączenie dźwięku, wyrazu twarzy i myśli skondensowało całą rozmowę, mimo iż na poziomie umysłu było o wiele więcej do powiedzenia niż gdyby relacja ta ograniczała się tylko do przekazania słów.

Gendibal patrzył w skupieniu. W wizji mentalistycznej nie było zbędnych szczegółów, a jeśli nawet, to niewiele. W normalnym przekazie obrazu, a nawet w przekazie przez nadprzestrzeń, widziało się więcej podczas przekazu informacji niż to było absolutnie niezbędne dla ich zrozumienia, w związku z czym można było coś przeoczyć bez obawy.

Natomiast w przypadku wizji mentalistycznej zyskiwało się absolutną pewność, że informacje przekazywane tą drogą nie dotrą do nikogo niepowołanego, ale w zamian trzeba było skoncentrować całą uwagę, aby nie uronić nic z przekazu. Każdy szczegół był istotny.

Na Trantorze instruktorzy przekazywali uczniom opowieści grozy, opowieści, które miały im uświadomić jak ważna jest koncentracja. Ta, która była najczęściej powtarzana, była najmniej wiarygodna. Była to opowieść o pierwszym raporcie o podbojach Muła, wysłanym zanim jeszcze zajął on Kalgan.

Otóż urzędnik, który otrzymał raport, miał wrażenie, że chodzi tylko o jakieś zwierzę podobne do konia, ponieważ nie zauważył albo nie zrozumiał lekkiego ruchu ręki, który znaczył „nazwisko”. Zdecydował zatem, że jest to kwestia zbyt małej wagi, aby przekazywać ją na Trantor. Kiedy nadszedł następny raport, było już za późno, żeby podjąć przeciwdziałania i ta chwila nieuwagi kosztowała Drugą Fundację pięć lat ciężkich zmagań.

Było prawie pewne, że zdarzenie to nigdy nie miało miejsca, ale było to nieistotne. Ta dramatyczna opowieść miała po prostu skłonić uczniów do intensywnej koncentracji na przekazie, który otrzymywali. Gendibal dobrze pamiętał, jak jemu samemu zdarzyło się w czasie nauki popełnić w odbiorze błąd, który wydawał mu się minimalny i absolutnie bez znaczenia. Jego nauczyciel, stary Kendast, tyran do samych korzeni móżdżka, uśmiechnął się tylko szyderczo i powiedział „Zwierzę podobne do konia, co, gołowąsie?” i co wystarczyło, żeby Gendibal zatrząsł się ze wstydu.

Compor skończył.

— Podaj mi, proszę, swoją ocenę reakcji Trevizego — rzekł Gendibal. — Znasz go lepiej niż ja, lepiej niż ktokolwiek inny.

— To było zupełnie jasne — odparł Compor. — Reakcje jego umysłu były jednoznaczne. Uważa, że to, co robiłem i mówiłem, świadczyło o tym, że usilnie pragnę, aby poleciał na Trantor, czy do sektora Syriusza, czy gdziekolwiek, byle nie tam, gdzie się faktycznie wybiera. Moim zdaniem, znaczy to, że zostanie tam, gdzie jest. Krótko mówiąc, fakt, że przywiązywałem tak wielkie znaczenie do tego, żeby zmienił miejsce, spowodował, że on te ż zaczął do tego przywiązywać duże znaczenie, a ponieważ uważa, że jego interesy różnią się diametralnie od moich, będzie rozmyślnie postępował na przekór temu, czego — jak uważa — ja pragnę.

— Jesteś tego pewien?

— Zupełnie pewien.

Gendibal zastanawiał się nad tym przez chwilę i doszedł do przekonania, że Compor ma rację. — Jestem z ciebie zadowolony — powiedział. — Wykazałeś się dobrą robotą. Twoja opowieść o radioaktywnej zagładzie Ziemi została zręcznie przygotowana i wywołała właściwą reakcję bez potrzeby uciekania się do bezpośredniej ingerencji w jego umysł. Zasłużyłeś na pochwałę!

Przez krótką chwilę Compor wydawał się prowadzić wewnętrzne zmagania. — Mówco — powiedział w końcu — nie zasłużyłem na tę pochwałę. Nie wymyśliłem tej opowieści. Jest ona prawdziwa. W sektorze Syriusza jest naprawdę planeta zwana Ziemią i naprawdę uważa się, że ona była kolebką ludzkości. Była radioaktywna albo od początku, albo potem taką się stała i stopień napromieniowania stale się zwiększał, aż zamarło na niej życie. Ten wynalazek, który miał potęgować możliwości mózgu i z którego ostatecznie nic nie wyszło, to też prawda. Na planecie, z której pochodzili moi przodkowie, uważa się to wszystko za fakty historyczne.

— Naprawdę? To interesujące — powiedział Gendibal bez widocznego przekonania. — To nawet lepiej. Temu, kto wie, kiedy wystarczy szczera prawda, należą się wyrazy uznania, bo żadnej nieprawdy nie można przekazać z takim szczerym przekonaniem jak prawdy. Palver powiedział kiedyś „Kłamstwo jest tym lepsze, im jest bliższe prawdy, a sama prawda, jeśli można z niej skorzystać, jest najlepszym kłamstwem”.

— Muszę powiedzieć jeszcze jedno — rzekł Compor. — Wypełniając twoje instrukcje i starając się zatrzymać Trevizego w sektorze Sayshell do czasu twojego przybycia — za wszelką cenę, jak powiedziałeś — posunąłem się tak daleko, że jest teraz dla mnie oczywiste, że podejrzewa mnie, iż jestem pod wpływem Drugiej Fundacji.

Gendibal skinął głową. — To, myślę, jest w tych okolicznościach nieuniknione. Jego obsesja na naszym punkcie sprawia, że widzi Drugą Fundację nawet tam, gdzie jej nie ma. Po prostu musimy się z tym liczyć.

— Mówco, jeśli jest absolutnie konieczne, żeby Trevize pozostał tam, gdzie jest aż do czasu twego przybycia, to uprościłoby sprawę, gdybym wyleciał na twoje spotkanie, wziął cię na mój statek i przywiózł tutaj. To nie zajęłoby nawet jednego dnia…

— Nie, Obserwatorze — uciął ostro Gendibal. — Nie zrobisz tego. Na Terminusie wiedzą, gdzie jesteś. Masz na pokładzie nadajnik nadprzestrzenny, którego nie możesz usunąć, prawda?

— Tak, Mówco.

— A jeśli Terminus wie, że wylądowałeś na Sayshell, to wie też o tym jego ambasador na Sayshell… i wie też, że wylądował tam Trevize. Ten nadajnik nadprzestrzenny na twoim statku poinformuje tych na Terminusie, że udałeś się w pewne miejsce odległe o wiele parseków od Sayshell i wróciłeś z powrotem, a ambasador przekaże im, że Trevize pozostał tymczasem w sektorze. Na podstawie tego mogą się czegoś domyśleć. Burmistrz Terminusa, wszystko na to wskazuje, to bystra kobieta i zaniepokoić ją jakimś zagadkowym twoim posunięciem byłoby głupotą z naszej strony. Nie chcę, żeby wylądowała nam tu na karku ze swoją flotą. A prawdopodobieństwo tego jest w każdym razie niepokojąco duże.

— Za pozwoleniem, Mówco… — rzekł Compor. — Dlaczego mamy się obawiać floty, kiedy możemy poddać naszej kontroli jej dowódcę?

— Nawet jeśli powody do obawy są minimalne, to będą jeszcze mniejsze, kiedy nie będzie tu tej floty. Zostań, gdzie jesteś, Obserwatorze. Kiedy do ciebie dotrę, to przejdę na twój statek i wtedy…

— Co wtedy, Mówco?

— No jak to co, wtedy ja przejmę dowództwo.

<p>49.</p>

Gendibal nie ruszył się z miejsca po zakończeniu seansu łączności. Siedział tam wiele minut i rozmyślał.

Podczas tej długiej podróży na Sayshell, długiej, bo jego statek absolutnie nie mógł się równać z technicznie o wiele bardziej zaawansowanymi produktami Pierwszej Fundacji, przestudiował dokładnie wszystkie raporty o Trevizem. Obejmowały one okres blisko dziesięciu lat.

Zawarte w nich informacje, szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń, nie pozostawiały żadnej wątpliwości, że Trevize byłby wspaniałym nabytkiem dla Drugiej Fundacji, gdyby nie przestrzegano skrupulatnie obowiązującej od czasów Palvera zasady, że nigdy nie rekrutuje się ludzi urodzonych na Terminusie.

Nie sposób było powiedzieć, ilu potencjalnych kandydatów najwyższej klasy zostało bezpowrotnie straconych dla Drugiej Fundacji przez tych kilkaset lat jej istnienia. Nie sposób było oceniać przydatności każdego z trylionów ludzi zamieszkujących Galaktykę. Jednak na pewno żaden z nich nie posiadał większych zdolności niż Trevize i z pewnością żaden nie mógłby być w bardziej newralgicznym punkcie.

Gendibal lekko potrząsnął głową. Trevize nie powinien był zostać przeoczony, bez względu na to, czy urodził się na Terminusie gzy nie… I Obserwatorowi Comporowi należy się uznanie za to, że dostrzegł to, mimo iż lata zniekształciły nieco osobliwe cechy umysłu Trevizego.

Oczywiście teraz Trevize nie nadawał się już dla nich. Był za stary na to, aby można było właściwie ukształtować jego umysł, ale nadal posiadał ową wrodzoną intuicję, ową zdolność znajdowania trafnego rozwiązania problemu na podstawie absolutnie niedokładnych informacji i coś… coś…

Stary Shandess, który — mimo iż miał już swe najlepsze lata za sobą — był Pierwszym Mówcą i, ogólnie biorąc, dobrze wywiązywał się ze swych obowiązków, też coś w Trevizem dostrzegł, chociaż nie dysponował odpowiednimi danymi i analizą, którą Gendibal zrobił podczas swej podróży. Trevize był, zdaniem Shandessa, kluczem do rozwiązania obecnego kryzysu.

Ale dlaczego Trevize znalazł się na Sayshell? Co planował? Co miał zamiar zrobić?

Nie wolno było nawet tknąć jego umysłu! Tego Gendibal był pewien. Dopóki nie było dokładnie wiadomo, jaką rolę gra w tym wszystkim, byłoby karygodnym błędem próbować nim manipulować. Ponieważ sprawa wiązała się z anty — Mułami, kimkolwiek byli czy czymkolwiek mogli być, jakiekolwiek niewłaściwe posunięcie w stosunku do Trevizego (przede wszystkim do Trevizego) mogło sprawić, że zupełnie niespodziewanie eksplodowałoby im prosto w twarz jakieś miniaturowe słońce.

Wyczuł, że wokół jego umysłu krąży jakiś inny umysł i bezwiednie trzepnął go, jakby ogarniał się od jakiegoś dokuczliwego owada trantorskiego, choć zrobił to oczywiście myślą, nie ręką. Natychmiast odczuł dochodzącą z tamtej strony falę bólu i podniósł głowę.

Sura Novi pocierała dłonią swe gęste brwi. — Przepraszam, panie, nagle rozbolała mnie głowa — powiedziała.

Gendibalowi natychmiast zrobiło się jej żal. — Przepraszam, Novi. Nie myślałem… a raczej myślałem zbyt intensywnie. — Szybko i delikatnie wygładził — zmierzwione wici jej umysłu.

Novi uśmiechnęła się nagle radośnie. — Przeszło już. Miły dźwięk twoich słów, panie, dobrze działa na mnie.

— Dobrze — rzekł Gendibal. — Czy coś się stało? Dlaczego tu przyszłaś? — Powstrzymał się przed wkroczeniem w jej myśli i zbadaniem samemu o co chodzi. Z upływem czasu czuł coraz większą niechęć do naruszania jej prywatności.

Novi zawahała się. Pochyliła się lekko w jego stronę. — Przestraszyłam się. Patrzyłeś, panie, w puste miejsce i coś mruczałeś, i twoja twarz się kurczyła. Stałam tam cała sztywna ze strachu, że jesteś chory… i nie wiedziałam co robić.

— To nic takiego, Novi. Nie bój się — pogładził jej dłoń. — Nie ma powodu do obaw. Rozumiesz?

Obawa, czy jakieś inne silne uczucie, nieco zepsuło symetrię jej umysłu. Wolał, gdy umysł jej był spokojny, łagodny i szczęśliwy, ale nie mógł zdecydować się na przywrócenie go do stanu pierwotnego przez wpływ z zewnątrz. Jego wcześniejszą ingerencję wzięła za skutek działania jego słów i wydawało mu się, że woli, żeby tak było.

— Novi, dlaczego nie chcesz, żebym mówił do ciebie Sura? — spytał.

Spojrzała na niego nagle posmutniałym wzrokiem. — Och nie, panie, nie mów tak.

— Ale Rufirant odzywał się tak do ciebie tego dnia, kiedy się pierwszy raz spotkaliśmy. Teraz znam cię już dość dobrze…

— Wiem dobrze, panie, że się tak odzywał. Tak mówi mężczyzna do dziewczyny, która nie ma mężczyzny, która nie jest zaręczona, która… nie jest zupełna. Wtedy mówi się do niej po imieniu. To dla mnie większy zaszczyt, kiedy mówisz, panie, „Novi” i jestem dumna, że tak mówisz. I chociaż nie mam teraz mężczyzny, to mam pana i jestem zadowolona. Mam nadzieję, że nie obrazisz się, panie, za to, że chcę, żebyś mówił „Novi”.

— Oczywiście, że nie, Novi.

W odpowiedzi na to jej umysł ponownie odzyskał swą piękną gładkość. Sprawiało to Gendibalowi przyjemność. Aż za dużą. Czy powinien odczuwać aż taką przyjemność?

Przypomniał sobie z pewnym zawstydzeniem, że podobno w taki sam sposób wpłynęła na Muła ta kobieta z Pierwszej Fundacji, Bayta Darell, i to na jego zgubę.

Oczywiście on był w innej sytuacji. Ta chłopka była jego tarczą chroniącą go przed obcymi umysłami i chciał, żeby służyła temu celowi jak najlepiej.

Nie, to nieprawda. Skompromitowałby się jako Mówca, gdyby przestał rozumieć swój własny umysł albo gdyby, co gorsza, celowo źle interpretował własne myśli, aby ukryć przed sobą samym prawdę. A prawda była taka, że sprawiało mu przyjemność, kiedy była cicha, spokojna i szczęśliwa sama z siebie, bez jego ingerencji, i że sprawiało mu to przyjemność po prostu dlatego, że ją lubił i (pomyślał wyzywająco) nie było w tym nic złego.

— Usiądź, Novi — powiedział.

Usiadła, balansując niebezpiecznie na. brzeżku krzesła i trzymając się w takiej odległości, na jaką pozwalały ograniczone rozmiary kabiny. Jej umysł przepełniał szacunek.

— Kiedy widziałaś, jak coś mruczę, Novi — powiedział — rozmawiałem na dużą odległość, sposobem badaczy.

Novi odparła ze smutkiem, spuszczając oczy:

— Tak, panie, teraz wiem, że w sposobach badawców jest wiele rzeczy, których nie rozumiem i nie mogę sobie wyobrazić. To trudna sztuka. Wstyd mi, panie, że przyszłam do ciebie, żebyś zrobił ze mnie badawcę. Jak to się stało, że mnie nie wyśmiałeś?

— To nie wstyd mieć wyższe aspiracje, nawet jeśli ich realizacja jest niemożliwa. Masz już za dużo lat, żebym mógł zrobić z ciebie badacza w moim stylu, ale nie jesteś za stara na to, żeby nauczyć się nowych rzeczy i opanować nowe umiejętności. Opowiem ci trochę o tym statku. Zanim dotrzemy do celu naszej podróży, będziesz już wiedziała dość dużo o nim.

Był zachwycony swoim pomysłem. Bo niby dlaczego nie miałby tego zrobić? Zupełnie rozmyślnie odrzucał stereotypowe wyobrażenia o Tutejszych. W końcu jakie prawo miała heterogeniczna społeczność Drugiej Fundacji do tworzenia takich stereotypów? Dzieci pochodzące z ich małżeństw bardzo rzadko nadawały się na stanowiska piastowane przez rodziców. Dzieci Mówców prawie nigdy nie miały cech kwalifikujących je na Mówców. Co prawda trzysta lat temu zdarzyło się, że trzy kolejne pokolenia Linguesterów sprawowały tę funkcję, ale podejrzewano, że drugi z nich nie nadawał się do tego. A jeśli tak było w — istocie, to jakie podstawy mieli ludzie z uniwersytetu, żeby stawiać się na piedestale? Widział, że oczy Novi rozbłysły i sprawiło mu to przyjemność.

— Będę się pilnie starała nauczyć wszystkiego, panie — powiedziała.

— Jestem pewien, że będziesz się starała — powiedział i zawahał się. Uświadomił sobie, że podczas rozmowy z Comporem w ogóle nie wspomniał, że nie jest sam. Niczym nie zasygnalizował mu, że ma towarzyszkę.

To, że jest z kobietą, będzie, być może, zrozumiałe, a przynajmniej Compor na pewno nie będzie tym zaskoczony. Ale że tą kobietą jest chłopka Trantorska?

Na chwilę, mimo jego usilnych starań, stereotyp wziął jednak górę i Gendibal pomyślał z ulgą, że na szczęście Compor nigdy nie był na Trantorze i nie zorientuje się, że Novi jest Tutejszą.

Otrząsnął się. To, czy Compor — czy ktokolwiek inny — wie o tym, czy nie, nie ma znaczenia. W końcu on, Gendibal, jest Mówcą z Drugiej Fundacji i może robić, co zechce, byleby trzymał się ram Planu Seldona. Nikomu nic do tego, co robi, dopóki nie wyłamuje się z reguł ustalonych przez Seldona.

— Panie, czy rozstaniemy się, kiedy już dotrzemy do celu? — spytała Novi.

Spojrzał na nią i powiedział, z większym chyba naciskiem, niż zamierzał:

— Nie rozstaniemy się, Novi.

Uśmiechnęła się nieśmiało i z tym uśmiechem wyglądała jak każda inna kobieta.


43.

<p>43.</p>

Munn Li Compor, radny z Terminusa, wyciągnął z niepewną miną rękę do Trevizego. Trevize obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem i rzekł, jakby mówił w powietrze:

— Nie chcę stwarzać sytuacji, w wyniku której mógłbym zostać zaaresztowany za zakłócanie spokoju na obcej planecie, ale jeśli to indywiduum zrobi jeszcze krok w moją stronę, to nie odpowiadam za siebie.

Compor zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę nie wiedział, co robić, a potem — rzuciwszy niepewne spojrzenie na Pelorata — rzekł cicho:

— Czy mogę chwilę z tobą porozmawiać? Chcę coś wyjaśnić. Wysłuchasz mnie?

Pelorat spoglądał to na jednego, to na drugiego, lekko marszcząc swą długą twarz. — O co tu chodzi, Golan? — spytał. — Ledwie przylecieliśmy na ten odległy świat, a już spotykasz jakiegoś znajomego?

Trevize miał wzrok utkwiony w Compora, ale obrócił nieco tułów, aby było jasne, że zwraca się do Pelorata. — To indywiduum tutaj, istota ludzka, sądząc z pozorów, było kiedyś moim przyjacielem. Ufałem mu, tak jak się ufa przyjaciołom. Zwierzyłem mu się z moich myśli, których raczej nie należało szeroko rozgłaszać, a on powtórzył wszystko szczegółowo władzom i nie zadał sobie trudu, żeby mnie o tym fakcie powiadomić. Tym sposobem wpadłem w zręcznie zastawioną pułapkę i w efekcie jestem teraz na wygnaniu. I teraz to indywiduum chce, żebym traktował go jak przyjaciela.

Obrócił się całym ciałem do Compora i przeczesał palcami włosy, przez co stały się jeszcze bardziej potargane. — Słuchaj no — powiedział. — Mam do ciebie pytanie. Co tutaj robisz? W Galaktyce jest tyle światów, a ty znalazłeś się akurat na tym. Dlaczego? I dlaczego właśnie teraz?

Wyciągnięta aż do tej chwili ręka Compora opadła i uśmiech zniknął z jego twarzy. Zniknęła też jego zwykła pewność siebie. Wyglądał teraz na młodszego, niż był w istocie. Wydawał się też nieco przygnębiony. — Zaraz wszystko wyjaśnię — powiedział — ale muszę zacząć od początku.

Trevize rozejrzał się szybko. — Tutaj? Naprawdę chcesz mówić o tym tutaj? W miejscu publicznym? Chcesz, żebym cię walnął tutaj, kiedy już będę miał dosyć twoich łgarstw?

Compor podniósł obie ręce w uspokajającym geście. — Tu jest najbezpieczniej, wierz mi. — I zaraz, domyślając się, co Trevize ma zamiar powiedzieć, poprawił się: — Zresztą, jak chcesz, to możesz mi nie wierzyć. To nieważne. Mówię szczerą prawdę. Jestem na tej planecie parę godzin dłużej niż wy i sprawdziłem to. Dzisiaj jest jakiś szczególny dzień dla mieszkańców Sayshell. Jest to, z jakiegoś powodu, dzień medytacji. Prawie wszyscy są w swoich domach, a przynajmniej powinni tam być… Widzisz, jakie tu pustki. Chyba nie przypuszczasz, że jest tu tak codziennie.

Pelorat kiwnął głową i powiedział: — Właśnie zastanawiałem się, dlaczego tu tak pusto. — Nachylił się do ucha Trevizego i szepnął: — Dlaczego nie chcesz go wysłuchać, Golan? Wygląda na nieszczęśliwego i może chce spróbować cię przeprosić. To nieładnie nie dać mu takiej szansy.

— Wydaje się, że profesor Pelorat ma ochotę cię wysłuchać — rzekł Trevize. — Wyświadczę mu tę przysługę, ale ty mnie wyświadczysz przysługę, jeśli będziesz się streszczał. W dzisiejszym dniu mogę sobie pozwolić na to, żeby stracić cierpliwość. Jeśli wszyscy pogrążeni są w medytacji, to być może zakłócenie spokoju w miejscu publicznym nie ściągnie stróżów prawa. Juro mogę już nie mieć takiej okazji. Dlaczego nie miałbym więc skorzystać z tej, która właśnie mi się nadarza?

— Słuchaj — powiedział Compor nieswoim głosem — jeśli chcesz mnie walnąć, to proszę bardzo. Nawet nie będę próbował się bronić. No śmiało — uderz mnie, ale wysłuchaj tego, co chcę powiedzieć.

— No więc mów. Daję ci parę minut.

— Po pierwsze, Golan…

— Proszę, żebyś mówił do mnie Trevize. Nie jestem już z tobą po imieniu.

— Po pierwsze, Trevize, dobrze zrobiłeś, przekonując mnie do swoich poglądów…

— Dobrze ukryłeś to swoje przekonanie. Przysiągłbym, że cię tym tylko ubawiłem.

— Udawałem ubawionego, żeby ukryć przed samym sobą niepokój, jaki we mnie wzbudziłeś… Słuchaj, usiądźmy tam, pod ścianą. Jest tu co prawda pusto, ale może ktoś wejść, a sądzę, że nie musimy niepotrzebnie rzucać się komuś w oczy.

Przeszli powoli przez całą salę. Compor znowu miał na twarzy niepewny uśmiech, ale na wszelki wypadek trzymał się w bezpiecznej odległości od Trevizego.

Usiedli w fotelach, których siedzenia poddały się ciężarowi ich ciał i dopasowały się do kształtów ich bioder i pośladków. Pelorat zrobił zaskoczoną minę i wykonał ruch, jak gdyby chciał się podnieść.

— Niech pan się uspokoi, profesorze — powiedział Compor. — Ja mam już to za sobą. Jak widać, wyprzedzili nas w pewnych rzeczach. Sayshell to świat, gdzie ceni się drobne wygody.

Obrócił się do Trevizego, kładąc rękę na oparciu fotela. Teraz mówił już spokojnym głosem.

— Wzbudziłeś we mnie niepokój. Zacząłem wierzyć, że Druga Fundacja naprawdę istnieje i było to bardzo nieprzyjemne uczucie. Zastanów się, co by się stało, gdyby istnieli. Czy nie jest prawdopodobne, że zajęliby się tobą? Że usunęliby cię w jakiś sposób, żebyś im nie przeszkadzał? Otóż gdybym zachowywał się tak, jak gdybym ci uwierzył, to mnie też mogliby usunąć. Rozumiesz o co mi chodzi?

— Rozumiem, że jesteś tchórzem.

— A co by komu przyszło z tego, że zachowywałbym się jak bohater jakiejś powieści przygodowej? — spytał Compor spokojnie, ale w jego oczach widać było oburzenie. — Czy ty albo ja mamy jakieś szansę z. organizacją, która może dowolnie kształtować nasze uczucia i myśli? Jeśli chce się walczyć z takimi ludźmi i wygrać, to trzeba zacząć od tego, żeby starannie ukryć fakt, że się w ogóle coś wie o nich.

— A więc ukryłeś ten fakt i czułeś się bezpiecznie, tak? Ale jakoś nie zatroszczyłeś się o to, żeby ukryć go przed Branno, prawda? To przecież było ryzykowne.

— Tak. Ale myślałem, że to się opłaci. Nasze rozmowy na ten temat mogły doprowadzić tylko do tego, że zaczęliby manipulować naszymi myślami albo doprowadzili nas do zupełnej demencji. Z drugiej strony, jeśli powiedziałem o tym burmistrzowi, to … Wiesz o tym, że znała dobrze mojego ojca. Obaj z ojcem byliśmy emigrantami ze Smyrno, a babka Branno…

— Tak, tak — przerwał mu niecierpliwie Trevize — a twoi przodkowie sprzed iluś tam pokoleń wywodzili się z sektora Syriusza. Opowiadasz o tym wszystkim swoim znajomym. Daj już temu spokój, Compor.

— No dobrze… A więc wysłuchała mnie. Gdybym mógł, używając twoich argumentów, przekonać burmistrza, że z tej strony grozi nam niebezpieczeństwo, to Federacja mogłaby podjąć odpowiednie działania. Nie jesteśmy już tacy bezbronni jak w czasach Muła, a w najgorszym wypadku fakt istnienia Drugiej Fundacji stałby się szeroko znany i my dwaj nie bylibyśmy już w takim niebezpieczeństwie, jak przedtem.

— No tak, lepiej wystawić na niebezpieczeństwo całą Fundację i ocalić własną skórę — rzekł drwiąco Trevize. — To się nazywa patriotyzm.

— To byłaby najgorsza ewentualność. Liczyłem na najlepszą — czoło Compora pokryło się kroplami potu. Widać było, że bardzo męczy go walka z niezłomną pogardą, którą okazywał mu Trevize.

— Ale nie pomyślałeś o tym, żeby mi powiedzieć o tym swoim sprytnym planie, co?

— Nie, nie pomyślałem i bardzo cię za to przepraszam, Trevize. Burmistrz mi zabroniła. Powiedziała, że chce wiedzieć wszystko, co ty wiesz, ale że jesteś taki, że zaraz byś się zamknął w. sobie, gdybyś się zorientował, że przekazuję jej twoje opinie.

— I miała rację!

— Nie wiedziałem… nie domyślałem się… nie przyszło mi do głowy, że chce cię zaaresztować i zesłać na wygnanie.

— Czekała tylko na odpowiedni moment, na chwilę, kiedy moja pozycja radnego nie będzie mnie mogła przed tym uchronić. Nie przewidziałeś tego?

— A jak miałem to przewidzieć? Ty sam się tego nie spodziewałeś.

— Gdybym wiedział, że zna moje opinie, to bym się spodziewał.

— Łatwo tak mówić po fakcie — powiedział Compor. W tej sytuacji wyglądało to na bezczelność.

— A czego chcesz tutaj ode mnie? Teraz ty też mówisz po fakcie.

— Chcę to wszystko naprawić. Chcę naprawić krzywdę, którą ci niechcący — niechcący — wyrządziłem.

— Coś takiego — rzekł sucho Trevize. — To bardzo miło z twojej strony. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Jak to się stało, że znalazłeś się na tej samej planecie, co ja?

— Odpowiedź jest prosta. Przyleciałem twoim śladem! — odparł Compor.

— Przez nadprzestrzeń? Po całej serii skoków, które zrobiłem?

Compor potrząsnął głową. — Nie ma w tym nic tajemniczego. Mam taki sam statek jak ty, z takim samym komputerem. Wiesz o tym, że zawsze miałem pewną intuicyjną zdolność zgadywania w jakim kierunku poleci przez nadprzestrzeń dany statek. Nie robiłem tego bezbłędnie — myliłem się dwa razy na trzy, ale z komputerem idzie mi to o wiele lepiej. A przy tym na początku trochę zwlekałeś ze skokiem, co dało mi możliwość ocenienia kierunku twego statku i szybkości, z jaką się poruszałeś, jeszcze zanim wszedłeś w nadprzestrzeń. Wprowadziłem do komputera odpowiednie dane razem z moimi intuicyjnymi wyliczeniami, a on zrobił resztę.

— I zdążyłeś dotrzeć tu przede mną?

— Tak. Nie korzystałeś z grawitacji, a ja tak. Domyśliłem się, że przylecisz do stolicy, więc udałem się tam prostą drogą, gdy tymczasem ty… — Compor zatoczył palcami krótką spiralę, naśladując statek okrążający planetę zgodnie z naprowadzającym sygnałem radiowym.

— Mogłeś narazić się na kłopoty z sayshellską biurokracją.

— No cóż… — na twarzy Compora pojawił się rozbrajający uśmiech i Trevize poczuł, że jego niechęć z wolna zaczyna topnieć. — Nie zawsze jestem tchórzem.

Trevize ponownie nasrożył się. — Jak to się stało, że dostałeś taki sam statek jak ja?

— Dostałem go dokładnie tak samo, jak ty. Przydzieliła mi go Branno.