Harlan Coben

Ostatni Szczegół


Z angielskiego przełożył ANDRZEJ GRABOWSKI

Tytuł oryginału: THE FINAL DETAIL


Ciotce Evelyn z Revere z mnóstwem serdeczności

Pamięci Larry'ego Gersona (1962 – 1998) Zamykasz oczy i wciąż widzisz uśmiech



1

<p>1</p>

Myron – z tropikalnym drinkiem bez parasolki w ręku – wylegiwał się u boku powalająco pięknej brunetki w zabójczo skąpym, zachęcającym do gwałtu bikini. Ale choć stopy omywała mu krystaliczna woda Karaibów, drobniutki jak puder piasek olśniewał bielą, niebo błękitniało jak płótno, które Bóg przygotował do malunku, a słońce pieściło rozkosznie niczym szwedzka masażystka, był nad wyraz nieszczęśliwy.

Przebywali we dwoje na tej rajskiej wyspie chyba od trzech tygodni. Nie zawracał sobie głowy liczeniem dni. Teresę chyba też nie. Wysepka wydawała się tak odległa od świata jak serialowa wyspa Gilligana: śladu telefonu, żadnych motorówek, trochę świateł – w porównaniu z tą Robinsona Crusoe mnóstwo luksusu – niemniej z pewnością nie prymitywnie. Myron pokręcił głową. Możesz oderwać chłopca od telewizji, lecz nie wybijesz mu jej z głowy.

Pośrodku widnokręgu wyrósł jacht. Pruł w ich kierunku, znacząc niebieską tkaninę morza białym ściegiem. Na jego widok Myrona ścisnęło w dołku.

Nie wiedział, gdzie właściwie się znajdują, choć wyspa nie była bezimienna. Nazywała się Święte Bachanalie. Naprawdę. Część owego skrawka planety, należącego do jednej z wielkich firm wycieczkowych, przeznaczono dla pasażerów statków, aby mogli pływać, biesiadować i zażywać rozkoszy we „własnym osobistym wyspiarskim raju”. Osobistym – do spółki z dwoma tysiącami innych bachicznych turistas, upchniętych jak foki na spłachetku plaży.

Po tej stronie wyspy było jednak całkiem inaczej. Stał tu tylko jeden dom, własność dyrektora oceanicznych linii wycieczkowych, hybryda krytej strzechą chaty i kolonialnej hacjendy na plantacji. W promieniu mili od niej mieszkał tylko służący. Wszyscy ludzie żyjący na wyspie – jakieś trzydzieści dusz – pracowali jako dozorcy w linii wycieczkowej. Jacht, na którym zgaszono silnik, podpłynął bliżej.

Teresę Collins zsunęła z nosa okulary przeciwsłoneczne i zmarszczyła brwi. Od trzech tygodni ich kawałek piasku mijały leniwie tylko olbrzymie liniowce, noszące tak wyrafinowane nazwy, jak Sensacja, Ekstaza, Punkt G.

– Mówiłeś komuś, gdzie jesteśmy? – spytała.

– Nie.

– Może to John.

John był jej przyjacielem, wspomnianym już dyrektorem linii wycieczkowych.

– Nie sądzę.

Teresę Collins, bardzo znaną, przebywającą właśnie „na urlopie” spikerkę wiadomości CNN, Myron poznał nieco ponad trzy tygodnie temu na imprezie charytatywnej, na którą w dobrej wierze zabrali ich znajomi. Wspólnota w nieszczęściu i cierpieniu przyciągnęła ich do siebie jak magnes. Zaczęło się od pokusy: a gdyby tak rzucić wszystko i uciec? Zniknąć z kimś, kto pociąga cię fizycznie i kogo ledwie znasz? Oboje podjęli wyzwanie, po dwunastu godzinach znaleźli się na St Marteen, a po dwudziestu czterech tutaj. Myron, który spał w sumie z czterema kobietami w życiu, który nie doświadczył przygód na jedną noc, nawet w epoce, gdy były one w modzie, wolnej ponoć od chorób wenerycznych, który ani razu nie odbył stosunku z czysto fizycznej potrzeby, bez miłości i zaangażowania, decyzję o ucieczce uznał za nadzwyczaj słuszną.

Nikomu nie powiedział, dokąd jedzie ani na jak długo – przede wszystkim dlatego, że sam nie miał pojęcia. Przez telefon poprosił mamę i tatę, żeby się o niego nie martwili (z równym skutkiem mógł im poradzić, by postarali się o skrzela i oddychali pod wodą). Esperanzy przekazał faksem prowadzenie RepSport MB, ich, od niedawna wspólnej, agencji sportowej. Do Wina nawet nie zadzwonił.

– Wiesz, kto to jest – domyśliła się obserwująca go bacznie Teresę.

Nie odpowiedział. Serce zabiło mu mocniej.

Jacht podpłynął bliżej brzegu, drzwi kabiny od strony dziobu otworzyły się i na pokład wyszedł Win.

Na jego widok Myrona zatkało. Win nigdy nie wpadał gdzieś przypadkiem. Jeżeli tu przypłynął, z pewnością stało się coś złego.

Myron wstał. Odległość była za duża. Nie zawołał, poprzestając na pozdrowieniu ręką. Win skinął mu głową.

– Zaraz. Czy to nie do jego rodziny należy firma Lock – Horne? – spytała Teresę.

– Tak.

– Przeprowadziłam z nim kiedyś wywiad. W związku z bessą na giełdzie. Ma długie, napuszone nazwisko.

– Windsor Horne Lockwood Trzeci.

– Właśnie. Dziwny człowiek.

Gdybyż tylko miała pojęcie, jak bardzo dziwny.

– Diablo przystojny, wygląda na dziedzica rodowej fortuny, członka prywatnych klubów, kogoś, kto urodził się ze srebrnym kijem golfowym w ręku.

W tym momencie Win jakby na dany znak przeczesał dłonią włosy i uśmiechnął się.

– Macie z sobą coś wspólnego – rzekł Myron.

– Co?

– Oboje uważacie, że Win jest diablo przystojny.

– Wracasz – powiedziała z lekką obawą Teresę, uważnie przyglądając się jego twarzy.

– Po to przypłynął.

Ujęła jego rękę. Była to ich pierwsza czuła chwila od balu charytatywnego sprzed trzech tygodni. Sami we dwoje na wyspie, stosunek za stosunkiem, a przy tym żadnych tkliwych pocałunków, delikatnych głaśnięć, łagodnych słów. Dziwne? Ale połączyły ich chęć zapomnienia o przeszłości i wola przetrwania – związek dwóch zdesperowanych dusz na ruinach uczuć, niezainteresowanych próbą ich odbudowy.

Większość dni Teresę spędzała na długich samotnych spacerach, podczas gdy on przesiadywał na plaży, ćwiczył i niekiedy czytał. Spotykali się, żeby zjeść, kochać się i spać. Poza tym dawali sobie spokój, każde z osobna lizało swoje rany. Myron widział, że Teresę – podobnie jak on – głęboko i mocno przeżywa jakąś niedawną tragedię. Nigdy jednak nie spytał jej, co się stało. A ona też go o nic nie pytała.

Taka była niepisana zasada ich małego szaleństwa.

Jacht się zatrzymał, rzucono kotwicę, Win wsiadł do łódki z motorkiem. Myron czekał, przebierał nogami, szykował się na najgorsze. Blisko brzegu Win zgasił silnik.

– Moi rodzice?! – zawołał Myron.

– Cali i zdrowi.

– Esperanza?

Win lekko się zawahał.

– Potrzebuje twojej pomocy.

Zszedł do wody ostrożnie, jakby oczekiwał, że utrzyma jego ciężar. Miał na sobie elegancką koszulę z kołnierzykiem na guziczki oraz szorty od Lilly Pulitzer tak jaskrawe, że spłoszyłby rekiny. Jachtowy japiszon. Był drobnej budowy, lecz na jego przedramionach grały mięśnie niczym stalowe węże. Kiedy do nich podszedł, Teresę wstała. Win podziwiał jej urodę, przyglądając się, lecz nie gapiąc. Niewielu mężczyzn tak potrafi. Ot, dobre wychowanie. Ujął dłoń Teresę i uśmiechnął się. Wymienili uprzejmości, a po nich sztuczne uśmiechy i zbyteczne uwagi. Osłupiały Myron tego nie słuchał. Teresę przeprosiła ich i wróciła do domu.

– Prima sempiterna – pochwalił Win, bacznie jej się przyglądając.

– Do mnie pijesz? – spytał Myron.

– W telewizji zawsze siedzi za pulpitem – odparł Win, w najlepsze śledząc sokolim wzrokiem… cel.

– W życiu bym się nie domyślił, że sempiternę ma pierwsza klasa. – Pokręcił głową. – Wielka szkoda.

– Pewnie. Może podczas każdego wejścia na antenę powinna kilka razy wstać, parę razy się odwrócić, skłonić et cetera.

– Święta słowa! – Win zerknął na Myrona. – Pstryknąłeś jej serię fotek, nagrałeś na wideo?

– Nie, tak byś zrobił ty albo gwiazda rocka kawał zboka.

– Szkoda.

– Dobrze, dobrze, zrozumiałem. – Prima sempiterna? – No więc, co się dzieje z Esperanzą? Teresę zniknęła w drzwiach wejściowych. Win westchnął cicho i obrócił się do Myrona.

– Zatankowanie paliwa zajmie pół godziny. Potem odpłyniemy. Pozwolisz, że spocznę?

– Co się stało, Win?

Win bez słowa usiadł na leżaku, ułożył się wygodnie, podłożył ręce pod głowę i skrzyżował nogi.

– Muszę przyznać, że jak ci odbija, to z klasą – powiedział.

– Wcale mi nie odbiło. Potrzebowałem odpocząć.

– Uhm.

Win odwrócił wzrok i do Myrona raptem dotarło, że zranił jego uczucia. Dziwne, ale chyba prawdziwe. Ten błękitnokrwisty, arystokratyczny socjopata nie zatracił mimo wszystko ludzkich uczuć. Chociaż od czasu studiów byli nierozłączni, to uciekając z Nowego Jorku, Myron nawet do niego nie zadzwonił. A przecież Win nie miał prócz niego nikogo bliskiego.

– Chciałem do ciebie zadzwonić – zaczął niepewnie Myron. Win nie zareagował.

– Wiedziałem jednak, że w razie kłopotów mnie znajdziesz. To prawda. Win odnalazłby igłę w stogu siana.

– Nieważne.

– Więc co się dzieje z Esperanzą?

– Chodzi o Clu Haida.

Haid był pierwszym klientem Myrona, baseballistą u schyłku kariery.

– A co z nim?

– Nie żyje.

Pod Myronem ugięły się nogi. Opadł na leżak.

– Zabity trzema strzałami we własnym mieszkaniu. Myron opuścił głowę.

– Myślałem, że powrócił na właściwą drogę. Win nie odpowiedział.

– A co ma do tego Esperanza?

– W tej chwili – Win spojrzał na zegarek – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa aresztują ją za zamordowanie Haida.

– Co takiego?!

Win znów nie odpowiedział. Nie cierpiał się powtarzać.

– Myślą, że go zabiła?

– Jak dobrze, że wakacje nie stępiły twoich zdolności do dedukcji. Win wystawił twarz w stronę słońca.

– Jakie mają dowody?

– Na przykład narzędzie zbrodni. Ślady krwi. Włókna. Masz jakiś olejek ochronny?

– Ale jak…? – Myron utkwił wzrok w nieprzeniknioną jak zwykle twarz przyjaciela. – Zrobiła to?

– Nie mam pojęcia.

– Nie spytałeś?

– Nie chciała ze mną rozmawiać.

– Słucham?

– Z tobą również.

– Nie rozumiem – rzekł Myron. – Esperanza nikogo by nie zabiła.

– Jesteś tego pewien?

Myron przełknął ślinę. Przyszło mu na myśl, że świeże przeżycia pomogą mu lepiej zrozumieć przyjaciela. Win również zabijał. I to często. A ponieważ on sam też niedawno zabił, uznał, że połączy ich dodatkowa więź. Ale nie połączyła. Przeciwnie. Wspólne doświadczenie odsunęło ich od siebie. Win ponownie sprawdził godzinę.

– Może się spakujesz? – zagadnął.

– Nie muszę nic brać.

Win wskazał ręką dom. Stojąca w otwartych drzwiach Teresę patrzyła na nich w milczeniu.

– W takim razie pożegnaj się z Madame Sempiterną i ruszajmy w drogę – powiedział.


2

<p>2</p>

Ubrana w szlafrok, Teresę czekała oparta o framugę drzwi. Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, Myron poprzestał na „dziękuję”. Skinęła głową.

– Pojedziesz ze mną? – spytał.

– Nie.

– Nie zostaniesz tu na zawsze.

– Dlaczego?

– Nie masz pojęcia o boksie – rzekł po chwili.

– Wyraźnie czuję – powąchała powietrze – że zanosi się na metaforę sportową.

– Niestety.

– Fe! Trudno.

– Między nami toczy się swoisty pojedynek – zaczął Myron. – Uskakujemy, robimy zwody, nurkujemy, unikamy zwarcia. Ale nie możemy tego robić w nieskończoność. W końcu trzeba będzie zadać cios.

Skrzywiła się.

– Kiepskie skojarzenie.

– Pod wpływem impulsu.

– I nieścisłe – dodała. – A co powiesz na to? Poznaliśmy siłę przeciwnika. Powalił nas na matę. Jakoś zdołaliśmy wstać, lecz nogi wciąż mamy jak z waty, a przed oczami mgłę. Jeszcze jeden cios i będzie po walce. Najlepiej potańczyć, nie dać się trafić i utrzymać dystans.

Trudno zaprzeczyć. Zamilkli.

– Jeśli wpadniesz do Nowego Jorku, zadzwoń, to…

– Dobrze. Znów zamilkli.

– Wiemy, co się stanie – powiedziała Teresę. – Spotkamy się na kilka drinków, zapewne wskoczymy do wyrka, ale nie będzie tak samo. Będziemy skrępowani. Będziemy udawać, że się zeszliśmy, lecz na święta nie wyślemy sobie kartek. Nie jesteśmy kochankami, Myron. Nie jesteśmy nawet przyjaciółmi. Nie wiem, kim właściwie dla siebie jesteśmy, niemniej jestem ci wdzięczna. Zakrakał ptak. Nuciły cicho małe fale. Przy brzegu, w zatrważająco cierpliwej pozie, stał z założonymi rękami Win.

– Powodzenia, Myron.

– Nawzajem.

Na jacht dopłynęli dingi. Myron chwycił rękę, którą podał mu załogant, wsiadł, ruszyli. Stał na pokładzie wsparty o barierkę z drewna tekowego – tekowego! – i patrzył na oddalający się brzeg. Wszystko tutaj było ciemne, kosztowne i z teku.

– Proszę – usłyszał głos Wina i odwrócił się.

Win rzucił mu yoo – hoo – jego ulubiony drink, gazowany czekoladowy koktajl mleczny. Myron uśmiechnął się.

– Nie piłem go od trzech tygodni – powiedział.

– Koniec cierpień. To z pewnością była dla ciebie katorga.

– Zero telewizji i yoo – hoo. Cud, że przeżyłem.

– Właśnie, żyłeś tu prawie jak mnich. – Win obejrzał się na wyspę. – To znaczy, jak mnich, który bzyka co niemiara.

Obaj zwlekali z przejściem do rzeczy.

– Ile zajmie nam powrót? – spytał Myron.

– Osiem godzin jachtem – odparł Win. – W Saint Bart's czeka na nas odrzutowiec. Lot potrwa ze cztery godziny.

Myron skinął głową. Potrząsnął puszką, otworzył ją, pociągnął duży łyk i obrócił się w stronę wody.

– Przepraszam – powiedział.

Win puścił jego przeprosiny mimo uszu. A może go zadowoliły. Jacht przyspieszył. Myron zamknął oczy, wystawiając twarz na pieszczoty wodnego pyłu. Pomyślał przelotnie o Clu Haidzie. Już na pierwszym roku prawa na Harvardzie Clu, który nie ufał agentom sportowym, uważając ich za „gorszych od pedofili”, poprosił go o wynegocjowanie kontraktu. Myron spełnił prośbę kolegi. Spodobało mu się to i niebawem założył agencję RepSport MB.

Clu był uroczym nicponiem. Niepoprawnym wielbicielem wina, kobiet i śpiewu, nie wspominając o mocniejszych używkach, które wpadły mu w ręce, nos czy żyły. Dla tego potężnie zbudowanego rudowłosego, chłopięco przystojnego, niebywale czarującego, niemal staroświeckiego hulaj – duszy nie było nieudanych imprez. Wszyscy go kochali. Nawet Bonnie, jego anielsko cierpliwa żona. Ich pożycie przywodziło na myśl rzuty bumerangiem. Bonnie wyrzucała Clu, on jakiś czas wirował w powietrzu, wracał, a ona go łapała.

Tylekroć wydobywany przez Myrona z kłopotów – zawieszany za narkotyki, zatrzymywany za jazdę w stanie nietrzeźwym itp. – Clu w końcu zwolnił nieco obroty, nabrał ciała i stracił na uroku. Sprowadzony w drodze wymiany do zespołu nowojorskich Yankees, trafił pod ścisły nadzór, otrzymując ostatnią szansę poprawy. Po raz pierwszy w życiu pozostał na odwyku i uczęszczał na spotkania Anonimowych Alkoholików. W latach dziewięćdziesiątych odzyskał szybkość rzutu.

– Chcesz usłyszeć, co się stało? – Win wyrwał Myrona z zamyślenia.

– Nie jestem pewien.

– Tak?

– Poprzednim razem nawaliłem. Nie posłuchałem twoich ostrzeżeń i zginęło przeze mnie wiele osób.

– Myron powstrzymał napływające łzy. – Pojęcia nie masz, jak źle się to skończyło.

– Myron?

Myron obrócił się w stronę przyjaciela. Ich oczy się spotkały.

– Weź się w garść – rzekł Win.

– Nie znoszę, kiedy mi pobłażasz – odparł Myron, wydając z siebie trój dźwięk złożony ze szlochu i chichotów.

– Wolałbyś porcję pustych frazesów? – Win zakręcił trunkiem w szklaneczce i skosztował. – Wybierz któryś z nich i lećmy dalej: życie jest ciężkie; życie jest okrutne; życiem rządzi przypadek; bywa, że dobrzy ludzie są zmuszeni do złego; niewinni czasem giną; tak, Myronie, nawaliłeś, ale tym razem spiszesz się lepiej; nie, Myronie, nie nawaliłeś, to nie była twoja wina; każdy kiedyś się przełamuje, kolej na ciebie… Mam przestać?

– Bardzo proszę.

– No, to zacznijmy od Clu Haida.

Myron skinął głową, łyknął yoo – hoo i opróżnił puszkę.

– Naszemu koleżce ze studiów wszystko szło jak po maśle. Rzucał dobrze. W domu sielanka. Zaliczał testy antynarkotykowe. Z dużym zapasem przestrzegał „godziny policyjnej”. Lecz dwa tygodnie temu wszystko się zmieniło: niespodziewana kontrola dała wynik pozytywny.

– Co wykryli?

– Heroinę.

– Mediom Clu nic nie powiedział, ale prywatnie stwierdził, że test sfałszowano. Użył bzdurnej wymówki w rodzaju: ktoś dosypał narkotyku do jedzenia.

– Skąd to wiesz?

– Od Esperanzy.

– Spotkał się z Esperanzą?

– Tak. Po wpadce z testem zwrócił się oczywiście o pomoc do swego agenta.

– Aha – rzekł po chwili Myron.

– Pominę milczeniem krach agencji Rep Sport MB. Powiem tylko, że Esperanzą i Wielka Cyndi zrobiły co mogły. Ale to twoja firma. Klienci wynajęli ciebie. Wielu bardzo nie spodobało się twoje nagłe zniknięcie.

Myron wzruszył ramionami. To zmartwienie odłożył na później.

– Clu wpadł na kontroli, i co? – spytał.

– I natychmiast go zawiesili. Media wzięły go pod obcasy. Stracił wszystkie kontrakty reklamowe. Bonnie wyrzuciła go z domu. Jankesi się go wyrzekli. Ponieważ nie miał się do kogo zwrócić, wciąż zachodził do twojego biura. Od Esperanzy słyszał, że jesteś nieosiągalny. Jego złość z każdą wizytą rosła.

Myron zamknął oczy.

– Nie mam pojęcia.

Myronowi stanęła przed oczami latynoska piękność, którą poznał w czasach, kiedy – wieki temu – jako Mała Pocahontas występowała na zapaśniczym ringu. Pracowała dla RepSport MB od powstania agencji – najpierw jako sekretarka, a obecnie, po skończeniu studiów prawniczych, jako pełnoprawna wspólniczka.

– Jestem jej najlepszym przyjacielem – rzekł.

– Dobrze wiem.

– Więc jak mogła powiedzieć coś takiego? Win uznał, że pytanie nie wymaga odpowiedzi. Wyspa już zniknęła za horyzontem. Dookoła rozciągał się spieniony ciepły błękit Atlantyku.

– Gdybym nie uciekł… – zaczął Myron.

– Myron?

– Słucham?

– Znowu jojczysz. Nie znoszę tego.

Myron skinął głową i oparł się o barierkę z teku.

– Masz jakiś pomysł? – spytał Win.

– Ze mną na pewno porozmawia.

– Próbowałem się do niej dodzwonić.

– No i?

– Nie podniosła słuchawki.

– Próbowałeś z Wielką Cyndi?

– Mieszka teraz z Esperanzą. Żadna niespodzianka.

– Co dziś mamy? – spytał Myron.

– Wtorek.

– Wielka Cyndi nadal stoi na bramce w Skurze i Chóci. Może tam teraz być.

– W dzień?

Myron wzruszył ramionami.

– Dewiacje seksualne nie mają wolnego.

– Dzięki Bogu – rzekł Win.

Zamilkli, jacht lekko ich kołysał. Win zmrużył oczy, patrząc pod słońce.

– Pięknie, co? Myron skinął głową.

– Po tak długim czasie można mieć tego po uszy.

– Owszem.

– Zejdźmy pod pokład. Mam tam coś miłego.


3

<p>3</p>

Win zabrał na jacht kasety. Obejrzeli odcinki starego serialu z Batmanem (z Julie Newmar w roli Kocicy i Lesley Gore jako Różowej Kici – podwójne miau!), Facetów do wzięcia (z Oscarem i Feliksem w Haśle), Strefy Zmroku {Służyć człowiekowi), a z nowszych Seinfelda (epizod, w którym Jerry i Elaine odwiedzają jego rodziców na Florydzie). Nie było duszonej wołowiny. Same węglowodany. Na wszelki wypadek zaś, gdyby to nie wystarczyło, meksykańskie chrupki, chrupki z serem, yoo – hoo, a nawet odgrzewana pizza z pizzerii Calabria na Livingston Avenue. Win mógł sobie być socjopatą, ale cóż to był za gość.

Na Myrona wszystko to podziałało ze wszech miar leczniczo – czas spędzony na morzu i później w powietrzu, w swoistej emocjonalnej komorze wysokociśnieniowej, pozwolił jego duszy przystosować się do powrotu do rzeczywistego świata.

Dwaj przyjaciele niewiele się odzywali, nie licząc westchnień na widok Julie Newmar w roli Kocicy (ilekroć pojawiała się na ekranie w obcisłym czarnym kocim kostiumie, Win powtarzał: „Ffffffantastyczna!”). Kiedy serial ten nadano po raz pierwszy, mieli pięć czy sześć lat, ale w Kocicy Julie Newmar było coś, co rozbijało w puch Freudowskie tezy o okresie dziecięcego utajenia seksualnego. Nie potrafili powiedzieć co. Może jej łotrostwo. A może coś bardziej pierwotnego. Ciekawą opinię na ten temat miałaby na pewno Esperanza. Starał się o niej nie myśleć, bo i po co, skoro w niczym nie mogło to zmienić sytuacji, ale pamiętał, że poprzednio ich trójce zdarzyło się oglądać razem stare seriale w Filadelfii. Brakowało mu jej. Oglądanie kaset bez bieżących komentarzy Esperanzy nie było tym samym. Jacht przybił do nabrzeża i skierowali się do prywatnego odrzutowca.

– Uratujemy ją – zapewnił Win. – Bądź co bądź służymy dobru.

– Rzecz do dyskusji.

– Uwierz w siebie, przyjacielu.

– Mam na myśli służenie dobru.

– No wiesz!

– Już nic nie wiem.

Win wysunął szczękę z taką miną, jakby przypłynął do Ameryki na pokładzie Mayflower.

– Ach, ten twój kryzys moralny. Fi donc! – powiedział. W kabinie odrzutowca firmy Lock – Horne powitała ich blond seksbomba o matowym głosie, jakby żywcem wyjęta z burleski. Wśród chichotów i krygów podała im drinki. Win uśmiechnął się do niej, a ona do niego.

– Ciekawe – rzekł Myron.

– Co?

– Zawsze wynajmujesz zmysłową stewardesę. Win zmarszczył brwi.

– Na litość boską – rzekł. – Ona woli być nazywana asystentką pokładową.

– Wybacz mi prostacki brak taktu.

– Więcej pobłażliwości, Myron. Zgadnij, jak ma na imię.

– Tawny?

– Ciepło. Candi. Z „i” na końcu. W miejsce kropki rysuje serduszko. Win potrafił bardziej świntuszyć, ale Myron wolał o tym nie myśleć.

Usiadł w fotelu. Przez głośnik powitał ich imiennie pilot i wystartowali. Prywatny odrzutowiec. Jacht.

Czasem miło było mieć bogatych przyjaciół.

Kiedy osiągnęli wysokość podróżną, Win z podobnej do pudełka cygar skrzynki wyjął telefon.

– Zadzwoń do rodziców – powiedział.

Myron znieruchomiał. Na krótko znów zalała go fala poczucia winy, różowiąc policzki. Skinął głową, wziął telefon i, trochę za mocno ściskając słuchawkę, wybrał numer. Odebrała mama.

– Mama… – zaczął.

Podniosła raban. Krzyknęła do taty na dole. Podniósł słuchawkę.

– Tata…

Powstał raban stereo. Myron na chwilę odsunął słuchawkę od ucha.

Rodzice wybuchnęli śmiechem. Zapłakali. Myron spojrzał na siedzącego niewzruszenie Wina, przewrócił oczami, ale również się ucieszył. Możesz narzekać, człowieku, ile wlezie, lecz pokaż mi takiego, kto nie chciałby być kochany.

Rodzice wdali się – celowo, jak przypuszczał – w bezsensowną paplaninę. Nie ma co, potrafili zaleźć za skórę, ale posiedli też cudowne wyczucie tego, kiedy należy ustąpić pola. Zdołał więc im wyjaśnić, gdzie się podziewał. Wysłuchali go w milczeniu.

– Skąd dzwonisz? – spytali.

– Z samolotu Wina.

Zareagowali stereofonicznymi westchnieniami.

– Co takiego?!

– Z prywatnego samolotu Wina. Powiedziałem przed chwilką, że po mnie przyjechał…

– Dzwonisz z jego telefonu?

– Tak.

– Masz pojęcie, ile to kosztuje?

– Mamo…

Bezsensowna paplanina raz – dwa dobiegła końca. Kilka chwil potem Myron odłożył słuchawkę i zagłębił się w fotelu. Lodowato zimne poczucie winy powróciło. Rodzice nie byli już młodzi. Nie pomyślał o tym przed ucieczką na Karaiby. Nie pomyślał o wielu rzeczach.

– Nie powinienem im tego robić – rzekł. – Ani tobie.

Win zdobył się na najwyższy przejaw mowy ciała – poruszył się w fotelu. W zasięgu wzroku pojawiła się znów, kołysząc biodrami, Candi. Win opuścił ekran, nacisnął klawisz i rozpoczął się film – Miłość i śmierć Woody'ego Allena. Ambrozja dla ducha. Oglądali w milczeniu. Po projekcji Candi spytała Myrona, czy przed wylądowaniem weźmie prysznic.

– Proszę?

Zachichotała, nazwała go „wielkim głuptasem” i odeszła, cała rozhuśtana.

– Prysznic?

– Z tyłu jest kabina – wyjaśnił Win. – Pozwoliłem też sobie wziąć dla ciebie ubranie na zmianę.

– Prawdziwy z ciebie przyjaciel.

– No pewnie, wielki głuptasie.

Myron wziął prysznic, ubrał się, a potem, przed podejściem do lądowania, wszyscy zapięli pasy. Po bezzwłocznym opadnięciu w dół samolot wylądował tak gładko, jakby choreografię lotu ułożyli mu chłopcy z Temptations. Na czarnej płycie lotniska czekała długaśna limuzyna. Gdy wysiedli z odrzutowca, Myronowi powietrze wydało się dziwne i obce. Miał wrażenie, że znalazł się nie w innym kraju, ale na innej planecie. Poza tym lało. Zbiegli po schodkach i wpadli w otwarte drzwi limuzyny. Otrząsnęli się z wody.

– Zakładam, że zatrzymasz się u mnie – powiedział Win. Myron mieszkał z Jessicą w lofcie przy Spring Street. Ale przedtem.

– Jeśli można.

– Można.

– Mogę wrócić do rodziców…

– Powiedziałem: można.

– Znajdę sobie mieszkanie.

– Nie ma pośpiechu.

Limuzyna ruszyła. Win złożył dłonie koniuszkami palców. Zawsze to robił. Pasowało to do niego. Palcami wskazującymi zabębnił w wargi.

– Nie za bardzo nadaję się do komentowania takich spraw – zaczął – ale jeżeli chcesz pomówić o Jessice, Brendzie czy…

Rozłączył dłonie, skinął prawą. Starał się. Sprawy sercowe nie były jego mocną stroną. A jego poglądy na kwestię męsko – damskich związków uczuciowych można było śmiało nazwać „bulwersującymi”.

– Nie przejmuj się tym – wpadł mu w słowo Myron.

– Proszę bardzo.

– Niemniej dziękuję. Win szybko skinął głową.

Po ponad dziesięciu latach przebojów z Jessicą – latach, w których Myron kochał jedną, tę samą kobietę, zerwał z nią, odnalazł ponownie i powoli, ostrożnie odbudowując uczucia, umocniwszy je, wreszcie z nią zamieszkał – nastąpił koniec.

– Brakuje mi Jessiki – wyznał.

– Myślałem, że do tego nie wrócimy.

– Przepraszam.

Win ponownie poprawił się w fotelu.

– Ależ mów – rzekł z miną świadczącą, że milsza od tego byłaby już nawet sonda doodbytnicza.

– Rzecz w tym… że już nigdy nie wypłaczę się na dobre z tego związku. Win skinął głową.

– Jak, nie przymierzając, z trybów maszynerii.

– Tak. Coś w tym rodzaju – odparł z uśmiechem Myron.

– Więc odetnij kończynę i ją zostaw.

Myron spojrzał na przyjaciela. Win wzruszył ramionami.

– Obejrzałem przypadkiem program Sally Jessy Raphael – wyjaśnił.

– To widać.

– Odcinek pod tytułem „Mamusia zabrała mi pierścionek z sutka”. Śmiało wyznam, że się popłakałem.

– Miło słyszeć, że nie tracisz kontaktu z uczuciową stroną swej natury – zażartował Myron, dobrze wiedząc, że Win takiej strony nie ma. – Co robimy?

Win sprawdził godzinę.

– W areszcie powiatu Bergen znam jednego człowieka. Powinien już tam być.

Włączył głośnik i wystukał kilka cyfr. Wsłuchali się w sygnał.

– Schwartz – odezwał się po dwóch dzwonkach głos.

– Brian, tu Win Lockwood.

Na dźwięk jego imienia i nazwiska jak zwykle zapadła krótka, pełna rewerencji cisza.

– Hej, Win.

– Mam sprawę.

– Wal.

– Czy jest tam Esperanza Diaz?

– Nie słyszałeś tego ode mnie – uprzedził po małej chwili Schwartz.

– Czego?

– Wszystko gra, jak długo się rozumiemy. Owszem, jest tutaj. Dowieźli ją w kajdankach parę godzin temu. Cichaczem.

– Dlaczego?

– Nie wiem.

– Kiedy postawią jej zarzuty?

– Pewnie jutro rano.

Win spojrzał na Myrona. Esperanza miała spędzić noc w areszcie. Nie wróżyło to nic dobrego.

– Dlaczego aresztowali ją dopiero teraz?

– Nie wiem.

– Widziałeś, jak przywieźli ją w kajdankach?

– Tak.

– Nie zaczekali, aż zgłosi się sama?

– Nie.

Przyjaciele znów wymienili spojrzenia. Aresztowanie z opóźnieniem. Kajdanki. Zatrzymanie na noc. Ktoś w prokuraturze się wkurzył i próbował to zademonstrować. Wróżyło to bardzo niedobrze.

– Co jeszcze ci wiadomo? – spytał Win.

– Niewiele. Jak powiedziałem, zachowali dyskrecję. Prokurator jeszcze nie zawiadomił mediów. Ale zrobi to. Pewnie przed dziennikiem o jedenastej. Wyda krótkie oświadczenie, żadnych pytań itd. Kurczę, gdybym nie był kibicem, w ogóle bym jej nie zauważył.

– Kibicem?

– Zawodowych zapasów. Rozpoznałem ją z dawnych występów na ringu. Czy wiesz, że Esperanza Diaz występowała jako Indiańska Księżniczka, Mała Pocahontas?

Win zerknął na Myrona.

– Tak, Brian, wiem.

– Naprawdę? – zdziwił się mocno podekscytowany Schwartz. – Mała Pocahontas była moją faworytką, absolutnie. Niesamowita zapaśniczka. Ekstraklasa. Na ring wchodziła w bardzo skąpym zamszowym bikini, no nie? A potem brała się za bary z innymi kobitkami, babami na schwał, wiła się na macie i co tylko. W mordę jeża, tak mnie rozpalała, że topiły mi się paznokcie.

– Wyobrażam sobie, dzięki. Coś jeszcze, Brian?

– Nie.

– Nie wiesz, kto jest jej adwokatem?

– Nie… Aha, jeszcze jedno. Jest tu ktoś jakoś z nią związany.

– Jakoś?

– Przed budynkiem. Na schodach sądu.

– Nie bardzo rozumiem, Brian – przyznał Win.

– Po prostu siedzi. Na deszczu. Nie do wiary, ale przysiągłbym, że to dawna partnerka Małej Pocahontas z ringu, Wielka Szefowa. Czy wiesz, że Wielka Szefowa i Mała Pocahontas trzy lata z rzędu były międzykontynentalnymi mistrzyniami w walkach parami? Win westchnął.

– Co ty powiesz.

– Cokolwiek znaczy ten tytuł. No, bo co znaczy „międzykontynentalny”? Nie teraz. Mówię o co najmniej pięciu, sześciu latach wstecz. Ale co tam, były niesamowite. Wspaniałe zapaśniczki. Dzisiejsze walki to już nie ta klasa.

– Kobiety w bikini biorące się za bary? Nie ma już takich jak kiedyś.

– Tak jest. Za dużo napompowanych sztucznych biustów. Ląduje taka na brzuchu i cyc jej strzela jak wytarta opona. Buch! Dlatego przestałem śledzić zapasy. Chyba że przelatuję kanały i coś wpadnie mi w oko, wtedy chwilę się pogapię…

– Wspomniałeś o kobiecie siedzącej na deszczu.

– A tak, tak, Win, przepraszam. Nie wiem, co to za jedna, ale tam jest. Siedzi. Kiedy policjanci podeszli do niej i spytali, co robi, odparła, że czeka na przyjaciółkę.

– I wciąż tam jest?

– Tak.

– Jak wygląda?

– Jak Niesamowity Hulk. Ale groźniej. I jest chyba zieleńsza od niego.

Win i Myron wymienili spojrzenia. Nie było wątpliwości. Schody okupowała Wielka Szefowa alias Wielka Cyndi.

– Coś jeszcze, Brian?

– Nie, nic… A więc znasz Esperanzę Diaz?

– Tak.

– Osobiście?

– Tak.

Zapadła nabożna cisza.

– Jezu, ty to masz życie, Win.

– O tak.

– Załatwiłbyś mi jej autograf?

– Postaram się, Brian.

– A może zdjęcie z autografem? Małej Pocahontas w kostiumie? Naprawdę ją uwielbiam.

– Nie wątpię, Brian. Do widzenia.

Win skończył rozmowę, zagłębił się w fotelu, spojrzał na Myrona, a po jego skinieniu głową przez interkom poinstruował szofera, jak dojechać do sądu.


4

<p>4</p>

Do sądu w Hackensack dotarli tuż przed dwudziestą drugą. Zgarbiona Wielka Cyndi – gdyż Myron uznał, że to ona – siedziała, moknąc w deszczu. Z oddali wyglądała jak volkswagen garbus zaparkowany na schodach. Wysiadł z samochodu i podszedł.

– Wielka Cyndi?

Ciemny kopiec wydał cichy pomruk lwicy, która ostrzega niżej od niej stojące w hierarchii, zabłąkane zwierzę.

– To ja, Myron.

Pomruk wzmógł się. Deszcz przylepił Cyndi do czaszki uczesane w szpikulce włosy, przemieniając je w nierówną fryzurę na tytusa. Trudno było rozpoznać ich dzisiejszy kolor, ale nie wyglądał na odcień spotykany w naturze. Wielka Cyndi lubiła zmieniać płukanki, a niekiedy łączyć farby losowo, by zobaczyć, co z tego wyjdzie. Domagała się również, by nazywać ją Wielką Cyndi. Nie Cyndi – Wielką Cyndi! Posunęła się nawet do legalnej zmiany drugiego imienia. W urzędowych dokumentach brzmiało ono Wielka.

– Nie możesz tu siedzieć całą noc – powiedział.

– Pan jedzie do domu – odparła wreszcie.

– Co się stało?

– Pan uciekł – dodała tonem zagubionego dziecka.

– Tak.

– Zostawił nas.

– Bardzo mi przykro. Ale wróciłem. Zaryzykował następny krok. Gdybyż tylko miał ze sobą coś, co by ją udobruchało – pół wiaderka lodów Haagen – Dazs. Albo kozła ofiarnego.

Wielka Cyndi rozpłakała się. Podszedł wolno, wyciągając przed siebie rękę na wypadek, gdyby chciała ją obwąchać. Lecz pomruki zastąpiło już szlochanie. Myron położył dłoń na jej ramieniu, twardym jak kula do kręgli.

– Co się stało? – spytał ponownie.

Pociągnęła nosem. Głośno. Hałas o mały włos nie wgniótł zderzaka w limuzynie.

– Nie powiem.

– Dlaczego?

– Zakazała.

– Esperanza?

Wielka Cyndi skinęła głową.

– Będzie jej potrzebna pomoc – rzekł Myron.

– Nie chce pańskiej pomocy.

Bolesne słowa. Wciąż lało. Usiadł na schodach obok Cyndi.

– Gniewa się na mnie, że wyjechałem?

– Nic panu nie powiem, panie Bolitar. Przykro mi.

– Dlaczego?

– Nie kazała.

– Esperanza sama sobie z tym nie poradzi. Potrzebuje adwokata.

– Już ma.

– Kogo?

– Hester Crimstein.

Wielka Cyndi sapnęła, jakby zdała sobie sprawę, że powiedziała za dużo, lecz być może wymknęło się to jej celowo.

– Jak ją wynajęła? – spytał.

– Pan się na mnie nie gniewa, panie Bolitar, ale nic więcej nie powiem.

– Ja się nie gniewam, po prostu się martwię.

Na widok jej uśmiechu z trudem powstrzymał krzyk.

– Miło, że pan wrócił – powiedziała.

– Dziękuję.

Położyła mu głowę na ramieniu, tak ciężką, że się zachwiał, ale zdołał jakoś utrzymać pion.

– Wiesz, co do niej czuję – rzekł.

– Tak. Kocha ją pan. A ona pana.

– Więc pozwól mi pomóc.

Wielka Cyndi podniosła głowę. Krew w jego ramieniu znów zaczęła krążyć.

– Nic tu teraz po panu. Myron wstał.

– Chodź. Podwieziemy cię do domu.

– Zostaję.

– Pada i jest późno. Ktoś może cię napaść. Tu nie jest bezpiecznie.

– Poradzę sobie – odparła.

Zrezygnował z wyjaśnienia, że nie jest tu bezpiecznie dla napastników.

– Nie możesz spędzić tutaj całej nocy.

– Nie zostawię Esperanzy samej.

– Ależ ona nawet nie wie, że tu jesteś.

Wielka Cyndi otarła z twarzy deszcz dłonią wielką jak opona samochodu.

– Wie.

Myron obejrzał się na limuzynę. Oparty w pozie Gene'a Kelly'ego o jej drzwiczki Win – z rękami skrzyżowanymi na piersi i parasolem na ramieniu – skinął mu głową.

– Jesteś pewna?

– Tak, panie Bolitar. Aha, jutro spóźnię się do pracy. Mam nadzieję, że pan rozumie. Potwierdził skinieniem głowy. Patrzyli na siebie, a po twarzach ściekał im deszcz. Na ryk śmiechu oboje obrócili się w prawo i spojrzeli na przypominający twierdzę gmach, w którym w aresztanckiej celi osadzono osobę im obojgu najbliższą. Myron ruszył do limuzyny, ale po chwili się odwrócił.

– Esperanza nikogo by nie zabiła – powiedział i zaczekał.

Lecz Wielka Cyndi, zamiast potwierdzić to lub przynajmniej skinąć głową, znowu się zgarbiła i zamknęła w sobie.

Myron wsunął się do samochodu. Win, który poszedł w jego ślady, podał mu ręcznik. Kierowca ruszył.

– Jej adwokatką jest Hester Crimstein – poinformował Myron.

– Telewizyjna pani sędzia?

– We własnej osobie.

– Aha – rzekł Win. – Przypomnij, jak się nazywa jej program.

– Kryminały Crimstein. Win zmarszczył brwi.

– Uroczo.

– Wydała książkę pod tym samym tytułem. Dziwne. – Myron pokręcił głową. – Hester Crimstein rzadko podejmuje się obrony. Jak skłoniła ją do tego Esperanza?

– Nie jestem pewien – Win postukał palcem wskazującym w podbródek – ale parę miesięcy temu chyba miała z nią romans.

– Żartujesz.

– A jakże, już taki ze mnie filut. Dziś to mój najlepszy wic.

Impertynent. Ale mówił do rzeczy. Esperanza była idealną biseksualistką – idealną, gdyż podobała się każdemu, niezależnie od płci i preferencji seksualnych. Kto się udziela na prawo i lewo, posiada uniwersalny seksapil, no nie?

– Wiesz, gdzie mieszka Hester Crimstein? – spytał Myron po chwili zastanowienia.

– Dwa domy ode mnie, na Central Park West.

– Więc złóżmy jej wizytę. Win zmarszczył brwi.

– Po co?

– Może wprowadzi nas w sprawę.

– Nie zechce z nami rozmawiać.

– Może zechce.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Po pierwsze, jestem czarujący.

– Mój Boże. – Win pochylił się do kierowcy. – Niech pan depnie gaz.


5

<p>5</p>

Win mieszkał w Dakocie, należącej do najbardziej szpanerskich kamienic na Manhattanie, a Hester Crimstein w San Remo, równie szpanerskim budynku dwie przecznice dalej na północ. Prócz niej mieszkali tam również między innymi Dianę Keaton i Dustin Hoffman, ale San Remo zasłynął najbardziej z tego, że nie przyjął pod swój dach Madonny.

Obu wejść do San Remo pilnowali odźwierni wystrojeni jak Breżniew na defiladzie na placu Czerwonym. Breżniew Pierwszy oznajmił lakonicznie, że pani Crimstein jest „nieobecna”. Naprawdę użył tego rzadko spotykanego słowa. Do Wina się uśmiechnął, na Myrona spojrzał z wyższością, co nie przyszło mu łatwo, musiał bowiem odchylić głowę do tyłu tak mocno (Myron był kilkanaście centymetrów wyższy), że dziurki w jego nosie wyglądały jak zachodni wlot do tunelu Lincolna. Dlaczego służba bogatych i sławnych zadziera nosa bardziej niż ich państwo? Z czystego resentymentu? Dlatego, że przez cały dzień ktoś patrzy na nich z góry, więc szukają okazji do rewanżu? A może ludzie, których pociąga taka praca, to po prostu zakompleksieni fagasi? dziwce, której trafił się los na loterii. Trudno w to uwierzyć, sądząc z jej obecnego wyglądu.

– Rozumiem – skłamał Myron, chcąc podtrzymać rozmowę. – Pani Crimstein, nazywam się…

– Myron Bolitar – przerwała mu. – Przy okazji, co za straszne imię. Myron! Co sobie myśleli pańscy rodzice?

Świetne pytanie.

– Skoro pani wie, kim jestem, wie pani również, w jakiej sprawie.

– Tak i nie.

– Tak i nie?

– Znam pana, bo mam fioła na punkcie sportu. Oglądałam pana w akcji. Mecz z Indianą o akademickie mistrzostwo Stanów to, kurza stopa, klasyka. Pamiętam też, że trafił pan z pierwszego zaciągu do Celtów. Ile to lat temu? Jedenaście, dwanaście?

– Mniej więcej.

– Jednak szczerze mówiąc… bez obrazy, Myron… nie wiem, czy nie był pan za wolny, żeby zostać wielkim graczem. Strzał, owszem. Miał pan strzał. Grał agresywnie. Ale… ile pan ma wzrostu? Niewiele ponad metr dziewięćdziesiąt.

– W przybliżeniu.

– W NBA nie miałby pan łatwego życia. Babska opinia. Ale oczywiście los zrządził, że rozwalił pan kolano. Prawdę zna jedynie świat równoległy. – Uśmiechnęła się. – Miło się z panem rozmawia. – Spojrzała na Wina. – Z panem również, gaduło. Dobranoc.

– Chwileczkę. Jestem tu w związku z Esperanzą Diaz. Sapnęła, udając zaskoczenie.

– Naprawdę? To pan nie chciał powspominać kariery sportowej? Myron spojrzał na Wina.

– Włącz wdzięk – szepnął Win.

– Esperanza jest moją przyjaciółką – rzekł Myron.

– No i?

– Chcę jej pomóc.

– To wspaniale. Zacznę panu przesyłać rachunki. Ta sprawa będzie słono kosztować. Jestem bardzo droga. Nie uwierzy pan, ile płacę za mieszkanie w tym budynku. Odźwierni zażądali nowych liberii. Chyba w kolorze lila.

– Nie to miałem na myśli.

– Nie?

– Chciałbym wiedzieć, co się dzieje w jej sprawie. Hester Crimstein zacisnęła usta.

– Gdzie pan zniknął na kilka tygodni? – spytała.

– Wyjechałem.

– Dokąd?

– Na Karaiby.

– Ładna opalenizna.

– Dziękuję.

– Tak opalić się można również w kabinie. No a pan wygląda na bywalca kabin do opalania.

– Wdzięk, Lukę – szepnął Win, naśladując najlepiej jak umiał głos Aleca Guinnessa w roli Obi – Wana Kenobiego. – Pamiętaj o wdzięku.

– Pani Crimstein…

– Czy ktoś może potwierdzić, że był pan na Karaibach, Myron?

– Proszę?

– Kłopoty ze słuchem? Powtarzam: czy ktoś może potwierdzić, że w czasie domniemanego morderstwa był pan na Karaibach?

Domniemanego?! Gość obrywa trzy kulki we własnym mieszkaniu, a morderstwo jest tylko „domniemane”? Prawnicy!

– Po co pani ta informacja?

– Domniemane narzędzie zbrodni znaleziono w agencji RepSport MB. To pańska firma, tak?

– Tak.

– Poza tym jeździ pan samochodem, w którym znaleziono domniemaną krew i domniemane włókna z miejsca zbrodni.

– „Domniemany” to słowo najważniejsze – wtrącił Win.

– Znaczące.

Hester Crimstein spojrzała na Wina. Uśmiechnął się.

– W oczach pani jestem podejrzany? – spytał Myron.

– Oczywiście, czemu nie? Nazywa się to uzasadnioną wątpliwością, dziubasku. Jestem adwokatką. Uzasadnione wątpliwości to nasza specjalność.

– Chętnie pomogę, mam zresztą świadka na to, gdzie byłem.

– Kogo?

– Nie pani zmartwienie.

Hester Crimstein wzruszyła ramionami.

– To pan zaofiarował się z pomocą. Dobranoc. – Spojrzała na Wina. – Przy okazji, jest pan ideałem mężczyzny: nie dość że przystojny, to prawie niemowa.

– Ostrożnie – ostrzegł Win.

– Bo?

– Bo on – Win kciukiem wskazał Myrona – lada moment włączy wdzięk i panią obezwładni. Hester Crimstein spojrzała na Myrona i zaniosła się śmiechem.

– A zatem co się stało? – spróbował znowu Myron.

– Słucham?

– Jestem jej przyjacielem.

– Już pan to powiedział.

– Jestem jej najlepszym przyjacielem. Martwię się o nią.

– To dobrze. Jutro w rozmównicy powiem jej o tym, przekonamy się, czy ona też pana lubi. A potem możecie się spotkać w barze na lodach.

– Nie to miałem…

Myron urwał, posyłając jej wolny, cokolwiek zgaszony, lecz wyraźnie błagalny uśmiech. Uśmiech numer 18, a la Michael Landon, choć bez zmarszczenia brwi. – Chciałbym się dowiedzieć, co się stało. Z pewnością pani to rozumie. Twarz jej zmiękła, skinęła głową.

– Studiował pan prawo, zgadza się?

– Tak.

– I to na Harvardzie.

– Tak.

– Więc być może opuścił pan zajęcia poświęcone błahostce zwanej przez nas poufnością zawodową. Mogę panu polecić kilka świetnych książek na ten temat. Może pan też obejrzeć pierwszy z brzegu odcinek W obronie prawa. Zwykle mówią o tym tuż przed tym, nim stary prokurator ofuknie Sama Waterstona, że nie ma podstaw do wszczęcia sprawy, i poradzi mu, żeby dogadał się z obroną.

No i masz babo wdzięk.

– Pani po prostu chroni własny tyłek.

Obejrzała się, spojrzała na Myrona i zmarszczyła czoło.

– Zapewniam, że to wcale nie jest łatwe.

– Podobno jest pani wziętą adwokatką. Westchnęła, założyła ręce.

– No dobrze, posłuchajmy. Dlaczego to niby chronię własny tyłek? Dlaczego nie jestem wziętą adwokatką?

– Po pierwsze, nie pozwolili Esperanzy samej zgłosić się na policję. Po drugie, przywieźli ją w kajdankach. Po trzecie, zatrzymali ją na noc w areszcie, zamiast przesłuchać tego samego dnia. Dlaczego?

Hester Crimstein opuściła ręce.

– Dobre pytanie. Dlaczego, jak pan myśli?

– Ponieważ ktoś w prokuraturze nie lubi jej powszechnie znanej adwokatki. Ktoś chce pani dołożyć i wyżywa się na klientce.

– Niewykluczone. Ale znam inną możliwość.

– Jaką?

– Być może w prokuraturze nie lubią jej pryncypała.

– Mnie? Ruszyła do wejścia.

– Niech pan coś dla nas zrobi, Myron – powiedziała. – Niech pan zostawi tę sprawę. Trzyma się od niej z daleka. I na wszelki wypadek wynajmie sobie obrońcę.

Hester Crimstein okręciła się wokół własnej osi i zniknęła w kamienicy. Myron spojrzał na Wina, który, zgięty wpół, przyglądał się właśnie jego spodniom w kroku.

– Co ty robisz? – spytał.

– Sprawdzam – rzekł Win, patrząc wciąż na krok spodni – czy zostawiła ci choć ćwiartkę jądra.

– Bardzo śmieszne. Do czego piła, mówiąc, że w prokuraturze nie lubią pryncypała Esperanzy?

– Nie mam pojęcia… Ale się o to nie obwiniaj.

– O co?

– Że twój wdzięk wyraźnie przygasł. Zapomniałeś o najważniejszym.

– O czym?

– O romansie pani Crimstein z Esperanzą.

– No tak – odparł Myron, pojmując, dokąd to zmierza. – Hester to na pewno lesbijka.

– Właśnie. To jedyne racjonalne wyjaśnienie, dlaczego ci się oparła.

– Albo w grę wchodzi zjawisko paranormalne. Poszli Central Park West.

– Potwierdza to ponadto słuszność zatrważającej konstatacji – rzekł Win.

– Jakiej?

– Że gros kobiet, z jakimi się stykasz, to lesbijki.

– Prawie wszystkie.


6

<p>6</p>

Dotarli piechotą do mieszkania Wina dwie przecznice dalej, krótko oglądali telewizję, poszli spać. Znużony Myron leżał w ciemnościach, lecz sen nie chciał przyjść. Myślał o Jessice. Próbował też myśleć o Brendzie, ale nie pozwolił na to samoczynny mechanizm obronny. Sprawa była za świeża. Pomyślał więc o Teresę. Dziś wieczorem po raz pierwszy była na tej wyspie sama. Spokojna, miła, pożądana za dnia samotność w nocy przemieniała się w mroczne osamotnienie, a czarne mury ciemności osaczały cię zewsząd, opresyjne i ciche jak pogrzebana trumna. On i Teresę zawsze zasypiali w objęciach. Wyobraził ją sobie, jak leży sama w głębokim mroku, i zaniepokoił się o nią. Obudził się o siódmej. Wina już nie było, ale zostawił karteczkę, że spotkają się o dziewiątej w gmachu sądu. Myron zjadł miskę płatków kukurydziano – owsianych, lewą ręką zbadał, czy przyjaciel zdążył wyjąć z pudełka darmową zabawkę, wziął prysznic, ubrał się, sprawdził godzinę. Była ósma. Na dotarcie do sądu pozostało sporo czasu.

Zjechał windą na dół i przeszedł przez słynne podwórze Dakoty. Na rogu Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy i Central Park West serce zabiło mu mocniej, bo dostrzegł znajome postacie – Franka Juniora, zwanego w skrócie F.J., w towarzystwie pary wspierających go zwalistych indywiduów. Zwaliści wyglądali na poronione produkty doświadczeń naukowych, w których ktoś bez umiaru doładował gruczoły sterydami anabolicznymi. Wystroili się w podkoszulki bez rękawów i wiązane na sznurki, noszone przez ciężarowców dresowe spodnie, dziwnie przypominające brzydkie doły od piżam. Młody FJ. uśmiechnął się wąskimi ustami do Myrona. Paradował dziś w fioletowym garniturze, tak błyszczącym, jakby ktoś popsikał go lakierem. Nie wykonał żadnego ruchu, milczał, bez zmrużenia oka rozciągając w uśmiechu cienkie wargi. Najlepiej pasowało do niego, moi mili, słowo „gad”. Wreszcie zrobił krok do przodu.

– Dowiedziałem się, że wróciłeś do miasta, Myron – przemówił.

Myron powstrzymał się od riposty – zresztą niezbyt kąśliwej – o uroczym komitecie powitalnym.

– Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? – ciągnął FJ.

– Jak przez mgłę.

– Wspomniałem, że cię zabiję, tak?

– Być może padło takie zdanie. Nie pamiętam. Człowiek spotyka tylu twardzieli, słucha tylu pogróżek.

Podpory Franka próbowały spojrzeć spode łba, ale nawet ich twarze cierpiały na przerost mięśni i mimika pochłaniała za dużo wysiłku. Poprzestali więc na powszednim marsie i niewielkim opuszczeniu brwi.

– Rzeczywiście miałem zamiar cię załatwić. Z miesiąc temu – wyznał Frank. – Poszedłem za tobą na cmentarz w New Jersey. A nawet z wyjętym kopytem zakradłem ci się od zakrystii. Śmieszne, nie?

– Jak bon mot Henny'ego Youngmana. FJ. przekrzywił głowę.

– Nie chcesz wiedzieć, dlaczego cię nie zabiłem?

– Z powodu Wina.

Dźwięk tego imienia podziałał na Podpory jak chluśnięcie zimną wodą w twarze. Para byków aż się cofnęła, ale kilka ruchów mięśni wystarczyło, by doszli do siebie. F.J. w ogóle się nie speszył.

– Nie boję się go – oświadczył.

– Nawet najgłupsze zwierzę ma wszczepiony instynkt samozachowawczy – odparł Myron.

Ich oczy się spotkały. Myron z trudem starał się zachować kontakt wzrokowy. W spojrzeniu FJ. nie było nic poza zepsuciem i rozkładem. Człowiek miał wrażenie, że patrzy w wybite okna opuszczonego domu.

– Mów sobie zdrów, Myron. Nie zabiłem cię, boś wyglądał jak siódme nieszczęście. Zabijając cię, popełniłbym, by tak rzec, akt miłosierdzia. Mówiłem ci, że to śmieszne.

– Powinieneś wystąpić na stojaka – przyznał Myron. F.J. zaśmiał się i wymanikiurowaną dłonią skinął Bóg jeden wie do kogo.

– Było, minęło. Mój ojciec i wuj cię lubią, a poza tym nie ma powodu, żeby bez potrzeby zrażać sobie Wina. Nie chcą twojej śmierci, a ja również.

Jego ojciec i wuj, Frank i Herman Ache'owie, należeli do czołowych legendarnych nowojorskich łamignatów. Starszych Ache'ów wychowała ulica, awansując w gangsterskiej hierarchii, zabili po drodze więcej ludzi od innych. Starszy z braci, ponad sześćdziesięcioletni mafijny boss Herman, stwarzający pozory, że nie jest łotrem spod ciemnej gwiazdy, lubił otaczać się wykwintem: bywał w elitarnych klubach, uważających go za persona non grata, uczęszczał na wystawy dla nuworyszów, eleganckie imprezy dobroczynne i ucztował w śródmiejskich restauracjach, gdzie francuscy maitres d'hótel traktowali każdego dającego napiwki mniejsze od dawanych przez Jacksona jak coś, co przylepia się do buta. Krótko mówiąc, był łotrem o wysokich dochodach. Młodszy brat Hermana, psychopata Frank, tatuś równie psychopatycznego potomka stojącego właśnie przed Myronem, pozostał tym, kim był zawsze – brzydkim zbirem od czarnej roboty, który za szczyt mody uważał welurowe dresy ze sklepu K Mart. W ostatnich kilku latach Frank senior wprawdzie nieco się uspokoił, lecz wychodziło mu to średnio. Widać nie przepadał za życiem, w którym brakło tortur i okaleczania.

– Czego chcesz, Frank? – spytał Myron.

– Mam dla ciebie propozycję biznesową.

– O jeju, umieram z ciekawości.

– Chcę wykupić twoją firmę.

Ache'owie prowadzili TruPro, dużą agencję sportową. Działająca zawsze bez śladu jakichkolwiek skrupułów TruPro pozyskiwała młodych sportowców równie moralnymi metodami, jak polityk fundusze na kampanię wyborczą. Właściciele kontraktów popadali w długi, duże długi, zwabiające wraże grzyby. Niebawem grzyby te – bracia Ache – przystępowały do dzieła i, jak to pasożyty, zżerały wszystkie oznaki życia, by na koniec pożywić się padliną.

Jednakże profesja agenta sportowego była legalnym sposobem zarabiania na życie, Frank senior, pragnąc zapewnić latorośli to, co pragną zapewnić synom wszyscy ojcowie, przekazał ster Tru – Pro Juniorowi, świeżo upieczonemu absolwentowi szkoły biznesu. W teorii F.J. miał prowadzić Tru – Pro jak najuczciwiej. Jego ojciec zabijał i okaleczał, żeby syn nie musiał psuć klasycznych amerykańskich wzorców chorymi wariacjami. Ale FJ. najwyraźniej nie był w stanie uwolnić się od pęt rodzinnej tradycji. Myrona frapowało pytanie „dlaczego?”. Czy zło odziedziczył FJ. w genach po ojcu tak jak wydatny nos, czy też, jak wiele innych dzieci, chcąc zdobyć jego uznanie, udowadniał, że jabłko może być równie popaprane jak jabłoń, z której spadło. Geny czy wychowanie? Dyskusja trwa w najlepsze.

– RepSport MB nie jest na sprzedaż – odparł Myron.

– Głupio robisz.

– Odnotuję to sobie w rubryce „Na święty nigdy”. Podpory FJ. wydały pomruk, przesunęły się o krok i unisono strzeliły szyjami.

– Kto układa wam choreografię? – spytał Myron, wskazując ich po kolei.

Z ich min wynikało, że szukają powodu do obrazy, ale nie wiedzieli, co znaczy słowo „choreografia”.

– Wiesz, ilu klientów straciła w ostatnich tygodniach twoja agencja? – spytał FJ.

– Dużo?

– Powiedziałbym, że jedną czwartą. Kilku przeszło do nas.

Choć Myron gwizdnął z udaną nonszalancją, przykro mu było to słyszeć.

– Odzyskam ich – odparł.

– Tak myślisz?

F J. znów posłał mu gadzi uśmiech. Myron niemal oczekiwał, że za chwilę wysunie z ust rozdwojony język.

– Wiesz, ilu jeszcze odejdzie na wieść o aresztowaniu Esperanzy?

– Dużo?

– Będziesz miał szczęście, jeśli zostanie ci choć jeden.

– Wtedy będę jak Jerry Maguire. Widziałeś ten film? Forsa na stół? Kocham czarnych? – spytał Myron, naśladując Toma Cruise'a. – Pochlebiasz mi.

FJ. zachował spokój.

– Chcę być wielkoduszny – rzekł.

– Właśnie widzę, ale mimo to odmawiam.

– Nieważne, jak nieposzlakowaną opinię miałeś. Nikt nie przeżyje takiego skandalu finansowego, jaki cię czeka.

Nie chodziło o skandal finansowy, ale Myron nie miał ochoty nic prostować.

– Skończyłeś, Frank? – spytał.

– Jasne – odparł F.J., posyłając ostatni wężowy uśmiech, który, zda się, zeskoczył mu z twarzy, podpełzł do Myrona i ślizgając się, cofnął zygzakiem. – Ale może spotkalibyśmy się na lunchu?

– W każdej chwili. Masz komórkę?

– Oczywiście.

– W takim razie zadzwoń do mojej wspólniczki i się umów.

– To ona nie siedzi w areszcie? Myron strzelił palcami.

– A niech mnie! Juniora to rozbawiło.

– Jak wspomniałem, niektórzy z twoich klientów zaczęli korzystać z moich usług.

– Wspomniałeś.

– Jeśli z którymkolwiek się skontaktujesz… – F.J. urwał, szukając właściwych słów – zobligujesz mnie do reakcji. Wyrażam się jasno?

Dwudziestopięcioletni F.J. niecały rok temu ukończył zarządzanie i administrację na Harvardzie. Studia licencjackie zrobił w Princeton. Bystrzak. Albo łapa wpływowego papy. Tak czy siak krążyła plotka, że gdy pewien profesor z Princeton chciał oskarżyć go o plagiat, zniknął i pozostał po nim tylko język, znaleziony na poduszce innego profesora, rozważającego wniesienie podobnych oskarżeń.

– Przeraźliwie jasno.

– Świetnie. No, to sobie pogadamy. Pod warunkiem zachowania języka.

Trójka mężczyzn wsiadła do samochodu i odjechała bez słowa. Myron spowolnił bicie serca i sprawdził godzinę. Czas było jechać do sądu.


7

<p>7</p>

Sala sądowa w Hackensack wyglądała jota w jotę jak te, które pokazują w telewizji. Seriale takie jak Kancelaria adwokacka, W obronie prawa, a nawet Sędzia Judy bardzo dobrze oddawały jej scenerię. Nie mogły oczywiście uchwycić istoty rzeczy emanującej ze szczegółów w rodzaju lekkiego, wszechobecnego odoru potu, którego źródłem był strach, nadmiaru środków odkażających i pewnej lepkości ław, stołów, poręczy – otoczki sprawiedliwości, jak nazywał to Myron. Zabrał z sobą książeczkę czekową, żeby od ręki wpłacić kaucję. Wczoraj wieczorem on i Win ocenili, że sędzia zażąda za zwolnienie Esperanzy od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu tysięcy. Na jej korzyść przemawiało, że miała stałą pracę i nie była notowana. Wyższa kaucja też nie stanowiła problemu. Wprawdzie kieszenie Myrona nie były zbyt głębokie, ale Win zarabiał rocznie tyle, ile mały kraj w Europie.

Przed sądem parkowała chmara reporterów – mnóstwo mikrobusów z kablami, antenami satelitarnymi i antenami fallicznymi wycelowanymi w niebo, jakby szukały nieuchwytnego boga wysokiej oglądalności. Była tam Telewizja Sądowa, News 2 z Nowego Jorku, ABC, CNN i Eyewitness News. Ostatnia z wymienionych stacji miała lokalne filie we wszystkich miastach i regionach kraju. Dlaczego? Co takiego atrakcyjnego było w jej nazwie – „Naoczny świadek”? Nie brakło też telewizyjnych brukowców w rodzaju „Hard Copy”, „Access Hollywood”, „Current Affair”, choć różnica pomiędzy nimi a wiadomościami lokalnymi była prawie niezauważalna. Tyle że „Hard Copy” i tym podobne zachowały dość przyzwoitości, by nie skrywać, iż nie służą żadnym pozytywnym wartościom społecznym. A w dodatku oszczędzały ci ględzenia zapowiadaczy pogody. Paru reporterów rozpoznało Myrona i krzyknęło do niego po nazwisku. Przybrawszy minę jak przed meczem – poważną, nieustępliwą, skupioną, pewną siebie – nie odezwał się ani słowem. Tuż po wejściu do sali rozpraw spostrzegł Wielką Cyndi – nic dziwnego, gdyż rzucała się w oczy jak Louis Farrakhan na zebraniu Ligi Przeciwników Obrażania Żydów. Tkwiła zaklinowana w rzędzie krzeseł, w którym oprócz niej siedział tylko Win. Normalka. Chcesz zapewnić sobie miejsca, poślij Wielką Cyndi. Ludzie woleli nie przeciskać się na sąsiednie krzesła. Na ogół wybierali stanie. A nawet powrót do domu.

Myron wśliznął się w rząd okupowany przez Wielką Szefową, przestąpił przez jej kolana rozmiaru kasków baseballowych i usiadł między przyjaciółmi.

Wielka Cyndi nie przebrała się od wczorajszego wieczoru ani nawet nie umyła. Deszcz spłukał z jej włosów nieco farby. Fioletowe i żółte pasma wyschły z przodu i na karku. Makijaż, nakładany z reguły w ilości, która wystarczyłaby na odlanie popiersia z gipsu, również nie przetrzymał szturmu deszczu, więc jej twarz przywodziła na myśl różnobarwne świece w menorze, stojące zbyt długo na słońcu. W większych miastach przedstawianie aktów oskarżenia o morderstwo załatwiano na ogół taśmowo, jak w fabryce. Ale nie tu, w Hackensack. Chodziło o dużą sprawę – zabójstwo znanej osoby. Nie było pośpiechu. Woźny sądowy odczytał wokandę.

– Dziś rano miałem gościa – szepnął Myron Winowi.

– Tak?

– Franka Juniora z dwoma bandziorami.

– Aha. Czy chłopiec z okładki „Nowoczesnego Zbira” obdarzył cię zwyczajową wiązanką malowniczych gróźb?

– Tak.

Win prawie się uśmiechnął.

– Powinniśmy go zabić.

– Nie.

– Odwlekasz nieuniknione.

– To syn Franka Ache'a, Win. Nie możesz tak po prostu zabić jego syna.

– Rozumiem. Wolałbyś zabić kogoś z lepszej rodziny? Logika Wina! Konsekwentna, aż skóra cierpła.

– Zaczekajmy, co z tego wyniknie, dobrze?

– Nie odkładaj na jutro tego, co trzeba zniszczyć dziś. Myron skinął głową.

– Powinieneś napisać poradnik „Jak żyć”.

Zamilkli. Sprawy toczyły się jedna za drugą – o włamanie i wtargnięcie na cudzą posiadłość, o napady, o kradzieże samochodów. Podejrzani byli bez wyjątku młodzi, winni, gniewni. Wszyscy patrzyli wilkiem. Twardziele. Myron starał się nie stroić min, pamiętać, że nikt nie jest winny, dopóki nie udowodnią mu przestępstwa, i że Esperanza też jest podejrzana. Lecz niewiele to pomogło. Wreszcie na salę wkroczyła Hester Crimstein w swym wyjściowym adwokackim stroju – eleganckim beżowym kostiumie, kremowej bluzce – i z cokolwiek zbyt staranną, wy lakierowaną fryzurą. Zajęła miejsce przy stole obrony i w sali zapadła cisza. Dwaj strażnicy wprowadzili przez otwarte drzwi Esperanzę. Na jej widok Myron poczuł, jakby w pierś kopnął go muł.

Ręce miała skute z przodu kajdankami, a na sobie jaskrawopomarańczowy aresztancki kombinezon. Żadnych szarości, żadnych pasków – w razie ucieczki więzień rzucałby się w oczy jak neon w klasztorze. Myron świetnie wiedział, że jest drobna – metr pięćdziesiąt pięć wzrostu, czterdzieści pięć kilo wagi – ale jeszcze nigdy nie wydała mu się taka mała. Głowę trzymała wysoko, hardo. Cała ona. Jeżeli się bała, nie okazywała tego.

Hester Crimstein dodała jej otuchy, kładąc dłoń na jej ramieniu. Esperanza powitała ją skinieniem głowy. Myron starał się za wszelką cenę pochwycić jej wzrok. Dopiero po kilku sekundach wreszcie obróciła się w jego kierunku, patrząc z lekkim, zrezygnowanym uśmiechem, który mówił „nic mi nie jest”. Od razu poczuł się lepiej.

– Sprawa przeciwko Esperanzy Diaz – obwieścił woźny sądowy.

– Pod jakim zarzutem? – spytała sędzia.

Miejsce przy pulpicie na jednej nodze zajął zastępca prokuratora, młodzianek o świeżej cerze, ledwie wyglądający na wiek, w którym chłopcom wyrastają włosy łonowe.

– Zabójstwa drugiego stopnia.

– Czy oskarżona przyznaje się do winy?

– Jestem niewinna – odparła mocnym głosem Esperanza.

– Co z kaucją?

– Wysoki Sądzie, oskarżenie wnioskuje o niewypuszczanie pani Diaz za kaucją – odparł młodzianek.

– Co takiego?! – krzyknęła Hester Crimstein, jakby przed chwilą usłyszała najbardziej niedorzeczne, groźne słowa, jakie kiedykolwiek padły z ust człowieka.

Młodzianka jednak nie speszyła.

– Pani Diaz jest oskarżona o zabicie człowieka, do którego strzeliła trzy razy. Mamy solidny dowód…

– Nic nie mają, Wysoki Sądzie. Brak jakichkolwiek poszlak!

– Panna Diaz nie ma rodziny ani zakorzenienia społecznego – ciągnął młodzianek. – Wypuszczenie jej stwarza, naszym zdaniem, poważne ryzyko, że ucieknie.

– Bzdura, Wysoki Sądzie! Pani Diaz jest wspólniczką w dużej agencji sportowej na Manhattanie. Absolwentką studiów prawniczych, przygotowującą się obecnie do przyjęcia do palestry. Ma wielu przyjaciół, jest zakorzeniona w społeczności, a ponadto w żaden sposób nie była notowana.

– Owszem, Wysoki Sądzie, ale oskarżona nie ma rodziny…

– I co z tego?! – wtrąciła Hester Crimstein. – Jej rodzice nie żyją. Czy to powód, by karać kobietę? Z racji śmierci rodziców?! To skandal, Wysoki Sądzie!

Sędzia, kobieta tuż po pięćdziesiątce, wyprostowała się w krześle.

– Pański wniosek o niewypuszczenie za kaucją jest rażący – skarciła młodzianka.

– Wysoki Sądzie, naszym zdaniem panna Diaz dysponuje nader pokaźnymi środkami i ma bardzo dobre powody, aby uciec przed wymiarem prawa.

– Co pan plecie?! – wściekła się Hester Crimstein.

– Ofiara morderstwa, pan Haid, wyjął niedawno z banku dwieście tysięcy dolarów w gotówce. Pieniądze te znikły z jego mieszkania. Logika podpowiada, że zabrano je po dokonaniu zbrodni…

– Jaka logika?! – krzyknęła Hester. – Wysoki Sądzie, co za nonsens!

– Obrona wspomniała, że pani Diaz ma przyjaciół w społeczności – ciągnął młodzianek. – Niektórzy z nich są na tej sali, w tym jej pracodawca Myron Bolitar. – Wskazał Myrona. – Z naszych ustaleń wynika, że pana Bolitara przez co najmniej tydzień nie było w kraju. Podobno bawił na Karaibach, być może nawet na Kajmanach.

– I co z tego?! – krzyknęła Hester. – Jeżeli to przestępstwo, aresztujcie go! Ale młodzianek nie popuścił.

– Obok niego siedzi przyjaciel pani Diaz, Windsor Lockwood z firmy Lock – Horne Securities. Win, na którego zwróciły się oczy wszystkich, skinął głową i wykonał nieznaczny majestatyczny gest ręką.

– Pan Lockwood, jako doradca finansowy ofiary morderstwa, zawiadywał kontem, z którego wyjęto rzeczone dwieście tysięcy dolarów.

– Więc aresztujcie również jego! – zagrzmiała Hester. – Wysoki Sądzie, z moją klientką ma to wspólnego tylko tyle, że być może dowodzi jej niewinności. Pani Diaz, pracowita kobieta latynoskiego pochodzenia, przebiła się przez wieczorowe studia prawnicze, nie jest notowana i powinna natychmiast wyjść z aresztu. Krótko mówiąc, ma prawo zostać zwolniona za rozsądną kaucją.

– Wysoki Sądzie, w tej sprawie w grę wchodzi dużo gotówki – zaripostował młodzianek. – Dwieście tysięcy brakujących dolarów. Możliwe powiązanie pani Diaz z panem Bolitarem i, oczywiście, z panem Lockwoodem, należącym do jednej z najbogatszych rodzin w naszym regionie…

– Chwileczkę, Wysoki Sądzie. Po pierwsze, prokurator okręgowy posądza panią Diaz o kradzież i ukrycie domniemanej zaginionej kwoty, której, jego zdaniem, pani Diaz użyje po to, żeby zbiec. Imputuje również, że zwróci się ona do pana Lockwooda, będącego li tylko jej doradcą finansowym, z prośbą o fundusze. Jedno z dwojga. Dlaczego w chwili gdy prokuratura okręgowa trudzi się nad sfabrykowaniem tezy o przestępczej zmowie w kwestii pieniędzy, jeden z najbogatszych ludzi w kraju uznaje za stosowne wejść w taką zmowę z biedną Latynoską, by rzeczone pieniądze ukraść? Skończony absurd! Oskarżenie, nie mając żadnych podstaw do postawienia zarzutów, wystąpiło z bajdą o pieniądzach, tak wiarygodną, jak wieść o pojawieniu się Ehdsa…

– Wystarczy – przerwała adwokatce sędzia, usiadła prosto, zabębniła palcami w wielki blat, spojrzała krótko na Wina, a potem znów na stół obrony. – Niepokoi mnie sprawa zaginionych pieniędzy.

– Wysoki Sądzie, zapewniam, że moja klientka nie wie nic o żadnych pieniądzach.

– Zdziwiłoby mnie pani odmienne zdanie, pani Crimstein. Ale fakty przedstawione przez oskarżenie budzą uzasadniony niepokój. Oddalam wniosek o zwolnienie za kaucją.

Hester Crimstein zrobiła wielkie oczy.

– Wysoki Sądzie, to pogwałcenie…

– Obrona nie musi podnosić głosu. Słyszę dobrze.

– Z całą mocą protestuję…

– Proszę zostawić to dla kamer, pani Crimstein. – Sędzia uderzyła młotkiem. – Następna sprawa! Podniósł się stłumiony szum. Wielka Cyndi uderzyła w lament niczym wojenna wdowa w kronice filmowej. Hester Crimstein przyłożyła usta do ucha Esperanzy i coś szepnęła. Esperanza skinęła głową, ale chyba nie słuchała. Strażnicy powiedli ją do drzwi. Myron znów spróbował pochwycić jej wzrok, lecz nie spojrzała na niego. Może nie chciała.

Za to Hester Crimstein rzuciła mu tak niemiłe spojrzenie, że o mało nie zrobił uniku. Podeszła, starając się zachować neutralną minę.

– Pokój siedem – powiedziała ledwo poruszając ustami i nie patrząc na niego. – Korytarzem i w lewo. Niech pan z nikim nie rozmawia.

Myron nawet nie skinął głową.

Adwokatka ruszyła szybkim krokiem, już przed drzwiami intonując mantrę „bez komentarzy”. Win westchnął, wyjął z marynarki kartkę, pióro i zaczął pisać.

– Co robisz? – spytał Myron.

– Zobaczysz.

Niebawem podeszli do nich dwaj policjanci w cywilu, z pewnością z wydziału zabójstw. Towarzyszył im odór taniej wody kolońskiej.

– Jesteśmy aresztowani? – spytał Win, nim zdążyli się przedstawić. To ich speszyło.

– Nie – odparł jeden po chwili. Win uśmiechnął się i podał mu kartkę.

– A to co?

– Numer telefonu naszego adwokata – odparł Win, wstał i poprowadził Myrona do drzwi. – Życzę udanego dnia.

W pokoju obrony, do którego dotarli przed sakramentalnymi pięcioma minutami, nie zastali nikogo.

– Clu wyjął gotówkę? – spytał Myron.

– Tak.

– Wiedziałeś o tym?

– Oczywiście.

– Ile?

– Prokurator powiedział, że dwieście tysięcy. A ja nie mam podstaw kwestionować tej sumy.

– Pozwoliłeś mu na to?

– Słucham?

– Pozwoliłeś Clu wyjąć dwieście tysięcy?

– Jego własne pieniądze.

– Ale aż tyle w gotówce?

– Jego sprawa.

– Przecież go znałeś. Te pieniądze mogły być na narkotyki, hazard albo…

– Pewnie były – odparł Win. – Ale jestem tylko doradcą finansowym. Pouczałem go, w co inwestować. Kropka. Nie byłem jego sumieniem, mamą, nianią… ani nawet jego agentem. Zabolało. Nie czas na analizę. Myron raz jeszcze stłumił poczucie winy i rozważył możliwe wyjaśnienia.

– Clu zgodził się, żebyśmy mieli wgląd w jego rachunki, tak?

Win skinął głową. Agencja RepSport MB nalegała, żeby jej klienci korzystali z usług Wina i spotykali się z nim osobiście co najmniej raz na kwartał, aby omówić stan ich kont. Zabezpieczano w ten sposób ich interesy, ponieważ zdarzało się, i to nierzadko, że nieuczciwi agenci żerowali na niewiedzy sportowców. Jednakże w większości klienci Myrona przysyłali mu kopie rozliczeń finansowych, aby mógł śledzić ich wpływy i wydatki, automatycznie regulować opłaty itp.

– A więc tak duża wypłata z konta musiała się pojawić w naszych komputerach – ciągnął Myron.

– Tak.

– Esperanza musiała o niej wiedzieć.

– Jeszcze raz tak. Myron zmarszczył czoło.

– Dla prokuratora to kolejny motyw morderstwa. Wiedziała o gotówce Clu.

– Oczywiście. Myron spojrzał na Wina.

– Co Clu zrobił z tymi pieniędzmi? Win wzruszył ramionami.

– Może Bonnie wie.

– Wątpię – odparł Win. – Przecież się rozstali.

– Wielkie rzeczy. Stale darli koty, ale zawsze przyjmowała go z powrotem.

– Owszem. Lecz tym razem załatwiła w sądzie separację.

Myrona ta wieść zaskoczyła. Bonnie posunęła się do tego po raz pierwszy. Cykliczne zawirowania w stadle Haidów przebiegały według stałego scenariusza: Clu popełniał głupstwo, dochodziło do ostrego starcia, Bonnie wyrzucała go na kilka nocy z domu, przyjmowała z powrotem, Clu na jakiś czas porządniał, strzelał głupstwo i cykl się powtarzał.

– Wzięła adwokata i złożyła papiery?

– Według Clu.

– Powiedział ci to?

– Tak, Myronie. To właśnie znaczą słowa „według Clu”.

– Kiedy ci to powiedział?

– W zeszłym tygodniu. Po wyjęciu gotówki. Wyjawił, że Bonnie wszczęła kroki rozwodowe.

– Jak to przyjął?

– Źle. Pragnął kolejnego pojednania.

– Powiedział coś jeszcze po wyjęciu pieniędzy?

– Nic.

– I nie masz pojęcia…

– Zielonego.

Drzwi pokoju otworzyły się z rozmachem i wpadła przez nie czerwona i wściekła Hester Crimstein.

– Idioci! Mówiłam, żebyście trzymali się z daleka od sprawy.

– To nie my, to pani ją pokpiła – odparł Myron.

– Co takiego?!

– Załatwienie wyjścia za kaucją powinno być formalnością.

– I byłoby, gdyby nie wasza obecność na sali. Zrobiliście dokładnie to, na co liczył prokurator. Chciał wykazać sędzi, że oskarżona ma środki na sfinansowanie ucieczki, i proszę bardzo, w pierwszym rzędzie siedzą słynny były sportowiec i jeden z najbogatszych playboyów w kraju! Hester zatupała w szarą wykładzinę dywanową, jakby gasiła tlące się poszycie lasu.

– Ta sędzia to zakichana liberałka! Właśnie dlatego zaczęłam od wstawienia kitu o pracowitej Latynosce. Nienawidzi bogatych, prawdopodobnie dlatego, że sama jest bogata. Siedzący w pierwszym rzędzie modelowy burżuj – wskazała głową Wina – to jak wymachiwanie czarnemu sędziemu przed nosem sztandarem konfederatów.

– Powinna pani zrezygnować z obrony – powiedział Myron. Hester Crimstein gwałtownie obróciła się ku niemu.

– Oszalał pan?!

– Pani sława działa przeciwko pani. Nawet jeżeli ta sędzia nie lubi bogatych, to nie kocha też znanych osobistości. Ta sprawa nie jest dla pani.

– Bzdura. Broniłam w trzech procesach, które prowadziła. Wygrałam wszystkie.

– To również może jej się nie spodobać.

Z Hester Crimstein zeszło trochę pary. Cofnęła się, opadła na fotel.

– Odmowa wyjścia za kaucją – powiedziała głównie do siebie. – Nie do wiary, że w ogóle mieli czelność zgłosić taki wniosek. – Poprawiła się w fotelu, prostując. – Dobrze, rozegramy to tak. Zażądam wyjaśnień. Wy dwaj ani słowa. Żadnych rozmów z policją, prokuraturą, prasą. Z nikim. Dopóki nie zorientujemy się, co takiego was troje, ich zdaniem, zrobiło.

– Nas troje?

– Słuchał pan czy nie, Myron? Podejrzewają was o intrygę z pieniędzmi.

– Całą trójkę?

– Tak.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Wspomnieli o pańskim wyjeździe na Karaiby, być może na Kajmany. Wszyscy wiemy, co znaczy ta aluzja.

– Wpłacenie gotówki na konta w raju podatkowym – odparł Myron. – Tylko że ja wyjechałem z kraju trzy tygodnie temu, przed wyjęciem przez Clu gotówki. I nawet nie zbliżyłem się do Kajmanów.

– Widać chwytają się każdej możliwości – uznała adwokatka. – Ale do pana z pewnością dobiorą się na całego. Mam nadzieję, że księgi macie w porządku, ponieważ ręczę, że przed upływem godziny zażądają od pana ich udostępnienia.

Skandal finansowy, pomyślał Myron. Wspomniał coś o tym FJ. Hester Crimstein skupiła się na Winie.

– Czy to prawda, że Clu wyjął dużą sumę? – spytała.

– Owszem.

– Mogą udowodnić, że Esperanza o tym wiedziała?

– Prawdopodobnie tak.

– Cholera!

Adwokatka przemyślała to sobie.

Win odszedł w kąt pokoju i zadzwonił z komórki.

– Proszę mnie zrobić obrońcą pomocniczym – powiedział Myron.

– Słucham?!

Hester Crimstein podniosła wzrok.

– Wczoraj wieczorem podkreśliła pani, że jestem członkiem palestry. Niech mnie pani powoła na adwokata Esperanzy, a wtedy wszystko, co ona mi powie, podpadnie pod przepis adwokat – klient.

– Po pierwsze, nie nabiorą się na to. Sędzia uzna to za kruczek zwalniający pana od składania zeznań. Po drugie, to kretyństwo. Nie dość że podobne zagranie cuchnie desperacją, to zamknięcie panu w taki sposób ust sprawi wrażenie, że mamy coś do ukrycia. Po trzecie, i tak mogą pana oskarżyć w tej sprawie.

– Niby jak? Już pani powiedziałem, byłem na Karaibach.

– Owszem. Gdzie nikt nie mógł pana znaleźć, oprócz naszego burżuja. Co za traf!

– Myśli pani…

– Nic nie myślę, Myron. Wyliczam, co może myśleć prokurator. Na razie tylko zgadujemy. Niech pan wraca do swojego biura. Wezwie księgowego. Upewni się, że księgi są w porządku.

– Są w porządku. Nie ukradłem ani centa.

– No a pan? – zagadnęła Hester Wina. Win rozłączył się.

– Co ja? – spytał.

– Pana również wezwą do okazania ksiąg. Win wygiął brew.

– Spróbują.

– Są czyste?

– Tak, że można z nich jeść.

– Wszystko jedno. To zmartwienie pańskich adwokatów. Ja mam dość na głowie. Zamilkli.

– Jak wydostaniemy ją z aresztu? – spytał Myron.

– Nie my. Ja. Wy trzymajcie się od tego z daleka.

– Pani nie będzie mi rozkazywać.

– Nie? A Esperanza?

– Esperanza?

– To jest w takim samym stopniu jej żądanie, jak moje. Trzymajcie się od niej z daleka.

– Nie wierzę, że to powiedziała.

– Radzę uwierzyć.

– Jeśli nie chce, żebym wtrącał się do sprawy, musi mi to powiedzieć prosto w oczy.

– Dobrze. – Hester Crimstein ciężko westchnęła. – Załatwmy to od razu.

– Co?

– Chce pan to usłyszeć z jej ust? Niech pan da mi pięć minut.


8

<p>8</p>

– Muszę wrócić do biura – oznajmił Win.

– Nie interesuje cię, co powie Esperanza? – spytał zaskoczony Myron.

– Nie mam czasu.

Win sięgnął do klamki. Ton jego głosu zatrzasnął drzwi do dalszej dyskusji.

– Gdybyś chciał skorzystać z moich szczególnych talentów, mam komórkę – powiedział. Wychodząc spiesznie z pokoju, minął się z Hester Crimstein.

– A ten dokąd? – spytała, patrząc za nim w korytarzu.

– Do biura.

– Skąd nagle dostał takiego popędu?

– Nie spytałem.

– Hmm – mruknęła, unosząc brew.

– Hmm?

– Zarządzał kontem, z którego pochodziły zaginione pieniądze.

– I co z tego?

– Być może miał powód, by uciszyć Clu Haida.

– Nonsens.

– Twierdzi pan, że nie jest zdolny zabić? Myron nie odpowiedział.

– Jeśli tylko połowa historii, które słyszałam o Windsorze Lockwoodzie, jest prawdą…

– Powinna pani mieć na tyle rozumu, by nie wierzyć plotkom. Spojrzała na niego.

– A gdybym powołała pana na świadka i spytała, czy widział pan kiedyś, jak Windsor Horne Lockwood Trzeci kogoś zabił, co by pan odpowiedział?

– Że nie.

– Aha. Widzę, że wagarował pan również na zajęciach na temat krzywoprzysięstwa.

– Kiedy zobaczę Esperanzę? – spytał Myron, puszczając to mimo uszu.

– Chodźmy. Czeka na pana.

Esperanza, wciąż w pomarańczowym aresztanckim kombinezonie, siedziała przy długim stole. Rozkute z kajdanków ręce trzymała splecione przed sobą, minę miała pogodną jak figura w kościele. Hester dała znak policjantowi i wyszli razem z pokoju. Kiedy zamknęli drzwi, Esperanza uśmiechnęła się do Myrona.

– Witaj z powrotem – powiedziała.

– Dzięki.

Przyjrzała mu się bacznie.

– Gdyby twoja opalenizna była odrobinę ciemniejsza, mógłbyś ujść za mojego brata.

– Dzięki.

– Oho, wciąż gładki w mowie wobec pań.

– Dzięki.

Prawie się uśmiechnęła. Na przekór okolicznościom zachowała promienność. Jej elastyczna skóra i kruczoczarne włosy połyskiwały na jaskrawopomarańczowym tle aresztanckiego wdzianka, a oczy przywodziły na myśl księżyc nad Morzem Śródziemnym i białe wiejskie bluzki.

– Lepiej się czujesz? – spytała.

– Tak.

– Gdzie byłeś?

– Na prywatnej wyspie na Karaibach.

– Trzy tygodnie?

– Tak.

– Sam?

– Nie.

– Konkretnie – ponagliła, gdy nie rozwinął tematu.

– Uciekłem z piękną prezenterką telewizyjną którą ledwo znałem. Uśmiechnęła się.

– Czy ona, ujmując to delikatnie, cię przeleciała?

– Jak odrzutowiec.

– Miło słyszeć. Jeśli ktoś zasłużył, by przelecieć go jak odrzutowiec…

– Zgadza się, to ja. Wybrany na ostatnim roku studiów na Najbardziej Zasługującego na Przelecenie. Spodobało jej się to. Usiadła wygodnie, krzyżując nogi swobodnie niczym w koktajlbarze. W pozie, łagodnie mówiąc, osobliwej, zważywszy na scenerię.

– Nie powiedziałeś nikomu, gdzie jesteś.

– Tak.

– A jednak Win znalazł cię w ciągu niewielu godzin. Żadnego z nich to nie zdziwiło. Na krótko zamilkli.

– Jak się czujesz? – spytał Myron.

– Dobrze.

– Nic ci nie potrzeba?

– Nie.

Nie miał pomysłu, jak kontynuować rozmowę, jaki temat poruszyć, w jaki sposób. Esperanza znowu przejęła piłkę i zaczęła dryblować.

– A więc ty i Jessica rozstaliście się?

– Tak.

Pierwszy raz przyznał to na głos. Zabrzmiało dziwnie. Esperanza uśmiechnęła się bardzo szeroko.

– Nie ma złego bez dobrego! – powiedziała triumfalnie. – A więc to naprawdę koniec? Królowa Zołz odeszła na dobre?

– Nie nazywaj jej tak.

– Odeszła na dobre?

– Chyba.

– Powiedz tak, Myron. Lepiej się poczujesz. Nie zdobył się na to.

– Nie przyszedłem tu mówić o sobie – odparł. Esperanza w milczeniu skrzyżowała ręce na piersi.

– Wydobędziemy cię z tego. Obiecuję.

Skinęła głową, wciąż udając luz. Gdyby była palaczką, puściłaby kółka.

– Lepiej wracaj do firmy. Straciliśmy za dużo klientów.

– Nie dbam o to.

– A ja tak. – Jej głos się zaostrzył. – Jestem twoją wspólniczką.

– Wiem.

– Współwłaścicielką RepSport MB. Chcesz się zniszczyć, proszę bardzo. Ale niech cię ręka boska broni od ciągnięcia z sobą w przepaść mojego apetycznego tyłka!

– Ja nie o tym. Po prostu mamy w tej chwili większe zmartwienia.

– Nie.

– Co nie?

– Nie mamy większych zmartwień. Nie chcę, żebyś mieszał się do tej sprawy.

– Nie rozumiem.

– Do obrony wynajęłam jedną z czołowych adwokatek od spraw kryminalnych. Zostaw to jej. Myron próbował pogodzić się z tymi słowami, ale przypominały niesforne dzieci, które napchały się słodyczami.

– Co się dzieje? – spytał, pochylając się do przodu.

– Nie mogę o tym mówić.

– Słucham?

– Hester zabroniła mi rozmawiać o tej sprawie z kimkolwiek, nawet z tobą. Rozmowy z tobą nie są bezpieczne.

– Myślisz, że mógłbym się wygadać?

– Jeżeli zmuszą cię do zeznań…

– Wtedy skłamię.

– Nie będziesz musiał.

Myron otworzył usta, zamknął je i spróbował jeszcze raz.

– Win i ja pomożemy ci. Jesteśmy w tym dobrzy.

– Nie obraź się, Myron, ale Win to czubek. Kocham go, lecz nie trzeba mi pomocy w jego stylu. No, a ty… – Esperanza urwała, podniosła wzrok, rozplotła ręce i spojrzała mu prosto w oczy – jesteś towarem uszkodzonym. Nie potępiam cię za ucieczkę. Prawdopodobnie dobrze zrobiłeś. Nie udawaj jednak, że doszedłeś do siebie.

– Nie doszedłem – przyznał. – Ale na to jestem gotowy. Pokręciła głową.

– Skup się na agencji – powiedziała. – Utrzymanie jej przy życiu wymaga wielkiego wysiłku.

– Nie powiesz mi, co się stało?

– Nie.

– To bez sensu.

– Podałam ci już powody…

– Naprawdę boisz się, że obciążę cię zeznaniami?

– Tego nie powiedziałam.

– Więc o co chodzi? Jeżeli uważasz, że sprawa mnie przerasta, w porządku, mogę to kupić. Ale to nie powstrzymałoby cię od rozmowy ze mną. Pewnie dla świętego spokoju sama byś mi wszystko powiedziała, żebym tylko nie węszył w tej sprawie. Więc co tu jest grane?

Zamknęła się w sobie.

– Jedź do biura, Myron – poradziła. – Chcesz pomóc? Ocal naszą firmę.

– Zabiłaś go?

Pożałował tych słów już w chwili, gdy je wypowiedział. Spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby uderzył ją w twarz.

– Nie obchodzi mnie, czy to zrobiłaś – dodał. – Pozostanę przy tobie bez względu na wszystko.

Chcę, żebyś to wiedziała.

Esperanza opanowała się. Odsunęła krzesło, wstała. Kilka chwil wpatrywała się badawczo w jego twarz, jakby szukała w niej czegoś, co zwykle tam było. Potem odwróciła się, wezwała strażnika i wyszła.


9

<p>9</p>

Kiedy Myron dotarł do agencji, Wielka Cyndi już okupowała biurko w recepcji. Siedzibę mieli w świetnym punkcie, w samym środku Park Avenue w śródmieściu. Wielopiętrowa kamienica Lock – Horne'ów należała do rodziny Wina od czasu kiedy prapra – et cetera dziadek Horne (a może Lockwood?) rozebrał indiańskie tipi i przystąpił do jej budowy. Myron wynajmował powierzchnię biurową od Wina ze zniżką. W zamian Win zawiadywał sprawami finansowymi jego klientów. Układ ten był dla MB bardzo korzystny. Oprócz znakomitego adresu i zagwarantowania klientom usług finansowych niemal legendarnego Windsora Horne'a Lockwooda Trzeciego, agencję RepSport spowijała aura solidności, jaką mogło pochwalić się niewiele firm.

Biuro mieściło się na jedenastym piętrze. Z windy wysiadało się wprost do recepcji. Klasa! Pikały telefony. Poleciwszy dzwoniącym czekać, Wielka Cyndi spojrzała na Myrona. Wyglądała – o co niełatwo – jeszcze absurdalni ej niż zwykle. Po pierwsze, małe biurko huśtało się na jej kolanach niczym ławka dziecka na kolanach ojca odwiedzającego szkołę podstawową. Po drugie, od wczoraj nie przebrała się ani nie umyła. Myron, który jako przedsiębiorca czuły na punkcie prezencji, w zwykłych okolicznościach skomentowałby jej wygląd, tym razem uznał, że nie czas (ani bezpieczna okazja) po temu.

– Prasa stosuje wszelkie sztuczki, żeby się tu dostać, panie Bolitar – oznajmiła Cyndi. Ceniła formy.

Zawsze tytułowała go per „pan”. – Dwóch udawało potencjalnych klientów z drużyn akademickich. Myrona to nie zaskoczyło.

– Zaleciłem strażnikowi z dołu, żeby był nadzwyczaj czujny.

– Dzwoni też dużo klientów. Niepokoją się.

– Połącz ich. Resztę spław.

– Tak jest, panie Bolitar – odparła, jakby chciała zasalutować, i podała mu plik niebieskich kartek.

– To dzisiejsze telefony sprzed południa. Zaczął je przeglądać.

– Do pańskiej wiadomości – ciągnęła Wielka Cyndi. – Z początku mówiłyśmy wszystkim, że wyjechał pan na kilka dni. Potem że na tydzień, dwa. A w końcu zaczęłyśmy zmyślać nagłe wypadki: choroby w rodzinie, pomoc klientowi, który zapadł na zdrowiu, i tak dalej. Część klientów miała jednak dość tych wykrętów.

– Masz listę tych, którzy od nas odeszli? – spytał Myron. Miała ją w ręku. Wziął listę i ruszył do gabinetu.

– Panie Bolitar? Odwrócił się.

– Tak?

– Czy Esperanzy nic nie będzie?

Cienki, słaby głos Wielkiej Cyndi przeczył jej potężnemu ciału. Wrażenie było takie, jakby olbrzymka, którą miał przed sobą, połknęła małe dziecko i to dziecko wzywało pomocy.

– Nic jej nie będzie, Wielka Cyndi – zapewnił.

– Pomoże jej pan, tak? Choćby nie chciała? Nieznacznie skinął głową, a ponieważ to jej nie wystarczyło, dodał:

– Tak.

– To dobrze, panie Bolitar. Tak trzeba.

Nie miał nic do dodania, więc wszedł do gabinetu. Nie był tu od sześciu tygodni. Dziwne. Tak ciężko i tak długo pracował, by rozwinąć agencję RepSport MB – M jak Myron, B jak Bolitar, chwytliwa nazwa, nieprawdaż? – i raptem ją porzucił. Znienacka. Zostawił firmę. Klientów. Esperanzę. Zakończyli już remont kapitalny, z salki konferencyjnej i recepcji wydzielając metraż na pokój dla Esperanzy, jednak nie zdążyli go umeblować. Esperanza korzystała więc z jego gabinetu. Ledwo zasiadł przy biurku, rozdzwonił się telefon. Przez kilka sekund nie podnosił słuchawki, zawiesiwszy wzrok na ścianie ze zdjęciami sportowców reprezentowanych przez MB. Skoncentrował się na wizerunku Clu Haida. Pochylony do przodu na pozycji miotacza, z policzkiem wypchanym prymką i zmrużonymi oczami, Haid szykował się do rzutu, w który niechybnie trafi.

– Coś zbroił tym razem, Clu? – spytał głośno. Zdjęcie nie odpowiedziało, najpewniej na szczęście.

Lecz Myron patrzył na nie dalej. Aż dziw, z ilu tarapatów wyciągnął przez te lata Clu. Czy gdyby nie uciekł na Karaiby, wyciągnąłby go także z tej kabały? Zbędna introspekcja – do niej też miał talent.

– Panie Bolitar – odezwała się przez interkom Wielka Cyndi.

– Tak?

– Wiem, że kazał mi pan łączyć tylko klientów, ale dzwoni Sophie Mayor.

– Daj ją.

Myron usłyszał trzask i powiedział „halo”.

– Mój Boże, Myron! Do diaska, co wy wyrabiacie?! Sophie Mayor, nowa właścicielka drużyny Jankesów, nie traciła czasu na pogaduszki.

– Sam próbuję się w tym połapać.

– Posądzają pańską sekretarkę o zabicie Clu.

– Esperanza jest moją wspólniczką – sprostował, nie bardzo wiedząc dlaczego. – I nikogo nie zabiła.

– Siedzę tu z Jaredem.

Jej syn, Jared, był „współdyrektorem naczelnym” Jankesów. Przedrostek „współ” znaczył, że „dzięki nepotyzmowi dzieli tytuł dyrektorski z kimś, kto zna się na rzeczy”, a „Jared”, że „urodził się po roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim”.

– Musimy coś powiedzieć prasie.

– Nie bardzo wiem, jak wam pomóc, pani Mayor.

– Zapewniał pan, że Clu ma to już za sobą. Myron nie odpowiedział.

– Narkotyki, pijaństwo, imprezowanie, kłopoty – ciągnęła Sophie Mayor. – Zapewniał pan, że to przeszłość.

Już miał stanąć we własnej obronie, ale się rozmyślił.

– Najlepiej porozmawiać o tym osobiście – odparł.

– Ja i syn towarzyszymy drużynie. Jesteśmy w Cleveland. Wieczorem lecimy do domu.

– To może spotkamy się jutro rano?

– Na stadionie. O jedenastej.

– Dobrze.

Myron odłożył słuchawkę. Wielka Cyndi natychmiast połączyła go z klientem.

– Myron, słucham.

– Gdzieś ty był, jak rany?! – powitał go Marty Towey, blokujący obrońca Wikingów.

Myron wziął głęboki oddech i wygłosił na wpół przygotowany spicz: wrócił, wszystko gra, spokojna głowa, finanse kwitną, na biurku nowa umowa, nowe kontrakty reklamowe tuż – tuż, tatarata, miodzio, balsam.

Ale Marty nie dał się nabrać na plewy.

– Jasny gwint, Myron, wybrałem MB nie po to, żeby moje sprawy prowadzili pomagierzy! Chciałem, żeby je załatwiał szef. Rozumiesz?

– Jasne, Marty.

– Owszem, Esperanza jest miła itd. Ale nie jest tobą. Wynająłem ciebie. Rozumiesz?

– Wróciłem, Marty. Wszystko się ułoży. Słowo. Za parę tygodni przyjeżdżacie do Nowego Jorku, tak?

– Za dwa tygodnie gramy z Jetsami.

– Świetnie. Spotkam się z tobą i po meczu pójdziemy na kolację.

Dopiero po odłożeniu słuchawki Myron uświadomił sobie, jak bardzo wypadł z kursu w sprawach klientów. Pojęcia nie miał, czy Marty gra w pierwszym składzie, czy też bliski jest trafienia na listę transferową. Chryste, musiał nadrobić mnóstwo zaległości.

Przez następne dwie godziny załatwiał telefony w podobnym stylu. Większość klientów ułagodził.

Część nie podjęła decyzji. Nikt więcej go nie opuścił. Wprawdzie niczego nie naprawił, lecz udało mu się zmniejszyć krwotok do strużki krwi.

Do drzwi zapukała Wielka Cyndi.

– Kłopoty, panie Bolitar – obwieściła.

Od progu doleciał okropny, choć skądinąd znajomy odór.

– Co to za… – zaczął Myron.

– Suń się, lala – dobiegł zza pleców Wielkiej Cyndi gburowaty głos.

Myron próbował dojrzeć kto zacz, ale Wielka Cyndi przesłaniała mu widok jak Księżyc podczas zaćmienia Słońca. W końcu ustąpiła i przecisnęli się obok niej dwaj policjanci w cywilu, ci sami co w sądzie. Duży, zmęczony życiem pięćdziesięciolatek z zaczerwienionymi oczami i twarzą, która nawet po ogoleniu wyglądała na nieogoloną, nosił trencz z rękawami ledwie sięgającymi łokci, a buty miał wytarte bardziej niż kij baseballowy Gaylorda Perry'ego. Młodszy, mniejszy, był, co tu dużo mówić, brzydki. Z twarzy kojarzył się Myronowi z wszą głowową w powiększeniu. Paradował – jak przystało na stróża prawa z katalogu odzieży Searsa – w jasnoszarym garniturze z kamizelką i w krawacie z kolekcji Zwariowanych Melodii A.D. 1992. Straszliwy zapach zaczął wsiąkać w ściany.

– Nakaz – zatokował duży, ale nie żuł w ustach cygara, choć powinien. – Zanim powiesz pan, że to nie nasz rejon, dowiedz się, że wciąż pracujemy z Michaelem Chapmanem z Północnego Manhattanu. Chcesz pan podpaść, to do niego zadzwoń. A teraz jazda z fotela, przeszukamy biuro.

– Chryste, który z was tak się zlał kolońską? – spytał Myron, marszcząc nos.

Wesz Głowowa łypnął na partnera wzrokiem, który mówił: zasłonię go ciałem przed kulką, ale w życiu nie dam się zabić za ten zapach. Jeszcze czego.

– Słuchaj, ćwoku – odparł duży. – Nazywam się detektyw Winters…

– Serio? Mamusia dała ci na pierwsze Detektyw? Policjant westchnął.

– …a to jest detektyw Martinez. A teraz gub się stąd, matole. Myron miał już dosyć duszącej woni.

– Jezu, człowieku, nie pożyczaj więcej kolońskiej od stewardów lotniczych.

– Wystarczy, pajacu.

– Na etykiecie jest instrukcja „lej litrami”?

– Prawdziwy z pana komik, Bolitar. W Sing Sing tylu jest zabawnych zakapiorów, że aż szkoda, że nie pokazują ich w telewizji.

– Myślałem, że przeszukaliście już moje biuro.

– Przeszukaliśmy. A tym razem wracamy po rachunki.

– Nie wystarczyłby do tego on? Myron wskazał Wesz Głowową.

– Co?

– Nigdy nie pozbędę się tego zapachu.

By uniknąć bałaganu z odciskami palców, Winters wyjął lateksowe rękawiczki, nałożył je z teatralnym trzaskiem, gimnastykując dłonie, i uśmiechnął się. Myron puścił oko.

– Zgiąć się wpół i chwycić za kostki? – spytał.

– Nie.

– A niech cię, a tak liczyłem na pieszczoty.

Chcesz dogryźć glinie? Poczęstuj go gejowskim żartem. Myron nie spotkał dotąd policjanta, który nie byłby w stu procentach homofobem.

– Zrobimy tu demolkę, panie komik.

– Wątpię – odparł Myron.

– Tak?

Myron wstał i sięgnął do szafy na akta.

– E, nie ruszaj pan tam niczego!

Myron zignorował ostrzeżenie i wyjął małą kamerę wideo.

– Udokumentuję pańskie poczynania, panie władzo. W dzisiejszej atmosferze fałszywych pomówień funkcjonariuszy policji o przekupstwo należy unikać wszelkich nieporozumień… – Myron włączył kamerę i skierował obiektyw na Wintersa. – Nieprawdaż?

– Tak – odparł policjant, patrząc prosto w kamerę. – Należy unikać nieporozumień. Myron patrzył cały czas w ekranik.

– W kamerze wygląda pan jak żywy – rzekł Myron, nie odrywając oczu od ekraniku. – Założę się, że gdybyśmy odtworzyli taśmę, poczulibyśmy zapach pańskich perfum.

Wesz Głowowa skrył uśmiech.

– Zechce pan się usunąć z drogi, panie Bolitar – powiedział Winters.

– Jasne. Współpraca to moja druga natura. Policjanci przystąpili do przeszukania, co sprowadziło się w zasadzie do spakowania znalezionych dokumentów do skrzynek i wyniesienia ich z biura. Patrząc, jak rękami w gumowych rękawiczkach dotykają wszystkiego, Myron miał wrażenie, że dotykają także jego. Starał się zachować niewinną minę, ale mimo woli się denerwował. Poczucie winy to dziwne zjawisko. Wprawdzie wiedział, że dokumenty firmy są w całkowitym porządku, niemniej czuł się jakoś niepewnie.

Oddał kamerę Wielkiej Cyndi i zaczął obdzwaniać klientów, którzy odeszli z agencji. Większość nie podniosła słuchawek. Nielicznych, którzy odebrali telefony, namawiał do zmiany decyzji. Rozgrywał to delikatnie, uznając, że zbytnia natarczywość da odwrotny skutek. Mówił tylko, że wrócił i że chętnie porozmawia z nimi w najbliższym dogodnym dla nich czasie. Jego rozmówcy, jak można było się spodziewać, migali się od konkretnych odpowiedzi. Odzyskanie ich zaufania wymagało czasu. Policjanci zakończyli pakowanie i wyszli bez pożegnania. Ech, maniery.

– Będzie bardzo trudno – orzekł Myron, patrząc wraz z Wielką Cyndi, jak zamykają się za nimi drzwi windy.

– Z czym?

– Pracować bez dokumentów.

Wielka Cyndi otworzyła torbę i pokazała mu dyskietki.

– Wszystko jest na nich.

– Wszystko?

– Tak.

– Wszystko skopiowałaś na nie?

– Tak.

– Listy i korespondencja się przydadzą ale bez kontraktów…

– Wszystko – wpadła mu w słowo. – Kupiłam skaner i zeskanowałam wszelkie dokumenty. Zapasowy komplet kopii jest w skrytce w Citibanku. Co tydzień aktualizuję dane. Na wypadek pożaru i innych nieprzewidzianych wypadków.

Tym razem Myron na widok jej uśmiechu skulił się prawie niezauważalnie.

– Zadziwiasz mnie, Wielka Cyndi.

Z uwagi na gruby makijaż trudno było mieć pewność, ale chyba się zarumieniła. Zahuczał domofon. Wielka Cyndi podniosła słuchawkę.

– Tak? – spytała. – Tak, niech wjedzie – dodała po chwili spoważniałym głosem i odłożyła słuchawkę.

– Kto to?

– Bonnie Haid do pana.

Wielka Cyndi wpuściła wdowę Haid do gabinetu. Myron stanął za biurkiem, nie bardzo wiedząc, co począć. Czekał na pierwszy ruch Bonnie, lecz na próżno. Spostrzegł, że zapuściła włosy. Na chwilę wrócił wspomnieniem na uniwerek Duke'a. Bonnie i Clu siedzieli na kanapie w suterenie studenckiego bractwa, z kolejną baryłką piwa za plecami. Ona w szarej bluzie, z nogami podwiniętymi pod siebie, on obejmował ją ramieniem Myron przełknął ślinę, ruszył ku niej. Cofnęła się o krok i zamknęła oczy. Podniosła rękę, żeby go powstrzymać, jakby nie mogła znieść jego bliskości. Znieruchomiał.

– Przepraszam – powiedział.

– Dziękuję.

Stali niczym para tancerzy czekających, aż zacznie grać muzyka.

– Mogę usiąść? – spytała Bonnie.

– Oczywiście.

Usiadła. Myron zawahał się i postanowił wrócić za biurko.

– Kiedy przyjechałeś? – spytała.

– Wczoraj wieczorem. Wcześniej nie miałem pojęcia o Clu. Przykro mi, że nie byłem osiągalny. Przekrzywiła głowę.

– Dlaczego?

– Słucham?

– Dlaczego jest ci przykro, że cię tu nie było? Poradziłbyś coś? Wzruszył ramionami.

– Mógłbym pomóc.

– Pomóc? Jak?

Znów wzruszył ramionami, rozłożył ręce.

– Nie wiem, co powiedzieć, Bonnie. Po prostu strzelam. Spojrzała na niego wyzywająco, opuściła oczy.

– Naskakuję na każdego, z kim rozmawiam – powiedziała. – Nie zwracaj na to uwagi.

– Nie szkodzi, naskakuj.

Mało brakowało, żeby się uśmiechnęła.

– Dobry z ciebie chłop, Myron. Zawsze byłeś taki. Już wtedy, na studiach w Duke'u, wyczuwało się w tobie coś… – czyja wiem… szlachetnego.

– Szlachetnego?

– Głupio brzmi, co?

– Bardzo. Jak tam chłopcy? – spytał.

– Timmy skończył dopiero półtora roku, więc o niczym nie wie. Charlie, który ma cztery latka, pogubił się w tym. Opiekują się nimi moi rodzice.

– Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak banał, ale jeśli mogę coś dla ciebie zrobić…

– Jedno.

– Co?

– Opowiedz mi o aresztowaniu. Myron odchrząknął.

– Dlaczego?

– W ciągu ubiegłych lat widziałam Esperanzę kilka razy. Trudno mi uwierzyć, że zabiła Clu.

– Nie zabiła.

Bonnie lekko zmrużyła oczy.

– Skąd ta pewność?

– Znam Esperanzę.

– I tyle? Skinął głową.

– To wystarczy.

– Rozmawiałeś z nią?

– Tak.

– I?

– Nie mogę mówić o szczegółach… – Nie mógł, bo żadnych nie znał, i był niemal wdzięczny wspólniczce, że nic mu nie powiedziała. – Ale ona tego nie zrobiła.

– A co z dowodami, które znalazła policja?

– Na to jeszcze ci nie odpowiem, Bonnie. Wiem jednak, że Esperanza jest niewinna. Znajdziemy prawdziwego mordercę.

– Jesteś o tym przekonany.

– Tak.

Zamilkli. Czekał, obmyślając, jak ją podejść. Musiał zadać jej pytania, pamiętając, że właśnie straciła męża. Należało być przezornym, żeby nie wleźć na jakąś emocjonalną minę.

– Chcę przyjrzeć się temu morderstwu – rzekł.

– Jak to: przyjrzeć? – spytała zdezorientowana.

– Przeprowadzić śledztwo.

– Przecież jesteś agentem sportowym.

– Mam w tym pewne doświadczenie. Przyjrzała się mu uważnie.

– Win również?

– Tak.

Skinęła głową, jakby nagle coś sobie skojarzyła.

– Zawsze przyprawiał mnie o ciarki.

– Tylko dlatego, że jesteś normalna.

– A więc zamierzacie dojść, kto zabił Clu?

– Tak.

– Rozumiem. – Poprawiła się w fotelu. – Powiedz mi coś, Myron.

– Wszystko.

– Co jest dla ciebie ważniejsze: znaleźć mordercę czy uwolnić Esperanzę?

– To jedno i to samo.

– A jeśli nie? Jeśli się okaże, że to ona go zabiła?

– To poniesie karę – skłamał. Uśmiechnęła się, jakby go przejrzała.

– Powodzenia – powiedziała.

Tylko ostrożnie, przestrzegł się Myron, kładąc nogę na kolanie.

– Mogę o coś spytać?

– Pewnie. Ostrożnie, ostrożnie.

– Nie weź tego za brak szacunku, Bonnie. Nie pytam ze wścibstwa…

– Subtelność nie jest twoją mocną stroną, Myron. Po prostu zadaj pytanie.

– Czy ty i Clu mieliście problemy?

– A kiedy ich nie mieliśmy? Uśmiechnęła się smutno.

– Słyszałem, że tym razem było to coś poważniejszego. Splotła ręce pod biustem.

– No, no, wróciłeś niecały dzień temu, a już tyle się dowiedziałeś. Szybko działasz, Myron.

– Clu wspomniał o tym Winowi.

– Co chcesz wiedzieć?

– Wystąpiłaś o rozwód?

– Tak – przyznała bez wahania.

– Powiesz mi, co się stało?

W oddali faks włączył swój pierwotny zgrzyt. Telefon ciągle pikał. Myron nie bał się, że ktoś przerwie im rozmowę. Wielka Cyndi od lat pracowała jako bramkarka w barze sado – maso. Kiedy sytuacja tego wymagała, potrafiła zachować się niemiło jak wściekły nosorożec cierpiący na hemoroidy. Także kiedy sytuacja tego nie wymagała.

– Dlaczego to cię interesuje? – spytała Bonnie.

– Ponieważ Esperanza nie zabiła Clu.

– Powtarzasz to niczym mantrę, Myron. Jeśli powtarzasz coś wystarczająco często, w końcu zaczynasz w to wierzyć.

– Wierzę w to.

– No i?

– Skoro nie zabiła ona, to zabił ktoś inny. Bonnie podniosła wzrok.

– Skoro nie zabiła ona, to zabił ktoś inny – powtórzyła i zamilkła. – Wcale się nie przechwalałeś, Myron. Rzeczywiście masz w tym doświadczenie.

– Po prostu chcę ustalić, kto go zabił.

– Wypytując o nasze małżeństwo?

– Wypytując o burzliwe epizody w jego życiu.

– Burzliwe epizody? – Parsknęła śmiechem. – Mówimy o Clu, Myron. On miał tylko takie. W jego życiu trudno znaleźć okresy spokoju.

– Ile lat z sobą przeżyliście? – spytał.

– Przecież znasz odpowiedź.

Znał. Trzeci rok studiów na Uniwersytecie Duke'a. Bonnie wpadła do sutereny ich bractwa studenckiego w sweterku z monogramem, z perłami na szyi i włosami związanymi, a jakże, w koński ogon. On i Clu obsługiwali beczułkę z piwem. Myron lubił nalewać piwo – wtedy nie pił dużo, gdyż zajęcie to zbyt go absorbowało. Gwoli wyjaśnienia – nie był abstynentem. W owych czasach na uczelniach picie było obowiązkowe. Niestety, nie miał mocnej głowy. Zawsze omijało go to, co najlepsze – stan szczytowego podchmielenia w pół drogi pomiędzy trzeźwością a puszczeniem pawia.

Na dobrą sprawę nigdy go nie doświadczył. Podejrzewał, że ma to związek z genami przodków. W minionych miesiącach właściwie dobrze na tym wyszedł. Przed ucieczką z Teresę próbował po staroświecku topić smutki w kieliszku.

Ale, mówiąc bez ogródek, zanim się skuł, zwykle zwracał to, co w siebie wlał.

Niezły sposób na nadużywanie alkoholu.

W każdym razie poznanie Clu z Bonnie odbyło się prosto. Kiedy weszła, Clu podniósł wzrok znad beczki i od pierwszego wejrzenia jakby piorun w niego strzelił.

– Ożeż ty! – mruknął, rozlewając piwo na podłogę tak tonącą w browarze, że piwniczne gryzonie często kończyły w nim żywot.

Potem zaś przeskoczył przez bar, zataczając się, dotarł do wybranki, klęknął na kolano i oświadczył się. Trzy lata później zalegalizowali swój związek.

– I co zaszło po tych wszystkich latach? Bonnie spuściła wzrok.

– Nie miało to nic wspólnego z jego śmiercią – odparła.

– Pewnie tak, ale muszę mieć pełny obraz jego życia, zbadać wszystkie zakamarki…

– A po co?! Powiedziałam, że nie miało to nic wspólnego z jego śmiercią. Zostaw ten temat. Myron oblizał wargi, splótł ręce, oparł je na biurku.

– Wyrzuciłaś go już kiedyś z domu z powodu innej kobiety.

– Nie kobiety. Kobiet. W liczbie mnogiej.

– Tym razem znów cię zdradził?

– Zerwał z babami. Przyrzekł, że z tym koniec.

– I złamał obietnicę? Bonnie nie odpowiedziała.

– Kto to był?

– Nie wiem – odparła ściszonym głosem.

– Ale kogoś miał?

Znów nie odpowiedziała. Nie było potrzeby. Myron spróbował na chwilę wejść w skórę adwokata. Romans Clu był korzystny dla obrony Esperanzy. Im więcej motywów zbrodni, tym większe pole dla posiania uzasadnionych wątpliwości. Zabiła go kochanka, bo chciał wrócić do żony? A może Bonnie z zazdrości? Do tego dochodziły zaginione pieniądze. Czy kochanka lub Bonnie o nich wiedziały? Stanowiły dodatkowy motyw morderstwa? Tak, Hester Crimstein na pewno by się to spodobało. Podrzuć do rozprawy stosowną liczbę hipotez, zamąć wodę, a uniewinnienie masz prawie jak w banku. Zasada była prosta: dezorientacja prowadziła do uzasadnionych wątpliwości, a te do werdyktu „niewinny”.

– Wcześniej też miał romanse, Bonnie. Co różniło ten od tamtych?

– Zostaw to, Myron, dobrze? Jeszcze nie zdążyłam go pochować. Ustąpił.

– Przepraszam.

Odwróciła wzrok. Pierś jej falowała.

– Wiem, że chcesz mi pomóc – powiedziała, próbując opanować głos. – Ale rozwód… to za świeża, za bolesna sprawa.

– Rozumiem.

– Jeśli masz inne pytania… Dość ustępstw.

– Słyszałem, że Clu zawalił test narkotykowy.

– Wiem tyle, co z gazet.

– Winowi powiedział, że ktoś go wrobił.

– Słucham?!

– Zaprzeczył, że brał. Co ty na to?

– Clu był strasznym popaprańcem. Oboje to wiedzieliśmy.

– Znowu brał?

– Nie wiem. – Bonnie przełknęła ślinę i spojrzała Myronowi w oczy. – Nie widziałam kilka tygodni.

– A przedtem?

– Nie wyglądało, że bierze. Ale zawsze świetnie się z tym krył. Pamiętasz, co było trzy lata temu? Myron skinął głową.

– Płakaliśmy. Błagaliśmy go, żeby przestał brać. W końcu się załamał. Szlochał jak dzieciak, przyrzekł zmienić swoje życie. A dwa dni później przekupił strażnika i zwiał z odwykówki.

– Sądzisz, że maskował objawy?

– Był w tym dobry, więc mógł. – Zawahała się. – Choć wątpię.

– Dlaczego?

– Czy ja wiem. Może to tylko moje pobożne życzenia, ale naprawdę myślałam, że tym razem jest czysty. W przeszłości zwykle wyczuwałam, kiedy robił to pro forma. Grał przede mną i dziećmi. Tym razem jednak był bardziej zdeterminowany. Tak jakby miał świadomość, że to jego ostatnia szansa, by zacząć od nowa. Pracował nad tym jak nigdy dotąd. Myślałam, że jest na dobrej drodze. Lecz z jakiegoś powodu się cofnął…

Bonnie uwiązł głos w gardle, do oczu napłynęły łzy. Z pewnością zadawała sobie pytanie, czy nie ona jest tego przyczyną, no bo jeśli Clu rzeczywiście nie brał, to wyrzucając go z domu, mogła go na powrót wtrącić w nałogi. Myron już miał na końcu języka, żeby się nie winiła, ale rozsądek powstrzymał go od wypowiedzenia tego irytującego banału.

– Clu zawsze potrzebny był ktoś lub coś – powiedziała. – Nie znam osoby równie jak Clu zależnej od innych.

Myron skinął głową, zachęcając ją do mówienia.

– Z początku pociągało mnie to, że tak bardzo mnie potrzebuje. W końcu mi się przejadło. – Bonnie podniosła wzrok. – Ile razy ktoś ratował mu skórę?

– Za często – przyznał.

– Zastanawiam się, Myron… – Wyprostowała się nieco i spojrzała bystrzej. – Zastanawiam się, czy nie wyświadczyliśmy mu niedźwiedziej przysługi. Może gdybyśmy go non stop nie ratowali, toby się zmienił. Może gdybym rzuciła go przed laty, przywołałby się do porządku i przetrwał.

Nie wytknął jej sprzeczności zawartej w tych słowach. Przecież właśnie go rzuciła i Clu marnie skończył.

– Wiedziałaś o tych dwustu tysiącach dolarów? – spytał.

– Dowiedziałam się o nich od policji.

– Nie domyślasz się, co się z nimi stało?

– Nie.

– Ani na co mógł potrzebować?

– Nie – odparła nieobecnym głosem, spojrzeniem wędrując nad jego ramieniem.

– Myślisz, że na narkotyki?

– Gazety napisały, że wykryto u niego heroinę.

– Wiem.

– W przypadku Clu to coś nowego. Wprawdzie to bardzo drogi nałóg, ale taka suma nie mieści się w głowie.

Myron potwierdził.

– Miał jakieś kłopoty? – spytał. Bonnie podniosła wzrok.

– To znaczy, oprócz tych co zwykle? Z lichwiarzami, hazardem, czymś takim?

– Możliwe.

– Czyli nie wiesz.

Pokręciła głową, patrząc nie wiadomo na co.

– Wiesz, o czym pomyślałam?

– O czym?

– O pierwszym roku gry Clu w regionalnej lidze zawodowej. W Bizonach z Nowej Anglii. Zaraz po tym, jak poprosił cię, żebyś wynegocjował jego kontrakt. Pamiętasz?

Myron skinął głową.

– I wciąż się zastanawiam.

– Nad czym?

– Właśnie wtedy po raz pierwszy wspólnie uratowaliśmy mu skórę.

Telefon zadzwonił w środku nocy. Myron ocknął się ze snu i chwycił słuchawkę. Clu mówił nieskładnie, płakał. Jechał samochodem z Bonnie i kolegą z akademika w Duke'u, Billym Lee Palmsem, łapaczem Bizonów. Ściślej, jechał po pijaku. Wpadł na słup. Billy Lee odniósł lekkie obrażenia, Bonnie przewieziono do szpitala, a Clu, który wyszedł z wypadku oczywiście bez draśnięcia, trafił do aresztu. Myron, z kupą gotówki w ręku, natychmiast pojechał do zachodniego Massachusetts.

– Pamiętam – potwierdził.

– Załatwiłeś mu właśnie duży kontrakt na reklamę mlecznej czekolady. Nie dość, że prowadził nawalony, to spowodował wypadek, w którym byli ranni. Karierę diabli by wzięli. Załatwiliśmy sprawę. Daliśmy w łapę komu trzeba. Ja i Billy Lee zeznaliśmy, że drogę zajechała nam furgonetka. Ocaliliśmy go. Ale czy wyszło mu to na dobre? Może gdyby Clu zapłacił za to, gdyby nie uszło mu to na sucho i trafił wtedy do więzienia…

– Nie trafiłby do więzienia, Bonnie. Pewnie zatrzymaliby mu prawo jazdy. Skazaliby na jakieś prace społeczne.

– Nieważne. Życie składa się z fal. Zdaniem niektórych filozofów, wszystko, co robimy, zmienia świat. Nawet najprostsze czynności. Na przykład to, że wychodzisz z domu pięć minut później, jedziesz inną trasą do pracy, odmienia całe twoje dalsze życie. Wprawdzie nie w pełni się z tym zgadzam, ale jeśli chodzi o rzeczy istotne, sądzę, że każda fala pozostawia trwały ślad. A może wszystko zaczęło się wcześniej. W jego dzieciństwie. Może wtedy, gdy odkrył, że ponieważ nadzwyczaj szybko rzuca białą piłką, ludzie traktują go wyjątkowo. Być może utrwaliliśmy w nim to przekonanie. Ugruntowaliśmy je w jego dorosłym życiu. Clu wyrobił w sobie pewność, że zawsze ktoś go wybawi. I ratowaliśmy go. Wydobyliśmy go z kabały tamtej nocy, a potem przyszły oskarżenia o napaści, o lubieżne zachowanie, zażywanie narkotyków i co tylko.

– Uważasz, że nieuchronną konsekwencją tego wszystkiego była śmierć?

– A ty nie?

– Nie. Za jego śmierć odpowiada ten, kto wpakował mu trzy kule. Kropka.

– Życie rzadko jest takie proste, Myron.

– W przeciwieństwie do morderstwa. W końcu Clu ktoś zastrzelił. Nie zginął dlatego, że pomogliśmy mu wybrnąć z kłopotów, w które sam się wpędził. Ktoś go zamordował. I to ta osoba jest winna jego śmierci, a nie ja, ty ani ci, którzy się o niego troszczyli.

– Może masz rację – odparła po zastanowieniu, choć bez przekonania.

– Wiesz, dlaczego Clu uderzył Esperanzę? Pokręciła głową.

– Policja też mnie o to spytała. Nie wiem. Może był naćpany.

– Po narkotykach robił się agresywny?

– Nie. Ale był chyba w dużym stresie. Może zdenerwował się, że nie powiedziała mu, gdzie jesteś. Poczucie winy powróciło. Odczekał, aż odpłynie.

– Do kogo jeszcze mógł się zwrócić, Bonnie?

– Co masz na myśli?

– Szukał wsparcia. Mnie nie było. Ty z nim nie rozmawiałaś. Do kogo poszedłby w dalszej kolejności?

– Nie jestem pewna – odparła po namyśle.

– Do kogoś ze znajomych, kolegów z drużyny?

– Wątpię.

– A do Billy'ego Lee Palmsa? Wzruszeniem ramion okazała, że nie ma pojęcia. Myron zadał jeszcze kilka pytań, lecz nie usłyszał nic ważnego. Bonnie udała, że sprawdza godzinę.

– Muszę wracać do dzieci – powiedziała.

Skinął głową, wstał z fotela i ją objął. Tym razem go nie powstrzymała. Odpowiedziała mocnym uściskiem.

– Zrób coś dla mnie – poprosiła.

– Powiedz co.

– Oczyść swoją przyjaciółkę. Wiem, dlaczego musisz to zrobić. Nie chcę, żeby wsadzono ją do więzienia za coś, czego nie zrobiła. Ale potem zostaw tę sprawę.

Myron odsunął się od niej.

– Nie rozumiem.

– Już powiedziałam, szlachetny z ciebie chłop. Pomyślał o rodzinie Brendy Slaughter, o tym, jak to wszystko się skończyło, i znów coś w nim pękło.

– Od studiów upłynęło mnóstwo czasu – rzekł cicho.

– Nie zmieniłeś się.

– Zdziwiłabyś się, jak bardzo.

– Wciąż szukasz sprawiedliwości, przyzwoitości, logicznych zakończeń. Nie odpowiedział.

– U Clu tego nie znajdziesz. Nie był szlachetny.

– Nie zasłużył, żeby go zabito.

– Uratuj przyjaciółkę, Myron – powiedziała Bonnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. – A Clu sobie daruj.


10

<p>10</p>

Myron wjechał dwa piętra wyżej do serca firmy maklerskiej Lock – Horne. Wyczerpani biali, cząsteczki uwijające się jak w ukropie – rosnąca z każdym rokiem liczba zatrudnionych tu kobiet i przedstawicieli mniejszości etnicznych była wciąż żałośnie mała – pędzili we wszystkie strony z życiodajnymi pępowinami szarych telefonów przy uszach. Natężenie hałasu i otwarta przestrzeń przywodziły na myśl kasyno w Las Vegas, choć noszone tu tupeciki wydawały się lepszej jakości. Pokrzykiwano z radości i udręki. Tracono i zdobywano pieniądze. Rzucano kości, puszczano w ruch koła, rozdawano karty. Maklerzy cały czas z respektem zerkali na tablicę elektroniczną, śledząc kursy akcji tak pilnie, jak hazardziści czekający na zatrzymanie się koła ruletki albo jak starożytni Izraelici wypatrujący Mojżesza i jego kamiennych tablic.

Były to okopy finansjery, skupisko uzbrojonych żołnierzy, z których każdy próbował przeżyć w świecie, gdzie zyski poniżej sum sześciocyfrowych oznaczały tchórzostwo i prawdopodobnie śmierć. Terminale komputerowe mrugały wśród nawały żółtych kartek samoprzylepnych. Wojownicy pili kawę, grzebiąc oprawione w ramki rodzinne zdjęcia pod wulkaniczną lawą analiz rynkowych, zestawień finansowych i sprawozdań spółek. Nosili białe koszule zapinane na guziki i tradycyjne krawaty, marynarki zaś wieszali porządnie na oparciach krzeseł, tak jakby krzesłom było ciut za zimno lub wybierały się na lunch do ekskluzywnej Le Cirque.

Win oczywiście siedział gdzie indziej. Generałowie w tej wojnie – finansowi magowie, wielcy producenci, wpływowe osoby et cetera – kwaterowali na obrzeżach, w biurach z oknami, całkowicie odcinając piechocie dostęp do nieba, świeżego powietrza i podobnych coraz powszechniej dostępnych dobrodziejstw.

Myron ruszył pochyłym, wyłożonym dywanem przejściem, zdążając do narożnego biura po lewej. Win siedział tam zazwyczaj sam. Lecz nie dziś. Kiedy Myron wsadził głowę w uchylone drzwi, w jego stronę obróciło się grono ludzi w garniturach. Spore grono. Nie umiał powiedzieć ilu, sześciu, może ośmiu. Jak w inscenizacji wojny secesyjnej, tworzyli szaro – granatową plamę przetykaną czerwienią krawatów i chustek. Najbliżej biurka Wina, w skórzanych fotelach koloru burgunda, siedzieli, raz po raz kiwając głowami, starsi dystyngowani jegomoście z wymanikiurowanymi dłońmi i spinkami w mankietach koszul. Młodsi, ściśnięci na kanapach pod ścianą, z pochylonymi głowami pisali w żółtych notatnikach z takim przejęciem, jak gdyby Win zdradzał im tajemnicę wiecznego życia. Co jakiś czas podnosili wzrok na starszych, popatrując jakby na własną świetlaną przyszłość, na którą składały się w gruncie rzeczy wygodniejsze siedzisko i mniej notowania.

Ich tożsamość zdradzały żółte notesy. Byli prawnikami. Starsi brali prawdopodobnie przeszło czterysta zielonych za godzinę, młodsi dwieście pięćdziesiąt. Myron odpuścił sobie arytmetykę, głównie ze względu na trud policzenia osób w garniturach. Nieważne. Firmę maklerską Lock – Horne stać było na ten wydatek. Redystrybucja bogactw – czyli wprawianie w ruch pieniędzy bez tworzenia lub produkowania czegokolwiek nowego – przynosiła krocie. Myron Bolitar, agent sportowy, marksista.

Win klaśnięciem w dłonie odprawił zebranych. Wstali wolno, z ociąganiem – prawnikom, podobnie jak panienkom z sekstelefonów, płaci się od minuty, bez gwarancji zadowolenia – i opuszczali rzędem gabinet. Starsi najpierw, młodsi za nimi, niczym japońskie panny młode. Myron wszedł do środka.

– Co się dzieje? – spytał.

Win dał mu znak, żeby usiadł, zagłębił się w fotelu i złożył dłonie koniuszkami palców.

– Zaniepokoiła mnie sytuacja – odparł.

– Wyjęcie gotówki przez Clu?

– Tak, po części. – Win zastukał koniuszkami palców o siebie, wskazujące oparł na dolnej wardze.

– Bardzo zmartwiłem się połączeniem w jednym zdaniu słów „wezwanie do sądu” i „Lock – Horne”.

– Dlaczego? Nie masz nic do ukrycia. Win lekko się uśmiechnął.

– To znaczy?

– Udostępnij im swoje akta. Masz wiele zalet, Win. Główną z nich jest uczciwość.

– Jesteś bardzo naiwny, Myron.

– Słucham?

– Moja rodzina prowadzi firmę maklerską.

– I co z tego?

– To, że wspomnianą firmę może zniszczyć najlżejsze pomówienie.

– Przesadzasz.

Win wygiął brew i przyłożył dłoń do ucha.

– Pardon?

– Daj spokój, Win. Na Wall Street nigdy nie brak skandali. Ludzie ledwie je zauważają.

– Te skandale dotyczą głównie spekulacji.

– I co z tego?

Win spojrzał na Myrona.

– Udajesz głupiego? – spytał.

– Nie.

– Spekulacje to całkiem inna sprawa.

– Jak to?

– Naprawdę mam ci to wyjaśniać?

– Tak myślę.

– No, dobrze. Streszczając rzecz do minimum: spekulacja to oszustwo albo kradzież. Moich klientów nie obchodzi, czy oszukuję lub kradnę, dopóki na tym zarabiają. W istocie większość z nich najpewniej poparłaby machlojki, gdyby tylko nabiły im one portfele. Jeśli jednak ich doradca finansowy majstruje przy ich kontach osobistych albo, nie daj Boże, wplątuje własną firmę w coś, co daje rządowi prawo do wglądu w jej akta, klienci słusznie stają się nerwowi.

Myron skinął głową.

– Rozumiem, w czym problem.

Win zabębnił palcami w biurko, co świadczyło o dużym wzburzeniu. Trudno uwierzyć, ale po raz pierwszy wydawał się lekko wytrącony z równowagi.

– Zaangażowałem do pracy nad tą sprawą trzy firmy prawnicze i dwie od PR.

– Jakiej pracy?

– Zwyczajnej. Zdobycia poparcia polityków, sporządzenia pozwu przeciwko prokuraturze okręgowej Bergen o oszczerstwo i pomówienie, pozytywnego nastawienia mediów, zbadania, którzy z sędziów będą zabiegać o reelekcję.

– Innymi słowy, komu się opłacić? Win wzruszył ramionami.

– Jak go zwał, tak zwał.

– Ale nie zażądali od ciebie jeszcze wglądu w akta?

– Nie. Chcę wykluczyć taką możliwość, zanim jakiemuś sędziemu wpadnie ten pomysł do głowy.

– Może powinniśmy przejść do ofensywy.

Win rozłączył palce. Jego duże mahoniowe biurko było tak wypolerowane, że odbijał się w nim niczym w lustrze, jak gospodyni domowa z dawnej reklamy płynu do zmywania naczyń, piejąca z zachwytu na widok swego odbicia w talerzu.

– Słucham cię – powiedział.

Myron zrelacjonował rozmowę z Bonnie Haid. Opowieść przerywał mu kilka razy czerwony bat – telefon na komodzie – drugi, oprócz samochodu Batmana, ulubiony rekwizyt Wina ze starego serialu z Adamem Western, tak przezeń uwielbiany, że trzymał go pod szklanym kloszem na ciasto. Dzwonili głównie prawnicy. Do uszu Myrona docierał adwokacki popłoch, wylewający się ze słuchawki na biurko. Nie dziwiło to ani trochę. Windsor Home Lockwood Trzeci nie należał do ludzi, których chciałeś zawieść. Win zachował spokój. Jego kwestie streszczały się w zasadzie do jednego słowa: ile?

– Sporządźmy listę – rzekł, kiedy Myron skończył, ale żaden z nich nie sięgnął po pióro. – Po pierwsze, potrzebny jest nam wykaz rozmów telefonicznych Clu.

– Mieszkał w Fort Lee.

– Tam gdzie go zamordowano.

– Clu i Bonnie wynajęli to mieszkanie, kiedy w maju zmienił drużynę. – Przejście Clu za pokaźną sumę do Jankesów stworzyło starzejącemu się weteranowi ostatnią szansę na rozrzutność. – Do domu w Tenafly przeprowadzili się w lipcu, choć mieszkanie mieli opłacone za pół roku. Kiedy więc Bonnie go wyrzuciła, trafił tam.

– Masz adres? – spytał Win.

– Tak.

– Dobrze.

– Prześlij wykaz tych rozmów Wielkiej Cyndi. Przejrzy go.

Zdobycie billingów telefonicznych było dziecinnie proste. Nie wierzycie? Z lokalnej książki telefonicznej firm wybierzcie na chybił trafił prywatnego detektywa i zaproponujcie mu dwa tysiące za miesięczny rachunek telefoniczny dowolnego abonenta. Niektórzy zgodzą się bez ceregieli, jednakże większość zechce z was wydębić trzy tysiące, z czego połowa trafi w łapki „uczynnego” z firmy telefonicznej.

– Trzeba również sprawdzić jego karty kredytowe, książeczkę czekową, karty bankomatowe i resztę, zobaczyć, co się z tym działo – dodał Myron.

Win skinął głową. W przypadku Clu zadanie było ułatwione. Pieczę nad jego wszystkimi transakcjami pieniężnymi sprawowała firma maklerska Lock – Horne. Żeby łatwiej zawiadywać jego finansami – kartą debetową, elektronicznymi miesięcznymi opłatami rachunków i książeczką czekową – Win utworzył mu oddzielne konto.

– Musimy też odnaleźć tę tajemniczą kochankę.

– To nie powinno być trudne – rzekł Win.

– Nie.

– Coś wiedzieć może także jego stary druh z bractwa studenckiego, Billy Lee Palms.

– Możemy go odszukać.

– Jedna sprawa. Win uniósł palec.

– Słucham.

– Większość czarnej roboty spadnie na ciebie.

– Dlaczego?

– Prowadzę firmę.

– Ja również – odparł Myron.

– Straciłeś ją, zraniłeś dwie osoby.

– Trzy – sprostował Myron. – Zapomniałeś o Wielkiej Cyndi.

– Nie. Mówię o niej i Esperanzy. Ciebie pominąłem z powodów oczywistych. Skoro jednak łakniesz banałów, to proszę bardzo: jak sobie pościeliłeś, tak się wyśpisz…

– Dotarło – odparł Myron. – Lecz i tak muszę chronić firmę. Jeżeli nie ze względu na siebie, to na nie.

– Koniecznie. – Win wskazał w stronę okopów za progiem. – Trudno, zabrzmi to melodramatycznie, ale ja też odpowiadam za moich podwładnych. Za ich pracę i bezpieczeństwo finansowe. Mają rodziny, hipoteki, opłacają czesne. – Wbił w Myrona lodowate błękitne spojrzenie.

– Ich los nie jest mi obojętny.

– Wiem.

Win rozsiadł się w fotelu.

– Oczywiście pozostanę do dyspozycji. Jeśli przyda się któryś z moich specyficznych darów…

– Miejmy nadzieję, że nie – wszedł mu w słowo Myron.

– Nie w tym rzecz – odparł.

– A w czym?

– Żadne śledztwo w sprawie morderstwa nie wyjaśnia wszystkiego do końca. W konstrukcji logicznej zawsze są pęknięcia. Niewyjaśnione słabe punkty. Być może Esperanza popełniła błąd. Może do głowy jej nie przyszło, że policja nabierze co do niej podejrzeń. Może uznała, że narzędzie zbrodni bezpieczniejsze będzie w biurze, a nie, dajmy na to, w domu?

– Ona nie zabiła Clu. Win rozłożył ręce.

– Kto z nas, w stosownych okolicznościach, nie byłby zdolny do morderstwa? – spytał. Zapadła głucha cisza. Myron głośno przełknął ślinę.

– Załóżmy, że pistolet podrzucono. Win wolno skinął głową.

– Pytanie, kto ją wrobił.

– I dlaczego.

– Musimy sporządzić listę jej wrogów – rzekł Myron.

– I naszych.

– Słucham?

– Oskarżenie Esperanzy o morderstwo bije mocno także w nas. Należy rozpatrzyć kilka możliwości.

– Na przykład?

– Po pierwsze, może za dużą wagę przykładamy do hipotezy o wrobieniu jej przez kogoś.

– Jak to?

– W grę nie musi wchodzić osobista zemsta. Morderca mógł usłyszeć o kłótni w garażu i uznał, że Esperanza jest dobrą kozą ofiarną.

– Sugerujesz, że nie ma w tym nic osobistego? Że chodzi tylko o odwrócenie uwagi od prawdziwego mordercy?

Jest taka możliwość. I tyle – odparł Win.

– No dobrze, co poza tym?

– Morderca chce bardzo zaszkodzić Esperanzy.

– To oczywiste.

– Owszem, jeśli taki domysł jest cokolwiek wart. Możliwość trzecia: morderca chce bardzo zaszkodzić jednemu z nas.

– Albo naszym firmom – dodał Myron.

– Tak.

Nagle w głowę Myrona wyrżnęło coś w rodzaju olbrzymiego kowadła z kreskówki.

– Ktoś taki jak F.J.! Win tylko się uśmiechnął.

– A jeżeli Clu robił coś nielegalnego, coś, co wymagało grubej gotówki?…

– To głównym jej odbiorcą byłby najpewniej F.J. i jego famuła – dokończył Win. – Poza tym, pomińmy na moment kwestię pieniędzy, F.J. z rozkoszą wykorzystałby każdą okazję, żeby cię zniszczyć. A najłatwiej osiągnąć to, podkopując twoją firmę i pakując do więzienia twoją najlepszą przyjaciółkę.

– Dwie pieczenie na jednym ogniu.

– Właśnie.

Myron, czując, że uszła z niego energia, zagłębił się w fotelu.

– Nie palę się do starcia z Ache'ami – powiedział.

– Ja również – odparł Win.

Ty? Przecież wcześniej chciałeś zabić Juniora. Otóż to. Rzecz w tym, że nie mogę tego zrobić. Jeżeli Za tym wszystkim stoi F.J., żeby to udowodnić, musimy utrzymać go przy życiu. Zastawienie pułapki na tego szkodnika niesie z sobą ryzyko. Najprościej byłoby go zlikwidować.

– A więc tym razem twoja ulubiona opcja odpada. Win skinął głową.

– Smutne, co?

– Tragedia.

– Jeszcze gorzej, wierny druhu.

– Jak to?

– Esperanza, winna czy niewinna, coś przed nami ukrywa. Zamilkli.

– Nie mamy wyboru – przemówił Win. – Nią również musimy się zająć. Pogrzebać co nieco w jej życiu osobistym.

– Nie palę się do starcia z Ache'ami – powtórzył Myron – ale jeszcze mniej do naruszenia jej prywatności.

– Bój się tego – rzekł Win. – Bój się tego bardzo.


11

<p>11</p>

Na pierwszy potencjalny trop Myron zareagował dwojako – bardzo się przestraszył i przypomniał sobie dźwięki muzyki.

Lubił stary musical z Julie Andrews – kto by nie lubił? – ale jedną z piosenek, notabene należącą do klasyki gatunku – My Favorite Things – uważał za szczególnie głupią. Nie miała sensu. Ile z miliona osób poproszonych o wymienienie ulubionych rzeczy, wymieniłoby, jak bonie dydy, dzwonki do drzwi?! „Wiesz co, Millie? Kocham dzwonki do drzwi! Pal sześć spacery po cichej plaży, frapującą książkę, miłosne igraszki, spektakl na Broadwayu. Dzwonki do drzwi, Millie! Nic ich nie przebije.

Bywa, że podbiegam do cudzych domów, naciskam dzwonki i, przyznam bez bicia, dusza hyc na ramię”.

Drugą zagadkową „ulubioną rzeczą” był przewiązany sznurkiem pakiet, który Myronowi kojarzył się głównie (nie dlatego, że znał takie z doświadczenia) z przesyłką zamówioną u pornografa. Znalazł go wśród dużego stosu z pocztą. Na nalepce u spodu opakowania ze zwykłego brązowego papieru wypisano na maszynie słowo „Osobiste”. Brak było nadawcy. Stempel nowojorski.

Myron rozciął pakiet i wytrząsnął z niego na biurko dyskietkę.

No, no.

Wziął dyskietkę i obejrzał z obu stron. Żadnej nalepki. Żadnego napisu. Banalny czarny kwadrat z metalową blaszką na górze. Przyglądał się mu chwilę. Wzruszył ramionami, włożył dyskietkę do komputera i stuknął w klawisze. Właśnie miał sprawdzić w Windows Explorerze, co to za plik, kiedy coś zaczęło się dziać. Myron usiadł w fotelu i zmarszczył czoło. Miał nadzieję, że dyskietka nie zawiera wirusa. Głupio zrobił, pakując nieznaną dyskietkę do komputera. Nie wiadomo, gdzie się dotąd szlajała, w jaki podejrzany napęd ją przedtem wsuwano. Nosiła prezerwatywę, zbadano jej krew?

Gdzie tam. Biedny komputer. Barabara, RAM, dziękuję, madame.

Pecet stęknął.

Monitor zgasł.

Myron skubnął się w ucho. Już miał nacisnąć klawisz escape – ostatnią deskę ratunku dla zdesperowanych komputerofobów – kiedy na ekranie pojawił się obraz.

Myron zamarł.

Zobaczył dziewczynę. Około szesnastoletnią, z długimi strąkowatymi włosami, podkręconymi z przodu, i zakłopotanym uśmiechem. Niedawno zdjęła aparat ortodontyczny. Patrzyła w bok na tle rozmazanej wyblakłej tęczy, typowej dla zdjęć szkolnych. To z pewnością pochodziło z ramki na kominku rodziców lub z gimnazjalnego rocznika z około tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku, pamiątki z mottem podsumowującym życie – cytatem z Jamesa Taylora bądź z Bruce'a Springsteena – oraz informacją, że takiej to a takiej osobie miło było piastować funkcję sekretarza/skarbnika w stowarzyszeniu Key Club, a do najmilszych wspomnień zalicza szwendanie się po sklepie Woolwortha z Jenny i Sharon T., prażenie kukurydzy na zajęciach z panią Kennilworth, próby orkiestry na tyłach parkingu i tym podobne na wskroś amerykańskie zajęcia. Rodzaj nekrologu po latach dorastania.

Myron skądś znał tę dziewczynę.

W każdym razie z pewnością już ją widział. Ale kiedy i gdzie, osobiście, na zdjęciu czy jak, nie potrafił powiedzieć. Wpatrzył się w ekran, licząc, że wyczaruje z przeszłości jej imię, a nawet przelotne wspomnienie. Na próżno. A gdy tak patrzył, nagle stało się.

Obraz dziewczyny zaczął topnieć.

Trudno było określić to inaczej. Podkręcone włosy dziewczyny opadły, zlały się z ciałem, czoło zjechało w dół, nos się rozpuścił, oczy uciekły do tyłu, zamknęły się, z oczodołów popłynęła krew, a twarz pokryła się szkarłatem.

Myron, bliski krzyku, cofnął się gwałtownie z fotelem.

Krew pokryła już cały obraz i na chwilę się zląkł, że wypłynie z ekranu. Z głośników komputera rozbrzmiał śmiech. Ale nie okrutny śmiech psychopaty, tylko zdrowy, szczęśliwy śmiech nastolatki, najzwyklejszy, który jednak zjeżył mu włosy na karku skuteczniej niż maniacki rechot.

Chwilę potem na szczęście ekran raptem zgasł, śmiech ucichł i pojawił się pulpit Windows.

Myron zaczerpnął kilka łyków powietrza. Dłońmi tak mocno wpijał się w biurko, że zbielały mu kłykcie.

Ki diabeł?!

Serce mu waliło, jakby chciało się wyrwać z piersi. Sięgnął po opakowanie po dyskietce. Stempel był prawie sprzed trzech tygodni. Trzech tygodni! Przerażająca dyskietka leżała więc w stosie korespondencji od czasu jego ucieczki. Dlaczego? Kto mu ją przysłał? I kim była ta dziewczyna?

Wciąż drżącą ręką podniósł słuchawkę i wystukał numer.

– Co się stało, Myron? – usłyszał głos, choć miał włączoną blokadę wyświetlania numeru.

– Potrzebuję pomocy, P.T.

– O rany, co z twoim głosem? Chodzi o Esperanzę?

– Nie.

– A o co tym razem?

– O dyskietkę komputerową. Trzy i pół cala. O jej zbadanie.

– Zwróć się do college'u Johna Jaya. Poproś doktor Czerski. Ale jeżeli szukasz jakiś śladów, to marne widoki. W czym problem?

– Tę dyskietkę dostałem pocztą. Ze zdjęciem nastolatki. Chyba w formacie AVI.

– Co to za dziewczyna?

– Nie wiem.

– Zadzwonię do doktor Czerski. Idź do niej.

Obleczona w biały fartuch laboratoryjny doktor Kirstin Czerski patrzyła spod zmarszczonych brwi tak przyjaźnie, jak pływaczka z dawnej NRD. Myron wdział uśmiech firmowy numer siedemnaście, typu poczciwy Alan Aida z ról po MASH.

– Cześć – przywitał się. – Nazywam się…

– Dyskietka. – Doktor Czerski wyciągnęła rękę, spojrzała na dyskietkę, którą jej wręczył, i ruszyła do drzwi. – Pan zaczeka.

Przez otwarte na moment drzwi Myron ujrzał pomieszczenie przypominające sterownię z serialu Battlestar Galactica. Mnóstwo metalu, kabli, świateł, monitorów i szpulowych taśm. Drzwi się zamknęły. W spartańsko urządzonej poczekalni stały trzy plastikowe krzesła z formy, podłogę pokrywało linoleum, a na ścianach wisiały prospekty.

Zadzwoniła komórka. Myron patrzył na nią przez chwilę. Wyłączył ją sześć tygodni temu. Teraz ożyła, najwyraźniej nadrabiając stracony czas. Nacisnął guzik i przyłożył ją do ucha.

– Halo!

– Cześć, Myron.

Bum! Jej głos podziałał na niego jak walnięcie dłonią w mostek. Zaszumiało mu w uszach, jakby telefon zmienił się w muszlę morską. Myron przysiadł na plastikowym żółtym krześle.

– Witaj, Jessico – wydusił.

– Widziałam cię w wiadomościach – powiedziała, nieco zbyt opanowanym głosem. – Pomyślałam, że włączyłeś telefon.

– Tak. Zamilkli.

– Jestem w Los Angeles – oznajmiła.

– Mhm.

– Muszę ci wyjaśnić kilka spraw.

– Ach, tak.

Myron, fontanna gładkich zdań, po prostu nie mógł jej wyłączyć.

– Po pierwsze, nie będzie mnie jeszcze co najmniej miesiąc. Nie zmieniłam zamków, więc możesz mieszkać w lofcie…

– Ja… śpię u Wina.

– Domyśliłam się. Ale jeżeli czegoś potrzebujesz albo chcesz zabrać swoje rzeczy…

– Dobrze.

– Nie zapomnij o telewizorze. Jest twój.

– Możesz go zatrzymać – odparł.

– Świetnie. Znów zamilkli.

– Zachowujemy się tak dorośle, co? – spytała.

– Jess…

– Nie. Dzwonię nie bez powodu. Myron milczał.

– Kilka razy dzwonił Clu. To znaczy, do mieszkania. Myrona to nie zdziwiło.

– Był bardzo zdesperowany. Odparłam, że nie wiem, gdzie jesteś. Mówił, że musi cię znaleźć. Że się o ciebie martwi.

– O mnie?

– Tak. Raz nawet wpadł, wyglądał jak nieszczęście. Maglował mnie przez dwadzieścia minut.

– Czego chciał?

– Chciał wiedzieć, gdzie jesteś. Twierdził, że musi się z tobą skontaktować przede wszystkim dla twojego, a nie jego dobra. Kiedy obstawałam, że nie wiem, gdzie się podziewasz, zaczął mnie straszyć.

– Straszyć cię? Jak?

– Spytał, skąd mam pewność, że jeszcze żyjesz.

– Tak powiedział? Że jeszcze żyję?

– Tak. Kiedy wyszedł, zadzwoniłam do Wina.

– I co?

– Zapewnił, że jesteś bezpieczny i nie powinnam się martwić.

– Co jeszcze?

– Mówimy o Winie, Myron. Powiedział, cytuję: „Jest bezpieczny, nie martw się”, i odłożył słuchawkę. To wszystko. Uznałam, że Clu, chcąc zwrócić moją uwagę, nieco przesadził.

– Pewnie tak – odparł Myron.

– Chyba. Znów zamilkli.

– Jak się czujesz? – spytała.

– Dobrze. A ty?

– Próbuję dojść do siebie po tobie. Myron ledwie mógł oddychać.

– Jess, powinniśmy porozmawiać…

– Nie – przerwała mu ponownie. – Nie chcę rozmawiać, dobrze? Wyrażę to prosto: jeśli zmienisz zdanie, zadzwoń. Znasz mój numer. Jeśli nie, powodzenia.

Trzask.

Myron odłożył telefon, wziął kilka głębokich oddechów, spojrzał na komórkę. Banalnie proste.

Faktycznie znał numer. Z łatwością mógł go wystukać.

– To na nic.

Podniósł wzrok na doktor Czerski.

– Słucham? Pokazała dyskietkę.

– Twierdzi pan, że był na niej obraz? Wyjaśnił, co widział.

– Już go nie ma – odparła. – Pewnie sam się skasował.

– Jak?

– Program ruszył automatycznie?

– Tak.

– Prawdopodobnie samoczynnie się odpalił, wyświetlił i usunął. Proste.

– A czy nie ma programów uniemożliwiających usunięcie plików?

– Są. Ten plik zrobił jednak coś jeszcze. Sam sformatował dyskietkę. Najpewniej wykonując ostatnie z poleceń.

– Co to oznacza?

– Że cokolwiek pan widział, przepadło bezpowrotnie.

– Na dyskietce nie ma nic poza tym?

– Nie.

– Najmniejszego śladu? Nic specyficznego? Pokręciła głową.

– To typowa dyskietka. Do kupienia w każdym sklepie z oprogramowaniem. Standardowo sformatowana.

– A co z odciskami palców?

– Ja się tym nie zajmuję.

Myron wiedział, że to strata czasu. Jeżeli ktoś zadał sobie trud, aby zniszczyć nagranie, to z pewnością usunął też odciski palców.

– Jestem zajęta.

Doktor Czerski oddała mu dyskietkę, zrobiła w tył zwrot i wyszła. Wpatrując się w czarny kwadrat, Myron pokręcił głową.

Diabli wiedzą, o co tu chodziło.

Zadzwoniła komórka.

– Panie Bolitar? – usłyszał głos Wielkiej Cyndi.

– Tak.

– Zgodnie z poleceniem przeglądam billingi rozmów pana Clu Haida.

– No i?

– Wraca pan do biura?

– Już jadę.

– Jest w nich coś, co chyba pana zdziwi.


12

<p>12</p>

Wielka Cyndi czekała na niego tuż przy windzie. Wreszcie umyła twarz. Usunęła cały makijaż. Pewnie szmerglem. A może wiertarką udarową. Powitała go słowami:

– Bardzo dziwne, panie Bolitar.

– Co takiego?

– Z pańskiego polecenia przeszukałam billingi telefoniczne Clu Haiga. – Pokręciła głową. – Bardzo dziwne – powtórzyła.

– Co? Wręczyła mu kartkę.

– Numer zakreśliłam na żółto.

Myron spojrzał na kartkę w drodze do gabinetu. Wielka Cyndi podążyła za nim i zamknęła drzwi. Telefon zaczynał się na dwieście dwanaście. Poza tym, że był z Manhattanu, nic mu nie mówił. – I co z tym numerem? – spytał.

– To numer nocnego klubu.

– Którego? – Zgadnij.

– Słucham?

– Tak się nazywa – odparła Wielka Cyndi. – Zgadnij. Dwie przecznice od Skury i Chóci. Hasłem Skury i Chóci, lokalu sado – maso, w którym Wielka Cyndi stała na bramce, było „Rań tych, którzy cię kochają”.

– Znasz ten lokal?

– Trochę.

– Co to za klub?

– Głównie dla crossdresserów i transwestytów. Ale klientela jest zróżnicowana.

Myron potarł skronie.

– Przez „zróżnicowana” rozumiesz…

– To bardzo ciekawy pomysł, panie Bolitar.

– Nie wątpię.

– Kiedy idzie się do Zgadnij, nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Rozumie pan?

– Wybacz moją naiwność seksualną, czy mogłabyś mi to wyjaśnić? – odparł Myron, nic nie rozumiejąc.

Wielka Cyndi zmarszczyła twarz w namyśle. Nie był to miły widok.

– Po części jest to to, czego można oczekiwać: mężczyźni przebrani za kobiety, a kobiety za mężczyzn. Bywa jednak, że kobieta jest kobietą, a mężczyzna mężczyzną. Rozumie pan?

– Ani trochę.

– Dlatego lokal nazywa się Zgadnij. Nigdy nie ma pewności, kto jest kim. Na przykład na widok niezwykle wysokiej pięknej kobiety w platynowej peruce domyśla się pan, że to on przebrany za nią. Choć, i to właśnie wyróżnia Zgadnij, wcale nie musi tak być.

– Jak?

– To wcale nie musi być on. Transwestyta, transseksualista. Może to być piękna kobieta, która dla zmyłki włożyła buty na ekstrawysokich obcasach i perukę.

– Z jakiego powodu?

– Na tym polega zabawa. Na wzbudzeniu wątpliwości. W środku wisi hasło: „Zgadnij: na dwoje babka wróżyła”.

– Chwytliwe.

– W tym rzecz. To lokal zagadek. Przyprowadzasz kogoś do domu. Wiesz, że to piękna kobieta albo przystojny mężczyzna. Ale aż do opuszczenia majtek nie jesteś tego pewien. Ludzie przebierają się, żeby zwodzić. Do końca nie wie się… Widział pan Grę pozorów!

Myron zrobił minę.

– I to ma być atrakcja?

– Jeśli kogoś to kręci, jasne.

– Ale co?

– To.

Wielka Cyndi uśmiechnęła się. Myron znowu potarł skronie.

– Tak więc bywalcom nie przeszkadza, że… – zaczął, szukając właściwego słowa, ale go nie znalazł. – Na przykład, gej się nie wkurza, gdy odkrywa, że sprowadził do domu kobietę?

– W tym cały smak. Podnieta. Niepewność. Tajemnica.

– Seksualny odpowiednik kupowania kota w worku.

– Właśnie.

– Z tym że w tym przypadku może trafić się prawdziwa niespodzianka.

– Na dobrą sprawę tylko jedna z dwu, panie Bolitar – odparła po namyśle Wielka Cyndi. Myron nie był tego pewien.

– Niemniej podoba mi się pańskie porównanie z kotem w worku – ciągnęła. – Wiadomo, z czym przychodzi się na ubaw, lecz się nie wie, z czym się wraca do domu. Kiedyś jeden taki wyszedł stamtąd z grubaską, która, jak się okazało, była facetem z karłem schowanym pod sukienką.

– Powiedz, że żartujesz.

Wielka Cyndi spojrzała na niego wymownie.

– Hmm, często tam bywasz? – spytał.

– Byłam kilka razy. Dawniej… nie ostatnio.

– Dlaczego?

– Z dwóch powodów. Po pierwsze, konkurują ze Skurą i Chócią. To co prawda inna klientela, lecz walczymy o podobne rynki.

Myron skinął głową.

– Środowisko dewiantów.

– Nikomu nie szkodzą.

– W każdym razie nikomu, kto tego nie chce. Wielka Cyndi nadąsała się, co nie wyglądało zbyt miło w przypadku ważącej blisko sto czterdzieści kilo zapaśniczki, zwłaszcza nieotynkowanej makijażem.

– Esperanza ma rację.

– W czym?

– Bywa pan bardzo ograniczony.

– Fundamentalnie, jak Jeny Falwell. A jaki jest ten drugi powód? Zawahała się.

– Jestem oczywiście za swobodą seksualną. Nie obchodzi mnie, co kto robi, jeżeli nikogo do tego nie zmusza. A robiłam szalone rzeczy, panie Bolitar. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Bardzo szalone. Myronowi ścierpła skóra na myśl, że Wielka Cyndi zdradzi mu szczegóły.

– Ale Zgadnij zaczął ściągać niewłaściwą klientelę – powiedziała.

– O rety! Rodziny na wakacjach? Wielka Cyndi pokręciła głową.

– Pan ma tyle zahamowań, panie Bolitar.

– Dlatego, że zanim się rozbierzemy, wolę wiedzieć, z kim mam przyjemność?

– Mówię o pańskim nastawieniu. Tacy jak pan mnożą kompleksy seksualne. Represyjność w społeczeństwie prowadzi do przekraczania granicy dzielącej seks od przemocy, granicy dzielącej udawanie od prawdziwie groźnych praktyk. Dochodzi do tego, że znajduje się przyjemność w ranieniu tych, którzy nie chcą być ranieni.

– Zgadnij przyciąga taką klientelę?

– Najczęściej.

Myron usiadł prosto i potarł twarz dłońmi. Coś mu zaczęło świtać w głowie.

– To tłumaczyłoby kilka rzeczy – rzekł.

– Jakich?

– Dlaczego Bonnie w końcu wyrzuciła Clu na dobre. Co innego mieć sznur kochanek, ale jeśli Clu odwiedzał taki lokal, jeśli zaczął zdradzać ciągoty ku… jak go zwał, tak go zwał, a Bonnie to odkryła… wyjaśniałoby to prawną separację. – Myron skinął głową, kojarząc coraz więcej. – A także jej dzisiejsze dziwne zachowanie.

– To znaczy?

– Poprosiła stanowczo, żebym nie wgłębiał się w sprawę. Chciała, żebym oczyścił Esperanzę i zrezygnował ze śledztwa.

– Zlękła się, że to się wyda.

– Właśnie. Jeśli coś takiego wyszłoby na jaw, fatalnie wpłynęłoby na ich dzieci.

Kolejna myśl, która przeszła mu przez głowę, trafiła na ostry kamień. Spojrzał na Wielką Cyndi.

– Zakładam, że Zgadnij przyciąga głównie biseksualistów. Jeśli nie ma pewności, na kogo się trafi, najlepiej wychodzą na tym ci, którym jest to obojętne.

– Raczej ci o nieokreślonej płciowości – odparła Wielka Cyndi. – Albo tacy, którzy lubią tajemnice. Szukający nowych przeżyć.

– Ale biseksualiści również.

– Oczywiście.

– A co z Esperanzą?

– O co pan pyta? – spytała, zjeżona.

– Odwiedzała ten lokal?

– Skąd mam wiedzieć, panie Bolitar? Czy to ważne?

– Nie pytam dla przyjemności. Chcesz, żebym jej pomógł, tak? A to oznacza kopanie tam, gdzie nie chcemy.

– Rozumiem. Pan zna ją lepiej niż ja.

– Nie od tej strony.

– Esperanzą jest bardzo skryta. Naprawdę nie wiem. Zwykle ma kogoś na stałe, ale nic mi nie wiadomo, żeby chodziła do Zgadnij.

Nie było to ważne. Gdyby Clu bywał w takim miejscu, Hester Crimstein zyskałaby kolejny powód do zgłoszenia uzasadnionych wątpliwości. Odwiedzanie lokalu dla amatorów agresywnego seksu to proszenie się o nieszczęście. Clu mógł wrócić do domu z niewłaściwym kotem. Albo sam nim być. Do tego dochodziła kwestia zaginionej gotówki. Ktoś go szantażował? Jakiś klient go rozpoznał?

Zagroził? Nagrał na taśmę?

Powodów do wysunięcia uzasadnionych mrocznych wątpliwości było wiele.

To tam, w Zgadnij, należało poszukać tajemniczej kochanki, kochasia czy osoby nieokreślonej płci, z którą zadał się Clu. Myron pokręcił głową. Nie stał wobec dylematu moralnego, po prostu nie wiedział, co myśleć o zboczeniach. Nie dość, że go odrzucały, to ich nie pojmował. Może z braku wyobraźni.

– Muszę odwiedzić Zgadnij – powiedział.

– Ale nie sam. Pojadę z panem. Nici z dyskretnej inwigilacji.

– Zgoda.

– I nie teraz. Zgadnij otwierają o jedenastej.

– Dobrze. Pojedziemy wieczorem.

– Mam odpowiedni kostium – oznajmiła Wielka Cyndi. – A pan pojedzie jako kto?

– Jako uciśniony heteryk. Wystarczy, że włożę kamasze. – Myron spojrzał na billing. – Zaznaczyłaś na niebiesko jeszcze jeden numer.

Skinęła głową.

– Wspomniał pan o dawnym znajomym, Billym Lee Palmsie.

– To jego numer?

– Nie. Pana Palmsa nie ma nigdzie. W żadnej książce telefonicznej. I od czterech lat nie płaci podatków.

– Więc czyj?

– Jego rodziców. W zeszłym miesiącu pan Haid dzwonił do nich dwa razy.

Myron sprawdził adres. Westchester. Jak przez mgłę pamiętał, że poznał rodziców Billy'ego Lee na Uniwersytecie Duke'a, w Dniu Rodziny. Spojrzał na zegarek. Dojazd tam zajmował godzinę. Chwycił marynarkę i ruszył do windy.


13

<p>13</p>

Ponieważ jego służbowy samochód, forda taurusa, skonfiskowała policja, Myron wynajął kasztanowego mercury'ego cougara. Miał nadzieję, że na ten model kobiety nie polecą. Ruszając, włączył radio. W stacji Lite FM 106,7 Patti LaBelle i Michael McDonald nucili lekki smutny standard On My Own. Ta kiedyś upojnie szczęśliwa para rozstawała się. Tragedia. Tym bardziej że – jak się zwierzał McDonald – „Doszliśmy do rozmowy o rozwodzie (…), choć nawet nie wzięliśmy ślubu”. No nie, i dla czegoś takiego zostawił Doobie Brothers?

Na uniwerku Billy Lee Palms, zaprzysięgły imprezowicz, przystojny kruczoczarny brunet, łączący osobisty, aczkolwiek nieco przymilny czar z męską agresją, robił wrażenie na młodych studentkach, które pierwszy raz w życiu wyrwały się z rodzinnego domu. Koledzy z bractwa studenckiego przezwali go Wydrą, od przydomka fałszywie ugrzecznionej postaci z filmu Menażeria. Przezwisko to pasowało do niego jak ulał. Billy Lee był też doskonałym baseballistą – na pół sezonu udało mu się załapać do pierwszej ligi, gdzie grzał ławę w drużynie Baltimore Orioles w roku, w którym zdobyli mistrzowski tytuł.

Ale było to lata temu.

Myron zapukał do drzwi. Otwarły się już po kilku sekundach, i to szeroko. Bez najmniejszej zapowiedzi. Dziwne. W dzisiejszych czasach starsi ludzie patrzyli najpierw przez judasze, szpary w zamkniętych na łańcuchy drzwiach albo przynajmniej pytali, kto puka.

– Tak? – spytała kobieta, w której z trudem rozpoznał panią Palms.

Była drobna, z ustami jak u chomika i oczami wytrzeszczonymi, jakby coś je wypychało. Włosy miała związane w koński ogon. Kilka luźnych kosmyków opadło jej na twarz. Odgarnęła je rozłożonymi palcami.

– Pani Palms?

– Tak.

– Nazywam się Myron Bolitar – przedstawił się. – Studiowałem z Billym Lee w Duke'u.

– Czy wie pan, gdzie on jest? – spytała głosem obniżonym o jedną, dwie oktawy.

– Nie, proszę pani. Zaginął? Zmarszczyła czoło i cofnęła się.

– Zapraszam do środka – powiedziała.

Myron wszedł do holu. Pani Palms zdążyła ruszyć korytarzem. Nie obracając się i nie zatrzymując, wskazała na prawo.

– Niech pan wejdzie do pokoju weselnego Sary. Zaraz przyjdę.

– Tak, proszę pani. Pokój weselny Sary?

Myron poszedł, gdzie wskazała. Kiedy skręcił za róg, lekko, acz słyszalnie, sapnął. Pokój weselny Sary. Wystrój salonu był sztampowy, żywcem wyjęty z ulotki reklamowej sklepu meblowego. Kanapa w kolorze złamanej bieli, chyba rozkładana, do kompletu kozetka w kształcie litery L, najpewniej Okazja Miesiąca, w cenie sześćset dziewięćdziesiąt pięć dolarów za obie. Wykonany po części z dębu kwadratowy stolik do kawy ze stosikiem nieprzeczytanych atrakcyjnych magazynów z jednego brzegu, sztucznymi kwiatami z jedwabiu pośrodku i dwiema książkami o kawie z drugiego. Wykładzina dywanowa w kolorze jasnego beżu oraz dwie lampy na wysokich stojakach w stylu firmy Portery Barn. Za to ściany były niezwykłe.

Myron widział wiele domów ozdobionych fotografiami. Trudno nazwać je niezwykłymi. Był nawet w kilku takich, w których zdjęcia nie tyle uzupełniały wystrój, co dominowały. Coś takiego również nie przykułoby jego uwagi. To jednak, co zobaczył tutaj, przerosło surrealizm. Pokój Weselny Sary – tam do licha, zasłużył na wielkie litery – odtwarzał owo wydarzenie. Dosłownie. Jego ściany pokrywała nie tapeta, lecz powiększone do gigantycznych rozmiarów kolorowe zdjęcia ze ślubu. Z prawej uśmiechali się powabnie panna młoda z panem młodym, a z lewej Billy Lee w smokingu, zapewne ich drużba albo może mistrz ceremonii. Pani Palms, w letniej sukni, tańczyła z mężem. Na wprost uginało się mnóstwo weselnych stołów. Goście, wszyscy naturalnej wielkości, patrzyli na ciebie, susząc zęby. Przypominało to panoramiczną fotografię powiększoną do rozmiarów Straży nocnej Rembrandta. Biesiadnicy wolno tańczyli. Orkiestra grała. Był również duchowny, kompozycje kwiatowe, tort weselny, porcelana, białe obrusy – też duże jak w rzeczywistości.

– Niech pan spocznie.

Myron obrócił się do pani Palms. Prawdziwej czy ze zdjęcia? Nie, jej domowy strój świadczył, że jest najprawdziwsza. Niemniej z trudem powstrzymywał odruch, żeby jej dotknąć i się upewnić.

– Dziękuję – powiedział.

– To wesele naszej córki, Sary. Sprzed czterech lat.

– Aha.

– Dla nas był to wyjątkowy dzień.

– Na pewno.

– Wesele odbyło się w The Manor w West Orange. Zna pan ten lokal?

– Miałem tam bar micwę – odparł.

– Naprawdę? Pańscy rodzice z pewnością mile to wspominają.

– Tak.

Czy aby na pewno? Tata z mamą trzymali większość zdjęć w albumie. Pani Palms uśmiechnęła się.

– Zdaję sobie sprawę, że to dziwi, ale… och, wyjaśniałam to już tysiąc razy, więc mogę jeszcze raz.

Westchnęła i wskazała kanapę. Myron usiadł. Pani Palms również.

Splotła dłonie i spojrzała na niego pustym wzrokiem, jak kobieta, która siedzi za blisko wielkiego ekranu życia.

– Ludzie fotografują wyjątkowe okazje – zaczęła z nadmierną powagą. – Chcą utrwalić ważne chwile. Chcą się nimi cieszyć, rozkoszować, przeżywać na nowo. Ale tego nie robią. Pstrykają zdjęcia, oglądają raz, a potem wkładają do pudełka i zapominają o nich. A ja nie. Pamiętam dobre czasy.

Zanurzam się w nich i odtwarzam, w miarę możliwości. W końcu żyjemy dla tych chwil, prawda, Myronie?

Skinął głową.

– Kiedy więc siedzę w tym pokoju, pokrzepiam się chwilami, które zaliczam do najszczęśliwszych w życiu. Stworzyłam tu sobie idealną aurę.

Myron ponownie skinął głową.

– Nie jestem wielką miłośniczką sztuki – ciągnęła. – Nie przepadam za wieszaniem bezosobowych litografii na ścianach. Co za przyjemność patrzeć na wizerunki nieznanych ludzi i miejsc? Nie dbam aż tak bardzo o wystrój. Nie lubię też antyków i fidrygałek w stylu Marthy Stewart. Wie pan, co jest dla mnie piękne?

Spojrzała na niego wyczekująco.

– Co? – wszedł w rolę Myron.

– Rodzina – odparła. – Dla mnie piękna jest moja rodzina. Moja rodzina to sztuka. Rozumie pan?

– Tak.

Dziwne, ale rozumiał.

– Dlatego nazwałam ten salon Pokojem Weselnym Sary. Wiem, że to niemądre. Nadawanie nazw pokojom. Powiększanie starych zdjęć i robienie z nich tapety. Ale tutaj wszystkie pokoje są takie. Sypialnię Billy'ego Lee na piętrze nazwałam Rękawicą Łapacza. Mieszka tam, kiedy tu przyjeżdża. Myślę, że to go pokrzepia. – Uniosła brwi. – Chce pan zobaczyć?

– Pewnie.

Zerwała się z kanapy. Ścianę przy schodach wyklejono wielkimi czarno – białymi zdjęciami poważnej małżeńskiej pary w ślubnych strojach i żołnierza w mundurze.

– To Ściana Pokoleniowa – wyjaśniła pani Palms. – Moi pradziadowie. Oraz Hank, mój mąż. Zmarł trzy lata temu.

– Przykro mi. Wzruszyła ramionami.

– Te schody są sprzed trzech pokoleń. Uważam, że to dobry sposób na upamiętnienie przodków. Myron nie zaoponował. Spojrzał na zdjęcie nowożeńców na progu wspólnego życia, prawdopodobnie lekko wystraszonych. A teraz martwych.

Głębokie myśli, autor: Myron Bolitar.

– Wiem, co pan myśli – dodała. – Ale czy to jest dziwniejsze od wieszania na ścianach olejnych portretów zmarłych krewnych? Bardziej realistyczne.

Trudno zaprzeczyć.

Na ścianach korytarza na piętrze widniały sceny z jakiegoś przyjęcia kostiumowego z lat siedemdziesiątych. Mnóstwo garniturów sportowych i spodni dzwonów. Myron nie spytał z jakiego, a pani Palms nie wyjaśniła. I bardzo dobrze. Wszedł za nią do pokoju z lewej. Rękawica Łapacza zasłużyła na swą nazwę. Baseballową karierę Billy'ego Lee udokumentowano na wzór sal pamięci w Panteonie Sławy. Ekspozycję otwierało zdjęcie Billy'ego z ligi młodzików, niezwykle pewnego siebie młokosa o szerokim uśmiechu, przycupniętego w pozie łapacza. Lata mknęły: liga młodzików, liga juniorów młodszych, drużyna Uniwersytetu Duke i wreszcie zaszczytny sezon gry w Orioles upamiętniony zdjęciem, na którym Billy Lee z dumą prezentował pierścień za zdobycie mistrzostwa Stanów. Myron przyjrzał się fotografiom z uczelni. Jedną z nich wykonano przed siedzibą Psi U, ich bractwa studenckiego. Billy Lee w stroju baseballowym, w otoczeniu licznych kolegów z konfraterni, w tym jego i Wina, otaczał ramieniem Clu. Myron pamiętał, kiedy zrobiono to zdjęcie. Drużyna baseballowa po zwycięstwie z baseballistami z uniwersytetu stanowego Florydy zdobyła mistrzostwo kraju. Świętowali trzy dni.

– Pani Palms, gdzie jest Billy Lee? – spytał Myron.

– Nie wiem.

– Nie wie pani dlatego, że…

– Uciekł – przerwała mu. – Znowu.

– Nie pierwszy raz?

Szklistym wzrokiem wpatrzyła się w ścianę.

– Być może Billy Lee nie znajduje tu pocieszenia – powiedziała cicho. – Może ten pokój przypomina mu, jak powinno być. – Stanęła twarzą do Myrona. – Kiedy widział go pan ostatnio? Próbował sobie przypomnieć.

– Dawno.

– Jak to?

– Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Wskazała ścianę.

– To pan? Tam, na drugim planie?

– Tak.

– Billy mówił mi o panu.

– Naprawdę?

– Że jest pan agentem sportowym. Agentem Clu, jeśli się nie mylę.

– Tak.

– Pozostał pan jego przyjacielem?

– Tak.

Skinęła głową, jakby to tłumaczyło wszystko.

– Dlaczego pan szuka mojego syna, Myron? Nie za bardzo wiedział, jak jej to wyjaśnić.

– Słyszała pani o śmierci Clu? – spytał.

– Oczywiście. Biedny chłopak. Zagubiona dusza. Pod wieloma względami jak Billy Lee. Chyba właśnie to ich do siebie zbliżyło.

– Widziała go pani ostatnio?

– Dlaczego pan o to pyta? Powiedziałeś A, to musisz powiedzieć B.

– Próbuję się dowiedzieć, kto go zabił. Zesztywniała, jak gdyby jego słowa poraziły ją słabym prądem.

– Myśli pan, że Billy Lee miał z tym coś wspólnego? – spytała.

– Nie, skądże – zaprzeczył, ale tuż po wypowiedzeniu tych słów zaczął się zastanawiać. Clu ginie, jego zabójca ucieka… Kolejny powód do uzasadnionych wątpliwości. – Wiem, że blisko się przyjaźnili. Pomyślałem, że a nuż Billy Lee mi pomoże.

Patrząca na dwóch baseballistów stojących przed siedzibą Psi U, pani Palms wyciągnęła rękę, jak gdyby chciała pogłaskać syna po twarzy. Lecz ją cofnęła.

– Przystojny był z niego chłopak, prawda?

– Tak.

– Dziewczyny… Wszystkie kochały mojego Billy'ego Lee.

– Miał powodzenie jak nikt.

Uśmiechnęła się, cały czas wpatrując się w zdjęcie. Myron poczuł się nieswojo. Pamiętał odcinek Strefy mroku, w którym starzejąca się królowa ekranu ucieka od rzeczywistości w rzeczywistość swojego dawnego filmu. Zdaje się, że pani Palms marzyła o tym samym. W końcu oderwała oczy od syna.

– Clu wpadł parę tygodni temu.

– A konkretnie?

– Dziwne.

– Co?

– O to samo spytała mnie policja.

– Byli u pani?

– Oczywiście.

Z pewnością sprawdzili billingi telefoniczne. Albo sprowadził ich tu inny trop.

– Odpowiem panu to co im. Nie umiem sprecyzować.

– Wie pani, czego chciał Clu?

– Przyjechał do Billy'ego Lee.

– Billy Lee tu był?

– Tak.

– A więc mieszka tutaj?

– Sporadycznie. W ostatnich latach nie wiodło się mojemu synowi. Pani Palms zamilkła.

– Nie chcę być wścibski – zaczął Myron – ale…

– Co się stało? – dokończyła za niego. – Doigrał się. Alkohol, narkotyki, kobiety. Był jakiś czas na odwyku. Zna pan Rockwell?

– Nie, proszę pani.

– To prywatna klinika. Niespełna dwa miesiące temu zakończył tam czwartą kurację. Niestety, nie zerwał z nałogiem. Kiedy jesteś na studiach albo przed trzydziestką, możesz z tego wyjść. Jeżeli jesteś gwiazdą i ludzie przejmują się tobą, może ci się upiec. Billy Lee nie był dość dobry, żeby zostać gwiazdorem. Nie miał nikogo, kto by go ratował. Tylko mnie. A mnie brakuje siły.

Myron przełknął ślinę.

– Nie wie pani, w jakiej sprawie Clu odwiedził Billy'ego Lee?

– Pewnie przez wzgląd na starą przyjaźń. Wyszli razem. Może na kilka piw, może na podryw. Doprawdy nie wiem.

– Czy Clu często odwiedzał Billy'ego Lee?

– No cóż, Clu nie było w Nowym Jorku – odparła, nieco zbyt obronnym tonem. – Wrócił w nasze strony zaledwie przed kilkoma miesiącami. Ale o tym pan z pewnością wie.

– Czyli że to raczej przygodna wizyta?

– Wtedy tak myślałam.

– A teraz?

– Teraz mój syn gdzieś przepadł, a Clu nie żyje.

– Dokąd zwykle ucieka? – spytał Myron po chwili namysłu.

– Gdziekolwiek. Nosi go. Wyjeżdża, strasznie sobie szkodzi, a kiedy sięga dna, wraca tutaj.

– A więc nie ma pani pojęcia, gdzie jest?

– Właśnie.

– Najmniejszego?

– Tak.

– Ma jakieś ulubione miejsca?

– Nie.

– A dziewczynę?

– Ja w każdym razie o żadnej nie wiem.

– To może przyjaciół, u których mógłby się zatrzymać?

– Nie – odparła z wolna. – Takich nie ma.

– Mogłaby mnie pani z łaski swojej zawiadomić, gdyby się odezwał?

Myron wręczył pani Palms wizytówkę. Studiowała ją w zamyśleniu, gdy wyszli z pokoju i schodzili po schodach.

– Był pan koszykarzem – przemówiła, zanim otworzyła drzwi wejściowe.

– Tak.

– Tym, który rozwalił sobie kolano.

W pierwszym meczu przed sezonem NBA. Jako zawodowy gracz, zakontraktowany z pierwszego naboru przez Boston Celtics. Fatalne zderzenie z przeciwnikiem i po karierze. Skończonej znienacka, zanim na dobre się zaczęła.

– Zdołał się pan z tym pogodzić – powiedziała. – Ułożył pan sobie życie, szczęśliwie i owocnie. – Uniosła głowę. – Dlaczego nie udało się Billy'emu Lee?

Myron nie miał na to odpowiedzi – także dlatego, że nie był pewien, czy rzeczywiście ułożył sobie życie. Pożegnał się i zostawił panią Palms z duchami przeszłości.


14

<p>14</p>

Sprawdził godzinę. Pora obiadu. Oczekiwali go tata z mamą. Kiedy wjechał na Garden State Parkway, odezwała się komórka.

– Jesteś w samochodzie? – spytał Win, uprzejmy jak zawsze.

– Tak.

– Nastaw jeden zero jeden zero WINS. Zadzwonię. Myron nastawił nowojorską stację na okrągło nadającą wiadomości. Reporter w helikopterze kończący raport o sytuacji na drogach oddał głos spikerce w studiu.

– Za sześćdziesiąt sekund najświeższe rewelacje w sprawie zamordowania baseballisty Clu Haida – zapowiedziała.

Było to długie sześćdziesiąt sekund. Myron musiał znieść wyjątkowo irytującą reklamę pączków z dziurką, a potem jakiś rozentuzjazmowany przygłup zdradził, jak pięć tysięcy dolarów rozmnożyć w dwadzieścia, choć zaraz ciszej i szybciej dorzucił, że ten patent nie zawsze się sprawdza i możesz też stracić pieniądze, co cię najprawdopodobniej czeka, gdyż trzeba być patentowanym durniem, żeby słuchać finansowych rad z radiowych reklam. Wreszcie na antenę powróciła spikerka. Przedstawiła się słuchaczom – tak jakby kogokolwiek to obchodziło – wymieniła nazwisko męskiego partnera i przeczytała:

– ABC donosi na podstawie anonimowego źródła w prokuraturze okręgowej powiatu Bergen, że na miejscu przestępstwa znaleziono włosy i, cytuję, „inne dowody fizjologiczne”, koniec cytatu, odpowiadające próbkom pobranym od podejrzanej o morderstwo Esperanzy Diaz. Według tego samego źródła, trwają badania DNA, ale wstępne testy obciążają panią Diaz. źródło to mówi również, że włosy, w tym krótkie, znaleziono w różnych miejscach w całym domu. Myronowi zatrzepotało serce. Krótkie włosy! Eufemizm zamiast „łonowe”.

– Nie ujawniono innych szczegółów, lecz prokuratura okręgowa najwyraźniej sądzi, że Clu Haida i Esperanzę Diaz łączył związek seksualny. Zostańcie państwo z jeden zero jeden zero WINS, radiem szczegółowych wiadomości.

Zadzwoniła komórka. Myron odebrał telefon.

– Chryste! – jęknął.

– Słabo powiedziane – rzekł Win.

– Zaraz oddzwonię.

Myron połączył się z kancelarią Hester Crimstein i od sekretarki usłyszał, że pani Crimstein jest w tej chwili niedostępna. Podkreślił, że dzwoni w pilnej sprawie. Nie wpłynęło to jednak na dostępność adwokatki. Kiedy spytał, czy pani Crimstein ma telefon komórkowy, sekretarka rozłączyła się. Wcisnął przycisk.

Telefon odebrał Win.

– Co o tym myślisz? – spytał go.

– Esperanza sypiała z Clu – odparł Win.

– Może nie sypiała.

– A jakże. Ktoś podrzucił na miejsce morderstwa jej włosy łonowe?

– Ten przeciek może być fałszywy.

– Niewykluczone.

– Mogła go odwiedzić w mieszkaniu w sprawach zawodowych.

– I przypadkiem zgubiła tam włosy łonowe?

– Może korzystała z łazienki. Może…

– Myron?

– Słucham?

– Nie wchodź dalej w szczegóły, dziękuję. Musimy uwzględnić jeszcze coś.

– Co?

– Dane z elektronicznej rogatki.

– Dobrze. Przejechała przez most Waszyngtona godzinę po morderstwie. To wiemy. Ale czy to nie pasuje do reszty? Po ostrej kłótni z Clu w garażu parkingowym Esperanza chce oczyścić atmosferę, więc jedzie do jego mieszkania.

– A kiedy tam przyjeżdża?

– Nie wiem. Może znajduje zwłoki i wpada w popłoch.

– A jakże. A potem wyrywa sobie kilka włosów łonowych i ucieka.

– Nie twierdzę, że nie była przedtem w tym mieszkaniu.

– Była.

– Skąd wiesz?

– Elektroniczna rogatka zarejestrowała przejazdy twojego forda taurusa. Z rachunku, który przyszedł w zeszłym tygodniu, wynika, że w minionym miesiącu przejechał on przez most Waszyngtona osiemnaście razy.

Myron zmarszczył brwi.

– Żartujesz.

– Aha, taki ze mnie figlarz. Pozwoliłem też sobie zbadać zeszły miesiąc. Przejazdów przez most było szesnaście.

– Może Esperanza jeździła do Północnego Jersey z innego powodu.

– A jakże. Centra handlowe w Paramus to prawdziwa atrakcja.

– Dobrze – uległ Myron. – Przyjmijmy, że miała romans.

– To najroztropniejszy domysł, zwłaszcza że pozwala sensownie wyjaśnić większość zdarzeń.

– Jak to?

– Takich jak milczenie Esperanzy.

– W jaki sposób?

– Kochankowie to z reguły wymarzeni podejrzani – odparł Win. – Na przykład, gdyby Esperanza i Clu tańczyli z sobą pościelowe mambo, głośną wymianę zdań w garażu można by uznać za sprzeczkę kochanków. W sumie taki fakt nie wróżyłby jej najlepiej. Pragnęłaby go ukryć.

– Przed nami? – zaripostował Myron.

– Tak.

– Dlaczego? Ona nam ufa.

– Na myśl przychodzi mi kilka powodów. Adwokatka zabroniła jej pewnie mówić cokolwiek.

– Esperanzy by to nie powstrzymało.

– Mogłoby. Lecz ważniejsze, że prawdopodobnie się wstydzi. Niedawno zrobiłeś ją wspólniczką. Odpowiadała za sprawę Clu. Wprawdzie uważasz, że jest za twarda, żeby przejmować się czymś takim, ale wątpię, czy ucieszyłaby ją twoja dezaprobata.

Myron przetrawił to sobie. Brzmiało sensownie, choć miał zastrzeżenia.

– Chyba jednak coś pominęliśmy – powiedział.

– To dlatego, że nie uwzględniamy najważniejszego powodu jej milczenia.

– To znaczy?

– Tego, że go zabiła.

I na tej figlarnej nucie Win zakończył rozmowę. Myron pojechał Nortfield Avenue w kierunku Livingston. W przodzie wyłoniły się znajome charakterystyczne obiekty rodzinnego miasta. Przemyślał sobie, co usłyszał w wiadomościach i od Wina. Czyżby to Esperanza była tajemniczą kobietą, z której powodu Haigowie się rozstali? A jeżeli tak, to czemu Bonnie tego nie potwierdziła? Może nie wiedziała. A może… Wolnego!

Może Clu i Esperanza spotkali się w Zgadnij. Wybrali się tam razem czy wpadli na siebie przypadkiem? Czy tak się zaczął ich romans? Pojechali i wzięli udział w czymś… jak zwał, tak zwał? Może był to zwyczajny traf? Może zjawili się w przebraniu, nie zdając sobie sprawy, kim są, aż… sprawy zaszły za daleko? Miało to sens?

Przy Nero's Restaurant skręcił w prawo w Hobart Gap Road. Miał już niedaleko. Wjechał w krainę swojego dzieciństwa – poprawka: całego życia, które spędził z rodzicami. Dopiero jakiś rok temu wreszcie odciął familijną pępowinę i przeprowadził się do Jessiki. Psycholodzy, psychiatrzy i podobni, używając sobie na tym, że przekroczywszy trzydziestkę, nadal mieszkał z tatą i mamą, z pewnością snuliby rozliczne teorie na temat nienaturalnych ciągot, które go przy nich trzymały. Być może mieliby rację. Dla niego wszakże odpowiedź była znacznie prostsza. Lubił swoich najbliższych. Owszem, bywali nieznośni – którzy rodzice nie są? – i lubili wścibiać nos w jego sprawy. Ale zwykle to wścibstwo dotyczyło spraw marginalnych. Respektowali jego prywatność, a przy tym czuł, że się o niego troszczą i jest dla nich ważny. Czy to było niezdrowe? Może. Lecz i tak znacznie lepsze od losu znajomych, namiętnie oskarżających rodziców o wszystkie życiowe niepowodzenia. Skręcił w swoją ulicę. Osiedle nie wyróżniało się niczym. Jak tysiące podobnych w New Jersey, a setki tysięcy w Stanach. Typowe przedmieście, podstawa tego kraju, bitewne pole legendarnego Amerykańskiego Marzenia, kwintesencja banału, ale Myron lubił tu mieszkać. Pewnie, były też nieszczęścia, niezadowolenie, niesnaski i co tylko, a jednak uważał to miejsce za „najbardziej rzeczywiste” na świecie. Uwielbiał placyk do kosza na podjeździe do domu, małe kółka przy nowych rowerkach pomagające w nauce jazdy, ustalony porządek dnia, chodzenie do szkoły, nadmierną dbałość o kolor trawników. To było życie. Na tym polegało.

W końcu dotarło do niego, że on i Jessica zerwali z sobą z klasycznych powodów, z dodatkiem nieporozumień wynikających z różnic płci. On chciał się ustatkować, kupić dom na przedmieściach, założyć rodzinę, a obawiająca się rodzinnych zobowiązań Jessica przeciwnie. Wjechał na podjazd, kręcąc głową. To zbyt proste wyjaśnienie. Za łatwe. Oczywiście, kwestia zobowiązań była stałym źródłem napięć między nimi, ale nie tylko. Choćby niedawna tragedia. Śmierć Brendy.

Z drzwi wypadła mama i pomknęła ku niemu z otwartymi ramionami. Zawsze witała go, jakby wyszedł niedawno z obozu jenieckiego, lecz dziś zupełnie wyjątkowo. Objęła go tak mocno, że o mało nie przewróciła. Za nią nadciągnął tata, pozornie spokojny, choć podekscytowany jak ona. Zawsze zachowywał się powściągliwie, kochał bezgranicznie, lecz nie dusił swoją miłością, troszczył się, nie narzucając. Zdumiewający człowiek. Kiedy do niego dotarł, nie uścisnęli sobie dłoni, tylko bez najmniejszej żenady padli sobie w ramiona. Myron ucałował ojca w policzek. Znajomy dotyk szorstkiej skóry pomógł mu zrozumieć, co chciała osiągnąć pani Palms, wyklejając ściany zdjęciami.

– Jesteś głodny? – zapytała tradycyjnie mama.

– Trochę.

– Coś ci zrobić? Wszyscy troje zamarli.

– Zamierzasz gotować? – spytał tata, robiąc przestraszoną minę.

– Wielka mi sprawa.

– Pozwolisz, że się upewnię, czy mam numer ośrodka toksykologicznego.

– Ale śmieszne. Ha, ha, pękam ze śmiechu. Masz zabawnego ojca, Myron.

– A zresztą proszę bardzo, ugotuj coś, Ellen. Muszę zrzucić parę kilo.

– No nie, Al, boki zrywać. Zaraz skonam.

– Schudnę szybciej niż na wczasach dla grubasów.

– O ho, ho!

– Na samą myśl, że gotujesz, tracę apetyt.

– Czuję się jak żona Shecky'ego Greena – powiedziała mama, ale z uśmiechem. Zdążyli wejść do środka. Tata wziął mamę za rękę.

– Coś ci pokażę, Ellen – rzekł. – Widzisz tę dużą metalową skrzynię? Nazywa się piecyk. Piecyk! Piecyk. Widzisz tę gałkę, tę z cyframi? Zapalasz go właśnie nią.

– Jesteś śmieszniejszy od trzeźwego Fostera Brooksa, Al. Uśmiechali się już wszyscy troje. Tata mówił prawdę.

Mama nie gotowała. Prawie wcale. Jej kulinarne talenty doprowadziłyby do buntu w więzieniu. Myron zapamiętał, że za czasów jego dzieciństwa ulubionym daniem obiadowym w ich domu była jajecznica, którą smażył ojciec. Mama od początku należała do kobiet czynnych zawodowo. Kuchnia służyła jej jako czytelnia kolorowych czasopism.

– Co chcesz zjeść, Myron? – spytała. – Może coś chińskiego. Od Fonga?

– Oczywiście.

– Al, zadzwoń do Fonga. Zamów coś.

– Dobrze.

– Niech przyślą krewetki w sosie homarowym.

– Wiem.

– Myron uwielbia krewetki w sosie homarowym.

– Wiem, Ellen. Ja też go wychowywałem, nie pamiętasz?

– Mogło ci wylecieć z głowy.

– Zamawialiśmy u Fonga przez dwadzieścia trzy lata. Zawsze krewetki w sosie z homara.

– Mogło ci wylecieć z głowy, Al. Starzejesz się. Dwa dni temu zapomniałeś odebrać z pralni moją bluzkę.

– Było zamknięte.

– I już nie odebrałeś bluzki, czy tak?

– Oczywista.

– Sam widzisz. – Spojrzała na syna. – Usiądź, Myron. Musimy porozmawiać. Al, dzwoń do Fonga. Spełnili jej polecenia. Jak zwykle. Myron usiadł z mamą przy kuchennym stole.

– Posłuchaj – powiedziała. – Wiem, że przyjaźnisz się z Esperanzą. Ale Hester Crimstein jest świetną prawniczką. Jeżeli zakazała Esperanzy z tobą mówić, to miała dobry powód.

– Skąd wiesz…

– Znam ją od lat.

Mama była jedną z najlepszych obrończyń sądowych w stanie.

– Broniłyśmy razem w różnych sprawach. Zadzwoniła do mnie. Powiedziała, że ingerujesz w sprawę.

– Nie ingeruję.

– …że się naprzykrzasz i masz się odczepić.

– Rozmawiała z tobą o tym?

– Oczywiście. Musisz dać jej klientce spokój.

– Nie mogę.

– Dlaczego?

Myron lekko się zmieszał.

– Mam pewną informację, która może okazać się ważna.

– Jaką?

– Żona Clu twierdzi, że miał romans.

– Myślisz, że Hester o tym nie wie? Prokuratura jest przekonana, że miał romans z Esperanzą.

– Zaraz, zaraz – wtrącił tata. – To Esperanzą nie jest lesbijką?

– Jest biseksualna, Al.

– Jaka?

– Biseksualna. Lubi i chłopców, i dziewczęta.

– No, to ma dobrze – orzekł tata.

– Słucham?

– Dzięki temu ma dwa razy większy wybór.

– Brawo, Al, dziękuję, żeś mnie oświecił. – Mama przewróciła oczami i skupiła się na Myronie. – Tak więc Hester wie o romansie. Co poza tym?

– Clu, zanim zginął, desperacko mnie poszukiwał – odparł Myron.

– Logika podpowiada, bube, że najpewniej chciał obwinie o coś Esperanzę.

– Niekoniecznie. Odwiedził loft Jessiki. Ostrzegł ją, że jestem w niebezpieczeństwie.

– Myślisz, że mówił serio?

– Prawdopodobnie przesadzał. Niech Hester Crimstein sama oceni, czy to ważne.

– Już oceniła.

– Słucham?

– Clu odwiedził także nas, kochanie. – Mama ściszyła głos. – Powiedział twojemu ojcu i mnie to samo co Jessice.

Myron nie drążył tematu. Jeśli Clu powiedział im to samo co Jessice, jeśli powtórzył groźne ostrzeżenia w chwili, gdy nie mieli pojęcia, gdzie jest syn…

– Zadzwoniłem do Wina – rzekł tata, jakby czytając w jego myślach. – Powiedział, że jesteś bezpieczny.

– A powiedział, gdzie jestem?

– Nie spytaliśmy o to – odparła mama. Zamilkli. Położyła rękę na ramieniu Myrona.

– Dużo przeszedłeś, Myron. Tata i ja to wiemy. Oboje obrzucili go głęboko zatroskanymi spojrzeniami.

Rzeczywiście słyszeli co nieco o jego zerwaniu z Jessicą, o Brendzie. Lecz nie znali całej prawdy.

– Hester Crimstein wie, co robi – zakończyła mama. – Nie przeszkadzaj jej w tym. Znów zamilkli.

– Al?

– O co chodzi?

– Odłóż słuchawkę. Może lepiej pójdziemy coś zjeść. Myron sprawdził godzinę.

– Byle szybko – rzekł. – Muszę wrócić do miasta.

– O! – Mama uniosła brew. – Tak szybko masz randkę? Pomyślał o barze Zgadnij z opisu Wielkiej Cyndi.

– Skądże – odparł. – Ale nigdy nic nie wiadomo.


15

<p>15</p>

Z zewnątrz bar wyglądał na zwyczajną manhattańską knajpkę, do której wpadasz na podryw. Budynek był z cegły, okna wyciemnione, żeby uwydatnić neonowe reklamy piwa, a nad wejściem spłowiały napis: Zgadnij. Tylko tyle. Żadnych „Przyprowadź z sobą zboczenia”. Żadnych „Im perwersyjniej, tym lepiej”. Żadnych „Polub niespodzianki”. Nic z tych rzeczy. Mógł się tu zaplątać urzędas po pracy, wejść do środka, odłożyć aktówkę, dojrzeć atrakcyjny towar, postawić drinka, odgrzać kilka pseudobłyskotliwych zagrywek podłapanych na studenckich prywatkach, zabrać na chatę i… Niespodzianka, niespodzianka!

Wielka Cyndi spotkała się z Myronem przy wejściu, ubrana nie jak jeden z członków zespołu Earth, Wind and Fire, ale jak cała ta grupa.

– Gotów?

Myron zawahał się, skinął głową.

Kiedy pchnęła drzwi, wstrzymał oddech i dał nura za nią. Wnętrze też wyobrażał sobie inaczej. Oczekiwał czegoś… jawnie szurniętego, zbliżonego do sceny w barze z Gwiezdnych wojen. A tymczasem w Zgadnij panował taki sam neorozpaczliwy nastrój, jak w milionie innych barów dla singli w piątkową noc. Zaledwie kilku klientów nosiło kolorowe stroje, przeważały stonowane beże i garnitury. Była też garstka ekstrawaganckich przebierańców, entuzjastów skór, oraz cizia wbita w winylowy kostium kotki, lecz obecnie na Manhattanie z trudem znajdziesz nocny lokal, w którym nie ma żadnej takiej. Niektórzy paradowali, rzecz jasna, w przebraniach, ale kto na dobrą sprawę wchodzi do baru dla samotnych bez kamuflażu.

To dopiero głębokie spostrzeżenie.

Głowy i oczy obróciły się w ich stronę. Przez chwilę Myron zastanawiał się dlaczego. Lecz tylko chwilę. Bądź co bądź towarzyszył Wielkiej Cyndi, dwumetrowej, ważącej sto czterdzieści kilo, pstrej olbrzymce, niecącej więcej błysków niż magiczny show Siegfrieda i Roya. Przyciągała wzrok. Najwyraźniej pochlebiało jej, że zwraca uwagę. Spuściła oczy, grając zawstydzenie, co jej wyszło jak Edowi Asnerowi rola kokieta.

– Znam tutejszego barmana – powiedziała. – Ma na imię Pat.

– To mężczyzna czy kobieta? Uśmiechnęła się i klepnęła w ramię.

– Nareszcie pan załapał – pochwaliła.

Z grającej szafy płynęła piosenka Police Every Little Thing is Magie. Myron próbował policzyć, ile razy Sting powtórzył słowa „every little”. Przy tysiącu stracił rachubę.

Znaleźli dwa wolne stołki przy barze. Wielka Cyndi rozejrzała się za Patem. Myron omiótł wzrokiem lokal jak prawdziwy detektyw. Odwrócił się tyłem do baru i oparł łokcie na kontuarze, podrygując w rytm muzyki. Bywalec za dychę. Jego uwagę przyciągnęła ciziula w czarnym kocim kostiumie. Wśliznęła się na sąsiedni stołek i zwinęła na nim. Myron powrócił wspomnieniem do Julie Newmar, Kocicy z telewizyjnego Batmana z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku, co nie zdarzało mu się często. Jego sąsiadka była wprawdzie ciemną blondynką, lecz poza tym tak niepokojąco podobną do aktorki w sugestywnym kocim kostiumie, że Myron gotów był uwierzyć w telekinezę.

– Cześć – powiedziała głosem, który obudził w nim pożeracza serc.

– Nawzajem.

Wolnym ruchem sięgnęła do szyi i zaczęła się bawić zamkiem błyskawicznym kociego wdzianka. Myronowi udało się mimo to utrzymać język w okolicy ust. Zerknął na Wielką Cyndi.

– Niech pan nie będzie taki pewny – ostrzegła. Myron zmarszczył brwi. Tam do licha, kociak miał dekolt jak się patrzy. Z naukowej ciekawości zaryzykował następny rzut oka. Dekolt, bez dwóch zdań! W dodatku obfity. Znów spojrzał na Wielką Cyndi.

– Piersi – rzekł szeptem. – Dwie. Wzruszyła ramionami.

– Jestem Rozkosz – wymruczała kocica.

– A ja Myron.

– Myron – powtórzyła, zataczając językiem kółko, jakby smakowała jego imię. – Podoba mi się. Bardzo męskie.

– Chyba… dziękuję.

– Tobie się nie podoba?

– Przyznam, że od początku. – Spojrzał na nią gość pełną gębą, unosząc brew niczym model Fabio wpadający w przepaść zamyślenia. – Skoro jednak podoba się tobie, to może zmienię zdanie. Wielka Cyndi zareagowała na to kaszlem łosia wypluwającego skorupę żółwia.

Rozkosz obdarzyła Myrona kolejnym uwodzicielskim spojrzeniem, uniosła szklankę i zrobiła coś, co można by z grubsza nazwać „łykiem”, choć wątpliwe, czy amerykańskie Stowarzyszenie Producentów Filmowych pozwoliłoby obejrzeć ów „łyk” osobom poniżej lat siedemnastu.

– Opowiedz mi o sobie, Myron.

Wdali się w pogawędkę, a ponieważ barman Pat miał przerwę, rozmawiali dobry kwadrans. Myron, choć nie kwapił się do tego przyznać, dobrze się bawił. Rozkosz usiadła twarzą do niego i przysunęła się bliżej. Znów poszukał wzrokiem zdradzieckich oznak płci. Ślady zarostu? Żadnych. Biust? Trwał w najlepsze. Doświadczony detektyw nie da się oszukać.

Rozkosz dotknęła jego uda. Przez dżinsy poczuł gorąco. Krótko przyjrzał się jej dłoni. Była dziwnie duża? Duża jak na dłoń kobiecą, mała jak na męską? Zawirowało mu w głowie.

– Nie chcę być niegrzeczny… czy jesteś kobietą? – spytał wreszcie.

Odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się. Myron poszukał wzrokiem jabłka Adama. Nic z tego – szyję miała przewiązaną czarną wstążką. Jej śmiech był cokolwiek chrapliwy, ale… wolne żarty. To nie mógł być mężczyzna. Z takim biustem? Zwłaszcza że koci kostium mocno obciskał… niższe partie ciała.

– Co za różnica? – odparła.

– Słucham?

– Przecież ci się podobam.

– Z wyglądu.

– No więc? Myron uniósł ręce.

– Powiem wprost: gdyby w chwili uniesienia okazało się, że w pokoju jest drugi penis, to… co do mnie, nastrój by prysł.

Zaśmiała się.

– Żadnych konkurencyjnych penisów?

– Właśnie. Tylko mój. Taki ze mnie dziwak.

– Znasz Woody'ego Allena?

– No pewnie.

– Pozwól zatem, że go zacytuję.

Myron zastygł. Rozkosz miała zacytować Woody'ego. Jeśli była kobietą, był gotów się jej oświadczyć.

– Seks we dwoje to piękna sprawa. Seks w pięcioro fantastyczna.

– Ładny cytat.

– Wiesz z czego?

– Z dawnego występu w nocnym klubie. Kiedy w latach sześćdziesiątych Woody występował na stojaka.

Skinęła głową, zadowolona, że uczeń zdał egzamin.

– Ale nie mówimy o grupowym seksie – rzekł Myron.

– Bawiłeś się w to kiedyś?

– No… nie.

– A gdybyś się bawił, powiedzmy w sześcioro, przeszkadzałoby ci, że jedno z nich ma penisa? Teoretyzujemy, tak?

– Chcesz, to sprowadzę kilkoro znajomych.

– Nie, nie, w porządku, dzięki. – Myron wziął głęboki oddech. – No więc teoretycznie chyba niezbyt by mi to przeszkadzało, jeśli gość zachowałby dystans.

– Ale gdybym to ja miała penisa…

– Rozpryskałby nastrój jak bańkę.

– Rozumiem – odparła, kreśląc małe kółka na jego udzie. – Przyznaj, że cię intryguję.

– Owszem.

– No i?

– Intryguje mnie też, co myśli skaczący z drapacza chmur, zanim plaśnie na chodnik. Rozkosz uniosła brew.

– Pewnie ma w głowie pęd.

– Zakończony plaśnięciem.

– W twoim przypadku zaś…

– Plaśnięciem byłby penis.

– Ciekawe. Przypuśćmy, że jestem transseksualna.

– To znaczy?

– Przypuśćmy, że miałam penisa, ale już go nie mam. Czułbyś się wtedy bezpiecznie?

– Nie.

– Dlaczego?

– Z powodu penisa urojonego.

– Jakiego?

– Urojonego. Inwalidom wojennym, którzy stracili kończyny, wydaje się, że nadal je mają.

– To nie będzie twój penis.

– Nie mój, niemniej urojony.

– Gdzie tu sens?

– Właśnie.

Rozkosz odsłoniła ładne, równe białe zęby. Myron przyjrzał się im. Niewiele mu powiedziały o jej płci. Lepiej było powrócić do bardziej wymownych piersi.

– Jesteś strasznie niepewny swojej seksualności – orzekła.

– Ponieważ lubię wiedzieć, czy osoba, z którą wybieram się do łóżka, ma penisa?

– Prawdziwego mężczyzny nie obchodzi, że go wezmą za pedała.

– Nie przejmuję się tym, co myślą ludzie.

– Tylko penisem – dokończyła za niego.

– Tak jest!

– Mimo to brak ci pewności w kwestii płci. Myron wzruszył ramionami i uniósł ręce.

– A kto ją ma?

– To prawda. – Przesunęła tyłeczek. Winyl po winylu. Zapiszczało. – Zaprosisz mnie na randkę?

– Już o tym mówiliśmy.

– Przecież ci się podobam. To znaczy, z wyglądu.

– Tak.

– I miło sobie rozmawiamy.

– Tak.

– Jestem interesująca? Odpowiada ci moje towarzystwo?

– Dwa razy tak.

– Jesteś samotny i wolny? Myron przełknął ślinę.

– Ponownie dwa razy tak.

– No więc?

– No więc… i znów nie bierz tego do siebie…

– Znów chodzi o penisa.

– Tak jest!

Rozkosz odchyliła się do tyłu i podciągnęła lekko w górę zamek błyskawiczny na piersiach, którym się bawiła.

– Ej, to tylko pierwsza randka. Nie musimy od razu wyskakiwać z ciuchów.

– Tak? – zdziwił się po chwili Myron.

– Zaskoczony?

– Nie… to znaczy…

– Może nie jestem taka łatwa.

– Wybacz, że pozwoliłem sobie… no, bo przesiadujesz w tym barze…

– I co z tego?

– Nie sądziłem, że większość bywalców gra trudnych do zdobycia. Żeby zacytować Woody'ego: „Jak mogłem błędnie odczytać te znaki?”.

– Zagraj to jeszcze raz, Sam – odgadła natychmiast Rozkosz.

– Jeżeli jesteś kobietą, może się w tobie zadurzę – rzekł Myron.

– Miło mi. Ale skoro obecność w tym barze jest znakiem, to co tu robisz? Ty, który masz zgryz z penisem?

– Dobre pytanie.

– Więc?

– Więc co?

– Dlaczego nie zaproponujesz mi, żebyśmy stąd wyszli? – spytała, łypiąc uwodzicielsko. – Trzymalibyśmy się za ręce. Być może całowali. Mógłbyś nawet zabłądzić ręką pod moją koszulkę, pokusić się o dotarcie do drugiej bazy. Pożerałeś mnie wzrokiem tak, jakbyś niemal tam był.

– Nie pożeram cię wzrokiem – odparł.

– Nie?

– Jeżeli patrzyłem, podkreślam jeżeli”, to zapewniam, że wyłącznie po to, żeby rozwiać wątpliwości co do płci.

– Dzięki za wyjaśnienie. Ja tylko proponuję, żebyśmy stąd wyszli i zjedli kolację. Albo poszli do kina. Nie musi dojść do zbliżenia.

– Mimo wszystko biłbym się z myślami.

– Nie lubisz szczypty tajemniczości?

– Lubię tajemnice. Lecz w kwestii zawartości rozporka wyłazi ze mnie tradycjonalista.

– Nadal nie rozumiem, co cię tu sprowadza.

– Kogoś szukam. – Myron wyjął zdjęcie Clu Haiga. – Znasz go? Spojrzała na fotografię i zmarszczyła brwi.

– Powiedziałeś, że jesteś agentem sportowym.

– Jestem. On był moim klientem.

– Był?

– Zamordowano go.

– To ten baseballista? Myron skinął głową.

– Widziałaś go tutaj?

Rozkosz wzięła karteczkę i coś na niej napisała.

– To mój numer telefonu, Myron. Zadzwoń.

– A co z gościem z tego zdjęcia?

Wręczyła mu karteluszek, zeskoczyła ze stołka i odeszła, kołysząc biodrami. Uważnie śledził jej ruchy, wypatrując… ukrytej broni? Wielka Cyndi kuksnęła go w bok. O mało nie spadł ze stołka.

– To jest Pat – powiedziała.

Barman Pat wyglądał na typa, którego w swoim barze chętnie zatrudniłby serialowy Archie Bunker.

Miał pięćdziesiąt kilka lat, krótkie siwe włosy, garbił się i był zmęczony życiem. Nawet jego wąsy – z gatunku posiwiałych, wpadających w żółć – opadały tak, jakby ich właściciel widział już w życiu wszystko. Z podwiniętych rękawów koszuli wystawały porośnięte włosem przedramiona, mocarne jak u marynarza Popeye'a. Widać z tą knajpą miał krzyż pański.

Za plecami Pata wisiało duże lustro, a tuż obok na ścianie różowy napis „Panteon klientów” i oprawione w ramki zdjęcia czołowych prawicowców: Pata Buchanana, Jerry'ego Falwella, Pata Robertsona, Newta Gingricha, Jesse'ego Helmsa.

– Wciąż mi się to narzuca – rzekł Pat, widząc, że Myron patrzy na zdjęcia.

– Co?

– Że największe antycioty noszą dwupłciowe imiona: Pat, Chris, Jesse, Jeny. To może być facet, może być dziewczyna. Tak czy nie?

– Aha – odparł Myron.

– A co to za imię Newt? – spytał Pat. – Czy ktoś z takim imieniem może wyrosnąć na zdrowego seksualnie?

– Nie mam pojęcia.

– Moja teoria? – Pat wzruszył ramionami i wytarł bar ścierką. – W dzieciństwie z tych wszystkich ciasnomózgich dupków robiono sobie jaja. To nastawiło ich wrogo do płci.

– Ciekawa teoria – odparł Myron. – A czy pan nie ma na imię Pat?

– No, owszem, ja też nienawidzę ciot. Ale dają dobre napiwki.

Pat puścił oko do Wielkiej Cyndi. W szafie grającej zmieniły się płyty. Lou Rawls zanucił Love Is in the Air. Czujnie.

Zdjęcia prawicowców były opatrzone „autografami”. Ten Jesse'ego Helmsa brzmiał: „Wszystko mnie boli, uściski i całusy, Jesse”. Szczerze. Pod spodem widniały iksy i kółka, a także wielki odcisk uszminkowanych zaciśniętych warg, jakby Jesse osobiście podstemplował nimi swój konterfekt. Fuj! Pat od niechcenia zaczął wycierać ścierką kufel. Myron niemal spodziewał się, że splunie do niego jak w dawnym westernie.

– Co podać? – spytał.

– Interesuje się pan sportem?

– A pan kto, ankieter?

Ale żarcik. Murowane salwy śmiechu.

– Czy mówi panu coś imię i nazwisko Clu Haid? – spróbował jeszcze raz Myron.

Bacznie wypatrywał reakcji, lecz się nie doczekał. O niczym to nie świadczyło. Facet wyglądał na dożywotniego barmana. Zobojętniał ego jak nałogowy widz Słonecznego patrolu. Hmm. Skąd to skojarzenie?

– Spytałem…

– To nazwisko nic mi nie mówi.

– Proszę, Pat – wtrąciła Wielka Cyndi. Pat zmierzył ją wzrokiem.

– Słyszałaś, Wielka C. Nie znam go.

– W ogóle nie słyszał pan o Clu Haidzie?

– Nie.

– A o New York Yankees?

– Przestałem śledzić ich mecze, odkąd odszedł Mick Mantle. Myron położył na barze zdjęcie Clu.

– Widział go pan tutaj?

Ktoś zamówił piwo z beczki. Pat napełnił kufel.

– Ten gość jest z policji? – zagadnął Wielką Cyndi, gdy wrócił.

– Nie.

– No, to nie widziałem go.

– A gdybym był z policji? – spytał Myron.

– To odpowiedziałbym: „Nie, panie władzo”. Pat nawet nie spojrzał na zdjęcie.

– Mógłbym też nadmienić, że jestem zbyt zajęty, żeby zwracać uwagę na twarze. I że większość klientów, zwłaszcza znanych, przychodzi tu incognito.

– Rozumiem. – Myron sięgnął do portfela i wyjął pięćdziesiątkę. – A gdybym pokazał panu portret Ulissesa S. Granta? – zagadnął.

W szafie grającej zmieniła się piosenka. Flying Machinę zaczęli nucić „Uśmiechnij się do mnie choć troszkę, Rosemarie”. Myron pamiętał nazwę grupy. Jak to o nim świadczyło!

– Schowaj pan pieniądze – odparł Pat. – Schowaj pan zdjęcie. Schowaj pan te pytania dla siebie. Nie lubię kłopotów.

– A ten gość to kłopoty?

– Nawet nie spojrzałem na zdjęcie. I nie spojrzę. Spadaj pan.

– Pat – wkroczyła do akcji Wielka Cyndi. – Nie pomożesz? – Zamrugała powiekami przypominającymi dwa kraby leżące na grzbietach w rozpalonym słońcu. – Proszę. Ze względu na mnie.

– Wielka C, wiesz, że cię kocham. Ale gdybym to ja przyszedł z fotkami do Skury i Chóci, paliłabyś się do pomocy?

– Nie bardzo – odparła po namyśle.

– Sama widzisz. Mam klientów.

– W porządku. – Myron zabrał fotografię. – W takim razie się tu pokręcę. Puszczę zdjęcie w obieg. Rozpytam się. Poobserwuję lokal. Niedyskretnie. Sfotografuję wchodzących i wychodzących z pańskiego szacownego przybytku.

Pat pokręcił głową, lekko się uśmiechnął.

– Głupiś pan, ot co.

– Zrobię to, choć nie chcę. Zacznę koczować przy wejściu z aparatem fotograficznym.

Pat posłał Myronowi przeciągłe spojrzenie. Trudne do odczytania. Zapewne zabarwione wrogością, lecz głównie znudzone.

– Możesz wybyć stąd na kilka minut, Wielka C? – spytał.

– Nie.

– No, to nic nie powiem.

Myron skinął głową olbrzymce. Pokręciła swoją.

– O co chodzi? – spytał, odciągnąwszy ją na bok.

– Tu się nie opłaca grozić, panie Bolitar.

– Wiem, co robię.

– Ostrzegałam, co to za lokal. Nie zostawię pana samego.

– Będziesz tuż za drzwiami. Dam sobie radę. Zmarszczyła brwi.

– Nie podoba mi się to – odparła. Jej twarz przywodziła na myśl świeżo pomalowany słup totemiczny.

– Nie mamy wyboru.

Westchnęła niczym Wezuwiusz wypluwający trochę lawy.

– Niech pan będzie ostrożny.

– Będę.

Poczłapała do wyjścia. Zajmowała sporo przestrzeni, a w barze zrobiło się tłoczno, ale rozstępowano się przed nią tak ochoczo, jak Morze Czerwone przed Mojżeszem.

– No więc? – zwrócił się Myron do Pata, gdy zniknęła za drzwiami.

– Głupek z ciebie.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, pod pachy Myrona wsunęły się czyjeś ręce, a na karku splotły się palce. Klasyczny pełny nelson. Zacieśniająca się klamra odepchnęła mu ramiona w tył, jakby były skrzydłami kurczaka. Poczuł gorące łupnięcie w łopatkach.

– Zatańczymy, ślicznoto? – wyszeptał mu w ucho głos. W walce wręcz Myron nie dorównywał Winowi, choć radził sobie niezgorzej. Wiedział więc, że z pełnego nelsona założonego przez fachowca wyrwać się nie sposób. Dlatego zabroniono tego chwytu w walkach zapaśniczych. Jeśli stałeś, mogłeś pokusić się o nadepnięcie przeciwnikowi na stopę. Lecz na coś takiego porwałby się tylko kretyn, kretynowi zaś brakłoby na to szybkości i siły. A Myron nie stał.

Siedział z łokciami wysoko w powietrzu, niczym marionetka, i twarzą wystawioną bezradnie na ciosy.

Krępujące go potężne ręce były obleczone w sweter. Miękki, żółty! Mój Boże! Zaczął się mocować.

Na próżno. Ręce w swetrze pociągnęły jego głowę w tył, po czym przycisnęły ją twarzą do kontuaru.

Pozostało tylko zamknąć oczy. Myron skręcił podbródek na tyle, żeby uniknąć fangi w nos. Jednakże niestworzona do podobnych praktyk głowa odskakiwała od polakierowanego teku, aż zgrzytało mu w czaszce. Coś rozłupało się na jego czole. Zawirowało mu przed oczami. Zobaczył wszystkie gwiazdy.

Inne ręce chwyciły go za nogi i znalazł się w powietrzu, w ruchu, kompletnie oszołomiony. Czyjeś dłonie opróżniły mu kieszenie. Otwarły się drzwi. Wniesiono go do ciemnego pomieszczenia. Uchwyt zelżał i Myron spadł na kość ogonową bezwładnie jak wór kartofli. Wszystko to, od założenia nelsona do rzucenia na podłogę, zajęło osiem sekund.

Zapalono światło. Myron dotknął czoła, poczuł lepkość. Krew. Spojrzał na napastników.

Dwie kobiety?

Nie, przebierańcy. W blond perukach. Jeden nosił wysoki tapir w stylu bywalczyń galerii handlowych z wczesnych lat osiemdziesiątych. Drugi – właściciel miękkiego, żółtego, rozpinanego swetra – miał fryzurę jak Veronica Lake po morderczym ochlaju.

Kiedy Myron zaczął się podnosić, Veronica Lake z kwikiem wymierzył mu szybkiego, mocnego kopniaka w pierś. Myron wydobył z siebie głośne „pluuu” i wylądował na plecach. Odruchowo sięgnął po komórkę, żeby wcisnąć guzik memory, połączyć się z Winem, zagrać na zwłokę.

Ale telefon przepadł.

Podniósł wzrok. Psiakrew! Jego komórkę miał Bywalczyni Galerii. Myron rozejrzał się. Z pokoju widział bar i plecy barmana Pata. Przypomniał sobie o lustrze. Było weneckie! No jasne. Klienci widzieli lustro, a ci po jego drugiej stronie… wszystko. Trudno zwędzić cokolwiek z kasy, gdy się nie wie, kto patrzy ci na ręce.

Wyłożone korkiem ściany tłumiły dźwięki. Podłoga z taniego linoleum. Zapewne łatwiejsza do oczyszczenia. Mimo to Myron dostrzegł na niej plamki krwi. Nie jego, stare i zaschnięte, ale nie do pomylenia z czym innym. Wiadomo, po co je zostawili. Żeby zastraszyć.

Słowem – typowy pokój do spuszczania łomotu. Miało takie wiele lokali. Zwłaszcza areny sportowe.

Obecnie nie aż tyle, co za dawnych dni. Kiedyś przed wyprowadzeniem niesfornego kibica ze stadionu strażnicy zabierali go do pokoju na zapleczu i spuszczali manto. Niczym im to nie groziło. Jaki stadionowy rozrabiaka dochodziłby swego po fakcie? Nie dość że nabuzowany, to najpewniej wywołał bójkę na trybunach. Tak więc ochroniarze dokładali mu na deser kilka sińców. Jak rozpoznać, gdzie je zafasował? Jeśli jednak żołądkował się i groził, że nada sprawę prasie, władze stadionu mogły go oskarżyć o pijaństwo w miejscu publicznym, o napaść i co tylko przyszłoby im do głowy. A ponadto wesprzeć oskarżenie zeznaniami tuzina strażników, podczas gdy niesforny kibic na swoją obronę nie miał świadków.

W związku z czym rezygnował z wniesienia skargi.

Jednakże pokoje do spuszczania łomotu pozostały. I prawdopodobnie tu i ówdzie nadal się przydają.

Veronica Lake zachichotał. Nie był to miły dźwięk.

– Zatańczymy, ślicznoto? – ponowił pytanie.

– Zaczekajmy na wolniejszy numer – odparł Myron. Do pokoju wkroczył trzeci przebieraniec. Rudy, bardzo podobny do Bonnie Franklin z dawnego serialu Któregoś dnia. Podobieństwo to, zaiste niesamowite, było idealnym połączeniem zdecydowania z kokieterią. Z ikrą. Zadziornością.

– A gdzie Schneider? – zażartował Myron, wymieniając drugą postać z tego serialu.

Nie dostał odpowiedzi.

– Wstań, ślicznoto! – rozkazał Veronica Lake.

– Na podłodze jest krew.

– Co?

– Miły akcent, lecz przesadzony, jak sądzicie? Veronica Lake uniósł prawą stopę i pociągnął za obcas.

Obcas, rzec można, odskoczył. Był osłoną, pochwą kryjącą stalowe ostrze, które zalśniło w świetle podczas robiącego wrażenie pokazu wysokich kopnięć rodem ze sztuk walki. Bonnie Franklin i Bywalczyni Galerii zachichotali. Myron powściągnął strach.

– Jesteś świeżym przebierańcem? – spytał, wpatrując się w Veronicę Lake. Veronica przestał kopać.

– Słucham?

– Nie za bardzo szarżujesz z tym sztyletem w obcasie? Kiepski żart, lecz czego się nie robi, by zyskać na czasie.

Veronica spojrzał na Bywalczynię Galerii, ten na Bonnie Franklin, a potem znienacka zrobił zakos nogą i błysnęła stal. Choć Myron błyskawicznie się odturlał, ostrze zdążyło przeciąć mu koszulę i ciało. Krzyknął cicho i spojrzał rozszerzonymi oczami na rozcięcie. Nie było głębokie, ale krwawiło.

Oprawcy rozstawili się, zaciskając pięści. Bonnie Franklin trzymał coś w dłoni. Czarną pałkę?

Niedobrze. Myron poderwał się z podłogi i choć podskoczył wysoko, Veronica kolejnym kopniakiem trafił go w nogę. Poczuł, że ostrze zacięło go w goleń.

Serce mu waliło. Więcej krwi. Własnej. Rany boskie! Nie chciał na to patrzeć. Za szybko oddychał.

Uspokój się, nakazał sobie. Myśl.

Zamarkował, że rzuca się w lewo, tam gdzie stał Bonnie Franklin z pałką, lecz okręcił się w prawo i przygotowaną zawczasu pięścią bez wahania zdzielił Bywalczynię Galerii. Jego cios wylądował tuż pod okiem i napastnik padł.

Chwilę później stanęło mu serce.

Trzasnęło, noga eksplodowała. Myron obrócił się, porażony wściekłym bólem, który rozszedł się z pęczka nerwów za kolanem i elektryczną falą dotarł do wszystkich części ciała. Cały drgał. Obejrzał się. Bonnie Franklin dotykał go pałką. Pod Myronem ugięły się nogi. Znów opadł na podłogę, wijąc się jak ryba rzucona na pokład. Żołądek mu się ścisnął. Dopadły go mdłości.

– To najsłabsze natężenie prądu – oznajmił wysokim głosem małej dziewczynki Bonnie Franklin. – Żeby zwrócić uwagę krowy.

Myron spojrzał w górę, próbując powstrzymać drżenie. Veronica podniósł nogę i przysunął ostrze blisko jego twarzy. Mógł go załatwić jednym cięciem. Na widok elektrycznej pałki, którą znów zagroził mu Bonnie, Myron zatrząsł się. Spojrzał w weneckie lustro. Ani śladu Wielkiej Cyndi, ani śladu jakiejkolwiek odsieczy. Co teraz?

– Po coś tu przyszedł? – spytał Bonnie Franklin. Myron skupił się na elektrycznym paralizatorze i na tym, jak uniknąć gniewu Bonnie.

– Pytałem o kogoś – odparł.

Bywalczyni Galerii, który doszedł do siebie, nachylił się nad nim nisko.

– Uderzył mnie! – poskarżył się nieco niższym tonem, z szoku i bólu wypadając po trosze z kobiecej roli.

Myron nie zareagował.

– Ty zdziro!

Bywalczyni Galerii skrzywił się i kopniakiem potraktował jego żebra jak piłkę. Myron dostrzegł kopnięcie, ostrze w obcasie, elektryczną pałkę, zamknął oczy i się nie odsunął. Upadł w tył.

– O kogo pytałeś? – ciągnął Bonnie Franklin. Żadna tajemnica.

– O Clu Haida.

– Dlaczego?

– Chciałem się dowiedzieć, czy tu był.

– Dlaczego?

Odpowiedź, że szuka jego mordercy, nie wydawała się najmądrzejszym wyjściem, zwłaszcza jeżeli ten morderca znajdował się w pokoju.

– To mój klient.

– No i?

– Zdzira! – powtórzył Bywalczyni Galerii.

Jego kolejny, strasznie bolesny kopniak wylądował pod klatką piersiową. Myron przełknął żółć, która podeszła mu do gardła. Ponownie spojrzał w weneckie lustro. Ani śladu Wielkiej Cyndi. Po piersi i nodze płynęła mu krew z ran od noża, a w środku nadal się trząsł od elektrycznego szoku. Spojrzał w oczy Veroniki Lake. Były spokojne, podobnie jak oczy Wina. Takie oczy mają najlepsi.

– Dla kogo pracujesz? – spytał Bonnie.

– Dla nikogo.

– Więc co cię obchodzi, czy tu był?

– Próbuję uporządkować sprawy – odparł Myron.

– Jakie sprawy?

– Ogólne.

Bonnie Franklin spojrzał na Veronicę Lake. Skinęli głowami. Bonnie Franklin zademonstrował pałkę.

– „Ogólne” nie wystarczy za odpowiedź. Myrona ścisnęło w żołądku.

– Zaczekaj…

– Nie zaczekam.

Bonnie wyciągnął w jego stronę pałkę.

Myron nie miał wyboru. Musiał spróbować. Gdyby pałka znów go poraziła, nie mógłby nic zrobić.

Liczył, że Veronica go nie zabije.

Posunięcie to planował od dziesięciu sekund. Po nagłym koziołku w tył przez głowę wylądował na nogach i skoczył naprzód jak wystrzelony z procy. Trójka przebierańców cofnęła się, gotując na atak.

Ale atak równał się samobójstwu. Było ich trzech, w tym dwu uzbrojonych, a przynajmniej jeden z nich znał się na rzeczy. Za nic by z nimi nie wygrał. Musiał ich zaskoczyć. I tak zrobił. Nie zaatakował.

Zaatakował za to weneckie zwierciadło. Nim jego porywacze zorientowali się, co zamierza, było za późno. Odbijając się z całych sił nogami, jak rakieta pomknął do lustra, zacisnął powieki i pięści i całym ciałem, w stylu Supermana, walnął w szkło. Nie miał nic do stracenia. Gdyby nie ustąpiło, to i tak nie uszedłby z życiem.

Siła uderzenia roztrzaskała lustro.

Przeraźliwy hałas zagłuszył inne odgłosy. Myron przeleciał na drugą stronę lustra w brzęku sypiących się odłamków szkła. Lądując, zwinął się w ciasny kłąb, zderzył z podłogą i pokoziołkował. Nie zważając na wbijające się w skórę szklane odpryski i ból, potoczył się dalej i walnął w bar. Pospadały butelki.

Liczył na klientelę Zgadnij, którą znał z opowieści Wielkiej Cyndi. I nie zawiódł się.

Powstało czysto nowojorskie zamieszanie.

Przewracano stoliki. Ludzie wrzeszczeli. Ktoś przefrunął nad barem i wylądował na Myronie. Posypało się więcej szkła. Myron bezskutecznie próbował wstać. Z prawej otworzyły się drzwi i wyszedł z nich Bywalczyni Galerii.

– Zdzira! – powtórzył i z elektryczną pałką Bonnie w ręku ruszył w jego stronę.

Myron próbował się odczołgać, ale nie wiedział dokąd.

Wtem zbliżający się prześladowca zniknął.

Zniknął niczym w scenie z kreskówki, w której wielki pies boksuje kota Sylwestra, Sylwester przelatuje przez pokój i ekran wypełnia na kilka sekund wielka pięść.

W tym wypadku pięść należała do Wielkiej Cyndi.

Fruwały ciała. Fruwały szklanki. Fruwały krzesła. Nic sobie z tego nie robiąc, Wielka Cyndi wydłubała Myrona zza baru, zarzuciła go na ramię jak strażak i wypadła na ulicę. Mleczne nocne powietrze szarpały policyjne syreny.


16

<p>16</p>

– Dałeś się pobić kilku dziewczętom? Win z przyganą zamlaskał językiem.

– To nie były dziewczyny.

Myron pociągnął haust yoo – hoo, Win mały łyk koniaku.

– Wieczorem wrócimy do tego baru – powiedział. – Razem.

Myron nie chciał w tej chwili o tym myśleć. Win wezwał lekarza. Choć dochodziła druga w nocy, siwowłosy doktor, jak ze zdjęcia w katalogu agencji aktorskiej, przyjechał po kwadransie. Żadnych złamań, oznajmił z zawodowym uśmiechem. Na zabiegi złożyło się głównie oczyszczenie ran od noża i od szkła. Te pierwsze – jedna na brzuchu, w kształcie litery Z – wymagały zszycia. W sumie, choć bolesne, okazały się mało groźne.

Doktor rzucił Myronowi porcję tylenolu z kodeiną, zamknął torbę lekarską, ukłonił się i odjechał.

Myron dopił yoo – hoo i wolno wstał. Chciał wziąć prysznic, ale lekarz polecił mu zaczekać z tym do rana. Łyknął kilka tabletek i położył się. Kiedy zasnął, przyśniła mu się Brenda.

Rano zadzwonił do mieszkania Hester Crimstein. Odezwała się sekretarka. Powiedział, że sprawa jest pilna. W połowie nagrania adwokatka podniosła słuchawkę.

– Muszę zobaczyć się z Esperanzą – oświadczył. – Zaraz. O dziwo, zawahała się tylko przez chwilę.

– Dobrze – zgodziła się.

– Zabiłem kogoś – rzekł do siedzącej naprzeciwko Esperanzy. – Nie, nie z pistoletu. Choć skutek był podobny. To, co zrobiłem, było pod wieloma względami gorsze.

– Tuż przed tym, jak uciekłeś? – spytała, nie spuszczając z niego wzroku.

– Tak, niecałe dwa tygodnie wcześniej.

– Ale wyjechałeś nie dlatego. Zaschło mu w ustach.

– Chyba nie.

– Uciekłeś z powodu Brendy. Myron milczał. Esperanzą skrzyżowała ręce.

– Po co dzielisz się ze mną tym okruszkiem?

– Sam nie wiem.

– A ja wiem.

– Tak?

– To fortel. Liczyłeś, że twoje wielkie wyznanie pomoże mi się otworzyć.

– Wcale nie.

– A co?

– Z takich spraw zwierzam się tylko tobie. Prawie się uśmiechnęła.

– Nawet po tym, co się stało?

– Nie rozumiem, dlaczego odsuwasz się ode mnie – powiedział. – Owszem, być może liczę trochę na to, że rozmowa o tym pomoże nam odzyskać, czy ja wiem, poczucie normalności. A może po prostu potrzebuję pogadać. Win by mnie nie zrozumiał. Osoba, którą zabiłem, była złem wcielonym. Dla niego jej zabicie to dylemat moralny rangi wyboru krawata.

– A tobie ten dylemat nie daje spokoju?

– Rzecz właśnie w tym, że nie. Esperanza skinęła głową.

– Aha.

– Ta osoba zasłużyła na śmierć. Sąd nie miał przeciw niej żadnych dowodów.

– Więc wziąłeś prawo w swoje ręce.

– W pewnym sensie.

– I to cię gnębi? To znaczy, nie gnębi?

– Właśnie.

– Aha, więc nie możesz spać dlatego, że nie spędza ci to snu z oczu. Uśmiechnął się i rozłożył ręce.

– Sama widzisz, dlaczego przyszedłem do ciebie. Esperanza skrzyżowała nogi i spojrzała w górę.

– Kiedy poznałam ciebie i Wina, zastanawiałam się nad waszą przyjaźnią. Nad tym, co was do siebie zbliżyło. Podejrzewałam, że Win jest utajonym homoseksualistą.

– Mówi to każdy. Dlaczego? Czy dwóch mężczyzn nie może zwyczajnie…

– Myliłam się – przerwała mu. – Co się tak bronisz, dla ludzi to pożywka dla domysłów. Nie jesteście gejami. Szybko zdałam sobie z tego sprawę. W każdym razie taka myśl przyszła mi do głowy, i tyle. A potem zadałam sobie pytanie, czy nie chodzi tu o starą mądrość o przyciąganiu się przeciwieństw. Może na tym to poniekąd polega. Zamilkła.

– No i? – zachęcił ją Myron.

– A może wy dwaj jesteście podobni do siebie bardziej, niż myślicie? Nie chcę się w to zagłębiać, ale Win dostrzega w tobie ludzką stronę swej natury. Rozumuje, że skoro go lubisz, to nie może być do gruntu zły. Ty natomiast widzisz w nim chłodną dawkę realizmu. Logika Wina przeraża, lecz zarazem dziwnie pociąga. W każdym z nas tkwi cząstka, której podoba się jego postępowanie, ta strona naszej duszy, która przyznaje pewną rację Irańczykom ucinającym rękę złodziejowi. W dzieciństwie nawciskano ci co niemiara liberalnego kitu rodem z przedmieść na temat społecznie upośledzonych. Jednak nabyte doświadczenie życiowe uczy cię, że niektórzy ludzie są po prostu źli. I to zbliża cię nieco do Wina.

– Twierdzisz, że staję się taki jak on? To mnie pokrzepiłaś.

– Twierdzę, że to normalna reakcja. Choć mi się nie podoba. Nie pochwalam jej. Kto wie, może rzeczywiście grzęźniesz w trzęsawisku. Naginanie reguł przychodzi ci coraz łatwiej. Może osoba, którą zabiłeś, zasłużyła na to, ale jeśli właśnie to pragniesz usłyszeć, jeśli szukasz rozgrzeszenia, idź do Wina.

Zapadła cisza.

Esperanza zatrzepotała palcami blisko ust, rozważając, czy obgryźć paznokcie, czy skubnąć dolną wargę.

– Nie znam nikogo porządniejszego od ciebie – powiedziała. Nie pozwól, żeby ktoś to zmienił, dobrze?

Myron przełknął ślinę, skinął głową.

– Przestałeś naginać reguły – ciągnęła. – Zacząłeś je dziesiątkować. Wczoraj powiedziałeś mi, że w mojej obronie skłamałbyś pod przysięgą.

– To co innego. Spojrzała mu prosto w twarz.

– Jesteś pewien?

– Tak. Zrobię wszystko, żeby cię ochronić.

– Włącznie ze złamaniem prawa? O tym mówię, Myron. Poruszył się niespokojnie.

– I jeszcze jedno – dodała. – Używasz wspomnianego moralnego dylematu, by uniknąć spojrzenia w oczy dwóm prawdom.

– Jakim prawdom?

– Pierwsza to śmierć Brendy.

– A druga? Esperanza uśmiechnęła się.

– Szybko tę pierwszą przeskoczyłeś.

– A druga? – powtórzył.

– Druga – odparła z łagodnym, wyrozumiałym uśmiechem – że odwracasz uwagę od tego, po co tu naprawdę przyszedłeś.

– A po co przyszedłem?

– Nie dość, że poważnie się zastanawiasz, czy zabiłam Clu, to próbujesz znaleźć racjonalne wyjaśnienie, co mnie do tego popchnęło. Skoro tobie zdarzyło się uśmiercić człowieka, to być może ja też zabiłam zasadnie. Po prostu chcesz poznać przyczynę.

– Uderzył cię – rzekł Myron. – W garażu. Nic nie powiedziała.

– W radiu podano, że w jego mieszkaniu znaleziono włosy łonowe…

– Nie wchodź w to.

– Muszę.

– Zostaw.

– Nie mogę.

– Nie potrzebuję twojej pomocy.

– Ta sprawa dotyczy nie tylko ciebie. Jestem w nią wmieszany.

– Tylko dlatego, że chcesz.

– Czy Clu ostrzegł cię, że jestem w niebezpieczeństwie? Milczała.

– Tak powiedział moim rodzicom. I Jessice. Z początku myślałem, że użył przenośni. Lecz to chyba nie była przenośnia. Dostałem pocztą dziwną dyskietkę. Ze zdjęciem młodej dziewczyny.

– Nie gorączkuj się – przerwała mu. – Mylisz się, sądząc, że jesteś gotów. Zacznij się wreszcie uczyć na własnych błędach. Zostaw tę sprawę.

– Ale ona mnie nie zostawi – odparł. – Co miał na myśli Clu, mówiąc, że jestem w niebezpieczeństwie? Dlaczego cię uderzył? Co zaszło w barze Zgadnij?

Pokręciła głową.

– Strażnik!

Strażnik otworzył drzwi. Esperanza nie podniosła oczu. Odwróciła się i wyszła, nie oglądając się na Myrona. Przez kilka sekund siedział sam, zbierając myśli. Sprawdził godzinę. Za kwadrans dziesiąta. Mnóstwo czasu, żeby na jedenastą dojechać na Yankee Stadium na spotkanie z Sophie i Jaredem Mayorami. Tuż po tym, jak opuścił pokój, podszedł do niego mężczyzna.

– Pan Bolitar?

– Tak.

– To dla pana.

Nieznajomy wręczył mu kopertę i zniknął, nim Myron ją otworzył. W środku znajdowało się wezwanie do sądu wystawione przez prokuraturę okręgową powiatu Bergen w sprawie przeciwko Esperanzy Diaz. No, no. Esperanza i Hester słusznie nie powiedziały mu niczego. Wsunął wezwanie do kieszeni. Przynajmniej nie musiał już kłamać.


17

<p>17</p>

Myron zachował się tak, jak powinien postąpić każdy grzeczny chłopiec, który wpadł w kłopoty z prawem – zadzwonił do mamy.

– Wezwaniem zajmie się twoja ciotka Clara – powiedziała.

Ciotka Clara nie była rodzoną ciotką Myrona, tylko starą przyjaciółką domu z sąsiedztwa. Podczas świąt Dziesięciu Dni Pokuty nadal szczypała go w policzek, wołając: „Co za panim!”. Myron po trochu liczył na to, że nie zrobi obciachu w obecności sędzi: „Ach, Wysoki Sądzie, co za buźka, co za buźka?”.

– Dobrze – odparł.

– Zadzwonię do niej, a ona do prokuratury. Tymczasem nie mów nic, rozumiesz?

– Tak.

– Zrozumiałeś, Panie Mądraliński? Zrozumiałeś, co mówiłam? Że Hester wie, co robi?

– Tak, mamo, nieważne.

– Tylko bez takich. Wręczyli ci wezwanie. A ponieważ Esperanza nic ci nie powiedziała, nie możesz jej zaszkodzić.

– Rozumiem, mamo.

– To dobrze. Dzwonię do ciotki Clary. Zakończyła rozmowę, a Pan Mądraliński zrobił to samo. Szczerze mówiąc, Yankee Stadium mieścił się w zapuszczonej części niszczejącego Bronksu. To się jednak nie liczyło. Na widok tej słynnej budowli sportowej zawsze milkłeś natychmiast jak w kościele. Nie było rady. Opadał cię i grzebał rój wspomnień. Migały obrazy. Obrazy z dzieciństwa. Mały Myron stał w zatłoczonym pociągu linii 4, trzymając tatę za pozornie wielką dłoń, zadzierał głowę i patrzył na jego łagodną twarz, a całe ciało mrowiło go na myśl o meczu. Kiedy miał pięć lat, jego tata złapał wysoko wybitą piłkę baseballową. Czasem odtwarzał to wspomnienie – łukowaty lot białego przedmiotu ze skóry, tłum stojących ludzi, wyciągniętą nieprawdopodobnie wysoko w górę rękę ojca, radosny plask piłki lądującej w dłoni, ciepło promieniujące z twarzy Ala Bolitara, gdy wręczał cenne trofeum synkowi. Myron zachował tę piłkę do dziś – brązowiała w suterenie rodzinnego domu.

Na swoją dyscyplinę wybrał koszykówkę, w telewizji bodaj najbardziej lubił oglądać amerykański futbol, tenis był grą książąt, golf królów, ale baseball miał w sobie magię. Wspomnieniom z wczesnego dzieciństwa brak ostrości, lecz niemal każdy chłopak pamięta ów pierwszy mecz ligi baseballowej, pierwszy, jaki obejrzał w życiu. Pamięta wynik, kto był miotaczem, kto zdobył duży punkt. Przede wszystkim jednak pamięta swego ojca. Woń jego płynu po goleniu w otoczce baseballowych zapachów świeżo skoszonej trawy, letniego powietrza, hot dogów, prażonej kukurydzy, rozlanego piwa, upchniętej w kieszeni, nadmiernie natłuszczonej rękawicy z wyrobionym rowkiem. Pamięta drużynę przyjezdną, „szczury”, jakie rzucał dla rozgrzewki Petrocellemu Yaz Yastrzemski, kpiny kibiców z telewizyjnych reklam, w których Frank Howard zachwalał Nestle's Quick, i to, w jaki sposób baseballowe tuzy obiegały drugą bazę i wsuwały się głowami do trzeciej. Człowiek pamiętał własne rodzeństwo, prowadzące statystyki i studiujące składy zespołów tak pilnie, jak rabini studiują Talmud, karty baseballowe, które ściskał w ręku, beztroskę i niespieszne tempo letniego popołudnia, mamę bardziej zajętą opalaniem się niż śledzeniem meczu. Pamiętał ojca kupującego proporczyk drużyny przyjezdnej, który wieszał później na ścianie u syna z taką ceremonią, jak w starej hali Boston Garden wciągano na maszt sztandar Celtów. Pamiętał bardzo odprężonych graczy na ławie rezerwowych, z policzkami wypchanymi tym, co żuli. Pamiętał własną, podszytą niekłamanym szacunkiem nienawiść do supergwiazd z drużyny gości, czystą radość z okazji pójścia na stadion Jankesów w Dniu Kija i to, że cenił ów kawałek drewna tak bardzo, jakby pochodził on z szafki samego Honusa Wagnera. Pokażcie mi chłopca, który przed skończeniem siedmiu lat nie marzył, że zostanie wielkim graczem. Dopiero liga młodzików czy podobna udziela marzycielom najwcześniejszej lekcji życia, że świat może rozczarować, a wtedy ich szeregi z wolna się przerzedzają. Pokażcie mi chłopca, który za przyzwoleniem nauczycieli nie chodził do szkoły w baseballówce drużyny młodzików, nie szczycił się nią i ulubioną kartą baseballową wetkniętą od wewnątrz, nie siadał w niej przy stole, nie trzymał na nocnym stoliku przy łóżku. Pokażcie mi chłopca, który nie pamiętałby weekendowych zabaw z ojcem w łapanie piłek lub, co lepsze, wspaniałych letnich wieczorów, kiedy tata po powrocie z pracy zrzucał z siebie robocze ubranie, wkładał koszulkę zawsze ciut za małą, chwytał rękawicę i, nim zgasły ostatnie promienie słońca, szedł na dziedziniec za domem. Pokażcie mi chłopca, który nie patrzył z podziwem, jak daleko ojciec odbija piłkę lub nią rzuca, niezależnie od tego, jak marnym był sportowcem, jak niesprawnym. W tej niezapomnianej chwili tata zmieniał się w oczach Myrona w herosa o niewyobrażalnych możliwościach i sile. Tylko w baseballu tkwiła taka magia.

Nowym właścicielem większościowym drużyny Jankesów była Sophie Mayor. Przed niespełna rokiem zaszokowała świat baseballowy, odkupując wraz z mężem Garym ten klub od długoletniego, niepopularnego właściciela Jankesów, Vincenta Rivertona. Większość kibiców przyklasnęła zmianie. Rivertona, magnata wydawniczego, łączyły z publicznością stosunki miłosnonienawistne (głównie te drugie), a Mayorowie, małżeństwo technonuworyszy, które zbiło fortunę na oprogramowaniu komputerowym, przyrzekli nie wtrącać się w prowadzenie drużyny. Gary Mayor, który wychował się w Bronksie, obiecał powrót do dni Micka Mantle'a i Joego DiMaggio. Kibice byli zachwyceni. Niestety, bardzo szybko zdarzyła się tragedia. Dwa tygodnie przed sfinalizowaniem zakupu Gary zmarł na atak serca. Będąca jeśli nie dominującą, to równorzędną partnerką męża w interesach, Sophie Mayor nie wycofała się z transakcji. Wprawdzie cieszyła się publicznym poparciem i sympatią, lecz prawdziwą liną łączącą ją z publicznością był wrosły w Bronksie Gary. Pochodzącą ze Środkowego Zachodu kobietę, z jej żyłką myśliwską i opinią geniusza matematycznego, podejrzliwi już w łonie matki nowojorczycy uznali za lekko szurniętą.

Wkrótce po przejęciu steru w klubie Sophie mianowała swojego syna Jareda, młodzieńca bez żadnego doświadczenia w baseballu, współdyrektorem naczelnym. Publiczność zmarszczyła brwi. Nowa właścicielka dokonała szybkiej wymiany zawodników, rozbijając system oparty na szkoleniu rodzimych talentów i licząc, że Clu Haid ma przed sobą przynajmniej dwa sezony dobrej gry. Kibice podnieśli krzyk. Sophie nie uległa. Chciała, żeby drużyna z Bronksu od razu walczyła o mistrzostwo. Sposobem na to była wymiana graczy na Clu. Publiczność okazała sceptycyzm. W pierwszym miesiącu gry w drużynie Clu rzucał zadziwiająco dobrze. Ciskał z szybkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, a jego rogale trafiały w cel jak zdalnie sterowane rakiety. Z każdym występem grał coraz lepiej i w końcu Jankesi wyszli na prowadzenie. Publiczność się uspokoiła. Przynajmniej na jakiś czas. Myron przestał śledzić rozgrywki, ale mógł sobie wyobrazić, jak odbiła się na rodzinie Mayorów wieść, że Clu się narkotyzuje.

Myrona wprowadzono bezzwłocznie do gabinetu, Sophie i Jared Mayorowie wstali, żeby go powitać. Sophie, przystojna, jak się to popularnie określa, kobieta po pięćdziesiątce, z siwymi zadbanymi włosami, trzymała się prosto, uścisk miała mocny, ramiona śniade, a w błyszczących oczach figlarność i spryt. Jared, młody konserwatysta, z przedziałkiem po prawej stronie, w okularach w drucianej oprawie, granatowej marynarce i muszce w grochy, wyglądał na dwadzieścia pięć lat. Gabinet udekorowany był skąpo, a może tylko tak się prezentował, zdominowany przez wiszącą na ścianie głowę łosia. Notabene martwego. Żywego łosia bardzo trudno jest powiesić na ścianie. Dekoracja, że proszę siadać. Myron próbował nie zrobić żadnej miny. O mało nie wyrwało mu się, w stylu Dudleya Moore'a w Arturze: „Z pewnością nie lubiła pani tego zwierzaka”. No cóż, z wiekiem człowiek dojrzewa. Myron uścisnął Jaredowi rękę i stanął twarzą do Sophie Mayor.

– Gdzie pan się podziewał?! – zaatakowała.

– Proszę?

– Siadaj pan.

Wskazała krzesło. Zabrzmiało to jak komenda dla psa, ale usiadł. Jared również. Jego matka nie.

– Wczoraj w sądzie wspomniano, że bawił pan na Karaibach – powiedziała, piorunując Myrona wzrokiem.

Mruknął wymijająco.

– Gdzie pan był?

– Wyjechałem.

– Wyjechał pan?

– Tak.

Spojrzała na syna i znów na Myrona.

– Na ile?

– Trzy tygodnie.

– Od pani Diaz usłyszałam, że jest pan w mieście. Myron milczał. Sophie Mayor nachyliła się ku niemu, zaciskając dłonie.

– Dlaczego tak powiedziała?

– Nie wiedziała, gdzie jestem.

– Inaczej mówiąc, okłamała mnie. Nie raczył odpowiedzieć.

– Gdzie pan był?

– Za granicą.

– Na Karaibach? Myron milczał.

– Nikomu nic nie mówiąc, zrobił pan sobie wakacje. Zostawił Clu samego. Postąpił nieodpowiedzialnie. Dlatego jest pan współwinien tego, że Haig znów zaczął brać.

Myron otworzył usta i je zamknął. Miała oczywiście rację, ale nie mógł w tej chwili pozwolić na wiercenie sobie dziury w brzuchu. Analizę swojej roli zostawił na później. Ból po wczorajszym pobiciu zaczął gniewnie budzić się z drzemki. Myron sięgnął do kieszeni po fiolkę i wytrząsnął z niej dwa supermocne tylenole. Usatysfakcjonowana – a może zaspokojona w gniewie – Sophie Mayor usiadła.

– Popije pan wodą? – spytała na widok proszków.

– Proszę.

Skinęła głową synowi. Jared napełnił szklankę i podał ją Myronowi. Myron podziękował i połknął proszki. Zadziałał efekt placebo i od razu poczuł się lepiej.

Spodziewając się kolejnego ataku Sophie Mayor, spróbował zmienić temat.

– Jak wyglądał test, na którym wpadł Clu? – spytał. Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– A o czym tu mówić?

– Twierdził, że nie brał.

– I pan w to wierzy?

– Chciałbym to zbadać.

– Dlaczego?

– Ponieważ w przeszłości ilekroć przyłapywano go na tym, zawsze błagał o wybaczenie i obiecywał poprawę. Nie wmawiał, że wynik testu jest mylny.

Sophie splotła przedramiona.

– I niby czego to dowodzi? – spytała.

– Niczego. Po prostu chciałbym zadać kilka pytań.

– Niech pan pyta.

– Jak często pani go kontrolowała?

Spojrzała na syna, dając znak, że teraz jego kolej. Jared odezwał się po raz pierwszy, odkąd powitał Myrona w drzwiach.

– Co najmniej raz na tydzień – poinformował.

– Badaliście mocz? – spytał Myron.

– Tak.

– I wszystkie kontrole przeszedł pomyślnie? To znaczy, prócz ostatniej?

– Tak.

Myron pokręcił głową.

– Raz na tydzień? I nic? Aż do teraz?

– Zgadza się.

– Nie zdziwiło to pani? – zwrócił się do Sophie.

– A dlaczego? Próbował nie brać, nie udało mu się. Co w tym niezwykłego? Pomyślał, że nic, coś mu się jednak nie zgadzało.

– Clu wiedział, że go sprawdzacie.

– Tak sądzę. Sprawdzaliśmy go co najmniej raz w tygodniu.

– A jak wyglądały te kontrole? Sophie ponownie spojrzała na syna.

– O co pan pyta? – spytał Jared.

– Jak przebiegały, krok po kroku. Co robił?

– Sikał do kubka – odparła Sophie. – To bardzo proste. To nigdy nie było proste.

– Czy sikał w czyjejś obecności?

– Słucham?

– Czy ktoś go wtedy pilnował, czy też Clu sam wchodził do kabiny? Był nagi czy w majtkach?…

– Co za różnica?

– Duża. Clu cale życie oszukiwał na testach. Wiedząc, że się zbliżają, był na nie przygotowany.

– Jak? – spytała Sophie.

– Na wiele sposobów, zależnie od ich złożoności. W przypadku testu prostego można posmarować palce olejem silnikowym i na nie nasikać. Fosforany zmieniają wyniki. Niektórzy rzeczoznawcy, wiedząc o tym, testują ich obecność. Jeśli kontroler pozwoli zawodnikowi sikać w kabinie, może on oddać do badania próbkę nieskażonego moczu, przytwierdzoną zawczasu do uda. Badani ukrywają też taki mocz w prezerwatywie albo małym baloniku. Przemycają go, na przykład, pod bokserkami, pomiędzy palcami nóg, pod pachami, a nawet w ustach.

– Poważnie?

– Bywa gorzej. Jeżeli badany dostaje cynk o surowym badaniu antydopingowym albo kiedy kontrolerzy śledzą każdy jego ruch, opróżnia pęcherz i za pomocą cewnika wpompowuje sobie czysty mocz.

– Wpompowuje sobie do pęcherza cudzy? – spytała zdjęta zgrozą Sophie Mayor.

– Tak.

– Chryste Panie! – Przygwoździła Myrona wzrokiem. – Widzę, że dużo pan o tym wie.

– Tak jak Clu.

– Co pan sugeruje?

– Tylko tyle, że rodzi to trochę pytań.

– Najprawdopodobniej wpadł przypadkiem.

– Być może. Ale jak mógł wpaść przypadkiem, skoro badaliście go co tydzień?

– Może coś mu się pomieszało. Narkomanom to się zdarza – odparła Sophie.

– Kto wie. Chciałbym jednak porozmawiać z osobą, która przeprowadziła kontrolę.

– To doktor Stilwell. Lekarz drużyny. A asystował mu Sawyer Wells.

– Sawyer Wells, ten guru od pomocy samemu sobie?

– Psycholog, specjalista od zachowań ludzkich, terapeuta i wspaniały motywator – sprostował Jared. Terapeuta motywator? Hmm.

– Czy któryś z nich jest na miejscu?

– Wątpię. Ale będą później. Dziś wieczorem gramy mecz.

– Kto z drużyny przyjaźnił się z Clu? Jakiś trener, gracz?

– Trudno powiedzieć – odparł Jared.

– Z kim dzielił pokój na wyjazdach?

– Pan istotnie nie trzymał ręki na pulsie. Sophie prawie się uśmiechnęła.

– Z Cabralem – odparł Jared. – Z Enosem Cabralem. Miotaczem z Kuby.

Myron znał tego gracza. Skinął głową, rozejrzał się i wtedy je zobaczył. Serce mu podskoczyło, siłą woli stłumił okrzyk.

Właśnie sunął oczami po pokoju, patrząc, lecz właściwie, co nagminne, niczego nie widząc, kiedy jego spojrzenie złapało się jak na zardzewiały haczyk na pewien przedmiot. Zamarł. Z prawej strony komody pośród innych fotografii w ramkach, trofeów, lateksowych sześcianów kryjących nagrody, akcje z pierwszej emisji firmy Mayor Software i tym podobnych stało zdjęcie.

Oprawione zdjęcie dziewczyny z dyskietki komputerowej.

Myron starał się zachować spokój. Głęboki wdech, głęboki wydech. Czuł jednak, że puls mu przyspiesza. Jego umysł szukał tymczasowej polany, próbując przebić się przez mgłę.

Przepatrzył banki pamięci w swojej głowie. W porządku, zwolnij. Zaczerpnij powietrza. Oddychaj.

Nic dziwnego, że dziewczyna wyglądała znajomo.

Ale co tu robiła? Powrócił do przeszukania banków pamięci. Była oczywiście córką Sophie Mayor.

Siostrą Jareda. Jak miała na imię? Nie mógł sobie przypomnieć. Co się z nią stało? Uciekła, czy tak?

Dziesięć, piętnaście lat temu. Chyba zerwała z rodziną. Nie podejrzewano morderstwa. A może? Nie pamiętał.

– Myron?

Chciał pomyśleć. Na chłodno, swobodnie. Potrzebował czasu. Nie mógł po prostu palnąć: „Dostałem dziwną dyskietkę ze zdjęciem pani córki, które rozpływa się we krwi”. Musiał stąd wyjść. Rozeznać się w sprawie. Przemyśleć ją. Wstał, niedyskretnie zerkając na zegarek.

– Na mnie już czas – powiedział.

– Słucham?

– Chciałbym jak najszybciej porozmawiać z doktorem Stilwellem.

– Nie widzę powodu – odparła Sophie Mayor, wpatrując się w niego.

– Już wyjaśniłem – Co to zmieni? Clu nie żyje. Wyniki kontroli straciły znaczenie.

– Kto wie, czy tych spraw coś nie łączy.

– Śmierci Clu z kontrolą antynarkotykową?

– Tak.

– Nie widzę związku.

– Mimo to chcę to zbadać. Mam do tego prawo.

– Jakie?

– Jeśli wyniki tego testu nie były jednoznaczne, zmienia to postać rzeczy.

– Co zmienia… – Sophie urwała, uśmiechnęła się lekko i skinęła głową swoim myślom. – A, chyba rozumiem.

Myron nic nie powiedział.

– Ma pan na myśli warunki jego kontraktu, tak? – spytała.

– Muszę iść – przypomniał.

Pochyliła się do przodu i splotła odwrotnie ręce.

– No cóż, Myron, trzeba przyznać, że rasowy z pana agent. Próbujemy wycisnąć dodatkową prowizję z trupa?

Przetrzymał tę zniewagę.

– Jeżeli Clu nie brał, jego kontrakt zachowuje ważność – odparł. – Jego rodzinie należeć się będzie od pani co najmniej trzy miliony dolarów.

– Aha, a więc to próba wymuszenia? Zjawił się pan tu po pieniądze?

Ponownie zerknął na zdjęcie młodej dziewczyny. Przypomniał sobie dyskietkę, śmiech, krew.

– W tej chwili chciałbym porozmawiać z lekarzem zespołu – odparł. Sophie Mayor spojrzała na niego jak na kupę na dywanie.

– Niech pan opuści mój gabinet – zażądała.

– Pozwoli mi pani porozmawiać z lekarzem?

– Pan nie ma żadnej podstawy prawnej.

– A jednak mam.

– Nie ma pan, niech mi pan wierzy. Rekompensaty dla rodziny nie będzie. Proszę wyjść. Natychmiast.

Spojrzał raz jeszcze na zdjęcie. Nie pora na polemiki. Szybko wyszedł.


18

<p>18</p>

Zaczęło go boleć. Sam tylenol nie pomógł. W tylnej kieszeni miał też kodeinę, ale nie odważył się jej zażyć. Musiał zachować trzeźwy umysł, a kodeina zesłałaby na niego sen szybciej niż… stosunek. Naprędce podsumował dolegliwości. Najbardziej dawała mu do wiwatu rozcięta goleń, a zaraz po niej skopane żebra. Reszta bolączek była niemal pożądanym urozmaiceniem. Niemniej boleśnie odczuwał każdy ruch. Kiedy wrócił do biura, Wielka Cyndi wręczyła mu stos kartek z wiadomościami.

– Ilu reporterów dzwoniło? – spytał.

– Przestałam liczyć, panie Bolitar.

– Jakieś wieści od Bruce'a Taylora?

– Tak.

Bruce zajmował się Metsami, a nie Jankesami. Ale każdy dziennikarz chciał napisać artykuł o sprawie Clu. Poza tym Bruce był dziennikarzem zaprzyjaźnionym. Z pewnością wiedział coś o córce Sophie Mayor. Wic polegał na tym, żeby w rozmowie z nim poruszyć ów temat, nie budząc zbytniej ciekawości.

Myron zamknął drzwi gabinetu, usiadł i wystukał numer.

– Taylor – odezwał się po pierwszym sygnale głos.

– Hej, Bracie.

– Jezu! Myron? Hej! Dzięki, że oddzwaniasz.

– Jasne, Bracie. Współpraca z ulubionym reporterem to przyjemność.

– Tata – rata – rozległo się po chwili.

– Że co?

– Coś za szybko się odezwałeś.

– Przebacz.

– Dobra, Myron, pomińmy punkt, w którym rozbrajasz mnie swoją nieziemską charyzmą. Przejdźmy do rzeczy.

– Chcę ubić interes.

– Słucham.

– Nie jestem jeszcze gotów do oświadczeń. Ale kiedy będę, o wszystkim dowiesz się pierwszy. Na wyłączność.

– Na wyłączność? Ty to jesteś oblatany w żargonie prasowym, chłopie.

– Mogłem użyć słowa „bomba”. To jedno z moich ulubionych.

– Pięknie, ładnie. Czego żądasz za to, że mi nic nie powiesz?

– Informacji. Pod warunkiem, że nie doszukasz się w moich pytaniach tego, czego w nich nie ma, i o tym nie napiszesz. Pozostaniesz moim źródłem.

– Raczej dziewczynką na telefon.

– Jeśli cię to rajcuje.

– Nie dziś, skarbie, boli mnie głowa. Czyli sytuacja wygląda tak. Ty mi nic nie mówisz. Ja o niczym nie piszę i mówię ci wszystko. Niestety, chłopie, nic z tego.

– Żegnaj, Bracie.

– Zaraz, Myron, chwila. Czy ja jestem dyrektorem? Oszczędź mi tych durnych negocjacji. Skończmy z przeciąganiem liny. Zróbmy tak: coś mi dasz. Jakiś komentarz Myrona Bolitara, cokolwiek. Choćby najzupełniej niewinny. Bylebym dostał go pierwszy. Wtedy powiem ci, co chcesz wiedzieć, nabiorę wody w usta, a ty podrzucisz mi na wyłączność jakąś bombę. Zgoda?

– Zgoda. Oto mój komentarz: Esperanza Diaz nie zabiła Clu Haida. Popieram ją w stu procentach.

– Miała romans z Clu?

– Koniec komentarza, Bruce. Kropka.

– Ładnie, pięknie, a czy to prawda, że w chwili morderstwa nie było cię w kraju?

– Powiedziałem swoje, Bruce. „Bez dalszych komentarzy”. „Nie odpowiem dziś na więcej pytań”.

– Ej, przecież to tajemnica poliszynela. Co ci szkodzi potwierdzić? Byłeś na Karaibach, tak?

– Tak.

– Gdzie na Karaibach?

– Bez komentarzy.

– Dlaczego? Naprawdę byłeś na Kajmanach?

– Nie byłem na Kajmanach.

– To gdzie?

Proszę, jak działają reporterzy!

– Bez komentarzy.

– Zadzwoniłem do ciebie, jak tylko poszedł hyr, że Clu ćpał. Esperanza odparła, że jesteś w mieście, ale nic nie powiesz.

– Teraz też, Bruce. Twoja kolej.

– No nie, Myron, nie dajesz nic w zamian.

– Zawarliśmy umowę.

– Dobra, jasne, chcę być uczciwy – powiedział Bruce tonem nie pozostawiającym złudzeń, że jeszcze do tego wróci. – Pytaj.

Ostrożnie, przykazał sobie Myron. Nie mógł prosto z mostu spytać o córkę Sophie Mayor. Musiał działać subtelnie. Otworzyły się drzwi i do gabinetu wsunął się Win. Myron dał mu znak palcem. Win skinął głową, otworzył drzwi szafy, popatrzył w duże lustro na ich wewnętrznej stronie i uśmiechnął się. Miły sposób zabijania czasu.

– Jakie plotki krążyły o Clu? – spytał Myron.

– Przed wpadką na teście?

– Tak.

– Że to bomba z opóźnionym zapłonem.

– Wyjaśnij.

– Miotał wspaniale, bez dwóch zdań. Dobrze się prezentował. Schudł, był skoncentrowany. Ale na jakiś tydzień przed kontrolą antynarkotykową zaczął wyglądać jak zmora. Przecież go widziałeś, tak? A może już wyjechałeś z kraju?

– Mów, mów.

– Nie bardzo jest o czym. W jego przypadku widziałeś to setki razy. Łamał ci serce. W ręku miał dar od Boga. A reszta… szkoda gadać, sam rozumiesz.

– A więc już przed testem widać było, że coś z nim nie tak?

– Właśnie. Takich znaków, mogę rzec po fakcie, było wiele. Słyszałem, że wyrzuciła go żona. Był nieogolony, oczy miał przekrwione i tak dalej.

– Nie oznacza to, że ćpał.

– Owszem. Mógł to być skutek gorzały.

– Albo stresu w związku z rozdźwiękiem w małżeństwie.

– Na słowo to możesz uwierzyć komuś takiemu jak Orel Hershiser, lecz w przypadku Clu Haida, Steve'a Howe'a czy innego notorycznego popaprańca zakładasz, że nawalił, i jedenaście razy na dziesięć masz rację.

Myron spojrzał na Wina, który skończył już przygładzać blond loki i ćwiczył w lustrze uśmiechy. W tej chwili pracował nad łobuzerskim. Subtelnie, subtelnie, powtórzył sobie Myron.

– Bruce?

– Tak?

– Co wiesz o Sophie Mayor?

– A o co chodzi?

– O nic konkretnego.

– Pytasz z ciekawości?

– Właśnie.

– Jakżeby inaczej.

– Jak bardzo zaszkodziła jej wpadka Clu?

– Ogromnie. To już wiesz. Postawiła na swoim i przez jakiś czas uchodziła za geniuszkę. Ale po wpadce Clu na kontroli natychmiast wyszła na idiotkę, która powinna oddać sprawy w ręce mężczyzn.

– Skąd się wzięła?

– Wzięła?

– Tak. Chcę się o niej czegoś dowiedzieć.

– Dlaczego? – spytał Bruce. – A zresztą. Pochodzi chyba z Kansas, a może z Iowy, Indiany albo Montany. Z tamtych stron. Typ podstarzałej czerstwej dziewoi. Kocha łowić ryby, polować, wszystko, co się wiąże z naturą. W przeszłości matematyczne cudowne dziecko. Przyjechała na Wschodnie Wybrzeże studiować na MIT. Właśnie tam poznała Gary'ego Mayora. Pobrali się i prawie przez całe życie byli wykładowcami uniwersyteckimi. On uczył na Uniwersytecie Brandeisa, ona na uczelni Tuftsa. Na początku lat osiemdziesiątych opracowali program prowadzenia finansów osobistych i nagle z naukowców należących do klasy średniej stali się milionerami. W roku 1994 weszli na giełdę i zmienili się z erów w derów.

– Z erów w derów?

– Z milionerów w miliarderów.

– Aha.

– A potem zrobili to, co robi sporo superbogaczy: zakupili koncesję sportową. W tym wypadku zespół Jankesów. Gary Mayor dorósł w miłości do nich. Mieli być dla niego miłą zabawką, ale niestety się nią nie nacieszył.

Myron odchrząknął.

– Czy Mayorowie… mają dzieci? Znalazł się subtelniś.

– Dwoje. Jareda znasz. Uzdolniony, inteligentny chłopak, poszedł na twoją Alma Mater. Ale nikt go nie lubi, bo pracę dostał dzięki mamusi. Odpowiada głównie za pilnowanie jej sportowej inwestycji. O ile wiem, dobrze sobie z tym radzi, a baseball zostawia baseballistom.

– Mhm.

– Mają też córkę. A raczej mieli.

Win westchnął z wysiłkiem i zamknął drzwi szafy. Bardzo trudno było mu oderwać się od lustra. W pełni rozluźniony, usiadł jak zwykle naprzeciwko Myrona. Myron odchrząknął.

– Jak to mieli córkę? – spytał Bruce'a.

– Zerwała z nimi kontakty. Nie pamiętasz tej historii?

– Słabo. Uciekła od nich?

– Tak. Na imię miała Lucy. Kilka tygodni przed osiemnastymi urodzinami dała nogę z chłopakiem, muzykiem grange'owym. Było to, czyja wiem, dziesięć, piętnaście lat temu. Zanim Mayorowie dorobili się pieniędzy.

– Gdzie teraz mieszka?

– W tym rzecz, że nikt nie wie.

– Nie rozumiem.

– Pewne jest, że uciekła. Chyba zostawiła im list. Że wyrusza z chłopakiem szukać szczęścia itd., jak to nastolatka. Sophie i Gary Mayorowie, typowi wykładowcy ze Wschodniego Wybrzeża, którzy naczytali się za dużo doktora Spocka, dali córce swobodę, licząc, że wróci do domu.

– Ale nie wróciła.

– Ba.

– Więcej się nie odezwała?

– Ba.

– Kilka lat temu coś o tym czytałem. Zaczęli jej szukać?

– Tak. Po pierwsze, po kilku miesiącach jej chłopak wrócił. Rozstali się i rozeszli w różne strony. To dopiero szok, co? W każdym razie nie wiedział, dokąd pojechała. Mayorowie zawiadomili policję, lecz nie robili z tego wielkiej sprawy. Lucy zdążyła skończyć osiemnaście lat i uciekła najwyraźniej z własnej woli. Nic nie wskazywało na morderstwo, a poza tym Mayorowie nie mieli jeszcze fury pieniędzy.

– A kiedy się wzbogacili?

– Ponowili próbę odnalezienia córki. Szukali jej jak zaginionej dziedziczki fortuny. Brukowce jakiś czas chętnie o tym pisały. Pojawiło się trochę niczym niepopartych doniesień, ale żadnych konkretów. Twierdzono, że Lucy wyjechała za granicę. Że przebywa w jakiejś komunie. Że nie żyje. Takie tam. Nie znaleźli jej, a ponieważ nie natrafiono na żaden ślad przestępstwa, sprawa w końcu przycichła. Zamilkli. Win spojrzał na Myrona i wygiął brew w łuk. Myron pokręcił głową.

– A dlaczego cię to interesuje? – spytał Bruce.

– Po prostu chcę zasięgnąć języka o Mayorach.

– Mhm.

– Nic wielkiego.

– Jasne, przypuszczam, że wątpię.

– Naprawdę – skłamał Myron. – Nie znasz bardziej współczesnego wyrażenia? Nikt już tak nie mówi.

– Nie?… Muszę pilniej śledzić MTV. Ale Vanilla Ice nie spadli z topu, co?

– Szajs, szajs, baby.

– Mówi się trudno, na razie gramy twoimi kartami, Myron. Ale o Lucy Mayor nie wiem nic ponadto. Sprawdź w wyszukiwarce Lexisa. W gazetach może być więcej szczegółów.

– Dobry pomysł, dzięki. Słuchaj, Bruce, mam następną rozmowę.

– No, co ty? Spławiasz mnie?

– Zawarliśmy umowę.

– To po kiego wypytujesz mnie o Mayorów?

– Powiedziałem, że chcę czegoś o nich się dowiedzieć.

– Znasz wyrażenie „nie ściemniaj”?

– Do widzenia, Bruce.

– Zaczekaj… – W słuchawce zaległa cisza. – To jakaś poważna sprawa, tak?

– Bardzo poważna. Zginął Clu Haid. O jego zabicie oskarżono Esperanzę. Została aresztowana.

– Ale to nie wszystko? Potwierdź. Niczego nie wydrukuję, słowo.

– Chcesz znać prawdę, Bruce? Jeszcze nie wiem.

– A kiedy będziesz wiedział?

– Wtedy dowiesz się pierwszy.

– Naprawdę wierzysz w niewinność Esperanzy? Przy tych wszystkich dowodach?

– Tak.

– Jeśli będziesz jeszcze czegoś potrzebował, Myron, dzwoń. Lubię Esperanzę. Chętnie w miarę możliwości wam pomogę.

Myron rozłączył się i spojrzał na pogrążonego w myślach Wina, który palcem wskazującym stukał w podbródek. Przez kilka ładnych sekund milczeli. Win przestał stukać palcem.

– Co się stało z rodziną Kingów? – spytał.

– Mówisz o tych ze specjalnego programu na Boże Narodzenie? Win potwierdził skinieniem głowy.

– Oglądałeś ten program co roku. Kingów były krocie – dużych Kingów z brodami, małych Kingów w majtkach, mamuś, tatusiów, wujów, ciotek, kuzynów. Aż któregoś roku – puf! – zniknęli. Co do jednego. Co się stało?

– Nie wiem.

– Dziwne, prawda?

– Pewnie.

– A co ród Kingów porabiał przez resztę dni w roku?

– Szykował się do występu w programie na następne Boże Narodzenie?

– Co za życie! Mija Boże Narodzenie i zaczynasz myśleć o następnym. Żyjesz w szklanej kuli ze sztucznym śniegiem.

– Pewnie.

– Ciekawe, co się teraz dzieje z tą gromadą nagle bezrobotnych Kingów. Sprzedają samochody? Ubezpieczenia? Narkotyki? Smutnieją w każde Boże Narodzenie?

– Interesująca refleksja, Win. Przy okazji, przyszedłeś z jakiegoś konkretnego powodu?

– Kingowie to nie jest wystarczający powód? A kto wpadł do mojego biura, bo nie kumał, o czym śpiewa Sheena Easton?

– Porównujesz rodzinę Kingów z Sheeną Easton?

– Tak naprawdę chciałem przekazać ci, że nie będzie wezwania do sądu firmy Lock – Horne. Myron wcale się nie zdziwił.

– Potęga łapówek nie przestaje mnie zdumiewać – powiedział, kręcąc głową.

– Łapówka to takie ordynarne słowo – odparł Win. – Wolę bardziej poprawną politycznie „dobrowolną wpłatę na żądanie”. – Usiadł prosto, po swojemu założył nogę na nogę i splótł dłonie na kolanach. – Wyjaśnij – rzekł, wskazując telefon.

Myron wyjaśnił. Opowiedział o wszystkim, zwłaszcza o historii Lucy Mayor.

– Zagadkowe – skomentował Win.

– Rzeczywiście.

– Choć nie bardzo widzę, co łączy te sprawy.

– Ktoś przysyła mi dyskietkę z Lucy Mayor, a niedługo potem ginie Clu. Myślisz, że to zwykły zbieg okoliczności?

– Za wcześnie mówić – orzekł po namyśle Win. – Zrekapitulujmy wypadki, dobrze?

– Proszę.

– Zacznijmy po kolei: w drodze wymiany Clu trafia do Nowego Jorku, gra dobrze, przeżywa załamanie, bo Bonnie wyrzuca go z domu, wpada na kontroli antynarkotykowej, rozpaczliwie cię szuka, przychodzi do mnie, bierze z konta dwieście tysięcy dolarów, uderza Esperanzę, zostaje zamordowany. – Win zamilkł. – Zgadza się?

– Tak.

– Przyjrzymy się zatem kilku stycznym z powyższym ciągiem.

– Przyjrzyjmy się.

– Po pierwsze, nasz dawny koleżka z bractwa studenckiego, Billy Lee Palms, gdzieś znika. Clu podobno odwiedził go krótko przed śmiercią. Jest jeszcze jakiś powód, żeby łączyć Billy'ego Lee z tą sprawą?

– Właściwie nie ma. Zresztą według jego matki za Billym Lee ostatnio trudno trafić.

– Tak więc jego zniknięcie nie musi mieć związku z tą sprawą.

– Być może.

– W każdym razie to kolejny dziwny zbieg okoliczności.

– Właśnie.

– Wobec tego zajmijmy się na chwilę drugą styczną: barem nocnym Zgadnij.

– Wiemy jedynie, że Clu tam był.

– Wiemy znacznie więcej.

– Na przykład?

– Zareagowali na twoją wizytę za ostro. Wyrzucenie cię stamtąd i pobicie to jedno. Ale przesłuchanie z użyciem noża i prądu to gruba przesada.

– Czyli że…

– Czyli że trafiłeś w nerw, wsadziłeś kij w mrowisko, poruszyłeś gniazdo os, wybierz ulubiony truizm.

– A więc są w to zamieszani.

– Logiczne – odparł Win, znowu naśladując Spocka.

– Jak?

– Mój Boże, nie mam pojęcia.

– Sądziłem, że Clu i Esperanza się tam spotkali – rzekł po chwili Myron.

– Zmieniłeś zdanie?

– Załóżmy, że się spotkali. Co w tym nadzwyczajnego? Skąd ta przesadna reakcja?

– A więc chodzi o coś innego.

– Masz więcej stycznych? – spytał Myron.

– Jedną dużą. Zniknięcie Lucy Mayor.

– Do którego doszło przeszło dziesięć lat temu.

– Na dodatek jego związek z resztą wypadków jest, przyznajmy, w najlepszym razie słaby.

– Przyznaję. Win zetknął palce.

– A jednak dyskietkę przysłano tobie.

– Tak.

– Nie mamy pewności, czy Lucy Mayor łączy coś z Clu Haidem…

– Owszem.

– Ale wiemy na pewno, że łączy ją coś z tobą.

– Ze mną? – Myron zrobił zdziwioną minę. – Niemożliwe.

– Dobrze się zastanów. Może ją kiedyś spotkałeś.

– Nie.

– Nie mając o tym pojęcia. Ta kobieta żyła bardzo długo jakby w stanie utajenia. Spotkałeś ją w jakimś barze, zaliczyłeś jednorazowy numerek.

– Nie zaliczam jednorazowych numerków.

– Słusznie… Boże, jak ja ci zazdroszczę – odparł Win, patrząc na niego beznamiętnie. Myron machnął ręką.

– Załóżmy, że masz rację. Załóżmy, że spotkałem ją, nie wiedząc o tym. I co z tego? Mści się na mnie, przysyłając dyskietkę, na której jej twarz zmienia się w kałużę krwi?

– Zagadkowe – przyznał Win.

– Co nam pozostaje?

– Zagadka. Włączył się interkom.

– Dzwoni pański ojciec, panie Bolitar – poinformowała Wielka Cyndi.

– Dziękuję. – Myron podniósł słuchawkę. – Cześć, tato.

– Witaj. Co u ciebie?

– W porządku.

– Oswajasz się z krajem?

– Tak.

– Cieszysz się, że wróciłeś? Ojciec wyraźnie z czymś zwlekał.

– Tak, tato, bardzo.

– Ta sprawa z Esperanzą… Mocno cię absorbuje, co?

– Tak, owszem.

– Czyyyy – zaczął Al Bolitar, przeciągając słowo – w takim razie znajdziesz czas na lunch ze swoim starym?

W jego głosie czuć było napięcie.

– Oczywiście, tato.

– Może jutro. W klubie?

Myron stłumił jęk. O rany, w klubie!

– Oczywiście. W południe?

– Dobrze, synu.

Tata nieczęsto nazywał go synem. Od wielkiego dzwonu. Myron przełożył słuchawkę do drugiej ręki.

– Coś się stało, tato? – spytał.

– Nie, nie – zaprzeczył zbyt pośpiesznie ojciec. – Wszystko w porządku. Po prostu chcę z tobą o czymś porozmawiać.

– O czym?

– To nic takiego, może poczekać. Do zobaczenia jutro. Al Bolitar rozłączył się. Myron spojrzał na Wina.

– To mój ojciec – wyjaśnił.

– Wiem, powiedziała ci to Wielka Cyndi. A poza tym kilka razy powtórzyłeś słowo „tato”. Połapałem się w mig, już taki mam talent.

– Na jutro umówił się ze mną na lunch.

– Mam się tym przejąć dlatego…

– Tylko cię informuję.

– Wieczorem zanotuję to w swoim pamiętniku. A na razie wpadła mi do głowy kolejna myśl w związku z Lucy Mayor.

– Słucham.

– Jak pamiętasz, próbowaliśmy ustalić, komu ta sprawa zaszkodziła.

– Pamiętam.

– Z pewnością Clu. Esperanzy. Tobie. Mnie.

– Tak.

– Musimy jednak dodać jeszcze jedną osobę. Sophie Mayor.

– Całkiem słusznie – rzekł Myron, kiwając głową. – Gdybyś chciał ją zniszczyć, to co byś zrobił? Przede wszystkim podkopałbyś jej poparcie u kibiców i w zarządzie klubu.

– Dobrałbym się do Clu Haida – wtrącił Win.

– Właśnie. A potem uderzył w jej czuły punkt: zaginioną córkę. Wyobrażasz sobie zgrozę Sophie Mayor po przesłaniu podobnej dyskietki?

– Rodzi to ciekawe pytanie.

– Jakie?

– Powiesz jej?

– O dyskietce?

– Pewnie, że o dyskietce. Przecież nie o ostatnich ruchach wojsk w Bośni.

– Nie mam wyboru – odparł Myron po krótkim namyśle. – Muszę jej powiedzieć.

– To również może być częścią planu wykończenia jej psychicznie – rzekł Win. – Zapewne ktoś przesłał ci dyskietkę, wiedząc, że uderzy to w panią Mayor.

– Może. Tak czy inaczej Sophie Mayor ma prawo wiedzieć. Nie mnie decydować, czy wystarczy jej sił, by to znieść.

– Słusznie. – Win wstał. – Znajomi ludzie próbują dotrzeć do zeznań świadków i urzędowych raportów w sprawie śmierci Clu: z sekcji zwłok, miejsca zbrodni, badań kryminalistycznych et cetera. Ale nikt nie puszcza pary z gęby.

– Chyba ktoś by się znalazł – rzekł Myron.

– Tak?

– Lekarzem sądowym powiatu Bergen jest Sally Li. Znam ją.

– Dzięki ojcu Jessiki?

– Tak.

– Uderz do niej. Win ruszył do drzwi.

– Win?

– Tak?

– Masz pomysł, jak przekazać wieści Sophie Mayor?

– Żadnego.

Po wyjściu przyjaciela Myron utkwił wzrok w telefon, podniósł słuchawkę i wystukał numer. Trwało to jakiś czas, nim sekretarka w końcu go połączyła. Na dźwięk jego głosu Sophie Mayor nie zapiała z zachwytu.

– O co chodzi? – spytała ostrym tonem.

– Musimy porozmawiać.

W komórce albo w telefonie w samochodzie zahuczało.

– Już rozmawialiśmy.

– Nie o tym.

– Jestem w samochodzie – odparła po chwili Sophie Mayor. – Milę od domu na Long Island. Czy to ważne?

Myron wziął pióro.

– Proszę podać adres – rzekł. – Zaraz tam będę.


19

<p>19</p>

Mężczyzna na ulicy wciąż czytał gazetę.

Zjeżdżająca winda przystawała wiele razy. Typowo. Jej pasażerowie oczywiście milczeli, zajęci śledzeniem malejących świetlistych numerów, jakby czekali na lądowanie UFO. W holu Myron wtopił się w strumień urzędników – łososi płynących w górę rzeki, pod prąd, aż do wyzionięcia ducha – i wydostał się na Park Avenue. Wielu kroczyło z podniesionymi głowami i minami modeli na wybiegu, inni zaś, wcielenia Atlasa z Piątej Alei dźwigającego na barkach ziemski glob, szli zgarbieni, ale dla nich świat był zwyczajnie za ciężki.

Brawo, znów głęboka myśl.

Świetnie ustawiony na rogu Pięćdziesiątej Szóstej Ulicy i Park Avenue mężczyzna, którego Myron zauważył, wracając do biurowca Lock – Horne'a, czytał gazetę, lecz trzymał ją tak, żeby widzieć wszystkich wchodzących i wychodzących.

Hmm.

Myron wyjął komórkę i wcisnął zaprogramowany przycisk.

– Wysłów się – rzekł Win.

– Zdaje się, że mam ogon.

– Zaczekaj… Narożny kiosk z gazetami – odezwał się po dziesięciu sekundach Win. W swoim gabinecie miał kolekcję teleskopów i lornetek. Nie warto pytać dlaczego.

– Tak jest.

– Dobry Boże. Można bardziej rzucać się w oczy?

– Wątpię.

– Gdzie jego duma zawodowa? Gdzie profesjonalizm?

– Smutne.

– Ten kraj schodzi na psy, przyjacielu. W tym cały problem.

– W kiepskich ogonach?

– To przykład. Spójrz na niego. Kto stoi tak jak on na rogu ulicy i tak czyta gazetę? Brakuje tylko, żeby wyciął w niej dziury na oczy.

– Mhm. Masz trochę wolnego czasu? – spytał Myron.

– Oczywiście. Jak proponujesz go spędzić?

– Wesprzyj mnie.

– Daj mi pięć.

Myron odczekał pięć minut. Stał, starannie unikając patrzenia na gościa z gazetą. Sprawdziwszy godzinę, prychnął gniewnie, jakby na kogoś czekał i się niecierpliwił.

Gdy po pięciu minutach ruszył wprost na niego, śledzący skrył się za lekturą.

Myron podszedł do niego i stanął tuż obok. Śledź wcisnął nos w gazetę. Myron obdarzył go uśmiechem numer osiem. Szerokim i pełnozębnym jak telepastor po zafasowaniu grubego czeku, jak młody Wink Martindale. Śledź wbijał wzrok w gazetę. Myron, bez przerwy się uśmiechając, zrobił oczy wielkie jak klaun, a nie doczekawszy się reakcji, przybliżył swój uberwatowy uśmiech na centymetry do twarzy pechowca i zastrzygł brwiami. Śledź złożył głośno gazetę i westchnął.

– Wystarczy, debeściaku, namierzyłeś mnie. Gratulacje.

– Dziękujemy panu za udział w programie – rzekł Myron wciąż z uśmiechem Winka Martindale'a.

– Ale głowa do góry, nie puścimy pana do domu z pustymi rękami! Wróci pan z wersją gry Nieudolny Ogon i roczną prenumeratą Nowoczesnego Bałwana.

– Dobra, dobra, jeszcze się spotkamy.

– Chwileczkę! Ostatnia runda Va Banque. Odpowiedź: do śledzenia mnie wynajął pana on lub ona.

– Wal się!

– O, przepraszam, musi pan ująć to w formie pytania. Śledź ruszył. Kiedy się odwrócił, Myron posłał mu uśmiech i pomachał ręką.

– Ten program wyprodukowali Mark Goodson i Bill Todman. Do widzenia państwu! – powiedział i znowu pomachał.

Śledź pokręcił głową i wtopił się w ludzki potok. Ludzi było mnóstwo, a wśród nich nie przypadkiem znajdował się Win. Należało oczekiwać, że śledź znajdzie jakąś zatoczkę, zadzwoni do swojego szefa, a wówczas Win go podsłucha i dowie się wszystkiego. Co za plan!

Myron dotarł do wynajętego samochodu i okrążył kwartał ulic. Innych śledzi nie było. W każdym razie rzucających się w oczy jak ten ostatni. Nieważne. Jechał do posiadłości Mayorów na Long Island. Nie było istotne, czy ktoś o tym wiedział.

W samochodzie wypełnił sobie czas, dzwoniąc z komórki. W sprawach dwóch futbolistów halowych (to tacy – gdyby ktoś nie wiedział – którzy grają pod dachem na mniejszych boiskach), liczących na załapanie się do drużyn przed zamknięciem listy transferowej. Myron obdzwonił zespoły, niestety, nikt nie okazał zainteresowania. Za to wielu pytało go o śmierć Clu. Zbył ich. Wiedział, że stara się daremnie, lecz nie rezygnował. Co za gość! Próbował skupić się na pracy, zatracić w otępiającej rozkoszy zarabiania na chleb powszedni. Ale świat wciąż mu w tym przeszkadzał. Myron pomyślał o uwięzionej Esperanzy. Pomyślał o Jessice w Kalifornii. Pomyślał o Bonnie Haid i jej osieroconych synkach w domu. Pomyślał o Clu w formaldehydzie. Pomyślał o telefonie od ojca. A co dziwniejsze, i to nie raz, o samotnej Teresę na wyspie. Od reszty spraw się odgrodził.

Gdy dojechał do Muttontown, części Long Island, której nie dane mu było poznać wcześniej, skręcił w prawo w zalesioną drogę. Po przebyciu około dwóch mil i minięciu ze trzech wjazdów dotarł wreszcie do prostej bramy z żelaza, opatrzonej małą tabliczką z napisem „Mayorowie”. Strzegło jej kilka kamer. Nacisnął guzik domofonu.

– Czym mogę służyć? – spytał kobiecy głos.

– Myron Bolitar do Sophie Mayor.

– Proszę wjechać. Zaparkować przed domem. Brama otwarła się. Myron ruszył w górę dosyć stromego wzgórza. Wysokie żywopłoty po obu stronach wjazdu sprawiały, że czuł się jak szczur w labiryncie. Dostrzegł więcej kamer. Ani śladu domu. Wreszcie dotarł na szczyt i wjechał na polanę z nieco zarośniętym trawiastym kortem i polem do krokieta. Bardzo w stylu Bulwaru Zachodzącego Słońca. Znów skręcił. Dom był prosto jak strzelił. To znaczy, rezydencja, lecz nie tak wielka jak te, które zdarzyło mu się oglądać. Pokryte jasnożółtym tynkiem ściany porastała winorośl. Okna wyglądały na ołowiane. Sceneria z lat dwudziestych. Niemal spodziewał się, że za chwilę zaparkują tuż za nim w cudnym kabriolecie Scott i Zelda Fitzgeraldowie.

Odcinek drogi bliżej domu pokryto tłuczniem. Gdy podjeżdżał, opony zachrzęściły. Pośrodku okrągłego podjazdu, dziesięć kroków od wejścia, stała fontanna, a na niej nagi Neptun z zębem trytona. Mniejsza wersja fontanny z Piazza delia Signoria we Florencji. Woda wprawdzie tryskała, ale niezbyt wysoko i bez specjalnego zapału, tak jakby ktoś nastawił jej ciśnienie na „sikanie na pół gwizdka”. Myron zaparkował. Na prawo, w idealnie kwadratowym basenie, pływały liście lilii wodnej. Wypisz, wymaluj Monet dla ubogich. W ogrodzie stały posągi, kuzyni figur z Grecji, Włoch i tym podobnych. W stylu Wenus z Milo, aczkolwiek „z ręcamy”.

Myron wysiadł i zatrzymał się. Zastanawiając się nad tym, co za moment wyjawi, krótką chwilę rozważał, czy nie zawrócić. Jak tu powiedzieć tej kobiecie, że jej zaginiona córka roztopiła się na dyskietce komputerowej. Nie znalazł odpowiedzi.

Otworzono drzwi. Kobieta w niezobowiązującym stroju zaprowadziła go korytarzem do dużego pokoju z wysokim blaszanym sufitem, mnóstwem okien i sprawiającym niejaki zawód widokiem na więcej białych posągów i las. Wnętrze urządzono w stylu art deco, ale nie natrętnie. Byłoby miło, gdyby nie trofea myśliwskie. Wypchane ptaki na półkach wyglądały smutno. I zapewne tak się czuły. Czy można mieć im to za złe?

Myron obrócił się i przyjrzał wypchanemu jeleniowi. Czekał na Sophie Mayor. Jeleń również. Zwierzak sprawiał wrażenie cierpliwego.

– Niech się pan nie krępuje – usłyszał.

Za nim stała Sophie Mayor. W powalanych dżinsach i kraciastej koszuli – okaz weekendowej botaniczki.

– Ja się nie krępuję, lecz co dalej? – spytał, sięgając do podręcznej skarbnicy dowcipnych replik wstępnych.

– Niech pan rzuci złośliwą uwagę o polowaniu.

– Jakbym mógł.

– Śmiało. Polowanie to dla pana barbarzyństwo?

– Nie zastanawiałem się nad tym – skłamał.

– Ale go pan nie pochwala?

– Nie czuję się kompetentny do oceny.

– To się nazywa tolerancja. – Sophie Mayor uśmiechnęła się. – Ale za nic nie wziąłby pan w tym udziału, co?

– W polowaniu? Nie, to nie dla mnie.

– Bo to nieludzkie. – Wskazała podbródkiem wypchanego jelenia. – Zabić mamę Bambiego itp.

– Po prostu nie dla mnie.

– Rozumiem. Jest pan wegetarianinem?

– Nie przesadzam z mięsem.

– Ja nie mówię o pańskim zdrowiu. Jada pan mięso zwierząt?

– Tak.

– Pańskim zdaniem, w zabiciu kurczaka lub krowy jest więcej człowieczeństwa niż w zabiciu jelenia?

– Nie.

– Czy pan wie, jak strasznie cierpi krowa, zanim ją zaszlachtują?

– Żeby zjeść.

– Słucham?

– Zaszlachtują ją, żeby zjeść.

– Zjadam to, co zabiję, Myron. Pańskiego brata mniejszego na ścianie – wskazała głową cierpliwego jelenia – wypatroszono i zjedzono. Lepiej się pan z tym czuje?

– Zaprasza mnie pani na lunch? Zaśmiała się krótko.

– Nie podejmę dyskusji o łańcuchu pokarmowym – odparła. – Ale Bóg tak urządził świat, że chcąc przeżyć, musimy zabijać. Kropka. Wszyscy zabijamy. Nawet zaprzysięgli wegetarianie orzą pola. A czyż orka nie uśmierca małych zwierząt i owadów?

– Prawdę mówiąc, nigdy o tym nie myślałem.

– Polowanie jest bardziej praktyczne, uczciwe. Gdy zasiadasz do spożycia mięsa, nie myślisz, w jaki sposób ofiara trafiła na talerz, byś mógł przeżyć. W jej zabiciu ktoś cię wyręcza. Nawet nie zniżasz się do myślenia o tym. Ja natomiast spożywam mięso z większym zrozumieniem. Nie bezmyślnie. Dla mnie upolowane zwierzę nie jest anonimową tuszą.

– A co w takim razie z myśliwymi, którzy zabijają zwierzęta nie po to, by je zjeść?

– Większość zjada to, co upolują.

– A co z zabijającymi dla sportu? Dla sportu też się zabija.

– Owszem.

– Co z nimi? Co z zabijaniem wyłącznie dla rozrywki?

– W odróżnieniu od czego? Zabicia dla pary butów? Dla ładnego płaszcza? Czy spędzenie dnia na wolnym powietrzu, zrozumienie i docenienie bujnego piękna przyrody jest mniej warte od skórzanego portfela? Czy warto zabijać zwierzęta dlatego, że zamiast paska z tworzywa sztucznego wolisz pasek ze skóry? Czy nie warto zabijać ich po prostu dla samej przyjemności polowania?

Myron nie odpowiedział.

– Pan wybaczy, że na pana wsiadłam. Po prostu drażni mnie powszechna hipokryzja. Wszyscy chcą ratować wieloryby, a co z tysiącami ryb i krewetek, które co dzień pochłania wieloryb? Czy ich życie nic nie jest warte, bo nie budzą sympatii? Czy zwrócił pan uwagę, że nikt nie chce ratować brzydkich zwierząt? Ci sami ludzie, dla których polowania to barbarzyństwo, wznoszą specjalne ogrodzenia, żeby jelenie nie niszczyły ich ukochanych ogrodów. Jeleni robi się za dużo i padają z głodu. Czy to lepsze?

A ekofeministki? Mówią, że mężczyźni polują, a kobiety są na to za delikatne. Seksistowskie brednie.

Chcą być ekolożkami? Chcą się zbliżyć do natury? No, to muszą zrozumieć powszechne prawo przyrody: zabijasz albo giniesz.

Obrócili się i spojrzeli na naoczny dowód jej tezy – jelenia.

– No, ale nie przyszedł pan tu na wykład – powiedziała. Zwłoka była po myśli Myrona, lecz nadszedł czas, by przejść do rzeczy.

– Tak jest, proszę pani.

– Proszę pani? – Sophie Mayor zaśmiała się niewesoło. – To brzmi groźnie. Myron spojrzał jej w twarz. Nie odwróciła wzroku.

– Proszę mówić mi po imieniu – dodała. Skinął głową.

– Mogę zadać bardzo osobiste, być może bolesne pytanie, Sophie?

– Do odważnych świat należy.

– Czy miała pani jakąkolwiek wiadomość od córki po jej ucieczce z domu?

– Nie – padła szybka odpowiedź.

Sophie Mayor wzrok miała pewny, głos silny, ale pobladła.

– Więc nie ma pani pojęcia, gdzie jest?

– Żadnego.

– Pracował pan kiedyś w policji.

– Niezupełnie.

– Słyszałam coś o tym od Clipa Arnsteina.

Myron milczał. Clip Arnstein, menedżer Celtów, który ściągnął go przed laty w pierwszej rundzie naboru do drużyny z Bostonu, był nielichym gadułą.

– Pomógł pan mu, kiedy zniknął Greg Downing – ciągnęła.

– Tak.

– Przez lata wynajmowałam do szukania Lucy prywatnych detektywów. Podobno najlepszych na świecie. Czasami wydawało się, że jesteśmy blisko, ale… – Głos ją zawiódł, spojrzenie odpłynęło daleko. Popatrzyła na dyskietkę takim wzrokiem, jakby raptem zmaterializowała się jej w dłoniach. – Jaki cel miał ten, kto ją panu przysłał?

– Nie wiem.

– Znał pan moją córkę?

– Nie.

Sophie Mayor wzięła dwa ostrożne oddechy.

– Coś panu pokażę. Wrócę za minutę.

Zajęło to jej połowę tego czasu. Myron zaczął właśnie patrzeć w oczy martwemu ptakowi, z lekką konsternacją stwierdzając, że są one bardzo podobne do oczu kilku znanych mu osobników, kiedy wróciła z kartką. Myron spojrzał na papier. Była to artystyczna podobizna kobiety przed trzydziestką.

– Portret wykonano w MIT – wyjaśniła. – Mojej Alma Mater. Pewien naukowiec opracował program, który pomaga postarzać ludzi na podstawie zdjęć. Osoby zaginione. Dzięki niemu można się zorientować, jak wyglądałyby one dzisiaj. Ten portret zrobiono dla mnie kilka tygodni temu. Myron przyglądał się portretowi ukazującemu, jak mogłaby wyglądać nastoletnia Lucy jako kobieta przed trzydziestką. Efekt był zaskakujący. O tak, to niewątpliwie ona, ale Myron miał wrażenie, że patrzy na ducha, na życie będące ciągiem hipotez, na umykające niepostrzeżenie lata, które boleśnie wymierzają policzek. Wpatrywał się w podobiznę zaginionej, w jej bardziej tradycyjną fryzurę, drobne zmarszczki. Jakże ciężko musiało być Sophie Mayor patrzeć na ten portret.

– Kogoś panu przypomina? – spytała Sophie.

– Niestety, nie.

– Na pewno?

– Na tyle, na ile można mieć w takich razach pewność.

– Pomoże mi pan ją znaleźć?

Nie mógł zdecydować się na odpowiedź.

– Nie bardzo wiem, jak mógłbym pomóc – odparł.

– Clip twierdzi, że jest pan dobry w takich sprawach.

– Przesada. A nawet gdyby tak było, nie bardzo wiem, co mógłbym zrobić. Wynajęła pani fachowców. Są policjanci…

– Policja umyła ręce. Uznali, że Lucy uciekła, kropka. Myron milczał.

– Sądzi pan, że to beznadziejna sprawa?

– Za mało o niej wiem.

– To była dobra dziewczyna. – Sophie Mayor uśmiechnęła się, oczy miała zamglone od podróży w czasie. – Naturalnie, uparta. Zbyt żądna przygód. Ale w końcu to ja sama wpoiłam jej niezależność. Policja? Uznali ją za dziecko z problemami. Niesłusznie. Była po prostu zagubiona. Kto nie jest w takim wieku? Poza tym nie uciekła w środku nocy, nic nikomu nie mówiąc.

– To co się stało? – spytał Myron na przekór rozsądkowi.

– Lucy była nastolatką. Nadąsaną, nieszczęśliwą, niedostosowaną. Jej rodzice, eksperci komputerowi, wykładali matematykę na uczelniach. Jej młodszy brat uchodził za geniusza. Nienawidziła szkoły. Chciała wędrować, poznać świat. Miała rockandrollową fantazję. Któregoś dnia oznajmiła nam, że jedzie z Owenem.

– Ze swoim chłopakiem? Sophie skinęła głową.

– Przeciętnym muzykiem, liderem kapeli garażowej, przekonanym, że jego wielki talent tłamszą koledzy z zespołu. – Skrzywiła się jak przy ssaniu cytryny. – Chcieli uciec, zdobyć kontrakt na nagranie płyty, sławę. Gary i ja zgodziliśmy się. Lucy była jak dziki ptak zamknięty w małej klatce. Cokolwiek byśmy zrobili, nie przestałaby machać skrzydłami. Doszliśmy z mężem do wniosku, że nie mamy w tej sprawie wyboru. Co więcej, uznaliśmy, że Lucy wyjdzie to na dobre. Wiele osób z jej klasy zwiedziło z plecakiem Europę. Żadna różnica.

Zamilkła i spojrzała na Myrona. Czekał.

– No i? – zachęcił ją w końcu.

– Na tym nasz kontakt z nią się urwał. Zapadła cisza.

Sophie Mayor obróciła się w stronę jelenia. Zwierzę patrzyło na nią, jakby jej współczuło.

– Ale Owen powrócił? – spytał Myron.

– Tak – odparła, nie spuszczając oczu z jelenia. – Jest sprzedawcą samochodów w New Jersey. W weekendy grywa w kapeli na ślubach. Ma pan pojęcie? Przebiera się w tani smoking, zamienia w weselnego wodzireja i na cały głos śpiewa Tie a Yellow Ribbon i Celebration. – Pokręciła z ironią głową. – Po powrocie przesłuchała go policja, ale nic nie wiedział. Historia jego i Lucy jest typowa: pojechali do Los Angeles, nie powiodło im się, zaczęli się kłócić, po pół roku z sobą zerwali. Owen pozostał tam jeszcze trzy miesiące, tym razem przekonany, że to Lucy tłamsi jego wielki talent. Kiedy znów mu nie wyszło, wrócił do domu z podwiniętym ogonem. Zapewnił, że nie widział mojej córki, odkąd zerwali.

– Policja to sprawdziła?

– Tak powiedzieli. I na tym stanęło.

– Podejrzewała pani Owena?

– Nie – odparła z goryczą. – Za duże z niego zero.

– Były jakieś konkretne tropy?

– Konkretne?… Właściwie nie – odparła po chwili. – Kilku zatrudnionych przez nas detektywów sądzi, że wstąpiła do jakiejś sekty.

Myron skrzywił się.

– Sekty?

– Uznali, że jej osobowość mieści się w takim profilu psychologicznym. Że wbrew moim staraniom, by wpoić jej niezależność, Lucy jest przeciwieństwem osoby niezależnej, potrzebuje wskazówek, jest samotna, podatna na wpływy, zrażona do znajomych i rodziny.

– Nie zgadzam się z tą oceną – rzekł Myron. Sophie spojrzała na niego bacznie.

– Powiedział pan, że nie zna Lucy.

– Być może profil psychologiczny jest trafny, ale wątpię, żeby Lucy była w sekcie.

– Dlaczego?

– Sekty kochają pieniądze. A jej rodzina jest bardzo bogata. Proszę mi wierzyć, jeśli nawet wstąpiłaby do sekty, zanim doszliście do fortuny, do tej pory już by się o was zwiedzieli. I nawiązali kontakt, choćby po to, żeby wyłudzić wielkie sumy.

Sophie znów zamrugała oczami, zacisnęła powieki i odwróciła się plecami do Myrona. Zrobił krok i zatrzymał się, nie wiedząc, jak się zachować. Wybrał powściągliwość, dystans, zaczekał.

– Niepewność, oto co zżera człowieka – odezwała się po jakimś czasie. – Całe dnie, całe noce, od dwunastu lat. Bez ustanku. Nie opuszcza cię nigdy. Kiedy serce mojego męża nie wytrzymało, wszyscy byli wstrząśnięci. Taki zdrowy mężczyzna, mówili. Taki młody. Wciąż zadaję sobie pytanie, jak przetrwam bez niego kolejny dzień. Jednak po zniknięciu Lucy rzadko o tym rozmawialiśmy. Nocą leżeliśmy w łóżku, udając jedno przed drugim, że śpimy, i gapiliśmy się w sufit, wyobrażając sobie najgorsze rzeczy, jakie lęgną się tylko w głowach rodziców zaginionych dzieci.

Znów zamilkła.

Myron nie wiedział, co powiedzieć. A cisza gęstniała tak, że ledwie mógł oddychać.

– Przykro mi – przemówił. Nie podniosła wzroku.

– Pojadę na policję – dodał. – Powiem im o dyskietce.

– A co to da?

– Przeprowadzą śledztwo.

– Już je przeprowadzili. Mówiłam panu… myślą, że Lucy uciekła.

– Doszedł nowy dowód. Potraktują sprawę poważniej. Mogę zawiadomić media. Natychmiast to nagłośnią.

Sophie Mayor pokręciła głową. Wstała i wytarła dłonie w dżinsy na udach.

– Dyskietkę przesłano panu – powiedziała.

– Tak.

– Na pański adres.

– Tak.

– Ktoś ma do pana sprawę. Podobnie wyraził się Win.

– Tego nie wiemy – odparł Myron. – Nie chcę gasić pani nadziei, bo jeśli to tylko kawał…

– To nie kawał.

– Nie wiadomo.

– Gdyby to był kawał, dyskietkę przesłano by mnie. Albo Jaredowi. Względnie komuś, kto znał moją córkę. A przesłano ją panu. To z panem ktoś szuka kontaktu. Możliwe, że sama Lucy.

Myron wziął głęboki oddech.

– Powtarzam, nie chcę gasić pani…

– Dość, Myron. Niech pan powie, co ma do powiedzenia.

– Dobrze… gdyby to była Lucy, po co przesłałaby swoje zdjęcie, które zamienia się w kałużę krwi? Niewiele brakowało, a Sophie Mayor by się skrzywiła.

– Nie wiem. Być może ma pan rację, że to nie ona. Może to jej zabójca. W każdym razie ktoś szuka kontaktu z panem. To pierwszy konkretny trop od lat. Jeżeli nagłośnimy i upublicznimy ten fakt, to obawiam się, że nadawca dyskietki znowu się ukryje. Na to nie pójdę – oświadczyła.

– W takim razie nie widzę, co mógłbym zrobić.

– Zapłacę panu, ile pan zażąda. Proszę wymienić cenę. Sto tysięcy? Milion?

– Nie chodzi o pieniądze. Po prostu nie wiem, w czym mógłbym pomóc.

– Przeprowadzi pan śledztwo.

– Moją najbliższą przyjaciółkę i wspólniczkę aresztowano za morderstwo. Mój klient został zastrzelony w swoim mieszkaniu. Mam też innych klientów, którzy liczą, że zapewnię im pracę.

– Rozumiem. A więc nie ma pan czasu?

– To nie jest kwestia czasu. Brak mi punktu zaczepienia. Jakiegokolwiek śladu, związku, źródła informacji. Nie mam od czego zacząć.

Sophie Mayor przygwoździła go spojrzeniem.

– Niech pan zacznie od siebie. Pan jest moim śladem, związkiem, źródłem informacji. – Chwyciła jego dłoń mocną, chłodną ręką. – Proszę tylko, żeby pan bliżej się przyjrzał.

– Czemu?

– Może sobie.

Zamilkli. Nie wypuściła jego dłoni.

– Brzmi nieźle, choć nie bardzo wiem, co przez to rozumieć – odparł.

– Nie ma pan dzieci, prawda?

– Nie mam. Co nie znaczy, że pani nie współczuję.

– Pozwoli więc pan, że spytam: co zrobiłby pan na moim miejscu? Jak by się pan zachował, gdyby raptem po dziesięciu latach trafił się panu pierwszy prawdziwy trop?

– Tak samo jak pani – przyznał.

A potem pod wypchanym jeleniem przyrzekł Sophie Mayor, że będzie miał oczy otwarte. Że będzie o tym myślał. Że spróbuje ustalić, co łączy dyskietkę z zaginięciem jej córki.


20

<p>20</p>

Po powrocie do biura założył słuchawki z mikrofonem i zaczął dzwonić. Wykapany Jeny Maguire. Nie tylko ze względu na akcesoria, lecz i fakt, że na prawo i lewo tracił klientów. Zadzwonił Win.

– Twój ogon z gazetą to Wayne Tunis – poinformował. – Mieszka na Staten Island, pracuje w budownictwie. Zadzwonił do niejakiego Johna McClaina z wieścią, że go namierzyłeś. To tyle. Są bardzo ostrożni.

– Więc na razie nie wiemy, kto go wynajął?

– Zgadza się.

– Mamy wątpliwości, postawmy na pewniaka.

– Młodego Franka Juniora?

– Oczywiście. Śledził mnie od miesięcy.

– Co proponujesz?

– Wolałbym mieć go z głowy.

– Zalecałbym precyzyjny strzał w potylicę.

– Wystarczy nam kłopotów, żeby dokładać sobie jeszcze jeden.

– Dobrze. Co robimy?

– Stawiamy Juniorowi czoło.

– Zazwyczaj przesiaduje w Starbucks na Czterdziestej Dziewiątej Ulicy – rzekł Win.

– W Starbucks?

– Mafijne bary espresso przeminęły wraz z modą na garnitury sportowe i muzyką disco.

– Jedne i drugie wracają.

– Nie, wracają ich dziwaczne mutacje.

– Na przykład bary kawowe w miejsce barów espresso?

– Sam widzisz.

– W takim razie złóżmy Juniorowi wizytę.

– Daj mi dwadzieścia minut – rzekł Win i odłożył słuchawkę. Tuż po tym na linię weszła Wielka Cyndi.

– Panie Bolitar?

– Tak?

– Dzwoni panna lub pan Rozkosz – oznajmiła. Myron zamknął oczy.

– Ten – ta z wczoraj?

– Tak, chyba że zna pan jeszcze jakąś inną Rozkosz, panie Bolitar.

– Dowiedz się, czego chce.

– Z tonu jej głosu i słów można wnosić, że to pilna sprawa. Pilna sprawa?

– Dobrze. Połącz ją… lub jego. W słuchawce trzasnęło.

– Myron?

– A, owszem, witam, Rozkoszy.

– Ależ wczoraj miałeś wyjście, dryblasie. Wiesz, jak zrobić wrażenie na dziewczynie.

– Zwykle skaczę przez szklane tafle dopiero na drugiej randce.

– Dlaczego nie zadzwoniłeś?

– Byłem bardzo zajęty.

– Jestem na dole – powiedziała Rozkosz. – Poleć strażnikowi, żeby mnie wpuścił na górę.

– To nie jest najlepszy moment. Mówiłem ci…

– Mężczyźni rzadko odmawiają Rozkoszy. Tracę wyczucie czy co?

– Nie. Po prostu zjawiasz się nie w porę.

– Rozkosz to nie jest moje prawdziwe imię.

– Wybacz, że pozbawię cię złudzeń, ale czułem, że w metryce masz jakieś inne.

– Nie o to chodzi. Wpuść mnie na górę. Musimy porozmawiać o zeszłym wieczorze. O czymś, co zdarzyło się, gdy wyszedłeś.

Myron wzruszył ramionami i zadzwonił na portiernię, by wpuszczono na górę osobę, która przedstawi się jako Rozkosz. Strażnik zdziwił się, ale przyjął polecenie. Myron, wciąż w słuchawkach na głowie, pośpiesznie wystukał numer firmy produkującej odzież sportową. Przed wypadem na Karaiby był bliski dopięcia umowy na reklamę obuwia sportowego przez lekkoatletę, którego reprezentował. Tym razem jednak kazano mu czekać. Wreszcie odezwał się asystent asystenta. Kiedy Myron spytał go, jak się sprawy mają, usłyszał, że umowa nie doszła do skutku. Dlaczego?

– Niech pan spyta swojego klienta – odparł asystent. – Aha, i jego nowego agenta.

Trzask!

Myron zamknął oczy i ściągnął z głowy słuchawki. Niech to szlag!

Zapukano do drzwi. Obcy dźwięk lekko go zabolał. Esperanza nie pukała. Nigdy. Z upodobaniem odrywała go od zajęć. Prędzej dałaby sobie uciąć rękę, niżby zapukała.

– Proszę – powiedział.

– Niespodzianka – usłyszał głos osoby, która weszła. Starał się nie patrzeć. Odłożył słuchawki.

– Jesteś…

– Rozkosz.

Zmiany, zmiany, zmiany. Zniknął kostium Kocicy, blond peruka, wysokie obcasy i… okazały biust. Niemniej Rozkosz pozostała, na szczęście, kobietą, i to całkiem atrakcyjną. Była ubrana w tradycyjny granatowy kostium i stosowną bluzkę, ostrzyżona na chłopaka, oszczędniej umalowana, a okrągłe szkła w szylkretowych oprawkach tonowały blask jej oczu. Figurę miała szczuplejszą, jędrniejszą, mniej, hm, kształtną, jednakże bez zarzutu. Po prostu inną.

– Odpowiadam na twoje pierwsze pytanie – dodała. – Przebierając się za nią, używam Raquel, zasługującego na swoją nazwę Cudownego Powiększacza Biustu.

– Czegoś, co wygląda jak spłaszczona elastyczna modelina?

– Właśnie. Upycha się ją w biustonoszu. Pewnie widziałeś inforeklamę.

– Widziałem? Kupiłem kasetę.

Zaśmiała się. Zeszłej nocy jej śmiech – nie wspominając o chodzie, ruchach, tonie głosu i doborze słów – był dwuznaczny. W dzień natomiast melodyjny i niemal dziecięcy.

– Zakładam też zasługujące na swą nazwę Cud Miseczki, które unoszą całość w górę – ciągnęła.

– Gdyby podnieść je nieco wyżej, mogłyby zarazem posłużyć za klipsy.

– Pewnie. Ale nogi i tyłek są moje. A tak między nami, nie mam penisa.

– Zauważyłem.

– Mogę usiąść? Myron spojrzał na zegarek.

– Nie chcę być niemiły…

– Wysłuchaj mnie, nie pożałujesz.

Rozkosz zajęła fotel naprzeciwko biurka. Myron zaplótł ręce i oparł pośladki o kant blatu.

– Naprawdę nazywam się Nancy Sinclair. Nie przebieram się za Rozkosz dla frajdy. Jestem dziennikarką, przygotowuję artykuł o Zgadnij. Spojrzenie od środka na to, co tam się dzieje, jacy ludzie tam przychodzą, czym się kierują. Wcieliłam się w Rozkosz po to, żeby się przede mną otworzyli.

– Robisz to wszystko dla artykułu?

– Jak to wszystko?

– Przebierasz się i…

Myron zrobił nieokreślony gest.

– Choć to w żadnym razie nie jest twoja sprawa, odpowiedź brzmi „nie”. Przebieram się. Zawieram znajomości. Flirtuję. Kropka. Lubię patrzeć, jak ludzie na mnie reagują.

– Aha. – Myron odchrząknął. – Zapytam z ciekawości: nie wymienisz mnie w swoim artykule, co? Bo wiesz, byłem tam pierwszy raz i…

– Spokojnie. Rozpoznałam cię, jak tylko wszedłeś.

– Naprawdę?

– Interesuję się koszykówką. Mam karnet na mecze Smoków.

– Rozumiem.

Smoki były zawodową drużyną z New Jersey. Niedawno Myron próbował powrócić do gry w ich zespole.

– Dlatego do ciebie podeszłam.

– Żeby sprawdzić, czy jestem… rozwichrzony płciowo?

– W Zgadnij to powszechne. Miałbyś być wyjątkiem?

– Wyjaśniłem ci, że poszedłem tam, żeby o kogoś wypytać.

– Owszem, o Clu Haida. Niemniej zaciekawiła mnie twoja reakcja.

– Okazałaś się dowcipną rozmówczynią – odparł Myron.

– Mhm.

– A poza tym mam bzika na punkcie Julie Newmar w roli Kocicy.

– Byłbyś zaskoczony, ilu jest takich jak ty.

– Wcale im się nie dziwię. Czemu zawdzięczam tę wizytę, Nancy?

– Wczoraj Pat widział, jak rozmawiamy.

– Ten barman?

– Jest jednym z właścicieli Zgadnij. Ma udziały w paru lokalach w mieście.

– No i?

– Kiedy po twoim wyjściu się uspokoiło, Pat odciągnął mnie na bok.

– Ponieważ widział, że rozmawiamy?

– Ponieważ widział, że dałam ci numer telefonu.

– I co z tego?

– Do tej pory nie dałam go nikomu.

– Pochlebiasz mi.

– Skądże. Po prostu stwierdzam fakt. Rozmawiałam z wieloma dziewczynami, facetami, z każdym, kto się nawinął. Ale nikomu nie dałam numeru telefonu.

– To czemu dałaś go mnie?

– Byłam ciekawa, czy zadzwonisz. Odtrąciłeś zaloty Rozkoszy, więc z pewnością nie przyszedłeś tam dla seksu. Zastanawiałam się, co knujesz.

Myron zmarszczył brwi.

– Dałaś mi go tylko z tego powodu?

– Tak.

– Nie dlatego, że jestem takim przystojniakiem i mam muskularne ciało?

– Ach, pewnie, o mało nie zapomniałam.

– No więc, czego chciał Pat?

– Żebym przyprowadziła cię dziś do innego nocnego klubu.

– Dziś?

– Tak.

– Skąd wiedział, że zadzwonię? Znowu się uśmiechnęła.

– Nancy Sinclair nie daje gwarancji, że się na nią natychmiast napalą…

– Ale Rozkosz tak?

– Biust to potęga. Pat powiedział, że gdybyś nie zadzwonił, to numer twojej agencji znajdę w książce telefonicznej.

– I znalazłaś.

– Tak. Obiecał mi też, że cię nie skrzywdzą.

– Bardzo pocieszające. A co z tego będziesz miała ty?

– Jak to co? Temat na artykuł. Zabójstwo Clu Haida to bomba prasowa. A ty wiążesz tegotygodniowe morderstwo stulecia z nowojorskim nocnym klubem dla zboczeńców.

– Raczej ci nie pomogę.

– Papryczysz.

– Papryczę? Wzruszyła ramionami.

– Co jeszcze powiedział ci Pat? – spytał Myron.

– Niewiele więcej. Tylko to, że chce porozmawiać.

– Skoro chciał porozmawiać, sam mógł znaleźć mój numer.

– Rozkosz, nie najjaśniejsza żarówka na choince, tego nie zajarzyła.

– Ale Nancy Sinclair tak.

Nancy znowu się uśmiechnęła. Był to bardzo miły uśmiech.

– Pat naradził się z Zorrą.

– Z kim?

– To ich wykidajło, psychol. Przebieraniec w blond peruce.

– W stylu Veroniki Lake? Skinęła głową.

– Kompletny świr. Unieś koszulę.

– Słucham?

– Fantastycznie posługuje się brzytwą w obcasie. Jego ulubione cięcie ma kształt Z, z prawa w lewo. Byłeś z nim na zapleczu.

Wszystko się zgadzało. Nie uniknął cięcia. Zorra – Zorra?! – chciał go naznaczyć.

– Mam takie – przyznał.

– Jest walnięty jak cholera. Robił podobne rzeczy w czasie wojny w Zatoce. Potajemnie. Pracował też dla Izraelczyków. Krążą o nim najrozmaitsze plotki, lecz jeśli tylko pięć procent z tego, co słyszałam, jest prawdziwe, zabił dziesiątki ludzi.

Brakowało mu tylko przebierańca z Mosadu.

– Rozmawiali o Clu? – spytał Myron.

– Nie. Ale Pat wspomniał, że próbowałeś kogoś zabić.

– Ja?

– Tak.

– Myślą, że zabiłem Clu?

– Nie sądzę. Według nich, zjawiłeś się w klubie po to, żeby kogoś odnaleźć i go zabić.

– Kogo?

– Nie mam pojęcia. Ich zdaniem przyszedłeś zabić.

– Nie powiedzieli kogo?

– Jeśli tak, to nie dosłyszałam. – Uśmiechnęła się. – No więc jesteśmy umówieni?

– Chyba.

– Nie boisz się?

– Będę miał wsparcie.

– Kogoś dobrego?

– Jeszcze jak.

– Wobec tego pojadę do domu i przypnę piersi.

– Pomóc ci?

– Ach, mój bohaterze! Dzięki, dam sobie z tym radę.

– A jeżeli nie dasz?

– To mam numer twojego telefonu. Do zobaczenia wieczorem.


21

<p>21</p>

– Niechirurgiczne powiększacze piersi? – spytał Win, marszcząc brwi.

– Tak. Rodzaj akcesorium.

– Akcesorium? Jak torebka dobrana do stroju?

– W pewnym sensie… Tyle że bardziej wpadające w oko – dodał po chwili namysłu Myron. Win zmierzył go beznamiętnym wzrokiem.

– Oszustwo reklamowe – powiedział.

– Słucham?

– Powiększacze piersi to oszustwo reklamowe. Powinien być na to paragraf.

– Tak jest. Co robią politycy w Waszyngtonie? Gdzie są, kiedy trzeba rozwiązać żywotne problemy kraju?

– Sam widzisz.

– Widzę, że jesteś świntuchem.

– Stokrotnie przepraszam, o Oświecony. Powtórz mi – Win przyłożył dłoń do ucha i przekrzywił głowę – co cię pociągnęło w Rozkoszy?

– Koci strój – odparł Myron.

– Rozumiem. Gdyby więc, na przykład, Wielka Cyndi przyszła do pracy w kocim stroju…

– Litości, dopiero co zjadłem drożdżówkę!

– Aha!

– No dobrze, ja też jestem świntuchem. Zadowolony?

– Ekstatycznie. Może źle mnie zrozumiałeś. Może pragnę zakazu stosowania takich akcesoriów przez kobiety, gdyż obniżają ich poczucie własnej wartości? Może mam dość społeczeństwa, które wymusza na nich dążenie do nieosiągalnego ideału: talii osy i piersi jak balony.

– Najważniejsze jest słowo „może”.

– Kochaj mnie za wszystkie moje wady – odparł z uśmiechem Win.

– Co mamy na tapecie? – spytał Myron. Win poprawił krawat.

– Franka Juniora z dwoma przerośniętymi gruczołami hormonalnymi, które strzegą go w Starbucks. Ruszamy?

– W drogę. Potem chcę wpaść na Yankee Stadium. Wypytać kilka osób.

– To brzmi prawie jak plan – rzekł Win.

Poszli w górę Park Avenue. Na rogu zaczekali, bo zmieniły się światła. Mężczyzna w garniturze, przy którym stanął Myron, rozmawiał przez komórkę. Nie wyróżniało go nic oprócz tego, że uprawiał seks przez telefon. Pocierał, hm, dolne partie ciała, dysząc do słuchawki: „Tak, mała, podoba mi się” i podobne, niewarte powtórzenia. Światła się zmieniły. Mężczyzna przeszedł przez ulicę, nie przerywając pocierania się i rozmowy. To się nazywa „I love New York”.

– Co do dzisiejszego wieczoru… – odezwał się Win.

– Tak?

– Ufasz Rozkoszy?

– Jest w porządku.

– Nie można wykluczyć, że jeżeli się tam pokażesz, to cię zastrzelą.

– Wątpię. Pat nie szukałby kłopotów w lokalu, którego jest współwłaścicielem.

– Sądzisz, że posuną gościnność do fundnięcia ci drinka?

– Kto wie. Mój zwierzęcy, działający na obie płcie magnetyzm jestem łakomym kąskiem dla tej hulaszczej hałastry.

Win nie zaoponował.

Poszli Czterdziestą Dziewiątą Ulicą na wschód. Kawiarnia Starbucks była cztery przecznice dalej.

Kiedy tam dotarli, Win dał Myronowi znak, żeby zaczekał, pochylił się i zerknął przez szybę.

– Junior siedzi z kimś przy stoliku – poinformował, gdy się cofnął. – Hans z Franzem dwa stoliki dalej. Poza tym zajęty jest jeszcze jeden.

Myron skinął głową.

– Wchodzimy?

– Ty pierwszy. Ja za tobą.

Myron, który od dawna nie kwestionował metod działania Wina, bezzwłocznie wszedł do środka i skierował się do stolika Franka Juniora. Hans i Franz, jego zbudowane jak misterowie Uniwersum podpory, także dziś nosili koszulki bez rękawów i spodnie jak od piżam, w deseń przypominający rozmyty wzór „turecki”. Na widok wchodzącego Myrona poderwali się, zacisnęli pięści i strzelili karczychami.

Wystrojony w lekką marynarkę w jodełkę, zapiętą pod samą szyję koszulę, spodnie z mankietami i mokasyny z frędzlami od Cole – Haana, F.J. prezentował się za szykownie, by to opisać. Dostrzegł Myrona i uniesieniem ręki powstrzymał osiłków. Hans i Franz zastygli.

– Cześć, F.J. – rzekł Myron.

Frank Junior sączył coś, co przypominało piankę do golenia.

– A, Myron – odparł tonem, mającym w jego mniemaniu świadczyć o ogładzie. Gestem odprawił towarzysza, który bez słowa wstał od stolika i smyrgnął do wyjścia jak przestraszony myszoskoczek.

– Przysiądź się, proszę. Co za zbieg okoliczności.

– Co ty powiesz.

– Oszczędziłeś mi jazdy. Właśnie miałem cię odwiedzić. – Wężowy uśmiech, którym F.J. obrzucił Myrona, spadł na podłogę i odpełznął. – To chyba kismet, co? Najczystszy kismet, że tu wpadłeś. Zaśmiał się, a Hans z Franzem za nim.

– Kismet – powtórzył Myron. – Dobre.

F.J. skinął ręką tak skromnie, jakby chciał powiedzieć: „Sypię takimi perłami jak z rękawa”.

– Usiądź, proszę, Myron. Myron wysunął krzesło.

– Napijesz się czegoś?

– Mrożonej kawy z chudym mlekiem. Dużej, z odrobiną wanilii. F.J. przywołał barmana.

– Jest nowy – zwierzył się.

– Kto?

– Ten przy ekspresie. Poprzedni przyrządzał wspaniałą latte. Ale zrezygnował z przyczyn etycznych.

– Z przyczyn etycznych?

– Tak, po tym, jak zaczęli sprzedawać tu kompakty Kenny'ego G. Nie mógł spać. Gryzło go sumienie. Nie potrafił pogodzić się z myślą, że taką płytę może nabyć jakiś podatny na wpływy chłopak. Dealerka kofeiną ujdzie. Lecz handel Kennym G.?! Facet miał skrupuły.

– Postawa godna pochwały – odparł Myron.

Tę chwilę wybrał na wejście Win. Na jego widok FJ. spojrzał na Hansa i Franza. Win się nie zawahał. Najkrótszą trasą skierował się do stolika Juniora. Hansowi i Franzowi skończył się fajrant. Zastąpili Winowi drogę, nadymając klaty do rozmiarów aż proszących się o kwit parkingowy. Nie zwolnił kroku. Koszulki mieli podwinięte tak wysoko i tak luźne, jakby czekali na obrzezanie. Hans uśmiechnął się z wyższością.

– Ty Win? – spytał.

– Ja Win – odparł Win.

– Nie wyglądasz na kosiora. – Hans spojrzał na Franza. – Wygląda ci na kosiora, Keith?

– Na kosiora nie – odparł Keith.

Nie zwalniając kroku, Win znienacka, niemal od niechcenia, sieknął dłonią. Trafiony za uchem Hans cały zesztywniał, a potem opadł na podłogę, jakby ktoś nagle pozbawił go kośćca. Franz rozdziawił usta, ale tylko na chwilę, gdyż Win płynnym, nieprzerwanym ruchem wykonał piruet i uderzył go w trudną do obrony szyję. Z ust gangstera dobiegły odgłosy, jakby dławił się małymi kośćmi. Odszukawszy jego tętnicę szyjną, Win ścisnął ją palcem wskazującym i kciukiem. Oczy Franza zamknęły się i osunął się w Krainę Mroku.

Siedząca przy sąsiednim stoliku para szybko wyniosła się z kawiarni. Win uśmiechnął się do nieprzytomnych osiłków, zerknął na Myrona, a widząc, że kręci głową, wzruszył ramionami.

– Barista – zwrócił się do mężczyzny przy barze. – Proszę mokkę.

– Jaką?

– Dużą.

– Z chudym mlekiem czy pełnym?

– Chudym. Dbam o figurę.

– W tej chwili.

Win dosiadł się do Myrona i Franka Juniora i założył nogę na nogę.

– Ładna marynarka, F.J. – powiedział.

– Cieszę się, że ci się podoba, Win.

– Wspaniale podkreśla szatańską czerwień twoich oczu.

– Dziękuję.

– Na czym to stanęliśmy?

– Właśnie chciałem powiedzieć Juniorowi – przyszedł Winowi w sukurs Myron – że mam dosyć śledzenia.

– A ja Myronowi, że mam dosyć wścibiania nosa w moje sprawy – rzekł F.J.

– Wścibiania nosa? – Myron spojrzał na przyjaciela. – Czy ktoś jeszcze używa takich słów?

– Starzec na końcu każdego odcinka przygód Scooby Doo – odparł Win.

– Tak. „Wy, wścibskie bachory” i podobnych.

– Za nic nie odgadłbyś, kto podkłada głos Shaggy'ego – rzekł po chwili Win.

– Kto?

– Casey Kasem.

– No co ty! Ten od listy przebojów? – zdziwił się Myron.

– Ten sam.

– Człowiek do śmierci uczy się rozumu.

Leżący na podłodze Hans i Franz drgnęli. Win pokazał Frankowi Juniorowi, że w dłoni skrywa pistolet.

– Dla bezpieczeństwa wszystkich zainteresowanych racz poprosić swój personel, żeby się nie ruszał – powiedział.

F.J. spełnił prośbę. Nie był przestraszony. Jego ojcem był Frank Ache. To wystarczało za ochronę. Mięśniacy byli jedynie na pokaz.

– Śledzisz mnie od tygodni. Skończ z tym – rzekł Myron.

– A ja ci radzę, przestań mieszać się w moje sprawy. Myron westchnął.

– Dobrze, Frank, poddaję się. W jaki sposób mieszam się w twoje sprawy?

– Odwiedziłeś dziś rano Sophie i Jareda Mayorów, tak czy nie?

– Przecież wiesz.

– W celu?

– Niemającym nic wspólnego z tobą.

– Błędna odpowiedź.

– Błędna odpowiedź?

– Odwiedziłeś właścicielkę Jankesów, choć nie reprezentujesz nikogo z tej drużyny.

– I co z tego?

– Więc po co tam byłeś?

Myron spojrzał na Wina. Win wzruszył ramionami.

– Wprawdzie nie muszę się przed tobą tłumaczyć, jednak zaspokoję twoje paranoiczne urojenia: byłem tam z powodu Clu Haida.

– Dlaczego?

– Pytałem o jego testy antynarkotykowe. FJ. zmrużył oczy.

– Ciekawe.

– Cieszę się, że tak uważasz.

– Jestem nowicjuszem w tej zawiłej branży, no wiesz, staram się połapać.

– Mhm.

– Człowiekiem młodym, niedoświadczonym…

– Ach, jak często słyszę takie słowa – wtrącił Win. FJ. pochylił się do przodu, przysuwając bliżej wężowe oblicze. Myron bał się, że wysunie język i go obwącha.

– Żądnym wiedzy. Dlatego oświeć mnie, proszę: co komu teraz po wynikach testów antynarkotykowych Haiga?

Myron szybko rozważył, czy mu odpowiedzieć, i uznał, że nic na tym nie straci.

– Jeśli wykażę, że wyniki kontroli były błędne, kontrakt Clu zachowa ważność. FJ. skinął głową, pojmując, w czym rzecz.

– Mógłbyś wtedy wyciągnąć z tego pieniądze.

– Właśnie.

– Masz podstawy wierzyć, że zaszła pomyłka?

– Niestety, to sprawa poufna, FJ. Do wyłącznej wiadomości agenta i klienta. Na pewno to rozumiesz.

– Rozumiem – odparł FJ.

– To dobrze.

– Ale ty nie jesteś agentem Clu, Myron.

– Nadal odpowiadam za majątek, który pozostawił. Jego śmierć nie zwalnia mnie z tych zobowiązań.

– Błędna odpowiedź. Myron spojrzał na Wina.

– Jeszcze jedna?

– Nie odpowiadasz za jego majątek.

FJ. sięgnął po aktówkę stojącą na podłodze i demonstracyjnie ją otworzył. Zatańczywszy palcem wśród pliku dokumentów, wyciągnął ten, którego szukał, wręczył go Myronowi i uśmiechnął się. Patrząc mu w oczy, Myron przypomniał sobie łeb wypchanego jelenia. Spojrzał na dokument. Przeczytał pierwszą linijkę, serce mu zabiło, sprawdził podpis.

– Co to jest?! – spytał.

Uśmiech skapywał z ust Franka Juniora niczym wosk ze świecy.

– To, co widzisz. Clu Haid zmienił agenta. Porzucił RepSport MB i przeszedł do TruPro.

Myron przypomniał sobie to, co usłyszał od Sophie Mayor w jej biurze – że nie ma żadnych podstaw prawnych.

– Nic nam nie powiedział – odparł.

– „Nam” czy tobie, Myron?!

– Co to ma znaczyć, do diabła?!

– Nie było cię tu. Może próbował cię zawiadomić. Może powiedział twojej partnerce.

– I przypadkiem natknął się na ciebie?

– Nie twoja sprawa, jak zdobywam klientów. Zadowolonych klientów nikt ci nie odbierze. Myron sprawdził w pamięci datę.

– Co za traf, FJ. – powiedział.

– Jaki?

– Taki, że dwa dni przed śmiercią Clu podpisał z tobą kontrakt.

– Masz rację, Myron. Choć nie nazwałbym tego trafem. Na moje szczęście świadczy to, że nie miałem powodu go zabić. W przeciwieństwie do ponętnej Esperanzy.

Myron zerknął na Wina. Patrzył na Hansa i Franza. Już oprzytomnieli i leżeli twarzami do podłogi, z rękami na głowach. Do baru co jakiś czas wchodzili klienci, lecz na widok dwóch leżących natychmiast się cofali. Inni, niespeszeni, mijali Hansa i Franza jak żebraków z Manhattanu.

– Sprytnie pomyślane – przyznał Myron.

– Co?

– Podpisanie kontraktu z Haigiem tuż przed jego śmiercią pozornie wyklucza cię z kręgu podejrzanych.

– Pozornie?

– Odwraca od ciebie uwagę, bo śmierć Clu niby godzi w twoje interesy.

– Ona godzi w moje interesy. Myron pokręcił głową.

– Clu wpadł na kontroli antynarkotykowej. Tym samym zerwał kontrakt. Trzydziestopięcioletni zawodnik, z kilkoma zawieszeniami na koncie? Jego wartość rynkowa spadła do zera.

– W przeszłości wychodził z tarapatów:

– Nie z takich. Był skończony.

– Byłby, gdyby pozostał w MB – odparł F.J. – Ale TruPro ma wpływy. Znaleźlibyśmy sposób na jego powrót do sportu.

Myron wątpił. Niemniej pojawiło się kilka interesujących pytań. Podpis Haiga wyglądał autentycznie, a kontrakt na prawdziwy. Może więc Clu rzeczywiście opuścił agencję, kiedy jej szef byczył się na Karaibach. Dlaczego? Och, z wielu powodów. Zrujnował sobie życie. To jasne, ale dlaczego przeszedł do TruPro? Przecież znał reputację Ache'ów. Wiedział, czym się zajmują. Dlaczego wybrał ich? Chyba że musiał.

Chyba że miał u nich dług. Myron pomyślał o dwustu tysiącach dolarów, które zniknęły. Clu był winien Juniorowi pieniądze? Wpadł w to tak głęboko, że musiał podpisać kontrakt z TruPro? Lecz jeżeli tak, to czemu nie wyjął większej sumy? Na koncie miał więcej.

A może wyglądało to znacznie prościej. Napytawszy sobie wielkiej biedy, Clu poszukał pomocy u swojego agenta. Ale agenta nie było. Poczuł się porzucony. Nie miał nikogo. W desperacji zwrócił się do starego kumpla, Billy'ego Lee Palmsa, lecz ten także za bardzo spaprał sobie życie, żeby pomóc komukolwiek. Tak więc Clu ponownie zaczął szukać.


22

<p>22</p>

Do Yankee Stadium pojechali metrem. O tej porze pociąg linii 4 był stosunkowo pusty.

– Dlaczego pobiłeś tych zbirów? – spytał Myron, gdy znaleźli miejsca.

– Przecież wiesz – odparł Win.

– Bo ci się postawili?

– Nie nazwałbym tego postawieniem się.

– Więc dlaczego ich pobiłeś?

– Ponieważ było to proste.

– Słucham?

Win nie znosił się powtarzać.

– Przesadziłeś – rzekł Myron. – Jak zwykle.

– Wcale nie, zareagowałem w sam raz.

– To znaczy?

– Cieszę się zasłużoną sławą, czyż nie?

– Tak, brutalnego psychopaty.

– Właśnie. Sławę tę zbudowałem na, jak to określasz, przesadzie. Zapracowałem na nią, ty zaś niekiedy z niej korzystasz, prawda?

– Tak sądzę.

– Przydaje nam się?

– Tak sądzę.

– Nie sądź – odparł Win. – Zdaniem przyjaciół i wrogów, jestem zbyt impulsywny, przesadzam, jak się wyraziłeś. Jestem niezrównoważony, nie panuję nad sobą. Ale to oczywista bzdura. Przeciwnie, zawsze nad sobą panuję. Każdy mój atak jest przemyślany. Podjęty po rozważeniu wszystkich za i przeciw.

– W tym wypadku przeważyły argumenty za?

– Tak.

– Czyli zanim tam wszedłeś, wiedziałeś, że pobijesz tych dwu.

– Brałem to pod uwagę. Ostateczną decyzję podjąłem po zorientowaniu się, że nie są uzbrojeni i z łatwością ich wyeliminuję.

– Wyłącznie po to, by umocnić swoją sławę.

– Jednym słowem: tak. Moja sława zapewnia mi bezpieczeństwo. Jak myślisz, dlaczego ojciec Juniora zabronił mu cię zabić?

– Ponieważ jestem promykiem słońca? Ponieważ dzięki mnie świat jest lepszy?

– Sam widzisz – odparł z uśmiechem Win.

– Czy ty w ogóle się przejmujesz?

– Czym?

– Że napadasz na ludzi w taki sposób.

– To nie są zakonnice, Myron, to bandziory.

– Mimo wszystko. Przywaliłeś im, choć nie dali ci powodu.

– Aha. Razi cię, że zrobiłem to znienacka. Wolałbyś uczciwszą walkę?

– Nie sądzę. Przypuśćmy jednak, że się przeliczyłeś.

– Wielce nieprawdopodobne.

– Przypuśćmy, że jeden z nich okazał się lepszy, niż myślałeś, i nie padł od pierwszego ciosu. Przypuśćmy, że musiałbyś go okaleczyć lub zabić.

– To nie są zakonnice, Myron, to bandziory.

– Zrobiłbyś to?

– Znasz odpowiedź.

– Tak sądzę.

– Kto by po nich płakał? – spytał Win. – Po dwóch mętach, którzy dobrowolnie wybrali zawód zbira i oprawcy.

Pociąg zatrzymał się. Pasażerowie wysiedli. Myron i Win pozostali na miejscach.

– Wiem, że sprawia ci to przyjemność – rzekł Myron. Win nie odpowiedział.

– Oczywiście, robisz to również z innych powodów, ale lubisz przemoc.

– A ty nie?

– Nie na tyle co ty.

– Nie na tyle. Niemniej daje ci kopa.

– A po wszystkim mam wyrzuty sumienia.

– Pewnie dlatego, że z ciebie taki filantrop.

Wyszli z metra na Sto Sześćdziesiątej Pierwszej Ulicy i w milczeniu poszli na stadion. Do meczu pozostało jeszcze cztery godziny, a już zebrało się kilka setek kibiców, żeby obejrzeć rozgrzewkę. Od wysokiej wieży wentylacyjnej w kształcie kija baseballowego padał długi cień. W pobliżu grupek jawnie działających koników stało wielu policjantów. Klasyczne odprężenie w stosunkach. Nad niektórymi wózkami z hot dogami kwitły parasole z reklamą ja cię! – yoo – hoo. Mniam. W wejściu dla prasy Myron okazał wizytówkę, strażnik sięgnął po telefon i wpuszczono ich. Schodami w dół po prawej dotarli do tunelu i wyszli na jasne słońce i zieloną trawę. Po dopiero co skończonej wymianie zdań z Winem na temat przemocy Myron wrócił myślami do telefonu od ojca. Jeden jedyny raz był świadkiem, jak tata, najłagodniejszy człowiek na świecie, zachował się gwałtownie. A zdarzyło się to na stadionie Jankesów.

Kiedy Myron miał dziesięć lat, ojciec zabrał go wraz z Bradem, młodszym pięcioletnim bratem, na mecz. Tata zdobył cztery miejsca na górnej trybunie, lecz w ostatniej chwili jego wspólnik w interesach sprezentował mu dwa dodatkowe bilety w trzecim rzędzie za ławką drużyny Red Sox. Ponieważ Brad był wielkim fanem Czerwonych Skarpet, Al Bolitar zaproponował synkom, żeby przesiedli się na kilka kolejek. Sam pozostał na górze. Myron wziął braciszka za rękę i zeszli do miejsc w loży. Miejsc, co tu dużo mówić, fantastycznych.

Brad zaczął dopingować ulubieńców co sił w pięcioletnich płucach. Dopingował jak szalony. Gdy zobaczył w kole Carla Yastrzemskiego i zaczął wołać „Yaz! Yaz!”, odwrócił się ku nim siedzący w rzędzie niżej około dwudziestopięcioletni brodacz, trochę podobny do Jezusa z obrazów w kościele.

– Dosyć tego! – ostrzegł Brada. – Bądź cicho! Bradowi zrobiło się przykro.

– Nie słuchaj go. Wolno ci krzyczeć – zapewnił brata Myron.

A wtedy brodacz sięgnął ręką, chwycił go za koszulkę i zacisnąwszy wielką pięść na godle Jankesów, przyciągnął go do siebie. Buchało od niego piwem.

– Ma się zamknąć. Przeszkadza mojej dziewczynie – powiedział.

Myron przestraszył się. Do oczu napłynęły mu łzy. Z trudem je powstrzymał. Pamiętał, że przeżył wstrząs, lecz przede wszystkim – z niewiadomego powodu – że się zawstydził. Brodacz patrzył na niego groźnie jeszcze kilka sekund, a potem odepchnął od siebie. Myron chwycił brata za rękę i pośpiesznie wrócili na górną trybunę. Próbował udawać, że nic się nie stało, ale dziesięciolatki nie są zbyt dobrymi aktorami, a tata czytał w myślach syna, jakby siedział mu w głowie.

– Co z tobą? – spytał.

Myron zawahał się. A kiedy ojciec powtórzył pytanie, opowiedział mu, co zaszło. I wtedy ojcu coś się stało, coś, czego nie widział u niego przedtem ani potem. Twarz mu spurpurowiała, oczy nagle rozbłysły i pociemniały.

– Zaraz wrócę – rzekł.

Resztę widział Myron przez lornetkę. Tata dotarł na miejsca za ławką Red Sox. Twarz wciąż miał czerwoną. Potem złożył dłonie w trąbkę i zaczął wrzeszczeć z całych sił. Jego twarz z czerwonej stała się karmazynowa. Wrzeszczał cały czas. Brodacz starał się nie zwracać na niego uwagi. Wtedy tato nachylił się do jego ucha niczym Mikę Tyson i ryknął jeszcze głośniej. Kiedy brodacz w końcu się odwrócił, Al Bolitar zrobił coś, co wstrząsnęło Myronem do głębi. Popchnął tamtego – dwa razy! – po czym wskazał bramę, międzynarodowym gestem zapraszając przeciwnika do wyjścia na zewnątrz. Brodacz odmówił. Tato pchnął go znowu. Po schodach zbiegło do nich dwóch porządkowych i ich rozdzielili. Żadnego nie wyrzucili. Tato wszedł na górną trybunę.

– Wracajcie na dół – polecił. – Więcej was nie ruszy. Ale Myron i Brad pokręcili głowami. Woleli siedzieć na górze.

– Znowu podróżujesz w czasie? – spytał Win. Myron potwierdził skinieniem głowy.

– Zdajesz sobie sprawę, że jesteś o wiele za młody na tak częste chwile refleksji.

– Tak, wiem.

Na trawie pola zewnętrznego, z rozłożonymi nogami, rękami z tyłu, siedzieli grupą – niczym duże dzieciaki z przejęciem czekające na początek meczu Małej Ligi – gracze Jankesów. Przemawiający do nich mężczyzna w aż za dobrze skrojonym garniturze gestykulował energicznie, uśmiechnięty, rozentuzjazmowany i zachwycony życiem, jakby na nowo się narodził. Myron rozpoznał go. To był Sawyer Wells, motywator, czyli farmazon dnia, przed dwoma laty nieznany szarlatan, szermujący sztampowymi, ubranymi w nowe sformułowania dogmatami o znalezieniu samego siebie, odkryciu własnych możliwości, zrobieniu czegoś dla siebie – tak jakby ludzie byli nie dość egocentryczni. Jego wielka szansa nadeszła, kiedy Mayorowie zatrudnili go do motywowania swoich podwładnych. Przemowy Sawyera Wellsa, choć nieoryginalne, okazały się skuteczne i zyskał popularność. W ślad za podpisaniem umowy na książkę – pod tytułem Wellsa droga do dobrego samopoczucia – poszły telewizyjny program reklamowy, kasety magnetofonowe, kasety wideo, terminarze i tabele. Zaczęły go wynajmować firmy z listy Fortune 500. Po przejęciu drużyny Jankesów Mayorowie wprowadzili go do zarządu klubu jako psychologa konsultanta do spraw motywacji czy podobnego duractwa. Widok Wina o mało nie przyprawił Sawyera Wellsa o zadyszkę.

– Zwietrzył nowego klienta – rzekł Myron.

– Albo nie widział jeszcze tak przystojnego mężczyzny.

– Pewnie. To najbardziej prawdopodobna przyczyna.

Wells ponownie zajął się graczami, przemówił z jeszcze większym entuzjazmem, rozgestykulował się, klasnął, pożegnał się ze słuchaczami i spojrzał na Wina. Pomachał mu. Pomachał energiczniej. A potem ruszył w podskokach, sadząc susy jak szczeniaczek goniący za nową piszczącą zabawką albo jak polityk w pogoni za potencjalnym ofiarodawcą zielonych. Win zmarszczył brwi.

– Jednym słowem, erzac – powiedział. Myron skinął głową.

– Mam się z nim zaprzyjaźnić? – spytał Win.

– Był podobno obecny podczas kontroli antynarkotykowej. Jest poza tym psychologiem zespołu. Prawdopodobnie słyszy wiele plotek.

– Dobrze – odparł Win. – Ja zajmę się Sawyerem, a ty graczem, z którym Clu dzielił pokój. Enos Cabral był przystojnym żylastym Kubańczykiem, którego piekielnie szybkie rzuty wciąż wymagały dopracowania. Miał dwadzieścia cztery lata, lecz wyglądał tak młodo, że pewnie w każdym sklepie monopolowym żądano od niego dowodu tożsamości. Znieruchomiały, obserwował ćwiczenia w odbijaniu piłek. Ruszały mu się tylko usta. Jak większość miotaczy czekających na swoją kolej żuł gumę albo tytoń z zajadłością lwa obgryzającego świeżo upolowaną gazelę.

Myron przedstawił się. Enos uścisnął mu dłoń.

– Znam pana – powiedział.

– Tak?

– Clu dużo o panu mówił. Radził, żebym podpisał z panem umowę. Myrona zassało w żołądku.

– Tak radził?

– Chciałem zmiany – ciągnął Enos. – Mój agent dobrze mnie traktuje, no nie? Dzięki niemu się wzbogaciłem.

– Dobry menedżer jest, nie przeczę, ważny, ale wzbogacił się pan dzięki sobie, Enos. Agenci ułatwiają zdobycie majątku, lecz go nie tworzą. Kubańczyk skinął głową.

– Zna pan moją historię? – spytał.

W skrócie. Rejs łodzią był niebezpieczny. Bardzo niebezpieczny. Przez tydzień uciekinierzy sądzili, że zgubili się na morzu. A gdy w końcu dopłynęli, z ośmiu żyło już tylko dwóch. Wśród zmarłych był brat Enosa, Hektor, uważany za najlepszego baseballistę Kuby w ostatnim dziesięcioleciu. Mniej od niego utalentowany Enos o mało nie zmarł z odwodnienia.

– Tylko to, co czytałem w gazetach – odparł Myron.

– Kiedy przypłynąłem, mój agent był na miejscu. W Miami miałem rodzinę. Gdy usłyszał o braciach Cabralach, pożyczył jej pieniądze. Opłacił mój pobyt w szpitalu. Dał mi pieniądze, biżuterię i samochód. Obiecał więcej pieniędzy. I mam je.

– Więc w czym problem?

– Brak mu duszy.

– Woli pan mieć agenta z duszą? Kubańczyk wzruszył ramionami.

– Jestem katolikiem – odparł. – A my wierzymy w cuda. Roześmieli się.

– Clu był podejrzliwy – rzekł Enos, bacznie przyglądając się Myronowi. – Nawet wobec mnie. Zamykał się w sobie.

– Wiem.

– Ale wierzył w pana. Powiedział, że dobry z pana człowiek. Że zawierzył panu życie i chętnie zrobi to jeszcze raz.

Myrona znów zassało w żołądku.

– Clu słabo się znał na ludziach.

– Nie sądzę.

– Enos, chciałbym zapytać pana o ostatnie kilka tygodni życia Clu. Kubańczyk uniósł brew.

– Nie przyjechał pan ściągnąć mnie do siebie?

– Nie. Ale zna pan powiedzenie „upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu”? Enos zaśmiał się.

– Co pan chce wiedzieć?

– Zaskoczyła pana wpadka Clu na kontroli antynarkotykowej?

Enos wziął kij do golfa i ścisnął go, kilkakroć zmieniając chwyt. Szukał odpowiedniego? Dziwne. Był miotaczem amerykańskiej ligi baseballowej, który zapewne nigdy nie będzie miał okazji odbijać piłek.

– Nie za bardzo wyznaję się na nałogach – odparł. – Tam, skąd pochodzę, mężczyzna, jeśli go na to stać, może, a jakże, zapić się na śmierć. Co mu zależy, skoro żyje w takim szambie? Tu zaś, jeżeli człowiek ma tyle, co Clu…

Nie musiał kończyć myśli. Była oczywista.

– Raz próbował mi to wytłumaczyć – ciągnął Enos. – Czasem nie chcesz uciec od świata, powiedział. Czasem chcesz uciec od siebie. – Przekrzywił głowę. – Pan w to wierzy?

– Nie całkiem – odparł Myron. – Podobnie jak wiele ładnych zdań, to również brzmi dobrze. Lecz wyziera z niego chęć racjonalizacji własnych czynów.

– Jest pan na niego zły. – Enos uśmiechnął się.

– Chyba tak.

– Niepotrzebnie. Był bardzo nieszczęśliwy. Kto tak zatraca umiar… ma złamaną duszę, no nie? Myron milczał.

– Clu próbował. Pojęcia pan nie ma jak walczył. Nie wychodził wieczorami. Jeżeli w naszym pokoju był minibarek, kazał go wynosić. Nie zadawał się z dawnymi znajomkami, bo się bał, że coś strzeli mu do głowy. Bał się bez przerwy. Walczył długo, usilnie.

– I przegrał.

– Nie widziałem, żeby brał narkotyki. Nie widziałem, żeby pił.

– Ale dostrzegł pan zmiany. Enos skinął głową.

– Życie zaczęło mu się rozpadać. Tyle złego się zdarzyło.

– Co?

W tym momencie rozbrzmiała głośna muzyka organowa – słynna, grana na stadionach baseballowych klasyczna melodia The Girl from Ipanema w interpretacji Eddiego Laytona. Enos uniósł na wysokość ramienia kij baseballowy i po chwili go opuścił.

– Niełatwo mi o tym mówić – odparł.

– Nie pytam dla zabawy. Próbuję dowiedzieć się, kto go zabił.

– Według gazet, pańska sekretarka.

– Mylą się.

Enos zatrzymał wzrok na kiju opatrzonym napisem Louisville, jakby w tym słowie kryło się jakieś przesłanie.

– Niedługo przed śmiercią Clu wyjął z konta dwieście tysięcy dolarów – podsunął mu Myron. – Miał problemy finansowe?

– Jeśli miał, to nie zauważyłem.

– Hazardował się?

– Nie, nie widziałem, żeby się hazardował.

– Czy wie pan, że zmienił agenta?

– Zrezygnował z pana? – spytał zaskoczony Enos.

– Najwyraźniej miał taki zamiar.

– Nie wiedziałem o tym. Wiem, że pana szukał.

– Więc co się stało, Enos? Dlaczego się załamał? Kubańczyk uniósł oczy i zamrugał w słońcu. Pogoda była idealna na wieczorny mecz. Wkrótce mieli zjechać się kibice, zrodzić wspomnienia. Jak co wieczór na wszystkich stadionach świata. Dla jakiegoś chłopca był to pierwszy mecz, który widział w życiu.

– Myślę, że dla niego wielką sprawą było małżeństwo. Zna pan Bonnie? – spytał Enos.

– Tak.

– Clu bardzo ją kochał.

– Dziwnie to okazywał. Kubańczyk uśmiechnął się.

– Spał z tyloma kobietami. Ale chyba tylko po to, żeby zranić siebie.

– To pewnie znów racjonalizacja własnego postępowania. Clu podniósł samozniszczenie do rangi sztuki. To go jednak nie usprawiedliwia, Bonnie tyle przez niego przeszła.

– Myślę, że Clu zgodziłby się z tą oceną. Niemniej najmocniej ranił samego siebie.

– Niech się pan nie łudzi. Ranił również Bonnie.

– Oczywiście, ma pan rację. A mimo to ją kochał. Bardzo przeżył, że go wyrzuciła. Pojęcia pan nie ma, jak bardzo.

– Co panu wiadomo o ich zerwaniu? Kubańczyk znów się zawahał.

– Niewiele mam do powiedzenia. Clu czuł się zdradzony, był zły.

– Zdradził ją nie pierwszy raz.

– Tak.

– Czym ta zdrada różniła się od innych? Bonnie przywykła do jego wyskoków. Dlaczego nie wytrzymała? Z kim ją zdradził?

– Myśli pan, że wyrzuciła go z powodu jakiejś dziewczyny? – zdziwił się Enos.

– A nie?

Kubańczyk pokręcił głową.

– Jest pan pewien?

– W jego przypadku nigdy nie chodziło o dziewczyny. Były dodatkiem do alkoholu i narkotyków. Łatwo z nich rezygnował.

– A więc nie miał romansu? – spytał zdezorientowany Myron.

– Nie – odparł Enos. – Romans miała ona. Myron poczuł w środku falę chłodu i ściśnięcie w żołądku.

Nareszcie go oświeciło. Pożegnał się krótko i szybko odszedł.


23

<p>23</p>

Wiedział, że zastanie Bonnie w domu.

Wypadł z samochodu, ledwie ten znieruchomiał. Na ulicy stało z tuzin innych wozów. Pojazdy żałobników. Drzwi wejściowe były otwarte. Wszedł do środka bez pukania. Chciał odszukać Bonnie, wypytać ją i zakończyć sprawę. W salonie jej nie znalazł. Liczni żałobnicy spowolnili go. Parę osób podeszło do niego. Złożył kondolencje zbolałej matce Clu. Przywitał się z kilkoma innymi osobami, próbując przedostać się przez morze wymieniających serdeczne uściski ludzi i znaleźć Bonnie. Wreszcie dostrzegł ją w ogrodzie za domem. Z kolanami podciągniętymi pod brodę siedziała samotnie na leżaku, patrząc na swoje bawiące się dzieci. Zebrał się w sobie i odsunął szklane drzwi. Na wprost ganku stała duża huśtawka, na której bawili się synkowie Clu, w wypuszczonych na spodnie koszulach z krótkimi rękawami i czerwonych krawatach. Biegali i śmiali się, jakże podobni z uśmiechów i rysów twarzy do zamordowanego ojca. Siedząca z papierosem w ręku plecami do Myrona Bonnie przyglądała się im. Nie odwróciła się, kiedy do niej podszedł.

– Clu nie miał romansu – powiedział. – Romans miałaś ty. Wzięła głęboki oddech.

– Świetnie wybrałeś moment – odparła.

– Cóż począć.

– Możemy pomówić o tym później? Myron odczekał chwilę.

– Wiem, z kim spałaś – oznajmił. Zesztywniała. Wreszcie odwróciła się i spojrzała mu w oczy.

– Przejdźmy się – zaproponowała. Wyciągnęła rękę. Pomógł jej wstać.

Przeszli przez ogród do lasku. Zza wzgórza docierał szum ulicy. Dom był całkiem nowy, duży, zdecydowanie nowobogacki. Przestronny, z mnóstwem okien, z witrażowymi sufitami, małą bawialnią, dużą kuchnią połączoną z wielkim salonem, olbrzymią sypialnią i szafami wielkimi jak stoisko z ubraniami. Kosztował zapewne osiemset tysięcy. Piękny, sterylny, pozbawiony duszy. Wymagający zasiedzenia. Należytej dojrzałości jak dobre wino.

– Nie wiedziałem, że palisz – rzekł.

– Nie wiesz o mnie wielu rzeczy, Myron.

Otóż to! Przyjrzał się jej profilowi i znów stanęła mu przed oczami młoda studentka wchodząca do piwnicy bractwa. Cofnął się myślą do chwili, gdy Clu na widok Bonnie głośno wciągnął powietrze. A gdyby tak weszła nieco później, gdy urwał mu się film lub zdążył poderwać inną? Gdyby wybrał się tego wieczoru na inną balangę? Głupie myśli – życie to losowe rozdroże, seria wyborów – no cóż, bywa.

– Na jakiej podstawie sądzisz, że to ja miałam romans? – spytała.

– Clu zwierzył się Enosowi.

– Skłamał.

– Nie.

Szli dalej. Zaciągnęła się po raz ostatni i rzuciła papierosa na ziemię.

– Moja własność, wolno mi – skomentowała. Myron milczał.

– Clu wyjawił Enosowi, z kim, jego zdaniem, spałam?

– Nie.

– Ale ty sądzisz, że wiesz, kim jest ten tajemniczy kochanek.

– Tak – potwierdził. – To Esperanza. Zamilkli.

– Uwierzyłbyś mi, gdybym stanowczo zaprzeczyła? – spytała Bonnie.

– Masz wiele do wyjaśnienia.

– Dlaczego?

– Zacznijmy od twojej wizyty w agencji po aresztowaniu Esperanzy.

– Dobrze.

– Chciałaś się dowiedzieć, co na nią mają. Właśnie po to przyszłaś. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego ostrzegłaś mnie przed odkryciem prawdy. Poradziłaś mi, bym oczyścił przyjaciółkę z zarzutów, ale nie wgłębiał się za bardzo w sprawę.

Skinęła głową.

– Twoim zdaniem powiedziałam tak, bo nie chciałam, byś dowiedział się o tym romansie?

– Tak. Ale to nie wszystko. Na przykład milczenie Esperanzy. Win i ja snuliśmy domysły, że chce ukryć przed nami romans z Clu. Nieciekawie by wyglądało, gdyby wyszło na jaw, że romansowała z klientem. No a romans z żoną klienta?! Czyż może być coś głupszego?

– Nie ma na to dowodów, Myron.

– Jeszcze nie skończyłem. Widzisz, dowody wskazujące na romans Esperanzy z Clu w rzeczywistości wskazują na jej romans z tobą. Na przykład dowody materialne, włosy łonowe i DNA znalezione w mieszkaniu w Fort Lee. Dało mi to do myślenia. Ty i Clu mieszkaliście w nim jakiś czas. Po przeprowadzce do tego domu wynajmowałaś je nadal. Czyli zanim go wyrzuciłaś, stało puste, tak?

– Tak.

– Czyż może być lepsze miejsce na schadzkę? To nie Clu spotykał się tam z Esperanzą, tylko ty. Bonnie milczała.

– Dowód drugi, dane z elektronicznej rogatki: większość przejazdów przez most przypadła na dni, kiedy Jankesi grali na wyjazdach. Esperanzą nie jeździła więc do Fort Lee, żeby zobaczyć się z Clu. Jeździła na schadzki z tobą. Sprawdziłem nasze biurowe billingi. Odkąd wyrzuciłaś Clu, przestała dzwonić do jego mieszkania. Telefonowała wyłącznie do tego domu. Dlaczego? Clu tu nie mieszkał. Ty tak.

Bonnie wyjęła kolejnego papierosa i skrzesała zapałkę.

– I wreszcie dowód trzeci: kłótnia w garażu, podczas której Clu uderzył Esperanzę. Nie dawało mi to spokoju. Dlaczego ją uderzył? Dlatego że z nim zerwała? Nie miało to sensu. Dlatego że chciał mnie odnaleźć? Odbiło mu, bo się naćpał? Ta sama odpowiedź. Nie mogłem tego rozgryźć. Tymczasem wyjaśnienie okazało się proste. Esperanzą miała romans z jego żoną. Winił ją za rozbicie małżeństwa. Wasze rozstanie, Enos świadkiem, wstrząsnęło nim do głębi. Dla psychiki tak kruchej jak psychika Clu trudno o bardziej dotkliwy cios niż świadomość, że żona ma romans z inną kobietą.

– Obwiniasz mnie o jego śmierć? – spytała ostrym tonem Bonnie.

– To zależy. Zabiłaś go?

– Pomogłoby, gdybym zaprzeczyła?

– Od czegoś trzeba zacząć.

Uśmiechnęła się niewesoło. Jej uśmiech, podobnie jak ten dom, był piękny, sterylny i niemal pozbawiony duszy.

– Zdziwić cię? – spytała. – Odstawienie przez Clu alkoholu i narkotyków nie pomogło naszemu małżeństwu, ono je zakończyło. Clu bardzo długo był… czy ja wiem… zadaniem do wykonania.

Zwalałam jego wady na karb narkotyków, picia i tym podobnych. A gdy wreszcie wygonił z siebie diabły, okazało się, że to, co zostało – uniosła dłonie i wzruszyła ramionami – to on sam. Pierwszy raz zobaczyłam wyraźnie, kim jest, i wiesz, co odkryłam? Że go nie kocham.

Myron milczał.

– Nie wiń za to Esperanzy. To nie jej wina. Trwałam przy nim wyłącznie ze względu na dzieci, a kiedy pojawiła się ona… – Bonnie uśmiechnęła się, tym razem prawdziwiej. – Zdziwić cię jeszcze raz? Nie jestem lesbijką. Nie jestem nawet biseksualna. Po prostu… Esperanza okazała mi czułość. Owszem, uprawiałyśmy seks, ale seks nie był ważny. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, jej płeć była nieistotna. Esperanza to piękna osoba, w tym się zakochałam. Rozumiesz?

– Sama wiesz, jak to wygląda.

– Pewnie. Dwie lesby zeszły się z sobą, odstawiając na bok męża. Jak myślisz, dlaczego chcemy to zachować w tajemnicy? Słabym punktem oskarżenia jest brak motywu. Jeśli jednak dowiedzą się, że byłyśmy kochankami…

– Zabiłyście Clu?

– Jakiej odpowiedzi po mnie oczekujesz?

– Chciałbym ją usłyszeć.

– Nie, nie zabiłyśmy Clu. Zostawiłam go. Gdybym planowała go zabić, czy wyrzuciłabym go z domu i złożyła papiery o rozwód? Po co?

– Żeby zapobiec skandalowi, który na pewno uderzyłby w twoje dzieci.

– No wiesz, Myron!

– Jak zatem wyjaśnisz obecność pistoletu w naszym biurze i krwi w samochodzie?

– Nie potrafię.

Bolała go głowa. Nie umiał powiedzieć: od samej wymiany zdań z Bonnie czy od rewelacji, które usłyszał. Pomimo zaćmienia umysłu próbował się skupić.

– Kto jeszcze wie o waszym romansie?

– Tylko adwokatka Esperanzy, Hester Crimstein.

– Nikt poza tym?

– Nikt. Byłyśmy bardzo dyskretne.

– Na pewno?

– Tak. Bo co?

– Ponieważ – odparł – gdybym zamierzał zabić Clu i wrobić kogoś w morderstwo, przede wszystkim wrobiłbym kochankę żony.

– Myślisz, że morderca wiedział o nas? – spytała Bonnie, pojmując, co z tego wynika.

– To by wiele tłumaczyło.

– Nikomu o nas nie mówiłam. Esperanza też nie.

– Nie byłyście jednak zbyt ostrożne – zadał cios (buch!) między oczy.

– Na jakiej podstawie tak sądzisz?

– Clu się o was dowiedział. Po chwili skinęła głową.

– Powiedziałaś mu? – spytał.

– Nie.

– A co mu powiedziałaś, kiedy go wyrzuciłaś? Wzruszyła ramionami.

– Że nie mam nikogo innego. Co poniekąd było prawdą. Nie rozstaliśmy się z powodu Esperanzy.

– Więc jak się dowiedział?

– Nie wiem. Doszłam do wniosku, że wpadł w obsesję. Że mnie śledził.

– I poznał prawdę?

– Tak.

– A wtedy dopadł Esperanzę i ją zaatakował?

– Tak.

– Potem zaś, zanim komuś o tym powiedział, zanim zdążył zemścić się na którejś z was, zginął. Narzędzie zbrodni podrzucono Esperanzy do biura, a krew Clu do samochodu, którym jeździła. Na dodatek dane z rogatki wskazują, że godzinę po tym, jak go zabito, Esperanza wróciła do Nowego Jorku.

– Zgadza się.

– Nie wygląda to dobrze, Bonnie. Myron pokręcił głową.

– To właśnie chciałam ci uświadomić – odparła. – Skoro nawet ty nam nie wierzysz, to jak zareaguje ława przysięgłych?

Odpowiedź była zbędna. Zawrócili do domu. Dwaj chłopcy wciąż się bawili, nieświadomi, co się wokół nich dzieje. Myron przyglądał im się chwilę. Sieroty, pomyślał i zadrżał na te słowa. Spojrzał jeszcze raz, odwrócił się i odszedł.


24

<p>24</p>

Przed barem Motormaniak – szczera reklama, jakże miło – zamiast Nancy Sinclair czekała na niego Rozkosz.

– Siema – przywitał się teksaski swobodny jeździec Bolitar.

Całkowicie wcielona w rolę, obdarzyła go uśmiechem pełnym pornograficznych tajemnic.

– Siema, przyjacielu – zagruchała, gruchając wszystkie sylaby. – Jak wyglądam?

– Papuśnie, psze pani. Choć wolę panią jako Nancy.

– Kłamczuszek.

Niepewien, czy mówi prawdę, Myron wzruszył ramionami. Przypomniał mu się serial Marzą o Jeannie z Barbarą Eden grającą swoją złą siostrę. Wtedy też często bił się z myślami, nie mogąc się zdecydować, czy Lany Hagman powinien zostać z Jeannie, czy uciec z jej ponętną złą siostrzycą. To ci dopiero dylematy.

– Myślałam, że przyjdziesz z obstawą – zdziwiła się Rozkosz.

– Przyszedłem.

– A gdzie ona?

– Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to jej nie zobaczysz.

– Jakże tajemniczo.

– Prawda? Weszli do środka i zajęli narożny boks pod ścianą. Dla motormaniakow, to pewne. Wśród gości przeważał styl na włochatego weterana z Wietnamu w mariażu ze „swobodnym jeźdźcem”. Szafa grała God Only Knows (What I'dBe Whithout You) Beach Boysów, utwór niepodobny do reszty ich repertuaru. Będąca żałosnym lamentem piosenka, choć popowa, zawsze poruszała Myrona do głębi prostotą słów, którymi Brian wyrażał obawy, co przyniesie przyszłość. Poruszała go zwłaszcza teraz.

– Jak samopoczucie? – spytała Rozkosz, bacznie przyglądając się jego minie.

– W porządku. Co dalej? – spytał.

– Chyba zamówimy coś do picia. Minęło pięć minut. Szafa zagrała Lonely Boy. Muzyczną konfekcję z las siedemdziesiątych, z refrenem: „O, o, o… jaki samotny chłopiec… o, jaki samotny chłopiec… o, jaki samotny chłopiec”. Nim Andrew Gold powtórzył w refrenie te słowa po raz ósmy, Myron zdążył nauczyć się ich na blachę i zaczął mu wtórować. To się nazywa pamięć! Może powinien się zatrudnić w inforeklamach.

Tylko część gości przy sąsiednich stolikach obczajała Rozkosz ukradkiem. Ponieważ weszła jeszcze głębiej w rolę, jej uśmiech nabrał pożądliwości.

– Wczuwasz się – rzekł Myron.

– Gram, Myronie. Świat to scena, na której jesteśmy aktorami.

– A ty lubisz zwracać na siebie uwagę.

– I co z tego?

– Tak tylko mówię.

– Fascynujące.

– Co?

– Jak duży biust działa na mężczyzn. To prawdziwa obsesja.

– Doszłaś do wniosku, że mężczyźni mają hopla na punkcie damskich piersi? Rozczaruję cię, to udowodnione naukowo.

– Ale dziwne, jak się nad tym zastanowić.

– Staram się nie zastanawiać.

– Jasne, że biust działa dziwnie na facetów, działa jednak również, co niemiłe, na kobiety.

– Jak to?

Rozkosz położyła dłonie na stole.

– Jak powszechnie wiadomo, my, kobiety, uzależniamy poczucie własnej wartości od naszego wyglądu. Nic nowego, prawda?

– Tak.

– Wiem to ja, wiesz ty, wiedzą wszyscy. Lecz w przeciwieństwie do moich sióstr feministek nie winię za to mężczyzn.

– Nie?

– „Mademoiselle”, „Vogue”, „Bazaar”, „Glamour”, pisma redagowane przez panie i mające w pełni żeńską klientelę, zaczynają od tego, że chcą zmienić wizerunek kobiet. Ale jak można żądać od mężczyzn, by inaczej patrzyli na kobiety, skoro one same nie chcą zmian.

– Ożywczy punkt widzenia.

– Niemniej piersi dziwnie działają na ludzi. W przypadku mężczyzn sprawa jest oczywista. Tumanieją. Tak jakby sutki wbijały się im w płaty czołowe niczym dwie łyżki do grejpfrutów i wyskrobywały wszystkie zdolności poznawcze.

Sparaliżowany tym obrazem Myron podniósł wzrok.

– W przypadku kobiet zaczyna się to już w młodości. Dziewczyna wcześnie się rozwija. Wzbudza pożądanie nastolatków. Jak reagują jej koleżanki? Wyżywają się na niej. Zazdroszczą jej, że przyciąga uwagę chłopców, czują się gorsze i tak dalej. Ale wyżywają się na niej, choć dziewczyna nic nie może poradzić na to, że jej ciało dojrzewa. Rozumiesz?

– Tak.

– Tylko popatrz. Widzisz, jak zerkają na mnie te kobiety? Nienawiść w stanie czystym. Jednak w grupie na widok przechodzącej biuściastej konkurentki westchną chórem: „No, nie mogę!”. Kobiety pracujące zawodowo, na przykład, wolą ubierać się skromnie, i to nie ze względu na namolnych mężczyzn, lecz z powodu kobiet. Tego, jak je traktują. Kobieta patrzy na biuściastą, stojącą wyżej od niej w hierarchii kobietę i myśli: no tak, dostała stanowisko dzięki cyckom. Proste. Choć niekoniecznie prawdziwe. Czy źródłem tej animozji jest drzemiąca zazdrość, nieuzasadnione poczucie własnych braków, czy może niesłuszne utożsamienie biustu z głupotą? Z każdego punktu widzenia nie jest to nic dobrego.

– Nie zastanawiałem się nad tym – przyznał Myron.

– Poza wszystkim źle to na mnie wpływa.

– To, jak reagujesz na widok dużego biustu, czy to, że go masz?

– To drugie.

– Dlaczego?

– Bo kobieta z dużymi piersiami przywyka do nich. Ma je i już. Robi z nich użytek.

– I co?

– Jak to co?

– Robią to wszyscy atrakcyjni ludzie – odparł Myron. – Nie dotyczy to tylko piersi. Nic złego w tym, że piękna, świadoma swej urody kobieta korzysta z niej. Mężczyźni w miarę możliwości robią to samo. Wstyd się przyznać, ale czasem, żeby dopiąć swego, kręcę swoją szczupłą pupą.

– Szokujące.

– Nie bardzo. To nigdy nie działa.

– Jaki skromny. Tak czy siak nie widzisz w tym nic złego?

– W czym?

– W korzystaniu z walorów zewnętrznych dla osiągnięcia korzyści?

– Tego nie powiedziałem. Po prostu zwracam ci uwagę, że dotyczy to nie tylko zjawiska biuściastości. Rozkosz zrobiła dziwną minę.

– Zjawiska biuściastości?

Na szczęście dla Myrona do stolika podeszła kelnerka. Postarał się nie patrzeć na jej biust, co było równoznaczne z przykazaniem sobie, żeby nie drapać się tam, gdzie cię diablo swędzi. Za uchem miała pióro. Z jej ambicji, by ufarbować zniszczone włosy na rudoblond, wyszedł kolor bliższy barwie waty cukrowej sprzedawanej na festynach.

– Co podać? – spytała, pomijając wstępy w rodzaju „Witam”, „Co państwu…” itp.

– Rob roya – odparła Rozkosz.

Pióro wyskoczyło z olstra za uchem, strzeliło zamówieniem, powróciło na miejsce. Wyatt Earp w spódnicy!

– Dla pana? – zwróciła się do Myrona.

– Dietetyczną mineralną, proszę – zdecydował, wątpiąc, czy mają tu yoo – hoo. Zmierzyła go takim wzrokiem, jakby zamówił basen.

– To może piwo – zaryzykował. Strzeliła gumą do żucia.

– Bud, michelob, browar dla kolarzy?

– W takim razie popedałuję, dzięki – odparł. – Czy nie macie przypadkiem parasoleczek do koktajli?

Kelnerka przewróciła oczami i odeszła. Rozmawiali przez chwilę. Myron już zaczął się odprężać, a nawet dobrze bawić, kiedy Rozkosz ostrzegła go:

– Za tobą. Przy drzwiach.

Nie był w nastroju do zabawy w chowanego. Sprowadzili go tutaj z jakiegoś powodu. Nie zamierzał się czaić. Obrócił się bez krzty subtelności i ujrzał barmana Pata z Veronicą Lake, alias Zorra, wchodzącą do towarzystwa pannę na sterydach, w kaszmirowym swetrze – tym razem, do wiadomości skrupulatnych, brzoskwiniowym – długiej kiecce i sznurze pereł. Pokręcił głową. Bonnie Franklin i Bywalczyni Galerii nie było w zasięgu wzroku. Pomachał im ręką.

– Tu jestem, chłopaki! – zawołał.

Pat popatrzył spode łba, udając zaskoczenie, i spojrzał na Zorrę, Kobietona z Mojką w Obcasie. Zorra nie zareagował. Najlepsi nigdy nie reagują. Ciekawe, czy ich opanowanie było grą, czy istotnie nic nie było w stanie ich zaskoczyć. Prawda najpewniej leżała pośrodku.

Pat ruszył ciężkim krokiem w stronę ich stolika, grając zszokowanego – zszokowanego! – że Myron jest w jego barze. Podążający za nim Zorra nie tyle szedł, co się ślizgał, topiąc wzrok we wszystkim. Podobnie jak Win, posuwał się – pomimo szykownych czerwonych czółenek – ekonomicznie, wykorzystując do maksimum każdy ruch. Pat dotarł do nich, wciąż patrząc spode łba.

– Co tu robisz, Bolitar?! – spytał.

– Sprytnie – pochwalił Myron. – W tłoku ujdzie. Możesz z łaski swojej powtórzyć tę kwestię? Tylko poprzedź ją lekkim sapnięciem. Sapnij i spytaj: „Co tu robisz, Bolitar?”. Albo lepiej pokręć drwiąco głową i zapodaj coś w stylu: „Na wszystkie spelunki świata, że też musiałeś wpaść do mojej dwa razy z rzędu!”. Na twarzy Zony wyrósł uśmiech.

– Nie świruj – ostrzegł Pat.

– Pat!

Zorra wymownie pokręcił głową, dając znak, że wystarczy tej zabawy.

– Zrób coś dla mnie, skarbie – rzekł Pat do Rozkoszy.

– Jasne – odparła, wstrzymując oddech.

– Idź, przypudruj nos, dobrze?

– Idź, przypudruj nos? – Myron ze zdegustowaną miną spojrzał błagalnie na Zorrę, otrzymując w rewanżu na wpół przepraszające wzruszenie ramionami. – I co jeszcze, Pat? Zagrozisz, że poślesz mnie spać z rybami? Złożysz propozycję nie do odrzucenia? Mam iść przypudrować nos? Spieniony Pat spojrzał na Rozkosz.

– Proszę, skarbie – powiedział.

– Oczywiście, Pat.

Ledwie wysunęła się z boksu, Pat i Zorra zajęli jej miejsce. Na tę zmianę scenerii Myron zmarszczył brwi.

– Chcemy pewnej informacji – oświadczył Pat.

– Jasne, skapowałem to wczoraj wieczorem – odparł Myron.

– Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Przykro mi.

– Mowa.

– Przecież cię wypuściliśmy.

– A jakże, wypuściliście. Po porażeniu mnie bydlęcym paralizatorem, przejechaniu dwa razy majchrem ukrytym w obcasie, skopaniu po żebrach i skoku przez lustro.

Pat uśmiechnął się.

– Gdyby Zorra nie chciała, żebyś uciekł, nie uciekłbyś. Kapujesz? Myron spojrzał na Zorrę, Zorra na niego.

– Brzoskwiniowy sweterek do czerwonych czółenek? – zagadnął. Zorra się uśmiechnął, wzruszył ramionami.

– Z łatwością by cię zabiła – dodał Pat.

– Ładnie, pięknie, Zorra to twarda sztuka, jesteście ekstrawielkoduszni. Ale do rzeczy.

– Dlaczego pytałeś o Clu Haida?

– Zawiodę was, niestety, wczoraj mówiłem prawdę. Szukam jego mordercy.

– A co do tego ma mój klub?

– Zanim wciągnęliście mnie na zaplecze, powiedziałbym, że nic. Ale rozbudziliście moją ciekawość. Pat spojrzał na Zorrę. Zorra nie zareagował.

– Przejedziemy się – rzekł Pat.

– Masz ci los!

– Co?

– Trzy minuty wytrzymałeś bez gangsterskich komunałów. A tu znów wyskakujesz z jakąś „przejażdżką”. Smutne. Najpierw mam przypudrować nos?

– Cwaniakujesz czy jedziesz?

– Mogę i to, i to. Jestem utalentowany. Pat pokręcił głową.

– Idziemy.

– Nie – powiedział Zorra, kiedy Myron zaczął wysuwać się z boksu. Znieruchomieli.

– Co jest? – spytał Pat.

– Nie mamy interesu cię skrzywdzić – rzekł Zorra do Myrona. Znowu zapewnienia.

– Ale nie możesz się dowiedzieć, dokąd jedziesz, ślicznoto. Zasłonimy ci oczy.

– Żartujecie?

– Nie.

– No dobrze. Zawiążcie mi oczy. Idziemy.

– Nie – powtórzył Zorra.

– O co chodzi tym razem?

– O twojego kolegę Wina. Zorra sądzi, że jest blisko.

– Kto?

Zorra uśmiechnął się. Nie był urodziwy. W przeciwieństwie do wielu transwestytów, których często trudno odróżnić od kobiet. Nie dość że miał popołudniowy zarost (nie dodający powabu żadnej kobiecie), duże owłosione dłonie (ditto), przekrzywioną perukę (oj, czepiasz się, Myron), szemrzący, raczej męski głos (comme ci, comme ca), to w dodatku wyglądał jak, co tu dużo mówić, facet w damskich ciuchach.

– Nie obrażaj inteligencji Zorry, ślicznoto.

– Widzisz go tu?

– Gdybym widział, znaczyłoby to, że ktoś bardzo go przechwalił.

– Skąd wiesz, że Win tu jest?

– Znów to robisz.

– Co?

– Obrażasz inteligencję Zorry.

Nic nie przebije psychola mówiącego o sobie w trzeciej osobie.

– Poproś go, żeby wyszedł z ukrycia. Nie mamy interesu nikogo krzywdzić. Zorra wie, że twój znajomek podąży za tobą wszędzie. Zmusi to Zorrę do pójścia za nim. Dojdzie do konfliktu. A tego żaden z nas nie chce.

– Jaką mamy gwarancję, że Myron wróci? – dobiegło z komórki Myrona pytanie Wina, który włączył mikrofon.

Myron wyjął i pokazał komórkę.

– Siądziesz z Zorrą i się napijesz, ślicznoto – odparł Winowi Zorra. – Myron pojedzie z Patem.

– Dokąd?

– Nie możemy powiedzieć. Myron zmarszczył czoło.

– Skąd ta tajemniczość? – spytał.

Pat usiadł wygodniej, oddając inicjatywę towarzyszowi.

– Ty masz pytania, my mamy pytania – odparł Zorra. – To spotkanie to jedyny sposób na zaspokojenie ciekawości obu stron.

– Nie możemy porozmawiać tutaj?

– To nie wchodzi w grę.

– Dlaczego?

– Musisz pojechać z Patem.

– Dokąd?

– Zorra nie może zdradzić.

– Do kogo mnie zabieracie?

– Tego Zorra też nie może zdradzić.

– Czyżby od milczenia Zorry zależały losy wolnego świata? – spytał Myron. Zorra ułożył wargi w grymas, który w pewnych kręgach mógł uchodzić za uśmiech.

– Kpisz z Zorry. Ale milczenie to dla niej nie pierwszyzna. Zorra widziała niewyobrażalne potworności. Była torturowana. Tygodniami. Zorra zaznała bólu, przy którym ból zadany bydlęcym paralizatorem jest jak pocałunek kochanka.

Myron z powagą skinął głową.

– Ho, ho – powiedział.

Zorra rozłożył ręce. Owłosione dłonie i różowy lakier na paznokciach? Trzymajcie mnie!

– Nasze drogi zawsze mogą się rozejść, ślicznoto.

– Dobry pomysł – dobiegł z komórki głos Wina. Myron podniósł komórkę do ucha.

– Słucham?

– Jeżeli zgodzimy się na ich warunki, nie gwarantuję, że cię nie zabiją – odparł Win.

– Gwarantuje to Zorra – rzekł Zorra. – Własnym życiem.

– W jaki sposób?

– Zorra zostanie z Winem – wyjaśnił Zorra z nowym błyskiem w przesadnie umalowanym oku, który coś w sobie krył, lecz z pewnością nie zdrowy rozsądek. – Nie będzie uzbrojona. Jeżeli nie wrócisz zdrów i cały, Win zabije Zorrę.

– A to ci gwarancja – zakpił Myron. – Nie wpadło ci nigdy do głowy, żeby zostać mechanikiem samochodowym?

Do baru wszedł Win. Podszedł prosto do stolika i usiadł.

– Zechciejcie łaskawie położyć ręce na stole – powiedział do Zony i Pata, swoje trzymając pod blatem.

Położyli.

– A teraz, pani Zorro, raczy pani zrzucić buciki.

– Pewnie, ślicznoto.

Jeden i drugi nie spuszczali z siebie oczu. Ani mrugnęli.

– To, niestety, nie zapewnia Myronowi bezpieczeństwa. Owszem, jeżeli nie wróci, mogę panią zabić. Wiem jednak, że nasz Pat dba o panią tyle co o zadek Patachona.

– Daję słowo, że nic się nie stanie – wtrącił Pat. Win zmierzył go krótko wzrokiem.

– Myron jedzie uzbrojony – zwrócił się ponownie do Zorry. – Pat prowadzi. Myron trzyma go pod lufą.

Zorra pokręcił głową.

– To nie wchodzi w grę.

– A zatem nici z umowy. Zorra wzruszył ramionami.

– W taki razie Zorra z Patem mówią wam adieu. Zorra i Pat wstali, żeby wyjść. Było pewne, że Win do nich nie zadzwoni.

– Muszę wiedzieć, co jest grane – szepnął mu do ucha Myron.

– To błąd – ostrzegł Win. – Ale decyzja należy do ciebie.

– Zgadzamy się – oznajmił Myron. Zorra usiadł.

– Myron zatrzyma komórkę – powiedział Win, mierząc do niego pod stołem z pistoletu. – Będę słyszał każde słowo.

– W porządku – przystał Zorra. Pat i Myron ruszyli do wyjścia.

– Aha, Pat – rzekł Win. Pat zatrzymał się.

– Jeżeli Myron nie wróci – dodał Win takim tonem, jakby pytał o pogodę – zabiję Zorrę albo nie. Zdecyduję we właściwym czasie. Bądź jednak pewien, że użyję moich znacznych wpływów, pieniędzy i wysiłku, żeby cię odnaleźć. Wyznaczę nagrody. Będę szukał. Nie spocznę. Znajdę cię. Dopadnę, ale nie zabiję. Zrozumiałeś?

Pat przełknął ślinę, skinął głową.

– Jedźcie.


25

<p>25</p>

Przy samochodzie Pat obszukał Myrona. Nic nie znalazł. Podał mu czarny kaptur.

– Załóż – polecił. Myron skrzywił się.

– Powiedz, że żartujesz.

– Załóż go. Połóż się na tylnym siedzeniu. Nie patrz w górę.

Myron przewrócił oczami, lecz spełnił polecenie. Przy jego wzroście ponad metr dziewięćdziesiąt nie było mu wygodnie, ale jakoś się zmieścił. Szlachetna postawa. Pat usiadł z przodu i zapalił silnik.

– Szybka rada – powiedział Myron.

– Co?

– Następnym razem spróbuj najpierw odkurzyć wóz. Tu z tyłu jest paskudnie.

Pat ruszył. Myron próbował się skupić, nasłuchując odgłosów, które zdradziłyby mu, dokąd jadą. W telewizji sprawdzało się to bez pudła. Bohater słyszał na przykład syrenę statku i stąd wiedział, że dojechał na nabrzeże dwunaste czy inne, po czym migiem nadjeżdżała odsiecz i go znajdowali. Ale do uszu Myrona docierały, co wcale nie dziwne, jedynie dźwięki ulicy: sporadyczne klaksony, przejeżdżające lub mijane samochody, głośno nastawione radia i tym podobne odgłosy. Starał się zapamiętać skręty i odległości, lecz szybko uświadomił sobie daremność tych starań. Za kogo się miał, za ludzki kompas?

Jazda trwała około dziesięciu minut. Za krótko, by wyjechać z miasta. Wskazówka: wciąż był na Manhattanie. Przydatna, że ho, ho. Pat zgasił silnik.

– Usiądź – powiedział. – Ale nie zdejmuj kaptura.

– Czy kaptur na pewno pasuje do tego przedstawienia? Chciałbym wypaść jak najlepiej w oczach Wielkiego Szefa.

– Powiedział ci ktoś kiedyś, że jesteś zabawny, Bolitar?

– Żebyś wiedział. Czarny kolor pasuje do wszystkiego. Pat westchnął. Niektórzy z nerwów uciekają. Niektórzy milkną. Niektórzy gadają. A niektórzy strzelają głupimi dowcipami.

Pat pomógł Myronowi wysiąść i poprowadził go, trzymając za łokieć. Myron powrócił do łowienia dźwięków. Zakwilił ptak. Mewa? W telewizji było to zjawisko nagminne. Ale w Nowym Jorku mewy nie tyle kwiliły, co odkasływały flegmę. Jeżeli w Nowym Jorku usłyszałeś mewę, to najpewniej znajdowałeś się nie nad wodą, tylko w pobliżu śmietnika. Próbował przypomnieć sobie, kiedy ostatnio widział w tym mieście tego ptaka.

Szli we dwóch – dokąd, nie miał pojęcia. Potknął się na nierównym chodniku, Pat go podtrzymał.

Kolejna cenna wskazówka. Znajdź miejsce na Manhattanie, gdzie jest nierówny chodnik. Hura, na dobrą sprawę miał gościa na widelcu.

Weszli po schodkach – chyba na ganek – i do pokoju, w którym panował większy gorąc i wilgotność niż w płonącej birmańskiej dżungli. Przez kaptur, który wciąż miał na głowie Myron, przesączało się światło – zapewne nagiej żarówki. Pomieszczenie cuchnęło pleśnią, parą i zaschniętym potem, podobnie jak najczęściej odwiedzana zapyziała sauna w klubie fitnessowym Jacka La Lanne'a. Trudno było oddychać przez materiał. Pat położył rękę na ramieniu Myrona.

– Siadaj – polecił, lekko je naciskając.

Myron usiadł. Usłyszał kroki Pata, a potem przyciszone głosy. Właściwie szepty. Głównie Pata. Z kimś się sprzeczał. Kroki powróciły. Zbliżyły się. Czyjeś ciało odcięło blask żarówki i Myrona otoczyła ciemność. Jeszcze jeden krok. Ktoś stanął nad nim.

– Cześć, Myron.

Ton drżącego męskiego głosu miał nieprzyjemne nosowe brzmienie, ale nie było wątpliwości. Myron nie odznaczał się szczególną pamięcią do nazwisk i twarzy, za to jeśli idzie o głosy, pamięć miał iście fonograficzną. Napłynęły wspomnienia. Mimo upływu lat natychmiast rozpoznał, z kim ma do czynienia.

– Cześć, Billy Lee – odparł zaginionemu Billy'emu Lee Palmsowi, dawnemu członkowi bractwa studenckiego, gwieździe drużyny baseballowej Uniwersytetu Duke'a, najlepszemu kumplowi Clu Haida, synowi Pani Moje Życie to Jedna Wielka Tapeta. – Pozwolisz, że zdejmę kaptur?

– Oczywiście.

Chwyciwszy kaptur od góry, Myron ściągnął go z głowy. Nad nim stał Billy Lee. Tak w każdym razie zakładał, gdyż wyglądało na to, że dawnego pięknego chłopca porwano i zastąpiono pulchniejszym duplikatem. Wydatne niegdyś kości policzkowe Palmsa sprawiały wrażenie wyklepanych młotem, tłusta skóra trzymała się jego obwisłych rysów, jakby ją właśnie zrzucał, oczy miał zapadnięte głębiej niż piracki skarb, a cerę szarą jak miejska ulica po deszczu. Sterczące na wszystkie strony przetłuszczone włosy były brudne jak włosy DJ – ów z MTV. Poza tym Billy Lee trzymał blisko jego twarzy broń wyglądającą na śrutówkę z uciętą lufą.

– Kilkanaście centymetrów od mojej twarzy trzyma jakiś obrzyn – powiedział Myron na użytek słyszącego go przez komórkę Wina.

Billy Lee zareagował chichotem, również brzmiącym znajomo.

– Bonnie Franklin – dorzucił Myron.

– Co?

– To ty poraziłeś mnie wczoraj paralizatorem. Billy Lee rozłożył ręce niesamowicie szeroko.

– Tak jest, dziecino!

– W makijażu wyglądasz znacznie korzystniej, Billy Lee.

Billy Lee znowu zachichotał, wymierzył obrzyn w Myrona i wyciągnął wolną rękę.

– Daj telefon – powiedział.

Myron zawahał się, ale na krótko. Billy Lee patrzył tępo zapadniętymi, wilgotnymi, lekko zaczerwienionymi oczami. Cały drgał. Jego wystające z krótkich rękawów ręce nosiły liczne ślady po nakłuciach. Wyglądał jak najdziksze nieobliczalne zwierzę – przyparty do muru, osaczony ćpun. Myron oddał mu komórkę. Billy Lee przyłożył ją do ucha.

– Win?

– Tak, Billy Lee – rozległ się wyraźny głos Wina.

– Idź do diabła!

Billy Lee ponownie zachichotał, a potem odciął ich od zewnętrznego świata, wyłączając telefon. W piersi Myrona zaczął wzbierać strach.

Billy Lee wcisnął mu komórkę do kieszeni i spojrzał na Pata.

– Przywiąż go do krzesła – polecił.

– Co?

– Przywiąż go do krzesła. Za krzesłem jest lina.

– Jak go przywiązać? Czy ja wyglądam na harcerza?

– Obwiąż go nią i zaciśnij węzeł. Lepiej go skrępować, na wypadek, gdyby coś mu odbiło, zanim go zabiję.

Pat ruszył. Billy Lee nie spuszczał Myrona z oka.

– Nie radzę ci denerwować Wina, to kiepski pomysł – ostrzegł go Myron.

– Ja się go nie boję. Myron pokręcił głową.

– Co jest? – spytał Billy Lee.

– Wiedziałem, że grzejesz, ale pojęcia nie miałem, że aż tak. Pat zaczął obwiązywać tors Myrona liną.

– Może lepiej zadzwoń do Wina – powiedział do Billy'ego Lee. Gdyby uskok San Andreas drżał jak jego głos, natychmiast zarządzono by ewakuację ludności. – Na kiego ma szukać jeszcze nas? Rozumiesz, co mówię?

– Nie twoje zmartwienie – odparł Billy Lee.

– A poza tym wciąż tam jest Zorra…

– Nie twoje zmartwienie! – wrzasnął Billy Lee. Ostro, przeraźliwie.

Na nagły sus obrzyna w stronę swojej twarzy Myron napiął ciało, gotów do reakcji, nim Pat zwiąże linę. Ale Billy Lee niespodziewanie odskoczył, jakby dopiero przed chwilą dotarło do niego, kogo ma przed sobą.

Milczeli. Pat zacisnął linę i zawiązał węzeł. Niezbyt fachowo, lecz wystarczająco, by spełnił zadanie, na tyle skutecznie krępując ofierze ruchy, żeby Billy Lee miał czas wypalić jej w głowę.

– Próbujesz mnie zabić, Myron? Dziwne pytanie.

– Nie.

Myron otrzymał cios pięścią w podbrzusze. Zgiął się wpół, tracąc dech, płuca skurczyły mu się z nagłej, przemożnej potrzeby tlenu, a do oczu rzuciły się łzy.

– Nie kłam, dupku! Myronowi brakło tchu. Billy Lee pociągnął nosem i wytarł twarz rękawem.

– Dlaczego chcesz mnie zabić? – spytał.

Nim Myron, na przekór chęciom, zdążył odpowiedzieć, Billy Lee uderzył go mocno kolbą obrzyna dokładnie w Z, które wyciął mu wczoraj Zorra. Zawirowało mu przed oczami. Szwy puściły, na koszuli wyrosła plama krwi. Billy Lee znowu zachichotał, uniósł kolbę strzelby nad głowę i zamachnął się.

– Billy Lee! – krzyknął Pat.

Myron dostrzegł nadlatujący cios, ale nie było ucieczki. Zdążył jedynie odepchnąć się palcami i poleciał z krzesłem w tył. Uderzenie musnęło go w ciemię, ocierając skórę. Krzesło zahuśtało się i po chwili zderzył się z drewnianą podłogą. Zamrowiło go w głowie.

Chryste!

Spojrzał w górę. Billy Lee znów unosił kolbę. Celnym ciosem z pewnością roztrzaskałby mu czaszkę.

Myron próbował się odtoczyć, niestety, krzesło blokowało mu ruchy. Billy Lee uśmiechnął się.

Trzymając strzelbę wysoko nad głową, odwlekał moment zadania ciosu i patrzył na szamoczącą się ofiarę, jak niektórzy patrzą na ranną mrówkę przed rozdeptaniem jej butem.

Wtem Billy Lee zmarszczył czoło i opuścił broń, przyglądając się jej z namysłem.

– Hm – mruknął. – W ten deseń może się złamać. Chwycił Myrona za ramiona i podniósł go z krzesłem.

– W mordę! – zaklął, trzymając obrzyn na wysokości jego oczu. – Łatwiej mi cię rozwalić, no nie? Myron ledwie słyszał jego chichot. Kiedy mierzą ci prosto w twarz z dwururki, siłą rzeczy skupiasz się wyłącznie na niej. Czarne wyloty luf rosną, zbliżają się, osaczają cię, aż wreszcie nie widzisz nic prócz nich.

– Billy Lee… – ponowił próbę Pat.

Spokojnie, przykazał sobie Myron, czując, jak spod pach tryska mu pot. Zachowaj spokój w głosie. Nie denerwuj go.

– Powiedz mi, o co chodzi, Billy Lee. Chcę pomóc. Billy Lee zarżał szyderczo, strzelba w jego ręku wciąż drżała.

– Chcesz mi pomóc? – spytał.

– Tak. Rozśmieszyło go to.

– A gówno, Myron! Gówno prawda! Myron ani drgnął.

– Nie przyjaźniliśmy się, no nie? Owszem, należeliśmy do bractwa, spędzaliśmy z sobą czas, ale nie byłeś moim kolegą.

Myron nie spuszczał go z oka.

– Ale wybrałeś sobie moment na wspomnienia, Billy Lee.

– Udowodnię ci coś, złamasie. Wciskasz mi tu pierdoły, ze chcesz pomóc. Tak jakbyśmy się przyjaźnili. Gówno Prawda! My nie jesteśmy przyjaciółmi. Nigdy mnie nie lubiłeś.

Nigdy mnie nie lubiłeś? Jak trzecioklasista do trzecioklasisty na szkolnej przerwie.

– A jednak wyciągnąłem cię parę razy z opałów, Billy Lee.

– Nie mnie, Myron. Clu! Chodziło zawsze o niego! O jazdę po pijaku, kiedy mieszkaliśmy w Massachusetts. Nie przyjechałeś tam, żeby ratować mój tyłek. Przyjechałeś tam z jego powodu. Tak samo jak w przypadku burdy w barze w Nowym Jorku. Też z powodu Clu. Billy Lee nagle przekrzywił głowę niczym pies, który usłyszał nowy dźwięk.

– Dlaczego nie byliśmy przyjaciółmi, Myron? – spytał.

– Bo nie zaprosiłeś mnie na swoje przyjęcie urodzinowe na torze wrotkarskim?

– Nie pogrywaj ze mną w chuja, dupku!

– Lubiłem cię, Billy Lee. Byłeś zabawny.

– Ale z czasem ci się znudziłem, nie? Dopóki byłem uczelnianą gwiazdą, wszystko było cacy. A kiedy nie sprawdziłem się jako zawodowiec, przestałem być fajny i zabawny. Nagle stałem się żałosny. Zgadza się, Myron?

– To twoje zdanie.

– No, a co z Clu?

– O co pytasz?

– Przyjaźniłeś się z nim.

– Tak.

– Dlaczego? Clu imprezowa! tak jak ja. Może nawet ostrzej. Stale wpadał w kłopoty. Dlaczego się z nim przyjaźniłeś?

– To głupie, Billy Lee.

– Tak?

– Odłóż strzelbę.

Billy uśmiechał się szeroko, znacząco, nie całkiem normalnie.

– Powiem ci, dlaczego przyjaźniłeś się z Clu – odparł. – Bo był lepszym baseballistą ode mnie. Wiedziałeś, że zagra w ekstraklasie. Tylko to różniło Clu Haida od Billy'ego Lee Palmsa. Chlał, ćpał, dupczył ile wlezie, ale było to bardzo zabawne, ponieważ był zawodowcem.

– Co chcesz przez to powiedzieć, Billy Lee? – spytał Myron. – Że zawodowych sportowców traktuje się inaczej niż resztę ludzi? Też mi odkrycie.

Niemniej odkrycie to posiało w nim niepokój. Zapewne dlatego, że w pozbawionych znaczenia słowach Billy'ego Lee tkwiło mimo wszystko ziarno prawdy. Clu był czarujący i ekscentryczny po prostu dlatego, że był zawodowym sportowcem. Gdyby jednak prędkość rzucanej przez niego piłki spadła o kilka mil na godzinę, nadawana jej rotacja nieco się zmniejszyła, a ułożenie palców nie wprawiało jej w należyty ruch, Clu skończyłby jak Billy Lee. Alternatywne światy – całkiem odmienne życiorysy i losy – oddziela kurtyna grubości błony. W przypadku losu sportowców różnicę pomiędzy tymi dwoma światami widać jednakże zbyt wyraźnie. Wystarczy rzucać piłką odrobinę szybciej od innych, by osiągnąć niedostępny dla większości pożałowania godnych śmiertelników status bóstwa. Zamiast szczurów, szarej anonimowości, obskurnego mieszkania, nudnej pracy masz dziewczyny, sławę, wielki dom. Trafiasz do telewizji, mądrzysz się na tematy życiowe. Ludzie lgną do ciebie, chcą cię słuchać, dotknąć rąbka twojej szaty. A wszystko dzięki temu, że nadajesz skórzanej piłeczce wielką prędkość, wkładasz pomarańczową piłkę w metalową obręcz albo zataczasz kijem odrobinę doskonalszy łuk. Jesteś wyjątkowy. Na dobrą sprawę to bzik.

– Zabiłeś go, Billy Lee? – spytał Myron.

– Co?!

Billy Lee miał taką minę, jakby otrzymał policzek.

– Zazdrościłeś Clu. Miał wszystko. Zapomniał o tobie.

– Był moim najlepszym przyjacielem!

– Dawno temu.

Myron znowu rozważał, co począć. Nie był związany zbyt mocno, lecz potrzebował czasu, żeby zsunąć z siebie sznur, a poza tym miał za daleko do prześladowcy. Zadrżał na myśl, jak na całkowite odcięcie od wydarzeń zareagował Win. Wolał o tym nie myśleć. Twarz Billy'ego Lee przecięła dziwna bruzda. Przestał się trząść i spojrzał prosto. Nie drżał, tiki ustały.

Nagle zniżył głos.

– Dosyć tego. Zapadła cisza.

– Muszę cię zabić, Myron. W samoobronie.

– O czym ty mówisz?

– Zabiłeś Clu. A teraz chcesz zabić mnie.

– Oszalałeś.

– Może zleciłeś to swojej sekretarce. I ją złapali. Może zabił go Win, twój stały fagas. A może zrobiłeś to sam. W twojej agencji znaleziono pistolet. W twoim wozie krew.

– Po co miałbym zabijać Clu?

– Wykorzystujesz ludzi, Myron. Wykorzystałeś go, żeby założyć firmę. Ale po wpadce na ostatniej kontroli antynarkotykowej Clu był skończony. Pomyślałeś więc o zmniejszeniu strat.

– To bez sensu. A nawet gdyby miało sens, to po co miałbym zabijać ciebie?

– Bo ja też mogę opowiedzieć.

– O czym?

– O twojej uczynności.

Billy'ego Lee zawiódł głos, po twarzy ciekły mu łzy. Oznaczało to wielkie kłopoty. Koniec spokoju. Dubeltówka znowu drżała. Myron wypróbował więzy. Nie zelżały. Mimo panującego gorąca poczuł w żyłach płynną lodowatość. Znalazł się w pułapce. Bez szansy na jakikolwiek manewr. Billy'emu Lee nie wyszła próba chichotu, zmęczył się.

– Żegnaj.

Trzewia Myrona ścisnął popłoch. Od śmierci dzieliły go sekundy. Kropka. Kombinacja narkotyków i paranoi odebrała Billy'emu Lee wszelką zdolność logicznego myślenia. Myron nie był w stanie odwieść go strzału. Raz jeszcze rozważył możliwości, żadna nie wydawała się dobra.

– Win – powiedział Myron.

– Mówiłem już, że się go nie boję – odparł Billy Lee.

– Nie do ciebie mówię.

Myron spojrzał na Pata. Barman oddychał ciężko. Ręce wisiały mu bezwładnie, jakby ktoś wypełnił je mokrym piachem.

– Kiedy on pociągnie za spust, nie chciałbym być w waszej skórze – ostrzegł Myron. Pat ruszył w stronę Palmsa.

– Ochłoń na chwilę, Billy Lee – powiedział. – Przemyśl sprawę.

– Zabiję go.

– O tym Winie słyszałem takie rzeczy…

– Nic nie rozumiesz, Pat. Nie kapujesz.

– No, to mnie oświeć, człowieku. Pomogę ci.

– Najpierw go zabiję.

Billy Lee przystąpił do Myrona i przyłożył mu dubeltówkę do skroni. Myron zesztywniał.

– Nie rób tego!!!

Pat, któremu zdawało się, że jest blisko Billy'ego Lee, zanurkował do jego nóg. Ale tlące się w wyniszczonym ciele narkomana resztki refleksu dawnego sportowca wystarczyły. Billy Lee obrócił się ku niemu i wypalił. Kula trafiła barmana w pierś. Przez ułamek sekundy wyglądał na zdziwionego. A potem upadł.

– Pat! – krzyknął Billy Lee, opadł na kolana i podczołgał się do nieruchomego ciała.

Serce Myrona miotało się jak kondor w klatce. Nie czekał. Jak szalony zaczął mocować się z więzami. Nie puściły. Spróbował się z nich wyśliznąć. Sznur był wprawdzie zawiązany mocniej, niż sądził, ale zdołał go trochę poluzować.

– Pat! – krzyknął ponownie Billy Lee.

Myron, z kolanami już na podłodze i kręgosłupem wygiętym wbrew naturze, wił się i wykręcał ciało. Billy Lee łkał nad nieruchomym, niemym Patem. Sznur, który wpił się Myronowi pod podbródkiem, chwilowo go zadławił, zmuszając do odgięcia głowy w tył. Ile czasu zostało? Nie dało się przewidzieć, jak szybko Billy Lee odzyska zmysły. Myron zadarł podbródek jeszcze wyżej i zaczął się wyślizgiwać spod liny. Prawie się wyswobodził.

Billy Lee wzdrygnął się i odwrócił.

Starli się spojrzeniami. Myrona wciąż krępowała lina. Billy Lee podniósł strzelbę. Dzieliło ich dwa i pół metra. Myron zobaczył lufy, oczy Billy'ego Lee, dzielącą ich odległość.

Żadnych szans. Za późno.

Huknął strzał.

Pierwsza kula trafiła Billy'ego Lee w rękę. Krzyknął z bólu i wypuścił strzelbę. Druga trafiła go w kolano. Znowu krzyknął. Trysnęła krew. Trzecia nadleciała tak szybko, że nie zdążył upaść na podłogę. Głowa odskoczyła mu do tyłu, szeroko rozstawione nogi bryknęły w powietrzu i zniknął z oczu niczym cel na strzelnicy.

Zapadła cisza.

Myron uwolnił się od liny i odtoczył w kąt.

– Win?! – zawołał. Nie było odpowiedzi.

– Win?! Cisza.

Pat i Billy Lee ani drgnęli. Myron wstał. Słyszał jedynie własny oddech. Krew. Wszędzie krew. Z pewnością nie żyli. Wcisnął się w kąt. Zorientował się już, że ktoś go obserwuje. Przeszedł przez pokój i wyjrzał przez okno. Spojrzał w lewo. Nikogo. Spojrzał w prawo.

W cieniu ktoś stał. Sylwetka. Myrona ogarnął strach. Gdy rozpłynęła się w mroku, obrócił się na pięcie, odnalazł klamkę u drzwi, otworzył je na oścież i puścił się biegiem.


26

<p>26</p>

Trzy przecznice dalej zwymiotował. Zatrzymał się, oparł o ścianę i rzygnął. Kilku bezdomnych nagrodziło go brawami. Podziękował swym kibicom skinieniem ręki. Witamy w Nowym Jorku. Chciał zadzwonić z komórki, ale w zamieszaniu zmiażdżył ją. Odszukał tabliczkę z nazwą ulicy i odkrył, że jest tylko dziesięć przecznic od baru Motormaniak, w dzielnicy z masarniami niedaleko West Side Highway. Pobiegł truchtem, przyciskając ręką bok, by powstrzymać upływ krwi. Z czynnego automatu – co w tej części Manhattanu zakrawało na cud boski – połączył się z Winem.

– Wysłów się – rzekł Win, który odebrał po pierwszym sygnale.

– Nie żyją – poinformował Myron. – Obaj.

– Wyjaśnij. Wyjaśnił.

– Będę tam za trzy minuty – powiedział Win.

– Muszę zawiadomić policję.

– Niemądrze.

– Dlaczego?

– Nie uwierzą w twoją jeremiadę, a już zwłaszcza w tajemniczego wybawcę.

– Pomyślą, że ich zabiłem?

– Właśnie. Win miał rację.

– Wszystko im wyjaśnimy – zapewnił Myron.

– W końcu tak. Chyba. Ale zajmie to dużo czasu.

– Którego nie mamy.

– Sam rozumiesz.

– Niestety, widziano, że wychodzę z baru z Patem – rzekł po chwili Myron.

– I co z tego?

– Policja przesłucha świadków. Dowie się o tym. Powiąże mnie ze sprawą.

– Dość.

– Słucham?

– Dość dyskusji przez telefon. Będę za trzy minuty.

– A co z Zorrą? Co mu zrobiłeś?

Lecz Win już się rozłączył. Myron odwiesił słuchawkę. Nowa grupa bezdomnych patrzyła na niego łakomie jak na upuszczoną kanapkę. Starł się z nimi wzrokiem, wytrzymując ich spojrzenia. Wyczerpał już na dziś limit strachu.

Po obiecanych trzech minutach podjechał samochód. Chevrolet nova. Win miał ich cały tabor – bez wyjątku starych, wysłużonych, nie do wykrycia. Aut jednorazowego użytku, jak je nazywał. Lubił z nich korzystać podczas swych nocnych zajęć. Jakich? Lepiej nie pytać.

Otworzyły się drzwiczki od strony pasażera. Myron zajrzał do środka, za kierownicą zobaczył Wina, usiadł obok niego.

– Kości zostały rzucone – rzekł Win.

– Słucham?

– Policja już tam jest. Podali przez krótkofalówkę. Niedobrze.

– Wciąż mogę się do nich zgłosić.

– No jasne. Dlaczego nie zawiadomił pan policji, panie Bolitar? Dlaczego przed powiadomieniem władz zadzwonił pan najpierw do znajomego? Czy przypadkiem nie jest pan podejrzany o pomoc w zamordowaniu przez panią Diaz najstarszego przyjaciela Billy'ego Lee Palmsa? A po pierwsze, co konkretnie robił pan w tym barze? Dlaczego pan Palms chciał pana zabić?

– Wszystko da się wyjaśnić.

– Decyzja należy do ciebie – skwitował Win.

– Tak jak ta, żeby pojechać z Patem.

– Tak.

– Decyzja błędna.

– Owszem. Przesadziłeś z ryzykiem. Były inne sposoby.

– Jakie?

– Moglibyśmy pochwycić Pata innym razem i zmusić go do mówienia.

– Zmusić?

– Tak.

– To znaczy, pobić go? Torturować?

– Tak.

– Beze mnie.

– Dorośnij, Myron. Oto prosta analiza kosztów i zysków: zadając przejściowy ból naruszycielowi prawa, znacznie obniżasz ryzyko, że cię zabije. To oczywiste. – Win zerknął na Myrona. – Przy okazji, wyglądasz jak nieszczęście.

– Żałuj, żeś nie widział mojego przeciwnika – odparł Myron i spytał: – Zabiłeś Zorrę? Win uśmiechnął się.

– Przecież mnie znasz.

– Nie, Win, nie znam cię. Zabiłeś go?

Win podjechał pod bar Motormaniak i zaparkował.

– Wejdź i się rozejrzyj – powiedział.

– Po co tu wróciliśmy?

– Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie wychodziłeś stąd.

– Nie?

– Przysięgnę, że byłeś tu cały wieczór. Wyszedłeś z Patem na chwilę. Rozkosz to potwierdzi. – Win uśmiechnął się. – Zorra również.

– Nie zabiłeś go?

– Jej. Zorra woli, żeby nazywać go nią.

– Nie zabiłeś jej?

– Oczywiście, że nie. Wysiedli z samochodu.

– Zaskoczyłeś mnie – rzekł Myron.

– Dlaczego?

– Zwykle, kiedy grozisz…

– Nie groziłem jej. Groziłem Patowi. Powiedziałem mu, że mogę ją zabić. Tylko po co? Czemu Zorra miałaby zapłacić za to, że taki zaćpany psychol jak Billy Lee Palms wyłączył telefon?

– Stale mnie zaskakujesz – rzekł Myron. Win zatrzymał się.

– Ty natomiast stale ostatnio nawalasz – powiedział. – Masz szczęście. Zorra zadeklarowała, że ręczy życiem za twoje bezpieczeństwo. A ponieważ zdałem sobie sprawę, że nie dotrzyma słowa, przestrzegłem cię, żebyś nie jechał.

– Nie sądziłem, że mam wybór.

– Teraz już wiesz.

– Może.

Win położył dłoń na ramieniu Myrona.

– Wciąż nie możesz jej wyrzucić z głowy. Esperanza słusznie ci to mówi. Myron skinął głową. Win opuścił rękę.

– Weź to. – Wręczył mu buteleczkę. – Proszę.

Był w niej płyn do płukania ust. Na Wina mogłeś liczyć. Przeszli przez Motormaniaka. W toalecie Myron wypłukał usta, skropił twarz wodą i pomacał ranę. Bolała. Przejrzał się w lustrze. Wciąż był opalony po trzech tygodniach spędzonych z Teresę, niemniej Win miał rację: wyglądał jak nieszczęście.

Spotkali się przy drzwiach toalety.

– Wspomniałeś o dwóch powodach – zagadnął. – Że z dwóch powodów chcesz, żebym tu wrócił.

– Powód drugi to Nancy, Rozkosz, jeśli wolisz – odparł Win. – Martwiła się o ciebie. Uznałem, że najlepiej będzie, jeżeli się z nią zobaczysz.

Gdy dotarli do boksu w kącie, Zorra i Rozkosz paplali w najlepsze jak, hm, dwie samotne kobiety w barze.

– Zorze jest przykro, ślicznoto. Zorra uśmiechnął się do Myrona.

– Nie twoja wina – odparł Myron.

– Przykro z powodu ich śmierci – wyjaśnił Zorra. – Zorra wolałaby spędzić z nimi przedtem kilka godzin.

– No tak. Szkoda.

– Zorra opowiedziała Winowi już wszystko, co wie, czyli bardzo mało. Jest tylko piękną najmitką. Woli wiedzieć jak najmniej.

– Ale pracowałaś dla Pata?

Zorra skinął głową, blond peruka nie.

– Zorra była wykidajłą i ochroniarką Zorra Awahaim najęła się na zwykłego wykidajłę! Dacie wiarę?

– Owszem, ciężkie czasy. Czym się zajmował Pat?

– Wszystkim po trochu. Głównie narkotykami.

– Co łączyło Billy'ego Lee i Pata?

– Billy Lee twierdził, że jest jego wujem. – Zorra wzruszył ramionami. – Pewnie kłamał.

– Poznałaś Clu Haida?

– Nie.

– Nie wiesz, dlaczego Billy Lee się ukrywał?

– Bał się. Sądził, że ktoś chce go zabić.

– Tym kimś byłem ja?

– Na to wyglądało.

Myron nie potrafił tego rozgryźć. Zadał jeszcze kilka pytań, ale nie dowiedział się nic ponadto. Zorra uścisnął wyciągniętą rękę Wina i wyszedł z boksu. Wysokie obcasy w ogóle mu nie przeszkadzały. Nie każdy to umie.

– Dziękuję, że nie zabiłeś Zorry, ślicznoto – rzekł, całując Wina w policzek.

– Cała przyjemność po mojej stronie, madame – odparł z lekkim ukłonem galant Windsor Lockwood Trzeci. – Odprowadzę panią.

Myron wsunął się do boksu Rozkoszy. Bez jednego słowa chwyciła jego twarz w dłonie i mocno pocałowała. Oddał jej pocałunek. Chwała Winowi i jego płynowi do ust. Co za gość.

– Nie ma co, umiesz zabawić dziewczynę – powiedziała Rozkosz, gdy musieli zaczerpnąć powietrza.

– I vice versa.

– A poza tym cholernie mnie przestraszyłeś.

– Nie chciałem. Przyjrzała się jego twarzy.

– Dobrze się czujesz? – spytała.

– Pozbieram się.

– Z chęcią zaprosiłabym cię do siebie.

Spuścił oczy. Nie przestała wpatrywać się w jego twarz.

– Na tym koniec, tak? – spytała. – Nie zadzwonisz.

– Jesteś piękna, inteligentna, fajna…

– Niebawem mnie spławisz.

– Nie chodzi o ciebie.

– Bardzo oryginalna odzywka. Niech zgadnę. Chodzi o ciebie. Spróbował się uśmiechnąć.

– Znasz mnie na wylot.

– Chciałabym.

– Jestem uszkodzonym towarem, Nancy.

– A kto nie jest?

– Właśnie zakończyłem długi związek…

– A kto mówi o związku? Moglibyśmy po prostu gdzieś razem pójść, prawda?

– Nie.

– Słucham?

– To nie dla mnie. Nic nie poradzę. Kiedy idę z kimś na randkę, zaczynam myśleć o dzieciach, o grillowaniu w ogrodzie, o zardzewiałej obręczy do kosza na podjeździe przed domem. Zaraz przymierzam się do tych rzeczy.

Przyjrzała mu się.

– Mój Boże, dziwak z ciebie. Trudno się było nie zgodzić.

– Nie wyobrażasz mnie sobie w tej domowej scenerii? – spytała, bawiąc się słomką.

– Przeciwnie. W tym cały szkopuł.

– Rozumiem. Przynajmniej tak mi się zdaje. – Poprawiła się na kanapce. – Lepiej już pójdę.

– Odwiozę cię do domu.

– Nie, wezmę taksówkę.

– Nie musisz.

– Muszę. Dobranoc, Myron.

Odeszła. Do stojącego Myrona podszedł Win. Patrzyli, jak Rozkosz znika w drzwiach.

– Dopilnujesz, żeby bezpiecznie dotarła do domu? – spytał Myron.

Win skinął głową.

– Wezwałem dla niej taksówkę.

– Dzięki.

Zamilkli. Po chwili Win położył dłoń na ramieniu Myrona.

– Pozwolisz, że skomentuję sytuację? – spytał.

– Wal.

– Jesteś skończonym durniem.

Po drodze wpadli do domu lekarza na Upper West Side. Zszył ponownie ranę Myrona, mlaskając z dezaprobatą. Gdy dotarli do apartamentu Wina w Dakocie, usadowili się z ulubionymi napojami we wnętrzu urządzonym w stylu Ludwika Któregoś Tam. Myron popijał yoo – hoo, Win sączył bursztynowy trunek.

Przełączając pilotem kanały, zatrzymał się na CNN. Myron spojrzał na ekran i pomyślał o samotnej Teresę na wyspie. Sprawdził godzinę. O tej porze zwykle prowadziła program. Akurat szedł materiał o farbowaniu włosów. Myron zadawał sobie pytanie, kiedy Teresę wróci na antenę. I dlaczego wciąż o niej myśli.

Win zgasił telewizor.

– Chcesz jeszcze? – spytał. Myron odmówił, kręcąc głową.

– Co ci powiedział Sawyer Wells? – zagadnął.

– Niestety, niewiele. Clu był narkomanem, on próbował mu pomóc, ple, ple, ple. Wiesz, że Sawyer opuszcza Jankesów?

– Nie.

– Przyznaje, że dzięki nim stał się znany. Ale cóż poradzić, czas wziąć sprawy w swoje ręce i powiększyć grono akolitów, których będzie motywował. Wkrótce drogi Sawyer rusza w trasę.

– Niczym gwiazda rocka? Win skinął głową.

– Do kompletu z koszulkami po zawyżonych cenach.

– Czarnymi?

– Nie wiem. Ale pod koniec każdego występu bisuje po tym, jak szalejący fani zapalają zapalniczki, wrzeszcząc „Dawaj Wolnego ptakal”.

– Całkiem jak w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku.

– Prawda? Aha, zasięgnąłem języka. Zgadnij, kto sponsoruje trasę Wellsa.

– Budweiser, niekwestionowany Król Piwa?

– Ciepło. Jego nowy wydawca. Riverton Press.

– Vincent Riverton, były właściciel New York Yankees?

– Tenże.

Myron gwizdnął, przetworzył wiadomość w głowie, lecz nie wyniknął z tego żaden wniosek.

– Zważywszy na wszystkie przejęcia firm w branży wydawniczej, do Rivertona należy połowa książek w mieście. Prawdopodobnie to nic nie znaczy – powiedział.

– Prawdopodobnie – przyznał Win. – Jeżeli masz więcej pytań, to jutro w Sali Cagemore'a na Uniwersytecie Restona Sawyer ma seminarium. Zaprosił mnie na nie. Wolno mi przyjść z wybranką.

– Na pierwszej randce się nie puszczam.

– To ma być powód do dumy?

Myron pociągnął duży łyk yoo – hoo. Może to kwestia wieku, lecz czekoladowy napój już mu nie smakował tak jak dawniej. Marzył o wielkiej porcji mrożonej kawy z chudym mlekiem z dodatkiem wanilii, chociaż nie znosił zamawiać jej na oczach innych mężczyzn.

– Jutro spróbuję się wywiedzieć o sekcji zwłok Clu – powiedział.

– Od Sally Li?

– Dziś była w sądzie, ale jutro rano ma być znów w kostnicy.

– Sądzisz, że coś ci powie?

– Nie wiem.

– Może znowu będziesz musiał włączyć urok osobisty – rzekł Win. – Czy ta Sally Li ma orientację hetero?

– W tej chwili tak – odparł Myron. – Lecz gdy tylko włączę mój urok…

– Wszystko może się zdarzyć.

– Potęga jego uroku zohydzi kobiecie mężczyzn.

– Wydrukuj to na swojej wizytówce. – Win zakręcił koniakówką, ogrzewając ją z wierzchu i od spodu dłonią. – Czy przed śmiercią nasz dawny koleżka Billy Lee wyjawił coś ważnego?

– Nie bardzo. Tylko to, że to ja zabiłem, jego zdaniem, Clu i chce mnie za to zabić.

– Hmm.

– Co?

– Twoje nazwisko znów wraca jak zły sen.

– Był skończonym ćpunem.

– Aha. Więc tylko gardłował?

– Można tak powiedzieć – odparł Myron po chwili. – Tak czy siak ciągle jestem w to jakoś wmieszany.

– Na to wygląda.

– Nie mam pojęcia dlaczego.

– Życie składa się z małych tajemnic.

– Nie umiem też dopasować Billy'ego Lee do tej historii: zamordowania Clu, romansu Esperanzy z Bonnie, wyrzucenia Clu z drużyny i podpisania przez niego umowy z Frankiem Juniorem… Do niczego.

Win odstawił kieliszek i wstał.

– Prześpijmy się z tym – zaproponował.

Dobra rada. Myron wsunął się pod pościel i natychmiast znalazł się w krainie snów. Kilka godzin później – po fazie paradoksalnej i dojściu do stanu „alfa”, gdy zaczęła się budzić świadomość i mózg zaczął pracować – wreszcie go oświeciło. Wrócił myślami do Franka Juniora i tego, że ten go śledził. Śledził go nawet, jak sam przyznał, na cmentarzu, przed jego ucieczką z Teresę na Karaiby. I raptem wszystko sobie skojarzył.


27

<p>27</p>

Do Franka Juniora zadzwonił o dziewiątej rano. Od sekretarki usłyszał, że panu Ache'owi nie można w tej chwili przeszkadzać. To pilna sprawa, zapewnił. Niestety, pana Ache'a nie było w biurze. Gdy przypomniał, że przed chwilą powiedziała, że szefowi nie można przeszkadzać, wyjaśniła, że nie można mu przeszkadzać, bo jest nieobecny. Aha.

– Proszę mu przekazać, że chcę się z nim spotkać. I to dziś, koniecznie – zaznaczył.

– Nie mogę obiecać…

– Wystarczy, że mu pani powie.

Sprawdził godzinę, W południe był umówiony z tatą „w klubie”. Miał dość czasu, żeby spotkać się z Sally Li, szefową zakładu medycyny sądowej powiatu Bergen. Zadzwonił do niej i poprosił o rozmowę.

– Nie tutaj – odparła. – Znasz Centrum Mody?

– W centrum handlowym przy drodze siedemnastej?

– Tak, na skrzyżowaniu z Ridgewood Avenue. Przed sklepem Łóżko, Wanna i Nie Tylko jest kanapkarnia. Spotkajmy się tam za godzinę.

– Łóżko, Wanna i Nie Tylko to część Centrum Mody?

– Pewnie dzięki „Nie Tylko”.

Sally Li odłożyła słuchawkę. Myron wsiadł do wynajętego auta i wyruszył do Paramus w stanie New Jersey. Motto: Handlu nigdy nie za wiele. Miasto Paramus przywodziło na myśl duszną, zatłoczoną windę, w której jakiś trzymający drzwi otwarte cymbał wołał: „Proszę, proszę, wciśnie się tu jeszcze jedno centrum handlowe”.

Centrum Mody nie charakteryzowało się niczym szczególnie modnym. Szczerze mówiąc, było tak obciachowe, że nie przesiadywały w nim nawet nastolatki. Siedząca na ławce, ze zwisającym z ust niezapalonym papierosem, Sally Li miała na sobie zielony strój chirurgiczny, a na stopach gumowe sportowe sandały – obuwie popularne pośród koronerów, gdyż ułatwiało zmycie ogrodowym wężem z nóg krwi, wnętrzności i tym podobnych resztek po denatach.

Mała rekapitulacja: przez mniej więcej dekadę Myron z przerwami pozostawał w związku uczuciowym z Jessicą Culver. Ostatnimi czasy, znów w sobie zakochani, zamieszkali razem. Lecz ich romans właśnie się skończył. W każdym razie na to wyglądało. Myron właściwie nie bardzo wiedział, czemu się rozstali. Bezstronni obserwatorzy mogliby rzec, że z powodu koszykarki Brendy. Lecz jemu to wcale nie wydawało się takie jasne, choć pojawienie się Brendy w jego życiu wiele zmieniło.

Co to miało wspólnego z Sally Li?

Szefem zakładu medycyny sądowej powiatu Bergen był kiedyś ojciec Jessiki, Adam Culver. Gdy przed siedmiu laty zginął z ręki mordercy, stanowisko to objęła jego najbliższa przyjaciółka i asystentka.

Sally Li. Myron poznał ją dzięki niemu.

– Jeszcze jedno centrum handlowe dla niepalących? – spytał, podchodząc do niej.

– Nikt już nie używa słowa „nie” – odparła. – Zastąpiono je słowem „wolne”. To nie jest centrum handlowe dla niepalących. To strefa wolna od palenia. Tylko patrzeć, jak nazwą to, co pod wodą, strefą wolną od oddychania. A nasz senat strefą wolną od myślenia.

– To dlaczego wybrałaś to miejsce na spotkanie? Sally westchnęła i usiadła prosto.

– Bo chciałeś usłyszeć coś na temat sekcji zwłok Clu Haida, tak? Myron zawahał się, skinął głową.

– No cóż, moi przełożeni… używam tego słowa, choć wiem, że kudy im do mnie… zmarszczyliby brwi, widząc nas razem. Przypuszczalnie spróbowaliby wylać mnie z roboty.

– To dlaczego ryzykujesz? – spytał.

– Po pierwsze, zamierzam zmienić pracę. Wrócić na Zachód, prawdopodobnie na Uniwersytet Kalifornijski. Po wtóre, jestem bystra, jestem kobietą oraz, jak obecnie to nazywają, Amerykanką pochodzenia azjatyckiego. Dlatego trudniej mnie wyrzucić. Mogę zrobić aferę, a ambitni politycy za chińskiego boga nie chcą wyjść na takich, co zwalczają mniejszości. Po trzecie, jesteś równy gość. Domyśliłeś się, kto zabił Adama. Mam wobec ciebie dług. – Wyjęła z ust papierosa, schowała go do paczki, wyjęła następnego i włożyła do ust. – No, to co chcesz wiedzieć?

– Nie postawisz żadnych warunków?

– Nie.

– Już myślałem, że będę musiał użyć uroku osobistego.

– Użyj, jeśli chcesz, żebym się rozebrała. – Machnęła ręką. – Eh, z kogo ja żartuję? Mów, Myron, śmiało.

– Co z obrażeniami? – spytał.

– Cztery rany postrzałowe.

– Sądziłem, że trzy.

– My z początku też. Dwie w głowie, od strzałów z bliskiej odległości, obie śmiertelne. Policja myślała, że była tylko jedna. Trzecia w prawej łydce, czwarta w plecach, między łopatkami.

– Od strzałów z dalszej odległości?

– Tak, co najmniej z półtora metra. Na oko z trzydziestkiósemki, ale nie zajmuję się balistyką.

– Byłaś na miejscu zbrodni, tak?

– Tak.

– Nie było wtargnięcia siłą?

– Policja mówi, że nie. Myron usiadł prosto.

– Sprawdźmy, czy dobrze odczytałem hipotezę prokuratury. Popraw mnie, jeśli się mylę.

– Nie mogę się doczekać.

– Sądzą, że Clu znał mordercę. Że wpuścił go lub ją dobrowolnie, rozmawiali i coś się stało. Morderca wyjął broń, a gdy Clu rzucił się do ucieczki, dwa razy do niego strzelił. Jedna kula trafiła w łydkę, druga w plecy. Potrafisz powiedzieć, w jakiej kolejności?

– Ale co?

– W łydkę czy w plecy?

– Nie potrafię.

– Dobra, Clu pada. Jest ranny, ale wciąż żyje. Morderca przystawia mu broń do głowy. Bum, bum! Sally uniosła brew.

– Imponujące.

– Dziękuję.

– Ale to nie wszystko.

– Słucham?

Westchnęła i poprawiła się na ławce.

– Wynikły komplikacje.

– Jakie?

– Zwłoki przeniesiono. Myronowi przyśpieszył puls.

– Clu zginął gdzie indziej? – spytał.

– Nie. Zwłoki przeniesiono po morderstwie.

– Nie rozumiem.

– Sinica nie wystąpiła, więc krew nie zdążyła zakrzepnąć. Ale tuż po śmierci, a w każdym razie najwyżej godzinę po niej ciało przemieszczono, ciągnąc po podłodze. A pokój przetrząśnięto.

– Morderca czegoś szukał. Pewnie tych dwustu tysięcy dolarów.

– Tego nie wiem. W całym mieszkaniu były smugi krwi.

– Smugi krwi?

– Jestem lekarzem. Nie zajmuję się analizą miejsca zbrodni. Ale w mieszkaniu był bałagan. Poprzewracane meble i półki na książki, opróżnione szuflady, wszędzie krew. Na ścianach, na podłodze. Tak jakby ciągnięto go jak szmacianą lalkę.

– Może się czołgał. Po postrzeleniu w łydkę i plecy.

– Niewykluczone. Trudno jest jednak czołgać się po ścianach, chyba że jesteś Spidermanem. Temperatura krwi Myrona spadła o kilka stopni. Próbował uporządkować, przesiać i przetworzyć informacje. Dopasować je. Morderca zrobił kipisz, szukając gotówki. To miało sens. Ale po co przeciągać ciało? Smarować ściany krwią?

– Na tym nie koniec – powiedziała Sally. Myron zamrugał jak wyrwany z transu.

– Przeprowadziłam pełne badanie toksykologiczne denata. I wiesz, co znalazłam?

– Heroinę?

– Figę z makiem.

– Co?

– Nul, nic, zero.

– Clu był czysty?

– Nie brał nawet tabletek na nadkwasotę. Myron zrobił zdziwioną minę.

– Ten stan może być tymczasowy. Może wydalił narkotyki z organizmu.

– Nie.

– Co znaczy, nie?

– Uprośćmy wiedzę, zgoda? Jeśli nadużywasz narkotyków i alkoholu, zawsze zostają ślady. W postaci powiększonego serca, uszkodzonej wątroby, zmian w płucach et cetera. I zostały. Clu z pewnością lubił mocne używki. Lubił! W przeszłości. Są też inne badania, na przykład włosów, ujawniające stan obecny. Te zaś nie wykazują niczego. Oznacza to, że Clu od jakiegoś czasu nie brał.

– Przecież dwa tygodnie temu wpadł na kontroli antynarkotykowej. Sally Li wzruszyła ramionami.

– Chcesz przez to powiedzieć, że test sfałszowano? – spytał. Uniosła ręce.

– Nie. Po prostu moje wyniki przeczą tamtym. Nic nie mówiłam o fałszerstwie. Mogło dojść do całkiem niewinnej pomyłki. Zdarza się, że badanie daje wynik fałszywie dodatni.

Myronowi wirowało w głowie. Clu nie brał. Strzelono do niego cztery razy, zwłoki przeciągnięto. Dlaczego? Gdzie tu sens?

Rozmawiali jeszcze z dziesięć minut, głównie o przeszłości, a potem Myron ruszył do swojego samochodu. Nadszedł czas na spotkanie z tatą. Żeby wypróbować nową komórkę – na Wina zawsze można było liczyć, że ma w mieszkaniu kilka „zapasowych” – zadzwonił do przyjaciela.

– Wysłów się – odezwał się Win.

– Clu miał rację. Test antynarkotykowy sfałszowano.

– No, no.

– Sawyer Wells był przy tym.

– No, no, no.

– O której godzinie wygłasza swój motywacyjny spicz w Reston?

– O drugiej.

– Masz ochotę dać się zmotywować?

– Nawet nie wiesz, jak bardzo – odparł Win.


28

<p>28</p>

Klub.

Ściślej mówiąc, Brooklake Country Club, nie dość że nie posiadał strumienia i jeziora zawartych w jego nazwie, to nie znajdował się we wsi. Jednak był to z całą pewnością klub. Kiedy samochód wspinał się stromym podjazdem, na widok białych grecko – rzymskich kolumn domu klubowego w głowie Myrona zaczęły rozbłyskiwać wspomnienia z dzieciństwa. Tak zawsze widział to miejsce. W krótkich migawkach wspomnień. Nie zawsze przyjemnych.

Klub był typowym przykładem nuworyszostwa zamożnych pobratymców Myrona, tak samo hołdujących elitaryzmowi i pozbawionych gustu jak ich gejowskie odpowiedniki. Na pływalni wysiadywały wiecznie opalone starsze panie z piegami na dekoltach, dbające przesadnie, by ich sztywno wy lakierowane przez fałszywych francuskich fryzjerów fryzury, z kosmykami jak zastygłe światłowody, nie weszły, nie daj Bóg, w kontakt z wodą, a spały chyba z głowami w powietrzu, żeby nie roztrzaskać koafiur kruchych jak weneckie szkło. Z poprawionymi nosami, figurami po liposukcji i liftingami twarzy tak wyśrubowanymi, że uszy niemal schodziły się im na karkach, wyglądały w sumie równie seksownie jak demoniczna Yvonne De Carlo z telewizyjnych Munsterów. Kobiety te walczyły ze starością i na pozór były górą, ale Myron zadawał sobie pytanie, czy z tym nie przesadzają i czy ostre, odsłaniające blizny światła sali klubowej nie obnażają za bardzo ich strachu. Kobiety i mężczyźni spędzali czas w klubie oddzielnie – panie z ożywieniem grały w madżonga, panowie żuli w milczeniu cygara przy kartach. Małżonki urządzały podwieczorki, by nie przeszkadzać żywicielom rodzin – to jest mężom – w cennych chwilach relaksu. Grano również w tenisa, lecz bardziej pod presją mody niż z potrzeby ruchu, stwarzało to bowiem pretekst do przywdziania dresów, w przypadku części małżeństw jednakowych. Były tam również: bar grillowy dla mężczyzn, bawialnią dla kobiet, dębowe tablice z upamiętnionymi złotymi listkami zwycięzcami turniejów golfowych – jeden z nich, już świętej pamięci, wygrał siedem razy z rzędu – duże szatnie ze stołami do masażu, łazienki z grzebieniami zanurzonymi w dezynfekującym alkoholu, bar sałatkowy, na dywanach ślady po kolcach od butów do golfa, tablica z nazwiskami założycieli klubu, w tym dziadków Myrona, jadalnia dla biednych imigrantów i zwracanie się do siebie po imieniu, zawsze z nazbyt szerokimi uśmiechami w pogotowiu.

Myrona szokowało, że członkami klubu są teraz jego rówieśnicy. Te same młode dziewczyny, które do niedawna szydziły z gnuśności swoich matek, porzucały robienie karier, żeby „wychować” dzieci, czytaj: wynajmowały nianie i przychodziły tu na lunche, nudząc się jak mopsy w nieustannej grze na udowadnianie przewag. Mężczyźni w jego wieku, z wymanikiurowanymi dłońmi, długimi włosami, dobrze odżywieni i nazbyt dobrze ubrani, nawijali luzacko przez komórki i klęli swobodnie przy kolegach. Ich dzieciaki, ciemnookie podrostki, dumne jak książątka, snuły się po domu klubowym z grami wideo i walkmanami.

Rozmowy bywalców były głupie i strasznie Myrona dołowały. Dziadkowie znani mu z dzieciństwa mieli przynajmniej na tyle rozsądku, żeby za dużo z sobą nie rozmawiać, ograniczając się do dobierania i rzucania kart, i tylko czasem gderając na miejscową drużynę. Babcie wypytywały się nawzajem o wszystko, porównując własne dzieci i wnuki z konkurencją, szukając słabych stron rywalek i pretekstu, żeby zaświecić im w oczy opowieściami o popisach swoich latorośli, ale żadna żadnej nie słuchała, szykując kolejny frontalny atak, w którym ważniejsze od rodowej dumy było podnoszenie poczucia własnej wartości.

Główną salę restauracyjną urządzono, jak należało się spodziewać – z wielką przesadą. Były tam: zielone dywany, zasłony z materiału przypominającego sztruks na garnitury sportowe, złote obrusy na wielkich mahoniowych stołach z kwietnymi ozdobami piętrzącymi się wysoko, podobnie jak platery na szwedzkim stole, bez żadnego wyczucia proporcji. Myron zapamiętał z dzieciństwa bar micwę na sportowo: szafy grające, plakaty, proporczyki, siatkowe klatki do gry w wiffle'a, kosz na rzuty osobiste, artystów rysujących karykatury sportowe trzynastoletnich chłopców – najokropniejszych stworzeń boskich, nie licząc prawników telewizyjnych – oraz kapelę weselną z grubaśnym solistą, który wręczał dzieciakom srebrne dolary w skórzanych woreczkach ozdobionych numerem telefonu jego zespołu.

Lecz te obrazy – migawki – przesuwały się za szybko. Wiedział, że są uproszczone, że jego wspomnienia z tego miejsca zniekształca drwina wymieszana z nostalgią. Jednak pamiętał również, że przyjeżdżał tu na rodzinne obiady, pamiętał swój spięty spinką, lekko przekrzywiony krawat, to, jak mama posyłała go do męskiego azylu – cuchnącej dymem cygar kardami – by odszukał dziadka, niekwestionowanego patriarchę rodu, witającego go mocnym uściskiem, pamiętał jego burkliwych ziomków w za ciasnych, krzykliwie kolorowych koszulach golfowych, którzy, ledwie zauważając intruza, świadomi, że zaraz nadciągną ich wnuki, bez pośpiechu, gracz po graczu, kontynuowali partię. Ludzie ci, których z taką łatwością krytykował, byli pierwszym pokoleniem imigrantów z Rosji, Polski, Ukrainy bądź innej strefy działań wojennych usianej żydowskimi sztetlech. Docierali do Nowego Świata, uciekając od przeszłości, biedy, strachu, w ucieczce tej posuwając się czasem nieco za daleko. Kobiety, pomimo owych polakierowanych fryzur, biżuterii i brokatów, prędzej niż niedźwiedzica zabiłyby w obronie swych małych i wciąż czujnym wzrokiem wypatrywały w oddali pogromów, podejrzliwe, spodziewające się najgorszego, gotowe w każdej chwili do wzięcia na siebie ciosu wymierzonego w ich dzieci.

Tatę Myron zastał w pokoju do podobiadków – siedział w obrotowym fotelu z żółtej imitacji skóry; pasował do otoczenia jak mufti dosiadający wielbłąda. Nigdy się tu nie zadomowił. Nie grał w golfa, w tenisa ani w karty. Nie pływał, nie przechwalał się, nie jadał podobiadków, nie rozmawiał o giełdzie. Ubierał się zawsze jak do pracy – w ciemnoszare spodnie, mokasyny i białą koszulę, pod którą nosił biały podkoszulek. Oczy miał ciemne, cerę bladooliwkową, a nos sterczący jak dłoń wyciągnięta do uścisku.

Co ciekawe, Al Bolitar nie był członkiem klubu Brooklake. Za to jego rodzice należeli do założycieli tego przybytku, w każdym razie członkiem klubu był nadal dziadunio Myrona, wegetujący dziewięćdziesięciodwuletni staruszek, którego urozmaicone życie rozpadło się na bezużyteczne fragmenty wskutek choroby Alzheimera. Tato nie znosił tego miejsca, ale ze względu na swego ojca podtrzymywał jego członkostwo w klubie. Wymagało to od niego pojawiania się tu co jakiś czas, lecz uznawał, że to niewygórowana cena.

Na widok syna wstał wolniej niż zwykle i nagle Myron zdał sobie sprawę z oczywistej prawdy: cykl zaczął się od nowa. Tata doszedł wieku, w jakim wówczas był dziadunio, wieku, w którym ludzie żartują z przerzedzonych, posiwiałych, ongiś kruczoczarnych włosów. Nie była to pokrzepiająca myśl.

– Tutaj! – zawołał Al Bolitar, choć Myron na niego patrzył.

Utorował sobie drogę pomiędzy jedzącymi śniadanie, przeważnie leciwymi kobietami, wahadłowo przechodzącymi od żucia do paplania i z powrotem. Z kawałkami surówki z białej kapusty w kącikach błyszczących ust, z których szminka różowiła brzegi ich szklanek, przyglądały się idącemu Myronowi z trzech powodów: był mężczyzną, miał poniżej czterdziestki i nie nosił obrączki. Taksowały, czy jest materiałem na zięcia. Zawsze czujne, niekoniecznie z powodu córek na wydaniu, duchowo bliskie starym swatkom ze sztetlech.

Myron uściskał ojca i jak zawsze pocałował go w policzek, wciąż cudownie szorstki, choć skóra na nim straciła jędrność. W powietrzu unosił się leciutki zapach wody Old Spice, pokrzepiający jak kubek gorącej czekolady w chłodny dzień. Tata oddał Myronowi uścisk, wypuścił go z objęć i uścisnął jeszcze raz. Nikt nie dostrzegł tej manifestacji uczuć, takie sceny nie były tu bowiem rzadkością. Usiedli. Na papierowych podkładkach pod nakrycia widniał schemat pola golfowego z osiemnastoma dołkami i ozdobnym B pośrodku, logo klubu. Tata wziął gruby ołówek, ołówek golfowy, żeby – zgodnie z tradycją – wypisać zamówienie. Menu nie zmieniło się od lat trzydziestu. W dzieciństwie Myron zamawiał albo sandwicza Monte Christo, albo sandwicza Reubena. Dziś poprosił o bajgiel z łososiem i serkiem śmietankowym. Tata zapisał to.

– I co? – zagadnął. – Zdążyłeś się zaaklimatyzować po powrocie?

– Chyba.

– Paskudna sprawa z tą Esperanzą.

– Nie zrobiła tego.

Al Bolitar skinął głową.

– Mama mówi, że dostałeś wezwanie do sądu.

– Tak. Ale ja nic nie wiem.

– Posłuchaj ciotki Clary. To mądra kobieta. Zawsze taka była. Już w szkole była najmądrzejsza w klasie.

– Posłucham.

Podeszła kelnerka. Tato wręczył jej zamówienie.

– Zbliża się koniec miesiąca – powiedział do Myrona. – Do trzydziestego muszę wypełnić minimum dziadka. Szkoda, żeby składka się zmarnowała.

– Klub jest niczego sobie.

Wyraziwszy grymasem odmienne zdanie, Al Bolitar wziął kromkę chleba, posmarował ją masłem, odepchnął od siebie i poprawił się w fotelu. Myron przyglądał się mu. Tata do czegoś zmierzał.

– A więc się rozstaliście, ty i Jessica? – spytał. Przez wszystkie lata, gdy Myron z nią chodził, tata nie ciągnął go za język w sprawie ich związku, ograniczając się do uprzejmych pytań. To nie było w jego stylu. Pytał, jak Jessica się miewa, co zamierza, kiedy wyjdzie jej następna książka. Był uprzejmy, przyjacielski, serdecznie jej gratulował, nigdy jednak nie zdradzał, co tak naprawdę o niej myśli. Mama wyrażała swoje poglądy na ten temat bez ogródek: Jessica nie była wystarczająco dobra dla jej syna, no, ale któraż kobieta sprostałaby jej wymogom. Tata zachowywał się jak prezenter wiadomości, gość, który zadaje pytania, nie dając niczym poznać widzowi, co prywatnie sądzi na konkretny temat.

– Myślę, że to koniec – odparł Myron.

– Z powodu… – tata urwał, spojrzał w bok i znowu na syna – Brendy?

– Nie jestem pewien.

– Nie palę się do dawania rad. Wiesz o tym. A może powinienem. Przeczytałem poradniki, które ojcowie dedykują dzieciom. Widziałeś je?

– Tak.

– Jest tam wszystko, wiedza na każdy temat. W rodzaju: raz w roku obejrzyj wschód słońca. Tylko po co? A jeśli ktoś lubi sobie pospać? Albo: przy śniadaniu daj suty napiwek kelnerce. A jeżeli jest gburowata? Jeżeli jest do niczego? Może dlatego nigdy nie dawałem rad. Zawsze widziałem ich rewers.

Myron uśmiechnął się.

– Ale jednego nauczyłem się na mur. Jednego. Dlatego wysłuchaj mnie, bo to ważne.

– Dobrze.

– Najważniejszą decyzją w życiu jest to, kogo poślubisz. Choćbyś zsumował wszelkie inne decyzje, jakie podjąłeś, i tak nie dorównają ważnością tej jednej. Przypuśćmy, że wybrałeś sobie niewłaściwy zawód. Jeśli masz właściwą żonę, to nie problem. Zachęci cię ona do zmiany zajęcia, pocieszy cię, choćby nie wiem co. Rozumiesz?

– Tak.

– Zapamiętaj to sobie, dobrze?

– Dobrze.

– Musisz kochać ją bardziej niż cokolwiek na świecie. Ale ona musi kochać cię równie mocno. Najważniejsze powinno być dla ciebie jej szczęście, a dla niej twoje. Niełatwo jest troszczyć się o kogoś bardziej niż o siebie samego. Nie patrz więc na nią jak na obiekt pożądania ani jak na partnerkę do rozmowy. Dojrzyj codzienne życie z tą osobą. Dojrzyj płacenie wspólnych rachunków, wychowywanie dzieci, mieszkanie w dusznym pokoju bez klimatyzacji i płaczące niemowlę. Wyrażam się jasno?

– Tak. – Myron uśmiechnął się i splótł dłonie na stole. – Czy tak jest z tobą i mamą? Czy mama jest dla ciebie tym wszystkim?

– Tym wszystkim – potwierdził tata – i skaraniem boskim. Myron zaśmiał się.

– Jeśli przyrzekniesz, że nic jej nie powiesz, zdradzę ci małą tajemnicę.

– Jaką?

Tata nachylił się ku niemu i rzekł konspiracyjnym szeptem:

– Kiedy twoja matka wchodzi do pokoju, gdyby, powiedzmy, przeszła teraz koło nas, to mimo że przeżyłem z nią tyle lat, na jej widok moje serce tańczy two stepa. Rozumiesz, co mówię?

– Myślę, że tak. To samo czułem przy Jess. Tata rozłożył ręce.

– W takim razie wystarczy.

– Chcesz powiedzieć, że Jessica jest tą osobą?

– Nie mnie o tym decydować.

– Myślisz, że popełniam błąd? Al Bolitar wzruszył ramionami.

– Znajdziesz na to odpowiedź, Myron. Polegam na tobie w pełni. Może dlatego nie udzielałem ci rad. Może zawsze sądziłem, że masz dość rozumu beze mnie.

– Bzdura.

– Może łatwiej mi było ojcować, czy ja wiem.

– Albo dawałeś mi przykład – rzekł Myron. – Łagodnie mną kierowałeś. Pokazywałeś, zamiast mówić.

– Tak, tak.

Zamilkli. Paplające kobiety wokół nich tworzyły biały szum.

– W tym roku kończę sześćdziesiąt osiem lat – powiedział tata.

– Wiem.

– Już nie jestem młody.

– Ani nie stary.

– Owszem. Znów zamilkli.

– Sprzedaję interes – oznajmił Al Bolitar.

Myron zamarł. Przed oczami stanął mu magazyn w Newark, miejsce, w którym ojciec pracował od zawsze. W szmatkes biznes – w tym przypadku, w przedsiębiorstwie bieliźnianym. Wyobraził go sobie z kruczoczarnymi włosami, w oszklonym kantorze, jak z podwiniętymi rękawami koszuli wydaje polecenia, a Eloise, wierna sekretarka, przynosi mu wszystko, co potrzeba, zanim się tata połapie, że tego potrzebuje.

– Jestem już na to za stary – ciągnął. – Więc się wycofuję. Rozmawiałem z Artiem Bernsteinem.

Pamiętasz Artiego?

Myron zdobył się na skinienie głową.

– To łobuz, od lat marzył, żeby mnie wykupić. W tej chwili daje marne grosze, ale czyja wiem, chyba się zgodzę.

Myron zamrugał oczami.

– Sprzedajesz interes?

– Tak. A mama chce ograniczyć pracę w kancelarii prawnej.

– Nie rozumiem.

Ojciec położył dłoń na jego ramieniu.

– Jesteśmy zmęczeni, synu.

Myron poczuł, jak dwie wielkie ręce gniotą mu klatkę piersiową.

– Poza tym kupujemy mieszkanie na Florydzie.

– Na Florydzie?

– Tak.

– Przenosicie się na Florydę?

Teoria Myrona na temat Żydowskiego Życia na Wschodnim Wybrzeżu brzmiała: dorastasz, żenisz się, płodzisz dzieci, przenosisz się na Florydę, umierasz.

– Czy ja wiem, może tylko na część roku. Mama i ja zamierzamy trochę więcej podróżować. – Tata urwał. – Tak więc prawdopodobnie sprzedamy dom.

W domu tym Myron spędził całe życie. Spojrzał na stół. Wziął | z koszyka zawiniętego krakersa i zerwał z niego celofan.

– Nic ci nie jest? – spytał tata.

– Nic – odparł, ale nie czuł się dobrze i nawet sobie samemu nie chciał się przyznać dlaczego. Kelnerka przyniosła zamówienie. Tata wziął sałatkę z twarożkiem. Nie znosił twarożku. Jedli w milczeniu. Myrona – głupia sprawa – piekły oczy od łez.

– Jest coś jeszcze – odezwał się tata. Myron podniósł wzrok.

– Co?

– Nic wielkiego. Nie chciałem ci o tym mówić, ale mama uznała, że powinienem. Wiesz, jaka z nią dyskusja. Jak się przy czymś uprze, to sam Bóg…

– O co chodzi, tato?

Ojciec utkwił wzrok w Myronie.

– Wiedz, że nie ma to nic wspólnego z tobą ani z twoim wyjazdem na Karaiby.

– Co, tato?

– Kiedy cię nie było… – Ojciec wzruszył ramionami i zamrugał. Odłożył widelec, dolna warga drżała mu leciutko. – Chwyciły mnie bóle w piersi.

Myronowi zatrzepotało serce. Stanął mu przed oczami kruczowłosy tata na stadionie Jankesów. Ujrzał, jak czerwienieje na twarzy, słuchając jego opowieści o brodaczu, a potem wstaje i pędzi jak burza, żeby pomścić synów.

– Bóle w piersi? – spytał metalicznym, obco brzmiącym głosem.

– Nie rób z tego sprawy.

– Miałeś atak serca?

– Nie wyolbrzymiaj. Lekarze nie mieli pewności, co to było. Zabolało mnie w piersi, i tyle. Po dwóch dniach wyszedłem ze szpitala.

– Ze szpitala?

Myron ujrzał więcej obrazów: tata budzi się z bólami, mama w płacz, wzywa karetkę, pędzą do szpitala, maska tlenowa na twarzy, mama trzyma tatę za rękę, są bladzi jak prześcieradła…

Coś w nim pękło. Nie wytrzymał. Wstał i niemal biegiem popędził do toalety. Ktoś go pozdrowił, zawołał po imieniu, ale nie zwolnił kroku. Pchnął drzwi, otworzył kabinę i zamknął się w niej. O mało nie zasłabł.

Rozpłakał się.

Szlochem głębokim, który wstrząsał całym ciałem. A już myślał, że zatracił zdolność płaczu. Łkał bez przerwy, bez wytchnienia.

Otworzyły się drzwi toalety. Ktoś oparł się na drzwiach kabiny.

– Nic mi nie jest, Myron – zapewnił ściszonym prawie do szeptu głosem tata.

Ale Myron ujrzał go znowu na stadionie Jankesów. Kruczoczarne włosy ojca zniknęły, zastąpione przez siwe, rozwiewające się kosmyki. Tata rzucił wyzwanie brodaczowi. A kiedy ten się podniósł, Al Bolitar chwycił się za pierś i upadł na ziemię.


29

<p>29</p>

Myron próbował się otrząsnąć. Nie miał wyboru. Lecz wbrew chęciom wciąż myślał o tym, co się stało. Nie mógł odegnać zmartwień. Dawniej martwienie się nie było w jego stylu, nawet gdy groził mu kryzys. A teraz raptem mdliło go od trosk. Sprawdziło się porzekadło, że im jesteś starszy, tym bardziej upodabniasz się do rodziców. Był na dobrej drodze, by wkrótce zacząć przestrzegać młodziaków, żeby nie wystawiali łokci z samochodów, bo je stracą.

Win w swojej klasycznej pozie – całkowicie zrelaksowany, z założonymi rękami i spokojnym wzrokiem – czekał na niego przed aulą. W markowych okularach przeciwsłonecznych wyglądał nader elegancko. Jak model z miesięcznika „Gentlemen's Quarterly”.

– Jakiś problem? – spytał.

– Nie… Myślałem, że spotkamy się z nim w środku – odparł Myron.

– Musiałbym znowu wysłuchać Sawyera Wellsa.

– Jest aż tak niedobry?

– Wyobraź sobie duet Mariah Carey i Michael Bolton.

– Tfu, tfu!

Win sprawdził godzinę.

– Właśnie powinien kończyć. Bądźmy dzielni. Weszli do środka. Cagemore Center było rozłożystą budowlą z mnóstwem sal koncertowych i wykładowych, którym dzięki przesuwanym ścianom można było nadać dowolny wymiar. W jednej odbywały się zajęcia dla dzieci z letniego obozu. Win i Myron przystanęli, przysłuchując się dzieciom śpiewającym Farmer in the Dell. Myron uśmiechnął się.

Win ruszył do głównej auli. Ze stojącego przed nią stołu sprzedawano produkty związane z Sawyerem Wellsem. Kasety magnetofonowe, kasety wideo, książki, czasopisma, plakaty, proporczyki (na co komu one, Myron nie był w stanie pojąć) oraz, a jakże, koszulki. Tytuły też okazały się fajowe: Wellsa droga do dobrego samopoczucia, Wellsa zasady dobrego samopoczucia, Klucz do dobrego samopoczucia: jesteś najważniejszy. Myron pokręcił głową.

W zapełnionej auli panowała taka cisza, jakiej nie powstydziłby się Watykan. Na scenie, ruchliwy jak Robin Williams za swych estradowych lat, miotał się sam mistrz radzenia sobie samemu. Sawyer Wells – bez garniturowej marynarki, w koszuli z zawiniętymi mankietami i fikuśnymi szelkami wpijającymi się mu w ramiona – olśniewał. Wdechowy image dla takiego guru: drogi garnitur zaświadczał o sukcesie, a zdjęta marynarka i zawinięte rękawy koszuli wskazywały, że to równy gość. Idealny zestaw.

– Ty jesteś najważniejszy – mówił właśnie do oczarowanej widowni Sawyer Wells. – Nawet gdybyś nie zapamiętał dzisiaj nic, zapamiętaj jedno: jesteś najważniejszy. Skoncentruj się na sobie. Decyduj o sobie. Patrz na wszystko, jakby było twoim odbiciem. Więcej! Wszystko jest twoim odbiciem! Jest tobą. Jesteś wszystkim. I wszystko jest tobą.

– Czy to nie są słowa piosenki? – zagadnął Win, nachylając się do Myrona.

– Chyba chłopaków ze Stylistics. Z początku lat siedemdziesiątych.

– Chcę, żebyście to zapamiętali – ciągnął Sawyer Wells. – Żebyście wyobrazili sobie. Żebyście wyobrazili sobie, że jesteście wszystkim. Twoja rodzina to ty. Twoja praca to ty. Piękne drzewo na ulicy, którą idziesz, to ty. Kwitnąca róża to ty.

– Brudny WC na dworcu autobusowym… – rzekł Win.

– To ty – dokończył Myron.

– Widzisz szefa, przywódcę, głowę rodziny, osobę spełnioną, kogoś, kto odniósł sukces. Ten ktoś to ty. Nikt ci nie przewodzi, sam jesteś przywódcą. Stajesz przed przeciwnikiem i wiesz, że możesz z nim wygrać, bo ten przeciwnik to ty. A ty wiesz, jak ze sobą wygrać. Pamiętaj, jesteś swoim przeciwnikiem. Twój przeciwnik to ty.

Win zmarszczył czoło.

– Sęk w tym, że bijesz się sam z sobą.

– To paradoks – zgodził się Myron.

– Boisz się nieznanego – perorował Sawyer Wells. – Boisz się sukcesu. Boisz się ryzyka. Ale już wiesz, że owo nieznane to ty. Sukces to ty. Ryzyko to ty. A siebie się nie boisz.

Win znów zmarszczył czoło.

– Słuchaj Mozarta. Chodź na długie spacery. Pytaj siebie, czego dziś dokonałeś. Rób to każdego wieczoru. Zanim położysz się spać, zadaj sobie pytanie, czy dzięki tobie świat stał się lepszy. W końcu jest to twój świat. Ty jesteś światem.

– Jeżeli zaśpiewa „We Are the World”, użyję pistoletu – zapowiedział Win.

– To ty jesteś twoim pistoletem – skontrował Myron.

– On również.

– Słusznie.

– Skoro on jest moim pistoletem, a mój pistolet go zabije, będzie to samobójstwo – skonstatował Win.

– Bądź odpowiedzialny za swe czyny – ciągnął Wells. – To jedna z zasad Wellsa. Bądź odpowiedzialny. Cher powiedziała kiedyś: „Usprawiedliwienia nie podniosą ci oklapniętego tyłka, tak czy nie?”. Posłuchajcie jej. Uwierzcie z całego serca.

Gość cytował Cher. Tłum kiwał głowami. Bóg nie istniał.

– Wyznaj coś o sobie przyjacielowi, coś strasznego, czego za nic nie chciałeś zdradzić nikomu.

Poczujesz się lepiej. Przekonasz się, że zasługujesz na miłość. A ponieważ twój przyjaciel jest tobą, w istocie zwierzasz się samemu sobie. Interesuj się wszystkim. Łaknij wiedzy. To kolejna zasada.

Pamiętaj, jesteś najważniejszy. Kiedy poznajesz inne rzeczy, w rzeczywistości poznajesz siebie.

Musisz poznać siebie lepiej.

Win z grymasem bólu na twarzy spojrzał na Myrona.

– Zaczekajmy na zewnątrz – zaproponował Myron.

Dopisało im jednak szczęście. Dwadzieścia zdań później Sawyer skończył. Słuchacze oszaleli. Wstali, wiwatując i pokrzykując jak widownia na występie Arsenia Halla. Win pokręcił głową.

– Czterysta dolarów od łebka.

– Tyle to kosztuje?

– On jest twoimi pieniędzmi.

Myron i Win patrzyli, jak wyznawcy podchodzą do sceny, wznosząc ręce ku niebu w płonnej nadziei, że Sawyer Wells sięgnie w dół i ich dotknie. Stół z Wellsowskimi akcesoriami znalazł się w oblężeniu jak gnijący owoc otoczony rojem much.

– Wielkomiejski wariant wiecu odnowy religijnej w namiocie – skomentował Win.

Myron skinął głową.

Sawyer Wells w końcu pomachał wiernym na pożegnanie i zbiegł ze sceny. Tłum wiwatował i kupował w najlepsze. Myron niemal oczekiwał, że spiker obwieści przez głośniki, iż Elvis wyszedł z budynku. Przeprawili się przez tłum.

– Chodź – rzekł Win. – Mam przepustki za kulisy.

– Powiedz, że żartujesz.

Win jednak nie żartował. Rzeczywiście miał przepustki. Podejrzliwy strażnik w cywilu sprawdził je skrupulatnie jak komisja Warrena taśmę Zaprudera z zabójstwa Kennedyego. Usatysfakcjonowany, przepuścił ich za aksamitną linę. Tak jest, aksamitną! Na widok Wina Sawyer Wells ruszył ku nim w lansadach.

– Tak się cieszę, że pan przyszedł, Win! – zawołał, obrócił się do Myrona i zafundował mu szufelkę. – Witam, jestem Sawyer Wells.

– Myron Bolitar.

Myron uścisnął mu dłoń. Uśmiech Wellsa zadygotał, ale nie zgasł.

– Miło mi pana poznać.

– Dlaczego sfałszowaliście wyniki kontroli antynarkotykowej Clu Haida, tak by wyglądało, że brał heroinę? – spytał Myron, decydując się na frontalny atak.

Sawyer uśmiechał się dalej, choć uśmiech jakby go uwierał.

– Słucham?

– Clu Haida. Mówi panu coś to nazwisko?

– Oczywiście. Powiedziałem wczoraj Winowi, że ciężko nad nim pracowałem.

– Jak pan pracował?

– Żeby nie brał narkotyków. Mam duże doświadczenie terapeutyczne. Zdobyłem kwalifikacje. Żeby pomagać uzależnionym.

– Niewiele się to różni od tego, co pan robi w tej chwili.

– Słucham?

– Ludzie podatni na uzależnienia potrzebują uzależnień. Jeśli nie od alkoholu czy narkotyków, to od religii albo koszałków – opałków o pomaganiu samemu sobie. Po prostu zmieniają uzależnienia. Miejmy nadzieję, że na mniej szkodliwe.

Sawyer Wells pokiwał głową jak kiwon.

– Bardzo ciekawy pogląd, Myron – powiedział.

– Och, dzięki, Sawyer.

– Wiele się dowiedziałem o ludzkich słabościach, o braku poczucia własnej wartości u nałogowców takich jak Clu Haid. Jak już mówiłem, bardzo ciężko nad nim pracowałem. Jego porażka bardzo mnie zabolała.

– Bo to była pańska porażka.

– Słucham?

– Jesteś wszystkim i wszystko jest tobą – zacytował Win. – Jest pan Clu Haidem. Clu przegrał, ergo przegrał pan.

Sawyer Wells spojrzał na niego. Zachował uśmiech, lecz odmieniony. Jego gesty straciły zamaszystość, wziął je w karby. Był z tych, którzy próbują naśladować osobę, z którą rozmawiają. Myron tego nie cierpiał.

– Widzę, że przyszedł pan pod koniec mojego seminarium, Win.

– Czyżbym mylnie odczytał pańskie przesłanie?

– Nie w tym rzecz. Ale człowiek sam stwarza sobie świat. To głoszę. Jesteś tym, co tworzysz, co postrzegasz. Bądź odpowiedzialny. Oto najważniejszy komponent moich nauk. Bierzesz odpowiedzialność za swoje uczynki. Przyznajesz się do winy. Wie pan, jakie są dwa najpiękniejsze zdania na świecie?

Win otworzył usta, spojrzał na Myrona i pokręcił głową.

– Za łatwe – ocenił.

– Jestem odpowiedzialny – rzekł Wells. – To moja wina. Niech pan to powie – zwrócił się do Myrona.

– Co?

– Bardzo proszę. Niech pan powie: „Jestem odpowiedzialny. To moja wina”. To uszczęśliwia. Dość wymigiwania się od odpowiedzialności. Niech pan powie. A ja z panem. I pan również, Win.

– Jestem odpowiedzialny. To moja wina – powtórzyli Myron i Wells. Win milczał.

– Lepiej panu? – spytał Wells.

– To prawie jak seks – rzekł Myron.

– Bywa, że działa bardzo mocno.

– Mhm. Nie przyjechałem krytykować pańskiego seminarium, Sawyer. Chcę usłyszeć o teście antynarkotykowym Clu. Dowody, którymi dysponujemy, potwierdzają, że go sfałszowano. Pan w nim uczestniczył. Dlaczego podaliście, że Clu się narkotyzował?

– Nie wiem, o czym pan mówi.

– Sekcja zwłok wykazała ponad wszelką wątpliwość, że Clu Haid nie brał narkotyków od co najmniej dwóch miesięcy przed śmiercią. A jednak dwa tygodnie temu wyszło wam, że ćpał.

– Być może test dał błędny wynik – odparł Wells. Win zamlaskał z dezaprobatą.

– Niech pan powie: „Jestem odpowiedzialny. To moja wina” – zachęcił.

– Dość wymigiwania się od odpowiedzialności – dodał Myron.

– Bardzo proszę, Sawyer. To uszczęśliwia.

– To nie jest śmieszne – zaprotestował Wells.

– O, przepraszam – rzekł Win. – Jest pan wszystkim, a tym samym również testem antynarkotykowym.

– Gościem na tak.

– Podobnie na tak jak wasz test.

– Wystarczy tego dobrego, panowie! – nie wytrzymał Wells.

– Jest pan skończony, Sawyer. Wszystko powiem prasie – zagroził Myron.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Nie wiem nic o sfałszowaniu testu.

– Mam na ten temat teorię. Chce pan ją usłyszeć?

– Nie.

– Opuszcza pan Jankesów i zaczyna pracować dla Vincenta Rivertona, zgadza się?

– Nie pracuję wyłącznie dla jednej firmy. Jego koncern wydaje mi książkę.

– Riverton to także główny wróg Sophie Mayor.

– Tego pan nie wie – bronił się Wells.

– Żył dla tego klubu. Bardzo się wkurzył, gdy pani Mayor przejęła Jankesów. Na dodatek okazało się, że taka właścicielka była klubowi potrzebna, ponieważ nie wtrącała się do jego prowadzenia. Jedynym jej posunięciem, i to świetnym, było ściągnięcie do drużyny Clu Haiga. Clu rzucał lepiej, niż ktokolwiek śmiał marzyć. Jankesi zaczęli odzyskiwać świetność. I wtedy wkroczył pan. Haig nie przeszedł kontroli antynarkotykowej. Sophie Mayor wyszła na ignorantkę. Jankesi zaczęli spadać w dół tabeli.

Sawyer Wells chyba trochę się pozbierał. Któreś ze zdań Myrona dodało mu animuszu. Ciekawe.

– To nie ma żadnego sensu – rzekł.

– Konkretnie co?

– Wszystko. – Wells znowu wyprężył pierś. – Sophie Mayor była dla mnie dobra. Kiedy stworzyła mi szansę na awans życiowy, pracowałem jako terapeuta w ośrodkach odwykowych Sloan State i Rockwell. Z jakiego powodu miałbym jej szkodzić?

– Proszę mnie oświecić.

– Nie mam pojęcia. Byłem przekonany, że Clu się narkotyzuje. Jeśli nie brał, test dał błędny wynik.

– Dobrze pan wie, że wyniki kontroli się sprawdza. Nie ma mowy o błędzie. Ktoś je sfałszował.

– Nie ja. Proponuję porozmawiać z doktorem Stilwellem.

– Jednak pan był obecny przy badaniu? Zgadza się?

– Tak, byłem przy tym. Na tym kończę odpowiadać na pańskie pytania. Po tych słowach Sawyer Wells obrócił się na pięcie i pośpiesznie wyszedł.

– Chyba nas nie lubi – powiedział Myron.

– Ale najważniejsze, że jesteśmy nim.

– Z czego wniosek, że nie lubi siebie?

– Smutne, prawda?

– A jak mąci w głowie. Ruszyli do wyjścia.

– Dokąd teraz, o Zmotywowany?! – spytał Win.

– Do Starbucks.

– Czas na kawę z mlekiem?

– Na konfrontację z Frankiem Juniorem.


30

<p>30</p>

Franka Juniora nie zastali. Myron ponownie zadzwonił do jego agencji i od tej samej sekretarki usłyszał, że FJ. jest nadal nieosiągalny. Nie zrobiło też na niej wrażenia, gdy powtórzył, że musi jak najprędzej porozmawiać z Francisem Ache'em Juniorem.

Powrócił zatem do swojego biura.

Wielką Cyndi – kobietę, która ledwie mogła wcisnąć się w suknię namiot – opinał dziś jaskrawozielony trykot ze spandeksu, z hasłem biegnącym przez pierś. Materiał krzyczał boleśnie, a litery na nim były tak rozciągnięte, że nie dało się ich odczytać.

– Dzwoniło wielu klientów, panie Bolitar – poinformowała Wielka Cyndi. – Niezadowolonych, że pana nie zastali.

– Zajmę się tym – obiecał. Przekazała mu wiadomości.

– Aha, dzwonił Jared Mayor – dodała. – Bardzo chciał z panem porozmawiać.

– Dobrze, dziękuję.

Najpierw Myron zadzwonił do Jareda Mayora. Zastał go w biurze matki na Yankee Stadium. Do rozmowy podłączyła się Sophie.

– Dzwonił pan? – spytał Myron.

– Liczyłem, że przekaże nam pan najświeższe wieści – odparł Jared.

– Ktoś knuje przeciwko pańskiej matce.

– W jaki sposób? – zainteresowała się Sophie.

– Wyniki kontroli antynarkotykowej Clu sfałszowano. Nie brał.

– Wiem, że chce pan w to wierzyć…

– Dysponuję dowodem.

– Jakim? – spytał po chwili milczenia Jared.

– Nie czas na wyjaśnienia. Ale zapewniam państwa, Clu był czysty.

– Komu zależałoby na sfałszowaniu testu? – spytała Sophie.

– Tego właśnie muszę się dowiedzieć. Na logikę podejrzani są doktor Stilwell i Sawyer Wells.

– A jaki mieliby interes w tym, żeby zaszkodzić Clu?

– Nie Clu, tylko pani. To pasuje do tego, co wiemy. Przywołanie widma pani zaginionej córki, obrócenie na pani niekorzyść udanej wymiany baseballistów… Moim zdaniem ktoś chce pani zaszkodzić.

– To zbyt pochopne wnioski.

– Możliwe.

– Kto chciałby mi zaszkodzić?

– Z pewnością ma pani niejednego wroga. Na przykład Vincenta Rivertona.

– Rivertona? Nie. Przejęcie przez nas klubu odbyło się w o wiele bardziej przyjaznej atmosferze, niż przedstawiła to prasa.

– Mimo wszystko bym go nie wykluczał.

– Niewiele mnie to obchodzi, Myron. Zależy mi tylko na znalezieniu córki.

– Te sprawy są zapewne powiązane.

– W jaki sposób?

Myron przełożył słuchawkę do drugiego ucha.

– Mam być szczery?

– Oczywiście.

– Przypomnę więc, że szanse, iż pani córka nadal żyje, są…

– Słabe.

– Bardzo słabe.

– Słabe, pozostanę przy swoim. A nawet większe.

– Naprawdę wierzy pani, że Lucy gdzieś żyje?

– Tak.

– Że gdzieś jest i czeka na odnalezienie?

– Tak.

– Rodzi to doniosłe pytanie: dlaczego?

– Co pan ma na myśli?

– Dlaczego nie wróciła? Sądzi pani, że ktoś od lat ją więzi?

– Nie wiem.

– A czy jest jakieś inne wyjaśnienie? Jeżeli pani córka wciąż żyje, dlaczego nie ma jej w domu? Dlaczego nie zadzwoniła? Przed kim się ukrywa?

– Sądzi pan – przerwała krótkie milczenie Sophie – że ktoś wskrzesił pamięć o Lucy w odwecie na mnie?

– Musimy to mieć na względzie – odparł.

– Doceniam pańską szczerość. Nadal na nią liczę. Niech pan niczego przede mną nie ukrywa. Ale ja mimo wszystko zachowam nadzieję. Kiedy dziecko nagle znika, powstaje wielka pustka. Trzeba ją czymś wypełnić. Dlatego dopóki się nie przekonam, że się myliłam, wypełnię ją nadzieją.

– Rozumiem.

– Niech więc pan szuka dalej.

Zapukano do drzwi. Myron zakrył dłonią słuchawkę. Wielka Cyndi, która weszła na jego zaproszenie, usiadła na wskazanym krześle. Odziana w jaskrawą zieleń, przypominała planetę.

– Nie mogę obiecać, że coś zdziałam, Sophie – powiedział.

– Jared zbada sprawę kontroli antynarkotykowej – odparła. – Dowie się, jeśli coś było nie tak. A pan niech szuka mojej córki. Być może ma pan rację co do jej losu. Albo nie. Niech pan nie rezygnuje. Nim zdążył odpowiedzieć, Sophie Mayor skończyła rozmowę. Odłożył słuchawkę.

– I co? – spytała Wielka Cyndi.

– Nie traci nadziei. Skrzywiła się.

– Nadzieję od ułudy dzieli cienka linia. Pani Mayor chyba ją przekroczyła. Myron skinął głową. Poprawił się w fotelu.

– Czegoś potrzebujesz? – spytał.

Pokręciła głową, która ze względu na zbliżony do sześcianu kształt kojarzyła się mu z grą Dajcie im wycisk, roboty! Nie bardzo wiedząc, co począć, splótł dłonie i położył je na biurku. Ile razy był w sytuacji sam na sam z Wielką Cyndi? Mógł policzyć na palcach jednej ręki. Przykro mówić, ale czuł się przy niej nieswojo.

– Moja matka była potężną, brzydką kobietą – odezwała się po dłuższej chwili Wielka Cyndi. Myron nie znalazł na to riposty.

– Bardzo nieśmiałą, jak większość dużych, brzydkich kobiet. Tak to już jest z dużymi, brzydkimi kobietami. Przywykają do stania samotnie w kącie. Kryją się. Gorzknieją, wycofują. Spuszczają głowy, pozwalają na pogardliwe traktowanie, niechęć i… Urwała i machnęła mięsistą łapą. Myron siedział jak trusia.

– Nienawidziłam mojej matki. Przysięgłam, że nie będę taka jak ona. Odważył się lekko skinąć głową.

– Dlatego musi pan ocalić Esperanzę.

– A co ma jedno do drugiego?

– Ona jedyna widzi więcej.

– Więcej czego?

Wielka Cyndi zamyśliła się na moment.

– Co panu najpierw przychodzi do głowy na mój widok, panie Bolitar? – spytała.

– Nie wiem.

– Ludzie lubią się gapić.

– Trudno to im mieć za złe, nie sądzisz? Mam na myśli, jak się ubierasz i w ogóle. Uśmiechnęła się.

– Wolę ich szokować, niż wzbudzać politowanie – odparła. – Wolę, żeby widzieli we mnie bezwstyd, ekstrawagancję, a nie nieśmiałość, strach, smutek. Rozumie pan?

– Tak sądzę.

– Nie stoję dłużej sama w kącie. Dość się nastałam. Nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć, Myron poprzestał na skinieniu głową.

– W wieku lat dziewiętnastu zostałam zawodową zapaśniczką. Oczywiście obsadzono mnie w roli łajdaczki. Szydziłam, robiłam groźne miny, oszukiwałam. Uderzałam przeciwniczki, kiedy nie patrzyły. Ma się rozumieć, udawałam. Na tym to polegało.

Myron usiadł wygodniej.

– Któregoś wieczoru wyznaczono mnie do walki z Esperanza, czyli Małą Pocahontas. Tak zawarłyśmy znajomość. Już wtedy była najpopularniejszą zapaśniczką spośród nas. Miłą, ładną, filigranową. Była tym wszystkim… czym nie byłam ja. Występowałyśmy w szkolnej sali gimnastycznej gdzieś pod Scranton. Scenariusz ten sam co zwykle. Walka nierozstrzygnięta. Esperanza zdobywała przewagę dzięki umiejętnościom, ja dzięki oszustwom. Było umówione, że dwa razy ją przyduszę, a kiedy tłum oszaleje z emocji, ona zacznie tupać nogą, jakby doping dodał jej sił, a widownia klaskać rytmicznie w takt jej tupania. Wie pan, jak to działa.

Myron skinął głową.

– Równo z sygnałem oznajmiającym kwadrans walki Esperanza miała wykonać przewrót w tył i mnie przy dusić. Zrobiłyśmy to perfekcyjnie. Świetnie wypadł także następny punkt. Gdy podniosła ręce na znak zwycięstwa, podkradłam się do niej i zdzieliłam ją w plecy metalowym krzesełkiem.

Padła na ring. Publiczność zachłysnęła się z oburzenia. Ja, Ludzki Wulkan – tak mnie wtedy nazywano – podniosłam triumfalnie ręce. Publika zaczęła buczeć i ciskać we mnie przedmiotami.

Zaśmiałam się szyderczo. Spikerzy odegrali zatroskanie biedną Małą Pocahontas. Sprowadzono nosze.

Widział pan to w kablówce tysiąc razy.

Myron ponownie skinął głową.

– Po naszej walce odbyło się kilka innych i publiczność opuściła salę. Postanowiłam przebrać się dopiero po powrocie do hotelu. Do autobusu wyszłam kilka minut przed innymi dziewczętami. Było oczywiście ciemno. Dochodziła północ. Lecz grupa widzów, chyba ze dwudziestu, pozostała. Ruszyli na mnie i zaczęli krzyczeć. Uśmiechnęłam się szyderczo jak na ringu, naprężyłam muskuły – na moment Wielką Cyndi zawiódł głos – i wtedy oberwałam prosto w usta kamieniem. Myron ani drgnął.

– Poleciała krew. W ramię trafił mnie następny kamień. Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Chciałam schronić się do środka, ale mnie okrążyli. Byłam w kropce. Zaczęli się zbliżać. Któryś rąbnął mnie w głowę butelką po piwie. Kolanami uderzyłam w chodnik. Ktoś kopnął mnie w brzuch, inny pociągnął za włosy.

Wielka Cyndi urwała. Zamrugała, podniosła oczy w górę i je odwróciła. Myronowi przyszło na myśl, żeby wyciągnąć do niej rękę, lecz się powstrzymał. Zastanawiał się później dlaczego.

– W tym momencie wkroczyła Esperanza – powiedziała po kilku chwilach Wielka Cyndi. – Przeskoczyła przez któregoś z tych debili i wylądowała tuż przy mnie. Myśleli, że chce do nich dołączyć. Tymczasem ona próbowała mnie osłonić przed ciosami. Wezwała ich, żeby przestali. Nie posłuchali. Któryś odciągnął ją na bok, bo przeszkadzała im w biciu. Oberwałam następny kopniak. Ktoś pociągnął mnie za włosy tak mocno, aż trzasnęło mi w karku. Pomyślałam, że mnie zatłuką. Wielka Cyndi urwała ponownie i wzięła głęboki oddech. Myron pozostał w fotelu i czekał.

– I wie pan, co zrobiła Esperanza? – spytała. Pokręcił głową.

– Raptem ni z tego, ni z owego oznajmiła, że będziemy walczyć w parze. Krzyknęła, że po tym, jak wyniesiono ją na noszach, odwiedziłam ją i zdałyśmy sobie sprawę, że jesteśmy zagubionymi siostrami. Że będziemy partnerkami i przyjaciółkami, a Ludzki Wulkan przyjmie odtąd miano Wielka Szefowa. Niektórzy z napastników się cofnęli. Inni pozostali nieufni. „To podstęp! – ostrzegli ją. – Ludzki Wulkan cię nabiera!”. Lecz Esperanza została przy swoim. Pomogła mi się pozbierać, zdążyła przyjechać policja i na tym się skończyło. Tłum się rozproszył.

Wielka Cyndi uniosła w górę grube ręce i uśmiechnęła się.

– Koniec.

Myron odpowiedział jej uśmiechem.

– W ten sposób zostałyście partnerkami?

– Tak. Kiedy prezydent WDW usłyszał o tym incydencie, postanowił na tym zarobić. Dalszy ciąg znają wszyscy.

Siedzieli w milczeniu, nie przestając się uśmiechać.

– Sześć lat temu ktoś złamał mi serce – odezwał się Myron.

– Jessica, tak?

– Tak. Przyłapałem ją z innym. Z niejakim Dougiem. – Myron urwał. Nie mógł uwierzyć, że jej o tym mówi. I że ta zdrada wciąż go boli. Boli mimo upływu czasu. – Jessica odeszła wtedy ode mnie. Czy to nie dziwne? Nie rzuciłem jej. Po prostu odeszła. Nie odzywaliśmy się do siebie cztery lata, aż do jej powrotu. Zaczęliśmy od nowa. To już wiesz.

Wielka Cyndi skrzywiła się.

– Esperanza nie znosi Jessiki – powiedziała.

– Wiem. I wcale tego nie ukrywa.

– Nazywa ją Królową Zołz.

– Kiedy jest w dobrym humorze – rzekł Myron. – Nazywa ją tak z powodu naszego pierwszego zerwania. Wcześniej traktowała ją właściwie obojętnie. Ale po tym…

– Esperanza niełatwo wybacza. Szczególnie znajomym.

– Owszem. Byłem zdruzgotany. Win w ogóle mi nie pomógł. Łatwiej głuchemu zrozumieć muzykę Mozarta niż Winowi sprawy sercowe. Kilka dni po odejściu Jess przybity zaszedłem do biura i zastałem Esperanzę z dwoma biletami lotniczymi w ręku. „Wyjeżdżamy”, oświadczyła. „Dokąd?”, spytałem. „O to się nie martw. Zawiadomiłam już twoich rodziców, że nie będzie nas przez tydzień”, odparła. – Myron uśmiechnął się. – Moi rodzice kochają Esperanzę.

– To o czymś świadczy.

– Uprzedziłem, że nie mam ubrań. Wskazała na dwie walizki na podłodze. „Kupiłam wszystko, czego ci potrzeba”. Moje protesty na niewiele się zdały, znasz Esperanzę.

– Jest uparta.

– Łagodnie mówiąc. Wiesz, dokąd mnie zabrała? Wielka Cyndi uśmiechnęła się.

– Powiedziała mi. Na wycieczkę statkiem.

– Właśnie. Jednym z tych wielkich nowych, z czterystoma daniami dziennie. Zmusiła mnie, żebym chodził na najgłupsze zajęcia. Doszło do tego, że zrobiłem portfel wycieczkowy. Piliśmy. Tańczyliśmy. Graliśmy w sakramenckie bingo. Spaliśmy w jednym łóżku, tuliła mnie, ale nawet się nie pocałowaliśmy.

Siedzieli dłuższą chwilę bez słowa, uśmiechając się do siebie.

– Nigdy nie prosiliśmy jej o pomoc – powiedziała Wielka Cyndi. – Esperanza po prostu wie, kiedy jest potrzebna, i robi, co należy.

– Kolej na nas – rzekł Myron.

– Tak.

– Nadal coś przede mną ukrywa.

– Wiem.

– Wiesz, co?

– Nie.

Myron rozsiadł się w fotelu.

– I tak ją uratujemy – zapewnił. O ósmej zadzwonił Win.

– Spotkajmy się u mnie w domu za godzinę. Czeka cię niespodzianka – zapowiedział.

– Nie mam wielkiej ochoty na niespodzianki, Win – odparł Myron i usłyszał trzask.

Pięknie. Ponownie zadzwonił do biura Franka Juniora. Nikt nie podniósł słuchawki. Nie miał ochoty czekać. Był już pewien, że J.F. jest kluczem do sprawy. Niestety, niewiele mógł zrobić. Zresztą zrobiło się późno. Uznał, że lepiej pojechać do domu, dać się zaskoczyć Winowi, a potem odpocząć. O pół do dziewiątej w metrze nadal było tłoczno. Tak zwane godziny szczytu na Manhattanie rozciągnęły się do pięciu, sześciu godzin. Myron doszedł do wniosku, że nowojorczycy za ciężko pracują. Wysiadł i poszedł do Dakoty. Wejścia strzegł ten sam fagas. Pomimo instrukcji, żeby wpuszczać pana Bolitara bez względu na porę, ponieważ tu mieszka, na widok Myrona portier nadal krzywił się jak na przykry zapach. Myron wjechał windą, wygrzebał z kieszeni klucz i otworzył drzwi.

– Win?

– Nie ma go.

Odwrócił się i ujrzał uśmiechniętą Teresę Collins.

– Niespodzianka! – obwieściła.

– Wyjechałaś z wyspy?

Utkwił w nią zdumiony wzrok. Zerknęła w pobliskie lustro.

– Jak widać.

– Ale…

– Nie teraz.

Podeszła do niego i się objęli. Pocałował ją. Bez słowa zaczęli walczyć z guzikami, suwakami i zatrzaskami. Dotarli do sypialni, a potem się kochali.

Po wszystkim przywarli do siebie, zaplątani w pościel. Ułożywszy policzek na miękkiej piersi Teresę, Myron słyszał bicie jej serca. Po rytmicznym drżeniu poznał, że płacze bezgłośnie.

– Powiedz mi – poprosił.

– Nie. – Pogładziła go po głowie. – Dlaczego wyjechałeś?

– Przyjaciółka ma kłopoty.

– Jaki szlachetny powód. Znów padło to słowo.

– Myślałem, że postanowiliśmy tego nie robić – rzekł.

– Źle ci?

– Skądże. Ale ciekawi mnie, dlaczego zmieniłaś zdanie.

– Czy to ważne?

– Nie.

Znowu pogłaskała go po głowie. Zamknął oczy. Leżąc nieruchomo, pragnął jedynie rozkoszować się cudownym dotykiem jej jędrnej skóry na policzku, wznoszeniem się i opadaniem jej piersi.

– Ta przyjaciółka, która ma kłopoty, to Esperanza Diaz – odezwała się po chwili.

– Wiesz od Wina?

– Przeczytałam w gazetach. Nie otworzył oczu.

– Opowiedz mi o tym – poprosiła.

– Na wyspie niewiele z sobą rozmawialiśmy.

– To było wtedy, a teraz jest dziś.

– Co masz na myśli?

– To, że jesteś chyba w gorszym stanie. Przydałby ci się odpoczynek. Myron uśmiechnął się.

– Na wyspie były ostrygi.

– Opowiadaj.

Opowiedział jej. Wszystko. Gładziła go po głowie, często przerywając mu pytaniami i czując się swobodniej w znajomej roli dziennikarki. Zajęło im to blisko godzinę.

– Co za historia – powiedziała.

– Właśnie.

– Boli? Mówię o pobiciu.

– Owszem. Ale twardy ze mnie chłop. Pocałowała go w czubek głowy.

– Wcale nie jesteś twardy. Siedzieli w kojącej ciszy.

– Pamiętam zniknięcie Lucy Mayor – odezwała się Teresę. – A w każdym razie jego drugą odsłonę.

– Drugą odsłonę?

– Kiedy Mayorowie zdobyli pieniądze na przeprowadzenie poszukiwań na dużą skalę. Wcześniej tę sprawę uznano za mało ciekawą. Osiemnastolatka ucieka z domu? Też mi temat.

– Pamiętasz coś, co mogłoby mi pomóc?

– Nie. Nie znoszę takich spraw. Nie tylko z oczywistego powodu, że dotyczą czyjegoś zrujnowanego życia.

– A z jakiego jeszcze?

– Nieprzyjmowania do wiadomości faktów.

– Nieprzyjmowania do wiadomości?

– Tak.

– Przez rodzinę?

– Przez opinię publiczną. Gdy chodzi o dzieci, ludzie nie dopuszczają do siebie prawdy. Nie wierzą, ponieważ jest ona zbyt bolesna do przyjęcia. Wmawiają sobie, że to ich nie spotkało. Bóg nie jest aż tak nieobliczalny. Musi być jakiś powód. Pamiętasz sprawę Luise Woodward sprzed dwóch lat?

– Angielskiej niani, która zabiła niemowlę w Massachusetts?

– Tak, sędzia uznał to jednak za nieumyślne spowodowanie śmierci. Opinia publiczna zwróciła się przeciwko rodzicom, nawet ci przekonani o winie dziewczyny. Matka dziecka nie powinna pracować, mówili. A przecież pracowała jedynie na pół etatu i codziennie przyjeżdżała do domu w porze lunchu, żeby karmić synka piersią. Uznali, że zawiniła. No, a ojciec? Lepiej powinien sprawdzić referencje niani. Rodzice powinni być ostrożniej si.

– Pamiętam – powiedział Myron.

– W przypadku Mayorów zadziałał ten sam mechanizm. Gdyby Lucy Mayor została wychowana właściwie, nie uciekłaby z domu. Właśnie to nazywam nieprzyjęciem do wiadomości. Blokujesz myśl, która jest zbyt bolesna, i wmawiasz sobie, że ciebie nie może to spotkać.

– Myślisz, że takie rozumowanie ma w tym przypadku jakieś podstawy?

– Sprecyzuj.

– Czy rodzice Lucy Mayor ponoszą część winy?

– To nieważne – odparła cicho Teresę.

– Dlaczego?

Milczała, znowu oddychając nieco szybciej.

– Tereso?

– Czasem winne jest któreś z rodziców. Ale to nic nie zmienia. Ponieważ bez względu na to, czyś zawinił, twoje dziecko przepadło i tylko to się liczy. Teresę znów zamilkła.

– Dobrze się czujesz? – przerwał ciszę Myron.

– Dobrze.

– Sophie Mayor twierdzi, że najgorszy jest brak pewności.

– Myli się – odparła Teresę.

Chciał jej zadać więcej pytań, ale wstała z łóżka. Gdy powróciła, znowu się kochali – słodko – gorzko, bez pośpiechu, jak w piosence – zagubieni, szukający czegoś w przeżywanej chwili, a przynajmniej uśmierzenia bólu. Kiedy rano obudził go telefon, nadal byli zaplątani w pościel. Myron sięgnął za głowę po słuchawkę.

– Halo?

– Co jest takie ważne? – usłyszał głos Franka Juniora. Szybko usiadł.

– Musimy porozmawiać – rzekł.

– Znowu?

– Tak.

– Kiedy?

– Teraz.

– W Starbucks. Aha, Myron.

– Słucham?

– Powiedz Winowi, żeby pozostał na zewnątrz.


31

<p>31</p>

Frank Junior siedział przy tym samym stoliku. Sam. Z nogą założoną na nogę sączył kawę, jakby na dnie filiżanki było coś, z czym nie chciał się rozstać. Do dolnej wargi przywarł mu strzępek piany.

Twarz miał czystą i gładką jak po odżywce woskowej. Myron sprawdził, czy nie ma Hansa i Franza lub innych gangsterów, ale nie było żadnego. FJ. uśmiechnął się i jak zwykle Myronowi spełzło po plecach coś zimnego.

– Gdzie Win?

– Na zewnątrz – odparł Myron.

– To dobrze. Siadaj.

– Wiem, dlaczego Clu podpisał z tobą kontrakt.

– Co powiesz na mrożoną latte? Z chudym mlekiem, tak?

– Strasznie mnie to gryzło – rzekł Myron. – Dlaczego Clu go podpisał? Nie zrozum mnie źle. Miał wszelkie powody, żeby odejść z MB. Ale znał opinię o TruPro. Co go skłoniło do przejścia?

– Zapewniamy sprawną obsługę.

– Z początku myślałem, że chodzi o hazard albo dług za narkotyki. Tak działa twój tatuś. Wbija szpony w ofiarę, a potem ją obgryza. Ale Clu nie brał. A ponadto miał dużo gotówki. Więc nie to zadecydowało. F.J. położył łokieć na stoliku i podparł podbródek dłonią.

– Fascynujące, Myron.

– To nie koniec. Nim uciekłem na Karaiby, nie traciłeś mnie z oczu. W związku ze sprawą Brendy Slaughter. Sam to zresztą przyznałeś, gdy wróciłem, pamiętasz? Wiedziałeś, że odwiedzam cmentarz.

– Wzruszająca chwila dla nas wszystkich – potwierdził FJ.

– Kiedy zniknąłem, nadal chciałeś mieć mnie na oku. Moje zniknięcie prawdopodobnie podsyciło twą ciekawość. Zwietrzyłeś w tym również okazję dla TruPro, lecz nie to jest najważniejsze. Chciałeś wiedzieć, gdzie się podziałem. Ponieważ nie było mnie w mieście, zrobiłeś to, co najlepsze w takiej sytuacji: poleciłeś śledzić Esperanzę, moją wspólniczkę i najbliższą przyjaciółkę.

FJ. mlasnął językiem.

– Myślałem, że twój najbliższy przyjaciel to Win.

– Przyjaźnię się z obojgiem. Ale nie w tym rzecz. Siedzenie Wina byłoby za trudne. Dostrzegłby twój „ogon”, nim ten by go namierzył. Dlatego zacząłeś śledzić Esperanzę.

– A jaki to ma związek z decyzją Clu, by zmienić agenta na lepszego?

– Wiedziałeś, że zniknąłem, i wykorzystałeś to. Obdzwoniłeś moich klientów, informując, że ich porzuciłem.

– Myliłem się?

– W tej chwili nie dbam o to. Dostrzegłeś słabość i wykorzystałeś ją. Nie mogłeś się powstrzymać. Tak cię wychowano.

– Au!

– Ważne, że zacząłeś śledzić Esperanzę, licząc, że cię do mnie doprowadzi lub przynajmniej dostarczy wskazówki, jak długo mnie nie będzie. Dotarłeś za nią do New Jersey. I natknąłeś się na coś, co miało pozostać tajemnicą.

– To znaczy, na co? – spytał z obleśnym uśmieszkiem F J.

– Zetrzyj z twarzy ten uśmiech, Frank. Nie różnisz się niczym od podglądacza. Nawet twój ojciec nie zniżyłby się do tego.

– E, zdziwiłbyś się, do czego zniża się mój stary.

– Nie dość że jesteś zboczony, to używasz swojej wiedzy o klientach do szantażowania ich. Clu oszalał ze zmartwienia, kiedy Bonnie wyrzuciła go z domu. Nie wiedział, co się stało. Ale ty wiedziałeś. I dobiłeś z nim targu: podpisze kontrakt z TruPro, dowie się prawdy o żonie.

F J. rozparł się w fotelu, założył nogę na nogę, splótł dłonie i umieścił je na kolanach.

– Niezła historia – powiedział.

– I prawdziwa.

F J. przekrzywił głowę, co mogło oznaczać „tak” lub „nie”.

– Powiem ci, jak to widzę – zaczął. – Była agencja Clu Haida, RepSport MB, wyraźnie robiła go w konia. Pod każdym względem. Jego agent, czyli ty, Myron, opuścił Clu w chwili, gdy ten najbardziej go potrzebował. Twoja wspólniczka, urocza gibka Esperanza, wdała się w lizanko z jego żoną. Zgadza się?

Myron nie odpowiedział.

FJ. rozplótł dłonie, łyknął pianki i ponownie je splótł.

– Ja tylko wybawiłem Haida z tej okropnej sytuacji – ciągnął. – Ściągnąłem go do agencji, która nie nadużyje jego zaufania. Która będzie pilnować jego spraw. Między innymi dzięki informacjom.

Cennym informacjom. Tak by klient miał jasność, na czym stoi. To zadanie agenta, Myron. Jedna z naszych firm naruszyła zasady etyki. I to nie była agencja TruPro.

Była to odmienna historia, ale również prawdziwa. Gdyby Myron znalazł kiedyś czas, by ją rozważyć, słowa Franka Juniora z pewnością by go zraniły. Lecz nie dziś.

– A więc przyznajesz się? F.J. wzruszył ramionami.

– Jeżeli śledziłeś Esperanzę, w takim razie wiesz, że tego nie zrobiła. F.J. znów przechylił głowę.

– Czyżby?

– Przestań kręcić, Frank.

– Chwileczkę.

F.J. sięgnął po komórkę, wystukał numer, wstał i przeszedł w kąt kawiarni. Przyciskając telefon ramieniem do ucha, wyjął pióro, papier i coś zapisał. Rozłączył się i wrócił do stolika.

– Na czym skończyłeś?

– Czy Esperanza to zrobiła? F.J. uśmiechnął się.

– Chcesz znać prawdę?

– Tak.

– Nie wiem. Słowo. Owszem, śledziłem ją. Ale, jak z całą pewnością wiesz, lesbijskie figury też w końcu się powtarzają. Dlatego po jakimś czasie, kiedy przejeżdżała przez most Waszyngtona, przestaliśmy ją śledzić. Nie było sensu.

– Naprawdę nie wiesz, kto zabił Clu?

– Niestety.

– Nadal mnie śledzisz, Frank?

– Nie.

– A wczoraj wieczorem? To nie był nikt z twoich?

– Nie. Prawdę mówiąc, gdy wpadłeś tu wczoraj, też nikt cię nie śledził.

– Nie ty nasłałeś typka sprzed mojego biura?

– Wybacz, ale nie. Coś tu się nie zgadzało.

F.J. pochylił się do przodu. Po ustach pełzał mu uśmiech, który zdawał się wprawiać w ruch jego zęby.

– Jak daleko gotów jesteś się posunąć, by ocalić Esperanzę? – spytał szeptem.

– Wiesz, jak daleko.

– Po krańce ziemi?

– Do czego zmierzasz, F.J.?

– Oczywiście, masz rację. Dowiedziałem się o Esperanzy i Bonnie. Dostrzegłem okazję. Zadzwoniłem do Clu w Fort Lee. Nie zastałem go. Zostawiłem mu więc intrygującą wiadomość na sekretarce. Typu „Wiem, z kim sypia twoja żona”. Przed upływem godziny oddzwonił do mnie na prywatny numer.

– Kiedy?

– Jakieś… trzy dni przed śmiercią.

– Co powiedział?

– Zareagował, jak należało się spodziewać. A to, co powiedział, było niemal równie ważne jak to, skąd dzwonił.

– Czyli?

– W telefonie mam identyfikator numerów. – F.J. usiadł wygodnie. – Clu nie dzwonił z Nowego Jorku.

– A skąd?

Zwlekając z odpowiedzią, FJ. pociągnął duży łyk kawy, zrobił „aaaaa”, jakby grał w reklamówce 7 – Up, odstawił filiżankę, spojrzał na Myrona i pokręcił głową. Myron czekał.

– Moja specjalność, jak już wiesz, to zbieranie informacji. Informacja to władza. To waluta. Gotówka. Nie rozrzucam gotówki.

– Ile chcesz?

– Nie chodzi o pieniądze, Myron. Nie chcę od ciebie pieniędzy. Obaj dobrze wiemy, że mogłem cię wykupić dziesięć razy.

– Więc czego chcesz?

FJ. pociągnął kolejny duży łyk. Myron miał wielką ochotę złapać go za gardło i udusić.

– Na pewno niczego się nie napijesz?

– Przestań chrzanić, Frank!

– Ochłoń, ochłoń.

Myron zacisnął dłonie i ukrył je pod stolikiem. Narzucił sobie spokój.

– Czego chcesz, F.J.? – powtórzył.

– Znasz Deana Pashaiana i Larry'ego Vitale'a.

– To moi klienci.

– Poprawka. Poważnie rozważają przejście ze SportRep MB do TruPro. Wyczekują. Oto moja propozycja. Zostawiasz ich w spokoju. Nie dzwonisz do nich, nie wciskasz im, że agencja TruPro należy do gangsterów. Przyrzeknij mi to – FJ. pokazał Myronowi kartkę, na której przed chwilą zapisał coś w kącie kawiarni – to dam ci numer telefonu, z którego zadzwonił Clu.

– Twoja agencja zrujnuje im kariery. Jak zawsze. F J. znowu się uśmiechnął.

– Ręczę ci, że żadna z moich pracownic nie nawiąże lesbijskiego romansu z ich żonami.

– Nie oddam ci ich.

– No to żegnam. F J. wstał.

– Zaczekaj.

– Przyrzekasz albo idę.

– Porozmawiajmy – rzekł Myron. – Możemy się dogadać.

– Żegnam.

FJ. ruszył do drzwi.

– Dobrze – ustąpił Myron. F.J. przyłożył dłoń do ucha.

– Nie dosłyszałem.

Sprzedajesz dwóch klientów, skarcił się Myron. Do czego dojdziesz? Do prowadzenia kampanii politycznych?

– Umowa stoi. Nie będę z nimi rozmawiał. F J. rozpostarł ręce.

– Wyborny z ciebie negocjator, Myron. Podziwiam twoje umiejętności.

– Skąd dzwonił Clu?

– Oto ten numer.

F.J. podał kartkę. Myron przeczytał numer i pomknął do samochodu.


32

<p>32</p>

Nim dotarł do Wina, włączył komórkę. Po wciśnięciu numeru usłyszał trzy sygnały.

– Motel Zaścianek – zgłosił się mężczyzna.

– Jak was znaleźć?

– W Wilston. Przy drodze dziewiątej, w bok od dziewięćdziesiątej pierwszej.

Myron podziękował, rozłączył się i zadzwonił do Bonnie. Telefon odebrała jej matka. Przedstawił się i poprosił o rozmowę z córką.

– Wczorajsza rozmowa z panem bardzo ją zdenerwowała – oświadczyła.

– Przykro mi.

– W jakiej sprawie pan dzwoni?

– Proszę. W bardzo ważnej.

– Jest w żałobie. Zechce pan o tym pamiętać. Choć ich małżeństwo się rozpadło…

– Rozumiem, pani Cohen. Pani pozwoli, że z nią porozmawiam. Westchnęła głęboko, ale po dwóch minutach Bonnie podeszła do telefonu.

– O co chodzi, Myron? – spytała.

– Co wiesz o motelu Zaścianek w Wilston, w Massachusetts? Miał wrażenie, że Bonnie wciągnęła łyk powietrza.

– Nic.

– Mieszkałaś tam z Clu, prawda?

– Nie w motelu.

– Mówię o Wilston. Clu grał wtedy w niższej lidze w drużynie Bizonów.

– Przecież wiesz.

– Billy Lee Palms również. Też tam mieszkał. W tym samym czasie.

– Nie w Wilston. Chyba w Deerfield. W sąsiednim mieście.

– Co Clu robił w motelu Zaścianek na trzy dni przed śmiercią? Milczała.

– Bonnie?

– Nie mam zielonego pojęcia.

– Pomyśl. Po co Clu tam pojechał?

– Nie wiem. Może w odwiedziny do jakiegoś dawnego znajomka.

– Jakiego znajomka?

– Nie słuchasz mnie. Nie wiem. Nie byłam w Wilston od blisko dziesięciu lat. Spędziliśmy tam osiem miesięcy. Może się z kimś zaprzyjaźnił. Może pojechał na ryby, na wakacje, żeby uciec od tego wszystkiego.

– Kłamiesz, Bonnie – rzekł Myron, ściskając telefon. Nie odpowiedziała.

– Proszę cię. Staram się pomóc Esperanzy.

– Pozwól, że cię o coś spytam.

– O co?

– Wciąż drążysz tę sprawę. A prosiłam cię, żebyś ją zostawił. Prosiła cię Esperanza. Prosiła Hester. A ty swoje.

– I gdzie to pytanie?

– Już pytam: czy twoje drążenie w czymś pomogło? Czy Esperanza wygląda na mniej lub bardziej winną?

Zawahał się, ale niepotrzebnie. Nim zdążył odpowiedzieć, Bonnie skończyła rozmowę. Położył telefon na kolanach i spojrzał na Wina.

– „Poproszę Okropne Piosenki za dwieście, Alex” – rzekł Win.

– Słucham?

– „Odpowiedź: Barry Manilow i czas wschodni”. Myron niemal się uśmiechnął.

– „Jaki jest Czas w Nowej Anglii, Alex?” – odparł, cytując tytuł piosenki Manilowa.

– Prawidłowa odpowiedź. Czasem, kiedy nasze umysły są tak zestrojone…

– Można się przerazić.

– Jedziemy?

– Co nam pozostaje – odparł po chwili Myron.

– Wpierw zadzwoń do Teresę.

– Wiesz, jak tam dojechać? – spytał Myron, wystukując numer.

– Wiem.

– To ze trzy godziny jazdy.

Win wcisnął pedał gazu, co nie jest łatwą sztuką w sercu Manhattanu.

– Spróbujemy dojechać w dwie – powiedział.


33

<p>33</p>

Wilston leży w zachodnim Massachusetts, około godziny jazdy od granicy ze stanami New Hampshire i Vermont. Typowa, często ukazywana na obrazach malownicza miejscowość w Nowej Anglii z zachowanymi śladami przeszłości – rozwidlającymi się ceglanymi chodnikami, kolonialnymi domami z drewnianym szalunkiem, tablicami z brązu na frontach budynków, białym kościołem z wieżą w centrum – sceneria aż prosząca się o zamieć jesiennych liści lub porządną śnieżycę, choć zeszpecona nieodwracalnie, podobnie jak całe Stany Zjednoczone, przez ekspansję supermarketów. Drogi łączące miasteczka jak ze starych pocztówek z czasem się roztyły, jakby wskutek grzechu obżarstwa upasły się na wyrosłych wzdłuż nich sklepach wielkości składów towarowych. Sklepów, które wyssawszy z okolicy oryginalność i charakter, narzuciły powszechną nijakość – dopust boży amerykańskich dróg i autostrad. Od Maine po Minnesotę, od Karoliny Północnej po Nevadę niewiele ocalało z lokalnej specyfiki i kolorytu, wypartych przez Home Depoty, Office Maxy i Price Cluby. Jednakże wyrzekanie na zmiany, jakie niesie postęp, i tęsknota za dobrymi starymi czasami to pójście na łatwiznę. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, czemu te tak niekorzystne zmiany spotykają się wszędzie i powszechnie z ochoczym i ciepłym przyjęciem.

Pomimo zewnętrznych atrybutów rodem z tradycyjnej świątecznej pocztówki z Nowej Anglii, Wilston, z racji mieszczącego się tu college'u, było miastem uniwersyteckim, a zatem liberalnym – tak liberalnym, jak może być tylko miejscowość z wyższą uczelnią, jak może być tylko młodzież, jak mogą być tylko ludzie odizolowani od rzeczywistości, bezpieczni i patrzący na świat przez różowe okulary. Nic w tym złego. Tak właśnie powinno być.

Ale nawet Wilston się zmieniało. Owszem, zachowało znamiona liberalizmu: sklep z tofu na słodko, kawiarnia przyjazna dla imigrantów, księgarnia dla lesbijek, sklep z czarnymi żarówkami i akcesoriami do palenia trawki, sklep z odzieżą sprzedający same poncza, lecz rogi kamienic były z wolna zawłaszczane przez wciskające się po cichu sieci – Dunkin' Donuts, Angelo's Sub Shop, Baskin – Robbins, Seattle Coffee. Myron zaczął nucić pod nosem Time in New England Manilowa.

– Ostrzegam, jestem uzbrojony po zęby – rzekł Win, patrząc na niego znacząco.

– Tak? A kto wbił mi do głowy tę piosenkę? Przemknęli przez miasto – z Winem zawsze mknąłeś i dotarli do zapuszczonego motelu Zaścianek przy drodze dziewiątej na obrzeżu Wilston. Reklama zachwalająca darmowe HBO i lodziarkę była tak wielka, że dojrzałbyś ją ze stacji kosmicznej. Myron sprawdził czas. Jazda zajęła im niecałe dwie godziny. Win zaparkował jaguara.

– Nie rozumiem, dlaczego Clu się tu zatrzymał – rzekł Myron.

– Połaszczył się na darmowe HBO?

– Raczej dlatego, że za pokój mógł tutaj zapłacić gotówką. W wyciągach z jego kart kredytowych nie ma po tym śladu. Tylko dlaczego chciał zataić przed wszystkimi, że tu był?

– Świetne pytanie – pochwalił Win. – Może wejdziesz i sprawdzisz się, czy znajdziesz odpowiedź. Wysiedli. Motel sąsiadował z restauracją.

– Spróbuję tam – powiedział Win. – A ty w recepcji.

Myron skinął głową. Recepcjonista za kontuarem, z pewnością student na wakacjach, gapił się w przestrzeń. Bardziej znudzoną minę miałby tylko wówczas, gdyby jakiś fachowy medyk wprowadził go w stan śpiączki. Myron rozejrzał się i dostrzegł komputer. Dobra nasza.

– Halo!

– Tak?

Chłopak przesunął na niego wzrok.

– Ten komputer rejestruje rozmowy wychodzące, prawda? Nawet miejscowe. Chłopak zmrużył oczy.

– A kto pyta?

– Muszę sprawdzić, do kogo dzwonili stąd wasi goście pomiędzy dziesiątym a jedenastym tego miesiąca.

Słowa te postawiły chłopaka na nogi.

– Pan z policji? Mogę zobaczyć odznakę?

– Nie jestem z policji.

– W takim razie…

– Za tę informację zapłacę pięćset dolarów. – Myron uznał, że nie ma co bawić się w podchody. – Nikt się nie dowie.

Chłopak zawahał się, ale na krótko.

– A co tam, nawet jeśli mnie zapuszkują, jest to więcej kasy, niż zwijam przez miesiąc. O jakie daty chodzi?

Myron wymienił je. Chłopak zastukał w klawisze. Ruszyła drukarka. Wydruk zmieścił się na jednej kartce. Myron zapłacił i szybko przejrzał wykaz. Trafił od razu.

Była to rozmowa zamiejscowa z agencją Franka Juniora. Z pokoju numer sto siedemnaście. Poszukał innych rozmów z tego samego pokoju. Clu dwukrotnie odsłuchał sekretarkę w swoim mieszkaniu. W porządku, pięknie, ładnie. A co z rozmowami miejscowymi? Haid nie przyjechał tutaj rozmawiać z Nowym Jorkiem. Znów trafił.

Pokój sto siedemnasty. Pierwsza rozmowa na liście. Miejscowy numer. Myron czuł, że puls mu przyśpieszył, oddech też. Był blisko rozwiązania. Bardzo blisko. Wyszedł na żwirowy podjazd. Kopnął kilka kamieni. Wyjął komórkę, lecz zrezygnował z wystukania numeru. Nie chciał popełnić błędu. Najpierw musiał dowiedzieć się jak najwięcej. Telefon mógł kogoś ostrzec. Oczywiście nie wiedział kogo, w jaki sposób i przed czym. Ale nie wolno było w takiej chwili spieprzyć sprawy. Miał numer telefonu, a Wielka Cyndi w biurze książkę telefoniczną ułożoną według numerów. Była łatwo osiągalna. W każdym sklepie z programami mogłeś kupić CD – ROM z kompletem krajowych książek telefonicznych lub odwiedzić stronę sieci www.infospace.com. Po wpisaniu numeru wyskakiwała informacja z nazwiskiem i miejscem zamieszkania abonenta. Postęp. Zadzwonił do Wielkiej Cyndi.

– Właśnie miałam do pana dzwonić, panie Bolitar.

– Aha.

– Mam na linii Hester Cnmstein. Pilnie chce z panem rozmawiać.

– Dobrze, połącz ją za chwilę. Wielka Cyndi?

– Tak?

– Chodzi o to, co mi mówiłaś wczoraj. O ludziach, którzy się. gapią. Przepraszam, jeśli…

– Tylko bez współczucia, panie Bolitar. Pamięta pan?

– Tak.

– I niech tak zostanie, dobrze?

– Dobrze.

– Poważnie.

– Daj mi Hester Crimstein – powiedział. – A skoro już rozmawiamy, czy wiesz, gdzie Esperanza trzyma CD z numerami telefonów?

– Tak.

– Sprawdź mi coś.

Wielka Cyndi powtórzyła numer, który jej podał, i połączyła go z Hester Crimstein.

– Gdzie pan jest? – spytała obcesowo adwokatka.

– A co pani do tego?

Nie spodobała jej się ta odpowiedź.

– Do diaska, Myron, niech pan skończy z tą dziecinadą! Gdzie pan jest? – powtórzyła.

– Nie pani sprawa.

– Nie pomaga mi pan.

– O co chodzi, Hester?

– Dzwoni pan z komórki?

– Tak.

– Wobec tego nie ma pewności, czy linia jest pewna. Musimy się zaraz spotkać. W mojej kancelarii.

– Nie da rady.

– Chce pan pomóc Esperanzy czy nie?

– Zna pani odpowiedź.

– Więc niech pan przyjedzie, migiem! Może pan pomóc. Mamy kłopot.

– Jaki?

– Nie przez telefon. Czekam na pana.

– To może zająć trochę czasu – odparł.

– Dlaczego? – spytała po chwili.

– Po prostu zajmie.

– Zbliża się południe. Kiedy mogę się pana spodziewać?

– Nie przed szóstą.

– To za późno.

– Trudno. Westchnęła.

– Ma pan przyjechać w tej chwili. Esperanza chce się z panem widzieć. Myronowi podskoczyło serce.

– Myślałem, że jest w areszcie.

– Właśnie ją wydostałam. Po cichu. Ma pan przyjechać, Myron. Natychmiast. Stali z Winem na parkingu motelu Zaścianek.

– Co o tym myślisz? – spytał Win.

– Nie podoba mi się.

– Z powodu?

– Dlaczego Hester Crimstein raptem chce się ze mną widzieć? Odkąd powróciłem, starała się mnie pozbyć. A teraz mam rozwiązać jakiś problem?

– Rzeczywiście dziwne – przyznał Win.

– Poza tym nie podoba mi się to zwolnienie po cichu Esperanzy.

– Zdarza się.

– Pewnie, że się zdarza. Ale jeżeli wyszła z aresztu, to dlaczego do mnie nie zadzwoniła? Dlaczego Hester dzwoni w jej imieniu?

– Właśnie.

Myron chwilę się zastanawiał.

– Myślisz, że jest w to zamieszana? – spytał.

– Nie potrafię wyobrazić sobie, w jaki sposób – odparł Win. – Chyba że rozmawiała z Bonnie Haid.

– I co?

– Może wydedukowała, że jesteśmy w Wilston.

– A teraz chce, żebyśmy pilnie wrócili.

– Tak.

– I stara się wyciągnąć nas stąd.

– Możliwe.

– Boi się, że coś tu odkryjemy? Win wzruszył ramionami.

– Jest adwokatką Esperanzy – odparł.

– Coś, co zaszkodzi jej klientce?

– To logiczne.

Z jednego z pokojów motelu wytoczyła się para po osiemdziesiątce. Staruszek otaczał ramieniem partnerkę. Wyglądali jak po stosunku. W samo południe. Miło widzieć. Myron i Win przyglądali się im w milczeniu.

– Poprzednim razem zapędziłem się – przyznał Myron. Win nie skomentował.

– Ostrzegłeś mnie. Powiedziałeś, że tracę z oczu nagrodę. Ale nie słuchałem. Win wciąż milczał.

– Teraz robię to samo?

– Nie potrafisz rezygnować.

– To nie jest odpowiedź. Win zmarszczył brwi.

– Nie jestem świętym mędrcem na wierzchołku góry. Nie znam wszystkich odpowiedzi – odparł.

– Chcę wiedzieć, co myślisz.

Win zmrużył oczy, choć słońce prawie się skryło.

– Poprzednim razem straciłeś z oczu cel – powiedział. – Czy wiesz, co nim jest tym razem?

– Uwolnienie Esperanzy – odparł Myron. – I poznanie prawdy. Win uśmiechnął się.

– A jeżeli te dwa cele nawzajem się wykluczają?

– To poświęcę prawdę. Win skinął głową.

– Tym razem rzeczywiście wiesz, co jest twoim celem.

– Miałbym z niego zrezygnować? Win zmierzył go wzrokiem.

– Jest jeszcze jeden problem.

– Jaki?

– Lucy Mayor.

– Nie szukam jej aktywnie. Chętnie bym ją odnalazł, ale wątpię, czy to możliwe.

– Tak czy siak jej osoba wiąże cię jakoś z tą sprawą. Myron pokręcił głową.

– Dyskietkę przysłano tobie. Nie uciekniesz od tego. To nie w twoim charakterze. Ciebie i tę zaginioną dziewczynę coś łączy.

Myron nie odpowiedział.

Sprawdził adres i nazwisko, które podała mu Wielka Cyndi. Telefon należał do Barbary Cromwell z Claremont Road dwanaście. Nazwisko nic mu nie mówiło.

– Niedaleko jest wypożyczalnia samochodów. Wróć do Nowego Jorku – zaproponował Winowi. – Pogadaj z Hester Crimstein. Wyciągnij z niej, co się da.

– A ty?

– Dowiem się, kim jest Barbara Cromwell z Claremont Road dwanaście.

– To wygląda na plan – rzekł Win.

– Dobry?

– Tego nie powiedziałem.


34

<p>34</p>

W Massachusetts, podobnie jak w New Jersey, rodzinnym stanie Myrona, duże miasto w mig przeistaczało się w miasto pełną gębą, takie małe zaś, jak to, w zadupie. Tak właśnie było tutaj. Pod adresem Claremont Road dwanaście – Myron nie umiał powiedzieć, dlaczego przy ulicy z trzema domami numeracja sięga dwunastu – była stara zagroda. W każdym razie wyglądała na starą. Spłowiałe ściany, niegdyś zapewne intensywnie czerwone, miały ledwie widoczny, wodnisty odcień. Szczyt budynku jakby się pochylił do przodu, niczym staruszek cierpiący na osteoporozę. Prawa krawędź pękniętego na dwoje okapu z frontu zwisała jak warga ofiary udaru. Deski były poluzowane, pęknięcia szerokie, a trawa tak wybujała, że dałby jej radę tylko kombajn.

Myron zatrzymał się przed domem Barbary Cromwell, rozważając taktykę. Nacisnął automatyczne wybieranie numeru i połączył się z Wielką Cyndi.

– Czegoś się dowiedziałaś? – spytał.

– Nie za wiele, panie Bolitar. Barbara Cromwell ma trzydzieści jeden lat. Cztery lata temu rozwiodła się z niejakim Lawrence'em Cromwellem.

– Dzieci?

– Na razie to wszystko, panie Bolitar. Bardzo mi przykro.

Podziękował jej i zachęcił do poszukiwań. Spojrzał na dom. W piersi dudniło mu miarowo i głucho. Wyjął z kieszeni komputerową podobiznę postarzałej Lucy Mayor i przyjrzał się jej. Ile miałaby teraz lat, gdyby żyła? Dwadzieścia dziewięć, może trzydzieści. Byłaby w zbliżonym wieku, lecz co z tego. Odrzucił tę myśl, choć nie bez trudności. Co teraz?

Zgasił silnik. W oknie na piętrze poruszyła się firanka. Dostrzeżono go. Nie miał wyboru. Otworzył drzwiczki i ruszył podjazdem, kiedyś brukowanym, a w tej chwili, z wyjątkiem paru placków smoły, zarośniętym trawą. Na podwórzu z boku zachowały się trzy plastikowe nadrzewne domki dla dzieci ze zjeżdżalnią i drabinką sznurową. Ich jaskrawe barwy: żółta, niebieska i czerwona, odcinały się od zbrązowiałej trawy jak klejnoty od aksamitu. Myron doszedł do drzwi. Nie było dzwonka, więc zapukał i zaczekał. Ze środka doszły go odgłosy – tupot stóp, szepty.

– Mamo! – zawołało dziecko. Ktoś je uciszył. Myron usłyszał kroki, a potem głos kobiety:

– Tak?

– Pani Cromwell?

– Czego pan chce?

– Pani Cromwell, nazywam się Myron Bolitar. Chciałbym zająć pani chwilę.

– Niczego od pana nie kupię.

– Nie, nie, proszę pani, ja nie sprzedaję…

– Nie znoszę nagabywania. O datek proszę się zwrócić listownie.

– Nie chodzi o nic z tych rzeczy. Zapadła krótka cisza.

– A o co?

– Pani Cromwell, czy może pani otworzyć drzwi? – spytał uspokajającym tonem.

– Dzwonię na policję!

– Nie, nie, proszę, niech pani zaczeka.

– Czego pan chce?

– Chcę zapytać o Clu Haida.

Zamilkła na dłużej. Znów odezwał się mały chłopiec. Kobieta uciszyła go.

– Nie znam nikogo takiego – odparła.

– Proszę otworzyć drzwi, pani Cromwell. Musimy porozmawiać.

– Panie, znam wszystkich policjantów w okolicy. Wystarczy jedno moje słowo, a zamkną pana za najście.

– Rozumiem pani obawy – rzekł Myron. – A czy moglibyśmy porozmawiać przez telefon?

– Proszę odejść. Chłopiec się rozpłakał.

– Pan odejdzie. Bo wezwę policję! Płacz się nasilił.

– Dobrze. Idę – zgodził się, a potem, uznawszy, że co mu szkodzi, zawołał: – Czy mówi pani coś imię i nazwisko Lucy Mayor?

Odpowiedział mu tylko bek dziecka.

Westchnął i zawrócił do samochodu. Co dalej? Nawet jej nie zobaczył. A gdyby tak pokręcić się przy domu, zajrzeć przez okno? Brawo, świetny pomysł. Areszt za podglądanie. Albo, co gorsza, za straszenie dziecka. Na pewno wezwałaby policję…

Zaraz!

Barbara Cromwell uprzedziła, że zna miejscowych policjantów. Ale on też ich na swój sposób znał.

Kiedy Clu grał w niższej lidze, właśnie w Wilston wpadł za jazdę w stanie nietrzeźwym. Myron poszukał w pamięci nazwisk dwóch stróżów prawa, dzięki którym wyciągnął go wówczas z aresztu.

Nie zajęło mu to dużo czasu. Clu aresztował policjant Kobler. Nie pamiętał jego imienia. A szeryf miał wtedy po pięćdziesiątce – nazywał się Ron Lemmon. Może przeszedł na emeryturę. Istniały jednak spore szanse, że któryś z nich nadal służy w policji. Mogli coś wiedzieć o tajemniczej Barbarze Cromwell.

Warto było to sprawdzić.


35

<p>35</p>

Myślałby kto, że posterunek policji w Wilston mieści się w małym ciasnym budynku. Ale nie. Jego siedzibą była suterena wysokiej, przypominającej twierdzę budowli ze starej, ciemnej cegły. Na ścianach schodów nadal widniały jaskrawożółte trójkąty w złowieszczych kołach: oznaczenia dawnych schronów bombowych. Przywołały one w pamięci Myrona wspomnienia z podstawówki Burnet Hill w Livingston – intensywne ćwiczenia, podczas których uczono dzieciaki, że wystarczy kucnąć w korytarzu, by się nie dać sowieckim atomówkom.

Myron był na tym posterunku pierwszy raz. Po kraksie spowodowanej przez Clu spotkał się z dwoma wymienionymi policjantami w garkuchni przy drodze dziewiątej. Zabrało im to dziewięć minut. Nikt nie chciał zaszkodzić dobrze zapowiadającemu się sportowcowi. Nikt nie chciał zrujnować jego obiecującej kariery. Dolary przeszły z rąk do rąk. Szeryf i policjant, którzy się nimi podzielili, ze śmiechem nazwali łapówkę darowizną. Wszyscy trzej skwitowali to uśmiechami. Trzydziestolatek w dyżurce, który podniósł wzrok na wchodzącego Myrona, zbudowany był wzorem wielu współczesnych policjantów tak, jakby więcej czasu spędzał na siłowni niż w pączkami. Z plakietki wynikało, że nazywa się Hobert.

– Słucham pana – powiedział.

– Czy szeryf Lemmon wciąż tu pracuje? – spytał Myron.

– Nie, przykro mi. Ron zmarł… jakiś rok temu. Dwa lata przedtem przeszedł na emeryturę.

– Szkoda.

– Tak. Rak przeżarł go jak głodny szczur.

Hobert wzruszył ramionami, jakby mówił: cóż poradzić?

– A policjant Kobler? Z dziesięć lat temu był, o ile pamiętam, zastępcą szeryfa.

– Eddie nie jest już w policji – odparł Hobert ze ściśniętym gardłem.

– Nadal mieszka w okolicy?

– Nie. Chyba w Wyoming. A jak pańska godność?

– Myron Bolitar.

– Skądś znam pańskie nazwisko.

– Grałem w koszykówkę.

– Nie, nie stąd. Nie cierpię koszykówki. – Po krótkim zastanowieniu Hobert pokręcił głową. – Czemu pan pyta o dwóch byłych policjantów?

– To poniekąd moi dawni znajomi. Hobert nie za bardzo w to uwierzył.

– Chciałem spytać ich o kogoś, z kim związał się mój klient.

– Klient?

Myron uśmiechnął się jak bezradny ciapek. Zwykle czarował tym uśmiechem starsze panie, ale co tam, kto nie marnuje, temu nie brakuje.

– Jestem agentem sportowym. Dbam o interesy sportowców. O to… czy nie są wykorzystywani. Mój klient jest zainteresowany pewną panią, która tutaj mieszka. Chciałem się upewnić, czy nie naciąga ona mężczyzn na pieniądze itd.

W dwóch słowach: kiepskie tłumaczenie.

– Jak się nazywa? – spytał policjant.

– Barbara Cromwell. Hobert zamrugał.

– Żartuje pan?

– Nie.

– Któryś z pańskich sportowców chce chodzić z Barbarą Cromwell?

– Może źle zapisałem nazwisko – odparł Myron, włączając wsteczny bieg.

– Ja myślę.

– Dlaczego?

– Wspomniał pan o Ronie Lemmonie. Dawnym szeryfie.

– Tak.

– Barbara Cromwell to jego córka.

Myron osłupiał. Szumiał wentylator. Zadzwonił telefon.

– Sekundę.

Hobert podniósł słuchawkę.

Jego gość nic z tego nie usłyszał. Ktoś zamroził mu w głowie tę chwilę. Zawiesił go nad czarną dziurą, dając czas na zajrzenie w nicość, po czym równie nagle wypuścił. Wirując z rozpostartymi rękami, Myron zapadł w ciemność, czekając, niemal licząc, że rozbije się na dnie.


36

<p>36</p>

Wytoczył się na zewnątrz. Przeszedł przez rynek. Zamówił coś do zjedzenia w meksykańskim barze i pochłonął łapczywie, nie czując smaku posiłku. Zadzwonił Win.

– Mieliśmy rację – powiedział. – Hester Crimstein chciała odwrócić naszą uwagę.

– Przyznała się do tego?

– Nie, nic nie wyjaśniła. Oznajmiła, że będzie rozmawiać tylko z tobą. Zażądała, bym zdradził jej, gdzie jesteś.

Żadna niespodzianka.

– Mam… – Win zawiesił głos – ją przesłuchać?

– Proszę nie – rzekł Myron. – Pomijając kwestię etyki, sądzę, że nie ma już takiej potrzeby.

– Tak?

– Sawyer Wells powiedział, że zajmował się terapią narkomanów w Rockwell.

– Pamiętam.

– W Rockwell był na odwyku Billy Lee Palms. Wspomniała o tym jego matka, kiedy ją odwiedziłem.

– Hmm. Wspaniały zbieg okoliczności.

– Jaki tam zbieg – odparł Myron. – To wyjaśnia wszystko.

Po rozmowie z Winem Myron siedem albo osiem razy przemierzył główną ulicę w Wilston. Bezczynni z braku klientów sklepikarze uśmiechali się do niego. Odpowiadał im uśmiechami. Pozdrawiał skinieniem głowy najrozmaitszych przechodniów. W mieście wciąż mocno tkwiącym w latach sześćdziesiątych ludzie nadal nosili rozczochrane brody, czarne czapki i wyglądali jak duet Seals i Crofts na koncercie pod gołym niebem. Podobało mu się tu. Bardzo.

Pomyślał o matce i ojcu. Pomyślał, że się starzeją, i zadał sobie pytanie, dlaczego nie może się z tym pogodzić. Uznał, że „bóle w klatce piersiowej” taty to także jego wina, że pośrednio przyczynił się do nich, stresując go ucieczką. Jak znieśliby rodzice los, który spotkał Sophie i Gary'ego Mayorów, gdyby mając siedemnaście lat, zniknął bez śladu i przepadł? Pomyślał o Jessice i jej deklaracji, że będzie o niego walczyć. Pomyślał o Brendzie i o tym, jak postąpił. Pomyślał o Teresę i o zeszłej nocy. Czy cokolwiek znaczyła? Pomyślał o Winie, Esperanzy i o poświęceniach, na jakie stać przyjaciół. Na dłuższy czas wyrzucił z głowy myśli o zabójstwie Clu i o śmierci Billy'ego Lee. A także o Lucy Mayor, jej zniknięciu i swoim związku z tą sprawą. Lecz teraz do nich wrócił. Na koniec przeprowadził pięć rozmów przez komórkę, popytał, utwierdził się w podejrzeniach. Odpowiedzi nigdy nie zjawiają się z okrzykiem „Eureka!”. Potykając się, zmierzasz ku nim często w zupełnych ciemnościach. Z trudem przemierzasz nocą ciemny pokój, wpadasz na rzeczy, których nie widzisz, mozolnie brniesz naprzód, siniaczysz sobie golenie, przewracasz się, wstajesz, po omacku wędrujesz od ściany do ściany i liczysz, że w końcu natrafisz dłonią na kontakt. A potem – by pozostać przy tej kiepskiej, lecz niestety trafnej analogii – gdy nim pstrykniesz i pokój zaleje światło, niekiedy odkrywasz, że pokój ten wygląda tak, jak go sobie wyobrażałeś. I wtedy zadajesz sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby, gdybyś na zawsze pozostał w mroku.

Win oczywiście poszerzyłby tę analogię. Wskazałby, że są inne rozwiązania. Że można po prostu wyjść z ciemnego pokoju. Można przyzwyczaić oczy do mroku i pogodzić się z tym, że niczego nie widać wyraźnie. Można nawet zgasić światło natychmiast po zapaleniu. W przypadku losu Horace'a i Brendy Slaughterów miał rację. Ale czy również w sprawie Clu Haida? Myron nie był tego pewien. Odszukał kontakt. Zapalił światło. Jednak analogia nie wytrzymała próby, nie tylko dlatego, że od początku była niemądra. Pokój pozostał niewyraźny, jakby patrzył nań przez zasłonę prysznicową. Widział światła i cienie. Rozróżniał kształty. Lecz uprzytomnienie sobie, co się właściwie stało, wymagało odsunięcia zasłony.

Jeszcze mógł się wycofać, nie dotykać jej albo zgasić światło. Jednak ciemność i opcje, które wymieniłby Win, niczego nie rozwiązywały. W mroku nie widać gnicia. Procesy gnilne, rozwijając się swobodnie, bez przeszkód, wreszcie strawią wszystko, nawet człowieka skulonego w kącie, starającego się z całych sił nie zbliżyć do przeklętego kontaktu.

Dlatego Myron wsiadł do samochodu, wrócił do domu na Claremont Road, zapukał do drzwi, a Barbara Cromwell ponownie kazała mu odejść.

– Wiem, dlaczego Clu Haid tu przyjechał – zaczął mówić i mówił dopóty, dopóki go nie wpuściła.

Po wyjściu od niej zadzwonił do Wina. Długo rozmawiali. Najpierw o śmierci Clu Haida. Potem o Alu Bolitarze. Pomogło, choć niewiele. Zadzwonił do Teresę i podzielił się z nią tym, co odkrył. Przyrzekła sprawdzić niektóre fakty, korzystając z własnych źródeł.

– A więc Win miał rację – skonstatowała. – Jesteś bezpośrednio związany ze sprawą.

– Tak.

– Ja się obwiniam codziennie. Przyzwyczaj się do tego. Chciał jej zadać więcej pytań, dobrze wiedząc, że znów nie czas po temu.

Zadzwonił z komórki w dwa miejsca. Najpierw do kancelarii Hester Crimstein.

– Gdzie pan jest? – zaczęła obcesowo.

– Jest pani w kontakcie z Bonnie Haid, tak?

– Mój Boże, co pan zrobił?! – spytała po chwili.

– One nie mówią wszystkiego, Hester. Założę się, że Esperanza wyjawiła pani bardzo mało.

– Gdzie pan jest, do cholery?!

– Będę za trzy godziny – odparł. – Niech pani sprowadzi Bonnie.

A potem połączył się z Sophie Mayor. Kiedy podniosła słuchawkę, powiedział dwa słowa:

– Znalazłem Lucy.


37

<p>37</p>

Choć starał się mknąć jak Win, przekraczało to jego możliwości. Mimo że przyśpieszył, na drodze dziewięćdziesiątej piątej i tak natrafił na roboty. Na drodze dziewięćdziesiątej piątej zawsze trafiasz na roboty drogowe. W stanie Connecticut jest to prawem. Słuchał radia. Rozmawiał przez telefon. Bał się. Hester Williams była starszą wspólniczką w megafirmie prawniczej o wysokiej renomie i jeszcze wyższych rachunkach wystawianych za usługi. Spodziewająca się Myrona atrakcyjna recepcjonistka zaprowadziła go do sali konferencyjnej korytarzem ze ścianami wyłożonymi boazerią wyglądającą jak mahoniowa tapeta. Przy każdym z foteli wokół stołu na dwadzieścia osób leżały pióra i notatniki, za które obciążano niczego niepodejrzewających klientów astronomicznie wysokimi kosztami. Hester Crimstein i Bonnie Haid siedziały obok siebie plecami do okna.

– Nie wstawajcie panie – rzekł, widząc, że się podnoszą.

– O co chodzi? – spytała adwokatka. Myron zignorował pytanie i spojrzał na żonę Clu.

– Byłaś bliska powiedzenia mi tego, co, Bonnie? Po moim powrocie z Karaibów. Zastanawiałaś się, czy ratując Clu, nie oddaliśmy mu niedźwiedziej przysługi. Czy to nasze osłanianie i chronienie nie doprowadziło go do śmierci. Zaprzeczyłem, mówiąc, że za jego śmierć odpowiada ten, kto go zastrzelił. Ale nie wiedziałem wszystkiego, prawda?

– O czym pan mówi, do diabła?! – nie wytrzymała Hester.

– Opowiem pani historię.

– Jaką?

– Proszę nie przerywać, to być może dowie się pani, w co się wpakowała. Adwokatka zamknęła usta. Bonnie milczała.

– Przed dwunastu laty Clu Haid i Billy Lee Palms grali w drugiej lidze w drużynie Bizonów z Nowej Anglii. Byli młodzi i lekkomyślni, jak to młodzi sportowcy. Świat stał przed nimi otworem, uważali się za bóg wie co, zna pani tę bajkę. Oszczędzę szczegółów. Kobiety zagłębiły się w fotelach. Myron usiadł naprzeciwko nich.

– Któregoś dnia Clu Haid prowadził po pijaku – ciągnął – zapewne nie pierwszy raz, tym razem jednak wpadł na drzewo. Bonnie… – wskazał ją brodą – została ranna. Po wstrząsie mózgu spędziła kilka dni w szpitalu. Clu wyszedł z tej kraksy bez szwanku, Billy Lee złamał palec. Po wypadku Clu spanikował. Dwanaście lat temu, choć to tak niedawno, przyłapanie najeździe w stanie nietrzeźwym mogło zniszczyć młodego zawodowca. Akurat załatwiłem mu kilka dochodowych kontraktów reklamowych. Za parę miesięcy czekało go przejście do ekstraklasy. W związku z tym zrobił to, co wielu młodych sportowców. Znalazł kogoś, kto wybawi go z kłopotów. Swojego agenta. Mnie. Popędziłem jak szalony na miejsce przestępstwa. Spotkałem się z Eddiem Koblerem, policjantem, który go zatrzymał, i miejscowym szeryfem, Ronem Lemmonem.

– Nic z tego nie rozumiem – wtrąciła Hester Crimstein.

– Proszę dać mi czas, to pani zrozumie. Policjanci i ja doszliśmy do porozumienia. Tak z reguły załatwia się sprawy czołowych sportowców. Zamiata się je pod dywan. Zgodziliśmy się, że Clu to dobry chłopak. Nie ma sensu łamać mu życia z powodu drobnego wypadku. To przestępstwo poniekąd bez ofiary, ranna została jego żona. Dogadaliśmy sprawę, pieniądze zmieniły właściciela. Clu nie był pijany. Gwałtownie skręcił, by uniknąć zderzenia z drugim samochodem. Potwierdzą to Bonnie i Billy Lee Palms. Nie ma o czym mówić, koniec.

Zachmurzona Hester słuchała z urażoną, lecz przy tym zaciekawioną miną. Bonnie bladła.

– Minęło dwanaście lat. Wypadek Clu przypomina te, na które spadła klątwa mumii. Pijany kierowca, Haid, zostaje zamordowany. Jego najbliższy przyjaciel i pasażer, Billy Lee Palms, zastrzelony. Nie nazwę tego morderstwem, bo jego zabójca ocalił mi życie. Przekupiony szeryf umiera na raka prostaty. Nic nadzwyczajnego, chyba że Bóg dopadł go przed mumią. Drugiego policjanta, Eddiego Koblera, przyłapują na braniu łapówek w grubej aferze narkotykowej. Aresztowany, zawiera ugodę z prokuraturą. Opuszcza go żona. Dzieci z nim nie rozmawiają. Zapija się samotnie w Wyoming.

– Skąd pan wie o tym Kohlerze? – spytała Hester.

– Od Hoberta, miejscowego policjanta. Jego słowa potwierdziła moja znajoma, reporterka.

– Wciąż nie widzę związku z tą sprawą.

– Dlatego, że Esperanza trzymała panią w niewiedzy. Byłem ciekaw, ile pani powiedziała. Najwyraźniej niewiele. Pewnie nalegała, żeby za nic mnie w to nie wciągać. Hester Crimstein obrzuciła go adwokackim spojrzeniem.

– Twierdzi pan, że Esperanza ma z tym wszystkim coś wspólnego?

– Nie.

– To pan popełnił w tej sprawie przestępstwo. Przekupił pan policjantów.

– W tym sęk – przyznał.

– O czym pan mówi?

– Już wtedy, tamtej nocy, coś w tym wypadku mnie zdziwiło. Jechali we trójkę. Dlaczego? Bonnie nie przepadała za Billym Lee Palmsem. Oczywiście chodziła z Clu, który kolegował się z Billym Lee, może nawet umawiali się na wspólne randki parami. Ale dlaczego tak późno w nocy jechali we troje samochodem?

Hester Crimstein pozostała prawniczką.

– Twierdzi pan, że któregoś z nich nie było w tym wozie?

– Nie. Twierdzę, że jechały nim nie trzy, tylko cztery osoby.

– Słucham?!

Hester i Myron spojrzeli na Bonnie. Opuściła głowę.

– Kim była ta czwarta? – spytała Hester.

– Jedną parę tworzyli Bonnie i Clu. – Myron na próżno próbował spojrzeć Bonnie w oczy, nie podniosła głowy. – A drugą Billy Lee Palms i Lucy Mayor. Hester Crimstein miała taką minę, jakby spadła jej na głowę belka.

– Lucy Mayor? – powtórzyła. – Zaginiona Mayorówna?

– Tak.

– O cholera!

Myron nie spuszczał z oka Bonnie. Wreszcie podniosła głowę.

– To prawda, tak? – spytał.

– Nic nie powie – wtrąciła Hester Crimstein.

– Tak, prawda – potwierdziła Bonnie.

– Ale nie wiedziałaś, co się z nią stało. Zawahała się.

– Wtedy nie.

– Co ci powiedział Clu?

– Że ją również przekupili – odparła. – Tak jak policjantów. Że zapłacili jej za milczenie. Myron skinął głową. To by się zgadzało.

– Nie rozumiem jednego – powiedział. – Kilka lat temu o zniknięciu Lucy Mayor zrobiło się głośno. Na pewno widziałaś jej zdjęcie w gazetach.

– Tak.

– Nic nie skojarzyłaś?

– Nie. Żeby skojarzyć, musisz kogoś pamiętać. A ja widziałam ją tylko ten jeden raz. Znałeś Billy'ego Lee. Co wieczór inna dziewczyna. Ja i Clu siedzieliśmy z przodu. Ona miała inny kolor włosów. Była wtedy blondynką. Więc nie rozpoznałam jej.

– Clu również.

– Tak.

– Ale w końcu poznałaś prawdę.

– W końcu.

– Hola! – wtrąciła Hester Crimstein. – Nic z tego nie rozumiem. Co wypadek drogowy sprzed lat ma wspólnego z zamordowaniem Clu?

– Wszystko – odparł Myron.

– Niech pan to wyjaśni. A przy okazji, jak w tę sprawę została wciągnięta Esperanza?

– Przez pomyłkę.

– Co?

– To nie ją chciano wrobić, tylko mnie.


38

<p>38</p>

Yankee Stadium kulił się wieczorem, garbiąc nisko, jakby chciał uciec przed łuną własnych świateł. Myron wjechał na parking czternasty, gdzie stały samochody zarządu klubu i graczy. Tym razem były zaledwie trzy. Nocny strażnik w wejściu dla prasy przekazał mu, że Mayorowie spotkają się z nim na boisku. Myron zszedł z dolnej kondygnacji i przeskoczył murek blisko bazy – mety. Światła się paliły, lecz ani żywej duszy. Stanął na murawie, zrobił głęboki wdech – nawet w Bronksie baseballowy diament pachniał swoiście – obrócił się w stronę ławki drużyny gości, przesunął wzrokiem po niższych lożach i odnalazł miejsca, na których tyle lat temu siedzieli on i jego brat. Dziwne, co człowiekowi zostaje w pamięci. Po szeleszczącej pod stopami trawie przeszedł do stanowiska miotacza, przysiadł na białej gumie i czekał. Domena Clu. Jedyne miejsce, gdzie Clu Haid zawsze był spokojny.

Powinni go tu pochować, pomyślał. Tu, skąd rzucał.

Objął spojrzeniem tysiące krzesełek, pustych jak oczy nieboszczyka, stadion bez widzów – ciało bez duszy. Białe linie były brudnawe, zatarte. Jutro, przed meczem, miano je odnowić.

Powiadają, że baseball to metafora życia. Patrząc na linię główną, Myron uznał, że coś w tym jest. Że linia oddzielająca dobro od zła niewiele się różni od tej na boisku. Zrobiona z substancji tak nietrwałej jak wapno, z upływem czasu zanika. Wciąż trzeba ją poprawiać. Gdy przejdzie po niej odpowiednio wielu graczy, rozmazuje się i zaciera tak bardzo, że to, co prawidłowe, zmienia się w przekroczenie i vice versa – podobnie w życiu, też czasem nie sposób odróżnić dobra od zła.

– Powiedział pan, że znalazł moją siostrę – przerwał ciszę głos Jareda Mayora. Myron spojrzał w kierunku ławki graczy.

– Skłamałem – odparł.

Po betonowych schodach zstępowali Jared z matką. Myron wstał. Jared zaczął coś mówić, ale Sophie położyła mu rękę na ramieniu. Szli jak para trenerów na rozmowę z miotaczem, który zmienia poprzednika.

– Pańska siostra nie żyje – dodał. – O czym oboje wiecie. Szli dalej.

– Zginęła w wypadku samochodowym. W chwili zderzenia.

– Być może – odparła Sophie.

– Być może? – zdziwił się Myron.

– Może w chwili zderzenia, a może nie. Clu Haid i Billy Lee Palms nie byli lekarzami, tylko głupimi pijanymi baseballistami. Lucy mogła być jedynie ranna. Może żyła. Jakiś lekarz mógłby ją uratować.

– Niewykluczone – przyznał Myron.

– Niech pan mówi – zachęciła. – Chcę posłuchać, co pan ma do powiedzenia.

– Bez względu na stan faktyczny pani córki po wypadku Clu i Billy Lee byli pewni, że nie żyje. Clu się przeraził. Już sama jazda po pijanemu była poważnym przestępstwem, a co dopiero spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Coś takiego nie upiecze się nikomu, choćby nie wiem jak świetnie podkręcał piłki. Clu i Billy Lee wpadli w popłoch. Nie znam szczegółów tej historii. Zna je zapewne Sawyer Wells. Domyślam się, że ukryli zwłoki. Ta droga była rzadko uczęszczana, ale i tak nie mieli dość czasu, żeby pogrzebać Lucy przed przyjazdem policji i karetki. Tak więc najpewniej schowali ją w krzakach. A kiedy się uspokoiło, wrócili i ją zakopali. Jak wspomniałem, nie znam szczegółów. Wątpię, czy mają większe znaczenie. Ważne, że Clu i Billy Lee pozbyli się ciała.

– Nie ma pan na to żadnych dowodów – oświadczył Jared, stając naprzeciwko Myrona. Myron zareagował, cały czas wpatrując się w Sophie Mayor.

– Mijają lata. Lucy dawno nie ma. Ale nie w głowach Clu Haida i Billy'ego Lee Palmsa. Być może nadinterpretuję, może oceniam ich zbyt łagodnie. Niemniej to, co zrobili tamtej nocy, zdecydowało o całym ich życiu. O skłonnościach obu do samodestrukcji. O narkotykach…

– Ocenia pan ich zbyt łagodnie – powiedziała Sophie Mayor. Czekał na dalszy ciąg.

– Niech pan nie przypisuje im wyrzutów sumienia – dodała. – To nikczemnicy.

– Być może ma pani rację. Niepotrzebnie wdałem się w analizę. Lecz to nic nie zmienia. Clu i Billy Lee sami stworzyli sobie piekło, ale nie aż takie, jak cierpienie, którego doświadczyła pani rodzina. Mówiła mi pani, jak straszną udręką jest to, że się nie zna prawdy, życie z tą świadomością na co dzień. Odkrycie, jak zginęła i została pogrzebana córka, wzmogło udrękę.

Sophie Mayor wciąż trzymała głowę wysoko. Ani drgnęła.

– Wie pan, jak dowiedzieliśmy się wreszcie, co się stało z Lucy? – spytała.

– Od Sawyera Wellsa – odparł Myron. – Jego ósma zasada brzmi: „Wyznaj coś o sobie przyjacielowi, coś strasznego, czego za nic nie chciałeś zdradzić nikomu. Poczujesz się lepiej. Przekonasz się, że zasługujesz na miłość”. Wells zajmował się narkomanami w Rockwell. Billy Lee był tam pacjentem. Domyślam się, że Wells przyłapał go w trakcie odwyku. Zapewne w momencie, kiedy majaczył i szalał. Billy zrobił to, czego zażądał terapeuta. Przyznał się do najgorszego, do tej chwili w życiu, która przesądziła o wszystkich innych. Wells dostrzegł w tym dla siebie wygraną, loteryjny los do zdobycia rozgłosu. Bogatą rodzinę Mayorów, właścicieli firmy Mayor Software. Zgłosił się więc do pani i męża i podzielił się z wami tym, co usłyszał.

– Nie ma pan na to żadnych dowodów! – powtórzył Jared. Sophie znów uciszyła go gestem.

– Niech pan mówi, Myron. Co dalej?

– Dzięki tej informacji odszukaliście ciało córki. Nie wiem, czy znaleźli je wynajęci prywatni detektywi, czy może wasze pieniądze i wpływy zamknęły władzom usta. Dla kogoś z waszą pozycją to nic trudnego.

– No dobrze, ale skoro to wszystko jest prawdą, dlaczego tego nie ujawniłam? Dlaczego nie wniosłam oskarżenia przeciwko Clu i Billy'emu Lee… albo panu?

– Bo nie miała pani podstaw.

– Jak to?

– Zwłoki leżały w ziemi przez dwanaście lat. Nie było żadnych dowodów. Samochód dawno przepadł, więc też nie mógł być dowodem. W protokole policji stwierdzono, iż badanie alkomatem wykazało, że Clu nie był pijany. Czym pani dysponowała? Bredzeniem ćpuna po nagłym odstawieniu narkotyków? Sawyer Wells prawdopodobnie wymusił na Billym Lee wyznanie, a jeśli nawet nie wymusił, co z tego? Twierdzenie Palmsa o przekupieniu policji opierało się wyłącznie na pogłosce, bo przecież nie był świadkiem wręczenia łapówki. Zdawała pani sobie z tego sprawę, prawda?

Sophie Mayor milczała.

– Oznaczało to, że wymierzenie sprawiedliwości, to, czy Gary i pani pomścicie śmierć córki, zależy od was. – Myron urwał, spojrzał na Jareda i znów na Sophie. – Powiedziała mi pani o pustce. Że woli pani wypełnić ją nadzieją.

– Tak.

– A kiedy nadzieja przepadła, sczezła po odkryciu szczątków waszej córki, pani i mężowi pozostało wypełnić tę pustkę czym innym.

– Tak.

– I wypełniliście ją zemstą. Spojrzała mu prosto w oczy.

– Obwinia pan nas, Myron? Nie odpowiedział.

– W przypadku przekupnego szeryfa wyręczył nas rak. W przypadku drugiego policjanta, no cóż, pieniądze to wpływy, o czym dobrze wie pański przyjaciel Win. Na naszą prośbę Federalne Biuro Śledcze zastawiło na niego pułapkę. Chwycił przynętę. O tak, z przyjemnością zniszczyliśmy mu życie.

– Ale najbardziej chcieliście zaszkodzić Chi – wtrącił Myron.

– Zaszkodzić to nic. Chciałam go zmiażdżyć.

– Jego życie i tak było w rozsypce – rzekł Myron. – Żeby naprawdę go zmiażdżyć, najpierw trzeba mu było dać nadzieję. Dać nadzieję, a potem ją odebrać. Nic nie boli tak bardzo, jak jej strata. Wiedziała to pani, żyjąc wraz z mężem nadzieją tyle lat. Tak więc kupiliście Jankesów. Przepłaciliście, lecz co z tego? Mieliście pieniądze. Nie zależało wam na nich. Wkrótce po dokonaniu transakcji Gary zmarł.

– Z rozpaczy – przerwała mu Sophie. Uniosła głowę i Myron pierwszy raz dostrzegł w jej oku łzę.

– Z wieloletniej rozpaczy.

– Kontynuowała pani plan bez niego…

– Tak.

– Skupiając się na jednym jedynym celu: na dostaniu w swoje ręce Clu. Była to w powszechnej opinii niemądra wymiana, na dodatek dziwna, zważywszy na to, że resztę decyzji w sprawach sportowych właścicielka klubu powierzyła innym. Pani chodziło jednak wyłącznie o ściągnięcie Haida. Tylko z tego powodu kupiła pani Jankesów. Żeby dać mu ostatnią szansę. Co więcej, Clu się jej chwycił. Zaczął porządkować swoje życie. Nie ćpał, nie pił. Świetnie rzucał. Był maksymalnie szczęśliwy. Miała go pani w ręku.

– A potem zacisnęłaś pięść.

Jared otoczył ręką ramiona matki i przytulił ją do siebie.

– Nie znam kolejności zdarzeń – ciągnął Myron. – Posłała mu pani, tak jak mnie, dyskietkę komputerową. Wiem to od Bonnie. Wyznała mi również, że go pani szantażowała. Anonimowo. To wyjaśnia sprawę zaginionych dwustu tysięcy. Doprowadziła pani do tego, że żył w strachu, w czym mimowolnie pomogła pani Bonnie, składając papiery o rozwód. Sytuacja dojrzała, żeby go dobić. Zorganizowała pani kontrolę antynarkotykową tak, żeby na niej wpadł. Dopomógł w tym Sawyer Wells. Nadawał się najlepiej, wiedział, jak się sprawy mają. Wszystko poszło jak z płatka. Nie dość że test zniszczył Haida, to odwrócił uwagę od pani. No, bo kto podejrzewałby osobę, w którą również uderzała wpadka Clu? Ale o to pani nie dbała. Jankesi nic dla pani nie znaczyli, służyli jedynie jako środek do zniszczenia nikczemnika.

– Święta prawda – przyznała.

– Nie rób tego – ostrzegł matkę Jared.

– Wszystko w porządku. Poklepała syna po ramieniu.

– Clu nie miał pojęcia, że dziewczyna, którą zakopał w lesie, to pani córka. Lecz kiedy zasypała go pani telefonami, przesłała dyskietkę, a potem „wpadł” na kontroli narkotykowej, wreszcie dodał dwa do dwóch. Co miał począć? Z pewnością nie mógł zdradzić, że wyniki testu sfingowano, ponieważ zabił Lucy Mayor. Znalazł się w potrzasku. Próbował rozgryźć, skąd zna pani prawdę. Sądził, że być może od Barbary Cromwell.

– Kogo?

– Barbary Cromwell. Córki szeryfa Lemmona.

– A ona skąd ją znała?

– Starała się pani utrzymać śledztwo w tajemnicy, ale Wilston to małe miasto. Szeryfowi doniesiono poufnie o odkryciu zwłok. Umierał. Nie miał pieniędzy. Jego rodzina była biedna. Powiedział córce, co naprawdę zaszło tamtej nocy. Zapewnił, że nie musi się o nic martwić, bo to on popełnił przestępstwo, nie ona, mogą jednak wykorzystać tę informację do szantażowania baseballisty. Co też zrobili. Kilkakrotnie. Clu doszedł do wniosku, że Barbara się wygadała. Na jego pytanie przez telefon, czy powiedziała komuś o wypadku, wykręciła się sianem i zażądała więcej pieniędzy. Dlatego kilka dni potem Clu pojechał do Wilston. Odmówił zapłacenia jej. Oświadczył, że z tym koniec. Sophie skinęła głową.

– W ten sposób wszystko pan skojarzył.

– Tak, to był ostatni szczegół układanki – potwierdził. – Gdy odkryłem, że Clu odwiedził córkę Lemmona, wszystko złożyło się w całość. Niemniej intryguje mnie jedno, Sophie.

– Co?

– To, że go pani zabiła. Skróciła jego cierpienia. Jared zdjął rękę z ramion matki.

– Co pan plecie? – spytał.

– Niech mówi – powiedziała Sophie. – Proszę, Myron.

– A jest coś do dodania?

– Po pierwsze, co z pańską rolą w tej sprawie?

Nie odpowiedział. W piersiach zaciążył mu kawał ołowiu.

– Nie powie mi pan, że jest bez winy.

– Nie powiem – odparł cicho.

W oddali, poza boiskiem, dozorca przystąpił do czyszczenia tablic upamiętniających dawnych wielkich graczy. W tej chwili pucował spryskaną płynem kamienną płytę poświęconą Lou Gehrigowi. Żelaznemu Koniowi, tak dzielnemu w obliczu tak strasznej śmierci.

– Też pan to robił.

– Co? – spytał, patrząc na dozorcę. Wiedział jednak, o czym mówi Sophie.

– Sprawdziłam pańską przeszłość. Pan i pana partnerzy w interesach często bierzecie prawo w swoje ręce, mylę się? Wcielacie się w sędziego i ławę przysięgłych.

Milczał.

– Zrobiłam to samo. Przez wzgląd na pamięć córki.

– Z chęci wrobienia mnie w mord na Clu.

Znów pomyślał o zatartej linii pomiędzy dobrem a złem.

– Tak.

– Zemsta w sam raz za wręczenie łapówki policjantom.

– W tamtym czasie tak myślałam.

– Ale poszkapiła się pani, Sophie. Wrobiła pani niewłaściwą osobę.

– Przez przypadek. Myron pokręcił głową.

– Nie zwróciłem na to uwagi, a powinienem. Wspomniał o tym nawet Billy Lee Palms. I Hester Crimstein przy naszym pierwszym spotkaniu.

– O czym?

– Podkreślili, że w moim samochodzie znaleziono krew Clu, a w moim biurze narzędzie zbrodni. Więc być może to ja go zabiłem. Logiczny domysł, gdyby nie fakt, że wcześniej wyjechałem z kraju. Ale o tym pani nie wiedziała. Nie wiedziała pani, że Esperanzą i Wielka Cyndi zwodzą wszystkich, udając, że jestem w Stanach. Dlatego tak wytrąciło panią z równowagi, kiedy okazało się, że byłem za granicą. Zburzyłem pani plan. Nie wiedziała pani również, że Clu pokłócił się z Esperanzą. Tak więc wszystkie dowody, które miały wskazywać na mnie…

– Obciążyły pańską wspólniczkę, panią Diaz – dokończyła Sophie Mayor.

– Właśnie. Do wyjaśnienia jest jeszcze jedna sprawa.

– Więcej niż jedna – sprostowała.

– Słucham?

– Nie wątpię, że zapragnie pan wyjaśnić więcej spraw. Ale proszę pytać. Co chciałby pan wiedzieć?

– Kazała mnie pani śledzić – rzekł Myron. – To pani wynajęła gościa, którego nakryłem przed biurowcem Lock – Horne'ów.

– Tak. Wiedziałam, że Clu szukał z panem kontaktu. Liczyłam, że poszuka go również Billy Lee Palms.

– I poszukał. Podejrzewał, że zabiłem Clu, żeby ukryć swój udział w tej sprawie. Bał się, że chcę zabić także jego.

– Logiczne – przyznała. – Miał pan wiele do stracenia.

– A więc śledziła mnie pani? Wtedy, w barze?

– Tak.

– Osobiście? Uśmiechnęła się.

– W młodości nauczyłam się tropić i polować. Miasto jako teren łowiecki niewiele się różni od lasu.

– Ocaliła mi pani życie. Nie odpowiedziała.

– Dlaczego?

– Pan wie dlaczego. Nie przyszłam tam, żeby zabić Billy'ego Lee Palmsa. Niemniej istnieją stopnie winy. Mówiąc prosto, zawinił bardziej niż pan. Kiedy przyszło do kwestii: pan czy on, wybrałam jego. Zasłużył pan na karę, Myron, ale nie na śmierć z ręki takiego śmiecia jak Billy Lee Palms.

– Znów wcieliła się pani w sąd i ławę przysięgłych?

– Tak, na pana szczęście.

Z Myrona wyparowała nagle cała energia, usiadł ciężko tam, skąd Clu rzucał piłki.

– Mogę pani współczuć – powiedział. – Lecz nie dopuszczę, żeby uszło to pani płazem. Clu Haida zabiła pani z zimną krwią.

– Nie.

– Słucham?

– Nie zabiłam Clu Haida.

– Nie spodziewam się, że się pani przyzna.

– Spodziewa się pan czy nie, nie zabiłam go. Myron zmarszczył czoło.

– Zabiła go pani. To logiczne.

Jej spojrzenie pozostało niezmącone. Myronowi zawirowało w głowie. Obrócił się w stronę Jareda.

– On też go nie zabił – uprzedziła Sophie.

– Zabiło jedno z was.

– Nie.

Myron spojrzał na milczącego Jareda. Otworzył usta i zamknął je, bo nic nie przyszło mu do głowy.

– Niech pan pomyśli. – Sophie splotła ręce i uśmiechnęła się do niego. – Poprzednim razem zapoznałam pana z moją filozofią. Jestem myśliwym. Nie zabijam z nienawiści. Przeciwnie, szanuję to, co zabijam. Poważam swoją zdobycz. Zwierzęta są dzielne i szlachetne. A uśmiercać można miłosiernie. Dlatego zabijam jednym strzałem. Naturalnie nie kogoś takiego jak Palms. Chciałam, żeby choć przez kilka chwil bał się, cierpiał. Clu Haidowi oczywiście też nie okazałabym miłosierdzia.

– Ale… zaczął Myron, próbując ją zrozumieć.

I wówczas znów go olśniło. Odtworzył w głowie rozmowę z Sally Li.

Miejsce zbrodni…

Miejsce zbrodni! Było w strasznym nieładzie. Krew na ścianach. Krew na podłodze. Rozprysk krwi zdradzał prawdę. Trzeba było rozpryskać jej więcej. Zniszczyć dowody. Wystrzelić więcej kul w ciało.

W łydkę, w plecy, nawet w głowę. Zabrać z sobą pistolet. Narobić bałaganu. Ukryć, co się naprawdę stało.

– Mój Boże…

Sophie Mayor skinęła głową.

Myron poczuł w ustach pustynną suchość.

– Clu popełnił samobójstwo? – spytał. Spróbowała się uśmiechnąć, lecz nie całkiem jej to wyszło. Kiedy wstawał, jego kontuzjowane kolano głośno trzasnęło.

– Koniec małżeństwa, niepomyślny wynik testu, ale głównie powracająca przeszłość… za wiele się na niego zwaliło. Strzelił sobie w głowę. Reszta kul posłużyła zmyleniu policji. Bałagan w mieszkaniu zrobiliście po to, żeby nikt na podstawie analizy śladów krwi nie uznał tego za samobójstwo. Upozorowaliście morderstwo.

– Aż do śmierci pozostał tchórzem – powiedziała Sophie.

– Ale skąd wiedziała pani, że się zabił? Założyła mu pani podsłuch, mieszkanie było pod obserwacją?

– Nic z tych rzeczy. Haid sam chciał, żebyśmy go znaleźli, a konkretnie ja. Myron wbił w nią wzrok.

– Tego wieczoru miało dojść do ostatecznego starcia. Wprawdzie Clu sięgnął dna, lecz ja z nim jeszcze nie skończyłam. W żadnym razie. Zwierzę zasługuje na szybką śmierć. Clu Haid na nią nie zasłużył. Niestety, przed naszym przyjazdem tchórzliwie skończył z sobą.

– A pieniądze?

– Miał je w mieszkaniu. Rzeczywiście był szantażowany telefonami przez anonimową osobę, która przesłała mu dyskietkę. Wiedział jednak, że to my. Jeszcze tego wieczoru wpłaciłam całą sumę na Instytut Zdrowia Dziecka.

– Zmusiła go pani do samobójstwa. Wyprostowana jak struna, pokręciła głową.

– Nikogo się do tego nie zmusi – odparła. – Clu Haid sam wybrał swój los. Nie było to moim zamiarem, ale…

– Zamiarem? On nie żyje, Sophie.

– Tak, lecz nie było to moim zamiarem – powtórzyła. – Pan też nie miał zamiaru ukryć zabójstwa mojej córki.

Zamilkli.

– Wykorzystała pani jego śmierć. Podrzuciła w moim biurze i samochodzie pistolet i krew. Albo kogoś do tego wynajęła.

– Tak.

– Prawda musi wyjść na wierzch.

– Nie musi.

– Nie pozwolę, żeby Esperanza zgniła w więzieniu…

– Już to załatwiłam – przerwała mu Sophie Mayor.

– Co?

– Mój adwokat rozmawia w tej chwili z prokuratorem. Oczywiście bez nazwisk. Nie dowiedzą się, kogo reprezentuje.

– Nie rozumiem.

– Zachowałam dowody. Tamtego wieczoru zrobiłam zdjęcia zwłok. Zbadają dłoń Clu na obecność śladów prochu. Dysponuję też na wszelki wypadek listem, który napisał przed śmiercią. Zarzuty przeciw Esperanzy zostaną wycofane. Rano ją zwolnią. Koniec sprawy.

– Prokuratorowi to nie wystarczy. Zechce poznać tę historię w całości.

– Każdy czegoś chce, Myron. Prokurator będzie musiał obejść się smakiem i pogodzić z rzeczywistością. To przecież tylko samobójstwo. Głośne czy nie, nie zyska priorytetu. – Sophie sięgnęła do kieszeni i wyjęła kartkę. – Proszę, to jego list samobójczy.

Myron zawahał się. Wziął list. Od razu rozpoznał pismo Clu i zaczął czytać:

Szanowna pani Mayor

Moja udręka trwała wystarczająco długo. Wiem, że nie przyjmie pani moich przeprosin, co trudno mieć pani za złe. Z drugiej strony nie znalazłem w sobie dość siły, żeby spojrzeć pani w oczy. Uciekałem od tej nocy całe życie. Skrzywdziłem swoją rodziną i przyjaciół, ale nikogo tak bardzo jak panią. Mam nadzieję, że moja śmierć przyniesie pani nieco pocieszenia.

Tylko ja jestem winien temu, co się stało. Billy Lee Palms zrobił to, o co go poprosiłem. To samo dotyczy Myrona Bolitara. Przekupiłem policję. Myron jedynie przekazał pieniądze. Nie znał prawdy.

Nie znała jej też i nadal nie zna moja żona, która straciła w tym wypadku przytomność.

Pieniądze są tutaj. Proszę nimi rozporządzić wedle woli. Proszę również przekazać Bonnie, że jest mi przykro i wszystko rozumiem. Niech moje dzieci wiedzą, że ojciec zawsze je kochał. Tylko one były tym, co czyste i dobre w moim życiu. Pani jedna powinna to rozumieć.

Clu Haid

Myron przeczytał list jeszcze raz. Wyobraził sobie, jak Clu pisze go, odkłada, a potem bierze pistolet i przystawia do głowy. Zamknął wtedy oczy? Czy zanim nacisnął spust, myślał o swoich dzieciach, o dwóch synkach uśmiechających się całkiem jak on? Czy się zawahał?

– Nie uwierzyła mu pani – rzekł, wpatrując się w list.

– W kwestii winy innych? Nie. Wiedziałam, że skłamał. Na przykład w pana przypadku. Był pan kimś więcej niż posłańcem. Pan przekupił tych policjantów.

– Clu skłamał, żeby nas ochronić – odparł Myron. – Na koniec poświęcił się dla tych, których kochał.

Sophie zmarszczyła brwi.

– Niech pan nie robi z niego męczennika.

– Nie robię. Ale nie może pani wykręcić się sianem od tego, co zrobiła.

– Nic nie zrobiłam.

– Doprowadziła pani mężczyznę, ojca dwóch chłopców, do samobójstwa.

– To był jego wybór.

– Nie zasłużył na to.

– A moja córka nie zasłużyła na śmierć i pogrzebanie anonimowo w dole! Myron spojrzał na światła stadionu, nie dbając, że go oślepiają.

– Clu nie brał narkotyków – rzekł. – Dlatego wypłaci pani resztę jego honorarium.

– Nie.

– Oraz ujawni światu i jego dzieciom, że nie ćpał.

– Nie – powtórzyła. – Świat się o tym nie dowie. Nie dowie się też, że Clu był mordercą. Nie sądzi pan, że to całkiem dobry interes?

Myron jeszcze raz przeczytał list. Oczy szczypały go od łez.

– Jedna heroiczna chwila u kresu życia z niczego go nie rozgrzesza – powiedziała.

– Ale o czymś świadczy.

– Niech pan jedzie do domu, Myron. I cieszy się, że to koniec. Gdyby prawda wyszła kiedyś na jaw, cała wina spadnie na jedną osobę.

– Na mnie.

– Tak.

Spojrzeli sobie w oczy.

– Nie wiedziałem nic o losie pani córki – powiedział.

– Teraz to wiem.

– Sądziła pani, że pomogłem Clu ukryć prawdę.

– Ja wiem, że pan mu w tym pomógł. Nie byłam tylko pewna, czy wiedział pan, co robi. Stąd moja prośba o odszukanie Lucy. Chciałam ocenić pański udział w sprawie.

– A co z pustką?

– O co pan pyta?

– Pomogło to pani ją wypełnić?

– Myślę, że tak, o dziwo – odparła po chwili Sophie. – Nie przywróci to życia Lucy. Ale mam świadomość, że wreszcie spoczęła w grobie. Nasze rany się zabliźnią.

– I będziemy żyć dalej? Uśmiechnęła się.

– A co nam pozostaje?

Skinęła głową synowi. Jared ujął rękę matki i ruszyli w stronę ławki zawodników.

– Jest mi bardzo przykro – rzekł Myron.

Sophie Mayor zatrzymała się. Wypuściła rękę syna i przyjrzała się Myronowi.

– Przekupując tych policjantów, popełnił pan przestępstwo – powiedziała, przesuwając oczami po jego twarzy. – Przez pana ja i moja rodzina cierpieliśmy całe lata. Możliwe, że przyczynił się pan do przedwczesnej śmierci mego męża. Miał pan też swój udział w śmierci Clu Haida i Billy'ego Lee Palmsa. A mnie zmusił do okropnych czynów, do których, jak sądziłam, nie jestem zdolna. – Cofnęła się do syna, patrząc już nie tyle oskarżycielsko, co ze zmęczeniem. – Nie chcę pana ranić jeszcze bardziej. Przeprosiny zechce pan z łaski swojej zachować dla siebie.

Odczekała chwilę, lecz nie skorzystał z prawa do repliki. Mayorowie zeszli po schodach i zniknęli, zostawiając go samego z trawą, ziemią i jasnymi światłami stadionu.


39

<p>39</p>

Na parkingu Win zmarszczył brwi.

– Nikt nawet nie wyjął broni – poskarżył się, chowając czterdziestkęczwórkę do kabury.

Myron bez słowa wsiadł do samochodu, a Win do swojego. Po niespełna pięciu minutach zadzwoniła komórka.

– Wycofują oskarżenie – oznajmiła Hester Crimstein. – Esperanza wyjdzie jutro. Jeżeli nie wniesiemy sprawy, przeproszą ją i oczyszczą z zarzutów.

– Przyjmie pani propozycję? – spytał Myron.

– To zależy od Esperanzy. Myślę, że się zgodzi.

Pojechał do domu Haidów. W drzwiach wyminął zagniewaną teściową Clu. Zastał Bonnie samą. Pokazał jej list. Rozpłakała się. Przytulił ją. Stał w drzwiach, patrząc na dwóch śpiących malców do chwili, kiedy matka Bonnie klepnęła go w ramię i poprosiła, żeby wyszedł. Wrócił do mieszkania Wina. Po otwarciu drzwi zobaczył walizkę Teresę.

– Spakowałaś się – powiedział, gdy wyszła do przedpokoju.

– Nic nie ujdzie uwagi mężczyzny, którego kocham – odparła z uśmiechem. Czekał na dalszy ciąg.

– Za godzinę lecę do Atlanty – wyjaśniła.

– Aha.

– Rozmawiałam z moim szefem w CNN. Spadła oglądalność. Chce, żebym jutro wróciła na wizję.

– Aha – powtórzył Myron. Teresę skubnęła pierścionek.

– Próbowałeś kiedyś związku na odległość? – spytała.

– Nie.

– Może warto spróbować.

– Może.

– Podobno nic tak dobrze nie robi na seks.

– Z seksem nigdy nie mieliśmy kłopotów, Teresę.

– Istotnie. Zerknął na zegarek.

– Powiedziałaś, że za godzinę? Uśmiechnęła się.

– Ściślej za godzinę i dziesięć minut.

– Uff! – sapnął z ulgą, przysuwając się do niej.

– Będzie ci jej brak – powiedział Win. Była północ. Oglądali w salonie telewizję.

– Na weekend lecę do Atlanty – odparł Myron.

– Najlepszy scenariusz.

– Co masz na myśli?

– To, że jesteś żałosnym, potrzebującym uczucia gościem, niespełnionym z braku stałej dziewczyny. A któż lepiej nadaje się do tej roli niż kobieta czynna zawodowo, która mieszka tysiąc mil od ciebie? Znów zamilkli. Oglądali powtórkę Frasiera na kanale jedenastym. Serial coraz bardziej im się podobał.

– Agent reprezentuje swoich klientów – rzekł Win podczas reklamy. – Występuje w ich imieniu. Nie może się przejmować reperkusjami.

– Naprawdę tak uważasz?

– Pewnie, czemu nie? Myron wzruszył ramionami.

– No tak, czemu nie. – Oglądał następną reklamę. – Esperanza wytknęła mi, że za łatwo naruszam zasady.

Win milczał.

– Rzeczywiście jakiś czas to robiłem. Przekupiłem policjantów, żeby ukryć przestępstwo.

– Nie wiedziałeś, jak ciężkie.

– Czy to ważne?

– Oczywiście. Myron pokręcił głową.

– Depczemy po przeklętej linii autowej, aż w końcu tracimy ją z oczu – rzekł cicho.

– O czym mówisz?

– O nas. Sophie Mayor zarzuciła mi, że robimy to samo, co ona. Bierzemy prawo w swoje ręce. Łamiemy zasady.

– No i?

– To nie jest w porządku.

– Och, daruj sobie. Win ściągnął brwi.

– Krzywdzimy niewinnych.

– Policja też ich krzywdzi.

– Ale nie tak. Esperanza ucierpiała, choć nie miała z tym wszystkim nic wspólnego. Clu zasłużył na karę, lecz o losie Lucy Mayor zadecydował przypadek. Win zabębnił dwoma palcami w podbródek.

– Jeśli pominąć kwestię względnej powagi przestępstwa, jakim jest jazda w stanie nietrzeźwym, w sumie nie był to jednak przypadek. Clu postanowił zakopać zwłoki. Fakt, że nie mógł wytrzymać z samym sobą, nie jest usprawiedliwieniem.

– Musimy z tym skończyć, Win.

– Z czym?

– Z łamaniem zasad.

– Pozwól, że zadam ci pytanie, Myron. – Win wciąż bębnił palcami po podbródku. – Załóżmy, że jesteś Sophie Mayor i Lucy jest twoją córką. Co byś zrobił?

– Być może to samo. Ale czy słusznie?

– To zależy.

– Od czego?

– Od czynnika Clu Haida: czy potrafisz wytrzymać z samym sobą.

– I tyle?

– I tyle. Potrafisz wytrzymać z samym sobą? Bo ja z sobą tak.

– I dobrze ci z tym?

– Z czym?

– Z tym, że żyjesz w świecie, w którym ludzie biorą prawo w swoje ręce.

– Dobry Boże, skądże. Nie zalecam tego środka innym.

– Tylko sobie.

Win wzruszył ramionami.

– Ufam własnemu rozeznaniu. Ufam też twojemu. Chciałbyś cofnąć czas i pójść inną drogą. Niestety, tak się nie da. Podjąłeś decyzję. Słuszną, bo opartą na tym, co wiedziałeś. Trudną, ale czy są inne? Jej finał mógł być całkiem inny. Clu mógł po tym doświadczeniu zmądrzeć, stać się lepszy. Rzecz w tym, że nie wolno martwić się o dalekosiężne skutki, których nie sposób przewidzieć.

– Martwić się jedynie o to, co tu i teraz?

– Właśnie.

– I o to, z czym możesz żyć?

– Tak.

– Więc może następnym razem powinienem wybrać to, co słuszne. Win pokręcił głową.

– Mylisz to, co słuszne, z tym, co zgodne z prawem i na pozór etyczne. Lecz to nie jest prawdziwy świat. Czasem dobrzy łamią zasady, ponieważ znają życie.

Myron uśmiechnął się.

– Przekraczają linię autową. Na chwilę. Żeby spełnić dobry uczynek. I wracają w obręb sprawiedliwości. Ale jeżeli robisz to za często, zaczynasz tę linię zacierać.

– Być może należy ją zacierać – odparł Win.

– Być może.

– W sumie ty i ja czynimy dobro.

– Bilans ten wypadłby jeszcze lepiej, gdybyśmy tej linii nie przekraczali tak często, nawet za cenę nienaprawienia kilku krzywd więcej.

– Decyzja należy do ciebie. Myron usiadł wygodniej.

– Wiesz, co najbardziej niepokoi mnie w tej rozmowie? – spytał.

– Co?

– To, że nic ona nie zmieni. Oraz to, że prawdopodobnie masz rację.

– Ale nie jesteś tego pewien.

– Nie jestem.

– I to ci się nie podoba.

– Bardzo.

– To właśnie chciałem od ciebie usłyszeć.


40

<p>40</p>

Wielka Cyndi była dziś na pomarańczowo. W pomarańczowej bluzie, pomarańczowych bojówkach, wyglądających na zakoszone z szafy MC Hammera A.D. 1989, z pomarańczowymi włosami, takimiż paznokciami i pomarańczową – nie pytajcie, jakim cudem – skórą prezentowała się jak zmutowana dojrzała marchewka.

– Pomarańczowy to ulubiony kolor Esperanzy – wyjaśniła.

– Wcale nie – odparł Myron.

– Nie?

Potwierdził skinieniem głowy.

– Niebieski.

Przez moment wyobraził sobie olbrzymiego smurfa. Wielka Cyndi przetrawiła tę wiadomość.

– Po nim najbardziej lubi pomarańczowy? – spytała.

– Pewnie, chyba.

Uśmiechnęła się z zadowoleniem i rozwinęła w recepcji transparent z hasłem „Witaj, Esperanzo!”. Myron wszedł do gabinetu. Odbył kilka rozmów i trochę pracował, łowiąc uchem odgłosy windy. Nie odpowiedziała.

– Akurat tego nigdy nie zrozumiem – rzekł.

– Myron, nie…

– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką – ciągnął. – Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko. Ale za nic nie pojmę, dlaczego nie chciałaś ze mną rozmawiać. To nie miało sensu. Z początku sądziłem, że jesteś na mnie zła za to, że zniknąłem bez słowa. Ale to do ciebie niepodobne. Potem przyszło mi do głowy, że miałaś romans z Clu i nie chcesz, żebym się o tym dowiedział. Myliłem się. Wreszcie pomyślałem, że milczysz ze względu na romans z Bonnie…

– I znów trafiłeś jak kulą w płot.

– Owszem. Lecz nie mnie prawić ci kazania. A poza tym nie bałabyś się do tego przyznać. Zwłaszcza wobec tak wysokiej stawki. Dlatego wciąż zadawałem sobie pytanie: co sprawiło, że ze mną nie rozmawiasz? Win sądził, że wyjaśnić to można tylko tym, że zabiłaś Clu.

– Ach ten Win. Niepoprawny optymista.

– Ale tego również nie kupiłem. Nie przestałem wierzyć w twoją niewinność. Wiedziałaś o tym. Tylko z jednego powodu nie zdradziłabyś mi prawdy…

Esperanza westchnęła.

– Muszę wziąć prysznic – oświadczyła.

– Chroniłaś mnie. Spojrzała na niego.

– Tylko się nade mną nie roztkliwiaj, dobrze? Nie znoszę tego.

– Bonnie powiedziała ci o wypadku samochodowym. O tym, że przekupiłem policjantów.

– Łóżkowe zwierzenia. Wzruszyła ramionami.

– Kiedy cię aresztowali, kazałaś jej przysiąc, że nic nie powie. Nie ze względu na nią czy na ciebie, tylko na mnie. Wiedziałaś, że jeżeli sprawa łapówek się wyda, będę skończony. Oskarżą mnie o poważne przestępstwo. Wykluczą z adwokatury albo gorzej. Wiedziałaś również, że jeśli to odkryję, natychmiast ujawnię prawdę prokuraturze, żeby cię uwolnić.

Esperanza podparła się pod boki.

– Musimy o tym mówić, Myron?

– Dziękuję ci.

– Nie masz za co dziękować. Bardzo przeżyłeś śmierć Brendy. Bałam się, że zrobisz coś głupiego. Już taki jesteś.

Znów ją uścisnął. A ona jego. Lecz tym razem bez skrępowania.

– Dziękuję ci – powtórzył, odstąpiwszy od niej.

– Przestań.

– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

– Zrobiłam to również dla siebie, Myron. Ze względu na interes. Mój interes.

– Wiem.

– Pozostali nam jeszcze jacyś klienci?

– Paru.

– No, to może lepiej złapmy się za telefon.

– Może. Kocham cię, Esperanzo.

– Zamknij się, bo się porzygam.

– A ty mnie.

– Jeżeli zaczniesz śpiewać jak dinozaur Barney, zabiję! Odsiedziałam swoje w pierdlu, mogę posiedzieć dłużej.

Do gabinetu zajrzała uśmiechnięta Wielka Cyndi. Z pomarańczową skórą wyglądała jak w najwyższym stopniu horrendalna dynia halloweenowa.

– Na dwójce czeka Marty Towey – oznajmiła.

– Odbiorę – powiedziała Esperanza.

– A na trójce Enos Cabral.

– Jest mój – rzekł Myron.

Pod koniec tego cudownie długiego pracowitego dnia do agencji zaszedł Win.

– Rozmawiałem z Esperanza – zakomunikował. – Zrobimy u mnie pizzę i obejrzymy stare niedzielne seriale CBS.

– Nie mogę. Win uniósł brew.

– Wszystko w rodzinie, MASH, Mary Tyler Moore, Boba Newharta, Caroll Burnett?

– Żałuję.

– Odcinek z Sammym Davisem we Wszystko w rodzinie!

– Nie dzisiaj, Win.

– Wiem, chcesz się ukarać. Czy nie przesadzasz z samobiczowaniem? – spytał z troską. Myron uśmiechnął się.

– To nie to.

– Nie powiesz mi, że chcesz być sam. Nie znosisz samotności.

– Wybacz, mam inne plany.

Win ponownie uniósł brew, odwrócił się i wyszedł bez słowa. Myron chwycił słuchawkę i wystukał znajomy numer.

– Już jadę – powiedział.

– Dobrze – odparła mama. – Zadzwoniłam do Fonga. Zamówiłam dwie porcje krewetek w sosie homarowym.

– Mamo?

– Słucham?

– Ja już nie lubię ich krewetek w sosie homarowym.

– Co takiego? Przepadałeś za nimi. To twój przysmak.

– Do czternastego roku życia.

– Trzeba było mi powiedzieć.

– Mówiłem. Niejeden raz.

– I co, spodziewasz się, że będę pamiętała o wszystkich drobiazgach? Czyżbyś tak wydelikacił sobie podniebienie, że przestały ci smakować krewetki Fonga w sosie homarowym? Za kogo ty się masz, za speca od haute cuisine?

– Przestań się czepiać chłopaka! – dobiegł Myrona głos taty.

– A kto się go czepia? Czy ja się ciebie czepiam, Myron?

– I każ mu się pośpieszyć! – krzyknął tata. – Zaraz zacznie się mecz!

– Wielkie mi mecyje, Al. Jego to nie interesuje.

– Powiedz tacie, że już jadę – rzekł Myron.

– Jedź wolno. To nie piekarnia. Mecz zaczeka.

– Dobrze, mamo.

– Zapnij pasy.

– Jasne.

– Ojciec ma dla ciebie niespodziankę.

– Ellen! – zawołał tata.

– Co tak krzyczysz, Al?

– Chciałem mu powiedzieć…

– Och, nie wygłupiaj się. Myron?

– Tak, mamo?

– Ojciec kupił bilety na mecz Metsów. W niedzielę. Dla was dwóch. Myron przełknął ślinę.

– Grają z Tuńczykami – dodała mama.

– Z Marlinami! – krzyknął tata.

– Z tuńczykami, marlinami, co za różnica! Chcesz zostać biologiem morskim, Al? Tym się teraz zajmiesz w wolnym czasie? Rybami?

Myron uśmiechnął się.

– Myron, jesteś tam?

– Już jadę, mamo.

Odłożył słuchawkę, klepnął się po udach i wstał. Powiedział dobranoc Esperanzy i Wielkiej Cyndi, wsiadł do windy i zdobył się na uśmiech. Przyjaciele i kochanki są wspaniałe, pomyślał, ale czasem chłopiec pragnie pobyć z mamą i tatą.


***