/ Language: Polski / Genre:love_contemporary

Kochana Emily

Fern Michaels

Emily Thorn całe swoje życie poświęca mężowi. Ciężko pracuje jako kelnerka, żeby Ian mógł ukończyć studia medyczne i rozpocząć praktykę lekarską. Własne marzenia o zdobyciu wykształcenia i urodzeniu dziecka odkłada na później, bo najważniejsze się cele męża. Kiedy po latach Ian osiąga wreszcie sukces zawodowy, zapewnia Emily dostatnie życie. Równocześnie jednak informuje żonę, że odchodzi…

Fern Michaels

Kochana Emily

Dear Emily

Przekład Małgorzata Dors

Moim najlepszym przyjaciołom

Carol i Bobowi Ventimiglia

Część pierwsza

1

Jakiś drażniący uszy dźwięk wyrwał Emily ze snu. Myślała, że to budzik Iana, ale zaraz przypomniała sobie, że mąż jest w podróży służbowej. Cóż więc tak dzwoniło? Wcisnęła głowę w puchową poduszkę, żeby nie słyszeć uporczywie dryndającego dzwonka. Uszu jej dobiegł świergot ptaków siedzących na parapecie. Czekały jak zwykle na nasionka i okruszki, które co rano im wysypywała. Cholera, chyba znów zaspałam, pomyślała. Kątem oka zerknęła na zegar; była dziesiąta piętnaście. – A niech to diabli – mruknęła – to przecież dzwonek do drzwi.

Chwilę później Emily wstała z łóżka i wkładając szlafrok wsunęła stopy w filcowe kapcie. Zanim jednak zdołała dojść do przedpokoju, uporać się z wyłączeniem alarmu, odsunąć zasuwę, przekręcić klucz w zamku i otworzyć drzwi, furgonetka firmy Federal Express była już daleko od jej domu. Emily schyliła się, podniosła cienką kopertę i wróciła z nią do środka. Nie zawracała sobie nawet głowy sprawdzaniem do kogo była adresowana, bo i tak z pewnością do Iana.

W kuchni przygotowała dzbanek kawy, włączyła piekarnik i wsunęła do niego blaszkę ze słodkimi bułeczkami ociekającymi tłuszczem i lukrem. Potem przez dobrą chwilę szperała w lodówce aż znalazła masło. Dzięki kuchence mikrofalowej mogła je idealnie rozmiękczyć. Następnie nalała do wielkiego kubka mniej więcej półcentymetrową warstewkę delikatnej śmietanki.

Czekając, aż śniadanie będzie gotowe, Emily zsunęła niebieską gumkę, którą obwiązana była poranna gazeta. Obiema dłońmi niedbale zebrała włosy w koński ogon i ściągnęła gumką. Zdecydowanie przydałaby się wizyta u fryzjera. Kobiecie w jej wieku nie pasowała już długa niesforna grzywa, jaką wciąż miała na głowie. – To twoja największa chluba, oślico – mruknęła pod nosem. Postanowiła, że jeszcze dzisiaj pójdzie do fryzjera, żeby obciąć i ułożyć włosy. Przynajmniej będzie miała co robić i zapełni sobie godzinę lub dwie.

Nalała kawę, po czym zajrzała do słodkich bułeczek i uznała, że nie będzie czekać aż się podpieką. Były wystarczająco ciepłe, by miękkie masło wsiąkło w nie bez trudu. Ułożyła je na dużym talerzu, jedną przy drugiej, i skropiła masłem. W niecałe dziesięć minut spałaszowała sześć bułeczek i popiła pierwszym kubkiem kawy. Zaraz też uzupełniła jego zawartość, dolewając także śmietanki. Teraz, kiedy zaspokoiła apetyt na słodkości, mogła zmierzyć się z brutalną codziennością opisywaną w gazecie. Chociaż prawdę mówiąc to, co działo się na świecie, niewiele ją obchodziło. W jej własnym życiu panował taki bałagan, że nie miała ani czasu, ani ochoty czytać o problemach, z jakimi borykało się społeczeństwo.

Emily sięgnęła do szuflady szukając papierosa. Paskudny nawyk. Ale skoro Ian pali, a przecież jest lekarzem, więc dlaczego ona nie miałaby tego robić? Zapaliła papierosa, zaciągnęła się, wprawnie wypuściła kółko dymu, oparła bolące nogi na kuchennym krześle i sięgnęła po list ze znaczkiem Federal Expressu, który wcześniej niedbale rzuciła na stół. Zaadresowany był do pani Emily Thorn, a jako nadawca figurował doktor Ian Thorn. Emily zamrugała ze zdziwienia. Dlaczego Ian napisał do niej i to przez Federal Express? Odsunęła kopertę od siebie. Podejrzewała, że mąż czegoś od niej chce. Ian wiecznie czegoś chciał. Pomyślała, że któregoś dnia sporządzi listę przysług, o jakie prosił ją Ian przez te wszystkie lata, tak po prostu, żeby wiedzieć, ile tego było. Uznała, że jeśli teraz nie otworzy listu, przynajmniej nic nie będzie musiała robić. Tylko Ian pewnie zadzwoni, żeby sprawdzić, jak jej idzie wykonanie zadania. W końcu postanowiła, otworzyć kopertę i mieć to z głowy. Czegokolwiek mąż od niej chciał, mogła przecież zabrać się do tego po wizycie u fryzjera, Ian lubił jej długie, kręcone włosy. Mawiał, że kiedy Emily nimi potrząsa, wygląda bardzo kusząco. Prychnęła pogardliwie. Wciąż jeszcze nie zabrała się do czytania listu.

Dopiero paląc piątego papierosa i pijąc czwarty kubek kawy, sięgnęła po sztywną kopertę, otworzyła ją i wyjęła kartkę papieru.

Najpierw zaczęły drżeć jej kąciki ust, a potem całe ciało. Spróbowała odchylić się do tyłu na obrotowym krześle, lecz nie mogła się poruszyć. Przemknęło jej przez myśl, że to dziwne, iż cała się trzęsie, a jednocześnie nie jest w stanie zmienić pozycji. – A niech cię diabli, Ianie, idź do jasnej cholery. – Chwyciła się poręczy krzesła, niczym dwóch lin ratunkowych, i tupnęła nogami. Przypomniała sobie ten dzień sprzed wielu lat, kiedy też dostała list od Iana. To było w przeddzień ich ślubu. Tyle lat temu…

* * *

– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę wychodzę za mąż. A ty możesz to sobie wyobrazić, Aggie?

– Skoro wisi tu biała suknia i welon, chyba to prawda – stwierdziła najlepsza przyjaciółka Emily.

– Szkoda tylko, że jestem taka zmęczona. Wciąż trudno mi pojąć, że poszłam do pracy wczoraj wieczorem. Musiałam chyba nie być przy zdrowych zmysłach, ale w piątek napiwki są takie duże, że nie chciałam ich stracić. Mieliśmy dwa bankiety, dzięki którym zarobiłam sto pięćdziesiąt dolarów. Całkiem nieźle.

– Wyglądasz na kompletnie wykończoną. No i fakt, musiałaś chyba zwariować, skoro pracowałaś do trzeciej nad ranem. Emily, przecież ty rujnujesz sobie zdrowie.

– Może i tak, ale popatrz tylko, ile mam na koncie w banku. Wszystkie rachunki są zapłacone, i Iana, i moje. No i wreszcie bierzemy ślub, co prawda z siedmioletnim opóźnieniem, ale już za kilka godzin będę panią łanową Thorn, żoną doktora Iana Thorna.

Aggie zmrużyła oczy.

– Chodzi o te białe koszule i krawaty, zgadza się?

– To także, ale ja kocham Iana. Zakochałam się w nim jeszcze w dziewiątej klasie. On jest częścią mnie, tak jak ja jestem częścią niego.

– A teraz bez namysłu, prosto z mostu, powiedz… ile razy w ciągu ostatnich siedmiu lat widziałaś się z Ianem?

Emily opadła szczęka.

– Jakieś siedemdziesiąt pięć. Tak mi się wydaje… ale chyba więcej… zadajesz mi idiotyczne pytania, Aggie. Nawet nie masz pojęcia, jak ciężko jest Ianowi znaleźć choćby piętnaście minut wolnego czasu dla siebie samego. Przeważnie jest ledwie żywy ze zmęczenia. Często rozmawialiśmy przez telefon, wysyłaliśmy sobie pocztówki. Codziennie byliśmy z sobą w kontakcie. Już na samym początku naszej znajomości pogodziliśmy się z tym, że będziemy musieli zdobyć się na wiele poświęceń. Wiedzieliśmy, na co się decydujemy. I udało się. Dzisiaj jest wielki dzień. Nigdy w życiu nie byłam taka szczęśliwa. A Ian… on jest taki… taki szczęśliwy, że język mu się plącze ze zdenerwowania.

Aggie zacisnęła usta.

– Cieszę się, że jesteś szczęśliwa, Emily. Ja nie potrafiłabym osiągnąć tyle co ty – powiedziała potrząsając głową.

– Tylko dlatego, że ty i Rob nie macie żadnego wspólnego marzenia, żadnego celu. A Ian i ja mieliśmy. Nie znaczy to oczywiście, że waszemu związkowi tego brakuje. Ale ja i Ian właśnie czegoś takiego potrzebowaliśmy.

– Zawsze mówiłaś, że nie chcesz mieć cichego wesela ze skromnym poczęstunkiem dla paru gości – przypomniała jej gderliwie Aggie.

– Rzeczywiście, tak powiedziałam. Ale byłam głupia. Nasze wesele kosztuje tylko czterysta pięćdziesiąt dolarów. Wolę, żeby było ciche, bo przynajmniej pieniądze zostaną w banku. I Ian się na to zgodził. Postanowiłam włożyć na tę okazję ślubną suknię mojej ciotki, a Ian ubierze się w swój najlepszy ciemny garnitur. I dla ciebie jest śliczna sukienka. Skromna, ale to wszystko, na co było nas stać. A zdjęcia będzie robił kolega Iana. Tort mamy od ciebie jako prezent ślubny. Czegóż więc niby nam brakuje?

– Chyba niczego. Po prostu chciałabym, żebyś była szczęśliwa, Emily.

– Ciągle to powtarzasz. A w tej chwili jestem najszczęśliwszą panną młodą w Scotch Plains w New Jersey.

– Nie ruszaj się, bo muszę ci zatuszować te ciemne plamy pod oczami. Nie mrugaj – ostrzegła Aggie nakładając podkład pod dolnymi powiekami. – Nałożę też nieco więcej różu na policzki, ponieważ wyglądasz bardzo blado. Przydałoby ci się posiedzieć trochę na słońcu, Emily.

– Nie mam czasu się opalać. Wiesz, co chcę podarować Ianowi z okazji ślubu?

– Co takiego?

– Wyciąg z konta. On nie ma zielonego pojęcia, ile pieniędzy zdołałam zaoszczędzić przez te siedem lat. Wyobrażasz sobie, że ani razu o to nie zapytał? Ani słówkiem.

– A ile zaoszczędziłaś?

– Dwadzieścia trzy tysiące dolarów. Nie wszystko trzymam na koncie. Część tych pieniędzy zainwestowałam, Ian wytrzeszczy oczy ze zdumienia.

– A co on podaruje tobie? – zainteresowała się Aggie.

– Nie wiem. Nie jestem nawet pewna, czy on wie, że pan młody powinien sprawić pannie młodej jakiś prezent. Mnie w każdym razie wystarczy jego nazwisko.

– Nie zapominaj o tych wszystkich białych koszulach, które będziesz musiała prasować – dodała Aggie nieco ostrym tonem.

– Czy mnie się tylko wydaje, czy ty nie lubisz Iana? – zapytała Emily.

– Lubię go. Jest czarujący. Oczywiście wtedy, kiedy ma na to ochotę. Ale jestem przekonana, że on cię wykorzystuje. Emily, przecież odkąd skończyłaś szkołę, harujesz jak wół. Pracujesz po siedem dni w tygodniu od tak dawna, iż mam wrażenie, że nigdy nie było inaczej. Ciągle jesteś zmęczona i nawet nie pamiętasz, jak to jest, gdy człowiek czuje się dobrze. Masz dopiero dwadzieścia pięć lat i już dokuczają ci żylaki. Powinnaś pójść z tym do lekarza.

Emily wybuchnęła śmiechem.

– Przecież teraz będę miała lekarza przez cały tydzień. A ja szanuję jego opinię.

– To wcale nie jest zabawne, Emily. O kurczę, będzie mi ciebie brakowało.

– Możemy do siebie pisywać. Nieczęsto wprawdzie, ale obiecuję, że będę się odzywać, Ianowi został jeszcze rok studiów, potem praktyka i dalsze studia, jeśli zechce zrobić specjalizację, a myślę, że tak, ale potem, Aggie, poświęcenia będą już za nami. Zacznę studia, urodzę dziecko i będę się cieszyć życiem. Fakt, że trzeba na to poczekać kilka lat, nie ma znaczenia. Przynajmniej będziemy razem. Ciesz się, że jestem szczęśliwa, Aggie.

– Cieszę się, Emily. I niech lepiej Ian stara się dać ci szczęście, bo będzie miał ze mną do czynienia. Rob i ja pokażemy mu, gdzie jego miejsce.

– Aggie – zaczęła szeptem Emily – chcę ci coś pokazać. Chcę, żebyś to zobaczyła i nie martwiła się o mnie więcej. Wczoraj w nocy, kiedy wróciłam do domu tak zmęczona, że wydawało mi się, iż straciłam czucie w rękach i nogach i miałam chęć po prostu rzucić się na łóżko tak jak stałam, zapaliłam światło i wtedy zobaczyłam, że do szyby przyklejony jest list. Najwyraźniej Ian wpadł do mnie wieczorem i zostawił go dla mnie. To właśnie cały on, a tak się wtedy rozpłakałm, że nie mogłam przestać. Znam ten list na pamięć, ale przeczytam ci go. Posłuchaj – powiedziała wyjmując zza stanika złożoną kartkę. – Chcę go mieć jak najbliżej serca. Zobaczysz, że ten list rozwieje twoje wątpliwości co do Iana.

– No, to czytaj – zachęciła Aggie, siadając na brzegu łóżka.

Kochana Emily,

Piszę do Ciebie „Kochana Emily”, bo na całym szerokim świecie nie ma droższej memu sercu, cudowniejszej kobiety, niż Ty, moja kochana. Kocham Cię tak bardzo, że chciałbym wyrazić to właściwymi słowami, jakich używają poeci w swoich wierszach, lecz nie umiem. Chcę, żebyś w głębi swego serca wiedziała, że kocham Cię ponad życie. I nigdy nie marzyłem nawet, że ktoś mógłby mnie kochać tak bardzo jak Ty. Możesz być pewna, że w pełni odwzajemniam Twoje uczucie.

Ty jesteś moim życiem, sensem mojego istnienia. Bez Ciebie nie osiągnąłbym tego co mam i nie miałbym tego, co wspólnie zdobędziemy jutro i przez wszystkie następne dni. Pragnę poświęcić swe życie na leczenie chorych i uszczęśliwianie Ciebie. Przyjdzie czas, że będę mógł dać Ci wszystko, czego tylko zapragniesz, i nie przestanę dawać do końca życia.

Ostatnie lata były bardzo trudne, zwłaszcza dla Ciebie, Emily. Ale w tym ciemnym tunelu już widać światełko. Obiecuję, że resztę swych dni poświęcę na to, by wynagrodzić Ci wszystkie wyrzeczenia.

Czułem potrzebę napisania tego listu właśnie dziś, w ten ostatni wieczór, zanim Ty i ja staniemy się jednością w pełnym znaczeniu tego słowa. Dziękuję Ci, Emily, za to, że jesteś właśnie taka a nie inna, za to, że mnie kochasz. Będę Cię kochać zawsze, aż do końca moich dni. Moje serce należy do Ciebie, moja kochana Emily.”

– Bardzo piękny list – orzekła Aggie.

– Będę go sobie czytała codziennie do końca życia, mimo iż znam go na pamięć. A kiedy już będę siwą staruszką siedzącą w fotelu na biegunach, otoczoną wnukami, pokażę im ten list i powiem, że na prawdziwą miłość warto zaczekać i że jest ona warta wszelkich wyrzeczeń, na jakie trzeba się zdobyć, żeby jej zaznać.

* * *

Państwo Thornowie z zapałem rozpoczęli swoje nowe wspólne życie. Atlanta w stanie Georgia znajdowała się wystarczająco daleko od New Jersey, by ani Emily, ani Ian nie musieli zawracać sobie głowy odwiedzinami rodziny, Ian uczęszczał na zajęcia w Akademii Medycznej Emory, a Emily znalazła pracę w podrzędnej restauracji o nazwie „Sassy Sallie’s”.

Tak więc Ian studiował, a jego żona pracowała. Monotonię ich życia przerywały jedynie wolne dni Iana, ale tych było niewiele i trafiały się rzadko. Emily zaczęła nawet pracować na dwie zmiany, po to tylko, żeby nie siedzieć sama w ciasnym mieszkanku, które nazywali swoim domem. Obydwoje jednak jakoś dawali sobie radę w przeciwieństwie do wielu innych małżeństw, które nie wytrzymywały długich rozstań, nie kończącej się pracy i braku towarzystwa. Trzy pary rozpadły się, bo żony złożyły pozew o rozwód. Za każdym razem, kiedy Ian opowiadał jej o czyimś rozwodzie i w jego oczach pojawiała się obawa, Emily jeszcze bardziej się starała i ciężej pracowała. – Nas to nie spotka, Ianie, przysięgam, że nie. – Wciąż i wciąż od nowa zapewniała męża, że ich małżeństwo jest inne, tym bardziej że, gdy się pobierali, oboje wiedzieli, co ich czeka. – Chcę, żeby ci się udało, żeby spełniło się twoje marzenie, a potem ja zabiorę się za siebie. – Zawsze, gdy to mówiła, Ian się uśmiechał. Ten uśmiech i ciepłe spojrzenie jego oczu były dla Emily siłą napędową. Aż do dnia, w którym zachorowała.

– Emily, przecież ty ledwie trzymasz się na nogach – zauważyła delikatnie Carrie, hostessa z nocnej zmiany. – Obserwuję cię od wczoraj. Idź lepiej do domu i połóż się do łóżka. W końcu tylko ty jeszcze nie chorowałaś na grypę, więc pewnie przyszła na ciebie kolej. Sallie na pewno nie będzie miała nic przeciw temu. Jesteś najlepszą kelnerką, jaką kiedykolwiek miała, więc nie zechce cię stracić. Masz czerwone policzki i założę się, że również gorączkę. Ubierz się i idź do domu. Nie ma wielkiego ruchu, a zostając do końca zmiany zarobiłabyś nie więcej jak dziesięć dolców. Ci faceci popijający w rogu nie należą do rozrzutnych. No już, nic nie mów, tylko idź do domu. Zadzwoń jutro, żeby powiedzieć jak się czujesz. I nie przejmuj się, jeśli nie będziesz w stanie przyjść. Sallie ma rezerwowych kelnerów na porę śniadaniową.

Emily westchnęła.

– Chyba masz rację. Wytłumacz mnie przed Sallie, dobrze?

Kiedy Emily dotarła do mieszkania, całym jej ciałem wstrząsały dreszcze. Zrobiła herbatę, ale upiła jej tylko trochę. Połknęła cztery tabletki aspiryny, wciągnęła na siebie ciepłą flanelową koszulę i położyła się do łóżka nakrywając się czterema kocami. Kiedy już prawie zasypiała, przy- pomniała sobie, że Carrie wsunęła jej do torebki zdjętą z półki baru butelkę brandy. Pomyślała, że przydałoby jej się teraz kilka łyków.

Zupełnie wyczerpana, zasnęła.

Budzik rozdzwonił się o wpół do piątej. Emily z trudem wyciągnęła rękę, żeby go wyłączyć i dać Ianowi pospać jeszcze godzinkę. Zwykle sama go budziła, gdy była już gotowa do wyjścia. A co więcej, podawała mu przy tym filiżankę porannej kawy.

Kiedy tym razem ręka odmówiła posłuszeństwa i nie zdołała jej wyciągnąć, Emily zrozumiała, że jest bardzo chora. Jakakolwiek była to choroba, dopadła ją w ciągu ostatnich dwóch dni. Teraz Emily poczuła, że bolą ją uszy i gardło, a oczy tak silnie łzawią, iż ledwie może odczytać godzinę na zegarze. Spróbowała się poruszyć, lecz było jej tak zimno, że aż szczękała zębami. Czyżby miała grypę? Ale któż choruje na grypę w maju? Chyba tylko ona.

– Ianie, obudź się. Jestem chora.

Ian mruknął coś pod nosem i odsunął się od niej. Pozbawiona bliskości jego ciała, poczuła się jeszcze bardziej zmarznięta. Zęby wciąż jej szczękały.

– Ianie, obudź się. Musisz zadzwonić do mojej szefowej i powiedzieć, że nie przyjdę dziś do pracy. Ian w jednej chwili usiadł na łóżku.

– Która godzina? O Boże, za piętnaście piąta. Spóźnisz się do pracy, Emily.

– Jestem chora, Ianie – wykrztusiła Emily. – O Boże, w ogóle nie mogę się rozgrzać i chyba mam gorączkę. Możesz mi podać aspirynę?

– Chryste Panie, Emily, jesteś cała rozpalona.

– Czułam, jak mnie powoli rozkłada. Już od dwóch dni łykam aspirynę.

– To właśnie cała ty; chcesz się leczyć sama. Ta cholerna grypa rozłoży cię na dwa tygodnie. Stracimy twoje dziesięciodniowe zarobki. Zachowałaś się idiotycznie, Emily.

Dziewczyna wtuliła twarz w poduszkę. Czyż to była jej wina, że zachorowała? Pewnie tak. Wszytkiemu była winna właśnie ona. Ian miał rację – niemądrze postąpiła próbując leczyć się sama po to tylko, żeby zaoszczędzić dziesięć dolarów.

– Przepraszam – powiedziała. – Byłam głupia. Nie gniewaj się na mnie.

– Nie gniewam się na ciebie. No masz, włóż tę grubą bluzę i wełniane skarpety. Zapytam gospodarza, czy ma jakiś przenośny grzejnik. Kaloryfery wyłączyli w zeszłym tygodniu. Teraz działa tylko klimatyzacja. Więcej koców już chyba nie mamy, prawda? – Emily potrząsnęła przecząco głową. – Zrobię ci trochę grogu. Może się wypocisz. Potrzebujesz czegoś jeszcze?

– Zadzwoń do Sallie.

– A tak. Zadzwonię. Zostanę dzisiaj przy tobie – oznajmił zmartwiony. – Ale przecież ty nigdy nie chorujesz, Emily. Przez te wszystkie lata, odkąd się znamy, tylko raz byłaś przeziębiona. – Zmierzył jej temperaturę, po czym popatrzył na nią zdziwiony. – O Boże, Emily, masz trzydzieści dziewięć stopni. Wezwę lekarza.

– Nie. Przecież ty już prawie jesteś lekarzem. Po prostu zaopiekuj się mną. Na grypę i tak nie można nic poradzić i sam dobrze o tym wiesz. Trzeba leżeć, dużo pić i łykać aspirynę, żeby zbić gorączkę. Zaufaj mi, Ianie. Nie dzwoń po lekarza.

Jedyne, o czym Emily mogła teraz myśleć, to była strata dziesięciodniowych zarobków.

– No dobrze, jeszcze zaczekam, lecz jeśli temperatura nie spadnie, wezwę doktora – zagroził Ian. – A teraz zupa – mamy jakąś w puszce? Kupię kilka sztuk, gdy wyjdę do sklepu. I miałem przyrządzić ci gorący grog. Jest chyba brandy, prawda? A sobie zrobię kawę i tosty. Może ty też chcesz?

– Ianie, idź na zajęcia. Tylko zadzwoń do mnie w ciągu dnia.

– Nie ma mowy. Zostanę przy tobie.

Około południa gorączka spadła o jeden stopień, a Ian po raz trzeci natarł żonę alkoholem, zużywając wszystko, co było w butelce. Emily piła drugą szklankę grogu, gdy Ian oznajmił, że wychodzi do sklepu po alkohol i aspirynę. Oczy niemal same jej się zamykały.

– Przyrzeknij, że nie zadzwonisz po doktora. Czuję się już lepiej, naprawdę. A do wieczora gorączka pewnie mi spadnie. Mówię poważnie, Ianie.

– Emily, jakiż będzie ze mnie lekarz, jeśli będę słuchał ciebie? Tobie jest potrzebny wykwalifikowany specjalista. Ja oferuję ci leczenie domowymi sposobami i to w najgorszym wydaniu.

– Ty sam jesteś dla mnie najlepszym lekarstwem. Musisz mi obiecać – wykrztusiła. – Przecież i tak czekają cię wydatki w aptece. A ja czuję się lepiej. Po prostu trzeba przez to przejść.

Minęły trzy dni, zanim Emily pozbyła się uczucia ciągłego zimna, gorączki i przestała się pocić. Ból w gardle nie był już tak dotkliwy, a dzięki kuracji kupionymi w aptece kroplami uszy też przestały ją boleć. Grog i aspiryna zrobiły wreszcie swoje albo, jak to ujęła Emily, grypa wkroczyła w kolejne stadium. W każdym razie chora ciągle piła płyny, które wmuszał w nią Ian czuwający cały czas przy jej łóżku.

– Wyglądasz gorzej niż ja się czuję – szepnęła Emily, kiedy czwartego dnia przebudziła się z drzemki.

– Rzeczywiście, czuję się okropnie – wyznał cicho Ian. – Od spania w fotelu mam ciągły skurcz w karku. Pewnie nie uwierzysz, jak ci powiem, ale prasowałem dzisiaj.

– To świetnie, możesz przejąć ode mnie tę robotę – zażartowała. – Ianie, dziś jest taka ładna pogoda; otwórz okno i wpuść trochę świeżego powietrza. Nie chcę, żebyś zaraził się ode mnie.

– Chyba już trochę za późno, żeby się o to martwić – stwierdził Ian szarpiąc się z oknem. W końcu udało mu się je otworzyć. – Jeśli dasz sobie radę sama, to jutro pójdę na zajęcia. Ale musisz mi obiecać, że nie będziesz wstawać z łóżka.

Emily przytaknęła skinieniem głowy.

– Nic mi nie będzie. Jak sądzisz, duże masz zaległości?

– Dam sobie radę.

– Przykro mi, Ianie. Doceniam to, co dla mnie zrobiłeś.

– Byłaś bardzo chora. Ale ostatni raz cię posłuchałem. Bardzo mnie męczyła twoja głupota i to, że również ja okazałem się na tyle głupi, by być ci posłusznym. W końcu ja wiem lepiej.

A to znaczyło, że głupia jest Emily. Przecież ona nie wiedziała lepiej.

– Przepraszam cię, Ianie – powtórzyła.

– Emily, bardzo się o ciebie martwiłem. Czułem się taki… taki bezradny patrząc, jak leżysz. Kocham cię – dodał burkliwie. – A co do prasowania, to nie biorę tego na siebie. Masz ochotę na jajecznicę?

– Brzmi smakowicie. Ale bez tostów. Gardło wciąż mnie boli.

– Może chcesz jeszcze grogu?

– Chyba już wpadłam w nałóg – uśmiechnęła się. – Kocham cię, Ianie, całym sercem.

– Moje serce odwzajemnia to uczucie.

Emily podciągnęła się na poduszki. Wiedziała, że nic nie dzieje się bez powodu. Zachorowała, a wtedy Ian uświadomił sobie, jak bardzo ją kocha. Opiekował się nią odkładając swoje zajęcia na kilka dni. – Dzięki ci, Boże – szeptała Emily – za to, że dałeś mi takiego dobrego, wspaniałego męża. Ale gdzieś w głębi duszy jakiś głos krzyczał – ty idiotko, ty głupia.

Tylko czas mógł pokazać, czy rzeczywiście była głupia, czy nie.

* * *

Ian miał rację, pomyślała Emily wychodząc spod prysznica. Ledwie zauważyła, kiedy minęły ostatnie trzy lata pełne znoju i zmęczenia. Czy to rzeczywiście możliwe, że wkrótce mieli obchodzić trzecią rocznicę ślubu? Emily marzyła się z tej okazji długa, gorąca kąpiel i relaksujący masaż, jaki Ian czasami jej robił, i właściwie była to jedyna rzecz, jakiej pragnęła. Chciała zjeść dobrą kolację z lampką wina, a potem namiętnie kochać się z mężem. Zamiast tego czekało ją uczczenie rocznicy w restauracji. Długą relaksującą kąpiel zastąpił szybki prysznic, a na kolację miała być chińszczyzna i piwo, które musieli zabrać ze sobą. Emily kupiła jednak na tę okazję nową sukienkę, w której, według Iana, wyglądała jak jego własna wspaniała tęcza. Suknia była śliczna – Emily podobał się kolor, lecz fason, jej zdaniem, nie był zbyt udany. W dodatku nie miała do niej odpowiednich butów.

Ale najważniejsze, że długie lata studiów i poświęceń wreszcie się skończyły. Teraz życie miało nabrać rozpędu. Emily będzie w końcu mogła rzucić pracę, urodzić dziecko i być może zacząć własne studia. Tym razem przyszła kolej na nią. Jutro miał się rozpocząć pierwszy prawdziwy dzień jej wspólnego życia z Ianem. Jutro po południu zamierzała zapisać się na uczelnię, na semestr jesienny.

Przyłapała się na tym, że uśmiecha się do siebie. W wieku trzydziestu jeden lat nie jest jeszcze za późno na wznowienie edukacji, pomyślała. Postanowiła, że następnego ranka dłużej sobie pośpi, a potem wstąpi do restauracji „Sassy Sallie’s”, powiedzieć że odchodzi. – Dzięki ci, Boże, że zesłałeś mi wreszcie ten dzień – mruknęła pod nosem.

Przeszła do sypialni i włożyła sukienkę, po czym zabrała się do malowania paznokci u nóg. Kończyła właśnie mały palec, kiedy wrócił Ian. Chwycił ją w ramiona i zaczął kręcić się z nią dookoła, a potem tak długo ją całował, że Emily miała wrażenie, iż za chwilę udusi się z braku powietrza.

– No, powiedz sama, czy wciąż nie przypominamy nowożeńców? – krzyczał uradowany.

– Jesteśmy nowożeńcami, oczywiście, że tak – odpowiedziała ze śmiechem. – Przyszedłeś o całe pół godziny wcześniej.

– Bo w końcu powiedziałem temu staremu draniowi, że dzisiaj jest moja rocznica ślubu i moja żona mnie potrzebuje. Szkoda, że częściej tego nie robiłem. Chyba nie masz mi za złe, prawda?

– Oczywiście, że nie. Naprawdę sądzisz, że mogłabym wypominać ci te wszystkie święta, urodziny i dwie poprzednie rocznice, podczas których cię nie było? I te weekendy, kiedy musiałeś zastępować kolegów? Nic z tych rzeczy! Zresztą, to wszystko mamy już za sobą. Musimy porozmawiać, Ianie, naprawdę musimy pomówić o naszej przyszłości.

– Wiem. Dziś przy kolacji. Idziemy do… no, zgadnij gdzie?

– Do „Chińskiego Ogrodu”.

– Pudło. Wybieramy się do, no, przygotuj się… do „Adolpho’s”. Już w ubiegłym tygodniu zarezerwowałem tam stolik. Nieważne, ile to będzie kosztować. Kelnerzy będą nam nadskakiwać i wypijemy szampana. To dla ciebie. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze, i nadszedł czas, kiedy zamierzam ci to ofiarować. Posłuchaj, kochanie, wiem, że zapłacimy pieniędzmi, które ty zarobiłaś, ale na razie nie mam nawet złamanego szeląga. Za to jutro będzie początkiem zmian. Powiedz, że nie masz nic przeciw temu, mój skarbie.

Emily uważnie wpatrywała się w męża. Nie zmienił się na jotę odkąd się pobrali. Te oczy koloru letniego błękitnego nieba wciąż potrafiły ją omamić. Z trudem tłumiła w sobie chęć przeczesania dłonią jego włosów o barwie pszenicy, Ian nie lubił, kiedy go tak głaskała. W białej koszuli i krawacie wyglądał niewiarygodnie przystojnie. Jego twarzy nie znaczyła ani jedna zmarszczka, podczas gdy u żony było ich już kilka. Emily przypuszczała, że to dlatego, iż w młodości dużo się opalała. Ciekawe, że w jej oczach Ian wyglądał jak należy dopiero wtedy, gdy się uśmiechał. W tej chwili akurat sprawiał wrażenie zmartwionego, niczym chłopiec, który coś przeskrobał. I tylko ona była w stanie sprawić, by w miejsce troski pojawił się na jego twarzy uśmiech. Jeśli nawet dzisiejsza kolacja kosztować będzie tyle, ile dwie raty kredytu, to co z tego? Od czasu do czasu trzeba zrobić coś szalonego i nieobliczalnego, a dziś przecież obchodzili rocznicę ślubu.

– Powiedzmy sobie po prostu, że nam obojgu należy się taki wyjątkowy wieczór i nieważne, ile trzeba będzie za niego zapłacić. Obiecaj mi, że na stoliku będą świeczki, bo jeśli nie, to nie idę – powiedziała chichocząc Emily. Bez trudu potrafiła znaleźć odpowiednie słowa, ponieważ od lat zajmowała się rozweselaniem Iana. Tym razem także udało się jej sprawić, by się uśmiechnął.

– Idę teraz pod prysznic – powiedział klaszcząc w dłonie – potem wskakujemy oboje w nasze nowe ciuchy i wynosimy się stąd. A kiedy wrócimy, będziemy się kochać przez całą noc. Co pani na to, pani Thorn?

– Moim zdaniem, to fantastyczny pomysł, doktorze Thorn – odparła, a w myślach prosiła Boga, by nie zmorzył jej przedtem sen. Pragnęła przetrwać ten wieczór i przez cały czas zachować pełną świadomość.

– Przyszedł mi do głowy jeszcze lepszy pomysł – obwieścił Ian. – Pani Thorn, proszę za mną, uświadomiłem sobie, że pod prysznicem jeszcze tego nie robiliśmy.

Ian zaczął całować żonę i robił to tak długo, że bała się, iż za chwilę zaczną jej szczękać zęby. Poczuła nagły i silny przypływ adrenaliny. W końcu minął już miesiąc, gdy ostatnio się kochali.

– Jeszcze raz – jęknęła prosząco.

Całował ją więc dalej całą drogę do łazienki i potem pod strumieniem wody spływającej na nich z prysznicu. Cudowne odprężenie, jakie ogarnęło jej ciało, sprawiło, że poczuła się radosna. Kiedy we dwójkę opuszczali mieszkanie, chichotali niczym małe dzieci.

Dwadzieścia minut później dotarli do restauracji.

– Kiedy będziemy wychodzili, dostaniesz różę – szepnął jej do ucha Ian.

Emily uśmiechnęła się. Pomyślała, że miło będzie otrzymać kwiat; zostanie pamiątka po dzisiejszym wieczorze. A gdy zwiędnie, włoży go pomiędzy karty albumu.

Nagle Ian się zachmurzył.

– Obiecaj mi, że nie będziesz krytykować obsługi ani robić min, jeśli kelner popełni jakiś błąd.

– Dobrze, ale pod warunkiem, że zostawisz hojny napiwek – odparła cicho Emily.

– W porządku, umowa stoi. Zapomnij dzisiaj, że jesteś kelnerką i na miłość boską, nie wspominaj o tym nikomu, dobrze?

Znakomity nastrój prysnął jak bańka mydlana.

– Dlaczego? Wstydzisz się tego, co robię? A co mówisz o mnie swoim przyjaciołom?

– Nic im nie mówię. To nie ich interes. Jeśli chodzi o pierwsze pytanie, nie wstydzę się twojej pracy. Nikt bardziej ode mnie nie ceni tego, co robisz.

– Docenianie czegoś i wstydzenie się tego, to dwie różne rzeczy.

– Wydaje mi się, że nie najlepiej zaczynamy wieczór. Zawróćmy z tej ścieżki i spróbujmy od nowa. Co by nie było, wciąż czuję się jak pan młody, więc zachowujmy się jak nowożeńcy. To rozkaz i masz się do niego zastosować, Emily.

– Tak jest – odparła uszczypliwie. Ian położył właśnie rękę na klamce, gdy drzwi otworzyły się. Cofnął się więc o krok i ukłoniwszy się grzecznie odźwiernemu, przepuścił żonę przodem. Kiedy byli już w środku, poprowadził ją do wydzielonego pomieszczenia, gdzie z boku stał szef sali z przewieszoną przez ramię nieskazitelnie białą serwetką.

– Jestem doktor Thorn, a to moja żona – oznajmił władczym tonem.

Emily wzdrygnęła się.

Sala, w której się znaleźli, była mała; stało tu dwanaście stolików i tyluż kelnerów czekało pod ścianą. Domyśliła się więc, że każdy kelner miał obsługiwać tylko jeden stolik. Emily od razu wiedziała, że w tej restauracji stoliki nigdy się nie przewracają. Tutaj kolacja trwa na pewno trzy godziny, a może i dłużej, jeśli goście nie spieszą się zanadto z kawą i likierami.

Szturchając lekko męża, Emily szepnęła mu do ucha:

– Poproś o stolik pod ścianą. Chyba nie chcesz, żebyśmy siedzieli przy kuchni.

Ian od razu się najeżył, a kelner poprowadził ich do nakrytego stolika, odległego zaledwie o jedno miejsce od drzwi kuchennych. Emily znów go szturchnęła. Wyczuła, że ramię męża zesztywniało.

– Nie chcemy tu siedzieć – powiedział cicho.

Świetnie, oceniła w myślach Emily. Kiedy ktoś mówi „nie chcę”, to nie może być żadnej dyskusji. Kelner wskazał im stolik po prawej stronie. Emily z aprobatą kiwnęła głową, lecz kiedy sadowiła się na krześle, na twarzy męża odmalowała się złość. A co tam, pomyślała, jeśli ma ochotę się dąsać, to jego sprawa. Ona uważała, że skoro już mieli wydać tyle pieniędzy, to należało im się dobre miejsce. Trzeba przyznać, że co jak co, lecz wybrać stolik potrafiła bezbłędnie.

– To naprawdę nie było konieczne – zwrócił się do niej Ian uśmiechając się dla niepoznaki ze względu na pozostałych gości i na kelnera.

– Owszem, było. To dla nas bardzo uroczysty wieczór, więc powinniśmy wykorzystać tę okazję do maksimum. A może denerwuje cię, że to ja zasugerowałam zmianę miejsca? – zapytała ze słodkim uśmiechem, który miał przytłumić uszczypliwość słów. – Przypuszczam, że przy wyjściu wręczą mi właśnie tę różę – dodała wskazując pojedynczy, żółty, nierozwinięty jeszcze kwiat w wazoniku.

– Nie. Różę dostaniesz przy drzwiach. Tuż obok nich widziałem pudło z kwiatami.

Ian zawsze musiał mieć ostatnie słowo. Na stojącej przy wejściu niedużej ladzie nie było żadnego pudła. Emily zwróciła uwagę na wystrój sali, w ogóle na wszystko tutaj, ledwie przestąpiła próg restauracji. Puściła słowa męża mimo uszu i potakująco skinęła głową.

– To bardzo piękny lokal. Rozumiem, że jedzenie jest tu wyśmienite, ale i nieprawdopodobnie tuczące. Zanosi się na to, że przytyjemy, Ianie.

– Już od siedmiu lat nie przybrałem na wadze ani kilograma. Lecz tobie, w przeciwieństwie do mnie, przybyło tu i ówdzie.

To prawda, przyznała w myślach skonsternowana Emily. Kiedyś miała figurę, na którą pasowały ubrania w rozmiarze trzydzieści sześć, obecnie musiała kupować trzydzieści osiem, a i to nie najlepiej leżało. Wszystko przez te tłuste hamburgery i pizze, które pochłaniała w pośpiechu pomiędzy jednym zajęciem a drugim, że nie wspomnieć o słodyczach, które jadła nałogowo. Od jutra zamierzała przejść na dietę.

– Wiem – przyznała smutnym głosem. – Od jutra przestawię się na warzywa i owoce.

– Emily, przecież oszukujesz samą siebie. W tej spelunie, w której pracujesz, nie podają warzyw ani owoców.

Serce zabiło jej mocniej, lecz postanowiła, że nie zrobi niczego, co zepsułoby ten wieczór. Pochyliła się więc nad stolikiem i wzięła dłonie męża w swoje ręce.

– Ale spróbuję – powiedziała. – Jutro będzie nowy dzień i już nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie zacznę studia, a ty rozpoczniesz praktykę. Jak sądzisz, w ilu komitetach będę musiała pracować? Ooooch, to wino jest wyśmienite.

– Więc napij się jeszcze – zachęcił, napełniając jej kieliszek akurat w chwili, gdy podszedł kelner, by zrobić to za niego. – Nie znoszę nadskakujących kelnerów – szepnął.

– Ani ja – odpowiedziała Emily równie cicho.

– Założę się, że tam, gdzie pracujesz, nie nadskakuje się gościom.

– Masz rację. A jak nazywa się, Ianie, to miejsce, gdzie pracuję?

– Co?

– No wiesz, chodzi mi o tę knajpkę, w której zarabiam na życie. Jak ona się nazywa?

Ian wzruszył ramionami.

– Jakoś uciekło mi to z pamięci. Ale zaraz sobie przypomnę.

– Nie, wcale sobie nie przypomnisz. Bo nigdy mnie o to nie zapytałeś. A ponieważ sama realizuję czeki, więc skąd miałbyś wiedzieć?

– Chyba jednak kiedyś mi mówiłaś. Dzwoniłem tam do ciebie.

– No więc jak, zgłasza się osoba odbierająca telefon? – naciskała Emily.

– Chryste Panie, Emily, czy my gramy w dwadzieścia pytań? Przecież fakt, że nie mogę sobie przypomnieć nazwy tej speluny, nie znaczy, że jej w ogóle nie znam. Numer telefonu mam w głowie, więc po cóż mi jeszcze nazwa?

– A jeśli coś by mi się stało i musiałbyś szybko po mnie przyjechać?

– To najpierw bym zadzwonił. Zresztą mam gdzieś zapisane, jaka to spelunka. A prawdę mówiąc, wszystko to nie ma najmniejszego znaczenia.

– Owszem, ma. Ta speluna, w której pracuję, nazywa się „Sassy Sallie’s”. A dzięki pieniądzom, jakie zarabiam w tej spelunie, mogłeś ukończyć studia medyczne, możemy płacić za mieszkanie, jedzenie i rzeczy codziennego użytku, dzięki nim spłacasz pożyczki zaciągnięte w czasie studiów, kupiłeś sobie ten właśnie garnitur, koszulę i krawat, że nie wspomnę o bieliźnie, butach i skarpetkach, a także mojej nowej sukience. No i dzisiejszej kolacji. Widzisz więc, że to ma znaczenie. Dla mnie ma. I dla ciebie także powinno mieć.

– Emily, przecież nie to miałem na myśli. Chodziło mi o samą sprzeczkę na ten temat. Przecież speluna to tylko słowo. Ty pierwsza go użyłaś, kiedy zaczęłaś tam pracować. Po prostu podłapałem je od ciebie. I potrafię docenić to, co robisz. Co chcesz więcej?

– Szacunku. Dlaczego zabroniłeś mi mówić komukolwiek, gdzie pracuję? Sam przyznałeś, że nikomu nie mówisz, co robię, bo to nie ich sprawa.

– Bo nie. A ty opowiadasz ludziom, czym ja się zajmuję? – spytał poirytowany.

– Pewnie, i to każdemu, kto zechce mnie słuchać. Jestem z ciebie dumna, Ianie. Kelnerstwo to uczciwa praca. I bardzo ciężka. Słuchaj, może zmienimy temat. Chyba jestem zmęczona.

– Ty zawsze jesteś zmęczona, Emily. Bierzesz te witaminy, które ci przyniosłem?

– Dwie tabletki dziennie, ale i tak czuję się padnięta. Marzę o tym, żeby pospać do późna i nic nie robić.

Ian wzruszył ramionami. Kelner przyniósł właśnie sałatki, a on sam po raz trzeci napełnił kieliszki.

Kiedy ze stołu zniknęły już naczynia po przystawkach i zupie, Ian odezwał się ostrożnie:

– Prawdę mówiąc, Emily, nie mam zielonego pojęcia, co dla nas zamówiłem. Menu było po francusku, więc po prostu wskazałem palcem jakąś potrawę. Myślę, że była to ryba. Ale nie rób zamieszania, gdy podadzą coś, co nie będzie nam smakować. Nie cierpię być zażenowany.

Już na samą myśl, że miałaby zjeść danie, którego nie lubi, tylko po to, by jej mąż nie poczuł się skonsternowany, Emily poczuła, że włosy jeżą jej się na karku. W końcu musiała bardzo ciężko pracować i spędzić na nogach długie godziny, żeby móc zapłacić za to jedzenie. Ale westchnęła tylko i potrząsnęła głową na znak, że zastosuje się do jego życzenia. Zawsze robiła to, czego chciał od niej mąż. Zawsze, bez wyjątku. Ian tymczasem zamówił drugą butelkę wina. Przyniesiono ją razem z musem z łososia i ustawiono na stole, Ian promieniał, a Emily wbiła wzrok w talerz. Łososia akurat nie cierpiała. Już raczej wolałaby zjeść ociekającego tłuszczem hamburgera.

– Jesteś bardzo zabawna, Emily – zauważył jej mąż zadowolony z siebie. – Uwielbiam, kiedy masz taką minę.

– A jaką mam minę?

– Osoby, która wie czego chce.

Emily wybuchnęła śmiechem.

– To smakuje jak… jak ubłocone kalosze mojego ojca posypane parmezanem.

Ian zakrztusił się przełykanym kęsem, ale po chwili i on się roześmiał. Jednym łykiem opróżnił swój kieliszek. Był czerwony na twarzy.

– Wszyscy się na nas gapią, prawda? – spytał szeptem.

– Owszem. Mam wrażenie, że musimy trochę poćwiczyć, zanim zaczniemy jadać w tego typu restauracjach, ewentualnie trzeba będzie pouczyć się nieco francuskiego – zachichotała Emily.

– Pewnie masz rację. Na tym daniu zakończymy ucztę, a potem pójdziemy gdzieś na lody bananowe.

– Chyba nie mówisz poważnie? Jesteśmy zbyt pijani, żeby dojść do kawiarni. A poza tym zdawało mi się, że mieliśmy inne plany na resztę wieczoru – powiedziała rzucając mu pożądliwe spojrzenie. – Och, Ianie, już nie mogę się doczekać, żeby złożyć w pracy wymówienie.

– Ślicznie wyglądasz w blasku świec, kochanie. Kiedy będziemy mieć własny dom, proponuję co wieczór jeść kolację przy świecach.

– Zgoda. Jesteś najprzystojniejszym mężczyzną w tej restauracji, Ianie.

– Bardzo jesteś pijana?

– Wciąż widzę całkiem wyraźnie. Jesteś tu najprzystojniejszy. Rozejrzyj się dookoła. Wszyscy ci faceci mają wystające brzuchy i łysiny, a co do kobiet, z którymi przyszli, założę się, że połowa z nich to kochanki. Wiesz, po czym można to poznać?

– Po czym?

– Po tym, że ze sobą rozmawiają. Małżeństwa jedzą i piją, a potem wychodzą. Kochankowie flirtują, śmieją się, rozmawiają i patrzą sobie w oczy.

Ian powiódł wzrokiem po sali.

– Chryste, masz rację. To obrzydliwe.

– Czy zawsze będziesz mi wierny, Ianie?

– Oczywiście. A ty mnie?

– Do śmierci – zapewniła Emily z błyszczącymi miłością oczami. – Nie potrafiłabym zniszczyć tego, co mamy. Mężczyźni… Wydaje mi się, że mężczyźni traktują romanse trochę inaczej niż kobiety.

– Ale ja mam na ich temat takie samo zdanie jak ty. I wiem, że czeka nas wspaniale życie, które wynagrodzi wszelkie poświęcenia. Obydwoje zasługujemy na wszystko, co najlepsze, i dopilnuję, żebyśmy to mieli. Takie właśnie postawiłem sobie zadanie.

„Nasze poświęcenia”, powtórzyła Emily w myślach, czując jak wino szumi jej w głowie. Postanowiła zapamiętać wszystko, co Ian mówi tego wieczoru. Chciała to przemyśleć jutro leżąc w łóżku. Zaczęła nawet marzyć, że mąż zrobi jej śniadanie. Nie zdawała sobie sprawy, że wypowiedziała to życzenie głośno, dopóki nie usłyszała odpowiedzi Iana:

– Z największą przyjemnością. Co powiesz na francuskie grzanki polane stopionym masłem i ciepłym syropem i posypane cukrem pudrem albo tą przyprawą, której używasz?

– Brzmi cudownie. Wiesz co, Ianie, zostańmy jutro w łóżku aż do południa i zjedzmy późny lunch.

– Niezły pomysł. O, widzę że kelner niesie nam kawę, a wino już się skończyło. Muszę z tobą o czymś porozmawiać, Emily.

– Dobrze, słucham.

– Kochanie, chciałbym, żebyśmy wrócili do New Jersey. Chodzi o to… Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, więc chyba lepiej powiem prosto z mostu. Otóż chcę pracować na własny rachunek. Chcę, żebyśmy otworzyli klinikę. Rozmawiałem już, tylko wstępnie oczywiście, z kilkoma bankierami w New Jersey i facet z First Fidelity zapewnił mnie, że nie widzi najmniejszego problemu z udzieleniem nam kredytu. Pomyślałem sobie, że Front Street w Plainfield to świetny punkt. Klinika otwarta byłaby dla wszystkich, każdy mógłby do niej przyjść prosto z ulicy. Nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji, powiedziałem, że muszę to przedyskutować z tobą. Realizacja projektu zabrałaby nam, jeśli się nie mylę, dwa lata. Ale klinika to maszynka do robienia pieniędzy, Emily. Jeśli będziesz pracowała tak jak do tej pory i jeszcze pomagała mi w klinice, zdołamy spłacić i wcześniejsze pożyczki, i ten nowy kredyt. Dwa lata, Emily. A cóż to są dwa lata? Tylko dwadzieścia cztery miesiące. Siedemset trzydzieści dni. Uda nam się, o ile oczywiście zabierzesz się energicznie do pracy. A potem będziemy mieć własną klinikę. I nie będziesz więcej musiała zawracać sobie głowy robotą. To znaczy za dwa lata. Tak mniej więcej widziałbym rozkład twojego dnia: rano od siódmej do pierwszej pracowałabyś w klinice, a potem mogłabyś pójść na nocną zmianę do tej swojej knajpki, w której kiedyś kelnerowałaś, no wiesz, jak się to miejsce nazywało? „Heckling Pete’s”? Co o tym sądzisz, kochanie?

W tej chwili Emily zapragnęła umrzeć – tu i teraz przy stoliku, przy którym wypiła prawie całą butelkę wina i zjadła mus łososiowy. Kiedy się odezwała, starannie dobierała słowa:

– Rozumiem, że musiałabym odłożyć na później własne studia. Pomyśl, jak będę się czuć, gdy wreszcie pójdę na uczelnię i znajdę się wśród osób o wiele młodszych ode mnie. Nie będę do nich pasować. Tak się cieszyłam, że w końcu zacznę się uczyć. Ianie, naprawdę nie jestem pewna, czy starczy mi sił na kolejne dwa lata.

– Po pierwsze popracujemy trochę nad twoją kondycją. Musisz podreperować zdrowie. To bezwzględnie konieczne. Weźmiesz sobie dziesięć dni urlopu i przez cały ten czas będziesz leżeć do góry brzuchem. Pomyślałem o tym nie tylko ze względu na ciebie, ale i siebie samego. Jeśli teraz nie skorzystamy z okazji, jaka się nam nadarza, druga taka może się już nigdy nie trafić. Przysięgam, moja kochana Emily, że wynagrodzę ci to wszystko. Ale sam nie zdołam zrealizować swoich planów. Jesteś mi potrzebna.

– Wygląda na to, Ianie, że będę cię jeszcze rzadziej widywała, a więcej pracowała. Powiedziałeś dzisiaj, że zachowujemy się jak nowożeńcy. To nieprawda, już bardziej pasuje do nas określenie obcy. Nawet nie wiedziałeś, gdzie pracuję.

– Pamiętam przecież „Heckling Pete’s”, chociaż już dawno rzuciłaś to miejsce.

– Ty naprawdę chcesz otworzyć tę klinikę, prawda?

– Pragnę tego bardziej niż czegokolwiek na świecie. Przecież to będzie nasz własny interes przynoszący dochody i sami będziemy swoimi szefami. Ustalę takie ceny, żeby ludzie mogli sobie pozwolić na ich zapłacenie. Emily, klinika to maszynka do robienia pieniędzy. I trzeba dwóch lat, żeby ją zdobyć. Posłuchaj głosu swojego serca i powiedz, czy chcesz mi dać jeszcze te dwa lata? Wiem, że proszę o wiele, więc ty sama musisz podjąć decyzję.

Patrzył na nią błagalnym wzrokiem.

Emily kiwnęła głową na znak zgody, bo zbyt była otępiała, żeby zrobić cokolwiek innego, Ian uśmiechnął się i skinął na kelnera, by uregulować rachunek.

– Wszystko ci wynagrodzę, moja kochana Emily. Przyjdzie taki dzień, kiedy spełnię wszystkie twoje najskrytsze życzenia. Cokolwiek by to było. Obiecuję to, Emily.

– Trzymam cię za słowo – wyjąkała. Udało jej się nawet przywołać na twarz blady uśmiech, żeby mężowi było miło.

Po wyjściu z restauracji poszli powoli do domu przytulając się do siebie. Najbliższe dwa lata mieli już dokładnie zaplanowane.

2

Emily ubrała choinkę, żeby zrobić Ianowi niespodziankę i teraz patrzyła na nią z uczuciem czci pomieszanej z lękiem. Ich małe mieszkanko niemal pachniało świętami Bożego Narodzenia. Emily zamierzała przygotować pieczenie dokładnie tak, jak robiła to z okazji świąt jej matka. Chciała też opakować prezenty i może nawet wypić przy tym lampkę wina. W każdym razie cały ten dzień miała tylko dla siebie i mogła z nim zrobić co chciała. „Heckling Pete’s” była zamknięta z powodu prac hydraulicznych, więc Emily udała przed mężem, że się przeziębiła i nie może pracować w klinice. W ten sposób została w domu i żyła wyłącznie przygotowaniami do świąt.

Rzuciła okiem na leżące na stole papiery i rejestry. Czekało ją zrobienie listy płac, wypełnienie formularzy ubezpieczeniowych, wpłacenie pieniędzy do banku i uregulowanie rachunków zarówno tych wystawionych na klinikę jak i domowych. Ale teraz nie chciała się tym zajmować – nie miała zamiaru. Podeszła do szafki ze zlewem, otworzyła ją i zepchnęła na jedną stronę wszystkie środki czystości. W tylnym kącie, gdzie zrobiło się miejsce, położyła dokumenty ze stołu.

Tym razem chciała mieć prawdziwe Boże Narodzenie, Ian jej to obiecał. W zeszłym roku akurat na święta otworzyli klinikę i oboje musieli pracować pozwalając sobie tylko na szklaneczkę likieru jajecznego przed stojącą w poczekalni sztuczną choinką. Wprawdzie uzgodnili wcześniej, że obejdą się bez prezentów gwiazdkowych, ale Emily w ostatniej chwili kupiła mężowi kaszmirową marynarkę, zbyt kosztowną jak na jej możliwości, Ian natomiast nie złamał umowy. Emily długo potem płakała zamknąwszy się w łazience. Przecież ucieszyłaby się nawet z owiniętego w ozdobny papier jednorazowego długopisu.

Popatrzyła na górę prezentów, które zamierzała opakować w srebrny papier. Dekoracji miały dopełnić duże, czerwone kokardy. W myślach wyobrażała sobie reakcję Iana, gdy zobaczy, jaki ogarnął ją szał świątecznych zakupów i strojenia domu. Czy spojrzy na nią z rozczarowaniem w oczach, czy też uśmiechnie się i powie coś miłego i słodkiego? Klinika przynosiła już zyski. Było dokładnie tak, jak Ian przewidział. Pozostało pół roku do spłaty kredytu zaciągniętego na studia Iana. Na razie każdy zarobiony cent szedł na oddanie długów i opłatę czynszu za tanie mieszkanko, które było ich domem.

Przez ostatnie półtora roku Ian pracował ciężej nawet niż żona. Tak jak ona padał ze zmęczenia, ale sam postanowił, że klinika będzie czynna dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wracał więc do domu o jedenastej wieczorem i do rana musiał być pod telefonem na wypadek nagłego wezwania. Emily na palcach mogła policzyć noce, które mężowi udało się przespać bez żadnych pobudek. Kiedy Ian padał w końcu na łóżku, tulili się do siebie mówiąc, że jeszcze tylko kilka miesięcy i że warto poczekać. Przed snem Ian całował żonę na dobranoc, dziękując jej, że jest przy nim i pomaga mu. Seks był dla obojga tylko słodkim wspomnieniem. Zbyt byli zmęczeni, żeby zdobyć się na jakikolwiek wysiłek i wciąż obiecywali sobie nawzajem, że gdy przyjdzie weekend, będą tylko odpoczywać i kochać się jak wariaci. Nigdy jednak nie udało im się tego zrealizować. Zwykle w weekendy pojawiały się jakieś nagłe wezwania do chorych, trzeba było zrobić zakupy i pranie, a Emily dorabiała w „Heckling Pete’s”.

Obecnie mieli już nie tylko lekarza na zastępstwo, lecz i drugiego kierownika administracji, Ian wpadł na taki pomysł po to, by mogli zacząć Nowy Rok wypoczęci i pełni energii. Emily wątpiła, czy kiedykolwiek jeszcze poczuje w sobie energię. Cały entuzjazm opuścił ją już dawno temu. Jak wyglądała sytuacja z siłami życiowymi Iana, nie była pewna. Mąż wyglądał na tak zmęczonego, że trudno to było opisać słowami. Czy naprawdę sukces wart był aż takich poświęceń? Młode lata obydwoje mieli już za sobą, o ile w ogóle doświadczyli czegoś takiego jak młodość. Pierwsze lata małżeństwa także już minęły i to bezpowrotnie.

Podobno między trzydziestką a czterdziestką człowiek przeżywa swoje najlepsze lata. Emily zastanawiała się, czy dla nich ten okres życia rzeczywiście okaże się najwspanialszy? Żałowała, że nie ma kryształowej kuli. Wciąż jeszcze rozmyślała, kiedy Ian wrócił do domu.

– Pachnie tu świętami – krzyknął wchodząc.

Emily rzuciła się w jego ramiona.

– Wcześnie wróciłeś. Co się stało? Wszystko w porządku?

– W jak najlepszym. Przyszedłem cię skontrolować. Zadzwoniłem do Garreta i poprosiłem, żeby mnie zastąpił. A Allison wpadnie tu po drodze i odbierze te dokumenty, którymi na pewno się nie zajęłaś. Ona załatwi wszystko jeszcze dziś wieczorem.

– Naprawdę wróciłeś do domu już na noc? – dopytywała się przestraszona Emily.

– Jezu Chryste, Emily, przecież się staram i to bardzo. Ale nie zawracajmy sobie teraz głowy takimi sprawami. Jestem z tobą i będziemy się zajmować tylko sobą. Proponuję, żebyśmy napalili w kominku, uprażyli kukurydzę i obejrzeli dokładnie tę wspaniałą choinkę. Sama ją tak przy- stroiłaś? Pachnie cudownie. Przykro mi, Emily, z powodu wszystkich dotychczasowych świąt Bożego Narodzenia.

– Ciiii, mnie też. Ale cieszmy się chwilą obecną. Aż trudno mi uwierzyć, że gwiazdka już za trzy dni. Chcesz, żebym upiekła indyka?

– A pewnie! Ze wszystkimi dodatkami. I na pasterkę też pójdziemy.

– Och, Ianie, naprawdę? Mówisz poważnie?

– Jasne, że tak. Musimy postarać się częściej chodzić do kościoła. W ogóle zaczniemy robić wiele rzeczy, na które dotąd nigdy nie mieliśmy czasu. Przyszła pora zająć się sobą.

– Co na przykład będziemy robić? – zaciekawiła się, wsuwając się pod jego ramię.

– Pójdziemy jeździć na łyżwach, kiedy stawy zamarzną. Przejdziemy się główną aleją i rozejrzymy dokoła, może wybierzemy się nad ocean i pospacerujemy po molo otuleni w zimowe płaszcze. Pamiętasz? Kiedyś tak robiliśmy. Wałęsaliśmy się godzinami aż odmarzały nam siedzenia, a potem szliśmy na gorącą czekoladę. Chciałbym znów coś takiego zrobić.

– Och, Ianie, ja też. To by było cudowne. I co jeszcze będziemy robić?

– Co byś powiedziała na wycieczkę do Nowego Jorku, żeby pooglądać świąteczne dekoracje? Moglibyśmy pojeździć na łyżwach w Rockefeller Center. – Uszczęśliwiona Emily aż klasnęła w ręce. – A potem przejdziemy się Piątą Aleją i obejrzymy wszystkie te fantastyczne wystawy sklepowe. I przy okazji kupimy sobie nowe ubrania.

– Uszczypnij mnie – poprosiła chrypliwym głosem Emily. Ian spełnił jej życzenie. – Auć! I co jeszcze?

– A jak by ci się podobało pojechać na pięć dni na Kajmany? Tylko we dwoje. Jeśli chciałabyś wybrać się na tę wycieczkę, to chyba nie będziemy mieć problemu ze zrobieniem sobie pięciodniowego urlopu w połowie stycznia.

– Pytasz, czy chcę jechać? To tak jakbyś pytał, czy zamierzam wciąż oddychać. Oczywiście, że chcę. Uszczypnij mnie jeszcze raz. – Ian zrobił, o co prosiła. – No dobrze, rzeczywiście to nie sen.

– Teraz znacznie bardziej się tym cieszymy, prawda? Tak ciężko pracowaliśmy, że obydwoje w pełni docenimy te wakacje. Naturalnie nie możemy zatrzymać się w jakimś drogim hotelu, a jadać też będziemy musieli w tanich restauracjach, bo przelot jest bardzo kosztowny. Masz coś przeciw temu?

– Nic a nic. Czy ten wyjazd to prezent gwiazdkowy?

– Skądże znowu. Kupiłem coś dla ciebie. A ty też masz coś dla mnie? – spytał z łobuzerską miną.

– Pewnie. Och, Ianie, masz całkowitą rację – teraz znacznie bardziej cenię te wczasy. Zaznaczę sobie dzień wyjazdu w kalendarzu i będę odliczać dni, ale to dopiero później. Na razie chcę przytulać się do ciebie.

– Bo przy mnie jest twoje miejsce. Mój Boże, Emily, bardzo cię kocham. Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Nigdy nie spotkałem istoty tak pełnej ciepła, dobroci, delikatności, i tak wspaniałomyślnej jak ty.

– Mów tak do mnie, Ianie. Jeszcze – prosiła Emily.

– Najpierw muszę się przebrać i rozpalić ogień w kominku. Ciekawe, czy on w ogóle działa? A co jest na kolację? Może zjemy przed kominkiem?

– Sądzę, że palenisko jest w porządku. Pudło z drewnem stoi w kącie, tak jak je zostawił poprzedni lokator. Te kłody powinny dobrze się palić. A na kolację mamy stek pieprzowy. No, idź już przebrać się. Chcę teraz włączyć światełka na choince.

– O Jezu, Emily, jest prześliczna – oznajmił Ian cofając się o krok, by lepiej widzieć wspaniałe drzewko. – Skąd wzięłaś te wszystkie ozdoby? Ile czasu zajęło ci ubranie tej choinki? Myślałem, że niezbyt dobrze się czujesz.

– Strojąc drzewko poczułam się dużo lepiej. Tylko gardło mnie boli. Naprawdę, już nic mi nie jest.

– Jesteś najlepsza ze wszystkich, kochanie.

Emily rozpływała się w uśmiechach. I tak było przez cały wieczór. Także w nocy, kiedy się z Ianem kochali. Podczas snu jej twarz wyglądała wciąż pogodnie i była taka rano, gdy Ian trącił ją łokciem i zaproponował, by wzięła z nim prysznic.

– Dziś ja robię śniadanie – oświadczył.

– W takim razie poproszę o jajka na bekonie i francuskie grzanki – krzyknęła przez ramię biegnąc do łazienki. – Do tego czarną kawę z cukrem i nie zapomnij o soku pomarańczowym.

– Nie ma sprawy. Wczoraj było cudownie, prawda?

– Och, tak. Ale ja jestem nienasycona. Chcę jeszcze.

– W porządku. Dziś robimy to samo. Ale przedtem pójdę do kliniki na cztery godziny. Leży tam dzieciak, do którego muszę zajrzeć. Martwię się o niego. Być może będę musiał przenieść go do szpitala.

– Na Boże Narodzenie?

– Już od jakiegoś czasu szpikuję go antybiotykami, lecz jego organizm nie reaguje tak jak powinien. No i ciągle ma gorączkę. A to wspaniały dzieciak. Co chwila mnie pyta, czy go wyleczę. Odpowiadam mu, że staram się jak mogę. Marzy, żeby dostać na gwiazdkę łyżwy, ale jego rodziców nie stać na żadne prezenty. Wiesz, Emily, kupiłem mu te łyżwy i jego siostrze także. Jak myślisz, dobrze zrobiłem? To znaczy, czy jego matka nie pomyśli sobie… sama rozumiesz.

– Ianie, zachowałeś się cudownie. Matka chłopca będzie ci bardzo wdzięczna. Dziękuję, że to zrobiłeś.

– No cóż, prawdę mówiąc, to samo zrobiłem dla paru innych dzieciaków. Jeśli chodzi o ścisłość, to dla dwudziestu. Chyba nie masz nic przeciw temu?

– Naturalnie, że nie. W Boże Narodzenie wszyscy dają prezenty, bieszę się, że możemy sobie na to pozwolić.

– Właściwie zapłaciłem za te łyżwy z pieniędzy korporacji. Mogę to odpisać od dochodu, ale nie dlatego je kupiłem.

– Wiem, Ianie. Zakochałam się w tobie nie bez powodu.

– Czy będziesz mnie kochać dalej, jeśli poproszę, żebyś zapakowała wszystkie te łyżwy?

– Coś mi mówiło, że zamierzasz o to poprosić. Naturalnie, że je opakuję. Chcesz, abym zrobiła to dziś po południu?

– A mam jeszcze czystą koszulę? Wyprasowaną, oczywiście?

– Jasne. Wiszą na drzwiach.

– Jesteś kochana – powiedział Ian ściskając przez moment jej ramię.

– Muszę już iść. Wrócę wcześnie. – W salonie rozdzwonił się telefon. – Ja odbiorę – zaofiarował się Ian. – To do ciebie, kochanie, z „Heckling Pete’s”.

Emily poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła, Ian gotów był już do wyjścia, więc dlaczego wciąż stał przy drzwiach? Gdy podnosiła słuchawkę telefonu, cmoknął ją w policzek. Celowo ociągał się z wyjściem, żeby słyszeć, o czym będzie rozmawiać.

– Halo – odezwała się ostrożnie Emily.

– Cześć, Emily, tu Pete. Tak się składa, że robotnicy zdążyli zakończyć pracę na zapleczu wcześniej niż przewidywali. Wieczorem mamy w planie trzy świąteczne przyjęcia. Wiem, że dałem ci kilka dni urlopu, ale brak mi ludzi. Jeśli wpadniesz mi pomóc, dam ci pięćdziesiąt dolarów ekstra.

– Nie mogę, Pete. Mam własne plany – odrzekła starając się nie patrzeć na męża; jakoś nie potrafiła spojrzeć mu w oczy.

– To może jutro?

– Nie mogę. Jutro jest Wigilia. Przykro mi.

– W porządku, nie przejmuj się. Życzę ci wesołych świąt i do zobaczenia. Wpadnij po drodze po rozkład godzin i trzynastkę.

– Dobrze. Tobie też życzę wesołych świąt.

– Dasz wiarę?! – zaczęła Emily odwracając się twarzą do męża – miał czelność prosić mnie, żebym przyszła do pracy w Wigilię. Pete’a od razu trzeba odpowiednio ustawić, bo inaczej potrafi człowieka wykorzystać. Co chciałbyś zjeść na kolację?

– Może gulasz. Lubię jeść gulasz, kiedy na dworze jest zimno. Tylko dodaj dużo marchewki, dobrze? – Przerwał na chwilę. – A więc tracimy twoje tygodniowe zarobki, zgadza się?

– Aż tyle nie stracę. Pete jest hojny; wszystkim daje bożonarodzeniowy dodatek.

– Może, ale gdybyś poszła do pracy, mielibyśmy o parę dniówek więcej. Jaki będzie ten dodatek?

– Pewnie sto dolarów. Przynajmniej tyle dał nam w zeszłym roku. Ma hojną rękę. W większości restauracji kelnerki nie dostają nic ekstra.

Emily nie cierpiała, kiedy jej głos przybierał błagalne brzmienie. Czuła się teraz winna, że skłamała i nie pomoże Pete’owi przy tych bożonarodzeniowych przyjęciach. I Iana też zawiodła. Miała wrażenie, że głowa zaraz jej pęknie.

– Pospiesz się, Ianie, bo się spóźnisz do pracy – powiedziała. Dzień upłynął Emily na krzątaninie po mieszkaniu – zapakowała prezenty dla pacjentów Iana i te kupione przez siebie, posiekała warzywa zwracając szczególną uwagę na marchewkę, pokroiła mięso w kostkę, a potem je oprószyła mąką i obsmażyła na tłuszczu. Kiedy gulasz się dusił, a dom był wysprzątany, wzięła prysznic, po czym, tak jak mogła najlepiej, ułożyła swe gęste niesforne włosy i zrobiła sobie filiżankę kawy. Iana spodziewała się już wkrótce. Zastanawiała się, czy pójść na tyły budynku i przynieść trochę tego drewna, którego gospodarz pozwolił im używać. Gdyby obróciła trzy razy, zdołałaby zgromadzić wystarczająco dużo kłód, by mogli nimi palić przez całą noc. Ian bardzo lubił ogień na kominku, a i ona także. W końcu postanowiła, że tak właśnie zrobi, rozpali w kominku, włączy światełka na choince i zadba, żeby tego wieczoru całe mieszkanie wyglądało uroczyście i przytulnie, Ian będzie ogromnie szczęśliwy, a kiedy on był szczęśliwy, ona też czuła się radosna. Zresztą tak chyba powinno być, czyż nie?

* * *

Wigilia i pierwszy dzień świąt upłynęły tak cudownie, jak Emily sobie wymarzyła. Kosztowne perfumy, które Ian podarował jej na gwiazdkę, były dla niej najcenniejszym skarbem świata. Wprawdzie w głębi duszy Emily bardziej podobał się flakonik z ciętego kryształu niż zamknięty w nim zapach, ale Ian wdychał tę woń z największą rozkoszą, więc skrapiała się tymi perfumami, żeby zrobić mu przyjemność. Jej samej kręciło się w głowie od przesyconego słodyczą zapachu.

Po bożonarodzeniowej kolacji, gdy naczynia były już pozmywane, a mieszkanie uporządkowane, Ian poprowadził żonę do salonu. Przez dłuższą chwilę siedzieli na sofie wpatrując się w pachnące kwiaty niecierpka.

– Nigdy nie byłam taka szczęśliwa, Ianie – przerwała milczenie Emily. Chciałabym, żeby ten dzień nigdy się nie skończył. Uwielbiam Boże Narodzenie, a ty?

– Taaaak. Było miło. Będziemy je spędzać w ten sposób co roku, bez względu na wszystko. Zrobimy sobie na ten czas przerwę, żeby cieszyć się życiem. No i czekają nas wkrótce wakacje. Chodźmy jutro na zakupy, sprawimy sobie trochę nowych ubrań. Na Kajmanach przyda ci się kilka letnich sukienek, może jakieś szorty i sandały. Stać nas na drobne szaleństwo. I nie zapomnij pokropić się tymi perfumami. Mam bzika na ich punkcie. Dopilnuję, żeby nigdy ci ich nie zabrakło. Poprosiłem sprzedawczynię o zadzwonienie do mnie do kliniki, gdy tylko przeznaczą je na wyprzedaż. Obiecała, że nie zapomni.

Emily zaczęła się niepokoić. Wyczuwała napięcie w zachowaniu Iana i zastanawiała się, co mogło być tego powodem. Na pewno zamierzał powiedzieć jej coś, czego nie miała ochoty usłyszeć. Dobrze znała męża, więc wiedziała, że ta chwila jest już blisko.

– Ciężko mi sobie uświadomić, że już za kilka dni będzie Nowy Rok. Czas ucieka, Emily. Okazja puka czasem do drzwi, a ludzie często ignorują to pukanie. Ja jednak nigdy nie należałem do takich osób; a ty, kochanie?

Emily udała, że nie rozumie, o czym mąż mówi.

– Masz na myśli moją dalszą edukację? Moją szansę na przyszłość, prawda? Zgadzam się z tobą. A co z dzieckiem? Myślę, że byłabym dobrą matką. Jak sądzisz, Ianie? Będzie też ze mnie świetna nauczycielka, bo ogromnie kocham dzieci. Nie wyobrażam sobie bardziej satysfakcjonującego zajęcia niż uczenie maluchów czytania i pisania. Chciałabym mieć lekcje w pierwszej klasie. Naprawdę, ogromnie się cieszę, Ianie, że wreszcie przyszła kolej na mnie. – Widziała jednak jasno, że jej kolejka jeszcze nie przyszła, Ian zamierzał właśnie wszystko zepsuć. Mimo to ciągnęła swoją paplaninę: – Pamiętasz, co sobie obiecaliśmy, Ianie. Powiedziałeś, że będę mogła mieć dziecko i dalej się uczyć. Nie zamierzasz tego odwołać, prawda? – Była już wyraźnie spięta i podenerwowana. Czuła, że chce jej się krzyczeć. – Mam zamiar zapisać się na letnie kursy. W czerwcu odejdę z pracy, a potem we wrześniu zacznę dzienne studia i może czasami popracuję – ot, kilka wieczorów tygodniowo albo tylko po trzy godziny dwa razy w tygodniu.

– Mówisz tak, jakbyś wszystko już dokładnie przemyślała, Emily – powiedział cicho Ian.

– Od miesięcy o niczym innym nie myślę. Ianie, jestem już wykończona. Nie mogę dłużej pracować, tak jak do tej pory. Czasami jestem tak skonana, że wszystko zamazuje mi się przed oczami. A czy stało się coś złego?

– Zależy, co rozumiesz przez coś złego, Emily. Nie wydaje mi się, żeby było coś złego w tym, co zamierzam ci zaproponować, choć nie mogę też powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Przeczuwam jednak, że tobie się to nie spodoba. Zanim wyjaśnię, co chciałbym, żebyśmy wspólnie zrobili, pragnę cię zapewnić, że dzięki temu odniesiemy wiele korzyści, a to przecież jest naszym celem. Czeka nas wielki sukces, Emily, i ani na chwilę nie możemy o tym zapomnieć. No więc?

Emily czuła, jak serce trzepocze się jej w piersi.

– No, słucham? Powiedziałeś mi już, dlaczego mamy coś zrobić, ale wciąż nie wiem, co to ma być, chociaż nietrudno się domyśleć.

– Kontynuuj, Emily. Co więc zamierzam ci powiedzieć? Czekając, aż żona wyjawi swoje domysły, Ian odsunął się od niej trochę.

– Sądzę, że chcesz otworzyć drugą klinikę. Nie jestem aż tak głupia, jak ci się wydaje, Ianie. Zdarzało mi się odbierać telefon, kiedy dzwonili z banku, i to nie raz i nie dwa, ale kilkanaście razy. Nasze konto jest w porządku, więc w jakiej niby sprawie mieliby telefonować. Myślę, że powinieneś był pomówić ze mną, zanim zacząłeś prowadzić rozmowy z bankiem. Dobrze nam się teraz wiedzie i pewnie wkrótce będziemy mieć zyski, właściwie to chyba już jesteśmy na plusie. A ty chcesz nas wpędzić w nowe długi. I co ja będę z tego miała? Kolejne lata ciężkiej pracy, przez którą ledwie już żyję? Ianie, ja chcę mieć dziecko i normalne życie. Chcę się uczyć. Sam mi to obiecałeś. Nie uzgadnialiśmy, że będziemy otwierać następne kliniki. Jedna – w porządku. Da nam wystarczające dochody, żebyśmy mogli wygodnie żyć. Umiem lokować i inwestować pieniądze. Możemy wieść cudowne życie i mieć czas dla siebie. Nawet jeśli zatrudnimy kilka osób, to i tak zostanie nam mnóstwo pieniędzy. Ile musisz mieć, żeby ci starczyło? No powiedz, ile? Mnie się wydaje, że dwieście tysięcy dolarów rocznie to kupa pieniędzy. Tyle właśnie mamy po opłaceniu rachunków i wypłat dla pracowników. A jeśli chcesz wiedzieć coś jeszcze, Ianie, to od tych perfum robi mi się niedobrze. Nie zamierzam ich więcej używać. No i co ty na to?

– Emily, nie wierzę własnym uszom. Od kiedy troszczysz się tylko o czubek własnego nosa? Przykro mi z powodu tych perfum. Uznałem, że skoro mnie się podobają, to i tobie także przypadną do gustu. Odniosę je do sklepu i kupię ci inne. A co do telefonów z banku, masz rację. To jest właśnie ta okazja, której nie można przepuścić. Spadła mi prosto z nieba. Bylibyśmy głupcami, gdybyśmy jej nie wykorzystali. Jeśli podejmiemy się tego przedsięwzięcia, do końca życia nie będziemy musieli troszczyć się o pieniądze. Przysięgam, że ta druga klinika przyniesie nam siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów netto. Razem z dochodami z pierwszej kliniki będziemy mieć w sumie milion rocznie. Staniemy się milionerami, Emily. Ty i ja, będziemy milionerami. Aż kręci mi się od tego w głowie. Jeszcze tylko rok, Emily, zaledwie jeden rok. Bank nie udzieliłby nam kredytu, gdyby to nie była pewna inwestycja. Jak możesz choćby przez chwilę zastanawiać się nad tą sprawą? I nie mogę uwierzyć, że te perfumy naprawdę ci się nie podobają. Po prostu chcesz mi zrobić przykrość, prawda? Bo jesteś samolubna. Nie chcesz, żebyśmy osiągnęli w życiu coś więcej. Należysz do tych osób, które nie mają wzniosłych marzeń, wizji przyszłości. Myślałem, że jesteśmy do siebie podobni.

– Nie, Ianie, wcale nie jestem tego typu osobą. Ale marzenie, które mieliśmy, obejmowało kilka konkretnych spraw, takich jak założenie rodziny, zdobycie wykształcenia, odniesienie sukcesu. Jeśli chodzi o mnie, nie dostałam ani jednej z tych rzeczy, na których mi zależało. Pragnę normalnego życia, Ianie. Nie potrafisz tego zrozumieć?

– Żal ci paru lat? – obruszył się. – Ja się nie uskarżam, a to ja jestem lekarzem. Pracuję tak samo ciężko jak ty i na nic się nie użalam. 1 jestem gotów poświęcić jeszcze kolejny rok, żeby ziściło się to, co jak sądziłem, jest naszym wspólnym marzeniem. Zawiodłem się na tobie, Emily.

– Daj spokój, Ianie. Powinieneś przy swoim nazwisku dodawać słowo „arogancki” razem z tytułem „doktor”. Jeszcze parę lat, Chryste Panie! Dlaczego od razu nie powiesz „po wsze czasy”. Przecież ja pracuję od zawsze.

– Emily! – krzyknął wściekły Ian.

– Ianie! – odkrzyknęła.

Nie zamierzała się poddać. Nie tym razem. Starała się nie zwracać uwagi na łzy, które pojawiły się w oczach męża i na jego drżące usta. I udałoby się jej, gdyby Ian nie wygłosił następującej przemowy.

– Przepraszam cię, Emily. Masz rację, jestem samolubny i chciwy. Naturalnie, że możesz rozpocząć naukę. I zaczniemy starać się o dziecko, ale muszę cię ostrzec, że dzieci kosztują. Trzeba przecież zapłacić za college i za studia medyczne. Bo nasze dziecko będzie lekarzem i nie chcę, żeby musiało męczyć się tak jak ja. Wiem, że będziesz chciała zapewnić jemu czy jej wszystko, co tylko można – najlepsze przedszkole i ekskluzywną szkołę prywatną. Okaże się też, że potrzebujemy domu z ogródkiem i gosposi, żeby ci pomagała, i przyczepy kampingowej, i rowerów, i zabawek, a to wszystko kosztuje. Nawet na twoją edukację przyjdzie nam sporo wyłożyć, ale jestem gotów zdobyć się na taki wydatek, jeśli tak bardzo tego chcesz. Tyle że wtedy te dwieście tysięcy skurczy się do, powiedzmy, jakichś trzydziestu. A przecież nie możemy zaniedbać opłaty ubezpieczenia i musimy zatrudnić dodatkową pomoc w klinice. W rezultacie nawet się nie zorientujesz, gdy zostanie nam do dyspozycji minimalna krajowa płaca. Chodźmy się przejść, Emily. To drewno, które przyniosłaś, było mokre i pokój jest zadymiony. Przewietrzymy się – dobrze nam to zrobi. No i musimy spalić tę wystawną kolację, którą przygotowałaś. Energiczny spacer wyjdzie nam na dobre. A jak wrócimy, zjemy sobie kanapki z indykiem i wypijemy gorącą czekoladę. Sam przyrządzę kolację. Powiedz, że mi wybaczasz, Emily.

Emily uklękła i położyła głowę na kolanach męża.

– Jak długo by to potrwało, Ianie?

– Najwyżej czternaście miesięcy.

– A co musiałabym robić?

– W klinice przy Front Street pracowałabyś od siódmej do jedenastej, a potem do pierwszej przy Terrill Road. I wciąż możesz pracować w „Heckling Pete’s”, tym bardziej że będziemy potrzebowali twoich zarobków na życie. Nie chcę zaciągać kredytu większego niż to konieczne. Wszystko będzie tak jak do tej pory, to znaczy umieszczę cię na liście płac, ale twoja pensja będzie przechodzić na konto korporacji. Muszę jednak być absolutnie pewien, Emily, że poradzisz sobie z tymi obowiązkami; w przeciwnym razie nie ma sensu porywać się na ten projekt.

– Przysięgałam, że nie opuszczę cię, dopóki śmierć nas nie rozłączy, że będę przy tobie w zdrowiu i chorobie. Szczerze mówiąc, Ianie, nie wyobrażam sobie, żeby mogłoby być jeszcze gorzej, więc sądzę, że możesz na mnie liczyć. Ale nie dam już rady pracować przez siedem dni w tygodniu. Potrzebuję trochę czasu dla siebie. Powiedziałeś czternaście miesięcy. Przysięgnij na nasze nie narodzone dziecko, że to nie potrwa dłużej.

– Przysięgam. Bez względu na wszystko. I nie pożałujesz tego, kochanie. Dam ci potem wszystko, czego tylko zapragniesz. Sama się przekonasz. Obiecuję ci to i dotrzymam słowa.

– Jedyne, czego chcę, to zdobyć wykształcenie i mieć dziecko.

– To także dostaniesz. No jak, masz ochotę pójść na spacer?

Emily starała się przywołać na twarz uśmiech, próbowała iść energicznym krokiem i bardzo chciała obudzić w sobie jakieś ciepłe uczucie dla męża, ale bez skutku. Ian i tak niczego nie zauważył.

3

Zaraz po Nowym Roku życie zaczęło toczyć się bardzo szybko. Zdarzało się często, że Emily ledwie miała czas i okazję zamienić z mężem kilka słów w ciągu dnia, a bywały też i takie dni, że wcale z nim nie rozmawiała. Przy zdrowych zmysłach trzymała ją tylko myśl o wyjeździe na Kajmany. Była już spakowana – właściwie to torba czekała gotowa już od drugiego stycznia. Brakowało w niej jedynie grzebienia, szczotki do włosów i szczoteczki do zębów.

Emily musiała przyznać, aczkolwiek niechętnie, że usytuowanie nowej kliniki przy Terrill Road było znakomitym pomysłem. Ze swego stanowiska, tuż przy otwartych drzwiach wejściowych, obserwowała prace remontowe i nie mogła się nadziwić, że w ciągu zaledwie dwóch tygodni można zdziałać tak wiele. Najwyraźniej Ian obiecał robotnikom płatne nadgodziny, a za szybkie dostarczenie sprzętu musiał chyba zapłacić premię. Kiedy Ian czegoś chciał, potrafił poruszyć niebo i ziemię, żeby to osiągnąć. I zazwyczaj mu się udawało. Jej jakoś nie.

Otulona w ciepły płaszcz, Emily przyglądała się, jak tragarze wyładowują z ogromnej ciężarówki stoły do przeprowadzania badań. Ciekawe, kto zajmie się ich montażem? Odpowiedź na to pytanie pojawiła się chwilę później, gdy z samochodu wyskoczyło czterech młodych silnych mężczyzn, prawdopodobnie studentów Rutgersa, którzy mieli jeszcze świąteczne ferie. Dwaj z nich nieśli puszki z farbą, trzeci skrzynkę z narzędziami, a czwarty wlókł za sobą karton z kafelkami. Emily nie miała wątpliwości, że jeszcze przed wieczorem praca będzie skończona. Gdy weszła do pomieszczenia przeznaczonego na poczekalnię, zauważyła, że we wszystkich frontowych oknach żaluzje są już zamontowane i pomalowane. Aż pokręciła głową ze zdziwienia, Ian uważał, że należy wynająć ludzi do pracy, dobrze im zapłacić, a oni zrobią co do nich należy i zabiorą się do następnej roboty. Tak więc ani jedna minuta nie była stracona. Oznaczało to jednak, że aby w ciągu dwóch tygodni nastąpił taki postęp, ludzie, których Ian zatrudnił, musieli pracować całą dobę.

Emily poczuła, jak przez jej ciało przebiegł zimny dreszcz. Pomyślała, że jeśli prace zostaną zakończone w tym tygodniu, to otwarcia kliniki można się spodziewać w poniedziałek. A przecież nie leżało w zwyczaju Iana tylko uruchamiać klinikę, a potem zostawiać ją pod nadzorem kogoś innego. Odpowiednia informacja już wisiała w oknie.

Emily wyszła na zewnątrz. Zaczął padać drobny śnieg i białe płatki wirowały w powietrzu. Porywisty wiatr sprawił, że myśl o wakacjach na Kajmanach odpłynęła w siną dal. Emily pomyślała, że równie dobrze mogłaby teraz pójść do domu i rozpakować się. Po zastanowieniu uświadomiła sobie, że Ian nigdy nie pokazał jej biletów lotniczych. Zmrużyła oczy. Przecież chyba mąż nie zrobiłby jej czegoś takiego? Ani razu nie złamał danej jej obietnicy. A przynajmniej nieumyślnie. Jeśli Ian coś obiecał, to dotrzymywał słowa. Uznała, że może jednak nie trzeba będzie się rozpakowywać.

Emily włączyła wycieraczki swego sześcioletniego auta marki Chevy i wjechała na trasę numer 22. Dotarła do pierwszego zjazdu, poczekała na zmianę świateł i zawróciła. O mały włos przegapiłaby zakręt przy Somerset Street, która prowadziła do Park Avenue, gdzie na trzecim piętrze jednego z budynków mieściło się ich mieszkanie. W ciągu dwudziestu minut znalazła się w domu. Osłupiała, gdy w kuchni zobaczyła Iana jedzącego kanapkę z serem.

– Masz ochotę na kanapkę, Emily? Otworzyłem puszkę zupy pomidorowej i zostawiłem ci trochę; jest na kuchence. Zrobiłem też dodatkową kanapkę.

– Skąd wiedziałeś, że przyjadę do domu, Ianie?

– Słyszałem, jak mówiłaś o tym Esther. No i twojego samochodu nie było na parkingu. Zadzwoniłem też na Terrill Road i powiedzieli mi, że właśnie przed chwilą wyjechałaś. Jak widzisz, niezły ze mnie detektyw. Domyśliłem się, że będziesz zmarznięta, więc podgrzałem zupę. A poza tym chciałem zmienić koszulę. Masz jeszcze czyste, prawda?

– Oczywiście. Prasowałam wczoraj do późna; wiszą na drzwiach do spiżarni. Ianie, czy ty zdajesz sobie sprawę, ile czasu pochłania mi co tydzień uprasowanie dwudziestu jeden koszul? Moim zdaniem powinniśmy zacząć odsyłać je do pralni. Ja już nie mam kiedy tego robić, a w ogóle, to czy ty naprawdę musisz zmieniać koszule trzy razy dziennie? A zdarza się przecież, że masz wezwanie do chorego w nocy i wtedy znów wkładasz świeżą, czyli czwartą. Wydaje mi się, że to lekka przesada.

– Sama mnie do tego przyzwyczaiłaś. Zwróciłaś mi uwagę, że powinienem zawsze wyglądać jak spod igiełki, jak prawdziwy profesjonalista, i miałaś rację. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak wszyscy chwalą moje koszule. Ty najlepiej wiesz, ile trzeba dodać krochmalu, żeby wyglądały perfekcyjnie. Te z pralni są albo zbyt sztywne, albo za wiotkie. Ty dbasz o nie idealnie. A może ktoś cię dzisiaj zdenerwował i teraz wyładowujesz się na mnie?

– Ależ skąd.

Kiedy zaczęła jeść zupę, zorientowała się, że powinna ją podgrzać. Natomiast kanapka na talerzu wyglądała na wyschniętą; Ian nie miał zwyczaju używać tyle majonezu i masła, ile ona.

– Zaczął padać śnieg – odezwała się, żeby coś powiedzieć. – Spakowałeś się już, Ianie?

– Jeszcze nie. Sądziłem, że zrobisz to za mnie. Ale jeśli nie masz czasu, wezmę się do tego sam. Jesteś więc zbyt zapracowana, czy tak?

Emily wzruszyła ramionami.

– Gdzie są bilety, Ianie?

– W biurze, w moim biurku. Kazałem przynieść je do pracy, bo musiałem pokwitować odbiór, a tutaj jestem rzadko. A co, czy może posłaniec z biura podróży pomylił się, czy coś w tym rodzaju?

– Nie. Po prostu byłam ciekawa. Esther pytała, czy mamy po drodze jakieś lądowania i musiałam jej odpowiedzieć, że nie wiem. A mamy jakieś?

– Przeszedłem sam siebie, bo nawet ich nie obejrzałem. Od razu wrzuciłem do szuflady. No, Emily, już widzę, co ci chodzi po głowie. Powinnaś wiedzieć, że nie potrafisz być przebiegła. Przyszło ci do głowy, że wymyśliłem tę wycieczkę i że nigdzie nie pojedziemy, bo za kilka dni otwieramy nową klinikę. – Pokiwał głową rozczarowany. Emily odwróciła wzrok i nic nie powiedziała. Wbiła tylko zęby w kanapkę z serem. – No co, czyż nie tak właśnie myślałaś?

Odwróciła się i popatrzyła na męża.

– Mniej więcej tak.

– Emily, kochanie, otóż jedziemy i będziemy się doskonale bawić. I lepiej powiem ci od razu, że nie biorę ze sobą dużo ubrań. Zamierzam cały czas włóczyć się po plaży. A ty?

– Kiedy ty będziesz się włóczył po plaży, ja będę na niej spała. Wystarczą mi tylko szorty i koszulka bez pleców.

– Na twoim miejscu nie planowałbym tego, Emily. Nie masz już płaskiego brzuszka. Żeby się tak ubrać, musiałabyś być szczupła jak modelka. Zdawało mi się, że kobiety przywiązują wagę do takich rzeczy. I jeśli nawet tobie nie będzie przeszkadzać, jak wyglądasz, to mnie tak. Kiedy się opalisz, żylaki będą mniej widoczne, a nogi lepiej się zaprezentują. Myślałem, że zamierzałaś wybrać się po poradę do doktora Metcalfa.

– A kiedy niby miałam to zrobić? Planuję zamówić sobie wizytę na wiosnę. Te pończochy przeciwżylakowe bardzo mi pomagają.

– Ale przecież nie możesz ich nosić na plaży.

– To może mam nosić majtki z długimi nogawkami? I być ubrana od stóp do głowy. Wiesz, Ianie, czasami potrafisz być naprawdę okrutny i bezmyślny. Zachowujesz się, jakby ani trochę nie obchodziło cię jak ja się czuję.

Emily zabrała się do zmywania kubków po zupie i talerzy, a łzy spływały jej po twarzy. Nie odezwała się więcej ani słowem, bo i po co.

– Do zobaczenia, kochanie – odezwał się Ian cmokając ją w policzek. – Bardzo mi się podoba ten twój nowy szampon; pachnie jak powiew letniego wiatru. – Zwichrzył jej włosy. – Nigdy nie obcinaj tej gęstej czupryny, Emily; to cała ty. Myślę, że zakochałem się w tobie między innymi z powodu twoich włosów.

Emily poczuła się onieśmielona i zmieszana; nie była przyzwyczajona do tego rodzaju komplementów.

– Gdyby tylko nie były aż tak skręcone… – Czuła, że powinna powiedzieć coś dowcipnego i może dwuznacznego, ale nic więcej nie mogła z siebie wydusić. – Pewnie zobaczymy się wieczorem – dodała.

Nie chciała teraz o niczym myśleć. Zabrała się więc do wykonywania codziennych, rutynowych czynności. Najpierw zdjęła z siebie spódnicę i bluzkę i wciągnęła grube przeciwżylakowe pończochy, które przypominały raczej elastyczne bandaże. Bardzo się tym zmęczyła. Zapragnęła wziąć godzinną kąpiel w pianie, a potem poleżeć na łóżku. Zamiast tego miała w perspektywie długą pracę w „Heckling Pete’s”. – O niczym nie myśl, Emily – mruknęła do siebie, by odpędzić wizję odpoczynku – po prostu rusz tyłek i weź się do roboty. – Najstaranniej jak mogła policzyła w myślach minuty i sekundy, które dzieliły ją od powrotu do maleńkiej łazienki, gdzie wreszcie ściągnie elastyczne pończochy i wymoczy się w gorącej kąpieli. Chociaż Ian będzie pewnie miał jakieś uwagi na temat nalewania wody do wanny o drugiej w nocy. Kiedyś powiedział, że przeszkadza mu smuga światła dobywająca się spod drzwi łazienki, więc od tej pory Emily kąpała się przy świeczce, a wodę lała przez okręcony wokół kranu ręcznik. – Jestem szalona – powiedziała do siebie. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie zachowuje się tak, jak ja względem Iana. Chyba któregoś dnia zapakują mnie w kaftan bezpieczeństwa i zamkną w wariatkowie.

* * *

– Widziałaś, jaka jest pogoda? – spytał Ian tydzień później zatrzaskując wieko walizki. – Boże, będziemy mieć szczęście, jeśli uda nam się dojechać na lotnisko. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio była taka śnieżyca.

– Jakieś pięć lat temu. Napadało wtedy chyba ze trzydzieści pięć centymetrów. W każdym razie wybieram się na lotnisko, nawet gdybym musiała iść tam pieszo.

– Oboje się wybieramy, więc rozchmurz się.

– Dobrze. – Już mieli wychodzić z domu i sprawdzali jeszcze, czy zostawiają wszystko w porządku, gdy zadzwonił telefon. Popatrzyli na siebie. – Nie podnoś słuchawki, Ianie.

Rozlegał się właśnie szósty, potem siódmy i ósmy dzwonek. Nagle ucichł, lecz kilka sekund później znów się rozdzwonił. Emily pokręciła głową.

– Muszę odebrać, Emily. Jestem lekarzem. – Emily przysiadła na poręczy sofy i utkwiła wzrok w twarzy męża. Gdy usłyszała, jak mówi: – Będę czekał na karetkę w Muhlenbergu. Mnie jest jeszcze bardziej przykro – zdjęła płaszcz. – Jeden z moich pacjentów jest w bardzo ciężkim stanie. To pani Waller i miała właśnie atak serca. Jest w klinice. Przewożą ją teraz do miejsca, które nazywamy Muhlenberg. Muszę tam jechać. A niech to szlag, już tak dobrze się czuła. Nie chcę, żeby coś jej się stało, Emily – mówił ściągając z siebie grubą marynarkę i robiony na drutach sweter. Żona automatycznie je podniosła i złożyła w kostkę.

– Co mam zrobić?

– Weź samochód i jedź na lotnisko. Zostaw mój bilet w stanowisku odprawy. Jak tylko upewnię się, że pani Waller nic nie grozi, polecę następnym samolotem. I odpraw mój bagaż razem ze swoim. To najlepsze rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy – powiedział Ian wkładając płaszcz. – I nic więcej nie mów, Emily. Wydarzył się wypadek, a ja jestem cholernym lekarzem. No, idź już, wsiądź do samochodu i jedź. To przecież mnie omijają wakacje. Wezmę twój samochód.

Po chwili już go nie było. Emily usłyszała, że silnik jej auta prychnął trzy razy, zanim zapalił, po czym Ian odjechał. Nawet, gdyby nie udało mu się uruchomić wozu, mógłby przejść pieszo te trzy bloki dalej. Zaczęła się zastanawiać, co powinna teraz zrobić?

Na Kajmany już nie pojedzie, to pewne. W głębi ducha wiedziała, że Ian nie dołączyłby tam do niej.

Usiadła wygodnie na sofie. Ta staruszka zdołała poruszyć uczucia Iana, podobnie jak wcześniej dzieci w klinice. Wszyscy zdawali się go kochać. Wspaniale umiał postępować z chorymi i zawsze zdawał się wiedzieć, jakich użyć słów, by uspokoić podenerwowanych pacjentów. W rezultacie ludzie kierowali do niego swoich znajomych. Każdy, kto przychodził do kliniki, chciał być leczony przez doktora Thorna.

Emily chwyciła portfel i rzuciła go w drugi koniec pokoju. Bilety lotnicze i kolorowe foldery o Kajmanach wypadły na podłogę.

Potem zaczęła ryczeć jak bóbr.

4

Dzień ten przyniósł jej więcej rozczarowań niż chciała to przed sobą przyznać. Zasnęła i spała bez przerwy jedenaście godzin. Gdy się obudziła, dochodziła północ, a o wakacjach na Kajmanach nie było już nawet co marzyć.

Chwiejnym krokiem poszła do sypialni, by sprawdzić czy Ian wrócił, kiedy ona spała. Nie było go, a łóżko wciąż stało pościelone dokładnie tak, jak je rano zostawiła. Coś ją tknęło i wyjrzała przez okno. Aż uniosła brwi ze zdumienia. Na zewnątrz było tyle śniegu, że nie mogła dojrzeć przeciwległej strony ulicy i ciągle padało, co znaczyło, że Ian zostanie na noc w szpitalu. Jej samochodem nie zdołałby przejechać w taką pogodę, a nie włożył tym razem śniegowców. Zresztą, żeby nie wiem co się stało, to i tak nie brodziłby w śniegu. Ale też nie zadzwonił do domu. Chociaż Emily mogła nie słyszeć dzwonka, kiedy spała. Wszystko było możliwe. Tak, owszem, tyle że mało prawdopodobne, Ian na pewno myślał, że żona jest na Kajmanach. Emily żałowała, że nie starczyło jej odwagi, by pojechać sama. Bo co niby miała teraz robić? Wzięła tydzień urlopu i nie miała ani gdzie pójść, ani z kim spędzić tego czasu.

Poszła więc do kuchni i zajęła się tym, co zawsze, kiedy była sfrustrowana i zła. Zaczęła jeść. Kiedy skończyła, powiedziała sobie to co zwykle w takiej sytuacji: – Nie powinnam tak się opychać.

Następnie ciężkim krokiem ruszyła do łazienki, by nalać wody do wanny. Kąpiel w pianie sprawiła, że ucisk, jaki czuła między łopatkami, zelżał nieco. Doszła do wniosku, że kieliszek wina na pewno jeszcze bardziej jej pomoże. A potem chciała się przespać. Po obfitej kolacji i wszystkich zjedzonych słodyczach czuła się bardzo ospała.

Godzinę później leżała już w łóżku ubrana w długą flanelową koszulę w stylu babuni. Spała do trzeciej po południu, a gdy tylko wstała przygotowała sobie lunch składający się między innymi z ogromnej porcji smażonych ziemniaków i całej puszki puree z kukurydzy. Na deser zjadła pół Paczki maślanych herbatników i wypiła dwie szklanki czekoladowego mleka. Resztę popołudnia spędziła na oglądaniu seriali. W czasie przerw na reklamę przełączała program na stację nadającą prognozę pogody.

Trzeciego dnia, w samo południe, do domu wrócił Ian. Emily siedziała akurat przy kuchennym stole i popijając kawę czytała gazetę.

– Emily! – krzyknął zdziwiony.

– Ianie!

– Emily, co ty tu robisz, na miłość boską? Myślałem, że jesteś na Kajmanach. Dzwoniłem do ciebie całą noc, ale nikt nie odpowiadał.

– Bo spałam. Pewnie nie słyszałam dzwonka – odparła. – Bałam się jechać sama, a poza tym, nie miałam ochoty jechać bez ciebie.

– Jeży Chryste, Emily! Zmarnowałaś dwa bilety. Lepiej, żebyś się teraz nie skarżyła, jaka jesteś zmęczona i że nigdzie nie jeździmy. Ja nie miałem wyboru, ale ty tak. Czasami potrafisz być tak niewiarygodnie głupia, że aż trudno mi w to uwierzyć.

Emily upiła łyk kawy, w której więcej było śmietanki i cukru niż samego naparu.

– A jak się ma twoja pacjentka? – spytała cicho.

– Umarła. W ogóle dużo ludzi zmarło w czasie ostatnich kilku dni. Pracowałem bez przerwy dzień i noc; zdrzemnąć się mogłem nie dłużej jak dziesięć minut, a i to wsparty tylko o ścianę. Przyszedłem do domu, żeby się umyć i przebrać. Dziś po południu jest pogrzeb pani Waller. Twój samochód musiałem zostawić przed szpitalem, więc przyszedłem pieszo. Nogi mam kompletnie przemoczone i zmarznięte. Nie mogłaś przynajmniej odśnieżyć samochodu?

– Zrobię to teraz.

– Możesz nie zawracać sobie tym głowy. Śnieg, który na nim leży, zamarzł. Zapłaciłem paru dzieciakom, żeby go zeskrobali.

– Przepraszam, Ianie. Przykro mi z powodu pani Waller i tego auta także. Powinnam była się nim zająć. Sama nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłam. Na dworze jest tak zimno.

– Mnie to mówisz – odezwał się szyderczym głosem. – Czy mogłabyś mi zrobić kanapkę z jajkiem i zaparzyć świeżą kawę, o ile oczywiście nie stanowi to dla ciebie zbyt wielkiego problemu? Zabiorę jedzenie ze sobą. A jeśli spodziewasz się mnie na kolacji, to wiedz, że nie przyjdę. Po pogrzebie muszę wracać do szpitala.

– Mogłabym ci jakoś pomóc? Ian zawrócił do kuchni.

– Owszem, Emily, jest coś, co mogłabyś zrobić. Przygotuj zestawienie strat, jakie ponieśliśmy. I przyklej je do drzwi lodówki razem z karteczką, na której napiszesz: „Nigdy więcej nie zmarnuję ani centa”. Mówię poważnie. Jeśli jeszcze chociaż raz usłyszę, jak marudzisz, że nigdy nie mamy wakacji albo coś w tym rodzaju, to odejdę od ciebie. Miałaś okazję wypocząć i sama ją zaprzepaściłaś.

Emily uznała, że Ian jest przemęczony i dlatego mówi rzeczy, których tak naprawdę nie myśli. Przecież chyba nie mógłby jej zostawić. Była jego żoną na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie. Łzy skapywały do miski, w której ubijała jajka na pienistą żółtą masę. Oczami wyobraźni zobaczyła całe swoje życie i w tej chwili ręka z trzepaczką do piany znieruchomiała. Cóż ona by poczęła, gdyby Ian ją zostawił? Umarłaby. Po prostu zwinęłaby się w kłębek i umarła, Ian był przecież sensem jej życia. Tylko czy tę egzystencję można było nazwać życiem? Zdusiła w sobie łkanie. Czuła się winna, zawstydzona i nie potrafiła spojrzeć mężowi w twarz, gdy sięgnął po kanapkę i nakryty pokrywką kubek kawy.

Gdy wyszedł, Emily podbiegła do okna w salonie. Popatrzyła jak Ian płaci chłopcom i wsiada do samochodu. Nawet na drugim piętrze słychać było odgłos zapalanego silnika. A niech to diabli, dlaczego sama nie odśnieżyła tego auta?

Kiedy w kuchni wszystko było już posprzątane, Emily usiadła spokojnie i formując cyfry w dwie równiutkie kolumny zrobiła zestawienie poniesionych strat. No cóż, był tylko jeden sposób, żeby jakoś je wyrównać. Zadzwoniła do „Heckling Pete’s” i poprosiła do telefonu szefa.

– Cześć, Pete, nie wyszedł mi ten wyjazd. Jeśli ci się przydam, jestem wolna przez najbliższe cztery dni. Dobrze, tylko odbiorę samochód z parkingu przed szpitalem. Może trochę potrwać, zanim go odśnieżę. Główne drogi są przejezdne, prawda? Moje auto nie ma napędu na cztery koła. Będę jechać ostrożnie. Aż trudno uwierzyć, że po takiej zawiei masz ruch w interesie. Pewnie wszyscy chcą się odprężyć. Tak, chyba właśnie w tym rzecz. No dobrze, będę jak będę. Dzięki, Pete.

Emily obliczyła, że jeśli popracuje do zamknięcia, a potem jeszcze weźmie poranną zmianę, to ma szansę zarobić tyle, ile kosztowały ich wakacje, Ian nie mógłby już wypominać jej tego zmarnowanego wyjazdu. A może jednak i tak by to robił? Naprawdę, sama już nie wiedziała. Modliła się tylko, żeby napiwki były wysokie.

* * *

Po odpracowaniu swojej zmiany, Emily przyjechała do domu i wkradła się do mieszkania niczym złodziej w nocy. Samochód Iana stał na podjeździe; najwyraźniej więc mąż wrócił wreszcie do domu. Trzęsąc się z zimna, bo w pokoju panował chłód, rozebrała się po ciemku, położyła do łóżka i otuliła kołdrą, mając nadzieję, że w ciepłe przestanie drżeć. Za nic nie ośmieliłaby się obudzić Iana.

Kiedy dwie godziny później rozległ się dzwonek budzika, obydwoje wstali z łóżka. Emily poszła prosto do kuchni zostawiając Ianowi wolną łazienkę. Zrobiła tylko jedną filiżankę kawy, przeznaczoną dla siebie. Gdy łazienka była już pusta, Emily weszła do niej zabierając ze sobą kawę i ubranie. Tym razem, po raz pierwszy odkąd wyszła za mąż, zamknęła się w środku. Odkręciła kurek prysznicu i przysiadła na brzegu wanny popijając gorący napar.

Ściągała właśnie nocną koszulę mając zamiar wejść pod strumień wody, gdy Ian zaczął dobijać się do drzwi próbując je otworzyć.

– Emily, gdzie jest kawa?

– Wypiłam ją – odkrzyknęła namydlając ciało pod oblewającą ją ciepłą wodą.

– Cały dzbanek? – spytał wściekły Ian.

– Zrobiłam tylko jedną filiżankę. Jeśli chcesz się napić kawy, musisz sam ją sobie zrobić. I pamiętaj, żeby wychodząc z domu zabrać koszule do pralni. I w ogóle wszystkie swoje brudne rzeczy. Ja strajkuję. Możesz też zacząć jadać w restauracjach – nic mnie to nie obchodzi. I dopilnuj, żeby mój samochód stał przed domem najpóźniej w południe, bo inaczej zgłoszę na policji, że go ukradłeś.

– Kiedy zamierzasz wyjść z łazienki?

– Kiedy przyjdzie mi na to ochota. Prawdopodobnie nie wcześniej, niż ty wyjdziesz z domu. Nie chcę cię dzisiaj oglądać, Ianie.

– Sama zmarnowałaś własne wakacje, a teraz nie chcesz na mnie patrzeć. Mój Boże, Emily, to właśnie zachowanie w twoim stylu. Jak długo tym razem masz zamiar się boczyć?

– Do końca życia – odkrzyknęła.

Emily stała pod prysznicem tak długo, aż woda zrobiła się chłodna. Dopiero wtedy wyszła z wanny, lecz nie zakręciła jeszcze kranu. Umalowała się lekko i zaczęła rozczesywać poskręcane włosy, aż były na tyle proste, że mogła je upiąć w gładki kok. Pięć minut później stała już ubrana i zdecydowała się zakręcić wodę. Przycisnęła wtedy ucho do drzwi nasłuchując ewentualnych odgłosów obecności męża. Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że siedzi w łazience od półtorej godziny. Uznała, że Ian nie zwlekałby z wyjściem tak długo. Zwykle przecież w pośpiechu wypijał kawę i wybiegał z domu.

Tak więc z filiżanką w ręce Emily zaczęła robić obchód niewielkiego mieszkania. Najpierw zajrzała do kosza na brudną bieliznę. Koszule Iana wciąż tam były. Policzyła je, po czym zajrzała do szafy. Na półce leżały dwie czyste. Prawdopodobnie mąż po prostu kupi sobie nowe. Na oparciu krzesła wisiał garnitur przeznaczony do czyszczenia, Ian chyba nawet nie wiedział, gdzie mieści się pralnia chemiczna. Emily odstawiła filiżankę i zaścieliła swoją połowę łóżka. Było to małostkowe i dziecinne, ale nic ją to nie obchodziło.

– Dosyć, Ianie, ja mam już dość.

Zostało jej jeszcze tylko dwa i pół dnia urlopu; potem znów będzie musiała pracować w klinice w każde przedpołudnie. Chyba że już tam nie wróci. Nigdy, przenigdy.

Upłynęły trzy dni, zanim Emily zauważyła, że Ian w żaden sposób nie zareagował na jej bunt. Westchnęła z ciężkim sercem; mąż jak zwykle myślał tylko o interesach, Ian ani słowem nie skomentował tego, że na stole kuchennym położyła mu pieniądze wraz z listą strat, którą kazał jej przygotować. W poniedziałek rano kartka była już zgnieciona i leżała w koszu, a po pieniądzach ani śladu. Chociaż obydwoje starali się zachowywać jakby nic się nie stało, to jasne było, że coś nie gra. Ian odzywał się niewiele i cicho, i wcześnie wychodził z domu, a gdy Emily wracała z pracy, on już spał. Kiedy natknęli się na siebie w klinice – w korytarzu albo przy biurku Emily – Ian uśmiechał się do żony tylko dlatego, że dokoła kręcili się pacjenci. Dla Emily nie ulegało wątpliwości, że Ian jej unika, więc i ona starała się jak mogła schodzić mu z drogi i pracowała w „Heckling Pete’s” tak długo, jak tylko się dało.

Piątego dnia ich zbrojnego rozejmu, bo tak nazywała Emily to, co ostatnio między nimi się działo, Ian podszedł do niej i powiedział:

– Dość tych bzdur, Emily. Jesteśmy jak dwaj zmęczeni walką wojownicy i ja przynajmniej mam już tego dosyć.

– Ja także – zgodziła się chowając dość dużą książkę w miękkiej oprawie. Dochodziła pierwsza i czas już był najwyższy pojechać do domu, przebrać się i pójść do „Heckling Pete’s”.

– No to daj mi całusa i niech od tej pory będzie tak jak zawsze.

Emily posłusznie podsunęła mu policzek, a Ian ją pocałował.

– Czego chcesz, Ianie?

– Cóż, skoro pytasz, to warto by zapełnić lodówkę. W całym mieszkaniu nie znalazłem też, ani ziarnka cukru czy w ogóle czegokolwiek słodkiego. No i przykro mi, że muszę o tym przypominać, ale z kosza na brudną bieliznę już się wysypuje.

– Wiem – odparła Emily.

– Co to znaczy „wiem”? Czy chcesz powiedzieć, że masz zamiar zająć się tym, czy też że nic cię to nie obchodzi? A może nie zdajesz sobie sprawy, jaka jest sytuacja w kwestii prania? Wolałbym myśleć, że tak właśnie jest, bo ostatnio obydwoje mamy napięte nerwy.

– Odnoszą się do mnie wszystkie wymienione przez ciebie ewentualności – odrzekła Emily ruszając w stronę wyjścia. Ian poszedł za nią aż do drzwi.

– No, więc jak? – spytał uśmiechając się przez wzgląd na pacjenta, który akurat ich mijał wchodząc do kliniki.

– No, więc jak, z czym, Ianie?

– Ostatnio naprawdę jesteś bardzo irytująca. Nie podoba mi się takie zachowanie. Wcale a wcale.

– Wiem – odrzekła Emily idąc w stronę parkingu.

Próbowała sobie przypomnieć przysłowie, które matka często jej powtarzała – nie rób na złość sobie, po to tylko, żeby dokuczyć drugiemu – chyba to było to? W każdym razie coś w tym sensie. A teraz Emily zachowywała się właśnie w taki sposób. Wiedziała, że czas najwyższy wyegzekwować, by Ian zaczął się z nią liczyć. W tej chwili największą kością niezgody było pranie. W następnej kolejności plasowały się zakupy żywności. No i jeszcze ich wzajemny stosunek do siebie. Pete mówił, że układ „pan i niewolnik” przestał istnieć wraz ze schyłkiem średniowiecza.

Kto wie, może sama doprowadziła do tego, że nie układało się jak należy. Nie wiedziała już, co o tym myśleć. Żyła jak robot, który wszystkie czynności wykonuje automatycznie. Zupełnie przestała ćwiczyć swoje szare komórki. Na całe jej życie składała się praca, jedzenie, spanie i płacz.

Wkładając klucz do zamka w drzwiach mieszkania, Emily powiedziała sobie, że wszystko to musi ulec zmianie. I to bardzo szybko.

Przyjdzie przecież taki dzień, kiedy zamieszka w prawdziwym domu i będzie mogła zapomnieć o tym obskurnym mieszkanku i wszystkich swoich problemach. – Emily – powiedziała sobie chwilę potem – jeśli rzeczywiście w to wierzysz, to jesteś idiotką. – Usiadła na twardym, drewnianym krześle i popatrzyła przed siebie. Przyjdzie kiedyś taki dzień…

5

Emily spojrzała na kosz z brudną bielizną. Przypominał niemożliwą do zdobycia górę. Rosła przecież z każdym upływającym dniem. Emily uniosła nogę i zaczęła nią deptać leżące w koszu koszule Iana. Nie przyniosło jej to jednak żadnej satysfakcji. Nagle, ni stąd, ni zowąd zapragnęła policzyć te koszule; koniecznie chciała wiedzieć, ile ich tam jest, żeby na tej podstawie wywnioskować, jak długo trwała wojna z mężem. Najpierw opróżniła kosz, po czym zaczęła wrzucać wszystko z powrotem licząc przy tym każdą sztukę. Gdy skończyła, weszła do kosza i obiema nogami ugniatała jego zawartość. Było tam czterdzieści koszul, co przy zużyciu trzech dziennie dawało trzynaście i pół dnia. Chociaż to nie był dokładny rachunek, bo w czasie śnieżycy Iana nie było w domu przez parę dni. W każdym razie Emily deptała teraz dwutygodniową porcję koszul, a może nawet trochę więcej.

Lodówka wciąż była pusta, a w kredensie nie leżał ani jeden herbatnik czy ciasteczko. Ciągle też Emily ścieliła tylko swoją połowę łóżka.

Wojna między Thornami trwała.

Emily była już tak wyczerpana nerwowo, że sama nie wiedziała, czy postępuje słusznie, czy nie. Gdyby Ian coś powiedział albo zrobił, okazał jakiś miły gest, odpowiedziałaby tym samym. Na pewno. Nie za długo już mogła żyć tak jak teraz. Popatrzyła na zegar. Brakowało pięć minut do północy. Wcześniej wróciła dziś do domu, bo Pete chciał już zamknąć lokal.

Pobiegła do łazienki i odkręciła kurek. Kiedy Iana nie było w domu, mogła sobie hałasować do woli. I nic nie stało na przeszkodzie, żeby moczyła się pod prysznicem całymi godzinami, albo dopóki nie zabraknie ciepłej wody. Tego wieczoru chciała umyć włosy nowym kokosowym szamponem i to dwukrotnie, w nadziei, że uda jej się usunąć ten okropny zapach spalonego tłuszczu z kuchni Pete’a. Smrodu papierosowego dymu, który się od niej rozchodził, mogła się łatwo pozbyć wynosząc ubranie do kuchni i wrzucając je do kosza na swoją własną brudną bieliznę.

– Emily, jesteś jak skołowany, zdezorientowany szczeniak – powiedziała do siebie mydląc włosy. Wytłumaczyła sobie, choć nie bardzo w to wierzyła, że dopóki zdaje sobie sprawę z tego, że jest bliska obłędu, nie przekroczy tej niewidzialnej granicy, która ją od niego dzieli.

Godzinę później, ubrana w flanelową nocną koszulę, nakremowana i z wysuszonymi włosami, Emily leżała w łóżku. Już niemal zasypiała, gdy jej uszu dobiegł odgłos kroków wchodzącego Iana. Poczuła jak przez jej ciało przebiegł dreszcz. Boże, tak bardzo go pragnęła. Bardziej niż kiedykolwiek. Ale jeszcze silniejsza była w niej chęć wstania z łóżka i krzyknięcia na całe gardło: – Przepraszam cię, Ianie! Kochaj mnie, proszę cię, – kochaj mnie. Zrobię dla ciebie wszystko, cokolwiek zechcesz. Powiedz, że mnie kochasz i że coś takiego zdarza się każdej parze. Powiedz mi to, powiedz, nawet jeśli to kłamstwo i nie mówiłbyś tego szczerze. – Emily walczyła z sobą, bo jednak nie chciała się poddać. Wtuliła głowę w poduszkę i zacisnęła zęby.

W końcu jutro zacznie się nowy dzień. A w koszu będą już czterdzieści trzy koszule.

– Emily – powiedział szeptem Ian.

Zabrzmiało to jak najwspanialsza, najsłodsza muzyka. Tak bardzo pragnęła to usłyszeć. Wypowiedział jej imię. A więc chciał się z nią pogodzić. Dzięki ci Boże, och dziękuję, powtarzała w myślach.

– Tak, Ianie.

– Nie chcę dłużej takiego życia, Emily. Czuję się, jakbym był na wojnie.

– Ja także nie chcę tak żyć.

Emily nie poruszyła się jednak; czekała, aż Ian dotknie ją, tak jak zwykle robił. Kiedy poczuła jego dłoń na swoim ciele, odwróciła się i przylgnęła do niego, a z jej piersi wyrwało się długie, pełne ulgi westchnienie.

– To były najgorsze dwa tygodnie w moim życiu – powiedział Ian.

– W moim też. Nie zachowujmy się w taki sposób już nigdy więcej, dobrze?

– Dobrze. Ładnie pachniesz. Czy to nowy szampon?

– Hmmmm.

Ian wcale nie pachniał ładnie. Najwyraźniej palił cygaro i nie umył potem zębów.

– Ostatnio źle sypiam. Próbowałem cię wczoraj obudzić, ale spałaś jak zabita.

– No wiesz, Ianie!

– No wiem, Emily. Chodźmy gdzieś na kolację. Tylko we dwójkę. Zadzwoń do pracy i powiedz, że jesteś chora, albo zamień się z kimś, co ty na to?

– Mamy coś uczcić, czy tylko chcesz mi zrobić przyjemność?

– I jedno, i drugie. Jutro będę wiedział. Ja się wystroję, ty zrobisz się na bóstwo i wyrwiemy się. Gdzie chciałabyś pójść?

– A mogę się nad tym zastanowić?

– Jasne, kochanie. Zawrzyjmy umowę, dobrze? Jeśli zrobisz listę zakupów, to wstanę jutro wcześniej i pójdę do tego całodobowego supermarketu, a ty upierzesz i uprasujesz moje koszule.

– Umowa stoi.

W tej chwili Emily wiedziała, że gdyby mąż chciał, żeby sięgnęła nieba, to natychmiast zaczęłaby szukać w sklepach odpowiedniej drabiny.

Chwilę później w sypialni rozlegało się głośne chrapanie Iana. Emily odczekała dziesięć minut, po czym wstała z łóżka i poszła do kuchni. Tam włożyła na siebie płaszcz, wzięła mydło i kosz z rzeczami do prania. Następnie po cichu wymknęła się z mieszkania i zeszła do sutereny, gdzie stała pralka i wirówka. W czasie, gdy koszule były w pralce, ona ustawiła deskę do prasowania i włączyła żelazko. Już nie raz zdarzały jej się nie przespane noce. Tę zamierzała poświęcić na uprasowanie wszystkich koszul Iana, by go zaskoczyć, gdy wybierze się na zakupy do supermarketu.

Kiedy pranie się suszyło, Emily pobiegła na górę przygotować sobie dzbanek kawy. Zeszła z nim do sutereny i włączyła radio, które należało do gospodarza i stało teraz na półce tuż nad zlewem. Od razu całe pomieszczenie wypełniły łagodne dźwięki muzyki zespołu „Golden Oldies”. Było jej ciepło i robiła właśnie coś, w czym była dobra, i co Ian sobie cenił. Pomyślała, że skoro jutro i tak ma nie iść do pracy, to będzie mogła zdrzemnąć się po południu. Tak czy owak koszule były ważniejsze niż sen.

Każdą wyprasowaną sztukę wieszała na sznurze przeciągniętym wzdłuż całej sutereny. Koszule były jeszcze wilgotne przy kołnierzykach i mankietach, ale rozchodzące się od pieca ciepło miało je szybko wysuszyć.

Tuż po piątej nad ranem Emily odbyła cztery wspinaczki po schodach z sutereny do mieszkania, by przenieść do szafy wszystkie koszule męża. Zadowolona z efektów całonocnej pracy, Emily zaparzyła dzbanek świeżej kawy i usiadła przy stole próbując wyobrazić sobie minę Iana, gdy zobaczy szafę pełną koszul i obwieszone nimi wszystkie drzwi w mieszkaniu. Miała właśnie upić łyk świeżutkiej kawy, gdy nagle wpadła w panikę i zerwawszy się z krzesła pobiegła do łazienki, by upewnić się, w jakim stanie są te koszule, które prasowała jako ostatnie i które nie wisiały przy piecu, gdzie mogłyby doschnąć. Niestety, spóźniła się.

– A niech to jasna cholera, one są jeszcze mokre. Mogłem sobie odmrozić kark. Na zewnątrz jest minus dziesięć.

Emily kompletnie oszołomiona cofnęła się o krok i wstrzymała oddech.

– Popełniłam błąd, Ianie. Suche koszule wiszą w szafie. Sądziłam, że właśnie stamtąd weźmiesz sobie czystą. Łazienka jest zaparowana i wilgotne powietrze wydostaje się z niej na korytarz. Przepraszam cię. Zaraz przyniosę ci suchą koszulę – powiedziała, patrząc jak mąż ściąga z siebie tę mokrą i rzuca ją na podłogę. Emily skuliła się ze strachu, jakby została spoliczkowana. Ian wiązał właśnie krawat, gdy zadzwonił telefon. Słuchawkę podniosła Emily i po chwili przekazała ją mężowi.

– Właśnie wychodzę z domu – powiedział. – Emily, nie będę mógł zrobić zakupów. Joshua Oliver ma znowu atak. Niech to cholera, myślałem że stan jego zdrowia jest w pełni pod naszą kontrolą.

– Kupię wszystko co trzeba, Ianie. Idź już – powiedziała podając mu zimową marynarkę.

– Jesteś kochana. Przykro mi, że nie wyszły mi te zakupy i przepraszam, że tak naskoczyłem na ciebie za tę koszulę. Mam chyba zły dzień. Zobaczymy się około piątej, tak?

– Naturalnie, Ianie – odrzekła Emily przechylając głowę i nadstawiając policzek do pocałowania.

Gdyby tak pokusić się o określenie nastrojów, jakie oboje mieli tego dnia, a Emily zwykle to robiła, można by stwierdzić, że Ian reprezentuje postawę numer jeden, a Emily tę pełną wigoru.

6

Emily siedziała właśnie przy swoim biurku w klinice Watchung – ich trzeciej już z kolei – i podparłszy podbródek rękami wpatrywała się w kalendarz oparty o koszyk na dokumenty oznakowany „ad acta”. Wreszcie na końcu tunelu pojawiło się światełko. Postawiła duży krzyżyk przy dacie, gdzie je widziała. Czując przytłaczające ją zmęczenie pomyślała, że tak wiele lat musiała czekać na ten dzień.

Po raz pierwszy od długiego już czasu w klinice panował spokój. Jedna z pielęgniarek trzymała w sali radio i teraz dobiegały stamtąd dźwięki kolęd. Emily bardzo lubiła kolędy i zamarzyło jej się, że znów jest młodą dziewczyną i dopiero wkracza w dorosłe życie, ale zupełnie inne od tego, które sobie wybrała.

Głos męża, który nagle przerwał jej zadumę, przestraszył ją.

– Dam grosik za twoje myśli, pani Thorn.

– Akurat w tej chwili nie są więcej warte. Myślałam o tym, że nareszcie dojrzałam światełko na końcu tunelu i z przyjemnością słuchałam kolęd. Boże Narodzenie to taki cudowny okres w roku, nie uważasz?

– Włóż płaszcz, Emily, wynosimy się stąd. Pojedziemy do „Rickelsa”, kupimy sobie hot dogi od jednego z tych facetów pod parasolami i ani przez chwilę nie będziemy się martwić poziomem cholesterolu. Może nawet zafundujemy sobie po dwa razem ze wszystkimi dodatkami. I piwo korzenne. Mój Boże, Emily, kiedy myśmy robili coś takiego po raz ostatni?

– Jakieś dwanaście lat temu.

– Niemożliwe!

– Ależ tak.

– O Boże! W takim razie może uda nam się zjeść po trzy. Dasz radę?

– A chcesz się założyć? – odparła Emily wkładając płaszcz.

– Przygotowałem dla ciebie niespodziankę, kochanie, i wypad na hot dogi jest do niej wstępem. Będziemy się objadać w samochodzie przy włączonym ogrzewaniu i zaparowanych oknach, co ty na to?

Znów zachowywali się jak dzieciaki. Po hot dogach przyjdzie pewnie kolej na wyczyny na tylnym siedzeniu. Emily zachichotała na samą myśl o tym.

– A ja na to jak na lato – odparła.

– Ale – szepnął jej Ian do ucha – po hot dogach pojedziemy do domu i będziemy się kochać w łóżku. Dobrze? Wydaje mi się, że jesteśmy już trochę za starzy, żeby wyginać się na tylnym siedzeniu.

– Daj mi jakąś wskazówkę, Ianie. Co do tej niespodzianki.

– Nie ma mowy. Musisz ją po prostu zobaczyć. Dopóki to nie nastąpi, nie będzie żadnych wskazówek ani żadnych aluzji.

– A czy to coś mi się spodoba?

– Oniemiejesz z zachwytu. Przygotowanie tej niespodzianki zabrało mi niemal dwa lata… nic więcej nie powiem. Musisz jeszcze trochę wytrzymać, a potem sama zobaczysz.

Jakiś czas później Ian wsiadł do samochodu z sześcioma hot dogami obłożonymi wszelkimi dodatkami i z dwiema wielkimi puszkami korzennego piwa, i powiedział:

– Będę bardzo rozczarowany, jeśli okaże się, że wspomnienia dalekie są od rzeczywistości i teraz jemy tylko oczami. Stawiam pięć dolarów, że tobie pierwszej się odbeknie.

– Zobaczymy! – odparła.

O Boże, jest tak cudownie, myślała Emily, przeżuwając po kolei wszystkie trzy hot dogi. Ian skończył już swoje i popił je wodą sodową. Ona wolała odczekać chwilę z piciem, bo wiedziała, że pod wpływem gazowanej wody rzeczywiście by się jej beknęło. Kiedy Ian czerwony na twarzy nie mógł już dłużej powstrzymać beknięcia, wybuchnęła radosnym śmiechem. Od razu też wyciągnęła rękę po należne jej pięć dolarów. Mąż wypłacił wygraną. Emily wychyliła się przez okno i nacisnąwszy klakson przywołała stojącego niedaleko członka Armii Zbawienia, i oddała mu banknot.

– To było cholernie miłe z twojej strony, Emily.

– Ty też byłeś diabelnie miły, że wypłaciłeś mi wygraną, doktorze.

– Jesteśmy po prostu parą cholernie miłych ludzi. Czasami o tym zapominam.

– Wiem, Ianie. Mnie także się to zdarza.

Emily pomyślała, że albo już umarła i trafiła do nieba, albo to wszystko tylko jej się śni. Cokolwiek to było, nie chciała, by się skończyło. Takie dni, jak dzisiejszy, takie chwile, jak ta, zdarzały się w ciągu minionych lat na tyle rzadko i było ich tak niewiele, że mogła je policzyć na palcach obu rąk. Teraz gotowa była zaprzedać duszę diabłu, byle doświadczać tych cudownych przeżyć codziennie do końca życia. No cóż, wiedziała jednak, że to niemożliwe, więc nie było sensu o tym rozmyślać. Postanowiła nacieszyć się chwilą obecną, a potem modlić się, by podobna spotkała ją w niedalekiej przyszłości. Miała nadzieję, że nastąpi to w czasie świąt Bożego Narodzenia.

– Jeśli już skończyłaś, to możemy teraz obejrzeć niespodziankę. Szczerze mówiąc, Emily, to jest nie tylko niespodzianka, ale jednocześnie gwiazdkowy prezent. I będzie służył nam obojgu. Wiem, że kobiety przywiązują wagę do takich rzeczy, więc powiedziałem, że to dla ciebie, ale w zasadzie to coś wspólnego dla nas dwojga. Zrozumiesz, co chcę powiedzieć, jak już tam dojedziemy.

Jedyne, co Emily naprawdę zapamiętała z tej przemowy, były słowa „wspólny” i „dla nas dwojga”. Oznaczały one dwie rzeczy tworzące parę, jak sól i pieprz, kawa i cukier, Ian i Emily. A więc para. – O Boże, proszę, nie pozwól, żeby ta chwila się skończyła, nie pozwól, żeby coś się zepsuło – modliła się w duchu Emily.

Dwadzieścia minut później Ian wjechał w Watchung Avenue. Po drodze minęli klinikę, ale doktor Thorn nawet na nią nie spojrzał. Przejechali przez skrzyżowanie i mknęli dalej pnącą się pod górę szosą. Emily nie mogła nigdzie dostrzec tabliczki z nazwą ulicy.

– To Sleepy Hollow Road – objaśnił Ian, jakby odgadując jej myśli. – Leży trochę na uboczu i jest bardzo przyjemna, prawda?

– Może powinniśmy rozejrzeć się tutaj za odpowiednim domem, kiedy już będziemy gotowi jakiś kupić. Chciałabym, żebyśmy tu mieszkali, Ianie.

– Ja też – odparł wesoło Ian. – Jesteśmy na miejscu.

– A czyj to dom? – spytała Emily z przestrachem spoglądając na jasno oświetloną willę w stylu Tudorów z ogromnym bożonarodzeniowym stroikiem na drzwiach. – Ianie, jeśli to jest jakieś przyjęcie, to pamiętaj, że nie jestem odpowiednio ubrana. W dodatku oboje śmierdzimy cebulą i kwaszoną kapustą. Ian musiał dosłownie wyciągnąć żonę z samochodu i trzymając ją za rękę poprowadził przed frontowe drzwi. Jeszcze przez chwilę nie zdradzał swojej niespodzianki bawiąc się w pukanie i dzwonienie do drzwi.

– No, wy tam, otwierać – pokrzykiwał.

– Ianie, cicho – upominała go żona.

– Chyba będę musiał sam sobie otworzyć.

Emily z wytrzeszczonymi oczami patrzyła, jak Ian wkłada do zamka błyszczący nowiutki klucz. W jednej chwili drzwi stanęły przed nimi otworem.

Zanim Emily zdążyła się zorientować, co właściwie się dzieje, Ian wziął ją na ręce i przeniósł przez próg.

– Pani Thorn, witam panią w nowym domu.

– Co takiego? – pisnęła Emily, gdy mąż stawiał ją na ziemi. – O Boże, Ianie, to zbyt wspaniały prezent. Pewnie wszystko mi się śni. Ian uszczypnął ją w pośladek, a ona znów jęknęła z zachwytu.

– Czy to naprawdę nasz dom?

– Ściśle mówiąc należy do korporacji, ale w praktyce – tak, to nasza własność.

– Ale jak? Skąd się wziął? Nic z tego nie rozumiem. Jest cudowny. Przepiękny. Sam go urządziłeś? Ian uniósł ręce.

– Pamiętasz panią Waller? Ten dom wchodził w skład jej posiadłości. Chyba po prostu w porę ją poznałem, a jeśli chodzi o odpowiedź na twoje drugie pytanie, to nie, nie urządziłem go sam. Zatrudniłem dekoratorkę wnętrz, ale zanim osądzisz w myślach czy powiesz cokolwiek na temat jej dzieła, muszę ci przypomnieć, że urządzanie domu nie jest twoją mocną stroną ani zresztą moją. Powiedziałem tej kobiecie co lubisz i z czym ja dobrze się czuję, i oto rezultat. Naturalnie, jeśli ten wystrój ci się nie podoba, możesz go zmienić. Widzisz, ta dekoratorka pomyślała nawet o choince. A ten stroik na drzwiach to prezent od niej. Ale choinkę musimy ubrać sami. Wiem, że uwielbiasz to robić. Zapłaciłem kilku chłopcom, żeby przynieśli tu wszystkie choinkowe ozdoby z sutereny i zrobili to dziś po południu. Pudła są w garażu. Pomyślałem, że strojeniem drzewka zajmiemy się nieco później, jak odpoczniemy po tym obżarstwie. No jak, podoba ci się, Emily?

– Och, Ianie, dom jest cudowny. Jak udało ci się utrzymać go przede mną w tajemnicy?

– Nie było to łatwe – odparł wesoło Ian. – Rozejrzyj się dokoła, a ja tymczasem otworzę butelkę szampana. Emily, ja tylko staram się dotrzymać danego ci słowa, że dostaniesz ode mnie wszystko, czego zapragniesz. Ten dom to dopiero początek. Czy chcesz, żebym napalił w kominku?

Emily zarzuciła mężowi ręce na szyję.

– Och, Ianie, tak bardzo cię kocham. Dziękuję ci, strasznie ci dziękuję. I bardzo chcę, żeby palił się ogień na kominku i chcę napić się szampana.

Kiedy Emily obejrzała już dom, Ian powiedział:

– Byłaś też w piwnicy? Nie!? Połowa piwnicy jest dla ciebie, żebyś zimą mogła trzymać tam swoje rośliny. Dlatego właśnie kazałem zainstalować w niej specjalne żarówki dla kwiatów. Znajdziesz tam chyba wszystkie nasionka, jakie tylko istnieją, i mnóstwo grządek. Spodziewam się, że w tym roku będziesz przyrządzać znakomite sałatki, a w każdym pokoju będą stały kwiaty. Cieszyłbym się, gdybyś wyhodowała mnóstwo tulipanów we wszystkich możliwych kolorach. Zrobisz to dla mnie?

– Oczywiście, Ianie – powiedziała siadając na podłodze przed kominkiem tuż obok męża. – Dlaczego siedzimy na podłodze?

– Bo przed kominkiem lubię tak siedzieć. Może nawet moglibyśmy się tutaj kochać. Myślę, że byłoby uroczyście, a przecież musimy ochrzcić nasz nowy dom.

– Brzmi wspaniale. Stuknij się ze mną – powiedziała nadstawiając swój kieliszek. – Mamy jeszcze trochę tego szampana? Smakuje mi.

– Dwie butelki. Ale jedna z nich przeznaczona jest na Wigilię. Emily, chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobiła. No, nie patrz tak; nie zamierzam się z niczego wykręcać. Chodzi wyłącznie o ciebie – ciągnął podając jej długopis i papierową serwetkę. – Spisz tu rzeczy, które chciałabyś mieć teraz albo w przyszłości. Uwzględnij na tej liście wszystko bez względu na to jak jest drobne czy też wielkie. I nie musisz się w niczym ograniczać. Jeśli jedna serwetka okaże się za mała, nie przejmuj się, dam ci drugą.

– Mam spisać naprawdę wszystko, Ianie?

– Obiecałem, że spełnię każde twoje pragnienie. No, zacznij już pisać, kochanie.

– A więc będzie to lista moich własnych życzeń. Sama nie wiem od czego zacząć. Dom mogę pominąć, bo już go mamy. Na pierwszym miejscu umieszczę coś wielkiego, dobrze?

– Cokolwiek sobie życzysz, Emily.

Pisanie zajęło Emily chwilę, przynajmniej tak jej się wydawało. Gdy skończyła, podała serwetkę mężowi. Zrobiła to bardzo nieśmiało, a jej oczy błądziły spojrzeniem dokoła, byle uniknąć wzroku Iana.

Ku wielkiemu zażenowaniu żony, Ian odczytał listę na głos: „Domek na plaży, łódka, trzy wyjazdy wakacyjne rocznie, limuzyna marki Mercedes na weekendy, a marki Porsche na dni robocze, kilka sznurów pereł we wszelkich możliwych długościach, diamentowe kolczyki, diamentowa bransoletka i w ogóle mnóstwo diamentów oraz trzy torebki od Chanel. Poza tym gospodyni domowa, która by się o nas troszczyła i nam usługiwała; moje własne konto w banku, z którego nie musiałabym się przed tobą rozliczać; pieniądze na czesne za studia; dziecko podobne do ciebie, i ciebie samego do końca życia.”

– Ten twój spis robi wrażenie, Emily. No, podpisz się pod nim.

– Świetna zabawa – stwierdziła Emily bazgrząc swe imię. – Czy umieściłam na tej liście coś, czemu jesteś przeciwny? – spytała przestraszona.

– Absolutnie nie. Tylko te trzy wyjazdy rocznie mogą okazać się problematyczne, jeśli będziesz chciała, żebym ci towarzyszył. Obydwoje nie możemy przecież wyjechać, lecz jeśli masz na myśli tylko siebie, to bez wątpienia mogę ci to zagwarantować.

– Wakacje w pojedynkę to żadna przyjemność – stwierdziła Emily pokazując mężowi język.

– Mówię poważnie, Emily. Czy zgodzisz się jechać sama, jeśli nie będę mógł wybrać się z tobą?

– Mówisz serio, prawda? – upewniła się Emily zdezorientowana tonem jego głosu.

– Oczywiście, że tak. Coś ci kiedyś obiecałem i zamierzam słowa dotrzymać. No, więc jak? Jeśli nie będę w stanie wyrwać się z pracy, pojedziesz sama?

– Tak.

– Świetnie. Umowa stoi. – Spojrzał na nią chytrze wsuwając serwetkę do kieszonki koszuli. – Chodź teraz do mnie.

– Przyjemny wieczór, prawda?

– Cudowny – zgodził się Ian. – Co zamierzasz zrobić z całym tym wolnym czasem, który teraz będziesz miała?

– No cóż, skoro już nie jestem ci potrzebna…

– Chwileczkę, Emily. Skąd przyszło ci do głowy, że nie jesteś mi potrzebna? Przecież nie w tym rzecz. Pomagałaś mi, ale teraz przyszedł czas, byś zajęła się sobą. Wystarczy, jak popracujesz godzinę w każdej klinice. To przecież nie znaczy, że cię nie potrzebuję. Nie waż się kiedykolwiek tak pomyśleć. Ale chciałaś uczyć się. A tak z ciekawości, możesz mi powiedzieć, co masz zamiar robić z czasem?

– Będę czytać, spać do późna przez jakiś czas, oglądać telewizję, dużo pracować w ogrodzie, uczyć się, o ile pójdę do jakiejś szkoły, i czekać na twój powrót do domu. Ianie, powiedz mi, czy zarabiamy obecnie dużo pieniędzy?

– Myślę, że mogę spokojnie przyznać, iż mamy królewskie dochody.

– A czy możemy mieć już dziecko, no wiesz, czy możemy zacząć się o nie starać?

– Nie widzę żadnych przeszkód.

Nagle wszystko straciło swój urok. Ian już jej nie potrzebował. Zgadzał się na wszystko i był tak miły, że aż zdawało się to podejrzane. Emily poczuła się jak stary spracowany koń, którego wyprowadzono na pastwisko. Nie miała zamiaru powiedzieć na głos, że tak się właśnie czuje, lecz słowa same jakoś wyszły jej z ust. Ianowi szczęka opadła, gdy to usłyszał i wpatrywał się w żonę przez dłuższy czas. W końcu ujął jej twarz w swoje dłonie i powiedział:

– Emily, czego ty chcesz? Czego ty właściwie chcesz? W ogóle już cię nie rozumiem. Cokolwiek zrobię, niezależnie w jakiej chwili, ciebie to nie cieszy. Sądziłem, że będziesz szczęśliwa, że od dawna pragnęłaś tego wszystkiego. Przyszedł czas, żebym ci się odwdzięczył, a ty ni stąd, ni zowąd zachowujesz się tak, jakbym zrobił coś złego i wstrętnego. Znowu wszystko zepsułaś. I to ty sama, Emily, nie ja.

– Jestem już za stara, żeby pójść na studia. Przypatrz mi się i powiedz, że pasowałabym do grona studentów. No, powiedz to.

– Może nie wyglądasz, jak większość studentów pierwszego roku, ale przecież do college’u idzie mnóstwo ludzi nawet starszych od ciebie. Zaczynam wątpić czy zależy ci na zrobieniu dyplomu. Albo chcesz go mieć, albo nie. Sprawa jest bardzo prosta, Emily. Nie musisz zaciągać żadnych pożyczek, stać cię na kupienie sobie lunchu czy kolacji, możesz jeździć na zajęcia samochodem, a kiedy wrócisz do domu, obiad będzie na stole i kto inny zajmie się za ciebie wszystkimi domowymi pracami. Mnie nigdy nie było aż tak wygodnie, ani zresztą nikomu z moich znajomych. Jeśli powiedziałem, że masz pracować trzy godziny dziennie w klinikach, to tylko dlatego, że sądziłem, iż chcesz mieć swój wkład w nasz interes. A jeśli chcesz pracować na cały etat, to proszę bardzo. Wybór należy do ciebie.

– Nie umiem go dokonać. Do tej pory pracowałam po szesnaście, a nawet siedemnaście godzin na dobę i starałam się jak mogłam. A teraz zamiast uciec czym prędzej od tego kieratu, czuję się nagle zostawiona na lodzie. Przynajmniej tak to odbieram. Chyba w ogóle nie umiem się znaleźć w takiej sytuacji. Nie spodziewałam się tego wszystkiego, nie byłam na to przygotowana. Bardzo sobie cenię, to co mi dałeś. Ale jedyne, co miałam w życiu do tej pory, to praca, praca i jeszcze raz praca.

– Ale teraz nie musisz już pracować. Możesz zacząć dbać o swoje nogi. Możesz zająć się tym, na co nie miałaś czasu wcześniej, możesz robić to, co zawsze mówiłaś, że chciałabyś zrobić. Chyba będzie lepiej, jak sama dokończysz tego szampana i wszystko sobie przemyślisz. Ja idę już spać. A tak przy okazji, zająłem ten zielony pokój na wprost schodów. Twój jest żółty. Dzięki takiemu rozwiązaniu, nie będziesz się budzić, gdy w środku nocy zadzwoni telefon albo będę musiał wstać do chorego.

– Ale, Ianie, myślałam że… – Nie błagaj, Emily, proszę cię, nie błagaj – powiedziała do siebie, a na głos dodała cichutko: – Dobranoc, Ianie.

A więc mieli oddzielne sypialnie. O mój Boże, to do tego już doszło, myślała. Zastanawiała się, czy starania o dziecko ograniczą się do jednorazowej próby i czy mąż na stałe usunął ją ze swego łóżka. Rozejrzała się po swym nowym domu. W żaden sposób nie potrafiła się zmusić do wejścia po schodach i ułożenia do snu w pokoju, który urządził za nią ktoś inny.

O Boże, czy działo się z nią coś złego? Może przydałaby się jej wizyta u psychiatry. Cóż, teraz przynajmniej miałaby na nią czas. W tajemnicy przed mężem, oczywiście, Ian wpadłby we wściekłość, gdyby się dowiedział, że jakiś kolega po fachu słucha o problemach jego żony. Ale mogłaby przecież pojechać do Nowego Jorku, zapisać się na wizytę pod fałszywym nazwiskiem i zapłacić gotówką. A może wkrótce uda jej się zajść w ciążę i opieka nad dzieckiem pochłonie całą jej uwagę. Wtedy czułaby się naprawdę niebiańsko szczęśliwa.

Emily dopiła szampana, po czym zwinęła się w kłębek na twardej nowej sofie, która pachniała jeszcze pakułami, i tak spędziła noc.

* * *

Kiedy się obudziła, w domu panowała taka cisza, że musiała potrząsnąć głową, by rozjaśnić myśli. W pierwszej chwili poczuła się zdezorientowana i ospała, ale zaraz ogarnął ją strach. Środek pokoju rozświetlał nieco blady bursztynowy promień światła ulicznej lampy. W końcu Emily przypomniała sobie, gdzie jest i dlaczego zasnęła na szorstkiej sofie. Gdzieś w głębi domu rozległo się bicie zegara. Naliczyła pięć uderzeń. Była więc piąta rano.

Emily przekręciła się na plecy i zapadła w pachnące pakułami poduszki.

Nie mogła się nadziwić, że coś tak pięknego i wspaniałego mogło się skończyć tak paskudnie. Chyba że Ian zaplanował takie właśnie zakończenie wieczoru. Wymyślił osobne sypialnie. Jej przydzielił żółtą. Zaczęła się cała trząść i nie była w stanie nad tym zapanować, a w pobliżu nie było ani kołdry, ani żadnego pledu, którym mogłaby się przykryć. Nie wiedziała nawet, gdzie tu włącza się ogrzewanie. Zapragnęła obudzić w sobie złość, pójść na górę i zażądać, by Ian powiedział jej wyraźnie, co właściwie dzieje się z ich małżeństwem.

Zdecydowanie chciała się tego dowiedzieć i to już. W końcu dreszcze ustąpiły, ale pojawiło się odrętwienie, toteż sztywna jak kij, zaczęła wchodzić po schodach. Pchnęła drzwi do sypialni męża i zajrzała w ciemność. Jasne było, że w łóżku ktoś spał, lecz w tej chwili świeciło pustką. Najwyraźniej w nocy wezwano Iana do którejś z klinik. Emily zapaliła światło i podniósłszy jedną z poduszek Iana, przytuliła ją do piersi. Unosił się z niej słaby zapach dość mocnej wody po goleniu, którą Ian dostał w prezencie od wdzięcznego pacjenta. Teraz na poduszkę zaczęły kapać łzy. Emily otarła oczy. Płacz nigdy jej nie pomagał. Wręcz przeciwnie, przyprawiał ją o ból głowy. – A niech cię jasna cholera, Ianie – mruknęła pod nosem. – Nagle zapragnęła, bardziej niż czegokolwiek, kontaktu z przyjacielem. Chciała móc do kogoś zadzwonić i porozmawiać. Ciekawe, co działo się z jej dawną przyjaciółką, Aggie? Przez całe lata przesyłały sobie kartki z życzeniami bożonarodzeniowymi, ale któregoś roku kartka od Aggie nie nadeszła, więc Emily, nie wiedząc, gdzie ma wysyłać swoje, przestała to robić. No, ale teraz zanosiło się na to, że będzie miała mnóstwo wolnego czasu. Może więc udałoby się jej odszukać przyjaciółkę. Ian miał własną łazienkę. Emily dokładnie ją sobie obejrzała. O ile dobrze zapamiętała rozkład domu, ta właśnie sypialnia była największa ze wszystkich pięciu, a tym samym małżeńska. Pokój żółty, należący do niej, był niewiele mniejszy, Ian miał u siebie wielką podwójną szafę. U Emily stała duża szafa z lustrem na drzwiach. Właściwie, dlaczego by nie – żeby ulokować wszystkie swoje koszule i garnitury, Ian potrzebował więcej miejsca na półkach niż trzy kobiety. W porównaniu z tym, co.miał mąż, garderoba Emily prezentowała się niezwykle skromnie.

Ciekawe, kto będzie sprzątał ten olbrzymi dom, rozmyślała. Kiedy niby ma się tutaj pojawić ta pomoc domowa? Emily wiedziała, że dopóki nie zatrudnią sprzątaczki, sama będzie musiała wszystkim się zająć. A odkurzenie pomieszczeń, wypolerowanie podłóg i dopilnowanie, by wszystko było tak, jak Ian lubił, zabrałoby jej cały dzień. Potrzebowałaby zresztą dwóch odkurzaczy – jednego na dole i drugiego na górze. A środki czystości niezbędne na piętrze musiałaby trzymać w szafce na pościel. Chyba że Ian spodziewa się, iż będzie nosić wszystko z góry na dół i z powrotem.

Siłą długoletniego przyzwyczajenia, Emily pościeliła łóżko, chociaż zrobiła to ze złością w oczach i jadem w sercu. Stojąca na korytarzu szafka na bieliznę pełna była ręczników i prześcieradeł. Nigdzie nie było widać ani odkurzacza, ani środków czystości.

Emily otworzyła drzwi do żółtego pokoju. Był bogato zdobiony, ale całkiem ładny. Zatkało ją, gdy otworzywszy szafę zobaczyła równiutki rząd wieszaków z jej własnymi ubraniami. Wyciągnęła szuflady i znalazła w nich swoją bieliznę, pończochy i nocne koszule, wszystko starannie poukładane. Położyła na nich dłoń i podniosła kilka rzeczy. Jakże Ian śmiał zrobić jej coś takiego! Nikt nie miał prawa dotykać jej rzeczy osobistych. Gdy na samym dole równo ułożonego stosiku zobaczyła swoje majtki, te, w których popękana gumka odrywała się już od materiału, rozpłakała się. Jakiś wynajęty przez Iana obcy człowiek oglądał i dotykał jej bieliznę. Emily poczuła się zawstydzona i zażenowana, bo przecież nie posiadała seksownych, koronkowych fatałaszków, jakie kupowało się w sklepie „Sekret Victorii”. Nie miała czasu wybierać tego typu rzeczy, a zresztą co komu do tego – lubiła bawełnianą bieliznę. Nosiła rozmiar osiem. Nagle przeszedł ją dreszcz i gwałtownie zamknęła szufladę.

Zauważyła, że żółty pokój również miał swoją łazienkę. Nie była jednak tak duża, jak ta należąca do Iana i nie było w niej bidetu, a toaletka stała tylko jedna. Dotknęła ręczników w kolorze zielonego jabłka – były dwukrotnie grubsze niż plażowe i większe od nich. W katalogu Searsa Roebucka nazywano je kąpielowymi prześcieradłami.

Schodząc do kuchni, Emily czuła pustkę w żołądku. Kiedy mijała włącznik ogrzewania, nastawiła termostat na dwadzieścia siedem stopni.

Kuchnia okazała się bardzo ładna i nowocześnie wyposażona we wszystkie sprzęty, łącznie ze zmywarką, pojemnikami na śmieci i odpadki. Na środku stał blat, pod którym mieściły się szafki, i w ogóle w całej kuchni pełno było wspaniałych dębowych szafek pełnych nowiutkich talerzy oraz garnków i patelni z miedzianymi denkami. Z jednej z belek zwisał warkocz spleciony z czosnku, do którego ktoś przyczepił karteczkę z napisem: „Wszystkiego dobrego w nowym domu”. – I tobie też dużo szczęścia – mruknęła Emily do tego kogoś.

W kuchni znalazła dokładnie wszystko, co w niej być powinno, ustawione tak, jak zrobiłaby to ona sama, gdyby ją urządzała. Włączyła ekspres do kawy i czekając, aż napar będzie gotowy, rozmyślała o tysiącu rzeczy naraz. Wiedziała, że w głębi holu za schodami mieści się gabinet Iana, całkowicie zresztą wyposażony. Nagle bardzo ważne stało się dla niej obejrzenie tego pokoju i sprawdzenie, co w nim właściwie jest.

Gabinet urządzono po męsku i profesjonalnie. Typowe biuro Iana, jeśli można było tak to ująć. Były tu pokryte drewnianą boazerią ściany, głębokie skórzane fotele, dywan w kolorze czekolady i mahoniowe biurko tak wypolerowane, że można się było w nim przejrzeć. Wszystko aż pachniało nowością. W gabinecie znalazło się nawet miejsce na kominek, na którym równiutko ułożony stosik drewna czekał na zapalenie. Wzdłuż ścian stały półki – wykonane na zamówienie, bo tego Emily była pewna – a na nich książki medyczne.

Odkąd zostali małżeństwem, Emily ani razu nie zdobyła się na przejrzenie rzeczy męża. Nawet w klinice nie zdarzyło jej się otworzyć szuflady Iana czy w ogóle dotknąć czegokolwiek. Teraz wyciągnęła najpierw jedną szufladę, a potem następną. Leżały w nich jakieś teczki, foldery i księgi. W środkowej szufladzie, tam gdzie ludzie zazwyczaj wrzucają różności, bo mają ją akurat pod ręką, Emily dostrzegła tylko jedną broszurę na temat kliniki Park Avenue. Przeczytała wszystkie zawarte w niej informacje, czując że włos jeży jej się na głowie. Kiedy skończyła, odłożyła folder dokładnie na to samo miejsce, zamknęła szufladę, wstała, klepnęła w fotel, żeby zatrzeć wgniecenie, wsunęła go pod biurko i wyszła z gabinetu.

Gdy nalewała sobie kawę do pomalowanego w wesołe kolory kubka, wciąż przepełniała ją wściekłość. Zauważyła, że w kuchni jest cały komplet kubków, a każdy z nich ozdobiony jakimś kwiatkiem. Ten, z którego akurat zamierzała pić, oznaczony był bratkiem w przepięknych odcieniach purpury. W pierwszej chwili myślała, że to kalkomania, ale po bliższych oględzinach uznała, że kwiatki są malowane ręcznie. Musiała ująć kubek w obie ręce, żeby swobodnie go trzymać i podnieść do ust. Dopiero, kiedy upiła odrobinę bardzo gorącej kawy, uświadomiła sobie, że jej nie osłodziła i nie dodała śmietanki.

W broszurze wyczytała, iż w klinice Park Avenue miały być dokonywane zabiegi aborcyjne. Po moim trupie, pomyślała Emily. Miała przecież coś do powiedzenia w tej sprawie, Ian wiedział, że będzie przeciwna temu pomysłowi i dlatego trzymał go w tajemnicy. A to znaczyło, że ten nowiutki dom, który sprezentował jej poprzedniego wieczoru, był niczym innym, jak tylko łapówką mającą zapewnić mu życzliwość żony, gdy przedstawi jej sprawę kliniki.

W tej chwili zaczęła się zastanawiać, czy miała dziś pracować w klinikach? Nie mogła sobie tego przypomnieć. Najwyraźniej jednak nie miało to żadnego znaczenia, bo w przeciwnym razie ktoś już by do niej zadzwonił, by sprawdzić co się dzieje albo przynajmniej zapytać czy przyjdzie później.

– Czyżbyś planowała konfrontację, Emily? – spytał jej głos wewnętrzny. – I to w miejscu pracy Iana? Zastanów się nad tym jeszcze raz, Emily, upomniała samą siebie. W gruncie rzeczy nie masz nic do powiedzenia w kwestii sposobu prowadzenia klinik. Sama przecież odmówiłaś wejścia w skład zarządu korporacji. Zrezygnowałaś ze swoich praw i pierwsze co Ian zrobi, to właśnie o tym ci przypomni. A jego prawnik udzieli mu poparcia. Jesteś tylko pracownikiem, którego pensja zostaje w kasie firmy. Mąż wypłaca ci kieszonkowe i sam troszczy się o ciebie i dom. A obecnie chcąc zapewnić ci wszystko, czego w życiu pragniesz, zaczął już realizować twoje marzenia z listy, którą mu dałaś.

Kiedy tak do siebie mówiła, kubek z bratkiem wypadł jej z rąk i roztrzaskał się na terakotowej podłodze. Jednego już nie ma, czyli zostało jeszcze pięć, pomyślała Emily obrzucając wzrokiem kolorowe kubki wiszące na wieszaczku tak oryginalnym, że trudno go było opisać. Wyciągnęła rękę i jednym zamachem zrzuciła na podłogę stojak z kubkami rozbijając je. Cóż, teraz czekało ją posprzątanie tego bałaganu, a nawet ze swego miejsca przy stole widziała, że na nowej terakocie porobiły się rysy. Co za idiotyczna podłoga, osądziła. Terakotę kładzie się zwykle na zewnątrz, na przykład na tarasie albo na ganku.

A może to właśnie ją tak dręczyło. Ta dzika gorączka, jaka ogarnęła Iana, żeby dawać jej różne rzeczy bez pytania o upodobania. Bo dlaczego niby nie wolno jej było urządzić własnego domu? Czy naprawdę miała aż tak straszny gust? Wprawdzie obecny wystrój był ładny, ale niezupełnie po jej myśli, a na tyle na ile się orientowała, gustom Iana także nie najlepiej odpowiadał. Prawdopodobnie była to robota jakiejś cholernej dwudziestopięciolatki, z którą Ian flirtował. – Wypłacz się, Emily – powiedziała sobie. Zawsze to robisz, kiedy coś się nie układa. Zamiast się postawić i powiedzieć, co myślisz, ty ryczysz i poddajesz się. Zupełnie jak wtedy, gdy wyprasowałaś tych czterdzieści koszul. Potem wystarczy, że Ian się do ciebie uśmiechnie, a ty gotowa jesteś całować ślady jego stóp.

Tak rozmyślając, Emily weszła do salonu. Chciała wziąć prysznic i przebrać się. Później zamierzała pójść do kliniki i pomówić z Ianem.

Gdy wyszła spod strumienia wody, sięgnęła po jeden z tych ogromnych ręczników, żeby się wytrzeć. Niestety, nowa i jak dotąd nie prana tkanina, nie wchłaniała wody. Emily chwyciła więc swoją bawełnianą koszulkę, wywróciła ją na lewą stronę i wytarła całe ciało. Naga przeszła do żółtej sypialni i zaczęła grzebać w swoich rzeczach. Nie była pewna, jak powinna się ubrać idąc do kliniki Park Avenue.

Ta właśnie klinika, oddalona zaledwie o dwa budynki od Maple Avenue, zajmowała cały czteropiętrowy blok. Była ogromna, większa niż trzy pozostałe. A i lokalizację miała znakomitą. Ale czynsz musiał być wysoki. Emily zeszła po dziewięciu schodach do sutereny, której okna znajdowały się tuż nad ulicą. Robotnicy nie zwracali na nią żadnej uwagi. Wydawało jej się, że dwóch z nich rozpoznała, bo pracowali przy urządzaniu kliniki Watchung. Skinęli jej na powitanie.

Emily uznała, że powierzchnia całego budynku wynosi przynajmniej sześć tysięcy stóp kwadratowych. To oznaczało naprawdę wysoki czynsz. Zaglądała akurat do łazienki dla pacjentów, gdy zza ściany dosłyszała rozmowę dwóch robotników. Najwyraźniej coś ich rozbawiło, łatwo było to poznać po głosach, lecz słów nie potrafiła rozróżnić. Wyszła więc z łazienki i ostrożnie zbliżyła się do ściany. Teraz słyszała wszystko idealnie.

– Przecież nie kłamałbym ci w takiej sprawie, Walt. Doktor Thorn sam mi o tym mówił w zeszłym tygodniu. Cała ta część budynku ma być przeznaczona na bank spermy. Mówię ci, będzie na to specjalna procedura. Wyobraź sobie, za dziesięć dolców. Możesz zapytać Dwighta, on jest architektem. – Emily wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia, ale nie poruszyła się. – Doktor powiedział, że na bankach spermy można dużo zarobić. Płaci się przecież najpierw za oddanie spermy, a potem jeszcze za jej przechowywanie. W tej klinice nie będą przeprowadzać wyłącznie aborcji. Jakiś inny lekarz ma zajmować się wasektomią. Ale wiesz, czegoś takiego nigdy bym sobie nie zrobił. A ty, Walt?

– Kto wie, jak już nie będę chciał mieć więcej dzieciaków. Ten zabieg jest przecież odwracalny, jeśli okaże się, że jednak nie możesz się z tym pogodzić. Żona znalazła mi na ten temat artykuł. W każdym razie zastanowiłbym się nad tym. Jeden z facetów tam z góry powiedział, że doktor wspominał, iż zamierza wprowadzić zmiany w pozostałych klinikach i wszystkie będą takie jak ta. Chyba musi być z tego kupa forsy. Zdaje mi się, że doktor nie przerabiałby tych klinik, gdyby nie zarobił na tym milionów. Tak czy owak, moja żona uważa, że każdy powinien mieć wolny wybór, a twoja?

– Moja jest za ochroną życia. Gdyby przyszło nam głosować w tej sprawie, to chyba bylibyśmy przeciwko.

– No tak, pewnie tak. Ale wygląda na to, że Thornowie opowiadają się za wolnym wyborem.

Emily przez chwilę stała w miejscu oszołomiona, zanim otrząsnęła się na tyle, by opuścić teren prac.

Tak więc miały powstać banki spermy i kliniki aborcyjne. A te rodzinne lecznice, których istnienie uważała za jak najbardziej słuszne i w których pracowała, miały ulec likwidacji. I przyczyniła się do tego jej ciężka praca.

Czuła, że musi porozmawiać z Ianem i to natychmiast. Nie musiała się już przejmować tym, że szperając w biurku męża naruszyła jego prywatność. Mogła teraz zupełnie szczerze powiedzieć, że podsłuchała rozmowę robotników.

Wróciwszy do domu, Emily obdzwoniła wszystkie trzy kliniki, żeby zorientować się, gdzie szukać Iana.

– Proszę umówić mnie z mężem na lunch – poprosiła recepcjonistkę. – Niech pani powie doktorowi Thornowi, że muszę go widzieć w bardzo ważnej sprawie. Zrobiłam rezerwację stolika u „Jacquesa” na pierwszą. Tam się spotkamy.

Zmieniając codzienny strój na ubiór bardziej odpowiedni na uroczysty lunch w restauracji, Emily czuła, że ogarniają ją mdłości. Włożyła prostą luźną sukienkę w kolorze malinowym, a do tego różnokolorowy pasek, z którym harmonizowała sztuczna biżuteria jeszcze z czasów młodości. Gdy wsunęła stopy w szpilki, których nie nosiła już od ponad roku, poczuła się naprawdę elegancka. Na ułamek sekundy przyszło jej nawet na myśl, żeby pokropić się perfumami, które dostała niegdyś od Iana. Uznała jednak, że mąż odebrałby to jako gotowość do uległości wobec niego, jak zwykle zresztą, więc odstawiła flakonik na toaletkę. Nie zamierzała już więcej korzystać z tego pokoju. Nigdy, przenigdy. Wiedziała, że po lunchu, na który się właśnie wybierała, być może będzie musiała spakować swoje rzeczy i wyprowadzić się. W myślach była niezwykle odważna. Ale serce i przekonania podpowiadały jej, że jedynie jakiś dopust boski mógłby oddzielić ją od męża. Ian był sensem życia, uzasadnieniem jej istnienia.

Gdy tuż przed pierwszą Emily przekroczyła próg restauracji, poczuła przypływ optymizmu. Zatrzymała się na chwilę przy różnobarwnych poinsecjach zdobiących hol, żeby nasycić się ich zapachem. Doniczki z kwiatami ustawione były na kontuarze i na prowadzących w górę schodach, aż do baru. W głównej sali widać je było na parapetach małych okienek, tuż obok porcelanowych lalek ubranych w czerwone sukienki. Całe wnętrze wyglądało wesoło i kolorowo i przywodziło na myśl zbliżające się święta. Emily usiadła wygodnie i czekając na męża, zamówiła kieliszek białego wina. Ian spóźnił się piętnaście minut, lecz gdy podszedł do żony miał na twarzy szeroki uśmiech.

– Poproszę szkocką z lodem – zwrócił się do stojącego obok kelnera. – Emily, nigdy nie przestajesz mnie zadziwiać. Powiedz, czemu zawdzięczam tę przyjemność? To naprawdę ogromnie miłe z twojej strony – oznajmił zapalając papierosa. – Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek do tej pory zaprosiła mnie na lunch. Wspaniały pomysł. Oczywiście, ty płacisz, prawda?

W kaszmirowej, beżowej marynarce Ian prezentował się bardzo elegancko. Jego biała koszula była tak idealnie wyprasowana, że Emily czuła niemal, iż na szyi męża tworzy się od kołnierzyka czerwona obwódka.

– Prawda – potwierdziła spokojnym głosem.

– Chcesz powiedzieć, że przeznaczyłaś na ten cel swoje kieszonkowe? A może znów się zbuntowałaś?

Serce Emily waliło jak młotem.

– Pete dał mi dużą premię na pożegnanie. Zamierzałam wydać te pieniądze na urządzenie świąt Bożego Narodzenia.

– Należała ci się premia. Urobiłaś sobie ręce po łokcie dla tego faceta. W końcu jest ci coś winien. A ile ci dał?

– Pięćset dolarów.

– W takim razie chyba zamówię homara. – Ian otworzył dużą kartę w brązowej oprawie i udawał, że przegląda menu. – Wyspałaś się? Ja spałem jak nowo narodzone niemowlę. Kiedy za piętnaście czwarta zadzwonił telefon, po prostu wstałem, wziąłem prysznic, ubrałem się i wyszedłem. Czułem się naprawdę wypoczęty. Wiesz, bardzo jestem zadowolony, że mam własny pokój, a ty? Moja sypialnia urządzona jest po męsku, a twoja dokładnie tak, jak powinien wyglądać pokój kobiety. Myślę, że oddzielne pokoje to jeden z moich najlepszych pomysłów. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, Emily, z tego, ile małżeństw ma osobne sypialnie. Osobiście wydaje mi się, że między takimi parami lepiej się układa. Mam nadzieję, że ten homar okaże się równie smaczny jak wczoraj hot dogi. Ten wieczór był cudowny, prawda?

– Hot dogi były bardzo dobre. A co do własnych pokoi, Ianie, to nie mam ochoty spać sama. Co to niby za małżeństwo, jeśli śpi się oddzielnie? Mamy przecież tworzyć parę. A skoro teraz ja mam nie pracować, a ciebie nie będzie w domu przez cały dzień i większość wieczoru, to kiedy mam się z tobą widywać? Poza tym nie podoba mi się ten żółty pokój. Dzisiejszą noc spędziłam na sofie.

Emily opuściła ręce pod stolik, a potem wsunęła dłonie między kolana w nadziei, że przestaną się trząść. Zastanawiała się, czy mimo to Ian domyśla się, że jej drżą ręce. On potrafił wszystko wyczuć.

– Ależ, Emily, przecież chodzi wyłącznie o to, żeby się wyspać. Obydwoje musimy wypocząć w nocy. Przejrzałaś się w lustrze przed wyjściem z domu? Wyglądasz na skonaną. I to właśnie przez spanie na sofie. No, a przypatrz się mnie. Przypominam młodego lwa, a to dzięki temu, że po raz pierwszy w życiu należycie się wyspałem. Czy naprawdę nie obchodzi cię, nic a nic, jak ja się czuję? Muszę przecież być w pełni sił, żeby zajmować się pacjentami. Znów zachowujesz się jak samolub. Jeśli martwisz się, że nie będziemy uprawiać seksu, możesz wybić to sobie z głowy. Zwyczajnie zapukam do twoich drzwi albo ty do moich. Możemy też ułożyć harmonogram i zaplanować wizyty. Tak, musisz chyba przyznać, że to diabelnie dobry pomysł.

Diabelnie dobry. Czyżby Ian uważał ją za idiotkę? Najwyraźniej tak.

– Dlaczego wcześniej nie omówiłeś tego ze mną? Przecież zawsze pytasz mnie o zdanie. A przynajmniej do tej pory tak było. Naprawdę, nie poznaję naszego małżeństwa, Ianie.

Głos zadrżał jej trochę i wiedziała, że Ian to zauważył. A niech to cholera.

– I miałem zepsuć całą niespodziankę? Myślałem, że zrobię ci przyjemność – w końcu dotrzymałem danej ci obietnicy. Gdybym porozmawiał z tobą w sprawie pokojów, odkryłbym tajemnicę. A poza tym, moja kochana Emily, trudno nie zauważyć, nawet jeśli ty udajesz przed sobą, że tego nie widzisz, iż masz jakieś piętnaście kilo nadwagi. To da się wyczuć, i to aż za bardzo, kiedy tak się wiercisz na łóżku. Powtarzam ci, Emily, że potrzebujemy odpoczynku. Dlaczego tak ciężko jest dojść z tobą do porozumienia? Sądziłem, że mamy miło spędzić czas jedząc lunch. A ty ciągle swoje.

– Odsuwamy się od siebie, Ianie. Widzę to i czuję.

– No to jesteś jasnowidzem. Skończ z tym wreszcie, Emily. To dlatego, że nie czujesz się bezpieczna. Ni stąd, ni zowąd zyskałaś dużo wolnego czasu i obleciał cię strach. W pewnym sensie to zrozumiałe, ale na miłość boską, czego ty jeszcze ode mnie oczekujesz? Inne kobiety gotowe byłyby zabić, żeby mieć taki dom. I tyle czasu dla siebie. Albo, żeby mogły jeść kolację w eleganckiej restauracji, spokojne, że mąż zapłaci. Wszystkie by tego chciały, tylko nie ty, bo jedyne czego ty pragniesz, to móc sobie pojęczeć, potem ponarzekać i znowu pojęczeć. Musisz wreszcie dorosnąć i zobaczyć świat taki, jaki on jest naprawdę. Jeśli nie podoba ci się żółta sypialnia, to urządź ją po swojemu. I to także stoi ci kością w gardle, prawda? Jesteś wściekła, że wystrojem domu zajął się profesjonalista. Gdybym zostawił tę sprawę tobie, mieszkalibyśmy teraz w przeładowanym ozdobami, przesłodzonym wnętrzu w stylu wczesnoamerykańskim. Nienawidzę tego.

Dwa tematy już poruszyłam, został jeszcze jeden, pomyślała Emily. Zaczerpnęła głęboki oddech i skinęła na kelnera, by przyniósł jej drugi kieliszek wina.

– Dowiedziałam się prawdy o klinice na Park Avenue. Powinieneś był porozmawiać ze mną, Ianie, zanim wszystko ustaliłeś. Czuję się zdradzona. Nie jestem pewna, czy potrafię ci wybaczyć, to co zrobiłeś. Pojechałam tam dziś rano, żeby zobaczyć jak postępują prace i przypadkowo słyszałam rozmowę robotników. Dlaczego nie powiedziałeś mi, jakie masz plany? Ian pochylił się nad stolikiem i przymrużył oczy.

– Czy ja aby na pewno dobrze cię rozumiem, Emily? Czujesz się nieszczęśliwa, ponieważ podjąłem pewne decyzje bez skonsultowania ich z tobą. Jednakże odchodząc z pracy postanowiłaś, że nie chcesz mieć żadnych udziałów w firmie. Sama zrzekłaś się tych praw wysłuchawszy porady swojego prawnika, na co nalegałem i ja, i adwokat firmy, i za którego poradę zapłaciłem. Odrzuciłaś wszelkie prawa, jakie mogłyby ci przysługiwać. Przyznałem ci więc pokaźną emeryturę. O co więc, u diabła, ci chodzi?

Emily rozchyliła zaciśnięte wargi.

– Chodzi, u diabła, o to, że przekształcasz lecznice rodzinne w kliniki aborcyjne. I banki spermy! Mój Boże, ja cię proszę o własne dziecko, a ty szykujesz się do usuwania ciąż. Tak bardzo pragnę dziecka, że mogłabym… Mówiłeś, że będziemy rodziną. Chcę zajść w ciążę, zanim będę na to za stara. Sam uważasz, że niedobrze jest rodzić w zaawansowanym wieku.

– Popraw mnie, jeśli się mylę, Emily, ale czyż nie twierdziłaś, i to wielokrotnie, wobec mnie oraz mnóstwa innych osób, że jesteś zwolenniczką wolnego wyboru? Fakt, zawsze podkreślałaś, że sama nie zdecydowałabyś się na przerwanie ciąży, ale dawałaś to prawo innym. Nie możesz mówić jednego, a robić drugiego.

– A dlaczegóż by nie? Czy nie do tego właśnie sprowadza się wybór? Sama nie byłabym zdolna do usunięcia ciąży, lecz wiem, że nie mam prawa postanawiać w tej kwestii za innych. Nie stawiaj mnie w sytuacji, w której muszę się bronić, Ianie. W końcu to ty zrobiłeś coś, czego umawialiśmy się nie robić. Uzgodniliśmy, że każdą sprawę wspólnie przedyskutujemy, bo stanowimy zespół, a w zespole pracuje się razem. Mam wrażenie, że usiłujesz dać mi w tej chwili do zrozumienia, że nie stanowimy już zespołu i to nie tylko w interesach. Wraz z wprowadzeniem się do swojej własnej sypialni, mnie wyłączyłeś ze wszystkiego. Wyznaczyłeś roi pensję i cześć. Ile będę dostawać miesięcznie, Ianie?

– Czy o to właśnie ci chodzi? Chcesz, żebym dał ci czek?

– Tak, między innymi. Nigdy dotąd nie dostałam żadnej wypłaty, chociaż figurowałam na liście płac. Należą mi się jakieś pieniądze. I chcę, żebyś zobowiązał się do tego na piśmie.

– Ile chcesz, Emily?

– Dwa tysiące dolarów miesięcznie.

– Dobrze. Załatwię to. Przecież wystarczyło powiedzieć, że ci na tym zależy. Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że źródłem tych pieniędzy jest dochód z działalności klinik.

– Co takiego? – Nagle Emily poczuła się strasznie głupio i miała ochotę schować się pod stół. Nigdy jeszcze nie widziała, żeby Ian patrzył na nią z takim politowaniem. Wiedziała, że teraz nie może ustąpić, bo mogłoby ją to kosztować kolejny głupi błąd, taki jak wtedy, gdy zrzekła się swoich praw do klinik. Była tak sfrustrowana, że łzy stanęły jej w oczach. Przegrała wszystkie trzy sprawy. W jednej chwili straciła wszelkie nadzieje, a jej wyprostowane dotąd plecy zgarbiły się. – Dlaczego po prostu się nie rozwiedziemy, żeby mieć to wszystko z głowy?

– Chcesz tego, Emily? A jaki byłby powód naszego rozwodu?

O Boże, nie, wcale tego nie chcę, pomyślała.

– Powód? – powtórzyła.

– Tak, jaki powód. Jeśli chcesz złożyć pozew o rozwód, musisz go jakoś uzasadnić. Czy masz zamiar powiedzieć, że byłem dla ciebie dobry? Że robię co mogę, żeby ulżyć ci w życiu? Przyznasz, że jestem wobec ciebie hojny i życzliwy i właśnie podarowałem ci na gwiazdkę wspaniały dom. Jakie zamierzasz postawić mi zarzuty? A, już wiem, chodzi ci o te osobne sypialnie. No cóż, gdy tylko sędzia dowie się, że muszę być do dyspozycji pacjentów dwadzieścia cztery godziny na dobę i potrzebuję dobrze się wyspać, to jak ci się zdaje, co powie? Ty nigdy nie myślisz, Emily. Powiem ci, co o tym sądzę. Nie uważam, żebyśmy musieli się rozwodzić. W każdym razie jeszcze nie teraz. Powinniśmy mieszkać pod jednym dachem. Ty będziesz żyła swoim życiem, a ja swoim. A jeśli za rok wciąż będziesz chciała rozwodu, to ci go dam.

Emily zakręciło się w głowie. Upiła spory łyk wina.

– Ale to znaczy, że nie będziemy mieć dziecka.

– Dokładnie. Jeśli ci się wydaje, że zdecyduję się na dziecko przy twoim nastawieniu do życia, to grubo się mylisz. Spodziewasz się, że wzbudzasz we mnie namiętność? Możesz sobie to wybić z głowy, Emily. A wiesz, że mam w portfelu dwa bilety na Kajmany? Popatrz – powiedział kładąc bilety na środku stołu. Po chwili położył na nich broszurkę i dodał: – A to reklamówka luksusowego hotelu z widokiem na ocean. Miała to być następna niespodzianka. Planowałem, że wyjedziemy rano w pierwszy dzień świąt. Wiem, jak bardzo lubisz Wigilię, więc pomyślałem, że wieczorem zjemy uroczystą kolację, a rano wyruszymy w podróż. Wynająłem nawet limuzynę, żeby zawiozła nas na lotnisko. Chciałem ci w ten sposób wynagrodzić tamten niedoszły wyjazd. A teraz przyjrzyj się – oznajmił Ian biorąc do ręki bilet, na którym widniało nazwisko Emily. – Obserwuj mnie uważnie. – Powiedziawszy to, przedarł bilet na dwie części i położył go na talerzyku żony. – Wesołych świąt, Emily – dodał i wyszedł z restauracji.

Przy stoliku zjawił się kelner.

– Czy doktor Thorn jeszcze wróci, czy został wezwany do chorego? – zapytał. – Chciałaby pani zabrać zamówione przez niego danie do domu, czy też mam odwołać zamówienie?

– Proszę odwołać; doktor rzeczywiście musiał iść do szpitala. Gdyby nie fakt, że nogi zupełnie odmówiły jej posłuszeństwa, Emily także by wyszła. Postanowiła więc zostać i zjeść lunch, chociaż wiedziała, że stanie jej kością w gardle. Siedziała przy stoliku, dopóki większość stałych bywalców nie opuściła restauracji, bo nie chciała, by patrzyli na nią jak na idiotkę, którą w rzeczy samej była.

Wybuchnęła płaczem, dopiero gdy doszła do domu. Kiedy się wypłakała, weszła po schodach na piętro i do pokoju Iana. Zauważyła, że zniknęła jego walizka, a wraz z nią spora ilość ubrań oraz przybory toaletowe. Najwyraźniej więc Ian nie zamierzał wrócić do domu wcześniej, jak po powrocie z wakacji. Emily ściągnęła z łóżka kapę i wtuliła twarz w poduszkę męża. Zapragnęła zasnąć i spać tak długo, aż będzie siwą staruszką i sypianie z mężem nie będzie jej już interesowało.

Zeszła do kuchni i przejrzała zawartość lodówki i spiżarni. Uznała, że musi uzupełnić zapasy, aby starczyło jej żywności na cały następny tydzień albo do powrotu Iana z wakacji. Sporządziła więc listę zakupów umieszczając na niej tylko produkty najlepszej jakości. Następnie zadzwoniła do Plainfield Market i złożyła zamówienie polecając doręczyć sprawunki najpóźniej do szóstej, a rachunek wystawić na klinikę Terrill Road.

Potem Emily spędziła kilka godzin na wpatrywaniu się w choinkę. Zastanawiała się czy ją ubrać, czy też nie. W końcu o ósmej wieczorem, kiedy zdążyła już pochować przyniesione ze sklepu produkty, a także zjeść kanapkę i wziąć prysznic, podeszła do drzewka i przeciągnęła je z salonu do holu. Następnie otworzyła drzwi i mocno wypchnęła choinkę na zewnątrz. Słyszała, jak jodełka spada ze schodków, a ciężki metalowy stojak uderza przy tym w ceglane stopnie najprawdopodobniej je wyszczerbiając. Nic ją to jednak nie obchodziło. Na podłodze pełno było jodłowych igiełek, ale tym także nie zawracała sobie głowy.

Następnym posunięciem Emily było rozpalenie ognia na kominku. Włączyła też telewizor, otworzyła butelkę wina, odszukała paczkę papierosów Iana i usadowiła się wygodnie na resztę wieczoru. Skończył się on tym, że upiła się do nieprzytomności, a cały rytuał powtarzała potem każdego dnia aż do drugiego stycznia. I tak zaczął się Nowy Rok.

Emily budziła się z tak silnym kacem, że zasypiała z powrotem i wstawała z łóżka dopiero w południe, po czym układała plan na resztę dnia nie uwzględniając w tych planach Iana. Wciąż nie spała w żółtym pokoju i nie miała najmniejszego zamiaru w nim zamieszkać. Obudziła się w niej jakaś przekora, za sprawą której zniosła wszystkie swoje rzeczy na dół do sutereny. Mieścił się tu całkowicie urządzony pokój z dywanem i obitymi boazerią ścianami, a nawet łazienką i małą letnią kuchnią, która choć nieco przestarzała, wciąż nadawała się do użytku. Przeciwległą część sutereny zajmowało pomieszczenie, które Emily nazywała swoim ogródkiem. W sumie Emily uznała, że może prowadzić w suterenie całkiem wygodne życie, dopóki nie zdobędzie się na odwagę, żeby zrobić coś ze swoim małżeństwem. Wiedziała, że postępuje bardzo głupio, lecz jakoś nie była w stanie temu zaradzić. Zdawała sobie też sprawę z tego, że potrzebuje fachowej pomocy lekarskiej. Postanowiła odszukać swoje ubezpieczenie medyczne i sprawdzić, czy obejmuje ono także leczenie psychiatryczne.

Dwudziestego piątego stycznia Emily zapisała się na zajęcia w Middlesex County College. Umówiła się też na serię dwunastu wizyt u psychiatry o nazwisku Ołiver Mendenares. Spotkała się również z prawnikiem w kwestii kliniki na Park Avenue, lecz rozmowa ta wprawiła ją tylko w złość. I to w złość na samą siebie. Była kompletną idiotką, bo sama zrzekła się wszelkich praw do decydowania w kwestii klinik. Teraz mogła jedynie poszukać sobie pracy, albo zostać zależną od Iana. W każdym razie postanowiła już, że gdy mąż wręczy jej czek na dwa tysiące dolarów, nie przyjmie go.

– Trzeba ponosić konsekwencje własnej głupoty – mruczała sobie pod nosem.

* * *

Po powrocie Iana z wakacji absolutnie nic się nie zmieniło. Pracował tak jak codziennie do tej pory, a z żoną rozmawiał jak z kimś, kogo dopiero co poznał. Ani razu nie zapytał, jak jej się wiodło, gdzie sypiała i co robiła z wolnym czasem. Do domu przychodził tylko po to, żeby się przespać, wziąć prysznic i zmienić ubranie. Stos brudnych białych koszul powiększał się z każdym dniem.

Nadeszła wiosna, a z nią jasne słoneczne dni. W domu pojawiła się nowa gosposia, Edna, a przed domem czerwona limuzyna marki Mercedes. Tydzień później dostarczono porsche. Obydwa samochody ozdobione były ogromnymi srebrzystymi kokardami zawiązanymi na dachu, a za wycieraczkę każdego zatknięta była karteczka z napisem: „Dla Emily, zgodnie z obietnicą, od kochającego Iana.”

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła Emily, gdy Edna zjawiła się w domu, było pokazanie jej, jak należy prasować koszule Iana. Cztery godziny później Edna odeszła. Potem przyszła kolej na drugą, trzecią i czwartą gosposię, ale każda rezygnowała z pracy, gdy tylko dowiadywała się, co robić z zawartością kosza na brudną bieliznę.

Kiedy ostatnia z nich odeszła po dwóch dniach pracy, co stanowiło rekord wytrzymałości, Ian przyszedł do domu z szerokim uśmiechem na ustach i trzema pudełeczkami od jubilera. Wspaniałomyślnie sam przygotował kolację na grillu, po czym wręczył żonie pakunki owinięte w kolorowy papier. Uśmiechnął się przy tym dobrotliwie.

– Są śliczne – przyznała Emily ostrożnie. – Czy na pewno bezpiecznie jest trzymać je w domu?

– Są ubezpieczone. Podobają ci się? Myślę, że masz tu wszystko, co umieściłaś na swojej liście. Oczko pierścionka to dwukaratowy diament, a obok są jeszcze mniejsze kamyczki – w sumie też dwa karaty. Te dwie bransoletki warte są dwadzieścia tysięcy, przynajmniej tak powiedział wyceniający je jubiler. Każda para kolczyków to kolejne dwa karaty. No i pięć sznurów pereł – każdy innej długości. Czy takie właśnie chciałaś? – zapytał niespokojnie.

– Są prześliczne – odparła Emily.

– Wpłaciłem na twoje konto trzydzieści tysięcy dolarów, żebyś mogła zrealizować swoje trzy podróże wakacyjne. Wydaje mi się, że za dziesięć tysięcy można sobie zafundować całkiem przyzwoity wypoczynek, nie sądzisz? W każdym razie w biurze podróży powiedzieli mi, że to aż za dużo. Zająłem się już kupnem domku na plaży i łódki. Chyba o niczym nie zapomniałem, Emily?

– Chyba nie – odrzekła z ponurą miną i zacisnęła usta.

– Emily, czy ty robisz ze mnie głupka? – spytał wesoło Ian. – W salonie leżą twoje futra. Powinnaś przecież trzymać je w jakimś sejfie. W Metuchen jest miejsce, które nazywa się Oscar Lowrey. Możesz oddać je tam na przechowanie, ale jeśli wolisz skorzystać z usług innej firmy, to nie widzę problemu. Co o tym sądzisz?

A cóż miała o tym sądzić? Doktor Mendenares powiedział, choć użył innych słów, że Ian ma niedobrze w głowie, ale właściwie dał jej też do zrozumienia, że i w jej głowie nie dzieje się najlepiej.

– Zastanowię się nad tym – odrzekła.

– I nie powiesz mi nawet „dziękuję”? Znam cię, Emily, myślałaś, że nie wywiążę się z naszej umowy. Teraz widzisz, że powinnaś była mi zaufać. Mnie zawsze wszystko się udaje. Dlaczego twoim zdaniem nie udaje nam się utrzymać żadnej gosposi?

– Przez twoje białe koszule, Ianie. Nikt nie chce ich prasować. Łącznie ze mną.

– Czy chcesz mi tak po prostu powiedzieć, że pomimo tego co ci ofiarowałem, nie będziesz prasowała moich koszul?

– Właśnie taki mam zamiar. I jeśli w związku z tym chcesz zabrać te śliczne prezenty, to nie krępuj się. Kolacja była… nieważne. Muszę się pouczyć.’

Powiedziawszy to wyszła z pokoju i przez kuchnię zeszła do sutereny. Tylko tutaj, w swojej podziemnej jaskini, czuła się naprawdę bezpieczna, spokojna i miała stosunkowo dobre samopoczucie. Biżuterię zostawiła na żelaznym stoliku, a do futer nawet nie zajrzała. Naczynia po kolacji wciąż tkwiły brudne w zlewie czekając na Iana. W końcu zawsze przestrzegali zasady: kto gotuje, ten zmywa.

Uznała, że Mendenaresowi prawdopodobnie spodoba się jej dzisiejsze zachowanie, zakładając oczywiście, że jeszcze do niego pójdzie. Chociaż nie, właściwie mógłby tego nie pochwalić. Powiedział jej przecież, że powinna bronić własnego zdania i wziąć życie w swoje ręce, a nie być tylko posługaczką. Właśnie kiedy to od niego usłyszała, przestała chodzić na spotkania. Zaczynając leczenie postanowiła, że zaliczy całą serię spotkań, a jeśli po trzech miesiącach nie dostrzeże żadnej poprawy, to będzie znaczyło, że potrzebna jej bardziej intensywna opieka medyczna niż czterdziestopięciominutowa sesja raz na tydzień. Przypomniała sobie, jakim pełnym politowania spojrzeniem obdarzył ją Mendenares, gdy oznajmiła, że więcej się u niego nie pojawi.

– Sama muszę to wszystko poukładać – oświadczyła wówczas. – Wciąż kocham Iana. I pewnie zawsze będę go kochała. Jeśli w tym właśnie tkwi moja słabość, to muszę nad tym popracować. Chcę spróbować ocalić moje małżeństwo.

Nic jednak w tym kierunku nie zrobiła. Wróciwszy do domu, zamknęła się w swojej suterenie i siedziała tam razem z roślinkami, książkami i wspomnieniami. No i ta dzisiejsza dziwaczna kolacja i ceremonia wręczania prezentów. Co to miało znaczyć? Cokolwiek Ian robił, było podejrzane. Dał jej wszystko, co obiecał, każdą rzecz, o którą poprosiła. Kiedy przed domem zjawiły się samochody, Emily nie była w stanie wykrzesać z siebie choćby cienia entuzjazmu. Futra będą pewnie leżały w pudłach, dopóki Ian nie powiesi ich w szafie. Mendenares mówił, że powinna zmuszać się do postrzegania rzeczy takimi, jakie one są i być szczerą wobec samej siebie. Naprawdę starała się tak postępować, Ian nie był wcale uprzejmy i hojny. W głębi ducha Emily uważała, że mąż zwyczajnie ją spłaca i gdy tylko uzna, że zwrócił dług, odejdzie od niej.

Ni stąd, ni zowąd poczuła zapach jego płynu po goleniu, a zaraz potem dostrzegła, że Ian stoi obok. Z tego co wiedziała Ian dopiero teraz zauważył, że ona mieszka w suterenie i po raz pierwszy tu przyszedł. Emily podniosła wzrok znad zawalonego książkami stolika, przy którym siedziała, Ian był wściekły, lecz starał się panować nad sobą.

– Emily, sądzę, że musimy porozmawiać. – Rozejrzał się wokół niepewnie. – Chodźmy na górę; tam będzie nam wygodniej.

Czegoś jednak nauczyła się od Mendenaresa. Pamiętała, że nie wolno jej dopuścić do tego, by mąż zdobył nad nią przewagę, bo wtedy ona sama da się ponieść emocjom.

– Mnie jest tu wygodnie – powiedziała. – A na wypadek, gdybyś tego jeszcze nie zauważył, wiedz, że tu właśnie mieszkam.

– Nie jestem ślepy, Emily. Skoro koniecznie chcesz postępować jak idiotka i mieszkać w piwnicy, to wolna wola. Podobnie głupio zachowałaś się wtedy, gdy zrzekłaś się praw do zarządzania firmą. A to jest wspaniały dom i bardzo wygodny. Ale jeśli chcesz żyć jak kret, to proszę bardzo.

– Taki dokładnie mam zamiar. A o czym będziemy rozmawiać? Jeśli chcesz naprawdę ze mną pomówić, to zacznijmy od tamtego incydentu w restauracji, kiedy wyszedłeś zostawiając mnie samą, a potem podyskutujemy na temat prowadzenia klinik. Moim zdaniem, nie jesteśmy prawdziwym małżeństwem. Gdybyśmy nim byli, nie odszedłbyś wtedy od stolika i nie pojechał sam na Kajmany. Rzadko kiedy byłeś aż tak okrutny, a zdarzało ci się to dosyć często. Powstałaby długa lista, gdybym ją sporządziła. Faktem jest, że pozwalam ci tak mnie traktować, więc ja również jestem winna. Zresztą wiesz o tym. Zasypujesz mnie prezentami po to, żebyś miał uczucie, iż jesteś w porządku wobec mnie. Kiedy pisałam tę idiotyczną listę, myślałam że to zabawa, potraktowałam to jako żart. Ianie, nie zależy mi na posiadaniu przedmiotów. Ja chcę mieć męża i rodzinę. Tego właśnie oczekiwałam wychodząc za ciebie i ty twierdziłeś, że także tego chcesz. Zdaję sobie sprawę, że jako lekarz musisz być w pracy w świątek i piątek, ale gdybym była kimś ważnym w twoim życiu, znalazłbyś czas, żeby chociaż zadzwonić do mnie raz na dzień, zjeść ze mną kolację, czy przynieść kwiatek od czasu do czasu, postarałbyś się dać mi odczuć, że ci na mnie zależy. A ty niczego takiego nie robisz.

– Czy chcesz mi wmówić, że kupiłem ten dom po to, żeby sobie poprawić samopoczucie?

Emily wpatrywała się w męża zadowolona, że serce bije jej normalnym rytmem, a Ianowi drży powieka, co znaczyło, że jest wytrącony z równowagi.

– A pewnie! Wybrałeś dla siebie największy, najlepszy pokój. Nie życzysz sobie, żebym mieszkała w nim z tobą, ale byłeś na tyle wspaniałomyślny, by ulokować mnie w innym po drugiej stronie korytarza. Kiedy ostatnio spaliśmy ze sobą, Ianie, kiedy się kochaliśmy? Ja pamiętam dokładnie ten dzień, nawet godzinę mogę ci podać i powiedzieć, co robiliśmy przedtem i potem. Kobiety nie zapominają takich rzeczy. Żółty pokój mi się nie podoba i wstręt mnie ogarnia na samą myśl, że mogłeś sądzić, iż będzie inaczej. Jeśli pominiemy na chwilę fakt, że dom ten był niespodzianką, to czym jeszcze miał być, Ianie? Wolałabym, żeby to nie była niespodzianka; chciałabym móc samodzielnie urządzić całe wnętrze. Skąd niby wiesz, że nie potrafiłabym sobie z tym poradzić? Szczerze mówiąc, ty mnie w ogóle nie znasz i to jest cholernie smutne. Złamałeś mi serce, Ianie. Naprawdę. I nie potrafię ci tego wybaczyć. I wciąż jestem na ciebie wściekła za to, co zrobiłeś z klinikami.

– Te kliniki przyniosły sto czterdzieści tysięcy dolarów zysku netto i to tylko w zeszłym miesiącu – odparł Ian zimnym głosem.

– Ile dzieci zabiłeś za te pieniądze, Ianie? Iłu facetów spuściło się do butelek, które ustawiłeś potem w lodówce? No, podaj mi konkretne liczby.

– Nie odgrywaj przede mną szlachetnej, Emily. Kobiety mają prawo decydować za siebie. Zawsze tak uważałem. Chryste Panie, przecież ty nawet nie chodzisz do kościoła, więc nie praw mi kazań. Poza tym sama twierdzisz, że kobieta może samodzielnie dokonać wyboru.

– Gdybyś rzeczywiście w to wierzył, wyczułabym to i pogodziła się z faktami, ale tobie nie chodzi o wolność wyboru. Znam cię lepiej niż ty sam. Prowadzisz kliniki aborcyjne wyłącznie dla pieniędzy i nie przekonasz mnie, że jest inaczej. Najpierw zabijasz dzieci dla zarobku, a potem kupujesz mi prezenty, żeby przytłumić głos sumienia.

– To nieprawda – wrzasnął Ian.

Ale to była prawda; Emily poznała to po wyrazie jego twarzy, wyczytała w oczach. Nie czuła w tej chwili żadnej satysfakcji, a jedynie głęboki smutek. Nagle zapragnęła mu ulżyć, scałować to spojrzenie. Wciąż jeszcze pozostawała pod jego wpływem.

– Zabierz sobie te wszystkie kosztowne prezenty i przynieś mi z ogrodu tulipana albo mlecz, czy chociażby zwykły chwast. Nieważne co, jeśli dasz mi to ze szczerego serca. Wiesz, że mlecz jest zielem?

– Nie zamierzam odbierać ci prezentów. Obiecałem, że je dostaniesz, a świadomie nigdy nie łamię raz danych obietnic. A co do tulipanów, to są zbyt ładne, żeby je zrywać i sądzę, że sama o tym wiesz. Mleczów natomiast nie dostrzegłem w ogóle na naszym trawniku, kiedy wracałem do domu. A jeśli chodzi o chwasty, to po cóż, u diabła, miałbym ci je dawać? Odpowiadając na ostatnie twoje pytanie muszę stwierdzić, że nie wiedziałem, iż mlecze należą do ziół. Prawdopodobnie nie było mnie na lekcji, kiedy o nich mówiono.

– O czym chciałeś ze mną porozmawiać? – spytała Emily postukując ołówkiem w stolik.

– O nas – odparł, po czym podszedł do niej i wziął jej rękę w swoje dłonie. – Chciałbym, żebyś wprowadziła się do mojego pokoju. Kupię wielkie podwójne łóżko, bo obydwoje wiercimy się w czasie snu. Musimy zacząć starać się o dziecko. Jeśli złamałem ci serce, to bardzo cię przepraszam. Nie miałem takiego zamiaru. Ale jestem lekarzem, więc może mógłbym jakoś temu zaradzić, nie sądzisz? Dasz mi szansę? Czy wciąż jeszcze mnie kochasz?

Emily miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Pierwszy raz zdarzyło się, że Ian ją za coś przeprosił. Może tym razem mówił szczerze. Emily chciała w to wierzyć, potrzebowała tej wiary.

– Chcę spróbować, Ianie. Kocham cię. Chyba zawsze będę cię kochała. A ty, kochasz mnie?

– Oczywiście. Jak możesz w to wątpić?

– Bo potrzebuję usłyszeć to od czasu do czasu, Ianie. A skoro mnie kochasz, to jak mogłeś tak po prostu odejść wtedy od stolika zostawiając mnie samą? I jak mogłeś wyjechać beze mnie?

– Sam tego nie rozumiem, Emily. Zachowałem się odruchowo, bezmyślnie i było mi bardzo smutno. Potem przez cały czas myślałem tylko o tobie i o tym, jak idą interesy. Nie mogłem się doczekać powrotu do domu, żeby cię przeprosić, ale kiedy przyjechałem, ty mnie odepchnęłaś. Nie wiedziałem, co mam zrobić, więc pozostałem bierny. Przyznaję, że postąpiłem źle. Co robiłaś, kiedy mnie nie było?

– Zalewałam się co wieczór w trupa.

– Naprawdę narozrabialiśmy, nie sądzisz? Emily pomyślała na moment o Mendenaresie.

– To ty narozrabiałeś, Ianie, nie ja.

– Przyznaję się do winy! – odparł Ian wesoło. – O Boże, cieszę się, że już to sobie wyjaśniliśmy. No, wstawaj, przeniesiemy twoje rzeczy na górę. Pomogę ci. A potem, o ile nie będziesz miała nic przeciw temu, weźmiemy razem długi, gorący prysznic i dołożymy wszelkich starań, żeby sprawić sobie dziecko.

Emily uśmiechnęła się. Mamy początek, pomyślała. W końcu zawsze trzeba od czegoś zacząć.

– Pozmywałeś naczynia? Znasz zasadę: kto gotuje, ten zmywa. Przypilnuję cię.

– Słusznie – odrzekł Ian i ruszył schodami do kuchni. Emily, poszła za nim i patrzyła jak wrzuca brudne naczynia, przyprawy i sztućce do kosza na śmieci.

– Zadanie wykonane! – oznajmił.

Emily nie potrafiła się powstrzymać od śmiechu.

Potem czterokrotnie schodzili do sutereny po rzeczy Emily, zanim wreszcie gotowi byli wejść pod prysznic. Kiedy Ian powiedział: – No to zabierzmy się do robienia tego dzieciaka; ma być podobny do ciebie albo do mnie, albo do nas obojga – Emily poczuła, że rana w jej sercu zaczyna się zabliźniać. Tak, gdy tylko przytuliła się do męża pod strumieniem płynącej z prysznica wody, zdecydowanie zaczęła zdrowieć.

7

W ciągu następnych kilku lat życie w domu przy Sleepy Hollow Road zaczęło toczyć się inaczej, choć codzienność Emily nie zmieniła się diametralnie. Dni miała wypełnione pracą, a wieczorami uczyła się i spędzała czas z Ianem w ramach wymyślonego przez niego „programu bycia razem”.

W przeddzień swych trzydziestych dziewiątych urodzin Emily uznała, że nie ma czegoś takiego jak niczym niezmącone szczęście w małżeństwie. Powiedziała sobie, że można czuć jedynie spełnienie, a nawet zadowolenie. I trzeba albo się z tą prawdą pogodzić, albo ją odrzucić, czyli mówiąc innymi słowy, można płynąć z prądem albo pod prąd. Takie właśnie określenie słyszała w telewizji i postanowiła, że woli popłynąć z prądem.

Po pewnym czasie pożegnała się także z nadzieją zajścia w ciążę. I nie mogła nawet obarczyć za to winą Iana. Starali się przecież bardzo usilnie, i na wesoło, i z zacięciem, i z domieszką zdenerwowania, ale nic z tego nie wyszło.

Tego ranka Emily wiedziała, że szykuje jej się zły dzień. Czuła to w kościach.

– O co chodzi, Emily?

– Kończę dzisiaj trzydzieści dziewięć lat. Powiedz, co zaplanowałeś na weekend, żeby uczcić to doniosłe wydarzenie w moim życiu?

– Pojedziemy do domku na plaży i wypłyniemy w morze. Kupiłem ci na urodziny łódź. Dopiero wczoraj dostarczono ją na miejsce.

Zanosiło się więc na całe dwa dni z Ianem, które w dodatku miały upłynąć na świętowaniu jej urodzin. Pomyślała, że może mimo wszystko ten dzień nie będzie taki zły.

– Właściwie powinniśmy byli zorganizować coś specjalnego w dniu twoich urodzin, Ianie. Dlaczego nie obchodziliśmy go uroczyście?

– Bo nie cierpię przypominać sobie, że się starzeję. Nie chcę nawet rozmawiać na ten temat. Boże, przecież w przyszłym roku skończę czterdziestkę. Połowę życia będę miał już za sobą. A jeśli chcesz znać moje zdanie, to wiedz, że nasze szanse dożycia osiemdziesięciu lat są bardzo niewielkie.

– Ja mam zamiar dożyć setki. No i co, doktorze Thorn?

– To musisz liczyć się z tym, że zostaniesz wdową. Ot co.

– Ianie, obiecaj mi, że nas nie dotknie ten kryzys, o którym piszą we wszystkich tych eleganckich czasopismach, ten, który przechodzą małżeństwa koło czterdziestki. Jeśli któreś z nas poczuje, że coś jest nie tak, porozmawiamy o tym, dobrze? Przysięgnij mi to. Mówię zupełnie serio, Ianie. Czytałam naprawdę okropne artykuły na ten temat. No jak, obiecujesz?

– Pewnie – odparł Ian zamykając walizkę. – Posłuchaj, Emily. Muszę ci coś wyznać. Nie jestem pewien, czy dam radę wypłynąć w morze na tej łodzi. Już na samą myśl żołądek podchodzi mi do gardła. Prawdę mówiąc wątpię czy kiedykolwiek się na to zdobędę.

Emily wybuchnęła śmiechem.

– To po co ją kupiłeś? – spytała.

– Bo umieściłaś ją na tej swojej cholernej liście – odrzekł z wściekłością w oczach.

– Wobec tego uważam, że powinieneś ją sprzedać. Może któregoś dnia wybierzemy się gdzieś statkiem. W zupełności mi to wystarczy.

Jakież to miłe, pomyślała Emily, że Ian sam przyznał się do błędu i ujawnił przed nią swój słaby punkt. To był najlepszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek dostała. I pomyśleć, że trzeba było czekać trzydzieści dziewięć lat, żeby poznać Iana od tej strony.

– No to chyba możemy już iść. O Boże, czuję się, jakby ktoś zdjął mi z ramion ogromny ciężar.

– Ianie, czy mogę powiedzieć coś, co jest dla mnie bardzo ważne?

– Jasne, strzelaj.

– Ja nigdy nie doświadczyłam tego uczucia, które ty teraz przeżywasz. Mam na myśli tę ulgę, wrażenie, że pozbyłeś się ciężaru, który dźwigałeś na barkach. Często chciałam powiedzieć ci, jak się czuję, wyrzucić to z siebie, ale bałam się, bo nie wiedziałam jak zareagujesz. I nie mówię teraz wcale o tych głupich błędach, które popełniałam. Ale nie ma sprawy, nie da się już cofnąć czasu; chciałam tylko, żebyś o tym wiedział. Życie jest zbyt krótkie, żeby rozpamiętywać w nim bolesne chwile, chociaż było ich bardzo wiele.

– O mój Boże, Emily. Nie wiem co powiedzieć.

– Nie musisz niczego mówić. Co się stało, to się nie odstanie. No chodź, czas już zacząć świętować moje urodziny. Chcę, żeby ten dzień był wspaniały.

– Już ja tego dopilnuję – odparł Ian uśmiechając się. Zanim jednak dojechali na miejsce…

Emily otworzyła oczy, a tym samym wróciła do rzeczywistości… i zobaczyła przed sobą list doręczony przez Federal Express.

– Dosyć mam już wspomnień. I dosyć mam ciebie, doktorze Ianie Thorn. Dość tego!

Emily zwlokła się z sofy i ruszyła do kuchni. Czuła potrzebę zjedzenia jeszcze kilku słodkich bułeczek czy w ogóle czegokolwiek, byle tylko ruszać buzią i jakoś stłumić ból. Po drodze do lodówki minęła drzwi do łazienki; były otwarte. I światło też wciąż się tam paliło. W ogromnym wiszącym na ścianie lustrze mignęła jej sylwetka jakiegoś koczkodana. Nie, to przecież nie mogła być ona. Emily poczuła się tak niepewnie, tak nie dowierzała temu, co zobaczyła, że weszła do łazienki i przyjrzała się swemu odbiciu. Nie, to nie była Emily Thorn. Podobieństwo do niej przywodziła na myśl jedynie bujna czupryna niesfornych loków. Emily zaczęła nerwowo szukać nożyczek w szufladzie toaletki. Nie mogła jednak ich znaleźć. Pobiegła więc do kuchni, wyciągnęła szufladę, chwyciła nożyce do drobiu i biegiem wróciła do łazienki. Tam zaczęła gwałtownie ścinać włosy, kosmyk po kosmyku, Ian zawsze mówił, że uwielbia jej włosy. – Odpieprz się, doktorze – wymamrotała. Przestała ciąć dopiero wtedy, gdy nie mogła już utrzymać ręki w górze. Wyglądała teraz jak bohaterka jakiegoś horroru. I wciąż nie przypominała Emily Thorn, żony znanego lekarza, doktora Iana Thorna.

Ale jeśli ta kobieta w lustrze nie była Emily Thorn, to kim była? Emily podeszła bliżej szklanej tafli. Tak, kiedyś ta nieznajoma była Emily Thorn, lecz długie lata przepracowywania się przeobraziły ją w tę właśnie kreaturę z dwudziestokilogramową nadwagą, workami pod oczami i trzema podbródkami. Kiedy i w jaki sposób tak jej się zniszczyła cera? Fakt, tłuste jedzenie i słodycze zrobiły swoje. Emily wyszczerzyła zęby, żeby móc je dokładnie obejrzeć. Były zupełnie w porządku. Mogły służyć za wzór. Czyż hodowcy nie oglądają psom właśnie zębów, żeby upewnić się, że są zdrowe? Zaraz, chwileczkę, pomyślała, przecież nie jestem rasowym zwierzęciem. Ale za to jestem opuszczoną brzydulą, której mąż już nie potrzebuje.

Kobieta w lustrze zaczęła płakać. A jednak to była Emily Thorn. Bo ona zawsze płakała, kiedy coś szło nie tak. A skoro miała teraz coś do powiedzenia, to należało jej wysłuchać.

– Zmarnowałam swoje życie. Można je spisać na straty. Niczego nie osiągnęłam, a jedynym rezultatem minionych lat jest to… to czym się stałam. Roztrwoniłam cały czas, moje najlepsze lata i to jedynie za uśmiech, za pogłaskanie mnie po głowie i za sto dwadzieścia białych koszul. Po prostu zmarnowałam życie. I w żaden sposób nie mogę odzyskać tych straconych lat. A mam ich na karku czterdzieści. Co mam teraz zrobić, gdzie pójść?

Emily zgasiła światło i usiadła na sedesie. Postać z lustra zniknęła. Emily zacisnęła pięści i zaczęła nimi uderzać w tłuste kolana aż chciało jej się krzyczeć z bólu. Wiedziała, że jeśli dalej nie będzie się szanować, tak jak do tej pory, to zrobi z siebie kalekę.

Nie lubiła ciemności, nigdy nie czuła się w nich dobrze, ale czyż nie żyła po ciemku i to już od bardzo dawna? W kuchni nie było ani jednego lustra, więc mogła tam pójść i smucić się tak samo, jak w tej pozbawionej okien łazience.

Kiedy znalazła się z powrotem w kuchni zalanej wpadającym przez okna słonecznym światłem, zapaliła papierosa, potem następnego i paliła jednego za drugim przez godzinę, zanim wreszcie sięgnęła po list Iana. Ta kartka była ostatnią rzeczą, jaką od niego dostała, bo nic więcej nie miała już otrzymać. Po policzku spłynęła jej łza. List adresowany był do tej Emily Thorn, którą widziała w łazienkowym lustrze i która zmarnowała swoje życie. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w kartkę. Zastanawiała się, ile jeszcze razy ją przeczyta. Znała jej treść na pamięć, ale czytając po raz kolejny głośno wymawiała każdy wyraz. Nawet teraz, chociaż były to ostatnie słowa, jakie miała od niego usłyszeć, Ian ją właśnie za wszystko obwiniał. Twierdził, że to ona jest odpowiedzialna za to, iż ją opuścił, bo zwróciła mu uwagę na kilka spraw, których istnienia sam nigdy by nie dostrzegł.

– Ty kłamco! – krzyknęła Emily. – Ty wstrętny, obrzydliwy kłamco! Wszystko to jeden stek łgarstw! – Kochana Emily, zaczynał się list. – Ty łobuzie, nazywałeś mnie kochaną Emily tylko wtedy, gdy czegoś ode mnie chciałeś – krzyczała.

Wolałbym zrobić to w jakiś inny sposób, ale nie ma takiego. Uwierz, że jest mi naprawdę przykro. Nie wrócę do Ciebie, Emily. W naszym małżeństwie nie układało się już od dawna i obydwoje o tym wiemy. Znam Cię dobrze, więc wiem, że sama nigdy nie zdobyłabyś się na zrobienie pierwszego kroku. Jeśli chcesz, możesz w każdej chwili wystąpić o rozwód. Sprzedałem wszystkie kliniki, a ściśle mówiąc aktywa korporacji. Wyprowadzam się z miasta. Jestem zmęczony pracą i mam dość tych klinik. Skończyłem czterdzieści lat, tak jak Ty, i chcę trochę użyć życia.

Nie, Emily, nie czuję się ani trochę winny. Sama sporządziłaś listę swoich życzeń, a ja spełniłem wszystkie z wyjątkiem dania ci dziecka. Dziecko też bym Ci dał, ale nie mogłem. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że jestem bezpłodny. Pewnie dlatego, że w dzieciństwie chorowałem na świnkę. Sama więc widzisz, że zrobiłem wszystko o co prosiłaś. I nie zostawiam Cię bez środków do życia. Czegoś takiego nigdy bym nie zrobił. Masz samochody, biżuterię, domek na plaży, łódź i dom na Sleepy Hollow Road. Obydwa domy mają sporą hipotekę, więc może będziesz chciała je sprzedać. Po spłacie należności zostanie niewielka kwota. Z pieniędzy, które odłożyłem na Twoje wakacje, uzbierała się spora sumka i należy ona w całości do Ciebie, podobnie jak dziesięć tysięcy dolarów na Twoim osobistym koncie. Bardzo starannie podliczyłem sumy, które zarobiłaś pracując przez te wszystkie lata i myślę, że dając Ci to wszystko jestem naprawdę hojny. Jesteśmy teraz kwita.

Uważaj na siebie. Na zawsze zostaniesz w moim sercu, moja kochana Emily.

Z wyrazami szczerego przywiązania, Ian.

– A niech cię jasna cholera, Ianie – łkała Emily. – Idąc z powrotem do ciemnej łazienki, ściągała z siebie ubranie. W końcu zapaliła światło, żeby przyjrzeć się Emily Thorn w lustrze. – Jesteś gruba – powiedziała do siebie. – Nie, jesteś tłusta. Popatrz na te zwały tłuszczu. Po talii nie zostało już nawet ani śladu. Cycki sięgają ci prawie do pępka. Jesteś ociężała. Spójrz na swoje ramiona i na szyję, na te obwisłe fałdy zwiotczałej skóry. Patrząc w dół nie możesz nawet dojrzeć własnych włosów łonowych, bo zasłaniają je wałki tłuszczu. Obrzydliwość. – Emily Thorn w lustrze powiedziała: – To jest właśnie kobieta, którą Ian oglądał każdego dnia. To z nią nie chciał dłużej mieszkać. Czy możesz go za to winić? – Nie, jasne, że nie mogę go za to winić – szepnęła Emily. – Ale gdyby coś powiedział, gdyby ze mną rozmawiał, tak naprawdę szczerze, gdyby traktował mnie jak człowieka, to na pewno bym się starała.

A teraz miała czterdzieści lat, była gruba i brzydka. I niekochana. I porzucona. Została oficjalnie opuszczona. Gruba, brzydka kobieta, która w imię miłości zmarnowała najlepsze lata swojego życia.

– O Boże! – jęknęła.

Emily rzuciła się w kierunku schodów i wbiegła na górę, a tak się przy tym zasapała, że musiała usiąść na stołku w łazience i odpocząć, żeby znów normalnie oddychać. Wyglądała okropnie, a czuła się jeszcze gorzej. Na myśl o grubym podtrzymującym jej biust staniku, w który się wciskała, aż się skrzywiła. Kiedyś dawno temu nosiła koronkowe biustonosze z fiszbinami. A obecnie miała taką nadwagę, że musiała wkładać brzydkie bawełniane staniki na szerokich ramiączkach, które wrzynały jej się w ramiona i zakrywały niemal całe plecy. Kiedyś nosiła głęboko wycięte majteczki rozmiar pięć. Teraz wciągała na siebie bawełniane reformy numer dziewięć. Pomiędzy dolnym brzegiem stanika a majtkami wisiały dwa wałki tłuszczu. Emily sfrustrowana oparła ręce na toaletce tak gwałtownie, że kostka mydła zsunęła się i poszybowała przez łazienkę.

Z wieszaczka na drzwiach łazienki Emily zdjęła prostą workowatą sukienkę bez żadnych ozdób, bez paska, pozbawioną czegokolwiek, co odróżniałoby ją od innych tego typu sukienek, jakie nosiła w ostatnich latach. Stopy wsunęła w trampki i nachyliła się, żeby zawiązać sznurówki. Tak się przy tym zmęczyła, że ledwie mogła złapać oddech.

Następnie zeszła powoli, po jednym stopniu, bo oczy miała pełne łez. Jeszcze tego brakowało, żeby się teraz przewróciła. Gdy już znalazła się w holu, otworzyła szafę i wyjęła z niej stary płaszcz przeciwdeszczowy Iana. Włożyła go na siebie, lecz nie mogła dopiąć. Chwilę później sadowiła się za kierownicą mercedesa. Kupno tego samochodu to też był żart. Było jej w nim tak niewygodnie, że nie wiedziała, czy zdoła go prowadzić.

Nieważne, miała zamiar dojechać na miejsce. Chciała zobaczyć na własne oczy, czy kliniki rzeczywiście zostały sprzedane; musiała się przekonać. Potrzebowała dowodu na to, że list od Iana nie jest tylko jakimś okrutnym żartem czy sennym koszmarem, który się skończy, gdy tylko ona się obudzi.

W oknie kliniki na Terrill Road zauważyła szyld z napisem: „Zmiana właściciela”. Przy Mountain Avenue sytuacja była taka sama. Wywieszka w klinice Watchung głosiła: „Zamknięta na dziesięć dni – zmiana właściciela”. Z ponurą twarzą Emily przejechała do końca Watchung Avenue i skręciła w Park Avenue. Nie chciała nawet spojrzeć na dom, w którym mieszkała z Ianem przez tyle lat. Gdy dojechała do kliniki, zaparkowała samochód i wyłączyła silnik. Z trudem wygramoliła się z auta, tym bardziej że zawadzała jej torebka, gdy przeciskała się obok kierownicy.

– Podaj nam tę torebkę, paniusiu, a będzie ci od razu łatwiej wyjść – dobiegł ją czyjś głos zza samochodu.

Emily rozejrzała się, żeby zorientować się, kto i do kogo mówi. Osłupiała, gdy zobaczyła czterech brudnych wyrostków podchodzących do niej od tyłu.

– Daj nam portfel, a nic złego ci nie zrobimy – powiedzieli. Emily mocniej ścisnęła torebkę.

– Zabierajcie się stąd albo zacznę krzyczeć – zagroziła.

– Nikt cię tu nie usłyszy. No, dawaj – odezwał się bezczelnie jeden z chłopaków. – No dawaj, bo jak nie, to i samochód ci zabierzemy.

Nagle Emily dostrzegła nóż – połyskujące złowieszcze ostrze. Teraz już za późno było na podnoszenie wrzasku. Nie pamiętała, co ma w torebce, ale pieniędzy na pewno było niewiele. Karty kredytowe Ian niewątpliwie zastrzegł. Już miała oddać torebkę jednemu z napastników, gdy ten gwałtownie wyrwał ją z jej ręki.

– I nawet niech ci się nie śni nas ścigać – ostrzegł. – Masz tutaj odczekać dziesięć minut, bo jak nie, to już my cię znajdziemy. W portfelu na pewno jest twój adres, paniusiu. Zrozumiałaś?

Emily skinęła głową.

– Przecież ta beczka smalcu nie da rady nas ścigać – powiedział śmiejąc się okrutnie drugi chłopak. – Ale uważaj, paniusiu, żebyś przypadkiem nie doniosła na nas policji, bo dopadniemy cię, gdy nie będziesz się tego spodziewać. Mamy mnóstwo kumpli. Rozumiesz, tłusta dupo?

Emily przytaknęła.

– No to wsiadaj do samochodu i nie ruszaj się przez dziesięć minut. No już!

Emily wykonała polecenie napastników, a twarz płonęła jej z gniewu i upokorzenia nie dlatego, że ją okradli i grozili, ale ponieważ obrzucili ją strasznymi wyzwiskami i śmiali się z niej, gdy z trudem siadała za kierownicą sportowego samochodu. Odczekała całe dziesięć minut, zanim ruszyła z powrotem do domu.

Gdy tylko przekroczyła próg, zamknęła drzwi na wszystkie zamki i włączyła alarm. Zastanawiała się, czy rabusie wrócą. Możliwe że tak, gdy zobaczą jak mało gotówki było w portfelu. Kiedy wieszała płaszcz Iana w szafie, wzrok jej padł na górną półkę, gdzie leżała wideokamera. Sama ją kupiła, żeby sfilmować swój ogródek i wysłać kasetę do „Klubu Ogrodników”. Sięgając teraz po nią poczuła, że zaczęła jej drgać powieka. Poszła do salonu i ustawiła kamerę na szerokoekranowym telewizorze. Następnie włączyła ją na nagrywanie i usiadła na stojącej naprzeciwko leżance, której brokatowe obicie kłóciło się z zielenią jej sukienki. Patrząc w obiektyw, Emily opowiedziała na głos wydarzenia ostatnich czterdziestu pięciu minut. Gdy powtarzała wyzwiska, jakimi obrzucili ją napastnicy, głos jej się załamał. Wstała z leżanki, rozpięła guziki sukienki i ściągnęła ją przez głowę. Zamknęła oczy i ciężko wciągnęła powietrze w płuca. Następnie powoli obróciła się wokół własnej osi, żeby kamera mogła ją dokładnie sfilmować. Po twarzy spływały jej wielkie łzy.

– Nazywam się Emily Thorn – mówiła. – Do tego właśnie się doprowadziłam. Ja… nieważne, jak do tego doszło. Liczy się fakt, że sama zrobiłam z siebie taką, jaka jestem. Ja, Emily Wyatt Thorn, jestem gruba i brzydka. Kiepską mam wymówkę na to, że nie jestem już taką kobietą jak kiedyś. Właśnie zostawił mnie mąż. I to dokładnie tę Emily Thorn oglądał każdego ranka po przebudzeniu i co wieczór przed zaśnięciem.

Skończywszy, Emily, wciąż tylko w bieliźnie, podeszła do kamery i wyłączyła ją. Następnie odniosła sprzęt do szafy i położyła na półce. Postanowiła, że któregoś dnia obejrzy sobie ten film.

Przyjdzie na to właściwy dzień.

Część druga

8

Dzień pierwszy. Po każdej katastrofie życie toczy się dalej i zawsze przychodzi nowy dzień. Przez żaluzje w kuchennym oknie Emily popatrzyła na otaczający ją świat. Było jeszcze rano, a już wspaniale świeciło słońce. Ciemna noc odeszła. Emily zastanawiała się, czy ją całą przespała. W jaki sposób dotrwała do poranka nowego dnia? Rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu butelki wina, lecz nigdzie jej nie dostrzegła. Zauważyła za to trzy popielniczki, z których aż wysypywały się niedopałki, mnóstwo ziarenek kawy rozsypanych na blacie i podłodze, i całą masę chlebowych okruszyn rozniesionych po całej kuchni. Na sobie miała to samo ubranie, które nosiła poprzedniego dnia, a przynajmniej tak jej się wydawało. Na stole wciąż leżała koperta ze znaczkiem Federal Expressu, a obok niej list od Iana. Patrząc na nie Emily miała wrażenie, że wpatruje się w nią dwoje kwadratowych, pełnych nienawiści oczu.

Emily czuła się zupełnie odrętwiała, oczy miała spuchnięte i czerwone, a od ciągłego płaczu i wstrząsających nią szlochów bolała ją cała klatka piersiowa. Podobnie zresztą stopy i ręce. Musiała chyba w coś uderzyć albo kopnąć. Wszystko to w imię chorej, obsesyjnej miłości i sterty białych koszul.

Wczoraj myślała, że wylała już wszystkie łzy. Och, jak bardzo się myliła. Bo teraz słone krople znów spływały jej po policzkach. Wiedziała, że już nigdy więcej nie zobaczy Iana. Aż do tej pory ani przez chwilę nie była w życiu tak naprawdę sama. Wyprowadziwszy się z rodzinnego domu zaczęła od razu wspólne życie z Ianem. Jak więc miała teraz żyć? Kiedy człowiek dobiega czterdziestki, czas zatrzymuje się na ułamek sekundy, akurat na tyle, żeby móc podsumować dotychczasowe osiągnięcia, po czym znów zaczyna pędzić do przodu spiesząc do tego celu, do którego nikt nie chce dojść. – Rodzimy się po to, żeby umrzeć – mruknęła pod nosem Emily.

Prawda, jest przecież Mendenares. Emily postanowiła, że zadzwoni do niego jeszcze dzisiaj i umówi się na wizytę. A potem, gdy tylko wejdzie do jego gabinetu i położy się na leżance, zacznie jęczeć i użalać się, i tak będzie pewnie przez trzy kolejne spotkania, zanim zdoła powiedzieć coś sensownego. Więc właściwie po cóż mi on potrzebny? – pomyślała. A może ten prawnik, z którym kiedyś rozmawiała mógłby jej jakoś sensownie wszystko wyjaśnić. Po chwili jednak prychnęła z niechęcią. Przecież trzeba być głuchym, niemym i jeszcze ślepym, żeby nie dostrzec co się stało. – Po cóż mi więc i on? – powiedziała sobie. – Ian naprawdę sądził, że ona złoży pozew o rozwód. – No to myśl sobie tak dalej, ty sukinsynu – rzuciła na głos. – Jeśli chcesz rozwodu, to sam musisz o niego wystąpić!

Gdzieś w głębi duszy, w najtajniejszych zakamarkach swego serca Emily wiedziała, że to ona i tylko ona może uporać się z sytuacją, w jakiej się znalazła. Musi to zrobić sama. Przez wszystkie dni, aż do tej pory, staczała się powoli w dół przy pomocy Iana. Teraz Ian odszedł, więc sama musi stanąć na nogi i wygrzebać się z dołka.

Ale dlaczego w ciągu ostatniego roku nie zauważyła żadnych zapowiedzi tego, co miało się stać? Może gdyby wprowadziła się do żółtego pokoju, albo gdyby została w suterenie, nigdy by do tego nie doszło.

Emily pobiegła do łazienki, tej bez okien, i zapaliła światło. Czuła potrzebę zobaczenia drugiej Emily Thorn, prawdziwej Emily Thorn. Dźgnęła palcem w lustro, po czym zmrużywszy oczy tyłem wyszła z łazienki. Dotarła tak do kuchni i stanęła dotykając plecami kuchenki gazowej. Sięgnęła ręką za siebie, namacała czajnik, mocno chwyciła jego uchwyt i ruszyła z powrotem do łazienki.

– Nienawidzę cię, ty suko! – krzyknęła.

– Nie chcę cię nigdy więcej widzieć! – I w tej chwili czajnik poszybował w powietrzu. Lustro rozsypało się w tysiące maleńkich połyskujących kawałeczków. Emily ledwie zdążyła odskoczyć. Spoglądając na błyszczące odłamki szkła, oparła się nosem o gołą betonową ścianę i wrzasnęła: – Umarłaś, Emily Thorn! – Następnie wyszła i zatrzasnęła drzwi łazienki.

* * *

– I cóż ci dał ten krótki wybuch wściekłości? – zapytała. Zaraz jednak pomyślała, że zdecydowanie musi przestać mówić do siebie. Chociaż może nie było w tym nic złego, dopóki człowiek nie zaczyna sam sobie odpowiadać? Tak czy owak nie przejmowała się tym. Dawna Emily Thorn umarła, bo ona obróciła ją w nicość. Przyszedł czas, żeby stworzyć nową, ulepszoną wersję Emily. Chociaż może właśnie ją traciła? Może dawała jedynie upust emocjom, jakie targały nią w tej chwili? To jednak tylko czas mógł pokazać. Gwałtownie chwyciła szpatułkę. – Właśnie się narodziłaś, Emily Thorn! – krzyknęła i trzykrotnie klepnęła się szpatułką w głowę. – Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Żyjesz. Zdrowie właściwie ci dopisuje. Masz nadwagę. Zostałaś sama, co znaczy, że jesteś wolna jak ptak, a ptaki nie muszą się nikomu opowiadać. Możesz robić co tylko zechcesz i kiedy zechcesz.

Nagle Emily poczuła się wyczerpana. Zastanawiała się, co ma w planie na dzisiejszy dzień. Rano miała popracować w ogródku, a po południu czekały ją dwa wykłady, zrobienie zakupów, ugotowanie obiadu, no i nauka. – O Boże – powiedziała znów do siebie – przecież to robiłam wczoraj. Od dzisiaj nie będę układać żadnych planów zajęć, nie będę więcej zapracowana, nie będę robić niczego, co w jakikolwiek sposób wiązało się z Ianem.

Poszła na górę i weszła do sypialni, w której ani razu nie spała z mężem. Było w niej ciemno i ponuro. Gwałtownym ruchem ściągnęła zieloną kołdrę i dopasowaną do niej kolorystycznie narzutę. Wyniosła je na podest schodów i zrzuciła na dół przez poręcz. Kursowała jeszcze cztery razy pomiędzy pokojem a schodami wynosząc wszystkie prześcieradła, które zostały po Ianie. Kosz na brudną bieliznę schowany w stojącej na piętrze szafce pełen był białych koszul. One również poszybowały w dół. Emily zastanawiała się, bo jakoś nie mogła odepchnąć od siebie tej myśli, ile czasu zajęło Ianowi złożenie w kostkę tych koszul, które wisiały w szafie. Musiał się pakować wtedy, gdy ona była na zajęciach.

Nie zawracaj sobie głowy Ianem, upomniała samą siebie. Doprowadź ten pokój do takiego stanu, żebyś mogła w nim spać. Bo musisz w nim spać. Łączy się on ściśle z tym, co cię spotkało, a musisz się z tym pogodzić. Sprzątnij łazienkę, pościel łóżko, zrób z tego pomieszczenia swoją sypialnię.

Emily wypełniła własne polecenia. Włożyła workowaty dres, przyczesała rozczochrane włosy i zeszła na dół zrobić sobie kawę. Postanowiła nie jeść dziś śniadania. Zaczęła właśnie pierwszy dzień nowego życia pani Emily Thorn.

Popijając czarną kawę, sporządziła listę rzeczy, które chciała załatwić przez resztę dnia. Miała więc pójść do biblioteki, wpaść do księgarni, zrobić zakupy na targu warzywnym i w sklepie spożywczym. Poza tym zamierzała opróżnić lodówkę pozbywając się z niej wszelkich tuczących produktów i odwiedzić sklep Hermana z artykułami sportowymi. Ale najpierw musiała zajrzeć do banku. Chciała też zarezerwować sobie trochę czasu na przejrzenie ksiąg rachunkowych, zakładając oczywiście, że Ian jakieś zostawił. Rozważała, czy nie oprawić w ramki listu od męża. Albo jeszcze lepiej przypiąć go do ściany i rzucać w niego strzałkami.

Była czwarta po południu, gdy Emily wróciła do domu z mnóstwem zakupów w samochodzie, których wnoszenie zajęło jej całe pół godziny. Czuła się całkiem zadowolona z siebie, dopóki nie weszła do kuchni i nie przypomniała sobie wszystkiego, co się stało, a to podziałało na nią jak silne uderzenie w twarz. Zawsze do tej pory wiedziała, że wcześniej czy później Ian wróci do domu. A teraz musiała pogodzić się z faktem, że on już nigdy nie przekroczy progu mieszkania. – Patrz optymistycznie, Emily – upominała samą siebie – pomyśl o tym, że już nie będziesz musiała prasować tych cholernych białych koszul.

Zaparzyła sobie kawę i posprzątała porozrzucane ziarnka, bo bałaganiarstwo nie leżało w jej naturze. Następnie zaznaczyła na kolorowo dzisiejszą datę w kalendarzu, ponieważ był to pierwszy dzień jej nowej diety, którą zamierzała stosować wytrwale aż do skutku, albo umrzeć. W swoim planie przewidziała również czas na ćwiczenia gimnastyczne. Zakupiła u Hermana mechaniczny deptak i rowerek, które jeden z pracowników sklepu miał jej dostarczyć do domu. Tak, dzisiaj był zupełnie nowy dzień. Pierwszy dzień nowego życia Emily Thorn.

– Dam sobie radę. Osiągnę swój cel – powiedziała na głos.

Powiodła wzrokiem po licznych torbach z produktami spożywczymi, które kupiła. Było w nich co najmniej pięćdziesiąt puszek tuńczyka, siedem paczek chusteczek higienicznych, kilogramy jabłek, pomarańcz, selerów i marchewek. Dwie torby zawierały puszki z napojami niskokalorycznymi, a kolejne dwie butelki z wodą mineralną Evian. Poza tym miała też pięć kilo kawy i pięć paczek ziołowej herbaty. Do tego cztery pudełka słodzika. No i nowa waga pokazująca ciężar ciała dużymi wyrazistymi cyframi, które teraz kłuły ją niemal w oczy. W torbach znalazło się też miejsce na dwie buteleczki jakichś fantastycznych witamin, które miały sprawić, że przybędzie jej energii. Czując, że przepełnia ją wiara w samą siebie, Emily przykleiła list Iana taśmą klejącą do korkowej tablicy wiszącej tuż obok telefonu. Następnie stąpając między torbami zaczęła nerwowo przeglądać zakupy w poszukiwaniu strzałek, które tego dnia kupiła. Było ich osiem. Stanęła na wprost korkowej tablicy w pewnej odległości, wycelowała i zaczęła rzucać, lecz nie trafiła ani razu. No cóż, pomyślała, następnym razem pójdzie lepiej. A zresztą schylanie się, by podnieść leżące na ziemi strzałki, okazało się całkiem niezłym ćwiczeniem. Czuła się z siebie zadowolona.

Najtrudniej poszło jej z lodówką. Wszystko co w niej było wrzuciła do dużych, zielonych worków ogrodowych i wyciągnęła przed dom. Zastanawiała się przy tym, jaki człowiek przy zdrowych zmysłach trzyma w zamrażarce trzydzieści litrów lodów? I kto normalnie myślący przechowuje dziesiątki mrożonych pasztecików i ciastek? Albo zapycha całą szafkę niezliczonymi torebkami chipsów, cukierków i herbatników? No cóż, nie dało się ukryć, iż to ona była tym kimś. Powiedziawszy to sobie, Emily uznała, że już od dłuższego czasu musiała nie być przy zdrowych zmysłach. Ale teraz postanowiła, że wytrzyma, że naprawdę zrealizuje swój plan. W chwili, gdy to sobie obiecała, poczuła lekki zawrót głowy.

Zabrała się do mycia pustej lodówki, a kiedy skończyła, zapełniła ją. Wyglądała rzeczywiście nieźle. Wszystkie produkty Emily umyła, a potem poporcjowała warzywa i zawinęła je w foliowe torebki. Owoce ułożyła w ogromnej misie, którą ustawiła na kuchennym stole.

Gotowe.

Czas teraz pomyśleć, gdzie ustawić urządzenia do ćwiczeń. Ależ naturalnie w gabinecie Iana. – Ponieważ – powiedziała sobie – jest tam telewizor i magnetowid, a w związku z tym ćwicząc będę mogła oglądać filmy. Emily pchała i ciągnęła, sapiąc i dysząc, lecz w końcu oparłszy swoje duże siedzenie o biurko Iana zdołała przesunąć je po grubym dywanie na tył pokoju pod samą ścianę.

Gotowe.

Wróciła do kuchni, zrobiła sobie trzecią filiżankę kawy i zapaliła kolejnego papierosa. Palenie także zamierzała rzucić, ale jeszcze nie teraz. Gdyby odmówiła sobie naraz zbyt wiele, pewnie by się wykończyła. Obiecała jednak, że na pewno kiedyś skończy z nałogiem. Zaczęła znów rzucać strzałkami w list, ale wszystkie osiem upadło na podłogę i tylko jedna musnęła kartkę. Emily schyliła się, pozbierała strzałki i ułożyła je w rogu.

Była tak głodna, że ssało ją w żołądku. To właśnie stanowiło dla niej największą trudność. Zabrała się do jedzenia i pochłonęła całą torebkę pokrojonych w kostkę warzyw oraz dwie puszki tuńczyka. Przegryzła to dwoma jabłkami, ale wciąż nie czuła się syta. Zaparzyła sobie kubek ziołowej herbaty i wrzuciła do niego potrójną porcję słodzika. O Boże, herbata była taka słodka, taka pyszna, taka smakowita, że zrobiła sobie jeszcze jedną. Normalnie zjadłaby do herbaty paczkę ciasteczek albo połówkę mrożonej tarty. I teraz miała na to ogromną ochotę, lecz nie zamierzała sobie pofolgować. Silna wola to przecież połowa drogi do zwycięstwa.

– Nienawidzę cię, Ianie Thorn, że przez ciebie tak wyglądam. Nienawidzę cię – powiedziała.

To nie przez niego tak wyglądasz, sprostowała w myśli. Sama się tak urządziłaś. Fakt, odszedł od ciebie. Bo patrzył na tę Emily Thorn, którą widziałaś w lustrze. Ale to nie on zrobił z ciebie tego strasznego grubasa, którym jesteś, i męczennicę na dodatek. Sama to zrobiłaś, ponieważ brak ci charakteru. I uświadom sobie to, gdyż w przeciwnym razie niczego nie osiągniesz. – No dobrze – powiedziała Emily uderzając dłońmi o blat stołu. – Sama doprowadziłam się do takiego stanu, ale to dlatego, że… dlatego, że… on mnie nie kochał. Ma więc w tym swój udział. On też ponosi winę za mój wygląd. Wyssał ze mnie wszystkie soki. Wykorzystał najlepsze lata mojego życia, a potem wszystko zdeptał i odrzucił mnie jak zużyty przedmiot.

Ogarnęła ją wściekłość tak silna, jakiej nigdy dotąd nie doświadczyła. Nagle przyszło jej do głowy, że gdzieś w tym domu leży dyplom lekarski Iana, chyba że zabrał go ze sobą. Nie pamiętała, gdzie go schowała wprowadzając się tutaj. Przeszukała wszystkie szafki na dole. Kiedy wreszcie znalazła dyplom, jednym uderzeniem o klamkę rozbiła przykrywające go szkło i z triumfującą miną wyjęła kartonik z ramek. Następnie pomaszerowała do kuchni i przykleiła go na tablicy tuż obok listu. Sięgnęła po strzałki i rzuciła w dyplom wszystkimi ośmioma, jedną po drugiej, zebrała je z podłogi i znów rzucała, i tak bez przerwy aż nie mogła już ruszyć ręką.

Było wpół do dziesiątej, kiedy Emily usłyszała dzwonek do drzwi. Okazało się, że przyszedł chłopak ze sklepu. Emily pokazała, gdzie ma ustawić urządzenia do ćwiczeń, po czym dała mu napiwek i zamknęła się już na noc.

Potem poszła do gabinetu i przez chwilę wpatrywała się w sprzęt sportowy. Dziś wprowadziła do swojego życia nowy reżim. Było już późno, więc nie miała pewności czy powinna poćwiczyć, czy też nie. W końcu uznała, że lepiej zaczekać z tym do jutra. Pamiętała, że czytała gdzieś, iż nie powinno się gimnastykować tuż przed snem. Wydawało się to całkiem logiczne. Czuła się zresztą bardzo zmęczona, oczy same jej się zamykały. Zdecydowała, że weźmie jeszcze tylko ciepłą kąpiel i położy się spać. Jutro także czekał ją nowy dzień.

W nocy dręczyły ją koszmary, pełno było w nich demonów, a każdy z nich miał uśmiechniętą twarz Iana. Kiedy rano zwlokła się z łóżka i zeszła do kuchni, czuła się bardziej zmęczona niż przed udaniem się na spoczynek.

Zaparzyła sobie kawę, zapaliła papierosa i od razu zaznaczyła to kreską na kartce, na której zamierzała notować, ile dziennie wypalała. Wprawdzie nie była jeszcze gotowa na zerwanie z nałogiem, ale chciała zredukować liczbę papierosów. Zajadając twardego jak skała melona, Emily marzyła, że wstrzykuje sobie do żyły porcję ciasteczek Oreo z podwójną czekoladą. Kiedyś zjadała całą torebkę za jednym zamachem. Ale ciasteczka Oreo, podobnie jak Twinkies, należały już do przeszłości; jadała je dawna Emily Thorn.

Nalała sobie drugą filiżankę kawy i zapaliła drugiego papierosa zaznaczając to na kartce. Pomyślała o pieniądzach. Postanowiła, że dokładnie sprawdzi, co zostawił jej Ian. Miała nadzieję, że mąż nie był takim sukinsynem, żeby zabrać dokumenty i kazać jej borykać się z biurokracją w towarzystwie budowlanym i bankach.

Weszła do gabinetu Iana, który wciąż pachniał jego obecnością i dokładnie przeszukała wszystkie szuflady biurka, jedną po drugiej, aż znalazła niezbędne dokumenty. Przez myśl przemknął jej obraz męża siedzącego na fotelu i wypisującego czeki. Zebrała papiery i wróciła z nimi do kuchni, gdzie od razu zaczęła je przeglądać, a przy tym zapaliła trzeciego papierosa, co zapomniała odnotować.

Gdy zdążyła już wypić trzy kubki kawy i wypalić trzy papierosy, zorientowała się, że ma kłopoty finansowe. Czynsz za dom przy Sleepy Hollow Road wynosił dwa i pół tysiąca dolarów miesięcznie, a hipoteka domku na plaży sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Wydatki na utrzymanie, łącznie z żywnością, pochłaniały ponad tysiąc każdego miesiąca. Na pokrycie kosztów światła, wody i telefonu w domku na plaży potrzeba było kolejne dwieście pięćdziesiąt dolarów. Ubezpieczenie samochodu równało się tak niebotycznej sumie, że Emily aż zamknęła oczy z przerażenia. Stawki opłat za ubezpieczenie na życie i od kosztów leczenia przyprawiły ją o palpitację serca. To było strasznie dużo pieniędzy. Jak ona w ogóle miała żyć? Nawet, gdyby wróciła do restauracji i pracowała dwadzieścia cztery godziny na dobę to i tak zarobiłaby tylko niewielki ułamek potrzebnej kwoty. Musiałaby wszystko sprzedać i to jedynie po to, by móc opłacić polisy na życie i zdrowie. Rozważała czy nie sprzedać samochodów i zamiast nich kupić jakieś używane auto nie zawracając sobie głowy ubezpieczeniem autocasco. Gdyby przeprowadziła się do mieszkania w bloku i zaczęła pracować, mogłaby się utrzymać i płacić czynsz. Tak, gdyby udało jej się sprzedać samochody, zyskałaby sporą sumkę. Chociaż nie, to nie miało sensu – Ian wprawdzie płacił gotówką za auta, lecz nie za dom. Pewnie chodziło tu o jakieś odpisy podatkowe. No, ale miała jeszcze biżuterię i futra, których nawet nie nosiła. Popatrzyła na świadectwa wartości klejnotów i od razu wiedziała, że nikt jej takich sum nie zapłaci. Chociaż może dopisałoby jej szczęście i znalazłby się kupiec gotowy nabyć te cacka.

Emily zaczęła przeglądać pozostałe dokumenty aż znalazła książeczkę oszczędnościową. Było na niej sto dwadzieścia tysięcy dolarów. Aż zamrugała ze zdziwienia. Nie wiedzieć dlaczego wydawało jej się, że suma okaże się dużo mniejsza. Głęboko wciągnęła powietrze i wypuściła je powoli z westchnieniem ulgi. W liście Ian napisał, że na swoim koncie osobistym ma dziesięć tysięcy dolarów. Bogu dzięki, że nie trafi na bruk już w przyszłym tygodniu. Na pewien czas była zabezpieczona. Mogła więc spokojnie się zastanowić, co zrobić, żeby jej życie zaczęło toczyć się normalnie. Mogła spróbować zerwać na zawsze z tamtą Emily Thorn z lustra, którą Ian odrzucił.

Nagle uświadomiła sobie, że zanim zdoła sprzedać dom, upłynie kilka miesięcy, a może nawet cały rok i przez ten czas będzie musiała płacić wysoki czynsz. Na domek na plaży mogła znaleźć nabywcę względnie szybko, bo do lata było już niedaleko. Chyba że… chyba że wynajęłaby go. Właściwie to pokoje w domu przy Sleepy Hollow Road także można by wynająć. Przez pewien okres mieszkała w suterenie, a skoro ona mogła, to równie dobrze mógłby tam zamieszkać ktoś inny. Poza tym było jeszcze sześć sypialni, z których jedną zajmowała ona sama. Wolnych było zatem pięć pokoi, których lokatorzy mieliby prawo korzystania z kuchni. Nad dużym, bo obliczonym na trzy samochody garażem, znajdowało się małe mieszkanko, które po uprzątnięciu nadawało się do zamieszkania. Gdyby okazało się to konieczne, gotowa była nawet zainwestować w kupno nowych mebli i ewentualnych udogodnień i wynająć je umeblowane. Za światło, gaz i wodę płaciłby oczywiście lokator.

Tyle że w jej ciche i spokojne życie wkroczyliby obcy ludzie. Pojawiliby się w każdym niemal kącie, wszędzie pozostawiając swój ślad. Emily musiała się więc zastanowić, czy nie będzie jej to przeszkadzało.

Uznała, że nie. I tak nigdy nie czuła się w tym domu, jak u siebie, Ian i dekorator wnętrz zrobili za nią wszystko. Tak, zdecydowanie nie miała nic przeciwko obcym ludziom w jej domu. A dzięki czynszom za wynajem pokoi, nie będzie musiała naruszać oszczędności z konta. W końcu miała już czterdzieści lat, a nie posiadała żadnego ubezpieczenia emerytalnego. W dodatku w tym wieku raczej trudno znaleźć pracę.

Emily poczuła ssanie w żołądku. Na śniadanie wypiła dwie szklanki wody i zjadła jajecznicę z jednego jajka oraz całego melona. I już nie mogła się doczekać lunchu, na który zaplanowała biały ser i owoce.

Zaparzyła kolejny kubek kawy. Przypomniała sobie, że w swoim liście Ian radził jej sprzedać obydwa domy. – Wyobraź sobie, Ianie – powiedziała Emily – że sama sobie poradzę. Ostatnią rzeczą, jaką chciałabym teraz zrobić, to posłuchać ciebie. Nigdy więcej nie postąpię tak, jak ty chcesz. – Ledwie o tym pomyślała, zerwała się z kuchennego krzesła. Chwilę później w powietrzu śmigały strzałki, szybko, jedna za drugą. Dwukrotnie udało jej się trafić w nazwisko Iana na dyplomie, a raz ostrze strzałki otarło się o podpis męża na dole kartki. Wprawdzie nie była to może najciekawsza rozrywka, lecz na razie Emily nie miała lepszego pomysłu. – Musi mi się udać – powiedziała na głos. – Koniecznie muszę trafić.

Chociaż wstała z łóżka jakiś czas temu, dopiero teraz zauważyła, że za oknem pada deszcz. Ni stąd, ni zowąd kuchnia zrobiła się równie ponura jak jej nastrój. Włączyła górne światło. W jednej chwili i jej myśli stały się jakby pogodniejsze.

Następnie dzierżąc w dłoni książkę na temat ćwiczeń fizycznych, Emily ruszyła do gabinetu Iana. Gdy weszła do środka zawróciła i na naklejonej na drzwiach wywieszce napisała: „Sala gimnastyczna Emily”. – Nieważne, ile wysiłku będzie mnie to kosztowało – mruknęła pod nosem zerkając na pulpit ze wskaźnikami na deptaku. Włączyła zasilanie. Wytrzymała siedem minut, po czym dosłownie zwaliła się na podłogę. Zupełnie nie miała kondycji. Kiedy już była w stanie się poruszyć, wypiła dwie szklanki wody. Siadła na rower i pedałowała przez jedenaście minut. Ale przecież to był dopiero początek. Pomyślała, że może jutro uda jej się wytrwać przy ćwiczeniach o kilka minut dłużej. A zresztą mogła przecież spróbować swych sił jeszcze po południu, no i wieczorem. W końcu doba ma dwadzieścia cztery godziny. Na razie więc Emily usiadła przy stole z kawą w ręce i postanowiła zająć się interesami.

Po pierwsze chciała dać ogłoszenie w „Plainfield Courier” w dziale pokoje do wynajęcia. Następnie miała zamiar zadzwonić do „Star Ledger”, gazety nieco bardziej poczytnej niż „Courier”, i zamówić ogłoszenie o sprzedaży samochodów. Kolejną ważną sprawą był telefon do agencji nieruchomości w kwestii wynajmu domku na plaży. Emily starannie przygotowała oba ogłoszenia na liniowanym papierze, zaniosła je do gazety i przypięła do przygotowanej na takie notki tablicy. Po powrocie do domu poszła obejrzeć mieszkanie nad garażem. Leżały tam kartony, pudła i rozmaite rupiecie, które zostały jeszcze po poprzednim lokatorze i których nigdy stąd nie uprzątnięto. Przeciskając się pomiędzy nimi i starymi meblami, Emily ruszyła w stronę maleńkiej kuchni i łazienki, by sprawdzić, w jakim są stanie. Wszędzie zalegał osiadający latami kurz, brud i tłuszcz, ale to można było wyczyścić. A gdyby jeszcze pomalować ściany i zawiesić firanki w oknach, wnętrze robiłoby przyjemniejsze wrażenie. Meble koniecznie trzeba było wymyć. Najtrudniejszym zadaniem wydawało się wyniesienie rupieci do pojemnika ze śmieciami. Zanosiło się na spory wysiłek.

Kiedy przyszła pora na lunch, Emily zjadła biały ser, sałatę doprawioną sokiem cytrynowym i ziołami oraz melona, i popiła to wszystko dwiema puszkami niskokalorycznych napojów. Wciąż jednak była straszliwie głodna i tak bardzo tęskniła za Big Maćkiem, że, aby zdusić w sobie to pragnienie, zaczęła szaleńczo rzucać strzałkami. – Nie poddałam się, Ianie – mówiła sobie. – I nie dopuszczę do tego, żebyś znów wygrał. Tym razem ja odniosę zwycięstwo, zobaczysz, ty sukinsynu!

Emily ponownie wsiadła do samochodu i pojechała do sklepu, gdzie kupiła zasłony, farbę, duży pojemnik płynu do czyszczenia okien, środek usuwający tłuszcz, pastę do podłóg i kilka puszek białej farby. W drodze powrotnej wstąpiła do zakładu energetycznego i zażyczyła sobie, by w mieszkaniu nad garażem podłączono znów prąd. Do przedsiębiorstwa wodociągowego zadzwoniła już z domu. Obiecano jej, że dostawa wody zostanie wznowiona przed południem następnego dnia.

Potem rozpaczliwie, lecz zawzięcie, Emily zabrała się do ćwiczeń na deptaku i rowerku. Na obydwu wytrzymała dokładnie tyle samo czasu co rano, ale kiedy tym razem padła na podłogę wyczerpana pedałowaniem, została na niej i przespała całą godzinę.

Gdy się obudziła, zrobiła sobie kawę, zapaliła papierosa i zaczęła się zastanawiać, dlaczego nigdy dotąd nie potrafiła zmusić się do tego, co robiła obecnie. Ale w końcu, jakie to miało znaczenie? Teraz ćwiczyła i tylko to się liczyło.

Chociaż nie, nie tylko to było ważne. Nawet, gdyby wcześniej zastosowała dietę i wyglądała jak modelka, Ian i tak by ją rzucił. Nie wiedziała, skąd ma tę pewność, lecz ją miała i zdawała sobie sprawę z tego, że gdzieś w głębi duszy zawsze była o tym przekonana. Tak więc nie warto było kiedyś odchudzać się i ćwiczyć. Ale dlaczego stało się to ważne teraz? Ponieważ, odpowiedziała sobie, ta Emily Thorn, którą widziałam w lustrze, to nie ja. Wydmuchała nos w papierową chusteczkę i rzuciła ją w stronę kosza na śmieci. Za oknem wciąż padało. Emily zawsze kochała deszcz. Kiedyś nawet spytała Iana, czy pójdzie z nią na spacer bez parasolki, tak żeby przemokli do suchej nitki. – I miałbym zniszczyć sobie ubranie i buty? – odparł wtedy. – Ty chyba postradałaś zmysły. Tak zachowują się tylko głupawi romantyczni bohaterowie na filmach. – Potem już ani razu Emily nie ponowiła swej prośby, a i sama również nie wybrała się na spacer w deszczu. W tej chwili jednak zamierzała to zrobić. Szybko, nie dając sobie czasu na zmianę zdania, wyszła na zewnątrz. Stała na podjeździe tak długo aż cała ociekała wodą, po czym zaczęła iść i okrążyła dom trzy razy. Kiedy wyżymając ubranie weszła w końcu do kuchni, przyszło jej do głowy, że być może Ian miał jednak rację uważając, że ociekanie wodą i trzęsienie się z zimna to nic romantycznego. Najwyraźniej potrzebny był partner, by można drżeć w czyichś ramionach. Emily zwiększyła ogrzewanie i pijąc gorącą kawę marzyła o pizzy z podwójnym serem.

Następne kilka tygodni upłynęły Emily bardzo pracowicie. Wstawała o piątej rano i zupełnie wyczerpana kładła się spać najpóźniej o wpół do dziesiątej. Ściśle przestrzegała diety i starała się jak mogła ćwiczyć trzy razy dziennie. Kilkanaście razy w ciągu dnia piła wodę mineralną. Mieszkanie nad garażem było już gotowe na przyjęcie lokatora. Emily miała nawet listę około dwudziestu osób, z którymi rozmawiała na temat wynajmu i o każdej z nich zrobiła sobie notatki. Musiała szybko zdecydować, którym z nich chce zaoferować lokum u siebie, bo czynsze za obydwa domy należało wpłacić do przyszłego tygodnia. Najtrudniej przyszło jej ustalić warunki wynajęcia domku na plaży. Nie bardzo wiedziała, czy lepiej będzie podpisać umowę na rok za osiemset pięćdziesiąt dolarów miesięcznie, czy też tylko na kwartał, ale za trzy tysiące za miesiąc. Wybierając drugą opcję musiałaby jesienią szukać nowego lokatora, lecz jednocześnie miałaby wtedy wystarczająco pieniędzy, żeby płacić czynsz, nawet, gdyby nie znalazła nikogo na zimę. W końcu zdecydowała się wynająć domek na cały rok pobierając dość duży depozyt oraz czynsz za pierwszy i ostatni miesiąc. Tym samym mogła wykreślić domek na plaży z listy spraw do załatwienia. Miała o jeden kłopot mniej.

Za samochody oferowano jej ceny dużo niższe niż te, które spodziewała się uzyskać, ale zbliżał się termin płacenia składki za ubezpieczenie, więc sprzedała oba, a otrzymaną kwotę sześćdziesięciu pięciu tysięcy dolarów natychmiast wpłaciła na konto. Kupiła sobie też trzyletniego forda mustanga z przebiegiem trzydziestu tysięcy mil. – Teraz widzisz, Ianie, co myślę o tobie i tych twoich zagranicznych zabawkach – mruknęła.

Ściany w kuchni obwieszone były rozmaitymi wykresami – po jednym na odnotowywanie liczby wypalonych papierosów, spadku wagi, rekordów osiągniętych na deptaku i na rowerku, a także na wyniki w rzucaniu strzałkami i rejestrację zapłaconych rachunków. Lodówka natomiast oblepiona była żółtymi karteczkami przypominającymi Emily o sprawach do załatwienia i różnych terminach.

Obejrzała wszystkie wykresy i notatki, by móc ułożyć sobie plan dnia. Poza zwykłymi rutynowymi zajęciami nie czekały ją ani zakupy, ani żadne pilne sprawy. Podobnie jak każdego popołudnia miała więc zamiar pospacerować wokół domu, a przy okazji zdecydować się, komu chce wynająć pokoje.

Ni stąd, ni zowąd ogarnęło ją przygnębienie i bliska była wybuchnięcia płaczem. Nic nie działo się tak szybko jak tego chciała. Jej wygląd nie zmienił się ani odrobinę. Wciąż była grubą, brzydką Emily. Fakt, sama teraz decydowała o swoim życiu, ale jakież ono właściwie było? Jak długo przyjdzie jej żyć tak, jak do tej pory, i co będzie robić przez następne trzydzieści lat, zakładając że dożyje siedemdziesiątki? – Chwileczkę – upomniała samą siebie – stawiaj krok po kroczku. Nie wpakowałaś się w te problemy z dnia na dzień, więc i nie wyjdziesz z nich tak szybko.

Wieczorem wchodząc na dreptak, po raz trzeci już tego dnia, Emily miała gotową listę swoich nowych lokatorów. Każdą z pięciu sypialni wynajęła za dwieście pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. Za suterenę zażyczyła sobie trzysta pięćdziesiąt dolarów, a za mieszkanko nad garażem sześćset. Sam garaż natomiast, w którym swobodnie mieściły się trzy samochody, udostępniła za opłatą czterystu dolarów miejscowemu sprzedawcy, który nie miał gdzie przechowywać maszyny do gier i automatu do sprzedaży gumy do żucia. Po raz setny chyba Emily podliczyła w myślach swoje miesięczne dochody z wynajmu. Okazało się, że nie tylko starczy jej na czynsz za dom, ale jeszcze zostanie sto dolarów, które będzie mogła wykorzystać na zapłacenie rachunku za wodę. Zresztą telefonicznie uprzedziła wszystkich lokatorów, iż jeśli opłaty za prąd i wodę przekroczą pewną kwotę, to będzie musiała podnieść im czynsz. Zgodzili się. Zawarła nawet taką klauzulę w przygotowanej przez siebie umowie o wynajem. Pomyślała, że obserwowanie nawiązujących się wzajemnych relacji pomiędzy tymi ludźmi może okazać się bardzo interesujące. Najważniejsze wydało jej się to, iż wszyscy oni mieli jakąś pracę, co znaczyło, że w ciągu dnia będzie sama w ciszy i spokoju. Uśmiechnęła się – po raz pierwszy odkąd otrzymała list Iana. Na koncie w banku zgromadziła już dwieście tysięcy dolarów i suma ta miała się powiększyć po sprzedaży biżuterii i futer. Jedyne, czego obecnie potrzebowała, to była praca na półetatu, z której mogłaby się utrzymać. Wiedziała, że gdyby zaszła taka potrzeba, może uszczknąć nieco ze swego konta osobistego, na którym miała dziesięć tysięcy. Tak więc była zabezpieczona przynajmniej na rok. Przez najbliższych dwanaście miesięcy nie musiała martwić się ani o dach nad głową, ani o to co włożyć do garnka, a gdyby dopisało jej szczęście, to uskładane oszczędności pozostaną nietknięte aż do emerytury. Znów się uśmiechnęła uświadamiając sobie, że jest pogodnie nastawiona i do otaczającego ją świata, i do siebie samej. W duchu pomodliła się, żeby wszystko poszło dobrze.

* * *

Upłynęły aż cztery miesiące, zanim Emily poczuła się na tyle pewna siebie, by umówić się na wizytę u prawnika zajmującego się sprawami rozwodowymi. Nie miała wprawdzie zamiaru składać pozwu, ale chciała wiedzieć na czym stoi z prawnego punktu widzenia. Uznała, że wystąpienie o rozwód to zadanie dla Iana.

Ubrała się w zwyczajne codzienne rzeczy, zadowolona że w ciągu czterech miesięcy straciła sześć kilogramów, co nie było może dużym ubytkiem, lecz bezpiecznym dla zdrowia.

Był ciepły sierpniowy dzień, a w powietrzu czuło się zapowiedź letniego deszczu. Idąc przez Park Avenue w kierunku kancelarii adwokackiej, Emily wdychała woń świeżo skoszonej trawy. Cały trotuar tonął w cieniu, bo osłaniały go ogromne korony drzew. Od czasu do czasu dochodził stamtąd leniwy świergot ptaka, który najwyraźniej chciał przypomnieć przechodniom, iż wciąż mieszka w rozciągającej się nad ich głowami zielonej chmurze. Szosą tuż obok przemykały samochody, z których przez otwarte okna dobiegały głośne dźwięki muzyki. Emily mijała właśnie cukiernię po prawej stronie. Zatrzymała się przed nią. W tej chwili bardziej niż czegokolwiek na świecie zapragnęła słodkiego puszystego pączka. I nic nie zasmakowałoby jej tak, jak ta wyjątkowa kawa, którą tu właśnie parzono z cukrem i najprawdziwszą, najlepszą śmietanką. Och, jak bardzo chciała zjeść dwa pączki, jeden z galaretką, a drugi z kremem. Tyle że gdyby kupiła je teraz, musiałaby niemal połknąć je w pośpiechu, bo nie było czasu, żeby się nimi delektować. Uznała więc, że lepiej będzie przyjść do cukierni po wizycie u prawnika. Należała jej się jakaś nagroda za surowe przestrzeganie dyscypliny, którą sobie sama nałożyła cztery miesiące temu. No i miała przed sobą przyjemne oczekiwanie na nią.

Spotkanie z prawnikiem trwało dokładnie czterdzieści pięć minut i to Emily je zakończyła. David Ostermeyer był wysokim, robiącym wrażenie mężczyzną o siwiejących włosach, ubranym w nieskazitelnie białą koszulę i doskonale skrojony ciemny garnitur. Oczy miał równie szare jak włosy na skroniach. Był profesjonalistą w każdym calu nie tracącym czasu na to co zbędne. Emily miała wrażenie, że ten człowiek nigdy się nie uśmiechał, a może nawet nie wiedział, jak się to robi. Był prawniczą wersją Iana.

– Kto prasuje panu koszule? – spytała ni stąd, ni zowąd Emily. Miała świadomość, że jest cała czerwona z zażenowania, lecz nie przejmowała się tym.

– Słucham?

– Pańska koszula prezentuje się znakomicie. Zastanawiałam się, kto je panu prasuje.

Pan Ostermeyer zamrugał powiekami.

– Moja żona – odrzekł. – A czasami gosposia. No, ale co mogę dla pani zrobić? – Emily wyjęła przygotowaną teczkę z dokumentami i przedstawiła prawnikowi swoją wersję wydarzeń. Ostermeyer patrzył na nią z pogardą i politowaniem. – Chciałbym się upewnić, że na pewno dobrze panią zrozumiałem – powiedział, gdy skończyła, postukując piórem w leżący na biurku żółty notatnik. – Utrzymywała pani męża i płaciła z & jego studia. Przez wiele lat pracowała pani po siedemnaście godzin dziennie i w klinikach, i na etacie. Zgadza się jak dotąd? – Emily potwierdziła skinieniem głowy. – Następnie zrzekła się pani wszelkich roszczeń co do prawa własności klinik, mimo iż zarówno pani mąż jak i jego prawnik odradzali to pani. Poprosili panią nawet o uzyskanie porady prawnej u niezależnego adwokata, który wytłumaczył pani, z czego pani rezygnuje i upewniał się, czy na pewno jest pani świadoma wszelkich konsekwencji swojej decyzji. Czy tak? – Emily ponownie przytaknęła. – Mój Boże, pani Thorn, jak mogła pani zrobić coś takiego?

– Chyba sama nie bardzo wiem. Wydaje mi się, że dopiero teraz zaczynam rozumieć swoje postępowanie. Ale wtedy tak nie było. Cóż, myślę że chciałam coś zademonstrować. Sobie samej. Chciałam myśleć, że Ian zawsze będzie się mną opiekował, że już przez samo to, co zrobiłam, on należy do mnie. Gdybym przyjęła przysługujące mi prawa, to by znaczyło… że łączą nas po prostu interesy. Zresztą sama nie wiem. Teraz oczywiście rozumiem, że postąpiłam głupio i żałuję tego. Ale muszę jakoś z tym żyć, bo nie mam innego wyjścia. Obydwa domy zapisane są na męża i na mnie. Obecnie sama opłacam czynsze. Czy Ian… czy jeśli będę zmuszona sprzedać domy, to Ian ma prawo dostać połowę uzyskanej sumy?

– Oczywiście. Obowiązuje państwa wspólnota majątkowa. Jeśli złoży pani pozew o rozwód, może pani ubiegać się o alimenty. Czy o to właśnie pani chodzi?

– Nie. To mąż będzie musiał wystąpić o rozwód. Ja chciałam tylko upewnić się, jak wygląda moja sytuacja. A kliniki… no cóż, to już zamknięta sprawa.

– Przykro mi, że nie mogę być pani bardziej pomocny. Wprawdzie to, co powiem, nie poprawi pani samopoczucia, lecz kwestia sprzedaży tych klinik została podniesiona na jednym z posiedzeń Izby Handlowej. Kiedy usłyszałem, jakich sum za nie zażądano, dech mi zaparło w piersiach. Szkoda, że nie miała pani do nich prawa. Byłaby pani zabezpieczona do końca życia. Czy wie pani, gdzie obecnie przebywa pani mąż?

– Nie. Ale wystarczy, że zadzwonię do związku lekarzy, o ile naturalnie będę chciała uzyskać informacje o miejscu jego pobytu, czego nie chcę. Na razie ta sprawa nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Prawdę mówiąc, panie Ostermeyer, jestem teraz całkiem nieźle zabezpieczona. Dziękuję, że poświęcił mi pan tyle czasu. Naprawdę świetnie wygląda ta pańska koszula; sama lepiej bym jej nie wyprasowała.

– Rozumiem – odparł prawnik.

Emily roześmiała się.

– Nie, wcale pan nie rozumie. Mój mąż też ciągle to powtarzał, a nie miał na ten temat zielonego pojęcia. Czy mam zapłacić w recepcji, czy przyśle mi pan rachunek?

Kiedy prawnik odprowadzał ją do drzwi, Emily pomyślała, że wygląda na zakłopotanego.

– Życzę pani szczęścia, pani Thorn – powiedział.

– Właśnie do tego wszystko się sprowadza, panie Ostermeyer – odrzekła Emily myśląc już o pączkach i kawie, od których dzieliło ją zaledwie kilka minut.

Na parkingu przed cukiernią Emily zdecydowała, że wejdzie do środka i nasyci się zapachem słodkości, ale niczego nie kupi. A jeśli absolutnie nie będzie mogła się im oprzeć, wtedy weźmie sobie tylko parę drobnych ciasteczek posypanych cukrem pudrem. Nazywały się makaroniki.

Gdy weszła do cukierni, momentalnie przeobraziła się w dziecko buszujące w sklepie ze słodyczami. Zapragnęła mieć po jednym ciastku z każdego rodzaju. – Wezmę tuzin – zapowiedziała sprzedawczyni. – Cztery z galaretką, cztery z kremem waniliowym, trzy z czekoladowym i jedno lukrowane. I dwanaście makaroników. Do tego jedną dużą kawę z dużą porcją śmietanki i trzema kostkami cukru.

Emily ciekawa była, czy oczy w tej chwili lśnią jej tak samo jak lukrowane pączki za ladą. Nie mogła się doczekać, żeby znów znaleźć się w samochodzie, by jak najszybciej dobrać się do pączków i kawy. Położyła na ladzie dokładnie odliczoną sumę pieniędzy, pozbierała swoje pakunki i opierając się plecami o szklane drzwi wyszła z cukierni.

Już jedną nogą była w samochodzie, gdy ni stąd, ni zowąd obróciła się i wrzuciła wszystkie paczki do stojącego obok pojemnika na śmieci. – O Boże – westchnęła. – Oczekiwanie na zakup pączków i kawy, a potem zapłacenie za nie okazało się niemal równie przyjemne jak ich zjedzenie. – No i co, Ianie? No i co?

To już był ogromny krok do przodu. Jakby przeskoczyła jakiś wysoki aż pod niebo płotek. Poradziła sobie i udowodniła, że ma silną wolę. I nawet trudno było jej zarzucić jakieś niepowodzenie, bo przecież nie uległa słabości. – Brawo, Emily – zachichotała jadąc do domu.

* * *

– O, jesteś już w domu, Pauleno. Czy coś się stało? – zapytała Emily swoją nową lokatorkę, wdowę, która po śmierci męża została bez żadnego zabezpieczenia finansowego na przyszłość.

– Nie, wszystko w porządku. Po prostu dzisiaj kończę wcześniej. Ale za to jutro pracuję do późna.

– A to co? – zaciekawiła się Emily wskazując palcem rząd buteleczek.

– Kiedy skończyłam pracę w „Acme”, poszłam jeszcze do sklepu ze zdrową żywnością, gdzie pracuję na ćwierć etatu, i szef zaopatrzył mnie w mnóstwo witamin i ziół. Właśnie w ten sposób okazuje mi swoja życzliwość. Chętnie dam ci trochę. Mam tu ziółka i witaminy na wszystko. A jeśli chcesz, to jutro mogę przynieść kilka książek. Przy odchudzaniu najważniejsze jest prawidłowe odżywianie. W tych buteleczkach jest pełno naprawdę dobrych środków, a z niektórych można zaparzyć herbatki na sen. Jeszcze zanim umarł mój mąż pracowałam w sklepie ze zdrową żywnością i bardzo wiele się tam nauczyłam.

Między tymi dwiema kobietami nawiązały się swobodne, niewymuszone stosunki. Zwykle Lena, bo wdowa tak właśnie lubiła być nazywana, wracała do domu akurat wtedy, gdy Emily kończyła swój popołudniowy trening. Przygotowywała sobie ziołową herbatkę, a Emily kawę, i popijając rozmawiały. Emily miała nadzieję, że obopólna sympatia przerodzi się w przyjaźń i staną się dla siebie najlepszymi przyjaciółkami i powierniczkami.

– Chętnie przejrzałabym jakieś książki. I tak zawsze czytam podczas ćwiczeń. Wprawdzie powinnam pewnie uważać na to co robię, lecz idąc, mogę bez problemu czytać. Wciąż nie schudłam tyle, ile bym chciała, a przecież trzymam się diety. O Boże, dzisiaj na przykład kupiłam pączki, a zaraz potem wyrzuciłam je do śmietnika. Możesz to sobie wyobrazić?

Lena aż zagwizdała.

– Jasne. Każdemu zdarza się zrobić coś głupiego. Ja próbuję wybielić sobie plamy wątrobowe Cloroxem. Wiem, że to idiotyczne, a jednak to robię.

– Powiedz sobie, że to nie plamy tylko piegi, a od razu poczujesz się lepiej. Zresztą pasują do twoich rudych włosów i orzechowych oczu. Leno, jeśli chcesz, możesz korzystać z mojego sprzętu do ćwiczeń. Zamówiłam jeszcze Nordic Track. Mają mi go dostarczyć w tym tygodniu.

– To bardzo uprzejme z twojej strony, Emily, dziękuję. Chyba jesteś zadowolona z obecnej sytuacji, prawda? Mam na myśli lokatorów i wszystko, co się z tym wiąże. Wprawdzie w porze kolacji robi się tu prawdziwe zoo, ale w ciągu ostatniego tygodnia udało nam się chyba pogodzić wzajemne dziwactwa. Mnie osobiście bardzo podnosi na duchu fakt, że mieszkając razem pod jednym dachem wszystkie staramy się szanować indywidualność pozostałych.

– Strasznie miło mi to słyszeć, Leno. Wiesz co, weź swoją herbatę i chodź ze mną do sali gimnastycznej, to porozmawiamy. W ten sposób czas szybciej mi upłynie, a jak skończę, będziesz mogła sama poćwiczyć.

Emily aż wstrzymała oddech w oczekiwaniu na odpowiedź Leny. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie za szybko próbuje bliżej zaprzyjaźnić się z koleżanką.

– Chętnie – odparła Lena.

Emily wytrzymywała zwykle na dreptaku do dwudziestu minut. Dzisiaj wytrwała na nim czterdzieści pięć nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Jej dotychczasowy rekord na rowerku wynosił pół godziny. A tym razem Pedałowała godzinę.

– Powinnam zatrudnić cię do rozmowy na czas ćwiczeń – zażartowała, kiedy ledwie dysząc siadała na podłodze, sięgając jednocześnie po butelkę z wodą. – Teraz twoja kolej, Leno.

– Zmęczyłam się już od samego patrzenia na ciebie. Ale pomyślę o tym. Właściwie wcale mi nie przeszkadza te siedem kilo nadwagi. Dopóki zdrowie mi dopisuje i prawidłowo się odżywiam, nie mam powodów do narzekań. Mam nadzieję, że nie potraktujesz tego jak wtrącanie się, ale wydaje mi się, że ty… że masz obsesję na punkcie tych ćwiczeń i diety. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ty… no wiesz, co mam na myśli.

– Chyba po prostu łatwo popadam w obsesję. A chcesz wiedzieć dlaczego?

– Pod warunkiem, że nie będzie ci przykro o tym mówić.

– Tego dowiem się dopiero, gdy spróbuję. Jeśli mnie to zaboli, to przerwę i dokończę innym razem.

Kilka godzin później, wygospodarowawszy trochę czasu na osobności, Lena wstawiła wodę na herbatę i powiedziała do Emily.

– Przykro mi, Emily. Musiało być ci strasznie ciężko.

– Nie chcę zmarnować reszty życia. Muszę się za coś wziąć. Muszę jakoś sobie pomóc, zrobić coś, czym udowodnię samej sobie, że jestem wartościowym człowiekiem. Ten dupek, do którego chodziłam przez jakiś czas, mówił że mam niską samoocenę i miał rację. Żyłam wyłącznie dla Iana. Czy myślisz, że kiedyś zdołam zapomnieć o Ianie?

– Nie wiem, Emily. Podobno czas leczy wszystkie rany. Ale ja wciąż kocham mojego męża i jestem pewna, że nigdy nie wyjdę powtórnie za mąż. Po prostu wiem to i tak czuję. Ale ty jesteś chyba inna. A jak właściwie chcesz ułożyć sobie życie? To znaczy, czy masz jakieś szczególne plany?

– Już od kilku lat studiuję. Muszę uzyskać jeszcze dwanaście zaliczeń, żeby otrzymać dyplom. Kiedyś, przez bardzo długi czas uważałam, że jeśli skończę studia, okażę się godna Iana. To chyba jakiś chory pomysł? Teraz widzę to całkiem jasno, ale dlaczego nie dostrzegałam tego wcześniej?

– Bo nie chciałaś. Łatwiej było ci pogodzić się z istniejącą sytuacją i żyć z dnia na dzień. Zaufałaś Ianowi, ale on cię zawiódł. To oczywiście nie znaczy, że nie możesz ufać nikomu innemu czy jakiemuś mężczyźnie, gdy pojawi się w twoim życiu. Ale zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że sama stworzyłaś potwora, prawda? – zachichotała Lena.

– O tak, teraz to wiem. Zdaniem Iana, nikt z wyjątkiem mnie nie potrafił wyprasować białej koszuli. Wyobraź sobie, że kiedy on odszedł, kiedy dostałam ten jego list, całkiem poważnie zastanawiałam się, czy nie zacząć zarabiać na życie prasowaniem. Wpadłam w panikę. Ciągle jeszcze ogarnia mnie przerażenie, ilekroć mam zapłacić jakiś rachunek. Dałam sobie rok, żeby się pozbierać.

– A co potem?

– Nie wiem, co potem. Muszę się zastanowić, co zrobić z życiem i jak zapracować na utrzymanie. Ale chcę, żeby ta druga połowa mojego życia była coś warta. Byłoby okropne popatrzeć kiedyś wstecz i żałować, że czegoś nie zrobiłam, i wyrzucać sobie, że powinnam była robić coś innego. Przeszłości zmienić się nie da. Często w nocy, kiedy nie mogę spać, rozmyślam o tym co było i wtedy już zupełnie wybijam się ze snu.

Wszystko wokół przypomina mi o Ianie. Jak na przykład ten pokój, ale to jedyne pomieszczenie, w którym mogłam umieścić maszyny do ćwiczeń.

– Proponuję więc, żebyś pozbyła się z tego gabinetu każdej rzeczy, która przywodzi ci na myśl męża. Umiem tapetować ściany. Zerwijmy tę kraciastą, typowo męską tapetę, a zamiast niej położymy inną, jakąś tryskającą życiem. Mam u siebie przenośną maszynę do szycia i chętnie ci ją pożyczę, gdybyś chciała uszyć nowe zasłony. Na twoim miejscu powiesiłabym tu lambrekiny. W ten sposób pokój stanie się jaśniejszy. Jeśli zależy ci na tej boazerii, to w porządku – zostaw ją, a jeśli nie, to ją pomaluj. W każdym razie przekształć to pomieszczenie w swój pokój. Najbliższy weekend mam wolny i chętnie ci pomogę.

Ostatnie zdanie Lena wypowiedziała tak nieśmiało, że Emily aż przytuliła ją do siebie.

– Bardzo bym chciała, żebyś mi pomogła, o ile na pewno nie sprawi ci to kłopotu.

– Nie jest mi łatwo w weekendy. Cały wolny czas spędzałam zawsze razem z mężem. Pewnie po prostu czytałabym książkę. A trochę ruchu dobrze zrobi nam obu. Podoba ci się ten ciemny dywan?

– Nienawidzę go.

– A więc położymy inny. Już nie mogę się doczekać. Uwielbiam zmiany. Może pójdziemy na spacer, chyba że masz jakieś plany. Właściwie to nigdy dotąd nie przeszłam wzdłuż całej ulicy Sleepy Hollow. A jest piękna, bo tyle tu dużych wiekowych drzew. Założę się, że gdy tylko zaczną opadać liście, będziesz miała dużo ruchu zmiatając je. Ale pomogę ci – zaproponowała wspaniałomyślnie.

– Z góry dziękuję. A na spacer też chętnie pójdę.

Zaczęła się między nimi rodzić przyjaźń, bliska więź, która miała przetrwać do końca życia.

9

Przy Sleepy Hollow Road 47 odbywało się przyjęcie. Wszędzie wisiały serpentyny i baloniki. Z zakupionego jeszcze przez Iana sprzętu stereo rozlegały się głośne dźwięki muzyki wypełniające cały dom, a w kuchni przygotowywano prawdziwie królewskie dania.

– Uwielbiam świętować – chichotała Lena krojąc warzywa na sałatkę. – Powiedz mi jeszcze raz, co właściwie zamierzamy uczcić.

– Trudno wszystko wyliczyć – odparła Emily śmiejąc się radośnie i beztrosko. – Po pierwsze, i to jest najważniejsza okazja, mija dwa lata odkąd wprowadziłaś się do mnie ty i pozostałe dziewczyny. Początkowo myślałam, że większość z nich zostanie tu raczej krótko, ale czują się w tym domu szczęśliwe. Naprawdę nie posiadam się z radości, że wszystkim wam dobrze się tu mieszka. Po drugie musimy uczcić toastem fakt, że osiągnęłam swój cel i zrzuciłam dwadzieścia pięć kilo, chociaż stało się to już sześć tygodni temu. Świętujemy także otrzymanie przeze mnie dyplomu. Poza tym udało mi się zupełnie porwać strzałkami ten fragment dyplomu lekarskiego Iana, na którym widnieje jego nazwisko, a z listu zaczynającego się od słów „Kochana Emily” pozostały jedynie strzępy.

– Rzeczywiście, jest co świętować – przyznała z uśmiechem Lena.

– Ale wcale nie jestem pewna, czy udałoby mi się to wszystko, gdyby nie twoja przyjaźń, Leno. Wierzysz w to co ludzie mówią, że jeśli Bóg zamyka przed tobą jedne drzwi, to natychmiast otwiera inne?

– W stu procentach. Wprowadzenie się do tego domu było najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam. Uskładałam w banku więcej pieniędzy niż mieliśmy wspólnie z moim mężem. Nie uważam, że pieniądze są w życiu najważniejsze, lecz niewątpliwie dają poczucie bezpieczeństwa. I bardzo cenię sobie twoją przyjaźń. Pewnie była nam przeznaczona. Kiedy zamierzasz wejść do tej łazienki, Emily? – zapytała nieśmiało Lena.

Ręce Emily zaczęły się trząść.

– Może dzisiaj. A może jutro. Sama nie wiem.

– W ogóle nie musisz tego robić. Jeśli nie czujesz się na siłach, nie wchodź tam. Bardzo wyolbrzymiłaś znaczenie tego lustra, więc w końcu stało się ono twoją kolejną obsesją. Nie zadawaj sobie bólu. Wiele przeszłaś, żeby osiągnąć to, co masz obecnie. Jeśli z tym lustrem nie możesz sobie poradzić…

– Poradzę sobie, Leno. To tylko kwestia czasu. Muszę wszystko sobie jakoś poukładać. Lepiej zmieńmy temat. Jeśli o mnie chodzi, nie mogę się już doczekać, żeby zasiąść do stołu i objeść się. Gdy tylko sprzątniemy po kolacji, wybiorę się na pięciomilowy spacer, a potem jeszcze poćwiczę przez godzinę na Nordic Tracku, żeby spalić nadmiar kalorii. Może okaże się, że jem oczami, ale jeśli nie, to zamierzam zjeść dwa kawałki jabłecznika z dwiema łyżkami lodów.

– Zasłużyłaś sobie na to, Emily. Nie ma nic złego w pobłażaniu sobie, jeśli robi się to w granicach rozsądku. Ty postępowałaś dokładnie tak jak trzeba – chudłaś powoli, ćwiczyłaś tyle, ile mogłaś znieść nie zamęczając się i osiągnęłaś cel wyłącznie dzięki własnym staraniom. Palenie zredukowałaś do sześciu papierosów dziennie. Masz wiele powodów do dumy. Proponuję, żebyśmy urządziły kolejne przyjęcie, gdy już całkowicie zerwiesz z nałogiem. Sama przygotuję wtedy kolację.

– Jeśli mi to obiecasz, to ja rzucę palenie – odrzekła wesoło Emily.

– Umowa stoi. O której zaczynamy?

– O siódmej. Akurat wszystkie dziewczyny zdążą już wrócić i przebrać się. Prawdę mówiąc, Leno, zorganizowałam coś… teraz nie jestem pewna czy… czy to nie jest jedna z tych rzeczy, które robi się pod wpływem impulsu, a potem żałuje, ale bardzo chciałam, żeby to był rzeczywiście wyjątkowy wieczór. Wydawało mi się, że balony, serpentyny, dobre jedzenie i wspaniały deser to trochę za mało, więc… więc… Może da się to jeszcze odwołać – powiedziała drżącym głosem.

– Co chcesz odwołać? Co takiego zrobiłaś, Emily? Spójrz mi prosto w oczy i powiedz, co zorganizowałaś?

Emily głęboko wciągnęła powietrze.

– Wynajęłam striptizera. Ma przyjść o dziewiątej. Tańczy na stole i rozbiera się. To znaczy, nie do naga. Chyba zostawia na sobie jakieś skąpe slipy. O Boże, myślałam, że to będzie fajna rozrywka.

Lena zaśmiewała się do rozpuku. Zdjęła okulary babuni, które nosiła zsunięte na czubek nosa, bo łzy spływały jej po policzkach.

– Ty naprawdę bardzo, bardzo się zmieniłaś. Emily, uważam, że miałaś świetny pomysł. A czy ten chłopak będzie ruszał biodrami, a my mamy wkładać mu pięciodolarówki za… co tam będzie miał na sobie?

– Chyba możemy tak zrobić – odparła słabym głosem Emily. – Muszę dać mu napiwek. Wiesz, rzeczywiście zróbmy tak. Mam trochę pięciodolarówek. Byłam wczoraj w banku. Myślę, że powinnyśmy też piszczeć i pogwizdywać jak w telewizji.

– Zdecydowanie tak – poparła ją Lena. – Ci faceci zwykle kręcą biodrami tuż przed twarzami kobiet. Widziałam to w jakimś programie.

– Ja też!

– Ty go wynajęłaś, więc na pewno będzie tańczył przed tobą. O Boże, już nie mogę się doczekać. No no, nieźle, Emily! A wydawało mi się, że mówiłaś, iż pójdziemy na spacer, jak tylko sprzątniemy po kolacji.

– Kłamałam.

– A czy ten chłopak ma jakieś imię?

– Uhuh.

– Jakie? – chichotała Lena.

– „Wyzwolony Ogier.”

– Podoba mi się – odparła Lena poważnie.

– Widzę!

– Sądząc po imieniu, jest pewnie wolny od wszelkich zahamowań, bezpruderyjny, no wiesz.

– Mam jego zdjęcie. Przysłał mi pocztą wkrótce po moim telefonie. Powiedział, że to fotografia robiona podczas pracy. I że ma… on ma nawet portfolio.

– No, to pokaż!

Emily sięgnęła do szafki, w której trzymała torby na śmieci i wyciągnęła z niej szarą kopertę. Oblizała przy tym usta, a Lena chichocząc aż klaskała w ręce podekscytowana.

– No i co o nim sądzisz?

– O mój Boooooże – odezwała się Lena oglądając połyskliwą fotografię to przysuwając ją do oczu, to oddalając. – Mój mąż nigdy tak nie wyglądał nawet w najlepszych latach swego życia. A tobie on się podoba, Emily?

– Ian w ogóle nie mógł się z nim równać. Nawet kiedy miał dwadzieścia lat. Czy uważasz, że zachowujemy się jak dwie stare bezwstydnice?

– Jasne, ale co to kogo obchodzi? Wiesz, Emily, myślę że jak znajdziesz jakąś pustą ramkę na zdjęcie, to koniecznie powinnaś oprawić w nią tę fotkę i ustawić na stole, żebyśmy mogły ją podziwiać jedząc kolację.

– Mówisz poważnie?

– Jak najbardziej. Ale prawdę mówiąc, nie bardzo bym wiedziała, co robić z takim chłopakiem, a ty?

– Myślę, że gdyby przyszło co do czego, dałabym sobie radę. Leno, przecież dopiero niedawno skończyłyśmy czterdziestkę. A w tym wieku nie jesteśmy jeszcze za stare na takie rzeczy. Założę się, że mogłabym tego chłopaka niejednego nauczyć. Te młodziki uważają, że kobiety osłupieją na widok ich wspaniałych ciał i będą chciały jedynie… no, wiesz. Tacy faceci prawdopodobnie nie mają nawet pojęcia, jak zadowolić kobietę. Czy twój mąż dawał ci to, czego oczekiwałaś, Leno?

– Starał się. Ale… nie był zbyt… no wiesz, zbyt pomysłowy. A Ian?

– Czasami było nam bardzo przyjemnie. Ale przeważnie to tylko jemu było dobrze. Często był za bardzo zmęczony, żeby starać się mnie zadowolić, a ja nie chciałam prosić, bo mogłam usłyszeć, że on nie ma już sił. No cóż, wprawdzie urodziłam się chyba zmęczona, ale lubiłam… wciąż lubię seks. A ty?

– Jak można lubić coś, czego właściwie nigdy się nie doświadczyło? Mój mąż uważał, że pieszczoty uprawiają wyłącznie prostytutki i ich klienci. Był bardzo powściągliwy, ale kochałam go.

Emily popatrzyła przyjaciółce prosto w oczy.

– Ale? Zawsze jest jakieś ale.

– Nie ma żadnego. No, gdzie ta ramka?

– Na stoliku, w holu na piętrze. O Boże, zaraz wszyscy przyjdą. Kolacja była bardzo uroczysta i wzniesiono podczas niej wiele toastów na cześć błyszczącego od oliwki męskiego ciała eksponującego mięśnie na stojącym pośrodku stołu zdjęciu. Kiedy uprzątnięto już naczynia, kobiety ustawiły krzesła w półokrąg na tyle daleko od stołu, żeby móc dobrze widzieć tańczącego mężczyznę, a Emily napełniła winem wąskie kieliszki na wysokich nóżkach.

– Jesteśmy gotowe! – krzyknęła Lena przechylając na bok głowę. – On przyniesie swoje własne kasety, prawda?

– A jak długo będzie tańczył? – zainteresowała się kobieta pracująca jako bibliotekarka w wypożyczalni Plainfield.

– Godzinę – odparła wesoło Emily. – A jeśli będziecie chciały więcej, wystarczy poprosić.

– Będzie miał na sobie pelerynę? – zapytała inna z lokatorek, która była pomocnicą pielęgniarki.

– Na samym początku tak.

– Mam nadzieję, że będzie miał pióra wokół kostek. Uważam to za bardzo seksy – stwierdziła Kelly. – Wiesz coś na ten temat, Emily?

– Jeśli tak bardzo zależy ci na piórach, to mogę wyjąć trochę z poduszki. Lena umie szyć, więc mogłaby naszyć je na jakiś pasek.

– Nieważne. Wyobrażę sobie, że on ma te pióra.

– Mam nadzieję, że będzie mocno kręcił biodrami. No i w ogóle, że będzie się wyginał na wszystkie strony. Czy zdajecie sobie sprawę, koleżanki, z tego, że kobiety mogą wreszcie zabawiać się w taki sposób? Dawniej tylko mężczyźni przyprowadzali sobie prostytutki na wieczory kawalerskie. Proponuję wykorzystać tego faceta do maksimum, niech da z siebie wszystko. Postąpimy z nim tak, jak oni z kobietami.

Martha Nesbit roześmiała się głośno.

– Chciałabym pożyczyć to zdjęcie, żeby postawić je na biurku w pracy. Chcę, żeby zobaczyli je wszyscy sprzedawcy, gdy przyjdą rano. Powiem, że mam z nim randkę wieczorem.

Emily dolała koleżankom wina.

„Wyzwolony Ogier” przyszedł punktualnie o dziewiątej. Oczekujące go kobiety aż jęknęły z zachwytu, ale on szybko wyprosił je do kuchni, żeby móc się przygotować.

Już podpite, ale wciąż pijące kobiety zdążyły się pozbyć zahamowań i rozanielone chichotały.

– Widziałaś jego biodra?

– Czytasz za dużo romansów.

– Ma cudowne uda.

– Och, to mi się podoba.

– Ależ wymuskany.

– Zauważyłyście ten jego uśmieszek? Zobaczycie, już on nam pokaże co potrafi.

– Emily, miałaś fantastyczny pomysł, cudowny. Dziś w nocy wszystkim będzie nam się śnił ten chłopak. Uwielbiam mieszkać u ciebie, Emily. Jesteśmy jak siostry. Nie mogę się doczekać, żeby pójść jutro do pracy. Będziesz robiła zdjęcia, prawda?

– O Boże, nie mam aparatu. Powinnam o tym pomyśleć – jęknęła Emily. – Naturalnie, że powinnyśmy robić zdjęcia. Jak mogłam zapomnieć o czymś tak ważnym?

– Ja mam polaroida – odezwała się bibliotekarka. – Skoczę na górę i zaraz wracam z aparatem.

– Świetnie – krzyknęły pozostałe.

Emily otworzyła kolejną butelkę wina. Cieszyła się, że wszystkie jej lokatorki lubią u niej mieszkać i darzą ją dużą sympatią. Traktowały się nawzajem jak siostry. No i spodobał im się jej pomysł. Każda z kobiet czuła się szczęśliwa. Emily pomyślała, że wreszcie udało jej się zrobić coś jak należy. I nie było przy niej Iana, który by ją skrytykował. A kiedy przyjęcie się skończy, nikt nie powie: – Emily, kochanie, nie zapomnij wyprasować moich białych koszul. – Kręciło się jej już w głowie, gdy dostrzegła wchodzącą do kuchni Zoe Meyers, która wymachiwała w powietrzu aparatem fotograficznym. Emily natychmiast napełniła winem jej kieliszek.

– O Boże! – jęknęły, gdy usłyszały dźwięk trąbki wzywający je do pokoju.

– Ale on jest całkowicie ubrany – poskarżyła się zawiedziona bibliotekarka szykując się do zrobienia zdjęcia.

– To specjalny garnitur; w odpowiedniej chwili puszcza w szwach i opada – szepnęła jej Emily nie odrywając wzroku od stojącego na środku stołu tancerza.

Mężczyzna machnął laseczką zakończoną błyszczącą gałką i włączył nią magnetofon. Cały pokój wypełniła głośna muzyka, jaka zwykle towarzyszy rozmaitym pokazom czy striptizom. Siedzące na krzesłach kobiety wyprostowały się jak struny.

„Wyzwolony Ogier” tańczył, prężył się i kręcił biodrami. Od marynarki odpadły już rękawy. To co z niej zostało tancerz zdjął z siebie powolnymi prowokującymi ruchami nie wypadając ani na moment z rytmu muzyki. Emily poczuła na czole kropelki potu. Zastanawiała się, czy w końcu nie spadnie po prostu z krzesła.

– Rozbierz się – krzyknęła chrapliwym głosem Nancy Beckenridge.

– Zrzuć z siebie wszystko! – zawołała chichocząc Lena.

– Pokaż co tam masz – dorzuciła Kelly Anderson pożerając mężczyznę wzrokiem.

A on pokazał co ma. Jednym płynnym ruchem zerwał z siebie slipy i odrzucił je do tyłu. Czerwony satynowy trójkącik przykrywający jego krocze pulsował pod naporem penisa. Rozentuzjazmowane kobiety klaskały w dłonie. Zoe aż gwizdnęła, Lena zaczęła pokrzykiwać, a Emily do niej dołączyła. Wszystkie tupały w podłogę. Nagle tancerz zeskoczył ze stołu i w jednej chwili znalazł się tuż przed nimi.

– Pokaże nam zaraz pupę – szepnęła Martina, ta, która na co dzień pomagała pielęgniarce.

– No to co? – odparła Kelly próbując dotknąć posmarowanego olejkiem uda mężczyzny. Aż jęknęła ze szczęścia, ale gdy chłopak wypiął w jej kierunku biodra, cofnęła rękę.

Emily pociągnęła gumkę przytrzymującą czerwony trójkącik.

– Czy to właśnie są właśnie te minislipki? – spytała chrapliwym głosem.

– Możesz to nazywać jak chcesz – szepnął tancerz pochylając się nad nią. Przez chwilę tańczył i wirował przed nią, po czym gwałtownie wypiął biodra w jej kierunku.

I wtedy Emily zrobiła coś, czego absolutnie się po sobie nie spodziewała. Złączyła dłonie tworząc coś na kształt miseczki i wsunęła je pod wypchany satynowy trójkącik. Pozostałe kobiety tupały w podłogę i pokrzywkiwały z zachwytu. Emily przez chwilę wpatrywała się błędnym wzrokiem w krocze mężczyzny, po czym gwałtownie wtuliła w nie twarz.

– Ooooch, cuuudooownie – jęknął tancerz z figlarnym uśmieszkiem na ustach.

– Teraz moja kolej, teraz ja! – krzyczały kobiety jedna przez drugą. Emily cofnęła ręce i odsunęła się nieco w tył razem z krzesłem. Nagle ktoś rzucił jej aparat fotograficzny. Zaczęła więc pstrykać zdjęcia jedno za drugim i nie przestawała, dopóki tancerz nie wskoczył znów na stół, a wtedy oddała aparat Zoe.

Boże kochany, pomyślała, czy ja naprawdę… ależ tak, powiedziała sobie, złapałam faceta za jajka i wtuliłam w nie twarz. I podobało mi się to, nawet bardzo. I cholernie dobrze zrobiłam, dodała w myśli ciężko przełykając ślinę.

Wkrótce występ się skończył i „Ogier” włożył na siebie pelerynę w takim samym kolorze jak trójkącik w kroczu. Muzyka zmieniła się i burzliwe dźwięki ustąpiły miejsca piosence Paula McCartneya „My Love”. Tancerz zeskoczył ze stołu wprost przed krzesłem Emily.

– Pani Thorn, czy zechce pani łaskawie zatańczyć ze mną? – poprosił. – Emily wtuliła się w jego ramiona. – Czy jest pani usatysfakcjonowana występem? – spytał szeptem.

– O, tak. Był znakomity. Moje przyjaciółki wspaniale się bawiły. Być może jeszcze kiedyś zaprosimy tu pana, gdy znów będziemy coś świętować. Naturalnie poprosimy o nieco inny występ.

– Ależ oczywiście – odrzekł tancerz przytulając Emily. – Wykonuję też numer w żółtym stroju, który nazywa się „Szybki Figlarz”; doprowadziłbym te panie na sam szczyt ekstazy.

Emily uśmiechnęła się do niego.

– Znakomicie się dzisiaj bawiłyśmy. Chyba zatańczy pan ze wszystkimi po kolei, prawda?

– Tak. Zawsze staram się jak mogę, żeby moi klienci byli zadowoleni.

– I udało się panu. Twoja kolej, Leno – powiedziała odsuwając się na bok.

Emily przyglądała się, jak „Wyzwolony Ogier” prowadzi jej koleżanki do tańca w rytm melodii „Czekałem właśnie na taką dziewczynę jak ty”.

Gdy tancerz spakował już magnetofon do wielkiej sportowej torby, Emily zaproponowała mu lampkę wina.

– Niestety, nie mogę, o wpół do jedenastej mam kolejny występ. Nie wiem, czy jesteście panie zainteresowane, ale sprzedaję swoje zdjęcia. Komplet dwudziestu fotografii kosztuje dwadzieścia dolarów.

Każda z kobiet kupiła sobie cały zestaw. Wychodząc, mężczyzna ucałował wszystkie w policzek. Gdy już drzwi się za nim zamknęły, Emily powiedziała:

– Zwyczajny chłopak, który ma jakąś swoją rodzinę. Uważam, że biorąc pod uwagę sytuację, zachowywał się bardzo szarmancko. Co my zrobimy z tymi zdjęciami? Ojej, to mi się podoba.

– Mam pomysł – odezwała się Lena. – Zróbmy z nich szlaczek w kuchni. Przykleimy je do tapet. Naturalnie fotki muszą wisieć na wysokości oczu, żebyśmy mogły patrzeć na nie do woli. Mamy sześć zestawów, więc powinno starczyć na wszystkie ściany.

– Fantastyczny pomysł – osądziła Emily. – Zabierzmy się do tego od razu. Jutro nie starczy nam odwagi. Klej jest w szafce w mojej sali gimnastycznej.

– Wyszło nam krzywo – stwierdziła Nancy dwie godziny później – ale podoba mi się. Moim zdaniem powinnyśmy powiększyć to zdjęcie z Emily do rozmiarów plakatu i powiesić je na kuchennych drzwiach. Co wy na to?

– Pójdę do tego zakładu, gdzie wywołują zdjęcia w ciągu godziny – zgłosiła się na ochotnika Lena. – Tylko że plakat będą robić pewnie z tydzień.

– Brawo! Brawo! – przyklasnęła Emily.

– Dokończmy teraz ciasto i napijmy się kawy. Ja zaparzę – zaoferowała się Kelly.

.- Ależ miałyśmy rozrywkowy wieczór. Naprawdę było świetnie – stwierdziła Zoe.

– A kto powiedział, że po czterdziestce trzeba już tylko czekać na śmierć? – dodała chichocząc Lena.

Gdy kawa była gotowa, Zoe wzniosła toast.

– Wypijmy za Emily, za kaloryczne jedzenie, za kofeinę, wreszcie za erotyczne sny i nową dekorację naszej kuchni.

Bliźniacze siostry Demster, Rose i Helen, które wynajmowały mieszkanie nad garażem, zsunęły się z krzeseł jednocześnie.

– One wszystko robią razem – skomentowała Nancy. – Już po pierwszej lampce wina były wstawione. Chyba powinnyśmy po prostu je czymś nakryć.

– W porządku – zgodziła się Emily.

Martha Nesbit, przyjaciółka sióstr Demster, która nigdy nie wypowiedziała dwóch słów, jeśli jedno wystarczyło, popatrzyła na leżące na podłodze bliźniaczki i ściągnąwszy poduszkę z kuchennego krzesła położyła się obok nich.

– Wspaniały wieczór – stwierdziła, zanim zdążyła zasnąć.

– Idę jutro do szpitala na poranną zmianę – oznajmiła Martina. – Zostawcie wszystko. Pozmywam przed wyjściem do pracy. Cudownie się bawiłam, Emily. Naprawdę wspaniale się u ciebie mieszka. Dobranoc.

– Masz ochotę pójść na spacer, Leno?

– Jasne.

– Przejdziemy się tylko ulicą tam i z powrotem. Na zewnątrz jest bardzo przyjemnie. – Chwilę szły w milczeniu, po czym Emily przerwała ciszę. – Wiesz, Leno, minęło bardzo dużo czasu, zanim zdołałam dostrzec cokolwiek poza moim własnym smutkiem. Zdaję sobie sprawę, że dziś za dużo wypiłam, ale to nie ma nic do rzeczy. W tej chwili na przykład dostrzegam świecące gwiazdy. Widzę wyraźnie Wielką Niedźwiedzicę. Niebo wygląda tak, jakby ktoś wysypał na nie mnóstwo błyszczących kamyczków. Powietrze, którym teraz oddychamy przypomina mięciutki, jedwabisty aksamit spowijający nas od stóp do głów. Jest właśnie takie, bo nie ma w nim wilgoci. Księżyc jest cudowny. Jutro będzie pełnia i wszystkie zrobimy się kapryśne, i w ogóle poczujemy się kiepsko. Zdziwiłabyś się, gdybym ci opowiedziała, co działo się podczas pełni w klinikach, gdy w nich pracowałam. Czuję zapach kapryfolium. Późno zakwitło w tym roku, pewnie dlatego, że niewiele było deszczu.

Muszę się za coś wziąć, Leno. Dzisiaj zrozumiałam to wyraźniej niż kiedykolwiek dotąd. Nie planowałam tego, że na dwa lata praktycznie wyłączę się z normalnego życia – nie znaczy to, że mam jakiś plan, ale muszę coś wymyślić. Chcę ułożyć sobie życie, wytyczyć jakiś cel, znaleźć coś, co chciałabym robić albo do czego mogłabym zmierzać -jakkolwiek to nazwę i tak sprowadza się do jednego. Leno, chcę znów myśleć i czuć. Dziś doświadczyłam tego przez kilka zaledwie minut. I wcale nie mówię w tej chwili o tym idiotycznym wybryku, kiedy… w każdym razie nie o tym. To przypisuję wpływowi wypitego wina. A ty, Leno, masz jakieś plany?

– Jestem zadowolona z tego co mam. Mnie nie trzeba wiele do szczęścia. Czuję się, jakbym nagle w drugiej połowie swego życia odnalazła rodzinę. Dziś wieczór każda z nas na swój własny sposób starała się dać do zrozumienia, jak bardzo jesteśmy ci wdzięczne. A ja w szczególności.

– Czy to znaczy, że w pełni odpowiada ci to, że najpierw przez osiem godzin pracujesz w supermarkecie i jesteś cały czas na nogach, a potem zaczynasz drugą pracę na ćwierć etatu?

– Muszę myśleć o przyszłości, Emily, sama to rozumiesz. Mój mąż, chociaż miał dobre intencje, uważał że wszelkie ubezpieczenia to jedynie strata pieniędzy. Nie mam obecnie wyboru, więc muszę się pogodzić z istniejącą sytuacją.

– A gdyby wpadł mi do głowy jakiś pomysł na rozkręcenie wspólnego interesu, coś z czego mogłybyśmy żyć, to byłabyś zainteresowana?

– Jeśli zadbasz też o zabezpieczenie emerytalne, to z przyjemnością wejdę w ten interes.

– Muszę nad tym pomyśleć. Kto wie, może coś wydedukuję.

– Byłoby wspaniale.

– Chciałabym, żeby każdy dzień kończył się tak miło jak dzisiejszy – powiedziała Emily zawracając w kierunku domu.

– Cieszę się, że zostałyśmy przyjaciółkami. Mój mąż chciał, żebym poświęcała mu cały swój czas, kiedy był w domu. Nie żałowałam mu ani minuty, ale dopiero teraz widzę, ile traciłam. Jesteś bardzo sympatyczną osobą, Emily.

– Wiem. Teraz to wiem. Ale przez tak długo… Zresztą nieważne, to już przeszłość. Odeszła i już jej nie ma.

Lena zaczęła machać rękami w powietrzu.

– Witaj zrodzona dla świata, Emily Thorn.

10

Pojękując Emily zasiadła do stołu, żeby wypić pierwszą tego dnia filiżankę kawy. Przechodziła właśnie pierwszego kaca. Bo oczywiście te, które miała w czasie pożycia z Ianem nie liczyły się. Ale warto było. Wczorajszy wieczór okazał się dokładnie taki, jak sobie życzyła. Jeśli nawet nie była tego pewna przedtem, teraz nie miała żadnych wątpliwości, że grupka mieszkających u niej kobiet, a obecnie przyjaciółek, to osoby, którym można zawierzyć. Każda z nich miała swoje problemy, ale jedne były bardziej skore do podzielenia się nimi, a inne mniej. Prawdę mówiąc to wszystkie razem tworzyły coś w rodzaju wspierającej się wzajemnie grupy, coś, o czym do tej pory Emily tylko czytała w książkach.

Popatrzyła na najnowszy element dekoracyjny kuchni i aż zachichotała. A kiedy wyobraziła sobie minę inkasenta z elektrowni, który sprawdzając odczyt licznika zobaczy fotografie, wybuchnęła gromkim śmiechem. Bo aby dojść do licznika, musiał przejść przez kuchnię. – Dzień za dniem życie się toczy – mruknęła.

Na dzisiaj Emily miała konkretne plany. Zamierzała wynająć osobistego trenera, który ułożyłby taki program ćwiczeń, by jej ciało stało się sprężyste. Bo schudnięcie to jedno, a wiotka obwisła skóra, to zupełnie inny problem. Wprawdzie nie wiedziała, czy po czterdziestce można jeszcze mieć sprężyste ciało, ale chciała spróbować.

Popatrzyła na drzwi do łazienki, lecz po chwili odwróciła wzrok. Pomyślała, że jeszcze nie jest gotowa, ale już wkrótce… kto wie. Może niedługo. A może nigdy. Przeniosła wzrok nieco wyżej i uznała, że Ian w żadnym okresie swego życia nie prezentował się tak dobrze. Był chudy, właściwie składał się ze skóry i kości. Jak na jasnowłosego i bladego z natury mężczyznę jego ciało nie było zbyt obficie owłosione, a te włoski, które miał, i tak były ledwie widoczne z racji swego blond koloru. A owłosiona klatka piersiowa u mężczyzny jest taka… taka seksowna.

– Jesteś podniecona, Emily. Musisz znaleźć sobie faceta – powiedziała do siebie samej. – Utkwiła wzrok w wiszących na ścianie zdjęciach z polaroidu i tych, które kupiła razem z koleżankami. – Taaak – westchnęła ciężko.

Przyznanie się przed sobą, że pragnie seksu i potrzebuje go, było kolejnym znaczącym krokiem naprzód, jaki zrobiła. Jeszcze nie tak dawno myślała przecież, że nie jest już zdolna do żadnych uczuć. Ale widok młodego połyskującego od oliwki ciała mężczyzny, którego oglądała ostatniej nocy, uzmysłowił jej, iż bardzo się w tej kwestii myliła.

Emily nalała sobie drugą filiżankę kawy i zapaliła pierwszego tego dnia papierosa. Delektując się nim w pełni pomyślała – układając plany na najbliższą przyszłość – że po pierwsze musi poszukać sobie faceta, z którym mogłaby uprawiać seks. Po drugie potrzebuje pomysłu na otworzenie jakiegoś interesu, na którym mogłaby zarobić. A po trzecie ma za zadanie zapewnienie pracę i zabezpieczenie na przyszłość kobietom, które u niej mieszkają.

Doszła do wniosku, iż wszystkie jej lokatorki w taki czy inny sposób ucierpiały ze strony mężczyzn. Niektóre same się im poddawały, a inne nie godziły się z losem, jaki je spotkał.

Lena na przykład nie była ubezpieczona na wypadek śmierci męża tylko dlatego, że jej współmałżonek nie chciał płacić składek. Obecnie czterdziestoczteroletnia Lena pracowała jako kasjerka w supermarkecie, żeby zarobić na ubezpieczenie od kosztów leczenia. Nie posiadała żadnego majątku ani oszczędności na wypadek, gdyby coś się jej przytrafiło. Za dwadzieścia lat mając sześćdziesiąt cztery lata, o ile szczęśliwie dożyje tego wieku, zacznie otrzymywać zasiłek z opieki społecznej wciąż wynajmując umeblowany pokój tutaj czy gdzieś indziej.

Nancy nie posiadała wyższego wykształcenia i pracowała jako urzędniczka w tartaku za sześć dolarów za godzinę. Mąż zostawił ją bez środków do życia. Miała czterdzieści pięć lat i niczego poza samą sobą oraz rzeczami osobistymi, bo nawet meble ze swego dwupokojowego mieszkanka musiała sprzedać. Jej ubezpieczenie zdrowotne miało bardzo wąski zakres, a przyszłość malowała się przed nią w ponurych barwach.

Martina, asystentka pielęgniarki, opuściła męża, ponieważ był pijakiem i nie chciał się leczyć. Jej sprawa rozwodowa była właśnie w toku, lecz mąż miał lepszego adwokata niż ona. Gdyby ich czteropokojowy dom udało się w końcu sprzedać, suma jaka przypadłaby jej w udziale nie byłaby zbyt wielka, więc szanse Martiny na bezpieczną starość nie wyglądały obiecująco.

Czterdziestoczteroletnia Kelly Anderson pracowała na dwóch posadach po półetatu i nie miała żadnego ubezpieczenia. Nigdy nie wyszła za mąż, choć przez piętnaście lat mieszkała z ciągle podróżującym komiwojażerem, który obiecywał wprawdzie, że się z nią ożeni, lecz umarł, zanim zdążył dotrzymać słowa. Jesień jej życia również malowała się w ciemnych barwach.

Zoe Meyers była bibliotekarką, słabo zarabiała i uważała się za starą pannę. Miała czterdzieści osiem lat i była najstarszą z lokatorek Emily, ale jedyną, która mogła jakoś dać sobie radę w życiu dzięki niewielkiej emeryturze i zasiłkom z opieki społecznej.

Czterdziestopięcioletnie bliźniaczki, Rose i Helen Demster, prowadziły firmę zajmującą się wycinką drzew i pielęgnacją trawników. Miały trochę oszczędności, lecz wystarczył jeden zły rok, żeby je straciły. Wyprowadziły się z domku w ogrodzie i zamieszkały w mieszkanku Emily nad garażem. Żadna z sióstr nie wyszła za mąż. Helen twierdziła, że to dlatego, iż ciągle noszą obszerne ogrodniczki, a Rose, że mają duże pupy, a piersi prawie wcale.

Od czterdziestodwuletniej Marthy Nesbit odszedł mąż po dwudziestu latach małżeństwa. Martha utrzymywała go, podczas kiedy on studiował prawo. Na pożegnanie powiedział jej: „Wiesz Martho, żyć z tobą pod jednym dachem to jak patrzeć na pomalowaną ścianę czekając aż wyschnie”. Po rozwodzie dostała dożywotnie ubezpieczenie zdrowotne i dwadzieścia pięć tysięcy dolarów odszkodowania, lecz rozpuściła je próbując znaleźć sobie jakiegoś męża. Nie udało się jej jednak, więc zaczęła pracować jako listonoszka. Ciągłym chodzeniem i noszeniem torby dorobiła się odcisków na nogach. Pałała nienawiścią do wszystkich mężczyzn, w szczególności prawników, a na zderzaku samochodu miała naklejkę z napisem: „Najpierw powybijamy prawników!”

Wszystkie lokatorki Emily, łącznie z nią samą, były emocjonalnie okaleczone. Emily czuła, że żadna z nich, nawet Lena, nie ma na tyle odwagi i motywacji, by spróbować zmienić swoją sytuację; one wolały po prostu pozostać bierne. Jeśli w ich życiu miała nastąpić jakaś zmiana, Emily wiedziała, że zależy to wyłącznie od niej.

Z całej dziewiątki Emily powodziło się najlepiej, o ile można było tak to określić. Miała oszczędności, a do tego biżuterię i futra. Poza tym, kiedy pracowała w klinikach nic wprawdzie nie zarabiała, lecz Ian wpłacał za nią składki na ubezpieczenie społeczne, więc po skończeniu sześćdziesięciu pięciu lat mogła liczyć na emeryturę. Tyle że bardzo niewiele osób potrafiło się utrzymać z samej tylko emerytury. A Emily nie zamierzała dołączyć do ich grona. Wiedziała, że w żadnym wypadku nie może utracić domu. Gdyby do tego doszło, czułaby się osobiście odpowiedzialna za los mieszkających w nim kobiet. Były obecnie jej przyjaciółkami i musiała im pomagać tak jak kiedyś Ianowi. Różnica polegała na tym, że teraz czekała ją za to nagroda. W pomocy koleżankom nie było też nic niezdrowego czy obsesyjnego, i nie musiała prasować dla nich białych koszul. W głębi duszy wiedziała, że jeśli zdoła obmyśleć jakiś interes, dzięki któremu mogłyby się wszystkie utrzymać i odzyskać szacunek do samych siebie, to jej lokatorki pracowałyby jak mrówki. Ani jedna nie przypominała Iana Thorna. One wynagrodziłyby jej wszelki trud w stu procentach. Powstałoby coś w rodzaju kobiecego towarzystwa wzajemnej pomocy. Emily uznała, że to bardzo ładnie brzmi.

Popatrzyła w stronę drzwi do łazienki. Dziwne naprawdę, że żadna z kobiet nigdy nie zadawała pytań na temat tego pomieszczenia. W końcu wstała, żeby się ubrać, lecz zanim wyszła z kuchni zasalutowała żartobliwie przed tańczącym na ścianach mężczyzną. – Niezłe bicepsy – powiedziała śmiejąc się. – Naprawdę niezłe. Świetne.

Wyszedłszy przed dom, Emily z podziwem rozejrzała się po ogrodzie, który sama stworzyła wiele lat temu i który wciąż pielęgnowała. Część kwiatów już przekwitła i można było zbierać nasiona, a trawę między kamiennymi płytkami ścieżki przydałoby się spryskać. Trawnik wymagał podlania. Przez ostatnie dwa lata Emily nie używała do tego celu węża, żeby zaoszczędzić trochę na rachunkach za wodę. Nie bardzo o niego dbała, bo trawa ma to do siebie, że sama odrasta, ale krzewy, które znacząco upiększały otoczenie domu, bardzo potrzebowały wody. Emily zapisała w pamięci, że jeszcze i to ma zrobić przed końcem dnia. Wiedziała jednak, że jeśli sama się do tego nie zabierze, to któraś z jej przyjaciółek na pewno będzie o tym pamiętać. Nancy ogromnie lubiła pracę w ogrodzie i jeśli długo nie padało, to od czasu do czasu wylewała pod każdy krzaczek wiadro wody. Uważała, że podlewając w taki właśnie sposób, nie marnuje się jej.

Emily schyliła się, żeby dosięgnąć ustawionych wzdłuż ścieżki glinianych doniczek z kwiatami. Zauważyła, że ktoś zatroszczył się o niecierpki i wspaniałe dwubarwne dalie, bo ziemia była mokra. Pomyślała, że jeszcze miesiąc i letnie kwiaty przekwitną, a na ich miejsce pojawią się dynie. A tak w ogóle to i rośliny kwitnące, i warzywa w jej ogrodzie miały za sobą już niejeden zły okres.

W tym momencie Emily otrząsnęła się z zadumy i powiedziała sobie, że w jej życiu złe czasy należą do przeszłości. Owszem może się zdarzyć, że spotka ją jakieś niepowodzenie, lecz była pewna, że sobie z nim poradzi.

Pierwszą rzeczą, jaką załatwiła tego dnia, była wizyta w ATA Fitness Center. Otrzymała tam nazwiska trzech trenerów, którzy prowadzili zajęcia w domu klienta. Z ATA udała się do Klubu Tenisowego Inman, gdzie powiedziano jej, że wszyscy trenerzy są już zajęci. W siedzibie YMCA w Metuchen Emily polecono jeszcze dwie osoby. Następnie poszła do banku First Fidelity i poprosiła o rozmowę z urzędnikiem do spraw kredytów, tym samym, który niegdyś udzielił Ianowi pożyczki na uruchomienie pierwszej kliniki.

Pięć minut później wiedziała, że próba przekonania bankiera, iż ona, Emily, jest dobrze zapowiadającym się przedsiębiorcą, to walka z góry skazana na klęskę.

– Pani Thorn, nie tylko nigdzie pani nie pracuje, ale już od wielu lat nie była pani zatrudniona. Nie może mi pani dać żadnych gwarancji. Przykro mi, ale…

– Owszem, powinno panu być przykro, panie Squire, bo i tak dostanę gdzieś kredyt. Mojemu mężowi niemal na siłę pan go oferował, mimo iż Ian nawet nie zaczął jeszcze praktyki. Jak się panu wydaje, dzięki komu powstały te kliniki? Otóż dzięki mnie. Wiem wszystko na temat ich prowadzenia. Jedyne co robił mój mąż, to leczenie pacjentów. I nie chodzi o to, że nie doceniam jego zdolności, ale to ja właśnie zapracowałam na spłatę kredytu harując nocami i potem jeszcze przez pół dnia w klinice. To powinno mieć dla pana jakieś znaczenie.

– Powinno, ale nie ma, pani Thorn. Tu jest bank i jeśli nie może nam pani przedstawić jakiejś gwarancji, my nie możemy pani pomóc. Proszę jeszcze spróbować w towarzystwie SBA, ale tak czy owak formalności w banku pani nie uniknie. W takich sprawach jest masę papierkowej roboty.

– Czy chce mnie pan zniechęcić, panie Squire?

– Ależ nie.

– Ale nie pomoże mi pan, mimo iż spłaciłam wszystkie dotychczasowe kredyty w wyznaczonym terminie. Czy to dlatego, że jestem kobietą?

– Nie, absolutnie nie. A planuje pani otworzenie własnej kliniki? Czy ja mam taki zamiar? A dlaczegóżby nie? – pomyślała.

– Tak – odparła na głos.

– Myśli pani o klinice rodzinnej?

– Nie. Ale jakie to ma znaczenie, skoro i tak nie chce mi pan udzielić kredytu?

– Pani Thorn, czy ma pani jakieś karty kredytowe? Przy czym nie chodzi mi o te wystawione na nazwisko pani męża, którymi płaci pani w sklepie.

– Nie. Nie używam kart kredytowych. Za wszystko płacę gotówką.

– A co z rachunkami za światło, gaz, wodę?

– Wszystkie są wystawiane… na nazwisko męża. Nie przepisałam ich na siebie po tym, jak… jak mąż mnie opuścił.

– Musi więc pani zrobić to jak najszybciej. I mówi pani, że płaci je sama od ponad dwóch lat?

– Tak. Czy powinnam mieć kartę kredytową?

– Bankierzy lubią mieć dowód na to, że klient od dawna cieszy się zaufaniem banków. Naprawdę bardzo mi przykro, pani Thorn. I nie sądzę, żeby udało się pani coś wskórać w którymkolwiek z banków, dopóki nie przedstawi pani jakiegoś zabezpieczenia. A czasem nawet i to nie wystarczy. Banki nie podejmują ryzyka.

– Ale w przypadku mojego męża zaryzykował pan.

– On jest lekarzem, pani Thorn. Lekarzom zwykle bardzo dobrze się powodzi. Po prostu pani mąż ma zawód, który zdaniem większości bankierów nie ma sobie równych.

– Coś panu powiem, panie Squire. Te pańskie wyjaśnienia wydają mi się bardzo stronnicze i naciągane, a jeśli obraziłam pana takim stwierdzeniem, to ogromnie mi przykro. Dziękuję, że poświęcił mi pan swój czas.

Z torebką w ręce Emily ruszyła w stronę niskiej furtki na tarasie, przez którą wchodziło się do głównego budynku banku. Już miała ją otworzyć, gdy nagle zmieniła zdanie i zawróciła do gabinetu pana Squire’a. Urzędnik podniósł wzrok znad dokumentów i spojrzał na nią gniewnie.

– Kiedy odniosę taki sukces jak Ian, przyjdę tutaj i pokażę panu stan swoich kont w innych bankach. Obiecuję to panu, panie Sąuire. A teraz żegnam.

Znalazłszy się w samochodzie Emily zaczęła się nagle trząść ze zdenerwowania. Zapaliła ponadplanowego papierosa i wypaliła go do końca. Zaraz zabrała się za następnego, lecz w myślach zakodowała sobie, że tego wieczora musi obejść się bez dwóch papierosów, na które zazwyczaj właśnie wtedy sobie pozwalała.

Pomyślała, że mimo wszystko jest głupia. Przecież już wcześniej powinna była zatroszczyć się o to, by rachunki za światło i wodę wystawiane były na nią i by bank wydał jej kartę kredytową. Miała trochę pieniędzy w First Jersey Bank. Dlaczegóż nie wspomniała o tym bankierowi? Gdyby wysokość pożyczki nie przekraczała sumy, jaką miała w banku, udzielenie jej kredytu nie powinno stanowić problemu. Chyba że nie odniosłaby sukcesu. A wtedy żelazne oszczędności przeznaczone na starość przepadłyby zupełnie i znalazłaby się w takiej samej sytuacji, jak jej lokatorki. Kto wie, może nawet straciłaby dom. – I tak rozmywają się wszystkie moje wspaniałe plany – mruknęła zapalając silnik.

Opanował ją strach – to straszliwe, okropne uczucie, które sprawia, że mamy wrażenie, iż w gardle rośnie nam kula, a żołądek podchodzi do góry. Emily czytała gdzieś, że strach istnieje tylko w naszej wyobraźni i nic więcej się za nim nie kryje. Uznała, że ktokolwiek to powiedział, musiał być mężczyzną.

Kiedy Ian zaczynał, niczego się nie bał. Ale czego niby miałby się obawiać, stwierdziła w myślach Emily, skoro miał mnie – to ja się martwiłam i wykonywałam całą robotę. On po prostu przychodził rano i wychodził wieczorem o nic się nie troszcząc, bo to ja dbałam, żeby te jego wstrętne białe koszule, a nawet i bielizna były zawsze czyste, Ian w ogóle nie znał znaczenia słowa strach. Nagle przyszło jej do głowy, że może powinna wyciągnąć z tego wnioski. Przecież gdyby nie ona, on nie odniósłby takiego sukcesu. Chociaż nie, i tak by mu się udało, ale nie tak szybko. Skoro jednak potrafiła zadbać o jego powodzenie, to dlaczego nie mogłaby zapewnić sukcesu sobie samej? – Pytanie brzmi, Emily – powiedziała – czy masz wystarczająco dużo wiary w siebie, w swoje zdolności, w to, że umiesz skutecznie działać i czy jesteś gotowa zrezygnować z obecnego zabezpieczenia finansowego? Musisz się nad tym poważnie zastanowić.

Emily wjechała na parking przed United Jersey Bank. Przez kilka minut próbowała podnieść się na duchu. – Jeśli miałabym zastawić oszczędności za kredyt, od którego będę jeszcze musiała płacić odsetki, to jaki w tym sens – pytała samą siebie. – Gdybym miała porwać się na coś takiego, to już lepiej wykorzystać własne pieniądze i nie zawracać sobie głowy spłatami pożyczki jakiemuś bankowi, który gotów zedrzeć ze mną ostatnią koszulę. Ale Ian zawsze mówił, żeby nie wydawać własnych pieniędzy, jeśli można skorzystać z kredytu. – No tak, tylko że Ian miał pomoc w niej. A ona nie miała nikogo.

Po chwili wyjechała z parkingu. Czuła, że musi posiedzieć w domu przy kuchennym stole popijając kawę i paląc kolejnego nie przewidzianego w planie papierosa. Pomyślała, że jeśli tak dalej pójdzie, to wypali dzisiaj nawet jutrzejszy przydział. Nieważne, jak trzeba, to trzeba.

Była jednak wściekła, i to bardzo. Nie mogła się uspokoić przez całą drogę do domu. Gdy w końcu wzięła do ręki kubek gotowej już kawy, kipiała ze złości. Zamiast wypić napój i wypalić niedozwolonego papierosa, poszła do sali gimnastycznej, gdzie przez trzy godziny ćwiczyła na dreptaku, rowerku i Nordic Tracku. Wreszcie ociekając potem położyła się na podłodze, żeby spokojnie pomyśleć.

– Żyjesz jeszcze? – spytała Lena stając w drzwiach.

– Znam się na udzielaniu pierwszej pomocy – oznajmiła Martina zaglądając Lenie przez ramię.

– Coś wam powiem, dziewczyny – zaczęła przewracając się na brzuch. Najpierw zrelacjonowała im wszystko, co przydarzyło jej się tego dnia, a następnie oznajmiła: – Mam pewien pomysł. Może uda mi się wprowadzić go w życie, ale wszystkie musiałybyście pracować za bardzo niewielkie pieniądze. Właściwie to za darmo. Tylko przez jakiś czas naturalnie. Posłuchajcie uważnie. Pan Squire zapytał, czy mam zamiar otworzyć klinikę, a ja potwierdziłam. Wprawdzie zrobiłam to tylko po to, żeby coś mu odpowiedzieć, ale od tamtej chwili nie mogę przestać o tym myśleć, Ian zaczynał właśnie w taki sposób – od kliniki umiejscowionej w centrum handlowym. Takiej, do której każdy może przyjść bez żadnych ceregieli. Ja mogłabym otworzyć klinikę wychowania fizycznego. Nie żadną siłownię, ale klinikę. Największy wydatek stanowiłby czynsz i sprzęt do ćwiczeń. Ale może udałoby nam się wynająć różne urządzenia. Sama już mam trzy. Do tego setki książek na temat dietetyki. Lena wie wszystko o ziołach i tego typu rzeczach. Produkty żywnościowe możemy kupować hurtem, same będziemy je dzielić na porcje i pakować. Jeśli każda z nas przyłoży się i da z siebie wszystko, to jest szansa, że nam się uda. Martwię się tylko o dom… właściwie jedyny problem polega na tym, że aby móc płacić czynsz, muszę dostawać od was pieniądze za wynajem. Przychodzi wam do głowy jakieś rozwiązanie?

– Emily, nie możemy zrezygnować z naszych dochodów – odezwała się praktyczna Lena.

– Wiem, ale możemy wykupić ubezpieczenie zbiorowe. Będzie nas to kosztować mniej niż dotychczasowe indywidualne składki. Twoje są wysokie, Leno, i w większości pokrywa je pracodawca. Ale pracując razem, będziemy partnerkami w interesach. Mogę zresztą wyłożyć pieniądze. De to będzie dwa i pół tysiąca dolarów razy dwadzieścia cztery?

– Sześćdziesiąt tysięcy – policzyła Martina.

– Dobrze, zapłacę czynsz za dwa lata z góry. I nie obchodzi mnie, czy to głupi pomysł, czy nie. Wszystkie lepiej się poczujemy wiedząc, że nie stracimy dachu nad głową. Do domku na plaży nic właściwie nie muszę dokładać, bo na opłaty starcza mi czynsz, a gdybym go sprzedała, to musiałabym połowę pieniędzy oddać Ianowi, a nie wiem nawet, gdzie go szukać, żeby przesłać mu odpowiednie papiery. Jak myślicie, czy pozostałe dziewczyny zechcą przyłączyć się do spółki? – spytała z niepokojem w głosie Emily.

– A gdyby tobie ktoś przedstawił taką propozycję, to co byś zrobiła?

– odparła pytaniem Lena.

– Ja chcę zaryzykować. W końcu nie jesteśmy dziećmi. I myślę, że wiele się nauczyłyśmy w ostatnich latach. A skoro nie mamy nikogo, kto by się nami zaopiekował, chociaż nie twierdzę wcale, że ktoś taki jest nam potrzebny, ale ponieważ go nie ma, musimy same się o siebie zatroszczyć. Bardzo chciałabym mieć pewność, że czeka mnie na starość bezstresowe życie w luksusie. Nie chcę cały czas zmagać się z losem i zadowalać tym, że jakoś daję sobie radę. W ten sposób żyłam aż za długo. Teraz pragnę doświadczyć czegoś lepszego i aby dopiąć celu jestem gotowa urobić się po łokcie, jeśli wy się do mnie przyłączycie.

– Nie musiałabym już nigdy więcej podawać chorym basenów – ucieszyła się Martina.

– A ja wycinać zniżkowych kuponów i talonów z opakowań – obiecywała sobie Lena. – Kliniki wychowania fizycznego. Brzmi nieźle.

– Klientelę stanowiłyby kobiety w naszym wieku – dodała Emily.

– Zajęłybyśmy się nie tylko prowadzeniem ćwiczeń, ale i propagowaniem odpowiedniego stylu żywienia.

– Ale czym różniłyby się te nasze kliniki od siłowni? – zastanawiała się Martina. – Może nie zauważyłyście, ale prawie na każdym rogu jest jakieś fitness center.

– A widziałaś kto tam chodzi? Z pewnością nie kobiety w naszym wieku. Dwa lata temu, kiedy dopiero co zaczynałam odchudzanie, umarłabym chyba ze wstydu, gdybym musiała wejść do takiego miejsca. Przecież każdy mój wałek tłuszczu składał się z paru wałeczków. A poza tym wydawało mi się, że raczej nie produkują tych wymyślnych strojów do ćwiczeń w moim rozmiarze. Właściwie wciąż tego nie wiem, ale gdyby nawet można było kupić takie wielkie kostiumy, to czy wyobrażacie sobie siebie w czymś takim? Tak więc jeśli uda nam się ruszyć ten interes, to powinnyśmy się zająć także sprawą strojów. Skoro już mamy się pocić, musimy wyglądać i czuć się tak dobrze, jak to tylko możliwe. Moim zdaniem, dwie największe przeszkody, jakie musimy pokonać, to wstyd i zażenowanie. Właśnie teraz przyszło mi to do głowy. Tak się wściekłam tym negatywnym podejściem pana Squire’a do mojej prośby, że niewiele myśląc powiedziałam, iż zamierzam otworzyć klinikę. A potem ta myśl uczepiła się mnie i wciąż mnie nie odstępuje.

– Musimy opracować jakiś plan, żeby móc dbać o dom i prowadzić klinikę. Biznesmeni zawsze mówią, że interes musi być jak dobrze naoliwiona maszyna. My też powinnyśmy zadbać, żeby tak właśnie było – stwierdziła Lena.

– To prawda. Trzeba będzie podzielić się wszelkimi domowymi zajęciami. Gotowaniem musi zajmować się jedna osoba; nie może być dłużej tak, że każda pichci coś dla siebie. Ktoś inny powinien dbać o podwórko i ogród. Komuś innemu przypadnie płacenie rachunków. Pewnie będzie to moje zadanie. Trzeba też będzie robić pranie i zakupy spożywcze. W zasadzie codzienne zajęcia pozostaną niezmienne, ale możemy je jakoś uporządkować. Chciałabym także, żebyśmy opracowały plan ubezpieczenia emerytalnego – dodała Emily. – To absolutnie konieczne.

– Czy zarejestrujemy się jako spółka? Chyba powinnyśmy, bo w przeciwnym razie płaci się horrendalne podatki. Będziemy musiały poradzić się prawnika.

Emily zbladła jak ściana.

– Muszę… muszę to wszystko przemyśleć. Dziś wieczorem przedstawimy nasz pomysł pozostałym dziewczynom, a potem sporządzę listę spraw do załatwienia. Jak myślicie, czy reszta przyłączy się do nas?

– Sądzę, że tak. Bo jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to co właściwie mamy do stracenia? Naprawdę nie bardzo będziesz musiała się wysilać, żeby wszystkie przekonać, jeśli to cię martwi – oznajmiła Martina. – Cztery godziny później przypomniała Emily: – A widzisz? Mówiłam, że nie natrudzisz się zbytnio.

– Szczegóły trzeba dopiero dopracować. Proponuję, żebyśmy jutro złożyły wymówienia – powiedziała Nancy. – A teraz głosujmy.

– Rozumiem, że kości zostały rzucone. Za dwa tygodnie zostaniemy bez pracy. Przyda nam się filiżanka świeżej kawy – stwierdziła Zoe zrywając się z krzesła. – Nie mam zielonego pojęcia o prowadzeniu kliniki wychowania fizycznego – dodała przez ramię.

– Ani ja – przyznała wesoło Emily. – Ale będziemy się szybko uczyć. Posłuchajcie, dziewczyny. Kiedy uruchomiliśmy z Ianem pierwszą klinikę, popadliśmy niejako w nawyk. Otwieraliśmy je potem jedną po drugiej. Wydaje mi się jednak, chociaż to tylko moja opinia, że dobrze byłoby otworzyć od razu kilka. Wszystkie w centrach handlowych, żeby zminimalizować czynsz. Urządzimy je w pomieszczeniach w głębi budynku. Wprawdzie nie będzie jakiejś superatrakcyjnej witryny od ulicy, ale co z tego. Liczy się to, co jest wewnątrz i ludzie, którzy w takiej klinice pracują. Myślę, że rozpuszczenie wici powinno pomóc – powiedziała pewnym siebie głosem.

– Ile miałaś na myśli mówiąc kilka naraz? – zapytała niespokojnie Kelly.

– No cóż, jest nas osiem, więc proponuję, żeby klinik też było osiem.

– O, nie – odezwały się jednocześnie Rose i Helen. – My musimy być razem. Dlaczego nie możemy mieć siedmiu klinik?

– Lepiej mieć osiem. W końcu jest was dwie i każda z osobna potrzebuje emerytury i ubezpieczenia zdrowotnego. Musimy zrobić to tak jak mówię, bo inaczej całe przedsięwzięcie nie przyniesie oczekiwanych rezultatów – tłumaczyła łagodnie Emily.

– Przetnijcie wreszcie tę łączącą was pępowinę – dodała Martha rozdając wszystkim filiżanki z kawą. – Jasne, że na początku będziecie się czuć nieswojo, ale jak to ze wszystkim bywa, przyzwyczaicie się. Pomyślcie sobie, że to największa przygoda, jaka was czeka. Albo że w ten sposób z dziewczynek macie stać się kobietami. W końcu nie jesteście już dziewczątkami. Musicie pomyśleć o przyszłości. No bo jak długo jeszcze utrzyma się ta wasza firma od wycinki drzew? Same przyznałyście, że interesy nie idą za dobrze.

– Ale my nigdy dotąd się nie rozstawałyśmy – zauważyła ze smutkiem w głosie Helen.

– Możecie do siebie dzwonić. Możecie jadać razem lunch. Jeździć do pracy też możecie razem – jedna będzie podrzucać drugą. Dacie sobie radę – zaproponowała Lena. – Wyobraźcie sobie, że trzeba ściąć wierzchołek olbrzymiego drzewa i nikt poza wami nie chce tego zrobić. Wy jednak wiecie, że jest to wykonalne. I rozstanie na czas pracy też wam się uda. – Nie tylko dla was to przedsięwzięcie jest całkiem nowe; dla każdej z nas także. Ale na szczęście możemy sobie nawzajem pomagać – dodała Lena. – Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jakie będziemy popełniać idiotyczne błędy.

– No jak, spróbujecie? – spytała Emily. W odpowiedzi bliźniaczki jednocześnie skinęły głowami. – Dobrze. Jutro zadzwonię do agencji nieruchomości i rozejrzę się trochę za lokalami. Wydaje mi się, że najlepszym miejscem byłyby handlowe uliczki albo gdzieś w pobliżu supermarketów. Leno, czy jak już zaczniemy działać, będziesz mogła wywiesić jakieś zawiadomienie na tablicy ogłoszeń u siebie w pracy?

– Pewnie. Mogę też dostać listę wszystkich klientów sklepu ze zdrową żywnością. Większość to osoby w naszym wieku albo nawet starsze. Może was zdziwi to, co powiem, lecz w supermarketach, zwłaszcza w ciągu dnia, pracują przeważnie kobiety w moim wieku. Bez problemu zdobędę listę ich nazwisk. Kto wie, może nawet mogłabym uzyskać spis pracowników wszystkich supermarketów.

– Ja chętnie wywieszę ogłoszenie w szpitalu – zaproponowała Martina.

– Ja mogę zrobić to samo w bibliotece. Przychodzi do nas sporo grubasków, które uwielbiają czytać. W ogóle wezmę na siebie wszystkie biblioteki w promieniu pięciu kilometrów. Bo rozumiem, że nasza klientela ma wywodzić się z okolicznych dzielnic, czy tak?

– Myślę, że na razie tak – potwierdziła Emily.

– Jutro mam wolny dzień. Chcecie może, żebym podzwoniła i popytała o ceny wynajmu sprzętu? – zapytała Nancy.

– Doskonały pomysł. I zorientuj się, co jest korzystniejsze – wynajem czy kupno. Wszystkich urządzeń musimy mieć po osiem, więc jest szansa, że uda ci się dostać jakiś rabat. Firmy, które zajmują się tego typu sprawami mają telefony zaczynające się na osiemset, więc możesz rozmawiać jak długo zechcesz nie martwiąc się, że za dużo zapłacisz. Zapytaj też, czy zapewniają serwis tego sprzętu i jak szybko dokonują napraw. Potrzebne nam profesjonalne maszyny, nie takie, jak moje – powiedziała Emily.

– Jedna z moich klientek jest prawniczką. Chcecie, żebym do niej zadzwoniła i umówiła się na spotkanie dla omówienia różnych szczegółów? – zaproponowała Lena.

– Świetnie. To będzie twoje zadanie, Leno. – Emily popatrzyła na bliźniaczki. – Bardzo jesteście zajęte przez najbliższych parę dni?

– Niespecjalnie – odpowiedziały chórem.

– W porządku. W takim razie macie podzwonić do towarzystw ubezpieczeniowych i popytać o stawki polis zdrowotnych. Mogłybyście też sprawdzić w domach maklerskich, jak ustanawia się fundusz emerytalny.

Siostry jednocześnie skinęły głowami na znak zgody.

– Leno, czy robiąc listę klientów sklepu ze zdrową żywnością, znajdziesz trochę czasu, żeby dowiedzieć się, gdzie można kupić hurtowo zioła i witaminy?

– Nie ma sprawy – odparła Lena.

– Zoe, ponieważ jesteś bibliotekarką bez trudu znajdziesz pewnie odpowiednie przepisy dotyczące zasad bhp, wymaganych licencji i tego typu spraw. Chodzi mi zwłaszcza o łazienki. Będą nam potrzebne prysznice, a większość lokali, jakie nas interesują, nie ma tego rodzaju wygód. Ich instalacja może się okazać kosztowna. Chociaż, może właściciele lokali pójdą nam na ustępstwa.

Ty, Marto, popytaj w drukarniach, ile kosztowałoby przygotowanie pakietów na drobne przesyłki, wizytówek i plakatów reklamowych. Interesuje nas wszystko, na co jest jakaś zniżka albo co jest bezpłatne. Mów ciągle o ośmiu klinikach i nie wahaj się wtrącać od czasu do czasu słowa konkurencyjny.

– A jak nazwiemy nasze kliniki? – spytała Zoe. Siedem par oczu popatrzyło na nią z zakłopotaniem. – Musimy przecież jakoś się nazywać.

– Jasne, że tak. Dziewczyny, zastanówmy się. Macie jakieś pomysły?

– powiedziała Emily.

– W nazwie powinno być coś o Emily. W końcu to jej pomysł i to ona wykłada pieniądze – stwierdziła Martina. – O Boże, strasznie się cieszę, że same będziemy swoimi szefami. Nigdy nie przypuszczałam, że do czegoś takiego dojdzie. Zoe, zrób może więcej kawy.

Nagle Emily poczuła się jak dumna matka ośmiorga dorosłych dzieci. Cudownie było tak siedzieć razem z przyjaciółkami, z których każda starała się jak mogła pochwalić ją i być wobec niej uczciwa, i robiła to całkiem szczerze, prosto z serca. Emily pomyślała, że to ich wspólne przedsięwzięcie uda się. Musi się udać. Już ona zadba, żeby im się powiodło.

Do późna w nocy prześcigały się w pomysłach na nazwę kliniki, ale szło im niesporo. Jeśli coś podobało się jednej, to trzem innym nie przypadało do gustu.

– Niech będzie „Odrzutowa Klinika Emily” i dajmy sobie wreszcie spokój – powiedziała zmęczonym głosem Martina. Koleżanki wygwizdały ją niemiłosiernie.

– Mnie się podoba „Klinika Doskonałej Figury” – oznajmiły bliźniaczki jednocześnie.

– A mnie „Zacznijmy od Nowa” – mruknęła Zoe.

– A co powiecie na „Twoja Druga Szansa”. Uważam, że to świetna nazwa, bo tym właśnie ma ta klinika być – wyraziła swoją opinię Lena.

– No tak, ale dla mnie całkiem ładnie brzmi „Zacznij Wszystko od Początku” – wtrąciła Nancy.

– Posłuchajcie. Przecież żadna z nazw, które proponujecie nie zawiera w sobie imienia Emily. Kto jest za „Klinika Dobrej Formy Emily” – zasugerowała Kelly.

Przez chwilę kobiety patrzyły na nią z otwartymi ustami.

– Przez cały wieczór nikomu jakoś nie przyszło to do głowy – odezwała się w końcu Zoe. – Brzmi ładnie.

Pozostałe kobiety zgodziły się z nią.

– Co o tym sądzisz, Emily? – zapytała ją Lena.

– Nie mam nic przeciwko, jeśli wam się podoba. Widzę, że wszystkie głosujecie za. No dobrze. To teraz oficjalnie nazywamy się „Kliniką Dobrej Formy Emily”. Życzę wam dobrej nocy.

Emily spała głębokim spokojnym snem. Tym razem nie nawiedzały jej żadne senne koszmary.

11

Przygotowania do otwarcie klinik trwały pełnych trzydzieści dni. W końcu na ścianach ośmiu lokali zawisły wszelkie niezbędne pozwolenia, licencje i dokumenty zatwierdzające. Wreszcie zakończono remont ostatniej łazienki i dokonano końcowej inspekcji.

Emily osłupiała, gdy prawnik poinformował ją, że jej koleżanki wyraziły życzenie, by pięćdziesiąt procent firmy należało do niej, a pozostałe pięćdziesiąt zostało równo podzielone na siedem części. Emily zgodziła się, lecz pod warunkiem, że pod koniec roku każda z jej partnerek otrzyma pokaźny bonus, którego ona sama się zrzekła. Pod tymi ustaleniami podpisało się osiem kobiet.

– Czuję się jak zdenerwowany kot, którego mają za chwilę wykastrować – powiedziała Emily w dniu, kiedy przedstawiciel agencji nieruchomości wręczył jej klucze do ośmiu lokali.

– Teraz czeka nas najprzyjemniejsze zadanie, a mianowicie dekoracja każdego z tych pomieszczeń – stwierdziła Lena. – W ładnym wnętrzu kobiety czują się ładne. Przyjemny wystrój nastraja do uśmiechu i sprawia, że człowiek cieszy się tym co akurat robi. Jestem bardzo zadowolona, że jesteśmy zgodne co do sposobu aranżacji wnętrza.

– Posłuchajcie, dziewczyny – przemówiła Lena. – Nie możemy zapomnieć, że dzisiaj przychodzi reporter z „Couriera” i będzie robił zdjęcia. Macie ze sobą bluzy, na których z takim przejęciem haftowałam nazwę naszej kliniki? Musimy się dziś w nie ubrać. Mamy darmową reklamę. Jutro będzie ktoś ze „Star Ledger”, a w piątek z „News Tribune”.

Kiedy koleżanki zaczęły się rozchodzić do samochodów załadowanych rozmaitymi potrzebnymi rzeczami i tym, co Lena określała jako artykuły dekoracyjne, Emily czuła się jak matka patrząca pobłażliwym okiem na swe dzieci. Ona również miała zamiar pojechać do swojej kliniki, lecz najpierw czekała ją gimnastyka z osobistym trenerem, Benem Jacksonem. Spojrzała na zegarek; Ben spóźnił się już pięć minut. Zwykle przychodził punktualnie albo przed czasem. Czekając na niego stała w oknie i piła kawę. Miała ochotę na papierosa, ale starała się nie palić przed ćwiczeniami i odkładała to na godzinę po zakończeniu treningu. Udało się jej już zredukować palenie do pięciu papierosów dziennie.

Na widok samochodu Bena poweselała, a gdy zobaczyła, że zrywa kwiatek, by dać jej go zaraz po wejściu, rozchyliła wargi w szerokim uśmiechu. Ben był przystojny, rozwiedziony i miał świetną kondycję. A co ważniejsze był człowiekiem bardzo życzliwym i zawsze uśmiechniętym.

– Zerwałem ten kwiatek specjalnie dla ciebie. Muszę odpowiednio traktować moich klientów – powiedział radośnie. Jego uśmiech był zaraźliwy i zawsze wprawiał Emily w dobry nastrój na czas całego treningu. – Łap!

– Ależ Ben, te ciężarki mają po pięć kilogramów. Mam jeszcze problem z podnoszeniem połowy tej wagi. Daj spokój.

– Spróbuj, Emily. Chcesz być w dobrej formie, a możesz ją osiągnąć tylko w taki sposób.

– Dlaczego spóźniłeś się dzisiaj?

– Musiałem zatroszczyć się o interesy – odparł zwięźle.

– Czyli, mówiąc innymi słowy, to nie moja sprawa. Przepraszam, że pytałam. Nie wyglądasz na szczęśliwego, Ben.

– Nie gadaj tylko ćwicz. No, zaczynaj, będę liczył.

Po godzinie ćwiczeń Emily padła na matę rozłożoną na środku podłogi. Ben podał jej butelkę wody. Upiła duży łyk, po czym otarła pot z czoła.

– Nie ćwiczę więcej z tymi ciężarkami. Wracam do tych po dwa i pół kilograma.

– Więc będziesz musiała poszukać sobie nowego trenera – oświadczył Ben.

– Coś taki drażliwy? Ben, to naprawdę za dużo dla mnie. Czuję się jak koń po wyścigach.

– Nie kazałbym ci ćwiczyć z pięciokilogramowym ciężarkiem, gdybym nie był pewien, że jesteś na to gotowa. Pamiętaj, że to ja jestem trenerem. I coś mi się wydaje, że zrobiłaś się drażliwa.

– Mam nerwy napięte jak postronki. Dzisiaj zaczynamy ostatni etap przygotowań do otwarcia klinik. A dziewczyny już się do tego wzięły. Słuchaj, Ben, czasami wygadanie się przynosi ulgę. Sam to powiedziałeś parę tygodni temu. A ja jestem dobrym słuchaczem.

– Moja była wychodzi za mąż za dwa tygodnie. A to oznacza, że mój syn będzie miał teraz dwóch ojców. Ten drugi chce go adoptować. Nie zgodziłem się. Próbowali mnie przekonać mówiąc, że nie będę musiał płacić alimentów, ale i tak powiedziałem nie.

– A czego pragnie twój syn?

– Chciałby mieszkać ze mną, lecz matka nigdy mu na to nie pozwoli. Chłopak ma dopiero jedenaście lat, więc jego zdanie się nie liczy – odparł Ben opadając na matę obok Emily.

– Zdaje mi się, że nie oczekujesz ode mnie rady.

– Właściwie nie. To mój syn i nie zamierzam z niego zrezygnować. O Boże, ja naprawdę kocham tego dzieciaka. Przecież fakt, że nie układało się pomiędzy mną a jego matką nie oznacza, że my dwaj nie możemy się przyjaźnić.

Przez chwilę Emily zastanawiała się, dlaczego Ben nie ożenił się powtórnie. W końcu stanowił dobrą partię.

– A czy sytuacja jakoś by się zmieniła, gdybyś się ożenił? Czy przysługiwałoby ci wówczas prawo do wspólnej opieki nad dzieckiem, a nie tylko odwiedziny?

– Musiałbym wystąpić o to do sądu. Ale, ale, masz przed sobą zatwardziałego kawalera. Nie zamierzam żenić się jeszcze raz.

– Ani ja – oznajmiła Emily obejmując rękoma kolana. – Chociaż prawdę mówiąc jesteśmy niesprawiedliwi myśląc w ten sposób, nie uważasz? Wokół nas jest mnóstwo wspaniałych mężczyzn i kobiet. Weźmy na przykład moje współlokatorki – są najlepsze pod słońcem. Proponowałam zresztą, że ci je przedstawię, ale nie chciałeś. Jesteś rozwiedziony już od siedmiu łat. Życie przejdzie ci koło nosa.

– A jakbyś zareagowała, gdybym powiedział, że chcę cię pocałować?

– Po pierwsze zapytałabym, dlaczego dopiero teraz się na to zdecydowałeś?

– Bezwstydna jesteś.

– To część mojego nowego ja.

– No właśnie. Problem polega na tym, że ja wciąż jestem taki jak kiedyś.

– Podnieca cię tarzanie się z kobietą na macie? W tej sytuacji czar działa tylko przez chwilę. Popatrz na mnie, Ben, jestem żywym dowodem. Ty nie oderwałeś się jeszcze od przeszłości, a przynajmniej ja tak to właśnie widzę.

– Rozumiem z tego, że przecięłaś więzy łączące cię z tym co było?

– Staram się. Próbuję iść do przodu, robić coś nowego, eksperymentować. Chcę znowu nauczyć się śmiać. Chociaż wciąż zdarza mi się płakać. Ale patrząc na ciebie mam wrażenie, że ty po prostu zabijasz tylko czas. – Pocałował ją, żeby zamknąć jej usta. Odpowiedziała pełnym pożądania pocałunkiem dając mu do zrozumienia, że chce więcej. Ale Ben ją odepchnął. – Nie wiem, jak tobie, ale mnie było bardzo przyjemnie. Zróbmy to jeszcze raz.

– Nie lubię być wykorzystywany – powiedział bezbarwnym głosem. W jego szarych oczach malował się ból.

– Ani ja – odparła Emily. Podsunęła mu pod nos zgięty palec. – Chodź tutaj – powiedziała.

Szepcząc sobie do ucha i szamocząc się na macie, lekko wystraszeni, a jednak zupełnie spokojni, próbowali zdjąć z siebie ubrania nie przerywając pocałunku.

– Och, tak długo nikt mi tego nie robił – szepnęło jedno z nich.

– Za długo – szepnęło drugie.

Wkrótce plastikowa mata zrobiła się mokra od potu, wywierając taki sam efekt jak kubeł zimnej wody. Emily wyszarpnęła się z objęć Bena i rękami zakryła piersi.

– Ja… Nie mogę tego zrobić… bardzo mi przykro, Ben. Myślałam… myślałam, że to nie problem, ale nie jestem jeszcze gotowa.

– Ależ nie zawracaj sobie mną głowy, siedzę tu sobie po prostu, a penis tak mi stoi, że sam nie mogę uwierzyć. O co, u diabła, chodzi? – spytał jękliwym głosem.

– Problem tkwi we mnie. Moje ciało pragnie ciebie… ale coś wewnątrz mówi mi, że… że jeszcze nie jestem gotowa. Proszę cię, nie denerwuj się.

– A niech to diabli, Emily, jestem zdenerwowany. Rozpaliłaś mnie do żywego, a skończyło się na tym, że siedzę przed klientką z gołym tyłkiem. Odwrócę się teraz, a ty się ubierz. Ale wierz mi, nie jestem na ciebie zły. Chyba nawet cię rozumiem.

Chwilę później kompletnie ubrani siedzieli na macie i patrzyli na siebie. W końcu jak na komendę wybuchnęli śmiechem.

– Będziemy przyjaciółmi – oświadczyła Emily podając mu rękę.

– Będziemy przyjaciółmi – powtórzył uroczyście Ben. – Nie wiem, czy ma jakieś znaczenie to co powiem, Emily, ale jesteś pierwszą kobietą, z którą już od dawna udało mi się nawiązać bliższy kontakt. Jesteś wyjątkową osobą. Wydaje mi się, że sama jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale tak jest.

– To najmilszy komplement, jaki kiedykolwiek w życiu słyszałam. Ni stąd, ni zowąd poczuła się onieśmielona i nie potrafiła spojrzeć nawet na Bena, choć zaledwie przed chwilą tuliła się do jego nagiego ciała.

– No dobrze, muszę już iść. Następne zajęcia mam aż na Murray Hill. Życzę powodzenia w dekorowaniu kliniki. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy przy wieszaniu zasłon albo wbijaniu gwoździ, to wystarczy do mnie zadzwonić. Bardzo chętnie ci pomogę, naprawdę.

– Jeśli będę potrzebowała twojej pomocy, na pewno zatelefonuję – powiedziała odprowadzając go do drzwi. – Jedź ostrożnie.

– Jesteś jedyną osobą, która mi o tym przypomina – stwierdził Ben szczerząc zęby w uśmiechu. – Na pewno będę uważał. Życzę ci miłego dnia i nie przepracowuj się.

– Cześć, Ben.

– Cześć, Emily.

Ponieważ adrenalina wciąż pulsowała jej w żyłach, Emily zdecydowała się wziąć drugi tego dnia prysznic. Godzinę później z torbami i pudłami wchodziła do swego nowego ośrodka rekreacyjnego mieszczącego się tuż przy ulicy Highway 27, gdzie bardzo łatwo było podjechać samochodem. Parking był tu całkiem spory, a gdyby kiedyś przyjechało wyjątkowo dużo klientów, mogli zostawiać swoje auta także na sąsiednich uliczkach.

To naprawdę ironia losu, pomyślała Emily, że mój ośrodek mieści się akurat pomiędzy piekarnią a pizzerią. Ale trzeba myśleć pozytywnie, upomniała samą siebie. Czynsz za ten lokal był w sam raz, a firma zarządzająca budynkiem zgodziła się zainstalować tu jeszcze dwa prysznice i dodatkową łazienkę. Przystała również na pokrycie połowy kosztów lustrzanej ściany, lecz, niestety, odmówiła zapłacenia za nowe kafelki i rolety do ogromnego okna z grubego, ale niezwykle przezroczystego szkła. Emily podpisała z nimi umowę najmu na trzy lata. Sama nie wiedziała, czy to dobre czy też błędne posunięcie. Miała dzięki temu gwarancję, że czynsz nie zostanie podniesiony przez ten czas, a mogło się okazać, iż interesy będą iść całkiem dobrze. W każdym razie należało już zabrać się do uruchomienia ośrodka.

Emily rozejrzała się dokoła. Kiedy pokój był pusty, te dwa tysiące stóp kwadratowych wydawały się wielką przestrzenią. Teraz stały tu w rzędach urządzenia do ćwiczeń i nie było już tak dużo miejsca. Wszystko pachniało nowością, świeżością i było zupełnie nie używane. Wiedziała, że kobiety to lubią. A przynajmniej ona sama lubiła. Przejęta wytarła energicznie ręce, po czym zabrała się do rozpakowywania pudeł i toreb.

Aż zamrugała z wrażenia, gdy rozłożyła lambrekiny pasujące do tapety we wzór z błyskawic, która zdaniem Zoe była absolutnie niezbędna. „Wystarczy na nią spojrzeć i już człowiekowi chce się ruszać”, mówiła. I rzeczywiście miała rację; od samego patrzenia na nierówne zygzaki we wszystkich kolorach tęczy miało się ochotę zerwać z miejsca i zacząć coś robić. Biurko i krzesła z Ikei wykonane były z plastiku w jasnych barwach. Biała podłoga miała być myta i pastowana każdego dnia po zakończeniu ćwiczeń. Różnokolorowe, składane z części półki wznosiły się od podłogi aż po sufit tuż za jasnoniebieskim biurkiem i krzesłem tak czerwonym jak znak stop na ulicy.

Mniejszy pokój mieszczący się tuż obok głównej sali ćwiczeń pomalowany był na kojący blady odcień zieleni. Ciemnozielona wykładzina również wywierała wrażenie spokoju, a jednocześnie wygody. Wzdłuż ścian leżało dziewięć miękkich materacy. Tutaj właśnie przy delikatnych dźwiękach muzyki klientki miały odpoczywać po sesji ćwiczeń.

W rogu stała niewielka lodówka wypełniona butelkami z wodą, sokami i dietetycznymi napojami. Stała na niej skarbonka w kształcie dużego zielonego jabłka. Założenie było takie, że ktokolwiek weźmie sobie jakiś napój z lodówki, ma wrzucić do skarbonki siedemdziesiąt pięć centów. Poza tym w pokoju znajdowało się jeszcze tylko małe akwarium, w którym pływały dwie tropikalne rybki – Harry i Harriet. Podobno przyglądanie się rybkom działa na ludzi uspokajająco. Uważali tak pacjenci Iana, który miał akwaria w każdej ze swoich klinik, Ian twierdził nawet, że obserwowanie rybek przyczynia się do spadku ciśnienia krwi.

Obydwie łazienki, w których znajdowały się po dwa prysznice, wyłożone były kafelkami – jedna różowymi, druga niebieskimi z odpowiednio dobraną terakotą na podłodze. Ręczniki również były różowe i niebieskie, uszyte zresztą przez Lenę, która zakupiła do tego bawełnianą frotte. Dzięki temu Emily i jej koleżanki zaoszczędziły całkiem sporą sumkę. Zamierzały też urządzić cztery pomieszczenia z pralkami i suszarkami, po jednej na dwie kliniki. Zoe twierdziła, że koszt pralek zwróci im się w ciągu kilku miesięcy, o ile oczywiście będą miały klientki, a one będą używać ręczników. Wypisując czek na trzy tysiące czterysta dolarów dla firmy handlującej sprzętem AGD, Emily poczuła skurcz w żołądku. Pomyślała, że jeśli interesy pójdą kiepsko, to ona i dziewczyny będą mogły prać w tych pralkach swoje rzeczy osobiste, co zdaniem Zoe było ze wszech miar godne polecenia, jako że żadna z nich nie musiała płacić za wodę i elektryczność zużyte w klinikach. Emily i tym razem wzdrygnęła się na myśl, że firma zarządzająca budynkiem wzięła te rachunki na siebie. Może przyczyniła się do tego jej pełna determinacji postawa, że każde jej spojrzenie zdawało się mówić: „Nie targujcie się ze mną, bo mogę wynająć pomieszczenia gdzie indziej”. Cokolwiek to było, Emily wiedziała, że ubiła korzystny interes.

Rozdzwonił się stojący na jasnoniebieskim biurku cytrynowożółty telefon. Z uśmiechem na ustach Emily zasiadła na jaskrawoczerwonym krześle.

– „Klinika Dobrej Formy Emily” – powiedziała wesoło do słuchawki.

– O Boże, zadzwoń teraz do mnie, żebym ja też mogła cię tak przywitać – odezwała się roześmiana Lena. – Bardzo miło to zabrzmiało. Jak ci leci?

– Zawiesiłam lambrekin. Wygląda wspaniale. Wszystkie ręczniki mam już poskładane. Książka rejestracyjna i zeszyt zapisów są wciąż puste. Ale jest cudownie. Mam ochotę skakać do góry i sama nie wiem co jeszcze.

– O to właśnie chodzi. Powiesiłaś dzwonek nad drzwiami?

– Nie, ale właśnie mam zamiar to zrobić. Nie masz wrażenia, że może niesłusznie zdecydowałyśmy, że nie będziemy tu wstawiać kwiatów? Jak ci się wydaje?

– Kwiaty kosztują. Ale jeśli uważasz, że są potrzebne, to mogę skoczyć do szklarni, bo zrobiłam już co miałam zrobić.

– Nie chodzi o to, że są niezbędne, ale pokój ładnie by wyglądał. Kwiaty odbijałyby się w lustrach i wydawałoby się, że jest ich dwa razy więcej. A parę roślinek na półkach za biurkiem też robiłoby miłe wrażenie. Może kupiłybyśmy kilka filodendronów w glinianych albo wręcz w kolorowych doniczkach. Masz jakieś pieniądze?

– Trzy dolary, akurat na lunch. Musimy zacząć zabierać z domu kanapki, bo jadanie na mieście sporo będzie nas kosztowało. Kelly zaproponowała, że przez jakiś czas może przygotowywać kanapki dla nas wszystkich, a potem będziemy się zmieniać. Wstąpię po czek, a potem pojadę do szklarni.

Lena wróciła około drugiej samochodem pełnym zielonych roślin, których połowę natychmiast przeniosły do auta Emily i rozwiozły je do pozostałych klinik. Doniczki filodendronów, które miały stanąć na półkach, były czerwone, niebieskie i cytrynowe. – Kosztowały trochę więcej niż gliniane, ale chyba bardziej ubarwiają wnętrze – oznajmiła Lena. Wszystkie koleżanki przyznały jej rację.

Punktualnie o czwartej osiem kobiet w nowych bluzach ustawiło się w rządku, niczym dzieciaki na wakacyjnym obozie, pozując reporterowi z „Couriera”. Kiedy już dziennikarze odjechali, Emily powiedziała:

– Myślę, że dobrze nam poszło. Założę się, że gdy pojutrze otworzymy nasze kliniki, kobiety będą tu walić stadami. No, dziewczyny, zbierajcie się, bo musimy coś uczcić.

– A co takiego? – zaciekawiła się Lena. – Wznoszenie toastów nie może być tylko sztuką dla sztuki. Potrzebny nam jakiś powód.

– Mamy nawet kilka – dopiero co zrobiono nam zdjęcie do gazety, kliniki są już gotowe do przyjmowania klientów, kupiłyśmy dzisiaj zielone rośliny, a Kelly będzie nam robić lunch. Uważam, że jest co uczcić. A jeśli dla was to za mało, zdradzę wam, że dzisiaj prawie, podkreślam „prawie”, bo to ma zasadnicze znaczenie, a więc prawie kochałam się z Benem. Niestety, sprawa spaliła na panewce.

Emily uświadomiła sobie, że dzieli się właśnie swoimi przeżyciami z przyjaciółkami, ze współpracowniczkami. I wiedziała, że te kobiety nie będą jej osądzać ani nękać kłopotliwymi pytaniami. Jedyną ich reakcją będzie chęć udzielenia jej rady, z której może skorzystać, ale nie musi.

– Jakie on ma ciało? Był podobny do „Wyzwolonego Ogiera”? – zaciekawiła się Martina.

– Myślisz, że miałam czas się przyglądać? Ani się obejrzałam, jak leżałam na tej śliskiej macie cała spocona i nagle zrozumiałam, że nie mogę tego zrobić. Odsunęłam się od Bena i zasłoniłam piersi rękami. Pewnie zachowałam się jak idiotka, ale… ja naprawdę chciałam się z nim kochać, lecz jakaś cząstka mnie nie potrafiła się na to zdobyć. Ben okazał się bardzo taktowny i nawet odwrócił się, kiedy się ubierałam. Zresztą później obydwoje się z tego śmialiśmy. Powiedzcie mi dziewczyny, czy waszym zdaniem wciąż znajduję się pod wpływem Iana? O Boże, co to będzie, jeśli nie potrafię kochać się z innym mężczyzną? Lubię seks. To jest zastrzyk, którego każdy potrzebuje od czasu do czasu. Mam już dosyć tłumienia swojego pożądania wymyślając sobie różne zajęcia. Chcę uprawiać seks!

– I bardzo dobrze! – zachichotała Martina.

– Czy może wprawiłam którąś z was w zażenowanie? – zapytała Emily. – Tak naprawdę nigdy dotąd nie miałam przyjaciółek, którym mogłabym się zwierzać. W szkole miałam wprawdzie bliską koleżankę, ale nie opowiadałyśmy sobie o sprawach intymnych. Mam wrażenie, że późno odkryłam wiele dziedzin życia. I chyba każdej z was ufam.

– Emily, możesz być pewna, że wszystko jest z tobą w porządku.

Jesteś po prostu ostrożna, a w tym nie ma nic złego. Bena znasz stosunkowo niedługo. Upodobanie do seksu też jest normalne, więc nie musisz się z tego tłumaczyć. Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, zrobisz to, na co akurat będziesz miała ochotę. Wydaje mi się, że wciąż jesteś przewrażliwiona. Ale to minie z czasem – uspokoiła ją Lena, niczym kochająca matka.

Długo jeszcze zwierzały się sobie z różnych tajemnic. Było już prawie ciemno, kiedy wreszcie zamknęły klinikę zasalutowawszy przy tym elegancko frontowym drzwiom i wróciły do domu przy Sleepy Hollow Road.

* * *

Pomimo reklamy, jaką zapewniły miejscowe gazety, ruch w klinikach nie przypominał porannych korków na ulicach. Rozpuszczenia wici, na które Emily tak bardzo liczyła, jakoś nie udało się zorganizować. Kiedy po pięciu tygodniach usilnych starań przyszedł czas na opłacenie czynszów za wynajem lokali i pokrycie kosztów dzierżawy sprzętu do ćwiczeń, Emily poczuła ogarniającą ją panikę. Przez cały ten czas ona i koleżanki zdołały zarobić tylko dziewięćset sześćdziesiąt pięć dolarów netto we wszystkich ośmiu klinikach. Emily z ciężkim sercem sięgnęła po oszczędności.

– Na rozruszanie interesów potrzeba czasu – stwierdziła Lena, gdy jak co tydzień rozpoczęły zebranie przy kuchennym stole.

– Nic z tego nie rozumiem. Ledwie Ian otworzył klinikę, a następnego dnia mieliśmy tłum pacjentów, chociaż stawki opłat wcale nie były niskie. A u nas jest tanio. Co więc robimy źle? Przyjmujemy zarówno klientów przychodzących od przypadku do przypadku, jak i zapisujących się na regularne ćwiczenia. Akceptujemy karty kredytowe. Może potrzebny jakiś wabik, chwyt reklamowy, który przyciągnie ludzi. Cokolwiek. Może zamiast otwierać własne kliniki, powinnyśmy nawiązać współpracę z dużymi firmami i prowadzić zajęcia dla pracowników w ich własnych pomieszczeniach. No wiecie, coś w rodzaju gimnastyki w czasie przerwy na lunch. Nie zamierzam się poddać, ale problem pieniędzy, czy ściślej mówiąc ich braku, zacznie nam niedługo doskwierać.

– Oszczędzamy już na wodzie; myjemy się i pierzemy w klinikach.

– Mam książkę kucharską, w której jest sto jeden przepisów na potrawy z tuńczyka – wtrąciła Zoe. Zwędziłam ją z biblioteki. Niemożliwością jest jadać bardziej ekonomicznie i pożywnie niż my. Jak sądzicie, na czym jeszcze możemy zaoszczędzić?

– Na ogrzewaniu. Rano wychodząc z domu będziemy je zmniejszać. Myślę, że rachunki trochę spadną. Może powinnyśmy też zaczynać zajęcia w klinikach nieco później i kończyć dopiero o ósmej wieczorem. Przeprowadźmy głosowanie. Mnóstwo kobiet pracuje w Nowym Jorku i wraca do domu około szóstej czy siódmej. Jeśli będziemy otwarte do ósmej, mamy szanse je pozyskać.

– Albo zastanówmy się nad jakimś chwytem reklamowym, jak sugerowałaś – przypomniała Lena.

Wzrok Emily padł na polaroidowe zdjęcie „Wyzwolonego Ogiera” i nagle krzyknęła:

– To jest to! Zaprośmy go! Za godzinny występ zapłaciłam mu pięćdziesiąt dolarów plus napiwek. Klinik jest osiem. Każda z nas mogłaby wynająć go na godzinę. Klientki na pewno będą mu dawać napiwki. Myślę, że takie występy byłyby dobrą reklamą i dla nas, i dla niego. Co o tym sądzicie? – krzyknęła podekscytowana Emily. – Jeśli on się zgodzi, powiększymy zdjęcie, na którym pokazuje muskuły, do wielkości plakatu i obwiesimy nim całą salę. Moim zdaniem mogłoby to przynieść rezultaty. Zadzwońmy do niego i zaprośmy go tutaj.

– Emily, to by nas kosztowało czterysta dolarów dziennie, co daje dwa tysiące tygodniowo. To straszne pieniądze – zwróciła jej uwagę przerażona Lena.

– Byłby głupcem, gdyby się nie zgodził – stwierdziła Emily. – Wyliczymy, jakie będziemy musiały pobierać opłaty, żeby mu zapłacić i już na wstępie trzeba go uprzedzić, że może się okazać, iż na początku będzie pracował za darmo. Ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, to zarobi mnóstwo pieniędzy. Sądzę, że w takim układzie sam dostrzeże duże możliwości dla siebie. Zaraz do niego zadzwonię. Ale najpierw głosujmy. W porządku, większość jest za.

Emily zaczęła szperać w szufladzie kuchennego stołu w poszukiwaniu wizytówki „Ogiera”. Potem mocno podekscytowana wykręciła numer. Słuchając uważnie głosu w słuchawce, Emily szepnęła koleżankom, że „Ogier” ma właśnie występ, ale przesłuchuje wiadomości na sekretarce o każdej równej godzinie. Siedzące przy stole kobiety pokiwały głowami.

– Mówi Emily Thorn – powiedziała do słuchawki. – Wspólnie z koleżankami chciałabym zaproponować panu pewien interes. W tej chwili jest dziesiąta. Na pewno nie położymy się spać przed północą. Proszę do nas zadzwonić albo wpaść po drodze do domu. Mój numer 555-7026.

Odłożywszy słuchawkę, Emily zapytała:

– No i jak to zabrzmiało?

– Na jego miejscu przyjechałabym tutaj – odparła Lena. Pozostałe kobiety zgodnie przytaknęły.

– Czy któraś ma ochotę na partyjkę? – spytała Nancy sięgając do szuflady po karty do gry.

Dziesięć minut po jedenastej rozległ się dzwonek u drzwi. Wszystkie panie zerwały się na równe nogi.

– Jak pan się naprawdę nazywa? – zapytała Emily.

– Charley Wyland. A jaką sprawę mają panie do mnie?

Emily wyjaśniła o co jej chodziło.

– Chcemy w pana zainwestować. Pytanie brzmi, czy pan zechce dla nas pracować i zainwestować w nas? Jeśli interes się rozkręci, niewątpliwie zarobi pan mnóstwo pieniędzy. Czym zazwyczaj zajmuje się pan w ciągu dnia?

– Myję samochody. Nie mogę wykonywać cięższych prac fizycznych, bo muszę się oszczędzać, same panie rozumieją. A jak długo, zdaniem pań, trzeba będzie poczekać, aż pieniądze zaczną napływać do kasy?

– W pewnym sensie to zależy od pana. Chcemy zdobyć sobie klientelę spośród gospodyń domowych. Dawałby pan występy w naszych klinikach, po jednym dziennie w każdej. Będziemy teraz otwarte do ósmej. Zdąży pan przed rozpoczęciem wieczornych pokazów?

– Tak, zwykle zaczynam nie wcześniej jak o dziewiątej. Dobrze, spróbuję. Na początek przez miesiąc. Jeśli sprawa nie wypali, wypisuję się z tego. Będę jednak potrzebował pieniędzy na benzynę i na lunch.

– O nie, lunch przygotowujemy same. Mamy ściśle wyliczone wydatki – odparła Zoe.

– Ciężko z paniami ubić interes – zauważył Charley.

– Kto wie? Może Chippendalsi zaproponują panu pracę, jak już skończy pan u nas – odpowiedziała żartem Emily. – Chciałybyśmy jeszcze, żeby podpisał pan zgodę na zrobienie plakatów z jednej z pańskich fotografii. Może pan wskazać dowolną, według własnego uznania, a my już zatroszczymy się o resztę. Będzie pan gotów zacząć pracę za tydzień?

– W porządku. Tę proszę – powiedział wybierając akurat to zdjęcie, które szczególnie przypadło do gustu Emily i jej koleżankom. – Podoba mi się ta tapeta – dodał szczerząc zęby w uśmiechu.

– Patrząc na te fotki przeprowadziłyśmy wiele ożywionych dyskusji – odrzekła śmiejąc się Emily. – Opracujemy teraz plan występów i wkrótce do pana zadzwonimy.

– Do zobaczenia.

Koszty nie grają roli; chwycę się wszystkiego, cokolwiek okaże się konieczne, myślała Emily wchodząc po schodach. Ale już teraz czuła przez skórę, że jej plan przyniesie oczekiwane rezultaty, że zaowocuje sukcesem i satysfakcją. A koszty naprawdę nie miały znaczenia.

Upłynęły całe dwa tygodnie, zanim wszystkie panie uznały, że promocyjny bombowy występ Charleya Wylanda, bo tak go między sobą nazywały, jest w pełni zadowalający. Pracowały dosłownie dwadzieścia cztery godziny na dobę i dopilnowały, by film wideo z pokazem Charleya, na którego przygotowanie Emily nalegała, został wyemitowany przez wszystkie lokalne stacje telewizji kablowej. W weekendowych wydaniach gazet ukazywały się serie zdjęć przedstawiających Charleya w najbardziej wymyślnych pozach.

Sam Charley twierdził, że jego telefon się urywa i miał już zarezerwowane wszystkie terminy aż do przyszłego roku. Emily zasugerowała mu, żeby wynajął grupę tancerzy, przeszkolił ich i od czasu do czasu urządzał pokazy rewiowe w wykonaniu samych tylko mężczyzn. – W ten sposób będziesz przy okazji prowadził własny interes i miał z tego część zysków – dodała chcąc go zachęcić. Ale Charley odpowiedział jej na to:

– Prawdę mówiąc, Emily, nie jestem pewien, czy zmierzasz we właściwym kierunku. Wszystko co mówisz brzmi wspaniale i jestem zachwycony tym, że będę występował dla twoich klientek, ale zdaje mi się, że zatracasz z pola widzenia cel, który masz nadzieję osiągnąć. Panie, które przychodzą do twoich klinik to kobiety w średnim wieku. Moim zdaniem, powinnaś zaangażować nieco starszych mężczyzn, którzy są w świetnej formie i dobrze się prezentują, jak na przykład Ben. Ja jestem dla tych kobiet sennym marzeniem i mówię to z dużą skromnością. Myślę, że to nie fair stawiać je w takiej sytuacji. Ten pomysł z rewią może okazać się niezłą zabawą, ale powinnaś jeszcze raz przemyśleć swoją strategię.

– Mówiłeś, że ile masz lat?

– Dwadzieścia cztery.

– Wiesz co, Charley, uważam, że masz absolutną rację. Tak zaciekle walczę o sukces, że nie rozważyłam wszystkiego jak należy. A dziewczyny po prostu ślepo mnie posłuchały. Trochę teraz za późno, żeby to odkręcić, bo bardzo te pokazy nagłośniłyśmy.

– Mogę wystąpić na początek i będzie to coś w rodzaju uroczystego otwarcia, a potem stopniowo zmienisz profil tych pokazów. Naprawdę byłoby mi bardzo przykro, gdyby tobie i koleżankom nie powiodło się. Tak ciężko pracujecie. Zastanów się nad tym, co powiedziałem, Emily.

– Myślę, że masz rację, Charley. Zwołam zebranie i zapytam dziewczyny o zdanie. Czy byłbyś skłonny zatrudnić i przeszkolić także kilku starszych mężczyzn? Tylko wolałabym, żebyś większy nacisk położył przy tym na tężyznę fizyczną niż na umiejętność tańca.

– Jasne, nie ma sprawy. Ben zna pewnie wielu facetów, którzy będą tym zainteresowani. Kobietom często się wydaje, że tylko one potrafią uczyć aerobiku. A mnie się wydaje, że jeśli zajęcia poprowadzą poważnie traktujący te ćwiczenia mężczyźni, to kobiety będą się bardziej starały.

– Słuszna uwaga. Dziękuję ci za radę, Charley.

– Zainwestowałaś w ten interes mnóstwo pieniędzy, prawda?

– Wszystko to, z czego miałam żyć, gdy przejdę na emeryturę. Jeśli mi się nie uda, zostanę bez żadnego zabezpieczenia i będę musiała znów zacząć pracować jako kelnerka. Skończyłam wprawdzie studia, lecz z moją specjalnością nie zdołam zarobić tyle, żeby zaoszczędzić na starość. O Boże, starość – to brzmi strasznie. Ty pewnie nawet nie jesteś w stanie tego sobie wyobrazić.

– Chyba żartujesz? Ojciec odszedł od nas piętnaście lat temu i matka musiała się nami sama zaopiekować. Pracuje w biurze firmy zajmującej się utrzymaniem terenów zielonych, a w weekendy dorabia jako kasjerka w aptece. Dzięki niej skończyłem szkołę średnią, ale w końcu oboje zrozumieliśmy, że to nie dla mnie. Pomagam jej; właściwie oddaję większość zarobionych pieniędzy. Matka nie ma żadnego zabezpieczenia emerytalnego, a pieniądze, jakie dostała od ojca, już dawno się skończyły. Tak sobie myślę, że jeśli tobie się powiedzie, to może mogłabyś zatrudnić u siebie moją matkę, żeby i ona była objęta waszym funduszem emerytalnym. Sama mówiłaś, że wasze hasło brzmi „kobiety pomagają kobietom”, prawda?

– Tak, tę właśnie ideę propagujemy. Zrobię co w mojej mocy, Charley. Bardzo się denerwujesz?

– Nie. Chociaż może trochę. Jeśli ten interes wypali, zajmę się ćwiczeniami na siłowni. To moje marzenie. Moja matka mogłaby wtedy przejąć zajęcia, o ile uda nam się rozkręcić ten interes.

– Pomożemy jej we wszelki możliwy sposób – zapewniła go Emily. – Obiecuję ci to, Charley. I jeszcze coś… Charley, chciałabym cię o coś zapytać, ale jak już odpowiesz, to proszę zapomnij, że poruszyłam tę kwestię, dobrze? – Charley przytaknął. – Powiedz mi, czy twoim zdaniem ja wykorzystuję kobiety? Wcale nie wątpię, że po reklamie, jaką ci zgotowałam w ciągu ostatnich paru tygodni, nasłuchałeś się pewnie mnóstwo… no wiesz. Nie chciałabym zrobić niczego, co poniżyłoby ciebie albo klientki, które przychodzą trenować w moich klinikach.

– O to samo zapytałem mamę i ona odpowiedziała – nie. Moim zdaniem starasz się zwyczajnie rozruszać interes. Najważniejszy jest cel, jaki chcesz osiągnąć. Ja tylko dostarczam rozrywki. Zatrudniłaś mnie po to, żebym zachęcił twoje klientki, by dały z siebie wszystko. Posłuchaj, Emily – mówił Charley kładąc jej ręce na ramionach – masz zrobić, co tylko się da, żeby rozkręcić swoją firmę. Jeśli z jakiegoś powodu ci się nie powiedzie, chociaż nie sądzę, żeby do tego doszło, ale załóżmy, że tak, to przynajmniej będziesz miała pewność, że zrobiłaś, co było w twojej mocy. Miej na uwadze wyłącznie swój cel i rób co trzeba, żeby go zrealizować.

– Ja też właśnie tak na to patrzę, ale strasznie się martwię, że mi się nie uda. Na papierze wszystko wygląda świetnie. Z logicznego punktu widzenia jeszcze lepiej. Lecz boję się rzeczywistości.

– Emily, nie słyszałaś, co ludzie mówią o strachu? Że istnieje tylko w naszej wyobraźni.

– Mam wrażenie, że ktoś mi to już mówił raz czy dwa – odparła z kwaśną miną.

– Do trzech razy sztuka – roześmiał się Charley. – Głowa do góry, Emily.

Następnego dnia, dokładnie w południe, rozpoczęło się powtórne uroczyste otwarcie klinik Emily. Przybyły na nie zarówno kobiety w szpilkach i eleganckich kostiumach, jak i matki z maluchami w wózkach oraz studentki z miejscowego college’u. Charley zjawił się przed nimi ubrany w żółtą satynową pelerynę i dobrany kolorystycznie specjalny, pękający w szwach garnitur. Emily zupełnie nie wiedziała, czego się spodziewać po tej imprezie, więc przygotowana była nawet na pogardliwe gwizdy, ale nic takiego się nie zdarzyło i część kobiet szybko ustawiła się do zajęć aerobiku, a inne zajęły stanowiska przy urządzeniach. Sadowiąc się za biurkiem, na którym miała rozłożone karty rejestracyjne, próbowała obliczyć w myślach, ile pieniędzy przyniesie jej ta godzina.

Z powagą i przejęciem wysłuchała krótkiej przemowy Charleya, który w kilku zdaniach powiedział, jak ważne jest przestrzeganie zasad zdrowego odżywiania się, troska o własne ciało, dbanie o to, by być zadowolonym z samego siebie i jakie korzyści niesie stosowanie się do jego zaleceń. Następnie włączył magnetofon i zaczął pierwszą z planowanych dwóch półgodzinnych lekcji areobiku. Tym razem Emily dosłyszała pomruki zadowolenia dobiegające od strony ćwiczących kobiet.

Godzinę później panie znów ustawiły się w rządku, by się zarejestrować i wykupić kartę członkowską. Zewsząd padało tyle pytań, że Emily trudno było na każde odpowiedzieć. Najwięcej klientek interesowało się kursami aerobiku.

– Na razie prowadzimy te zajęcia trzy razy w tygodniu – wyjaśniała Emily. – Pracujemy ściśle według harmonogramu, ale członkostwo obejmuje wszystkie osiem klinik. Jeśli nie uda się paniom przyjść na jakieś zajęcia tutaj, możecie w nich uczestniczyć w którejkolwiek z pozostałych siedmiu. Wprawdzie na lekcje aerobiku trzeba wykupić osobną kartę, lecz upoważnia ona do półgodzinnych ćwiczeń na urządzeniach po każdej z nich.

Żadna z klientek się nie skarżyła. Wychodziły z kliniki z uśmiechem na zmęczonych twarzach. Wszystkie bez wyjątku zostały zaproszone na bezpłatne zajęcia dyskusyjne po zakończeniu ćwiczeń, które zaplanowano na godzinę ósmą trzydzieści. Emily za każdym razem mocno akcentowała słowo bezpłatne.

Wieczorem przyjaciółki ze Sleepy Hollow Road zaczęły jedna po drugiej wracać do domu padając niemalże ze zmęczenia. Emily przyszła ostatnia, a było wtedy już wpół do jedenastej. Zoe podała jej filiżankę gorącej czekolady i słodkie ciasteczko, które Emily zjadła z dużym apetytem. Następnie zapaliła papierosa.

– Jeszcze w ogóle dzisiaj nie paliłam. Nie miałam chwili czasu. Aż samej trudno mi w to uwierzyć – powiedziała zmęczonym głosem i rzuciła na stół torbę z zainkasowanymi pieniędzmi. – Któraś z was musi to policzyć. Ja już ledwie żyję.

– Zrobimy to rano – oświadczyła Lena i pozbierawszy wszystkie torby zaniosła je do zamrażarki, która stanowiła ich domowy sejf. Następnie włączyła alarm.

– Wyłącz go na razie, musimy przecież iść do naszego mieszkanka – przypomniała jej Rose.

Wszystkie koleżanki czekały aż w ślad za nią odezwie się Helen, a gdy bliźniaczka nie powiedziała ani słowa, Emily wybuchnęła śmiechem.

– Udało się wam; przecięłyście wreszcie tę pępowinę. Jak wam dzisiaj poszło?

Helen uśmiechnęła się.

– Miałam tyle pracy z wyjaśnianiem klientkom, jak posługiwać się licznikami i wskaźnikami przy urządzeniach, że nie było kiedy martwić się nieobecnością Rose. Nawet nie dzwoniłam do niej przez cały dzień; znalazłam chwilę dopiero o siódmej. I naprawdę wszystko robiłam całkiem sama. Po raz pierwszy w życiu.

– A jak tobie minął dzień, Rose?

– Tak samo – odparła nieśmiało bliźniaczka.

– To najważniejsze ze wszystkiego, co udało nam się dziś osiągnąć – stwierdziła Emily, a koleżanki zgodziły się z nią.

– Wy sobie tu siedźcie i gadajcie – odezwała się Helen – ale ja idę do domu, bo mam ochotę na gorącą kąpiel. Idziesz Rose?

– Nie, chętnie wypiję jeszcze jedną filiżankę czekolady. Będę pamiętać, żeby być cicho jak wrócę.

– Okay – odrzekła wesoło Helen.

– Ja też idę zaraz do łóżka. Posłuchajcie dziewczyny, może spotkamy się tu rano i zrobimy małe zebranie. Odbyłam dzisiaj z Charley’em pewną dyskusję. Musimy rozwiązać parę kwestii, a w dodatku jedna z moich maszyn nie działa jak należy. Powiedzcie mi jeszcze, czyje ręczniki jutro piorę?

– Moje – odezwała się Lena. – Mam je w samochodzie. Rano przełożę je do twojego i wezmę sobie czyste. W przyszłym tygodniu moja kolej z praniem, prawda?

– Zgadza się. Do zobaczenia rano.

Zamknąwszy za sobą drzwi swojego pokoju, Emily ściągnęła ubranie i rzuciła się na łóżko. Zasypiała już prawie, gdy nagle przypomniała sobie, że miała zadzwonić do Bena Jacksona. Nie zastała go w domu, więc bełkotliwym nieco głosem zostawiła mu wiadomość na sekretarce, by kolo południa zajrzał do niej do kliniki. Już niemal zapadała w sen, gdy uświadomiła sobie, że jest przecież po jedenastej. Gdzież więc był Ben o takiej porze? Chociaż właściwie nie powinno jej to obchodzić. Ale może obchodziło?

12

Następnego dnia, tuż przed południem, Ben Jackson zjawił się w klinice mówiąc:

– Rety, tutaj nie da się wejść bez okularów słonecznych. Przepraszam, że nie zastałaś mnie wczoraj w domu. No, opowiadaj, jak tam udał się występ pana „Sex Appeala”?

– Pod względem finansowym dzień był wyjątkowo udany. Jeśli tak dalej pójdzie, to dobrze na tym wyjdziemy, ale jestem realistką i wiem, że ta hossa nie utrzyma się długo. Wczoraj ja i Charley omawialiśmy pewną kwestię. Wiesz co, spotkajmy się za chwilkę w sali relaksu; muszę wyjaśnić tej pani w zielonym kostiumie, jak działają te maszyny.

– Chętnie spotkam się z tobą w sali relaksu, ale powiedz mi, gdzie jej szukać.

– Tuż obok. Jeśli zacznie ci się nudzić, możesz nakarmić Harry’ego i Harriet – oznajmiła Emily uśmiechając się.

Kiedy piętnaście minut później Emily weszła do pokoju, gdzie czekał Ben, wybuchnęła śmiechem na widok kolegi leżącego na materacu i wpatrzonego w akwarium.

– Zanim zaczniesz mówić o tym, co chodzi ci po głowie, chciałbym o coś zapytać. Czy zjesz ze mną kolację w sobotę?

– Czy to znaczy, że zapraszasz mnie na randkę?

Emily przypomniała sobie tamten dzień, kiedy obydwoje leżeli na klejącej się od potu macie do ćwiczeń i ogarnęła ją fala podniecenia.

– Randka to rzeczywiście odpowiednie słowo. Dwoje ludzi ma zjeść razem kolację. Mogę po ciebie przyjechać i wtedy to rzeczywiście będzie prawdziwa randka. Możemy też spotkać się dopiero w restauracji, ale wówczas będziemy dwójką ludzi jedzących wspólnie kolację.

Emily zrobiła się tak różowa na twarzy jak ręcznik, który trzymała w dłoni.

– Dobrze. Możesz… możesz po mnie przyjechać.

– Świetnie. Zapowiada się nam wspaniały wieczór. Jaką kuchnię lubisz: chińską, włoską, francuską?

– Chińską. Ale włoska i francuska też mi odpowiada – dodała przezornie.

– No cóż, możemy pójść najpierw do restauracji chińskiej na zupę wonton, potem do włoskiej na ravioli, a potem jeszcze do francuskiej na mus czekoladowy – stwierdził Ben z poważną miną. – Ale zajmie nam to sporo czasu.

– No to chodźmy do chińskiej.

– W porządku. Już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jaką wróżbę znajdę w ciasteczku. A ty?

– Ja też.

– Może być o wpół do siódmej?

– Pewnie. Zamykamy o szóstej. Mógłbyś przyjechać po mnie tutaj? Wstyd mi się do tego przyznać, ale myjemy się zawsze w klinikach, żeby zredukować rachunki za wodę w domu – wyjaśniła Emily.

– Całkiem rozsądne rozwiązanie. No dobrze, a teraz powiedz, o czym chciałaś ze mną porozmawiać?

Emily powtórzyła mu swoją rozmowę z Charley’em.

– Moim zdaniem ten chłopak ma rację – podsumowała. – W końcu te kliniki mają przyciągać głównie panie w średnim wieku. Ty jesteś akurat w średnim wieku i… wyglądasz bardzo korzystnie. Będą się przy tobie dobrze czuły.

– No wiesz! – krzyknął Ben. – Będą się przy mnie dobrze czuły!

– Wiesz przecież, co mam na myśli – powiedziała Emily wspominając dotyk jego ciała.

– Nie mam zamiaru ubierać się w jakieś satynowe peleryny, rozlatujące się garnitury czy… jak tam się zwie to, co ten facet nosi.

– To kąpielówki. Sprzedają je w każdym sklepie z męską garderobą.

– Chyba samym ekshibicjonistom – odrzekł zgryźliwym głosem Ben. – I nie zamierzam golić sobie ciała. Ani nacierać się olejkiem.

– Czy to znaczy, że jednak poprowadzisz te zajęcia?

– To znaczy, że się nad tym zastanowię – odparł Ben.

– Więc będziesz musiał zapisać się na lekcje do Charleya. Ja pokryję koszty.

– Emily, ja mam czterdzieści pięć lat. Czy ty naprawdę spodziewasz się, że będę chodził na kursy razem z tymi młodymi ogierami i robił… no, co tam oni, do cholery, robią? O nie, to nie dla mnie.

– To może wolałbyś prywatne lekcje?

– Jeśli ty będziesz mi ich udzielać. Oglądałaś tę kasetę chyba ze sto razy. No i będziemy ćwiczyć u ciebie w domu. Ale i tak muszę to przemyśleć. Na razie niczego nie obiecuję.

– Zgadzam się na prywatne lekcje – odrzekła niewyraźnie Emily.

– Ben, powiedz mi, czy twoim zdaniem mój plan poskutkuje? Ale mów szczerze.

– Seks dobrze się sprzedaje. Każdy o tym wie. I wszystko, co o nim przypomina. Seks to dobra zabawa. Nie jestem tylko pewien, czy chcę handlować swoim ciałem. W moim wieku to trąci nieco dekadentyzmem.

Emily zauważyła, że mówił z lekkim uśmiechem.

– Hmm. Chyba to chciałam usłyszeć. Rozumiem, że uważasz, iż prawdopodobnie pomysł przyniesie oczekiwane rezultaty. Przynajmniej na jakiś czas. A dekadentyzm jest w modzie – dodała z figlarnym uśmiechem.

– Iz tym stwierdzeniem muszę cię zostawić. Spieszę się do Princeton, gdzie czeka na mnie pewien ważny gość z ponad trzydziestokilogramową nadwagą. Zobaczymy się więc w sobotę.

– Cieszę się już na samą myśl.

– I bardzo słusznie – odrzekł Ben uderzając ją w pośladek jednym z różowych ręczników.

On ze mną flirtuje, dumała Emily. Mężczyzna prowadzi ze mną flirt. Zaprosił mnie na randkę, a ja się zgodziłam. Naprawdę, mężczyzna zabiera mnie na kolację i będzie za mnie płacił. O mój Boże. Co ja na siebie włożę?

Odpowiedź na to pytanie uzyskała po siedmiu rozmowach telefonicznych, w wyniku których uzgodniono, że ubierze się w długą kloszową sukienkę w indyjski wzór, do której pasować będzie pojedynczy sznur pereł i perłowe kolczyki, a do tego buty na niskim obcasie, bo była akurat równa wzrostem Benowi. Odłożywszy wreszcie słuchawkę, Emily uznała, że jej koleżanki są jeszcze bardziej podekscytowane niż ona sama.

Następnie myśli jej powędrowały w stronę Iana, bo ilekroć coś jej się nie udawało albo też szło szczególnie dobrze, zawsze przypominała sobie o nim. Ciekawe, gdzie teraz był? I czy wystąpił o rozwód? A to sukinsyn. Ani razu nie zadzwonił, żeby zobaczyć, czy jego żona w ogóle jeszcze żyje. Ależ Emily, upomniała w końcu samą siebie, udostępniasz Ianowi miejsce w swojej pamięci, a on nic za to nie płaci. Daj sobie z nim spokój. Myśl teraz tylko o tym, że przed tobą randka z sympatycznym mężczyzną.

I o tym, że dobrze jest wam ze sobą. Ben cię lubi. Droczy się z tobą i flirtuje. Czy Ian kiedykolwiek tak się zachowywał? Owszem, tak, lecz jedynie wtedy, gdy czegoś od ciebie chciał.

* * *

Interesy szły bardzo dobrze, choć nienadzwyczajnie. Ot, spokojnie i powoli do przodu. Emily zdążyła zrobić pranie, poplotkować z nowymi klientkami, a nawet obdzwonić koleżanki, żeby sprawdzić, jak im idzie. Wszystkie były zadowolone.

Ciekawe, jak długo potrwa ta dobra passa, zastanawiała się. Ben nie był w tej kwestii zbytnim optymistą. Powiedział wprawdzie, że seks świetnie się sprzedaje, lecz co będzie jeśli kobiety znudzą się oglądaniem młodych muskularnych mężczyzn? A jeśli nie przypadnie im do gustu także patrzenie na Bena Jacksona? No cóż, wtedy moje kliniki dołączą do grona zwyczajnych siłowni czy klubów rekreacyjnych. Zaraz, ale co właściwie odróżnia moją klinikę od zwykłego klubu? Klub posiada członków, którzy gromadzą się w celu realizacji wspólnego celu, a klinika to miejsce, gdzie mogą przyjść różni ludzie prosto z ulicy, by zasięgnąć porady i poddać się stosownemu leczeniu. W głębi duszy Emily wierzyła, iż kobiety w średnim wieku lepiej się czują psychicznie, gdy przychodzą do kliniki niż do klubu. – Co ma być to będzie – mruknęła pod nosem. – Jeśli interes klapnie, to wezmę się za coś innego.

Zerknęła na zegarek. Za piętnaście minut panie ćwiczące na Nordic Tracku powinny przejść na deptak. Czas już był najwyższy poczytać o ziołach z książki, którą pożyczyła jej Lena. Czytając robiła jednocześnie notatki. Lektura okazała się tak zajmująca, że Emily dwukrotnie nie dosłyszała brzęczyków wyłączających się urządzeń i panie musiały ją do siebie poprosić.

Znalazłszy się znów na sali ćwiczeń, Emily zwróciła się do swych dziewięciu klientek.

– Chciałabym zadać paniom kilka pytań – zaczęła. – Ciekawa jestem, co panie sądzą o ziołach? Chodzi mi o to, czy gdybym powiedziała, że znam konkretne zioła, których zażywanie zapewni dobrą sylwetkę, czy zdecydowałybyście się je stosować mając świadomość problemu, jakim w naszym wieku jest osteoporoza? Proszę podnieść rękę. A czy chętnie piłyby panie ziołowe herbatki? – Dziewięć rąk zgodnie podniosło się do góry.

– A czy chciałyby panie pijać je tutaj, czy wolałybyście przygotowywać je sobie w domu?

Tu zdania były podzielone – pół na pół.

– Będę wdzięczna, jeśli panie odpowiedzą mi jeszcze na jedno pytanie

– kontynuowała Emily. – Czy gdybym poprowadziła w czasie weekendu seminarium na temat prawidłowego odżywiania się, znaczenia ziół i witamin, to czy któraś z pań byłaby gotowa poświęcić godzinę lub dwie, by posłuchać o czym mówię? Te zajęcia byłyby oczywiście bezpłatne.

W górę poszybowało siedem rąk.

– Ja pracuję w weekendy – odezwała się jedna z kobiet.

– A ja jeżdżę do Pensylwanii odwiedzić matkę w domu spokojnej starości – powiedziała druga. – Ale chętnie wypożyczyłabym książki na temat żywienia, o ile może pani jakieś udostępnić. Ewentualnie, gdyby zorganizowała pani taki wykład w ciągu tygodnia lub w porze lunchu, to postarałabym się przyjść. A czy to jest impreza jednorazowa, czy będzie jakiś cykl seminariów?

– Jeszcze nie jestem pewna. Na razie próbuję się zorientować, na ile jesteście panie zainteresowane tematem. Początkowo chciałabym pomówić o środkach profilaktycznych. Aczkolwiek są też różne zioła o działaniu leczniczym.

– Mogłaby pani podać nam przykłady jednych i drugich? – poprosiła kobieta na rowerku.

– Na przykład herbatka z jemioły pomaga obniżyć wysokie ciśnienie. Parzy się ją z korzeniem anżeliki – trzeba obydwa zioła zemleć na proszek, zmieszać pół na pół i cztery łyżeczki tej mieszanki zalać pół litrem wody, zagotować, a potem schłodzić i pić dwie, trzy filiżanki dziennie. Może zainteresuje panie fakt, że jemioła jest jedynym ziołem, które oficjalny zbiór leków wymienia jako środek skuteczny w leczeniu wysokiego ciśnienia. Niektórym z pań może się to wydać ciekawe.

Istnieje też roślina dobra na włosy. Zapobiega mianowicie siwieniu. Sama zresztą zamierzam ją wypróbować. Mam na myśli liście winorośli, z których przyrządza się napar i myje nim włosy raz na miesiąc. Prawdopodobnie metodę tę stosowały Indianki. Pewna kobieta z Utah twierdzi, że to rzeczywiście działa. Sądzę, że takim naparem można myć głowę tak często, jak ma się ochotę.

– Zna pani więcej takich ciekawostek?

– Czosnek i ocet winny są bardzo skuteczne w obniżaniu poziomu cholersterolu i spalaniu zbędnego tłuszczu.

– Jeśli te sposoby rzeczywiście przynoszą rezultaty, to zbije pani fortunę.

– Lepiej niech się pani przygotuje na to, że lekarze na panią naskoczą.

– Moim zdaniem, dobra jest każda metoda, która działa – wydyszała kobieta z nogą na wyciągu.

– Ja także widzę to właśnie w taki sposób – zgodziła się z nią Emily. – Nie twierdzę, że nie należy zażywać lekarstw, lecz jeśli można usunąć jakąś dolegliwość czy schorzenie bez pomocy środków farmakologicznych, warto spróbować.

Wszystkie panie przyznały jej rację.

Że też takie stwierdzenie wyszło z ust kobiety, która była żoną lekarza, pomyślała Emily podchodząc do dzwoniącego telefonu. Odebrała go i słuchała przez chwilę zerkając na dwie z ćwiczących kobiet. Następnie wyrecytowała swój zwykły w takich sytuacjach tekst. – Może pani od razu wykupić kartę wstępu na cały rok albo płacić za każdą pojedynczą sesję. Każdej klientce udzielam indywidualnych porad, ale proponuję, aby przed rozpoczęciem ćwiczeń siłowych zapytała pani o zdanie swojego lekarza. Tak, wszystkie nasze maszyny są wyposażone w mierniki pulsu i ciśnienia. Nauczę panią też, jak samodzielnie mierzyć sobie puls podczas zajęć aerobiku. W naszej klinice jest łazienka z prysznicami i pokój, gdzie można odpocząć. Na razie nie zapisywali się do nas żadni mężczyźni. Sieć naszych klinik została stworzona z myślą o paniach w średnim wieku. Większość klientek przekroczyła czterdziestkę. Tak, wiemy kiedy przerwać ćwiczenia, jeśli zacznie się pani za bardzo pocić. Naturalnie, mamy telewizor, więc gimnastykując się będzie pani mogła oglądać program. Tak, doskonale rozumiem, że nie chciałaby pani opuścić żadnego odcinka ulubionych seriali. Upiec dwie pieczenie na jednym ogniu to dobry pomysł, a chyba o to pani chodzi. Jedzenie? Oferujemy naszym klientkom szeroki wybór dietetycznych przekąsek. Naturalnie, jest skarbonka na wrzucanie należności. Tak, oczywiście, to pani ciało. Mrożonki i suszone jedzenie? Myślimy o wzbogaceniu tymi produktami naszego asortymentu, ale na razie ich nie posiadamy.

W końcu Emily odłożyła słuchawkę i pobiegła wyłączyć dreptak. – Wystarczy, pani Sanchez. Jutro poćwiczy pani dłużej o dwie, trzy minuty. Tej nadwagi nie dorobiła się pani przez jeden dzień, więc proszę się nie spodziewać, że ją pani zlikwiduje w ciągu kilku zaledwie zajęć. Musi pani tracić wagę powoli i stopniowo. Liczy się każdy centymetr. Wszystkie tutaj staramy się pozbyć zbędnego tłuszczu. Teraz proszę jeszcze popedałować dwanaście minut, a potem odpocząć. Czy może pani czytać jadąc na rowerku? Świetnie, chciałabym, żeby przejrzała pani tę książkę o leczeniu ziołami. Bardzo dobrze sobie pani radzi i jestem z pani dumna – powiedziała Emily klepiąc pulchną kobietę po ramieniu.

Pochwała Emily sprawiła, że pani Sanchez promieniała. A ona sama pomyślała wtedy: Gdy ja się męczyłam, tak bardzo pragnęłam życzliwego słowa, że gotowa byłam za nie zabić. Tutaj jedna kobieta pomagała drugiej i o to właśnie chodziło.

* * *

W sobotę Emily obudziła się z uczuciem, że zdarzy się coś cudownego. Ubierając się, cały czas wyobrażała sobie czekającą ją randkę. Chociaż musiała przyznać, że kolacja, to po prostu kolacja. Nie było przecież mowy o tym, że po niej też coś będzie. Ale może wstąpią potem do pubu na drinka, bo w chińskiej restauracji nie podawano alkoholi. A później… później… przyjadą do niej do domu albo do Bena. Boże, czy aby odważy się do niego pojechać? Czy Ben zaprosi ją, żeby na przykład obejrzała jego obrazy? Zaraz, czy w ogóle jeszcze używa się takich pretekstów, czy raczej mówi coś w rodzaju: „Chodźmy do mnie to pokażę ci mój nowy odtwarzacz płyt kompaktowych albo chodźmy pooglądać filmy, bo mam duży telewizor”? A może obecnie ludzie są bardziej bezpośredni i zapraszają na filmy porno. Dla Emily jasne było, że musi mieć plan. Pytanie o radę koleżanek nie przyniosłoby żadnego efektu, bo ich doświadczenie w dziedzinie randek było również zerowe. Zastanawiała się, czy nie powinna pojechać za Benem swoim samochodem, jako że przecież umówili się w klinice.

W przelocie zauważyła swoje odbicie w lustrze. Wpatrywała się w nią Emily Thorn. Przymrużyła oczy starając się dostrzec jakieś cechy dawnej Emily, ale wiek i trudy życia zrobiły swoje. Palcem wskazującym odciągnęła skórę spod oczu w kierunku ucha. Cóż, makijaż niewiele mógł tutaj zdziałać. Masaż twarzy jeszcze mniej. Fałdki luźnej skóry wokół szyi bardzo ją martwiły, lecz przynajmniej pozbyła się potrójnego podbródka.

Emily uznała, że nie jest ładna, w ogóle nie uważała siebie za atrakcyjną. Dlaczegóż więc Ben zapraszał ją na kolację? Czego się spodziewał? Hola, Emily, upomniała samą siebie, zastanów się lepiej, czego ty oczekujesz. No cóż, mam nadzieję, odpowiedziała sobie na to, że… zjem dobrą kolację w towarzystwie kogoś, z kim dobrze się czuję, że może pójdziemy potem gdzieś na drinka i że… że być może on pocałuje mnie na dobranoc długo i nie spiesząc się. I to wszystko. Bardzo bym chciała móc cofnąć czas i znów być młodą dziewczyną, która marszczy nosek i beztrosko kiwa palcem.

Siedząc w kuchni z filiżanką kawy i obarzankiem, Emily przysłuchiwała się dobrodusznym żarcikom na temat czekającej ją randki. Czerwieniła się przy tym wprawdzie, lecz bardzo ją cieszyła ta rozmowa. Kiedy wybiegała z domu z sukienką i kosmetyczką w ręce, jeszcze dźwięczało jej w uszach zbiorowe ostrzeżenie koleżanek: – Nie rób nic takiego, czego my byśmy nie zrobiły – Wrócę… jak wrócę – odkrzyknęła im na pożegnanie, a w odpowiedzi usłyszała wybuch śmiechu, który dobiegał ją jeszcze wtedy, gdy wsiadała do samochodu.

Godziny mijały szybko jedna za drugą. Emily zdążyła się już przekonać, że w sobotę panuje zwykle największy ruch. Opracowała sobie system obsługi urządzeń i prowadzenia zajęć aerobiku. – Idzie mi gładko jak po maśle – chwaliła się koleżankom. Świetnie się czuła w pracy. Naprawdę bardzo dobrze. Zajmowała się czymś, co sprawiało jej ogromną przyjemność, w czego skuteczność głęboko wierzyła, a na dodatek pomagała w ten sposób innym kobietom. Czas mijał jej w takim tempie, że zanim się zorientowała, już ostatnia grupa kobiet przygotowywała się do wyjścia. Wszystkie zwracały się do niej po imieniu i zwykle pytały ją o radę w kwestiach kostiumów do ćwiczeń i wielu innych. Pełniła teraz rolę doradczyni i napawało ją to wielką dumą.

– No już, zabierajcie się – popędzała je machając rękami, jakby płoszyła kury. – Mam dzisiaj randkę, a wy mnie zatrzymujecie i jeszcze się spóźnię. Chyba nie chcecie mieć mnie na sumieniu, co?

– Musisz nam wszystko dokładnie opowiedzieć w przyszłym tygodniu – stwierdziła uśmiechając się ostatnia wychodząca kobieta. – Lepiej rób notatki.

– A pewnie! – obiecała jej Emily.

Zamknęła za nią drzwi, zasunęła rolety i pomknęła do łazienki.

Gdy już wysuszyła włosy i włożyła złote kolczyki w kształcie kół, odsunęła się nieco od lustra, by móc podziwiać swoje odbicie. Dół zadrukowanej w indiańskie wzory sukienki układał się znakomicie. W połączeniu z opadającym na biodra szerokim skórzanym paskiem z ozdobną klamrą – pożyczonym od Kelly – i zbluzowaną nad nim górą sukni, całość prezentowała się bardzo modnie. Zamszowe botki w głębokim odcieniu biedzi pasowały idealnie, choć należały do Martiny. Uzupełnieniem stroju była jutowa torebka ze skórzanymi rączkami i klamerkami od Nancy.

Emily otworzyła kosmetyczkę. Miała w niej wszystko, więc niełatwo było podjąć decyzję, jak się umalować. Przyszło jej też do głowy, że niezależnie od tego, jak dobrze to zrobi, makijaż podkreśli fałdki tłuszczu pod oczami i głębokie bruzdy wokół ust i nosa. Pomyślała, że może lepiej ciągle się uśmiechać i w ten sposób je zatuszować. Palcami namacała obwisłą skórę na szyi pod brodą. Było jej zdecydowanie za dużo. A gdzieniegdzie pokazały się już plamy wątrobowe. Emily wątpiła, czy długo jeszcze będzie w stanie znosić te paskudne, brązowe cętki. Jedną z nich miała na czubku nosa i tej zdecydowanie musiała się pozbyć, chociaż najbardziej przeszkadzały jej te na dłoniach. Gdyby tylko gotowa była wyłożyć na to pieniądze, dobry dermatolog na pewno by je usunął. Zanotowała sobie w pamięci, że zaraz na początku tygodnia ma zadzwonić do lekarza i umówić się na wizytę. Obiecała sobie także, że poważnie zastanowi się nad operacją plastyczną. Może tylko coś by poprawiła, naciągnęła, a może zdecydowała się na pełny lifting twarzy. Gdyby sprzedała futra, wystarczyłoby chyba na taki zabieg. W końcu zrobiłaby coś dla siebie. Postanowiła również zorientować się, czy da się zoperować żylaki. Wyobraziła sobie, jak cudownie byłoby nie czuć więcej tego okropnego bólu w nogach. Od tak dawna towarzyszyły jej rozmaite bóle i cierpienia, że stały się niemal nieodłączną częścią życia.

Emily pokazała język odbiciu w lustrze, po czym pomalowała usta szminką, a na koniuszki rzęs nałożyła nieco tuszu. Na koniec uperfumowała się lekko za uszami i w zgięciach łokci zapachem, który sama sobie kupiła i który jej się podobał.

Skończywszy przygotowania zgasiła światło, podeszła do frontowych drzwi i otworzyła je, by Ben mógł od razu wejść do środka. Następnie przeszła do pokoju wypoczynkowego i usiadła na jednym z materacy. Przez chwilę wpatrywała się w pluszczące się w wodzie rybki.

– Emily! – usłyszała.

– Jestem tutaj – odkrzyknęła. – Włożę tylko płaszcz i już jestem gotowa. Pojadę za tobą swoim samochodem, żebyś nie musiał mnie odwozić do domu.

– Ej, co ty, jak umawiam się z dziewczyną na randkę, to odwożę ją potem do domu. No, biorąc pod uwagę obecną sytuację, mogę przywieźć cię tutaj, żebyś przesiadła się do swojego auta.

– Dobrze – zgodziła się.

– Na zewnątrz pada, a samochód zostawiłem na samym końcu parkingu. Masz parasolkę? Nie? No to poczekaj tu, a ja podjadę pod drzwi i wtedy wsiądziesz.

– Nie, nie trzeba. Lubię spacerować w deszczu, a ty?

– Owszem, to jedna z moich ulubionych rozrywek. Zwykle przez całe lato, kiedy tylko pada wychodzimy z synem na przechadzki w deszczu, co jego matkę napawa przerażeniem. I ciągle muszę mu kupować nowe trampki.

– Naprawdę? No to chodźmy. Ale zaczekaj chwilę – najpierw zasłonię wszystkie żaluzje.

Kiedy wyszli na zewnątrz, Ben zapytał:

– Nie martwisz się o włosy?

Emily roześmiała się.

– Po prostu bardziej mi się skręcą. O rety, zobacz jaka kałuża.

Puściła rękę Bena, podbiegła do przodu i wskoczyła w kałużę; woda przykryła jej całe buty. Kiedy się odwróciła, zobaczyła że Ben wdepnął w kałużę tuż obok niej.

– Poszukajmy innej – zaproponowała. – O tam jest jedna i jeszcze tam! Ojejku, jedzie pickup.

Ledwie wypowiedziała te słowa, przejeżdżający samochód ochlapał ich od stóp do głów. Kierowca cofnął się zaraz w ich kierunku.

– Bardzo państwa przepraszam. Może gdzieś państwa podwieźć?

– Nie trzeba – odparła Emily.

– Ja zostaję z tą panią – odrzekł śmiejąc się Ben.

– No cóż, jeszcze raz przepraszam.

Gdy samochód ruszył z miejsca, woda z kałuży znów chlapnęła powtórnie mocząc Emily i Bena.

– Nie wiesz pewnie Emily, ale w tym świetle jesteś zielonopurpurowa – powiedział Ben parskając śmiechem i wskazując na uliczne latarnie. – Chcę ci coś zaproponować, bo w takim stanie nie możemy pokazać się w żadnej restauracji. Moglibyśmy wrócić do kliniki i tam się wysuszyć albo pojechać do mnie i wtedy ja zrobię coś do jedzenia, ewentualnie wstąpimy do jakiejś chińskiej knajpki, kupimy coś na wynos i pojedziemy do domu. Ty wybierasz.

– A umiesz gotować?

– Oczywiście, że tak. Nie za dobrze, ale potrafię upitrasić co nieco. Moja specjalność to jajka na boczku. Mam w lodówce jedno i drugie.

– Uwielbiam jajka na boczku. I już od bardzo dawna tego nie jadłam. Zawsze maczam grzankę w płynnym żółtku, a potem jeszcze w kawie.

– Ja też. Matka ciągle mi przypominała, że w restauracji nie powinienem tak robić, ale kiedy już byłem na tyle dorosły, żeby jadać na mieście sam, zauważyłem, że wszyscy jedzą tak jak ja. W smażonych jajkach najbardziej lubię żółtka, a w gotowanych na twardo białka; żółtka wyrzucam.

– No popatrz, ja też – odparła Emily wsiadając do samochodu. – Masz w domu suszarkę?

– Jasne. Mój syn używa jej ilekroć do mnie przyjeżdża. Staram się, żeby w moim mieszkaniu miał dom, taki sam jak ma u matki. Urządziłem mu jego własny pokój, w którym trzyma swoje rzeczy i ma swój telewizor. Dzieci bardzo przeżywają rozwód rodziców. Ciesz się, że nie miałaś tego problemu. To znaczy… nie chciałem powiedzieć, że…

– Wiem, co miałeś na myśli – odparła Emily. – A czy ty bardzo go przeżyłeś?

– Owszem, ale trzeba jakoś dalej żyć, bo nic innego człowiekowi nie pozostaje. Nie należy oglądać się za siebie. Sam się o tym przekonałem i wiele mnie to kosztowało. Teraz jest już dużo lepiej. Cieszę się każdym porankiem, kiedy się budzę, oczekuję tego, co przyniesie mi dzień i wyglądam wieczoru, gdy mogę porozmawiać z synem. Od czasu do czasu ogarnia mnie poczucie osamotnienia, ale zdarza się to już bardzo rzadko. Mam obecnie własne życie, podobnie zresztą jak ty. Bo najważniejsze, to iść do przodu. Niektórzy ludzie nigdy nie przyjmują do wiadomości tej prostej prawdy. Jeden z moich przyjaciół za nic nie chce zapomnieć o przeszłości. Jego żona puściła go z torbami; to ona dostała wszystko. A on bez przerwy ją nęka jak tylko może i poświęca na to tyle czasu i energii, że właściwie nie żyje, a wegetuje. Nie dalej jak dwa tygodnie temu poprzecinał jej opony w samochodzie i zrobił to w środku nocy. Miesiąc temu schował się w krzakach i obrzucił frontowe drzwi jej domu zgniłymi owocami i warzywami, które gromadził na tę okazję przez kilka tygodni. Zwykle ktoś go na tym przyłapuje i ona musi z nim rozmawiać. Nie chce wnosić przeciw niemu skarg, więc on nie przestaje jej dokuczać. No i powiedz sama, jaki w tym sens? Ta kobieta ma narzeczonego i za kilka miesięcy zamierzają się pobrać. Ona chce wyjechać do innego stanu, żeby być jak najdalej od swego byłego, a on próbuje jej w tym przeszkodzić jakimiś prawnymi sztuczkami.

– Cóż on pocznie, gdy jego żona rzeczywiście się wyprowadzi?

– Po pierwsze są rozwiedzeni, więc ona nie jest już jego żoną. A kiedy wyjdzie za mąż i wyjedzie, on stanie oko w oko z brutalną rzeczywistością.

– Bądź wtedy przy nim, Ben. Ja bardzo długo byłam sama. Dobrze wiem, co ten facet czuje. Być odrzuconym… to bardzo poniżające. Człowiek ma ochotę zapaść się pod ziemię.

– No i jesteśmy na miejscu – oznajmił Ben zatrzymując się na swoim miejscu na parkingu. – Kiedy kupowałem to mieszkanie, miałem do wyboru – garaż albo kominek. Wybrałem to drugie. Mój syn jest harcerzem i uwielbia rozpalać ogniska. Zimą robimy sobie duży ogień, opowiadamy przy nim historie o duchach i opiekamy słodkie bułeczki. Często robię też popcorn. Mam do tego odpowiednią maszynkę, którą stawia się nad paleniskiem. Jest wtedy wspaniale!

Emily pomyślała, że naprawdę lubi Bena i już prawie miała go zapytać czy kiedykolwiek kochał się z kobietą przed tym kominkiem, ale ugryzła się w język i powiedziała:

– Strasznie mi zimno.

– Będziesz miała na przyszłość nauczkę, żeby nie chodzić po deszczu i nie wskakiwać do kałuż – odrzekł Ben śmiejąc się i otworzywszy drzwi wejściowe zapalił zaraz światło. – Na górze po lewej jest pokój mojego syna. Jest tam także łazienka. A w holu, w szafce obok łazienki, znajdziesz szlafrok. Znieś na dół swoje ubranie, to je wysuszę.

– A ty?

– W pralni mam ubranie na zmianę. Ale najpierw musisz zobaczyć, jak się wystroiłem na tę randkę – powiedział rozchylając marynarkę, pod którą widać było pulower naciągnięty na elegancką białą koszulę. Sztruksowe spodnie miały ostre kanty, ale dół nogawek był przemoczony. Skapywała z nich woda wprost na beżowy dywan.

– Zgodnie z poleceniem, obejrzałam – oznajmiła Emily i ruszyła po schodach w górę.

Dopiero kiedy przebrała się w jeden z ciepłych szlafroków Bena, zaczęła się rozglądać po pokoju jego syna. Szlafrok pachniał Benem, a pokój wydał jej się cudowny; dużo w nim było jasnych barw i sprzętu sportowego. Na jednej z białych półek stała kolumna żołnierzyków – zniszczonych już i wysłużonych, a obok piętrzyły się pluszowe misie równie zniszczone i wysłużone. W rogu czekała na chłopca rękawica baseballowa, kij i koszyk piłek. Tuż przy łóżku stała nocna lampka, której podstawka zrobiona była z prawdziwej piłki futbolowej. Piłka była już stara, najwyraźniej pamiętała jeszcze młodość Bena. Emily dotknęła jej skórzanej powierzchni i zauważyła, że postrzępione nitki powleczone są jakimś lakierem. Obok szafy stały sanki z napisem „Flexible Flyer”, w którym litera „y” była już niemal zupełnie wytarta. Prawdopodobnie te sanki należały kiedyś do Bena, a on przechował je dla swego syna. Emily była pewna, że Ben jest wspaniałym ojcem. Przestrzeń pod obydwoma oknami zajmowały półki wypełnione rozmaitymi książkami, jakie zazwyczaj czytają chłopcy; były więc tam „Przygody Hucka Finna”, historyjki o bliźniakach Bobbsey i Hardy Boys. Niemal wszystkie liczyły sobie już sporo lat, były wielokrotnie kartkowane, a strony miały żółtawe. Pomiędzy te stare wciśnięto nowe lektury, głównie opowieści przygodowe. Całą dolną półkę szczelnie wypełniały książki o sporcie, pociągach i samolotach, a także zeszyty z rozmaitymi zagadkami. Obok nich leżała sznurkowa torba. Na wprost łóżka stało biurko i obrotowe krzesełko. Po obu stronach blatu ustawiono kubki z ołówkami, z których żaden nie miał już gumki, a wszystkie tkwiły w pojemniczkach prosto, niczym żołnierze na warcie. Na środku przykrywającego biurko porysowanego brystolu leżały bloki i koło-notatniki. Emily odwróciła się w stronę łóżka i ugniotła jednoosobowy materac. Był dość twardy, ale wygodny. Podobała jej się bawełniana narzuta zadrukowana baseballistami w rozmaitych pozycjach oraz doskonale do niej pasujące zasłony w oknach.

– Wszystko w porządku, Emily?

Nawet nie usłyszała, że Ben wszedł na górę.

– Gotowa jestem się założyć, że Ted uwielbia ten pokój – powiedziała przyciszonym głosem. – Jest przepiękny. Sam go urządziłeś?

– Wspólnie z Tedem. Kiedy się tu sprowadziłem, byłem zupełnie spłukany. Przez jakiś czas właściwie nawet się nie rozpakowywałem, ale sąd orzekł, że jeśli chcę zapraszać Teda, to muszę zapewnić mu pokój z jego własnymi rzeczami, więc przeniosłem tu cały swój dobytek, który przechowywałem u rodziców. Wszystko to mianowicie, czego moja żona nie chciała. Zapytałem Teda, czy chciałby skorzystać z niektórych moich starych sprzętów, a jemu bardzo spodobał się ten pomysł i w ten sposób zaczęliśmy urządzać jego pokój. On ogromnie lubi tu przychodzić; zawsze z niecierpliwością wygląda wizyt u mnie. Wydaje mi się, że to wnętrze wygląda radośnie, nie sądzisz?

– O tak, zgadzam się z tobą. Żałuję, że nigdy… Ian zaangażował dekoratora, który sam zajął się naszym domem… Ja nawet… ale nieważne, to już przeszłość. Powiedz lepiej, co z naszą kolacją?

W odpowiedzi Ben roześmiał się.

– Czekam, aż zrobisz grzanki. Rozpuściłem ci już masło. Ale mam tylko dżem, a nie galaretkę. Odpowiada ci?

– Uwielbiam dżem. Natomiast nie cierpię, kiedy galaretka ślizga mi się po całej grzance.

– To tak jak ja – odparł zadowolony Ben. – A jaki lubisz bekon?

– Dobrze wysmażony, chrupki i przecięty na pół. Cztery kawałki dla mnie.

– Jesteś moją bratnią duszą. A jajka, jakie mają być?

– Bardzo luźne; chcę, żeby żółtka były naprawdę płynne. I chyba zjem trzy.

Ben roześmiał się głośno.

– Emily, twoje wyczucie smaku jest bez zarzutu. Jak widzisz, naszykowałem już osiem plasterków bekonu i sześć jajek. I po trzy tosty dla każdego, pasuje ci?

– Uhu. A będzie jakiś deser? Po takim posiłku lubię zjeść coś słodkiego. Zwykle raczę się mandarynkami z puszki.

– Jezu Chryste – krzyknął Ben otwierając szafkę nad zlewem, w której stało dziewięć puszek z mandarynkami. – Ja sam zjem całą puszkę.

– Ja też – stwierdziła Emily.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie oczami pełnymi zdumienia. Emily pierwsza odwróciła wzrok, czując że czerwieni jej się szyja. Kolację pochłonęli niemal, jakby od dawna nic nie jedli, i skończyli w tym samym czasie. Mandarynki wyjedli prosto z puszek, a potem obydwoje wypili z nich sok.

– Nie będziemy teraz zmywać. Jutro muszę wcześnie wstać, żeby pojechać po Teda, więc mogę rano się tym zająć.

– To najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek od ciebie usłyszałam – oznajmiła Emily, po czym wstała z krzesła i skierowała się wprost do salonu. Ben poszedł za nią niosąc tacę ze świeżą kawą i butelką brandy. Ustawił wszystko na stoliku. – Ty nalej, a ja zapalę tę sztuczną kłodę. Jedną czy dwie?

– Dwie – odrzekła chichocząc. – Lubię duże ogniska. Nie używasz drewna?

– Muszę dopiero kupić. Pewnie jutro pojedziemy po nie z Tedem do supermarketu. Wiesz, że można kupić drewno w wiązkach po trzy dolary za sztukę?

– Nie, nie wiedziałam. Ale jak będziesz potrzebował opału za darmo, to przyjedź do mnie. Za garażem leży chyba tona drewna.

Ben usiadł obok Emily i oparł stopy o okrągły stoliczek. Ona zrobiła to samo. Słyszeli, jak na zewnątrz deszcz uderza o szyby.

– Lubisz letnie burze – no wiesz, takie z piorunami i błyskawicami? – spytała.

– Pewnie. Nic tak nie odświeża powietrza jak burza. Lubię ją oglądać przez okno. W domu moich rodziców była kiedyś oszklona weranda i często siadywałem tam na huśtawce i patrzyłem na burzę dopóki się nie skończyła. Matka bardzo się wtedy denerwowała. Ted także lubi burze. Pod wieloma względami jest do mnie bardzo podobny. A ty oglądasz pioruny i błyskawice?

– Też wyglądam wówczas przez okno. Ale zwykle zaczynam czuć się lepiej, kiedy burza już się skończy, choć nie wiem dlaczego. Obecnie wdzięczna jestem losowi niemal za wszystko, co poprawia mi samopoczucie – powiedziała z zadumą w głosie Emily.

– Jak to, na przykład? – spytał Ben pochylając się w jej stronę i całując ją lekko w usta.

Emily uśmiechnęła się.

– Tak, na przykład to – odrzekła.

– Mogę zrobić to jeszcze raz, jeśli sprawia ci przyjemność.

– Owszem, sprawia. Tym razem uśmiechnęła się szerzej. – Może lepiej przestańmy, zanim…

– Nie. Wtedy było wtedy, a teraz jest teraz. A może umówimy się, że co będzie to będzie i żadne z nas nie ma wobec drugiego zobowiązań? Muszę to sobie dobrze wbić do głowy.

– Jeśli zaczniemy na ten temat dyskutować, to możliwe, że nigdy nie przestaniemy, ale dobrze, możemy się tak umówić.

Ben objął Emily i przytulił. W jednej chwili przylgnęła do niego całując go mocno i zapamiętale, a jej ręce gorączkowo błądziły po całym jego ciele. Nagle odsunął się od niej; trudno mu było złapać oddech.

– Hej, Emily, o co chodzi?

– Ciii – szepnęła. – Wiem, że tego chcesz, więc zamierzam ci to dać.

– Nie chcę!

W świadomości Emily te słowa zabrzmiały jak uderzenie pioruna. Zamrugała oczami ze zdziwienia i z wyrazem kompletnego ogłupienia na twarzy cofnęła się. Potrząsnęła energicznie głową próbując rozjaśnić myśli.

– Nie? Czy to właśnie powiedziałeś?

– Zgadza się. Posłuchaj, Emily… może nie mam racji, ale odnoszę wrażenie że wyobrażasz sobie, iż jestem kimś innym… może twoim mężem. Lubię namiętny seks, tak samo jak każdy inny człowiek, i lubię dawać, jak też i brać, ale przy tobie nie mam nawet szansy cokolwiek ci dać. Nie jestem twoim mężem, Emily. Jestem Ben. Chcę się z tobą kochać, ale nie chcę cię gwałcić i nie chcę, żebyś ty gwałciła mnie. Do kochania potrzeba dwojga. A w tym pokoju jest o jednego faceta za dużo i jeśli on nie odejdzie, to nie mamy szans.

Upokorzona Emily oblała się rumieńcem i unikając wzroku Bena zaczęła otulać się szlafrokiem.

– Ja… czy mógłbyś zamówić mi taksówkę? Moje ubranie na pewno już wyschło.

Miała wrażenie, że język urósł jej do kolosalnych rozmiarów. Nigdy w życiu nie czuła się taka zawstydzona.

– Emily…

W ustach czuła kompletną suchość. Musiała się jakoś bronić. Ale jak? Jak miała to zrobić?

– Emily…

Zerwała się z miejsca i ruszyła w stronę schodów, zapominając że ubranie suszy się na dole w pralni. Uświadomiwszy to sobie zawróciła i zbiegła ze schodów; po twarzy spływały jej łzy. Nie chciała nawet spojrzeć na człowieka, który tak ją upokorzył. Cóż właściwie ona zrobiła, że Ben tak zareagował? Że chciała być stroną aktywną? A czyż kobiety nie miały od czasu do czasu tego właśnie robić? We wszystkich eleganckich magazynach pisano, że kobieta powinna pokazać swemu partnerowi czy kochankowi, co sprawia jej przyjemność. Czyżby autorzy tych artykułów mieli na myśli słowa, a nie czyny? Najwyraźniej nie wszystko z nich zrozumiała.

Zamknąwszy się w pralni, Emily ściągnęła z siebie szlafrok, szybko się ubrała i wsunęła botki na nogi. Dyszała ciężko, a w jej oczach malował się ból. O Boże, nie mogła znaleźć płaszcza. Przypomniała sobie w końcu, że powiesiła go na oparciu krzesła przed kominkiem. Gdyby chciała go zabrać, musiałaby wrócić do salonu, przejść obok Bena, a może i spojrzeć na niego czy coś powiedzieć. Gdy wzrok jej padł na drzwi prowadzące na małe patio przed domem, poczuła że zawładnął nią upór. Otwierając te drzwi wiedziała, że postępuje głupio. Krople deszczu zaczęły wpadać do pralni. Zastanawiała się, czy naprawdę będzie w stanie przejść siedem kilometrów, jakie dzieliły ją od kliniki, pod którą zostawiła samochód. – Najpierw załatw tę sprawę, Emily – powiedziała sobie – a potem możesz zrobić, co uznasz za stosowne. Paskudną przeszłość masz już za sobą. Wróć do salonu i zadzwoń sama po taksówkę; możesz przecież zaczekać na nią na ganku.

Emily weszła do salonu. Zastanawiała się, w jaki sposób ukryć wstyd. Czy powinna iść z wysoko uniesioną głową, może patrzeć Benowi prosto w oczy albo coś powiedzieć? Uznała, że chyba wszystko naraz. Powinna zachowywać się tak, jakby w ogóle nic się nie stało, włożyć płaszcz i zadzwonić po taksówkę. Tylko że jednak coś się stało. Coś, co mogło wywołać w niej poważne zahamowania emocjonalne. O ile na to pozwoli. Uznała, że najważniejsze jest poczucie własnej godności. Tak, tego było jej teraz potrzeba. Podeszła do wiszącego na ścianie aparatu, wykręciła numer radio taxi, podała adres, a w odpowiedzi usłyszała, że taksówka przyjedzie za siedem minut.

– Dziękuję za kolację. Przykro mi, że zostawiam cię z kupą brudnych naczyń. Zamówiłam już taksówkę. Przyjedzie za chwilę, więc zaczekam na zewnątrz.

– Emily…

– Chyba będzie lepiej, jeśli wycofam się z tej oferty dotyczącej pracy w klinikach. Sądzę też, że nie potrzebuję już osobistego trenera. Jeśli jestem ci coś winna, to proszę, przyślij mi rachunek. Do widzenia, Ben.

– Emily…

Wyszła na ganek zamykając za sobą drzwi, zanim zdążyła się zorientować, że nie ma tam żadnego daszku. Właściwie to nawet nie był ganek, a jedynie betonowa płyta ogrodzona balustradą bez zadaszenia. Wystarczyło kilka sekund na deszczu, żeby przemokła do suchej nitki. I to już drugi raz tej nocy. – I co z tego, do jasnej cholery – mruknęła pod nosem.

Taksówka przyjechała akurat w tej samej chwili, kiedy Ben otworzył drzwi.

– Emily, do diabła ciężkiego, wejdź do domu. Musimy porozmawiać.

– Powiedziałeś mi już, co myślisz – odrzekła Emily próbując przekrzyczeć szum deszczu i biegnąc jednocześnie do samochodu. Trzęsąc się jak galareta na widelcu, usadowiła się na tylnym siedzeniu. Kiedy podawała kierowcy adres kliniki, zęby jej szczękały. Na ile mogła, wcisnęła się w róg siedzenia. Czuła, że policzki płoną jej ze wstydu. Miała ochotę się rozpłakać i właściwie potrzebowała tego. – Ty zawsze lejesz łzy – powiedziała do siebie – a przecież płaczem nie rozwiążesz żadnego problemu. Powinnaś była wysłuchać tego, co Ben miał ci do powiedzenia. Ale ty nigdy nie słuchasz; robisz coś, a potem tego żałujesz. Pozwalasz, żeby rządził tobą ten sam upór, przez który zrzekłaś się praw do klinik Iana. Ty idiotko, ty kompletna idiotko.

Wysiadając pospiesznie z taksówki, Emily rzuciła kierowcy pięciodolarowy banknot; klucze miała już przygotowane. W ciągu kilku zaledwie sekund zdołała otworzyć drzwi, podnieść żaluzje i zamknąć zamek. Po ciemku przebiegła przez salę ćwiczeń omijając maszyny i wpadła do łazienki. Zatrzasnęła za sobą drzwi i dopiero wtedy zapaliła światło. Po raz drugi tego wieczoru ściągnęła z siebie mokre ubranie, odkręciła prysznic i weszła pod strumień wody. Miała nadzieję, że uda jej się zmyć słowa Bena i swój wstyd, i poczucie odrzucenia. Namydliła się i wyszorowała, Potem znów namydliła, i jeszcze raz. Łazienka była tak zaparowana, że Emily nie mogła dostrzec w lustrze swego odbicia. Ale to dobrze. Nie miała najmniejszej ochoty oglądać Emily Thorn. Patrzenie na nią, a bycie nią, to dwie różne rzeczy. – Polubiłam go. Naprawdę go polubiłam – wymamrotała pod nosem.

Wciągała właśnie spodnie od dresów, gdy usłyszała, że ktoś dobija się do frontowych drzwi. To był Ben! Zgasiła w łazience światło i po cichutku przeszła do małego holu. Mogła stąd dostrzec sylwetkę Bena rysującą się na żaluzjach obok frontowych drzwi. Słyszała też jego głos – mówił, że będzie tak stał aż do rana, chyba że otworzy mu i porozmawia z nim. – No to sobie stój jak ten głupek; nic mnie to nie obchodzi – mruknęła. Powoli przeszła do pokoju wypoczynkowego i stamtąd zadzwoniła do domu.

– Leno, to ja. Po prostu wysłuchaj mnie i zrób o co proszę. Przyjedź po mnie do kliniki, ale podjedź od tyłu. Proszę cię. Ben cały czas wali do frontowych drzwi i zarzeka się, że nie odejdzie. Opowiem ci wszystko w domu. I przepraszam, że wyciągam cię z domu w taką noc. Dziękuję ci, Leno – powiedziała łamiącym się głosem.

Kiedy usłyszawszy odgłos nadjeżdżającego samochodu Emily uchyliła nieco tylne drzwi, Ben wciąż dobijał się do frontowych. Na podwórko wjechała furgonetka sióstr Demster, w której siedziały wszystkie mieszkanki domu przy Sleepy Hollow Road. Emily poczuła taką ulgę, że bezwładnie opadła na siedzenie obok Martiny, która przytuliła ją do siebie i zaczęła szeptać słowa pociechy.

– Nie włączaj świateł – poprosiła Emily skrzekliwym głosem. – Przejedź przez podwórko i wyjedź tylną bramą.

– Mam tu coś dla ciebie; łyknij sobie – powiedziała Lena podając koleżance butelkę brandy.

Emily posłusznie pociągnęła spory łyk aż się zachłysnęła, a z oczu zaczęły jej płynąć łzy.

– Mam ruszyć z kopyta, Emily? – spytała Rose pochylona nad kierownicą, którą dzierżyła w mocnym uścisku.

– Jasne – poleciła jej siostra.

Szesnaście minut później furgonetka zajechała przed dom. Nancy pobiegła przodem, żeby otworzyć tylne drzwi. Stanęła nieco z boku nie mogąc się już doczekać ciepła i światła. Lena zamknęła drzwi i wybiła na tablicy kontrolnej kod alarmowy.

– Jesteśmy bezpieczne!

– Jeśli sądźcie, że pan Jackson tu przyjdzie, to proponuję przenieść się do mojego pokoju w suterenie – odezwała się Martha. – Możemy sobie tam zrobić kawę lub herbatę. I weźmy ze sobą tę brandy, albo może jeszcze jedną, o ile mamy.

– Teraz brakuje nam już tylko ogniska i mogłybyśmy bawić się w harcerki – orzekła Lena uroczyście sadowiąc się na podłodze w kręgu koleżanek. – Jest tu ciepło i przytulnie. Naprawdę cieplutko. Wiecie, uwielbiam to chlupanie czy jak tam się zwą te odgłosy, jakie wydaje ekspres, kiedy kawa się parzy. I podoba mi się ta taca na środku. Nadaje naszemu spotkaniu oficjalny ton, jakby było bardzo ważne… niczym konferencja.

Lena puściła w obieg butelkę brandy. Każda z kobiet pociągała z niej spory łyk i podawała dalej.

– Czy on chciał cię zgwałcić? – zapytała Martina z morderczym spojrzeniem.

– Nie. Skąd, nic z tych rzeczy. Przepraszam, jeśli sprawiłam wrażenie… najlepiej wszystko wam opowiem. Tylko z zakończeniem nie dam sobie rady… po prostu mnie wysłuchajcie.

Emily powiodła wzrokiem po twarzach koleżanek. W końcu były jej przyjaciółkami, więc powinny zrozumieć. Była pewna, że zrozumieją i spojrzą na sprawę obiektywnie. A może dostrzegą coś, co ona sama przeoczyła i pomogą jej pojąć to, co się stało. Początkowo mówiła urywanymi zdaniami, lecz po chwili słowa zaczęły płynąć potokiem tak szybko, że nawet nie myślała, iż to możliwe.

– Czuję się strasznie zawstydzona. Nigdy nie kochałam się z kimś innym poza Ianem. Myślałam… skąd miałam wiedzieć… mam już czterdziestkę na karku i nie jestem na bieżąco z… po prostu uciekłam. Wpadłam w panikę i zwiałam. Ben chciał ze mną porozmawiać, ale ja czułam się taka zawstydzona, chociaż właściwie nie wiem dlaczego. Przecież robiliśmy to, co się robi w takiej sytuacji, i nagle ni stąd, ni zowąd, trach… Spójrzcie na to obiektywnie – co ja zrobiłam nie tak? I jak powinnam się była zachować?

Na wszystkich wpatrzonych w nią twarzach widać było zakłopotanie. Jedna po drugiej, kobiety zaczęły wyrażać swoje opinie – rzeczowe i pomocne.

– A czy dużo daliście sobie czasu na pieszczoty wstępne? – zapytała Martina.

– Właściwie to w ogóle ich nie było. Powiedziałam tylko coś o braku zobowiązań, że to, co się stanie, nie ma znaczenia, w każdym razie coś w tym rodzaju.

– Chcesz powiedzieć, że po prostu… zabrałaś się do tego z kopyta? – spytała Martha.

– No cóż, na początek Ben mnie pocałował. Podobało mi się to. On naprawdę świetnie całuje. Powiedziałam mu, że było mi bardzo przyjemnie, a on, że może to zrobić jeszcze raz i pocałował mnie. Jeszcze bardziej mi się spodobało. Wzięłam to za… pomyślałam, że będziemy się kochać, więc zrobiłam to co zawsze… to, co zwykle robiliśmy z Ianem…

– Tylko, że teraz byłaś z Benem, a nie z Ianem. To dwie różne rzeczy

– osądziła Kelly.

– Kto w tej sytuacji był agresorem? – zainteresowała się Zoe.

– Ja. O mój Boże, rzuciłam się na niego. Zaatakowałam go; wierzcie mi, naprawdę to zrobiłam. A on… o Boże… wydawało mi się, że on nie reaguje, więc… więc jeszcze silnej na niego natarłam, Ian lubił… A niech to jasna cholera!

– A jakich dokładnie Ben użył słów? – zapytały jednogłośnie bliźniaczki.

– W pierwszej chwili powiedział nie. Ale nie tak po prostu nie, tylko „nie!”. A ja na to: – Tego właśnie chcesz, a ja zamierzam ci to dać. – To właśnie wtedy krzyknął „nie!”. A potem dodał, że nie chce mnie gwałcić ani żebym ja gwałciła jego, czy coś w tym stylu. Mówił też coś jeszcze, ale ostatnią rzeczą, jaką powiedział było to, że w pokoju jest o jedną osobę za dużo i jeśli ta osoba nie odejdzie, to nie mamy żadnych szans. Jedyne co wówczas czułam to ogromny wstyd, bo mężczyzna, z którym gotowa byłam się kochać oznajmił mi, że wszystko robię źle. Potraktowałam to jak odrzucenie. Wstyd i wina to obrzydliwe uczucia. Doświadczałam ich przez całe długie lata. Dlatego właśnie tak dobrze potrafię je teraz rozpoznać. Jest tak samo, jak było z Ianem. Każde jego „nie” było jak poniżający policzek w twarz. Zawsze wtedy uciekałam i chowałam się. Czasami unikałam go przez wiele dni i starałam się do niego nie odzywać. Coś takiego właśnie oznaczało dla mnie słowo „nie”. A usłyszeć je z ust innego mężczyzny było…

Lena otoczyła przyjaciółkę ramieniem.

– Wypłacz się, Emily. Doskonale to rozumiemy. Sama popatrz. Czy masz wrażenie, że któraś z nas cię ocenia? Czy dostrzegasz coś innego niż współczucie? No, powiedz.

– Jasne. Masz rację. Kiedyś w ogóle nie byłam w stanie przed kimkolwiek się otworzyć. Wszystko dusiłam w sobie. Wam mogę przyznać się do tego, że zachowuję się jak idiotka. Nie jestem ideałem. Sama mam uczucia, ale potrafię też ranić innych, tak jak każdy. Co powinnam teraz zrobić?

– A co chcesz zrobić? – zapytała Lena.

– Schować się w kąciku i ssać palec. Bo tu wcale nie Ben zawinił, tylko ja, prawda?

Wszystkie skinęły głowami.

– Wydaje mi się, że wciąż jeszcze nie odsunęłaś Iana od siebie – stwierdziła Lena.

– Ależ zrobiłam to. Rzadko kiedy o nim sobie przypominam.

– Ale on ciągle jest częścią twojego życia. Nie rozwiodłaś się z nim; jesteś jego żoną. Emily, złóż pozew o rozwód i skończ z tym raz na zawsze.

– Ale to on mnie zostawił. On powinien wystąpić do sądu. Pewnie żyje teraz z jakąś… jakąś dzierlatką i nie chce się z nią żenić wymawiając się mną.

– Wiadomo, że mężczyźni tak postępują, ale i kobietom takie zachowanie nie jest obce. Tak czy owak musisz go wykluczyć ze swojego życia. Dopóki tego nie zrobisz, on będzie cię nawiedzał niczym duch. Dziś wieczorem miałaś najlepszy przykład – wróciłaś do swoich starych zachowań. Emily, bardzo się zmieniłaś w ostatnich latach, a możesz jeszcze bardziej, jeśli sama tego zechcesz. No jak, dziewczyny, mam rację?

– Stuprocentową – odparły chórem.

– Co o tym myślisz, Emily?

– No dobrze, umówię się z prawnikiem i złożę pozew o rozwód. Myślę, że szybko pójdzie, bo Ian i ja już od dawna ze sobą nie żyjemy. Chyba kilka lat. Uważacie, że powinnam zarzucić mu opuszczenie mnie?

– Wszystko, co tylko możesz. I wystąp o alimenty. Chcesz je dostawać, Emily?

– Jeśli miałyby pochodzić z jego dochodów z klinik aborcyjnych, to nie. Właściwie w ogóle ich nie chcę. Wolę sama na siebie zarobić. Poradzę sobie. Wiem, że tak. Razem damy sobie radę. Dopóki będziemy się siebie trzymać, na pewno nam się uda. Widzicie? Dzisiaj też – przyszłam do domu czując się jak zbity pies, a wystarczyło, że się przed wami wygadałam i sytuacja już nie wydaje mi się taka straszna.

Butelka brandy znów zrobiła pełne okrążenie. Emily podnosiła ją akurat do ust, gdy nagle drgnęła.

– Słyszałyście coś?

– Ktoś puka do tylnych drzwi – stwierdziła Lena. – I coś mi mówi, że to Ben Jackson.

– Nieważne, nie wpuścimy go – oświadczyła stanowczo Emily.

– Ale dlaczego nie? – spytały bliźniaczki.

– Bo w tej chwili nie mam ochoty z nim rozmawiać – oto dlaczego.

– Musi mu na tobie zależeć, skoro przyjechał za tobą do kliniki, a teraz tu – zauważyła Zoe.

– Założę się, że jest cały przemoczony i przemarznięty, i pewnie się rozchoruje – powiedziała cicho Martina. – Deszcz jest bardzo zimny.

– Ja też zmokłam i zmarzłam.

– Bo byłaś uparta i chciałaś wystawić się na zimno i deszcz, żeby ukarać samą siebie – stwierdziła Kelly.

– Wcześniej czy później musisz z nim porozmawiać, Emily. Dlaczego więc nie teraz? Wyjaśnicie sobie sytuację, a jeśli potem wciąż będziesz chciała zerwać waszą przyjaźń, to zrobisz to. Nie zachowuj się jak dziecko – oznajmiła jedna z sióstr, ale Emily nie zauważyła która.

– Łatwiej prowadzić rozmowę, gdy jest się kompletnie ubranym – odezwała się Lena. – Emily, pomyśl sobie, że przecież nie zrobiłaś niczego złego. Zareagowałaś w jedyny znany sobie sposób i to wszystko. Nikt nie może cię za to winić. Sądzę, że ten facet cię lubi. I to bardzo. Jeśli z nim pomówisz, na pewno lepiej będziesz dzisiaj spała. Przypomnij sobie, co nam mówiłaś, gdy otwierałyśmy nasze kliniki. Weź się do pracy, zrób co masz zrobić i do przodu. Możesz mi wierzyć, że w interesach, sprawach finansowych lub sercowych postępować trzeba tak samo. Nie można ciągnąć za sobą balastu, bo zawadza po drodze. Dzięki tobie wszystkie się o tym przekonałyśmy. Teraz przyszła kolej na ciebie zrealizować w praktyce to, o czym mówisz od wielu miesięcy.

– Proponuję, żebyśmy poszły teraz do łóżek myśląc przed snem o gofrach, które zamierzam jutro zrobić na śniadanie i pozwoliły Emily uładzić swoje sprawy – zasugerowała Zoe. – Jeśli będziemy ci potrzebne, wystarczy krzyknąć. Ben wciąż dobija się do drzwi.

Kobiety rozeszły się do pokoi. Emily weszła na schody jako ostatnia. Odczekała, aż Helen i Rose wyjdą na ganek, po czym otworzyła tylne drzwi.

– Powinienem cię teraz zamordować, Emily. I zbić na kwaśne jabłko za to, że muszę przez ciebie odstawiać takie numery. Czuję już, że zaczyna mnie rozkładać przeziębienie, a kicham od dwudziestu minut. Ale czy ciebie coś to obchodzi? Gdzie tam, do diabła, bo gdyby cię obchodziło, otworzyłabyś mi dwadzieścia minut temu. Bardzo sprytnie wymknęłaś się tylnymi drzwiami kliniki. Prawie godzina minęła, zanim na to wpadłem.

– Wejdź, Ben. Dam ci gorącej herbaty i brandy. Idź teraz do łazienki i wrzuć mokre ubranie do suszarki. Zaraz przyniosę ci szlafrok. Strasznie się wstydziłam, Ben. Przepraszam cię.

– Tylko przypadkiem nie daj mi jakiegoś cholernego szlafroka, który należał do twojego męża – powiedział Ben kichając trzy razy z kolei.

– A może być aksamitny w kwiatki?

– Niech będzie – odpowiedział zatrzaskując za sobą drzwi.

Idąc do pokoju po kwiaciasty szlafrok, Emily uśmiechnęła się, choć wcale nie było jej do śmiechu. Pod wpływem nagłego impulsu wyciągnęła jeszcze z szuflady parę wełnianych skarpet. Gdy wróciła do kuchni, czajnik już gwizdał. Wyłączyła gaz, po czym poszła pod drzwi łazienki, zapukała, a kiedy Ben je leciutko uchylił, podała mu suche rzeczy.

– Nie wstydź się. Kiedy pracowałam w klinice, widziałam mnóstwo nagich mężczyzn. A jeśli sięgniesz pamięcią nieco wstecz, to przypomnisz sobie, że i ciebie oglądałam bez ubrania.

– Zamknij się, Emily. Jestem wściekły i mam ku temu pełne prawo, więc nie staraj się być dla mnie miła.

– To po co tu przyszedłeś?

– Bo wiem, jak się teraz czujesz. A przynajmniej tak mi się wydaje. Chciałem mieć pewność, że nic ci nie jest. Jesteś bardzo miłą osóbką, Emily, i zależy mi na tobie.

Znów kichnął i to cztery razy. Emily otworzyła buteleczkę z aspiryną, wytrząsnęła trzy tabletki i położyła je na stole. Na kolorowej plecionej serwetce czekał już kubek parującej herbaty. Emily wyjęła z niego torebkę, po czym wlała sporą porcję brandy.

– Ładnie ci w kwiatkach. Ciepło ci? – spytała, gdy Ben usiadł przy stole. Natychmiast sięgnął po chusteczkę, których całe pudełko ustawiła przed nim.

– O jedno chciałbym cię zapytać, Emily. Czytujesz romanse? I powiedz czy to ja mówię od rzeczy, czy rzeczywiście nie byliśmy sami wtedy u mnie?

– Nie czytuję romansów i owszem, miałeś rację w kwestii tej trzeciej osoby. – Odwróciła wzrok spoglądając najpierw na zegar na ścianie, a potem na rząd pudełek z musli stojących na lodówce. – Co prawda to nie twoja sprawa, ale wyjaśnię ci to. Nigdy nie kochałam się z kimś innym poza moim mężem. I nie miałam pojęcia, wstydzę się tego bardzo, ale naprawdę nie wiedziałam, że trzeba zachowywać się inaczej. Powinnam była to wiedzieć, zresztą może w głębi duszy tak było, tylko nie chciałam się do tego zastosować. Kiedy powiedziałeś „nie” tak kategorycznie, coś we mnie drgnęło i zareagowałam w taki a nie inny sposób. Przepraszam cię.

– Emily, kiedy dwoje ludzi decyduje się na… na zbliżenie seksualne, to zwykle najpierw trochę się przytulają, całują, żeby się rozluźnić i poczuć swobodnie wobec siebie. Zdarza się, że pierwszy raz to zupełna klapa. Za drugim razem, o ile do niego dojdzie, jest przeważnie nieco lepiej. Emily, rozumiesz, co chcę ci wytłumaczyć? Kiedyś wrzeszczałem jak szalony, tak głośno, że słychać mnie było w sąsiednim hrabstwie. I w porządku. To było wolne od zahamowań zachowanie. Ani ja nie jestem twoim mężem, ani ty moją byłą. Mogę teraz w ten sposób o tym mówić, bo kiedy pierwszy raz po rozwodzie poszedłem z kobietą do łóżka, zachowałem się dokładnie tak jak ty. Ja cię nie osądzam; niczego takiego bym nie zrobił. Czy masz może kapcie pasujące do tego szlafroka?

– Nie.

– To kupię ci je na gwiazdkę. Podoba mi się ten szlafrok.

– Kupię ci na gwiazdkę dokładnie taki sam.

– A widzisz, właśnie sobie powiedzieliśmy, że około Bożego Narodzenia będziemy się jeszcze widywać. Że będziemy razem. Przyznaj, Emily, żałujesz teraz, że nie wpuściłaś mnie wcześniej?

– Nie. Musiałam zachować się tak jak to zrobiłam, żeby czuć się obecnie tak a nie inaczej. Muszę jeszcze wiele zmienić w swoim życiu, Ben. Dziś postanowiłam, że złożę pozew o rozwód. Zamierzam także zrobić sobie lifting twarzy. I wiedz, że robię to wyłącznie dla siebie; ty nie masz z tym nic wspólnego.

– A czy coś jest nie tak z twoją twarzą? – zainteresował się Ben. – Mnie się wydaje ładna.

– Moim zdaniem, wyglądam jak… jak wyschnięty owoc. Za dużo mam zbędnej, luźno wiszącej skóry. Przyjrzyj się – powiedziała odciągając skórę z policzków – widzisz, jaka różnica.

– Fakt, że wygląda lepiej, ale jesteś pewna, że chcesz iść pod nóż bez żadnej ważnej przyczyny?

– Chyba tak. Te wiszące fałdki i w ogóle moja obecna twarz należą do starej Emily, tej, która uważała się za własność Iana. Chcę znów być sobą i wierz mi – wcale nie chodzi mi o to, że się postarzałam, ale o to jak wyglądam. Nie spodziewam się, że to zrozumiesz. Najważniejsze, że ja wiem w czym rzecz. Ale dziękuję za komplement.

– Bo w moich oczach prezentujesz się zupełnie dobrze. Powiedz, czy jestem zwolniony?

– Tak.

– Dobrze – odrzekł klasnąwszy w dłonie. Następnie energicznie wydmuchał nos, po czym stwierdził: – Wiesz co, Emily, mam pomysł. Ciekaw jestem, co na to powiesz. Moim zdaniem, bo jest to tylko moja prywatna opinia, ale wydaje mi się, że jeśli mnie posłuchasz, to wybijesz się na sam szczyt.

– Chwileczkę. Czy skończyliśmy już rozmawiać o tym, co wydarzyło się u ciebie w domu?

– Nie mam zwyczaju rozwodzić się nad sprawami, które są już załatwione. A tamtą omówiliśmy. Jeśli kiedykolwiek znów zdecydujemy się pójść do łóżka, to zrobimy to tak, jak zechcą Ben i Emily. Jesteśmy przecież przyjaciółmi. To dla mnie bardzo ważne. Chcesz, żebyśmy zerwali tę nić sympatii, która nas łączy?

– Nie. A jaki masz pomysł? – zapytała podekscytowana. Nie miała wątpliwości, że pomiędzy nimi będzie jeszcze ten drugi raz.

– Opowiadałaś mi kiedyś, że dawno temu nakręciłaś o sobie film na kasecie wideo, pamiętasz?

– Masz na myśli ten, na którym rozebrałam się do bielizny i pokazałam swoje zwały tłuszczu?

– Dokładnie ten, chyba że nakręciłaś jeszcze jakiś inny. Odważyłabyś się pokazać go swoim klientkom? Zamiast prezentować im Charleya w satynowej pelerynie czy kazać mi prowadzić zajęcia aerobiku, co bardzo szybko by się im znudziło. Myślę, że ta kaseta może zadziałać. No bo spójrz na siebie. Jesteś przecież żywym dowodem. Pokaż wszystkim ten film. Niech go zobaczą, bo skoro tobie się udało, to i każdej innej kobiecie może się powieść. Przemyśl to sobie, Emily.

– Nikomu dotąd nie pokazywałam tego filmu. Nakręciłam go tylko po to, żeby zadać sobie ból.

– Ile razy go oglądałaś?

– W ogóle go nie widziałam. Wolałabym raczej poddać się chłoście niż go obejrzeć.

– Źle do tego podchodzisz, Emily. Powinnaś być dumna z tego, co osiągnęłaś. Sama przyznałaś, że była to długa i żmudna praca.

– Jeszcze jej nie skończyłam. Ben, ty naprawdę uważasz, że na dłuższą metę Charley się nie sprawdzi?

– Tak, tak właśnie uważam, Emily. Wszelkie sztuczki są dobre, ale tylko od czasu do czasu. Dostarczają po prostu rozrywki, a twoja firma raczej nie to ma na celu. Próbujesz coś zbudować, stworzyć coś, co zapewni tobie i twoim koleżankom bezpieczną przyszłość; dlatego musisz podejść do tego bardzo poważnie. Fakt, że aby interes się kręcił, trzeba chwytać się różnych metod w celu zdobycia klientów, ale musisz być w stanie zaoferować tym ludziom coś konkretnego, co będą chcieli kupić. Przemyśl to sobie. Chciałbym, żebyś zastanowiła się jeszcze nad jedną sprawą. Czy przypadkiem nie narzuciłaś sobie zbyt dużego tempa otwierając tak wiele klinik naraz? Czy gdzieś w podświadomości nie chciałaś po prostu podwoić liczby klinik, jakie miał twój mąż?

– O nie, Ben, to akurat nie miało z moją decyzją nic wspólnego. Otworzyłam ich tyle, żeby było po jednej dla mnie i każdej z moich współlokatorek. Jesteśmy partnerkami.

– Jeśli jesteś tego pewna, to w porządku. A tak w ogóle, czuję się okropnie.

– I wyglądasz okropnie. Może chciałbyś zostać tu na noc? Mógłbyś wyjść wcześnie rano. Chętnie przygotuję ci posłanie na kanapie. Na dworze wciąż leje.

– Nie, muszę wracać. Może uda mi się namówić matkę Teda, żeby mi go rano przysłała, o ile nie poczuję się lepiej.

– Przykro mi z powodu dzisiejszego wieczoru.

– I bardzo słusznie. Jeśli się nie odezwę, to nie zapomnij przynieść mi rosołku z kurczaka. Zadzwonię do ciebie wieczorem, jak już Ted wyjdzie. Dziękuję za herbatę.

Kiedy Emily sięgała po kwiaciasty szlafrok, kąciki jej ust podniosły się w lekkim uśmiechu.

– Obiecaj mi, że od razu po przyjściu do domu zapakujesz się do łóżka. Wypij jeszcze herbatę i leż w cieple. A zanim się położysz, weź gorący prysznic.

– Dobrze, mamusiu – odparł zmęczonym głosem.

– Dobranoc, Ben.

– Dobranoc, Emily.

13

Otwierając tylne drzwi, Emily spojrzała na niebo; dzień był pochmurny i ponury, i zanosiło się na śnieg. Zamknęła klinikę nieco wcześniej, bo czuła, że łapie ją przeziębienie. Kiedy jednak zaczęła się krzątać i robić herbatę, przyznała przed sobą, że właściwie nie czuje się wcale źle, a chciała tylko znaleźć jakiś powód, żeby przyjść do domu i przejrzeć parę książek.

Do Bożego Narodzenia zostało zaledwie dwa tygodnie, a do operacji plastycznej w Nowym Jorku o jeden dzień więcej. Zastanawiała się jeszcze, czy nie odwołać zabiegu i zainwestować zaoszczędzone w ten sposób pieniądze w kliniki. Wprawdzie urządziły głosowanie i wszystkie jej koleżanki zdecydowały, że powinna zrealizować swój plan i zrobić sobie lifting, ale to nie miało znaczenia, chociaż wspólnie uznały, że jakoś sobie poradzą. Operacja kosztowała siedemnaście tysięcy dolarów i Emily uzyskała je ze sprzedaży futer, ponieważ jej ubezpieczenie zdrowotne nie uwzględniało operacji plastycznych. Wiedziała, że postępuje jak dekadentka, ale nic ją to nie obchodziło.

W głowie jej huczało, a mięśnie ramion były tak napięte, że czuła się jak drewniana kukiełka, której właściciel zamierza właśnie oderwać ręce. Zapaliła papierosa – pierwszego od wielu tygodni, napiła się herbaty z czarnej porzeczki i dopiero zabrała się za przeglądanie przyniesionej do domu księgi.

Cóż właściwie miała zrobić? Kliniki przyniosły sporo strat. Charley złożył wymówienie i miał odejść z początkiem nowego roku. Kusiło go coś, o czym zawsze marzył, czyli ćwiczenia wyrabiające mięśnie, a także dziewczyna o imieniu Winona, która twierdziła, że uwielbia atletycznie zbudowanych mężczyzn. Zamierzał wreszcie rozpocząć treningi, żeby móc potem wyruszać w trasy objazdowe, ale co to właściwie oznaczało, Emily nie miała pojęcia.

Otworzyła księgę rachunkową na ostatniej stronie, gdzie rozliczała swoje prywatne finanse. Wiedziała, że nadszedł czas na sprzedaż biżuterii i domku na plaży. Należną Ianowi część sumy uzyskanej za domek postanowiła przechować na osobnym rachunku bankowym, na wypadek gdyby kiedyś dał o sobie znać. Pomyślała, że być może udałoby się jej zaciągnąć drugą niewielką pożyczkę pod zastaw domu.

Zastanawiała się, czy starczy jej odwagi, by naruszyć ostatnie dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów, jakie odłożyła na starość. W końcu powiedziała sobie, że może to zrobić. A właściwie nawet musi, bez względu na konsekwencje. Postanowiła przecież bez reszty zaangażować się w pracę nad sukcesem swojej firmy. Podobnie jak jej przyjaciółki.

Emily dopiła herbatę i zaparzyła sobie kolejną filiżankę. Zabrała się właśnie za drugiego papierosa, gdy przypomniał jej się film wideo nakręcony po tym, jak została obrabowana. W myśli znów usłyszała słowa Bena. Czy miał rację? Najprawdopodobniej tak. Ale jak miałaby zaprezentować światu taki film? Ben jako mężczyzna nie rozumiał co znaczy wstyd, poczucie winy i odrzucenia. On nie miał pojęcia co czuje kobieta mająca wałki tłuszczu, obwisłe piersi, grube, ocierające się o siebie uda i taki nadmiar ciała na pupie, że tworzyło duże fałdy w miejscu, gdzie kończyły się majtki. Ben nie mógł wiedzieć, jak przygarbią się sylwetka kobiety, gdy ma ona niskie poczucie własnej wartości i świadomość, że jest brzydka i tłusta. Ben widywał swoich klientów w ślicznych kostiumach i ładniutkich opaskach na głowach. A jeśli nawet pod spodem mieli nieco tłuszczu, to i co z tego. Ben go nie widział, więc nie zdawał sobie sprawy, co jej proponuje.

Emily wspomniała, że kiedyś Ian powiedział jej, iż jest śliczna jak motylek. Rozpłakała się na myśl o tym. Chwilę później zdenerwowała się na siebie, bo sądziła, że etap rozczulania się nad sobą dawno już zakończyła. – Nienawidzę cię, Ianie – powiedziała. – O Boże, żebyś wiedział, jak bardzo cię nienawidzę. Mam nadzieję, że te twoje cholerne białe koszule są mocno wygniecione. – Dopiła herbatę i energicznie wgniotła papierosa w popielniczkę. Przyszło jej do głowy, że skoro koleżanki nie wrócą do domu wcześniej jak za półtorej godziny, ma wystarczająco dużo czasu, żeby…

Chwilę później zdejmowała już kamerę i magnetowid z półki w szafie. Kolejną minutę czy dwie zajęło jej włączenie telewizora i uruchomienie sprzętu wideo. Z pilotem w dłoni usiadła na krześle. Na widok swej twarzy na ekranie skuliła się, lecz kiedy zobaczyła siebie ubraną jedynie w bieliznę, w oczach stanęły jej łzy. Przewinęła taśmę do początku i odtworzyła ponownie, a potem kolejne dwa razy. W końcu zatrzymała ją. Gdyby chciała, mogłaby teraz nagrać dalszy ciąg filmu. Byłaby to jakby druga część. Tylko, czy naprawdę tego chciała? Ależ skąd, o Boże, nie. Chociaż, dlaczego nie? W końcu najgorsze miała już za sobą. Część pierwszą można by zatytułować „przedtem”, a drugą „potem”. No, zaczynaj, Emily, popędziła samą siebie, pokaż się, niech wszyscy zobaczą, jak minione lata odbiły się na twojej twarzy. Zdejmij bluzę, żeby każdy mógł zobaczyć jak wyglądasz w różowym body. Niech obejrzą sobie zdeformowanego motylka. Bez względu na to, ile będzie cię to kosztować, jesteś w stanie to zrobić. I dla samej siebie, i dla innych – dla wszystkich, którzy zechcą obejrzeć tę kasetę. Na razie za darmo. – O mój Boże! -jęknęła. Wcisnęła przycisk „nagrywanie” i wróciła na krzesło.

– Nazywam się Emily Thorn – zaczęła. – Skoro oglądacie mnie teraz, widzieliście na pewno pierwszą część filmu, którą nakręciłam w bardzo nieszczęśliwym okresie swojego życia. Aż do dzisiejszego dnia brak mi było odwagi, czy jak niektórzy powiedzieliby charakteru, żeby go obejrzeć. Kiedyś, dawno temu, mój mąż powiedział, że jestem śliczna jak motylek. – Podeszła bliżej do kamery. – Teraz wcale nie wyglądam jak motylek, ani tak się nie czuję. Ale jestem zdrowa, mam dobrą kondycję, a piękno, jak wszystkim wiadomo, tkwi w oczach patrzącego. Łatwo powiedzieć, prawda? – Cofnęła się nieco. – Przyjrzyjcie mi się, drogie panie.

Emily obróciła się, zrobiła kilka głębokich skłonów i parę piruetów, a następnie położyła się na podłodze i wykonała kilkanaście szybkich pompek. – Widzicie? Teraz potrafię robić takie ćwiczenia. Jestem w dobrej formie i nie mam na sobie ani grama zbędnego tłuszczu. Mogę jeść, co tylko dusza zapragnie, o ile zachowuję w tym umiar.

Emily oblizała usta, a jednocześnie poczuła, że do oczu znów napływają jej łzy. – Jakieś pół godziny temu siedziałam w kuchni pijąc herbatę i paląc papierosa, czego akurat nie powinnam była robić, bo zasadniczo zerwałam już z nałogiem. Tak czy owak siedziałam i rozmyślałam o operacji plastycznej twarzy, której zamierzam się poddać po Bożym Narodzeniu. Uważałam, że decydując się na taki krok, inwestuję w siebie. Ale wiem już, że się oszukiwałam. Postanowiłam zrobić sobie ten lifting z czystej próżności. Chciałam znów stać się tą Emily Thorn, która była śliczna jak motylek. Zdałam sobie w końcu sprawę, że nie jestem motylem ani nigdy nim nie byłam. Jestem sobą – Emily Thorn. Nigdy nie istniały dwie Emily. W tej właśnie kwestii się pomyliłam, lecz tą wypowiedzią naprawiam błąd. Proszę, drogie panie, wytrzymajcie ze mną jeszcze chwilę, bo chciałabym przez moment się zastanowić i nakręcić trzecią część tego filmu.

Emily starała się uporządkować własne myśli. Jeśli Ben miał rację, to słowa, które teraz wypowie, będą miały kluczowe znaczenie i nie można tej mowy przećwiczyć. Musiała powiedzieć, co naprawdę sądzi i w co wierzy. Utkwiła wzrok w obiektywie kamery i zaczęła mówić:

– Pragnę myśleć o sobie jak o kimś, kto przeżył katastrofę. Wiele z was zapyta pewnie: „A cóż to ma wspólnego z dbałością o sprawność fizyczną”? Ja odzyskując kondycję zaczęłam normalnie żyć. Patrząc teraz wstecz widzę jasno, że połowę swego życia zmarnowałam. Mąż opuścił mnie, chociaż to dzięki mojej pracy ukończył studia medyczne. Nie zostałam całkowicie bez środków do życia. Miałam do dyspozycji trochę pieniędzy i dom o bardzo dużej hipotece, a poza tym została mi po nim nadwaga… trzydzieści jeden kilo mojego własnego tłuszczu. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że los zadbał o to, żebym miała wsparcie. Was wspierać będą moje koleżanki prowadzące kliniki Emily. Nieważne z jakiego powodu do nas przyjdziecie, my postaramy się wam pomóc. Nauczymy was, jakie ćwiczenia powinnyście wykonywać i kiedy, jak się odżywiać i jak dbać o własne ciało, żeby uzyskać pożądane rezultaty. Doradzimy każdej z was indywidualnie. My, kobiety, chcemy pomóc kobietom. Nie wiem kim jesteście, więc to wy musicie przyjść do nas. Nie marnujcie swego życia, nie trwońcie go. Żyjcie jego pełnią. Odważcie się być sobą. W tej chwili przerwę to nagranie i pojadę do jednej z naszych klinik, żeby pokazać wam, co tam robimy.

Emily wcisnęła przycisk „stop”. Postanowiła, że jutro rano zabierze kamerę ze sobą i poprosi Lenę albo którąś z koleżanek o pomoc w dokończeniu filmu. Czuła się kompletnie wyczerpana. Z pełną odpowiedzialnością mogła powiedzieć, iż rzeczywiście istnieje coś takiego jak tortury psychiczne. Ciekawe czy poddając się im spala się więcej kalorii?

Wszedłszy do kuchni, Emily popatrzyła na zegar. Pomyślała, że skoro i tak już siedzi w domu, to mogłaby ugotować obiad. Miała ochotę na kurczaka z rusztu z warzywami ugotowanymi na parze i doprawionymi cytryną i koperkiem. Do tego zamierzała przyrządzić pieczone ziemniaki oraz surówkę z sałaty i marchewki polaną miodowym sosem Dijon, a na deser niesłodzoną galaretkę truskawkową. Zdecydowała, że spryska kurczaka tylko odrobiną tłuszczu, a obiad i tak będzie bardzo pożywny, i to z deserem prawie bez cukru.

Emily bardziej cieszyła się towarzystwem koleżanek przy stole niż samym jedzeniem. Kiedyś żyła, aby jeść, a obecnie, podobnie jak jej współlokatorki, jadła aby żyć. Wyobraziła sobie, że wieczorem po kolacji zbiorą się w salonie, będą chrupać popcorn i popijać go ziołową herbatą.

Kiedy jednak nakrywała do stołu, w jej oczach malował się niepokój. Właśnie składała serwetki, gdy do drzwi zapukał Ben i wszedł sam nie czekając aż mu ktoś otworzy.

– Widzę, że zjawiłem się w samą porę. Czasami jednak udaje mi się wyczuć chwilę – zażartował.

– Zjesz z nami?

– Jeśli to zaproszenie, odpowiedź brzmi: tak.

– A co cię tu sprowadza o tej porze?

– Mam nowego klienta w Woodland. To tak blisko, że postanowiłem wpaść, żeby cię zobaczyć.

Wygląda wspaniale, przemknęło Emily przez głowę, gdy patrzyła na Bena. Nawet po całym dniu pracy, ubrany w dres, sprawiał wrażenie Mężczyzny z charakterem. Był przystojny, ale nie wymuskany – emanowała od niego raczej swoboda i przystępność. Ciało Emily przeszył jakiś dziwny dreszcz, którego dawno już nie doświadczyła.

– Cieszę się, że zajrzałeś – powiedziała ciepłym głosem. – Zastanawiałam się, czy zjesz ze mną kolację w najbliższą sobotę. Tym razem ja chciałabym cię zaprosić. Chyba że, twoim zdaniem, to nie wypada.

– Jeśli masz ochotę płacić, ja nie mam nic przeciw temu. Prawdę mówiąc, czuję się… mile połechtamy tym, że kobieta zaprasza mnie na randkę i chcę, żebyś wiedziała, iż jestem na tyle nowoczesnym facetem, żeby przyjąć takie zaproszenie i być za nie wdzięczny. Już się cieszę na ten wieczór. I możesz być pewna, że to wypada. – Roześmiał się od ucha do ucha. – Wydawało mi się, że miałaś mi przynieść rosołek z kurczaka, bo byłem przeziębiony.

– Niestety nie miałam kurczaka. A poza tym, to było dawno temu. Zresztą przypomniało mi się właśnie, że wspominałeś coś wtedy o zadzwonieniu do mnie w niedzielę, a nie zrobiłeś tego.

– Za bardzo byłem chory.

– Dokładnie taka sama wymówka jak ta moja z kurczakiem, nie sądzisz?

– Odpłacam pięknym za nadobne – odparł jowialnie.

– Wiele o tobie myślałam po… po tamtym wieczorze.

– Ja o tobie także, Emily. Właściwie to potrzebuję teraz być z ludźmi. Zbliżają się święta, a moja żona i jej nowy mąż wybierają się do Kalifornii, więc jestem trochę do niczego, jeśli rozumiesz co chcę przez to powiedzieć.

– Przykro mi, Ben. Nie przysługują ci prawa odwiedzin w czasie świąt czy może wymieniacie się – jednego roku ona a drugiego ty?

– Powinniśmy być z Tedem na zmianę, ale oni mają teraz coś w rodzaju opóźnionego miesiąca miodowego. Mogę za to zabrać Teda do siebie na kolejne dwa Boże Narodzenia. Jego matka zachowała się bardzo grzecznie, a Ted chciał z nimi jechać, więc co mogłem zrobić?

– Nie miałeś wyjścia. Ale możesz spędzić Boże Narodzenie z nami, jeśli tylko masz ochotę. Planujemy urządzić wspaniałą Wigilię, a następnego dnia spać do późna i zjeść potem wystawny obiad. W Wigilię oczywiście także przygotujemy obfitą kolację. Wiesz co, pojedź z nami w przyszłym tygodniu wybierać choinkę, albo może jeszcze w ten weekend. Niedziela byłaby w sam raz. Znam fantastyczną szkółkę niedaleko od trasy 130. Uwielbiam Boże Narodzenie. Mam mnóstwo ozdób i światełek.

Z zapartym tchem czekała na odpowiedź Bena.

– Bardzo chętnie. Przyniosę wino.

– Wino nie wystarczy. Musisz postarać się o prezenty. O całe torby upominków. Pamiętaj, że jest nas osiem – powiedziała mrugając okiem.

– Przyjąłem do wiadomości. Ma być wino i prezenty. Mam nadzieję, że będzie padać śnieg.

– Ja też. Zapowiadali opady na cały weekend. Pomyśl tylko, czyż nie byłoby wspaniale, gdyby w powietrzu fruwały białe płatki, akurat gdy będziemy wybierać drzewko? O Boże, byłabym strasznie szczęśliwa. O, dziewczyny wróciły do domu – stwierdziła obracając kurczaka na ruszcie.

– Jeśli chciałbyś mi pomóc, to możesz polać sałatkę sosem i wymieszać. Ja włożę jeszcze ziemniaki do kuchenki mikrofalowej i za jakieś piętnaście minut będzie jedzenie.

Kiedy już wszyscy razem siedzieli przy stole śmiejąc się i żartując, popychając i poszturchując, Emily pomyślała, że mieć w domu mężczyznę, również w kuchni, to zupełnie inne życie.

Przez cały czas ani razu nikt nie napomknął o interesach. Wspominali święta sprzed lat, rozmawiali o tym, jak będą wybierać choinkę, i – jak to Martina określiła – robić się na bóstwo przed wyjściem na pasterkę, jak będą rozpakowywać prezenty po powrocie z kościoła, wznosić toasty i jak wreszcie pójdą spać.

Emily oparła się wygodnie na krześle i obserwowała Bena i koleżanki. Przez wszystkie lata małżeństwa z Ianem ani razu nie było w ich domu przyjęcia, nigdy nie zapraszali gości. Raz czy dwa zjedli kolację na mieście wraz z kolegami Iana, ale potem Emily musiała przejść piekło. Mąż wypominał jej, że nie była odpowiednio ubrana lub nie błyszczała w towarzystwie, czy też nie brała udziału w rozmowie, a w końcu wymierzał jej najwyższą karę nie odzywając się do niej przez kilka dni, a czasem nawet tygodni. Teraz Emily siedziała uśmiechnięta i czuła się świetnie. Nareszcie naprawdę żyła.

– Rety, wszystko zjedzone – powiedziała Kelly zabierając się do sprzątania ze stołu. – Podoba mi się, kiedy ludzie mają apetyt.

– Jak mnie znowu zaprosicie, to będę jadł z takim samym apetytem. Umiem wprawdzie gotować, ale zwykle po prostu zjadam coś naprędce. A to była pożywna kolacja. Teraz rozumiem, dlaczego wszystkie się odchudzacie. Chętnie pomogę wam zmywać albo pójdę już sobie do domu

– oznajmił Ben.

– Ja pozmywam; dziś moja kolej – odparła Emily. – Ty możesz wycierać talerze.

– Ale bardzo dużo ich tłukę – uprzedził Ben.

– W takim razie wkładaj palto – stwierdziła Lena prowadząc go do drzwi. Towarzyszyły im pogwizdywania pozostałych. – To typowe dla faceta. Zjeść i zwiać. A idź sobie, nic nas to nie obchodzi. Następnym razem sam będziesz zmywał. Albo przynieś sobie jednorazowe talerzyki.

W kuchni nagle zaroiło się, bo wszystkie koleżanki zaczęły pomagać Emily.

– Zwołuję zebranie – obwieściła Emily wieszając ścierkę na haczyku.

– Przewidziałyśmy to – oznajmiła Zoe. – Właśnie dlatego pozbyłyśmy się Bena.

– Ale skąd wiedziałyście? – spytała Emily zdumiona.

– Przecież jesteśmy kobietami – odparła Lena, jakby to stwierdzenie wszystko wyjaśniało. – I nie pomyliłyśmy się?

– Chodźmy do salonu. Chcę wam pokazać film wideo, ale zanim to zrobię, musimy pokrótce omówić kilka spraw związanych z interesami.

Wszystkie kobiety zgromadziły się w salonie. Nancy jako ostatnia zajęła miejsce w kręgu na podłodze stawiając obok siebie tacę ze styropianowymi kubkami i dzbankiem kawy. Po kolei nalewała do każdego ciemny napój i rozdawała koleżankom.

– Znów znalazłyśmy się w dołku. Charley odchodzi. Zresztą wiedziałyśmy, że wcześniej czy później to nastąpi i że pełni on tylko rolę chwilowej atrakcji. Ale dłużej już nie możemy sobie pozwolić na tego typu chwyty. Możemy kontynuować działalność jeszcze przez jakieś pół roku, ale potem będę spłukana. Po prostu zabraknie mi pieniędzy. Ciągle nie mamy szans na kredyt z banku; co do tego jestem pewna. A to oznacza, że same musimy na siebie zarobić.

– Jak bardzo jest z nami źle? – spytały chórem.

– Dosyć. Nie mamy już żadnych zasobów. Nie umiem czarować. Wszystkie bardzo się starałyśmy i dałyśmy z siebie wszystko. Nie mamy już na czym zaoszczędzić. Owszem cieszymy się dobrą reputacją, klientki polecają nas innym, ale to nie wystarcza. Popełniłam kilka błędów, które sporo nas kosztowały.

– Mamy trochę oszczędności. Gdybyśmy się złożyły, czy to by coś pomogło? – zapytała Martina.

– Oczywiście, że tak, ale nie mogę was prosić, żebyście pozbywały się swoich zaskórniaków – odparła Emily.

– Ty poświęciłaś swoje na ten interes – sprzeciwiły się bliźniaczki.

– Owszem, ale wciąż troszkę mi zostało. Wy nie będziecie miały nic.

– To nasza własna decyzja. Sama mówiłaś, że dzielimy się po równo. My jesteśmy gotowe wyłożyć pieniądze ze sprzedaży naszej firmy – oznajmiły cicho bliźniaczki. – Policzmy, ile zdołamy wspólnie zgromadzić.

Po podsumowaniu składek, Emily popatrzyła na koleżanki zdumiona.

– Całkiem niezła sumka – oznajmiła. – A tak przy okazji, o ile was to interesuje, to oświadczam, że zrezygnowałam z operacji plastycznej. Jeśli do pieniędzy, które uzyskałam ze sprzedaży futer dodamy wasze oszczędności, to mamy sporą szansę zrealizować mój plan. A teraz posłuchajcie.

– Poczekaj chwilkę, przyniosę butelkę brandy. Coś mi się wydaje, że to co powiesz okaże się bardzo ważne, więc musimy to uczcić – powiedziała Zoe zrywając się z miejsca i biegnąc do kuchni. Gdy wróciła, nikomu nie żałowała trunku lejąc wprost do kubków z kawą. – No dobrze, Emily, teraz mów.

– Zaraz, zaraz, myślałam, że chciałaś zrobić sobie ten lifting. Mówiłaś, że ta operacja jest ci potrzebna. Jeśli dzięki niej poprawiłoby się twoje samopoczucie, to nie rezygnuj. Przecież tłumaczyłaś nam, że łatwiej byłoby ci odzyskać wiarę w siebie i poczucie własnej godności – powiedziała Lena.

– A więc kłamałam. Dzięki wam czuję się zadowolona. Same popatrzcie. Jesteście gotowe oddać ostatni grosz dla ratowania naszego wspólnego przedsięwzięcia. Lifting nie jest mi wcale potrzebny. Owszem, chciałabym go sobie zrobić. Na tym właśnie polega różnica. Zresztą może któregoś dnia poddam się tej operacji, a może i nie. Spójrzcie na mnie, wszystkie. Mam jakieś znamię czy co? Na każdą tę cholerną zmarszczkę sama zapracowałam i nie jestem pewna, czy chcę się z nimi rozstawać. To ja sama tak zdecydowałam. Nie wy za mnie. Ben także nie; w dodatku, kiedy wspomniałam o liftingu zapytał: „A cóż, do diabła, jest nie tak z twoją twarzą?” I mówił to zupełnie szczerze; trzeba było widzieć jego zdziwienie. Tak więc zapomnijmy o tej operacji i zajmijmy się sprawami bieżącymi – oświadczyła Emily.

Wyciągnęło się ku niej siedem par rąk. Emily chwyciła dłonie Leny i Zoe.

– Jesteśmy razem – wszystko albo nic – powiedziała radośnie Martina.

– Teraz słuchajcie, dziewczyny, przedstawię wam mój plan. Mam pewną kasetę wideo, którą, moim zdaniem, powinnyśmy wyprodukować w wielu egzemplarzach i rozdawać za darmo. Będzie nas to kosztować mnóstwo pieniędzy, ale też zamawiając ich dużo, mamy szansę na zniżkę. Zarzucimy nimi całe Plainfield, czyli South Plainfield, Edison Township, Metuchen, Woodbridge Township i Brunswicks, a więc północne, południowe i wschodnie dzielnice. Proponuję, żebyśmy wynajęły do tego ludzi, tak jak robi firma telekomunikacyjna, gdy rozdają nowe wydanie książki telefonicznej. Zapakujemy kasety w małe plastikowe torebki i będziemy je wieszać na klamkach drzwi. Wydaje mi się, chociaż nie jestem tego pewna, że ta metoda okaże się tańsza niż wysyłanie kaset pocztą, a zresztą i tak nie mamy adresów wszystkich mieszkańców. A listy adresowe kosztują. Zbliżają się bożonarodzeniowe ferie, więc bez trudu uda nam się wynająć uczniów z podstawówek i liceów.

Przerwała na chwilę.

– Poza tym zebrałam wszelkie informacje na temat dietetycznej żywności. Zaczniemy ją sprzedawać. Będą z tego pieniądze, moje panie. Doskonale zestawimy proporcje, żeby klientki nie musiały już zawracać sobie tym głowy. No, bo same pomyślcie. Jeśli kobieta naprawdę chce schudnąć i uprawia gimnastykę, a jednocześnie pracuje albo ma mnóstwo zajęć w domu i przy dzieciach, to czyż nie wyda jej się wspaniałe, że może tak po prostu wyjąć z opakowania gotowy posiłek mając pewność, że jest pożywny i ma odpowiednią wartość kaloryczną, a tym samym gwarantuje osiągnięcie zamierzonego celu? Oczywiście zakładam, że ten posiłek będzie również smaczny i apetycznie wyglądający na talerzu. To bardzo ważne. Ale jest w czym wybierać. Bo różnorodność także ma kluczowe znaczenie. Nikt nie chciałby jeść codziennie tego samego. Muszę zresztą coś wam wyznać – nienawidzę tuńczyka. W ciągu ostatnich paru miesięcy zjadłyśmy chyba z tonę tego świństwa. A jeśli miałabym teraz uraczyć się choćby jeszcze kawałeczkiem kurczaka z rusztu, to chyba zaczęłabym gdakać.

– Kiedy zaczynamy?

– Wkrótce. Tak się stało, że gdzieś po drodze straciłyśmy z oczu wytyczony cel, czyli pozyskanie klientek spośród kobiet w średnim wieku, takich jak my. Sama nie wiem, jak do tego doszło. Pewnie byłyśmy zbyt zajęte Charleyem i szukaniem wyjścia z codziennych kłopotów. W każdym razie panie w średnim wieku z brzuszkami, czyli podobne do nas, nie chodzą do klubów i na siłownie, i mają ku temu konkretny powód, a mianowicie wstydzą się swoich ciał – tych zbędnych kilogramów, które noszą wokół talii, bioder i obwisłych pośladków. Zwróćcie uwagę, jakie dziewczyny pokazują nam w reklamach? Osiemnasto- dwudziestoletnie panienki, które twierdzą, że muszą zrzucić pół kilo nadwagi. Wyobrażacie sobie – pół kilo? I ćwiczą na siłowni, żeby pozbyć się cholernych pięćdziesięciu dekagramów. Moim zdaniem, one chodzą do tych klubów tylko po to, żeby poznać tam facetów i pokazać im, jak zgrabnie się prezentują w tych swoich obcisłych kostiumach. Która czterdziestolatka z ośmioma czy dziesięcioma kilogramami nadwagi będzie ćwiczyć w takiej atmosferze? Znacznie łatwiej jest nie podejmować żadnych działań i ukryć zbędny tłuszcz pod warstwami ubrań, jakie same nosiłyśmy. Dlatego właśnie uważam, że mój nowy pomysł pomoże nam zyskać klientelę. Jeśli się nie uda, wypadamy z interesu. Musicie sobie jeszcze uświadomić jedną ważną rzecz: tę mianowicie, że mnóstwo kaset, za które zapłacimy i rozdamy za darmo, trafi do osób, na których pozyskaniu nam nie zależy, ale musimy się z tym pogodzić, bo nie ma innej możliwości. Czy któraś z was nie zgadza się z tym, co do tej pory powiedziałam?

– Kiedy zaczynamy realizację tego nowego pomysłu? – zapytała Lena. – Bo chyba wszystkie jesteśmy za tym, żeby wprowadzić go w życie, prawda?

Panie zgodnie pokiwały głowami.

– Dobrze, pokażę wam teraz ten film – oznajmiła Emily. – Jeśli postanowimy go wykorzystać, praca będzie iście herkulesowa. Ben nam pomoże, ale to tylko o jednego człowieka więcej. A tak przy okazji, mamy randkę w najbliższą sobotę. Tym razem ja go zaprosiłam na kolację, a w niedzielę Ben jedzie z nami wybierać choinkę. Zaproponowałam też, aby przyszedł do nas na Wigilię. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciw temu. – Widząc aprobatę wszystkich koleżanek, Emily zarumieniła się. – No dobrze, zaraz się zacznie. Nie jest jeszcze skończony; muszę nakręcić trzecią część. Chciałabym też o coś was prosić – nic nie mówcie, dopóki nie obejrzycie całości.

Emily oparła się wygodnie na sofie i wcisnęła przycisk „play”. Na chwilkę zamknęła oczy. Słuchała odtwarzanego z taśmy swego własnego głosu, patrzyła na siebie na ekranie i próbowała odgadnąć o czym myślą siedzące na dywanie kobiety i co powiedzą, gdy film się skończy. Wreszcie wcisnęła guzik „stop”. Miała ochotę odwrócić wzrok, ale nie zrobiła tego. Zastanawiała się, co usłyszy od koleżanek. Czekała, aż się odezwą.

– Jaką dokładnie bieliznę miałaś wtedy na sobie? – zapytała Lena.

– Rozmiar XL z czystej bawełny. Ale i tak była trochę za ciasna.

– Myślisz, że jaką mam? – zażartowała. Emily wybuchnęła śmiechem.

– Lubię majtki, na których drukowane są nazwy dni tygodnia – zachichotała Martina.

– A co ma być w części trzeciej?

– Tak jak powiedziałam, zamierzam pokazać jedną z klinik i może kilka klientek, które powiedzą coś od siebie. Wspomnę też o sprzedaży żywności i chyba coś o ziołach. Chętnie usłyszałabym, co o tym sądzicie. Macie w ogóle zamiar zabrać głos w tej kwestii?

– W jakiej? – spytały bliźniaczki. Emily aż jęknęła z bólu.

– No, w tej, jak wyglądałam. Martha roześmiała się.

– Rozumiem, że takie obnażenie się przed kamerą to dla ciebie bardzo delikatna sprawa, ale czy masz pojęcie, jak wiele kobiet wygląda tak jak ty wtedy? Kiedyś po wyjściu spod prysznica nigdy nie patrzyłam w lustro. Jeśli tobie to nie przeszkadza, my jesteśmy jak najbardziej za wykorzystaniem tego filmu. Bo chyba wszystkie zgadzacie się ze mną?

Emily spojrzała na koleżanki. Na żadnej twarzy nie dostrzegła pożałowania czy wstydu. Ich oczy wyrażały przyjaźń, gotowość udzielenia pomocy i chęć wprowadzenia pomysłu w życie.

– Nie przeszkadza mi, że inni to zobaczą – oznajmiła cicho Emily.

– W takim razie czas na toast – odezwała się Martha podnosząc kubek wysoko do góry. – Musimy wypić za coś szczególnie ważnego.

Zamyśliła się marszcząc czoło, i usilnie poszukując właściwych słów.

– Może uczcijmy to, że Emily dojrzała? – zaproponowała Lena.

– A może wypijemy za najwspanialsze kobiety w całym stanie, które odniosą sukces, ponieważ są partnerkami i pracują razem dla wspólnej sprawy chcąc pomóc innym kobietom, a jednocześnie zabezpieczyć sobie przyszłość? – powiedziała Emily stukając się kubkiem z koleżankami.

– Doskonale to ujęłaś – osądziły.

– No dobrze, to zabierajmy się do pracy. Potrzebne nam będą notatniki, ołówki, książka telefoniczna, nasze księgi rachunkowe i kwity bankowe, i pełen dzbanek kawy – stwierdziła Emily.

Kobiety ruszyły na poszukiwanie wymienionych przez Emily przedmiotów i po chwili wróciły gotowe do pracy. Tej nocy dzbanek wielokrotnie jeszcze napełniany był świeżą kawą. O świcie postanowiły przerwać, zadowolone, że udało im się bardzo wiele zdziałać. Rozeszły się do swoich pokoi, żeby wziąć prysznic i przygotować się do wyjścia, ale obiecały sobie przedtem, że zamkną kliniki o piątej, po czym zamówią na kolację chińszczyznę i wezmą się znów do pracy.

Dwa dni później miały już gotowy szczegółowy plan działania, z uwzględnieniem wszelkich sytuacji, w których coś ewentualnie mogło nie wyjść. Przygotowały również podział zajęć, program zakupów, propozycję gdzie i kiedy wynająć ludzi do pomocy i komu powierzyć dystrybucję kaset oraz plany rozbudowy sieci klinik opracowane przy użyciu map uzyskanych z Izby Handlowej. Poza tym już tylko dzień dzielił je od postawienia przysłowiowej kropki nad „i” w sprawie podpisania umowy z miejscową stacją telewizji kablowej, która miała pokazywać ich reklamy. Żadna z kobiet nawet słowem nie wspomniała o możliwości porażki, ani nie brała takiej ewentualności pod uwagę.

Emily skontaktowała się z jubilerem i umówiła w kwestii sprzedaży trzech perłowych naszyjników – jednego długości pół metra, drugiego składającego się z trzech krótkich sznurków, i trzeciego o długości trzydziestu centymetrów, a także perłowych kolczyków i diamentowych spinek, które miała na sobie trzy razy. Pozostałe klejnoty, czyli zegarek marki Rolex, trzy diamentowe bransoletki i takiż wisiorek oraz trzy spinki postanowiła zatrzymać i być może sprzedać później, gdy sytuacja będzie tego wymagać.

Poza tym przyjaciółki postanowiły, że po Nowym Roku Emily odwiedzi wszystkie większe firmy w okolicy proponując im prowadzenie gimnastyki dla pracowników na ich własnym terenie w czasie przerwy na lunch. Pełną odpowiedzialność za wynajęcie i konserwację sprzętu do ćwiczeń zainstalowanego na terenie poszczególnych zakładów, miały wziąć na siebie kliniki Emily. Opłata za tego typu usługę była niebotycznie wysoka, ale jak stwierdziła Emily: – Musimy zatrudnić najlepszych pracowników, a to oznacza, że będziemy musiały dużo im płacić. Firmy będą mogły wydane na ten cel pieniądze wpisać sobie w koszta, a zdjęcia szefów pojawią się w gazetach. Wystarczy, że powiedzie nam się w jednej wielkiej firmie w rodzaju „Johnson and Johnson”, a inne pójdą w jej ślady. Czuję w kościach, że tak będzie. Coś mi mówi, że odniesiemy sukces – oznajmiła radośnie.

W tym momencie przyjaciółki wzniosły toast cytrynową herbatą Zingera.

Święta Bożego Narodzenia minęły im tak szybko, że nawet tego nie zauważyły, lecz obiecały sobie, że w przyszłym roku będą świętować bardzo hucznie, a w Sylwestra bawić się na całego.

* * *

Półtora roku później nie było człowieka, który nie słyszałby o klinikach Emily. Przyjaciółki otworzyły biuro firmy w Raritan Center i zatrudniły pracowników do obsługi pierwszych ośmiu klinik, jak i następnych dziewiętnastu. Prowadziły też gimnastykę w czasie przerwy na lunch w dziewięciu korporacjach, reklamowały swoją firmę zarówno w telewizji kablowej jak i na kanale Fox Network, a także współpracowały z trzema innymi kanałami telewizyjnymi o szerokim zasięgu. Z samej tylko sprzedaży dietetycznych posiłków uzyskiwały większe dochody niż to sobie kiedykolwiek wyobrażały.

Cztery miesiące później, w listopadzie, grupa prawników zwróciła się do Emily z propozycją udzielania koncesji na działalność pod szyldem klinik Emily. Przyjaciółki naradziły się i udzieliły odpowiedzi negatywnej, choć zanotowały nazwiska i telefony prawników, po czym uczciły tę okazję toastem.

– Wiedzie nam się znakomicie, moje panie – powiedziała Emily rzucając pustym dzbankiem o ścianę. Idąc za jej przykładem kobiety rozbiły szklanki. – Wezwiemy sprzątaczkę, żeby zajęła się tym bałaganem, albo jeszcze lepiej wcale jej nie wzywajmy. Zostawimy po prostu kartkę na drzwiach. Minęły już czasy, kiedy sprzątałyśmy – powiedziała Emily przeganiając koleżanki z pokoju. – Pójdziemy teraz do domu, zdejmiemy buty i będziemy leżeć do góry brzuchami. Albo może zaczniemy już planować co zrobimy w Boże Narodzenie. Obiecałyśmy sobie, że święta będą wspaniałe, pamiętacie?

W domu rzeczywiście zrzuciły buty i usadowiły się radosne i szczęśliwe na dywanie ze szklankami soku w dłoniach.

– Ben powinien być z nami – powiedziała Lena. – Zadzwońmy do niego.

– Nie może przyjść. Wyjechał w trasę. Nasz wędrujący ambasador pracuje od rana do wieczora. Prawdę mówiąc, nie rozmawiałam z nim od prawie dwóch tygodni. On robi dla nas kawał wspaniałej roboty. Jeśli go stracimy, źle z nami będzie. Ben jest jak… jak cement, który wszystko trzyma w kupie.

Emily posmutniała.

– Chyba bardzo dobrze się między wami układa? – spytała chytrze Zoe.

– Całkiem nieźle – odparła szczerze Emily. – Ogromnie lubię Bena, ale nie sądzę, żeby to była miłość. I on także nie jest chyba we mnie zakochany. Jesteśmy po prostu jak chleb z masłem – pasujemy do siebie. Przynajmniej na razie. – Dziewczyny, musimy porozmawiać. Obdarzono nas dzisiaj najwspanialszym komplementem, czyli propozycją nadania koncesji. Wyżej już chyba wspiąć się nie można. Do wiosny odzyskamy wszystkie zainwestowane pieniądze. Po przemyśleniu sprawy doszłam do wniosku, że nasza pozycja na rynku jest pewna i stabilna. I, moim zdaniem, powinnyśmy zastanowić się nad kwestią koncesji; musimy dowiedzieć się wszystkiego na ten temat. Trudno powiedzieć dlaczego, ale nie podobali mi się ci prawnicy. Pewnie uważali, że mają do czynienia z grupką chciwych kobiet, którym zakręciło się w głowie od sukcesu i które bez chwili wahania zaakceptują ich ofertę. Jeśli rzeczywiście zdecydujemy się z niej skorzystać, musimy być do tego dobrze przygotowane i podpisać umowę na naszych warunkach. Bo pomyślcie o tym dziewczyny – każda firma posiadająca naszą koncesję będzie zmuszona kupować sprzęt, kasety wideo i żywność tylko od nas. Jeśli zakupimy wszystko w hurcie, przyniesie nam to zyski. Do tego dojdą jeszcze pieniądze z opłat. Gdybyśmy sprzedały koncesję nawet tylko ośmiu klinikom, to i tak każda z nas zdoła sobie odłożyć sporą sumkę, która odpowiednio zainwestowana może się bardzo powiększyć. Nasze coroczne wkłady staną się jedynie czymś w rodzaju lukru na torcie. Moje panie, spisałyśmy się cholernie dobrze. Jestem taka z nas dumna, że… o mało nie pęknę.

– Czy to znaczy, że czas, byśmy poszukały sobie własnego mieszkania i wyprowadziły się? – spytała Helen Demster.

Emily wytrzeszczyła oczy na bliźniaczkę.

– Jak możesz przypuszczać coś takiego, Helen? Naturalnie, że nie. Ale jeśli chcecie się przenieść, żeby mieć własne lokum albo… nie macie już ochoty należeć do… do naszej rodziny, bo dla mnie jesteście wszystkie rodziną, oczywiście zrozumiem to.

– Ależ skąd. Wcale nie chcę się wyprowadzać. Rose zresztą także nie. Po prostu przyszło mi do głowy, że skoro nam się wreszcie powiodło i mamy pieniądze, to może… ty… my wszystkie… może będziemy chciały wprowadzić jakieś zmiany w naszym życiu.

– Rodzina zazwyczaj mieszka razem. I podoba mi się tak, jak było do tej pory. Sądzę, że trzeba przeprowadzić w tej sprawie głosowanie – oznajmiła Emily drżącym głosem, z niepokojem w oczach.

– Widzicie – stwierdziła z ulgą kilka minut później – wszystkie opowiedziałyśmy się za utrzymaniem obecnego stanu rzeczy. O Boże, Helen, ależ mnie wystraszyłaś. Nie wyobrażam sobie życia bez was.

– Kto ma ochotę na drinka? – odezwała się Lena.

– Jak zrobisz, to chętnie wypiję – odparła wesoło Rose.

– Zaczynamy już regularnie sobie popijać – zauważyła radośnie Martha.

– A pewnie, dwa razy do roku – prychnęła Lena. – Toasty przecież się nie liczą. A my pijemy tylko wtedy, gdy coś świętujemy.

– Jak na przykład Boże Narodzenie, Wielkanoc, Święto Niepodległości, dzień pamięci poległych na polu chwały, urodziny i imieniny każdej z nas, rocznicę naszej przeprowadzki tutaj, dzień, w którym oficjalnie odniosłyśmy sukces – wyliczyła Nancy.

– To wszystko się nie liczy – stwierdziła Lena idąc do kuchni.

– Myślę, że nasze kostiumy gimnastyczne są wprawdzie wspaniałe, ale musimy znaleźć jakiegoś tańszego producenta. Byle nie za granicą. Wszystko, czego używamy w klinikach musi być amerykańskie. Która na ochotnika rozejrzałaby się wśród wiejskich zakładów krawieckich? Może ktoś zaproponowałby nam niższe ceny?

– My się tym zajmiemy – zgłosiły się bliźniaczki.

– Świetnie – stwierdziła Emily. – Gdzieś w tym domu leży zeszyt, w którym Ian notował nazwiska producentów oferujących mu korzystne ceny rozmaitych towarów. Coś mi się wydaje, że był tam adres dwóch pań w Perth Amboy, które szyły białe fartuchy lekarskie prawie za darmo. Myślę, że jest tam także telefon do kogoś, kto dostarczał taniego materiału. Jutro poszukam tego notatnika. Sądzę też, że gdybyśmy się postarały, to udałoby się ubić korzystny interes z firmą produkującą trampki. Czy któraś z was ma ochotę to sprawdzić?

– Ja spróbuję – zdeklarowała się Martina. – Poza tym przyszło mi do głowy, że właściwie nigdy nie zrealizowałyśmy tego pomysłu z rozdawaniem toreb na zakupy z wyszytą na nich nazwą naszych klinik. Może ten, kto będzie szył kostiumy, mógłby także robić te torby? Moim zdaniem, byłyby one niezłą reklamą. Rose, Helen, co o tym myślicie?

– Sprawdzimy, czy da się to zrobić. Byłoby fajnie móc coś rozdawać ludziom a poza tym mogłybyśmy sobie to odpisać od dochodów – zauważyła Helen.

– Gotowe – obwieściła Lena wchodząc z tacą, którą ustawiła na środku dywanu. – Jaki toast wzniesiemy tym razem?

– A czy w ogóle potrzebujemy jakiegoś toastu? Wypijmy po prostu ten słodki nektar i zastanówmy się, na co jeszcze miałybyśmy ochotę. Musimy przestawić się na bardziej wytworne trunki. Kiedyś, ilekroć byłam w restauracji, zamawiałam białe wino, bo ani trochę nie znałam się na alkoholach – oznajmiła Zoe.

– Proponuję Harvey Wallbangersa – odezwała się Kelly. – Tylko na spróbowanie, żeby Zoe zobaczyła jak smakuje.

– Może mimozę.

– To dziecinny drink w rodzaju Shirley Tempie. Pija się go tylko na śniadanie albo do lunchu – sprzeciwiła się Martha.

– No cóż, nie jemy teraz śniadania ani lunchu, więc nie będziemy tego pić. W takim razie uraczymy się Harveyem Wallbangersem – podsumowała Lena.

Kilka godzin później, kiedy przyjaciółki kończyły już kolejnego drinka, uwagę Emily przyciągnęła jakaś postać w drzwiach. Wskazała na nią palcem i powiedziała: – Patrzcie!

– Jesteście pijane. Wszystkie! Wiecie, że tylne drzwi były otwarte na oścież? A gdybym tak był mordercą? – zapytał Ben z wyrazem dezaprobaty na twarzy.

– Nie strasz nas – zachichotały siostry Demster.

– Dziewczyny mają rację – poparła je Emily, po czym beknęła. – Dlaczego nas straszysz? A my mówiłyśmy dzisiaj o tobie tyle miłych rzeczy. Wymyśliłyśmy nawet sposób, dzięki któremu możesz zarobić mnóstwo pieniędzy, żebyś mógł posłać Teda do jakiegoś superdobrego college’u.

– A jaki?

– Co jaki? – nie zrozumiała Emily.

– Jaki sposób wymyśliłyście?

– Nie pamiętam – odparła Emily zaśmiewając się.

– A co świętujecie?

– Coś. Coś niesłychanego – odrzekła Emily przewracając się na podłogę.

– Powiedz mi.

– Nie pamiętam. Jutro sobie przypomnę. Wyglądasz na mocno zdenerwowanego. Ben, jesteś wściekły? Ale zaraz, dziewczyny, czy nas to obchodzi, że on jest wściekły? – zapytała koleżanki.

– O ile nie przestanie dla nas pracować, to nie – wymamrotała Zoe.

– Czy to trafi do naszych akt? – zapytała piskliwym głosem Martha.

– Jakich akt? – nie mógł pojąć Ben. – Dziewczyny, jak długo już pijecie?

Emily zaczęła wymachiwać rękami.

– Pół godziny – odrzekła wyzywającym głosem.

– Tak wam się tylko wydaje. No, wstawajcie i do łóżek. Jutro będzie nowy dzień, ale chyba wszystkie się pochorujecie.

– Dzisiaj śpimy tutaj na dywanie. Czasem zresztą tak robimy – zwykle wtedy, gdy omawiamy jakieś bardzo ważne sprawy. Prawda, Emily? – zapytała Lena.

– Zgadza się co do joty. Panie Jackson, proszę zamknąć za sobą drzwi, jak będzie pan wychodził.

Emily czuła, że język jej się plącze, więc najwyraźniej była pijana. Denerwowało ją, że Ben ma rację. Zmrużyła oczy, żeby lepiej go widzieć. Był wściekły, lecz nie bardzo rozumiała dlaczego.

– Jesteśmy u siebie w domu – dodała. – A że wypiłyśmy kilka drinków, aby uczcić sprawę, to i co z tego? Nigdy dotąd nie piłam Bahama Mama. I muszę ci powiedzieć, że jest zdecydowanie lepsze od Lemon Zinger. O Boże, jak mi niedobrze. Powiedziawszy to, Emily ruszyła w stronę schodów, a Ben za nią. – Zostaw mnie… mogę się wyrzygać sama… po co chcesz patrzeć? – jęczała pomiędzy jedną falą nudności a drugą. Oczy jej zwilgotniały, a żołądkiem szarpały torsje. W końcu uklękła przed sedesem i spuściła głowę. – Idź do domu, Ben. Nie chcę, żebyś oglądał mnie w takiej sytuacji – prosiła. – Czy choć raz nie możesz mnie posłuchać? Wolałabym zostać teraz sama, bo okropnie się czuję.

– Nigdy nie będzie z ciebie pijaczka, Emily – stwierdził wesoło Ben.

– Dzięki Bogu – mruknęła. Usłyszała szum wody z kranu, a chwilę potem poczuła na karku coś chłodnego. – Ani razu, aż do tej pory, nie byłam pijana. To znaczy, aż tak – wymamrotała dysząc.

Ben ukląkł obok niej podtrzymując ją za ramiona.

– No, raz a dobrze i będzie po wszystkim – powiedział spokojnie, a jego łagodny głos był jak balsam dla wstrząsanej torsjami Emily.

– Skąd wiesz?

– Bo byłem kiedyś w takiej sytuacji. Gdy zostawiła mnie żona, upijałem się prawie co wieczór. I niczego nie świętowałem; raczej opłakiwałem. Lepiej byś zrobiła, gdybyś pijała tylko Lemon Zinger. A właściwie to co wy tak świętowałyście? No już, umyj teraz zęby i wypłucz usta płynem. Zrobię filiżankę miętowej herbaty; to powinno pomóc ci na żołądek. No więc, co świętowałyście? – dopytywał się wyciskając niebieską pastę na żółtą szczoteczkę.

– Koncesje – wymamrotała Emily mając buzię pełną piany. – Kilku prawników przyszło dzisiaj do naszego biura i ni mniej, ni więcej tylko zaoferowało nam… to znaczy powiedzieli nam, żebyśmy to sobie przemyślały, a już oni gotowi są zająć się tym. Brzmiało wspaniale, ale tych dwóch to były rekiny. Nienawidzę prawników równie mocno jak sprzedawców używanych samochodów i agentów ubezpieczeniowych.

Emily splunęła do umywalki, po czym tak długo płukała usta aż Ben podniósł jej głowę.

– Wystarczy, bo zedrzesz sobie język.

– Cholernie się tu rządzisz, Ben. Mówiłam, żebyś poszedł sobie do domu. Teraz, ilekroć na ciebie spojrzę, będę pamiętać, że widziałeś jak rzygałam. Rozważamy możliwość tych koncesji, bo dzięki nim miałbyś górę pieniędzy i mógłbyś wysłać Teda na najlepszy uniwersytet. Wyglądam szkaradnie, prawda?

– Owszem. Ale poczekaj do rana. Będziesz się wtedy czuła tak, jak teraz wyglądasz.

– Och, zamknij się, Ben. Lepiej przynieś parę koców, żebyśmy mogli nakryć dziewczyny.

– Mamusia Emily. Zawsze myślisz o innych.

– A co w tym złego? – mamrotała Emily wyciągając koce z szafki na bieliznę.

– Nic, a właściwie to bardzo dobrze. To właśnie cała ty, Emily. Myślę, że urodziłaś się po to, żeby wychowywać.

Kiedy Ben prowadził ją w dół po schodach, przypominała marionetkę na sznurkach. W salonie nakryli śpiące kobiety, a potem Ben pociągnął Emily do kuchni, gdzie zapalił gaz pod czajnikiem z wodą.

– Mam ochotę na papierosa.

– Nie potrzebujesz palić.

– Nie będziesz mi mówił czego mi trzeba, a czego nie. Chcę papierosa. I zamierzam sobie na jednego pozwolić. To moja ostatnia wada i kiedy już będę gotowa całkowicie ją wykorzenić, zrobię to bez wątpienia, ale ani minuty wcześniej i z pewnością nie wtedy, gdy chce tego jakiś cholerny facet.

– Dobra, zapychaj sobie płuca smołą; nic mnie to nie obchodzi.

– To moje płuca, więc zamknij się, Ben.

– Jesteś najbardziej piekielną, upartą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Sam nie wiem dlaczego cię kocham, ale tak właśnie jest.

– A co złego w byciu upartym? Mam prawo do własnych przekonań. Ja… chwileczkę, co ty powiedziałeś?

Głowa jej opadła na bok, gdy sięgała na drugi koniec stołu po paczkę papierosów, którą wcześniej tam zostawiła.

– Masz na myśli to, co mówiłem o twoim uporze czy, że cię kocham?

– To że… mnie kochasz. Ale czy jesteś we mnie zakochany, czy po prostu mnie kochasz? No wiesz, tak jak ja kocham wszystkie moje przyjaciółki?

– Kocham cię i jestem w tobie zakochany.

– To niedobrze, Ben. Nie chcę, żebyś się we mnie kochał. Nie sądzę, żebym była zdolna… mamy teraz cudowny, beztroski, swobodny układ pełen wzajemnego szacunku. Nie jestem przygotowana… i pewnie nigdy nie będę… wolałabym, żebyś tego nie powiedział.

– Wypij to – powiedział Ben stawiając przed nią herbatę. Potem usiadł obok niej i wziął w dłonie jej wolną rękę. – Emily, nie wszyscy faceci są tacy jak Ian Thorn. Niektórzy są nawet całkiem mili. Na przykład ja. Naprawdę porządny ze mnie człowiek. Traktuję starszych ludzi z należnym im szacunkiem. Jestem dobry dla zwierząt. Kocham dzieci, a zwłaszcza mojego własnego chłopaka. Mam uczciwą pracę i wykonuję ją dlatego, że lubię to co robię. Jestem taktowny i nie wydaje mi się, żeby tkwiła we mnie choć odrobina złośliwości. Czasami chodzę do kościoła, nieraz ofiarowuję jakieś datki, zdarza mi się popracować społecznie i zawsze staram się nie tylko brać, lecz i dawać. Proszę cię, Emily. O Boże, Emily, proszę cię, kochaj mnie. – Na jego twarzy malowała się konsternacja. – Dobranoc – dodał. – Jeśli się narzucałem, to przepraszam. Mam nadzieję, że rano poczujesz się lepiej. Zadzwoń, gdybyś mnie potrzebowała.

Emily wybuchnęła płaczem. Uświadomiła sobie, że Ben rzeczywiście jest taki jak to przedstawił. Miał w sobie wszystkie te cechy, których nie posiadał Ian. I kochał ją. I nie przeszkadzały mu ani jej zmarszczki, ani fałdki tłuszczu pod oczami. Widział, jak wymiotowała, trzymał ją przy tym za rękę, potem zrobił jej herbatę i wyznał miłość. Poznał ją w najbardziej mrocznym okresie jej życia, kiedy była już na samym dnie i jedyne, co mogła zrobić, to wygrzebać się z tego. Kochał się z nią delikatnie i czule, i trzymał w ramionach, kiedy płakała. I scałowywał jej łzy. Był tym, co bardzo rzadko się w życiu spotyka, czyli prawdziwym przyjacielem. Takim, który jest blisko bez względu na wszystko, podobnie jak jej koleżanki. Ben był jednym z nich, był częścią tej rodziny. Należał do nich wszystkich.

Emily dopiła herbatę, ponieważ Ben ją przygotował, a zrobił to dlatego, że się o nią troszczył. Następnie odstawiła filiżankę do zlewu. Kiedy szła po schodach do sypialni, ciągle z oczu płynęły jej łzy.

Rzuciła się na łóżko. Przyszło jej do głowy, że może nie wie, czym jest miłość. Bo to ciepłe delikatne uczucie, jakie żywiła dla Bena, przypominało tulenie wielkiego pluszowego misia. Miłość oznaczała, że tę drugą osobę stawiało się na pierwszym miejscu w życiu. Iana postawiła na piedestale, tyle że traktowała go w jakiś niezdrowy, nienormalny sposób. Bena nie widywała czasem całymi dniami czy tygodniami, a nawet nie rozmawiała z nim, ale i tak wszystko było w porządku, bo miała świadomość, że wystarczy zadzwonić, a on i tak zaraz zjawi się przy niej. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie wykorzystuje Bena czekając na jakiś lepszy kąsek. Tylko czy właściwie istniał lepszy facet od Bena? Bardzo w to wątpiła. Ale dlaczego w takim razie nie odczuwała dzikiej tęsknoty i nie rozpalał jej ogień namiętności? Czy to, o czym czytała w eleganckich czasopismach dla kobiet, było jedynie wymysłem? No, a wielokrotne orgazmy? To mity. Mity, które wymyślili mężczyźni, żeby kobiety czuły się nieszczęśliwe. Emily przekręciła się na łóżku i sięgnęła po telefon. Z pamięci wykręciła numer Bena. Uśmiechnęła się na dźwięk jego głosu w słuchawce.

– Dzwonię, żeby powiedzieć dobranoc i podziękować ci. Wszyscy już spokojnie śpią, a i ja też zaraz zasnę.

– Nastawiłaś budzik?

– Tak, a drzwi i okna są pozamykane. Telewizor też wyłączyłam, a światła pogasiłam. Dobranoc, Ben.

– Dobranoc, Emily. Słodkich snów.

– Będzie mi się śniło, że idziemy razem przez łąkę pełną koniczyny i stokrotek. I ty śnij o tym samym, dobrze? Tylko wyobraź sobie jeszcze jezioro. Jutro porównamy nasze wrażenia. Dziękuję, Ben.

Emily zgasiła lampkę i ułożyła się na plecach. Nagle przypomniała sobie, że zapomniała zmniejszyć ogrzewanie. A niech tam, pomyślała, przynajmniej nie będzie musiała się ciepło okrywać, a dziewczyny przebudzą się rano w cieple, bez dreszczy.

Sen zmorzył ją niemal natychmiast. Wiedziała, że ledwie zamknie oczy zaczną się majaki i przeniesie się w tę mroczną krainę, zwaną snem…

* * *

Rzucała się na łóżku próbując zerwać więzy krępujące jej ręce i nogi.

– Rób co każę – padła ostra komenda.

– Nie mogę, dopóki mnie nie rozwiążesz – błagała jękliwym głosem. – Jak mam prasować, skoro jestem unieruchomiona? Nie mogę powiesić koszul na wieszakach i zaczepić ich na drzwiach. Rozwiąż mnie, Ianie. I tak za mocno mnie skrępowałeś; to boli. Nie obchodzi cię, że sprawiasz mi ból?

– Co jest takiego trudnego w prasowaniu koszul? Mówiłaś, że uwielbiasz to robić.

Sznurek napiął się, a ramię Emily niemal wyskoczyło ze stawu. Krzyknęła.

– Jest za zimno. Nie powinnam odgarniać tego śniegu. Nie powinnam zajmować się nawet połową tych rzeczy, które robię. O Boże, dziękuję panu za pomoc.

Zmęczona tak, że ledwie mogła oddychać starała się jakoś okazać wdzięczność dobremu samarytaninowi, a nie tylko oddać mu swą łopatę, w zamian za którą on podał jej bukiecik stokrotek owinięty w zieloną bibułkę.

– Dlaczego odgarniałaś śnieg? – zapytał mężczyzna.

– Bo zrobiłam coś złego i teraz muszę to naprawić – odparła przykładając stokrotki do policzka. Były takie śliczne, ale na mrozie groziło im przemarznięcie. Powiedziała o tym na głos.

– Kupię ci świeże.

– Ale dlaczego? Przecież nawet mnie nie znasz.

– Owszem, znam. Długo czekałem, żeby spotkać kogoś takiego jak ty. Ja nie jestem taki jak ten człowiek, który cię związał i wiem, że nie zrobiłaś niczego złego. Gdybyś nie była dobra, nie dałbym ci tych stokrotek. Ja znam się na ludziach.

– Czy uważasz, że jestem śliczna jak motylek?

Dobry samarytanin przestał odgarniać śnieg i przyjrzał się jej.

– Nie. Motyle są wolne i latają gdzie chcą; właśnie dlatego wydają nam się piękne. Ich kolorowe skrzydełka to jedynie ozdoba. Ty byłabyś taka piękna jak pierwsza gwiazda na niebie, jak pierwszy wiosenny kwiatek, gdybyś tylko uśmiechnęła się szczerze, prosto z serca i pozwoliła, żeby ten uśmiech widać było w twoich oczach. Straciłaś chyba cały swój optymizm.

– A czy mogę go odzyskać?

– Nie wiem. Nazbierało ci się za dużo prania. Chyba nigdy nie zdołasz się z nim uporać. No dobrze, wsiadaj do samochodu; zobaczymy, czy uda ci się go uruchomić. Może będę musiał jeszcze trochę odgarnąć.

Emily podała mu kwiatki.

– Nie mogę wsiąść do samochodu – jęknęła.

– Dlaczego nie?

– Sam spójrz! Nie ma tu miejsca – powiedziała wskazując stertę białych koszul.

– Wyrzuć je. Pomogę ci.

– Nie mogę. Nie potrafię tego zrobić.

– Więc ja zrobię to za ciebie – oznajmił dobry samarytanin otwierając drzwi auta. W jednej chwili porwane wiatrem białe koszule poszybowały w różnych kierunkach unosząc się w górę niczym białe latawce. – Widzisz, są jak białe motyle. No jak, wierzysz mi teraz? – Nieznajomy wyciągnął ku niej dłoń. – Chodź ze mną – powiedział. – Znam miejsce, gdzie nie ma ani białych koszul, ani więzów, ani motyli. Chodź ze mną, Emily.

– Ale ja mam męża – sprzeciwiła się smutnym głosem.

– A czy zawsze będziesz go miała?

– Zawsze, aż do końca życia. Małżeństwo to związek, który trwa aż do śmierci – odparła ocierając oczy.

– Na zawsze, aż do śmierci, to jedynie słowa, to ludzkie życzenia. W życiu czasami się nie sprawdzają.

– Ależ muszą się sprawdzić, Ian obiecał mi to. Przysięgał mi! – krzyknęła Emily.

– Obiecanki cacanki – powiedział dobry samarytanin wychodząc z samochodu.

Emily opuściła szybę.

– Powiedz mi, jak się nazywasz?

– Wiesz jak, Emily.

– Nie, skąd, nie wiem. Powiedz mi.

* * *

Nagle Emily przebudziła się i zupełnie oszołomiona wygramoliła z łóżka. Przyszło jej do głowy, że chyba musiała postradać zmysły. Bo przecież nikt normalnie myślący nie wychodzi z ciepłego łóżka o trzeciej nad ranem, żeby odwiedzić kogoś, kto smacznie sobie śpi. No i cóż, u diabła, powie, gdy już dotrze na miejsce? Wiesz, Ben, przyszłam, bo miałam zły sen i nie chciałam być sama? Albo, że ma przeokropny ból głowy i potrzebuje… hm, potrzebuje… pocieszenia. Owszem, Ben na pewno by zrozumiał, zwłaszcza to, że chce, by ją pocieszył. W końcu zajmuje się tym już od prawie dwóch lat. Przez cały ten czas dodawał jej otuchy, kochał się z nią i robił wszystko, żeby jej życie było łatwiejsze. Ben był jak spokojna przystań w czasie sztormu. Każdy potrzebuje kogoś takiego jak Ben.

Emily zaparkowała tuż obok samochodu Bena. Przez chwilę nie była pewna, czy nie dostanie zaraz kolejnego ataku torsji. Posiedziała więc kilka minut przy opuszczonym oknie wdychając zimne nocne powietrze. Cały dom pogrążony był w mroku. Emily wiedziała jednak, że w kuchni pali się słaba lampka, bo Ben często wstawał w nocy, gdy zachciało mu się coś słodkiego. Słodycze to była jego pięta achillesowa.

Emily weszła do środka i na moment zamknęła oczy, żeby przyzwyczaić wzrok do ciemności, a jednocześnie zdjęła z siebie kurtkę rzucając ją na podłogę przy drzwiach. Następnie zaczepiając piętą o palce ściągnęła trampki.

Wpadające przez żaluzje poszatkowane jakby chłodne światło księżyca, wydobywało z mroku chromowane szklane meble w salonie. Na stoliku do kawy leżała sterta papierków po cukierkach Hershey Kisses, a obok stała strzelista butelka po piwie. Emily obeszła stolik, wyminęła szezlong i ruszyła w stronę pokrytych chodnikiem schodów. Jak zwykle przystawała na co trzecim stopniu, żeby przyjrzeć się zdjęciom Teda. Jedno z nich upamiętniało pierwszą przejażdżkę chłopca na kucyku, na innym dzieciak trzymał rybę większą niż on sam, a na jeszcze innym stał w basenie z pływakami na ramionach. Ulubiona fotografia Emily przedstawiała Bena i Teda z plecakami i szeroko uśmiechniętymi twarzami, i była powiększona do wielkości plakatu. Ben był cudownym ojcem, cudownym przyjacielem, cudownym kochankiem i w ogóle cudownym człowiekiem.

Emily stanęła w drzwiach, niepewna czy ma zawołać Bena, czy podejść do łóżka i potrząsnąć nim lekko, czy też po prostu wślizgnąć się pod pościel i położyć obok niego. Kiedy przez jej ciało przebiegł dreszcz, zdecydowała, że wsunie się ostrożnie pod biało-brązową kołdrę, bo takie kolory lubił Ben, na wielkie podwójne łóżko. Tak długo przesuwała się i przytulała, aż przylgnęła pupą do brzucha przyjaciela.

– Emily?

– Uhuu. Przepraszam, że cię obudziłam.

– Co się stało? Która, u diabła, jest teraz godzina?

– Trzecia albo może trochę później. Wyjechałam z domu około trzeciej.

– Jesteś chora? Czy coś się stało? – pytał rozbudzony wspierając się na łokciu. Zdołał też jakoś obrócić ją tak, by leżała zwrócona do niego twarzą. – Powiedz coś, Emily.

– Ben, gdybyś zamierzał dać mi kwiatki, to jakie byś wybrał?

– Przyjechałaś tu o trzeciej w nocy, żeby mnie o to zapytać? Nie mogłaś zadzwonić? Zaraz, tylko nie zrozum mnie źle; nie mam nic przeciwko temu, że przyszłaś. Kwiatki… o Boże, nie wiem. Pewnie jakieś kolorowe, może róże. Na przykład te wielkie, które przypominają pompony. Musi to być dla ciebie bardzo ważne, prawda?

– Miałam zły sen i ty też w nim byłeś. Ciągle śni mi się to samo, tylko drobne szczegóły się zmieniają.

– Opowiedz mi ten sen – poprosił przytulając ją do siebie. – Emily spełniła jego prośbę. Potem przez chwilę leżeli w milczeniu. W końcu Ben się odezwał: – Myślę, że musisz zerwać z przeszłością, Emily. Sądziłem, że udało ci się to, kiedy dostałaś rozwód.

– Mnie też się tak wydawało. Te sny nie powtarzają się wprawdzie zbyt często, lecz jednak je miewam. Zwłaszcza wtedy, gdy jestem zmęczona albo zestresowana.

– Część tego snu jest prawdziwa, ta mianowicie o mnie. Bo ja naprawdę cię kocham, Emily. Myślę, że zawsze chyba będę cię kochał. Takie rzeczy się wyczuwa – w sercu, w podświadomości. Jeśli ty mnie nie kochasz, to jakoś to zniosę. Ale moim zdaniem… nigdy nie będziesz mogła związać się z kimś uczuciowo, dopóki nie odsuniesz od siebie Iana. Powiedziałaś, że już to zrobiłaś, ale właściwie to nie, w każdym razie niezupełnie. Wiem, że może cię zaskoczyć to, co powiem, ale mogłabyś, gdybyś tylko chciała, odszukać jakoś Iana, może przez związek lekarzy, i pojechać do niego. Myślę, że potrzebna ci taka konformacja. Miałabyś okazję powiedzieć mu coś i zakończyć sprawę. Chociaż prawdę mówiąc nie wiem, co by to miało być. Ted ma takie swoje powiedzenie, którym mnie raczy, ilekroć się w czymś nie zgadzamy. Mówi wtedy: „Tato, jeszcze nie chwyciłem kija”, a znaczy to, że nie mogę go cały czas pouczać i wydawać mu poleceń. On także ma swoje zdanie i chce być wysłuchany. A kiedy już przedstawi mi własną opinię, wówczas mogę wykorzystać swą władzę rodzicielską. To naprawdę działa, Emily.

– Radzisz mi, żebym zobaczyła się z Ianem? – spytała chrapliwym szeptem.

– Myślę, że czas już to zrobić.

– O Boże, ale co ja mu powiem?

– Co chcesz. Myślę, że możesz mu spokojnie oznajmić, że zasłużył sobie na to, żebyś mu rozkwasiła nos, o ile oczywiście miałabyś ochotę to zrobić. Możliwe, naturalnie, że wezwałby wówczas gliny i musiałabyś wyjaśniać, że to małżeńska awantura albo coś w tym rodzaju. Ale jak już zdecydujesz się złożyć mu wizytę, będziesz wiedziała co powiedzieć, gdy przyjdzie ta chwila.

– Naprawdę sądzisz, że powinnam to zrobić?

Ben dosłyszał w jej głosie rodzące się podekscytowanie podsuniętym przez niego pomysłem. Przymknął oczy.

– Tak, Emily.

– Ben, kochaj się ze mną.

– Nie.

– Nie? Dlaczego?

– Bo w tej chwili jest w tym pokoju o jedną osobę za dużo. Proponuję, żebyśmy się teraz przespali, a jutro rano dokończymy rozmowę. Dobranoc, Emily.

Emily posłusznie zamknęła oczy, lecz wiedziała, że i tak nie zaśnie. Nagle ni stąd, ni zowąd zapragnęła znów znaleźć się w swoim domu, w pokoju, który dzieliła z Ianem. Czuła potrzebę przemyślenia sobie tego, co powiedział Ben. Odczekała chwilę, a gdy miała pewność, że przyjaciel śpi, wysunęła się ostrożnie z łóżka i wyszła z domu. Zanim jednak wsiadła do samochodu, popatrzyła na okno sypialni Bena. Zdawało jej się, że dostrzegła tam zarys jego sylwetki w świetle księżyca. Pomachała temu cieniowi.

Było za piętnaście piąta, gdy Emily weszła do swego pokoju z filiżanką kawy i papierosami w ręce. Zamknęła za sobą drzwi i sama nie wiedząc dlaczego to robi, przekręciła klucz w zamku. Głowę jej wprawdzie rozsadzało, ale nastawiona była optymistycznie. W końcu otrzymała od Bena pozwolenie odszukania Iana. Stwierdził, że powinna to zrobić, że musi stanąć ze swym byłym mężem twarzą w twarz. Zaraz, zaraz, czyż potrzebne jej było czyjekolwiek pozwolenie? Ależ tak, odpowiedziała sobie po chwili.

Bo przecież mogła spróbować skontaktować się z Ianem kiedykolwiek przez te ostatnie lata, a jednak tego nie zrobiła. Czekała, aż ktoś powie jej, że nie ma w tym nic złego, choć to specjalnie wiele jej nie mówiło. W końcu czas przyznać przed samą sobą, że tak bardzo chce zobaczyć Iana, iż czuje niemal przedsmak tego spotkania. – No, przyznaj się do tego – przynaglała się. – Powiedz sobie, że ogromnie ci na tym zależy i zrealizuj to pragnienie. Zaraz zaczęła planować.

14

Rok później, wkrótce po Nowym Roku, Emily zameldowała się w hotelu Plaza w Nowym Jorku. Rozpakowała bagaże, a następnie sprawdziła zawartość portfela i zamknęła go w walizce. W kieszeni płaszcza zostawiła sobie plik czeków podróżnych i czterdzieści dolarów w gotówce. Tyle powinno wystarczyć na opłacenie przejazdu taksówką do Centrum Medycznego Columbia Presbyterian i z powrotem.

Trzy dni przed Bożym Narodzeniem Emily zatelefonowała do Centrum, żeby umówić się na konsultacje u chirurga plastycznego w sprawie liftingu i tak się dla niej szczęśliwie złożyło, że jakaś kobieta odwołała swoją, a Emily została zapisana na jej miejsce na drugiego stycznia. Recepcjonistka oznajmiła, że tamta pacjentka zachorowała na grypę i termin jej operacji musiał ulec przesunięciu. Zaraz po świętach Emily pojechała pociągiem do Nowego Jorku, aby przeprowadzić wszelkie niezbędne badania, i zdążyła wrócić do domu przed szóstą wieczorem.

No, a teraz znów tu była. Kiedy wkładała płaszcz, serce zamarło jej na chwilę. Zamierzała poddać się dwóm operacjom; jedną miał być lifting twarzy, a drugą podniesienie biustu. W szpitalu miała spędzić pełne trzy dni, a potem jedynie pojawiać się tam co drugi dzień na wizyty kontrolne i tak przez dwa tygodnie aż do usunięcia wszelkich szwów i klamer. Sińce i opuchlizna miały schodzić przez kolejne trzy tygodnie i dopiero po tym okresie Emily zamierzała wrócić do New Jersey i spróbować wyjaśnić kłamstwa, które wszystkim naopowiadała. Spojrzała na ułożoną na toaletce stertę książek, które naszykowała do czytania na czas ukrywania się w hotelu. Oczy piekły ją nieznośnie, gdy szła do windy. Powiedziała sobie, że zdarzają się w życiu takie rzeczy, o których nikomu się nie mówi, a ta operacja była właśnie jedną z nich.

Emily nie była religijna, lecz przekraczając próg szpitala przeżegnała się. Operację miała wyznaczoną na dwunastą w południe, a była dopiero siódma trzydzieści.

O dziwo, ból nie dokuczał jej zanadto. Emily dużo spała, piła tylko przez słomkę i ani razu nie chciała spojrzeć w lustro. Kiedy po trzech dniach opuszczała szpital, owinęła głowę barwnym szalikiem firmy Hermes, który zakrywał sporą część twarzy. Bandaże zostały już zdjęte i Emily czuła jedynie zapach własnej skrzepłej krwi. Włosy miała splątane i przylizane. Klamry na twarzy wydawały się jej tak ogromne, jakby przeznaczone były raczej do drewnianych desek niż do skóry. Ciągle jeszcze nie odważyła się spojrzeć w lustro.

Ostatniego dnia przed wyjściem ze szpitala lekarze usunęli jej szwy z powiek. Miała wrażenie, że w oczach ma piasek i nie wiadomo dlaczego czuła się straszliwie brudna. Kąpała się przecież, tyle że nie mogła myć twarzy ani włosów.

Siódmego dnia po operacji zdjęto jej klamry i Emily wolno już było umyć głowę. Wciąż unikała patrzenia w lustro i siedziała cały czas w pokoju zleciwszy obsłudze hotelowej, by posiłki zostawiano jej przed drzwiami.

Dziesiątego dnia Emily wyszła z hotelu na spacer po Central Parku. Usiadła na ławce zajadając hot doga, który wydał jej się najsmaczniejszym posiłkiem, jaki kiedykolwiek jadła. Część bułki pokruszyła gołębiom, które tłumnie się wokół niej zgromadziły.

Pod koniec trzeciego tygodnia Emily poczuła się już na tyle pewnie, że odważyła się pójść na Manhattan na zakupy i sprawiła sobie sześć koronkowych biustonoszy z fiszbinami, majteczki typu bikini i dwa kostiumy firmy Donna Karan.

Kiedy dobiegał końca czwarty tydzień i po sińcach nie było już śladu, a i opuchlizna niemal całkiem zeszła, Emily umówiła się na wizytę w salonie Elizabeth Arden i zażyczyła sobie strzyżenie w pokoju bez luster.

Czterdziestego drugiego dnia lekarz uznał, że dalsze wizyty kontrolne są zbędne. Emily miała ochotę śpiewać z radości. W ciągu zaledwie pięciu tygodni przeobraziła się w zupełnie nową osobę. A za dwa dni miała wracać do domu przy Sleepy Hollow Road.

Dumna z modnej fryzury, Emily ubrała się w jeden z nowych kostiumów, włożyła buty od Louisa Jourdana i zapięła dyplomatkę, w której miała przygotowaną listę korporacji, jakie zamierzała odwiedzić tego dnia.

Przyszedł wreszcie czas na spojrzenie w lustro. Powolutku, krok za kroczkiem, z zamkniętymi oczami weszła do łazienki. W końcu nadeszła ta podniosła chwila. Emily otworzyła oczy, spojrzała w lustro i wybuchnęła śmiechem. Jakimś cudem chirurg zdołał odjąć jej dziesięć lat. Pomyślała, że umiejętnym makijażem uda jej się odmłodzić o kolejne pięć. – Emily, z ciebie jest wcielony diabeł! – powiedziała sobie chichocząc. Następnie umalowała się, pewnie i zręcznie posługując się pędzelkami i kredkami. Pamiętała, by nie nakładać na twarz zbyt wiele kosmetyków; zawsze lepiej było ich użyć za mało. Gdy skończyła, uśmiechnęła się. A Emily w lustrze odpowiedziała jej tym samym.

Teraz przyszła kolej na kolczyki, które stanowiły ostatni element dopełniający jej nowego wyglądu. Emily przywiozła je ze sobą, a pochodziły jeszcze z czasów małżeństwa z Ianem, bo kiedyś sama kupiła je sobie na gwiazdkę. Były to duże grube kółka z litego złota. Nigdy do tej pory ich nie nosiła, bo jakoś nie pasowały do jej ubrań, a w dodatku miała wówczas długie włosy, które skutecznie zakrywały eleganckie kolczyki. – Masz klasę i wyglądasz naprawdę szykownie – powiedziała sobie. Okręciła się na pięcie, żeby obejrzeć się w lustrze, i roześmiała się. Czuła się tak szczęśliwa, że chciało jej się płakać z radości. – Jestem znów sobą. Naprawdę jestem sobą.

Przysiadła na brzegu wanny. W jednej chwili zapomniała o wszystkich przykrościach i niepowodzeniach. Czuła się lżejsza, a jej twarz promieniała. Pomyślała, że zasłużyła sobie na ten poranek.

Jadąc windą, a zwłaszcza idąc potem przez hotelowy pasaż, czuła na sobie pożądliwe spojrzenia. Przed budynkiem czekała już na nią limuzyna, którą wynajęła na cały dzień, by odwiedzić zanotowane na liście firmy. Nie przestając się uśmiechać, wsiadła do samochodu.

Kiedy o czwartej wysiadła z limuzyny i szła w stronę mieszczącego się między Madison a Park Avenue biura firmy produkującej światłowody, jej uśmiech był, o ile to możliwe, jeszcze bardziej promienny.

Wręczyła recepcjoniście swoją wizytówkę i od razu została wprowadzona do gabinetu Keitha Mangrove’a.

– Mogę pani poświęcić dokładnie dziesięć minut, pani Thorn. Powiedziała pani, że tyle właśnie potrzebuje, czy tak?

– Tak, panie Mangrove, rzeczywiście wystarczy mi to. Proszę mnie teraz oprowadzić. Chciałabym wykorzystać pięć minut na obejrzenie pańskiej firmy. – W jednej chwili zrobiła w tył zwrot i ruszyła w dół korytarza mijając bardzo duży otwarty pokój i mniejsze pokoje, w których pracowały kobiety, z wyglądu czterdziestokilkuletnie. – Moim zdaniem, to naprawdę godne pochwały, że zatrudnia pan kobiety w średnim wieku. Dzieci mają już odchowane i wróciły do pracy, żeby dorobić do pokrycia kosztów ich kształcenia i rodzinnych wakacji. Proszę mi powiedzieć, co pan tu widzi, panie Mangrove?

– Pracujące kobiety.

– A co jeszcze?

– Nic. A czy czegoś nie dostrzegam?

– Owszem. – Emily zerknęła na zegarek. – Wydajność pracy bardzo spada o tej porze dnia. Te panie zrobiły się już dosyć ospałe. Niech pan zerknie na biurka; ile widzi pan tam batoników i puszek z napojami? I proszę spojrzeć na pańskie pracownice. Nie sądzi pan, że niektóre z nich mogłyby swobodnie zrzucić po pięć lub siedem kilo? Ma pan tu całkiem sporo tuczników, panie Mangrove. Mogę sobie pozwolić na użycie tego słowa, bo kiedyś odnosiło się ono także do mnie. Proponuję, aby po moim wyjściu jeszcze raz obszedł pan biuro powoli i spokojnie, i żeby zastanowił się pan nad tym, co pan widzi. A tak przy okazji, znam pewne ćwiczenie, które pozwoliłoby panu zredukować obwód w pasie o jakieś osiem centymetrów.

Emily ponownie spojrzała na zegarek i obróciwszy się na pięcie, ruszyła z powrotem w stronę gabinetu.

– Moja firma prowadzi program pod nazwą „Gimnastyka w Czasie Lunchu”. Sami instalujemy urządzenia do ćwiczeń i prowadzimy serwis. Pan płaci za ich wynajem. Nasze stawki nie są konkurencyjne, bo też nie mamy konkurentów. Mimo to, są całkiem rozsądne. Gwarantujemy panu wzrost wydajności pańskich pracownic już przed upływem pierwszych sześciu miesięcy funkcjonowania programu. Moi ludzie mogą zjawić się u pana za tydzień. Za dziesięć dni rozpoczną się pierwsze zajęcia. Jeśli zdecyduje się pan wprowadzić w swojej firmie „Gimnastykę w Czasie Lunchu”, to proponuję, żeby pracownicy uczestniczyli w nim obowiązkowo. No, ale czas już minął.

Emily wręczyła panu Mangrove cienką kopertę i ruszyła w stronę drzwi.

– Do jutra rana może się pan ze mną kontaktować w hotelu Plaża. Albo proszę zadzwonić do siedziby firny w New Jersey. Ewentualnie, jeśli będzie pan chciał pozbyć się tych paru centymetrów, wystarczy jeden telefon. – Emily była już w recepcji. Przechyliła głowę doskonale zdając sobie sprawę z tego, że Mangrove wciąż za nią stoi. – Niech pan zapyta tę panią, ile ma nadwagi – szepnęła mu.

– Proszę zaczekać; mam jeszcze kilka minut – powiedział Mangrove.

– Panno Devers, jaką ma pani nadwagę? – rzucił prosto z mostu.

– Bardzo przepraszam, panie Mangrove, ale czy nie sądzi pan, że to raczej moja osobista sprawa?

– Nie, nie sądzę. Proszę zwyczajnie odpowiedzieć na moje pytanie. I nie chcę więcej widzieć, jak pani pogryza ten batonik.

– Sam mi go pan dał, panie Mangrove – odparła podenerwowana.

– A jeśli chodzi o nadwagę, to mam osiem kilo – dodała szeptem.

Emily wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Proszę zaczekać jeszcze chwilkę, pani Thorn, mam trochę więcej czasu.

– Ale ja nie mam, panie Mangrove. Powiedziałam, że potrzebuję dziesięciu minut i zawsze dotrzymuję słowa.

Kiedy wychodziła z budynku dobiegł ją głos Mangrove’a:

– Ten batonik był przeznaczony dla klientów.

Usadowiwszy się w samochodzie, Emily zrzuciła buty i nalała sobie lampkę wina z wyjętej z barku butelki. Była tak pewna, że tych sześć korporacji, które odwiedziła, stanie się jej klientami, że postanowiła toastem uczcić swój sukces. A jeszcze jak powie o wszystkim koleżankom i Benowi, będą się cieszyć równie szaleńczo jak ona sama. Gdyby wszystkie sześć firm wykupiło program „Gimnastyka w Czasie Lunchu”, ona i jej przyjaciółki zarobiłyby dodatkowo czterysta tysięcy dolarów w ciągu roku. A sprzedając jeszcze dietetyczną żywność, mogłyby podwoić ten dochód.

Emily nalała sobie drugi kieliszek. Gdy go wypiła, zapytała kierowcę, jak daleko znajdują się od hotelu.

– Jakieś osiem, dziesięć minut jazdy, zależnie od natężenia ruchu – odparł.

– Dobrze, proszę się tu zatrzymać. Resztę drogi przejdę pieszo. Stanąwszy na chodniku, Emily miała ochotę wyrzucić ramiona do góry i krzyknąć, ale się opanowała. Udała tylko, że poprawia spódnicę, po czym obciągnęła żakiet i zaczęła iść. Pomyślała, że może kroczyć dumna jak paw. W końcu miała do tego prawo. Gdy doszła do hotelu, na jej twarzy widniał szeroki uśmiech. Szybko obrzuciła portiera wzrokiem, po czym obróciła się na pięcie tak, że aż zakręciło się jej w głowie i uderzyła dłońmi w kolana wprawiając tym portiera w rozbawienie.

– Lepiej już chyba być nie może – powiedziała śmiejąc się radośnie. Ludzie wokół uśmiechali się do niej ciesząc się jej szczęściem.

– Teraz moja kolej rzucać piłką – zawołała przez ramię. Roześmiała się, gdy ktoś odkrzyknął:

– Tylko niech pani trafi do bramki.

Zostało jej zaledwie kilka godzin do powrotu do domu. Wyobrażając sobie miny przyjaciółek i reakcję Bena, nie mogła się już doczekać tej chwili. Straszliwie za nimi wszystkimi tęskniła. Żałowała trochę, że choć raz do nich nie zadzwoniła, ale w ten sposób wszystko by zepsuła. Z przeżyciami ostatnich sześciu tygodni musiała uporać się sama, bez niczyjej pomocy. Nawet teraz jeszcze pakując swoje rzeczy, te stare i te nowo kupione, nie była pewna, czy postąpiła słusznie, ale było już po fakcie.

Celowo zaplanowała podróż tak, by zjawić się w domu w porze kolacji, bo chciała pokazać się wszystkim naraz. Wprawdzie pierwotnie miała zamiar wyjechać wcześnie rano i zdążyć do domu, zanim koleżanki z niego wyjdą, ale postanowiła tego ostatniego dnia kupić prezenty dla przyjaciółek i Bena.

Zerknęła na leżącą na łóżku listę rzeczy, które miała do zrobienia. Przede wszystkim czekał ją telefon do pana Mangrove’a z firmy produkującej światłowody w sprawie spotkania z Benem, potem miała odebrać z sejfu w recepcji kosztowności i czeki podróżne, wymeldować się z hotelu, sprawdzić, czy limuzyna na pewno przyjedzie na czas i zlecić portierowi zniesienie bagaży na dół. Obliczyła, biorąc pod uwagę uliczne korki, że dojedzie do domu na wpół do siódmej. Wszystkie przyjaciółki powinny być akurat w kuchni szykując kolację. O Boże, ależ przeżycie. Oczami wyobraźni widziała jak siada na środku kuchni, a koleżanki jedna przez drugą wypytują o szczegóły i zachwycają się jej nową twarzą i fryzurą. O podniesieniu piersi postanowiła na razie nie wspominać. Potem przy deserze wręczy im prezenty – torebki od Chanel – i znów nasłucha się okrzyków radości. A później, gdy posprzątają po kolacji, wypiją kawę i podzielą się wszelkimi nowinkami, ona pojedzie do Bena, by zobaczyć jego reakcję.

Pomyślała, że Ben pewnie przyjrzy jej się, uśmiechnie radośnie i weźmie w ramiona mówiąc: – Czyż to na pewno ta sama Emily Thorn, którą znam i kocham? – A ona piśnie ze szczęścia i powie – Tak, tak, to ja we własnej osobie. – Wtedy obydwoje zaczną się nawzajem rozbierać i przejdą do sypialni, gdzie będą się kochać długo i powoli. W ogóle wszystko będzie cudownie. Tym bardziej że był przecież właśnie dzień świętego Walentego.

– Znakomicie! – zachichotała Emily. – W takich okolicznościach mogłabym nawet przyjąć oświadczyny Bena.

Spojrzała na leżące na łóżku pudełeczko, w którym znajdował się walentynkowy upominek dla przyjaciela oraz drobiazg dla jego syna, Teda.

– Jest pani pewna, że chce pani tutaj wysiąść? – zapytał kierowca limuzyny.

– Absolutnie. Pójdę pieszo podjazdem. Proszę zostawić bagaże i pudełka przy skrzynce na listy. Później je zabiorę. Teraz chcę zrobić domownikom niespodziankę. Gdyby usłyszeli, jak pan podjeżdża pod dom albo zobaczyli światła, nie udałoby mi się ich zaskoczyć.

Wysiadła wręczając kierowcy hojny napiwek, mimo iż wiedziała, że był on już uwzględniony w rachunku zapłaconym za wypożyczenie samochodu. Nieważne.

Wreszcie była w domu. Naprawdę w domu. Po raz pierwszy od wielu lat poczuła, że ten budynek przy Sleepy Hollow Road jest rzeczywiście jej domem, jej własnym. I w dodatku w jego ciepłym wnętrzu czekała na nią rodzina, a niecałe trzy kilometry stąd mieszkał zawsze gotów na jej przyjęcie przyjaciel. – Cierpliwi dostają wszystko to, co najlepsze – powiedziała sobie cicho.

Wciągnęła głęboko powietrze i powoli je wypuściła. Teraz jej oddech stał się przyspieszony, a z nosa wydobywały się małe, lecz gęste chmurki pary. Do tej pory nie zauważyła nawet, jak bardzo jest zimno. Zimno i ciemno. Nagle uświadomiła sobie również, że na ulicy przed domem i na podjeździe stoi kilka nieznajomych samochodów. Naliczyła ich sześć. – Co to mogło oznaczać? – zastanawiała się nie mogąc ruszyć się z miejsca. Trzęsła się cała, choć miała na sobie nowe kaszmirowe palto. Żołądek skurczył jej się ze strachu.

W górze na niebie błyszczały gwiazdy, a światło księżycowego rogalika spływało wprost na podjazd. W blasku sodowych lamp wszystko wokół, nawet mocno oszronione krzewy, wydawało się zrobione z błękitnawej stali. Było pozbawione życia i zimne. I Emily też się tak czuła. Ruszyła podjazdem w stronę domu wymijając zaparkowane samochody; żadnego z nich nigdy do tej pory nie widziała.

W pewnej chwili potknęła się, co wzbudziło w niej ogromną wściekłość, bo nie miała wątpliwości, że złamała sobie obcas. Poczuła, jak jej dłonie zaciskają się w pięści. Przecież dom, przed którym stała, należał do niej. Cóż więc u diabła tu się działo? Rozejrzała się w poszukiwaniu własnego auta i dostrzegła je za trzema innymi samochodami; było zupełnie zablokowane. Nie miała pojęcia, jak teraz dostanie się do Bena. Z aut koleżanek też nie mogła skorzystać, bo zastawiały je te obce samochody.

– Cholera! – zaklęła pod nosem.

Doszła do wniosku, że coś jest nie tak albo z nią samą, albo wewnątrz rozświetlonego domu. Tak wściekła nie była od dnia, w którym dostała pożegnalny list od Iana. I obecnie także czuła się tak, jakby coś odeszło od niej na zawsze, a ona straciła swoje miejsce w życiu.

Okrążyła dom i podeszła do kuchennych drzwi. Przez szybkę zajrzała do środka. Stół nie był nakryty, lecz w całej kuchni panował niesamowity bałagan. Pomyślała, że koleżanki jedzą kolację w pokoju stołowym. Tyle że nigdy tam nie jadały. Nawet w czasie świąt. Zamiast wejść przez kuchnię, Emily znów obeszła dom, by zajrzeć przez okno do pokoju. Wciągnęła głęboki oddech i stanęła w takiej odległości od domu, by móc dobrze widzieć jego wnętrze. Aż zamrugała ze zdziwienia, gdy wokół swego własnego stołu zobaczyła obcych ludzi. I to mężczyzn! Było ich siedmiu! Siedzieli razem z jej przyjaciółkami zajmując miejsca na przemian – kobieta, mężczyzna. Jedli kolację śmiejąc się i żartując. Na półmisku leżał indyk prawie zupełnie okrojony już z mięsa. Wyglądało na to, że trwało przyjęcie walentynkowe. I to w jej własnym domu. Wszystkie panie były wystrojone, a nieznajomi panowie mieli na sobie garnitury i białe koszule. Ich twarze wyglądały całkiem sympatycznie. Emily poczuła, że zakręciło się jej w głowie. Potrząsnęła nią, żeby rozjaśnić myśli. Gdy otworzyła oczy zauważyła, że siedzący obok Helen Demster okrąglutki mężczyzna nachylił się ku niej i pocałował ją w policzek. Emily aż dech zaparło. Helen, która twierdziła, że jest dziewicą, uśmiechnęła się nieśmiało. Jej bliźniacza siostra wybuchnęła śmiechem, a pozostałe panie uśmiechnęły się z sympatią. Brat bliźniak okrąglutkiego mężczyzny szepnął coś do ucha Rose. – Chryste Panie – mruknęła i znów jej dech zaparło.

Z oczami utkwionymi w oknie Emily zaczęła się wycofywać wprost na poskręcane gałęzie jaworowego drzewka. W końcu zrozumiała, co ją zaniepokoiło – siedzący przy stole mężczyźni byli bliźniakami. Pewnie należeli do tego samego klubu bliźniaków co Rose i Helen. A więc tak jak one tworzyli pary – byli jak solniczka i pieprzniczka, jak buty i skarpetki. Siódmy mężczyzna nie miał swego bliźniaka, ale on siedział razem z Zoe, która nigdy jeszcze nie była tak pełna życia. Emily pomyślała, że gdyby teraz weszła do domu, zepsułaby koleżankom zabawę. Chociaż one zniweczyły tym przyjęciem jej wielkie wejście. I w dodatku w jej własnym domu.

Poczuła, jak ogarnia ją straszliwa zazdrość. A do tego jeszcze zupełnie przemarzła. Pokój wyglądał ciepło i przytulnie, a resztki kolacji tak zachęcająco. Uświadomiła sobie, że jest bardzo głodna. Koleżanki najwyraźniej nie traciły czasu i samodzielnie organizowały sobie życie, i trudno było nie zauważyć, że chyba nieźle sobie radzą. Sprawiały wrażenie szczęśliwych, w pełni zadowolonych.

Emily poczuła się zdradzona. Przyszło jej do głowy, że przyjaciółki już jej nie potrzebują. Nagle zapragnęła wejść do domu gwałtownie otwierając drzwi i wyrzucić wszystkich na mróz. Ledwie jednak to pomyślała, a już zawstydziła się tej myśli.

Przeszła do końca podjazdu i popatrzyła na stojące tam walizki i pudła z prezentami. Upchnęła je pod rozłożystymi cisami, które rosły po obu stronach ścieżki. Aż zaklęła pod nosem, gdy uświadomiła sobie, że nie może nawet wejść do swego samochodu, bo kluczyki zostały w domu.

Ruszyła więc w kierunku domostwa sąsiadów, czując jak wrze w niej gniew. Państwo Mastersonowie byli ludźmi starszymi i nigdy nie wychodzili na zewnątrz po zmroku. Pomyślała, że może pożyczą jej samochód, aby mogła pojechać do Bena. W końcu od wielu lat dawała im kwiaty i warzywa ze swego ogródka. Na pewno wyświadczą jej przysługę i pozwolą skorzystać z auta.

Obeszła dom i delikatnie zapukała do kuchennych drzwi. Sąsiedzi jedli akurat kolację. Harvey ciężko podniósł się z krzesła, podszedł do drzwi i wyglądając przez szybkę zapytał:

– Kto tam?

– To ja, Emily Thorn. Harveyu, czy mogę zamienić z tobą słówko?

– Aaa, Emily. Miło cię widzieć. Może zjesz z nami kolację? – zaproponował staruszek.

– Nie, dziękuję. Ale potrzebuję twojej pomocy. Nie mogę uruchomić samochodu i zastanawiałam się, czy nie pożyczyłbyś mi swojego na parę godzin. Obiecuję, że będę bardzo ostrożna.

– Pod warunkiem, że zatankujesz – odparł chytrze.

– Emily, czy coś się stało? – zapytała Evelyn wolno wymawiając każde słowo. Ta kobieta zawsze wszystko robiła powoli, gdyż jak twierdził Harvey, pochodziła z południa, a tam wszyscy tacy byli.

– Nie, Evelyn, wszystko w porządku. Pewnie wysiadł akumulator. Jutro dam go do sprawdzenia.

– Czy ten twój przystojny mąż podarował ci coś z okazji walentynek? – spytała z uśmiechem Evelyn. – Bo Harvey dał mi prezent. Ani razu przez te wszystkie lata, odkąd jesteśmy małżeństwem, nie zapomniał o walentynkach.

Na moment Emily ogłupiała.

– Owszem i to bardzo ładny drobiazg – skłamała szybko. Uznała, że nie ma sensu wyjaśniać Mastersonom, że Ian odszedł od niej już dawno temu. Obydwoje mieli skłonność do zapominania i żyli raczej chwilą obecną.

– Proszę kluczyki, Emily. Tylko bądź ostrożna. Czasami sprzęgło się zacina. I odstaw nam samochód jutro. Zamierzamy z Evelyn trochę się poprzytulać, a potem pójdziemy do łóżka i powspominamy stare dobre czasy. Gdybyś podjechała tu samochodem dzisiaj, słyszelibyśmy cię i czar wieczoru by prysnął.

Harvey wykrzywił usta w uśmiechu, który miał być zapewne figlarny, po czym mrugnął do Emily. Ona odpowiedziała tym samym i odeszła.

Dwadzieścia minut później zatrzymała się na jednym z miejsc parkingowych należących do mieszkańców osiedla, na którym mieszkał Ben. Zamknęła samochód i podeszła do auta Bena. Skoro tu stało, to najwyraźniej był w domu. Na drugim przysługującym Benowi miejscu stał jakiś samochód, ale Emily go nie rozpoznała. Pomyślała, że ktoś po prostu skorzystał z wolnego miejsca, podobnie jak ona przed chwilą.

Stała trzymając w dłoni klucz do mieszkania Bena. Przyszło jej do głowy, że może przyjazd tu jest błędem i ogarnął ją niepokój. Ben mógł przecież mieć jakieś towarzystwo. Uznała, że lepiej będzie zadzwonić do drzwi i nie korzystać tym razem z klucza. Chociaż Ben powtarzał jej wielokrotnie, żeby nie czuła się onieśmielona i wchodziła do domu, kiedy zechce, o każdej porze dnia i nocy. Mimo to użyła tego klucza zaledwie trzy razy.

Emily zawróciła i przez chwilę przyglądała się samochodowi, który zajmował drugie należne Benowi miejsce parkingowe. Był to jasnoczerwony sportowy wóz. Przy bliższych oględzinach uznała- że to mazda albo coś w tym rodzaju. W każdym razie model, który wybrałaby jakaś młoda osoba. Nie wiedziała, co zrobić. Zapomniała zabrać ze sobą prezenty dla Bena i Teda, a kartka walentynkowa też została w walizce. A niech to diabli! – zaklęła pod nosem.

Ruszyła w stronę samochodu Mastertonów i wsiadła do środka. Otuliła się szczelniej paltem, ale nie przekręciła kluczyka w stacyjce ani nie włączyła ogrzewania.

Pomyślała, że być może powinna raczej pójść do hotelu, by nikomu nie psuć wieczoru. Wystarczy, że jej powrót do domu nie udał się, więc po co jeszcze przerywać zabawę koleżankom? Jakiś głos podszeptywał jej, że nie ma przecież pewności, iż jej wejście zakłóciłoby wesoły nastrój przyjęcia. Usiłowała jednak wmówić sobie, że co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Goście przyjaciółek nie znali jej, więc rozmowa by się nie kleiła. A i one same też pewnie czułyby się niezręcznie. Lecz wewnętrzny głos nie dawał za wygraną i przypominał, że dom jest przecież jej własnością i chociaż trwa w nim przyjęcie urządzone bez niej, to jednak nie powód, by iść do hotelu. Odpowiedziała sobie, że myślała, a właściwie spodziewała się, iż po powrocie zastanie wszystko w takim samym stanie jak zostawiła. A było jasne, że bardzo wiele się zmieniło. Każda z jej przyjaciółek kogoś miała, a przynajmniej na to wyglądało. I to w jej własnym domu. No nie, do nich ten dom także częściowo należał, bo płaciły czynsz. Miały więc prawo przyjmować gości. Sama zresztą im na to pozwoliła. Tyle że oczekiwała, iż ona również będzie uczestniczyła w tych przyjęciach. A gdyby teraz weszła do domu, czułaby się jak piąte koło u wozu. A niech to jasna cholera! – zaklęła.

Zaczęła się zastanawiać, jak długo będzie tak siedzieć i marznąć. No i czy nie zdecyduje się jednak zadzwonić do drzwi Bena albo otworzyć je swoim kluczem. Uznała, że lepiej chyba będzie pojechać do domu i spróbować przemknąć się na górę przez kuchnię.

W końcu jednak otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu. Przejęta, z poważną miną podeszła do domu Bena. Klucz wsunęła do kieszeni i nacisnęła dzwonek.

Kiedy drzwi się otworzyły, pierwsze, co przyszło jej do głowy, to że ona też kiedyś była taka młoda. Miała nawet warkoczyk. Chociaż nie pamiętała, żeby jej cera była kiedykolwiek taka jasna i nieskazitelna. Nagle uświadomiła sobie, że musi coś powiedzieć, jakoś się zachować. Zmuszając się do uśmiechu, odezwała się:

– Chyba pomyliłam drzwi. Szukam numeru 2112.

– Tutaj jest 2121. Ale bardzo łatwo jest pomylić te domy. Numer, którego pani szuka, znajduje się o trzy ulice dalej. Baddinger ciągnie się w obydwu kierunkach i jeszcze zakręca. Człowiekowi zdaje się, że już przejechał trzy ulice, a wciąż jest na tej samej.

– Tak, rzeczywiście, to wyjaśnia sprawę – odparła Emily wycofując się.

Z wnętrza mieszkania dobiegł ją głos Bena:

– Kto to, Melanie?

– Ktoś szukał numeru 2112 – odpowiedziała mu dziewczyna. A więc miała na imię Melanie.

Emily pobiegła w stronę samochodu Mastersonów. Chciała się wypłakać, ale łzy jakoś nie płynęły.

– I tobie też wszystkiego najlepszego z okazji walentynek – powiedziała gorzkim głosem przekręcając kluczyk w stacyjce i zapalając światła.

Gdy podjechała pod dom, u Mastersonów było już ciemno. Zaparkowała po przeciwnej stronie ulicy, wysiadła i pieszo ruszyła podjazdem w kierunku kuchennego wejścia. Otworzyła drzwi, przeszła przez kuchnię i tylnymi schodami weszła na górę do swojego pokoju. Oczy ją piekły, lecz wciąż nie mogła się rozpłakać. Zamknęła się na klucz.

Znów pomyślała, że nikt jej nie potrzebuje. Już nie. Przyjaciółki zaczęły wieść własne życie. Jednak jakiś wewnętrzny głos nie chciał się zgodzić z takim myśleniem. Przypominał, że przecież wnioski, do których doszła, wysnuła jedynie na podstawie tego, co zobaczyła przez okno oraz faktu, że drzwi Bena otworzyła młoda śliczna dziewczyna.

Ach, ci mężczyźni!

Jakże ich wszystkich nienawidziła.

To przez nich spotkały ją wszystkie nieszczęścia. I przedtem, i obecnie.

Tak, właśnie tak było.

Powoli, nie spiesząc się, Emily rozebrała się i odwiesiła do szafy swój nowy kostium. Ale po cóż jeszcze trzymać buty ze złamanym obcasem? Szybko wrzuciła je do stojącego w łazience kosza na śmieci. Umyła twarz i zęby, wyszczotkowała włosy i rozwiesiła ręcznik. Następnie włożyła nocną koszulę i położyła się do łóżka.

Czekała ją długa noc. Dobrze wiedziała, że nie zdoła zasnąć. Ilekroć się czymś martwiła, sen nigdy nie przychodził.

Nerwy miała tak napięte, że czuła się jak naelektryzowana, więc skuliła się pod kołdrą, gdy nagle z dołu dobiegł jej uszu gromki wybuch śmiechu. Gdyby tylko chciała usłyszeć o czym tam na dole mówią, wystarczyło podejść do ściany w miejscu, gdzie znajdowały się grzejniki i usiąść na podłodze. Od niej tylko zależało, czy to zrobi. Ale w żadnym wypadku nie chciała tak się zachować.

Dalej więc leżała w łóżku zamęczając się wspomnieniami i wyobrażeniami, i nasłuchując hałasów, jakie robiła jej rodzina. Chciała być tam z nimi, śmiać się z nimi, spędzić ten wieczór wspólnie. A zamiast tego leżała w łóżku ukrywając się w swoim własnym domu. I to z własnego wyboru. Pomyślała o Benie. Zaraz jednak upomniała samą siebie, żeby nie zawracać sobie nim głowy. Przesunęła się na drugą połowę łóżka. Poprawiła poduszki, wygładziła kołdrę, wydmuchała nos i otarła oczy.

Godziny mijały. Zegar na nocnym stoliku wskazywał już wpół do pierwszej, gdy Emily usłyszała na schodach odgłosy kroków. Sprzed domu dochodził hałas uruchamianych samochodów, które odjeżdżały jeden po drugim. Walentynkowe przyjęcie dobiegło końca. Wkrótce w domu zaległa cisza i wszyscy ułożyli się do snu.

Emily wciąż rozmyślała o przeszłości, o swoim obecnym życiu i o tym, co jeszcze mogło się wydarzyć. O wpół do piątej wstała, wciągnęła dres i wsunęła stopy w ciepłe kapcie. Nie widziała powodu, dla którego miałaby się dłużej trząść z zimna. A jeśli jej lokatorki spocą się pod kołdrami, to i co z tego. Gwałtownie przekręciła pokrętło termostatu ustawiając je na dwadzieścia osiem stopni.

Kiedy zeszła na dół, zatrzymała się na ostatnim stopniu i rozejrzała wokół. Stół w pokoju wciąż był zastawiony. Na jego centralnym miejscu majaczył w ciemności szkielet indyka. Kryształowe kieliszki połyskiwały, bo przenikało je wpadające zza okna srebrzyste światło księżyca.

Emily weszła do kuchni i poczuła, że aż gotuje się w niej z wściekłości. Wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnęła, porozrzucane były garnki i patelnie. Na stole walało się tyle butelek po winie, kieliszków, resztek kanapek i przekąsek, pełnych popielniczek i brudnych sztućców, że nie miała gdzie postawić filiżanki. Dzbanek do kawy był brudny, stalowy pojemniczek wciąż pełen fusów, a czerwone światełko migało nieustannie. W całym pomieszczeniu unosił się zapach spalonej kawy. Przecież to wszystko groziło pożarem. Jak one mogły być takie głupie? Gdyby jedna czy dwie, byłaby w stanie zrozumieć, ale wszystkie siedem? I piekarnik także był włączony. Jak one śmiały zrobić jej coś takiego?

Emily nie mogła przestać o tym myśleć i wyobrażając sobie konsekwencje postępowania koleżanek, zaczęła zrzucać ze stołu to, co na nim było. Następnie wcisnęła czerwony przycisk na kontrolce systemu alarmowego i stojąc w miejscu wsłuchiwała się w piskliwe, przerażające dźwięki syreny wypełniające cały dom. Pomyślała, że alarm powinien obudzić wszystkich, nawet siostry Demster śpiące w mieszkanku nad garażem. Chwilę później rozległ się dzwonek telefonu. W słuchawce Emily usłyszała głos strażnika z firmy ochroniarskiej.

– Mówi Emily Thorn, bardzo pana przepraszam. Włączyłam alarm przez przypadek. Hasło brzmi „klinika”. Jeszcze raz przepraszam – powiedziała i odłożyła słuchawkę.

Dopiero po trzech minutach w kuchni zgromadziły się wszystkie lokatorki domu, a bliźniaczki dobijały się do kuchennych drzwi. Kobiety wpatrywały się w Emily zaspanymi oczami.

– Emily! – wykrzyknęły chórem.

– Sprzątnijcie kuchnię. I to już! Zostawiłyście włączony ekspres do kawy i piekarnik. A wasi goście zablokowali wczoraj mój samochód. Był mi potrzebny i musiałam pożyczyć wóz Mastersonów. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że to mój dom.

Emily była tak rozwścieczona, że aż zaczęła się trząść. Pomyślała, że powinna wyjść z kuchni, zanim powie coś, czego będzie potem żałować. Odwróciła się więc na pięcie i ciężkim krokiem ruszyła po schodach do swego pokoju.

Tym razem usiadła na podłodze przy kaloryferze, żeby podsłuchać rozmowy prowadzonej w kuchni i wcale się tego nie wstydziła. Okazało się jednak, że jedynymi dźwiękami, jakie słyszała, było stukanie i pobrzękiwanie naczyń i sztućców. Zaczęła ogryzać paznokieć kciuka.

Zastanawiała się, czy to znaczy, że jest drażliwa i dziecinna. I owszem, znaczyło, ale co z tego. Nie zamierzała pozwolić, by zraniono ją w taki sam sposób, jak kiedyś robił to Ian. Nigdy więcej nie mogła dopuścić do czegoś takiego. Postanowiła, że pozbędzie się lokatorek, zanim one wyrzucą ją ze swego życia. W końcu zdrada to najcięższy chyba grzech na świecie.

Chwileczkę, upomniała samą siebie, chcesz je wyrzucić, bo nie zaprosiły cię na przyjęcie? Jak niby miały cię zaprosić, skoro nie powiedziałaś im ani gdzie się wybierasz, ani kiedy wracasz? A płacą przecież czynsz i to daje im pewne prawa. Sama im powiedziałaś, że nie masz nic przeciwko temu, żeby przyjmowały gości. Czy gdyby każda z nich chciała ułożyć sobie życie z mężczyzną, to naprawdę gotowa byłabyś stanąć na drodze ich szczęścia? Bo przecież o to właśnie chodzi, prawda? Czy rzeczywiście sądziłaś, że spędzicie resztę życia razem bawiąc się w harcerki?

Owszem, tak właśnie myślałam, odpowiedziała sobie. Pragnęłam tego. Chciałam do kogoś należeć, mieć rodzinę. Chciałam, żebyśmy szły przez życie razem, zwierzały się sobie nawzajem i były sobie pomocne, kiedy-w trudnych chwilach. Tak się wszystkie zgadzałyśmy, wszystko szło znakomicie. Odniosłyśmy sukces w interesach, jesteśmy zabezpieczone na przyszłość. I…

I co? Czy tylko to się w życiu liczy – praca i spokój o jutro? A zwykłe, codzienne życie? Czy nie chodzi także o to, żeby je dzielić z kimś, kto cię kocha? Żeby przeżyć miłość? Co w tym złego? W końcu nie masz prawa, Emily, mówić innym, co mają zrobić czy czego nie robić ze swoim życiem osobistym. A twoje koleżanki miały wczoraj przyjęcie, walentynkową uroczystość. Gdyby nie to, że nie było cię w mieście, siedziałabyś przy tym stole wraz z Benem. Ale ty wyjechałaś i to była twoja własna decyzja. Opanuj się, Emily, i nie rób burzy w szklance wody. Życie toczy się dalej bez względu na to co robisz, więc staraj się robić to, czego naprawdę chcesz. Pomyśl o tym, jak wiele radości daje ci przebywanie z przyjaciółkami i jak świetnie się rozumiecie.

Ale Ben…

Słysząc delikatne pukanie do drzwi, Emily zerwała się z podłogi. Nie była pewna czy nie zamknęła się na klucz. Odetchnęła z ulgą, gdy przekonała się, że nie.

– Emily, to ja, Lena. Przyniosłam ci kawę. Proszę, otwórz drzwi. Wiem, że jesteś zdenerwowana. Mogłybyśmy porozmawiać?

Emily usiadła na łóżku, podkuliła kolana i objęła je rękami. Czuła się jak zraniony ptak, któremu ucięto skrzydła. Przypomniała sobie, że kiedyś czuła się jak stary, zmęczony pies. Sama nie wiedziała, co było gorsze. Jedyne czego była pewna, to że serce krwawi jej z bólu.

Wczoraj skradała się pod domem jak złodziej i szpiegowała własne przyjaciółki. Dzisiaj schowała się w swoim pokoju, jakby zrobiła coś złego. Pomyślała, że rzeczywiście ogromnie się zmieniła przez te ostatnie lata. I że powinna teraz zejść na dół i wszystko wyjaśnić. Nie można pozwalać, żeby rana się jątrzyła.

– Nie mogę cię wpuścić – odrzekła płaczliwym głosem. Owszem, możesz, powiedziała sobie w duchu. Jesteś w stanie zrobić co tylko trzeba. Przecież właśnie dlatego, że to potrafisz, osiągnęłaś aż tak wiele. Dasz sobie teraz radę – to nie ulega wątpliwości. Twoje przyjaciółki mają prawo, by je wysłuchano.

Emily przyczesała włosy i popatrzyła w lustro. Zdążyła już zapomnieć o swojej nowej twarzy. Ale nagle, w tej jednej chwili, nie miało dla niej znaczenia, jak wygląda. Liczyło się tylko to, kim właściwie jest ta osoba patrząca na nią z lustra.

* * *

Usiadły wszystkie wokół stołu w kuchni, każda z kubkiem kawy przed sobą. Krzesło Emily było puste, zresztą jej kubek także.

– Najwyraźniej miałyście przyjęcie – powiedziała przyciszonym głosem.

– Owszem. Prawdę mówiąc świętowałyśmy nie tylko z powodu walentynek. Zoe podpisała kontrakt z dużą firmą ubezpieczeniową w Raritan Center, a Martha z zakładem chemicznym w Middlesex Industrial Park. Ben natomiast miał sfinalizować umowę z tą nową firmą, która powstała za Foodtown. Zadzwonił nawet wieczorem i powiedział, że sprawa jest załatwiona. On też był zaproszony na kolację, ale przyjechała jego młodsza siostra, która studiuje w Tampa, i Ben zabrał ją i Teda do Poconos na narty. Nie zachowywałyśmy się wcale aż tak frywolnie jak… jak ci się wydawało, gdy się zjawiłaś – opowiadała Lena. I ton jej głosu, i wyraz oczu świadczyły o zmęczeniu.

– Usiądź, Emily. Naleję ci kawy – zachęcała cicho Kelly.

– Pewnie chciałabyś wiedzieć, kto… czyje samochody widziałaś na podjeździe. No cóż… Rose i ja zaprosiłyśmy dziewczyny na spóźniony bal noworoczny w klubie bliźniąt i… wprawdzie do klubu mogą należeć tylko bliźnięta, ale na bal możemy zapraszać gości… no wiesz. Wszyscy… świetnie się ze sobą zgadzali i przyszło też kilka nowych par, które przyprowadziły ze sobą kolejne pary bliźniaków, których nie znałyśmy, bo nie należały do klubu… i myślałyśmy… tak dobrze bawiłyśmy się w ich towarzystwie… wiem, że plotę trzy po trzy i sama nie wiem dlaczego – powiedziała Helen.

– Przez ciebie poczułyśmy się tak, jakbyśmy zrobiły coś złego – oświadczyła Lena chłodnym tonem. – Fakt, nie powinnyśmy iść spać zostawiając cały ten bałagan, lecz uzgodniłyśmy, że wcześniej wstaniemy i posprzątamy. Wypiłyśmy trochę za dużo wina. Jeśli w ten sposób zarobiłyśmy u ciebie krechę, to bardzo nam przykro.

– Nie wiedziałyśmy, że wrócisz wczoraj – podjęła Nancy. – Dlaczego się do nas nie przyłączyłaś, tylko poszłaś do siebie na górę? Myślę, że zachowałaś się nienormalnie, Emily. Dlaczego wzbudzasz w nas, a przynajmniej we mnie, poczucie, że robię coś podstępnego za twoimi plecami? Przecież my także tu mieszkamy. Powiedziałaś, że możemy przyjmować gości, chyba że miało się to odbywać wyłącznie podczas twojej obecności w domu?

A więc to była siostra Bena, myślała Emily. Od razu jej ulżyło. Wiedziała, że powinna teraz coś powiedzieć, dać koleżankom jakiś znak, że wszystko jest w porządku. Tyle że w porządku nie było. Nie mogła wykrztusić z siebie słowa i miała świadomość, że – jak mawiał Ian – gotowa jest w tej chwili samej sobie zrobić na złość, byle drugiemu dokuczyć. Znów dawała się ponieść swemu głupiemu uporowi. Wmawiała sobie, że nawet jeśli jej przyjaciółki spotkały tych mężczyzn niedawno i nie wywiązała się między nimi jakaś głębsza więź, to przecież prędzej czy później dojdzie do tego. A wówczas opuszczą ją jedna po drugiej. I zostanie sama. W końcu skinęła głową. Czuła się bardzo nieprzyjemnie, jakby juz nie należała do tego grona.

– Oczywiście, że macie prawo przyjmować gości. Gratuluję wam nowych sukcesów w pracy. Ja też załatwiłam parę kontraktów w Nowym Jorku. Dokumenty leżą w kopercie na szafce. Ciężko mi to powiedzieć, ale chyba już czas, żebyście poszukały sobie innego mieszkania i wyprowadziły się stąd. Nie możemy do końca życia bawić się w harcerki. Ja… zamierzam sprzedać ten dom i kupić mniejszy albo jakieś mieszkanko. Może gdzieś w Park Gate. Nie musicie się jednak spieszyć. Właściwie to w ogóle nie ma pośpiechu, więc szukajcie spokojnie.

Powiedziawszy to odstawiła kubek i wyszła z kuchni. Gdy znalazła się w swoim pokoju, bezpieczna i zamknięta w czterech ścianach, wtuliła twarz w poduszkę i rozpłakała się jak dziecko czkając i pociągając nosem. Nie przewidziała, że to, co zrobiła, zaboli aż tak bardzo. Przypuszczała, że jeśli sama będzie inicjatorką rozstania z przyjaciółkami, to cierpienie z tym związane okaże się łatwiejsze do zniesienia.

A wszystko z powodu głupiego przyjęcia. No cóż, nie mogła już cofnąć słów, które wypowiedziała. Nawet gdyby chciała, a przecież nie miała wcale takiego zamiaru. – Nie wahaj się, Emily, rób co masz do zrobienia, powiedziała sobie. Tylko co, do cholery, mam właściwie do zrobienia?

Muszę przestać opierać swoje szczęście na innych ludziach. Muszę ułożyć sobie własne życie. I zamknąć na zawsze ten jego rozdział, który już się skończył, a do którego należał również Ian. Dopiero wtedy będę mogła rozpocząć nowy etap. Po raz kolejny zresztą. – Ale czego ty właściwie pragniesz, Emily – pytała samą siebie.

Chcę… chcę być szczęśliwa, zadowolona, mieć kogoś, z kim mogłabym porozmawiać, podzielić się codziennymi przeżyciami, zarówno tymi złymi, jak i tymi dobrymi, kogoś, kto by mnie nie osądzał. Chwileczkę, upomniała siebie, a co ja przed chwilą zrobiłam? Nie tylko osądziłam swoje przyjaciółki, ale jeszcze wytoczyłam im proces i skazałam je. Nawet Bena. Wszystko zepsułam, pomyślała.

Chwilę później wyleciała z pokoju jak strzała i zaczęła zbiegać na dół skacząc po dwa schodki. Przemknęła przez pomieszczenia na dole wymijając stół po drodze i wpadła do kuchni. Zatrzymała się tak gwałtownie, że aż się poślizgnęła. Wszystkie jej przyjaciółki płakały. Ona sama zresztą także.

– Chciałam tylko powiedzieć, że nie mam nic przeciw temu, jeśli wolałybyście się wyprowadzić. Po prostu nie zniosłabym żegnania się siedem razy. Pomyślałam, że jeśli powiem wam wszystkim naraz, żebyście poszukały sobie innego mieszkania, to tylko raz będę cierpieć. Nie mogę wytrzymać… Wydawało mi się, że nie przeżyłabym tego powtórnie. Obserwowałam was przez okno, jak siedziałyście przy stole; każda z was kogoś miała i wiedziałam, po prostu wyczułam, że… – Na moment głos jej się załamał, lecz zaraz znów zaczęła mówić: – Popracuję nad sobą. Proszę, nie bądźcie na mnie złe. Zachowałam się jak idiotka. Kiedy wracałam do domu z prezentami, z nowymi kontraktami, z nową twarzą i piersiami, wyobrażałam sobie… chciałam, żebyśmy… ale teraz to już nie ma znaczenia. Byłam głupia i postąpiłam dokładnie tak samo jak wtedy, gdy byłam z Ianem. Miałam nadzieję, że wydoroślałam i zmądrzałam, ale emocjonalnie chyba wciąż jestem na poziomie przedszkolaka.

W jednej chwili wszystkie koleżanki zerwały się z miejsc i obstąpiły Emily oglądając jej twarz, dotykając skóry, to znów odsuwając się nieco, by, jak ujęła to Nancy, właściwie ocenić zarys biustu. A potem zaczęły mówić jedna przez drugą przekrzykując się; opowiadały o zaproszonych na przyjęcie bliźniakach, o tym, w czym każdy z nich mógł im pomóc, o interesach, o pogodzie, o domu i wszystkim, co tylko przyszło im do głowy. W sumie można by to streścić następująco: – Tęskniłyśmy za tobą, Emily. Bez ciebie nic nie było takie jak powinno.

– Ja także za wami tęskniłam – odrzekła Emily ocierając oczy. – Wczoraj wieczorem, kiedy zobaczyłam was ucztujące przy stole pojechałam do Bena, a drzwi otworzyła mi młodziutka dziewczyna. Udałam, że pomyliłam adres. Pomyślałam, że Ben postanowił dać sobie ze mną spokój. A potem poczułam się kompletnie przybita. Wybaczycie mi?

– Oczywiście. Czyż nie po to ma się rodzinę?

– Czy nad nami czuwa jakiś dobry duch, czy co? – zastanawiała się Emily uszczęśliwiona.

Chyba czuwa.

15

– Emily, wyjdziesz za mnie? – spytał Ben. – Oświadczam ci się już piętnasty raz w ciągu ostatnich dwóch lat. No jak, czy dzisiaj jest mój szczęśliwy dzień?

– Obawiam się, że nie, Ben. Ja się nie nadaję na żonę. Obydwoje dobrze o tym wiemy. Naprawdę, nie musisz troszczyć się o mój status. Lubię być niezależna. Gdybym za ciebie wyszła, zamęczyłabym cię swoją miłością. Taką już mam naturę. Lepiej niech zostanie tak jak jest. Przynajmniej mnie to bardziej odpowiada. A jeśli ty…

– Nie kończ, Emily. Nie chcę żadnej innej kobiety. Kocham cię, zawsze cię kochałem. Dobrze jest nam razem.

– I chcę, żeby tak zostało. Nie wiem dlaczego, ale ten papierek, który stwierdza, że jest się mężem i żoną, jakoś wszystko zmienia. Czy moglibyśmy porozmawiać o czymś innym?

– A o czym byś chciała?

– O mojej planowanej podróży do Los Angeles, żeby spotkać się z Ianem.

– A jest w tej sprawie coś do omówienia? Podjęłaś już decyzję, że chcesz pojechać, więc o czym mamy dyskutować?

– Chyba chciałabym usłyszeć twoją opinię.

– Pamiętaj, że to ja sugerowałem, iż powinnaś się z nim zobaczyć. Czy może coś innego cię męczy? Jeśli tak, to mów śmiało. Nie umiem czytać w myślach.

Emily uśmiechnęła się.

– Wyjeżdżam rano. Chcesz jechać ze mną?

– Nie. Ale będę na ciebie czekał, jak wrócisz.

– Ben, jesteś słodziutki, najcudowniejszy na świecie – powiedziała Emily tuląc się do niego.

– Nie jestem pewien, czy chcę być nazywany słodziutkim. Dlaczego nie powiesz o mnie męski albo przystojny? Muskularny też by mi się podobało.

– To wszystko też się do ciebie odnosi – odrzekła uśmiechając się. – Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie i moich współlokatorek.

– Wierz mi, Emily, że to najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek od ciebie usłyszałem.

– Zamknij się już i kochaj się ze mną.

Ben zamilkł i wykonał polecenie.

* * *

Powiedzieć, że wyglądała dobrze, to mało; prezentowała się wspaniale. Jak kobieta, która zwraca uwagę i pobudza zmysły. Jak ta, która zamierza podbić męskie serca.

Kostium od Armaniego był doskonałym osiągnięciem sztuki krawieckiej, a i butom nie można było nic zarzucić, tym bardziej że podkreślały zalety nóg najlepiej jak można. Makijaż miała nieskazitelny, a włosy tak modnie uczesane, że mogłaby równać się z tymi kobietami, które znajdowały się na topie, jeśli chodzi o modę i elegancję.

Posługując się fałszywym nazwiskiem Ann Montgomery, Emily umówiła się na spotkanie z doktorem Ianem Thornem w Bayshore Clinic na godzinę trzecią po południu.

Tym, czego nie przewidziała i na co nie była przygotowana, była gromada ludzi protestujących przed kliniką, wymachujących domowej roboty transparentami i broszurami, które i jej usiłowali wcisnąć do ręki. Przeciskając się przez tłum, Emily odpychała podsuwane jej ulotki. Zastanawiała się, czy takie rzeczy zdarzają się tu codziennie, czy też po prostu miała pecha.

Gdy wreszcie dotarła do kliniki, zgłosiła się do recepcji. Dyżurna pielęgniarka podała jej formularz do wypełnienia, lecz Emily oświadczyła uśmiechając się: – Przyszłam w sprawie osobistej – i oddała jej druczek.

– Pan doktor czeka na panią – oznajmiła pielęgniarka pięć minut później. – Pierwsze drzwi na lewo.

Pokusa, by wziąć nogi za pas i uciec była tak silna, że aby jej się oprzeć Emily zacisnęła pięści i mocniej wbiła obcasy w dywan. Jednocześnie zaczerpnęła kilka głębokich oddechów. Starała się, żeby były naprawdę głębokie. Po chwili poczuła, że jest gotowa i ruszyła z miejsca pamiętając, żeby iść powoli i otwierać drzwi również bez najmniejszego śladu pośpiechu. Powiedziała sobie jeszcze, że wygląda przecież świetnie, więc powinna się zachowywać z pełną tego świadomością.

Nie, to nie mógł być Ian. Nie ten gruby, łysiejący mężczyzna, który wyciągał do niej na powitanie trzęsącą się rękę.

– Witam, panno Montgomery, pielęgniarka powiedziała, że przyszła pani w sprawach osobistych. Przyznam, że wielu pacjentów twierdzi tak na początku. Proszę usiąść i rozluźnić się.

– Ianie, nie poznajesz mnie? To ja, Emily.

– Emily!

Szok, niedowierzanie, oburzenie – wszystkie te uczucia malowały się wyraźnie na czerwonej twarzy Iana. Emily przemknęło przez myśl, że Ian za dużo pije.

– Tak właśnie mam na imię – powiedziała siadając. Założyła nogę na nogę zadowolona, że spódnica lekko się przy tym uniosła. – Przyjechałam tu z drugiego końca kraju tylko po to, żeby się z tobą zobaczyć.

– Ale dlaczego? Czego chcesz? Co ty z sobą zrobiłaś?

– Prawdę mówiąc niczego od ciebie nie chcę. Nie masz nic, czego ja mogłabym kiedykolwiek potrzebować. Chciałam po prostu cię zobaczyć. No, może miałam ochotę powiedzieć ci coś. To mianowicie, że spaliłam wszystkie twoje białe koszule. – Przerwała na chwilę, żeby podkreślić to ostatnie zdanie. – Właściwie to chyba kolej na mnie zapytać, co ty z sobą zrobiłeś. Wyglądasz jakby cię wleczono po kamieniach, a potem wystawiono na słoneczny żar. To ma być wygodne życie, co? Na miejscu czekających tam pacjentek, nigdy nie pozwoliłabym, żebyś podszedł do mnie ze skalpelem. Ręce ci się trzęsą. W dodatku masz twarz pijaka. I chyba ze dwadzieścia kilo nadwagi. Zaraz, czy mi się zdaje, czy masz plamę na koszuli? No, no – powiedziała cmokając.

– Czego chcesz, Emily?

– Niczego. Mówię szczerze, Ianie, nic od ciebie nie chcę. Chwileczkę, ile bierzesz za pierwszą wizytę?

– Sto dolarów – odparł mechanicznie.

Emily wypisała czek i położyła go dokładnie na środku biurka.

– Jak widzisz, płacę nawet za czas, jaki mi poświęciłeś. Powiedziałam, że niczego nie chcę. Miałam tylko ochotę zobaczyć, czy minione lata były dla ciebie równie dobre jak dla mnie. – W tym momencie wstała, obróciła się wokół własnej osi, żeby mógł ją obejrzeć, po czym usiadła. – Zachowałeś się wobec mnie jak człowiek kompletnie pozbawiony skrupułów, ale jakoś to przeżyłam. Założę się, że nic nie wiesz o moim życiu. A może jednak? – Ian potrząsnął przecząco głową. – To ja jestem właścicielką firmy „Kliniki Wychowania Fizycznego Emily”. Fakt, że działamy głównie na wschodnim wybrzeżu, więc mogłeś o nas nie słyszeć. Rocznie zarabiam – pochyliła się nad biurkiem i zniżyła głos do szeptu – siedmiocyfrową liczbę.

To ostatnie było kłamstwem, ale Ian nie musiał tego wiedzieć.

– Skończ już z tym, Emily – przerwał jej wzywając jednocześnie pielęgniarkę. Gdy przywołana kobieta stanęła w drzwiach, Ian burknął do niej: – Zadzwoń do mojego dawnego prawnika z New Jersey, Staną Margolisa, i poproś, żeby powiedział ci wszystko co wie na temat firmy, która nazywa się „Kliniki Wychowania Fizycznego Emily”. Zajmij się tym natychmiast.

Emily wzruszyła ramionami.

– Jak tam interesy? I dlaczego nie potrafiłeś się zdobyć na to, żeby stanąć ze mną twarzą w twarz i powiedzieć mi, że odchodzisz, tylko przysłałeś list polecony?

– Bo nie chciałem żadnej sceny. Ty uwielbiałaś je urządzać.

– Ile masz tu klinik?

– Sześć, chociaż to nie twój interes. Zaczynam myśleć o wyniesieniu się stąd. Codziennie muszę użerać się z tymi tłumami na zewnątrz. Dwukrotnie podkładano nam bomby ogniowe, sześć albo siedem razy nas okradziono, ale teraz jest jeszcze gorzej. Nie przewidziałem tego typu rzeczy – wyrzucił z siebie w pośpiechu.

Telefon na biurku rozdzwonił się. Ian podniósł słuchawkę.

– Tu doktor Thorn. O, Stan, miło słyszeć twój głos. Świetnie, świetnie. Tak, mnóstwo tu smogu. Ale jest u mnie pacjentka. – Emily uśmiechnęła się widząc minę Iana. Siedziała tu i zastanawiała się, jak też mogła być aż tak zaślepiona na punkcie tego człowieka. Po chwili Ian odłożył słuchawkę. Na jego twarzy malowała się chciwość. – Chcę połowę.

– Połowę czego?

– Tego, co posiadasz. Zapewniłem ci przecież dobry start. Wypadałoby, żebyś mi się odwdzięczyła.

– A o tym, że ja zapewniłam ci dobry start, to już nie pamiętasz?

– Dałem ci wszystko, czego chciałaś – odburknął. – Spłać mnie, a będę mógł przestać posługiwać się kobietami.

– A idź do diabła. Jesteśmy rozwiedzeni i to od dawna. Nie masz prawa do niczego, co należy do mnie.

– Czy wciąż masz nasz dom?

– Owszem, z dwiema hipotekami. Wzięłam kredyt pod zastaw swojej części na wypadek, gdybyś chciał odzyskać należną ci połowę wartości domu. Tak więc połowa jest twoja. Powiedz tylko, kiedy chcesz ją mieć. Do tej pory jakoś odpuściłam sobie tę sprawę. Kupiłam mieszkanie w Park Gate. Dom jest wart bardzo niewiele – skłamała Emily. – Dam ci za niego pięć tysięcy albo wszystko zostanie tak jak jest. Cholera, sama miałam zamiar poruszyć ten temat. Dzięki, że mi przypomniałeś. No cóż, czas już na mnie.

– Dlaczego miałbym ci wierzyć?

– Zawsze mi wierzyłeś. Czy kiedykolwiek cię okłamałam?

– No dobrze, przyjmuję twoją ofertę.

– Więc musisz podpisać zrzeczenie się praw do domu i przenieść prawo własności na mnie.

– Wypisz czek – powiedział podpisując dokumenty. – A co z tulipanami?

– A co ma być? – spytała wypełniając drugi czek i kładąc go na pierwszym.

– Czy hodowałaś je dalej?

– Przez jakiś czas. Ale obecnie w ogródku nie rosną żadne kwiaty. Nie mam czasu na zajmowanie się nimi. – Po chwili przerwy zapytała miękkim głosem: – Ianie, jesteś szczęśliwy?

– Na miłość boską, czy ty znasz kogoś, kto jest szczęśliwy? Zawsze zadawałaś podobnie idiotyczne pytania.

Wsunął czeki do szuflady biurka.

– A nie zapytasz, czy ja jestem szczęśliwa?

– No, a jesteś? Emily uśmiechnęła się.

– Tak i to bardzo. Złamałeś mi serce, Ianie. Naprawdę krwawiło z bólu. Ale rana się zagoiła. Przez pewien czas zdawało mi się, że to nigdy nie nastąpi. Czasem przyjemnie jest się pomylić. Kiedy wreszcie zdałam sobie sprawę, że zmarnowałam pół swego życia na ciebie, ozdrawiałam stosunkowo łatwo. A co się z tobą działo?

– Nic. Nie zadawaj sobie trudu wymyślaniem, co jeszcze mogłabyś mi powiedzieć, żeby zrobić mi przykrość.

– Marnujesz swoje życie tak samo jak zmarnowałeś moje. Ale dla ciebie już za późno na zmianę; straciłeś swoje atuty. Spójrz, jak trzęsą ci się ręce. Powinieneś przerwać operowanie, zanim stanie się jakieś nieszczęście. Zajmij się dermatologią.

Wstała i zaczęła iść w stronę drzwi.

– Daj spokój, Emily, chyba wciąż musisz coś do mnie czuć. Przecież przeżyliśmy razem tyle lat. Może zjedzmy kolację przez pamięć na dawne czasy. Zapomniałaś już te przyjemne chwile, to co było dobre? – spytał głosem, w którym słychać było rozpacz.

– Ianie, to ja, Emily. O jakich przyjemnych chwilach i dobrych czasach mówisz? Uczucia, jakie do ciebie żywiłam, dawno już wygasły. Teraz działasz na mnie wręcz odpychająco. Popatrz na siebie, taki jesteś wykształcony, tyle lat studiowałeś medycynę, i jak wyglądasz? Jesteś naprawdę żałosny. Dupek z ciebie – dodała wychodząc. Ian otworzył szufladę biurka i przez chwilę wpatrywał się w czeki otrzymane od Emily. Uznał, że czas iść do domu, do wielkiego pustego domu pełnego kosztowności zgromadzonych dzięki dochodom z klinik aborcyjnych. Zdjął lekarski fartuch i włożył sportową marynarkę. Tak jak każdego dnia przed wyjściem żałował w duchu, że w klinice nie ma tylnych drzwi, przez które mógłby się wydostać z budynku, żeby nie przeciskać się przez tłumy protestujących.

Kiedy szedł przez parking, słyszał wokół siebie pokrzykiwania pikietujących ludzi. Uniósł w górę zaciśniętą pięść i obrzucił ich wyzwiskami. Nagle rozległ się strzał i Ian miał nawet wrażenie, że dostrzegł błysk światła na lufie karabinu. Poczuł, że nie może utrzymać się na nogach i zaczął balansować rękami w powietrzu, które wydało mu się rozrzedzone. W końcu upadł twarzą na brudny asfalt.

Potem nie czuł już nic.

* * *

Czekając aż obsługa hotelowa przyniesie jej zamówioną na obiad sałatkę i zupę warzywną, Emily spakowała swą niewielką torbę. Skończywszy, zatrzasnęła ją. Zostało jej zaledwie kilka godzin do powrotu do domu.

Spotkanie z Ianem wiele ją kosztowało. Pyszałkowate zachowanie i wymądrzanie się w stosunku do byłego męża sprawiło, że czuła się teraz zmieszana. Wciąż nie była pewna, po co właściwie przyjechała. Przecież sprawa domu stanowiła jedynie pretekst. Ale wobec Iana zawsze potrzebowała pretekstów. Ciężko było zerwać ze starymi nawykami. Cały czas, aż do chwili kiedy spotkała się z nim twarzą w twarz, czuła się z nim związana, mimo iż byli rozwiedzeni. Za to teraz mogła sobie szczerze powiedzieć, że nie chce już więcej ani słyszeć o Ianie, ani go widzieć. Jeśli rzeczywiście do tej pory istniała między nimi jakaś więź, to dzisiejszą wizytą Emily przecięła ją raz na zawsze.

Pomyślała, że poważnie zastanowi się nad powrotem do swego panieńskiego nazwiska i załatwi to na drodze sądowej. Wprawdzie ten pomysł wielokrotnie już przychodził jej do głowy, ale nigdy nie zrobiła nic, żeby go realizować. Gdy niosła torbę w kierunku drzwi, rozległo się pukanie. Emily wpuściła do środka kelnera, który przyniósł jej obiad.

– Nie zamawiałam tego – powiedziała. – Ale proszę zostawić. Może pan jednak mieć nieprzyjemności ze strony osoby, która dostanie moją sałatkę i zupę.

Podpisała rachunek, dała kelnerowi hojny napiwek, po czym zabrała się do jedzenia ogromnej kanapki z szynką i serem oraz frytek i pikli. Mocno schłodzona butelka Budweisera wyglądała bardzo zachęcająco. Emily uwielbiała piwo, ale rzadko je pijała. Włączyła telewizor, usiadła wygodnie w fotelu i oparłszy stopy o łóżko zajadała ze smakiem.

Delektowała się tak, dopóki nie zobaczyła na ekranie telewizora twarzy Iana. Szybko wzmocniła fonię, bo wcześniej, kiedy zjawił się kelner ściszyła głos. Zszokowana, z oczami rozszerzonymi zdziwieniem, przetrawiała w myślach to, co przed chwilą usłyszała. Z relacji wynikało, że Ian został zastrzelony na parkingu przez jakiegoś przeciwnika prawa do aborcji. Rozmawiała z nim zaledwie kilka godzin temu, nazwała go nawet dupkiem, a teraz on już nie żył. Nigdy, przenigdy nie usłyszy znów jego głosu, Ian zniknął z jej życia. I to na zawsze. Emily rozpłakała się, czując się całkowicie otępiała; jej ciałem wstrząsały gwałtowne dreszcze.

Kilka godzin później, gdy wylała już wszystkie łzy, umyła twarz, uczesała się i pociągnęła usta szminką. Oczy miała zaczerwienione i lekko opuchnięte. Zdecydowała, że nie będzie ich malować, bo wiedziała, że jeszcze się pewnie rozklei.

Zastanawiała się, co powinna teraz zrobić? Czy wrócić do domu, tak jak planowała? Czy może pójść na policję? Tylko co niby miałaby powiedzieć? Z Ianem była przecież rozwiedziona. Nie miała już z nim nic wspólnego. Ale kto właściwie zajmie się teraz jego sprawami? Czy miał jakąś żonę albo kochankę? Kto był jego prawnikiem? Może powinna zadzwonić do Staną Margolisa i poprosić go o radę. Ktoś musi zorganizować mu pogrzeb i ustalić, na którym cmentarzu ma być pochowany, Ian nigdy nie chciał rozmawiać na temat ubezpieczenia na życie czy wykupu cmentarnej działki. Ciekawe, czy w ostatnich latach poczynił jakiś dyspozycje odnośnie do swego majątku? Emily naprawdę nie wiedziała, czy było jej obowiązkiem zostanie w mieście i… i co? Rozłożyła bezradnie ręce. Wykręciła numer centrali i zamówiła rozmowę uprzedzając, że nie zna numeru abonenta.

– Proszę powiedzieć osobie, która odbierze telefon, że to nagły wypadek, sprawa życia i śmierci. Prawdę mówiąc chodzi akurat o śmierć. Tak, będę czekać – dodała roztrzęsiona. – Po jakimś czasie usłyszała w słuchawce głos prawnika, a jego brzmienie, podobnie zresztą jak ton głosu Iana, nie budziło wątpliwości, że rozmawia z profesjonalistą. Emily wzięła głęboki oddech i wyjaśniła, w jakiej sprawie dzwoni. Na koniec powiedziała: – Nie wiem, co robić. To znaczy chodzi o to, że chciałabym zachować się właściwie. Zdaje mi się, że gdybym w takiej sytuacji po prostu wyjechała, byłabym… gruboskórna. Chętnie zrobię to, co pan uważa za najbardziej stosowne.

Emily zupełnie wyczerpana chodziła po pokoju załamując ręce. Margolis miał teraz zatelefonować na policję, wyjaśnić, o co chodzi, i oddzwonić do niej. Zastanawiała się, czy nie skontaktować się z domem. Tutaj była szósta, ale w New Jersey już dziewiąta. Wszystkie jej przyjaciółki były o tej porze w domu. Zwykle pierwsze, co robiły po powrocie, to włączenie małego telewizorka stojącego w kuchni i wysłuchanie wieczornych wiadomości. Emily była pewna, że ukaże się w nich wzmianka o śmierci Iana. Zabójstwa zawsze były ważną ich częścią. Nie mogła zdecydować czy lepiej zadzwonić teraz, czy zaczekać na wieści od Margolisa. I czy odwołać lot, czy nie. Dopiła piwo, które jeszcze miała w butelce, wciąż chodząc po pokoju. Było wpół do siódmej, gdy rozdzwonił się telefon i usłyszała w słuchawce głos prawnika z New Jersey.

– Policja chciałaby panią przesłuchać. To czysta formalność i, moim zdaniem, powinna pani pojechać na komisariat. Niech pani przełoży wylot na jutro. Jeśli będzie pani potrzebować mojej pomocy, proszę zatelefonować.

Emily zanotowała domowy numer Margolisa i wsunęła karteczkę do portfela. Kolejne dwadzieścia minut zabrało jej przełożenie lotu i powiadomienie koleżanek, które zdążyły już dowiedzieć się o wszystkim z telewizji.

– Nie, dziękuję, nie możecie mi w niczym pomóc. Dam wam znać, jak wygląda sytuacja, gdy wrócę z policji. Ale zróbcie mi przysługę i zadzwońcie do Bena.

* * *

Gdy Emily dotarła na komisariat, wprowadzono ją do małego pokoiku, gdzie czekał na nią detektyw do spraw zabójstw, któremu wyjaśniła okoliczności swej wizyty u Iana. Mężczyzna słuchał jej uważnie.

– Wiedziałam, że Ian nie będzie chciał… a przynajmniej zdawało mi się, że nie chciałby ze mną rozmawiać, gdyby wiedział, że przyjdę… Pewnie to, co mówię nie ma dla pana wielkiego sensu… właściwie w tej chwili mnie także nie wydaje się zbyt mądre. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego przyjechałam do Kalifornii akurat teraz… może dlatego, że… że… możliwe, że wyjdę niedługo za mąż. Najprawdopodobniej nie… to chyba nie ma sensu, prawda? Jakiś wewnętrzny głos kazał mi go odwiedzić… więc to zrobiłam… ale nie wiem nawet, czy do Iana dotarły dokumenty rozwodowe. Co powinnam teraz zrobić? Czy wie pan, kto zajmuje się sprawami Iana? Nie chcę nikomu wchodzić w drogę, lecz jeśli nie ma nikogo, kto by wszystkiego dopilnował, mogę załatwić formalności związane z pogrzebem. Kiedy… kiedy… on będzie… wie pan może?

– Koroner powiedział, że wyda ciało dziś późnym wieczorem. Rozmawialiśmy z naczelną pielęgniarką oraz z asystentką doktora Thorna. Jego prawnik czeka tu w holu. Jeśli ma pani ochotę, proszę z nim pomówić. Zaraz przepiszemy na maszynie pani zeznania, a pani je podpisze. Nie widzę tu żadnych problemów. Proszę przyjąć wyrazy współczucia, pani Thorn.

Emily skinęła głową.

– Jestem Aaron Jessup, pani Thorn – przedstawił się jej wysoki siwy mężczyzna o szarych oczach, gdy detektyw wprowadził Emily do długiego wąskiego pomieszczenia.

– Emily Thorn – odrzekła wyciągając rękę. – Czy Ian miał jakieś… jakieś… czy chciał być pochowany na cmentarzu, czy poddany kremacji? Kiedy byliśmy małżeństwem, nigdy nie chciał rozmawiać na takie tematy, więc nie mam pojęcia, co powinnam zrobić, o ile oczywiście jestem właściwą osobą, żeby zająć się tą sprawą. Chętnie załatwię wszelkie formalności, zabiorę go do… do domu… ale nie mam pewności, czy uważał jeszcze New Jersey za swój dom. Ian miał trzech braci, ale z tego co wiem, nie utrzymywał z nimi żadnego kontaktu odkąd wyprowadził się od rodziców. A jego ojciec i matka nie żyją. Nie potrafię powiedzieć, gdzie obecnie przebywa jego rodzeństwo.

Prawnik odchrząknął, zanim zaczął mówić:

– Doktor Thorn zasięgał mojej porady wkrótce po tym, jak się tu osiedlił. Właściwie jego sprawy są uporządkowane. Wyraził życzenie, by po śmierci jego ciało zostało poddane kremacji, a prochy rozsypane po pustyni Mojave.

Emily wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.

– A więc Ian chce… chciał być poddany kremacji?

– Tak. Chciał też, żeby zrzucono z helikoptera tulipany. Tysiące tulipanów. Chociaż pani czy mnie może się to wydawać dziwaczne, dla doktora Thorna było to coś tak normalnego, iż uważał, że nie musi tego wyjaśniać. Mogę panią zapewnić, że był w pełni władz umysłowych, gdy spisywał swój testament.

Emily zastanawiała się, dlaczego prawnik tak się przed nią tłumaczy.

– Skoro takie miał życzenie, to musi zostać spełnione. Czy pan jest wykonawcą testamentu?

– Tak.

– Zamierzałam jeszcze dziś wieczorem wrócić do domu, ale przełożyłam lot. Zatrzymałam się w hotelu Beverly Hills, gdyby chciał się pan ze mną skontaktować. Mogę zostać w mieście przez kilka dni.

– Byłbym ogromnie zobowiązany. Emily skinęła głową.

– Cóż, obawiam się, że niewiele wiem na temat kremacji. Nie orientuję się nawet, do kogo należy w tej sprawie zadzwonić. Czy do zakładu pogrzebowego, czy… Ja… nie jestem pewna, czy Ian w ogóle życzyłby sobie, żebym cokolwiek dla niego robiła. Co prawda zawsze uważałam, że ostatnie życzenie umierającego powinno być potraktowane jak najbardziej poważnie, ale nie sądzę, żebym… żebym mogła zrobić to, czego pan ode mnie oczekuje – powiedziała apatycznym głosem.

– Doktor Thorn miał bardzo skomplikowaną naturę. Był także ogromnie bogaty. Wszystko, co posiadał, zostawił pani.

– Co? – padło pełne zaskoczenia pytanie przypominające strzał z pistoletu.

– Doktor Thorn zostawił pani wszystko, co posiadał, cały swój majątek. Sporządził testament zaraz po przeprowadzeniu się tutaj, wtedy gdy pierwszy raz zasięgnął mojej porady. Kiedy otrzymał dokumenty rozwodowe, upewniłem się, czy życzy sobie zmienić swą ostatnią wolę, ale oświadczył, że nie. Powiedział, że winien jest to pani, bo gdyby nie pani, nie byłby lekarzem.

– Ian to powiedział? – Emily załamała się, a łzy zaczęły spływać jej po policzkach. – Nic z tego nie rozumiem. Nie chcę jego pieniędzy – mówiła łkając.

– Doktor Thorn przewidział, że tak właśnie pani powie. Dodał też, i tu go zacytuję: „Bardzo jestem ciekaw, co zrobi z tymi pieniędzmi. Proszę jej powiedzieć, że będę patrzył z góry.”

– Nawet po śmierci mi grozi.

– Powiedział też coś, co utkwiło mi w pamięci. W zasadzie była to uwaga rzucona mimochodem i wówczas żaden z nas nie zastanawiał się nad nią. Powiedział to po tym, jak podpisał testament.

Emily głośno wydmuchała nos.

– Nie jestem pewna, czy mam ochotę to usłyszeć.

Prawnik uśmiechnął się.

– Doktor Thorn powiedział, że kiedy panią poznał, była pani tak śliczna jak motylek. Nie zauważyłem, żeby doktor Thorn szafował komplementami, więc ten zwrócił moją uwagę. Jest pani bardzo ładna, pani Thorn. Moim zdaniem, ten komplement łączy się jakoś z pieniędzmi. To zresztą też było jednym z ulubionych słów pana Thorna. No, ale chyba powinniśmy już wyjść stąd. Robi się późno. Czy mogę podwieźć panią do hotelu? Jest mi prawie po drodze. Bo wspomniała pani, że mieszka w Beverly Hills, prawda?

– To bardzo uprzejme z pana strony, panie Jessup. Dziękuję.

* * *

Zegar wskazywał jedenastą, kiedy Emily zadzwoniła do domu przy Sleepy Hollow Road. Koleżanki odebrały telefon zaraz po pierwszym dzwonku. Pochlipując Emily opowiedziała im o spotkaniu z prawnikiem i powtórzyła wszystko, czego się od niego dowiedziała.

– Ciekawa jestem, co myślicie o tej groźbie Iana? – spytała żałosnym głosem.

– Kotku, nie dopatruj się w jego słowach groźby. Przecież powiedział tylko, że będzie cię obserwował, żeby zobaczyć, czy właściwie wykorzystasz te pieniądze i tak właśnie o tym myśl – starała się uspokoić ją Lena.

– To jest rodzaj testu. On wiecznie poddawał mnie jakimś próbom. A teraz… umarł i zostawił mi w spadku kolejny sprawdzian. A jeśli zrobię coś niewłaściwego? Coś, co będzie sprzeczne z jego zamiarami czy intencjami?

– Decyzję pozostawił tobie. Równie dobrze mógł przekazać swój majątek komuś innemu, może jakiejś instytucji charytatywnej albo bezdomnym, czy jednej z fundacji medycznych, a jednak chciał je dać tobie. Sądzę, że na swój własny sposób on ci ufał. Emily, postaraj się dostrzec plusy sytuacji, w jakiej się znalazłaś. Nie stwarzaj sobie zmartwień. A właśnie, Ben jest w drodze do ciebie. Zoe odwiozła go na lotnisko. Emily, nie siedź w hotelu i nie myśl o tym bez przerwy. Pojedź na lotnisko; tam jest dużo ludzi i w ogóle ciągle coś się dzieje. Poczekasz tam na Bena.

– Leno, czy on naprawdę tu leci? Miałam ochotę zadzwonić do niego i poprosić, żeby przyjechał, ale jakoś nie wydawało mi się to w porządku wobec niego. Rzeczywiście, masz rację, zrobię jak radzisz. Leno, nie wiem, czy sobie z tym wszystkim poradzę. Moja wytrzymałość psychiczna ma swoje granice.

– Dasz sobie radę, Emily. Wrócisz do nas wolna wreszcie od przeszłości. Długo na to czekałaś, kotku. I nie myśl o tym co było, masz to już za sobą. Skup się na chwili obecnej, a żeby cię trochę rozweselić, pani Thorn, powiem ci, że Dudley Duhoefer oświadczył się pani Marcie Nesbit. I pani Nesbit powiedziała – tak. Możesz w to uwierzyć? Zdarzyło się to dziś wieczorem – wyobrażasz sobie – tuż po kolacji. Dudley wszedł kuchennymi drzwiami i w obecności nas wszystkich klęknął na jedno kolano. To było taaakie romantyczne.

– O jasny gwint, szkoda, że tego nie widziałam. Jak sądzisz, czy zgodzi się to powtórzyć? – spytała.

– Jestem pewna, że tak. I wiesz co – to klękanie było dla niego bardzo trudne. Dokucza mu trochę artretyzm. Ale właśnie z tego powodu te oświadczyny jeszcze bardziej chwytały za serce. No co, pojedziesz teraz na lotnisko?

– Tak. Leno, porozmawiaj z dziewczynami. Zapytaj, czy mają jakieś pomysły w kwestii wykorzystania pieniędzy Iana. A ty jak myślisz, co powinnam z nimi zrobić?

– Emily, kierujesz to pytanie do niewłaściwej osoby. Ja nie umiem dysponować sumą większą niż sto dolarów. Wiem oczywiście, że każda z nas ma teraz sporą sumkę na koncie, ale do mnie to jeszcze nie dociera. W każdym razie nie spiesz się. A jak duże pieniądze masz na myśli?

– Nie mam pojęcia. Wszystkie jego oszczędności były zainwestowane. I to mądrze. Podejrzewam, że chodzi o wielką sumę, ale jedyne co wiem na pewno, to że nie mogę ich zatrzymać. Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Pozdrów wszystkich ode mnie i przekaż Marcie moje gratulacje. Zobaczymy się za kilka dni.

Emily czekała na Bena przed wyjściem z samolotu. Gdy go zobaczyła, poczuła ogromną ulgę, a do oczu napłynęły jej łzy. Ten mężczyzna, ten człowiek, który był dla niej przyjacielem i kochankiem, potrafił poradzić sobie ze wszystkim. Kiedy to sobie uświadomiła, zrobiło jej się słabo ze wzruszenia. Wsparła się na jego ramieniu i razem ruszyli przez halę przylotów.

– Pójdziemy teraz do baru – oświadczył Ben. – Wyglądasz jak ktoś, komu dobrze by zrobił dobry mocny drink. Ja stawiam.

– W takim razie przyjmuję zaproszenie – odparła słabym głosem. – Kończąc już prawie trzecie piwo, powiedziała nieco bełkotliwie: – Ben, dlaczego ja musiałam przyjechać tutaj akurat w takiej chwili? Dlaczego wybrałam właśnie ten dzień i godzinę? Czy było mi to przeznaczone? I nazwałam Iana dupkiem; to było ostatnie słowo, jakie ode mnie usłyszał. A potem… potem umarł. I muszę żyć ze świadomością tego co się stało. Jak ja sobie z tym poradzę?

– Po prostu idź do przodu. Nie rozpamiętuj przeszłości i nie oglądaj się za siebie. To co było już się stało i nic się nie zmieni. Nie masz wyboru, musisz żyć dalej.

– Masz rację – wyszeptała.

– Czy w głębi serca uważasz, że Ian zmarnował życie i sobie, i tobie?

– Tak – odparła znów szeptem.

– A kogo można nazwać dupkiem? Czy on nim był? Kąciki ust Emily uniosły się w leciutkim uśmiechu.

– Dupek to mniej więcej to samo co oferma. Tylko bardziej obrazowo powiedziane. Wydaje mi się, że Ian jest… to znaczy był dupkiem.

– A mówiłem? No, chodź, masz już czerwony nochal. Czas położyć cię do łóżka. Jutro jest nowy dzień. Prawdę mówiąc, to już teraz mamy jutro.

– Cieszę się, że jesteś tu ze mną, Ben. Dziękuję, że przyjechałeś.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odrzekł wyprowadzając ją z hali przylotów.

Siedząc w łóżku wsparta na poduszkach, Emily ze wszystkich sił starała się przestać płakać.

– Ktoś przecież powinien opłakiwać Iana. Owszem, ja płaczę, ale nie z żalu po jego śmierci. Właściwie po co ja ryczę? Wiesz może, Ben? Cieszę się, że tu jesteś. Mówiłam ci to już?

Ben uśmiechnął się.

– Spróbuj zasnąć, Emily. Nie ma nic złego w tym, że płaczesz i naprawdę nieważne, czy lejesz łzy powodu Iana, czy siebie samej. Ja przespałem się w samolocie, więc teraz posiedzę w salonie i pooglądam telewizję. Bardzo ci współczuję, Emily. Jeśli umiera ktoś, kogo znamy, zawsze trudno jest się z tym pogodzić. Mówimy sobie wtedy, że nie byliśmy na to przygotowani, że to nie była właściwa chwila. A przecież nie ma czegoś takiego jak odpowiednia chwila na umieranie. To się po prostu zdarza i trzeba uporać się z tym najlepiej jak tylko można. Wszystko będzie dobrze, Emily. Obiecuję.

– Chciałabym wiedzieć, dlaczego przyjechałam tutaj akurat teraz, w takim momencie. Chyba Bóg uznał, że powinnam zobaczyć się z Ianem jeszcze ten jeden raz i przekonać się, że byłam… Tak się cieszę, że jesteś, Ben. A, już to mówiłam, prawda?

W końcu zasnęła. Ben uśmiechnął się i nachylił, żeby pocałować ją w policzek. Potem wyszedł ostrożnie zamykając za sobą drzwi. W salonie usadowił się wygodnie w fotelu i bardzo cicho nastawił telewizor. Po kilku minutach i jego zmorzył sen.

* * *

Emily obudziła się z takim bólem głowy, że miała wrażenie, iż czaszka jej pęknie. Dzisiaj miała… dziś miała dopełnić… o Boże, cóż ją dziś czekało? Normalny pogrzeb z trumną w karawanie nie byłby problemem. Jakoś by to przeżyła. Ale kremacja… to już całkiem co innego. A rozsypywanie popiołu, prochów Iana, będzie straszliwym doświadczeniem. Dasz radę, Emily, powiedziała sobie. Wstawaj z łóżka, chwyć za telefon i zadzwoń do pana Jessupa. To pierwsza rzecz, jaką masz dziś załatwić. Nie zastanawiaj się nad tym, po prostu to zrób.

– Panie Jessup – zaczęła. – Chciałabym wiedzieć, gdzie mają być dostarczone kwiaty. Będę chyba musiała wynająć najpierw helikopter, żeby umówić się z kwiaciarnią. Ale to muszę załatwić sama – oświadczyła niepewnym głosem.

W rezultacie jednak Ben pomógł jej wszystko zorganizować.

– Ogromnie się zmieniłaś, Emily – stwierdził Ben, gdy jechali taksówką. – Bardzo bym się cieszył, gdybyś rozważyła możliwość spędzenia reszty życia ze mną. Powiedz, przemyślisz to sobie?

– Tak, Ben, zastanowię się. Mam teraz dużo spraw do przemyślenia. Mam wrażenie, że zrobiłam w życiu zwrot o całe sto osiemdziesiąt stopni.

– Bo tak właśnie jest, pani Thorn.

– Co byś powiedział, gdybym wróciła do swego nazwiska panieńskiego?

– A czy czujesz się bardziej Emily Wyatt, czy Emily Thorn? – zapytał. – A jak byś się czuła jako Emily Wyatt Thorn Jackson?

– Nie przypieraj mnie do muru, Ben. O, już jesteśmy przed kwiaciarnią. Zróbmy co mamy zrobić, a potem pójdziemy na drinka – oznajmiła nieco spięta. – Przez te dobre uczynki bardzo chce mi się pić.

– Chciałabym się upewnić, że właściwie panią zrozumiałam – powiedziała stojąca za kontuarem kwiaciarka. – Życzy pani sobie kupić wszystkie tulipany, jakie uda mi się zdobyć, i mam je dostarczyć jutro rano na lotnisko. Dziś jeszcze powiadomi mnie pani, gdzie dokładnie. Teraz wpłaci mi pani zaliczkę i ureguluje rachunek jutro po realizacji zlecenia. A tulipany mają być w różnych kolorach.

– Zgadza się – przytaknęła Emily. – Ale nie chodzi mi o kilkadziesiąt sztuk, ale o setki kwiatów. Jeśli nie jest pani pewna, czy zdoła tyle zdobyć, proszę powiedzieć mi o tym teraz, żebym mogła poszukać innego dostawcy. Te tulipany przeznaczone są na… pogrzeb. To ostatnie życzenie zmarłego, sama pani rozumie.

– Proszę, oto moja wizytówka. Na odwrocie zapiszę pani mój domowy telefon, bo kwiaciarnię zamykamy o szóstej. Dostarczę pani te tulipany, gdziekolwiek pani zechce.

Następnie Emily zadzwoniła z budki telefonicznej i wynajęła helikopter na trzy godziny na przedpołudnie, uprzedzając, że zapłaci kartą kredytową, której numer podała swemu rozmówcy. Uważnie zanotowała dane dotyczące miejsca, gdzie będzie czekał helikopter.

– No, już wszystko załatwione. Chodźmy teraz na drinka i nie rozmawiajmy ani o Ianie Thornie, ani o Emily Thorn. Pomówmy o zielonych łąkach, błękitnym niebie i o zwierzątkach.

– O czym tylko zechcesz, Emily.

* * *

Kiedy pilot krążył nad pustynią, miała miejsce pewna bardzo kłopotliwa sytuacja, lecz Ben się z nią uporał. Emily bała się, że gdy wysypie prochy z urny, te zostaną wciągnięte przez wirnik śmigła. Więc kiedy Ben opróżniał pudełko, pilot wykonywał maszyną bardzo zabawne manewry. A Emily wysypała z pudełek całe mnóstwo tulipanów. Gdy spadały, pomyślała że wyglądają naprawdę ładnie – jak kwiatowa tęcza nad pustynią. W oczach stanęły jej łzy, lecz Ben szybko je otarł.

– Mogę już wracać – powiedziała zdławionym głosem. Ian wreszcie odpoczywa w pokoju, pomyślała i popatrzyła ku niebu. Cały jest teraz Twój. Jeśli mogę Ci coś zasugerować, panie Boże, to powierz mu tam w niebie zajmowanie się skargami.

Żegnaj, Ianie.

Część trzecia

16

Emiły utkwiła wzrok w wiszącym w kuchni kalendarzu. Od śmierci Iana upłynął rok. Jak to możliwe, że minęło już tyle czasu? Zastanawiała się, dlaczego na myśl o Ianie nic nie czuje – ani radości, ani smutku. W ogóle czegokolwiek. Rozejrzała się po kuchni. Właściwie nie potrafiła podać powodu, dla którego została dziś w domu, chyba tylko taki, że nie miała ochoty iść do pracy. Obecnie mogła sobie pozwolić na branie wolnych dni, ilekroć przyszła jej na to ochota. Każda z jej przyjaciółek zresztą także.

Wczoraj bez żadnej szczególnej przyczyny zaczęła przeglądać kartotekę pracowników. Uznała, że powinna w jakiś sposób wyrazić swoje uznanie dla ludzi, których zatrudniała. Tylko w jakiej formie?

Zła była na siebie, bo jakoś nie miała dzisiaj humoru. Przyszło jej do głowy, że może dobrze by jej zrobiła drobna sprzeczka z Benem albo którąś z koleżanek. To przedsięwzięcie było jednak z góry skazane na niepowodzenie, bo żadne z nich nie chciałoby się z nią kłócić, a poza tym ona sama nie miała pretekstu do wszczynania sporu. Wpadła więc na pomysł, by zrobić coś, co by wszystkich oburzyło, coś dekadenckiego. Ale co?

W końcu uznała, że chętnie by z kimś porozmawiała. Tak. Tylko z kim? Musiała to być osoba, która nie ma nic wspólnego z jej życiem osobistym. Na przykład ksiądz. Nie przestając się zastanawiać, Emily wykręciła numer informacji i poprosiła o telefon do katolickiego kościoła świętego Jana. Zanotowała podany jej numer, a potem go wykręciła. Po chwili usłyszała w słuchawce czyjś głos.

– Proszę księdza, nazywam się Emily Thorn. Mam wrażenie, że Przydałaby mi się duchowa porada. Proszę mi powiedzieć, co się robi, gdy człowiek osiągnie już swoje życiowe cele? Czy powinien wyznaczyć sobie nowe? Czy też po prostu dreptać w miejscu? Ale co wtedy robić z czasem? Nie czuję się szczęśliwa, ale nie mogę też powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa. Wydaje mi się jednak, że potrzeba mi czegoś więcej… ale nie wiem Czego. Czy jestem samolubna dlatego, że chcę… no właśnie, sam ksiądz widzi, ja nie wiem, czego chcę. Sądziłam, że pragnęłam… że musiałam sobie udowodnić… ale już wszystko to zrobiłam… ułożyłam sobie życie pod tyloma względami, lecz wciąż nie czuję się w pełni zadowolona.

– Może powinna pani cofnąć się do samego początku i spróbować zrobić wszystko to, czego wcześniej nie była pani w stanie. Poczucie spokoju i szczęścia rodzi się w nas samych. Musi pani zaakceptować siebie taką, jaka pani jest. Kiedy Bóg panią stwarzał, naprawdę dobrze wykorzystał swój czas. A gdyby mogła pani wyrazić jakieś życzenie, tylko jedno, to czego by pani sobie życzyła?

– Proszę księdza, zadał mi ksiądz bardzo poważne pytanie.

– Owszem. Odpowiedź na nie trzeba sobie dokładnie przemyśleć. I proszę pamiętać, że nie może pani zmarnować tego życzenia, bo ma pani prawo tylko do jednego.

– Kiedyś pragnęłam mieć dzieci. Niestety, nie było mi to dane. A uważam, że byłabym bardzo dobrą matką. Przez własną głupotę zmarnowałam połowę życia i to najlepsze jego lata. Może właśnie tego powinnam sobie życzyć – powrotu tych straconych lat.

– Proponuję, żeby sporządziła pani listę życzeń, zanim wyrazi pani to jedno jedyne. Czasem, kiedy ujmie się coś w słowa i zobaczy je zapisane czarno na białym, okazuje się, że to wcale nie jest to czego chcemy. A może wszystko co pani trzeba, to wyjechać gdzieś na trochę, żeby spojrzeć na swoje życie świeżym okiem. Nie wiem, czy to panią zainteresuje, ale coś pani powiem. W Great Smoky Mountains jest miejsce, które nazywa się Ustronie Czarnej Góry. Może chciałaby pani wybrać się tam kiedyś. Byłem raz i wiem, że jest cudownie. Nie trzeba wcale być religijnym, żeby móc tam pojechać. Piękno gór zapiera dech w piersiach, woda w strumieniach jest kryształowo czysta, a idąc szlakami spacerowymi wdycha się niebiańskie zapachy. Jedzenie nie jest może doskonałe, ale za to kawę dają znakomitą. Przybywają tam zupełnie obcy sobie ludzie, którzy chcą coś z siebie dać i lepiej poznać samych siebie. Ale takie duchowe nastawienie nie jest wcale konieczne. Jeśli będzie pani miała ochotę cały czas wędrować po górach, jeść i spać, nikomu nie będzie to przeszkadzało. Ludzie tam przebywający wiodą proste, skromne życie, więc jeśli zdecyduje się pani pojechać, radzę nie zabierać ze sobą eleganckich strojów.

– Bardzo księdzu dziękuję, że zechciał ze mną porozmawiać. Czy nie miałby ksiądz nic przeciw temu, gdybym zadzwoniła od czasu do czasu?

– Ależ, drogie dziecko, proszę bardzo, o każdej porze dnia i nocy. Będę tu tak długo, jak Bóg zechce. Zostań z Bogiem, drogie dziecko.

– Chwileczkę, proszę księdza, proszę jeszcze nie odkładać słuchawki. Czy wie ksiądz… to znaczy, chciałabym wiedzieć, po czym poznam, że… że już osiągnęłam wewnętrzny spokój i zadowolenie?

– Mogę jedynie podzielić się z panią własnym doświadczeniem, o ile taka odpowiedź pani wystarczy. Ja czuję spokój wewnętrzny, kiedy budzę się rano i mam ochotę śpiewać, a wieczorem niechętnie kładę się spać, bo wciąż jest mnóstwo rzeczy, które chcę zrobić. Albo kiedy zapominani o posiłku, ponieważ mam ważniejsze sprawy do załatwienia. Również wtedy, gdy widok zachodu czy wschodu słońca sprawia mi tyle radości, że nie mogę się doczekać następnego. Dostrzega się takie zwyczajne rzeczy. Takie, które towarzyszą nam codziennie, na przykład kwiatek, lecący na niebie ptak, to że ktoś wywozi sprzed domu nasze śmieci i mamy je z głowy. Uśmiechamy się bez powodu, a nawet głośno śmiejemy. Ja na przykład widząc bawiące się dzieci czuję się tak szczęśliwy, że serce o mało nie wyskoczy mi z piersi. Dzięki takim właśnie prostym rzeczom chętnie wstaję z łóżka każdego ranka i zabieram się do codziennych zajęć. Dzisiaj młodzi ludzie wyznaczają sobie w życiu rozmaite priorytety i bez przerwy się spieszą. W czasach mojej młodości staraliśmy się żyć pełnią życia, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Nie można zmarnować ani minuty życia. Trzeba je wykorzystać w stu procentach i cieszyć się nim. Czy to, co powiedziałem, pomogło ci, drogie dziecko?

– Nie wiem. Czuję się, jakbym zeszła ze ścieżki i skręciła w niewłaściwym kierunku. Ale odnajdę powrotną drogę. Nie wiem tylko, czy powinnam wrócić do punktu wyjścia, czy też kroczyć dalej przed siebie. Jakie jest księdza zdanie?

– Nie mogę odpowiadać za panią. Odpowiedzi musi poszukać pani w sobie. Ale gdybym mógł jeszcze w czymś pani pomóc, proszę zadzwonić.

– Na pewno to zrobię. Dziękuję, że mnie ksiądz wysłuchał. Emily odwiesiła słuchawkę. Nie była pewna, czy czuje się lepiej, czy gorzej.

Zaczęła przechodzić z pokoju do pokoju dotykając krzeseł i bibelotów, spoglądając na wiszące na ścianie obrazy. Pomyślała, że może jej błąd, o ile oczywiście można to było nazwać błędem, polegał na tym, że wciąż mieszkała w tym domu. Teraz należał już wyłącznie do niej. Zapłaciła za niego własnymi, ciężko zarobionymi pieniędzmi.

Czego ty pragniesz, Emily? – pytała samą siebie. – Rzecz w tym, że nie wiem. Jednego jestem pewna, myślała, że muszę się stąd wyrwać, zanim naprawdę przegram życie. Muszę gdzieś wyjechać. Jadę. Zaraz się spakuję i wyjadę. I to natychmiast, nie jutro czy dziś wieczorem, ale zaraz. Mapę kupię na stacji benzynowej. Zadzwonię jeszcze tylko do dziewczyn i do Bena, i wyruszam.

W ciągu ostatnich paru lat Emily zdążyła pokochać swój dom. Był tak pełen życia, ciepły i przytulny, bo każda z jego mieszkanek dodała do jego wystroju coś od siebie – rośliny w doniczkach, miedziane naczynia w kuchni, plecione dywaniki, bibeloty na parapetach czy słoiki po majonezie wypełnione kolorowymi szkiełkami, które połyskiwały i migotały, gdy przeświecały przez nie wpadające przez kuchenne okno słoneczne promienie.

Któraś z koleżanek uszyła kraciaste zasłony do okien i tylnych drzwi w kuchni, ale Emily nie mogła sobie przypomnieć która. Pomyślała jednak, że naprawdę dobrze im się mieszka w tym domu. Wszystkie kobiety zżyły się ze sobą i tutaj było ich miejsce; razem tworzyły zespół, w którym każda pracowała na rzecz wspólnego dobra.

Wzrok Emily powędrował ku łazience, tej obok kuchni. Kiedyś zamknęła jej drzwi na klucz i powiedziała koleżankom, że nie można z niej korzystać. Minęły już całe lata, przez które nie myślała choćby o otworzeniu tych drzwi. Na podłodze za nimi wciąż leżały szczątki lustra – tysiące drobniutkich kawałeczków. Właściwie dlaczego? Powinna przecież wejść do tej łazienki, posprzątać i zamówić u szklarza nowe lustro. Tylko, gdzie jest klucz? Pewnie w szufladzie z rupieciami. Ale ten zamek dałoby się otworzyć nawet czubkiem noża. A gdyby nie, to wystarczy zdjąć drzwi z zawiasów. Zakładając oczywiście, że będzie chciała je otworzyć.

Nie spuszczając oczu z drzwi, Emily wróciła myślami do tego, co powiedział ksiądz. Usiłowała przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni obudziła się rano i miała ochotę śpiewać z radości. No tak, to było w dniu ślubu. A kiedy niechętnie kładła się spać, bo miała ważniejsze rzeczy do zrobienia? W noc przed ślubem. A kiedy zachwycała się wschodami i zachodami słońca? Nigdy. Kiedy ucieszyła się na widok kwiatu albo ptaka? Nigdy. No, chyba, że liczą się motyle. Bo raz, w dniu ślubu, Ian dał jej motylka, którego miała wypuścić na wolność. A co do tych śmieci, to owszem, była wdzięczna, że śmieciarze je wywożą, lecz nie czuła się z tego powodu szczęśliwa. A czy uśmiechała się i śmiała w głos? Prawie wcale. A wesoło bawiące się dzieci? Ilekroć je spotykała, serce ściskało się jej z bólu. Jak właściwie miała śmiać się i radować, i udawać że wszystko jest dobrze, skoro miała złamane serce?

Przeszukała szufladę z rupieciami i znalazłszy klucz zacisnęła go w dłoni. Sztywno wyprostowana ruszyła w stronę łazienki i wsunęła klucz do zamka. Gdy otworzyła drzwi, zapaliła światło i popatrzyła na pustą ścianę, na której kiedyś wisiało lustro. Teraz były na niej tylko czarne grudki kleju. W jednym z górnych rogów został nawet kawałek lustra. Gdyby stanęła na krześle, mogłaby zobaczyć w nim swoją twarz. O ile miałaby na to ochotę, naturalnie. Wyszła z łazienki i ruszyła do schowka po mocny kubeł na śmieci, szczotkę i śmietniczkę. Potem zmiotła z podłogi tyle szkła, ile się dało, a resztki zebrała odkurzaczem. Następnie włożyła gumowe rękawice i porządnie wyszorowała całą łazienkę, sedes i umywalkę. Powiesiła też świeże ręczniki. Gdy podłoga wyschła, przyniosła jedno z kuchennych krzeseł i weszła na nie.

Popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. – Cześć, Emily – powiedziała przyciszonym głosem. – Tak długo wpatrywała się w twarz w zwierciadle, że aż oczy zaczęły jej łzawić. – To ja. Mam ci coś do powiedzenia, Emily Thorn, coś, co zrozumiałam dopiero po rozmowie z księdzem Michaelem, bo sama byłam za głupia, żeby to pojąć. A chodzi o to, że nie można wrócić do tego co było, nie da się odzyskać przeszłości. Tak bardzo się starałam, udało mi się nawet zmienić swój wygląd, żebym była taka, jak ta Emily, którą kiedyś byłam i którą znów chciałam się stać. Tak była pochłonięta próbą odtworzenia swojej zewnętrznej powłoki, że zapomniałam zupełnie o… że zamknęłam całkiem swoje wnętrze. Przestałam czuć. Zmarnowałam większość swego życia. A teraz chcę na powrót mieć tę cząstkę mojego ja. Pragnę umieć cieszyć się i śmiać. I chcę znów móc odczuwać. A jeśli ponownie ktoś mnie zrani, to będę wiedziała, że wciąż jestem żywa. W przeciwnym razie, skąd miałabym to wiedzieć? Wyciągnęła rękę i ostrożnie pociągnęła wiszący na ścianie kawałek lustra.

– Żegnaj, Emily Thorn. Jesteś kimś nieprawdziwym, sztucznym, jesteś fikcją.

Odniosła krzesło do kuchni, ale zostawiła w łazience zapalone światło i otwarte drzwi.

Podniosła leżącą na stole karteczkę z nazwą i numerem telefonu tego górskiego Ustronia, o którym opowiadał jej ksiądz Michael. Zadzwoniła tam, poprosiła o bliższe informacje i zanotowała parę rzeczy. – Chciałabym zarezerwować pokój od jutra – oznajmiła. – Nie jestem pewna, kiedy dokładnie przyjadę. Tak, proszę o domek jednoosobowy. Sypialnia, salon i łazienka. Tak, świetnie. Jak długo zostanę? Nie potrafię tego określić! – Zapisała jeszcze kilka wskazówek odnośnie do drogi. W pół godziny spakowała cztery walizki. Skoro nie umiała sprecyzować terminu wyjazdu, musiała zabrać ze sobą dużo ubrań. Zniosła bagaż na dół, ustawiła przy drzwiach wejściowych, po czym zadzwoniła do przyjaciółek i do Bena prosząc, by wszystko zostawili i natychmiast przyjechali do domu. – To bardzo ważne – oświadczyła. – Zanim jednak przygotowała dzbanek świeżej kawy, zatelefonowała jeszcze na lotnisko i zarezerwowała sobie miejsce w samolocie do Asheville w Północnej Karolinie oraz do agencji wynajmu samochodów z prośbą, by podstawiono dla niej auto. Planowała przenocować w Asheville i wcześnie rano wyruszyć w drogę do Ustronia.

Nakryła stół ustawiając na nim śmietankę, cukier i filiżanki, a przy nich łyżeczki i serwetki. Potem usiadła i czekała. Kiedy jej współlokatorki weszły do domu, od razu wyczuły, że coś się stało. Emily poznała to po ich twarzach. Wszystkie spoglądały w stronę otwartych drzwi łazienki.

– To była ostatnia rzecz, jaką musiałam zrobić. Posłuchajcie mnie teraz – jest jeszcze coś, co mnie czeka. Wiem, że przez jakiś czas dacie sobie radę beze mnie. Mówię „przez jakiś czas”, bo nie wiem dokładnie, jak długo mnie nie będzie. Muszę odnaleźć samą siebie. – Na jej twarzy pojawił się uśmiech, szczery i ciepły. – Myślicie, że to oklepany frazes? Niestety, ja naprawdę właśnie to muszę zrobić. Pewnie uznacie, że jestem jedną z tych co to późno zaczynają, późno dojrzewają… czy jeszcze coś innego. W każdym razie należę do osób, którym trzeba wbić coś do głowy, żeby do nich dotarło. Ale pojęłam to. Wreszcie zrozumiałam. Poradzicie sobie tutaj. Zresztą obecnie interes sam właściwie idzie do przodu, dzięki wam wszystkim. Nic się nie zmieni. Możecie tu mieszkać tak długo jak zechcecie i żyć tak jak do tej pory.

– A gdzie się wybierasz? – zapytali chórem.

– Do Czarnej Góry w Północnej Karolinie. To niedaleko od Tennessee w Great Smoky Mountains. Leży tam swego rodzaju ustroń. Przy telefonie zostawiłam numer. Możecie zadzwonić i zostawić wiadomość, a ja do was oddzwonię, bo w domkach nie ma telefonów. No, nie róbcie takich sceptycznych min. – Roześmiała się. – Dam sobie radę.

– Będzie mi ciebie brakowało – powiedział po prostu Ben.

– Mnie ciebie też. Wszystkich was będzie mi brakowało. Już za wami tęsknię, a przecież jeszcze nie wyjechałam. Zdaję sobie sprawę, że chcecie wiedzieć, dlaczego tak postępuję, ale jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to że osiągnęłam już cel, jaki sobie wyznaczyłam. Dzisiaj przypada rocznica śmierci Iana, ale nie przypisujcie temu większego znaczenia niż ma w rzeczywistości. Nie wolno marnować życia, a ja nie zamierzam tracić ani jednego dnia więcej. Wiecie chyba, co mam na myśli. Do tej pory tak byłam pochłonięta poprawianiem swojego wyglądu, że całkiem zapomniałam o tym, co jest we mnie. Zamknęłam się w skorupie nic przez nią nie przepuszczając. Ben wie to chyba najlepiej. Wierzcie mi, że w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do dziś rana, kiedy to pewien mądry człowiek zwrócił mi na to uwagę. Znacie mnie, więc rozumiecie, że od razu postanowiłam działać. Zapewne nie uda mi się tak raz dwa wszystkiego naprawić i jestem tego świadoma. Właśnie dlatego nie potrafię powiedzieć, jak długo mnie nie będzie.

– Brawo, Emily – powiedział Ben bezbarwnym głosem. – Będziemy na ciebie czekać.

– Nie spiesz się.

– Czuję się taka szczęśliwa – dodała Emily wydmuchując nos w chusteczkę. – Nie chcę się rozpłakać i nie chcę, żebyście wy ryczeli. No więc… kto odwiezie mnie na lotnisko?

– Żarty sobie stroisz? Wszyscy z tobą jedziemy – wykrzyknęły siostry Demster.

Emily nie wytrzymała i rozpłakała się.

– Strasznie was kocham. Dziękuję, że mnie rozumiecie.

– Zaczekam na zewnątrz – oznajmił Ben odwracając się, żeby nikt nie dostrzegł, że ma łzy w oczach. – Załaduję bagaże. Przypuszczam, że to te walizki przy drzwiach.

Emily skinęła głową. Wyszła za Benem przed dom. Tam wtuliła się w jego objęcia i płakała z głową na jego ramieniu.

– Muszę to zrobić – wyszeptała.

– Wiem, Emily. Skoro czujesz, że to ci potrzebne, jedź. Emily uśmiechnęła się przez łzy.

– Zawsze mi to powtarzasz. Jesteś wspaniałym przyjacielem, Ben. Jesteś przy mnie, ilekroć cię potrzebuję. Start mieliśmy niezbyt udany, ale daliśmy sobie radę. Dzięki tobie moje życie jest bogatsze. Nigdy tak naprawdę nie lubiłam pikników, dopóki ty mnie nie zabrałeś na zieloną trawkę. Nigdy też nie przyszło mi do głowy, że polecę balonem, a jednak szybowałam w powietrzu. Pokazałeś mi, że mogę nie bać się samej siebie. Bardzo wiele się od ciebie nauczyłam. Ale jednego wciąż nie rozumiem. Ani razu słowem nie wspomniałeś o moim liftingu. Dlaczego?

– O jakim liftingu? Według mnie, ciągle wyglądasz tak samo – oznajmił z szerokim uśmiechem. – Oczywiście, że zauważyłem, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Kocham tę Emily Thorn, którą poznałem i nic tego nie zmieni. No już, nie płacz. Wyruszasz przecież na spotkanie przygody i tylko od ciebie zależy czym dla ciebie będzie. Pomyśl czasem o mnie, o swoich przyjaciółkach i o firmie, ale tylko wtedy, gdy będziesz miała czas. Kocham cię, Emily. Będę na ciebie czekał. Bo wrócisz, prawda? – zapytał zaniepokojony.

– Oczywiście, że wrócę. Chociaż nie wiem kiedy.

– Liczy się tylko to, że wrócisz. – Pocałował ją namiętnie. – Jesteś wspaniałą kobietą, Emily, i pamiętaj, że ja pierwszy to powiedziałem. No, może nie pierwszy, ale to moja opinia się liczy.

– Nikt przed tobą mi tego nie mówił, Ben. Będę pamiętać i wiedz, że jesteś najlepszym facetem na świecie. Pamiętaj, że ja ci to powiedziałam. Nieważne czy jako pierwsza, czy nie.

– Pierwsza – odparł Ben krzywiąc się. – No, wsiadaj i ruszajmy wreszcie. Im prędzej wyjedziesz, tym szybciej wrócisz.

Dziesięć minut później zatrzasnął drzwiczki białej furgonetki. A dwie godziny potem Emily ze łzami w oczach ruszyła w stronę wyjścia do samolotu wyściskawszy się przedtem z przyjaciółmi. Benowi szepnęła na pożegnanie:

– Miej oko na wszystko i opiekuj się dziewczynami. Jesteś chyba jedynym człowiekiem, któremu naprawdę ufam i będę ufała do końca życia. Zastanowię się nad tym, a na razie dziękuję, że jesteś mi przyjacielem.

– No, idź już, wyjeżdżaj wreszcie – burknął.

Emily jeszcze raz ucałowała Bena i każdą z koleżanek, po czym pobiegła do samolotu, a torba, którą miała na ramieniu obijała się jej o biodro.

– Do widzenia, Emily! Dzwoń do nas! Kochamy cię!

– Koniec z płaczem. To rozkaz – powiedział stanowczym tonem Ben. – No chodźcie, moje panie, zabieram was na kolację! Emily wróci, zanim zdążymy zauważyć, że jej nie było.

* * *

Zanim Emily wysiadła z dżipa, rozmasowała mięśnie karku. Pomyślała, że nieprędko będzie chciała powtórzyć tę czterogodzinną przejażdżkę górskimi drogami. Rozejrzawszy się dokoła uznała, że to chyba las tak na nią wpływa. Znajdowała się na żwirowym parkingu na wprost głównego budynku Ustronia Czarnej Góry. Było tu tak pięknie i tak cicho, że przez chwilę miała wrażenie, iż ogłuchła. Wstrzymała oddech, bo przypomniał jej się dzień, kiedy także czuła się osłabiona intensywnym zapachem sosen.

Chociaż nie tylko drzewa były za to odpowiedzialne, Ian bardzo przyczynił się do tego, że kolana się pod nią uginały, a nogi miała jak z waty. Zielone wysokie sosny, tak wielkie, że musiała odejść nieco w tył i zadrzeć głowę do góry, żeby zobaczyć ich wierzchołki. Obok nich rosły mniejsze drzewka i niskie, wiecznie zielone krzewy, a każdy z nich zdawał się pachnieć piękniej od innych.

Główny budynek wyglądał jak zbudowana z kłód chata, jaką widuje się czasem na pocztówkach. Na krokwiach ganku wisiała huśtawka, a wszystkie niemal belki dźwigały wiszące donice z jasnoczerwonymi kwiatami geranium.

Panował tu ogromny spokój.

Na ganku pojawiła się zakonnica w ciemnym habicie i na jej widok zmęczenie opuściło Emily.

Siostra Phyllis, czy raczej Phillie, bo tak wolała być nazywana, była śliczna; miała wielkie ciemne oczy, nieskazitelne zęby, zaróżowione policzki i takie usposobienie, że Emily gotowa byłaby zabić, byłe taka być.

– To pani pewnie jest panią Thorn. Dzwonił do nas ksiądz Michael. Powiedział, że mamy rozwinąć przed panią czerwony chodnik na powitanie. Przykro nam to stwierdzić – ciągnęła ze śmiechem siostra Phillie – ale nie posiadamy czerwonego chodnika. Mamy jedynie dywanik, na którym klękamy do modlitwy, lecz tak jest już poplamiony, że trudno zdecydować, jakiego jest koloru. Ale dobrze nam służy, a to najważniejsze.

Jej śmiech był ciepły i radosny. Emily od razu poczuła do niej sympatię.

– Ależ tu pięknie – powiedziała. – I tak spokojnie.

– O tak, tu jest bardzo spokojnie. Tylko w porze posiłków robi się trochę głośniej, a czasem urządzamy sobie wieczór śpiewania.

– To niemożliwe! – odrzekła udając zaskoczenie.

– Wpiszę teraz panią do księgi gości i pokażę domek. Musi pani wiedzieć, że nienawidzę papierkowej roboty. Wolałabym odmówić pięć różańców.

Emily roześmiała się, gdy zobaczyła, że papierkowa robota polega na podpisaniu się w księdze i wystawieniu czeku.

– Tę ścieżkę nazywamy „Szlakiem Archanioła” – objaśniała Phillie. – Ponieważ nie jest pani katoliczką, nie wie pani pewnie, że archanioł to anioł, który zajmuje wysokie stanowisko. Ksiądz Michael powiedział, że ten szlak będzie dla pani jak najbardziej odpowiedni. I że pani będzie wiedziała dlaczego.

– Niech go Bóg błogosławi. O tak, wiem dlaczego. Tu jest ślicznie. Kto zajmuje się kwiatami?

– Pani do końca swego pobytu. Codziennie o zachodzie słońca sama sprawdzam, czy nie ma jakichś chwastów. No, jak się pani tu podoba?

– Urocze miejsce. Ale nie widzę w pobliżu innych domków. Czy jestem tu sama?

– Skądże znowu. Ale na „Szlaku Archanioła” znajduje się tylko ten jeden domek. Wszystkie pozostałe szlaki wiją się wokół i zbiegają przed budynkiem, pod który pani podjechała. Nie ma możliwości, żeby się pani zgubiła. W domku znajdzie pani mapkę okolicy. Jest na niej zaznaczony dom strażnika lasu, który dogląda nas tutaj dwa razy dziennie. Mamy obecnie komplet gości, czyli czterdzieści sześć osób. Posiłki podawane są w sali za głównym budynkiem; jest wyraźnie oznakowana. Mamy także kaplicę na „Szlaku Wniebowstąpienia”. Uczestnictwo we mszy jest całkowicie dobrowolne. Terminy zajęć z religii ma pani zaznaczone w kalendarzu. W ogóle nic tutaj nie jest obowiązkowe. Przy „Szlaku Świętego Krzyża” mieści się sala rekreacyjna. Mamy też telewizor, bibliotekę, bar z napojami bezalkoholowymi i wieżę stereo. Telefon jest w holu. Jeśli ktoś do pani zadzwoni, powiadomimy panią, ewentualnie przyczepimy spinacz do bielizny do pani skrzynki na listy. Poczta przychodzi codziennie. Czy chciałaby pani jeszcze coś wiedzieć?

– W jakich godzinach podawane są posiłki? I co się dzieje, jeśli się spóźnię?

– Wtedy nie będzie pani jadła – odparła wesoło siostra Phillie. – Wszyscy jadamy o jednej godzinie. Śniadanie jest o siódmej, lunch w południe, a kolacja o szóstej. Jedzenie jest u nas proste, ale pożywne. Jedna z sióstr każdego dnia piecze świeży chleb i ciasta. Wszystkie posiłki przygotowujemy same i używamy tylko produktów własnego wyrobu. Jak już wspomniałam, nasze potrawy nie są wymyślne, ale przez wszystkie te lata, odkąd przyjmujemy gości, nie było ani jednej skargi.

– To godne pochwały.

– Wejdźmy do środka. Lubię patrzeć, jak ludzie reagują na widok wnętrza domku.

– Tu jest… tu jest…

– Urządzone po spartańsku?

– Właściwie nie. Domek jest śliczny, siostro. Ale chyba spodziewałam się bardziej rustykalnego wnętrza.

– Aha. Rozumiem. Będzie tu pani wygodnie?

Emily powiodła wzrokiem po prostych wygodnych meblach. Kominek zrobiony był ze zwykłych polnych kamieni, a na palenisku stały dwie donice z różowymi kwiatkami. Na ścianach wisiały obrazki z widokami gór. Oświetlenie wyglądało na dobre. Emily przeszła do sypialni. Było tam podwójne łóżko, ogromna szafa, toaletka, fotel i stojąca lampa. W małej łazience znajdowała się umywalka, sedes i kabina prysznicowa, a całe wnętrze wyłożone było niebieskimi kafelkami. Na podłodze leżał pętelkowy dywanik.

– Będzie mi tu bardzo wygodnie, siostro – oznajmiła Emily.

– I proszę się nie bać, kiedy usłyszy pani dzwony. Bijemy w nie trzy razy dziennie wzywając na Anioł Pański. To nasze nabożeństwo. Ale dzwon rozbrzmiewa głośno. Proszę powiedzieć, czy jeszcze mogę coś dla pani zrobić?

– Nie, dziękuję, siostro.

– W ciągu najbliższej pół godziny przyślę tu chłopca, który przyniesie pani bagaże. Samochód musi zostać na parkingu. Ale rower może pani tutaj trzymać. Jeździ pani na rowerze?

– Nigdy nie próbowałam. Dopiero co kupiłam go w mieście. Ale w domu przejechałam setki kilometrów na rowerku do ćwiczeń.

– To musiało być strasznie nudne – zażartowała zakonnica.

– Pedałując oglądałam programy z Sue Simmons i Alem Rokerem, a czasami rano także z Jessym Raphaelem. Dzięki temu czas płynął mi szybciej, lecz ma siostra rację, było to nudne.

– Tutaj ma pani na co patrzeć. Niech się pani nie zdziwi, kiedy zobaczy pani przed drzwiami wiewiórki i króliki czekające aż im pani da coś do jedzenia. Przychodzą na schodki i potrafią być bardzo cierpliwe. Na ganku stoi kilka pojemników. Są w nich granulki dla królików i orzechy dla wiewiórek. Do zobaczenia przy kolacji, Emily. Czy mogę tak się do pani zwracać?

– Oczywiście.

– Więc ty musisz nazywać mnie Phillie.

– W porządku, Phillie.

Emily opadła na drewniane krzesło i popatrzyła na okolicę przed domkiem. Zastanawiała się, kiedy przyzwyczai się do tej ciszy i spokoju. Pewnie już jutro. Zapadała w drzemkę, gdy nagle usłyszała dźwięk klaksonu i szczęk żwiru pod kołami samochodu. Potrząsnęła głową, żeby oprzytomnieć.

– Przywiozłem pani rzeczy, panno Thorn. Gdzie mam je postawić?

– Na ganku. Rower chyba też.

– Może go pani trzymać między tymi dwoma świerczkami. Będzie dobrze osłonięty przed deszczem – zaproponował przybyły czekając na jej odpowiedź. Skinęła twierdząco głową.

Ten nieznajomy nie był wcale chłopcem. Emily zastanawiała się, czy może jest duchownym. Był wysoki, miał włosy koloru piaskowego i chłopięcy uśmiech na twarzy. Ubrany był w uniform i widać było, że jest dobrze zbudowany. Jego buty przystosowane były do chodzenia po górach i choć zniszczone, wyglądały schludnie.

– Widzę, że dostała pani najlepszy domek w Ustroniu.

Miał głęboki głos. Spodobał się Emily. Pomyślała, że może mimo wszystko pobyt tutaj okaże się interesujący.

– Przeważnie ten domek stoi pusty. Ludzie mówią, że tylko bardzo ważne osoby mieszkają przy „Szlaku Archanioła”. Chociaż naturalnie zakonnice za nic by tego nie potwierdziły. Widzę, że już się pani zadomowiła. Jestem Matt Haliday – przedstawił się wyciągając ku niej rękę.

– Emily Thorn – powiedziała wyjmując z kieszeni dwa jednodolarowe banknoty i podając je mężczyźnie. – Czy to wystarczy? – zapytała grzebiąc w kieszeni, w której wyczuwała już jedynie drobne monety.

– Na pewno, ale na co te pieniądze? – odparł z szatańskim błyskiem w oczach.

– Napiwek za przyniesienie mojego bagażu. Phillie powiedziała, że przyśle chłopca z moimi walizkami. Wydało mi się możliwe, że zakonnicy łatwo jest… pomylić chłopca z mężczyzną, bo prowadzą bardzo samotnicze życie…

Speszyła się, bo plotła jak uczennica i wciąż trzymała w ręku banknoty. Matt przeczesał włosy długimi szczupłymi palcami.

– Sam nie wiem, czy mam to odebrać jako komplement, czy czuć się obrażony. Ale chyba jest mi miło. Jestem strażnikiem. Wstąpiłem po prostu, żeby zobaczyć czy wszystko w porządku. Robimy to dwa razy dziennie, a ponieważ Bobby był teraz zajęty, Phillie poprosiła, żebym przywiózł pani rzeczy. Zrobiłem jej zwyczajną przysługę. Niech pani schowa te dwa dolary. Ale dam się zaprosić w niedzielę na lody. Siostry zawsze robią lody w niedzielę po południu. Za pięćdziesiąt centów może się pani najeść do woli.

Emily wcisnęła banknoty z powrotem do kieszeni. Czuła się nieco zażenowana.

– W porządku, umowa stoi. Jakie smaki pan lubi?

– Patrzcie, już chce wiedzieć, jakie smaki lubię – zachichotał strażnik. – Każdej niedzieli jest inny smak, raz waniliowy, w następną czekoladowy, potem orzechowy, a w czwartą bananowy. Jeśli w danym miesiącu wypada jeszcze piąta niedziela, siostry naprawdę się sprężają i najczęściej robią wtedy lody o smaku toffi. To najlepsze lody w całym stanie. W każdą niedzielę przychodzę tutaj z dzieciakami.

Emily pomyślała o Benie i Tedzie. Postanowiła, że napisze im o tych lodach.

– A w jakim są wieku?

– Dziewięć i czternaście lat. – Emily już miała zapytać, gdzie przebywa pani Haliday i dlaczego ona również nie przychodzi na lody, lecz Matt uzupełnił swą wypowiedź lakonicznym wyjaśnieniem: – Jestem wdowcem. Tutejsze zakonnice są bardzo dobre dla moich dzieci. A one uwielbiają tu przychodzić. Kiedy siostry mają dużo pracy, pomagają im czasem. Zwłaszcza Phillie szybko się męczy. Gilly robi się bardzo impulsywna w każdy piątek w czasie wieczornego smażenia ryb, a ja zdradzam wszystkie miejscowe tajemnice – zażartował.

Emily roześmiała się, a Matt rozweselony wskoczył do dżipa i ruszył w drogę powrotną.

Pewnie tylko jemu wolno jeździć po szlakach samochodem, rozmyślała Emily. Jest wdowcem i przychodzi na lody w każdą niedzielę. A niedziela będzie już za trzy dni.

W domku rozpakowała się. Potrzebowała dziesięciu minut, żeby ułożyć każdą rzecz na właściwym miejscu. Kolejną minutę zajęło jej schowanie walizek pod łóżkiem. Uporawszy się z tym sięgnęła po leżący na toaletce folderek i wyszła z nim na ganek. Ciekawa była, jak daleko stąd mieścił się dom strażnika.

Gdy skończyła przeglądać cienką broszurkę, odłożyła ją na bok i popatrzyła na doniczki z kwiatami, w których rosły też chwasty. Nie mogła się zdecydować, czy wyrwać je jeszcze dzisiaj, czy zaczekać z tym do następnego dnia. I czy powinna wziąć teraz prysznic? Czy uciąć sobie drzemkę, a potem pójść na kolację, czy raczej wybrać się na zwiedzanie okolicy?

– Posiedzę sobie tutaj delektując się tym przesyconym zapachem sosen powietrzem – postanowiła w końcu. – I zapalę papierosa. Może przemyślę też parę spraw, chociaż może i nie. Ale zastanowię się nad jakimś planem na najbliższe dni, żebym nie zwariowała tutaj. Po śniadaniu mogę pójść na przechadzkę, potem popływać i pojeździć na rowerze, i wyplewić chwasty, a po lunchu utnę sobie drzemkę i znów pospaceruję, i popracuję w ogrodzie, a potem wezmę prysznic, pójdę na kolację i… koniec. Żadnych zajęć na wieczór. Będę patrzeć w niebo na zapalające się gwiazdy i rozmyślać o tym, co dobrego mnie spotkało. I poczytam o Appallachach i o Górach Smoky.

Już nie mogła się doczekać, kiedy włoży nowe buty do wspinaczki i siądzie na górski rower. Pomyślała, że jeśli zacznie się nudzić, pojedzie do Gatlinburga. Ciekawa była, jak daleko stąd jest Memphis i czy warto byłoby pojechać do Graceland, żeby odwiedzić grób Elvisa. W końcu uznała, że tę możliwość weźmie pod uwagę, gdy poczuje się znudzona życiem w lesie.

Dumając tak zapadła w drzemkę, która przerodziła się w głęboki sen. Obudziła się, gdy rozbrzmiały dzwony na Anioł Pański. Zerwała się z miejsca i zeskoczyła ze schodków płosząc dwie wiewiórki, które przycupnęły przy zniekształconym pniu sosny tuż obok ganku. Biegnąc wykrzyknęła przez ramię w stronę zwierzątek: – Przepraszam – i wcale nie czuła się z tego powodu głupio.

W czasie kolacji panowała ożywiona atmosfera, a modlitwę odmówiła siostra Celestine, którą w skrócie nazywano Tiny. Jedzenie miało charakter domowy, co znaczyło, że każdy nakładał sobie wedle uznania, a z kuchni wciąż donoszono dokładki. Emily z apetytem zajadała wieprzową pieczeń, młode marchewki i ziemniaki z tutejszego ogródka. Sałatka z jarzyn wyhodowanych przez siostry odznaczała się prawdziwą świeżością, bo warzywa były chrupkie i kruche. Na obu krańcach stołu stały koszyczki z chlebem oraz miseczki z masłem i dżemem, a wszystko to było domowej roboty. Czereśnie okazały się tak pyszne, że Emily z największym trudem odeszła od stołu.

– Chwileczkę, pani Thorn. Każdy odnosi swój talerz i sztućce na stolik, który stoi tam w końcu pokoju. – Emily zarumieniła się. – Przepraszam, że zapomniałyśmy panią uprzedzić – dodała z śmiechem siostra Tiny.

Kiedy Emily wychodziła z sali jadalnej, co raz ktoś do niej podchodził i przedstawiał się. Potem, kiedy wszyscy zasiedli na zewnątrz pod baldachimem z sosnowych konarów i popijali kawę, Emily miała okazję wysłuchać wielu opowieści o ludzkich nieszczęściach i historii, które kończyły się szczęśliwie dzięki Ustroniu Czarnej Góry. Jedna z kobiet, ogromnie zadowolona z pobytu, tak to podsumowała:

– Tutaj człowiek obcuje z Bogiem, naturą i samym sobą. W tym pełnym spokoju miejscu nikogo nie da się oszukać, a już najmniej samego siebie.

Emily nie była pewna, czy rozumie, co ona chciała przez to powiedzieć. Ale najwyraźniej miała na myśli sprawy duchowe.

– Jestem Rosie Finneran – przedstawiła się pulchna kobieta w wieku Emily wyciągając do niej rękę. – Miło jest zobaczyć tu jakąś nową twarz. Co roku przyjeżdżają ci sami starsi ludzie. Pani, jak widzę, mieszka przy „Szlaku Archanioła”. Teraz w tym gwarze nikt nie słyszy, więc powiem pani, że ten domek dostają tylko specjalni goście. Mnie się wydaje, że jest to zwykle ktoś, komu niełatwo żyć w grupie i kto ma jakiś problem delikatnej natury. Ale niektórzy uważają, że mieszkają tam bardzo ważne osobistości, a siostry oczywiście nie zdradzają sekretów. Mnie osobiście nic to nie obchodzi, ale wydaje mi się, że będzie się tam pani czuła osamotniona. Ja na przykład jestem bardzo gadatliwa – ciągnęła tracąc już oddech. – Mnóstwo tutejszych gości prawie wcale nie rozmawia z innymi. Modlą się tylko. Wprawdzie nie mam nic przeciwko modlitwie, lecz są przecież w życiu jeszcze inne rzeczy. A jak się tu pani podoba? A żeby pani wiedziała, jakich tu mamy strażników. Baaaardzo są mili. Ja szukam sobie partnera. Większość mieszkańców „Szlaku Wielkanocnego”, przy którym mieści się mój domek, to kupa starych pierdzieli. A co właściwie panią tu sprowadziło?

– Ma pani rację, rzeczywiście dużo pani mówi – odparła Emily okraszając słowa uśmiechem, żeby nie wydały się zjadliwe.

– To dlatego, że było nas w domu jedenaścioro, aby być zauważonym trzeba było zabrać głos i powiedzieć co się miało do powiedzenia. Ja mam ośmioro dzieci i sytuacja jest taka sama. Teraz wszystkie już wyszły z domu i mają własne życie. Przyjeżdżam tu każdego lata. Już dziesiąty rok z kolei.

Rosie była niska, okrąglutka, miała pucołowate policzki i siwe, mocno skręcone włosy, które przytrzymywały za uszami kolorowe wsuwki zdobione wisiorkami. Jej przenikliwe niebieskie oczy przesłonięte były okularami w niezwykle ozdobnej rogowej oprawie. Patrząc na nią, Emily porównała tę kobietę do zabieganej, zbyt dorosłej jak na swój wiek wiewiórki.

– Ja jestem tu pierwszy raz – oznajmiła Emily.

– To miejsce ma w sobie coś, co człowieka przyciąga. Kiedy pod koniec lata wyjeżdżam stąd, nie mogę się doczekać, żeby znów znaleźć się u siebie w domu, ale mija tydzień czy dwa i już chciałabym tu wrócić. Wszyscy mówią to samo. Myślę, że będzie nam razem klawo i że możemy się zaprzyjaźnić, jeśli się pani trochę rozluźni. Bo ma pani strasznie poważną minę. Możemy później porozmawiać o tych problemach, które panią gnębią. Poza tym widać po pani twarzy, że chciałaby pani zadać całą masę pytań, więc niech pani wali prosto z mostu.

– Ile zakonnic tu mieszka? Czy pracują tu jacyś świeccy ludzie? Bo utrzymanie wszystkiego w takim porządku wymaga chyba sporo pracy. A strażnicy, jak często tu przychodzą? Poznałam już jednego z nich; ma na imię Matt. Przywiózł mi bagaż do domku.

– Ho ho! Zaraz, zaraz, wszystko po kolei. Zakonnic mamy tu sześć. Ale one nie żyją według żadnych ścisłych reguł. Zwracamy się do nich po imieniu. Biorą też z nami udział we wszelkich rozrywkach. W sierpniu mamy rozgrywki baseballowe i siostry też grają. Phi lii potrafi naprawdę mocno uderzać piłkę, a Tiny tak dobrze łapie ją w locie, że aż trudno uwierzyć. Dużo się modlą, a pływają tylko same. Nikt z gości nie narzuca im swego towarzystwa. Siostry są bardzo życzliwe, i może mi pani wierzyć, że potrafią dochować tajemnicy. Ilekroć porozmawiam sobie z którąś z nich, ogarnia mnie taki… niebiański spokój. Trudno wyjaśnić to uczucie. One nie mają żadnych zmartwień, żyją dla Boga i po to, by robić dobre uczynki. Myślę, że można by je określić słowem „czyste”. Tak więc, kiedy opowiem im o tym, co mnie dręczy, one zawsze umieją znaleźć radę. Nie jestem katoliczką, ale co niedziela chodzę na mszę. I mnóstwo ludzi z gór też tu przychodzi. Na każdą mszę przyjeżdża do nas ksiądz z Gatlinburga. W kościele robi się naprawdę miły nastrój i trwa potem przez resztę dnia.

A co do osób świeckich, to pracuje ich tu dziewięć. Pięć z nich uprawia pole; jest między nimi dwóch chłopców opóźnionych w rozwoju, których rodzice też tu pracują. To naprawdę wspaniałe chłopaki. Strażnicy zachodzą do nas dwa razy dziennie. Zwykle przychodzi Matt, ale czasami zastępuje go Ivan. Zależy kto ma wolne w ciągu tygodnia, a kto podczas weekendu. Ale obydwaj są ogromnie mili i życzliwi. Matt jest wdowcem, a Ivan kawalerem. Zarzucam na niego haczyk już od dziesięciu lat, ale nie daje się złapać. Matt zresztą też nie. Myślę, że każda przyjeżdżająca tu samotna kobieta próbowała ich usidlić. Owszem, są towarzyscy, a nawet można się z nimi zaprzyjaźnić, ale nic ponadto.

Emily wybuchnęła śmiechem.

– Może powinnaś zmienić przynętę. Skąd pochodzisz, Rosie?

– Z Barnesboro w Pensylwanii. Jestem wieśniaczką ze wsi zabitej dechami. Rozważałam możliwość przeprowadzenia się na południe, żeby uciec od mroźnych zim, ale ilekroć pomyślę o pakowaniu wszystkich moich rzeczy porzucam ten zamiar. Dlatego na zimę wyjeżdżam na Florydę, a na wiosnę wracam do domu. Chodźmy na spacer. Musimy spalić kalorie z kolacji. Chyba że masz jakieś inne plany.

– Słusznie – odparła chichocząc Emily. – Przejdźmy się. Za bardzo się objadłam.

– Tutaj o to nietrudno. Świeże powietrze wzmaga apetyt, lecz w ciągu dnia dużo się spala. W końcu czegokolwiek człowiek by się tu tknął, jest jakąś formą gimnastyki. No, ale teraz kolej na ciebie – opowiadaj-

Pamiętaj, że nie możesz pozwolić mi tak nadawać cały czas, bo sama nie będziesz miała okazji się odezwać. Opowiedz mi o sobie, Emily. Oczywiście tylko to co chcesz – dodała pospiesznie.

– Właściwie nie mam wiele do opowiadania. Rozwiodłam się, a mój były mąż umarł w zeszłym roku. Jestem dość nudna. Pracujesz gdzieś, Rosie?

– W całym swoim życiu nie przepracowałam ani jednego dnia – za pieniądze oczywiście. Ale w domu zaharowywałam się na śmierć. Wprost spod skrzydeł rodziców trafiłam do domu mego męża i wkrótce urodziłam dziecko. Mąż bardzo dobrze zarabiał. Zajmował się ubezpieczeniami i przekonany był o wartości tego, co sprzedawał, więc interesy świetnie mu szły. Nie jestem bogata, ale mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby nie zawracać sobie głowy pracą i nie martwić o zabezpieczenie na starość. Stać mnie nawet na to, żeby w razie potrzeby wspomóc dzieci. Mój Harry zmarł na polu golfowym. Byłam wtedy strasznie wściekła. Ale to osobna historia. No, powiedz, jak ci się tutaj podoba?

– Jest cudownie. Czy zimą również są tu jacyś goście?

– Tak. Prawdę mówiąc, to jest więcej chętnych niż miejsc. Po śmierci Harry’ego przyjechałam tu kiedyś na Boże Narodzenie. Po prostu czułam, że muszę coś takiego zrobić. Ale cały czas ryczałam, więc wróciłam do domu wcześniej niż zamierzałam. Ale zimą jest tu inaczej. Jeździ się na nartach i skuterem śnieżnym, albo konno. Konie uwielbiają śnieg. Założę się, że tego nie wiedziałaś. Wszyscy siadają przy kominku i robi się ciepła atmosfera, a przy szklaneczce czegoś dobrego zawiązują się przyjaźnie. Siostra Cookie robi grzane wino z korzeniami, po którym ma się ochotę zrzucić z siebie ciepłe rzeczy.

– Mam zamiar pojeździć jutro rowerem. Może wybrałabyś się ze mną, Rosie?

– Bardzo chętnie. Ale chyba powinnyśmy już wracać. Mam na dużym palcu wielki odcisk, który zaczyna mnie strasznie boleć. Z przyjemnością włożyłabym kapcie, ale najpierw odprowadzę cię do domku.

– Nie musisz – zaprotestowała Emily.

– Jasne, że muszę. Nie znasz jeszcze wszystkich ścieżek, a zrobiło się ciemno. Musisz przyzwyczaić się do tego, że ścieżki oświetlone są kagankami. Podczas mojego pierwszego tutaj pobytu błąkałam się przez parę godzin. Zakonnice wysłały ludzi na poszukiwania. Zrobiło mi się wtedy nieprawdopodobnie głupio. Po drodze wstąpimy do sklepiku, żebyś mogła kupić sobie jakieś napoje i soki. Wszystko zapisywane jest na twój rachunek, który regulujesz pod koniec miesiąca. Właściwie to każdy obsługuje się sam i zapisuje, co bierze. Przyszło mi do głowy, że mogłybyśmy usiąść u ciebie na ganku, odpocząć i pogadać popijając colę.

– Świetny pomysł.

Powiedziawszy to Emily uświadomiła sobie, że słowa te były najzupełniej szczere. Polubiła Rosie Finneran. Teraz ani te lasy, ani samotność nie wydawały jej się takie straszne.

Nieco później, gdy już doszły do domku Emily, Rosie wbiegła po schodkach, zabrała sprzed drzwi kaganek, po czym zapaliła go od jednego z tych, które płonęły wzdłuż drogi.

– A widzisz, sama szłabyś pewnie w ciemności. Kiedy wychodziłaś na kolację, było jeszcze widno i nie zapaliłaś swojego kaganka. A to jest – ciągnęła umieszczając latarenkę w przeznaczonym dla niej betonowym pojemniku – twoja lampa oświetlająca wejście do domu. Ale musisz ją sama zgasić przed pójściem spać. Te wzdłuż ścieżki palą się przez całą noc.

– Jaki wzniesiemy toast? – zapytała Emily wspominając liczne okazje oblewania rozmaitych wydarzeń, które urządzała razem ze swymi współmieszkankami.

– Może za przyjaźń i za to, żebyśmy zostały przyjaciółkami.

– Bardzo mi to odpowiada – zgodziła się Emily trącając się z Rosie butelkami.

Przez jakiś czas siedziały w milczeniu ciesząc się własnym towarzystwem, sącząc drinki, wsłuchując się w kumkanie żab i cykanie świerszczy, i wpatrując się w usiane gwiazdami niebo. O dziesiątej Rosie uznała, że czas już iść spać.

Kiedy w sypialni Emily zaczęła się rozbierać, uświadomiła sobie, jak bardzo czuje się samotna. Ni stąd, ni zowąd zaczęła płakać. Tak strasznie szlochała, że cała się trzęsła. Zaczęła się zastanawiać, czy coś jest z nią nie tak. – Czegóż ty chcesz, Emily – pytała samą siebie. – Co uczyni cię szczęśliwą? I czym, u diabła, jest szczęście? No, wydmuchaj nos, zapal papierosa i posiedź jeszcze na ganku. Pomyśl o tym, co dobrego cię spotkało i weź się w garść.

Otulona szlafrokiem Emily oparła się wygodnie o poduszki, które wyniosła ze sobą na ganek. Noc była ciepła i koc okazał się niepotrzebny. Przy świetle palącego się kaganka czuła się bezpieczna. W końcu zmorzył ją sen, a potem obudził blask latarki świecącej jej prosto w twarz. Była trzecia nad ranem.

– Kto… kto tu jest? A, to pan Haliday. Czy coś się stało? – spytała.

– Właśnie miałem o to samo zapytać panią. Przykro mi, że panią obudziłem, ale sprawy bezpieczeństwa traktujemy tutaj bardzo poważnie. Zastępuję dziś Ivana. Nadwerężył sobie kręgosłup próbując przesunąć pień drzewa, które kilka dni temu zwaliło się w czasie burzy.

– Ja… nie miałam ochoty spać w domku. A prawdę mówiąc to… nie mogłam tam zasnąć. Przyszłam więc na ganek, żeby pomyśleć o tym, co mam w życiu dobrego, tak sobie podumać i… no cóż, sam pan widzi. Chyba nie przyzwyczaiłam się jeszcze do świeżego powietrza.

– Na to potrzeba kilku dni – odparł Matt.

– Zawsze pan chodzi po lesie w środku nocy?

– Raz o dwunastej, a potem o trzeciej. Dostaję za to dodatkowe pieniądze. Przydadzą się, bo mam dwójkę dzieci i za parę lat będę Je musiał posłać do college’u.

– Ja nie mam dzieci – powiedziała przyciszonym głosem Emilv

– Są dni,, kiedy wcale nie wydają mi się radością mojego życia – odparł Matt. – Kiedy były małe, niewiele sprawiały kłopotu, ale teraz są większe i mam z nimi dużo więcej problemów. Sam już nie wiem, czy jest coraz gorzej, czy coraz lepiej.

– A kto się nimi zajmuje, gdy pan patroluje okolicę?

– Ilekroć mam służbę, nocuje u nas opiekunka. W ciągu dnia radzą sobie same. Sąsiedzi mają na nie oko, a zresztą latem często przychodzą tutaj. Zimą są za dnia w szkole. Nie zaniedbuję ich.

– Nie zamierzałam wcale tego sugerować – odparła chłodno Emily.

– Podoba się pani tutaj?

– Tak, ale jest tu strasznie cicho. Chyba nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajona. Od razu bardzo polubiłam się z Rosie Finneran. Chyba zyskałam sobie w niej przyjaciółkę. Cieszę się z tego. Lubię ludzi, lecz tęsknię za moimi przyjaciółmi, a przecież jestem tu dopiero jeden dzień.

– Stawiam pięć dolarów, że zanim minie miesiąc nie będzie pani chciała wracać do domu. A musi pani wiedzieć, że niechętnie się zakładam.

– Przyjmuję zakład. Nie jestem pewna, czy mam żyłkę do hazardu, ale chyba tak – powiedziała z namysłem. – Zdarzało mi się już grać o bardzo wysokie stawki. Kładłam na szali własne życie i zabezpieczenie finansowe.

– I wygrała pani?

Emily roześmiała się. Sama nie mogła uwierzyć, że śmieje się o trzeciej nad ranem.

– Chyba można tak powiedzieć. Ale patrzyłam na tę wygraną raczej jak na cel, który sobie wyznaczyłam i osiągnęłam. A kiedy już to się stało, nie miałam wcale pewności czy to rzeczywiście jest to, czego chciałam… to znaczy zależało mi na tym, ale odnosiłam wrażenie, że to mi nie wystarcza, wie pan chyba co mam na myśli.

– Czy jest pani mężatką, pani Thorn?

– Kiedyś byłam. Ale rozwiodłam się, a potem – w zeszłym roku – mój były mąż umarł. Może nawet słyszał pan o tym w telewizji; sprawa była dość głośna, Ian został zastrzelony przed kliniką aborcyjną w Los Angeles. Bardzo ciężko to przeżyłam, ale dałam sobie radę, bo musiałam. Niedawno rozmawiałam z pewnym księdzem, który powiedział mi o Czarnej Górze. I tak właśnie tu trafiłam. A pan, panie Haliday?

– Proszę mówić mi Matt. Wszyscy tak mnie nazywają.

– A ja jestem Emily.

– W porządku. Mieszkam w tych okolicach od urodzenia. Nigdy stąd nie wyjeżdżałem, za wyjątkiem pobytu w szkole. Wróciłem tu zaraz po skończeniu nauki i od razu dostałem pracę jako strażnik parku. Potem się ożeniłem i urodziły się dzieci.

Fakt, że siedzi w obcym sobie miejscu w środku lasu i o trzeciej nad ranem prowadzi rozmowę ze strażnikiem wcale nie wydał się Emily dziwny.

– I od tej pory żyłeś niemal szczęśliwie – dodała cicho.

– Rzeczywiście, prawie. Czasami nie dane jest nam być naprawdę szczęśliwymi – odparł ze smutkiem.

– Czy jesteś szczęśliwy, Matt?

– Zadowolony, to właściwe słowo. Nie mam pewności, czym jest szczęście. Kiedy żyła żona, myślałem że je mam, ale być może to też było tylko zadowolenie. Tutaj wszyscy dużo mówią o spokoju, zadowoleniu, o dobrym samopoczuciu w sensie duchowym. Rzadko kiedy ktoś używa słowa szczęście. A ty, Emily?

Emily nie miała najmniejszego zamiaru zwierzać się komuś, kto był jej zupełnie obcy, chociaż czuła się, jakby znała go już dość dobrze.

– Ja zadowolona jestem ze wszystkiego, co wypełnia moje życie. Kto wie, może każdy z nas powinien spróbować odgadnąć co znaczy słowo szczęście, a potem przekonać się, czy potrafi je odczuwać. Myślę, że często instynktownie unikamy szczęścia, bo boimy się, że nie potrwa długo – lepiej więc w ogóle go nie doświadczyć niż przeżyć potem zawód.

– Przypuszczam, że masz rację, chociaż może i nie.

Na słabo widocznej w ciemności twarzy Emily pojawił się uśmiech.

– Odpowiedź godna prawdziwego polityka – powiedziała.

– Czy jesteś jedną z tych kobiet karierowiczek?

– Chwileczkę, dlaczego to pytanie ma taki niemiły wydźwięk? – spytała chłodnym głosem.

– Wiele takich kobiet przyjeżdża tutaj w poszukiwaniu czegoś – nie wiadomo czego. Najpierw wkraczają do świata mężczyzn, walczą, kopią i drapią pazurami, a kiedy już osiągną cel, nie potrafią poradzić sobie z sytuacją i przychodzą tu do lasu, żeby grzebać we własnej duszy. A potem wracają do domu, wychodzą za mąż i rzucają pracę.

– No cóż, jeśli nie przemawia przez ciebie czysty szowinizm, to nie wiem jak można to nazwać – odparła najeżona. – Czy mam przez to rozumieć, że twoim zdaniem miejsce kobiety jest w kuchni, po której chodzi w kapciach i z brzuchem?

– O ile sama tego chce. Ale jeśli pragnie czegoś innego, to powinna być gotowa za to zapłacić. Problem polega na tym, że najczęściej nie chce płacić. Powtarzam oczywiście tylko to, co słyszałem na ten temat. Siostry dużo o tych sprawach rozmawiają. Ale ich rady pozostawiają wiele do życzenia. Za to ich tryb życia wpływa na ludzi bardzo korzystnie. Ale mężczyźni, ci na wysokich stanowiskach, którzy tu przyjeżdżają, nie są wcale lepsi od kobiet. Rzucają wszystko w diabły i wyruszają w podroż żaglówką dookoła świata, podczas gdy kobiety wracają do domu i wychodzą za mąż. Zupełnie tych ludzi nie rozumiem. Dlaczego nie mogą zachować we wszystkim umiaru? No, ale – kończył Matt rozmowę – chyba zabrałem ci wystarczająco dużo czasu. Muszę pójść teraz do głównego budynku i spisać raport. Przykro mi, że cię obudziłem.

– Nic nie szkodzi. Jestem już zupełnie rozbudzona. Chyba po prostu posiedzę sobie tutaj i obejrzę wschód słońca.

– To moja ulubiona pora dnia. Sama zobaczysz, jak wspaniale połyskują kropelki rosy w pierwszych chwilach poranka. Wszystko wokół wygląda jakby było usiane drobniutkimi diamencikami. A od zapachu sosen aż kręci się w głowie.

– Miałam kiedyś na Boże Narodzenie choinkę, której zapach był upajający.

– Wy, ludzie z miasta, nie macie pojęcia o drzewach – odparł drwiącym tonem. – Wycinacie je sobie w lesie i ciągniecie do domu. My nie sypiemy w ziemię nawozów chemicznych ani innych śmieci. To szalona różnica. Gdybyś zabrała do domu jedno z tutejszych drzewek, czułabyś jego zapach w każdym kącie. Zresztą sama się przekonasz – powiedział wstając ze schodka, na którym siedział. – Czy poważnie uważasz mnie za męskiego szowinistę?

– Uhu – odparła Emily z poważną miną starając się ukryć uśmiech.

– Moja córka powiedziała mi to samo. Chyba więc będę musiał popracować nad sobą.

– Na twoim miejscu tak bym właśnie zrobiła. Dzięki, że wpadłeś.

– Na tym polega moja praca – odparł krótko. – Zobaczysz co będzie jutro. Przekonasz się, że Phillie i Tiny wiedzą, że tu siedzieliśmy i gadaliśmy. Nie wiem, jak one to robią, ale nic co się tu dzieje nie da się przed nimi ukryć. To renegatki.

– Zapamiętam to sobie. Dobranoc, Matt.

– Dobranoc, Emily.

Emily skuliła się w fotelu i nawet się nie zorientowała, gdy zmorzył ją sen. Obudziło ją jakieś szuranie przy schodkach akurat w chwili, gdy wschodziło słońce. Od razu się uśmiechnęła.

– Chwileczkę, maluchy, już do was idę. – Niesamowite – powtarzała potem co chwila chodząc między wiewiórkami i królikami, które zajadały wyłożone przez nią przysmaki.

Jeszcze szerzej się uśmiechnęła, gdy na liściach krzewów i drzew dostrzegła coś, co przywodziło na myśl diamentowe naszyjniki. Chodziła w kółko po dywanie z połyskujących brylantów i tak się tym cieszyła, że aż klaskała w dłonie z radości.

– Witam cały świat, dzień dobry – powiedziała.

17

Emiły przyzwyczaiła się do nowego, tymczasowego trybu życia, jaki prowadziła w górach. Wypracowała sobie nawet pewien schemat dnia, w którym znalazło się miejsce dla Rosie Finneran i w pewnym stopniu także dla Matta Halidaya. Poza tym spała jak przysłowiowa kłoda, obżerała się jak przysłowiowa świnia i ćwiczyła jak przysłowiowy guru. I cieszyła się każdą minutą. Śmiała się, chichotała i żartowała z pozostałymi gośćmi. Niektórych znała z nazwiska, a innych, których uważała za osoby religijne, rozpoznawała tylko i kłaniała im się na dzień dobry.

– Mam wrażenie, że żyję tu od posiłku do posiłku – powiedziała do Rosie wstając od stołu po śniadaniu.

Rosie skrzywiła się.

– No no, jesteś tu od dziesięciu dni, a wydaje mi się, że stałaś się całkiem nową osobą. I masz zaróżowione policzki.

– O co ci chodzi?

– Baju, baju – odparła masując się po brzuchu. – Wszyscy zauważyli, że Matt Haliday stara się zawsze być tam, gdzie ty. Ludzie o tym gadają.

– Przestań, Rosie. Przecież i tak by tu przychodził. A skąd wiesz, że to ja nie chodzę za nim? Przemyśl to sobie, koleżanko – powiedziała uśmiechając się.

– Ty przebiegła diablico. Matt jest bardzo miły. Obserwowałam was, gdy jesteście razem. Ale seksowny nie jest. – Znów się skrzywiła. – Przejdźmy się.

– Ja myślę, że jest. To znaczy, że jest seksowny. Ale pamiętaj, że nie wszystko złoto co się świeci i na odwrót. Kto wie, w łóżku może okazać się bombowy.

– Ale równie dobrze może to być niewypał – odparowała Rosie. – Zdawało mi się, że mówiłaś, iż on jest męskim szowinistą.

– To prawda. Przypatrz się dobrze, on wcale nie jest mną zainteresowany; jest po prostu miły. Ciebie traktuje dokładnie w taki sam sposób.

Jeśli chodzi o mnie, to muszę przyznać, że trochę się nim interesuję. Intryguje mnie.

– A to dlaczego? – zaciekawiła się Rosie pochylając się, żeby zawiązać sznurówkę. Aż stęknęła, gdy się podnosiła. Idąca przed nią Emily nie dosłyszała tego niepokojąco brzmiącego odgłosu.

– Nigdy dotąd nie spotkałam kogoś, kto byłby zadowolony z życia w takim… w tego typu miejscu. Wiem, że ma dom w miasteczku, ale sam przyznał, że rzadko w nim bywa, po to tylko chyba, żeby się wyspać. Właściwie żyje tutaj wśród drzew i mchów.

– Nie wiem, czy to jest dokładnie tak, Emily. W końcu co roku poznaje tu nowych ludzi i spotyka starych znajomych. On szuka towarzystwa wczasowiczów. A takie kontakty przynoszą wiele satysfakcji. Poza tym Matt lubi żyć blisko z przyrodą, a to też daje mnóstwo zadowolenia. Wszystko to razem składa się na jego życie. Moim zdaniem, on uczynił z tego treść swego życia i kocha to co robi. Czy jest choć trochę podobny do tego twojego Bena?

– Jak jabłko do pomarańczy – odparła podniosłym tonem. – Rety, już za piętnaście dziewiąta. O wpół do dziewiątej miałyśmy wyruszyć na wędrówkę. Spotkamy się na rozstaju dróg. Mam już nasz lunch – powiedziała potrząsając kartonowym pudełkiem, które siostra Gilly dała jej po śniadaniu.

– To nie moja wina, że poprosiłaś o dodatkową porcję naleśników z orzechami. Zabierz mapę na wypadek, gdybyśmy się zgubiły – zawołała za nią Rosie.

Emily pobiegła do swego domku, szybko spakowała purpurowy plecak i zarzuciła go na plecy. W ostatniej chwili sięgnęła po mapkę okolicy i wsunęła ją do kieszeni szortów. Wychodziła już, gdy nagle zawróciła, ściągnęła buty i szorty i włożyła długie spodnie, po czym włożyła i zasznurowała buty. Teraz była gotowa. Zaraz, czy aby na pewno? Stanęła na schodkach i w myślach sprawdzała zawartość plecaka. Miała nóż, zestaw pierwszej pomocy, latarkę – małą wprawdzie, ale dającą silne światło, pudełko z lunchem, ciepłą bluzę i środek na komary. Po raz trzeci już weszła do domku i zabrała jeszcze trzy czekoladowe batoniki, które leżały na stole w salonie. – Chyba już wszystko – mruknęła.

– Idziemy szlakiem Appalachian – stwierdziła Rosie.

– Jak się czujesz? Bo jeśli nie jesteś w najlepszej kondycji, możemy wybrać się na tę wycieczkę innym razem. Piętnaście kilometrów to całkiem długa trasa. Jesteś pewna, Rosie, że dasz radę?

– Chodzę tędy co roku, ale robię najwyżej sześć kilometrów. To tylko o dziewięć więcej, co tam. Będę musiała odpoczywać po drodze, ale przejdę. A co, denerwujesz się?

– Nie, skąd. Cieszę się na tę wycieczkę. Nie mogę się doczekać, żeby napisać o niej moim przyjaciołom i pochwalić się, że przeszłam szlak Appalachian. Ale będą mi zazdrościć. Chociaż może raczej będą zadowoleni, że ich tu nie ma. Wędrowanie po górach nie jest ich ulubioną rozrywką.

– Założę się, że wcześniej czy później spotkamy na trasie Matta.

– Dzisiaj ma wolny dzień – przypomniała jej Emily.

– A więc znasz rozkład jego zajęć. – Rosie roześmiała się widząc zmartwioną minę koleżanki. – No, dobrze już, nie bądź taka zażenowana. Pełne napięcia oczekiwanie na coś daje więcej przyjemności niż samo zdarzenie, bez względu na to, jakie ono jest – romans, wycieczka czy cokolwiek. Przeważnie spotyka nas rozczarowanie. Ale tę szaleńczą radość i najdziksze fantazje, jakich się doświadcza oczekując czegoś, naprawdę warto przeżyć. Ja na przykład pragnę Ivana już od tak dawna, że nie potrafię zliczyć czasu. Ale gdyby do czegoś doszło, to chyba nie wiedziałabym jak się zachować. Po pierwsze musiałabym schudnąć i popracować nad swoim wyglądem, zrobić sobie nową tapetę, bo tak się chyba mówi, prawda? Teraz Ivan widzi we mnie tylko pulchną, siwą kobietę, która mogłaby być jego babką.

– Nie myśl tak o sobie, Rosie. Ja też kiedyś tak na siebie patrzyłam. Emily opowiedziała koleżance historię o łazience i stłuczonym lustrze.

– Ale to było dawno; teraz myślę inaczej – ciągnęła. – Jeśli poważnie masz zamiar schudnąć, chętnie polecę ci odpowiednią dietę i właściwe ćwiczenia; gdybyś chciała zostać tu nieco dłużej, to gwarantuję ci, że wyjeżdżając stąd będziesz znacznie szczuplejsza. Mogę nawet popracować nad twoim wyglądem. Świetnie znam się na robieniu makijażu. Przez jakiś czas pracowałam w restauracji i makijaż był sprawą bardzo ważną. Potrafię ufarbować włosy, a nawet ci je podciąć. Wiem wszystko o tym, jak i na czym zaoszczędzić. Czy wiesz, że tuńczyka można podać na ponad dwieście różnych sposobów, a kurczaka na trzysta sześćdziesiąt? Znam każdy z nich. – mówiła chichocząc.

– Ja nie mam za grosz silnej woli – gderała Rosie.

– W tej kwestii też umiem ci pomóc. Wyobraź sobie, że jesteś smukła, ważysz pięćdziesiąt siedem kilo, masz elegancką fryzurę, modny makijaż, wspaniałą sukienkę na sobie, a z lasu wychodzi akurat Ivan, silny i krzepki. Zarzuca cię sobie na ramię i niesie do swojej… swojej jaskini, gdzie oddajecie się dzikiej, namiętnej miłości. Ivan bierze cię gwałtownie, pożądliwie całuje twoje ciało, a tobie sprawia to niesamowitą przyjemność. Chcesz więcej, więcej i wciąż więcej, aż on zupełnie opada z sił. Ty wtedy wstajesz, poprawiasz ubranie, spoglądasz lekceważąco na sflaczałego pozbawionego energii faceta i mówisz… no właśnie, co powiesz, Rosie? – spytała Emily zaśmiewając się.

– Do zobaczenia – odparła chichocząc. – Emily, oddaję się w twoje ręce. Zabierz się do dzieła.

– W porządku, zaczynamy jutro. A teraz zróbmy sobie postój na lunch. Sądzę, że przeszłyśmy już jakieś sześć kilometrów, a może nieco więcej. Należy nam się odpoczynek.

Emily podała koleżance owiniętą w folię kanapkę z szynką i serem, a do tego brzoskwinię, chociaż Rosie twierdziła, że nie jest głodna. Emily pochłonęła swoją porcję z wielkim apetytem i gotowa była zjeść także lunch Rosie, ale się powstrzymała. Sok z brzoskwini ściekał jej po policzkach i skapywał na bluzkę.

– A niech to diabli, będę miała plamę na koszulce. Ależ ze mnie świntuch. – Otarła usta wierzchem dłoni. – Chcesz trochę wody?

– Tak, ale najbardziej przydałoby mi się parę tabletek aspiryny. Masz ją może w zestawie pierwszej pomocy?

– Jeśli boli cię żołądek, to aspiryna na nic się nie zda. Bardzo ci dokucza?

– Nie aż tak, ale jednak ciągle boli. To pewnie gazy, a one są najgorsze. Zdarza mi się to czasem, gdy zjem coś, czego nie powinnam. Może zaszkodziły mi te trzy kiełbaski, które były wczoraj na kolację. Albo pieczone na węglu ziemniaczki; były obficie polane stopionym masłem.

– To były najlepsze ziemniaki i kiełbaski, jakie w życiu jadłam – wspomniała z zadowoleniem Emily.

– To dlaczego ciebie nie męczą gazy? – narzekała Rosie.

– Boże, co za konwersacja. Ja przegryzałam kiełbaski kiszoną kapustą, a kapusta działa rozwalniająco. Załatwiałaś się potem?

– Nie. Ale aspiryna pomaga na ból głowy. Daj mi trzy tabletki. Emily posłusznie wytrząsnęła je z buteleczki i podała koleżance. Rosie szybko je połknęła popijając wodą z pojemnika, który Emily miała w plecaku.

– Musimy już iść. Mamy przecież wrócić do domu przed zmrokiem. Gilly obiecała, że zostawi nam kolację, gdybyśmy się spóźniły, ale kazała mi przysiąc, że nikomu o tym nie powiemy. Włożyłam dziesięć dolarów do jej osobistej skarbonki na biednych.

– No wiesz, nie wstyd ci przekupywać zakonnicę? I ona pozwoliła na coś takiego? – nie mogła uwierzyć Rosie.

– Pewnie, nawet się uśmiechnęła. No wstawaj, pomogę ci – powiedziała Emily podając Rosie rękę. Zachwiała się jednak do tyłu i chociaż zdołała odzyskać równowagę, to obróciła się przy tym dokoła swej osi. Dysząc i posapując Rosie zaczęła iść przodem, ale skręciła nieco w prawo zbaczając ze szlaku. Emily szła za nią przesuwając dłońmi po rosnących po bokach krzakach.

Dwie godziny później spojrzała na zegarek, bo Rosie oznajmiła:

– Muszę odpocząć, Emily. W boku boli mnie jak diabli. Spróbujmy zorientować się, gdzie dokładnie jesteśmy. Masz mapę? Od dawna już nie widziałam wzdłuż drogi żadnych oznakowań. Szlak jest zazwyczaj wyraźnie widoczny, a to jest jakaś zarośnięta ścieżka. Może pomyliłyśmy się i zeszłyśmy ze szlaku?

– Nawet nie mów takich rzeczy, Rosie – odparła Emily krzywiąc się. – Nie chcę się zgubić. Przecież tutaj na wiele kilometrów wokół nie ma żadnych domów. Nawet jeśli ci się tylko wydaje, że mogłyśmy pomylić drogę, to lepiej wracajmy do domu ścieżką, którą tu dotarłyśmy. Przejdziemy ten szlak innym razem. Teraz jest już druga.

Emily podała koleżance bidon z wodą. Rosie piła z niego łapczywie, po czym poprosiła o kolejną dawkę aspiryny, podczas gdy Emily po wszystkich kieszeniach szukała mapy.

– O Boże, zostawiłam ją w szortach – jęknęła w końcu żałośnie.

– Przyłóż mi rękę do czoła – powiedziała Rosie.

– Jezu Chryste, masz gorączkę! Wracamy! I to już!

– Nie ruszę się, dopóki ten ból w boku nie zelżeje. Jak myślisz, jaką mam temperaturę?

– Może nawet trzydzieści dziewięć stopni. Czy miałaś już gorączkę, gdy wyruszałyśmy?

– Nie. Czułam się tylko trochę ospała. Naprawdę nie chcę cię straszyć, ale wydaje mi się, że ten ból to wcale nie z powodu zaparcia.

– Chcesz powiedzieć…? Miałaś wycinany wyrostek? Zaraz, czy ty uważasz, że masz zapalenie wyrostka robaczkowego?

– Z jajnikami na pewno wszystko jest w porządku, bo przed przyjazdem tutaj byłam u ginekologa. A przecież w tym miejscu nie ma nic poza wyrostkiem. Nerki taż mam zdrowe. O Boże, Emily, a co będzie, jeśli on pęknie? Naprawdę postaram się, ale nie sądzę, żebym dała radę dojść do Ustronia.

– Posiedźmy jeszcze kilka minut. Mogę wprawdzie podtrzymywać cię w drodze, ale jeśli to rzeczywiście wyrostek, chyba nie powinnaś w ogóle chodzić. A z powodu gorączki i tak będziesz powolniejsza. Nie bardzo mam ochotę zostawiać cię tutaj i iść sama szukać pomocy. Jeśli się zgubiłyśmy, to idąc w pojedynkę bez mapy mogę zabłądzić jeszcze bardziej. Gdy nie wrócimy do Ustronia przed zmrokiem, siostry zorientują się, że coś musiało się stać. Ściemni się dopiero za sześć, siedem godzin, a przez ten czas wiele może się wydarzyć. Poza tym nie mamy żadnej gwarancji, że Gilly rzeczywiście zauważy, iż nas nie ma. Kolację zostawi nam przecież w piekarniku, a sama będzie na modlitwach. Możliwe, że nikt nie dostrzeże naszej nieobecności do dziewiątej albo i dłużej. Rosie, powiedz mi, co mam robić? – poprosiła Emily pełnym napięcia głosem.

– Wracaj i… i sprowadź pomoc. Ja nie dam rady iść, a nawet gdybym mogła, to i tak tylko opóźniałabym marsz. Weź bandaże z apteczki i idąc oznaczaj nimi drogę, żeby potem strażnicy mogli mnie łatwo znaleźć. Kiedy już dotrzesz do szlaku, będziesz mogła swobodnie przebiec resztę drogi. Masz świetną kondycję.

– O Boże, gdybyś ty siebie widziała, jesteś cała zlana potem. Zostawię ci wodę i plecak. A jeśli ściemni się, a pomoc nie nadejdzie? – jęczała Emily.

– Mam dwie latarki: twoją i moją. No, idź już, Emily, proszę. Nic mi się nie stanie, dopóki ktoś tu po mnie nie przyjdzie. To moja wina. Ja zboczyłam ze szlaku.

Emily zmartwiała ze strachu.

– Rosie, nie mogę tak cię tu zostawić. A jeśli zaatakuje cię jakieś dzikie zwierzę? Nie mam zielonego pojęcia o tropieniu i szukaniu własnych śladów. Mogę się znowu zgubić. Może rozpalimy ognisko i postaramy się trzymać mały ogień, żeby tylko dym unosił się do góry. W końcu na pewno ktoś nas zauważy.

– Ognisko odpada zupełnie. Cały las mógłby się od tego zająć. Jeśli chodzi o mnie, to nigdy nie jeździłam na żadne obozy i nie mam w takich sprawach doświadczenia. Nawet o tym nie myśl, Emily. I proszę cię, idź już. Dopóki będę miała świadomość, że próbujesz mi pomóc, nic mi nie będzie. Dasz sobie radę, Emily. Pomyśl tylko, ile osiągnęłaś po tym, jak zostawił cię mąż.

– O Boże, Rosie, to było całkiem co innego. Wtedy nie chodziło o niczyje życie.

– I tu się mylisz, bo przecież chodziło o twoje. Przestań gadać, Emily, i ruszaj w drogę. Proszę cię.

– No dobrze, idę, ale najpierw ułożę cię jak najwygodniej. Oprzyj głowę o plecak. Latarki leżą tuż obok. Gdyby zaczęło padać, to korona tego drzewa jest na tyle gęsta, że powinna cię osłonić. Butelkę z wodą zostawiam ci tutaj. Pij, Rosie. I co jakiś czas bierz aspirynę. – Mówiąc to wsunęła Rosie bidon do kieszeni bluzki. Potem nachyliła się i cmoknęła ją w policzek. – Licz liście na drzewie, a jak już skończysz, zacznij liczyć sosnowe igły. Odpytam cię z tego, jak już cię stąd wydostanę.

– Idź wreszcie, Emily. Zaczynam liczyć – skrzywiła się Rosie. Odchodząc Emily obejrzała się przez ramię. Rosie leżała z zamkniętymi oczami, a na jej twarzy malował się ból. – Sprowadzę pomoc – powiedziała sobie Emily. – Wiem, że dam radę. Musi mi się udać, bo w przeciwnym razie Rosie może spotkać coś złego. Klnę się na Boga, że mi się uda.

Pomyślała o niedźwiedziach, wilkach i innych leśnych zwierzętach. I o wężach. Rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu dużego kija. Nie była pewna, czy powinna zachowywać się cicho czy raczej robić jak najwięcej hałasu. Zupełnie nie miała pojęcia. Tak czy owak miała iść do przodu i mieć się na baczności. I nie zgubić kija. Pomachała nim wojowniczo, żeby się podnieść na duchu.

Szła bardzo długo trzymając się ścieżki z krzewami, którą wcześniej pokonała z koleżanką. Miała nadzieję i modliła się, żeby rozpoznać miejsce, w którym zatrzymały się na lunch. Spojrzała na zegarek. Minęło dwie godziny odkąd zostawiła Rosie, więc lada chwila powinna się na nie natknąć.

Pot spływał jej po twarzy, szyi i wsiąkał w koszulkę. Gruby materiał, z którego uszyte były spodnie, ocierał uda. Rozejrzała się wokół przerażonym wzrokiem, gdy ni stąd, ni zowąd poczuła na policzku powiew wiatru szeleszczącego gęstym listowiem. Cóż się u diabła stało, pomyślała. Czyżby spadła temperatura? Miała wrażenie, że mroczny las napiera na nią i straszy. Ciągle jeszcze nie odnalazła miejsca, w którym jadły lunch. Nie pamiętała już, czy szły potem pod górkę, czy z górki. Jedyna jasna myśl w głowie dotyczyła Rosie i polanki, na której ją zostawiła. Oderwała kolejny pasek sterylnej gazy i przywiązała go do ciernistego krzaka. Rozwijając rolkę czuła, jak wali jej serce. Zorientowała się, że bandaża nie zostało zbyt wiele.

Zatrzymała się na chwilę w nadziei, że rozpozna jakieś drzewo, krzak, coś co przypomniałoby jej, że szła tędy z Rosie. Dróżka była stroma i śliska od żywicy ściekającej z sosnowych igiełek. Dwukrotnie poślizgnęła się i upadła na kolana, ale szybko się podniosła. Próbowała biec, ale brakowało jej tchu w płucach. Chwileczkę – powinna przecież schodzić w dół, a nie iść w górę – olśniło ją nagle. Stanęła uświadamiając sobie, że huczy jej w uszach. Zdała sobie sprawę, że nie widzi słońca, a wyraźnie pamiętała, że przedtem przeświecało przez listowie rzucając przed nią cienie w postaci koronkowego wzoru. No i zaczęło robić się coraz ciemniej. – A niech to diabli – zaklęła pod nosem po raz setny chyba.

Nigdy dotąd nie poznała zapachu własnego strachu, ale teraz wiedziała już jaki on jest. Oczy zaczynały ją piec od spływających do nich słonych kropelek potu. Zabłądziła i zdawała sobie z tego sprawę.

– Nie powinnaś była mi zaufać, Rosie – jęczała cicho.

Nagle usłyszała głos Iana.

– Tak, użalaj się dalej, Emily, nikt nie potrafi tego lepiej niż ty. Żalisz się, ryczysz i skamlesz. W tym jesteś najlepsza.

– Zamknij się, Ianie. Ty nie żyjesz. Twoje prochy rozsiane są po pustyni. Nie możesz ze mną rozmawiać ani rozkazywać mi, co mam zrobić. Ciekawe, czy ty umiałbyś znaleźć drogę w tym lesie. A ja sobie poradzę, zobaczysz, ty sukinsynu! Tak naprawdę wcale nie słyszę twojego głosu. Jest wytworem mojej wyobraźni – powiedziała wściekła.

Zastanawiała się, w którym powinna iść kierunku – na zachód, wschód, północ czy południe. Nie miała najmniejszego pojęcia. Niebo zasnute było chmurami i trudno jej było się rozeznać. Rozpościerające się nad nią korony drzew były tak gęste i takim przejmowały ją chłodem, że poczuła, jak żółć podchodzi jej do gardła. Energicznie machnęła kijem, zamknęła oczy i ruszyła w lewo, bo tam właśnie skierowało ją przeczucie. Nagle ciężkie górskie buty straciły przyczepność do podłoża i Emily poślizgnęła się. Upadła na siedzenie i zaczęła zsuwać się w dół po kamieniach, krzakach i kleistych, wilgotnych igłach sosen. Poczuła, że coś zadrapało ją w policzek, a potem dał o sobie znać ból i ranka zwilgotniała.

Emily aż zaparło dech w piersiach, ale nie poruszyła się. Po chwili podniosła drżącą rękę i dotknęła twarzy. Wyczuła krew. Podciągnęła szybko koszulkę, żeby obetrzeć policzek. Wiedziała, że rany głowy i twarzy zawsze obficie krwawią, co niekoniecznie znaczy, że są poważne. Popatrzyła w górę, bo jej uwagę zwróciła jakaś szarość na niebie. No tak, każdy głupi domyśliłby się, że zbiera się na deszcz. Chłodny wiaterek, który odczuła już wcześniej, przybrał na sile. Z wiaterku zrobił się wiatr.

Emily podniosła się najpierw na kolana, potrząsnęła głową, po czym wstała i ruszyła w dalszą drogę. Wydawało jej się, że zmierza w tym samym kierunku co poprzednio, ale drogą położoną niżej i mniej zarośniętą. Wciąż wprawdzie szła po terenie położonym wysoko, ale oddychanie stało się łatwiejsze. Przywiązała do krzaka kawałek bandaża krzywiąc się na widok własnej krwi.

Wciąż parła do przodu, co chwila zerkając na zegarek. Była za piętnaście piąta. Pomyślała, że jeśli nie będzie burzy, to ma przed sobą jeszcze kilka godzin dziennego światła. Zadyszana oparła się o drzewo i wrzasnęła ile tchu w piersiach. Wołała o pomoc tak długo aż ochrypła, po czym ruszyła w dalszą drogę. – Uda mi się, mówiła sobie. – Muszę dojść do Ustronia. Jeśli ma się wystarczająco dużo silnej woli, to można osiągnąć wyznaczony cel. – Przyszło jej do głowy, że silnej woli miała pod dostatkiem. Tylko las i cała przyroda wokół, jakoś jej nie sprzyjały. Brnęła jednak do przodu ocierając co jakiś czas ręką ściekającą po policzku krew.

Ni stąd, ni zowąd przypomniała sobie „godzinę natchnienia”, w której brała udział wraz z Rosie w zeszłym tygodniu. Na początku spotkania nastrój był bardzo poważny, ale pod koniec zrobił się wręcz swawolny, a Emily czuła się potem cudownie. Częściowo przyczyniła się do tego siostra Cookie i jej żarty opowiadane z poważną miną. W rezultacie wyszła z zebrania z listą rzeczy do zrobienia, czy raczej pomysłów na uatrakcyjnienie codzienności.

Gdyby teraz mogła sobie przypomnieć choć niektóre z nich, może byłoby jej łatwiej. Szła cały czas przed siebie, chociaż zaczynało jej się kręcić w głowie. Ściemniło się trochę, a drzewa i krzewy wydawały się jakby gęstsze. Pomyślała, że wkrótce w lesie zapadnie zupełny mrok. „Otwórz książkę na chybił trafił, wybierz sobie jakiś paragraf i niech on będzie twoją inspiracją” – tak brzmiał jeden z pomysłów, jakie zanotowała na spotkaniu. No tak, a jeśli pod ręką będę miała akurat jakiś romans pełen opisów scen erotycznych czy gwałtów? – rozmyślała Emily szarpiąc palcami krzaki rosnące gęsto wzdłuż ścieżki. Siostra Cookie mówiła, żeby ani przez chwilę nie myśleć negatywnie, żeby nawet nie tolerować negatywnego myślenia. I żeby nie słuchać ludzi, którzy patrzą na świat pesymistycznie. Tylko że łatwiej to powiedzieć niż wykonać. No, bo jakie, do jasnej cholery, plusy można znaleźć w sytuacji, w której się teraz znajdowała? Siostra uczyła też, aby nie tracić poczucia humoru, a jeśli już do tego dojdzie, należy natychmiast starać się je odzyskać. Wyjaśniała, że aby się skrzywić, trzeba zmusić do pracy więcej mięśni niż, aby się roześmiać. I kazała często się śmiać. – Ha ha – prychnęła Emily.

Zatrzymała się, żeby wziąć głębszy oddech. Była kompletnie wyczerpana i bardzo zadyszana. Oparła się o pień, rozstawiła szeroko nogi i położyła dłonie na kolanach. Raz za razem głęboko wciągała powietrze. Mogłaby przysiąc, że gdzieś z koron drzew dobiegł ją wówczas głos Iana. Trudno było go nie rozpoznać. Nie powinna mieć wątpliwości, bo przecież słuchała go całymi latami.

– Najpierw schrzaniłaś sprawę, Emily, a teraz dajesz za wygraną. Ty nigdy nie myślisz; ty po prostu brniesz na oślep. Chociaż raz w życiu weź coś w swoje ręce.

– Zamknij się, Ianie, przecież umarłeś. Nie jesteś nawet pochowany, więc nie możesz powstać z martwych. Twoje prochy poniewierają się po całej pustyni razem z tymi idiotycznymi tulipanami. A ja robię wszystko co w mojej mocy. Zrobiło się ciemno jak w grobie. Nic już nie widzę. Może nawet mam wstrząs, a Rosie czeka tam w nadziei, że sprowadzę pomoc. Nie odzywaj się do mnie, Ianie. Nie będę słuchała trupa. Spadaj.

„Otwórz swój umysł i duszę na przyjęcie cudu”, mówiła siostra Cookie. – Oto jestem gotowa, Panie, ześlij mi cud teraz, w tej chwili – błagała Emily. – Chociaż nie, nie mnie, a Rosie. Och, siostra Cookie jest taka mądra. Bardzo mi się podobało to, co mówiła o wycofaniu się – że mądry człowiek wie, kiedy należy zrezygnować. Zupełnie jakby powiedziane z myślą o mnie. A druga odnosząca się do mnie rada siostry Cookie to ta, by wypatrywać bożych posłańców. Chryste, już prawie nic nie widzę. A jeśli jest tu gdzieś, Boże, jakiś Twój posłaniec, ale nie może mnie dojrzeć? Jezu, ależ głupoty plotę!

Nagle Emily upadła na ziemię i zaczęła się toczyć, zatrzymując się dopiero na wystającym z ziemi korzeniu jakiegoś drzewa. Uderzyła się o niego tak mocno, że z gardła wyrwał się jej gromki krzyk, ale ból w ramieniu był tak silny, że zagryzła wargi i skuliła się. Poczuła w bolącej ręce przypływ gorąca. Zastanawiała się, czy nie rozcięła sobie skóry.

Tu gdzie teraz leżała było widniej, bo na polance nie rosły sosny i nie zasłaniały nieba. Zezując Emily zerknęła w stronę zegarka i zdołała dostrzec wskazówki. A co więcej, zauważyła też wetkniętą między kamienie drewnianą strzałkę z napisem „Szlak Appalachian”. Była już piąta. Nie wiedziała, czy iść w stronę Ustronia, czy raczej Maine. Zakładając oczywiście, że będzie w stanie ruszyć się i pójść dalej. Przekręciła się na lewy bok i odczekała chwilę, aż ból osłabnie, po czym podniosła się i uklękła na jedno kolano. Z prawego ramienia na całe ciało zaczął promieniować nieznośny ból. Złamałam rękę albo obojczyk, przemknęło jej przez głowę. A prawdopodobnie jedno i drugie. Krzywiąc się i stękając z wysiłku zdołała jakoś stanąć na nogi.

– Emily, do jasnej cholery, ruszaj się! – Czyżby to Ian tak ją zachęcał do dalszej drogi? Nie, to niemożliwe, rozmyślała. Przecież on nie żyje, odszedł na zawsze. – Przestań użalać się nad sobą – krzyczał głos. – Idziesz w złym kierunku. Zawsze ci mówiłem, że jesteś głupia. Odwróć się i pójdź w przeciwną stronę. No już, Emily.

– Zamknij się, Ianie. Nie możesz już mi rozkazywać.

– Nie chcę mieć na sumieniu twojej śmierci.

Naprawdę nie wiedziała, czy to głos jej byłego męża. A może miała halucynacje i bredziła? Jednakże pod wpływem długoletniego nawyku, zrobiła w tył zwrot i zaczęła iść, czując jak przy każdym kroku przez jej ciało przelewa się fala bólu.

– Jeśli rzeczywiście rozmawiam z tobą, Ianie, to powiedz, jaką mam szansę, że uda mi się sprowadzić pomoc dla Rosie? Czy daleko jeszcze jest do Ustronia? – Emily znów upadła na ziemię; czuła się tak, jakby wszystkie nerwy jej ciała były na wierzchu, narażone na ciągłe podrażnianie. Nie miała wątpliwości, że jeszcze chwila, a straci przytomność. – Popchnąłeś mnie, ty sukinsynu! – krzyknęła.

– I o to chodzi, Emily, wściekaj się. Niech cię aż rozsadza z wściekłości. Wstawaj i ruszaj w drogę!

– Pomóż mi, Ianie. Proszę. Mnie możesz nienawidzieć, ale pomóż mi sprowadzić pomoc dla Rosie. Ona nie zrobiła ci przecież nic złego. Proszę cię. Ja już nie dam rady. Nie jestem w stanie iść dalej. Muszę tu poleżeć. Wcześniej czy później ktoś nas znajdzie. Daj mi spokój, Ianie. Złamałam sobie rękę. Jesteś lekarzem, więc wiesz, jaki to straszny ból. Ty kładłeś się do łóżka, kiedy wyskakiwał ci pryszcz.

– Ależ z ciebie słabeusz! Pozwolisz, żeby twoja koleżanka umarła, bo ty jesteś zbyt leniwa, żeby ruszyć tyłek. Emily, wydałem ci polecenie i, do jasnej cholery, masz mnie słuchać. Tę rękę po prostu sobie zwichnęłaś. Żadna kość nie jest złamana. Masz tylko rozciętą skórę na ramieniu. Zaufaj mi.

– Nie jestem słabeuszem ani leniem. Ty draniu, jak tylko wrócę do domu, podam cię do sądu za to, że praktykujesz medycynę, mimo iż już nie żyjesz. I co ty na to?

Emily zaczęła się podnosić. Pomyślała, że chyba zwariowała, skoro rozmawia z kimś, kto umarł. Ale z drugiej strony siostra Cookie mówiła, że zawsze trzeba być gotowym na przyjęcie bożych wysłanników, a być może był nim właśnie Ian. Ale Ian wysłannikiem Boga? To brzmiało zbyt idiotycznie. Chociaż, czy aby na pewno?

Zaraz, która jest teraz godzina, zastanawiała się Emily. Nie miała pewności, od jak dawna leży już na ziemi. Rozmowa z bożym wysłannikiem, nawet jeśli był nim Ian, zajęła jej trochę czasu. Może było wpół do szóstej albo szósta? A najprawdopodobniej za kwadrans szósta.

– Ruszaj w drogę, Emily.

Tym razem przynaglający ją głos Iana był łagodniejszy. Może naprawdę zależało mu, żeby jej się udało. Oczywiście ze względu na Rosie. Dam sobie radę, pomyślała Emily. Muszę sobie poradzić. Sprowadzę pomoc.

* * *

Siostra Cookie spojrzała na zegarek. Zupełnie straciła poczucie czasu. Rozejrzała się po kuchni, sprawdziła piekarniki, po czym wsunęła do tego pustego blachę z obranymi ziemniakami. Mięso piekło się jeszcze i wyglądało na to, że będzie znakomite. Sałatka była już gotowa, stoły nakryte, a obrane warzywa leżały w garnku do gotowania na parze. Domowe rurki czekały w ciepłym piekarniku, a napój z brzoskwiń chłodził się na tylnym ganku.

Dzbanki z mrożoną herbatą i szklanki stały na tacach przygotowane do wyniesienia na tylny ganek, który stanowił jedyne miejsce, poza sypialniami zakonnic, niedostępne dla gości. To tu właśnie, na tym zacisznym, odosobnionym tarasie należącym wyłącznie do nich, siostry zbierały się, by wspólnie wypalić zakazanego papierosa i wypić szklaneczkę mrożonej herbaty. Raz w miesiącu spowiadały się ze swego przewinienia, ale zaraz zapominały o grzechu aż do następnej spowiedzi.

Tak naprawdę, to żadna z zakonnic nie wiedziała, skąd właściwie biorą się w Ustroniu papierosy; fakt, że zawsze miały parę paczek. Te, które goście zostawiali na stołach odchodząc po posiłku, siostry wkładały do pudełka po butach i trzymały w kuchni na wypadek, gdyby ktoś się o nie upomniał. Zwykle odczekiwały trzy dni, a potem je wypalały. – Należy nam się znaleźne – chichotała Phillie. Pełne paczki pojawiały się jakby za sprawą magii, przeważnie co drugi dzień. Najczęściej zakonnice znajdowały je na schodkach tylnego ganku, gdzie siadywały w czasie rannych i popołudniowych przerw w pracy. Ich zdania w kwestii tego, kto podrzucał im te paskudztwa, były podzielone. Gilly, Cookie i Tiny uważały, że to sprawka Matta, a Phillie, Gussie i Millie posądzały o to Ivana.

Tiny rozlała do szklanek herbatę, Gussie rozdała wszystkim papierosy, a Millie zaoferowała zapalniczkę.

– Paskudny, obrzydliwy nałóg – stwierdziła Phillie odchylając głowę do tyłu i zaciągając się głęboko.

– Wstrętny – przyznały wesoło pozostałe siostry.

Następnie po kolei wypuszczały dym w kształcie idealnie okrągłych kółeczek.

– Wiem na pewno, że za to Bóg nas nie ukarze – oznajmiła radośnie Gilly. – A to dlatego, że sam nam przecież pozwala znajdować tutaj te paskudztwa. Gdyby nie chciał, żebyśmy paliły, zadbałby, żeby nie leżały na widoku.

– Głupie gadanie. To tylko trochę smoły – odrzekła wesoło najwierniejsza fanka Erica Claptona, siostra Gussie. – W każdym razie ja nie rzucę palenia.

– Ani my – zawtórowały jej pozostałe zakonnice.

– Możemy się za to smażyć w piekle – ostrzegła siostra Tiny.

– To będziemy smażyć się razem – orzekła Millie.

– No, czas już zgasić – stwierdziła Gilly pokazując wszystkim swój niedopałek papierosa Marlboro. – Widzicie, został sam filtr. Straszny grzech.

– Jak myślicie, czy Matka Teresa pali? – spytała niespokojnie Phillie.

– Pewnie tak, ma przecież tyle stresów; jak niby wytrzymałaby bez papierosów? – odparła Cookie. – Zauważyłyście, że niebo zrobiło się bardzo ciemne? Mam nadzieję, że nie rozpęta się dzisiaj burza. Chciałabym skończyć ten straszny kryminał, który czytam, a jeśli światło siądzie, nie będę wiedziała, kto zabił Darlene.

– Mogę ci powiedzieć, że zrobiła to jej siostra Marlenę, więc nie musisz się już martwić – powiedziała Gussie. – Brał w tym udział jeszcze ogrodnik, który zasztyletował strażnika przy bramie. Wszystko inne ma na celu tylko zmylenie czytelnika. W każdym razie, jeśli wyłączą światło, nie będziesz się denerwować. Na jutro mogę ci pożyczyć inną książkę; nazywa się „Gdzie zniknęła piękna kobieta”. Matt mi ją wczoraj podrzucił.

– Mam nadzieję, że Rosie i Emily nic się nie stało. Tam w górach robi się o tej porze dość ciemno, nawet jeśli słońce jeszcze świeci. A biorąc pod uwagę, że nadchodzi burza, jest tam pewnie mroczno jak w grobie – powiedziała siostra Tiny.

– Rosie szła już kiedyś tym szlakiem – przypomniała Gilly.

– Ale robiła najwyżej sześć kilometrów. Dziś planowały przejść piętnaście, a Emily w ogóle nie zna drogi.

– Poczułabym się lepiej, gdyby Ivan wyszedł im na spotkanie; poprosimy go o to, gdy tylko przyjdzie tu z pocztą. Spóźnia się jakoś. Zwykle naciska dzwonek mniej więcej wtedy, gdy kończymy nasze… grzeszne praktyki – zauważyła Millie.

– Obiecałam Emily, że zatrzymam dla nich kolację.

– Znowu złamałaś zasady, Gilly – upomniała ją Gussie.

– Zasady są po to, żeby je łamać. A Emily i Rosie nie są zaprawione w górskich wędrówkach w przeciwieństwie do niektórych – odrzekła niepewnie Gilly.

– O, właśnie odezwał się dzwonek. Ivan przyszedł z pocztą. Siostry sprzątnęły ze stołu tacę i pełną popielniczkę. Po odbiór poczty przy drzwiach wejściowych wydelegowano Gilly.

Ivan był potężnym mężczyzną – wysoki na metr dziewięćdziesiąt, ważył chyba ze sto trzydzieści kilo, ramiona miał jak konary drzewa, a dłonie niczym połcie słoniny. Mundur ani trochę nie maskował jego niedźwiedziej sylwetki.

– Nadchodzi potężna burza, siostro, ale zacznie się dopiero za jakiś czas. Może o dziesiątej. Niech siostra dopilnuje, żeby wszyscy byli wtedy w domkach – ostrzegł łagodnym spokojnym głosem.

– Skoro więc nie zacznie lać przed dziesiątą, to chyba nie mam się co martwić o Emily i Rosie. Dziś rano wyruszyły na wędrówkę i zamierzały przejść piętnaście kilometrów.

– O której wyszły? – zainteresował się Ivan.

– Po śniadaniu. Obiecałam, że zostawię im kolację. A ściśle mówiąc, że nałożę im jedzenie na talerze i wstawię do piekarnika. Wiem, że to wbrew regułom, ale nie dbam o to. Jak wrócą, będą umierać z głodu.

– To bardzo miłe, siostro. Od czasu do czasu można złamać taką czy inną zasadę. A nie wie siostra, czy Rosie naprawdę gotowa była przejść piętnaście kilometrów? Zastanawiam się, czy nie powinienem się trochę rozejrzeć. O tej porze w lesie jest bardzo ciemno. Rosie boi się polnych myszy, więc pewnie jest wystraszona.

– A skąd wiesz, że ona się boi myszy? – zaciekawiła się Gilly.

– Matt mi powiedział. Pojadę dżipem w tamtą stronę i popatrzę dokoła. Skoro wyszły o ósmej trzydzieści czy o dziewiątej, to nawet jeśli zrobiły sobie przerwę na lunch i kilka postojów, powinny być już z powrotem. Rzucę okiem na ten szlak. Gdybym się z nimi minął, niech siostra wystrzeli jedną z tych rac, które siostrze zostawiliśmy, dobrze?

– Na pewno tak zrobię. Uprzedzę wszystkich. Przestrzegałam Rosie, żeby trzymała się ścieżki i nie zbaczała z niej. Kazałam jej nawet znaczyć drogę. Zresztą mówię to każdemu, kto wybiera się w góry. A one rzeczywiście powinny być już z powrotem. Ale teraz muszę zabrać się do pracy, bo inaczej nie zdążę z kolacją.

Ivan oddał zakonnicy niewielki worek z pocztą, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył wzdłuż ściany budynku do miejsca za rogiem, gdzie zostawił swojego dżipa. Kiedy ujechał około pół kilometra, zjechał na pobocze drogi. Wziął do ręki komórkowy telefon i zadzwonił do Matta Halidaya.

– Wierz mi, że te kobiety na pewno nie zdołały przejść piętnastu kilometrów, a skoro do tej pory nie wróciły, to znaczy, że coś musiało się stać. Rosie ma bardzo bolesny odcisk na palcu. Wszyscy w ośrodku wiedzą o jej odciskach.

– Poproszę kogoś, żeby przyszedł posiedzieć z dziećmi i zaraz do ciebie przyjadę. Jadąc wystrzel od czasu do czasu racę. Wkrótce rozpęta się burza. Myślę, że dołączę do ciebie najwyżej za czterdzieści minut.

– To na razie – odrzekł Ivan kończąc rozmowę.

Ivan przypomniał sobie tych kilka wypadków, które w ciągu minionych lat wydarzyły się w ośrodku. Przeważnie jednak goście nie zapuszczali się zbyt daleko w las i nie było z nimi jakichś poważniejszych problemów. Lubił swoją pracę, bo miał w niej do czynienia z tymi wszystkimi ludźmi, którzy przybywali w góry w poszukiwaniu pociechy i dobrego samopoczucia. Sam też był kiedyś w podobnej sytuacji, bo wiele lat temu jego narzeczona zginęła w wypadku samochodowym. Teraz miał pięćdziesiąt lat, wciąż był kawalerem, kochał dzieci i zwierzęta i pracował od świtu do nocy.

Bardzo lubił Rosie Finneran, ale właściwie wszyscy darzyli ją sympatią. Raz czy dwa myślał o zaproszeniu jej do kina, ale nigdy nie zdecydował się wcielić tego pomysłu w życie. A teraz tego żałował. Rosie zawsze umiała go rozśmieszyć. Czasem, kiedy myślała, że nikt tego nie widzi, puszczała do niego oko. On sam ani razu do niej nie mrugnął i nawet nie wiedział dlaczego. Było mu żal, że tego nie robił. Zauważał, że Rosie wykazywała się nieraz brakiem rozsądku i przez to pakowała się w kłopoty, ale nie przeszkadzała mu ta jej skłonność. Jemu także zdarzało się robić głupstwa.

Potem powędrował myślami ku Emily Thorn i Mattowi Halidayowi. Wiedział, że kolega interesuje się tą wczasowiczką. Próbował wprawdzie kryć się z tym, ale nie bardzo mu się to udawało. Kiedy miał wolny dzień, zawsze pytał co działo się w ośrodku. Najpierw dopytywał się o zakonnice i niektórych gości, a na końcu o Rosie i Emily. Ilekroć Ivan opowiadał o Emily, oczy Matta zaczynały błyszczeć i Ivan cieszył się z tego. W zeszłym tygodniu Matt kupił swej ulubionej wczasowiczce loda, a potem spędził trochę czasu w towarzystwie jej i Rosie. Ivan miał ochotę dołączyć do nich, ale sprawiali wrażenie tak zadowolonych, że nie chciał im się narzucać, więc szybko zjadł swego rożka i kupiwszy sobie drugiego odszedł.

Zjechał z drogi i zaparkował dżipa. Zarzucił na ramiona ogromny plecak i ruszył w drogę przyświecając sobie silną latarką. Szedł głośno stawiając duże kroki. Dręczył go niepokój.

* * *

Emily znów upadła i leżała twarzą do ziemi; nogi w coś jej się zaplątały. Próbowała się oswobodzić i poruszyć, lecz kark i ramię przeszył tak silny ból, że aż straciła na chwilę oddech. Trwała więc w bezruchu z twarzą przyciśniętą do sosnowych igieł i ostrych grudek ziemi. Oblepiająca igły żywica sprawiała, że Emily kichała co chwila.

Pragnęła móc zasnąć choćby tylko na dziesięć minut. Jeszcze nigdy w życiu nie była tak zmęczona i tak owładnięta bólem.

– Wstawaj, Emily. Nie pora teraz na sen. Jeśli jesteś zbyt leniwa, żeby ratować siebie, to pomyśl o swojej koleżance. Ona liczy na ciebie. Posłuchaj mnie, Emily.

– Niby dlaczego miałabym cię słuchać? Chyba już raz kazałam ci zostawić mnie w spokoju. Nie chcę rozmawiać z kimś kto nie żyje. Bóg cię ukarze za to, że tak mnie dręczysz. Daj mi spokój. Wyciągając rękę w bok, żeby utrzymać równowagę, Emily spróbowała podnieść się na kolana. Upadła jednak i znów uderzyła twarzą w przykrywające ziemię sosnowe igły. – Coś sobie zrobiłam w kolano i kostka mnie boli – jęczała.

– Twoja koleżanka cierpi o wiele bardziej. Podnieś wreszcie tyłek, rusz się stąd i sprowadź pomoc, bo po to wyruszyłaś. To rozkaz, Emily.

– Niech piekło pochłonie ciebie i twoje rozkazy, Ianie. Co będzie ze mną?

– Ty się na razie nie liczysz. Najważniejsza jest twoja koleżanka. Jeśli pęknie jej wyrostek, to będzie po niej i dobrze o tym wiesz. Jestem przecież lekarzem. Chociaż raz w życiu mnie posłuchaj.

– Byłeś lekarzem. I zamknij się wreszcie. Sama wiem… nie musisz mi mówić… nie widzę… wiem, że całkiem się zgubiłam. Pomóż mi wstać.

– Sama się podnieś. Obserwuję cię.

– Przestań mówić mi co mam zrobić.

W końcu Emily stanęła na nogi i choć chwiała się jeszcze na boki, to przecież stała. Lewą stopą zaczęła badać teren w poszukiwaniu kija, który ze sobą niosła. Czuła, że gdyby się po niego schyliła, to znów by upadła. Nadepnęła na jego końcówkę i kij podskoczył do góry. Złapała go. Zupełnie jakby wygrała nagrodę pociągając za wstążeczkę w wesołym miasteczku.

Nagle rozległ się grzmot, potem drugi i trzeci, a niebo rozświetliła na moment zygzakowata błyskawica.

– Oni tam pozwalają ci robić takie rzeczy? – spytała Iana przerażona Emily. – Jak ty to robisz?

– To magiczna sztuczka. Cieszysz się, że jesteś już na szlaku?

– Tak, o tak. Daleko jeszcze?

– Gdybym ci powiedział, że daleko, poddałabyś się. A gdybym pocieszył cię, że jesteś tuż tuż, wtedy zrobiłabyś pewnie coś głupiego – na przykład rzuciłabyś się biegiem i wpadła na jakieś drzewo. Nie wiem, ile ci zostało do przejścia. Po prostu idź przed siebie.

– Rozszyfrowałam cię, ty gnido – chcesz mnie doprowadzić do obłędu. Ianie, jestem zbyt zmęczona, żeby oszaleć. Postąpiłeś wobec mnie karygodnie. Ja zrobiłam tylko to, co musiałam. Kiedy weszłam do twojego biura, nawet mnie nie poznałeś. Znów stałam się tamtą Emily.

Niebo ponownie zaczęły rozświetlać błyskawice, jedna po drugiej, i Emily miała przez chwilę wrażenie, że patrzy na pokaz sztucznych ogni. Zraniona ręka zwisała jej bezwładnie wzdłuż ciała, ale drugą wetknęła koniec kija pomiędzy dwa duże kamienie i opierając się na nim ruszyła z miejsca powłócząc stłuczoną nogą. Jakoś posuwała się do przodu, a tylko to się teraz liczyło. – To był niezły pokaz – powiedziała do Iana. – Jak to robisz – marszczysz nos czy co?

– Nie marnuj sił na próżne gadanie. Powinnaś była wziąć ze sobą jedną z latarek i racę. Ale i tak nieźle sobie radzisz, Emily.

Komplement sprawił jej tyle radości, że spróbowała nawet iść szybciej starając się nie myśleć o Rosie i o Ianie, i o jego… duchowym świecie. Zresztą wszystko to było pewnie tylko złym snem. Poprzysięgła sobie, że nigdy nikomu nie opowie o rozmowie, którą prowadziła ze swym zmarłym mężem.

Przez niebo przetoczyły się kolejne błyskawice. I właśnie wtedy cos dostrzegła, a serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Na ścieżce stał Sasquatch. O Boże, tylko nie to, pomyślała. A może to Al Roker z wielkim radarem na plecach. Albo jakaś postać z nocnego koszmaru, tyle że żywa. Emily mocniej chwyciła kij w obie ręce i zaczęła krzyczeć przerażona nie ze względu na siebie, ale na Rosie. Najwyraźniej traciła już kontakt ze światem rzeczywistym i zdawała sobie z tego sprawę. No bo cóż robiłby w tych górach facet zapowiadający pogodę w NBC? A jeśli to naprawdę był Al Roker, to gdzie w takim razie podziała się ta roztargniona Sue Simmons z wiadomości o piątej?

– Ianie, pomóż mi, nie zostawiaj mnie tutaj z tym… z tym czymś. Ianie, przysięgam, że… że zrobię coś… jakiś dobry uczynek… przecież możesz zabrać to coś ode mnie, masz moc to zrobić. Nie pozwól mi umrzeć.

Nie usłyszała jednak żadnej odpowiedzi.

Wkrótce poczuła na twarzy jakieś światło, tak jasne, że ją oślepiło. Skuliła się w sobie próbując osłonić oczy.

– Pani Thorn.

Rozpoznała ten głęboki, ciepło brzmiący głos.

– Ivan – powiedziała chrapliwie.

Tak bardzo jej ulżyło na widok tego człowieka, że osunęła się na ziemię. To, czy uda jej się podnieść czy nie, nie miało już znaczenia.

– Chryste Panie, pani Thorn, co się pani stało?

– Rosie. Zostawiłam ją… tam z tyłu, w górze, nie wiem gdzie. Część drogi znaczyłam kawałkami bandaża. Potem przywiązywałam do krzaków paski podartych skarpetek i bielizny, dopóki mi się nie skończyły. Coś jest nie w porządku z wyrostkiem u Rosie. Zostawiłam jej latarki i plecaki. Ściemniło się i zgubiłam się, ale… to nieważne. Nie wiem, gdzie ona leży. Gdzieś tam w górze. Miała gorączkę i bardzo bolał ją brzuch. Znajdzie ją pan, prawda?

– Oczywiście. A co z panią? Złamała sobie pani rękę?

– Nie, jestem tylko padnięta. Proszę mnie tu zostawić. Niech pan szuka Rosie.

– Wydawało mi się, że słyszałem, jak pani z kimś rozmawia.

– Ja… ja mówiłam do siebie. Musi się pan pospieszyć.

Ivan wystukał szybko jakiś numer na telefonie komórkowym, który niósł w plecaku.

– Proszę się zastanowić, pani Thorn, ile czasu zabrało pani dotarcie tutaj?

– Kilka godzin, ale zgubiłam drogę i ściemniło się, i spadłam do wąwozu, i bardzo wolno szłam. Wydaje mi się, że szłam jakieś pięć, sześć godzin. Zostawiłam Rosie latarki i race. Jeśli wystrzeli pan jedną, to może ona zrobi to samo i wtedy zorientuje się pan, gdzie jej szukać. Będą panu potrzebne nosze. Wiem, że jest pan silny, ale nie sądzę, żeby dał pan radę sam ją stamtąd znieść.

Ivan schował telefon.

– Matt jest już w drodze. Ja idę dalej.

Kilka minut później Emily znalazła się w kręgu słabego światła pochodni, które Ivan rozstawił wokół niej.

– Niech się pan nią dobrze opiekuje, bo ona bardzo pana lubi – Powiedziała Emily.

Kuląc się na porośniętej mchem ziemi, zastanawiała się, dlaczego to powiedziała.

– Nawet teraz o mnie myśli? – odparł chichocząc.

Kiedy Ivan już odszedł, Emily spytała szeptem:

– Ianie, czy teraz już mogę zasnąć?

Wiedziała jednak, że nie usłyszy odpowiedzi. Uśmiechając się, podłożyła dłonie pod głowę. Chwilę później zmorzył ją sen. Tymczasem dokoła waliły pioruny, błyskawice rozświetlały niebo, a siekący deszcz wygaszał pozostawione przez Ivana pochodnie. Emily obudziła się parę godzin później, czując że ktoś podnosi ją z ziemi i niesie. Odczuwała każdy wstrząs i szarpnięcie, dopóki wreszcie Matt nie ułożył jej w swoim dżipie.

– Mój Boże, Emily, wyglądasz… czy na pewno wszystkie kości masz całe?

– Nawet nie myśl o zabraniu mnie do szpitala. Potrzebna mi tylko gorąca kąpiel, opatrunki i może jakiś środek przeciwbólowy, ale to mają siostry. Nie jest ze mną tak źle jak pewnie wyglądam. A co z Rosie?

– Właśnie ją operują. Miała zapalenie wyrostka robaczkowego. Ivan został z nią w szpitalu.

– Ona zdaje się czuć do niego ogromną sympatię – powiedziała, opierając zranione ramię o drzwi samochodu.

Matt roześmiał się.

– Ivan też zdaje się czuć do niej ogromną sympatię – odparł. – Naprawdę świetnie się spisałaś, Emily. Zwłaszcza jak na nowicjuszkę.

– Myślałam, że to określenie oznacza kandydatkę na zakonnicę.

– My nazywamy tak często ludzi, którzy nie mają doświadczenia w chodzeniu po górskich szlakach. W każdym razie tobie się udało. Widziałem już w swoim życiu sytuacje, kiedy dorośli mężczyźni robili się zupełnie bezradni. Niejednokrotnie musieliśmy wysyłać po nich grupy ratunkowe. Dzięki tobie, Rosie wyzdrowieje.

Emily zacisnęła zęby.

– Cóż, nie obyło się bez pewnej dozy pomocy. Właściwie całkiem sporej.

– Chyba nie chcę o tym słuchać – powiedział Matt cicho.

– To dobrze, bo nie miałam zamiaru ci o tym opowiadać.

– Jednak moim zdaniem powinien obejrzeć cię lekarz. Jeśli nie chcesz jechać do szpitala, to chętnie zawiozę cię do całodobowej kliniki. Czułbym się dużo lepiej, gdybyś się zgodziła.

– Lekarz już mnie oglądał… nic mi nie jest. Zakonnice doskonale się mną zaopiekują. Gussie wyznała mi, że niewiele brakowało, żeby została weterynarzem, ale, jak się wyraziła, miała powołanie. Tak czy owak uwielbia łatać ludzi. Rozmawiaj ze mną, Matt, opowiedz mi o tych zakonnicach. Nie wydają ci się chyba… one są prawdziwe, tak?

– Różne opowieści o nich krążą. Według tej, która moim zdaniem najbliższa jest prawdy, należały niegdyś do zakonu benedyktynek. Jedna z nich, chyba Cookie, odziedziczyła mnóstwo pieniędzy po jakimś bogatym krewnym. Za życia ten facet przyjeżdżał tu dwa razy do roku. Kiedy ten ośrodek podupadł, Cookie odkupiła go, lecz przedtem wystąpiła z zakonu. Ma bardzo nowoczesne poglądy, pozostałe siostry zresztą także. Uznają rozwody, nie mają nic przeciwko zapobieganiu ciąży, uważają, że księża powinni mieć prawo do małżeństwa i dopuszczają możliwość wyświęcania kobiet na kapłanów. Cóż, Watykan ma na te sprawy zupełnie odmienne opinie, więc siostry opuściły zakon. Tutejszy ośrodek stał się ich domem, a one są najszczęśliwszymi kobietami, jakie w życiu widziałem. Same zaprojektowały własne habity. Wciąż uważają się za zakonnice i prowadzą naprawdę bogobojne życie służąc wszystkim dokoła. Myślę, że można by je nazwać postępowymi renegatkami. Nie wiem ile jest prawdy w tych pogłoskach, ale mówi się, że niejedna osoba wspomniała o nich w swoim testamencie. Ten ośrodek bardzo dobrze stoi pod względem finansowym, a wszelkie uzyskane pieniądze siostry wykorzystują na jego prowadzenie. To jest biznes. Nowi goście czekają na miejsce tutaj dwa lata.

– To niemożliwe – sprzeciwiła się Emily niepewnym głosem. – Ja po prostu zadzwoniłam i dowiedziałam się, że mogę przyjechać w każdej chwili.

– W takim razie musisz być kimś wyjątkowym – odrzekł wesoło Matt. – Jest jedna zasada, której zakonnice nigdy nie łamią. Jak już ci powiedziałem przy naszym pierwszym spotkaniu, do domku przy „Szlaku Archanioła” trafiają tylko wyjątkowi goście.

Emily zrobiło się bardzo miło, choć nie uważała, że powinna odebrać to jako komplement. O ile wiedziała, nikt dotąd nie uważał jej za osobę wyjątkową. Pomyślała, że zawdzięcza to pewnie księdzu Michaelowi.

– Która godzina, Matt?

– Dochodzi północ. Siostry czekają na ciebie w ośrodku. Dzwoniłem już do nich. Może nawet będą miały jakieś wieści o Rosie.

– Mam nadzieję – powiedziała Emily i zaraz zasnęła. Zakonnice były mocno wystraszone, kiedy tylnymi drzwiami Matt wnosił Emily do kuchni. Chwilę później jednak szybko go wyrzuciły.

– Miałyście może jakieś wiadomości o Rosie? – krzyknął jeszcze przez drzwi.

– Na razie nie. Daj nam znać, jak się czegoś dowiesz – odkrzyknęły, po czym cmoknęły i otoczywszy Emily troskliwie, niczym kwoka swe kurczę, poprowadziły ją do wielkiej łazienki.

– Nie damy rady cię rozebrać, Emily. Ubranie masz przesiąknięte krwią i przyklejone do ciała, więc postawimy cię pod ciepłym prysznicem i stopniowo sama je z siebie ściągniesz. A potem wsadzimy się do jacuzzi. A jak jeszcze łykniesz sobie kieliszeczek śliwkowej brandy i kilka aspiryn, od razu poczujesz się lepiej. Zabandażujemy ci też ramię i żebra, i opatrzymy zadrapania na nogach i rękach. Za jakiś tydzień będziesz jak nowa – oznajmiła Cookie.

– A czy wodą utlenioną mamy ją oblać jeszcze przed rozebraniem, czy już po? – chciała wiedzieć Gussie, która odkorkowywała czterolitrową butlę ze środkiem dezynfekującym.

– Po – odparła wesoło Cookie. – Wiecie co, myślę że nam wszystkim dobrze by zrobił łyczek brandy. Zapowiada się na długą noc.

– Przyniosę kieliszki – zaoferowała się radośnie Phillie. – Naprawdę miło jest zrobić coś dla kogoś, kto jest przyjacielem księdza Michaela. Ksiądz będzie bardzo zadowolony, kiedy mu o tym powiemy.

Gdy o czwartej nad ranem zakonnice wyprowadziły swoją podopieczną na tylny ganek i ułożyły na szezlongu, na którym miała spędzić resztę nocy, Emily czuła się niemal zupełnie dobrze. Nie omieszkała zresztą powiedzieć o tym zakonnicom.

– To dlatego, że jesteś pijana. Jeden drink w jacuzzi, to tak, jak normalne cztery. No, może trzy. Ma to coś wspólnego z temperaturą wody. A ponieważ wypiłaś trzy kieliszki, to jakbyś wychyliła ich dziewięć albo dwanaście. No, śpij spokojnie, Emily – wyjaśniła Gilly nakrywając ją lekkim kocykiem.

18

– Aż trudno uwierzyć, że minęło już pięć dni od operacji Rosie – powiedziała siostra Cookie, podając Emily szklankę lemoniady. – Myślę, że spotkanie z nią będzie dla ciebie wspaniałym przeżyciem. O której Matt po ciebie przyjedzie?

– Za jakieś dwadzieścia minut. Siostro, przyszłam tutaj, bo chciałam z siostrą o czymś porozmawiać. Tylko, że ja nie jestem katoliczką… to znaczy, wierzę w Boga, ale… w każdym razie zauważyłam, że siostry często mówią o cudach i… kto właściwie czyni cuda?

– Bóg.

– Chodzi o to, że tamtej nocy przydarzyło mi coś bardzo dziwnego. Wprawdzie przysięgłam sobie, że nikomu nie powiem, ale nie mogę przestać o tym myśleć. Jeśli ma siostra wolną chwilkę, to chciałabym siostrze opowiedzieć, co przytrafiło mi się na szlaku.

– Mam tyle chwilek, ile potrzebujesz, Emily. Więc weź głęboki oddech i wyrzuć to z siebie.

* * *

– Rozumiem – oznajmiła siostra Cookie, gdy Emily skończyła.

– Jak siostra myśli, czy to była tylko moja podświadomość, czy naprawdę Ian? Muszę to wiedzieć. Ten głos był taki realny. Przysięgam na wszystkie świętości, że w pewnym momencie Ian rzeczywiście podniósł mnie z ziemi. Czułam… ja czułam jego dotyk. Niech mi siostra powie, czy ja zwariowałam, czy to zdarzyło się naprawdę?

– Nie wiem, Emily. Na twoim miejscu chyba chciałabym wierzyć, że czuwała nade mną pomocna dłoń Wszechmogącego. A w tym wypadku była to ręka Iana, zakładając, że był on boskim wysłannikiem. Bóg troszczy się o nas, Emily. Wystarczy poprosić Go o pomoc, a On cię nie opuści. Ty potrzebowałaś Go wtedy. I Jego narzędziem był Ian. Uwierz w to i trzymaj się tej myśli. Coś takiego mogło się wydarzyć i ja osobiście gotowa jestem uważać to za cud, tyle że ja jestem jedną z tych zakonnic-renegatek, o których wszyscy plotkują. Równie dobrze jednak mogła zadziałać twoja podświadomość. Jeśli chcesz wierzyć, że to był Ian, to wiedz, że ja również w to wierzę. Obie więc myślimy tak samo. Ian zjawił się akurat wtedy, gdy rzeczywiście go potrzebowałaś. Nieważne, jak to się stało i dlaczego. Istotne jest to, że przyszedł ci na pomoc. I już przez sam ten fakt powinnaś zapomnieć o wielu sprawach, które od tak dawna cię niepokoiły.

– Próbowałam potem jeszcze go przywołać, lecz nie odpowiadał. Odszedł już na zawsze, prawda, siostro?

– Może będzie twoim aniołem stróżem? – zasugerowała Cookie mrugając.

– Teraz już siostra sobie żartuje – odrzekła Emily. – Dziękuję siostrze za rozmowę. I dziękuję, że mi siostra uwierzyła. Naprawdę, zresztą wie siostra o tym.

– Powiedz, czy nie czujesz się teraz wspaniale?

– Od kilku już dni budzę się z uśmiechem na ustach. I jest mi jakoś lżej na duchu, mam więcej optymizmu. Czy ja zwariowałam, czy co?

– Ani trochę. A czy miałaś wrażenie, że twoja dusza śpiewa?

– Nie, raczej nie.

– Jeszcze przyjdzie na to czas. Ale słyszę już samochód Matta. Nie zapomnij zabrać koszyka dla Rosie i przekaż jej nasze pozdrowienia.

– Przekażę.

– Matt Haliday jest całkiem w porządku – oznajmiła Cookie chytrze. Sadowiąc się obok niego w samochodzie Emily myślała, że Matt jest także wysportowany, ogolony, gładko przyczesany, ma czysty mundur, wypolerowane mokasyny i przyjemnie pachnie.

– Jak się czujesz? – spytał.

Emily uznała to pytanie za oznakę troski.

– Ciągle jeszcze trochę odrętwiała, jeśli zbyt długo siedzę. A na rękach mam mnóstwo strupków po zadrapaniach i właśnie dlatego mam bluzkę z długimi rękawami. Otarć na twarzy nawet makijaż nie zamaskuje, ale jakoś wytrzymam. Jestem winna Ivanowi podziękowania. Bo, co by się stało, gdyby nie pojechał sprawdzić szlaku? Może wciąż jeszcze gdzieś tam bym się błąkała. I tobie też chcę podziękować, Matt. Chciałam do ciebie zadzwonić, ale… tak jakoś wyszło.

– Możesz dzwonić do mnie, kiedy tylko zechcesz, Emily. Mój domowy numer znajdziesz w biuletynie informacyjnym. W końcu po to tutaj jestem – i ja, i Ivan. Nasza praca, to troska o gości i ochrona lasów. Słyszałem, że Rosie w zasadzie gotowa jest już do wypisania ze szpitala, ale ma jeszcze lekką gorączkę. Może więc puszczą ją jutro. Czy wiesz przypadkiem, dlaczego nie chciała, żebyśmy zawiadomili jej dzieci?

– Pewnie wolała ich nie martwić. Matki takie właśnie są.

– Ale…

– Jestem pewna, że gdyby stan jej zdrowia bardzo się pogorszył, któraś z sióstr zawiadomiłaby rodzinę. Co właściwie robisz w ciągu dnia poza obwożeniem gości?

– Większość czasu spędzam w domu. Czasem coś gotuję, bo bardzo lubię kucharzyć. Poza tym zajmuję się ogrodem i zabieram dzieci tu i ówdzie. Obecnie wyjechały z przyjaciółmi na parodniowy kemping, więc nie mam nic do roboty. A może zjadłabyś ze mną kolację? Ugotowałem już cały garnek spaghetti. Do sosu użyłem nawet suszonych na słońcu pomidorów. Umiem też przygotować chlebek czosnkowy i mam w domu naprawdę dobre piwo do popicia.

– Z przyjemnością, Matt.

Matt obrzucił ją spojrzeniem, po czym znów utkwił wzrok w szosie. Emily sama właściwie nie wiedziała dlaczego, ale w towarzystwie tego mężczyzny czuła się doskonale. Obcy był jej strach czy niepokój. Miała wrażenie, że zna go już od bardzo dawna.

– Fajnie wyglądasz – rzuciła Emily.

– Ja?

– Owszem, ty.

O Boże, co mnie podkusiło, żeby to powiedzieć, zaczęła się zastanawiać już w następnej chwili.

– Czy ja też mam powiedzieć, że wyglądasz fajnie?

Emily roześmiała się.

– Byłoby mi miło. Rozumiem oczywiście, że miałbyś na myśli moje ubranie, bo na skórze mam mnóstwo zadrapań i strupków, więc przymknij na to oko. Mam nadzieję, że Rosie nie wystraszy się na mój widok.

Emily dostrzegła na nosie Matta siedem piegów widocznych pomimo silnej opalenizny. Mimo woli uśmiechnęła się.

– Emily, chciałabyś mi opowiedzieć o swoich przeżyciach tam, na szlaku? Jeśli masz ochotę pogadać o tym, to potrafię świetnie słuchać.

Emily zastanowiła się chwilę nad tą propozycją. Wiedziała, że ten jej nowy przyjaciel, bo tym właśnie był, zasługuje tylko na uczciwą odpowiedź; każda inna była oszukiwaniem go.

– Nie. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz.

– W porządku. Wiesz, ty też wyglądasz fajnie – odrzekł z wymuszonym uśmiechem.

– No i co, tak trudno było to powiedzieć?

Emily flirtowała z nim, lecz i on brał w tym czynny udział. Zdziwiła się, że w tym wieku można mieć takie pomysły. Na jej twarzy pojawił się głupawy uśmieszek.

– Lubisz oglądać horrory?

Emily wzdrygnęła się.

– Dlaczego pytasz?

– Przyszło mi do głowy, że gdybyś miała jeszcze trochę czasu po kolacji, to moglibyśmy jakiś obejrzeć. Siostry mają kilka skrzętnie schowanych. Mój syn bardzo je lubi, więc Gussie pożycza mi czasem. Nie pojmuję, jak te łagodne duszyczki mogą lubić takie rzeczy. No wiesz, mordowanie piłą łańcuchową, ucinanie głów, im więcej krwi tym lepiej. One nawet czytają tego typu książki. A teraz wyobraź sobie, że to wiesz i widzisz je jak klęcząc odmawiają różaniec. To się po prostu nie trzyma kupy.

– Są takimi samymi ludźmi jak wszyscy. Wprawdzie nie za bardzo rozumiem, na czym polega bycie zakonnicą czy księdzem, ale wydaje mi się, że gdyby odcinali się zupełnie od życia świeckiego, byłoby to nienaturalne. Właściwie nie tylko nienaturalne, ale i niesprawiedliwe dla nich. Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby oddając się swoim zbożnym zajęciom zachowali też swoje ja, jako ludzie. Ale to moja osobista opinia – dodała pospiesznie.

– Chwileczkę, czy mówimy o seksie, czy też o książkach i filmach, w których leje się krew? – spytał Matt nie spuszczając oczu z drogi.

– O jednym i drugim. Ja nie chciałabym rezygnować z seksu, a ty? Lubię się kochać. To znaczy… o Boże, sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam.

Emily zarumieniła się, a Matt parsknął śmiechem.

– Będę udawał, że tego nie słyszałem.

– A może zmienilibyśmy temat? Z czego robisz sos do spaghetti?

– Z pomidorów, mąki, odrobiny oliwy i oregano, ale dodaję też parę kostek wieprzowych. I wszystko gotuję przez siedem godzin.

– Dlaczego tak długo? – zdziwiła się Emily.

– Bo w miarę gotowania sos robi się gęstszy. Nienawidzę wodnistych sosów. A co, uważasz, że przyrządzam go niewłaściwie?

– Nie wiem. Ja gotuję go zwykle trzy godziny i według mnie smakuje świetnie. A czy tobie ten sos nie gorzknieje?

– Może właśnie dlatego dzieciaki wolą jadać w domach swoich kolegów. No cóż, dziś wieczorem sama go osądzisz. Jak dojedziemy do domu, akurat skończy się gotować.

– Chyba ciężko ci być zarazem ojcem i matką dla swoich dzieci. Jak sobie radzisz poświęcając im tak wiele czasu?

– Na początku było mi ciężko, ale sąsiedzi dużo mi pomagali. Zakonnice też nie szczędziły troski, a Ivan pełni rolę wujka. Dzieciaki go uwielbiają, siostry zresztą też. One także dostosowały się do nowej sytuacji. Stopniowo było nam coraz łatwiej. Wypracowaliśmy sobie pewną rutynę i staramy się jej trzymać. Każdy z nas ma swoje obowiązki. W pierwszych miesiącach… nie za bardzo radziłem sobie z sytuacją. No wiesz, zastanawiałem się dlaczego mnie to spotkało – takie różne myśli przychodziły mi do głowy. Siostry pomogły przetrwać ten okres. Teraz wydaje mi się, że to było bardzo dawno temu.

Emily odniosła wrażenie, że Matt wciąż jest zakochany w swej żonie. Uśmiech zniknął z jej twarzy.

– No, dojechaliśmy. Jest już dżip Ivana – powiedział mrugając do Emily, która spoglądała na niego obojętnym wzrokiem.

– Czy coś się stało, Emily?

– Nie. Pomyślałam o Rosie. Wróciły wspomnienia – odparła odwracając się po kosz z jedzeniem.

– Daj, ja go wezmę.

– Dam sobie radę – odrzekła Emily napiętym głosem.

– Wiem, że sobie poradzisz. Chciałem tylko zachować się jak dżentelmen. Rozumiem, że jesteś z tych, co bronią swojej niezależności, ale mnie to nie przeszkadza.

Emily zignorowała śmiech brzmiący w jego głosie. Była poirytowana i wiedziała, że zachowała się idiotycznie. Bo dlaczegóż niby Matt nie miałby wciąż kochać swej zmarłej żony? Najwyraźniej jego małżeństwo było szczęśliwe, więc opłakiwał jego koniec. Podobnie zresztą jak ja sama, pomyślała Emily; tylko, że moje małżeństwo nie było udane. A Matt ma przecież dzieci, które ciągle przypominają mu o żonie. W końcu powiedziała sobie, że powinna być bardziej otwarta i wielkoduszna.

Przyznała przed sobą, że lubi Matta i to bardzo. Przyszło jej do głowy, że będzie miała z tego powodu kłopoty, chyba że… no właśnie, chyba że co? Uświadomiła sobie, że za bardzo zapędziła się w swoich wyobrażeniach. Jak na razie Matt w żaden sposób nie dał jej do zrozumienia, że myśli o niej poważnie. Zaprosił ją tylko na kolację i zapytał, czy chciałaby potem obejrzeć film, ale co z tego? Rzeczywiście, co z tego? Mnóstwo ludzi przecież wspólnie jada kolacje i ogląda filmy i to nic nie znaczy. W końcu na przyjaźń składają się tego rodzaju spotkania. A w jej sytuacji naprawdę trudno było spodziewać się czegoś więcej. Znała Matta dopiero kilka krótkich tygodni.

– Weź go – powiedziała podając mu koszyk.

Przejął go od niej dotykając przy tym jej dłoni. Rękę Emily przebiegł miły dreszczyk.

– Przyzwyczaiłam się, że wszystko robię sama. Ale miło jest, kiedy ktoś chce pomóc. Trudno jest mi jednak… bardzo trudno przychodzi mi… prosić o cokolwiek. I nie mam wcale na myśli tego koszyka… chociaż tak, w pewnym sensie tak.

Matt zrobił ręką taki ruch, jakby ocierał pot z czoła i powiedział:

– No, ciesz się, że dogadaliśmy się w tej kwestii. Przez chwilę miałem wrażenie, że dojdzie między nami do rękoczynów.

Emily zachichotała na widok jego żartobliwego uśmiechu. Uznała, że poczucie humoru to najważniejszy warunek wspaniałej przyjaźni, która – kto wie – mogła przerodzić się w coś więcej.

Kiedy jechali windą, Emily starała się nie patrzyć na Matta. Czuła jego bliskość – aż pachniał czystością. Bardzo podobał jej się jego mundur; w ogóle lubiła wszelkie mundury. Pomyślała o Ianie, o jego białych fartuchach i białych koszulach, a potem przyszedł jej na myśl Ben i dresy, które cały czas nosił. Skarciła się za to skojarzenie, bo nie miała ochoty Pamiętać o Benie teraz, kiedy była w towarzystwie kogoś takiego jak Matt.

– Kupię ci loda, jeśli mi powiesz, o czym teraz myślisz – oznajmił Matt.

– O tym, że wyglądasz jak spod igiełki – skłamała Emily. – A co tobie chodziło po głowie?

– Rozważałem możliwość pocałowania cię tu, w windzie.

– Czasem nie opłaca się zastanawiać. Nieraz lepiej jest od razu zrealizować swój pomysł – odrzekła śmiało Emily.

– Aha – odparł Matt stawiając koszyk na podłodze.

Objął Emily i przytulił. Kiedy czubkami palców uniósł jej podbródek, by móc spojrzeć w oczy, uświadomiła sobie jak bardzo jest wysoki. Jego usta okazały się w dotyku miękkie, chwilami naciskały na jej wargi, to znów poddawały się pocałunkom i delikatnie do nich zachęcały. Zdecydowanym uściskiem jednej ręki Matt przytulał ją do siebie, a palcami drugiej wciąż dotykał twarzy i czule muskał podrapane policzki. Emily wydawało się, że pozwalając się pocałować dała ich przyjaźni najbardziej naturalny początek. Nic więcej się za tym nie kryło. Był to zwyczajny pocałunek, czuły gest kuszący do czegoś więcej, ale daleki od żądania czegokolwiek.

W końcu Matt cofnął się o krok, jednak nie oderwał wzroku od Emily.

– Jestem za stary na takie uczuciowe gierki – oświadczył. – Są dobre dla siedemnastolatków, a ja nie pamiętam już nawet, kiedy miałem tyle lat. Poza tym znacznie częściej przynoszą ból niż przyjemność. Lubię cię, Emily. Chciałbym poznać cię bliżej.

Serce Emily zaczęło walić jak młot. Skinęła głową.

– Ja też chciałabym cię lepiej poznać. Chociaż może się zdarzyć, że zmienisz zdanie, gdy zobaczysz jak jem spaghetti. Przeważnie sos ścieka mi po bluzce. Ilekroć więc idę do włoskiej restauracji, wkładam coś czerwonego.

– W takim razie dam ci śliniaczek. Emily, ja mam pięćdziesiąt pięć lat.

Czekając na jej reakcję, odwrócił wzrok. A ona roześmiała się.

– Jeśli w ten sposób dajesz mi do zrozumienia, że chcesz wiedzieć, ile ja mam lat, to wymyśl sobie inną aluzję. Wszyscy mówią, że druga połowa życia jest najlepsza.

– Ja także o tym słyszałem. Chyba więc będziemy musieli spróbować udowodnić, że to prawda. A co do twojego wieku, to i tak już go znam. Podstępem nakłoniłem siostrę Phillie, żeby pozwoliła mi zajrzeć do księgi rejestracyjnej, tam gdzie jest data urodzenia i różne takie rzeczy.

Emily oblała się rumieńcem. Pomyślała, że skoro Matt sprawdzał jej dane, to musi być nią poważnie zainteresowany. Ona sama także wypytywała o niego, co również oznaczało, że daleki jest jej od obojętności. Reakcje chemiczne były więc w toku.

– Winda już się otworzyła – zauważyła Emily, gdy wciąż stali w środku. – Chyba powinniśmy wysiąść.

– Tak, widzę – roześmiał się Matt. – Chociaż moglibyśmy zjechać na dół, a potem znów ruszyć do góry i powtórzyć wszystko od początku. Masz ochotę?

– Tak. Jasne – zgodziła się cofając się w głąb windy.

Ledwie drzwi się zasunęły, Matt przytulił ją do siebie. Tym razem całowali się dłużej i było im tak samo słodko i czule jak poprzednio. I nie przestali, kiedy winda zaczęła wznosić się do góry. Gdy na czwartym piętrze zatrzymała się, Matt rozluźnił uścisk.

– Cholernie dobrze się stało, że w końcu stanęła. Już całkiem na poważnie zaczynałem myśleć o uprawianiu seksu w windzie.

Emily aż zachłysnęła się śmiechem.

– Ja też.

– Ach – westchnął tylko.

Emily ruszyła za Mattem wzdłuż korytarza w kierunku pokoju Rosie. Gdy tam weszli, mrugnęła do przyjaciółki i lekko skinęła głową. Rosie przywitała ją uśmiechem od ucha do ucha.

– Właśnie minęliście się z Ivanem.

– To dobrze – oświadczył Matt. – Gdyby on tu był, nic by dla ciebie nie zostało z tego koszyka. A Emily twierdzi, że siostry zapakowały wszystkie twoje ulubione przysmaki. A jak cię tu karmią?

– Okropnie. Jak się masz, Emily? – spytała Rosie z taką troską w głosie, że Emily łzy napłynęły do oczu.

– Chyba rzeczywiście wyglądam tragicznie, ale właściwie czuję się świetnie. Nie jestem już taka strasznie zesztywniała. Sińce powoli bledną, a i opuchlizna spada. Większość strupków zaczyna mnie swędzić, a to podobno oznaka zdrowienia. Ale ty wygładzasz wspaniale; jak się czujesz?

– Dobrze. Łatwiej mi już chodzić. Kiedyś myślałam, że wycięcie wyrostka to betka, a okazuje się, że nie. Wciąż mam niewielką gorączkę. Jeśli do jutra spadnie, będę mogła iść do domu. Ivan obiecał, że przyjedzie po mnie i zawiezie do ośrodka. Wyobraźcie sobie, że odwiedzał mnie tu codziennie. Oświadczył, że czuje się za mnie odpowiedzialny, ponieważ znosił mnie z góry. Emily, uratowałaś mi życie. Nie wiem, jak ci się za to odwdzięczę.

– Przykro mi tylko, że sprowadzenie pomocy zajęło mi tak dużo czasu. Wiesz, Rosie, kiedy się ściemniło, naprawdę myślałam, że już po nas. Ale obu nam się udało dzięki Ivanowi i… i przyjacielowi. Zresztą nie zawracajmy sobie głowy nieprzyjemnymi myślami. Nic nie dzieje się bez powodu. O odwdzięczaniu się też zapomnij. W ogóle nie mów już o tym więcej.

– W porządku. A więc, co wy dwoje planujecie? – spytała Rosie z szerokim uśmiechem.

– Co planujemy? Co masz na myśli? – spytał Matt także się uśmiechając.

– Wiesz przecież, masz chyba dziś wolne? Powiedz, co słychać w ośrodku. I co porabiają nasze siostry-renegatki? Ivan opowiedział mi parę zaprawionych ekstrawagancją historyjek.

– Nie wierz nawet w połowę tego co on mówi. Te zakonnice to najwspanialsze ludzkie istoty, jakie kiedykolwiek spotkałem. Co roku składają darowiznę na rzecz tego szpitala. Wiedziałaś o tym?

Rosie i Emily potrząsnęły przecząco głowami.

– Wspomagają także dom starców i sierociniec. I to nie tylko finansowo, ale własną pracą. One naprawdę wcielają w życie zasady, o których nauczają. A trzeba przyznać, że niewielu ludzi tak postępuje – stwierdził Matt.

– Ale ja wcale ich nie krytykowałam – wyjaśniła Rosie. – Moim zdaniem, te zakonnice są wspaniałe, a jednocześnie bardzo zabawne. Chciałabym mieć takie jak one usposobienie i podejście do życia. Ale nie uwierzycie, schudłam sześć kilo!

– Żartujesz! – krzyknęła Emily i roześmiała się.

– Poważnie. Łatwiej mi teraz będzie znieść ten reżim, który zamierzasz mi narzucić.

– Owszem narzucę, ale dopiero, kiedy lekarz wyrazi na to zgodę – oświadczyła stanowczo Emily.

Do pokoju weszła pielęgniarka.

– Proszę państwa, lekarz robi właśnie obchód. Możecie państwo posiedzieć przez ten czas w poczekalni albo pożegnać się z pacjentką – oznajmiła szybko i rzeczowo.

– Taki obchód trwa wieki całe, więc lepiej chyba zrobicie, jak już sobie pójdziecie – powiedziała Rosie. – Dziękuję za odwiedziny. Na pewno zobaczymy się jutro. A przynieśliście mi może coś do czytania?

Emily przytaknęła.

– „Morderstwo Drewnianym Tasakiem” i „Jad we Krwi”. Miałam jeszcze „Noce na Bagnach”, ale pożyczyłam. To o mieszkańcach pewnej religijnej osady, których pożerają aligatory.

Matt wybuchnął śmiechem, a Emily mu zawtórowała. Ruszyli do drzwi, a Rosie rzuciła w nich pudełkiem chusteczek higienicznych.

Jadąc z Mattem do jego domu, Emily uświadomiła sobie, że dzieje się z nią coś dziwnego. Zaczęła wreszcie odczuwać. W myślach porównała to wrażenie do ukłuć szpileczek, dzięki którym znów miała świadomość, że żyje. Była naprawdę prawdziwą żywą istotą w pełnym znaczeniu tego słowa. Odważyła się zerknąć z ukosa na Matta. Miał wspaniały profil. Był dojrzałym mężczyzną, a wszędzie tam, gdzie trzeba, rysowały się silne mięśnie. Poczuła, że się rumieni.

A więc rzeczywiście doświadczała uczuć. Była Emily Thorn, rozwódka i wdową. Była szefem świetnie prosperującej firmy. Odniosła sukces. Nagle doznała wstrząsu. Zrozumiała, że to, co właśnie o sobie pomyślała, to jej osiągnięcia, a nie… nie to, co stanowi o jej osobowości. Nazywa się Emily Thorn. I jest przecież sobą, jest osobą.

Coś jednak działo się w niej od chwili przyjazdu do Ustronia. Odkąd tu była, inaczej patrzyła na świat i czuła absolutnie wszystko.

– No, jesteśmy, oto moje skromne domostwo. Z zewnątrz sprawia wrażenie małego – powiedział Matt wyskakując z dżipa. Obszedł samochód i otworzył drzwiczki od strony Emily.

– Kiedyś był to jedynie letni domek, ale rozbudowałem go trochę i ociepliłem. Urodziłem się niecałe dwa kilometry stąd. Podoba ci się?

– Bardzo ładny – odparła Emily. – Uwielbiam frontowe ganki. Siadujesz czasem na nim? – spytała, bo Matt wprowadził ją właśnie na duży, wyłożony deskami ganek.

– O ile mam czas. Najczęściej późno w nocy, gdy mam coś do przemyślenia. Zdarza się, że zasypiam w fotelu, a rano budzę się ze skurczem w karku. Chodź, oprowadzę cię szybciutko.

– Pachnie cudownie – pochwaliła Emily wciągając nosem unoszącą się woń.

– To czosnek. I cebula. A to jest salon – rzucił niedbale wskazując pokój ręką.

Emily rozejrzała się dokoła. Pokój był kwadratowy, a ciemne meble obite kwiecistym perkalem harmonizowały kolorystycznie z zasłonami. Na środku podłogi leżał pleciony dywanik. Wyglądał na wyrób domowej roboty. Gdziekolwiek sięgnęła wzrokiem widziała zdjęcia uśmiechniętej młodej kobiety. Poczuła ucisk w gardle. Tych zdjęć było zdecydowanie za dużo. I za wiele było tu wspomnień. Zastanawiała się, jak wyglądałaby jej fotografia obok tej roześmianej kobiety z włosami związanymi w kucyk i iskierkami wesołości w oczach.

– A tam jest jadalnia, która właściwie jest jakby przedłużeniem salonu. Jadamy zresztą w kuchni. A tak naprawdę, to spędzamy tam niemal cały czas. Jak widzisz, kuchnia jest duża. Powiększyłem ją nieco, gdy dobudowywałem dodatkowy pokój na tyłach domu. No i łazienkę. Moje dzieciaki przesiadują w niej całymi godzinami. Gdybyśmy mieli tylko jedną, to chyba byśmy się nie pogodzili.

Kuchnia rzeczywiście była piękna, słoneczna i przytulna, z mnóstwem doniczkowych roślin w kątach i na parapecie. Na przytwierdzonych do sufitowych belek długich łańcuchach wisiały miedziane naczynia, które przydałoby się już wypolerować oraz siateczki pełne czosnku i ziół. Na solidnym dębowym stole leżały podstawki pod talerze, stare i zniszczone, ale w takim samym kolorze jak jasnoczerwone poduszki na krzesłach.

Na podłodze przed zlewozmywakiem i przy kuchence leżały plecione dywaniki. Całe drzwi lodówki oblepione były rozmaitymi karteczkami i notatkami, a na ścianach wisiały oprawione w ramki zdjęcia. Na jednym z nich widać było misę mocno czerwonych jabłek, na innym salaterkę z cytrynami i limetkami, a obok niej dzbanek z lemoniadą. Fotografie w salonie były inne, bardziej osobiste. Przedstawiały czwórkę ludzi w żaglówce, rodzinę Matta, czy dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę, bawiących się na podwórku. Emily znów poczuła ucisk w gardle. Zauważyła że mieszkańcy tego domu żyją wspomnieniami, tak jak kiedyś ona.

– Sypialnie są całkiem zwyczajne. Panuje w nich lekki bałagan. No i jak ci się podoba moja przystań? Ivan pomagał mi ją zbudować.

– Dom jest prześliczny. I widok stąd masz fantastyczny. Aż zapiera dech w piersiach. Pewnie bardzo lubisz tu mieszkać.

– Owszem. Nie sądzę, żebym mógł przenieść się gdzie indziej. Emily odebrała to jako stanowcze stwierdzenie. Uznała, że Matt uprzedza ją już na wszelki wypadek, że jego miejsce jest właśnie tutaj.

– Kto to jest Al Roker? – powiedział przyciszonym głosem Matt.

– Dlaczego chcesz wiedzieć? – odrzekła zdezorientowana.

– Bo Ivan mówił, że kiedy cię odnalazł, wzięłaś go za Ala Rokera. Chciałbym wiedzieć, kto to taki.

Emily roześmiała się, ale tak nerwowo, że jej samej wydało się to niezręczne.

– Zanim Ivan zbliżył się do mnie, wydawało mi się, że chyba mam przywidzenia. Najpierw pomyślałam, że widzę Sasquatcha, a potem, że to Al Roker. W domu, o ile tylko mogłam, oglądałam dziennik o piątej. Bezpośrednio potem nadają prognozę pogody, którą prowadzi właśnie Al i zawsze mówi o jakimś radarze Dopplera. Nie mam nawet pojęcia, co to takiego. Kiedy dostrzegłam Ivana przyszło mi do głowy, że to Al Roker z radarem na plecach. Sama nie wiem, może mi się to śniło… Nie potrafię powiedzieć, o czym wówczas myślałam. W każdym razie byłam przerażona do nieprzytomności.

– Aha.

– Chwileczkę, co ma znaczyć to aha, Matt? Czy chcesz mnie o coś zapytać, lecz nie masz odwagi zrobić tego wprost? Na przykład, czy jest w moim życiu jakiś mężczyzna albo coś w tym rodzaju?

Matt pokiwał głową.

– Coś w tym rodzaju. A jest jakiś?

– I tak i nie. Mam bliskiego przyjaciela. Świetnie się dogadujemy w wielu sprawach. Obydwoje jesteśmy całkowicie niezależni, bez zobowiązań wobec siebie. Dobrze się rozumiemy. Ani on, ani ja nie mamy żadnych obciążeń. Ten człowiek był przy mnie w bardzo trudnych sytuacjach. Wspaniały z niego przyjaciel. A ty masz kogoś?

– Nie, nikogo. Sam nie wiem dlaczego – odrzekł.

– Chyba mogłabym ci pomóc znaleźć przyczynę – powiedziała cicho Emily.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Twój salon przypomina świątynię poświęconą pamięci żony. Przecież przeszłam tylko przez pokój, a zdążyłam naliczyć w nim dwadzieścia cztery zdjęcia – dziewięć nad kominkiem, dwa czy trzy na stolikach, kilka na ścianie, że nie wspomnę już o jej robótkach ręcznych. A w kuchni jest dokładnie to samo. Mam wrażenie, że każda kobieta, którą tu przyprowadzasz, czuje się onieśmielona.

– Ty też tak się czujesz?

– I to bardzo. W tym mieszkaniu nie mogłabym cię nawet pocałować, a jeśli kiedyś zdecydujemy się pójść razem do łóżka, to na pewno nie tutaj.

– Dzieci…

– Dzieciom wystarczyłoby zdjęcie w pokoju. Ty też powinieneś sobie jakieś trzymać. Wiesz, Matt, czasem trzeba odciąć się od przeszłości, jeśli chce się żyć dalej. Chyba że te fotografie i życie wspomnieniami wystarczają ci do szczęścia – wtedy nie musisz niczego zmieniać. Zresztą, to tylko moje prywatne zdanie. Czy wciąż jestem zaproszona na kolację?

– Tak, oczywiście. Właściwie nie przyprowadzam tu kobiet. Może była jedna czy dwie, ale to zwyczajne koleżanki. Chociaż, jak się teraz nad tym zastanowię, faktycznie, były trochę podenerwowane.

– Mogę nakryć do stołu?

– Skończyliśmy już dyskusję, zgadza się?

– Tak – odparła uśmiechając się.

Matt zachowywał się niezręcznie, lecz w końcu był w swojej kuchni. Emily siedziała cały czas na krześle i z trudem tylko powstrzymywała się od pomagania mu, bo wyczuwała, że Matt chce się przed nią popisać.

– Nigdy nie zasłynę jako kucharz – odezwał się wrzucając spaghetti do gotującej się wody.

– A wyobraź sobie, że ja nigdy nie będę umiała wędrować po górach – powiedziała Emily. – Wszyscy musimy zaakceptować swoje niedoskonałości.

– Jesteś zabawna, wiesz? Podoba mi się to. Niewielu ludzi ma poczucie humoru.

– Kiedyś nie miałam go nawet za grosz, lecz od kilku już lat wytrwale je ćwiczę. Uważam, że życie jest cholernie krótkie, za krótkie na to, żeby zawracać sobie głowę przeszłością, a nawet dniem wczorajszym. Było minęło. Jest takie powiedzenie, że przeszłość to prolog, coś w tym rodzaju. Kim chcesz zostać, gdy dorośniesz? – zażartowała.

– Chcę umieć troszczyć się o innych. A założę się, że pomyślałaś, iż chcę być strażakiem. A ty?

– Ja osiągnęłam cele, jakie sobie postawiłam. Myślę, że teraz chciałabym zrobić coś… coś znaczącego. Mam nadzieję, że złe czasy mam już za sobą. Obecny okres mojego życia jest dla mnie bardzo ważny. Cokolwiek robię stanowi o tym, jakim jestem człowiekiem. Jedna z sióstr powiedziała coś, co utkwiło mi w głowie i myślę, że miała rację; jej zdaniem Bóg ma jakieś plany wobec mnie. To za Jego sprawą osiągnęłam obecny etap w życiu i muszę teraz wyczuć, czego Bóg ode mnie chce. Wierzę, że wkrótce mi się to uda.

– Jak długo zamierzasz zostać w Ustroniu?

– Nie jestem pewna. W zasadzie to otwarta sprawa. Będę tu przynajmniej do wyjazdu Rosie. Siostry zapewniły mnie, że mogę tu mieszkać tak długo jak zechcę. Kto wie, może w ogóle nie wyjadę.

– Zimy są tu bardzo chłodne.

– W New Jersey też – odparła obojętnie. – Ten twój sos jest taki wodnisty dlatego, że nie osaczasz spaghetti jak należy, a ja na przykład nigdy go nie płuczę.

– Naprawdę?

– Tak. A poza tym rozcieńcza go jeszcze ocet winny, który dodajesz do sałatki. Sądziłam, że kucharze, nawet ci dobrzy, cenią sobie krytykę.

– Trafiłaś na takiego, który krytyki nie ceni. No, ale jedz.

– Opowiedz mi o swoich dzieciach, Matt.

– Benjy ma dwanaście lat. Dobry z niego chłopak. Ma smykałkę do sportu. W szkole nieźle sobie radzi, o ile dopilnuję, żeby się uczył. Uwielbia przebywać na świeżym powietrzu, zupełnie jak ja. Zewnętrznie bardzo jest podobny do matki. I usposobienie też po niej odziedziczył, niestety. Molly bardziej przypomina mnie. Niefrasobliwa i ładna z niej dziewczynka. Ale wcale nie uważa siebie za ładną. Ma czternaście lat i chłopcy zdecydowanie robią już na niej wrażenie. Czasem wydaje mi się, że słuchawka telefonu zrosła się z jej uchem. Molly bardzo dobrze zniosła śmierć matki, ale Benjy przechodził wówczas wyjątkowo ciężki okres i potrzebował pomocy.

I obydwoje troszczą się o mnie. Wtedy… gdy tylko wychodziłem z domu, bali się, że nie wrócę. Są sobie ogromnie bliscy. Właściwie nigdy dotąd nie musiałem się zastanawiać, co się stanie, gdy w moim życiu pojawi się jakaś kobieta. Naprawdę nie mam pojęcia, jak dzieciaki by to przyjęły. W twoich uszach zabrzmiało to pewnie jak ostrzeżenie.

Emily skinęła twierdząco głową.

– Cóż, ostrzeżony znaczy przygotowany. Wyobraź sobie… nie jest to może prawdziwie hipotetyczna sytuacja, ale co będzie, jeśli… jeśli zaczniemy się spotykać, a twoje dzieci mnie nie polubią albo nie zaakceptują? Co wtedy?

– Nie wiem, Emily.

– W takim razie ja nie wiem, czy chcę narażać się na coś takiego. Lubię cię, uważam, że jesteś bardzo atrakcyjny. Podobało mi się, gdy mnie całowałeś. Ale naprawdę, Matt, nie potrzeba mi już w życiu więcej bólu. Wiele mnie kosztowało, żeby osiągnąć spokój, jaki mam. – Emily czuła, jak szybko bije jej serce i miała wrażenie, że Matt pewnie widzi na jej szyi pulsującą żyłkę. – Może lepiej zostańmy na powrót przyjaciółmi. Niczego nie planujmy, a wówczas…

Matt pochylił się nad stołem w jej stronę.

– Posłuchaj, Emily. Każdy związek traktuję bardzo poważnie. Mam ogromną ochotę pójść z tobą do łóżka i myślę, że odczuwasz dokładnie to samo. Ale to jest fizyczna strona naszej znajomości. Zajmiemy się nią, gdy przyjdzie na to pora. Lubię cię i świadomie szukam twojego towarzystwa. Kiedy Ivan przyniósł cię z gór, byłem chory z niepokoju. Chciałem troszczyć się o ciebie, sprawić, żebyś poczuła się lepiej, opatrzyć twoje rany. Żadna kobieta, poza moją żoną, nie wyzwoliła we mnie takich odczuć. Pragnąłem nawet powiedzieć ci o tym, ale wydało mi to takie… niemęskie. Moje dzieci to całkiem osobna sprawa. Porozmawiam z nimi, w końcu jestem ich ojcem. W tej chwili chodzi o to, jak ułoży się nasza znajomość. Poczułem do ciebie wielką sympatię już pierwszej nocy, kiedy przechodziłem obok twojego domku i obudziłem cię. Od razu wkradłaś się w moje serce.

Oczy Emily jakby zaszły mgiełką.

– Ty także wkradłeś się w moje serce. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że być może twoje dzieci mnie polubią.

– Molly na pewno. Benjy nie. Ale dam sobie z nim radę.

– Ja nie mam zielonego pojęcia, jak postępować z dziećmi. Raczej tylko pogorszyłabym sprawę. Na pewno powiedziałabym coś, czego akurat mówić nie powinnam. Zwykle, kiedy trzeba zrobić krok w lewo, ja idę w prawo.

– Ja gotowałem, więc ty zmywasz – oświadczył Matt beztrosko. Emily podniosła się z krzesła z głową pełną kłębiących się myśli. Gdy niosła talerz do zlewu, miała wrażenie, że przez jej ręce, od ramion aż po czubki palców, przebiega prąd.

Nagle Matt ją objął, lecz nie był to gest nieoczekiwany, ale też nie mogła powiedzieć, iż była pewna, że on tak zrobi. Stało się to tak naturalnie, jak pocałunek w windzie. Emily wtuliła się w niego, jakby od lat była przyzwyczajona do jego objęć, i czuła się przy nim wspaniale. Wydał jej się naprawdę tym właściwym facetem i od tej myśli aż zakręciło się jej w głowie. Czuła na sobie dotyk jego ust, sunące po niej opuszki palców, ucisk silnego ciała. Pragnęła tego mężczyzny i nie nic mogła na to poradzić. Tyle że nie tutaj i nie w tej chwili. I powiedziała mu to.

Matt cofnął się, klepnął ją w pośladek i natychmiast podał ścierkę do naczyń.

– Po prostu włóż talerze do zlewu, żeby się moczyły. Później je pozmywam.

– Dobrze, bo i tak nie zamierzałam sama tego robić. Przecież jestem gościem.

Bliskość Matta budziła w niej takie napięcie, że wydawało jej się, iż podłączona jest do prądu, więc przeszła na drugi koniec kuchni.

– Chyba powinieneś odwieźć mnie do domu – stwierdziła cicho.

Matt skinął głową.

– Ja też tak myślę.

– Dzięki za zaproszenie; kolacja wcale nie była taka zła.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odrzekł oficjalnym tonem.

– A może pojechalibyśmy do mnie na deser?

– No to ruszajmy.

W jednej chwili, niczym para dzieciaków, rzucili się do samochodu.

– Nie zamknąłeś mieszkania – powiedziała Emily.

– Nigdy nie zamykam drzwi na klucz – odrzekł Matt.

– Chyba obydwoje wiemy, po co jedziemy do mnie, tak czy nie?

– Tak. Nie bawimy się w żadne gierki. Będziemy uprawiać seks. Stary dobry seks. Chryste Panie, czuję się jak mały chłopczyk. Ale już dość dawno tego nie robiłem, Emily. Może mi iść nieco opornie.

Emily zaczęła się śmiać i nie przestawała, aż Matt także w końcu wybuchnął radosnym śmiechem.

Kiedy wbiegali po czterech schodkach prowadzących na ganek, deptali sobie niemal po piętach. A potem obydwoje naraz chcieli wejść do środka. Emily, jako szczuplejszej od Matta, udało się przecisnąć obok niego i przekroczyła próg pierwsza. Zaraz też zaczęła zapalać lampki.

– Daj sobie spokój z tymi lampami i chodź tu do mnie – przywołał ją. Stojąc w pogrążonej w półmroku sypialni popatrzyli sobie w oczy.

Emily to spojrzenie wystarczyło, by bez cienia zażenowania czy skromności powiedzieć sobie, że może oddać się temu człowiekowi o nieprawdopodobnie ciemnych oczach i wyłonić później z jego objęć jako kobieta, którą chciała się stać.

Widząc, jak wilgotne usta rozchylają się do pocałunku, Matt pochylił się nad nią i przywarł ustami do jej warg kosztując ich słodycz i pieszcząc je w delikatnym, aczkolwiek namiętnym pocałunku. Ciało Emily zaczęły lizać gorące płomienie, a serce waliło tak, że czuła to w uszach.

Po chwili Matt odsunął się, opuścił ręce i popatrzył jej w oczy. To co w nich dostrzegł najwyraźniej go uspokoiło.

Emily zrobiła krok do przodu i z powrotem znalazła się tuż przy nim. Zaczęła całować Matta, tak jak nigdy dotąd żadnego mężczyznę – pieściła go językiem głęboko i z taką namiętnością, że sama poczuła się bezwładna i słaba. Targały nią emocje, o których myślała, że odeszły bezpowrotnie. Czuła się oszołomiona, lecz w tej chwili wiedziała, że mężczyzna, którego przytula należy do niej i będzie należał dopóty, dopóki sądzone jest im być razem. Nareszcie znalazła tego, przy którym czuła się kobietą, jaką naprawdę chciała być.

– Powiedz, że chcesz, abym się z tobą kochał – szepnął jej Matt do ucha.

– Tak, chcę, kochaj się ze mną, tu, teraz – odpowiedziała głosem przepojonym pożądaniem, brzmiącym zupełnie inaczej niż zwykle.

Matt ściągnął z siebie ubranie pragnąc przytulić się swym nagim ciałem do jej ciała i poczuć ciepło skóry. Położył się na plecach pociągając ją za sobą i głaszcząc wzdłuż kręgosłupa w górę i w dół, aż po krągłe pośladki. Pokazywał, jak chce być dotykany i pieszczony, co chwila spoglądał w oczy, by przy wpadającym do pokoju świetle księżyca rozkoszować się blaskiem iskierek widocznych spod na wpół przymkniętych powiek Emily. Chciał, żeby było dobrze, żeby cieszyła się, iż to właśnie jemu się oddała.

A potem głaszcząc jej dłonie leżące na jego piersiach pytał, czy na pewno ją zadowolił. Emily chwytała koniuszkami palców kępki gęstych włosków i delikatnie pociągała. W końcu zaczęła pieścić ustami jego sutki, lizała i ssała przesuwając się stopniowo coraz bardziej w dół, całując napiętą skórę brzucha i twarde uda. Matt rozkoszował się każdym dotykiem, a kiedy ujął w dłonie głowę Emily i przyciągnął do siebie, by pocałować, zachwycił się tym, co zobaczył w jej oczach.

Znów położył się na niej pokrywając pocałunkami usta, oczy i łagodnie zarysowaną brodę. Sutki jej piersi stwardniały, a całe ciało, pobudzone dotykiem jego skóry, wyprężyło się.

Sunęła ustami w dół brzucha Matta, ujęła w dłonie penisa, a czując jak ogromnej dostarcza mu przyjemności, podnieciła się jeszcze bardziej. Twardy członek wydał jej się zarazem delikatny i wrażliwy, a kiedy pieściła go dłonią, czuła jak drży z podniecenia i pożądania… ku niej. Jego palce nieustannie błądziły po jej ciele zaglądając w każdy zakamarek, głaszcząc i pieszcząc, a ona… pragnęła leżeć pod nim, oddać mu się, poczuć go, zapamiętać na zawsze i poznać tak dokładnie, jak nie udało się to z żadnym jeszcze mężczyzną. Jego ciało wcale nie wydawało się obce, a wprost przeciwnie – było tak bliskie jak własne. Czuła, że każdy milimetr skóry rozpala szalona rozkosz i wcale tego nie ukrywała, bo wiedziała, że jej przyjemność podsyca podniecenie Matta.

Emily czuła się aż słaba z pożądania, jakie Matt w niej obudził. Pragnęła, żeby w nią wszedł, żeby złączył się z nią, żeby doprowadził ją do orgazmu. – Matt – szepnęła z błaganiem w oczach; miała wrażenie, że umrze chyba, jeśli on zaraz się w nią nie wślizgnie, a jednocześnie wcale nie chciała, żeby ta rozkosz tak wielka, że niemożliwa do zniesienia, skończyła się.

Wreszcie, gdy tak leżała czekając na niego Matt patrząc jej w oczy klęknął pomiędzy jej rozsuniętymi udami. Srebrne światło księżyca odbijało się w miękkich włosach i spowijało delikatnym blaskiem jej skórę uwydatniając wszystkie zaokrąglenia ciała. Matt przysiadł na piętach, i nie spuszczając wzroku z jej oczu, pieścił ją rękami, a ona bez cienia wstydu obnażała widoczne w oczach pożądanie przymykając powieki wtedy, gdy jej udami wstrząsały dreszcze rozkoszy. Dłonie Matta powędrowały ku łechtaczce, a gdy zaczęły ją delikatnie pieścić, Emily krzyknęła z rozkoszy i wyprężyła się, jakby chciała jeszcze bardziej przytulić krocze do jego dłoni. – Jesteś tutaj taka śliczna – powiedział, a ona zamknęła oczy i westchnęła.

W końcu Matt poskromił jej gwałtowną namiętność, zaspokoił pożądanie wyzwalając w niej odczucia, nad którymi już nie sposób było zapanować i z czułym uśmiechem patrzył, gdy płakała z szalonej rozkoszy. Jej ciałem wstrząsnął orgazm, gdy on pieścił ją opuszkami palców; krzyknęła i wyszeptała jego imię. Teraz Matt leciutko głaskał jej uda, które stopniowo się rozluźniały, masował napięte mięśnie bioder i gładził brzuch.

Emily pomyślała, że przyjemniej być już nie może, ale Matt pochylił się i wszedł w nią jednym zdecydowanym ruchem. Czując wypełniający ją nabrzmiały członek, Emily wyprężyła się pragnąć dać mu rozkosz i przeżyć ją razem z nim. Miękkie włoski pokrywające jego klatkę piersiową ocierały się o jej piersi, a usta przylgnęły do jej warg w głębokim namiętnym pocałunku. Wchodził w nią i wysuwał się gładkimi, równomiernymi ruchami czekając aż ona dostosuje się do tego rytmu, a za każdym kolejnym wślizgnięciem się przybliżał ją znów do przeżycia tej słodkiej cudownej rozkoszy, której nadejście już przeczuwała.

Emily głaskała jego plecy, wyczuwając drżące mięśnie. Przycisnęła dłonie do twardych naprężonych pośladków czując jak wbija się głęboko i zanurza w jej ciele. Ponownie poczuła ogromną rozkosz i ciałem wstrząsnął orgazm. Wtedy Matt ujął rękami jej biodra i uniósł klękając jednocześnie, i zaczął wbijać się w nią szybkimi gwałtownymi ruchami.

Był zachwycony jej wspaniałym ciałem, tym, jak cudownie reagowała na jego pieszczoty, lecz dopiero, gdy zobaczył na ślicznej twarzy radość i niesamowitą przyjemność, poczuł, że puściły wszelkie hamulce i nie może już dłużej powstrzymywać swojej rozkoszy. Przyniosła mu ją jej radość, wyraz niedowierzania w szczerych oczach i czysta łezka staczająca się po policzku. Wykrzykując imię Emily, eksplodował w jej ciele.

Potem leżeli przytuleni do siebie ze splecionymi nogami, a Matt głaskał gładką skórę jej ramienia i krągłe piersi. Delikatnie całował jej włosy i drażnił włoski brwi.

– Jesteś wspaniałą kochanką – szepnął tuląc ją do siebie jeszcze mocniej i ciesząc się jej bliskością.

– Ty też – mruknęła.

– Emily, co byś powiedziała, gdybym ci wyznał, że jestem bliski zakochania się w tobie?

– A co byś ty powiedział, gdybym wyznała ci to samo?

– No to chyba jesteśmy bliscy zakochania się.

– Miło mi to słyszeć – odparła przysuwając się do niego najbliżej jak mogła. W końcu zasnęli, śniąc o sobie nawzajem.

19

Było już późno, gdy Emily się obudziła. Od razu przypomniała sobie wszystko, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru i wyciągnęła rękę w stronę poduszki, na której spał Matt. Nie znalazła go na niej, lecz spodziewała się tego. Przesunęła się na drugą stronę łóżka i wtuliła twarz w jego poduszkę. Poczuła słaby, aczkolwiek wyraźny jeszcze zapach jego ciała. Wzięła głęboki oddech i wyciągnęła się jak kotka.

Zanosiło się na kolejny piękny dzień z bezchmurnym niebem i ciepłym wietrzykiem. Emily spojrzała na stojący na nocnej szafce budzik i zorientowała się, że nie tylko przespała śniadanie, lecz niewiele brakowało, by przegapiła porę lunchu. W ogóle się tym nie przejęła, bo nie była ani trochę głodna. Miała apetyt jedynie na Matta – chciała pożerać go wzrokiem.

Zastanawiała się, czy naprawdę zakochała się w tym strażniku. Czy to możliwe w tak krótkim czasie? Ale we wszystkich eleganckich czasopismach i filmach o miłości czytała i oglądała takie historie – spojrzenia dwóch par oczu spotykają się i rodzi się gorące uczucie, a potem miłość w blasku zachodzącego słońca i szczęśliwe życie aż do śmierci. No cóż, tyle że takim jak ona w rzeczywistości nie przydarzają się podobne historie.

Emily zeskoczyła z łóżka niczym nastolatka. Wzięła szybki prysznic, ubrała się i wyszła na ganek nakarmić wiewiórki i króliki. Gdy skończyła, wypieliła chwasty z kwiatowej rabatki, po czym pobiegła do budynku rekreacyjnego, żeby zadzwonić do szpitala. Przyszło jej do głowy, że mogłaby pojechać po Rosie.

– Pani Finneran została wypisana godzinę temu – oznajmiła zadowolona pielęgniarka.

Emily aż klasnęła w dłonie. Ogromnie się tym ucieszyła, bo mogła teraz godzinami opowiadać Rosie o Matcie. Pod warunkiem oczywiście, że koleżanka będzie chciała słuchać. Zaczęła się zastanawiać, czym się teraz zająć. A gdyby tak zadzwonić do domu, do przyjaciółek, do Bena? No tak, do Bena. Wszystkim im winna była telefon. A listy, które od nich otrzymała, wciąż leżały na toaletce nie otwarte. Naprawdę, to karygodne niedbalstwo, skarciła w myśli samą siebie.

Przygotowała kartę magnetyczną i wykręciła numer – najpierw do Bena. Jej głos, gdy Ben usłyszał go w słuchawce, rozbrzmiewał szczęściem.

– Jak leci, Ben? – zaczęła.

– Powolutku. Ale u ciebie najwyraźniej wszystko jest w najlepszym porządku. Chyba nigdy nie słyszałem cię takiej szczęśliwej. A może upiłaś się zapachem sosen? Chociaż nie, to nie to. Pewnie zaprzyjaźniłaś się z jakimiś czteronożnymi stworzonkami kręcącymi się wokół twego domku. Co tam robisz całymi dniami, Emily?

– To i owo. Czas płynie niesamowicie szybko. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami. Jedna z nich została właśnie wypisana ze szpitala i wkrótce tu będzie.

Emily opowiedziała Benowi o tym, jak zabłądziła z Rosie na szlaku.

– Powinieneś zobaczyć moją twarz, Ben. Wygląda jak kanapka posmarowana masłem orzechowym i dżemem. Przez parę dni byłam tak zesztywniała, że ledwie mogłam chodzić. Ale teraz czuję się już świetnie.

– Na miłość Boską, Emily, co cię opętało, że wybrałaś się na taką wyprawę? Przecież nigdy specjalnie nie gustowałaś w pieszych wycieczkach? Mogło ci się przydarzyć coś złego.

W głosie Bena było tyle troski i niepokoju, że Emily poczuła się winna.

– Ale nic mi się nie stało. A teraz naprawdę lubię przebywać na świeżym powietrzu. Uwielbiam to, Ben. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile mam tu różnych zajęć; cały czas mam co robić.

– Emily, kiedy wracasz? Zbliża się już koniec sierpnia. Brakuje mi ciebie. I dziewczyny też za tobą tęsknią. Martha odwołała swoje… no, cokolwiek tam ustaliła z tym starowiną. Okazało się, że on po prostu szukał pielęgniarki, która by się o niego troszczyła, mimo iż Martha nie jest żadną pielęgniarką. W każdym razie czeka go jakaś poważna operacja. Zresztą chyba wiesz już o tym, bo Martha mówiła, że napisała do ciebie długi list.

– Taaaak – odrzekła Emily, bo nic innego nie przychodziło jej do głowy.

– Emily, czy jesteś aż tak zajęta, że nie mogłaś do nas napisać ani zadzwonić?

Opanowana poczuciem winy Emily uświadomiła sobie, że głos Bena jest strasznie smutny i zmęczony.

– Nie aż tak, Ben, musiałam tylko… to znaczy chyba chciałam na jakiś czas odciąć się od wszelkich obowiązków i odpowiedzialności. Pragnęłam nie czuć się uzależniona, o ile rozumiesz, co mam na myśli. No i nie mam tu własnego telefonu. Muszę korzystać z aparatu w budynku rekreacyjnym. A w dodatku zakonnice nie bardzo lubią, kiedy ktoś dzwoni do wczasowiczów. Po prostu nie ma komu biegać z wiadomościami w tę i z powrotem.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej głos brzmi bardzo nieprzekonująco:

– Czy przynajmniej tęsknisz za nami choć troszkę? A w szczególności za mną?

– I tak i nie – odrzekła zgodnie z prawdą. – Myślę o was wszystkich, naprawdę. Bo jesteście zdrowi i wszystko jest w porządku, tak?

– Oczywiście.

– No widzisz, doskonale możecie się beze mnie obejść. Poważnie rozważam możliwość zostania tu jeszcze przez jakiś czas. Pogoda utrzymuje się w tej okolicy świetna, nawet jeszcze w październiku. A we wrześniu jest tu podobno ślicznie.

– Mówiłaś już dziewczynom, że nie wracasz na Dzień Pracy? One szykują huczne przyjęcie. Chcą zaprosić mnóstwo klientów, przyjaciół i tak dalej. Kiedy rozmawiałem z nimi wczoraj, wciąż były przekonane, że przyjedziesz wkrótce, tak jak zapowiadałaś.

– Ben, czy chcesz wzbudzić we mnie poczucie winy?

– Tak.

– No to daj sobie spokój, bo i tak nic z tego nie będzie. Gdybyście mnie potrzebowali, na pewno bym to wyczuła, ale jasne jest dla mnie, że dacie sobie beze mnie radę. I nie mów mi, że zaniedbuję pracę.

– Strasznie się stawiasz – zauważył chłodno Ben.

– Sam mnie do tego zmuszasz. Owszem, istnieje między nami pewne porozumienie, ale nigdy ci niczego nie obiecywałam. Przykro mi, jeśli cię zdenerwowałam. Zadzwonię teraz do dziewczyn i wyjaśnię im, dlaczego chcę tu jeszcze zostać jakiś czas. Do widzenia, Ben, miło było z tobą porozmawiać. I uważaj na siebie. Napiszę do ciebie jeszcze w tym tygodniu.

Ledwie to powiedziała, przerwała połączenie wciskając widełki palcem. Całe jej szczęście gdzieś się ulotniło, a zastąpiło je poczucie winy. Powłócząc nogami i wpatrując się w ziemię ruszyła ścieżką w stronę swego domku. Nagle słyszała ostry gwizd. Odwróciła się.

– Matt! – krzyknęła.

Zobaczywszy go pomyślała, że wygląda na zażenowanego.

– Co masz w tej torbie?

– Lunch. Przyniosłem z domu parę kanapek z mięsem. Masz ochotę posiedzieć na ganku i skosztować?

– Jasne. W pokoju jest coś do picia. Uwielbiam pikniki.

– Ja też. Mam pomysł, Emily, dziś wieczorem będzie smażenie ryb. Siostra Tiny pytała, czy Molly mogłaby jej pomóc. Powiedziałem, że najprawdopodobniej przyjdzie. Umówiłem się z dzieciakami o trzeciej w mieście, żeby je przywieźć. Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy zjeść kolację wszyscy razem. To znaczy Ivan i Rosie, moje dzieciaki i my dwoje. Chciałbym, żebyś poznała Molly i Benjy’ego. No jak, co ty na to?

– Ależ z największą ochotą. Bardzo chcę, żeby Rosie z powrotem weszła w naszą codzienność. Sama odebrałabym ją ze szpitala, lecz gdy tam zadzwoniłam, powiedziano mi, że została wypisana godzinę temu i Ivan zabrał ją do domu. Już nie mogę się doczekać tej kolacji. A te kanapki są… smakowite – oznajmiła nadgryzając przełożone mięsem kromki.

– Powiedz prawdę, że smakują jak twarda guma posypana pietruszką.

– To też. Brakowało mi ciebie, gdy się obudziłam.

– Nie chciałem wychodzić, ale musiałem. Miło się z tobą śpi.

– Iz tobą także. Postanowiłam zostać tu nieco dłużej, przynajmniej do końca września. Myślę, że Rosie też jeszcze nie wyjeżdża.

– A więc będziesz tu prawie sama. Większość gości wyjeżdża albo dzień przed, albo dzień po Dniu Pracy. W październiku natomiast nie wiadomo dlaczego robi się tu bardzo tłoczno. Rolnicy kończą zbiory z pól, z miasta przywozi się dynie, liście na drzewach zmieniają barwy. No i jest chłodniej. Siostry mogą sobie nieco odpocząć. One bardzo ciężko pracują, lecz pewnie sama to zauważyłaś. A właśnie, siostra Tiny skręciła sobie wczoraj nogę w kostce. Wdepnęła w norę susła. Lekarz, który ją zbadał, powiedział, że nie powinna chodzić przez jakiś tydzień. Dlatego zakonnice potrzebują pomocy Molly. Ładnie pachniesz – dodał.

– Kiedy się obudziłam, czułam jeszcze zapach twojego ciała w łóżku – powiedziała spoglądając mu w oczy. – Czy najbliższy weekend masz wolny?

Matt skinął twierdząco głową.

– Obiecałem Benjy’emu, że przyjdę popatrzeć jak ćwiczy grę w piłkę, a Molly chce, żebym ją zabrał na wrotki. W weekendy jestem dość zajęty. Nieczęsto zdarza mi się w te dni nie pracować, ale jak już mam wolne, muszę zaplanować wszystko co do godziny.

– Rozumiem – odrzekła Emily.

– A ty jakie masz plany? – spytał zgniatając śliski papier i serwetkę. Wyjął papier z rąk Emily i wcisnął wszystko do torebki po kanapkach.

– Trochę poczytam, pogadam z Rosie. I zadzwonię do domu. Może pomogę zakonnicom, jeśli będą czegoś potrzebować. Nie mam problemów z zapełnieniem sobie czasu. Być może wybiorę się z Rosie do miasta, żeby obejrzeć jakiś film.

– Będziesz za mną tęsknić?

Pomyślała, że oczywiście będzie. Zapragnęła posiąść jakąś czarodziejską moc, by móc zmieścić się w kieszeni Matta i w ten sposób spędzić cały dzień razem z nim.

– Chyba raczej nie – skłamała. – A ty za mną?

– Pewnie też nie.

– Kłamca! – powiedziała śmiejąc się. Matt wyglądał na zasmuconego.

– Ty także skłamałaś? – spytał.

– Nie – odparła. – No, wstawaj, odprowadzę cię do samochodu, a potem pójdę zobaczyć się z Rosie.

Gdy doszli do dżipa, Emily uśmiechnęła się, pomachała mu ręką i pobiegła ścieżką. Matt miał wprawdzie zamiar ją pocałować, ale obawiając się, iż źle odczytała jego intencje, Emily uciekła.

– Cześć, Rosie! Kiedy wróciłaś?

– Jakieś pół godziny temu. Cudownie jest znów być w domu. Postanowiłam przez cały dzień nie ruszać się z tego miejsca ani na krok, żeby wszyscy mi nadskakiwali.

– Jacy wszyscy? – spytała Emily rozglądając się. – A gdzie jest Ivan?

– Poszedł na ryby. Zostawił mnie. No, prawdę mówiąc przyniósł mnie na rękach aż na ganek. Tylko nie wyobrażaj sobie za wiele. On nie jest mną ani odrobinę zainteresowany. Chociaż odwiedzał mnie w szpitalu codziennie, ale myślę, że czuł się w pewnym sensie odpowiedzialny. Jest straaaaasznie nuuudny. Cały czas chciał rozmawiać tylko o drzewach, zwierzętach i rybach. A także o Matcie i jego dzieciach. W końcu musiałam udawać, że zasnęłam, żeby wreszcie sobie poszedł.

– A ja myślałam…

– Siostra Philli przyniosła mi dzbanek lemoniady i trochę ciasteczek. Są w domu. Powiedziała, że lunch i kolację też dostanę tutaj.

– Mogę ci je przynieść. Matt mówił mi, że siostra Tiny skręciła sobie nogę w kostce i dlatego jego córka będzie dziś pomagać zakonnicom przy smażeniu ryb. Jeśli w ośrodku znajdzie się jakiś wózek, to chętnie cię zawiozę, bo jednak nie możesz jeszcze iść tak daleko. Trzeba będzie im pomóc. No, a jak się czujesz, Rosie?

– Dobrze. Mam czasem taki rwący ból, ale lekarz twierdzi, że to z powodu zaparcia. Wiesz, jestem chyba największą idiotką pod słońcem. Bo jak można pomylić zaparcie z zapaleniem wyrostka?

– Nie jestem pewna, czy ja też bym tego nie pomyliła. Tak czy owak było, minęło, jesteś zdrowa i mnie też nic się nie stało. Nie ma co zawracać sobie głowy przeszłością. Zmarnowałam już na to ładnych parę lat życia. Posłuchaj mnie teraz, Rosie, bo mam ci coś do powiedzenia. Nie uwierzysz. Zresztą mnie też jeszcze trudno przyzwyczaić się do tej myśli. Co chwila się szczypię, żeby sprawdzić, czy to nie sen. Bo wiesz…

– O mój Boże! – wykrzyknęła Rosie, gdy Emily zrelacjonowała jej wydarzenia poprzedniego wieczoru. – Ależ to cudownie. Bo to cudowne, prawda?

– Tak mi się wydaje. Matt chce, żebym spotkała się dzisiaj z jego dziećmi. Wprawdzie już je poznałam kiedyś przy okazji, ale teraz to zupełnie co innego. Ciekawa jestem, co sobie o mnie pomyślą.

– Dziewczynka to słodkie stworzonko. Zakonnice ją uwielbiają. Chłopiec jest raczej ponurego usposobienia i dość nerwowy, jeśli rozumiesz o co mi chodzi. Cztery czy pięć lat temu Matt… no cóż, Matt bardzo się zaprzyjaźnił z pewną tutejszą wczasowiczką; miała na imię Angela. Naprawdę szczerze lubiła Matta, a i on zdawał się odwzajemniać to uczucie. Cokolwiek jednak między nimi było, skończyło się szybciej niż zaczęło.

Prawdopodobnie ona się komuś zwierzyła, a ten ktoś powtórzył to komuś innemu, kto z kolei powiedział mnie – to mianowicie, że Benjy jej nie lubił i nie chciał zdobyć się wobec niej chociażby na uprzejmość. No i tak to się skończyło. W każdym razie taka chodziła pogłoska i pewnie nie powinnam ci jej powtarzać. Bardzo bym jednak nie chciała, Emily, żeby ktoś cię zranił. Matt naprawdę ogromnie przejmuje się rolą ojca i zresztą powinien.

Emily zmarszczyła czoło.

– Chcesz powiedzieć, że mam się podlizywać jakiemuś dziewięciolatkowi?

– Cóż, chyba to właśnie chciałam ci poradzić. Z tego co słyszałam, to właśnie dzieci, a zwłaszcza chłopiec, kształtują prywatne życie Matta.

– Ależ to okropne. – Do serca Emily zakradł się strach. – Zdaje się, że mocno mnie przestraszyłaś, Rosie. Lubię Matta. Prawdę mówiąc, to właściwie więcej niż lubię. Co powinnam zrobić twoim zdaniem?

– Nic – odrzekła Rosie bez wahania. – Po prostu bądź sobą. Jeśli Matt odwzajemnia twoje uczucia, a mimo to pozwoli, żeby chłopiec was poróżnił – nie twierdzę oczywiście, że dzieciak to zrobi, ale załóżmy, że tak – to Matt nie jest wiele wart, nie sądzisz? Jeśli Benjy… bo tak on ma na imię, prawda? – Emily potwierdziła skinieniem. – Jeśli Benjy ma jakieś problemy, to wywodzą się one jeszcze z czasów tuż po śmierci matki, a to było dawno temu. Matt powinien był zabrać go do psychologa czy coś w tym rodzaju. W szkołach u mnie w mieście wręcz wyłapuje się takich uczniów, lecz może Matt woli nic w tej kwestii nie robić, bo tak mu łatwiej. Możliwe także, że z Benjym wszystko jest w porządku i niepotrzebnie zawracamy sobie głowę – oświadczyła, chociaż ton jej głosu przeczył słowom.

– Bagaż.

– Przepraszam, nie rozumiem.

– Mówię o bagażu, Rosie. W mowie potocznej tak określa się coś, na przykład żonę czy dzieci, które stoją na drodze rodzącemu się związkowi. Są właśnie bagażem. Przyznaję, że to brzmi paskudnie, ale taka jest prawda. A co będzie… co będzie, jeśli chłopiec zapała do mnie nienawiścią? Dziewięcioletnie dzieci są dość inteligentne, prawda?

– Raczej tak. I potrafią manipulować ludźmi. Osobiście spodziewałabym się zwykle kłopotów ze strony dziewczynek, bo chcą ochraniać rodzica. Ale z Molly może uda ci się lepiej porozumieć, a poza tym całkiem prawdopodobne, że ona chciałaby mieć macochę.

– Czy ja mówiłam coś o małżeństwie? – jęknęła Emily.

– O ile dwoje ludzi traktuje swój związek poważnie, to zazwyczaj kończy się on małżeństwem. Nie udawaj takiej nieśmiałej, Emily. Jestem pewna, że brałaś pod uwagę taką ewentualność. Że przynajmniej fantazjowałaś na ten temat – powiedziała z uśmiechem do czerwieniącej się koleżanki.

– Masz ochotę zagrać w Scrabble?

– Jasne.

– W takim razie idę po grę i przy okazji przyniosę ci lunch.

Gra toczyła się aż do wpół do czwartej, kiedy Emily zdecydowała, że czas kończyć.

– Myślę, że przydałaby ci się drzemka, a ja chętnie wybiorę się na przejażdżkę rowerem. Wrócę koło wpół do szóstej. Pytałam siostry o wózek i obiecały, że ktoś ci go przyniesie najpóźniej za piętnaście szósta. A jak już go będziesz miała, możesz pojechać sobie na spacer, no nie?

Rosie przytaknęła.

– Emily?

– Tak.

– Nie rozmyślaj za bardzo nad tym, co ci powiedziałam. Co ma być, to będzie – tak twierdzi siostra Gussie. Lepiej zrób to samo, co wtedy w górach – przypomnij sobie zajęcia na temat inspiracji, na których razem byłyśmy.

– Świetny pomysł. Do zobaczenia.

Wróciwszy do domku Emily przetrząsnęła szufladę w poszukiwaniu listy inspirujących sentencji, a gdy ją znalazła, wsunęła do kieszeni szortów. Na karteczce widniało trzydzieści, a może nawet czterdzieści rad pomocnych w ubarwieniu sobie codziennego życia. No, ale kąpać się w kolorowej wodzie nie będzie na pewno. W domku nie było nawet wanny, więc tę radę mogła od razu odrzucić. Podziwiać samą siebie albo pomarzyć co nieco – no cóż, z tym nie miała najmniejszego problemu. Właściwie to wszystkie sugestie były jej doskonale znane i kiedy tak jechała rowerem błądząc myślami wokół Matta i karteczki w kieszeni zaczęła się zastanawiać, po co zabrała ze sobą tę listę. W jednym z jej punktów zalecano, by każdego dnia zrobić coś nowego, całkiem innego od codziennych zajęć. No tak, pewnie, że trzeba, pomyślała. A inna rada zalecała, by zmieniać nastroje tak często jak ubrania. No, to już z pewnością nie było trudne, uznała Emily, bo jej nastroje przechodziły z jednego w drugi właściwie automatycznie. Wiedziała, że najwięcej kłopotów sprawi jej pozbycie się negatywnych myśli. Pomyślała, że będzie musiała poradzić się sióstr, jak ma się tego nauczyć. I czy to w ogóle jest możliwe? Gdyby spośród wszystkich rad miała wybrać sobie jedną ulubioną, wskazałaby na tę, która brzmiała: „Pozwól, żeby życie uleczyło twoje rany”. Tę metodę stosowała od lat i najwyraźniej przynosiła ona efekty.

Po godzinie pedałowania Emily zatrzymała się, popatrzyła na wiodący w górę szlak dla rowerzystów i zsiadła. Usadowiła się na ziemi po turecku i zapaliła papierosa. Ciągle jeszcze nie zdołała rzucić tego paskudnego nałogu. Pomyślała, że może nigdy jej się to nie uda.

Spróbowała sobie wyobrazić, co by zrobiła, gdyby Matt poprosił, by została jego żoną. Czy rzeczywiście szczerze go kochała? A co w takim razie z Benem? Tyle pytań cisnęło jej się na usta, a na żadne nie umiała od razu dać odpowiedzi.

– Raczej nie jestem dobrym materiałem na matkę. W zasadzie to na pewno nie nadaję się do tej roli – zaczęła mówić do samej siebie, chociaż wydawało jej się, że już dawno pozbyła się tego zwyczaju.

Przyznała przed sobą, że owszem miło jest przeżyć romans, a milej jeszcze mieć stały związek. Tylko ten bagaż. Związek z Mattem łączył się z rozmaitymi problemami, z którymi musiałaby się uporać.

– A więc tylko zaszaleję, a potem wrócę do domu – mruknęła. Bo dzieci zawsze będą dla Matta najważniejsze, o tym wiedziała.

Zresztą tak właśnie powinno być. Rozmyślając tak odpaliła od niedopałka kolejnego papierosa i natychmiast uświadomiła sobie, że w domu Matta nie mogłaby palić.

– Ale mnie naprawdę na nim zależy – powiedziała na głos. Uznała, że w tej chwili byłoby najlepiej, gdyby udało jej się zapomnieć o wszystkim i zachowywać, jakby nigdy nic.

Spróbowała nie myśleć o Matcie. Zaczęła się rozglądać, starając się skupić jedynie na pięknym krajobrazie i utrwalić jego widok w pamięci. Był tak wspaniały jak na pocztówce. Słońce przeświecało przez listowie tworząc na ziemi koronkowe cienie, wszędzie rosła bujna zieleń, a sosny pachniały tak upojnie, że Emily miała ochotę zostać tu na zawsze. Gdzie okiem sięgnąć krzewiły się dzikie paprocie o długich, pełnych gracji liściach.

Mimo wszystko Emily nie potrafiła jakoś uspokoić się, więc zaczęła myśleć o Benie i przyjaciółkach. Przypomniała sobie, że do tej pory nie przeczytała listów od nich. – A niech to diabli – zaklęła.

Z wciśniętej do kieszeni zgniecionej paczki wyciągnęła trzeciego już papierosa i zapaliła go. Potem rozchyliła foliowe opakowanie i zobaczyła, że zostały jej jeszcze trzy sztuki. Miała zamiar wypalić wszystkie, zakopać niedopałki i udawać, że w ogóle nie tykała papierosów. Tylko po co mam grać tę komedię, zapytała samą siebie.

– Rosie ma rację. Co ma być, to będzie – mruknęła w końcu, po czym wsiadła na rower i ruszyła w drogę powrotną.

Kiedy weszła do sali rekreacyjnej po wózek, czuła się podenerwowana i rozdrażniona. Ulżyło jej, gdy przekonała się, że wózek jest elektryczny. Nie wiedzieć dlaczego usiadła na nim i pojechała do domku Rosie.

– Fajnie się na tym jeździ – zawołała wesoło. – W dodatku wózek jest elektryczny, więc nie ugrzęźnie w sosnowych igłach. A z kuchni dobywają się jak zwykle wspaniale zapachy.

Smażenie ryb odbywało się na polanie, na której stały sekwojowe stoły nakryte na tę okazję różnobarwnymi obrusami. Każdy z nich ozdobiony był wetkniętą w butelkę po winie świeczką oraz zaopatrzony w pojemniki ze środkiem owadobójczym.

– Co dzisiaj jemy? – zainteresowała się Rosie.

– Będzie smakowicie wysmażona ryba bez najmniejszej osteczki, ziemniaki w plasterkach zapiekane z serem, kolby kukurydzy, świeży groszek, chleb i masło domowej roboty, sałatka i deser, ale jaki, to już tajemnica. W sali rekreacyjnej wisi zaproszenie na jakąś staromodną loterię na dziś wieczór.

– Ja sobie daruję – stwierdziła Rosie.

– Ja też. Nie widzę nigdzie Matta, a ty? No dobrze, tutaj możesz już zejść z wózka. Usiądziemy sobie pod drzewem; będzie stąd świetny widok na zachodzące słońce.

– Tak, tu jest przyjemnie; czuć leciutki wiaterek. A co do Matta, to rzeczywiście go nie widać. Może idź go poszukać. Mnie jest bardzo wygodnie.

– Nie. Posiedzę z tobą. Chcesz papierosa?

– Pewnie. I piwo też.

– Przyniosę ci. Dzisiaj zakonnice wystawiły całą beczkę. Coś mi mówi, że powinnyśmy podziękować za to Ivanowi. Ci ludzie z Alabamy piją litrami. W zeszłym tygodniu oświadczyli, że przydałaby się beczka. I zapłacili za całą. Zauważyłaś, jacy tutaj wszyscy są rozrzutni?

– Emily, przecież ty gadasz po to tylko, żeby słuchać własnego głosu. Idź wreszcie po piwo, ale zostaw mi papierosy, a jak spotkasz Matta, to nie spiesz się z powrotem.

– Czy aż tak łatwo mnie rozszyfrować? – spytała.

– Tylko mnie. Ale nie przynoś mi samej piany.

– Zapamiętam – odrzekła Emily i ruszyła po piwo.

Wkrótce wróciła z tacą, na której stały trzy szklanki – dwie dla Rosie i jedna dla niej samej.

– Emily, Rosie, czy macie coś przeciwko, żebym przyłączył się do was z Benjym?

Obie kobiety pokręciły głowami.

Emily miała zamiar zapalić papierosa, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Przyszło jej do głowy, że obecnie młodzi ludzie nie są fanami palenia i uznała, że to zmiana na lepsze. Myśląc tak, patrzyła jak Rosie wydmuchuje równiutkie kółeczka dymu i ogarnęła ją wściekłość, bo też miała na to ogromną ochotę. Tym bardziej, że nienawidziła pić piwa bez zaciągania się dymem.

– Z kuchni dochodzą wspaniałe zapachy, prawda? Tylko deser jest dzisiaj owiany tajemnicą.

Benjy z ponurą miną skinął głową. Jasne było, że wolałby znaleźć się gdzieś zupełnie indziej.

– Cieszysz się, że niedługo wracasz do szkoły, Benjy? – spytała cicho Emily.

– Nie.

Emily nie dawała jednak za wygraną.

– Tata mówił, że grywasz w piłkę. Należysz może do szkolnej drużyny czy grałeś tylko podczas wakacji?

– Jestem w drużynie. Nie cierpię piłki, ale tata mówi, że muszę grać. Na twarzy chłopca odmalowała się taka wrogość, że Emily zrozumiała, iż jeszcze chwila, a dzieciak wybuchnie. Zauważyła także, że Matt bębni palcami po stole, co oznaczało, iż jest podenerwowany. W końcu Emily stwierdziła, że niepotrzebne jej żadne awantury.

– Może poszedłbyś sprawdzić, czy zakonnice nie potrzebują pomocy, Benjy? – zwrócił się do syna Matt.

– Po co? Chcesz się mnie pozbyć? Dzisiaj nie moja kolejka w pomaganiu.

– Ale byłoby miło z twojej strony, gdybyś to zrobił. Wcale nie chcę się ciebie pozbywać, a jeśli chodzi o kolejkę, to nie ma najmniejszego znaczenia.

– Owszem, ma. Siostry płacą Molly za kelnerowanie, a ja sprzątam ze stołów, wynoszę śmieci i dostaję za to jedynie darmowy posiłek. No i gdzie tu sprawiedliwość? W domu mógłbym zjeść sobie pizzę.

Ostatnie słowa wykrzyczał właściwie, bo szedł już w stronę kuchni. Matt znużony przymknął oczy.

– Zachowuje się okropnie. Nie wiem już co mam zrobić z tym dzieciakiem.

Kiedy zjawiła się Molly z tacą zastawioną talerzami z kolacją i ustawiwszy ją na stole głośno cmoknęła ojca, Emily pomyślała, że to rodzeństwo jest jak dzień i noc.

– Fajnie, że już pani jest zdrowa, pani Finneran. A pani, pani Thorn, wygląda naprawdę świetnie. Prawie wszystkie sińce zniknęły. Założę się, że strasznie się pani z tego cieszy. Tato, nie uwierzysz, ale gdy otrzymam od sióstr dzisiejszą zapłatę, będę miała wystarczająco pieniędzy na mój własny prywatny telefon w domu. A w przyszłym tygodniu uzbieram na pierwszy rachunek. Bo chyba się nie rozmyślisz, tato, prawda? – powiedziała wypowiadając słowa z taką prędkością, jakby strzelała z karabinu maszynowego.

– Jak umowa to umowa – odparł Matt uśmiechając się.

– Jeśli masz ochotę na piwo, tato, sam musisz je sobie przynieść, bo mnie nie wolno.

– Herbata lodowa w zupełności mi wystarczy, kochanie. Dziewczynka ucałowała jeszcze ojca w sam czubek głowy i pobiegła z powrotem do kuchni.

– Wyrośnie na prawdziwą piękność. Już teraz jest bardzo ładna, lecz za parę lat będzie śliczna.

– Wiem, ale wtedy zaczną się moje problemy – odparł skromnie Matt.

– Myśl pozytywnie – poradziła mu wesoło Rosie. – Ta ryba jest wyśmienita. Uwielbiam ryby. I te ziemniaki też. W ogóle kocham jeść.

Emily pomyślała, że Rosie, podobnie jak ona sama, jest podenerwowana. A i Matt też był niespokojny. Zapragnęła, żeby Matt na nią spojrzał, żeby zrobił coś, co byłoby czytelne jedynie dla nich dwojga. Mógłby na przykład mrugnąć albo dotknąć jej ręki. Dobrze jednak wiedziała, że on niczego takiego nie zrobi. Teraz myślał wyłącznie o zachowaniu swego syna. Emily czuła się tak, jakby ktoś grzebał w jej sercu kijem. No cóż, dzieci zawsze są najważniejsze. I będzie musiała się do tego przyzwyczaić. Jej mogą przypaść w udziale tylko drugie skrzypce. Zastanawiała się, czy potrafi się z tym pogodzić.

Matt zjadł, a właściwie pochłonął swoją porcję, po czym wstał od stołu tłumacząc, że musi zobaczyć co z Benjym. Zanim odszedł, rzucił Emily krótkie przepraszające spojrzenie.

Emily grzebała widelcem na swoim talerzu dzieląc rybę na kawałeczki i mieszając je z ziemniakami. Było jej bardzo smutno.

– r Ten chłopiec mnie nie lubi – oznajmiła. – Ale ja też go nie lubię. Właściwie chyba ani ty, ani ja nie czujemy się tu dobrze.

– Benjy nikogo nie lubi – odrzekła Rosie. – Wiesz co, chodźmy na spacer. Może ten tajemniczy deser będzie już gotowy jak wrócimy. Założę się, że to będą owoce. Kiedy zakonnice nie mają już czego wy-myśleć, rozpuszczają pogłoskę, że szykują coś wyjątkowego, a potem podają arbuza z lodami polanymi rumem i zapalają to wszystko.

– Brzmi zabawnie – stwierdziła Emily wybuchając śmiechem.

– Proponuję pójść w stronę kuchni, obejść ją dokoła, a potem przez parking wrócić ścieżką tutaj. Dam radę. W zasadzie powinnam spacerować, tylko że wtedy szwy zaczynają się ściągać i ciężko mi się poruszać. Ale im więcej będę chodzić, tym szybciej dolegliwości ustąpią.

– Naprawdę nie potrzebuję w życiu więcej problemów – zaczęła Emily, gdy ruszyły już z miejsca. – Czasami żałuję, że tu przyjechałam i poznałam Matta. W jednej chwili czuję, że go lubię, no właściwie bardziej niż lubię, a w następnej wracam myślami do Bena i tęsknię za domem. Podejrzewam, że nawiązałam po prostu wakacyjny romans, a ja nie… Bardzo zależy mi na Benie. Czuję się cholernie winna wobec niego. Wierz mi, Rosie, poczucie winy to straszna rzecz.

Potem, gdy siedziały przy stoliku, Emily szepnęła koleżance: – Wiesz czego się boję, Rosie? Tego, że Matt… że on przyjdzie dziś do mojego domku w nocy; złamałoby mi to serce. Zastanawiam się, czy miałabyś coś przeciw temu, żebym spała dziś u ciebie. Nie chcę wiedzieć, czy… czy on w ogóle zamierza to zrobić… lecz wolałabym, żeby nie było mnie wtedy w domku.

– Możesz przyjść do mnie, jasne. Chociaż nie sądzę, żeby on wybrał się dziś do ciebie. Musi odwieźć dzieciaki do domu i nie będzie mu się pewnie chciało jechać taki kawał z powrotem, zwłaszcza że Benjy jest akurat w takim nastroju. Ale jeśli chcesz, możemy już iść.

– Tak, chcę.

20

Wakacje się skończyły i zaczął się wrzesień, pogodny i pełen barw. Zrobiło się chłodniej, liście zaczęły żółknąć, a większość gości spakowała manatki i wyjechała zapowiadając, że wróci w przyszłym roku. Jedynymi wczasowiczkami były dwie starsze pary ze swoimi przyjaciółmi oraz Rosie i Emily.

Gdy do końca jej długiego pobytu zostało jeszcze dwa tygodnie, Emily zauważyła, że żyje czekając właściwie tylko na godziny spędzane z Mattem. Romans z nim przerodził się w obsesję, lecz zupełnie nie wiedziała, jak stłumić towarzyszące mu emocje. Kiedy nie była z Mattem, spędzała czas z Rosie grając w rozmaite gry, jeżdżąc na rowerze czy wędrując. Tysiące razy już mówiła sobie w myślach, że straszliwie ciężko będzie jej stąd wyjechać.

Na najbliższy wieczór miała zaplanowaną wyprawę do miasta, więc już się do niej szykowała.

– Ubierz się w co tylko masz najlepszego – zapowiedział jej Matt. – Muszę pomówić z tobą o czymś bardzo ważnym.

Emily naturalnie przyjęła zaproszenie. I ona sama, i Rosie, a i wszystkie zakonnice także, uważały że z pewnością wyjdzie za Matta, a potem będzie im się żyło szczęśliwie. O ile w ogóle coś takiego było możliwe.

Mimo to żołądek jej się ściskał, a w gardle jakby coś uwięzło. Dwukrotnie musiała zmywać cień z powiek i nakładać go powtórnie, bo trzęsła się jej ręka. W końcu przyjrzała się uważnie swemu odbiciu w lustrze. Twarzy, którą zobaczyła, zupełnie nie rozpoznawała. Oczy jej błyszczały, a usta były tak łagodnie zarysowane, że jasne było, iż ich właścicielka często się śmieje; cały czas niemal, jeśli chodziło o ścisłość. Ta osoba w szklanej tafli zdecydowanie nie była żoną Iana Thorna ani tą Emily, która tak bardzo zaangażowała się w związek z Benem Jacksonem.

Emily uprzytomniła sobie, że zaledwie dwa tygodnie dzielą ją od powrotu do domu przy Sleepy Hollow Road w New Jersey. Zakładając oczywiście, że będzie chciała wrócić.

Bo mogło się okazać, że przeczucie jej nie myli, a Matt gotów jest zaproponować jej trwały związek; tylko czy wtedy ona potrafi tak z dnia na dzień zostać żoną i matką? Lubiła wprawdzie Molly i tolerowała Benjy’ego, lecz gdyby chciała stać się prawdziwym członkiem tej rodziny, musiałaby poświęcić chłopcu wiele czasu i starań. Obecnie Benjy akceptował ją jako osobę, która czasami wpada do nich do domu, z którą ojciec umawia się nieraz na wieczór, która podczas piątkowego smażenia ryb siada z nimi przy jednym stoliku i wspólnie z nimi je lody w niedzielne popołudnia.

Jednego Emily była pewna – tego mianowicie, że nigdy nie będzie w stanie zamieszkać w domu Matta. Tylko jak miała mu o tym powiedzieć? I czy w ogóle nadawała się na żonę?

Opuściła deskę sedesową i usiadła na niej. Wiedziała, że małżeństwo dla każdego znaczy coś innego. Czego oczekiwałby po takim związku Matt? Że zyska gospodynię domową? Ze będzie miał kogoś do gotowania i sprzątania? Że przez dwadzieścia cztery godziny na dobę będzie miał kogoś do pomocy?

Z miejsca, gdzie siedziała, dostrzegła, że twarz szczęśliwej kobiety w lustrze spochmurniała. Postawiła sobie pytanie, czy w swoim wieku i obecnej sytuacji życiowej gotowa jest przyjąć na siebie wszelkie wynikające z małżeństwa obowiązki. Bardzo dużo już osiągnęła, wiele przeszła i wycierpiała. Czy po tym wszystkim potrafiłaby cofnąć się niejako i robić to, czego oczekiwałby od niej Matt, czyli to samo, czego spodziewała się po sobie wychodząc za Iana, a nie była w stanie osiągnąć? Musiała szczerze przyznać, że nie umie odpowiedzieć na to pytanie.

Poza tym nie mogłaby dłużej ukrywać przed Mattem, że jej praca to coś znacznie więcej niż prowadzenie zajęć gimnastycznych. On nie miał przecież pojęcia, że kierowała dobrze prosperującą firmą i że miała z tego pokaźne dochody. Kilka razy kusiło ją nawet, żeby mu o tym powiedzieć, lecz jednak tego nie zrobiła obawiając się, że go w ten sposób onieśmieli.

Tak więc zostało jej jeszcze dwa tygodnie. Zastanawiała się, czy związek z Mattem to tylko wakacyjna przygoda? A jeśli tak, to co się dzieje, gdy przygoda się kończy? – Jak to co – odpowiedziała sobie – trzeba się spakować, wrócić do domu, zaleczyć zranione serce i żyć dalej. – Zaraz, kim właściwie jest ta osoba w lustrze? Emily potrząsnęła głową, włożyła pomarańczową sukienkę i obciągnęła ją, po czym zapięła pasek i wsunęła stopy w sandały. Następnie zwichrzyła nieco włosy, skropiła się lekko perfumami i założyła kolczyki.

– Może i jesteś szczęśliwa, lecz, jak na mój gust, za dużo w tobie negatywnych myśli – powiedziała do patrzącej na nią osoby w lustrze.

Wzięła do ręki kluczyki do samochodu i zgasiła światło w łazience. Ku jej zdziwieniu na ganku czekała Rosie.

– Pomyślałam sobie, że odprowadzę cię na parking, a potem od razu pójdę na kolację. Wyglądasz na zdenerwowaną – zauważyła biorąc ko- leżankę pod rękę. – Nie przejmuj się. Przecież nie musisz się na nic godzić, zakładając oczywiście, że mamy rację co do celu tej dzisiejszej kolacyjki. Ty sama o sobie decydujesz. Uwierz w siebie, Emily. Cokolwiek postanowisz, będzie dla ciebie dobre.

– A pewnie, nie pamiętasz już jak schrzaniłam związek z Ianem?

– Chwileczkę, ty go schrzaniłaś?

– No dobrze, wspólnie to zrobiliśmy. Ja podjęłam kilka bardzo złych decyzji, których konsekwencje ciężko było potem znosić.

– Ale jednak je zniosłaś. No i popatrz na siebie. Przecież masz teraz dosłownie wszystko. Zastanów się nad tym. Prowadzisz świetnie prosperującą firmę, którą stworzyłaś wspólnie z koleżankami. W domu czeka na ciebie mężczyzna, który cię kocha, a i tu masz kochającego cię faceta. Jesteś wspaniałą kobietą, wrażliwą i pełną ciepła. Zmieniłaś swoje życie, jak to się mówi, o sto osiemdziesiąt stopni, moja kochana.

– Będzie mi ciebie brakowało, Rosie. Myślałaś już może o mojej propozycji przeprowadzenia się do New Jersey?

– Mówisz tak, jakbyś już postanowiła, że tam wracasz. Na razie chcę pojechać do domu i zobaczyć się z dziećmi i wnukami. Chcę spędzić Boże Narodzenie z rodziną; bardzo lubimy te święta. Sądzę, że do Nowego Roku powinnam podjąć decyzję. No dobrze, jedź ostrożnie i wróć najpóźniej o wpół do dziesiątej – zapowiedziała jej śmiejąc się. – Wyglądasz wspaniale, Emily. Szczęka mu opadnie, jak cię zobaczy.

Emily objęła na chwilę swą nową przyjaciółkę.

– Nie opychaj się za bardzo pieczenia i daruj sobie sos siostry Cookie; to zabójstwo dla żołądka.

– I mów do mnie jeszcze – odparła Rosie ruszając truchtem w stronę jadalni.

Emily umówiła się z Mattem, że podjedzie pod jego dom, żeby nie musiał potem jechać pod górę. On miał tymczasem naszykować kolację dla dzieci i dopilnować, zanim wyjdzie, odrobienia przez nie pracy domowej. Zanosiło się więc na to, że dziesiejszego wieczoru nie będą się kochać, chyba że Matt przyjedzie do jej domku, co było mało prawdopodobne, ponieważ następnego dnia dzieci miały iść do szkoły. Świadomość ta bardzo psuła Emily humor.

Wsiadłszy do samochodu włączyła radio. Nadawano akurat popularną piosenkę. Gdy wsłuchała się w jej słowa: „Mamy tylko kilka kradzionych chwil… nie mogę już tego znieść, więc płaczę… kocham tylko ciebie…” – łzy stanęły jej w oczach. Otarła je ręką i przekręciła kluczyk w stacyjce.

Było wciąż widno, kiedy zaparkowała swego dżipa przed domem Matta. Na schodkach siedział Benjy trzymając na kolanach coś, co przypominało futrzaną kulkę.

– Należy do ciebie? – zapytała Emily śpiewnym głosem przykucając, żeby pogłaskać maleńką główkę. – Jest prześliczny. Czy ma już jakieś imię?

– Na razie nie. Znalazłem go na drodze wracając ze szkoły; pewnie porzucił go jakiś wczasowicz z kempingu. Jeśli tata pozwoli mi go zatrzymać, wtedy dam mu imię. Jak myślisz, Emily, czy tata się zgodzi?

– A czy lubi zwierzęta?

– Jasne. Nigdy nie wolno nam było mieć psa, bo… bo mama mówiła, że ma alergię na sierść.

– A gdyby ten piesek mógł być twój, to jak byś go nazwał?

– Hałhałek. Nie po prostu hau-hau, tylko Hałhałek.

– To pewnie znaczy, że dużo szczeka. Sprytnie to wymyśliłeś – pochwaliła Emily mierzwiąc mu włosy. – Chcesz, żebym szepnęła tacie słówko? – spytała szeptem.

– O tak – odparł chłopiec z nadzieją w oczach.

– W porządku. Ale będziesz o niego dbał, prawda? Czyli masz go karmić, wychodzić z nim na spacery i kąpać, gdy zajdzie taka potrzeba.

– Zrobię wszystko – obiecał. Emily weszła do domu.

– Matt, jestem już – krzyknęła.

Przymknęła oczy w nadziei, że gdy je otworzy zdjęcia w salonie znikną w jakiś cudowny sposób. Tym razem trzymała również kciuki w tej samej intencji, ale nic to nie pomogło i fotografie pozostały w pokoju. Poczuła się zawiedziona.

Nadstawiając Mattowi usta do pocałowania, pomyślała po raz kolejny, że jest ogromnie przystojny. Nie wiadomo jednak, dlaczego tym razem zdenerwowało ją to. Nie mogła zrozumieć, jak to się działo, że mężczyźni wraz z wiekiem przystojnieli, a kobiety zwyczajnie się starzały. Przypomniała sobie jak się odchudzała, jak potem zwisała jej skóra i ile przeszła poddając się liftingowi. Dobrze wiedziała, że gdyby nie te wszystkie zabiegi, nie stałaby teraz w salonie domu Matta Halidaya, w którym wciąż mieszkał duch jego zmarłej żony. Nagle poczuła się tak, jakby ktoś odkroił jej kawałeczek serca.

– Poznałaś już naszego gościa?

– Hałhalka? Tak, jest prześliczny. Zatrzymasz go?

– Tak. Benjy go potrzebuje, a temu szczeniaczkowi też przyda się właściciel. To okropne, kiedy ktoś porzuca zwierzę. Na samą myśl o tym krew się we mnie burzy.

– Kiedy zamierzasz powiedzieć Benjy’emu?

Matt popatrzył na nią nieco zdziwiony, jakby chciał powiedzieć: Już się wtrącasz? Chociaż nie, uznała po chwili, że wcale nie o to chodziło. Jak zwykle była przewrażliwiona.

– Zaraz. Podczas naszej nieobecności zajmie się kąpaniem tego psiaka i będzie miał towarzystwo. Bo Molly jak zawsze siedzi u siebie w pokoju z telefonem przy uchu.

– To też składa się na proces dojrzewania, Matt.

Wyszli na ganek. Benjy siedział na schodku tuląc szczeniaka do policzka. Podniósł wzrok na ojca, który skinął głową.

– Od teraz jesteś za niego odpowiedzialny. Zapamiętaj sobie, że jeśli nie będziesz się o niego troszczył, okażesz się nie lepszym człowiekiem niż ten, co go porzucił. Obiecaj mi, że o niego zadbasz.

– Obiecuję, tato. Jak myślisz, czy powinienem go wykąpać?

– Świetny pomysł. Ale uważaj, żeby do uszu nie dostała mu się woda, a do oczu mydło. A potem bardzo starannie go wytrzyj. Możesz też zabrać go na noc do łóżka. A na podłodze w kuchni, w twoim pokoju i pod drzwiami rozłóż gazety.

– W porządku, tato.

Przechodząc obok Emily, szarpnął ją lekko za spódnicę wyrażając w ten sposób swoje podziękowania.

– Gdzie się wybieramy, Matt?

– Myślałem, żeby pójść do Solly’s. Żeberka są tam wspaniałe, steki mięciutkie jak masło, a ryba zawsze świeża. A na deser podają doskonałe ciasto brzoskwiniowe. Nie jest to na pewno elegancka restauracja, lecz zdecydowanie dobra.

– Jeśli o mnie chodzi, wszystko jedno, gdzie pójdziemy. Nie jestem specjalnie wybredna.

– Między innymi za to właśnie cię lubię – powiedział zdejmując jedną rękę z kierownicy, by dotknąć jej dłoni. – Nigdy niczego nie udajesz, nie jesteś pretensjonalna i nie uważasz, że… że należy ci się to czy tamto. Prosty z ciebie człowiek, dokładnie tak jak ja.

Prosty człowiek – powtórzyła z przykrością w myślach. Wiedziała jednak, że Matt uważał to za komplement.

– Jestem jak otwarta księga.

– No właśnie. Kobiety tak świetnie potrafią ujmować myśli w słowa. Bardzo ładnie dziś wyglądasz, Emily. Jak zawsze zresztą. Nawet wtedy, gdy byłaś cała poobijana.

– Matt, czy tymi pochlebstwami próbujesz przygotować grunt pod coś?

– Boże broń. Po prostu Molly ciągle mi powtarza, że powinienem mówić co myślę, bo nikt nie jest jasnowidzem i nie potrafi sam tego odgadnąć. I rzeczywiście ma rację. Jej rada okazała się bardzo pomocna w postępowaniu z Benjym. Wiesz, Emily, niby do twojego wyjazdu zostało jeszcze dwa tygodnie, ale ja już za tobą tęsknię.

– Przecież zawsze możesz do mnie zadzwonić – odrzekła beztrosko.

– Tak, lecz to zupełnie co innego.

– Fakt – zgodziła się z nim. – Ja też będę za tobą tęsknić.

– Kto by pomyślał, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat zakocham się i znów poczuję jak nastolatek. Czy ty również tak się czujesz?

– Właściwie tak.

Przez kilka następnych minut Matt milczał.

– Nie wydaje ci się dziwne, że nigdy dotąd nie rozmawialiśmy o naszej przeszłości? – odezwał się w końcu.

– Zastanawiałam się nad tym czasami – odparła. – Jak sądzisz, dlaczego tak się stało?

– Podejrzewam, że nie chcieliśmy tracić chwil, które mamy teraz na wspominanie tego, co było. A czy chcesz mi o czymś powiedzieć? Pamiętaj, że nie musisz, nie wymagam zwierzeń…

Wjechali akurat na parking przed restauracją „Solly’s”. Matt wyłączył silnik i schował kluczyki do kieszeni.

– Bardzo późno się ożeniłem – zaczął biorąc Emily za rękę. – Miałem wtedy czterdzieści jeden lat. Już myślałem, że do końca życia pozostanę kawalerem, że będę tylko czarował kobiety, a potem je zostawiał. Ale spotkałem moją żonę; była dwadzieścia jeden lat młodsza ode mnie. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia i to po uszy. Caroline była… miała w sobie coś nieziemskiego. Niska, drobna, o oczach barwy ciemnego opalu. Uśmiechała się najpiękniej na świecie. Wprawdzie była dla mnie o wiele za młoda, lecz nie dbałem o to. Przysiągłem troszczyć się o nią do końca życia. Ustawiłem ją na piedestale i nigdy nie pozwoliłem z niego zejść.

– Matt, naprawdę nie musisz mi o tym opowiadać.

– Nie muszę, ale chcę, żebyś o tym usłyszała. Caroline nie miała najmniejszego pojęcia o gotowaniu czy zajmowaniu się domem. Sam nie wiem, jak to możliwe, ale czegokolwiek się tknęła, kończyło się totalną katastrofą, więc wolałem robić wszystko sam. Tak więc gotowałem, sprzątałem, a kiedy urodziła się Molly, zacząłem pracować na dwa etaty, żeby móc opłacić opiekunkę.

Caroline wypełniała sobie dni haftowaniem, oglądaniem telewizji i czytaniem książek. Mówiła, że mnie kocha i że kocha Molly, ale moim zdaniem ona nawet nie rozumiała znaczenia tego słowa. Uprawialiśmy seks, lecz nie dawało nam to satysfakcji. Nawet nie wiedziałem, że między dwojgiem ludzi może być tak jak między nami. Miałem wiele kobiet, ale łączył mnie z nimi wyłącznie seks bez cienia emocjonalnego zaangażowania.

Kiedy urodził się Benjy… moim zdaniem, po porodzie Caroline nigdy już nie była taka jak przedtem. Marniała z dnia na dzień, niemal na moich oczach, a ja się nie zorientowałem. Kiedy było już za późno, zapytałem dlaczego nic nie mówiła, dlaczego nie powiedziała, że źle się czuje, a ona odrzekła, że… że… że myślała, iż to kara za to, że nie kocha mnie ani dzieci. Oszalałem wtedy zupełnie. Zacząłem pić i omal nie straciłem pracy. Ivan nie raz mnie zastępował pracując często na obydwu zmianach. Wyobraź sobie, że w dzień śmierci Caroline byłem taki pijany, że nie mogłem podnieść się z podłogi. Ivan twierdzi, że poszedłem na jej pogrzeb, lecz w ogóle sobie tego nie przypominam. A cały okres mojego małżeństwa też wspominam dość niejasno. Jak mogłem…?

– To już przeszłość, Matt. Proszę cię, zmieńmy temat.

– Uważałem, że powinnaś to wiedzieć. Poza tym nie chciałbym popełnić kolejnego błędu. Powiedz, Emily, czy spotykając się robimy błąd?

Emily pomyślała, że jeśli chce z nim zerwać, to teraz właśnie Matt daje jej świetną ku temu okazję. Pragnąc dać mu taką samą szansę, powiedziała:

– Jeśli pochopnie przyjmiemy na siebie zobowiązania, do których wypełnienia żadne z nas nie jest tak naprawdę gotowe, to tak.

– Wejdźmy do środka.

– A może wolałbyś, żebyśmy pojechali do mojego domku? Padniemy na kolana przed siostrą Cookie i będziemy błagać, żeby dała nam jakieś resztki z kolacji. Jeśli chodzi o mnie, to nie mam nic przeciw temu.

– Naprawdę?

– Nic a nic.

– Chciałem, żebyś choć jednego wieczoru dobrze się bawiła. I tak ładnie dziś wyglądasz.

– Chyba jednak wolę pojechać do domku.

Chwilę później wyjechali z parkingu. Było już ciemno. Emily czuła, jak wiatr rozwiewa jej włosy, słuchała jego szumu i uśmiechała się.

– Kocham cię, Emily.

– A czy kochałbyś mnie, gdybym była gruba, miała podwójny podbródek i mnóstwo zmarszczek na twarzy?

Matt odpowiedział dopiero po króciutkiej przerwie.

– Oczywiście, że tak. Wygląd to sprawa drugorzędna. Nie zakochałem się w tobie dla twojej urody.

Serce Emily zamarło na moment. Ben powiedział jej kiedyś dokładnie to samo, ale on się nie zastanawiał. W dodatku widział ją i wtedy, gdy była gruba i brzydka, i potem. A Matt znał jedynie tę odnowioną Emily. Nie wiedział nawet, że miała robiony lifting twarzy. Jak to możliwe, że od tych dwóch mężczyzn usłyszała te same słowa? Pewnie mieli na myśli to wewnętrzne piękno, o którym tyle się mówi. Postanowiła, że porozmawia jeszcze raz z zakonnicami, a może nawet z księdzem Michaelem.

Gdy dojechali na miejsce, Emily wyskoczyła z samochodu wprost w ramiona Matta. On obrócił się z nią dokoła, po czym uniósł ją wysoko w górę.

– Kocham cię, Emily – krzyknął. – Chcę się z tobą ożenić!

– Rety! – krzyknęła i mocno go pocałowała. – Wiesz co, Matt, prawdę mówiąc nie jestem wcale głodna. Może chodźmy na spacer. Uwielbiam wieczór, bo jest to pora, kiedy jeden dzień już właściwie się kończy i można sobie powspominać, jak minął, a drugi ma się dopiero przed sobą i można się zastanowić, co zrobić, żeby był lepszy od poprzedniego. A ty, Matt, lubisz wieczór?

– Ja mam raczej słabość do wschodów słońca – odrzekł sięgając po jej rękę. – Bo są początkiem nowego dnia i w ogóle. Jak myślisz, czy zakochać się w wieku pięćdziesięciu pięciu lat to coś nienormalnego?

– To pewnie najlepszy czas na miłość. Jest się wtedy starszym i mądrzejszym i, jak nigdy dotąd, zdolnym do przeżycia pełni uczuć – odparła Emily spokojnie. Zastanawiała się, kiedy Matt uświadomi sobie, iż ona jeszcze nie wyznała mu miłości.

– Emily, czy bardzo trudno by ci było rozstać się z New Jersey i tymi… lekcjami gimnastyki? Potrafiłabyś czuć się tu szczęśliwa?

Lekcje gimnastyki? Pytał, czy mogłaby porzucić swoje dotychczasowe życie? Właściwie już dawno temu powinna była mu powiedzieć, kim jest naprawdę, tylko że jakoś nie wydawało się jej to ważne. A mężczyźni mają o sobie takie wysokie mniemanie. Zastanawiała się, czy fakt, że zrobiła karierę, będzie miał wpływ na ich związek?

– Nie wiem, Matt – zaczęła. – Małżeństwo to bardzo poważny krok, a my nie znamy się zbyt długo. I nie jesteśmy już dziećmi. Nie mam pewności, czy nadaję się na macochę. Słuchaj, czy nie moglibyśmy porozmawiać o tym jutro czy pojutrze? Bo dzisiaj… nie wiem jak to nazwać, ale dzisiejszy wieczór wydaje mi się jakiś uroczysty. Nie bardzo potrafię ci wyjaśnić tego, co teraz czuję. Mamy przepiękną noc, wszystko wokół jest takie cudowne i jesteśmy razem, ty i ja. Tak nam się wspaniale szczerze rozmawia i to właśnie jest ważne.

Od razu pomyślała, że sama nie jest przecież szczera. Oszukiwała Matta nie mówiąc mu prawdy o swoim życiu. Uznała jednak, że zdoła to naprawić później. Gdy okaże się to istotne, upora się z tym problemem. Uświadomiła sobie, że dostała już dwie propozycje małżeństwa, a jeszcze tak niedawno sądziła, że nikt już nie zechce się z nią ożenić.

– Skoro mowa o szczerości… powiedz mi, Emily, czy kiedykolwiek zdarzyło ci się zrobić coś tak niezwykłego, że ludzie patrzyli na ciebie jakby ci wyrosła druga głowa?

Roześmiała się.

– Chyba nie. A dlaczego pytasz?

– W przeddzień swoich pięćdziesiątych urodzin zrobiłem coś… coś co zawsze chciałem zrobić. Mianowicie kupiłem sobie tego… to znaczy kupiłem sobie motocykl, Harleya Davidsona. Taki nisko zawieszony. Dałem za niego pięćdziesiąt dolarów, ale był kompletnie w rozsypce. Wyreperowałem w nim wszystko i teraz silnik prycha niczym kociak, ale ani razu nim nie jechałem. Bałem się, że ludzie wezmą mnie za głupka bawiącego się w dzieciaka, więc tylko co jakiś czas poleruję go w garażu i siadam sobie na nim. Kupiłem nawet czarną skórzaną kurtkę. Miałabyś może ochotę się przejechać? – spytał z zapartym tchem.

– Chcesz powiedzieć, że siedziałabym na tylnym siodełku i pędzilibyśmy szosą jak szaleni? – spytała podekscytowana. – Teraz, po ciemku?

– Tak!

– Wyjedziemy na szosę czy… przyjedziemy tutaj?

– Częściowo przyjemność tej jazdy polega na, jak to określiłaś, pędzeniu szosą jak szaleni. Chodzi o to, żeby czuć wiatr na twarzy, żeby rozłożyć szeroko ręce i przez chwilę doznać tego przerażającego wrażenia potęgi i władzy. Niektórzy mówią o Harleyu, że siedząc na nim ma się ochotę pójść na całość. No jak, Emily, gotowa jesteś porwać się na to?

Entuzjazm Matta był tak zaraźliwy, że Emily skinęła potakująco głową i obydwoje rzucili się w stronę dżipa. Czterdzieści minut później otwierali drzwi garażu przy domu Matta.

– Powiedz, czyż nie jest piękny?

Emily pomyślała, że motor to chyba jedna z tych typowo męskich niezrozumiałych dla kobiet rzeczy, bo w jej oczach był to tylko zwyczajny rower z silnikiem. Popatrzyła na siodełko, na którym miała usiąść.

– Nie pojadę z tobą, jeśli nie włożysz tej czarnej skórzanej kurtki. Ma chyba srebrne ćwieki i naszywki?

– Ma absolutnie wszystko, nawet suwak – odparł Matt nie mogąc się już doczekać jazdy. – Szkoda, że ty też nie masz takiej.

Emily uświadomiła sobie, że ubrana jest w przewiewną sukienkę, cienkie rajstopy i buty na wysokim obcasie. Wybuchnęła śmiechem, lecz doszła do wniosku, że w lesie i tak nikt nie zauważy, iż najwyraźniej nie przywykła do jazdy na motorach ani jako kierowca, ani jako pasażer, czy jak tam się nazywała osoba zajmująca tylne siedzenie.

– Widziałam kiedyś zdjęcie dziewczyny jadącej na tylnym siedzeniu motoru; była ubrana w czarną kamizelkę, pewnie skórzaną, obszytą tymi wszystkimi srebrnymi znaczkami, a piersi miała na wierzchu. No, prawie na wierzchu. Miała nawet tatuaż na ramieniu i między piersiami.

– To wiesz już, jak się przygotować na następną przejażdżkę – powiedział Matt wkładając kurtkę. – Chryste Panie, nie mogę uwierzyć, że naprawdę mamy zamiar to zrobić. Czujesz się podekscytowana, Emily?

Zastanowiła się, zanim odpowiedziała.

– Raczej przerażona do nieprzytomności.

– Nie ufasz mi?

– Oczywiście, że ci ufam. Po prostu przywykłam do myśli, że kobiecie w moim wieku bardziej pasuje rowerek do ćwiczeń. Zaraz, czy nie powinieneś włożyć również butów z metalowymi noskami? W każdym razie coś w tym stylu.

– Takie buty to pierwsza rzecz na mojej liście zakupów. No dobra, wsiadajmy. Na szosie publicznej będziemy jechać powoli. Wprawdzie światła są w porządku, lecz nigdy dotąd nie jechałem po ciemku ani po szosie. Podwiń sukienkę i chwyć mnie mocno w pasie.

Emily zastosowała się do instrukcji Matta. Podpierając się stopami o ziemię Matt wyprowadził motor z garażu i na wolnym biegu zjechał na drogę. Dopiero tam włączył silnik, który od razu zawarczał. Nie rozumiejąc właściwie dlaczego, Emily czuła, że rozsadzają ją emocje i aż krzyknęła: – Hejże, ha! – Serce waliło jej jak młotem.

– Powiedz, czyż nie jest wspaniale? – wrzasnął Matt, gdy wjeżdżali pod górę. – Chciałbym, żebyśmy wybrali się tak do Nowego Meksyku zabierając ze sobą tylko plecak.

Emily słyszała, że Matt coś krzyczy, ale nie mogła rozróżnić słów. Ścisnęła go jednak w pasie, by dać mu znak, że zgadza się z tym co powiedział.

Pomyślała, że nigdy dotąd w całym swoim życiu nie czuła się tak wolna, tak swobodna, tak szczęśliwa. Spróbowała sobie wyobrazić jakby to było, gdyby razem z Mattem pojechała tym motorem aż do New Jersey pod sam dom przy Sleepy Hollow Road, tak żeby wszyscy wybiegli na zewnątrz i zobaczyli ją w tej czarnej skórzanej kamizelce, którą zamierzała sobie lada dzień kupić. Była pewna, że można dostać w jakimś sklepie całą kolekcję odzieży specjalnie dla motocyklistów. Ta myśl tak ją rozbawiła, że odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła się śmiać radośnie jak jeszcze nigdy w życiu.

Matt zwolnił nieco, bo zbliżali się do bramy Ustronia.

– No, jak ci się podoba? – spytał zatrzymując motor.

– Moim zdaniem jesteśmy parą wariatów, ale strasznie mi się to podoba. Jesteś pewien, że możemy tym wjechać na szlak dla rowerzystów? Czy aby zakonnice nie dostaną zawału?

– Przecież w ośrodku nie ma teraz nikogo poza kilkoma staruszkami, a oni nie jeżdżą na rowerach. Siostry zresztą także nie. W dodatku jest noc i wszyscy siedzą w domkach. Szlaki patroluje Ivan i ja. Uważam, że możemy śmiało jechać. Króliki i wiewiórki też już pochowały się na noc. Poza tym nie wybieramy się w góry, tylko pokręcimy się po szlakach. Nie wiem nawet, czy tą maszyną można jeździć po takim gruncie. Lepszy byłby pewnie jakiś górski rower, ale skoro dysponujemy tylko Harleyem, to nie ma się co zastanawiać.

– Ja jestem już gotowa – oznajmiła poprawiając się na siodełku. – Ale jedź ostrożnie, bo gdzieniegdzie są koleiny. Mniej więcej na drugim kilometrze drugiego szlaku jest szczególnie głęboki rów; stoi tam nawet biało czarny znak z napisem „Koleiny”.

– A tak, wiem, o którym mówisz. Wyrównujemy tę drogę pięć albo sześć razy do roku, a i tak ciągle robią się tam rowy. Ale Ivan zasypywał je jakiś tydzień temu, więc powinna być w porządku. Zupełnie jednak nie możemy pojąć, dlaczego tak się dzieje. Ładowaliśmy do tych rowów nawet kamienie i grubą warstwę ziemi, i ugniataliśmy to wszystko, i nic. Ale będę ostrożny. Jesteś gotowa?

– Chcę słyszeć dzwoneczki w uszach – szczebiotała. – Na pewno masz wystarczająco dużo benzyny?

– Jedno tankowanie starcza tej zabaweczce na wieczność.

Początkowo jechali powoli, a Matt opowiadał o wszystkim i o niczym.

Emily nawet nie zauważyła, gdy nabrali prędkości. W blasku reflektora, znacznie jaśniejszym niż światła w ośrodku, widać było każdą skałkę, najmniejszy kamień czy krzak przy drodze. Emily myślała tylko o tym, jak cudownie się czuje i szybko straciła orientację w terenie, a po chwili nie wiedziała zupełnie gdzie jest. Przytuliła się mocno do potężnych pleców Matta, czując jak włosy plączą się i furkoczą jej na wietrze.

Po jakichś dwudziestu minutach w Emily odezwał się niepokój i aż ścisnęło ją w żołądku. Uświadomiła sobie, że jadą zbyt szybko i to po ścieżce pokrytej śliskimi, bo oblepionymi żywicą sosnowymi igłami, a Matt nie był przecież doświadczonym motocyklistą. Rosnące po bokach drzewa prześlizgiwały się w szalonym pędzie, a od wiatru zaczęły jej łzawić oczy. Matt wykrzykiwał coś, ale jego słowa ginęły w hałasie. Emily zresztą także zaczęła wołać do niego, by zwolnił, ale jej głos przypominał ledwie szept. Gnali więc dalej prosto przed siebie. Emily zaczęło ogarniać przerażenie. Radość i podekscytowanie, jakie wcześniej odczuwała, zostały gdzieś tam na początku drogi. W jednej chwili oczyma wyobraźni ujrzała całe swoje życie. Przestraszyła się, że już nigdy nie zobaczy swoich przyjaciółek ani Bena. Kochanego, troskliwego, cudownego Bena. Teraz w każdej chwili groziła jej śmierć i to tylko dlatego, że wybrała się na tę idiotyczną przejażdżkę. W dodatku bez kasku. Krzyknęła, lecz z jej ust wydobył się tylko chrapliwy, charczący dźwięk. Ponieważ Matt wciąż nie zwalniał, zaczęła walić go głową w plecy. Jedynym tego rezultatem był ostry ból czoła.

– Zsiadaj, Emily, i to już! Każ mu zwolnić i zeskocz z tego motoru, – mówił jej jakiś głos.

– Ale on mnie nie słyszy – krzyknęła.

– Wal go rękami, ściśnij mu boki, huknij go w głowę swoją głową,

– podpowiadał czyjś głos. Zrób to natychmiast. Ta przejażdżka to jedna z najgłupszych rzeczy, jakie w życiu zrobiłaś.

Emily przysunęła się do Matta jak najbliżej mogła i walnęła głową w jego kask. Zaczęła też wciskać mu palce w boki, chociaż wiedziała, że przez skórzaną kurtkę nic nie poczuje.

– Zwolnij, Matt! Boję się! – krzyczała. – Kurczowo trzymając się go lewą ręką, prawą wsunęła Mattowi pod kurtkę i dźgnęła go w bok. Przyszło jej jednak do głowy, że on pewnie weźmie to za przejaw entuzjazmu. – Zatrzymaj się! – wrzasnęła ile sił w płucach.

Nagle dostrzegła przed sobą gałąź grubości ręki z licznymi odgałęzieniami i mnóstwem liści. Chwilę później zauważyła głęboką koleinę i usłyszała głos Iana: – Skacz! Teraz!

Widziała wokół liczne skałki, potężne pnie drzew, kolczaste krzewy, a nawet, jak jej się wydało, szopa, który przykucnął pod pniem po jej lewej stronie. A potem zupełnie jakby oglądała film w zwolnionym tempie, zobaczyła i poczuła jednocześnie, że Matt skręcił w prawo, a odłamany koniec wielkiej gałęzi poszybował najpierw w górę, po czym spadł na nią.

Potem nic już nie czuła, a wpatrując się w czubki drzew wyraźnie widoczne w blasku reflektora, słyszała jedynie własne jęki.

Po chwili spróbowała się poruszyć, lecz raz za razem przychodziły straszne zawroty głowy.

– Matt, gdzie jesteś? Matt!

Jej samej wydawało się, że krzyczy, ale w rzeczywistości zaledwie szeptała. Co jakiś czas ponawiała swoje wołania przyzywając Matta i błagając, by jej odpowiedział. Reflektor motoru ciągle świecił w górę, niczym świetlna boja. Emily pomyślała, że Ivan na pewno dostrzeże to światło i przyjdzie im z pomocą, tak jak poprzednim razem.

I nagle dostrzegła Matta; leżał na stosie kamieni z rozrzuconymi rękami i nogami. Emily wiedziała, że musi dotrzeć do niego i spróbować mu pomóc.

Czas wlókł się niemożliwie wolno, lecz w końcu Emily usłyszała szelest gniecionej ściółki i zobaczyła poruszający się snop światła.

– Jezu Chryste! – krzyknął Ivan.

– Ivanie, czy on żyje? Pomóż mu. Ja mogę poczekać. Mam chyba tylko złamaną rękę, bo zupełnie nie mogę nią poruszyć.

– Cóż wy, u diabła, tu robiliście i to w dodatku na motocyklu? – spytał badając palcami ciało Matta. Jego słowa zabrzmiały jak hałas zakłócający nocną ciszę. Najwyraźniej jednak nie oczekiwał odpowiedzi na swoje pytanie, a Emily była zbyt cierpiąca, żeby mu jej udzielić. Pomyślała, że teraz, jeśli tylko chce, może już zamknąć oczy, bo Ivan na pewno zajmie się i Mattem, i nią. Słyszała, jak przez telefon komórkowy wzywa karetkę z lekarzem i noszami.

Po chwili przykucnął nad nią i widziała jego twarz tuż przed swoją.

– Mogę ci owiązać ramię i zabrać z tych kamieni. Miałaś szczęście, Emily, bo upadłaś na krzaki, chociaż ta gałąź nieźle cię uderzyła. Podejrzewam, że to właśnie przez nią się rozbiliście.

– A czy Mattowi nic się nie stało?

– Jest w porządku – mruknął Ivan. – Nigdy wcześniej nie wyprowadzał tego motocykla z garażu, tylko majstrował przy nim, polerował go i podziwiał. Nie powinnaś była mu pozwolić na tę jazdę.

A więc Ivan ją obwiniał za ten wypadek, pomyślała. Zupełnie jak kiedyś Ian.

– Mówisz tak, jak mogłabym go powstrzymać – odparowała atak. – Kazałam mu zwolnić, ale jechał tak szybko, a silnik tak strasznie ryczał, że w ogóle mnie nie słyszał. Próbowałam go ostrzec.

Nawet jej samej te argumenty wydały się nieprzekonujące.

– W ogóle nie powinniście byli wsiadać na ten cholerny motor. Gdybyś nie chciała z nim jechać, zostawiłby go w tym pieprzonym garażu, bo tam jego miejsce.

– Jesteś niesprawiedliwy – powiedziała płacząc Emily. – Nie możesz winić mnie za to, co się stało.

– Właśnie że to twoja wina. Gdyby nie chodziło o popisanie się przed tobą, Matt nigdy nie wyprowadziłby tego grata. On ma pięćdziesiąt pięć lat, a próbował pozować na dwudziestopięciolatka. Powinnaś mieć więcej rozumu.

Nagle Emily usłyszała dochodzący z daleka głos syren. Nadjeżdżały karetki. Potem zobaczyła oślepiające światła, zrobiło się gwarno i zaroiło się od ludzi.

– Nie pozwolę, żebyś zrzucił całą winę na mnie, Ivanie, ani teraz, ani nigdy i nie waż się więcej mówić do mnie w taki sposób – powiedziała jeszcze i zamknęła oczy.

Poczuła, że ktoś ją podnosi i układa na noszach. Mrucząc do siebie powtórzyła słowa Iana, a jakiś wewnętrzny głos szepnął jej słowa otuchy.

Z tego co działo się później Emily niewiele zapamiętała i nie bardzo zdawała sobie sprawę. Wiedziała jedynie, że nastawiono jej ramię i podano środek znieczulający, który sprawił, że musiała bardzo się wysilać, żeby zachować kontakt z rzeczywistością.

Było już południe, kiedy zupełnie się rozbudziła. Pierwsze co wówczas zobaczyła, to zakonnice w habitach; na ich pełnych ciepła twarzach malowała się troska. Wszystkie zdawały się tak samo poruszać i tak samo mówić.

– Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało.

Siostry gładziły ją po dłoniach, odgarniały włosy z czoła, ocierały łzy i poprawiały pościel.

– Powiedzcie, co z Mattem. Ivan twierdził, że to moja wina. Może i miał rację. Ale jeśli tak, to jak mam teraz żyć z taką świadomością?

– Nie możesz się obwiniać, drogie dziecko. Matt… Matt dobrze wiedział, co robi i postąpił tak, jak nie powinien. Nie możesz winić za to siebie – uspokajała ją siostra Gussie.

– Ale mnie… mnie coś pomogło. Kiedy nagle zupełnie znikąd pojawiła się ta gałąź, miałam zamiar… zaryzykować i zeskoczyć z motoru. Próbowałam ostrzec Matta, lecz silnik tak warczał, że on mnie nawet nie słyszał. Ale ja naprawdę próbowałam. Proszę, uwierzcie mi. Bo jeśli nie, to… nie potrafię drugi raz przez to przejść. Czy nie można zadzwonić albo zapytać kogoś? Gdzie jest Ivan?

– Przy Matcie. Możemy skorzystać z telefonów straży. Zadzwonimy do szpitala albo pojedziemy tam. Co wolisz, Emily?

– Niech ktoś tam pojedzie, proszę.

Ustalono, że Tiny i Cookie wrócą do ośrodka, by zająć się pozostałymi gośćmi, siostra Phillie zostanie z Emily, a pozostałe pojadą do Asheville.

Czas płynął w ślimaczym tempie, a oczekiwanie na wieści ze szpitala zdawało się nie mieć końca.

Kiedy tuż po ósmej wieczorem Emily przebudziła się, siostra Phillie siedziała w kącie i odmawiała różaniec.

– Miałam wrażenie, że słyszę jakieś głosy.

– Ja też. Może ktoś jest na zewnątrz przy kontuarze. Pójdę zobaczyć.

Ledwie zakonnica podniosła się z krzesła, gdy drzwi pokoju się otworzyły. Emily zaczęła wiercić się w łóżku próbując podnieść się nieco, by lepiej widzieć zmęczone drogą zakonnice. Wzięła głęboki oddech i popatrzyła na nie przerażonymi oczami.

– Życiu Matta nic nie zagraża. Doznał wstrząsu, ma złamaną rękę i kilka pękniętych żeber. Lekarze będą też musieli zoperować jedno z kolan, ale zapowiadają, że zupełnie wyzdrowieje.

– A co z jego dziećmi?

– Zaopiekowała się nimi siostra Matta. Zajmie się na razie domem. Dzieci ją uwielbiają, a Matt i ona są sobie bardzo bliscy.

– Mogą już siostry wrócić do siebie – powiedziała Emily. – Chciałabym teraz pobyć trochę sama. Zresztą wyglądacie na bardzo zmęczone. Lekarz obiecał, że jeśli będę leżeć i odpoczywać, to już jutro rano mnie wypisze. Zastanawiałam się, czy mogłabym zamieszkać na razie z wami, ale jeśli nie, to zadzwonię do domu i przyjedzie jedna z moich przyjaciółek.

– Ależ zajmiemy się tobą z największą przyjemnością, Emily. W głównym budynku jest wolny pokój. W żadnym razie nie zostawiłybyśmy cię samej. A teraz śpij już, dobranoc.

– Proszę sióstr?

– Tak, Emily? – odezwały się jednogłośnie.

– Pomódlcie się za Matta.

– Robiłyśmy to przez cały dzień i będziemy odmawiać różaniec w jego intencji, dopóki nie wyzdrowieje. No, postaraj się zasnąć – powiedziała siostra Gilly.

Emily pomyślała, że chyba już nigdy nie zaśnie. Wcisnęła przycisk przymocowany do poręczy łóżka gasząc światło. Potem wyłączyła także telewizor. Zapadła kompletna ciemność, a ona leżała i płakała.

– Ianie, słyszysz mnie? Muszę z tobą porozmawiać. Gdziekolwiek jesteś, przyjdź teraz do mnie. – Powtarzała to wiele razy, aż ochrypła. – Tak naprawdę to ani razu się nie zjawiłeś, prawda? Byłeś tylko w mojej wyobraźni. A ja chciałam… potrzebowałam świadomości, że mi pomagasz. Wszystko mi się już pomieszało. Siostry mi wierzą, a przynajmniej tak mi się wydaje. Czy ty pojawiasz się… czy przychodzisz na ziemię… tylko wtedy, gdy jestem w niebezpieczeństwie? Ale ja potrzebuję cię w tej chwili, więc gdzie, u diabła, jesteś? Może teraz zrozumiesz, o co mi kiedyś chodziło. Zależało mi na wsparciu psychicznym z twojej strony, lecz nigdy mi go nie okazałeś. Cholerny z ciebie sukinsyn, Ianie. O Boże, mówię do kogoś, kto nie żyje. Zamkną mnie tutaj, a klucz wyrzucą. Ianie, ja muszę wiedzieć, czy rzeczywiście słyszałam twój głos, czy tylko tak mi się wydawało. Odpowiedz mi, ty draniu. Ianie, ja nie chcę zwariować. Mam jeszcze przed sobą kawałek życia i chcę się nim cieszyć. Nie odbieraj mi tej radości. Odpowiedz mi, do jasnej cholery.

Gdy żadna odpowiedź nie padła, Emily walnęła w łóżko zdrową ręką.

– Wiedziałam! – wrzasnęła. – To był tylko wytwór mojej wyobraźni. Powinnam była wiedzieć, że nigdy byś mi nie pomógł. Sama dałam sobie radę. Zawdzięczam wszystko własnej silnej woli, moim szarym komórkom i odwadze. Ty byłeś tylko jak słomka na wietrze, której chciałam się chwycić. Żegnaj, Ianie.

Emily tak była wyczerpana tą przemową, że z wolna zaczęła zapadać w sen. I może był to jedynie szmer otwieranych drzwi albo odgłos podbitych gumą butów zakonnic, a może nawet jej własny oddech, lecz gdy zasypiała zdawało jej się, że usłyszała trzy słowa. – Żegnaj, kochana Emily. – Zasnęła z uśmiechem na twarzy i łzami na policzkach.

Kiedy rano przyszła po nią zakonnica, Emily powiedziała, że przyśnił jej się Ian. Siostra zrozumiała ją i na jej uśmiech odpowiedziała uśmiechem.

Bywają przecież sny zwyczajne i mniej zwyczajne.

21

Na dzień przed świętem Halloween zdjęto Emily gips z ręki, a wkrótce potem wybrała się z siostrą Phillie do Asheville, żeby zobaczyć się z Mattem.

Od wypadku na rowerowym szlaku minęło trzy tygodnie – dwadzieścia jeden długich, nie kończących się dni, w czasie których nie widziała Matta. Jadąc do niego Emily nie była nawet pewna, czy będzie chciał się z nią spotkać. Wprawdzie, gdy do niego zadzwoniła, by powiedzieć, że wpadnie po drodze do szpitala, nie miał nic przeciwko jej odwiedzinom, lecz jego głos brzmiał całkiem obojętnie. Zupełnie jakby mu nie zależało na tym, czy ona do niego przyjdzie, czy nie.

Nie chodziło o to, że przez ostatnie trzy tygodnie nie kontaktowali się ze sobą, bo rozmawiali przez telefon codziennie, a czasem i dwa razy w ciągu dnia, tylko że zawsze dzwoniła Emily. Wspominając teraz, jak bezosobowo brzmiał za każdym razem głos Matta, wzdrygnęła się. Nie można powiedzieć, że nie był uprzejmy, bo pytał o jej ramię i o wieści z ośrodka, i nigdy nie zapominał dowiedzieć się, co słychać u sióstr. Ale nigdy ani słowem nie wspomniał o tym, co było między nimi, i nie powiedział, że ją kocha. Za to dużo mówił o swoich dzieciach i Emily pomyślała, że właśnie po tym już wcześniej powinna się zorientować, że z ich związkiem dzieje się coś złego.

Od Ivana nie mogła oczekiwać najmniejszej pomocy. Bardzo długo pracował, czasami na obie zmiany, a Emily unikał jak trędowatej. Od zakonnic też właściwie stronił i powtarzał tylko, że Matt dochodzi już do siebie i niedługo zupełnie wyzdrowieje.

Ilekroć Emily dzwoniła do szpitala, pytała pielęgniarkę, czy może Matt chciał się z nią widzieć i za każdym razem odpowiedź brzmiała, nie. Jeśli Matt był akurat na jakimś zabiegu lub po prostu nie było go w pokoju, Emily zostawiała dla niego wiadomość: – Zdrowiej szybko.

Trzykrotnie zakonnice zabierały ją do domu Matta, ale nikogo nie udało jej się tam zastać, co znaczyło, że jego siostra zawiozła dzieci do siebie, a Emily nie wiedziała, gdzie ona mieszka.

– Rękę mam zesztywniała, a w ramieniu czuję ból – skarżyła się siostrze Phillie, gdy opuszczały klinikę. – O Boże, nie mogę się doczekać, żeby wreszcie wziąć prysznic. Siostro, czy mogę oblewać się wodą, dopóki nie opróżnię całej termy?

– Jasne, że tak. Rozejrzyj się, Emily. Jest zimno, ponuro i deszczowo, typowa październikowa pogoda. Częściowo właśnie dlatego boli cię ramię. Pewnie już zawsze będzie reagować na zmiany pogody.

– Mam uczucie, że między mną a Mattem coś jest nie tak, siostro. Myślałam, że on mnie kocha. Tak przynajmniej mówił. Naprawdę chciałabym wiedzieć, czy ja też szczerze go kocham, ale teraz już wszystko mi się pomieszało. Pamiętam, że w czasie tej szalonej, idiotycznej przejażdżki przyszło mi do głowy, że nie tego chcę w życiu. Że nie chodzi mi o dreszczyk emocji i ekscytację, rozumie pewnie siostra co mam na myśli. Jestem jaka jestem – staromodna i karierowiczka. A dzieci… Matt je uwielbia i zresztą tak właśnie powinno być. Ja jestem chyba zbyt samolubna. Nie umiałabym być matką. Nie wiem nawet, czy chciałabym zostać macochą. Ja już w ogóle nic nie wiem, Phillie.

– To chyba będziesz musiała wszystko sobie poukładać. Jestem przekonana, że nadszedł czas, żebyś podjęła pewne decyzje. Musisz to zrobić sama i to teraz, zanim dotrzemy do szpitala. Przez ostatnie trzy tygodnie nie miałaś do roboty nic, poza zastanawianiem się nad swoim związkiem z Mattem. Czasem słyszałyśmy, jak przez sen mówiłaś o Benie. Domyślam się, że… on jest częścią tego wszystkiego, co ci się pomieszało. No, ale teraz zapnij pas, bo wiesz, że jeżdżę za szybko.

– To niech siostra jedzie wolniej – odparła gderliwie. – Szybkiej jazdy starczy mi już do końca życia.

Godzinę później Emily wycisnęła włosy w ręcznik, włożyła spodnie i bluzę z kapturem, po czym usadowiła się obok prowadzącej furgonetkę siostry. Całą drogę odbyły w milczeniu.

Kiedy dojechały na parking, Phillie zatrzymała się tuż obok kwiaciarni. Matt uwielbiał kwiaty. Emily pomyślała, że może powinna była posłać mu bukiet. I może trzeba było zrobić jeszcze mnóstwo innych rzeczy. Może… może… może…

– Wpadniemy po drodze do pani Blanchard. To mój obowiązek. Kiedy zdrowie jej dopisywało, zawsze przynosiła do ośrodka swoją zupę z soczewicy. Wylewałyśmy ją wprawdzie, bo wyglądała tak, że trudno było zidentyfikować składniki, ale pani Blanchard miała przecież dobre intencje – oznajmiła Phillie z miną, która jasno mówiła, co myślała o umiejętnościach kulinarnych pani Blanchard.

– Świetny pomysł – zgodziła się Emily.

Pani Blanchard okazała się zrzędzącą, gburowatą kobietą, która wrzasnęła na nie ledwie stanęły w drzwiach.

– Idźcie sobie. Nie potrzebuję tych waszych modłów i lepkich od słodyczy słówek. Gdzie byłyście, kiedy mi obcinali duży palec u nogi?

Wtedy to o was ani widu, ani słychu nie było. Wynoście się stąd, no już, zmiatajcie i dajcie mi umrzeć w spokoju.

– Nie umiera się od amputacji palca – stwierdziła autorytatywnie Phillie.

– Ale nie wie tego siostra z całą pewnością. Nie jest przecież siostra lekarzem. Chcę umrzeć w spokoju.

– Bardzo będzie pani rozczarowana, jeśli pani nie umrze? – spytała dociekliwie Phillie.

Kobiecie opadła szczęka. Emily odciągnęła Phillie od drzwi.

– O co tu właściwie chodziło? – spytała.

– Ona się boi. Jest już stara. Gburowate zachowanie to jej obrona. Wiesz, wrócę do niej. Ty zejdź na trzecie piętro i pójdź do Matta. Spotkamy się w holu. Ta kobieta mnie potrzebuje.

– W porządku, siostro – zgodziła się Emily ściskając jej ramię.

Emily miała przeczucie, że pani Blanchard spędzi w ośrodku najbliższe Święto Dziękczynienia, a może i Boże Narodzenie. Bóg rzeczywiście stosuje bardzo tajemnicze metody, żeby osiągnąć swój cel, pomyślała idąc do windy.

Zajrzała do pokoju Matta. Było w nim tyle różnych sprzętów, wyciągów, przyrządów i wózków, że w pierwszej chwili niczego innego nie dostrzegła. Nie mogła nawet dojrzeć łóżka. Weszła więc do pokoju na palcach i wtedy zobaczyła rysujący się za zasłoną kształt łóżka. Matt leżał na czymś w rodzaju deski przymocowanej do wyciągów i zawieszonej nad łóżkiem. Emily weszła za zasłonę.

– Matt, to ja, Emily.

– Miło, że wpadłaś. Chyba powinienem ci podziękować. Jutro zdejmują ze mnie wszystkie te rupiecie, a potem przez jakiś czas będę musiał chodzić na zabiegi rekonwalescencyjne. Życie toczy się dalej – powiedział obojętnie.

– Tak, życie toczy się dalej. I cały czas czegoś się uczymy. Jestem tego żywym dowodem. Moje ramię się zagoi, a i ty też wyzdrowiejesz. Oboje żyjemy i to jest najważniejsze. Bardzo głupio postąpiliśmy, Matt.

– My? To był mój pomysł. Lepiej wiedziałem, co robię. A ty… chyba próbowałem… odmłodzić się dla ciebie. Chciałem zrobić coś szalonego i lekkomyślnego. W ogóle nie myślałem wtedy o dzieciach. O wszystkim zapomniałem z wyjątkiem tego, żeby popisać się przed tobą. Moje podekscytowanie udzieliło się tobie. Sądziłem, że kobiety są bardziej rozsądne, że mają intuicję; wszyscy przecież tak twierdzą. Gdzie tamtej nocy podziała się twoja?

– Chwileczkę, Matt, bo chyba niezupełnie cię rozumiem. Czy ty mnie obwiniasz za ten wypadek? Bo jeśli tak, to będziesz musiał zmienić swój punkt widzenia. Ja mogę przyjąć na siebie najwyżej połowę winy. Wiele czasu zajęło mi nauczenie się tego, lecz teraz wiem, że każdy ponosi odpowiedzialność za własne czyny. Fakt, że nie znamy się zbyt dobrze. A ja nie byłam wobec ciebie całkiem szczera. Wiedz, że moja praca to nie prowadzenie lekcji gimnastyki. Jestem właścicielką wielkiej firmy. To do mnie i kilku moich przyjaciółek należy korporacja „Kliniki Wychowania Fizycznego Emily”. Nasze akcje są na giełdzie. Właściwie chciałam ci o tym powiedzieć wcześniej, lecz coś mnie powstrzymywało. Chyba pragnęłam się przekonać, czy polubisz mnie taką jaka jestem – zwyczajną, niemłodą już kobietę. I jest coś jeszcze. Trochę przerobiłam swoje ciało. Nie zawsze wyglądałam tak jak teraz. Miałam lifting twarzy, podnosiłam biust i takie rzeczy. Przypuszczam, że o tym także powinnam była ci powiedzieć. Doszłam do wniosku, że cały czas wiedziałam w głębi duszy, że nasz związek to tylko wakacyjny romans – jakoś nie przychodzi mi do głowy lepsze określenie – a takie letnie romanse rzadko kiedy przeradzają się w coś poważniejszego. Tylko w książkach tak się dzieje. Ale mówimy teraz o moim życiu i o twoim. Całkiem możliwe, że zakochaliśmy się nie tyle w sobie, co w samym słowie miłość. Niektórzy powiedzieliby, że nasze życie toczy się już z górki. Dla ciebie najważniejsze są dzieci. Jesteś ojcem. Ja nigdy nie byłam matką. Sądzę, że nie czułabym się dobrze zostając nią w rodzinie, która istniała już beze mnie. Krótko mówiąc, Matt, przyszłam tu, żeby się z tobą pożegnać.

– Rozumiem.

– Tylko tyle – rozumiem? Czy przynajmniej uważasz, że mam rację?

– Jeśli uważasz, że tak jest dla ciebie lepiej, Emily, to masz rację. Zdaje się, że trzy albo cztery razy powiedziałem, że cię kocham. Ty nigdy nie wyznałaś mi miłości. Chyba w głębi duszy wiedziałem, że mnie nie kochasz. A je